Powiastki filozoficzne/Tom drugi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Powiastki filozoficzne
Podtytuł Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Ze spisem treści: Pobierz cały tekst ze spisem treści jako ePub Pobierz cały tekst ze spisem treści jako PDF Pobierz cały tekst ze spisem treści jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BIBLIOTEKA BOY’A. T. 36.
WOLTER.

POWIASTKI
FILOZOFICZNE
PRZEŁOŻYŁ, WSTĘPEM I PRZYPISAMI OPATRZYŁ
BOY.
TOM DRUGI.


KRAKÓW,
KRAKOWSKA SPÓŁKA WYDAWNICZA.

ODBITO W DRUKARNI »CZASU« W KRAKOWIE.

MEMNON
CZYLI MĄDROŚĆ LUDZKA.
(1750.)

PRZESTROGA AUTORA[1].
Mylić się wciąż, oto wiano
Które nam losy przyznały:
Robimy projekty rano,
Głupstwa robimy dzień cały.

Wierszyk ten nadaje się dla wielu mędrków; jestto rzecz, zaiste, dość ucieszna, widzieć jak poważny duszpasterz kończy procesem kryminalnym, pospołu z bankrutem[2]. Nawiązując do tego wydarzenia, przedrukujemy tu tę powiastkę, która była już gdzieindziej: dobrze jest bowiem, aby była wszędzie.


Memnon powziął jednego dnia zamysł, aby być doskonale rozsądnym. Niema ludzi, którymby to szaleństwo nie przeszło niekiedy przez głowę. Memnon powiedział sobie: „Aby być bardzo rozsądnym, a tem samem bardzo szczęśliwym, trzeba tylko wyzbyć się namiętności; otóż, jak wiadomo, niema nic łatwiejszego pod słońcem. Po pierwsze, nie będę nigdy kochał kobiety; widząc doskonałą piękność, powiem sobie jeno: „Te lica zwiędną kiedyś; te piękne oczy zeszpeci czerwona obwódka; ta okrągła pierś zapadnie się i obwiśnie; ta piękna głowa wyłysieje“. Otóż, wystarczy mi spojrzeć na nią obecnie temi oczami jakiemi będę ją widział wówczas, a z pewnością ta głowa nie zdoła już zawrócić mojej.

„Po drugie, będę zawsze wstrzemięźliwy; daremnie będzie mnie kusił wykwintny stół, smaczne wina, powaby towarzystwa. Wystarczy mi jeno wyobrazić sobie skutki nadużyć, ciężką głowę, niestrawność, stratę rozumu, zdrowia i czasu: wówczas będę jadł jedynie z potrzeby; zdrowie moje będzie zawsze równe, myśl jasna i przejrzysta. Wszystko to jest tak łatwe, że niema tu żadnej zasługi.
„Wreszcie, powiadał Memnon, trzeba pomyśleć nieco o sprawach pieniężnych. Pragnienia mam skromne; majątek mój jest dobrze ulokowany u poważnego bankiera w Niniwie; starczy mi na niezależny byt, a to jest największe szczęście. Nie znajdę się nigdy w smutnej potrzebie wieszania się u dworu: nie będę nikomu zazdrościł i nikt mnie. To też wielka wygoda. Mam przyjaciół (ciągnął), zachowam ich przyjaźń, skoro nie będą mieli mi czego wydzierać. Nie będzie między nami żadnych nieporozumień, stosunki równe, miłe; wszak to jest bardzo łatwe“.
Nakreśliwszy tedy w pokoju swój arcy-rozsądny planik, Memnon wystawił głowę oknem. Ujrzał dwie kobiety, przechadzające się pod jaworami wpodle domu. Jedna była stara i miała fizys obojętną; druga, młoda i ładna, zdawała się bardzo czemś przejęta. Wzdychała, płakała, z czem jej było tem więcej do twarzy. Mędrzec nasz wzruszył się: nie pięknością damy (był najzupełniej pewien, że nie podlega takim słabościom), ale jej strapieniem. Zeszedł, przystąpił do pięknej Niniwianki, z zamiarem użyczenia jej roztropnej pociechy. Piękna osóbka opowiedziała mu, z minką nad wyraz naiwną i wzruszającą, krzywdy jakie cierpi od swego wuja, którego nie miała; z jaką chytrością wyzuł ją z majątku, którego nie posiadała nigdy; wszystko wreszcie czego się jej trzeba lękać ze strony tego gwałtownika. „Wydaje mi się pan człowiekiem tak roztropnym, rzekła, że, jeśli zechcesz łaskawie zajść do mnie i rozpatrzyć moje sprawy, jestem pewna że wydobędziesz mnie z okrutnego kłopotu“. Memnon nie wahał się udać za nią, aby roztropnie zbadać jej kłopoty i dać dobrą radę.
Stroskana dama zaprowadziła go do pachnącej komnaty i posadziła grzecznie na obszernej sofie; siedli naprzeciw siebie, ze skrzyżowanemi nogami. Mówiąc, dama spuszczała oczy, z których wymykały się niekiedy łzy; ilekroć oczy jej się podniosły, zawsze spotykały się ze spojrzeniem roztropnego Memnona. Słowa jej były nabrzmiałe tkliwością, która zdwajała się za każdym razem kiedy na siebie spojrzeli. Memnon wielce brał do serca jej nieszczęścia i odczuwał coraz to większą ochotę przysłużenia się tak uczciwej a tak strapionej istocie. Nieznacznie, w toku rozmowy, zmienili pozycyę; znaleźli się bliżej siebie, już nie ze skrzyżowanemi nogami. Memnon udzielał rad tak zbliska i dawał jej wskazówki tak tkliwe, iż żadne z dwojga nie mogło mówić o interesach; nie wiedzieli już co się niemi dzieje.
W tym stanie rzeczy, nadszedł — jak można się tego domyślać — wuj: uzbrojony był od stóp do głów; pierwszem jego słowem było, oczywiście, to, że zabije roztropnego Memnona i siostrzenicę; ostatniem zaś, że może przebaczyć za dużą kwotę pieniężną. Memnon zmuszony był oddać wszystko co miał. W tych czasach można się było wykpić ze sprawy tak tanim kosztem: nie odkryto jeszcze Ameryki, i strapione damy były o wiele mniej niebezpieczne niż dzisiaj.
Pełen wstydu i rozpaczy, Memnon wrócił do domu i zastał bilecik zapraszający go na obiad w towarzystwie paru serdecznych przyjaciół. „Jeżeli zostanę sam w domu, rzekł sobie, będę dumał nad mą smutną przygodą, nie będę jadł, rozchoruję się; lepiej iść spożyć z serdecznymi przyjaciółmi skromny posiłek. W ich miłem towarzystwie, zapomnę o głupstwie które zrobiłem dziś rano“. Idzie na wezwanie; biesiadnicy znajdują że jest nieco markotny. Dają mu pić, aby rozprószyć jego smutek. Nieco wina zażytego umiarkowanie jest lekarstwem dla ciała i duszy. Tak rozumuje roztropny Memnon, i upija się. Po obiedzie, namawiają go do gry. Umiarkowana gra z przyjaciółmi jest godziwą zabawą. Gra; przegrywa wszystko co ma w sakiewce, cztery razy tyle na słowo. Przy grze wszczyna się zwada; od słówka do słówka, jeden z serdecznych przyjaciół rzuca mu w twarz kubek z kośćmi i wybija mu oko. Odnoszą do domu roztropnego Memnona, pijanego, bez grosza i z jednem okiem mniej.
Wino paruje zeń zwolna; z chwilą gdy nieco otrzeźwiał, posyła służącego po pieniądze do bankiera, aby spłacić serdecznych przyjaciół: powiadają mu, że jego dłużnik dopuścił się tego ranka oszukańczego bankructwa, które niszczy byt setek rodzin. Memnon, oburzony, spieszy na Dwór z plastrem na oku i podaniem w ręce, aby prosić u króla sprawiedliwości na bankruta. Spotyka w salonie kilka pań, które najswobodniej w świecie noszą na sobie obręcze o dwudziestu czterech stopach obwodu[3]. Jedna, która Memnona znała nieco, powiada patrząc nań z ukosa: „Och, wstrętne!“ Druga, która go znała bliżej, rzekła: „Dobry wieczór, panie Memnonie; doprawdy, panie Memnonie, bardzom rada że pana widzę; ale, ale, panie Memnonie, gdzie pan stracił oko?“ I minęła go, nie czekając odpowiedzi. Memnon schował się w kącie, i czekał chwili w której będzie się mógł rzucić do stóp monarchy. Chwila ta nadeszła. Całuje trzy razy ziemię, i wręcza podanie. Dobrotliwy monarcha przyjął go bardzo łaskawie; oddał memoryał jednemu ze swoich satrapów, iżby mu zdał zeń relacyę. Satrapa odciąga Memnona na stronę, i mówi wyniośle śmiejąc się szyderczo: "Pocieszny z ciebie ślepiec, aby się zwracać do króla a nie do mnie; a jeszcze pocieszniejszy, aby śmieć żądać sprawiedliwości na uczciwego bankruta, którego zaszczycam swoją protekcyą, i który jest siostrzeńcem pokojówki mojej kochanki. Poniechaj tej sprawy, mój przyjacielu, jeżeli chcesz zachować drugie oko“.
Tak, Memnon, wyrzekłszy się tego rana kobiet, biesiad, gry, zwady, a zwłaszcza Dworu, padł ofiarą kradzieży i oszustwa pięknej pani; upił się, grał, wszedł w kłótnię, postradał w bójce oko, i był na Dworze, gdzie sobie zadrwiono z niego.
Oszołomiony, zbolały, oddala się z rozpaczą w sercu. Wraca do domu: zastaje komorników, którzy zabierają meble w imieniu wierzycieli. Wpółzemdlony, padł pod jaworem i ujrzał piękną damę, znajomą z tego ranka, która przechadzała się z drogim wujem i parsknęła śmiechem na widok plastra Memnona. Zapadła noc; Memnon położył się pod domem na słomie. Chwyciła go gorączka; usnął w napadzie febry i we śnie zjawił mu się duch niebieski.
Był cały lśniący od światła. Miał sześcioro skrzydeł, ale ani nóg, ani głowy, ani ogona, i nie był podobny do żadnego stworzenia. „Kto jesteś? spytał Memnon. — Twój dobry duch, odparł tamten. — Oddaj mi tedy moje oko, moje zdrowie, mój dom, mienie, rozum“, rzekł Memnon. Następnie opowiedział mu, w jaki sposób stracił to wszystko jednego dnia. „Oto mi przygody, które nie zdarzają się nigdy w świecie gdzie my mieszkamy, rzekł duch. — A gdzież ty mieszkasz? spytał strapiony człowiek. — Moja ojczyzna, odparł tamten, znajduje się o pięćset milionów mil od słońca, na małej gwieździe blisko Syryusza, którego stąd widzisz. — Ładny kraj! rzekł Memnon: jakto! niema u was łajdaczek które oszukują biedaka, niema serdecznych przyjaciół którzy go zgrywają i wybijają mu oko, niema bankrutów, niema satrapów, którzy drwią sobie z was, odmawiając sprawiedliwości? — Nie, rzekł mieszkaniec gwiazdy, nic podobnego. Kobiety nie zwodzą nas nigdy, bo ich nie mamy; nie nadużywamy stołu, ponieważ nie jemy; nie mamy bankrutów, ponieważ niema u nas złota ani srebra; nie można nam wybić oczu, bo nie mamy ciała w waszym sposobie; a satrapi nie czynią nam nigdy krzywdy, ponieważ na naszej gwieździe wszyscy są równi“.
Wówczas Menmon rzekł: „Dostojny panie bez głowy i bez obiadu, a jak wy spędzacie czas? — Czuwamy, odparł duch, nad innemi światami które nam powierzono; przyszedłem cię oto pocieszyć. — Ach, odparł Memnon, czemuś nie przyszedł poprzedniej nocy, aby mnie ustrzec od tylu głupstw! — Byłem przy Hassanie, twoim bracie, rzekł niebiański wysłannik. Jest godniejszy pożałowania od ciebie. Najjaśniejszy monarcha Indji, do którego dworu ma zaszczyt należeć, kazał mu wyłupić oba oczy za jakąś niedyskrecję, i obecnie jest w więzieniu ze skutemi rękami i nogami. — Warto tedy, rzekł Memnon, mieć dobrego ducha w rodzinie, poto aby, z dwóch braci, jeden był jednooki, drugi ślepy, jeden na słomie, drugi w więzieniu. — Twój los odmieni się, rzekło gwiezdne zwierzątko. Prawda, że będziesz miał zawsze jedno oko; ale pozatem będziesz dość szczęśliwy, byleś nie robił nigdy głupich postanowień że będziesz zawsze doskonale rozsądny. — Jestto zatem rzecz, której niepodobna osiągnąć? wykrzyknął Memnon wzdychając. — Równie niepodobna, odparł tamten, jak być doskonale zręcznym, doskonale silnym, doskonale potężnym, doskonale szczęśliwym. Nawet my jesteśmy bardzo od tego dalecy. Istnieje glob, gdzie się to wszystko znajduje; ale w stu tysiącach milionów światów rozprószonych w przestrzeni wszystko idzie po kolei. Ma się mniej rozumu i przyjemności na drugim niż na pierwszym, mniej na trzecim niż na drugim, i tak dalej, aż do ostatniego, gdzie wszyscy są zupełnie pomyleni. — Boję się, rzekł Memnon, że nasz glob ziemnowodny, to właśnie ten szpital waryatów wszechświata, o którym raczyłeś wspomnieć. — Nie zupełnie, rzekł duch, ale blisko tego: wszystko musi być na swojem miejscu. — Jakżeto! rzekł Memnon: zatem pewni poeci, pewni filozofowie, mylą się grubo, mówiąc że wszystko jest dobrze[4]. — Mają zupełną słuszność, rzekł filozof niebieski, o ile się bierze pod uwagę budowę całego świata. — Ach, uwierzę w to, odparł biedny Memnon, dopiero wówczas kiedy odzyskam oko“.





HISTORYA PODRÓŻY
SKARMENTADA.
[5]
SPISANA PRZEZ NIEGO SAMEGO.
(1756.)

Urodziłem się w Kandyi, w r. 1600. Ojciec mój był gubernatorem tego miasta, przypominam też sobie że pewien mierny poeta nazwiskiem Iro [6], sklecił na moją cześć liche wiersze, w których wywodzi mnie w prostej linii od Minosa; niebawem, gdy ojciec mój popadł w niełaskę, spłodził inny wiersz, w którym pochodzę już tylko od Pasiphae i jej kochanka. Był to bardzo lichy człowiek ten Iro, i najnudniejsze ladaco na całej wyspie.

Gdym doszedł piętnastu lat, ojciec wysłał mnie na studya do Rzymu. Przybyłem tam w nadziei poznania wszystkich prawd; dotąd bowiem uczono mnie wręcz przeciwnych rzeczy, zgodnie z obyczajem tego światka, od Chin aż po Alpy. Monsignor Profondo, któremu mnie polecono, był to osobliwy człowiek i jeden z najstraszliwszych uczonych jacy byli kiedy na świecie. Chciał mnie nauczyć kategoryj Arystotelosa, a był skłonny pomieścić mnie w kategoryi swoich oblubieńców: ledwiem się wymknął! Widziałem procesye, egzorcyzmy i nieco rabunków. Mówiono, ale bardzo fałszywie, że signora Olimpja[7], osoba wielce przemyślna, sprzedaje wiele rzeczy, których nie powinno się sprzedawać. Byłem w wieku, w którym to wszystko wydawało mi się bardzo ucieszne. Młoda Dama, wielce łaskawych obyczajów, zwana signora Fatelo, poczuła do mnie skłonność. Zalecał się do niej wielebny O. Sztyletini i wielebny O. Otrutini, młody księżyk z zakonu który już nie istnieje: pogodziła ich obdarzając mnie swemi łaskami; w rezultacie omal mnie nie wyklęto i nie otruto. Odjechałem, wielce zachwycony architekturą św. Piotra.
Zajechałem do Francyi; było to za panowania Ludwika Sprawiedliwego. Pierwsza rzecz, o którą mnie spytano, to czy chcę, na śniadanie, kawałeczek generała d’Ancre[8], którego lud upiekł na pieczyste i którego rozdzielano bardzo tanio każdemu kto zapragnął.
Państwo to było ustawiczną pastwą wojen domowych, często o miejsce w Radzie, niekiedy o dwie stronice teologicznej kontrowersyi. Już przeszło sześćdziesiąt lat, ogień ten, to tlący pod popiołem, to rozdmuchany gwałtownie, pustoszył ten piękny kraj. Były to owe swobody gallikańskiego Kościoła. „Ach, mówiłem sobie, wszakże ten lud jest łagodny z natury! Kto mógł tak wypaczyć jego charakter? Żartuje, a urządza noce św. Bartłomieja. Szczęśliwy czas, w którym będzie tylko żartował!“
Przeprawiłem się do Anglii: te same kłótnie, te same szaleństwa. Świątobliwi katolicy zamierzyli, dla dobra Kościoła, wysadzić w powietrze króla[9], rodzinę królewską i cały parlament, i oswobodzić Anglię od tych heretyków. Pokazano mi miejsce, gdzie błogosławiona królowa Marya, córka Henryka VIII, spaliła przeszło pięciuset poddanych. Pewien irlandzki ksiądz upewniał mnie że to był bardzo piękny uczynek: popierwsze, ponieważ ci których spalono to byli Anglicy; powtóre, ponieważ nie używali nigdy wody święconej i nie wierzyli w dziurę św. Patryka[10]. Dziwił się zwłaszcza, że królowej Maryi jeszcze nie kanonizowano; ale spodziewał się że to nastąpi niebawem, kiedy kardynał-siostrzeniec będzie miał trochę czasu.
Udałem się do Holandji, gdzie flegmatyczne usposobienie mieszkańców dawało mi rękojmię spokoju. Kiedy przybyłem do Hagi, ucinano właśnie głowę bardzo czcigodnemu starcowi. Była to łysa głowa pierwszego ministra Barneweldta[11], który położył największe zasługi dla Republiki. Tknięty litością, pytałem co za zbrodnię popełnił, czy zdradził Państwo. „Gorzej, odparł kaznodzieja w czarnym płaszczu; to człowiek który sądzi, iż dobre uczynki mogą zbawić człowieka na równi z wiarą. Rozumiesz pan dobrze, iż, gdyby podobne mniemania znalazły grunt, republika nie mogłaby istnieć, i że trzeba surowych praw aby powściągnąć tak ohydne zgorszenie“. Głęboki polityk tameczny dodał wzdychając: “Ach, panie, dobre czasy nie będą trwały wiecznie; to jedynie przypadkiem ten lud jest tak gorliwy; w gruncie, charakter jego skłonny jest do ohydnego dogmatu tolerancyi; kiedyś dojdzie do tego: to zgroza pomyśleć“. Co do mnie, w oczekiwaniu aż ten złowrogi czas umiarkowania i pobłażliwości nadejdzie, opuściłem bardzo rychło ów kraj, gdzie surowości nie łagodzi żaden powab, i puściłem się do Hiszpanii.
Dwór bawił w Sewilli, galiony nadeszły, wszystko oddychało dostatkiem i weselem w najpiękniejszej porze roku. Ujrzałem, na końcu alei cytrynowej i pomarańczowej, olbrzymie szranki, otoczone kosztownie obitemi trybunami. Król, królowa, infanci, infantki zasiadali pod wspaniałym baldachimem. Naprzeciw tej dostojnej rodziny znajdował się drugi tron, wyższy. Rzekłem do jednego z towarzyszów podróży: „O ile ten tron nie jest dla Pana Boga, nie widzę dla kogoby mógł służyć“. Pewien poważny Hiszpan usłyszał te słowa; kosztowały mnie one drogo. Wyobrażałem sobie, że ujrzymy jakiś karuzel albo walkę byków, kiedy, na onym tronie, ukazał się wielki inkwizytor, błogosławiąc z wysokości króla i naród.
Następnie przybyła armia mnichów kroczących parami, białych, czarnych, szarych, obutych, bosych, z brodą, bez brody, z kapturem i bez kaptura; potem szedł kat; potem, w otoczeniu ceklarzy i grandów, około czterdziestu osób, odzianych w worki, na których wymalowano djabłów i płomienie; byli to żydzi którzy nie chcieli bezwarunkowo wyprzeć się Mojżesza, oraz chrześcijanie, którzy zaślubili swoje kumy, albo którzy nie oddali czci Matce Boskiej z Atocha[12], lub też nie chcieli się wyzbyć gotowizny na rzecz hieronimitów. Odśpiewano pobożnie bardzo piękne modlitwy, poczem spalono na wolnym ogniu wszystkich winnych: czem cała rodzina królewska wydała się nadzwyczaj zbudowana.
Wieczorem, w chwili gdy miałem się kłaść do łóżka, zjawili się u mnie dwaj konfidenci Inkwizycyi wraz ze świętą Hermandad[13]: uścisnęli mnie czule i zawiedli, nie mówiąc słowa, do bardzo cienistego więzienia, mającego za całe umeblowanie tapczan i krucyfiks. Spędziłem tam sześć tygodni, po upływie których wielebny ojciec inkwizytor zaprosił mnie na pogadankę: uścisnął mi ramię z iście ojcowską czułością i rzekł, iż bardzo mu było przykro kiedy się dowiedział że mnie tak licho pomieszczono, ale wszystkie apartamenty są zajęte: na inny raz ma nadzieję że będzie mi wygodniej. Następnie spytał mnie przyjaźnie, czy nie wiem za co tu siedzę. Odparłem wielebnemu ojcu, że prawdopodobnie za swoje grzechy. „Powiedz, moje drogie dziecko, za jaki grzech? zwierz mi się z całą ufnością“. Daremnie łamałem głowę, nie mogłem zgadnąć. Miłosiernie, ojciec naprowadził mnie.
Wreszcie, przypomniałem sobie swoje niebaczne słowa. Skończyło się na dyscyplinie i na trzydziestu tysiącach realów. Zaprowadzono mnie, abym się pokłonił wielkiemu inkwizytorowi: był to bardzo uprzejmy człowiek, spytał mnie jak mi się podobała uroczystość. Odparłem że byłem zachwycony; i pomknąłem aby naglić towarzyszów podróży do odjazdu, mimo uroków tego kraju. Mieli czas dowiedzieć się o znakomitych czynach, których Hiszpanie dokonali dla sprawy religii. Czytali pamiętniki słynnego biskupa z Chiapa, z których okazuje się, że zamordowano, spalono lub utopiono w Ameryce dziesięć milionów niewiernych, aby ich nawrócić. Przypuszczałem, że ten biskup przesadza; ale gdyby nawet sprowadzić to do pięciu milionów ofiar, i tak byłoby cudowne.
Wciąż parła mnie żądza podróży. Chciałem zakończyć swoją przejażdżkę po Europie Turcyą; skierowaliśmy się w tamtą stronę. Postanawiałem sobie zachować dla siebie sąd o uroczystościach które tam zobaczę. „Ci Turcy, rzekłem do towarzysza, to niewierni, żyjący bez chrztu: tem samem muszą być o wiele więksi okrutnicy od wielebnych ojców inkwizytorów. Trzymajmy język za zębami, kiedy znajdziemy się u tych mahometan“.
Jesteśmy tedy w Turcyi. Zdumiałem się, widząc tam o wiele więcej chrześcijańskich kościołów niż w Kandyi. Ujrzałem zgoła liczne gromady mnichów, którym pozwalano swobodnie modlić się do Matki Boskiej i przeklinać Mahometa, po grecku, po łacinie, po ormiańsku. „Poczciwi ludzie, ci Turcy!“ wykrzyknąłem. Chrześcijanie greccy i chrześcijanie łacińscy żyli w Konstantynopolu w śmiertelnej wojnie; niewolnicy ci żarli się wzajem, jak psy które gryzą się na ulicy i które panowie grzmocą kijem aby je rozdzielić. Wielki wezyr popierał wówczas Greków. Patryarcha grecki oskarżył mnie, żem wieczerzał u patryarchy łacińskiego: skazano mnie, na pełnym Dywanie, na pięćset bambusów w pięty, z prawem zamiany na pięćset cekinów. Nazajutrz uduszono wezyra; na trzeci dzień, następca jego, który był za stronnictwem łacińskiem i którego uduszono dopiero za miesiąc, skazał mnie na tę samą grzywnę za to żem wieczerzał u patryarchy greckiego. Znalazłem się w smutnej konieczności unikania zarówno greckiego jak łacińskiego kościoła. Aby się pocieszyć, wynająłem sobie bardzo ładną Czerkieskę, istotę najczulszą w sypialni a najżarliwszą w meczecie. Jednej nocy, w słodkim wylewie miłości, krzyknęła ściskając mnie: Alla! Illa! Alla! Są to sakramentalne słowa Turków; myślałem że to są wyrazy miłości; wykrzyknąłem też bardzo czule: Alla! Illa! Alla! — Ach! rzekła, Bogu najwyższemu chwała! ty jesteś Turkiem?“ Rzekłem, iż błogosławię Boga za to że dał mi siły potemu; byłem bardzo rad z siebie. Rano, zjawia się iman aby mnie obrzezać; że zaś czyniłem pewne trudności, kadi tej dzielnicy, zacny człowiek, zaproponował mi że mnie wbije na pal: ocaliłem napletek i tyłek ceną tysiąca cekinów, i uciekłem co żywo do Persyi, postanawiając nie słuchać już w Turcyi mszy ani łacińskiej ani greckiej, i nie krzyczeć już: Alla! Illa! Alla! na schadzce miłosnej.
Kiedym wjeżdżał do Ispahanu, spytano mnie czy jestem za czarnym czy za białym baranem. Odpowiedziałem, że mi to jest obojętne, byle był kruchy. Trzeba wiedzieć, że Persya dzieliła się jeszcze na stronnictwo białego i czarnego barana. Posądzono mnie, że sobie drwię z obu stronnictw; tak iż wpadłem w szpetną kabałę u samych wrót miasta; znowuż kosztowało mnie sporo cekinów aby się pozbyć obu baranów.
Dotarłem aż do Chin, wraz z tłómaczem, który mnie upewniał że tam się żyje swobodnie i wesoło. Tatarzy opanowali je, spustoszywszy wszystko ogniem i mieczem; wielebni zaś ojcowie jezuici z jednej strony, a wielebni ojcowie dominikanie z drugiej utrzymywali iż pozyskują dusze dla Boga, mimo że nikt nic o tem nie wiedział. Nie widziano jeszcze w świecie tak żarliwych apostołów; prześladowali się bowiem zacięcie nawzajem; pisali do Rzymu tomy oszczerstw; o jedną duszę wymyślali sobie od heretyków i szalbierzy. Toczył się zwłaszcza między nimi straszliwy spór o sposób kłaniania: jezuici chcieli aby chińczycy kłaniali się rodzicom na sposób chiński, dominikanie żądali aby się kłaniać na sposób rzymski. Zdarzyło mi się, że jezuici wzięli mnie za dominikanina. Przedstawili mnie, przed tatarskim monarchą, za papieskiego szpiega. Najwyższa rada zleciła pierwszemu mandarynowi, który dał mandat sierżantowi, który rozkazał czterem zbirom aby mnie ujęli i związali z całą uroczystością. Zaprowadzono mnie, po stu czterdziestu czołobitnościach, przed oblicze Najjaśniejszego. Spytał mnie, czy jestem szpiegiem papieskim i czy to prawda że ten władca ma przybyć osobiście aby go złożyć z tronu. Odpowiedziałem, że papież jest to sędziwy kapłan liczący siedmdziesiąt lat[14], że mieszka o cztery tysiące mil od Jego Najjaśniejszego tatarsko-chińskiego Majestatu, że ma około dwóch tysięcy gwardzistów którzy stoją na warcie z parasolem, że nie chce składać z tronu nikogo i że Najjaśniejszy może spać spokojnie. Była to najmniej groźna przygoda mego życia. Wysłano mnie do Makao, skąd odpłynąłem do Europy.
Koło wybrzeży Golkondy trzeba było naprawić statek. Skorzystałem z tego aby zobaczyć dwór wielkiego Aureng-Zeba[15], o którym opowiadano w świecie cuda: bawił wówczas w Delhi. Miałem wreszcie przyjemność ujrzeć go w dniu uroczystej ceremonii, w czasie której przyjął niebiański podarek przysłany mu przez szeryfa Mekki: była to miotła, którą zamiatano święty dom, Kaaba, beth Alla. Miotła ta jest symbolem miotły boskiej, która wymiata wszystkie śmiecie duszy. Aureng-Zeb nie potrzebował jej chyba: był to najpobożniejszy człowiek w Hindustanie. Prawda że zamordował brata i otruł ojca; dwudziestu radżów[16] i tyluż omrów zginęło na mękach, ale to była rzecz bez znaczenia, mówiono tylko o jego pobożności. Przyrównywano doń jedynie święty majestat najoświeceńszego cesarza Maroka, Muleja Izmaela[17], który ucinał głowy co piątek po modlitwie.
Nie mówiłem ani słowa; podróże wyrobiły mnie; czułem że nie do mnie należy rozstrzygać między tymi dwoma dostojnymi monarchami. Młody Francuz, z którym mieszkałem, uchybił (sam to przyznaję) cesarzowi Indyj i cesarzowi Maroko. Odważył się rzec bardzo niebacznie, że istnieją w Europie wielce pobożni monarchowie, którzy rządzą bardzo dobrze państwem, a nawet chodzą do kościoła, nie mordując wszelako ojców i braci i nie ucinając głów poddanym. Tłómacz nasz przełożył na hinduskie bezbożne odezwanie młokosa. Pouczony dawniejszemi przygodami, kazałem szybko osiodłać wielbłądy: opuściliśmy z Francuzem miasto. Dowiedziałem się później, że, tej samej nocy, oficerowie wielkiego Aureng-Zeba przybyli aby nas ująć, ale znaleźli tylko tłómacza. Stracono go na placu publicznym; i wszyscy dworacy oświadczyli bez pochlebstwa, że śmierć jego była bardzo zasłużona.
Pozostało mi zwiedzić Afrykę, aby poznać wszystkie rozkosze naszego lądu. Ujrzałem ją w istocie. Okręt mój dostał się w ręce murzyńskich korsarzy. Nasz kapitan podniósł wielki lament, pytając czemu tak gwałcą prawo narodów. Murzyński kapitan odpowiedział: Wy macie nosy długie, a my płaskie; włosy macie gładkie, a my kędzierzawe; macie skórę popielatą, a my hebanową; tem samem, jest nam przeznaczone, wedle świętych praw natury, żyć w wiecznej nieprzyjaźni. Wy nas kupujecie na targu na wybrzeżach Gwinei, jak pociągowe zwierzęta, aby nas zmuszać do niedorzecznej i mozolnej pracy. Każecie nam żyć, pod grozą batoga, w górach, aby dobywać jakiś żółty piasek, który sam przez się jest do niczego i nie wart jest, ani w przybliżeniu, dobrej egipskiej cebuli; toteż, kiedy my was spotkamy i kiedy jesteśmy silniejsi, każemy wam uprawiać nasze pola, lub obcinamy wam nosy i uszy.
Nie było co odpowiedzieć na tak roztropną mowę. Jąłem uprawiać pole starej murzynichy, aby ocalić uszy i nos. Wykupiono mnie po upływie roku. Widziałem wszystko co jest pięknego, dobrego i godnego podziwu na ziemi; postanowiłem nie wychylać już nosa poza swój zaścianek. Ożeniłem się z krajanką; zostałem rogaczem, i przekonałem się że jestto najmilszy stan na ziemi.





BIAŁE I CZARNE.
(1764.)

Wszyscy, w prowincyi Kandahar [18], znają przygodę młodego Rustana. Był jedynym synem miejscowego mirzy; to coś tak jak u nas margrabia, albo baron u Niemców. Mirza, jego ojciec, posiadał ładny majątek. Młody Rustan miał się żenić z jakąś panienką czy mirzówną tej samej rangi. Obie rodziny pragnęły tego gorąco. Miał się stać pociechą rodziców, dać żonie szczęście i samemu znaleść je przy niej.

