Strona:J. I. Kraszewski - Nowe studja literackie T.II.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
67

stko co jest w człowieku bezwstydnie nagie, w niéj się ukazuje. Nie tak było dawniéj, i tego rodzaju siły, ognia i życia, co czytelnika z zawiasów wysadzają, co mu burzą głowę i rozbijają piersi, nie szukać w Kochanowskim.
On podobien jest wielkiéj, wspaniałéj, cichéj rzece, co pławi spokojna bogate dary ziemi do odległych krain; na jéj brzegach naprzemian świetne, pogodne lub chmurne, ale wspaniałe zawsze, ale jednostajnie ślachetnego oblicza widoki. — Ona sama posuwa się wolno i połową odbija niebiosa, a skrajami tylko ziemię przez którą przechodzi. Nasz Jan wstydziłby się był pokazać w swych pieśniach głębokie wnętrze duszy, w któréj zakąty często się wciskają brudy nieoddzielne od człowieka. On co miał takiego w sobie, spowiednikowi tylko, tylko westchnieniem żalu nad sobą, Bogu powierzał.
Jeśli jest w nim czasem coś obnażonego, swawolnego, nie przepisujemy tego tym przyczynom, które dziś swawolę nagą w literaturę wiodą. On o tyle się tylko obnażał, o ile jego wieku zwyczaje wymagały, o ile starszych przykłady, utorowaną drogą wiodły go ku temu, a zawsze o ile dozwalała przystojność. Swawolny jego żart, częściej też jest po prostu żartem tylko, swawolą, wesołém szczebiotaniem,