Strona:J. I. Kraszewski - Nowe studja literackie T.II.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
34

Tu widzę ani ciemne mgły dochodzę,
Ani śnieg, ani zimne grady szkodzą
Wieczna pogoda, dzień na wszystkie strony,
Trwa nieskończony i t. d.

(Xięga II. IV.)

Krój strof Kochanowskiego, jest zupełnie starożytny, i ta i inne pieśni, są w istocie pieśniami, którym tylko muzyki braknie, aby śpiéwać można, rozmiary ich muzykalne.
Po wspaniałém zaczęciu poprzedzającéj pieśni, co to znowu za miła prostota naiwność, następnéj, pełnéj ulubionych Janowi senlencij

Chcemy sobie być radzi
Rozkaż panie czeladzi,
Niechaj na stół dobrego wina przynaszają,
A przy tém w złote gęśli, albo w lutnią grają.
Kto tak mądry że zgadnie
Co nam jutro przypadnie?
Sam Bóg wié przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba,
Kiedy się człowiek troszczy więcéj niźli trzeba.

Cała pieśń jest w tym duchu.
W innéj (VIII) jak mi się zdaje z piérwszéj epoki Kochanowskiego, nic piękniejszego nad początek, co najpiękniejsze poetów łacińskich przypomina strofy:

Ty spisz — a ja sam na dworze,
Jeszcze od wieczornéj zorze
Cierpię nocne niepogody.
Użałuj się mojéj szkody