Ale, na nieszczęście, ujrzał księżniczkę Kaszmiru na jarmarku w Kabul. Jestto jarmark o wiele bardziej uczęszczany niż jarmarki w Bassorze i Astrachanie; i oto dlaczego stary książę Kaszmiru przybył nań ze swoją córką.
Stracił dwie najrzadsze sztuki ze swego skarbca: jedna, to dyament wielkości dużego palca; na dyamencie tym córka jego wyryta była z całym kunsztem który Hindusi posiadali wówczas i który się później zatracił; drugą był dziryt, który sam z siebie bieżał gdzie się chciało; co jest rzecz niezbyt nadzwyczajna u nas, ale była nadzwyczajna w Kaszmirze.
Fakir Jego Wysokości skradł te dwa klejnoty i zaniósł je księżniczce. „Pilnuj troskliwie tych dwóch klejnotów, rzekł; los twój od tego zależy“. Odszedł, i odtąd już go nie widziano. Książę Kaszmiru, w rozpaczy, postanowił sprawdzić na jarmarku w Kabul; czy, wśród kupców ściągających tam ze wszystkich stron świata, nie znajdzie się taki, który znalazł jego broń i dyament. Zwykł był brać z sobą córkę w każdą podróż. Miała dyament dobrze schowany w zapasce; co się tyczy dzirytu, nie mogąc go tak dobrze ukryć, schowała go pilnie w Kaszmirze w wielkim chińskim kufrze.
Rustan i ona ujrzeli się w Kabul; pokochali się z całą szczerością swego wieku, z całą namiętnością tamecznego klimatu. Jako zakład miłości, księżniczka dała mu swój dyament, kiedy zaś odjeżdżała, Rustan przyrzekł odwiedzić ją tajemnie w Kaszmirze.
Młody mirza miał dwóch ulubieńców, którzy mu służyli za sekretarzy, koniuszych, marszałków dworu i pokojowców. Jeden nazywał się Topaz: był piękny, kształtny, biały jak Czerkieska, łagodny i usłużny jak Armeńczyk, roztropny jak Grek. Drugi zwał się Heban: był to bardzo ładny murzyn, żywszy, obrotniejszy niż Topaz: nic dlań nie było za trudne. Rustan zwierzył im swój zamiar. Topaz silił się go odwieść oględną perswazyą, jak sługa który nierad sprzeciwia się panu; przedstawiał mu wszelako wszystko na co się waży. Czy godzi się pogrążyć dwie rodziny w rozpaczy? wbijać nóż w serce rodziców? Zachwiał Rustana w zamyśle; ale Heban umocnił go i usunął wszystkie skrupuły.
Młody człowiek nie miał pieniędzy na tak długą podróż; roztropny Topaz nie byłby mu się starał o pożyczkę; Heban zaradził na to. Ściągnął zręcznie dyament swego pana, kazał sporządzić zupełnie podobny który włożył go na miejsce tego, prawdziwy zaś dał w zastaw jakiemuś Ormianinowi, za kilka tysięcy rupii.
Skoro młody margrabia miał rupie w kieszeni, wnet przygotowano wszystko do wyjazdu. Obarczono słonia pakunkami; oni siedli na konie. Topaz rzekł: „Pozwoliłem sobie odwodzić pana od zamiaru; ale, powiedziawszy swoje, winienem słuchać; jestem pańskim sługą, kocham pana, pójdę za panem na kraj świata. Ale poradzimy się w drodze wyroczni, która jest o dwie mile stąd“. Rustan zgodził się. Wyrocznia odpowiedziała: „Jeżeli pójdziesz na wschód, znajdziesz się na zachodzie“. Rustan zgoła nie rozumiał tej odpowiedzi. Topaz twierdził, że nie zawiera ona nic dobrego, Heban, zawsze usłużny, tłómaczył ją pomyślnie.
Była jeszcze druga wyrocznia, w Kabul; udali się do niej. Wyrocznia odpowiedziała w te słowa: „Jeżeli posiędziesz, nie będziesz posiadał; jeśli będziesz zwycięzcą, nie zwyciężysz; jeśliś jest Rustanem, nie będziesz nim“. Ta wyrocznia zdała się jeszcze ciemniejsza od tamtej. „Uważaj panie, powiadał Topaz. — Nic się pan nie bój“, zapewniał Heban: i ten sługa, jak można się domyślać, miał zawsze słuszność w oczach pana, ile że podsycał jego żądzę i nadzieję.
Opuściwszy Kabul, jechali wielkim lasem; siedli na trawie, aby się pokrzepić i popaść konie. Już miano zdjąć juki ze słonia, który niósł na grzbiecie obiad i nakrycie, kiedy się okazało że Topaz i Heban znikli z karawany. Wołają ich, las rozbrzmiewa imionami Hebana i Topaza. Służba szuka na wszystkie strony i napełnia las wołaniem: ani widu ani słychu. „Widzieliśmy, powiadają Rustanowi, jedynie sępa który bił się z orłem i wydzierał mu wszystkie pióra“. Opis tej walki obudził ciekawość Rustana; udał się pieszo we wskazane miejsce, nie ujrzał ani sępa ani orła, ale ujrzał swego słonia, jeszcze objuczonego tobołami, na którego nacierał wielki nosorożec. Jeden uderzał rogiem, drugi trąbą. Na widok Rustana, nosorożec ustąpił pola; odprowadzono do obozu słonia, ale okazało się że konie znikły. „Dziwne rzeczy zdarzają się w lesie w czasie podróży“, wykrzyknął Rustan. Służba rozglądała się wylękniona, pan zaś był w rozpaczy, iż stracił równocześnie konie, swego drogiego murzyna, i roztropnego Topaza, którego lubił zawsze, mimo że nigdy nie był jego zdania.
Pocieszał się nadzieją, że znajdzie się niebawem u stóp księżniczki Kaszmiru, kiedy spotkał dużą zebrę, którą krzepki i groźny pachołek okładał rzęsiście kijem. Niemasz nic piękniejszego, rzadszego, chybszego w biegu nad taką zebrę. Na zdwojone ciosy gbura, zwierzę odpowiadało wierzganiem zdolnem wyrwać drzewo z korzeniem. Młody mirza wziął oczywiście stronę zebry, ile że było to śliczne bydlątko. Pachoł uciekł, mówiąc do osła: „Zapłacisz mi za to“. Czworonóg podziękował wybawcy w swoim języku, zbliżył się, dał się popieścić i odwzajemnił pieszczoty. Rustan, podjadłszy, siada na zebrę i wędruje do Kaszmiru, wraz ze sługami, którzy dążyli za nim, jedni pieszo, drudzy jadąc na słoniu.
Zaledwie dosiadł zebry, zwierzę, zamiast dążyć drogą do Kaszmiru, nawróciło do Kabul. Daremnie jeździec ściąga cugle, zrywa, ściska kolana, bodzie ostrogą, zwalnia cugle, znów ciągnie, okłada trzciną z prawej i z lewej, uparte zwierzę biegnie wciąż do Kabul.
Rustan poci się, miota, wpada w rozpacz, kiedy, naraz, spotyka handlarza wielbłądów, który powiada: „Widzę, że pan masz bardzo szkodliwego wierzchowca, który cię niesie gdzieindziej niż pragniesz; jeżeli mi ustąpisz tę zebrę, dam panu jednego z moich czterech wielbłądów do wyboru“. Rustan dziękuje Opatrzności, że mu zsyła tak korzystną zamianę. „Jakże się mylił Topaz, powiada, wróżąc że moja podróż będzie nieszczęśliwa“. Siada na najpiękniejszego wielbłąda, trzy inne dążą za nim; dogania swą karawanę w przeświadczeniu iż bieży prosto ku szczęściu.
Ledwie ujechał jakie cztery mile perskie, zatrzymał go głęboki, szeroki i bystry potok, spadający ze skał białych od piany. Oba brzegi tworzyły strome przepaście, od których widoku wzrok się ćmił i serce mdlało. Żadnego sposobu aby przebyć potok, żadnej drogi na prawo ani na lewo. „Zaczynam się obawiać, rzekł Rustan, że Topaz słusznie ganił mą podróż i że źlem uczynił podejmując ją; gdyby chociaż był tutaj, mógłby mi dać jaką dobrą radę. Gdybym miał Hebana, pocieszyłby mnie, znalazłby jaki sposób, ale wszystkiego mi zbywa“. Pomięszanie małej gromadki zdwoiło jeszcze jego kłopot. Zapadła ciemna noc; spędzili ją na lamentach. Wreszcie, zmęczenie i przygnębienie uśpiły zakochanego wędrowca. Budzi się o świcie i widzi piękny marmurowy most rzucony z jednego brzegu na drugi.
Wykrzykom, słowom zdumienia i radości nie było końca. „Czy podobna? czy to sen? co za cud! co za czasy! czy odważymy się przejechać!“ Cała gromadka klęka, to znów wstaje z klęczek, zbliża się do mostu, całuje ziemię, spogląda w niebo, wyciąga ręce, stawia nogę ze drżeniem, idzie, wraca, staje w zachwycie; a Rustan powtarza: „Tym razem, niebo mi sprzyja: Topaz plótł sam nie wie co; wyrocznie były życzliwe; Heban miał słuszność, ale czemu go tu niema!
Ledwie gromadka przebyła strumień, most wali się do wody ze straszliwym hałasem. "Szczęście! szczęście! wykrzyknął Rustan; Bogu niech będzie chwała! niebo niech będzie błogosławione! nie chce abym wracał do ojczyzny, gdzie byłbym jedynie zwykłym szlachcicem; chce bym zaślubił przedmiot mej miłości: będę księciem Kaszmiru; w ten sposób, posiadając mą ukochaną, nie będę posiadał mego małego lenna w Kandaharze; będę Rustanem i nie będę, ponieważ zostanę wielkim władcą. Oto znaczna część wyroczni tłómaczy się jasno na mą korzyść; reszta wyłoży się tak samo. Szczęście, szczęście! Ale czemu Hebana niema przy mnie? żal mi go tysiąc razy więcej niż Topaza“.
Przebył jeszcze kilka mil bardzo wesoło; ale na schyłku dnia, pasmo gór bardziej stromych niż mur forteczny a wyższych od wieży Babel gdyby była skończona, zamknęło zupełnie drogę wylękłej karawanie.
Wszyscy krzyknęli: „Bóg chce abyśmy zginęli tutaj! Strzaskał most jedynie poto, aby nam odjąć wszelką nadzieję powrotu, wzniósł górę jedynie poto aby nam przeciąć wszelką drogę naprzód. O Rustanie, o nieszczęsny margrabio! nie ujrzymy nigdy Kaszmiru! nie wrócimy nigdy do ziem Kandaharu“.
Piekący ból, głębokie przygnębienie, zajęły, w duszy Rustana, miejsce nieumiarkowanej radości i nadziei. Już nie tłómaczył sobie proroctw na swoją korzyść. „O nieba! o Boże miłosierny! czemuż straciłem mego druha Topaza“.
Gdy wymawia te słowa, wydając głębokie westchnienia i lejąc łzy w otoczeniu zrozpaczonych sług, góra otwiera się nagle u samej podstawy: długi sklepiony korytarz, oświecony setką tysięcy pochodni, jawi się olśnionym oczom. Rustan wydaje okrzyk, ludzie jego padają na kolana, przeginają się ze zdumieniem wstecz, krzycząc: „Cud!“ i powiadając : „Rustan jest ulubieńcem Wisznu[19], ukochanym przez Brahmę, będzie panem świata“. Sam Rustan wierzył w to; był jak nieprzytomny, w głowie mu się kręciło. "Ach, Hebanie, mój drogi Hebanie, gdzieżeś jest? czemu nie jesteś świadkiem wszystkich tych cudów? w jaki sposób cię straciłem? Piękna księżniczko Kaszmiru, kiedyż ujrzę twoje wdzięki?
Zapuszcza się ze służbą, słoniem, wielbłądami, w skalisty kurytarz; przebywszy go, znalazł się na łące usianej kwiatami, okolonej strumieniem: na kraju łąki widniały cieniste aleje ciągnące się w dal; na końcu tych alei, rzeka, wzdłuż której wznoszą się setki ślicznych domków wśród rozkosznych ogrodów. Rustan słyszy wszędzie dźwięki głosów, instrumentów; widzi pląsy, spieszy aby przebyć most rzucony przez rzekę, pyta pierwszego spotkanego człowieka co to za kraj.
Zagadnięty odpowiada: Jesteś w krainie Kaszmiru; widzisz oto mieszkańców oddanych weselu i uciechom. Obchodzimy zaślubiny naszej pięknej księżniczki; wychodzi za pana Barbabu, któremu ojciec ją przyrzekł. Niech Bóg darzy ich wiecznotrwałem szczęściem!“ Na te słowa, Rustan padł zemdlony; szlachcic kaszmirski myślał że cierpi na wielką chorobę; kazał go zanieść do swego domu, gdzie Rustan długo leżał bez zmysłów. Posłano po dwóch najbieglejszych lekarzy: zmacali puls chorego, który, odzyskawszy nieco przytomności, szlochał, przewracał oczyma i wołał co chwilę: „Topazie! Topazie! jakżeś miał słuszność!“
Jeden z lekarzy rzekł do kaszmirskiego szlachcica: „Poznaję z akcentu, że ten młodzieniec jest z Kandahar; klimat tego kraju nie służy mu, trzeba go odesłać do domu. Widzę z jego oczu że oszalał; powierzcie mi go, odwiozę go do ojczyzny i uleczę go“. Drugi lekarz twierdził, że jest chory tylko ze zgryzoty; że trzeba go zawieść na wesele księżniczki i dać mu się wytańczyć. Podczas gdy się naradzali, chory odzyskał siły. Odprawiono lekarzy i Rustan został sam z gospodarzem.
„Panie, rzekł, daruj żem zemdlał w twojej obecności; wiem że to niegrzecznie; błagam, zechciej pan przyjąć mego słonia w odpłatę względów którymi mnie zaszczyciłeś“. Opowiedział następnie wszystkie swe przygody, nie wspominając wszelako nic o celu podróży. „Ale, w imię Wisznu i Bramy, rzekł, powiedz mi, kto jest ów szczęsny Barbabu, który zaślubia księżniczkę, czemu ojciec jej wybrał go za zięcia i czemu księżniczka przyjęła go za małżonka?
— Cudzoziemcze, rzekł mieszkaniec Kaszmiru, księżniczka zgoła nie przyjęła Barbabu; przeciwnie, zalewa się łzami, podczas gdy cały kraj święci jej zaślubiny; zamknęła się w wieży i nie chce zgoła widzieć zabaw które dla niej zgotowano“. Słysząc te słowa, Rustan uczuł że życie mu wraca; świeże kolory, które spłoszyła boleść, wystąpiły znów na twarz. „Powiedz mi, proszę, panie, czemu książę Kaszmiru upiera się aby wydać córkę za jakiegoś Barbabu, skoro ona go nie chce?
— Oto czemu, odparł gospodarz. Czy wiadomo ci, że nasz dostojny książę zgubił wielki dyament oraz dziryt, na których mu bardzo zależało?
— Wiem, oczywiście, rzekł Rustan.
— Dowiedz się tedy, że nasz książę, w rozpaczy iż nie ma żadnej wieści o swoich klejnotach, naszukawszy się ich długo po całej ziemi, przyrzekł córkę temu, kto mu odniesie jeden lub drugi. Przybył więc Barbabu, niosąc dyament, i jutro ma zaślubić księżniczkę“.
Rustan zbladł, wyjąkał podziękowanie, pożegnał gospodarza, i pomknął na dromaderze do stolicy, gdzie miała się odbyć uroczystość. Przybywa do pałacu, powiada że ma ważne rzeczy do zwierzenia, prosi o posłuchanie. Odpowiadają mu, że książę zajęty przygotowaniami do wesela. „Właśnie dlatego, odpowiada, chcę z nim mówić“. Najjaśniejszy, mówi, niechaj Bóg wieńczy wszystkie twoje dni chwałą i wspaniałością! zięć twój jest hultajem.
— Jakto hultajem! Jak śmiesz? Czy tak mówi się do księcia Kaszmiru o zięciu z jego wyboru?
— Tak, hultajem, odparł Rustan, i aby tego dowieść Waszej Dostojności, oto twój dyament.
Książę, zdumiony, porównuje oba dyamenty, że zaś nie znał się na tem ani trochę, nie mógł powiedzieć który jest prawdziwy. „Oto dwa dyamenty, rzekł; a mam tylko jedną córkę; jestem w straszliwym kłopocie“. Kazał wezwać Barbabu i spytał czy go nie oszukał. Barbabu przysiągł, że kupił dyament od Ormianina; drugi zalotnik nie powiedział od kogo ma swój, ale ofiarował próbę: mianowicie, aby Jego Dostojność pozwoliła mu bić się natychmiast z rywalem. „To nie dość, panie, że twój zięć dał dyament, trzeba także aby dał dowody męstwa: czy nie uważasz za właściwe, aby ten który zabije drugiego zaślubił księżniczkę?
— Bardzo właściwe, odparł książę: to będzie bardzo ładne widowisko dla Dworu; bijcież się prędko; zwycięzca weźmie zbroję zwyciężonego, wedle zwyczajów kaszmirskich, i zaślubi moją córkę“.
Natychmiast dwaj pretendenci zeszli na dziedziniec. Na schodach była sroka i kruk. Kruk krzyczał: „Bij się, bij się“; sroka: „nie bij się, nie bij się“. Rozśmieszyło to księcia; dwaj rywale ledwie zwrócili na to uwagę: rozpoczęli walkę; wszyscy dworzanie otoczyli ich kołem. Księżniczka, wciąż siedząc w wieży, nie chciała być świadkiem widowiska; nie domyślała się zgoła że jej ukochany jest w Kaszmirze, miała zaś taki wstręt do Barbabu że nie chciała nic widzieć. Walka odbyła się po wszelkiej formie; Barbabu padł trupem, czem lud był zachwycony, ponieważ Barbabu był brzydki, a Rustan bardzo ładny; oto co, prawie zawsze, rozstrzyga o sympatyi ludu.
Zwycięzca oblókł drucianą koszulkę, szarfę i kask zwyciężonego, i udał się, w otoczeniu całego dworu, przy dźwięku trąb, pod okna księżniczki. Wszystko krzyczy: „Piękna księżniczko, przyjdź zobaczyć swego pięknego małżonka, który zabił szpetnego rywala“; panny dworskie powtarzają te słowa. Księżniczka wyjrzała, na nieszczęście, oknem: widząc zbroję człowieka którego nienawidziła, pobiegła zrozpaczona do chińskiego kufra i dobyła nieszczęsny dziryt, który przeszył jej drogiego Rustana zmacawszy spojenie zbroi. Wydał krzyk; na ten krzyk, księżniczka poznała głos swego nieszczęśliwego kochanka.
Zbiega z rozwianym włosem, mając śmierć w oczach i w sercu. Rustan padł już skrwawiony w ramiona jej ojca. Widzi go: o chwilo, o widoku! o poznanie którego bólu, tkliwości i grozy niepodobna wysłowić. Rzuca się nań, ściska: „Przyjmujesz, mówi, pierwszy i ostatni pocałunek swej kochanki i morderczyni“. Wyciąga grot z rany, wbija go sobie w serce i umiera na ciele ubóstwianego. Ojciec, przerażony, oszalały, gotów umrzeć wraz z nią, daremnie sili się przywołać córkę do życia: już zgasła. Przeklina ten nieszczęsny grot, kruszy go na kawałki, rzuca precz od siebie dwa złowrogie djamenty. Gdy dwór gotuje pogrzeb księżniczki zamiast wesela, on każe przenieść do pałacu zakrwawionego Rustana, w którym tli jeszcze resztka życia.
Niosą go do łóżka. Pierwsza rzecz, którą widzi po dwóch stronach tego śmiertelnego łoża, to Topaz i Heban. Zdumienie wróciło mu nieco sił. „Ach, okrutni, mówi, czemuście mnie opuścili? Może księżniczka żyłaby jeszcze, gdybyście byli koło nieszczęsnego Rustana.
— Nie opuściłem cię, panie, ani na chwilę, rzekł Topaz.
— Byłem wciąż przy tobie, rzekł Heban.
— Co mówicie? czemu urągacie moim ostatnim chwilom, odparł Rustan mdlejącym głosem.
— Możesz mi wierzyć, panie, rzekł Topaz; wiesz że nigdy nie pochwalałem tej nieszczęsnej podróży, której straszliwe skutki przewidywałem; to ja bylem orłem, który walczył z sępem i któremu sęp wydarł pióra; byłem słoniem, który unosił toboły aby cię zmusić do powrotu; byłem zebrą która cię niosła wbrew twej woli do domu ojca; to ja zbłąkałem twoje konie; to ja uczyniłem strumień który ci bronił przejścia; ja wzniosłem górę która ci zamykała tak opłakaną drogę; ja byłem lekarzem, który ci radził ojczysty klimat; byłem sroką, która krzyczała abyś się nie bił.
— A ja, rzekł Heban, byłem sępem który wydarł pióra orłowi; nosorożcem który rogiem nacierał na słonia; pastuchem który bił zebrę; kupcem, który ci ofiarował wielbłądy iżbyś biegł ku swej zgubie; ja zbudowałem most przez który przejechałeś; wykopałem korytarz którym przebyłeś górę; byłem lekarzem który cię zachęcał do wstania; krukiem który krzyczał abyś się bił.
— Niestety! przypomnij sobie wróżby, rzekł Topaz: Jeżeli pójdziesz na wschód, znajdziesz się na zachodzie. — Tak, rzekł Heban, grzebią tutaj zmarłych z twarzą obróconą na zachód: wyrocznia była jasna, czemuś jej nie zrozumiał? Posiadałeś i nie posiadałeś: miałeś bowiem dyament, ale był fałszywy, i ty o tem nie wiedziałeś; jesteś Rustanem i przestajesz nim być; wszystko się spełniło.
Gdy tak mówił, cztery białe skrzydła okryły ciało Topaza, a cztery czarne skrzydła ciało Hebana. „Co widzę? wykrzyknął Rustan. Topaz i Heban odpowiedzieli razem: „Widzisz swoje dwa duchy. — Moi panowie, rzekł nieszczęśliwy Rustan, pocoście wy się mięszali? i poco dwa duchy na jednego biednego człowieka? — Takie prawo, rzekł Topaz: każdy człowiek ma dwa duchy; Platon powiedział to pierwszy, a wielu innych powtórzyło za nim. Widzisz, że to rzetelna prawda: ja, jak mnie tu oglądasz, jestem twoim dobrym duchem, a mojem zadaniem było czuwać przy tobie aż do ostatniej chwili twego życia; wypełniłem to wiernie.
— Ale, rzekł umierający, jeżeli twojem zadaniem było mi służyć, w takim razie muszę być przyrody o wiele wyższej niż twoja? a przytem, jak śmiesz nazywać się moim dobrym duchem, skoro mi pozwoliłeś błądzić we wszystkiem co podjąłem, i skoro mi pozwalasz nędznie umrzeć wraz z mą ukochaną? — Niestety! to był twój los, rzekł Topaz. — Jeżeli los robi wszystko, rzekł umierający, na cóż zda się dobry duch? A ty, Hebanie, z twemi czarnemi skrzydłami, ty jesteś zapewne moim złym duchem? — Rzekłeś, odparł Heban. — Byłeś zatem także złym duchem księżniczki? — Nie, ona miała swego, a ja go dzielnie wspomagałem. — Ach, przeklęty Hebanie, skoro jesteś tak zły, nie należysz tedy do tego samego pana co Topaz? utworzyły was dwie różne zasady, z których jedna jest dobra a druga zła ze swej istoty? — To nie jest konieczny wniosek, rzekł Heban, ale jest to, bądź co bądź, wielka trudność. — Niepodobna, podjął umierający, aby dobrotliwa istota stworzyła tak złowrogiego ducha. — Podobna czy nie podobna, odparł Heban, tak jest jak mówię. — Ach, rzekł Topaz, mój biedaku, czy nie widzisz że ten ladaco umyślnie cię jeszcze drażni, aby wzmóc twoją gorączkę i przyspieszyć chwilę śmierci? — Daj mi pokój, tyle mi wart on co ty, rzekł Rustan; on przyznaje bodaj że chciał mego zła, a ty, któryś mnie niby bronił, nie zdałeś mi się na nic. — Bardzo mnie to smuci, rzekł dobry duch. — I mnie także, odparł umierający; jest w tem coś, czego nie rozumiem. — Ani ja, rzekł biedny dobry duch. — Dowiem się tego za chwilę, rzekł Rustan. — Hm, to się pokaże“, rzekł Topaz.
Wówczas, wszystko znikło. Rustan znalazł się w domu ojca, którego nie opuszczał, i w łóżku gdzie spał od godziny.
Budzi się wskok, cały w pocie, oszołomiony, obmacuje się, woła, krzyczy, dzwoni. Sługa jego Topaz nadbiega w mycce nocnej, ziewając: „Czym umarł? czy żyję? wykrzyknął Rustan; czy piękna księżniczka Kaszmiru wyliże się?.. — Pan widzę śni? odparł spokojnie Topaz.
— Ach! wykrzyknął Rustan, cóż się tedy stało z tym niegodziwym Hebanem, wraz z jego czterema czarnemi skrzydłami? to on mnie zgładził tak okrutną śmiercią. — Panie, słyszałem na górze jak chrapie; mam go zawołać? — Zbrodniarz! już całe pół roku mnie prześladuje; to on mnie zawiódł na ten nieszczęsny jarmark w Kabul; on ściągnął djament, który mi dała księżniczka; on jest jedyną przyczyną mej podróży, śmierci księżniczki i ciosu dzirytem od którego umieram w kwiecie wieku.
— Niech się pan uspokoi, rzekł Topaz; nigdy pan nie był w Kabul; niema żadnej księżniczki Kaszmiru; ojciec jej miał tylko dwóch chłopców, którzy obecnie chodzą do szkół. Nie miał pan nigdy djamentu; księżniczka nie mogła umrzeć, skoro się nie urodziła, a pan jesteś zdrów jak ryba.
— Jakto! więc to nieprawda, żeś mnie gotował na śmierć w łóżku księcia Kaszmiru? Nie przyznałeś mi się, że, aby mnie chronić od tylu nieszczęść, byłeś kolejno orłem, słoniem, żabą, lekarzem i sroką? — Panie, śniło się panu to wszystko: myśli nasze tak samo nie zależą od nas we śnie jak na jawie. Bóg chciał, aby ten ciąg myśli przeszedł panu przez głowę, zapewne aby panu dać jakąś naukę, z której pan skorzysta. — Drwisz sobie ze mnie, rzekł Rustan; jakże ja długo spałem? — Niespełna godzinę, panie. — Zatem, przeklęty mędrku, jakże chcesz, abym, w ciągu godziny, był na jarmarku w Kabul przed pół rokiem, abym wrócił stamtąd, odbył podróż do Kaszmiru; abyśmy wszyscy pomarli, Barbabu, księżniczka i ja? — Panie, nic łatwiejszego i nic pospolitszego: mogłeś pan doskonale objechać świat i mieć o wiele więcej przygód w o wiele krótszym czasie.
Czy nie prawdą jest, że możesz pan, w ciągu niewielu godzin, przeczytać skróconą historyę Persyi, napisaną przez Zoroastra? a mimo to ten skrót obejmuje ośmset tysięcy lat. Wszystkie te wydarzenia przesuwają przed pańskiemi oczyma, jedno po drugim, w ciągu godziny. Owóż, przyzna mi pan, że równie łatwo jest Bramie ścisnąć je na przestrzeni godziny, co rozciągnąć je na przestrzeni ośmiuset tysięcy lat: to zupełnie jedno i to samo. Wyobraź sobie, że czas obraca się na kole, którego średnica jest nieskończona; pod tem olbrzymiem kołem znajduje się nieliczna mnogość kół, jedno w drugiem; kółko w środku jest niedostrzegalne i spełnia nieskończoną ilość obrotów ściśle w tym czasie w którym wielkie koło dokonuje jednego. Jasnem jest, iż wszystkie wypadki; od początku świata aż do jego końca, mogą zdarzyć się kolejno w krótszym o wiele czasie, niż stotysięczna część sekundy, i można nawet powiedzieć że tak się dzieje.
— Nic nie rozumiem, rzekł Rustan. — Jeżeli pan chce, rzekł Topaz, mam papugę, która to panu z łatwością wytłómaczy. Urodziła się na jakiś czas przed potopem; była w arce; dużo widziała; mimo to ma dopiero półtora roku i opowie panu swoją historyę, to bardzo zajmujące.
— Idź prędko po tę papugę, rzekł Rustan; zabawi mnie chwilę, póki nie zasnę. — Jest u mojej siostry, zakonnicy, odparł Topaz; pójdę po nią. Ubawi pana; ma dobrą pamięć, opowiada poprostu, bez ciągłego silenia się na dowcip i bez frazesów. — Doskonale, rzekł Rustan; właśnie tak lubię aby mi opowiadano“. Przyprowadzono papugę, która zaczęła tak:


N. B. Panna Katarzyna Vadé nie mogła odnaleźć opowiadania papugi w tece swego zmarłego krewniaka Antoniego Vadé, autora tej powiastki. Wielka to szkoda, zważywszy czasy w których żyła ta papuga. (Przypisek Woltera.)
(Wolter ogłaszał wiele utworów pod nazwiskiem Wilhelma lub Antoniego Vadé.)






JEANNOT I COLIN.
(1764.)

Wiele wiarogodnych osób widziało Jeannota i Colina w szkole w mieście Issoire, w Owernii, miejscowości sławnej w całym świecie przez swoje kolegium i swoje żelazne garnki. Jeannot był synem bardzo znanego handlarza mułów; Colin zawdzięczał życie zacnemu rolnikowi z okolicy, który uprawiał ziemię w cztery muły, i który, opłaciwszy pogłówne, podymne, łanowe, targowe, poradlne i narębne, nie wiele mógł zaoszczędzić z końcem roku.

