Strona:J. I. Kraszewski - Nowe studja literackie T.II.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
110

sławione. Żal tą myślą tamował, rozpacz gasił, a namiętności przed wielkiém przejęciem znikomością świata, stygnąć musiały. Jan, może się wydać dla nas słaby, dla tego żeśmy nizko i niezmiernie niżéj od niego duchem religijnym, ón zaś tak jest wyżéj ziemi, że wiela jéj złego i dobrego i pięknego i czarnego, nie widzi, nie pojmuje, lub uważa za tak przemijające, że malować je gardzi.
Największy gdy może wylać z siebie uczucie i myśl wzniosłą, czytajcie go gdy się do Boga odzywa — jest wówczas nieporównany, cudowny! Modlitwa o dészcz, to arcydzieło, a psalmy — drugi je Dawid wyśpiéwał. Kto w nich dójrzy tłómacza, wysilenie, niewolenie się, wymus? — Słyszę one z duszy, odtworzone raz drugi, a nietłumaczone.
Tak jest, Jan Kochanowski, wielkim jest poetą, oryginalnym (bo zawsze sobą) narodowym, ale poetą którego dzisiejsza generacja, może nie pojąć! Ón tak czysty i wielki, my tak mali i splamieni. Ón wysoko jest, myśmy się wryli głęboko.
Cześć ci na wieki nieśmiertelny, cześć twemu imieniowi, cześć pieśniom co duszę malują, tak spokojną, tak wielką, tak świętą — cześć twemu życiu co spłynęło ustronne, cnotliwe, prawe,