Jeannot i Colin były to, jak na Oweniatów, bardzo ładne dzieciaki; kochali się bardzo i płatali razem figle i psoty, które zawsze jest miło wspomnieć, kiedy się ludzie spotkają później w świecie.
Nauki ich miały się już ku końcowi, kiedy krawiec przyniósł Jeannotowi aksamitne ubranie z mieniącej materyi, wraz z lyońską kamizelką w bardzo dobrym guście; przesyłce towarzyszył list do pana de la Jeannotière. Colin podziwiał ubranie bez cienia zazdrości; ale Jeannot przybrał wyniosły ton który zmartwił Colina. Od tej chwili Jeannot przestał się uczyć, przeglądał się wciąż w lustrze i pogardzał wszystkimi. W jakiś czas potem, list do p. margrabiego de la Jeannotière: był to rozkaz od ojca, aby syn przybył do Paryża. Jeannot wsiadł do kolaski, podając Colinowi rękę dosyć z pańska, z protekcjonalnym uśmiechem. Colin uczuł swą nicość, i rozpłakał się. Jeannot odjechał w całym blasku chwały.
Czytelników, którzy lubią dokładne wiadomości, należy pouczyć, iż p. Jeannot-ojciec zdobył szybko ogromny majątek na spekulacyach. Pytacie, w jaki sposób powstają te olbrzymie fortuny? Trzeba szczęścia. P. Jeannot był przystojnym mężczyzną, żona jego też była ładna i jeszcze świeża. Udali się do Paryża dla procesu który ich rujnował, kiedy los, który wywyższa i uniża ludzi wedle swego kaprysu, zetknął ich z żoną przedsiębiorcy szpitali wojskowych, bardzo zdolnego człowieka, który mógł się pochlubić, iż zabił więcej żołnierzy w rok, niż armaty zgładziły ich w lat dziesięć. Jeannot spodobał się pani, pani Jeannot spodobała się panu. Jeannot wszedł niebawem do interesu w charakterze wspólnika; wszedł także i w inne interesy. Z chwilą gdy człowiek raz znajdzie się w prądzie, trzeba mu tylko dać się unieść; robi się bez trudu olbrzymi majątek. Mizeracy, którzy, z brzegu, patrzą jak płyniesz pełnymi żaglami, otwierają zdumione oczy i nie wiedzą w jaki sposób zdołałeś się dobić; zazdroszczą ci na ślepo, i piszą na ciebie paszkwile, których nie czytasz. Wszystko to zdarzyło się panu Jeannot, który stał się niebawem panem de la Jeannotière, i który, kupiwszy po pół roku margrabstwo, odebrał ze szkoły pana margrabiego juniora, aby go wprowadzić w Paryżu w wielki świat.
Colin, zawsze serdeczny, napisał list z powinszowaniem do dawnego towarzysza. Młody margrabia nie odpowiedział ani słowa: Colin odchorował to ze zmartwienia.
Rodzice postarali się dla młodego panicza o guwernera: guwerner ten, jegomość bardzo wytworny ale który nic nie umiał, nie mógł niczego nauczyć swego wychowanka. Pan chciał, aby jego syn umiał po łacinie, pani nie chciała. Wzięli za rozjemcę pewnego autora, który zdobył sobie wówczas sławę lekkością i powabem swoich dzieł. Zaproszono go na obiad. Pan domu zaczął w ten sposób: „Panie, ponieważ umie pan po łacinie i bywa pan na dworze…
— Ja! po łacinie! ani słowa, odparł literat; i bardzo sobie to chwalę: jasnem jest, że o wiele lepiej włada się własnym językiem, odkąd się nie rozprasza wysiłku na języki obce. Weź pan nasze damy: umysł ich ma o wiele więcej powabu niż męski; piszą listy z bezporównania większym wdziękiem: a mają tę wyższość nad nami jedynie dzięki temu, że nie umieją po łacinie.
— I cóż! nie miałam racyi? rzekła pani. Chcę, aby mój syn był człowiekiem gładkim, aby miał powodzenie w świecie; a widzisz sam, że, gdyby umiał po łacinie, byłby zgubiony. Czy grywa się, powiedz, komedyę i operę po łacinie? czy zaleca się kto do kobiet po łacinie?“ Pan, olśniony temi racjami, ustąpił; uchwalono, że młody margrabia nie będzie tracił czasu na poznanie Cycerona, Horacego i Wergiliusza. „Czegóż tedy będzie się uczył? trzebaż bowiem aby coś umiał; czy nie możnaby mu wyłożyć nieco geografii? — Na co mu to? odparł guwerner. Kiedy pan margrabia zechce pojechać do swego majątku, czyż pocztylioni nie będą znali drogi? nie zabłądzą z pewnością. Nie trzeba cyrkla aby podróżować; jedzie się bardzo wygodnie z Paryża do Owernii, nic nie wiedząc o stopniu szerokości geograficznej.
— Ma pan słuszność, rzekł ojciec. Ale słyszałem o pięknej nauce, którą zowią, zdaje mi się, astronomią.
— Cóż za bzdurstwo! odparł guwerner; czyż człowiek kieruje się w świecie wedle gwiazd? czy pan margrabia ma się zamęczać obliczaniem zaćmienia, skoro je znajdzie na czas w kalendarzu, który go pouczy, w dodatku, o świętach ruchomych, kwadrach księżyca i wieku wszystkich księżniczek w Europie?“
Pani była w zupełności zdania guwernera. Młody margrabia był w siódmem niebie; ojciec kręcił mocno głową. „Czegóż tedy będziemy uczyć syna? mówił.
— Sztuki znalezienia się w świecie, odparł wezwany do rady przyjaciel; skoro nauczy się być miłym, będzie umiał wszystko; a sztuki tej nauczy się u swojej matki bez najmniejszego trudu dla obojga“.
Słysząc to, pani uściskała dwornego nieuka i rzekła: „Widać zaraz że pan jest najuczeńszym człowiekiem w świecie; syn mój będzie panu zawdzięczał całe wykształcenie. Zdaje mi się wszelako, że nieźleby było aby umiał nieco historyi.
— Och, pani, na cóż się to zda? odparł tamten. Przyjemna i pożyteczna jest tylko historya ostatniej doby. Wszystkie historye starożytne, to są, jak powiada jeden z naszych luminarzy[20], jedynie uświęcone bajki; co zaś do nowożytnej, to chaos którego niepodobna rozplątać. Co pani syna obchodzi, że Karol Wielki ustanowił dwunastu parów Francyi i że jego następca był jąkałą?
— Święte słowa! wykrzyknął guwerner; dławi się umysł dzieci pod stosem niepotrzebnych wiadomości; ale najgłupsze, mojem zdaniem, ze wszystkich nauk i najbardziej zdolną zadławić wszelaki talent, to geometrya. Ta pocieszna nauka ma za przedmiot powierzchnie, linie i punkty, które nie istnieją w naturze. Można poprowadzić w myśli sto tysięcy linii krzywych między kołem a dotykającą go linią prostą, mimo że w rzeczywistości nie można zmieścić ani zdziebełka. Doprawdy, cała geometrya, to tylko głupi żart“.
Oboje państwo nie zupełnie rozumieli o co guwernerowi chodzi, ale zgodzili się w zupełności z jego zdaniem.
„Pan całą gębą, jak pan margrabia, ciągnął, nie ma co sobie suszyć głowy nad temi baśniami. Jeżeli kiedy będzie potrzebował znakomitego geometry aby zdjął plan jego majątku, rozmierzą mu go za dobrą zapłatą. Jeżeli zechce rozjaśnić mroki swego szlachectwa, które sięga najbardziej zamierzchłych czasów, pośle po benedyktyna. Tak samo z wszystkiemi sztukami. Młody panicz tak szczęśliwie urodzony nie jest ani malarzem, ani muzykiem; ani architektem, ani rzeźbiarzem; ale daje kwitnąć wszystkim tym sztukom, wspomagając je swą hojnością. Lepiej, to pewna, jest popierać je niż wykonywać; wystarczy aby pan margrabia miał smak; rzeczą artystów jest pracować dla niego; bardzo też słusznie powiadają, że ludzie dobrze urodzeni (mam na myśli tych którzy są bardzo bogaci) umieją wszystko bez nauki, ponieważ, w istocie, uczą się w końcu sądzić o rzeczach które zamawiają i płacą“. Miły nieuk wtrącił się do rozmowy i rzekł: „Bardzo trafnie pani zauważyła; że ostatecznym celem człowieka jest powodzenie w towarzystwie. Otóż, powiedzcie szczerze, czy powodzenie to zdobywa się nauką? Czy przyszło komu do głowy, w wykwintnym świecie, mówić o geometryi? Czy bada kto kiedy dobrze wychowanego człowieka, jaka gwiazda wstaje dziś ze słońcem? Czy pyta kto, przy kolacyi, czy Klodjon Kędzierzawy przeszedł Ren?
— Oczywiście że nie! wykrzyknęła margrabina de la Jeannotière, której wdzięki jej pozwalały się niekiedy stykać z wielkim światem; toteż syn mój nie powinien dławić swoich talentów całą tą rupieciarnią. Ale, ostatecznie, czegóż go będziemy uczyć? Dobrze jest bowiem, aby młody magnat umiał zabłysnąć w potrzebie, jak powiada margrabia mój mąż. Przypominam sobie, iż słyszałam z ust pewnego księdza, że najprzyjemniejsza z nauk to jakaś rzecz której nazwy zapomniałam, ale która zaczyna się na H.
— Na H, pani? czy nie herboryzowanie?
— Nie, nie: zaczynało się, mówię panu, na H, a kończyło na arz.
— A, rozumiem, pani: herbarz; to jest, w istocie, bardzo głęboka wiedza; ale nie jest już w modzie, odkąd poniechano zwyczaju malowania herbów na drzwiczkach karocy; była to najpożyteczniejsza rzecz w cywilizowanem państwie. Zresztą, ta nauka byłaby bez końca: niema dziś cyrulika, któryby nie miał swego herbu; a wiadomo pani, że każda rzecz, która się staje pospolitą, traci na blasku“.
Wreszcie, rozpatrzywszy silne i słabe strony różnych nauk, osądzono, że pan margrabia będzie się uczył tańca.
Natura, ta troskliwa opiekunka, dała mu talent, który się rozwinął niebawem z niezmiernem powodzeniem: śpiewał bardzo przyjemnie modne piosenki. Wdzięk młodości połączony z tym szacownym darem, zyskał mu reputacyę młodzieńca pełnego nadziei. Kobiety przepadały za nim; mając głowę pełną piosenek, składał je dla swych bogiń. W jednej piosence łupił Bachusa i Amora, w drugiej Noc i dzień, w trzeciej Wdzięki i męki; że zaś, w jego wierszach, było zawsze o parę stóp za wiele lub za mało, dawał je poprawiać kosztem dwudziestu ludwików od piosenki; zaczem ogłoszono go w Roku piśmienniczym[21] za następcę La Fare’a, Chaulieu, Hamiltona, Sarrazina i Voiture’a[22].
Pani margrabina nabiła sobie głowę tem że jest matką poety, i zaczęła wydawać kolacye dla paryskiej literatury. Niebawem młodemu człowiekowi przewróciło się w głowie; nabył sztuki mówienia rzeczy których sam nie rozumiał, i wydoskonalił się w rzemiośle wałkonia. Widząc go tak wymownym, ojciec począł mocno żałować, że go nie kazał uczyć łaciny, byłby mu bowiem kupił jaki wysoki urząd. Matka ożywiona górniejszemi uczuciami, podjęła się wystarać dla syna o pułk w armii: tymczasem uprawiał miłość. Miłość bywa niekiedy droższa niż szlify pułkownika. Wydawał wiele, rodzice zaś jeszcze bardziej silili się na pański tryb życia.
Młoda i szlachetnie urodzona wdowa, ich sąsiadka, posiadająca jedynie skromne mienie, postanowiła zaopiekować się magnacką fortuną państwa de la Jeannotière, zaślubiając młodego margrabiego. Ściągnęła go do siebie, rozkochała, pozwoliła mu domyślać się że nie jest jej obojętny, przeprowadziła go przez wszystkie stopnie, oczarowała go, opanowała bez trudu. Karmiła go to pochlebstwami, to radami, stała się najlepszą przyjaciółką jego rodziców. Stara sąsiadka podsunęła małżeństwo; rodzice, olśnieni blaskiem tego związku, przyjęli z radością propozycyę; oddali swego jedynaka serdecznej przyjaciółce. Młody margrabia miał tedy pojąć żonę którą ubóstwiał i która go kochała. Przyjaciele domu winszowali mu: układano punkty kontraktu, gotując wesele i epitalamium.
Pewnego ranka, młody człowiek znajdował się właśnie u kolan uroczej istoty, którą miłość, szacunek i przyjaźń miały mu zaswatać niebawem: w tkliwej i ożywionej rozmowie kosztowali pierwocin szczęścia; robili plany rozkosznego życia, kiedy wpadł mocno zmięszany pokojowiec margrabiny. „Ładna historya, rzekł: komornicy wynoszą meble jaśnie państwa; wszystko zajęli wierzyciele; przebąkują o areszcie; trzeba mi się zakrzątnąć aby odebrać swoje zasługi. — Cóż ty mi bajesz, rzekł margrabia: zaraz zobaczymy co to ma znaczyć. — Tak, rzekła wdowa; idź skarcić tych hultajów; spiesz żywo“. Biegnie; wpada do domu; ojca już odprowadzono do więzienia; cała służba uciekła, unosząc co kto mógł. Matka, sama, bez pomocy, bez pociechy, tonęła we łzach; nie zostało jej nic, prócz wspomnienia majątku, urody, błędów i szalonych wydatków.
Skoro syn wypłakał się z matką, rzekł wreszcie: „Nie rozpaczajmy; ta młoda wdowa kocha mnie szalenie; jest bardziej jeszcze szlachetna niż bogata, jestem jej pewien: pędzę do niej i przyprowadzę ją tu“. Wraca tedy do ukochanej; zastaje ją sam na sam z bardzo przystojnym oficerkiem. „Jakto to pan, panie de la Jeannotière; co pan tu robi? czy można tak opuszczać swoją matkę? Idź pan do tej zacnej osoby, powiedz że zawsze jestem jej szczerze życzliwa; potrzebuję właśnie pokojówki, zachowam jej pierwszeństwo. — Mój chłopcze, wydajesz mi się wcale gracki, rzekł oficer; jeżeli chcesz wstąpić do mojej kompanii, pomyślę o tobie“.
Margrabia, osłupiały, z wściekłością w sercu, udał się do dawnego guwernera, wylał swe bóle na jego łono i poprosił o radę. Ów poradził mu, aby został, jak on, guwernerem. „Niestety! nic nie umiem, niczego mnie pan nie nauczył: jesteś główną przyczyną mego nieszczęścia“. To mówiąc, szlochał. „Pisz pan powieści, rzekł jakiś gryzipiórek, który był przytem; to w Paryżu doskonały sposób utrzymania“.
Młody człowiek, coraz to bardziej zrozpaczony, pobiegł do matczynego spowiednika: był to teatyn bardzo wzięty, który sprawował duchowną opiekę tylko przy bardzo znamienitych damach. „Mój Boże, panie margrabio, gdzie pańska karoca? jak się miewa czcigodna matka pańska, pani margrabina?“ Biedny chłopak opowiedział mu nieszczęścia rodzinne. W miarę opowiadania teatyn przybierał minę coraz poważniejszą, coraz bardziej obojętną i dostojną. „Mój synu, to palec mądrości bożej: bogactwa psują jeno serce. Bóg uczynił tedy matce pańskiej tę łaskę, iż doprowadził ją do zupełnej nędzy? — Tak, ojcze. — Tem lepiej, pewna jest swego zbawienia. — Ale, mój ojcze, nim to nastąpi, czy nie byłoby sposobu uzyskania dla niej jakiej pomocy na tym świecie? — Bądź zdrów, mój synu, pewna dostojna penitentka oczekuje mnie“.
Margrabia omal nie zemdlał. To samo mniej więcej przyjęcie znalazł u wszystkich przyjaciół; w ciągu pół dnia lepiej poznał świat, niż przez całą resztę życia.
Gdy tak tonął w bezmiarze rozpaczy, ujrzał nadjeżdżającą landarę, staroświeckiego kształtu, ze skórzanemi firankami, a za nią cztery ogromne wysoko naładowane wozy. W landarze siedział młody człowiek z prosta ubrany: okrągła i świeża twarz oddychała poczciwością i weselem. Żona, nieduża brunetka, o dość niewybrednej urodzie, trzęsła się koło niego. Pojazd nie jechał tak, jak jeżdżą dworscy panicze; podróżny miał czas przyjrzeć się margrabiemu, który stał jak martwy, pogrążony w boleści. — Boże ty mój, zawołał; toć to przecie Jeannot! Słysząc to miano, margrabia podnosi oczy, pojazd zatrzymuje się. „To Jeannot, ależ tak, to Jeannot“. Mały pulchny człowieczek daje susa i pędzi uściskać dawnego kolegę. Jeannot poznaje Colina; twarz mu spłonęła wstydem, łzy puściły się z oczu. „Wzgardziłeś mną, rzekł Colin; ale, choć jesteś wielkim panem, będę cię kochał zawsze“. Jeannot, zmięszany i rozczulony, opowiada mu szlochając swoje nieszczęście. „Chodź do mej kwatery, powiesz mi resztę, rzekł Colin; uściskaj moją babę i pójdźmy razem na obiad“.
Idą wszyscy troje pieszo, wozy za niemi. „Cóż to jest ta cała karawana? czy to twoje? — Tak, wszystko to moje i mojej żony. Przybywamy z miasteczka. Stoję na czele pokaźnej fabryczki cyny i miedzi. Ożeniłem się z córką bogatego kupca sprzętów potrzebnych wielkim i małym. Pracujemy tęgo, Bóg nam błogosławi. Nie odmieniliśmy stanu, jesteśmy szczęśliwi. Poratujemy naszego drogiego Jeannot. Puść kantem margrabstwo: wszystkie wielkości świata nie są warte dobrej przyjaźni. Wrócisz ze mną do miasteczka, nauczę cię rzemiosła: nie jest trudne; przypuszczę cię do spółki i będziemy żyli wesoło tam gdzieśmy się urodzili“.
Jeannot, oszołomiony, doznawał kolejno uczuć bólu i zazdrości, roztkliwienia i wstydu; powtarzał po cichu: „Wszyscy nasi świetni przyjaciele zdradzili mnie, a Colin, którym wzgardziłem, sam jeden spieszy mi z pomocą. Co za nauczka!“ Poczciwość Colina rozwinęła w sercu Jeannota ziarno dobrej natury, którego świat nie zdołał zdławić. Uczuł, że nie mógłby opuścić rodziców. „Będziemy mieli pieczę o twoją matkę, rzekł Colin; co zaś do nieboraka ojca, który jest w więzieniu, rozumiem się nieco na interesach: wierzyciele, widząc że nie ma już nic, zadowolą się lada czem; biorę wszystko na siebie“. Colin dokazał tego, że wydobył ojca z więzienia. Jeannot wrócił do rodzinnego miasteczka z rodzicami, którzy chwycili się dawnego zawodu. Zaślubił siostrę Colina, która, będąc z usposobienia podobna do brata, stworzyła mu miłe życie. I Jeannot ojciec, Jeannotowa matka, oraz Jeannot syn, poznali, że szczęście nie leży w próżności.






PROSTACZEK[23].
HISTORYA PRAWDZIWA, ZNALEZIONA W PAPIERACH O. QUESNEL[24].
(1767.)

I. Jako przeor klasztoru Najśw. Panny z Góry i jego siostra spotkali Hurona.

Pewnego dnia, św. Dunstan, Irlandczyk z pochodzenia a święty z zawodu, wyruszył z Irlandyi na małej górce, i, płynąc ku wybrzeżom Francyi, przybył, z pomocą tego wehikułu, do zatoki Saint-Malo. Znalazłszy się na brzegu, pobłogosławił górę, która skłoniła mu się uniżenie, i wróciła do Irlandyi tą samą drogą.

Dunstan założył w tych stronach mały klasztorek, i dał mu nazwę Góry, którą to nazwę nosi dziś jeszcze, jak każdemu wiadomo.
W r. 1679, 15 lipca wieczorem, X. de Kerkabon, przeor Najśw. Panny z Góry, przechadzał się nad morzem z panną de Kerkabon, swoją siostrą, kosztując świeżego powietrza. Przeor, już nieco w wieku, był to zacny kapłan, zażywający miłości u sąsiadów, jak wprzódy zażywał jej u sąsiadek. Wielkie poważanie zjednało mu w okolicy zwłaszcza to, iż był, w całej prowincyi, jedyną duchowną osobą, której, po wieczerzy z kolegami, nie trzeba było odnosić do łóżka. Dość był bity w teologii; kiedy zaś znużył się św. Augustynem, szukał wytchnienia u Rabelego; toteż, wszyscy go chwalili.
Panna de Kerkabon, dotąd, mimo szczerej ochoty w tej mierze, niezamężna, wyglądała, w czterdziestej piątej wiośnie, wcale świeżo. Z natury była dobra i tkliwa: lubiła dobre życie i była nabożna.
Przeor, spoglądając na morze, rzekł: „Ach, tak, w tem właśnie miejscu wsiadł na okręt biedny nasz brat, wraz z drogą bratową, panią de Kerkabon, swoją żoną. Było to w 1669; fregata nazywała się Jaskółka; jechał zaciągnąć się do wojska w Kanadzie. Gdyby nie to że go zabito, moglibyśmy mieć nadzieję ujrzenia go jeszcze.
— Czy wierzysz, rzekła panna Kerkabon, że bratową zjedli Irokezi, jak nam oznajmiono? — Hm, oczywiście: gdyby jej nie zjedli, byłaby wróciła… Będę ją opłakiwał całe życie… Była to urocza kobieta; brat zaś, przy swoich talentach, byłby zrobił wielki los“.
Tak roztkliwiając się oboje, ujrzeli niewielki okręcik wpływający w zatokę: byli to Anglicy, którzy wieźli na sprzedaż płody swego kraju. Wysiedli na ląd, nie zwracając uwagi na X. przeora ani na jego siostrę, bardzo dotkniętą tym brakiem względów.
Zgoła inaczej zachował się pewien młody człowiek bardzo zręcznej postaci, który skoczył jednym susem poprzez głowy towarzyszy i znalazł się tuż nawprost panienki. Skinął jej głową, nie będąc włożony w ceremoniał ukłonów. Fizyognomia jego oraz strój zwróciły uwagę przeora i jego siostry. Miał gołą głowę i gołe łydki, na nogach lekkie sandały, długie włosy zaplecione w warkocze; obcisły kaftan uwydatniał smukłą i gibką kibić; wyraz twarzy był dziarski i łagodny zarazem. W jednej ręce miał buteleczkę wódki Barbadyjskiej[25], w drugiej sakwę, a w niej kubek i parę wybornych sucharów. Mówił po francusku dość zrozumiale. Poczęstował wódką pannę de Kerkabon i przeora; napił się z nimi, dał im golnąć raz jeszcze, a wszystko z taką naturalnością i prostotą iż oboje byli zachwyceni. Ofiarowali mu swoje usługi, pytając kim jest i dokąd się udaje. Odparł iż sam nie wie, że jest z natury ciekawy, że chciał poprostu obejrzeć wybrzeża Francyi, i że, dokonawszy tego, wraca.
Przeor, wnosząc z akcentu że nie jest Anglikiem, pozwolił sobie zapytać młodzieńca z jakiego kraju pochodzi. „Jestem Huronem“[26], odparł.
Panna de Kerkabon, zdumiona i zachwycona uprzejmościami jakich doznała ze strony Hurona, zaprosiła go na wieczerzę. Nie dał się prosić dwa razy, zaczem, wszyscy troje ruszyli w stronę opactwa.
Pulchna i przysadzista panienka przyglądała się chłopcu małemi oczkami, i mówiła raz po raz do brata: „Co za płeć u tego chłopca: krew z mlekiem!… Cóż za piękna cera, jak na Hurona! — Tak, tak“, odpowiadał przeor. Zasypywała wędrowca pytaniami, on zaś odpowiadał na wszystko nader bystro.
Wieść o bytności Hurona na plebanii rozeszła się niebawem. Śmietanka z całej parafii ściągnęła tam na wieczerzę. Przybył X. de Saint-Yves z siostrą, bardzo ładną i doskonale ułożoną młodą bretonką; przybył delegat, poborca, wszyscy z żonami. Posadzono cudzoziemca między panną de Kerkabon a panną de Saint-Yves. Wszyscy patrzyli nań z podziwem, wszyscy równocześnie zasypywali go pytaniami; Huron nie przejmował się tem, zdawałoby się iż wziął sobie za zasadę godło milorda Bolingbroke[27]: Nihil admirari. W końcu, zmęczony tym zgiełkiem, odezwał się nader łagodnie a dość stanowczo zarazem: „Moi państwo, w moim kraju jest zwyczaj mówić kolejno, jeden po drugim: w jaki sposób mam odpowiadać, kiedy niepodobna mi was zrozumieć?“ Rozsądek zawsze przywodzi ludzi na chwilę do zastanowienia: zapanowała wielka cisza. P. delegat, który zawsze przyczepiał się do cudzoziemców skoro ich zdybał w jakim domu, i który był największym pytaczem w całej okolicy, rzekł otwierając gębę na pół łokcia: „Czy wolno mi spytać o pańskie nazwisko. — Zwano mnie zawsze Prostaczkiem, odparł; a potwierdzono mi to imię w Anglii, ponieważ zawsze mówię poprostu co myślę, tak samo jak robię wszystko co chcę.
— W jaki sposób, urodziwszy się Huronem, mógł pan przybyć do Anglii? — Zawieziono mnie tam: dostałem się raz w bitwie do niewoli Anglików, po dość uporczywej obronie; Anglicy, którzy cenią dzielność, ponieważ sami są dzielni i ponieważ są równie zacni ludzie jak my, ofiarowali mi, iż mogę albo wrócić do rodziny, albo jechać do Anglii: wybrałem to ostatnie, ponieważ, z natury, namiętnie lubię podróżować.
— Ależ, panie, rzekł p. delegat z namaszczeniem, w jaki sposób mogłeś opuścić tak ojca, matkę?… — Bo też nie znałem nigdy ojca ani też matki“, odparł cudzoziemiec. Towarzystwo rozczuliło się, wszyscy powtarzali: „Ani ojca ani matki! — Zastąpimy mu ich, rzekła gospodyni domu do brata przeora… Jaki ten pan Huron jest sympatyczny!“… Huron podziękował jej ze szlachetnem i dumnem wylaniem, i dał do zrozumienia że nie trzeba mu niczego.
— Uważam, mości Prostaczku, rzekł poważny delegat, że pan mówisz po francusku lepiej niż przystało na Hurona? — Francuz pewien, któregośmy, jeszcze za mego dzieciństwa, wzięli do niewoli, i dla którego powziąłem serdeczną przyjaźń, nauczył mnie swego języka: uczę się bardzo szybko, gdy chcę się czegoś nauczyć… Przybywszy do Plymouth, spotkałem jednego z owych zbiegów, których nazywacie, nie wiem dla czego, hugonotami; dzięki niemu uczyniłem dalsze postępy w znajomości waszego języka; z chwilą zaś gdy mogłem się wyrażać zrozumiale, przybyłem zobaczyć wasz kraj. Francuzi dosyć mi się podobają… o ile nie zadają zbyt wiele pytań“.
Mimo tej delikatne] przestrogi, X. de Saint-Yves zapytał, który język podoba mu się bardziej: huroński, angielski czy francuski. „Oczywiście huroński, odparł Prostaczek. — Czy podobna? wykrzyknęła panna de Kerkabon… Zawsze sądziłam, że francuski język jest najpiękniejszy ze wszystkich, po dolnobretońskim“.
Dopieroż zaczęto na wyprzódki, zasypywać Prostaczka pytaniami, jak się mówi po hurońsku tytoń; odpowiadał taya; jak się mówi jeść; odpowiadał essenten. Parma de Kerkabon pragnęła koniecznie wiedzieć, jak się mówi kochać; odpowiedział trovander[28], i dowodził, nie bez pozorów słuszności, że wszystkie te słowa w niczem nie ustępują francuskim lub angielskim. Trovander wydało się wszystkim biesiadnikom nader wdzięczne.
X. przeor miał w bibliotece gramatykę hurońską, którą mu dał w upominku wielebny O. Sagar Theodat[29], słynny misyonarz; wstał tedy na chwilę, aby zajrzeć do niej. Wrócił aż zdyszany z rozczulenia i radości: sprawdził iż Prostaczek jest prawdziwym Huronem. Wszczęła się mała dysputa o różnorodności języków; wszyscy się zgodzili, iż, gdyby nie przygoda z wieżą Babel, cała ziemia mówiłaby po francusku.
Lubiący pytania delegat, który, aż dotąd, miał lekką nieufność do przybysza, powziął dla niego głęboki szacunek: odzywał się doń grzeczniej niż wprzódy, na czem Prostaczek się nie poznał.
Panna de Saint-Yves bardzo była ciekawa, jak się objawia miłość w kraju Huronów. „Pełniąc zacne uczynki, odparł, aby się przypodobać osobom pokrewnym duchem“. Wszyscy biesiadnicy przyklasnęli ze zdumieniem. Panna de Saint-Yves zapłoniła się, i była bardzo rada. Panna de Kerkabon zaczerwieniła się również, ale nie była tak rada; czuła się nieco dotknięta, że dworność nie była dla niej; ale była tak poczciwa z natury, iż sympatya jej dla Hurona nie osłabła. Spytała go, wielce łaskawie, ile miał kochanek w Huronii. „Tylko jedną, rzekł Prostaczek: była nią panna Abakaba, serdeczna przyjaciółka mojej drogiej karmicielki: trzcina nie jest prostsza, gronostaj bielszy, owieczki są mniej łagodne, orły mniej dumne, a jelenie nie tak lekkie, jak była Abakaba. Ścigała, jednego dnia, zające w okolicy, blizko pięćdziesiąt mil od naszego domostwa; pewien źle wychowany Algonkin[30], mieszkający o sto mil dalej, zabrał jej zająca; dowiedziałem się o tem, pobiegłem, powaliłem Algonkina ciosem maczugi, i przywiodłem go, ze spętanemi rękami i nogami, do stóp mej ukochanej. Krewni Abakaby chcieli go zjeść; ale ja nigdy nie smakowałem w takich biesiadach; wróciłem mu wolność, czem pozyskałem sobie jego przyjaźń. Abakaba była tak wzruszona moim postępkiem, iż przełożyła mnie nad wszystkich zalotników. Kochałaby mnie jeszcze, gdyby nie to że zjadł ją niedźwiedź. Skarałem niedźwiedzia; długo nosiłem jego skórę; ale to mnie nie pocieszyło“.
Słysząc to, panna de Saint-Yves uczuła tajemną przyjemność iż Prostaczek miał tylko jedną kochankę i że Abakaby niema już na świecie; ale nie zdawała sobie sprawy z przyczyn swego zadowolenia. Cały stół patrzył na Prostaczka; chwalono go wielce, iż nie pozwolił towarzyszom zjeść Algonkina.
Okrutny delegat, który nie mógł powściągnąć swego szału pytań, zagadnął wreszcie Hurona o to jaką religię wyznaje: anglikańską, gallikańską czy hugonocką. „Moją, odparł, tak jak wy swoją. — Och! och! wykrzyknęła dobra Kerkabońcia, ci niegodziwi Anglicy nie pomyśleli nawet o tem aby go ochrzcić! — Bożeż ty mój! mówiła panna de Saint-Yves, jak to być może aby Huroni nie byli katolikami? czy wielebni ojcowie jezuici nie nawrócili ich wszystkich?“ — Prostaczek upewnił, iż, w jego ojczyźnie, nie nawraca się nikogo; że nigdy prawdziwy Huron nie zmienił przekonań, i że nawet niema w ich języku wyrazu któryby oznaczał niestałość. Te ostatnie słowa nadzwyczaj spodobały się pannie de Saint-Yves.
„Ochrzcimy go! ochrzcimy go! mówiła Kerkabońcia do przeora. Tobie, bracie, przypadnie ten zaszczyt; ja chcę koniecznie być chrzestną matką, X. de Saint-Yves będzie go trzymał do chrztu: wspaniała ceremonia! W całej Dolnobretanii będą mówić o tem; cóż to za honor dla nas“. Cała kompania zawtórowała gospodyni; biesiadnicy krzyczeli: „Ochrzcimy go!“ Prostaczek odparł, iż w Anglii pozwala się ludziom żyć wedle ich ochoty; oświadczył iż propozycya nie przypada mu zgoła do smaku i że prawo Huronów warte jest conajmniej tyleż co prawo dolnobretońskie; wreszcie dodał, iż odjeżdża nazajutrz. Dokończono jego butelczyny z wódką barbadyjską i każdy udał się na spoczynek.


II. Jak Huron, imieniem Prostaczek, przyszedł do rodziny.

Wedle swego zwyczaju, Prostaczek obudził się ze słońcem, na zapianie koguta, którego, w Anglii i Huronii, nazywają trąbą dnia. Nie był on w tem podobny do wykwintnego towarzystwa, które barłoży się w próżniaczem łóżku aż słońce dokona połowy swego obrotu, które nie może ani wstać ani spać, traci mnóstwo godzin w tym stanie pośrednim między życiem a śmiercią i skarży się jeszcze że życie jest zbyt krótkie.
Zrobił już ze dwie lub trzy mile, zabił z trzydzieści sztuk zwierzyny kulą, poczem, wracając, zastał X. przeora Najśw. Panny z Góry i jego zacną siostrzyczkę przechadzających się w czepkach po ogródku. Pokazał im zdobycz, i dobywając z koszuli mały talizman który zawsze nosił na szyi, ofiarował go im w odpłatę dobrego przyjęcia. „To mój najdroższy skarb, dodał: upewniono mnie, iż będę zawsze szczęśliwy, póki będę nosił ten figielek na sobie; daję go wam, iżbyście byli zawsze szczęśliwi“.
Przeor i pannica uśmiechnęli się z rozczuleniem z naiwności Prostaczka: dar ten stanowiły dwa małe, dość licho odrobione portreciki, związane mocno zatłuszczonym rzemykiem.
Panna de Kerkabon spytała, czy w Huronii są malarze. „Nie, odparł, osobliwość tę mam od mojej mamki. Mąż jej zdobył to łupem, ograbiwszy paru Francuzów z Kanady, którzy toczyli z nami wojnę… To wszystko, co mi wiadomo“.
Przeor przyglądał się bacznie portretom; zbladł, ręce drżały mu ze wzruszenia. „Najświętsza Panno z Góry! wykrzyknął, toć to twarz brata mego kapitana i jego żony!“ Siostra, przyjrzawszy się portretom z równem wzruszeniem, orzekła to samo. Ogarnęło ich zdumienie, radość złączona z bólem; roztkliwili się, płakali; serce im biło, wydawali krzyki, wydzierali sobie portrety; kolejno brali je i oddawali sobie dwadzieścia razy na sekundę; pożerali oczami portrety i Hurona; pytali go, kolejno i naraz, gdzie, kiedy, jak, te portrety dostały się do rąk jego mamki; zestawiali, liczyli czas od chwili wyjazdu kapitana; przypominali sobie, iż mieli wiadomość że dotarł aż do ziemi Huronów i że, od tej pory, wszelki słych o nim zaginął.
Prostaczek powiedział im, że nie znał ojca ani matki. Przeor, człowiek wcale bystry, zauważył iż Prostaczek ma nieco zarostu: wiedział pewnie, że Huroni go nie mają. „Ma włosy na brodzie, jest tedy synem Europejczyka… Brat mój, wraz z żoną, nie dali znaku życia od czasu wyprawy na Huronów w r. 1669… Bratanek mój musiał być wówczas dzieckiem przy piersi. Mamka-huronka ocaliła mu życie i zastąpiła matkę“. Wreszcie, po setce pytań i odpowiedzi, przeor i jego siostra wywnioskowali, iż Huron jest ich rodzonym bratankiem. Uściskali go, lejąc łzy; Prostaczek zaś śmiał się, nie mogąc sobie wyobrazić, aby Huron mógł być bratankiem przeora z Dolnej Bretanii.
Towarzystwo zjawiło się niebawem. P. de Saint-Yves, który był wielkim fizyognomistą, porównał oba portrety z twarzą Prostaczka, poczem wywiódł bardzo bystro, że ma oczy matki, czoło i nos nieboszczyka kapitana, policzki zaś mają coś z obojga.
Panna de Saint-Yves, która nigdy nie widziała ani ojca ani matki, upewniała że Prostaczek zupełnie jest do nich podobny. Wszyscy podziwiali Opatrzność, oraz związki wydarzeń tego świata. Słowem byli tak przekonani, tak przeświadczeni o pochodzeniu Prostaczka, iż on sam zgodził się być bratankiem przeora, oświadczając iż nie ma nic przeciw temu pokrewieństwu.
Zgromadzenie udało się podziękować Bogu do kościoła Najśw. Panny z Góry, podczas gdy Huron, z obojętną miną, zabawiał się w domu butelką.
Anglicy, którzy go przywieźli, gotowi rozwinąć żagiel, przyszli mu oznajmić że czas w drogę. „Widocznie, odparł, nie odnaleźliście tu stryjów i ciotek… Zostaję… Wracajcie do Plymoth: daję wam wszystkie swoje manatki; nie trzeba mi już na świecie niczego, skoro jestem bratankiem przeora“. Anglicy odpłynęli, bardzo niewiele troszcząc się o to, czy Prostaczek odnalazł krewnych w Dolnobretanii czy nie.
Skoro wuj, ciotka i cała kompania odśpiewali Te Deum; skoro delegat jeszcze nadręczył Prostaczka pytaniami; skoro wyczerpano wszystko co może wyrazić zdumienie, radość, roztkliwienie, przeor z Góry i X. de Saint-Yves uchwalili corychlej ochrzcić Prostaczka. Ale z dwudziestoletnim dryblasem hurońskim była cokolwiek inna sprawa niż z niemowlęciem które się odradza bez jego świadomości. Trzeba go było oświecić, co zdawało się niełatwe: X. de Saint-Yves bowiem był przekonany, iż człowiekowi, który nie urodził się we Francyi, brak jest wszelkiego oleju w głowie.
Przeor zwrócił uwagę obecnych, iż, mimo że, w istocie, p. Prostaczek, jego siostrzeniec, nie miał szczęścia urodzić się w Dolnej Bretanii, posiada on wszelako dowcip wcale bystry; że wszystkich jego odpowiedzi można osądzić, iż, tak ze strony ojczystej jak macierzystej, natura hojnie obdarzyła go w tej mierze.
Spytano go najpierw, czy kiedy czytał jaką książkę. Odparł iż czytał Rabelego w przekładzie angielskim i parę urywków z Szekspira, które umie na pamięć; znalazł te książki u kapitana statku, który go przywiózł z Ameryki do Plymoth, i bardzo mu trafiły do smaku. Delegat nie omieszkał zadać mu parę pytań w kwestyi tych książek. „Przyznam się, odparł Prostaczek, iż domyślałem się tego i owego, reszty zaś nie rozumiałem zgoła“.
Słysząc to, X. de Saint-Yves zauważył że i on sam i większość ludzi zawsze czyta w ten sposób. „Czytałeś zapewne Biblię? spytał. Bynajmniej, księże proboszczu; nie było jej wśród książek kapitana… nigdy nawet o niej nie słyszałem. — Ot, jakie to ladaco, ci Anglicy! wykrzyknęła panna de Kerkabon; więcej im warta jakaś sztuczka Szekspira, plumpudding i butelka rumu niż cały Pięcioksiąg! Toteż nie nawrócili nikogo w Ameryce... To ludzie przeklęci od Boga: tylko patrzeć jak odbierzemy im Jamajkę i Wirginię“.
Na razie, sprowadzono z Saint-Malo najzdatniejszego krawca, aby ubrać Prostaczka od stóp do głów. Towarzystwo rozstało się. Delegat powędrował ze swemi pytaniami gdzieindziej. Odchodząc, panna de Saint-Yves odwróciła się kilka razy aby popatrzeć na Prostaczka: on zaś skłonił się jej niżej, niż dotąd komukolwiek w życiu.
Przed rozstaniem, delegat przedstawił pannie de Saint-Yves swego syna, drągala który świeżo opuścił kolegium; ale ledwie nań spojrzała, tak była zajęta dwornością Hurona.


III. Jak Huron, imieniem Prostaczek, nawrócił się.

X. przeor, czując się nieco w wieku, i rozumiejąc iż Bóg zesłał mu bratanka na pociechę jego starości, ułożył sobie w głowie, że mógłby mu przekazać swój urząd duchowny, gdyby mu się udało ochrzcić go i skłonić do włożenia sukienki Zakonu.
Prostaczek miał wyborną pamięć. Wrodzona krzepkość dolnobretońska, zahartowana klimatem Kanady, dała głowie jego taką tęgość, iż, kiedy w nią było tłuc, zaledwie że czuł cośkolwiek, co zaś wyryto wewnątrz, nie zacierało się nigdy. Nigdy niczego nie zapomniał. Inteligencyę miał żywą i jasną; ponieważ dzieciństwa jego nie przeładowano niepotrzebnemi bredniami, któremi dławią je u nas, pojęcia wchodziły w jego głowę nie zaćmione niczem. Przeor postanowił wreszcie dać mu do czytania Nowy Testament. Prostaczek wchłonął go z wielką przyjemnością; ponieważ jednak nie wiedział gdzie i kiedy zdarzyły się wszystkie te przygody, nie wątpił iż teatrem wypadków była Dolna Bretania i przysiągł że obetnie nos Kajfaszowi i Piłatowi, o ile spotka kiedy tych hultajów.
Stryjaszek, uradowany temi dobremi skłonnościami, oświecił go w krótkim przeciągu czasu; pochwalił jego zapał, ale pouczył go iż zapał ten jest zbyteczny, ile że ludzie ci pomarli jakieś tysiąc sześćset dziewięćdziesiąt lat temu. Niebawem, Prostaczek nauczył się prawie całej książki na pamięć. Zadawał czasami pytania, które stawiały przeora w wielkim kłopocie. Często zniewolony był radzić się księdza de Saint-Yves, który, nie wiedząc co odpowiedzieć, sprowadził dolnobretońskiego jezuitę iżby dokończył nawrócenia Hurona.
Wreszcie, łaska podziałała: Prostaczek przyrzekł zostać chrześcijaninem. Nie wątpił, iż trzeba mu będzie zacząć od poddania się obrzezaniu. „Nie widzę bowiem, mówił, w książce, którą mi dano do czytania, ani jednej osobistości aby nie była obrzezana: oczywistem jest tedy, że muszę uczynić ofiarę ze swego napletka; im prędzej, tem lepiej“. Nie namyślał się długo; posłał do miasteczka po chirurga, i prosił o dokonanie zabiegu, mniemając iż niezmiernie ucieszy tym faktem pannę de Kerkabon i całe towarzystwo. Frater, który nie pełnił jeszcze podobnego rękoczynu, uwiadomił rodzinę, która podniosła krzyk. Poczciwa Kerkabońcia drżała, aby bratanek, chłopiec rezolutny i chybki do czynu, nie uczynił sobie tej operacyi sam i bardzo niezręcznie, i aby nie wynikły stąd smutne następstwa, któremi damy interesują się zawsze przez dobroć serca.
Przeor sprostował pojęcia Hurona: przedstawił mu, że obrzezanie wyszło już z mody, że chrzest jest o wiele łagodniejszy i bardziej zbawienny; że zakon łaski inny jest niż zakon surowości. Prostaczek, który miał wiele prawości i rozsądku, spierał się, ale uznał swój błąd (co jest, w Europie, między dysputującymi dość rzadkie); wreszcie przyrzekł dać się ochrzcić kiedy rozkażą.
Trzeba było, najpierw, wyspowiadać się: i to było najtrudniejsze. Prostaczek miał wciąż w kieszeni książkę, którą dostał od stryjaszka. Nie znalazł tam, aby bodaj jeden z apostołów się spowiadał, i to uczyniło go bardzo opornym. Przeor zamknął mu usta, pokazując, w liście św. Jakóba młodszego, słowa, które tyle krwi psują heretykom: Wyznawajcie swoje grzechy jedni drugim. Huron zamilkł i wyspowiadał się Franciszkaninowi. Kiedy skończył, wywlókł Ojca z konfesyonału chwytając go krzepkiem ramieniem, zajął jego miejsce, jego zaś rzucił na kolana przed sobą: „Nuże, przyjacielu, powiedziano jest: Wyznawajcie swoje grzechy jedni drugim; ja ci powiedziałem moje, nie wyjdziesz stąd, póki mi nie opowiesz swoich“. To mówiąc, gniótł go tęgo kolanem. Franciszkanin zaczął drzeć się na cały kościół. Zbiegli się ludzie i ujrzeli katechumena, jak dławił mnicha w imię św. Jakóba młodszego. Radość ochrzczenia hurońsko-angielskiego Dolnobretończyka była tak wielka, iż darowano mu te wybryki. Wielu nawet teologów było zdania iż spowiedź nie była potrzebna, skoro chrzest zastępuje wszystko.
Umówiono dzień z biskupem z Saint-Malo, który, jak można sobie wyobrazić, mile połechtany nadzieją ochrzczenia Hurona, przybył we wspaniałym stroju, otoczony klerem. Panna de Saint-Yves, błogosławiąc Boga, włożyła najpiękniejszą suknię i posłała po fryzyerkę do Saint-Malo, aby godnie wystąpić na ceremonii. Lubiący pytania delegat przybył wraz z całą okolicą. Przystrojono wspaniale kościół, ale, kiedy trzeba było Hurona zaprowadzić do zakrystyi, okazało się że go niema.
Stryj i ciotka rozwinęli poszukiwania. Mniemano, iż, wedle zwyczaju, poszedł na polowanie. Uczestnicy rozbiegli się po lasach i siołach: ani śladu Hurona.
Zaczęto się obawiać, czy nie wrócił do Anglii. Przypominano sobie, iż mawiał że bardzo lubi ten kraj. Przeor i jego siostra byli przeświadczeni iż w krainie tej chrzest jest nieznany, i drżeli o duszę bratanka. Biskup, stropiony, zabierał się do odwrotu. Przeor i X. de Saint-Yves byli w rozpaczy. Delegat wypytywał wszystkich przechodniów ze zwykłą powagą. Panna de Kerkabon płakała; panna de Sainte-Yves nie płakała, ale wydawała głębokie westchnienia, świadczące o jej upodobaniu w sakramentach. Przechadzały się smutno wśród wierzb i trzcin okalających pobliską rzekę, kiedy ujrzały, w pośrodku rzeki, dużą postać dość białą, z rękami skrzyżowanemi na piersiach. Wydały głośny krzyk i odwróciły się. Ale, niebawem, ciekawość przemogła wszelkie inne względy; obie panienki wślizgnęły się nieznacznie między trzciny, i, upewniwszy się że ich nikt nie widzi, starały się zobaczyć co to takiego.


IV. Chrzest Prostaczka.

W tej chwili nadbiegli przeor i proboszcz: spytali Prostaczka co tu robi. „Do paralusza, panowie, czekam na chrzest: od godziny tkwię już w wodzie po szyję. To się nie godzi, doprawdy, dać mi marznąć w ten sposób.
— Drogi bratanku, rzekł czule przeor, niema zwyczaju chrzcić w Dolnej Bretanii w ten sposób. Ubierz się i chodź z nami. Słysząc to, panna de Saint-Yves szepnęła do towarzyszki: „Myśli pani, że on zaraz się ubierze?“
Ale Huron rzekł: „Tym razem, nie wmówicie we mnie tak łatwo jak kiedyś. Pilnie studyowałem od owego czasu, i jestem zupełnie pewny, że chrzci się tak a nie inaczej. Eunucha królowej Kandacyi ochrzczono w strumieniu; niech mi pan pokaże, proszę, w książce którą mi dałeś, aby ktoś inaczej brał się do rzeczy. Albo się wcale nie chrzczę, albo też chrzczę się w rzece“. Daremnie tłómaczono mu, że zwyczaje się zmieniły: Prostaczek był uparty, jak Bretończyk i Huron razem. Wracał wciąż do eunucha królowej Kandacyi; i, mimo iż ciotka jego oraz panna de Saint-Yves, przyglądające się z wierzbiny, miały prawo powiedzieć, że nie jemu przystało powoływać się na podobne indywiduum, nie uczyniły tego przez dyskrecyę. Sam biskup przybył na odsiecz, co jest sukurs nielada; ale nic nie wskórał: Huron spierał się z biskupem.
„Pokażcie mi, mówił, w książce którą mam od stryja, jednego człowieka któryby się nie chrzcił w rzece, a zrobię wszystko co wam się podoba“.
Ciotka, zrozpaczona, przypomniała sobie, iż, za pierwszym razem kiedy bratanek złożył ukłon, skłonił się przed panną de Saint-Yves głębiej niż przed innemi: nawet księdza biskupa nie pozdrowił tak serdecznie a z szacunkiem jak tę piękną pannę. Postanowiła tedy zwrócić się do niej w kłopocie: poprosiła, aby wpływem swoim skłoniła Hurona do przyjęcia chrztu na sposób innych mieszkańców Bretanii. Nie postało jej w głowie, aby bratanek jej mógł być chrześcijaninem, gdyby się upierał w chęci dostąpienia chrztu w bieżącej wodzie.
Panna de Saint-Yves zarumieniła się z tajemnej uciechy, jaką jej sprawiało owo doniosłe zlecenie: zbliżyła się skromnie do Prostaczka, i ściskając mu rękę w sposób wielce, zaiste, szlachetny, rzekła: „Czy pan nic nie chce zrobić dla mnie?“ Wymawiając te słowa, to spuszczała oczy, to znów podnosiła je z wzruszającym wdziękiem. „Och, wszystko co pani zechce, co pani rozkaże: chrzest z wody, ognia[31], krwi; niema rzeczy, którejbym pani odmówił“. Panna de Saint-Yves miała tę chlubę, iż dokonała w dwóch słowach tego, czego nie mogły zdziałać ani nalegania przeora, ani częstotliwe pytania delegata, ani nawet wywody samego biskupa. Czuła swój tryumf, ale nie czuła go jeszcze w całej rozciągłości.
Chrzest odbył się z całą przystojnością, przepychem i ozdobą. Stryj i ciotka ustąpili X. de Saint-Yves i jego siostrze zaszczytu trzymania doń Prostaczka. Panna de Saint-Yves promieniała z radości że jest chrzestną matką. Nie wiedziała jakie ciężary nakłada ten chlubny tytuł: przyjęła zaszczyt, nie znając jego opłakanych następstw.
Ponieważ nie było ceremonii, której by nie towarzyszył wielki obiad, po wyjściu ze świątyni wszyscy znaleźli się u stołu. Miejscowi dowcipnisie mówili, iż nie należy chrzcić wina. X. przeor powiadał, iż, wedle Salomona, wino rozwesela serce człowieka. X. biskup dodał, iż patryarcha Juda miał uwiązać swego osiołka do winnej latorośli i zmaczać płaszcz w soku winnym, i żałował iż nie można tego samego uczynić w Dolnej Bretanii, której Bóg odmówił winnic. Każdy starał się spłodzić jakiś koncept na temat chrztu Prostaczka, i jakiś komplement pod adresem chrzestnej matki. Delegat, wciąż pod znakiem pytajnika, spytał Hurona, czy będzie wierny przyrzeczeniom. „Jakże miałbym chybić przyrzeczeniom, odparł Huron, skoro je złożyłem w ręce panny de Saint-Yves?“
Huron rozgrzał się: pił obficie za zdrowie chrzestnej matki. „Gdybym otrzymał chrzest z ręki pani, czuję iż zimna woda, którą mi wylano na czub, byłaby mnie sparzyła“. Delegatowi wydało się to zbyt poetyczne, ponieważ nie wiedział, jak bardzo alegorya zwyczajna jest mieszkańcom Kanady. Natomiast chrzestna matka była bardzo rada.
Nowoochrzczonemu dano imię Herkulesa. Biskup z Saint-Malo dopytywał się pilnie, co to za patron o którym nigdy nie słyszał. Jezuita, człek bardzo uczony, objaśnił że to był święty, który dokonał dwunastu cudów: spełnił i trzynasty, wobec którego blednie tamtych dwanaście, ale o którym jezuicie nie przystało mówić: mianowicie ten, że obabił jednej nocy pięćdziesiąt dziewcząt. Jakiś żartowniś wspomniał ten cud z tryumfem. Damy spuściły oczy, i osądziły, z fizyognomii Prostaczka, że godny jest świętego, którego nosi imię.


V. Prostaczek zakochany.

Trzeba powiedzieć, iż, od czasu tego chrztu i tego obiadu, panna de Saint-Yves gorąco pragnęła aby X. biskup przypuścił ją jeszcze do uczestnictwa w jakim sakramencie z p. Herkulesem Prostaczkiem. Jednakże, jako dobrze wychowana i skromna osoba, nie śmiała otwarcie wyznać sama przed sobą swoich tkliwych uczuć; jeżeli wyrwało się jej spojrzenie, słowo, gest, myśli, spowijała to wszystko zasłoną wstydu nieskończenie uroczą: była wraz czuła, żywa i pełna cnoty.
Skoro tylko X. biskup odjechał, Prostaczek i panna de Saint-Yves spotkali się, bez świadomości że się szukają. Prostaczek oświadczył jej z miejsca że kocha ją z całego serca, i że piękna Abakaba, za którą szalał w ojczyźnie, nie umyła się do niej. Panienka odparła, ze zwykłą skromnością, że trzeba mu corychlej pomówić o tem z X. przeorem, swoim stryjem oraz z ciotką; ona, ze swej strony, napisze o tem słówko dobremu bratu, X. de Saint-Yves, i ma nadzieję uzyskać powszechne zezwolenie.
Prostaczek odparł, że nie trzeba mu niczyjego zezwolenia; że mu się zdaje bardzo śmiesznem pytać się innych o to co się ma robić; i że, kiedy dwie strony się porozumiały, nic im po pośrednictwie kogoś trzeciego.
„Nie radzę się nikogo, rzekł, kiedy mam ochotę jeść śniadanie, polować albo spać. Wiem dobrze, że, w miłości, niezgorsza to rzecz zgoda osoby którą się kocha; ale, ponieważ nie kocham się ani w stryju, ani w ciotce, nie o nich chodzi w tej całej sprawie. Ty także, wierzaj mi pani, chciej się obejść bez X. de Saint-Yves.
Można się domyśleć, że piękna Bretonka rozwinęła całą subtelność swego umysłu na to aby sprowadzić Hurona ku względom przystojności; pogniewała się nawet, ale rychło dała się ułagodzić. Słowem, niewiadomo jakby się skończyła ta rozmowa, gdyby, o zmierzchu, proboszcz nie zabrał siostry na plebanię. Prostaczek pożyczył dobrej nocy stryjowi i ciotce, którzy byli nieco zmęczeni ceremonią i długim obiadem. Sam siedział do późna nad układaniem hurońskich wierszy na cześć ukochanej; trzeba bowiem wiedzieć, że niema krainy, gdzieby miłość nie czyniła kochanka poetą.
Nazajutrz, po śniadaniu, stryj przemówił doń w te słowa, w obecności panny de Kerkabon, która słuchała z rozczuleniem. „Niebu niech będzie chwała, mój bratanku, za to że masz zaszczyt być chrześcijaninem i Bretonem! Ale to nie wystarcza; ja jestem trochę w wieku; brat zostawił mi jeno mały skrawek ziemi przynoszący bardzo niewiele… Mam dobre opactwo; jeżeli zechcesz, na początek, przyjąć święcenia djakona, jak na to liczę, przekażę ci swoje opactwo i będziesz sobie żył bardzo dostatnio, stawszy się wprzódy pociechą mej starości“.
Prostaczek odparł: „Mój stryju, niech Bóg ci da wszystko najlepsze i żyj najdłużej jak zdołasz. Nie wiem co to znaczą święcenia ani przekazać opactwo; ale na wszystko się godzę, bylebym miał dla siebie pannę de Saint-Yves. — Boże miłosierny, bratanku, co ty mi powiadasz? Czyżbyś rozkochał się w tej panience? — Tak, stryju. — Niestety, mój bratanku, niepodobna abyś ją zaślubił. — Bardzo podobna, stryju; nietylko bowiem ścisnęła mnie za rękę przy rozstaniu, ale przyrzekła że poprosi o moją rękę: żenię się z nią, rzecz postanowiona. — To niemożliwe, powiadam ci: jest twoją chrzestną matką; to straszliwy grzech aby chrzestna matka ściskała za rękę chrześniaka; nie wolno jest zaślubić swojej chrzestnej matki, prawa boskie i ludzkie sprzeciwiają się temu. — Do paralusza, stryju, ty kpisz sobie ze mnie: czemu miałoby być zabronione zaślubić chrzestną matkę, kiedy jest młoda i ładna? W książce, którą mi dałeś, nie widziałem nigdzie, aby to było co złego ożenić się z panną która pomogła komuś do chrztu. Widzę z każdym dniem, że robi się tu mnóstwo rzeczy, których niema w twojej książce, a nie robi się zgoła tego co ona zaleca: wyznaję że mnie to dziwi i gniewa. Jeżeli mi zechcecie wydrzeć, pod pozorem chrztu, pannę Saint-Yves, uprzedzam że ją porwę i że się odechrzczę“.
Przeor osłupiał, ciotka rozpłakała się. „Drogi bracie, rzekła, nie dajmyż aby nasz bratanek miał być potępiony; Ojciec św. może mu udzielić dyspensy i wówczas będzie mógł po chrześcijańsku zażywać szczęścia z przedmiotem swego ukochania“. Prostaczek uściskał ciotkę. „Któż jest, spytał, ów zacny człowiek, który tak poczciwie wspomaga dziewczęta i chłopców w ich amorach? muszę z nim zaraz pogadać“.
Wytłómaczono mu, co to jest papież; Prostaczek był jeszcze bardziej zdziwiony niż wprzódy. „Ani słowa o tem niema w twojej książce, drogi stryju. Sporo podróżowałem; znam morze. Jesteśmy oto na wybrzeżu Oceanu; i ja miałbym opuścić pannę de Saint-Yves, aby prosić o pozwolenie kochania jej jakiegoś pana, który mieszka nad morzem śródziemnem, o czterysta mil stąd, i którego języka nie rozumiem! To, doprawdy, zanadto pocieszne. Idę natychmiast do X. de Saint-Yves, który mieszka o milę stąd, i ręczę wam że, do jutra, zaślubię mą ukochaną“.
W tej chwili wszedł delegat, który, wedle zwyczaju, spytał go dokąd spieszy. „Idę się żenić“, rzekł Prostaczek wybiegając pędem, i, po upływie kwadransa, znalazł się u swej pięknej i drogiej Bretonki, która spała jeszcze. „Och, bracie, rzekła panna de Kerkabon do przeora, nigdy nie zrobisz poddyakona z tego chłopca!“
Delegat był bardzo nierad z tej wyprawy; pragnął bowiem aby syn jego zaślubił pannę de Saint-Yves; syn ten był jeszcze głupszy i nieznośniejszy od ojca.


VI. Prostaczek pędzi do ukochanej i wpada w szał.

Ledwie przybywszy, natychmiast Prostaczek spytał starej służącej gdzie znajduje się pokój ukochanej, pchnął silnie wątłe drzwi i rzucił się ku łóżku. Panna de Saint-Yves, nagle zbudzona ze snu, krzyknęła: „Jakto, to ty! Och! och! to ty! Co pan robi?“ Odpowiedział: „Zaślubiam cię“. I, w istocie, byłby ją zaślubił, gdyby się nie broniła z całą energią dobrze wychowanej osoby.
Prostaczek nie lubił aby zeń żartowano, wszystko to wydało mu się bardzo nie na miejscu. „Inaczej poczynała sobie ze mną panna Abakaba, moja pierwsza kochanka. Jesteś nieuczciwa; przyrzekłaś mnie zaślubić, a teraz nie chcesz: to jest pogwałcenie najprostszych zasad honoru; nauczę cię dotrzymywać słowa i sprowadzę cię na drogę cnoty“.
Prostaczek posiadał męską i nieugiętą cnotę, godną swego patrona Herkulesa, którego imieniem go ochrzczono; miał ją rozwinąć w całej okazałości, kiedy, na rozdzierające krzyki panny, bardziej umiarkowanej w cnocie, przybiegł roztropny proboszcz wraz ze swą gospodynią, starym służącym bigotem oraz księdzem wikarym. Widok ten powściągnął zapał napastnika. „Trójco przenajświętsza! wykrzyknął proboszcz, co ty tu robisz, sąsiedzie? — Moją powinność, odparł młody człowiek; dopełniam przyrzeczenia, które jest święte.
Panna de Saint-Yves, rumieniąc się, poprawiła odzież. Odciągnięto Prostaczka do dalszych pokoi. Proboszcz przedstawił mu okropność tego postępowania. Prostaczek powoływał się na przywileje naturalnego prawa, które znał doskonale. Proboszcz silił się dowieść, iż wszelkie pierwszeństwo należy się prawu pisanemu, i że, gdyby nie układy zawarte między ludźmi, prawo natury byłoby, zawsze niemal, naturalnym rozbojem. „Trzeba, mówił, rejenta, księży, świadków, kontraktu, dyspensy“. Prostaczek odpowiadał mu argumentem, który zawsze wytaczają dzicy: „Muszą z was być tedy bardzo nieuczciwi ludzie, skoro potrzebujecie między sobą tylu ostrożności!“
Proboszcz nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. „Zapewne, rzekł, zdarza się wśród nas sporo zmienników i oszustów; i tyleżby się ich znalazło i pośród Huronów, gdyby żyli w wielkiem mieście; ale też istnieją dusze roztropne, uczciwe, światłe, i tacy właśnie ludzie utworzyli prawa; im kto jest poczciwszy, tem bardziej winien się im poddać: daje przykład niegodziwcom, każąc im szanować hamulec, który cnota nałożyła sama sobie“.
Ta odpowiedź uderzyła Prostaczka. Wspomnieliśmy już, że miał umysł roztropny, ułagodzono go pochlebnemi słowy; dano mu nadzieje (dwie pułapki w które się chwyta ludzi na obu półkulach) i pokazano mu nawet pannę de Saint-Yves, skoro ukończyła tualetę. Wszystko odbyło się bardzo przyzwoicie; ale, mimo tej obyczajności, błyszczące oczy Prostaczka-Herkulesa kazały wciąż spuszczać powieki jego bogdance i przyprawiały całe towarzystwo o drżenie.
Z niezmierną trudnością przyszło go wyprawić do stryjostwa. Trzeba się było znowu uciec do wpływu pięknej panny: im bardziej czuła swą władzę, tem bardziej go kochała. Wyprawiła go, z wielkiem swojem strapieniem. Skoro się wreszcie oddalił, proboszcz, który był nietylko znacznie starszym bratem panny de Saint-Yves ale i jej opiekunem, postanowił ubezpieczyć swą pupilkę od zapałów tego groźnego zalotnika. Poradził się delegata, który, wciąż mając widoki na pannę dla swego synala, poradził zamknąć biedną dziewczynę w klasztorze. Był to straszliwy cios: nawet osoba obojętna, osadzona w klasztorze, krzyczałaby wniebogłosy; cóż dopiero kochanka, i to kochanka równie cnotliwa jak czuła! toteż szalała z rozpaczy.
Wróciwszy do przeora, Prostaczek opowiedział wszystko ze zwykłą naiwnością. Uraczono go temi samemi perswazyami, które wywarły pewien wpływ na jego umysł a żadnego na jego zmysły; ale, nazajutrz, kiedy chciał pospieszyć do pięknej bogdanki aby z nią dysputować o prawie naturalnem i prawie zwyczajowem, delegat oznajmił mu, ze złośliwą radością, że panna jest w klasztorze. „Więc dobrze, odparł, pójdę rozmówić się z nią w klasztorze — To niemożliwe“, odparł delegat; wytłómaczył mu bardzo obszernie, co znaczy klasztor czyli konwent; ze to słowo pochodzi z łacińskiego conventus, co znaczy zgromadzenie. Huron nie mógł zrozumieć, czemuby go nie miano dopuścić do zgromadzenia. Skoro go pouczono, że owo zgromadzenie to rodzaj więzienia w którem trzyma się dziewczęta pod kluczem — rzecz iście straszliwa, nieznana u Huronów i w Anglii — wpadł w taką wściekłość, w jaką popadł patron jego Herkules, kiedy Euryt[32], król Echalii, niemniej okrutny od X. de Saint-Yves, odmówił mu swej córki Joli, niemniej pięknej od siostry proboszcza. Chciał biedz aby podłożyć ogień pod klasztor, porwać kochankę, albo też spłonąć wraz z nią. Panna de Kerkabon, przestraszona, coraz więcej traciła nadzieję oglądania bratanka poddyakonem, i mówiła z płaczem iż djabeł wstąpił weń od czasu gdy go ochrzczono.


VII. Prostaczek odpędza Anglików.

Pogrążony w ciężkiej melancholii, Prostaczek puścił się nad morze, z dubeltówką na ramieniu, z kordelasem u boku, mierząc, od czasu do czasu, z fuzyi do jakiegoś ptaka, a często mając pokusę wymierzyć do siebie; ale kochał jeszcze życie dzięki myśli o pięknej Saint-Yves. To przeklinał stryja, ciotkę, całą Dolnobretanię i swój chrzest; to znów błogosławił to wszystko, ponieważ dzięki temu poznał swą ubóstwianą. To zrywał się aby podpalić klasztor, to zatrzymywał się w miejscu, rażony myślą iż spaliłby swą bogdankę. Wschodnie i zachodnie wichry nie tak gwałtownie miotają falami La Manche, jak te sprzeczne myśli poruszały jego serce.
Szedł wielkimi krokami, nie wiedząc dokąd, kiedy usłyszał odgłos bębna. Ujrzał zdala ciżbę ludzi, z której połowa biegła ku wybrzeżu, druga zaś uciekała.
Tysiączne krzyki rozlegały się ze wszystkich stron; ciekawość i junactwo pognały Prostaczka ku miejscu skąd pochodził hałas; znalazł się tam w paru susach. Komendant milicyi, który wieczerzał z nim u przeora, poznał go natychmiast: podbiegł z otwartemi ramionami. „Ha! to Prostaczek! będzie walczył za nas!“ Nato, milicyanci, wpół-żywi ze strachu, skrzepili się na duchu i zaczęli również krzyczeć: „To Prostaczek! to Prostaczek!“
— Panowie, rzekł, o co chodzi? Czemuż jesteście tak wzburzeni? czy wam zamknięto kochanki w klasztorze?“ Setka bezładnych głosów wykrzyknęła: „Nie widzisz, że Anglicy lądują? — Więc cóż? odparł Huron: to godni ludzie; oni nie porwali mi kochanki.“
Komendant wytłómaczył mu, że Anglicy przybyli aby złupić opactwo w Górze, wypić wino jego stryja, a może i porwać pannę de Saint-Yves; że statek, na którym Prostaczek zawinął do Bretanii, przybył jedynie poto aby się rozpatrzyć w wybrzeżach; że Anglicy podejmują nieprzyjacielskie kroki nie wypowiedziawszy wojny królowi Francyi i że kraj jest w niebezpieczeństwie. „Och! jeżeli tak, w takim razie gwałcą prawo naturalne. Puśćcie mnie tylko; mieszkałem długo wśród nich, znam ich język, pogadam z nimi: nie sądzę aby mieli tak bezecny zamiar“.
Podczas tej rozmowy, flota angielska zbliżyła się: Huron pędzi naprzeciw, skacze w czółno, przybija, wdrapuje się na statek admirała, i pyta czy to prawda iż przybywają łupić kraj, nie wypowiedziawszy wprzód uczciwie wojny. Admirał i załoga aż zanieśli się od śmiechu; potraktowali go ponczem i odprawili z kwitkiem.
Prostaczek, dotknięty tem obejściem, myślał już tylko o tem aby się bić przeciw dawnym przyjaciołom za swoich rodaków i za X. przeora. Okoliczna szlachta zbiegała się ze wszystkich stron; przyłączył się do niej. Było tam parę armatek: nabija, mierzy, i daje z nich ognia po kolei. Anglicy wysiadają na ląd: biegnie ku nim, zabija własną ręką trzech, rani nawet admirała który pozwolił sobie zeń zadrwić. Dzielność jego podnieca odwagę całej milicyi; Anglicy uciekają na statki, a całe wybrzeże rozbrzmiewa od krzyków: „Zwycięstwo! Niech żyje król! Niech żyje Prostaczek![33] Wszystko ciśnie się ku niemu, każdy chce zatamować krew z jego ran. „Ach, myślał Prostaczek, gdyby panna de Saint-Yves była tutaj, przyłożyłaby mi kompres“.
Delegat, który, w czasie walki, schował się do piwnicy, przyszedł, wraz z innymi, winszować Prostaczkowi. Ale jakże się zdziwił, kiedy usłyszał jak nasz Herkules oświadczył kilkunastu młodym chwatom, którzy go otaczali: „Moi przyjaciele, to jeszcze nic ocalić opactwo; trzeba oswobodzić pannę“. W mig słowa te rozpłomieniły wrzącą młodzież. Cisną się za nim tłumnie, pędzą na klasztor. Gdyby delegat nie uprzedził corychlej komendanta, gdyby się nie puszczono w tropy tej ochoczej gromadki, byłoby po niewczasie. Odprowadzono Prostaczka do stryjostwa, którzy powitali go łzami rozczulenia.
„Widzę już, że nie będzie nigdy poddjakonem ani przeorem, rzekł stryj; będziesz oficerem jeszcze dzielniejszym od brata mego, kapitana, i prawdopodobnie takim samym golcem“. A panna de Kerkabon ściskała go wciąż, powtarzając z płaczem: „Zabiją go tak jak ojca; lepiej mu było zostać poddjakonem“.
Wśród walki, Prostaczek podniósł z ziemi ciężką sakiewkę z gwineami, prawdopodobnie własność admirała. Nie wątpił, iż, dzięki jej zawartości, będzie mógł zakupić całą Dolnobretanię, i zrobić z panny de Saint-Yves wielką damę. Wszyscy namawiali go, aby się wybrał do Wersalu, iżby tam otrzymał nagrodę swych usług. Komendant i inni oficerowie wystawili mu najpochlebniejsze świadectwa. Stryjostwo przychwalili mu tę podróż. Z wszelką pewnością będzie przedstawiony królowi: już to samo zapewniłoby mu nielada stanowisko w okolicy. Poczciwcy pomnożyli angielską sakiewkę wcale okrągłą sumką z własnych oszczędności. Prostaczek myślał w duchu: „Kiedy zobaczę króla, poproszę go aby mi dał pannę de Saint-Yves za żonę; z pewnością mi nie odmówi“. Pojechał tedy przeprowadzony okrzykami całego kantonu, wpółuduszony w uściskach, skąpany łzami ciotki, pobłogosławiony przez wuja, zalecając się w duchu pięknej pannie Saint-Yves.


VIII. Jak Prostaczek udał się na dwór i jak, w drodze, zdarzyło mu się wieczerzać w towarzystwie hugonotów.

Prostaczek puścił się ku Saumur koczobrykiem, ponieważ nie było tam wówczas innego środka komunikacyi. W Saumur, zdziwił się znalazłszy miasto prawie opustoszałe i widząc kilka rodzin gotujących się do przenosin. Dowiedział się, iż, sześć lat wprzódy, Saumur liczyło więcej niż piętnaście tysięcy mieszkańców, obecnie zaś nie ma ani sześciu tysięcy. Natrącił o tem przy wieczerzy w gospodzie. Było przy stole wielu protestantów; jedni skarżyli się gorzko, drudzy trzęśli się z gniewu, inni powiadali, płacząc:

…Nos dulcia linquimus arva[34],
Nos patriam fugimus.

Prostaczek, który nie rozumiał po łacinie, poprosił o wytłómaczenie tych słów; znaczą one: „Opuszczamy nasze słodkie niwy, uchodzimy z ojczyzny“[35].
„I dlaczego panowie uchodzicie z ojczyzny? — Dlatego że nam każą abyśmy uznali papieża. — I czemuż nie mielibyście go uznać? Nie macie zatem chrzestnych matek, które chcielibyście zaślubić? mówiono mi bowiem, że to on daje na to pozwolenie. — Och, panie, ten papież powiada że jest panem dziedzin królewskich. — Ależ, moi panowie, jakiegoż wy jesteście rzemiosła? — Przeważnie jesteśmy handlarze sukna i fabrykanci. — Gdyby tedy papież głosił się panem waszego sukna i fabryk, słuszniebyście czynili nie uznając go; ale co się tyczy królów, to ich sprawa; cóż wy się w to mięszacie?[36]“ Wówczas, mały czarny człowieczek[37] przemówił i wyłożył bardzo uczenie pretensye obecnych. Oświetlił z taką energią odwołanie edyktu Nantejskiego; użalił się tak wzruszająco nad losem pięćdziesięciu tysięcy rodzin zbiegłych, oraz pięćdziesięciu tysięcy innych, nawróconych przez dragonów, iż Prostaczkowi łzy puściły się z oczu. „Czem się dzieje, powiadał, iż tak wielki król, którego sława sięga aż do Huronów, pozbawia się tylu serc gotowych go kochać i tylu ramion gotowych mu służyć?
— Tem, iż go oszukano, jak innych wielkich królów, odparł czarny człowiek. Wmówiono weń, iż, skoro tylko rzeknie słowo, wszyscy będą myśleli tak samo jak on; że, na jedno skinienie, odmienimy religię, tak jak nadworny muzyk Lulli odmienia w jednej chwili dekoracye w operze. Nietylko traci kilka tysięcy bardzo użytecznych poddanych, ale robi z nich sobie nieprzyjaciół: król Wilhelm, który jest obecnie panem Anglii, złożył kilka pułków z tych samych Francuzów którzy byliby walczyli za swego monarchę.
„Taka ruina jest tem bardziej zdumiewająca, iż obecny papież, któremu Ludwik XIV poświęca[38] część swego ludu, jest jego jawnym wrogiem. Od dziewięciu lat trwa między nimi gwałtowna zwada. Posunęła się tak daleko, iż Francya spodziewała się wreszcie, że pryśnie jarzmo, które ją od tylu wieków poddaje władzy tego cudzoziemca, a zwłaszcza że przestanie w niego pchać pieniądze; co jest główną sprężyną spraw tego świata. Oczywistem tedy jest, iż oszukano tego wielkiego króla, fałszywie przedstawiając mu zarówno jego korzyść jak i zakres jego władzy, i że nadużyto jego wielkoduszności“.
Prostaczek, coraz bardziej wzruszony, spytał kto są owi Francuzi, oszukujący w ten sposób monarchę tak drogiego Huronom. „To jezuici, odpowiedziano mu; zwłaszcza O. de La Chaise[39], spowiednik J.K. Mości. Miejmy nadzieję, że Bóg skarze ich za to kiedyś, i że, jak oni nas wypędzają, tak i ich wypędzą[40]. Byliż kiedy ludzie nieszczęśliwsi od nas? Imć Louvois[41] nasyła nam ze wszystkich stron na kark jezuitów i dragonów.
— Czekajcie panowie, rzekł Prostaczek nie mogąc się już dłużej powściągnąć, jadę właśnie do Wersalu po nagrodę swoich zasług; pogadam z owym imć Louvois: mówiono mi, że to on prowadzi wojny ze swego gabinetu. Zobaczę króla, powiem mu całą prawdę: niepodobna nie poddać się tej prawdzie, kiedy się ją czuje. Wrócę niebawem, aby zaślubić pannę de Saint-Yves, i proszę was na wesele“.
Poczciwi ludzie pomyśleli, że to jakiś wielki pan, podróżujący incognito; niektórzy zaś wzięli go za błazna królewskiego.
Był tam przy stole przebrany jezuita, pełniący funkcyę szpiega na rzecz wielebnego O. La Chaise. Zdawał mu sprawę ze wszystkiego, ów zaś dzielił się wiadomościami z imć p. Louvois. Szpieg sporządził raport: Prostaczek i list przybyli prawie równocześnie do Wersalu.


IX. Jak Prostaczek przybył do Wersalu i jak go przyjęto na dworze.

Prostaczek zajeżdża w nocniku[42] w dziedziniec kuchenny. Pyta jakichś ciurów, o której można widzieć króla. Ciury śmieją mu się w nos, zupełnie tak samo jak ów admirał. Potraktował ich tak samo, wygrzmocił ich; porwali się nań z pięściami i scena byłaby się zakończyła krwawo, gdyby nie pewien gwardzista, szlachcic bretoński, który się zjawił i rozpędził kanalię. „Panie, rzekł przybysz, wydajesz mi się pan godnym człowiekiem: jestem bratankiem X. przeora Najśw. Panny z Góry, pobiłem Anglików, przybywam aby się widzieć z królem; proszę chciej mnie pan zaprowadzić do jego pokoju.“ Gwardzista, uszczęśliwiony iż spotkał tak tęgiego krajana, nieświadomego widocznie obyczajów dworskich, pouczył Prostaczka, że nie tak łatwo jest rozmawiać z królem, i że trzeba być przedstawionym przez Jego Dostojność p. de Louvois. „Dobrze więc, zaprowadź mnie pan tedy do tego dostojnego p. de Louvois, a on z pewnością zawiedzie mnie do króla. — Jeszcze trudniej jest, odparł gwardzista, mówić z p. de Louvois niż z samym królem, ale zaprowadzę cię do p. Aleksandra, pierwszego sekretarza w ministeryum wojny, to tak jakbyś mówił z ministrem.“ Idą tedy do owego p. Aleksandra, ale nie zdołali doń dotrzeć: zajęty był z jakąś damą ze dworu i nakazał aby nie wpuszczano nikogo. „Głupstwo! rzekł gwardzista; niema nic straconego; chodźmy do pierwszego sekretarza p. Aleksandra; to tak jakbyś mówił z samym panem Aleksandrem“.
Huron, zdumiony niepomału, idzie za gwardzistą; czekają pół godziny w małym przedpokoiku. „Cóż to wszystko ma znaczyć? rzekł Prostaczek; czy wszyscy są niewidzialni w tym kraju? o wiele łatwiej jest pobić w Dolnobretanii Anglików, niż dotrzeć w Wersalu do kogoś z kim się ma sprawę.“ Dla zabicia czasu, zaczął się krajanowi zwierzać ze swej miłości. Ale wybiła godzina, gwardzista musiał spieszyć na posterunek. Przyrzekli sobie zobaczyć się nazajutrz; poczem Prostaczek przetrwał jeszcze drugie pół godziny w przedpokoju, dumając o pannie de Saint-Yves, i o trudności mówienia z monarchami i sekretarzami sekretarzów.
Wreszcie gospodarz zjawił się. „Panie, rzekł Prostaczek, gdybym z odparciem Anglików czekał tak długo jak pan mi kazałeś czekać na audyencyę, pustoszyliby obecnie Dolnobretanię co wlezie.“ Słowa te uderzyły p. sekretarza. Spytał wreszcie: „Czego pan sobie życzy? — Nagrody, odparł tamten: a oto moje tytuły.“ Przedłożył wszystkie świadectwa. Sekretarz przeczytał, i rzekł iż prawdopodobnie otrzyma pozwolenie nabycia szarży porucznika. „Co! ja mam płacić za to, że odparłem Anglików? mam opłacać prawo nadstawiania za was karku, podczas gdy wy tu spokojnie urządzacie sobie audyencye? pan chyba żarty stroi ze mnie. Żądam kompanii kawaleryi za darmo; żądam aby król wyrwał pannę de Saint-Yves z klasztoru i dał mi ją za żonę; chcę mówić z królem w imieniu pięćdziesięciu tysięcy rodzin które pragnę mu wrócić; słowem, chcę być użyteczny: proszę mnie zatrudnić i otworzyć mi drogę do awansu.
— Jak się pan nazywa, mój panie, który krzyczysz tak głośno?
— Haha! odparł Prostaczek, nie czytałeś pan tedy moich świadectw? Więc to takie są obyczaje? nazywam się Herkules de Kerkabon, ochrzczony, mieszkam pod Niebieskim Kompasem; poskarżę się na pana przed królem“. Sekretarz osądził, jak mieszkańcy Saumur, że nie musi mieć wszystkich klepek w porządku i nie przejął się tem zbytnio.
Tegoż samego dnia, wielebny O. La Chaise, spowiednik Ludwika XIV-go, otrzymał list od swego szpiega, który obwiniał Bretończyka Kerkabon iż sprzyja w sercu hugenotom i potępia postępowanie jezuitów. P. de Louvois znowuż otrzymał list od pytalskiego delegata, przedstawiający Prostaczka jako nicponia, który chce palić klasztory i porywać dziewczęta.
Prostaczek, przeszedłszy się trochę po ogrodach wersalskich, gdzie się potężnie znudził, zjadłszy wieczerzę godną Hurona i Bretończyka, położył się spać, w słodkiej nadziei iż ujrzy nazajutrz króla, uzyska rękę pięknej Saint-Yves, otrzyma conajmniej kompanię kawaleryi i powstrzyma prześladowania hugonotów. Kołysał się temi lubemi myślami, kiedy oddział żandarmów wkroczył do pokoju. Najpierw zawładnęli jego dubeltówką i rapirem.
Sporządzono inwentarz gotowizny którą miał przy sobie, i zawieziono go do zamku, który zbudował Karol V, syn Jana II, koło ulicy św. Antoniego, wpodle bramy des Tournelles[43][44].
Możecie sobie wyobrazić zdumienie Prostaczka w ciągu drogi! Mniemał zrazu że śni. Trwał w osłupieniu; poczem, nagle, przejęty wściekłością która zdwoiła jego siły, chwyta za gardło dwóch zbirów znajdujących się wraz z nim w karocy, wypycha ich przez drzwiczki, rzuca się sam za nimi, pociągając trzeciego który go chciał powstrzymać. Pada z wysiłku, wiążą go, wsadzają z powrotem do karocy. „Na to więc, myślał, zda się odpędzić Anglików! Cóżbyś powiedziała, piękna Saint-Yves, gdybyś mnie ujrzała w tym stanie?“
Dobili wreszcie do schronienia, które mu przeznaczono. Niosą go w milczeniu do celi, mającej mu służyć za więzienie, niby umarłego którego się niesie na cmentarz. W pokoju tym mieszkał już stary samotnik z Port-Royal[45], imieniem Gordon, który gnił tam już od dwóch lat. „Ot, rzekł herszt zbirów, przyprowadzam panu towarzystwo“; poczem zamknięto za nimi ciężkie rygle grubych drzwi, opatrzonych żelaznemi sztabami. Drzwi te odcięły więźniów od całego świata.


X. Jak Prostaczek siedzi zamknięty w Bastylii z jansenistą[46].

Gordon był to żwawy i pogodny staruszek, który umiał dwie wielkie rzeczy: znosić przeciwności i pocieszać nieszczęśliwych. Ze szczerą i pełną współczucia twarzą podszedł do towarzysza, i uściskał go, mówiąc: „Kimkolwiek jesteś, który przychodzisz dzielić mój grób, bądź pewien, że zawsze gotów jestem zapomnieć o sobie samym, aby łagodzić twoje męczarnie w tej piekielnej czeluści. Ubóstwiajmy Opatrzność, która nas tu zawiodła, cierpmy w pokoju i miejmy nadzieję“. Słowa, te podziałały na Prostaczka niby angielskie krople[47], która przywołują umierającego do życia; i każą mu otworzyć zdumione oczy.
Po tem przywitaniu, Gordon, nie nalegając nań aby mu zwierzył przyczynę swego nieszczęścia, słodyczą swego obcowania, oraz tą sympatyą jaką wytwarza wspólne nieszczęście, obudził w Prostaczku potrzebę wynurzeń. Zrzucił tedy z serca straszliwy ciężar który go przygniatał, ale nie mógł odgadnąć źródła swej niedoli; zdawała mu się ona skutkiem bez przyczyny, dobry zaś Gordon podzielał najzupełniej jego zdziwienie.
„Widocznie, bracie, rzekł jansenista do Hurona, musi Bóg mieć na ciebie wielkie zamiary, skoro cię zaniósł z nad jeziora Ontario do Anglii i Francyi, dał ci dostąpić chrztu w Bretanii i pomieścił cię tutaj dla twego zbawienia. — Dalibóg, rzekł Prostaczek, sądziłbym, że to raczej sam djabeł zajął się mym losem. Moi krajanie w Ameryce nigdyby się nie obeszli ze mną tak po barbarzyńsku; nie mają nawet pojęcia o czemś podobnem. Nazywają ich dzikimi; są to ludzie bardzo sobie prości, mieszkańcy zaś tego kraju, to wyrafinowane łajdaki. Dziwi mnie, w istocie, niepomału, iż przywędrowałem z drugiego świata poto, aby mnie, na tym, zamknięto na dwa spusty w towarzystwie klechy; ale myślę o ogromnej liczbie ludzi, którzy wędrują z jednej półkuli na to aby znaleść śmierć na drugiej, lub którzy giną po drodze w morzu i służą za pokarm rybom: nie widzę w tem wszystkiem jakichś osobliwie łaskawych zamiarów Boga“.
Podano przez okienko obiad. Dwaj więźniowie rozmawiali sobie o Opatrzności, o więzieniach, oraz o sztuce poddawania się nieuchronnym nieszczęściom. „Już dwa lata siedzę tutaj, rzekł starzec, jedyną pociechę mając w sobie samym i w książkach; ani przez chwilę nie byłem w złym humorze.
— Och, panie Gordon, wykrzyknął Prostaczek, zatem pan nie kochasz swojej chrzestnej matki? Gdybyś, jak ja, znał pannę de Saint-Yves, byłbyś w rozpaczy“. To mówiąc, nie mógł wstrzymać łez, a zarazem uczuł że mu lżej na sercu. „Hm, rzekł, dlaczego łzy przynoszą ulgę? Zdaje mi się że raczej powinnyby wywierać przeciwne działanie. — Mój synu, wszystko w nas jest fizyczne, rzekł dobry starzec; wszelkie wydzielanie jest zbawienne dla ciała, wszystko zaś co jemu przynosi ulgę, przynosi ją i duszy: jesteśmy machiną zbudowaną przez Opatrzność“.
Prostaczek, który, jak wspomnieliśmy nieraz, był wcale bystry, zaczął głęboko dumać nad tą myślą, której zarodek, zdawałoby się, miał w sobie. Wreszcie, spytał towarzysza, czemu jego machina znajduje się od dwóch lat pod kluczem. „Dzięki łasce skutecznej, odparł Gordon: uchodzę za jansenistę; znałem Arnaulda[48] i Nicole’a; jezuici zawzięli się na nas. Uważamy, że papież jest poprostu biskupem jak każdy inny; i dlatego O. de La Chaise uzyskał od króla, swego penitenta, rozkaz pozbawienia mnie, bez wszelkich formalności prawnych, najcenniejszego z dóbr człowieka, wolności. — A to szczególne, rzekł Prostaczek: wszyscy nieszczęśliwi których spotkałem cierpią jedynie przez papieża.
„Co się tyczy owej łaski skutecznej[49], wyznaję iż nic się na tem nie rozumiem; ale uważam to za wielką łaskę, iż Bóg dał mi spotkać w nieszczęściu człowieka takiego jak pan, i że pozwala mu sączyć w moje serce pociechę, do której czułem się niezdolny“.
Rozmowy ich stawały się z każdym dniem bardziej zajmujące i pouczające. Dusze dwóch więźniów zbliżały się z sobą. Starzec dużo wiedział, młodzieniec zaś pragnął się wiele nauczyć. Po miesiącu wziął się do geometryi: pochłaniał ją. Gordon dał mu do czytania Fizykę Rohaulta[50], która była jeszcze w modzie; Prostaczek zaś miał tyle rozeznania, że znalazł w niej jeno same niepewności.
Następnie przeczytał pierwszy tom Szukania prawdy[51][52]. To nowe światło olśniło go. Jakto! wykrzyknął, wyobraźnia i zmysły mamią nas do tego stopnia! Jakto! zjawiska nie kształtują naszych pojęć, nie możemy zaś ich wytworzyć sobie sami!“ Przeczytawszy drugi tom, mniej był zadowolony, i uznał że łatwiej jest burzyć niż budować.
Towarzysz, zdziwiony iż młody nieuk uczynił to spostrzeżenie, do którego zdolny jest zazwyczaj jedynie wyrobiony umysł, powziął wielkie pojęcie o talentach Prostaczka i tem więcej przywiązał się doń.
„Mam wrażenie, mówił Prostaczek, że ten twój Malebranche napisał pierwszą część książki rozumem, drugą zaś wyobraźnią i przesądami“. W kilka dni potem, Gordon spytał: Cóż tedy sądzisz o duszy, o sposobie w jaki poczynamy myśli, o naszej woli, o łasce, o wolnej woli? — Nic, odparł Prostaczek; a gdybym wogóle coś myślał, to chyba że jesteśmy w mocy Wiekuistej Istoty, jak gwiazdy i żywioły; że ona robi w nas wszystko, że jesteśmy kółeczkami olbrzymiej machiny, której ona jest duszą; że Istota ta działa zapomocą powszechnych praw a nie zapomocą poszczególnych zamiarów. To jedno wydaje mi się zrozumiałe; cała reszta jest dla mnie otchłanią mroków.
— Ależ, synu, to znaczyłoby czynić Boga twórcą grzechu. — Ależ, ojcze, wasza skuteczna łaska czyniłaby również Boga twórcą grzechu; nie ulega bowiem wątpliwości, iż wszyscy, którym odmówiłby tej łaski, popadliby w grzech; a czy ten kto nas wydaje złemu, nie jest jego sprawcą?“
Ta naiwność Prostaczka wprawiała poczciwego Gordona w wielki kłopot; czuł iż daremnie sili się wydobyć z tego trzęsawiska; piętrzył tyle słów, mających pozory jakiegoś sensu a w istocie nie mających żadnego (w rodzaju fizycznego oddziaływania Boga na stworzenia), że Prostaczka aż brała litość. Zagadnienie to dotykało najoczywiściej początków dobrego i złego; zaczem trzeba było dobremu Gordonowi przejść kolejno puszkę Pandory[53], jajko Orosmady przekłute przez Arymana, nieprzyjaźń między Tyfonem[54] a Ozyrisem, a w końcu grzech pierworodny; i tak kręcili się obaj w tej głębokiej nocy, nie mogąc się nigdy spotkać. Ale, ostatecznie, ten romans o duszy odwracał ich wzrok od rozważania własnej nędzy, i, przez jakieś dziwne czary, mnogość klęsk zawieszonych nad światem zmniejszała poczucie własnych ich niedoli; wobec powszechności cierpienia, nie śmieli się skarżyć.
Ale, kiedy Prostaczek ułożył się do snu, obraz pięknej Saint-Yves zacierał w umyśle kochanka wszystkie metafizyczne i moralne pojęcia. Budził się z oczyma mokremi od łez; a stary jansenista zapomniał o skutecznej łasce, o X. de Saint-Cyran[55] i Janseniuszu, aby pocieszać młodzieńca, znajdującego się, wedle jego pojęć, w stanie śmiertelnego grzechu.
Znużywszy się czytaniem i dysputowaniem, gwarzyli znowuż o swoich przygodach; nagadawszy się zaś o nich bez żadnego pożytku, znowuż brali się wspólnie lub każdy z osobna do czytania. Umysł młodzieńca krzepił się z każdym dniem. W matematyce zwłaszcza byłby zaszedł daleko, gdyby nie dystrakcye o jakie go przyprawiała panna de Saint-Yves.
Zagłębił się w historyę, ale to studyum osmuciło go. Świat wydał mu się zbyt niegodziwy i nędzny zarazem. W istocie, historya jest jedynie obrazem zbrodni i nieszczęść. Tłum niewinnych i spokojnych ludzi znika zawsze na tym rozległym teatrze. Aktorami są jedynie ambitne i przewrotne osobistości. Zdaje się, że historya jest interesującą jedynie jak tragedya, która staje się mdłą, kiedy nie ożywiają jej namiętności, zbrodnie i wielkie nieszczęścia. Trzeba uzbroić Klio sztyletem, jak Melpomenę.
Mimo że historya Francyi pełna jest okropności, jak wszystkie inne, wydała mu się wszelako tak odrażająca w swoich początkach, tak sucha w pośrodku, tak mała wreszcie, nawet za czasu Henryka IV, tak zawsze pozbawiona wielkich pomników, tak obca tym wielkim odkryciom dającym blask innym narodom, iż trzeba mu było walczyć z nudą, kiedy się rozczytywał w tych szczegółach mrocznych klęsk, stłoczonych w jednym zakątku świata.
Gordon podzielał w tem jego mniemanie. Obaj śmiali się z politowaniem, gdy czytali o udzielnych panach na Fezensac, Fesausaguet i Astarac. Ta nauka miałaby jakąś wartość jedynie dla ich spadkobierców, o ile ich mieli. Świetności republiki rzymskiej uczyniły Prostaczka na jakiś czas obojętnym dla reszty ziemi. Widok zwycięzkiego Rzymu, dyktującego prawa światu, pochłonął całą jego duszę. Płonął ogniem, patrząc na ten lud, który, przez siedmset lat, rządził się miłością wolności i sławy.
Tak mijały dnie, tygodnie, miesiące; Prostaczek byłby się czuł szczęśliwy w tem siedlisku rozpaczy, gdyby nie to że kochał.
Poczciwa jego natura roztkliwiała się przytem nad przeorem Najśw. Panny z Góry, i nad czułą Kerkaboncią. „Co oni pomyślą, powtarzał często, nie mając odemnie żadnej wiadomości? Będą mnie uważali za niewdzięcznika“. Ta myśl dręczyła go; bolał nad tymi którzy go kochali, o wiele więcej niż nad samym sobą.


XI. Jak rozwijał się umysł Prostaczka.

Książki rozszerzają duszę, a światły przyjaciel daje jej pociechę. Jeniec nasz sycił się temi dwoma bogactwami, których istnienia nie podejrzewał wprzódy. „Miałbym ochotę, mówił, uwierzyć w metamorfozy; z bydlęcia bowiem stałem się człowiekiem“. Część pieniędzy, ktoremi pozwolono mu rozporządzać, obrócił na to, aby sobie stworzyć wyborową bibliotekę. Przyjaciel zachęcał go do spisywania swych spostrzeżeń. Oto co napisał o historyi starożytnej.
„Wyobrażam sobie, że narody były długo w tym stanie co ja, że doszły do światła bardzo późno, że, przez wieki całe, zajmowały się jedynie chwilą bieżącą, bardzo mało przeszłością a nigdy przyszłością. Przebiegłem Kanadę na przestrzeni kilkuset mil; nie spotkałem ani jednego pomnika; nikt nie ma pojęcia co czynił jego pradziadek. Byłżeby to naturalny stan człowieka? Gatunek ludzi tutejszych wydaje mi się wyższy od mieszkańców drugiej półkuli. Od szeregu wieków pomnożyli swoje istnienie przez sztuki i umiejętności. Czy dlatego że mają zarost, którego Bóg odmówił Amerykanom? Nie sądzę; toć Chińczycy nie mają go prawie zupełnie, a uprawiają sztuki przeszło od pięciu tysięcy lat. W istocie, jeśli kroniki ich liczą więcej niż cztery tysiące lat, musi chyba ten naród istnieć i kwitnąć przeszło od pięćdziesięciu wieków.
„Jedna rzecz zwłaszcza uderza mnie w dawnej historyi Chin, mianowicie iż wszystko jest tam prawdopodobne i naturalne. Podziwiam w niej to, iż niema w niej nic cudownego.
„Dlaczego wszystkie narody stworzyły sobie bajeczne początki? Dawni kronikarze Francyi, którzy nie są znów tak bardzo dawni, wywodzą Francuzów od Franka[56], syna Hektora; Rzymianie twierdzili iż pochodzą od Frygijczyka[57], mimo iż nie było w języku ich ani jednego słowa mającego najmniejszy związek z językiem Frygii. Bogowie mieszkali dziesięć tysięcy lat w Egipcie, a djabły w Scytyi, gdzie poczęły Hunów. Przed Tucydydesem widzę jeno romanse w rodzaju Amadysów[58], a o wiele mniej zajmujące. Wszędzie jeno same zjawy, wyrocznie, cudy, czary, metamorfozy, wykłady snów, stanowiące o losach największych mocarstw i najmniejszych państewek. Tutaj zwierzęta mówią, ówdzie ubóstwia się zwierzęta, bogów przeobrażonych w ludzi i ludzi przeobrażonych w bogów. Och! jeśli nam trzeba bajek, niechaj te bajki będą bodaj symbolem prawdy! Lubię bajki filozofów, śmieję się z bajek dzieci, ale brzydzę się bajkami szalbierzy“.
Jednego dnia, wpadła mu w ręce historya cesarza Justyniana[59]. Wyczytał tam, że nieuki konstantynopolitańskie wydały, w bardzo lichej greczyźnie[60], edykt przeciw największemu wodzowi epoki, dlatego że bohater ten wyrzekł, w zapale rozmowy, te słowa[61]: „Prawda błyszczy własnem światłem: nie oświeca się umysłów płomieniami stosów“. Nieucy utrzymywali, że to jest twierdzenie kacerskie cuchnące herezyą; katolickie natomiast, niezbite i greckie jest zdanie przeciwne: „Oświeca się umysły jedynie płomieniem stosów; prawda zaś niezdolna jest błyszczeć własnem światłem“. Te golone pałki potępiły w ten sposób wiele odezwań wodza i wydali nań edykt. „Jakto! zakrzyknął Prostaczek, tego rodzaju ludzie wydają edykty! — To nie edykty, odparł Gordon, to kontr-edykty, z których wszyscy natrząsali się w Konstantynopolu, a cesarz pierwszy: był to roztropny monarcha i umiał trzymać nieuków z ogoloną pałą tak, iż czynili jeno samo dobre. Wiedział, że ci jegomoście, jak i inni duszpastuchy wyczerpywali swemi kontr-edyktami cierpliwość jego poprzedników w poważniejszej o wiele materyi. — Bardzo roztropnie, rzekł Prostaczek: trzeba popierać pastoforów, a zarazem trzymać ich na wodzy“. Prostaczek skreślił jeszcze wiele innych uwag, które przeraziły starego Gordona. „Jakto! rzekł sobie w duchu; ja strawiłem pięćdziesiąt lat na nauce, i oto ledwie zdołam nadążyć wrodzonemu zdrowemu rozsądkowi tego nawpół dzikiego chłopczyny! Lękam się, iż, z wielkim mozołem, umacniałem się w przesądach; on zaś słucha jedynie natury. Poczciwiec miał pod ręką parę utworów krytycznych, owych ulotnych broszurek, w których ludzie niezdolni nic stworzyć zohydzają dzieła innych; gdzie tacy pp. Visé[62] lżą Rasynów a pp. Faydit Fenelonów. Prostaczek przejrzał kilka takich broszur. „To coś, powiadał, jak owe muchy, składające jajka na zadzie najpiękniejszych rumaków: nie przeszkadza im to cwałować“. Zaledwie nasi dwaj filozofowie raczyli rzucić okiem na te odchody literatury. Niebawem przestudyowali razem zasady astronomii; Prostaczek sprowadził mapy i globy: to wielkie widowisko przejmowało ich zachwytem. „Jak ciężko jest, powiadał, zaczynać poznawać niebo dopiero wówczas kiedy mi wydarto prawo oglądania go! Jowisz i Saturn toczą się w niezmierzonych przestrzeniach; miliony słońc oświecają miliardy światów; a w tym zakątku ziemi kędy mnie rzucono, znajdują się istoty, które mnie pozbawiają, mnie, widzącą i czującą istotę, wszystkich tych światów które wzrok mój mógłby ogarnąć, oraz tego w którym Bóg mi się dał zrodzić! Światło stworzone dla całego wszechświata stracone jest dla mnie! Nie skrywano mi go tam, na północy, gdzie spędziłem dziecięctwo i młodość. Bez ciebie, drogi Gordonie, byłbym tu pogrążony w nicości“.


XII. Co Prostaczek sądzi o utworach teatralnych.

Młody Prostaczek podobny był krzepkiemu drzewu, które, zrodzone w niewdzięcznym gruncie, a przeniesione potem w żyzną glebę, rychło rozprzestrzenia korzenie i gałęzie. Osobliwem jest, iż glebą tą stało się więzienie.
Między książkami, które zapełniły wywczasy więźniów, znalazły się poezye, przekłady greckich tragedyj, parę francuskich sztuk teatralnych. Wiersze które mówiły o miłości wniosły w duszę Prostaczka zarazem rozkosz i cierpienie: wszystkie mówiły mu o drogiej Saint-Yves. Bajka o Dwóch gołąbkach[63] ścisnęła mu serce: jakże daleki był od nadziei powrotu do swego gołębnika!
Molier zachwycił go: dał mu poznać obyczaje Paryża i rodzaju ludzkiego. „Której z komedyj jego dałbyś pierwszeństwo? — Świętoszkowi, bez wahania. — Godzę się z tobą, rzekł Gordon; Świętoszek to wtrącił mnie do tej kaźni, i ty nieszczęście swoje zawdzięczasz Świętoszkom.
— Jak ci się wydają tragedye greckie? — Dobre dla Greków, rzekł Prostaczek“. Ale, kiedy przeczytał nowożytną Ifigenię[64], dalej Fedrę, Andromakę, Atalię, wpadł w zachwyt, wzdychał, wylewał łzy: niebawem umiał je na pamięć, mimo że nie starał się o to.
„Przeczytaj Rodogunę[65], rzekł Gordon; powiadają że to arcydzieło; inne sztuki, które dały ci tyle przyjemności, niczem są w porównaniu“. Ledwie chłopiec przeczytał pierwszą stronę, rzekł: „To nie tego samego autora. — Po czem poznajesz? — Nie wiem jeszcze; ale te wiersze nie idą mi do ucha ani do serca. — Och, wiersze, to najmniejsza“, rzekł Gordon. Prostaczek odparł: „Pocóż zatem pisać wierszem?“
Przeczytawszy z wielką uwagą sztukę, jedynie z myślą znalezienia w niej przyjemności, patrzał na przyjaciela suchemi i zdumionemi oczyma, i nie wiedział co powiedzieć; wreszcie, naglony aby zdał sprawę ze swych wrażeń, rzekł: „Nie rozumiałem zupełnie początku; środek oburzył mnie; ostatnia scena wzruszyła mnie mocno, mimo iż zdała mi się mało prawdopodobna: żadna z osób nie wzbudziła we mnie sympatyi i nie zapamiętałem ani dwudziestu wierszy; a zazwyczaj pamiętam wszystkie które mi się podobają.
— A jednak sztuka ta uchodzi za najlepszą w naszym teatrze. — Jeżeli tak, odparł, spotkał ją los wielu ludzi, którzy nie warci są swoich stanowisk. Ostatecznie, to rzecz smaku; mój widocznie nie jest jeszcze wyrobiony, mogę się wybić; ale wiesz że zwykłem mówić dość szczerze co myślę, a raczej co czuję. Podejrzewam, że w sądach ludzkich niemałą rolę gra złudzenie, moda, kaprys. Mówiłem wedle mej natury; być może iż, we mnie, natura jest bardzo niedoskonała; ale być może także, że większość ludzi za mało zasięga jej zdania“. To rzekłszy, zaczął powtarzać wiersze z Ifigenii, której był pełen; mimo że nie umiał pięknie deklamować, włożył w nie tyle prawdy i przejęcia, że wycisnął łzy staremu janseniście. Odczytał następnie Cynnę: nie płakał, ale podziwiał.




XIII. Piękna Saint-Yves udaje się do Wersalu.

Podczas gdy biedny chłopiec znajdował więcej światła niż pociechy; gdy umysł jego, dławiony od tak dawna, rozwijał się z taką chyżością i siłą; gdy natura, doskonaląc się w nim, mściła się za krzywdy losu, cóż działo się z przeorem i jego zacną siostrą, oraz z piękną Saint-Yves? Pierwszego miesiąca, niepokojono się; w trzecim, niepokój ustąpił miejsca boleści; fałszywe domysły, czcze pogłoski pomnożyły jeszcze zamęt; po pół roku opłakiwano już Prostaczka jako nieżywego. Wreszcie pp. de Kerkabon dowiedzieli się z zapóźnionego listu pisanego przez gwardzistę królewskiego do kogoś w Bretanii, że młody człowiek, z opisu podobny do Prostaczka, przybył wieczorem do Wersalu, ale że go porwano tejże samej nocy, i że, od tego czasu, wszelki słych o nim zaginął.
„Ach, ach, wzdychała panna de Kerkabon, ten chłopiec znowu musiał palnąć jakieś głupstwo i wpakował się w kabałę. Jest młody, przybywa z prowincyi, nie może wiedzieć jak się zachować na dworze. Drogi bracie, nie widziałam nigdy Wersalu ani Paryża; oto piękna sposobność; odnajdziemy może biednego chłopca: toć to syn rodzonego brata; obowiązkiem naszym jest spieszyć mu z pomocą. Kto wie, czy nie zdołamy w końcu zrobić zeń poddjakona, skoro się nieco wyszumi z szaleństw młodości. Miał dobrą głowę do nauk. Pamiętasz, jak rozprawiał o Starym i Nowym Testamencie? Jesteśmy odpowiedzialni za jego duszę; myśmy-to namówili go na chrzest; ukochana jego Saint-Yves trawi dnie we łzach. Doprawdy, trzeba jechać do Paryża. Jeżeli tkwi w którymś z owych domów rozpusty, o których mi tyle opowiadano, wywieziemy go stamtąd“. Słowa siostry wzruszyły przeora. Udał się do biskupa z Saint-Malo, tego który ochrzcił Hurona, i poprosił o pomoc i radę. Prałat pochwalił myśl podróży; dał przeorowi listy polecające do O. de La Chaise, spowiednika króla Imci, piastującego tem samem pierwszą godność w królestwie, dalej do arcybiskupa paryskiego Harleya[66] i do biskupa z Meaux, Bossueta.
Wreszcie, przeor wraz z siostrą puścili się w drogę. Ale, kiedy przybyli do Paryża, uczuli się niby w olbrzymim labiryncie bez nitki i bez wyjścia. Zasoby ich były dość skromne, trzeba im było codzień najmować pojazdy aby się puszczać na poszukiwania, a nie znajdowali nic.
Przeor udał się do wielebnego O. de La Chaise: miał u siebie pannę du Tron i nie miał czasu dla żadnych przeorów. Udał się do arcybiskupstwa; prałat konferował właśnie z piękną panią de Lesdiguières w ważnych sprawach kościelnych. Pośpieszył na wieś do biskupa z Meaux: badał właśnie, w towarzystwie panny de Mauléon[67], miłość mistyczną pani Guyon. Mimo to, dotarł wreszcie do obu prałatów; obaj oświadczyli, że nie mogą się zająć sprawą jego bratanka, ponieważ nie jest ani poddjakonem.
Wreszcie, dotarł do jezuity; ten przyjął go z otwartemi rękami; upewnił go iż miał zawsze dla niego osobliwy szacunek, mimo że go nigdy nie widział na oczy; zaklął się, że jego czcigodna kompania zawsze była wielce życzliwa Dolnobretonom. „Ale, spytał, czy pański bratanek nie był, broń Boże, hugonotem. — Nie, z pewnością nie, wielebny Ojcze. — Czy nie jest może jansenistą? — Mogę uręczyć Waszej Wielebności że ledwie jest chrześcijaninem: dopiero jedenaście miesięcy jakeśmy go ochrzcili. — Doskonale! doskonale… będziemy pamiętali o nim… Czy pańskie opactwo dużo przynosi? — Och, bardzo skąpo… a ten bratanek mnóstwo nas kosztuje. — Czy są janseniści w sąsiedztwie? Miej się pan na baczności, drogi przeorze, to ludzie niebezpieczniejsi niż hugonoci i ateusze. — Nie, Wielebny Ojcze, niema ich u nas: w opactwie Najśw. Panny z Góry nikt nie wie nawet co to jansenizm. — Tem lepiej! bywaj tedy zdrów; co będę mógł, uczynię dla pana“. Pożegnał bardzo serdecznie przeora, i nie myślał o nim więcej.
Czas upływał. Przeor oraz zacna jego siostra wpadali w rozpacz.
Tymczasem przeklęty delegat nastawał na małżeństwo swego dryblasa z piękną Saint-Yves, którą umyślnie w tym celu wydobyto z klasztoru. Co do niej, to wciąż kochała swego chrzestnego syna, w równej mierze jak nienawidziała człowieka narzucanego jej za męża. Wstyd iż zamknięto ją w klasztorze pomnażał jej miłość; przymus wstrętnego małżeństwa doprowadzał ją do szczytu. Jak wiadomo, miłość młodej dziewczyny jest o wiele przemyślniejsza i śmielsza niż życzliwość starego przeora oraz ciotki z górą czterdziestopięcioletniej. Prócz tego, panienka ukształciła się znacznie przez czas pobytu w klasztorze, a to dzięki romansom czytywanym ukradkiem.
Pięknej Saint-Yves utkwił w głowie list królewskiego gwardzisty, obiegający okolicę. Postanowiła sama udać się do Wersalu aby zebrać informacye, rzucić się do nóg ministrów, o ile jej narzeczony znajduje się w więzieniu (jak o tem przebąkiwano) i uzyskać dlań sprawiedliwość. Jakieś mętne poczucie szeptało jej tajemnie, że na dworze niczego nie odmawiają ładnej dziewczynie; ale nie wiedziała jaką ceną trzeba to opłacać.
Powziąwszy postanowienie, nabiera otuchy, uspokaja się, nie czyni już afrontów swemu pociesznemu zalotnikowi, mile przyjmuje wstrętnego delegata, czuli się do proboszcza, napełnia dom weselem; następnie, w dniu przeznaczonym na uroczystość, o czwartej rano, puszcza się pokryjomu w drogę, zgarnąwszy drobne upominki weselne i wogóle co mogła. Obmyśliła wszystko tak dobrze, że była już przeszło o dziesięć mil, kiedy, około południa, zajrzano do jej pokoju. Trudno opisać zdumienie i popłoch całego domu. Pytalski delegat zadał tego dnia więcej pytań niż zwykle przez cały tydzień; oblubieniec miał minę głupszą niż kiedykolwiek. X. de Saint-Yves, wściekły, postanowił pędzić za siostrą; delegat i jego syn namyślili się towarzyszyć mu: tak więc los zaniósł do Paryża prawie cały ów kanton Dolnej Bretanii.
Piękna Saint-Yves domyślała się że ją będą ścigać. Jechała konno; wypytywała zręcznie kurjerów, czy nie widzieli gdzie grubego proboszcza, olbrzymiego delegata i młodego dudka jadących w stronę Paryża. Dowiedziawszy się trzeciego dnia że są niedaleko, wzięła się odmienną drogą, i, dzięki sprytowi i szczęściu, zdołała dobić do Wersalu, podczas gdy jej szukano bezskutecznie w Paryżu.
Ale jak obrócić się w Wersalu? Młoda, piękna, bez oparcia, nieznana, zagrożona na każdym kroku, jak mogła się odważyć na szukanie królewskiego gwardzisty? Wpadła na myśl aby się zwrócić do jezuity pośledniej klasy: istnieją bowiem dla wszelkich stanów. Jak Bóg, powiadają, dał rozmaitą sławę rozmaitym rodzajom zwierząt, tak dał królowi spowiednika, którego wszyscy łowcy beneficyów nazywali głową gallikańskiego kościoła; następnie szli spowiednicy księżniczek; ministrowie nie mieli spowiedników: nie byli tak głupi! Byli też jezuici dla pospólstwa, a zwłaszcza jezuici dla pokojówek, przez które zyskiwało się sekrety ich pań: wcale nieladajakie zadanie. Piękna Saint-Yves zwróciła się do jednego z takich: zwał się Ojciec Dowszystkiego. Wyspowiadała się przed nim, opowiedziała swoje przygody, stan, niebezpieczeństwo, i zaklęła go aby ją pomieścił u jakiej pobożnej damy, gdzieby była bezpieczna od pokus.
O. Dowszystkiego umieścił ją u żony jednego z urzędników dworskiego stołu, jednej ze swych najgorliwszych penitentek. Od pierwszej chwili, panna de Saint-Yves postarała się zyskać zaufanie i sympatyę tej kobiety; wywiedziała się o gwardzistę Bretończyka i ściągnęła go do siebie. Dowiedziawszy się, że ukochanego jej uwięziono tuż po rozmowie z sekretarzem ministra, pędzi do jego biura. Widok pięknej buzi ułagodził dygnitarza; trzeba bowiem przyznać, iż Bóg stworzył kobiety jedynie poto aby obłaskawiały mężczyzn.
Gryzipiórek, zdjęty czułością, wyznał jej wszystko. „Narzeczony pani jest w Bastylii blisko od roku, i, gdyby nie pani, spędziłby tam zapewne całe życie“. Tkliwa Saint-Yves zemdlała. Skoro odzyskała zmysły, gryzipiórek ciągnął dalej: „Jestem bezsilny gdy chodzi o to aby komu pomóc; cała moja władza ogranicza się do tego iż mogę zaszkodzić od czasu do czasu. Wierzaj mi, udaj się do pana de Saint-Pouange, który ma wszystko w ręku, będąc krewniakiem i ulubieńcem Jego Dostojności pana de Louvois. Ten minister ma dwie dusze: jedną jest p. de Saint-Pouange[68], drugą pani Dufresnoi, ale jej niema obecnie w Wersalu. Nie pozostaje ci nic jak tylko próbować go wzruszyć i uzyskać jego pomoc“.
Piękna Saint-Yves, wahająca się między odrobiną radości a dotkliwym bólem, między wątłą nadzieją a smutnemi obawami, ścigana przez brata, przejęta miłością dla kochanka, ocierając łzy i lejąc je na nowo, drżąca, osłabiona i zbierająca siły, pobiegła szybko do p. de Pouange.


XIV. Postępy inteligencyi Prostaczka.

Prostaczek robił szybkie postępy w naukach, a zwłaszcza w nauce o człowieku. Przyczyną jego szybkiego rozwoju było — prawie narówni z wrodzoną bystrością umysłu — jego dzikie wychowanie. Nie nauczywszy się niczego w dzieciństwie, nie miał przesądów: pojęcie jego, nie wykrzywione żadnym błędem, zachowało całą prostotę. Widział rzeczy tak jak są; podczas gdy poglądy wszczepione za młodu każą nam je widzieć całe życie tak jak nie są. „Twoi prześladowcy to są łotry, mówił do przyjaciela swego Gordona. Żal mi cię że cierpisz, ale żal mi cię także że jesteś jansenistą, wszelka sekta wydaje mi się sztandarem błędu. Powiedz mi, czy istnieją sekty w geometryi? — Nie, drogie dziecko, rzekł dobry Gordon wzdychając; wszyscy są w zgodzie co do prawdy kiedy jest dowiedziona; aż nazbyt różnią się natomiast co do prawd ciemnych. — Powiedz, co do faktów ciemnych. Gdyby istniała jedna jedyna prawda pod stosem przetrząsanych od tylu wieków argumentów, odkrytoby ją z pewnością, i świat byłby zgodny bodaj co do tego jednego punktu. Gdyby ta prawda była tak potrzebna, jak słońce jest potrzebne ziemi, błyszczałaby jak ono. To niedorzeczność, to zniewaga dla rodzaju ludzkiego, zbrodnia przeciw nieskończonej Istocie, mówić: „Istnieje prawda nieodzowna dla człowieka, i prawdę tę Bóg ukrył“.
Poglądy młodego nieuka oświeconego przez naturę, czyniły głębokie wrażenie na umyśle starego nieszczęśliwego mędrca. „Byłożby prawdą, wykrzyknął, iż wydałem życie na łup nieszczęść dla czczej chimery? Jestem o wiele pewniejszy swego nieszczęścia niż łaski skutecznej. Strawiłem dni na rozumowaniu o wolności Boga i rodzaju ludzkiego, a w zamian straciłem własną: ani św. Augustyn ani św. Prosper[69] nie wydobędą mnie z tej czeluści“.
Prostaczek, snując dalej myśl, rzekł w końcu: "Chcesz abym poprostu i śmiało wyraził swoje zdanie? Ci, którzy narażają się na prześladowanie dla tych pustych szkolarskich sporów, wydają mi się niezbyt rozsądni; ci, którzy prześladują, to potwory“.
Obaj więźniowie zgodnie oceniali niesprawiedliwość jaka ich spotkała. „Jestem stokroć godniejszy współczucia od ciebie, mówił Prostaczek: urodziłem się wolny jak ptak; miałem dwa życia: moją wolność i przedmiot mej miłości; wydarto mi je. Oto gnijemy tu obaj w kajdanach, nie znając przyczyny, ani mogąc spytać o nią. Żyłem do dwudziestu lat jako Huron: nazywają ich barbarzyńcami, ponieważ się mszczą na nieprzyjaciołach; ale nigdy nie gnębili przyjaciół. Ledwie stąpiłem nogą we Francyi, już wylałem krew za nią: ocaliłem jej może prowincyę; i, w nagrodę, zagrzebano mnie w tym grobie, gdzie, gdyby nie ty, umarłbym z wściekłości. Czyż nie istnieją tedy prawa w tym kraju? Skazuje się ludzi bez wysłuchania! Nie tak poczynają sobie w Anglii. Ha! nie przeciw Anglikom powinienem był dobyć oręża!“ Tak oto jego rodząca się filozofia nie mogła zmódz natury obrażonej w pierwszem swojem prawie i zostawiała wolny bieg własnemu jego gniewowi.
Towarzysz nie hamował go. Oddalenie pomnaża zawsze niezaspokojoną miłość, filozofia zaś nie zmniejszą jej. Prostaczek mówił o swojej drogiej Saint-Yves niemniej często co o moralności i metafizyce. Im bardziej oczyszczały się jego uczucia, tem więcej kochał. Przeczytał kilka nowych romansów; niewiele znalazł w nich obrazów zgodnych ze stanem jego duszy. Czuł, że serce jego wybiega zawsze poza to co czytał. „Ach, powiadał, prawie wszyscy ci autorowie posiadają jeno dowcip i sztukę“. Tak, zacny kapłan-jansenista stawał się nieznacznie powiernikiem jego tkliwości. Przedtem znał miłość jedynie jako grzech, z którego się człowiek kaja przy spowiedzi; obecnie, poznał ją jako uczucie równie szlachetne jak tkliwe, które może w tymsamym stopniu podnieść duszę co zwątlić ją, a nawet natchnąć ją niekiedy cnotą. Słowem, stał się największy cud: Huron nawrócił jansenistę.


XV. Piękna Saint-Yves opiera się drażliwym propozycyom.

Piękna Saint-Yves, jeszcze bardziej przejęta tkliwością niż jej kochanek, udała się tedy do p. de Saint-Pouange, w towarzystwie przyjaciółki u której mieszkała: obie starannie zakwefione. Pierwszym widokiem, który ją uderzył u bramy, był X. de Saint-Yves, jej brat, który wychodził stamtąd. Wystraszyła się; ale nabożna przyjaciółka dodała jej ducha. „Właśnie dlatego że czynią kroki przeciw tobie, trzeba się starać przemówić za sobą. Wiedz, ze w tym kraju oskarżyciele mają zawsze słuszność, o ile ich czemprędzej nie pognębić. Zresztą, albo się grubo mylę, albo twój widok sprawi większe wrażenie niż słowa twojego brata.“
Wystarczy tylko trochę dodać odwagi zakochanej kobiecie, a zaraz staje się nieustraszona. Piękna Saint-Yves weszła do sali audencyonalnej. Młodość jej, powab, tkliwe oczy zwilżone łzami, ściągnęły na nią wszystkie spojrzenia. Dworacy pół-ministra zapomnieli na chwilę o bożyszczu władzy, aby napawać oczy bóstwem piękności. Saint-Pouange wpuścił ją do gabinetu; przemówiła w sposób pełen czułości i wdzięku. Saint-Pouange, wzruszony, starał się dodać otuchy drżącej petentce. „Wróć pani dziś wieczór, rzekł; sprawa twoja zasługuje aby ją rozpatrzyć, pomówić o niej obszerniej; w tej chwili jest tu zawiele ludzi, audyencye są zbyt pobieżne; trzeba abyśmy pogadali szczegółowiej o wszystkiem co pani tyczy“. Zaczem, rzekłszy parę pochlebnych słów o jej piękności i sercu, zalecił jej przyjść o siódmej wieczór.
Stawiła się punktualnie; nabożna przyjaciółka towarzyszyła jej znowu, ale została w salonie, czytając Chrześcijańskiego pedagoga[70], podczas gdy Saint-Pouanges i piękna Saint-Yves przeszli do gabinetu. „Czy pani sobie wyobrazi, rzekł z miejsca, że twój brat przyszedł żądać odemnie dekretu uwięzienia pani? Doprawdy, raczej podpisałbym dekret wyprawiający go z powrotem do Bretanii. — Ach, panie, widzę że pańskie ministeryum musi być bardzo hojne w takie dekrety, skoro z głębi prowincyi przychodzą prosić o nie niby o pensye… Nie chcę bynajmniej żądać czegoś podobnego na brata. Mam wiele powodów aby się nań żalić; ale szanuję wolność ludzką, przychodzę też żądać wolności dla człowieka którego chcę zaślubić, człowieka któremu król winien jest ocalenie prowincyi, który może mu dzielnie służyć i jest synem oficera poległego w jego służbach. O co go oskarżają? W jaki sposób można się było z nim obejść tak okrutnie bez wysłuchania go?
Wówczas, pod-minister pokazał jej list jezuickiego szpiega, jak również pismo zdrajcy delegata. „Jakto! istnieją tedy na ziemi podobne potwory! i mnie chciano zmusić abym poślubiła synala tej śmiesznej i podłej figury! i to wedle takich opinii rozstrzyga się tu o losie obywateli!“ Padła na kolana, szlochając błagała o wolność dla swego dzielnego oblubieńca. Wzruszenie tem korzystniej uwydatniło jej wdzięki. Była tak piękna, iż Saint-Pouange, zbywając się wszelkiego wstydu, dał jej do zrozumienia iż wszystko może osiągnąć, jeżeli, na początek, odda mu pierwociny tego co przeznacza dla swego kochanka. Przerażona i zmięszana Saint-Yves udawała długo że nie rozumie, trzeba było wytłómaczyć się jaśniej. Po słówkach rzucanych zrazu bardzo oględnie, nastąpiły inne, znacznie wyrazistsze. Ofiarował jej nietylko cofnięcie dekretu, ale nagrody, pieniądze, honory; im więcej przyrzekał, tem bardziej rosło w nim pragnienie zwalczenia oporu. Saint-Yves zanosiła się od płaczu, dławiła się wręcz, upadłszy na sofę: ledwie mogła wierzyć temu co widzi i słyszy. Saint-Pouange znalazł się u jej kolan. Nie był bynajmniej odrażający i łatwo mógłby skusić mniej obronne serce; ale Saint-Yves ubóstwiała kochanka, i uważała że to straszna zbrodnia zdradzić go aby go ratować. Saint-Pouange zdwajał prośby i przyrzeczenia: wreszcie stracił głowę do tego stopnia, iż oświadczył że to jedyny sposób uwolnienia człowieka, będącego przedmiotem jej tak gorących i tkliwych uczuć. Dziwna ta rozmowa przeciągnęła się długo. Dewotka, czytając w przedpokoju Chrześcijańskiego pedagoga, mówiła sobie: „Mój Boże, co oni tam mogą robić od dwóch godzin? Nigdy Jego Dostojność nie udzielił mi tak długiej audjencyi: musi widocznie być nieubłagany dla tej biednej dziewczyny, skoro prosi go jeszcze“.
Wreszcie, towarzyszka jej wyszła z gabinetu, oszołomiona, niezdolna wyrzec słowa, zastanawiając się nad charakterem wielmożów i pod-wielmożów, którzy z tak lekkiem sercem poświęcają wolność mężczyzn i honor kobiet.
Nie rzekła ani słowa całą drogę. Przybywszy do domu, wybuchnęła, opowiedziała wszystko. Dewotka przeżegnała się kilka razy. „Droga moja, rzekła, trzeba zaraz jutro poradzić się Ojca Dowszystkiego, naszego spowiednika; ma wielki wpływ na p. de Saint-Pouange; spowiada kilka pokojówek z jego domu; to człowiek nabożny i uczynny, który ma w swej duchownej pieczy również i wielkie damy. Zdaj się na niego, jak ja czynię; zawsze mi to wyszło na dobre. My, biedne kobiecięta, potrzebujemy zawsze męskiej ręki. — Dobrze więc, droga, idę jutro do O. Dowszystkiego.


XVI. Panna de Saint-Yves radzi się jezuity.

Znalazłszy się sam na sam z dobrym spowiednikiem, piękna i zbolała Saint-Yves zwierzyła mu, iż pewien dygnitarz, człowiek równie potężny jak rozwiązły, ofiarował się wydobyć z więzienia jej narzeczonego, ale że, za swą usługę, żąda straszliwego okupu; co do niej, czuje nieopisany wstręt do takiej niewierności, i, gdyby chodziło tylko o jej życie, poświęciłaby je raczej niżby miała ulec.
„Cóż za paskudny grzesznik, rzekł O. Dowszystkiego. Wymień mi nazwisko tego niegodziwca: to z pewnością jakiś jansenista. Doniosę o tem Jego Wielebności O. de La Chaise; każe wtrącić jego samego do kaźni, w której jęczy twój oblubieniec“.
Po długiem wahaniu, biedna dziewczyna, wielce zakłopotana, wymieniła wreszcie p. de Saint-Pouange.
„Saint-Pouange! wykrzyknął jezuita; och, moje dziecko, to zupełnie co innego, toć to krewniak największego ministra jakiego mieliśmy kiedy; człowiek zacny, obrońca dobrej sprawy, dobry chrześcijanin; nie mógł mieć takiej myśli; musiałaś go źle zrozumieć. — Och, ojcze, zrozumiałam aż nadto; zgubiona jestem cobądź uczynię; trzeba mi wybierać jedynie między nieszczęściem a hańbą; albo mój kochanek będzie żywcem pogrzebany, albo też ja stanę się niegodną życia. Nie mogę mu dać zginąć, i nie mogę go ocalić“.
Ojciec Dowszystkiego starał się ją ukoić łagodnemi słowy.
„Po pierwsze, moja córko, nie używaj tego słowa: mój kochanek; jest w niem coś świeckiego, co mogłoby obrazić Boga; mów: mój mąż; mimo bowiem że nim jeszcze nie jest, ty uważasz go za męża; to w porządku.
„Powtóre, mimo że jest twoim małżonkiem duchem, nadzieją, nie jest nim jeszcze w istocie: nie popełniłabyś zatem cudzołóstwa, straszliwego grzechu, którego zawsze trzeba unikać, o ile to tylko możliwe.
„Po trzecie, uczynek nie mieści w sobie znamion występku, o ile intencya jest czysta, a niema nic czystszego nad chęć oswobodzenia swego męża.
„Po czwarte, masz przykłady w świętej starożytności, doskonale nadające się do tego położenia. Św. Augustyn podaje, iż, za prokonsulatu Septimusa Acyndyna, w roku pańskim 340, pewien biedny człowiek, nie mogąc spłacić cesarzowi co jest cesarskiego, został skazany na śmierć, jak się godziło, mimo maksymy: Gdzie niema nic, tam i król traci swe prawa. Chodziło o funt złota; otóż, skazaniec ów miał żonę, w którą Bóg złożył skarby urody i roztropności. Stary bogacz ofiarował się dać funt złota, a nawet więcej, tej damie, pod warunkiem że dopuści się z nim grzechu wszeteczeństwa. Pani ta uznała, iż, spełni zbożne dzieło, ocalając życie mężowi. Św. Augustyn pochwala wielce jej szlachetną rezygnacyę. Co prawda, stary kutwa oszukał ją, i męża jej może i tak powieszono; ale zrobiła wszystko co było w jej mocy aby mu ocalić życie.
„Bądź pewna, moja córko, iż, kiedy jezuita cytuje św. Augustyna, musi już ten święty mieć zupełną słuszność. Nie radzę ci nic; masz rozum; trzeba sądzić iż zechcesz przyjść z pomocą mężowi. P. de Saint-Pouange jest zacnym człowiekiem, nie oszuka cię; to wszystko co mogę ci powiedzieć; będę się modlił do Boga za ciebie, i mam nadzieję, że wszystko się odbędzie ku jego największej chwale“.
Piękna Saint-Yves, niemniej przerażona wywodami jezuity co namowami wice-ministra, wróciła do przyjaciółki pogrążona w rozpaczy. Miała już pokusę aby śmiercią się wyzwolić z tego strasznego położenia, w którem trzeba jej było zostawić w straszliwej kaźni ubóstwianego kochanka, lub też uwolnić ją za cenę tego co było jej najdroższe i co winno było należeć jedynie do niego.


XVII. Saint-Yves upada przez cnotę.

Błagała przyjaciółkę aby ją zabiła; ale ta, niemniej pobłażliwa od jezuity, oświetliła sprawę jeszcze wyraźniej. „Niestety! rzekła; nic się nie dzieje inaczej na tym tak miłym, świetnym, sławnym dworze. Najskromniejsze i najwyższe stanowiska zdobywa się najczęściej za cenę której zażądano od ciebie. Posłuchaj, mam dla ciebie wiele przyjaźni i zaufania; wyznam ci, że, gdybym miała tyle skrupułów co ty, mąż mój nie zajmowałby małej posadki która mu daje środki do życia; wie o tem, i nietylko się nie gniewa, ale uważa mnie za swą dobrodziejkę. Czy myślisz, że wszyscy którzy piastowali władztwo prowincyi, a nawet armii, swoim jedynie usługom zawdzięczali zaszczyty i fortunę? Niejeden był je winien swojej dzielnej żonie. Godności wojenne były zdobyczą miłości, a buława dostawała się w ręce męża najpiękniejszej żony.
„Twoje położenie jest o wiele sympatyczniejsze: chodzi o to, aby wrócić ukochanemu wolność i zaślubić go: to święty obowiązek, do którego droga przed tobą otwarta. Świat nie potępił pięknych i możnych pań, o których wspomniałam; ciebie wszyscy pochwalą; powiedzą że, jeżeli upadłaś, to jedynie z wysokiej cnoty. — Ha! co za cnota! wykrzyknęła piękna Saint-Yves; cóż za labirynt niegodziwców! co za kraj! jakże się uczę poznawać ludzi! Jakiś O. de La Chaise i błazen-delegat wtrącają mego narzeczonego do więzienia, rodzina mnie prześladuje, a ten który, w mojem nieszczęściu, chce mi podać rękę, czyni to jedynie poto aby mnie zniesławić. Jeden jezuita zgubił dzielnego człowieka, drugi chce mnie zgubić; otaczają mnie same pułapki: blizką jest chwila w której runę pod brzemieniem nieszczęść. Trzeba mi albo zabić się, albo mówić z królem; rzucę mu się do nóg, gdy będzie szedł na mszę lub na widowisko.
— Nie dopuszczą cię doń, rzekła przyjaciółka; a gdyby, na twoje nieszczęście, udało ci się przemówić, Jego Dostojność p. de Louvois i Jego Wielebność O. de La Chaise mogliby snadno zagrzebać cię na resztę dni w klasztorze.“
Gdy ta poczciwa dama pomnażała jeszcze rozpacz nieszczęsnej panienki i topiła sztylety w jej sercu, przybywa posłaniec od p. de Saint-Pouange z listem i parą pięknych kolczyków. Saint-Yves pchnęła wszystko z płaczem; ale przyjaciółka zajęła się odbiorem.
Skoro posłaniec się oddalił, powiernica przeczytała list, zapraszający obie damy na wieczerzę. Saint-Yves zaklęła się że nie pójdzie. Dewotka chciała jej przymierzyć kolczyki, ale napróżno; panienka opierała się cały dzień. Wreszcie, pamiętając jedynie o swym ukochanym, wyczerpana, znużona, nie wiedząc gdzie ją wiodą, dała się zaprowadzić na nieszczęsną kolacyę. Niepodobna było jej skłonić do włożenia kolczyków; powiernica wzięła je z sobą i włożyła jej nim siadły do stołu. Saint-Yves była tak pomięszana, tak nieprzytomna, że pozwoliła z sobą robić wszystko; z czego wielbiciel wyciągnął nader pomyślne horoskopy. Pod koniec biesiady, powiernica wysunęła się dyskretnie. Wówczas gospodarz pokazał odwołanie dekretu uwięzienia, patent na pokaźną gratyfikacyę wraz z dowództwem kompanii, i nie szczędził dalszych obietnic. „Och, rzekła Saint-Yves, jakżebym panu była wdzięczna, gdybyś nie żądał takiej wdzięczności“.
Wreszcie, po długim oporze, szlochach, krzykach, łzach, osłabiona walką, odurzona, wpół-omdlała, musiała w końcu ulec. Nie pozostało jej nic, jak tylko przyrzec sobie w duchu, że będzie myślała jedynie o Prostaczku, podczas gdy okrutnik sycił się bez litości jej przymusowem położeniem.


XVIII. Saint-Yves oswobadza swego ukochanego i jansenistę.

O świcie pędzi do Paryża, zbrojna w rozkaz ministra. Trudno odmalować, co się działo w jej sercu w czasie tej drogi. Wyobraźcie sobie cnotliwą i szlachetną duszę, upokorzoną swą hańbą, przepojoną miłością, szarpaną wyrzutami, przenikniętą rozkoszną pewnością oswobodzenia ubóstwianego! Zgryzoty, walki, tryumf, wypełniały wszystkie jej myśli. Nie była to już owa prostoduszna dziewczyna o ciasnym prowincyonalnym widnokręgu. Miłość i nieszczęście rozwinęły ją. Uczucie uczyniło w jej duszy tyleż postępu, ile go uczynił rozum w inteligencyi jej nieszczęsnego kochanka. Dziewczęta uczą się czuć łatwiej, niż mężczyźni uczą się myśleć. Przygoda jej była bogatsza w naukę, niż cztery lata klasztoru.
Ubrana była z nadzwyczajną prostotą. Ze wstrętem patrzyła na stroje i ozdoby; w których ukazała się była oczom swego okrutnego dobroczyńcy; zostawiła dyamenty towarzyszce, nie patrząc nawet na nie. Zmięszana i upojona, pełna uwielbienia dla Prostaczka a wstrętu do siebie samej, przybywa wreszcie do bram straszliwego

…pałacu — nie pałacu, lecz wilczego dołu,
Co niewinność i zbrodnie zamyka pospołu[71].

Kiedy miała wysiąść z karocy, sił jej brakło; trzeba było jej pomóc; weszła z bijącem sercem, wilgotnemi oczyma, zadumanem czołem. Prowadzą ją do gubernatora; chce mówić, głos jej zamiera; pokazuje rozkaz, ledwie jąkając kilka słów. Gubernator polubił swego więźnia, rad był z jego wolności. Serce jego nie było tak zakamieniałe jak bywa u niektórych godnych kluczników, jego kolegów, którzy, mając jedynie na oku haracz związany ze stróżą nad jeńcami, budując dochody na męce swych ofiar i żyjąc z cudzego nieszczęścia, czerpią tajemnie ohydną radość z łez nieszczęśliwych.
Kazał sprowadzić więźnia do swego mieszkania. Kochankowie ujrzeli się: zemdleli oboje. Piękna Saint-Yves długo trwała bez ruchu i życia; Prostaczek ocknął się niebawem. „To prawdopodobnie małżonka pańska, rzekł gubernator; nie wspominałeś mi że jesteś żonaty. Wiadomo mi, że jej szlachetnym staraniom zawdzięczasz wolność. — Och, nie jestem godna być jego żoną, rzekła piękna Saint-Yves drżącym głosem, i znów zemdlała.
Skoro odzyskała zmysły, wręczyła mu, wciąż drżąca, dekret ułaskawienia oraz dowództwo kompanii. Prostaczek, zdziwiony, rozczulony, stąpał z jednego snu w drugi. „Dlaczego mnie zamknięto? jakim cudem zdołałaś mnie uwolnić? gdzie są potwory, które mnie tu wtrąciły? Jesteś bóstwem, które zstąpiło z nieba na mój ratunek“.
Piękna Saint-Yves spuszczała oczy, spoglądała na kochanka, czerwieniła się, i znów odwracała oczy zwilżone łzami. Zwierzyła mu wszystko co wiedziała i czego doświadczyła, z wyjątkiem tego co byłaby rada ukryć na wieki sama przed sobą i co kto inny niż Prostaczek, bardziej obyty w świecie i świadom dworskich obyczajów, odgadłby z łatwością.
„Czy to podobna, aby taka mizerna figura jak ów delegat miał moc pozbawić mnie wolności? Ha! widzę że z ludźmi jest tak jak z najpodlejszemi zwierzętami: każde zdolne jest szkodzić. Ale czy podobna, aby zakonnik, jezuita, spowiednik królewski, przyczynił się również do mej niedoli? toć nie umiem się nawet domyślić pozoru, pod jakim ten obwieś mnie się uczepił! Czy ze mnie zrobił jansenistę? A wreszcie jakim cudem ty pamiętałaś o mnie? nie zasłużyłem na to, byłem wówczas jedynie dzikusem. Jakto! ważyłaś się, bez rady, bez pomocy, puścić do Wersalu! Zjawiłaś się, i skruszono moje kajdany! Jest zatem w piękności i cnocie jakiś niezwyciężony czar, który obala żelazne wrzeciądze i miękczy serca z bronzu!“
Na to słowo cnota, szloch wydarł się z piersi pięknej Saint-Yves. Nie wiedziała, jak bardzo była cnotliwą w zbrodni którą sobie wyrzucała.
Kochanek jej ciągnął w te słowa: „Aniele, któryś zerwał moje pęta, jeżeli miałaś (czego nie pojmuję dotąd) dość wpływu aby uzyskać dla mnie sprawiedliwość, uczyń aby ją oddano również i starcowi, który nauczył mnie myśleć, jak ty nauczyłaś mnie kochać. Niedola złączyła nas; miłuję go jak ojca; nie mogę żyć ani bez ciebie ani bez niego.
— Co! ja mam błagać jeszcze tego człowieka, który… — Tak, chcę wszystko tobie zawdzięczać; i nie chcę nic nigdy zawdzięczać komu innemu niż tobie. Napisz do tego możnego człowieka, dopełń miary dobrodziejstw, dokończ co rozpoczęłaś, dokończ cudu miłosierdzia„. Saint-Yves czuła, że obowiązkiem jej jest spełnić wszystko czego wymaga ukochany: chciała pisać, ręka odmówiła jej posłuszeństwa. Trzy razy zaczynała list, trzy razy podarła; napisała wreszcie. Kochankowie opuścili mury więzienia, uściskawszy tkliwie starego męczennika łaski skutecznej.
Szczęśliwa i zrozpaczona Saint-Yves wiedziała gdzie zamieszkał jej brat; podążyła tam, kochanek jej zaś zajął mieszkanie w tym samym domu.
Ledwie się tam znaleźli, protektor pięknej Saint-Yves przesłał jej dekret uwalniający starego Gordona, a zarazem zażądał schadzki na dzień następny. Tak więc, za każdym uczciwym i szlachetnym czynem, własna niesława stanowiła jego cenę. Wstrętem przejmował ją ten obyczaj frymarczenia szczęściem i nieszczęściem ludzi. Oddała kochankowi dekret, i odmówiła schadzki dobroczyńcy, którego sam widok przyprawiłby ją o śmierć ze wstydu i bólu. Prostaczek zdobył się na to aby się rozstać z ukochaną, jedynie dlatego aby spieszyć uwolnić przyjaciela; pomknął doń. Dopełnił tego obowiązku, dumając nad osobliwszemi kolejami świata, i podziwiając energię i cnotę młodej dziewczyny, której dwóch nieszczęśliwców zawdzięczało więcej niż życie.


XIX. Prostaczek, piękna Saint-Yves i ich krewni spotykają się.

Szlachetna i czcigodna zdrajczyni spotkała się z X. de Saint-Yves, zacnym proboszczem z Góry i panną de Kerkabon. Wszyscy byli jednako zdziwieni; ale role ich i uczucia były różne. X. de Saint-Yves nie śmiał podnieść oczu w obecności siostry. Poczciwa Kerkaboncia wolała: „Ujrzę tedy mego złotego chłopca!“ — Tak, mówiła urocza Saint-Yves, ale to już nie ten sam człowiek: wzięcie jego, ton, myśli, dusza, wszystko uległo zmianie. Stał się równie godnym szacunku, jak wprzódy był naiwnym i nieobytym w świecie. Będzie chlubą i pociechą rodziny: czemuż i ja tego nie mogę rzec o sobie! — I ty, dziecko, jesteś nie ta sama, rzekł przeor; cóż ci się przygodziło tutaj, co spowodowało w tobie tak wielką odmianę?
Wśród tej rozmowy, zjawia się Prostaczek, wiodąc za rękę jansenistę. Scena stała się tem bardziej oryginalna i zajmująca. Zaczęło się od tkliwych uścisków wuja i ciotki. X. de Saint-Yves chylił się niemal do kolan Prostaczka, który już nie był Prostaczkiem. Kochankowie rozmawiali z sobą oczyma, wyrażając wszystkie uczucia które ich przenikały. Radość i wdzięczność błyszczały na czole młodzieńca; w tkliwych i nieco zamglonych oczach Saint-Yves odbijało się zakłopotanie. Wszyscy dziwili się, iż szczęście jej zaprawne jest tylą bólu.
Stary Gordon pozyskał w krótkim czasie serca całej rodziny. Dzielił niedolę młodego więźnia: to był wystarczający tytuł do sympatyi. Zawdzięczał wolność dwojgu kochanków, to jedno godziło go z miłością; dawna surowość pierzchła z jego serca; stał się człowiekiem, podobnie jak Huron. Nim dano wieczerzę, każdy opowiedział swoje przygody. Dwaj księża oraz ciotka słuchali niby dzieci które słyszą i historye o duchach i jak ludzie przejęci obrazem tylu nieszczęść. „Ach, mówił Gordon, może więcej niż pięciuset najzacniejszych ludzi jęczy w tej chwili w tych samych kajdanach, które skruszyła panna de Saint-Yves: świat nie wie nic o ich męce. Dość jest rąk gotowych znęcać się nad nieszczęśliwymi; mało takich, któreby chciały im ulżyć“. Uwaga ta, tak prawdziwa niestety, zdwoiła jego wdzięczność i rozczulenie; wszystko mnożyło tryumf pięknej Saint-Yves: podziwiano wielkość i niezłomność jej duszy. Z tym podziwem łączył się odcień szacunku, jaki mimowoli budzi osoba, o której się przypuszcza że ma wpływy na dworze. Tylko X. de Saint-Yves natrącał niekiedy: „W jaki sposób ona mogła zdobyć tak rychło te wpływy?“
— Podano wieczerzę bardzo wcześnie: wtem przybywa poczciwa przyjaciółka z Wersalu która jeszcze nie wiedziała o niczem; przybyła w poszóstnej karocy, a można się domyślić czyją ów pojazd był własnością. Wchodzi z ważną miną osoby bywałej u dworu i obarczonej wielkiemi sprawami; pozdrawia od niechcenia zebranych i ciągnie piękną Saint-Yves na ubocze: „Czemu dajesz tak czekać na siebie? Chodź ze mną; oto djamenty, których zapomniałaś.“ Słowa te, mimo iż wymówione szeptem, doszły do uszu Prostaczka; X. de Saint-Yves zmięszał się; krewniacy Prostaczka zdumieli się jedynie jak ludzie, którzy nigdy nie widywali takich wspaniałości.
Młody człowiek, którego umysł rozwinął się pod wpływem całorocznych rozmyślań, wydawał się przez chwilę wzburzony. Kochanka jego zauważyła to; śmiertelna bladość rozlała się po jej pięknej twarzy, dreszcz nią wstrząsnął, ledwie mogła utrzymać się na nogach. „Och, pani! rzekła do niebezpiecznej przyjaciółki, zgubiłaś mnie! zadajesz mi śmierć! Słowa te przeszyły serce Prostaczka, ale nauczył się już panować nad sobą; nie podniósł ich, z obawy aby nie narazić ukochanej wobec brata, ale pobladł jak ona.
Saint-Yves, zrozpaczona, widząc zmianę na twarzy kochanka, ciągnie przybyłą do alkierzyka; rzuca w jej oczach na ziemię djamenty: „Ha! mówi, to nie one mnie uwiodły, wiesz o tem; ale ten, który mi je dał, nie ujrzy mnie już nigdy“. Przyjaciółka zaczęła zbierać klejnoty, Saint-Yves zaś dodała: „Niech je weźmie z powrotem, albo niech je da tobie; idź stąd, i nie każ mi się wstydzić samej siebie“. Wreszcie, pośredniczka opuściła ją, nie mogąc pojąć wyrzutów których była świadkiem.
Piękna Saint-Yves, sięgnięta w samo serce, zaledwie mogąc oddychać, zmuszona była położyć się do łóżka; ale nie chcąc budzić niepokoju, nie zwierzyła się nikomu ze swych cierpień. Natrąciła jedynie iż czuje się znużona i że chce się położyć; wprzód jednak uspokoiła całe towarzystwo miłemi i uprzejmemi słowy, kochanka zaś objęła spojrzeniem, które zażegło płomień w jego sercu.
Wieczerza, pozbawiona jej obecności, była zrazu smutna; ale był to szlachetny smutek, stanowiący źródło owych serdecznych i owocnych rozmów, o ileż wyższych od wesołości za którą ludzie gonią, a która zwykle jest jedynie dokuczliwym hałasem.
Gordon skreślił w krótkich słowach dzieje jansenizmu i molinizmu, prześladowań praktykowanych przez jedno stronnictwo na drugiem, oraz zaciekłości obydwu. Prostaczek ganił te swary i ubolewał nad ludźmi, którzy nie zadowalając się tyloma starciami płynącemi ze sprzeczności interesów, tworzą sobie nowe niedole dla celów urojonych i dla niezrozumiałych niedorzeczności. Jeden opowiadał, drugi wydawał sąd; obecni słuchali ze wzruszeniem i otwierali oczy dla nowego światła. Rozmowa zeszła na długość naszych niedoli a krótkie trwanie życia. Ktoś podniósł, iż każdy zawód posiada jakieś przywary i niebezpieczeństwa, i że, od księcia aż do ostatniego żebraka, wszystko skarży się na los. W jaki sposób bierze się tylu ludzi, którzy, za nędzną zapłatę, stają się prześladowcami, zausznikami, katami innych ludzi? Z jakąż nieludzką obojętnością człowiek będący przy władzy podpisuje dekret niszczący rodzinę a z jaką bardziej jeszcze barbarzyńską radością płatni siepacze wykonują go!
„Znałem za młodu, mówił dobry Gordon, krewniaka marszałka de Marillac[72], który, prześladowany w miejscu zamieszkania z przyczyny tego dostojnego nieszczęśnika, ukrywał się w Paryżu pod przybranem nazwiskiem. Był to starzec siedmdziesięciodwuletni. Towarzysząca mu żona była mniejwięcej w równym wieku. Mieli syna, wielkie ladaco, który, w czternastym roku, uciekł z domu; zostawszy żołnierzem, później dezerterem, przeszedł wszystkie szczeble rozpusty i nędzy; wreszcie, przybrawszy nazwisko od jakiejś miejscowości, wstąpił do gwardyi kardynała Richelieu (ksiądz ten bowiem, podobnie jak Mazarin, miał gwardyę). Z czasem uzyskał w tej zgrai zauszników szarżę kapitana. Temu to awanturnikowi polecono uwięzienie starca i jego małżonki; dopełnił zadania z całą srogością człowieka który chce zaskarbić sobie łaski pańskie. Prowadząc biedaków, usłyszał jak te dwie ofiary biadały nad szeregiem niedoli prześladujących ich od kołyski. Między największe nieszczęścia kładli zbłąkanie i utratę syna. Poznał ich: mimo to, odprowadził ich do więzienia, oświadczając iż służba Jego Eminencyi idzie przed wszystkiem innem. Eminencya nagrodził tę gotowość.
„Widziałem szpiega w służbach O. de la Chaise, jak zdradził własnego brata, w nadziei tłustego beneficyum, którego nie otrzymał: umarł, nie z wyrzutów, ale z rozpaczy iż jezuita wyprowadził go w pole.
„Zawód spowiednika, który pełniłem długi czas, dał mi poznać wnętrza rodzin; nie widziałem wśród nich żadnej, któraby nie pławiła się w goryczy, podczas gdy na zewnątrz, okryta maską szczęścia, zdawała się pływać w weselu; a zawsze zauważyłem, iż wielkie zgryzoty są owocem naszej obłędnej chciwości.
— Co do mnie, rzekł Prostaczek, myślę iż dusza szlachetna, wdzięczna i czuła może być szczęśliwa; toteż, mam nadzieję, że będę zażywał niezmąconego szczęścia z piękną i dzielną Saint-Yves, liczę bowiem na to, dodał zwracając się z przyjaznym uśmiechem do jej brata, że nie odtrącisz mnie, jak w zeszłym roku, a ja wezmę się do rzeczy w przystojniejszym sposobie.“
Proboszcz zaczął się tłómaczyć ze swego postępowania w przeszłości, oraz zapewnił go o wiecznej przyjaźni.
Stryj Kerkabon rzekł, iż będzie to najpiękniejszy dzień w jego życiu. Dobra ciotka, lejąc łzy radości, wołała: „Mówiłam ci, mówiłam, że nie zrobisz zeń poddyakona! jeden Sakrament taki dobry jak drugi; gdybyż Bóg dał mi był dostąpić jego dostojeństwa! ale chcę ci zastąpić matkę“. Zaczem wszyscy, na wyprzódki, zaczęli się rozpływać nad piękną Saint-Yves.
Rozkochany chłopie zbyt był przejęty tem co dlań uczyniła, zbyt ją kochał, aby przygoda z dyamentami wywarła na nim szczególne wrażenie. Ale te słowa, które aż nadto dobrze słyszał: Zadajesz mi śmierć, przerażały go jeszcze w duchu i mąciły całe jego wesele, podczas gdy zachwyty nad uroczą kochanką potęgowały jeszcze miłość. Wszyscy zajmowali się tylko nią; rozmawiali jedynie o szczęściu na jakie zasługuje para kochanków; układano plany wspólnego życia w Paryżu; projekty przyszłej fortuny, dostatków; oddawano się wszystkim nadziejom, które błysk szczęścia rodzi tak łatwo. Ale, w głębi serca, Prostaczek odczuwał coś, co zmąciło te złudzenia. Odczytywał te przyrzeczenia podpisane Saint-Pouange i dekrety podpisane Louvois: malowano mu tych ludzi takimi jak byli, lub jaką mieli opinię. Każdy wyrażał się o ministrach i ich urzędzie z ową bezceremonialną swobodą, uważaną we Francyi za najszacowniejszą ze wszystkich swobód na ziemi.
„Gdybym był królem, mówił Prostaczek, oto jakiego wybrałbym ministra wojny. Musiałby to być człowiek najwyższego urodzenia, skoro wydaje rozkazy szlachcie. Żądałbym aby sam był wojskowym, aby przeszedł wszystkie stopnie, aby był conajmniej generałem i godnym stopnia marszałka Francyi. Czyż nie jest konieczne aby sam służył, dla lepszego zapoznania się ze szczegółami służby? czy oficerowie nie będą sto razy chętniej powolni żołnierzowi, który, narówni z nimi, złożył dowody męstwa, niż mólowi gabinetowemu, który, choćby był największym geniuszem, może najwyżej odgadywać operacye wojenne? Nie miałbym nic przeciw temu, aby był człowiekiem szczodrym, choćby nawet pan podskarbi miał znaleźć się przez to w kłopocie. Chciałbym aby pracował łatwo, a nawet aby posiadał tę swobodę i wesołość, która bywa udziałem ludzi wyższych, jedna tyle sympatyi i czyni wszelki obowiązek mniej uciążliwym“. Prostaczek pragnął, aby minister miał to usposobienie, ponieważ zauważył, że ta wesołość nie idzie nigdy w parze z okrucieństwem.
Imć Louvois nie byłby zadowolony z życzeń Prostaczka: zalety jego były innego rodzaju.
Ale, gdy oni zabawiali się tak u stołu, choroba nieszczęsnej panienki przybierała groźny obrót; wystąpiła trawiąca gorączka. Biedactwo cierpiało bez skargi, bacząc aby nie zmącić wesela biesiadników.
Widząc że nie śpi, brat podszedł do wezgłowia: stan siostry przeraził go. Wszyscy się zbiegli; kochanek zbliżył się tuż za bratem do łóżka. Był on, bezwątpienia, najbardziej niespokojny i wzruszony z obecnych; ale, do wszystkich przyrodzonych darów, nauczył się łączyć umiarkowanie: poczucie przystojności zaczynało zajmować u niego naczelne miejsce.
Sprowadzono pobliskiego lekarza. Był to jeden z owych medyków, którzy odprawiają chorych w pośpiechu, mięszają ich chorobę z chorobą poprzedniego pacyenta, i stosują ślepą rutynę do sztuki, której najdojrzalszy i najbardziej zrównoważony sąd nie jest mocen odjąć niepewności i niebezpieczeństw. Pogorszył chorobę skwapliwością z jaką przepisał lekarstwo będące wówczas w modzie. Moda aż w medycynie! Manja ta była aż nazbyt powszechna w Paryżu.
Smutek pięknej Saint-Yves bardziej jeszcze od lekarza przyczyniał się do pogorszenia jej stanu. Dusza zabijała ciało. Trawiące ją myśli sączyły w jej żyły truciznę bardziej jadowitą niż jad najbardziej palącej gorączki.


XX. Piękna Saint-Yves umiera i co z tego wynikło.

Wezwano innego lekarza: ten, miast wspomagać naturę i pozwolić jej działać w młodym i pełnym życia organizmie, myślał jedynie o tem aby robić na złość koledze. W dwa dni, choroba przybrała obrót śmiertelny. Cierpienie rzuciło się z równą siłą na mózg, który uważają za siedzibę rozumu, co na serce, które jest podobno siedzibą uczuć.
Jaki niewytłómaczony mechanizm poddał nasze narządy uczuciom i myśli? w jaki sposób jedna bolesna myśl może zakłócić bieg krwi? w jaki sposób nawzajem krew może, przez swoje zaburzenia, oddziałać na sferę pojęć? co to za fluid nieznany, ale niewątpliwie istniejący, bardziej chybki i żywy niż światło, bieży, w jednem mgnieniu oka, we wszystkie kanały życia, stwarza wrażenia, pamięć, smutek lub radość, rozum lub szaleństwo, przywodzi na myśl ze zgrozą to o czem chciałoby się zapomnieć, i ze zwierzęcia obdarzonego myślą czyni albo przedmiot podziwu, albo przedmiot współczucia i łez?
Tak mówił dobry Gordon; a refleksya ta, tak naturalna mimo iż tak rzadko nastręczająca się naszym myślom, nie zmniejszała w niczem jego rozczulenia, nie należał bowiem do tej smutnej kategoryi filozofów, którzy silą się na bezczułość. Wzruszony był losem młodej dziewczyny, jak ojciec który patrzy na powolną śmierć ukochanego dziecka. X. de Saint-Yves był w rozpaczy; przeor i jego siostra wylewali strumienie łez. Ale kto mógłby odmalować stan Prostaczka? żaden język nie posiada wyrażeń, któreby mogły oddać ten bezmiar rozpaczy; słowa są zbyt niedoskonałe.
Ciotka, sama wpół-żywa, trzymała głowę umierającej w wątłych ramionach; brat jej klęczał przy łóżku; kochanek tulił drogą rękę zwilżając ją łzami i wydając głośne łkania; nazywał ją swoim aniołem, swoją nadzieją, życiem, połową samego siebie, kochanką, żoną. Na to słowo żona, umierająca westchnęła, spojrzała nań z nieopisaną czułością i nagle wydała krzyk zgrozy; następnie, w jednej z owych chwil wytchnienia w których dusza odzyskuje swą jasność i siłę, krzyknęła: „Ja, twoją żoną! ach, drogi kochanku, to imię, to szczęście, ta nagroda, to już nie dla mnie; umieram i zasłużyłam na to. O bóstwo mego serca! o ty, którego poświęciłam piekielnym demonom, stało się, jestem ukarana, żyj szczęśliwy“. Nikt nie zrozumiał tych słów, nabrzmiałych uczuciem i grozą, ale wypełniły one serca przestrachem i roztkliwieniem. Nieszczęsna dziewczyna zdobyła się na odwagę wyjaśnienia ich. Każde słowo przyprawiło obecnych o dreszcz zdumienia, bólu i współczucia. Wszyscy jednomyślnie uczuli nienawiść dla możnego człowieka, który zgodził się naprawić straszną niesprawiedliwość jedynie za cenę zbrodni, i zniewolił w niej do wspólnictwa najbardziej godną czci niewinność.
„Jakto! ty winną? wykrzyknął kochanek; nie, nigdy: zbrodnia może się spełnić jedynie w sercu, twoje zaś należało do cnoty i do mnie“.
Tkliwość jego słów zdawała się wracać piękną Saint-Yves do życia. Czuła iż w serce jej wstępuje pociecha; dziwiła się że Prostaczek kocha ją jeszcze. Stary Gordon byłby ją potępił wówczas gdy był jedynie jansenistą; ale obecnie, stawszy się mędrcem, poważał ją i płakał.
Wśród tylu łez i obaw, gdy wszystkie serca przejęte były niebezpieczeństwem tej tak drogiej wszystkim panienki, i gdy wszyscy poddawali się wzruszeniu, oznajmiono gońca ze dworu. Goniec! od kogo? z czem? Otóż przybywał on od Jego Wielebności spowiednika królewskiego do X. przeora z Góry. Pisał nie sam O. de la Chaise, ale brat Vadbled, jego pokojowiec, człowiek podówczas bardzo wpływowy, który przekazywał arcybiskupom wolę Jego Wielebności, udzielał audyencyi, przyrzekał beneficya, starał się niekiedy o dekrety uwięzienia. Donosił przeorowi z Góry, że Jego Wielebność wie o jego bratanku; że uwięzienie jego było tylko omyłką; że tego rodzaju drobne przykrości zdarzają się często; że nie trzeba przywiązywać do tego wagi; że wreszcie zezwala aby przeor przedstawił mu bratanka nazajutrz, aby również przyprowadził z sobą starego Gordona; brat Vadbled wprowadzi ich do Jego Wielebności i do imć pana de Louvois, który przyjmie ich na chwilę w przedpokoju“.
Dodawał, iż opowiedziano królowi dzieje Prostaczka i jego utarczkę z Anglikami, że z pewnością król raczy go zauważyć przechodząc przez galeryę, a może nawet skinie mu głową. List kończył się wyrażeniem pochlebnej nadziei, iż wszystkie damy na dworze zechcą przyjąć rano Prostaczka w swojej gotowalni, że ta i owa powie mu: „Dzień dobry, panie Prostaczku“; i że z pewnością będzie mowa o nim na wieczerzy u króla. List podpisany był: „Wasz oddany brat Vadbled, jezuita“.
Skoro przeor odczytał głośno list, bratanek jego, wściekły ale panujący przez chwilę nad swym gniewem, nic nie rzekł do posłańca; zwróciwszy się jeno ku swemu towarzyszowi niedoli, spytał jak mu się zda to pisanie. Gordon odpowiedział: „To się nazywa traktować ludzi jak małpy! bije się ich i każe się im tańczyć“. Prostaczek, u którego, w gwałtownych wzruszeniach, pierwotny charakter brał górę, podarł list na kawałki i rzucił je w nos posłańcowi: „Oto moja odpowiedź“. Wuj, przerażony, miał uczucie że spada nań piorun i dwadzieścia tajnych dekretów. Coprędzej skreślił lisi, aby usprawiedliwić, wedle możności, to, co brał za wyskok młodzieńczego uniesienia, a co było wybuchem wielkiej duszy.
Ale bardziej bolesne obowiązki zaprzątnęły wszystkich. Piękna i szlachetna Saint-Yves czuła już nadchodzący koniec; była spokojna, ale tym okropnym spokojem osoby która nie ma już sił do walki. „O, mój drogi kochanku, rzekła gasnącym głosem; śmierć karze mnie za mą słabość; ale ginę z tą pociechą iż widziałam cię wolnym. Ubóstwiałam cię wówczas kiedy cię zdradziłam, i ubóstwiam w chwili gdy żegnam cię na wieki“.
Nie stroiła się w czczą nieugiętość; nie pojmowała tej nędznej próżności, mającej na celu to aby parę kumoszek rzekło: „Umarła mężnie“. Któż zdoła, w dwudziestym roku, stracić kochanka, życie, i to co zowią honorem, bez żalu i rozdarcia? Czuła całą grozę swego stanu, i dawała wyraz temu poczuciu w owych gasnących słowach i spojrzeniach, które przemawiają z taką mocą. Wreszcie płakała jak inni, w chwilach gdy miała siłę płakać.
Niechaj inni silą się wychwalać pompatyczny zgon tych, którzy poddają się bezwładnie dziełu zniszczenia: to właściwość wszystkich zwierząt. Umieramy jak one, obojętnie, jedynie wówczas gdy wiek lub choroba zrówna nas z niemi, stępiając nasze organy. Ktobądź ponosi wielką stratę, odczuwa wielką żałość; jeśli ją dławi, to znaczy iż próżność towarzyszy mu aż do samego progu śmierci.
Skoro nieszczęsna chwila nadeszła, wszyscy obecni dali folgę łzom i krzykom. Prostaczek stracił zmysły. Silne dusze, kiedy owładnie niemi tkliwość, doznają o wiele gwałtowniejszych uczuć niż inni. Dobry Gordon znał go na tyle, iż obawiał się, aby, odzyskawszy zmysły, nie targnął się na swoje życie. Usunięto wszelką broń; nieszczęśliwy młodzian spostrzegł to; rzekł do obecnych, bez łez, bez jęku, bez wzruszenia: „Czy myślisz, że jest kto na ziemi, kto miałby prawo i moc przeszkodzenia mi?“ Gordon nie silił się go częstować owymi mdłymi komunałami, mającymi jakoby dowieść, iż człowiek nie ma prawa użyć swej wolności dla położenia kresu istnienia kiedy się ono staje zbyt wielką męczarnią; że nie powinno się opuszczać domu wówczas gdy już niesposób w nim mieszkać; że człowiek jest na ziemi jak żołnierz na posterunku: jakgdyby zależało coś na tem najwyższej Istocie, czy skupienie kilku cząsteczek materyi znajdzie się w tem miejscu czy w innem. Bezsilne argumenty, którym niezłomna i świadoma siebie rozpacz nie raczy dawać ucha i na które Katon odpowiedział jeno ciosem sztyletu.
Głuche i straszliwe milczenie Prostaczka, jego posępny wzrok, trzęsące wargi, drżenie całego ciała napełniały dusze obecnych owem pomięszaniem współczucia i grozy, które poraża wszystkie władze duszy, kładzie tamę wszystkim rozprawom i wyraża się jedynie bezładnemi słowy. Nadbiegła gospodyni domu wraz z rodziną; wszyscy drżeli patrząc na jego rozpacz; roztoczono nad nim ścisły dozór, śledzono wszystkie ruchy. Już lodowate ciało pięknej Saint-Yves przeniesiono do sieni, zdala od oczu kochanka, a on zdawał się go szukać jeszcze, mimo że nie był zdolny nic widzieć.
Podczas tych śmiertelnych ceremonij, w chwili gdy ciało wystawiono u bram domu, gdy dwaj księża klepią przy niem z roztargnieniem modlitwy, przechodnie zaś, jedni bezmyślnie rzucają na trumnę kilka kropel święconej wody, inni zaś obojętnie mijają ją spiesząc swoją drogą; gdy krewni płaczą, a kochanek bliski jest samobójstwa, Saint-Pouange przybywa wraz z przyjaciółką z Wersalu.
Jego przelotna zachcianka, zaspokojona tylko raz jeden, przerodziła się w miłość. Wzgarda, z jaką spotkała się jego hojność, podrażniła go. Ojcu de La Chaise nigdy nie przyszłoby na myśl przybyć do tego domu; ale Saint-Pouange, mając wciąż przed oczyma obraz pięknej Saint-Yves, płonąc chęcią ugaszenia żądzy, która, ledwie raz nasycona, zostawiła w jego sercu żądło pragnień, nie zawahał się sam szukać tej, której może nie chciałby przyjąć ani trzy razy gdyby przyszła sama.
Wysiada z karocy; pierwszym przedmiotem który mu się nastręcza jest trumna; odwraca oczy z naturalną odrazą człowieka tonącego w rozkoszach, przeświadczonego iż powinno mu się oszczędzać wszelkiego widowiska przywodzącego na pamięć ludzką niedolę. Chce wsiadać z powrotem. Dama z Wersalu pyta przez ciekawość, kogo grzebią; słyszy nazwisko panny de Saint-Yves. Blednie, wydaje straszliwy krzyk; Saint-Pouange obraca się: zdumienie i ból napełniają jego duszę. Dobry Gordon stał opodal, z oczyma pełnemi łez. Przerywa swoje smutne modły, aby opowiedzieć dworakowi straszną katastrofę. Przemawia z siłą, jaką daje ból i cnota. Saint-Pouange nie był złym człowiekiem; wir spraw i uciech oszołomił jego duszę, która żyła jakby w letargu. Nie doszedł jeszcze wieku, w którym serce ministrów staje się z kamienia; słuchał Gordona ze spuszczonemi oczyma i ocierał raz po raz łzy, które w nim samym budziły zdziwienie: łzy żalu i wyrzutów.
„Pragnę koniecznie widzieć, rzekł, niezwykłego człowieka o którym mi wspomniałeś; wzrusza mnie on prawie tyle, co niewinna ofiara której śmierci stałem się przyczyną“. Gordon zawiódł go do komnaty, gdzie przeor, panna de Kerkabon, X. de Saint-Yves i paru sąsiadów cuciło omdlałego młodzieńca.
„Jam winien twego nieszczęścia, rzekł wice-minister; obrócę życie aby je naprawić. Pierwszą myślą, która przeszła przez głowę Prostaczka, było zabić go a później siebie. Myśl bardzo godziwa: ale był bez broni i pod ścisłym nadzorem. Saint-Pouange nie dał się zrazić odmową, której towarzyszyły zasłużone wyrazy wzgardy, wyrzutów i wstrętu. Czas łagodzi wszystko. Imć Louvois zdołał w końcu zrobić z Prostaczka znakomitego oficera; zasłynął pod innem mianem w Paryżu i w armii; a był równocześnie nieustraszonym żołnierzem i filozofem.
Nigdy nie zdołał wspomnieć przygody tej bez jęku; mimo to znajdował pociechę w tem aby o niej mówić. Czcił pamięć tkliwej Saint-Yves aż do ostatniego tchnienia. X. de Saint-Yves i przeor otrzymali każdy po dobrem beneficyum; poczciwa Kerkabońcia bardziej rada była oglądać bratanka w splendorach wojskowych niż w poddjakonacie. Dewotka z Wersalu zachowała dyamentowe kolczyki i jeszcze otrzymała jakiś piękny podarek. Ojciec Dowszystkiego otrzymał parę skrzyń z czekoladą, kawą, kandyzowanym cukrem, cytrynami, wraz z Medytacyami wielebnego O. Croiset i Kwiatem świętości oprawnemi w safian. Zacny Gordon żył z Prostaczkiem do starości w najserdeczniejszej przyjaźni; otrzymał również beneficyum i zapomniał na zawsze o łasce skutecznej i zbieżnem współdziałaniu. Przyjął za godło: Nieszczęście zda się na coś. Iluż poczciwych ludzi mogłoby powiedzieć: Nieszczęście nie zda się na nic!





CZŁOWIEK
O CZTERDZIESTU TALARACH.[73]
(1768.)

Starzec pewien, który zawsze biada na teraźniejszość a wychwala przeszłość, powiadał mi: „Mój przyjacielu, Francya nie jest tak bogata, jak była za Henryka IV. — Czemuż to? — Bo ziemia gorzej jest uprawna; brak jest ludzi; robocizna zdrożała, wielu tedy rolników zostawią ziemię odłogiem.

— A skąd pochodzi ten brak robotników?
— Stąd, iż, ktokolwiek ma głowę na karku, chwycił się rzemiosła tkacza, szlifierza, zegarmistrza, adwokata lub księdza; stąd, że odwołanie edyktu Nantejskiego wyludniło kraj; że wzrosła liczba zakonnic i żebraków; że wreszcie każdy, o ile tylko może, umyka się uciążliwej pracy na roli, do której Bóg nas stworzył, a której myśmy, w swoim wielkim rozumie, dali piętno hańby!
Druga przyczyna naszego ubóstwa leży w naszych nowych potrzebach. Musimy płacić sąsiadom cztery miliony za jeden produkt, a pięć do sześciu za drugi, aby pchać do nosa cuchnący proszek pochodzący z Ameryki. Kawa, herbata, koszenila, indygo, kosztują nas przeszło sześćdziesiąt milionów rocznie. Wszystko to było nieznanem za Henryka IV, z wyjątkiem korzeni, a i tych zużywało się o wiele mniej. Spalamy sto razy więcej świec, a sprowadzamy więcej niż połowę miodu z zagranicy, ponieważ zaniedbujemy pasieki. W uszach, na szyi, na rękach mieszkanek Paryża i innych wielkich miast, lśni się sto razy więcej dyamentów, niż ich miały wszystkie damy dworu Henryka IV, licząc w to królowę. Prawie wszystkie te błyskotki trzeba było zapłacić w gotowiźnie.
Zważ, że nasze wojny domowe ściągnęły do Francyi skarby Meksyku, kiedy don Felipe el discreto[74] chciał kupić Francyę, a że, od tego czasu, wojny zagraniczne wyssały z nas połowę gotowizny.
Oto, po części, przyczyny naszego ubóstwa. Kryjemy je pod złoconym szychem, dzięki zręczności modniarek; jesteśmy biedni ze smakiem. Są finansiści, przedsiębiorcy, kupcy, bardzo bogaci; ich dzieci, ich zięciowie są bardzo bogaci: naród naogół nie“.
Wywody tego starca, słuszne czy nie, zrobiły na mnie wielkie wrażenie; nasz proboszcz bowiem, zawsze bardzo łaskaw na mnie, nauczył mnie nieco geometryi i historyi, wskutek czego zacząłem się zastanawiać: rzecz bardzo rzadka w naszej okolicy. Nie wiem, czy miał we wszystkiem słuszność; ale, będąc sam bardzo biedny, uwierzyłem chętnie że mam wielu towarzyszów niedoli[75].

I. Niedola człowieka o czterdziestu talarach.

Rad jestem udzielić światu wiadomości, że mam kawałek ziemi, który przynosiłby mi na czysto czterdzieści talarów rocznie, gdyby nie podatek, którym jest obłożony.
Ukazały się liczne edykty[76] paru ludzi, którzy, mając wolny czas, rządzą Francją siedząc przy kominku. Punktem wyjścia tych edyktów było to, iż władza prawodawcza i wykonawcza jest, z prawa bożego, urodzoną współwłaścicielką mojej ziemi, i jej winien jestem conajmniej połowę tego co zjadam. Ogrom żołądka władzy prawodawczej i wykonawczej sprawił, że się przeżegnałem ze zgrozy. Coby było, gdyby ta władza, która przewodniczy zasadniczemu porządkowi społeczeństw, miała całą moją ziemię! Jedno jest jeszcze bardziej boskie niż drugie.
P. generalny kontroler wie, że płaciłem wszystkiego jedynie dwanaście franków; że to było dla mnie brzemię bardzo uciążliwe, i że byłbym się ugiął pod niem, gdyby Bóg mi nie dał talentu do robienia koszyków, które pomagały mi znosić mą nędzę. W jaki sposób zdołam nagle dać królowi dwadzieścia talarów?
Nowi ministrowie powiadali jeszcze, we wstępie do edyktu, że należy okładać podatkiem tylko ziemię, ponieważ wszystko pochodzi z ziemi, nawet deszcz, i że, tem samem, jedynie płody ziemi winne są podatek.
W czasie ostatniej wojny nasłali na mnie komornika; zażądał, jako mego udziału, trzech miar zboża i worka bobu, łącznej wartości dwudziestu talarów, dla potrzymania wojny, która się toczyła, a której pobudek nigdy się nie dowiedziałem, słyszałem bowiem, że, w tej wojnie, ojczyzna moja nie ma nic do zyskania a wiele do stracenia. Ponieważ nie miałem wówczas ani zboża, ani bobu, ani pieniędzy, władza prawodawcza i wykonawcza kazała mnie zawlec do więzienia i prowadziła wojnę jak umiała.
Wyszedłszy z więzienia — ot, skóra i kości — spotkałem pulchnego i rumianego jegomościa w poszóstnej karecie; miał sześciu lokai i płacił każdemu z nich, jako zasługi, podwójną cyfrę mego dochodu. Marszałek dworu, równie kwitnący jak on, miał dwa tysiące franków płacy, a kradł go rocznie na dwadzieścia tysięcy. Kochanka kosztowała go czterdzieści tysięcy talarów w pół roku. Znałem go niegdyś, kiedy był biedniejszy odemnie; aby mnie pocieszyć, przyznał mi się, że posiada czterysta tysięcy funtów renty. „Płacisz tedy dwieście tysięcy państwu, rzekłem, dla podtrzymania korzystnej wojny którą toczymy: skoro ja, który mam ledwie sto dwadzieścia funtów, muszę z nich oddać połowę?
— Ja! rzekł, miałbym przyczyniać się do potrzeb państwa? Żartujesz, mój drogi. Odziedziczyłem majątek po wuju, który zarobił ośm milionów w Kadyksie i w Suracie; nie mam ani cala kwadratowego ziemi; cały mój majątek jest w kontraktach, w obligach. Nie jestem nic winien Państwu; ty, który jesteś właścicielem ziemskim, słusznie masz oddawać połowę swoich środków istnienia. Czy nie widzisz, że, gdyby minister zażądał odemnie jakiejś pomocy dla ojczyzny, byłby głupcem nie umiejącym rachować? wszystko bowiem pochodzi z ziemi; pieniądze i banknoty to są jedynie środki wymiany: zamiast kłaść w faraonie na kartę sto miar zboża, sto wołów, tysiąc baranów i dwieście worków owsa, rzucam rulon złota, przedstawiający wartość tych wstrętnych produktów. Gdyby, obłożywszy jedynym podatkiem te płody, zażądano jeszcze odemnie pieniędzy, czy nie widzisz, że toby były dwa grzyby w barszczu? że to znaczyłoby żądać dwa razy tej samej rzeczy? Mój wuj sprzedał, w Kadyksie, za dwa miliony twego zboża i za dwa miliony materyi sporządzonych z twojej wełny; zarobił więcej niż sto za sto na obu rzeczach. Pojmujesz dobrze, że ten zysk wyciągnął z ziemi już opodatkowanej: to co wuj kupił od ciebie za pół franka, to samo odprzedawał przeszło za pięćdziesiąt franków w Meksyku, i, po pokryciu wszystkich kosztów, wrócił z ośmiu milionami.
„Czujesz dobrze, że byłoby okropną niesprawiedliwością żądać od niego paru oboli od owych dziesięciu su które ci dał. Gdyby dwudziestu siostrzeńców takich jak ja, których wujowie zarobili, za dobrych czasów, po ośm milionów w Meksyku, Buenos-Aires, w Limie, w Suracie lub w Pondichéry, pożyczyło Państwu każdy jedynie po dwieście tysięcy franków w naglącej potrzebie ojczyzny, toby dało cztery miliony. Cóż za okropność!… Płać, mój przyjacielu, ty który cieszysz się w spokoju jasnym i czystym dochodem czterdziestu talarów; służ dobrze ojczyźnie, i zajdź, od czasu do czasu, zjeść obiad z moją służbą“.
To rozsądne przemówienie dało mi wiele do myślenia, i nie pocieszyło mnie zgoła.


II. Rozmowa z geometrą.

Zdarza się niekiedy, że człowiek nic nie może odpowiedzieć a nie jest przekonany; czuje się zmiażdżony ale nie zachwiany; czuje w głębi duszy jakąś wątpliwość, jakąś odrazę, która broni uwierzyć w to co wam udowodniono. Geometra wykaże ci, że pomiędzy kołem a styczną możesz przeprowadzić nieskończoną ilość linii krzywych ale nie możesz poprowadzić linii prostej. Oczy twoje, rozum mówią ci rzecz przeciwną. Milczysz i odchodzisz zdumiony bez jasnego sądu, nic nie rozumiejąc i nic nie odpowiedziawszy.
Radzisz się nawskróś wiarygodnego geometry, który tłómaczy ci tajemnicę. „Przypuszczamy, rzecze, to, co nie może istnieć w naturze: linie, które mają długość bez szerokości; niemożebnem jest, mówiąc fizycznie, aby rzeczywista linia przeniknęła drugą. Żadna krzywa, ani żadna rzeczywista prosta linia nie mogą przejść między dwiema rzeczywistemi liniami które się stykają: to są jedynie igraszki myśli, idealne urojenia; prawdziwa zaś geometrya jestto sztuka mierzenia rzeczy istniejących“.
Bardzo mnie ucieszyło zdanie roztropnego matematyka, i uśmiałem się, w swojem nieszczęściu, dowiadując się że istnieje szarlatanerya nawet w nauce którą nazywa się wysoką nauką.
Geometra ów był to obywatel i filozof[77]; zachodził niekiedy na pogawędkę do mej chatki. Zagadnąłem go raz: „Starałeś się pan oświecić paryskich wartogłowów w przedmiocie najważniejszej sprawy ludzkiej: trwania ludzkiego życia. Dzięki panu jednemu, ministeryum wie ile ma komu wypłacać dożywotniej renty, zależnie od wieku. Ofiarowałeś się pan dostarczyć damom w mieście wody której im brak, i zbawić nas wreszcie od tej hańby i śmieszności, iż wciąż słyszymy krzyki: Woda! i widzimy kobiety, zgięte pod podłużnym kabłąkiem, niosące dwa wiadra wody, wagi trzydziestu funtów, na czwarte piętro, do wychodka. Bądź pan tak łaskaw powiedzieć mi, ile jest zwierząt dwurękich i dwunogich we Francyi.
Geometra. Twierdzę, że jest około dwudziestu milionów, i gotów jestem uznać rachunek ten za bardzo prawdopodobny, czekając aż go sprawdzę, co byłoby bardzo łatwe i czego jeszcze nie uczyniono ponieważ niepodobna myśleć o wszystkiem.
Człowiek o czterdziestu talarach. Ile pan sądzi, że powierzchnia Francyi liczy morgów?
Geometra. Sto trzydzieści milionów, z czego prawie połowa przypada na drogi, miasta, wsie, stepy, haszcze, bagna, piaski, jałowizny, bezpożyteczne klasztory, ogrody i parki bardziej przyjemne niż użyteczne, ugory, liche grunty źle uprawne. Ziemie wydajne możnaby sprowadzić do siedmdziesięciu pięciu milionów morgów, ale liczmy ośmdziesiąt: czego człowiek nie robi dla ojczyzny!
Człowiek o czterdziestu talarach. Ile sądzi pan, że przynosi mórg, jedno w drugie, biorąc przeciętny rok, w zbożu, wszelakiem ziarnie, winie, stawach, drzewie, kruszcach, bydle, owocach, wełnie, jedwabiu, mleku, oliwie, po odliczeniu wszelkich kosztów, nie licząc podatku?
Geometra. Hm, jeżeli dają każdy po dwadzieścia pięć funtów, to dużo; ale powiedzmy trzydzieści, aby nie zniechęcać rodaków. Są morgi, które dają wielokrotne płody dochodzące wartości trzystu funtów; są takie, które dają trzy funty. Średnia proporcyonalna między 300 a 3 jest 30; wiemy bowiem że 3 do 30 ma się tak jak 30 do 300. Prawda, iż, gdyby było dużo morgów po 3 funty a bardzo mało po trzysta, nie wyszlibyśmy przy tym rachunku na swoje; ale, jeszcze raz mówię, nie chcę być drobiazgowym.
Człowiek o czterdziestu talarach. Zatem, proszę pana, ile dochodu w gotówce dadzą te ośmdziesiąt milionów morgów?
Geometra. Rachunek bardzo prosty: dadzą rocznie dwa miliardy czterysta milionów funtów w brzęczącej monecie, wedle kursu dnia.
Człowiek o czterdziestu talarach. Czytałem, że Salomon posiadał, sam jeden, dwadzieścia pięć miliardów gotówką; a z pewnością niema dwóch miliardów czterystu milionów gotówki we Francyi, o której powiadają że jest o wiele większa i bogatsza niż kraj Salomona.
Geometra. Oto właśnie tajemnica: jest może obecnie około dziewięciuset milionów gotówki krążącej we Francyi; i te pieniądze, przechodząc z ręki do ręki, wystarczą aby opłacić wszystkie produkty i wszystką pracę; ten sam talar może przejść tysiąc razy z kieszeni rolnika do kieszeni karczmarza i poborcy.
Człowiek o czterdziestu talarach. Rozumiem. Ale pan mówił, że jest nas dwadzieścia milionów ludzi, mężczyzn i kobiet, starców i dzieci; ile, proszę, wypada na każdego?
Geometra. Sto dwadzieścia funtów, czyli czterdzieści talarów.
Człowiek o czterdziestu talarach. Zgadł pan zupełnie ściśle mój dochód: mam cztery morgi, które, licząc przeciętną wydajność roczną, dają mi sto dwadzieścia funtów: to niewiele.
Jakto! Więc gdyby wszystko było podzielone po równości, jak w złotym wieku, każdy miałby tylko pięć ludwików rocznie?
Geometra. Nie więcej, wedle naszego rachunku, który jest nieco pochlebiony. Taki jest los człowieka. Życie i mienie są bardzo ograniczone; żyje się w Paryżu przeciętnie 22 do 23 lat; i, jedno w drugie, ma się conajwyżej stodwadzieścia funtów rocznie do wydania; to znaczy, że pańskie pożywienie, odzież, mieszkanie, sprzęty, przedstawiają kwotę stu dwudziestu talarów.
Człowiek o czterdziestu talarach. Ha! co ja panu uczyniłem abyś mi tak odbierał mienie i życie? Prawdaż to, że mam tylko dwadzieścia trzy lat życia, o ile nie odkradnę moim bliźnim ich cząstki?
Geometra. To jest niezbity pewnik, co się tyczy zacnego miasta Paryża: ale, z tych dwudziestu trzech lat, trzeba odjąć conajmniej dziesięć lat pańskiego dziecięctwa, dziecięctwo bowiem nie jest używaniem życia, jest przygotowaniem, jest przedsionkiem gmachu, jest drzewem które nie dało jeszcze owoców, jest brzaskiem dnia. Odetnij, z trzynastu lat które zostały, czas snu i nudy, to znaczy conajmniej połowę, zostanie sześć i pół lat, wypełnionych zgryzotą, boleścią, paroma przyjemnemi chwilami i nadzieją.
Człowiek o czterdziestu talarach. Miłosierdzia! pański rachunek nie liczy ani trzech lat znośnego istnienia.
Geometra. To nie moja wina. Natura bardzo mało troszczy się o jednostki. Są owady, które żyją tylko dzień, ale których gatunek trwa wiecznie. Natura jest jak ci wielcy monarchowie, którzy za nic mają stratę czterystu tysięcy ludzi, byle osiągnęli cel swoich dostojnych zamiarów.
Człowiek o czterdziestu talarach. Czterdzieści talarów i trzy lata życia! jakiż środek wymyśliłbyś przeciw tym dwom przekleństwom?
Geometra. Co się tyczy życia, trzebaby w Paryżu oczyścić powietrze, trzebaby aby ludzie mniej jedli, więcej zażywali ruchu, aby matki karmiły same, aby ludzkość nie była tak ciemna by się lękać szczepienia ospy; to powiedziałem; co zaś do mienia, trzeba poprostu się żenić i mieć dzieci.
Człowiek o czterdziestu talarach. Jakto! droga do dostatniego życia, to zespolić swoją nędzę z nędzą czyjąś?
Geometra. Pięć albo sześć nędz razem stanowią spółkę bardzo znośną. Miej dzielną żonę, bodaj dwóch synów i dwie córki, to czyni siedemset dwadzieścia funtów na wasze małe gospodarstwo, w przypuszczeniu że sprawiedliwość będzie dopełniona i że każda jednostka będzie miała sto dwadzieścia funtów rocznie.
Dzieci, póki są małe, nie kosztują cię prawie nic; skoro urosną, pomagają ci; ich współudział oszczędza ci prawie wszystkich wydatków; będziesz tedy żył bardzo szczęśliwie jak filozof, byleby owi panowie władający państwem nie byli natyle okrutni aby z każdego z was wyciskać po dwadzieścia talarów rocznie. Ale nieszczęście w tem, że nie żyjemy już w złotym wieku, kiedyto ludzie, wszyscy z urodzenia równi, mieli równą część w bujnych płodach nieuprawnej ziemi. Daleko jest dziś do tego, aby każda dwunoga i dwuręka istota posiadała kapitał dający sto dwadzieścia funtów dochodu.
Człowiek o czterdziestu talarach. Och! rujnujesz nas pan. Powiadałeś przed chwilą, że, w kraju gdzie jest ośmdziesiąt milionów morgów dosyć dobrej ziemi i dwadzieścia milionów mieszkańców, każdy powinien mieć sto dwadzieścia funtów renty, a teraz nam je odbierasz.
Geometra. Liczyłem wedle regestrów wieku złotego, a trzeba liczyć wedle regestrów wieku żelaznego. Wielu mieszkańców posiada jedynie wartość dziesięciu talarów renty, wielu innych jedynie cztery lub pięć talarów, a przeszło sześć milionów ludzi nie posiada bezwarunkowo nic.
Człowiek o czterdziestu talarach. Ależ umarliby z głodu do trzech dni.
Geometra. Bynajmniej: inni, którzy mają ich cząstki, zatrudniają ich i dzielą się z nimi; oto co stanowi płacę księdza, cukiernika, aptekarza, kaznodziei, aktora, prokuratora i dorożkarza. Uważałeś się za godnego pożałowania, że masz do wydania jedynie sto dwadzieścia funtów na rok, uszczuplonych do stu ośmiu funtów podatkiem dwunastu franków; ale spojrz na żołnierzy którzy oddają krew ojczyźnie; mają, licząc po cztery su dziennie, jedynie siedmdziesiąt trzy funty, a żyją wesoło, gnieżdżąc się wspólnie po kwaterach.
Człowiek o czterdziestu talarach. Zatem ex-jezuita[78] otrzymuje przeszło pięciokrotną płacę żołnierza. A przecież żołnierze oddali więcej usług państwu walcząc pod oczyma króla pod Fontenoy, pod Laufelt, przy oblężeniu Fryburga, niż ich kiedykolwiek oddał Wielebny O. La Vilette[79].
Geometra. Święta prawda; a nawet każdy jezuita, zyskawszy wolność, ma więcej dochodu niż wynosił koszt jego utrzymania w klasztorze; są nawet tacy, którzy zarobili sporo, pisząc broszury przeciw parlamentom, jak W. O. Patouillet i W. O. Nonotte[80]. Każdy uprawia swój przemysł na tym świecie: jeden stojąc na czele fabryki sukna, drugi porcelany; ten pisze operę, ów wydaje gazetę duchowną; inny płodzi tragedye mieszczańskie lub romanse w angielskim stylu; utrzymuje papiernika, fabrykanta atramentu, księgarza, domokrążcę, którzy inaczej byliby zmuszeni żebrać. Słowem, jedynie zwrot stu dwudziestu funtów tym którzy nie mają nic, jest zasadą pomyślności kraju.
Człowiek o czterdziestu talarach. Osobliwy rodzaj pomyślności
Geometra. Niema innego: wszędzie bogaty daje żyć ubogiemu. Oto jedyne źródło przemysłu i handlu. Im naród jest bardziej przemysłowy, tem więcej zarabia na zagranicy. Gdybyśmy zyskali na zagranicy dziesięć milionów rocznie nadwyżki handlowej, byłoby za dwadzieścia lat dwieście milionów więcej w kraju; czyli dziesięć franków do uczciwego podziału na głowę; czyli że kupcy daliby zarobić każdemu biedakowi dziesięć franków więcej, w nadziei osiągnięcia jeszcze większych zysków; ale handel ma swoje granice, jak wydajność ziemi; inaczej postęp szedłby w nieskończoność. A przytem nie jest pewne, że szala handlu będzie zawsze na naszą korzyść; bywają okresy kiedy tracimy.
Człowiek o czterdziestu talarach. Słyszałem, że wiele mówi się o zaludnieniu. Gdybyśmy spróbowali płodzić dwa razy więcej dzieci niż płodzimy; gdyby nasz kraj był dwa razy ludniejszy; gdybyśmy mieli czterdzieści milionów mieszkańców w miejsce dwudziestu, coby wynikło?
Geometra. Wynikłoby to, że każdy miałby dochodu tylko dwadzieścia talarów (licząc przeciętnie), i że trzebaby aby ziemia dawała podwójną ilość tego co daje, lub też że byłaby podwójna ilość biedaków; lub też trzebaby mieć dwa razy tyle przemysłu i zarabiać podwójnie na zagranicy, lub wysłać połowę narodu do Ameryki, albo też aby jedna połowa zjadła drugą.
Człowiek o czterdziestu talarach. Zadowólmy się tedy naszemi dwudziestoma milionami ludzi i naszemi stu dwudziestu funtami na głowę, rozdzielonymi jak Bóg łaskaw; ale to położenie jest bardzo smutne a pański wiek żelazny bardzo twardy.
Geometra. Żaden naród nie miewa się lepiej, a wiele ich miewa się gorzej. Czy myślisz, że kraje północne mają natyle, aby każdemu mieszkańcowi dać wartość stu dwudziestu funtów rocznie? Gdyby Hunowie, Goci, Wandale i Frankowie mieli tyle, nie byliby opuścili ojczyzny aby szukać siedziby gdzieindziej, z ogniem i żelazem w ręku.
Człowiek o czterdziestu talarach. Gdybym pana cierpliwie słuchał, dowiódłby mi pan niebawem, że jestem szczęśliwy z moimi studwudziestu frankami.
Geometra. Gdybyś myślał że jesteś szczęśliwy, byłbyś nim.
Człowiek o czterdziestu talarach. Nie można sobie wyobrazić, że się jest tem czem się nie jest, o ile się nie ma bzika.
Geometra. Powiedziałem ci już, jeżeli chcesz mieć więcej dostatku i szczęścia niż obecnie, winieneś się ożenić; ale dodam, że żona powinna mieć, jak ty, stodwadzieścia funtów renty, to znaczy cztery morgi po dziesięć talarów z morga. Dawni Rzymianie mieli jedynie po trzy. Jeżeli dzieci wasze będą obrotne, zarobią tyleż każde, pracując dla drugich.
Człowiek o czterdziestu talarach. Zatem nie będą mogły zdobyć pieniędzy, o ile ich kto nie straci.
Geometra. To prawo wszystkich narodów i warunek wszelkiego życia.
Człowiek o czterdziestu talarach. I trzeba będzie abyśmy oboje z żoną oddawali po połowie swego zbioru władzy prawodawczej i wykonawczej, i aby nowi ministrowie zabierali nam połowę ceny naszego potu oraz mienia naszych biednych dzieci, zanim będą mogły zarobić na życie! Powiedz mi pan, proszę, ile ci nowi ministrowie wprowadzają, mocą prawa bożego, pieniędzy do szkatuły królewskiej.
Geometra. Pan płacisz dwadzieścia talarów za cztery morgi, które, przynoszą ci czterdzieści talarów. Bogacz, który posiada 400 morgów, zapłaci, wedle tej nowej ustawy, dwa tysiące talarów, a ośmdziesiąt milionów morgów da królowi tysiąc dwieście milionów funtów rocznie, czyli czterysta milionów talarów.
Człowiek o czterdziestu talarach. To mi się wydaje niewykonalne i niemożebne.
Geometra. Ma pan zupełną słuszność, a niemożebność ta jest matematycznym dowodem, że istnieje jakiś zasadniczy błąd w rozumowaniu naszych nowych ministrów.
Człowiek o czterdziestu talarach. Czy to nie jest też zdumiewająca i jawna niesprawiedliwość aby mi zabierać połowę mego zboża, mego lnu, wełny moich owiec, etc., a nie wymagać żadnej pomocy od tych, co zarobili dziesięć, albo dwadzieścia, albo trzydzieści tysięcy funtów renty na moim lnie, z którego utkali płótno, i na mojej wełnie, z której sporządzili sukno; na mojem zbożu, które sprzedali drożej niż je nabyli?
Geometra. Niesprawiedliwość tej gospodarki jest równie oczywista, jak rachuba jej błędna. Trzeba popierać przemysł; ale trzeba, aby przemysł, skoro się wzbogaci, wspomagał Państwo. Ten przemysł odjął ci z pewnością część twoich stu dwudziestu franków, sprzedając ci koszule i ubrania dwadzieścia razy drożej niżby cię kosztowały gdybyś je sam sporządził. Fabrykant, który zbogacił się twoim kosztem, opłacał, przyznaję to, robotników, którzy sami z siebie nie mieliby nic; ale zatrzymał dla siebie co rok sumę, która dała mu w końcu trzydzieści tysięcy rocznej renty; zdobył tedy ten majątek twoim kosztem; nigdy nie zdołasz sprzedać swoich produktów dość drogo aby odbić to, co on zarobił na tobie; gdybyś bowiem spróbował tej zwyżki, sprowadziłby tańszy produkt z zagranicy. Dowód że tak jest, to iż on wciąż jest posiadaczem trzydziestu tysięcy funtów renty, a ty trwasz przy swoich stu dwudziestu funtach, które zamiast rosnąć często maleją.
Potrzebnem i słusznem tedy jest, aby wydoskonalony przemysł fabrykanta płacił więcej niż gruby przemysł rolnika. Tak samo z poborcami. Podatek twój wynosił dotąd dwanaście franków, zanim nasi wielcy ministrowie ściągnęli z ciebie dwadzieścia talarów. Z tych dwunastu franków, celnik zatrzymywał dziesięć su dla siebie. Jeżeli twoja prowincya liczy pięćset tysięcy dusz, zarobił dwieście pięćdziesiąt tysięcy franków rocznie. Niechby wydał pięćdziesiąt, jasnem jest, że, po upływie dziesięciu lat, będzie miał dwa miliony majątku. Bardzo słusznem jest, aby płacił odpowiedni podatek, inaczej urągałoby to wszelkiej sprawiedliwości.
Człowiek o czterdziestu talarach. Dziękuję panu żeś opodatkował tego finansistę, to przynosi ulgę mojej wyobraźni; ale, skoro on tak skutecznie pomnożył swój zbytek, w jaki sposób ja mam się wziąć do rzeczy aby też powiększyć mój skromny mająteczek.
Geometra. Powiedziałem ci już: żeniąc się, pracując, starając się wydobyć z ziemi parę snopków więcej niż to co daje.
Człowiek o czterdziestu talarach. Przypuśćmy, że dobrze pracowałem, że cały naród czynił toż samo, że władza prawodawcza i wykonawcza wycisnęła, dzięki temu, większy podatek: ile zarobił naród z końcem roku?
Geometra. Nic a nic, chyba że uprawiał z korzyścią jaki handel zagraniczny; ale żył dostatniej; każdy miał, w odpowiednim stosunku, więcej ubrań, koszul, sprzętów niż poprzednio; krążenie pieniądza było w kraju obfitsze; zarobki wzrosły, z czasem, mniej więcej w stosunku do liczby snopków zboża, runa owiec, skór wołowych, jelenich i kozłowych które zużyto; winogron które wyciśnięto w tłoczni; wpłacono królowi więcej gotowego grosza, a król dał go więcej tym wszystkim których zatrudnił w swojej służbie; ale nie będzie ani talara więcej w królestwie.
Człowiek o czterdziestu talarach. Cóż tedy zostanie władzy z końcem roku?
Geometra. Nic, jeszcze raz nic: to los każdej władzy; ona nie gromadzi; miała życie, odzież, mieszkanie, sprzęt; wszyscy mieli to także, każdy wedle swego stanu. Jeżeli rząd ciułał, wyrwał z obiegu tyleż pieniędzy ile ich nagromadził; uczynił tylu nieszczęśliwych, ile razy po czterdzieści talarów schował do kufrów.
Człowiek o czterdziestu talarach. Zatem wielki król Henryk IV był prostym drabem, kutwą, łupieżcą? Opowiadano mi bowiem, że zgromadził w Bastylii więcej niż pięćdziesiąt milionów dzisiejszej monety.
Geometra. Był to człowiek równie dobry, jak roztropny i waleczny. Gotował się do sprawiedliwej wojny; gromadząc tedy w kufrach dwadzieścia dwa miliony ówczesnej monety, mając jeszcze pobrać dwadzieścia dalszych milionów które zostawił w obiegu, oszczędził swemu ludowi więcej niż sto milionów, które byłoby go kosztowało zaniechanie tych użytecznych środków. Stawał się moralnie pewnym powodzenia wobec nieprzyjaciela który nie podjął tych samych ostrożności. Rachunek prawdopodobieństwa przemawiał wspaniale na jego korzyść. Te dwadzieścia dwa miliony w kasie dowodziły, że była wówczas w państwie nadwyżka dwudziestu dwu milionów w wartości produktów: tak więc, nikt nie ucierpiał.
Człowiek o czterdziestu talarach. Starzec pewien opowiadał mi, że kraj był stosunkowo bogatszy pod zarządem księcia Sully, niż pod zarządem nowych ministrów, którzy zaprowadzili jedyny podatek i wzięli mi dwadzieścia talarów z czterdziestu. Powiedz mi pan, proszę, czy istnieje na świecie naród, któryby się cieszył tą wspaniałą instytucyą jedynego podatku?
Geometra. Żaden naród bogaty. Anglicy, którzy rzadko się śmieją, zaczęli się śmiać, skoro się dowiedzieli że światli ludzie zaprojektowali u nas tę gospodarkę. Chińczycy pobierają podatek od wszystkich kupieckich statków które lądują w Kantonie; Holendrzy płacą w Nagasaki, kiedy ich wpuszczają do Japonii, pod pozorem że nie są chrześcijanami; Lapończycy i Samojedzi, to prawda, płacą jedyny podatek w skórach kunich; rzeczpospolita San-Marino płaci tylko dziesięciny aby utrzymać państwo w jego blasku.
„Jest w Europie jeden naród, sławny ze sprawiedliwości i męstwa, który nie płaci żadnych podatków: to naród Helwetów. Ale oto co się stało: naród ten zajął miejsce książąt Austryi i Zeringen. Małe kantony są demokratyczne i bardzo biedne; każdy mieszkaniec płaci wielce umiarkowaną sumę na potrzeby swojej małej republiki; w bogatych kantonach mieszkańcy winni są państwu opłaty których wymagali arcyksiążęta austryaccy i panowie feudalni; kantony protestanckie są, stosunkowo, dwa razy bogatsze niż katolickie, ponieważ państwo posiada tam dobra klasztorne. Ci, którzy byli poddanymi arcyksiążąt austryackich, książąt Zeringen i mnichów, są dziś poddanymi ojczyzny, płacą ojczyźnie te same dziesięciny, te same daniny, te same należytości lenne, które płacili dawnym panom; że zaś poddani na ogół mało są handlowi, handel nie podlega żadnym opłatom, wyjąwszy lekkich opłat składowych: ludzie handlują własną osobą z obcemi mocarstwami i sprzedają się na kilka lat, co wprowadza nieco pieniędzy do ich kraju naszym kosztem; jestto przykład równie jedyny w cywilizowanym świecie, jak ów podatek ustanowiony przez waszych nowych prawodawców.
Człowiek o czterdziestu talarach. Zatem, proszę pana, szwajcarów nie ograbia prawo boże z połowy mienia, i ten kto ma cztery krowy nie oddaje dwóch państwu?
Geometra. Nie, możesz pan być pewny. W jednym kantonie, na trzynaście beczek, oddaje się jedną, a wypija dwanaście; w drugim kantonie, płaci się dwunastą część a wypija jedenaście.
Człowiek o czterdziestu talarach. Ach! niechże mnie zrobią Szwajcarem! Przeklęty podatek, ów jedyny i niesprawiedliwy podatek, który mnie doprowadził do torby żebraczej! Ale czy trzysta lub czterysta podatków, których nazw nawet niepodobna mi spamiętać i wymówić, bardziej są sprawiedliwe i uczciwe? czy był kiedy prawodawca, któryby, zakładając państwo, wpadł na pomysł stworzenia doradców królewskich mierniczych węgla, wina, drzewa, opatrywaczy języków wieprzowych i kontrolorów solonego masła? utrzymywania armii hultajów, dwa razy liczniejszej niż armia Aleksandra, dowodzonej przez sześćdziesięciu generałów[81], którzy okładają kraj haraczem, odnoszą co dzień otrębywane zwycięstwa, biorą jeńców i niekiedy święcą z nich ofiarę w powietrzu lub na małej scence z desek, jak czynili dawni Scytowie, wedle tego co wiem od mego proboszcza?
„Czy takie prawodawstwo, przeciw któremu podnosiło się tyle krzyków i które wyciskało tyle łez, lepsze było niż to, które, jednym zamachem, poprostu i spokojnie, odejmuje mi połowę mego istnienia? Boję się, iż, dobrze policzywszy, przy dawnym systemie finansów zabierano mi, partyami, trzy czwarte.
Geometra. Iliacos intra muros peccatur et extra.[82]
Est modus in rebus…[83]
Caveas ne quid nimis…[84]
Człowiek o czterdziestu talarach. Uczyłem się nieco bistoryi i geometryj, ale nie umiem po łacinie.
Geometra. To znaczy mniej więcej: Po obu stronach błądzą. — Trzymajcie się we wszystkiem środka. — Nic nadto.
Człowiek o czterdziestu talarach. Tak, nic nadto: to właśnie moje położenie; ale ja nie mam dosyć.
Geometra. Przyznaję że umrzesz z głodu, i ja także, i Państwo także, w przypuszczeniu że nowa gospodarka potrwa bodaj dwa lata; ale trzeba mieć nadzieję że Bóg zlituje się nad nami.
Człowiek o czterdziestu talarach. Człowiek ma nadzieję całe życie, i umiera mając nadzieję. Żegnam pana: oświeciłeś mnie pan, ale ciężko mi na sercu.
Geometra. To jest często owoc wiedzy.


III. Przygoda z karmelitą.

Podziękowawszy serdecznie członkowi Akademii za to że mnie objaśnił, odszedłem do szczętu ogłupiały, chwaląc Opatrzność, ale mamrocząc przez zęby te smutne słowa: „Tylko dwadzieścia talarów rocznie aby żyć, i tylko dwadzieścia dwa lat do życia!…“ Ach, niechby nasze życie było jeszcze krótsze, skoro jest tak nieszczęśliwe!
Niebawem, znalazłem się przed wspaniałym domem. Odczuwałem już głód. Nie miałem ani stodwudziestej części sumy która przypada z prawa każdej jednostce; ale, gdy mnie objaśniono że to jest klasztor wielebnych ojców karmelitów bosych, powziąłem najlepsze nadzieje. Mówiłem sobie: „Skoro ci święci ludzie są na tyle pokorni aby chodzić boso, będą dość miłosierni aby mi dać obiad“.
Dzwonię, wychodzi karmelita. „Czego chcesz, mój synu? — Chleba, wielebny ojcze; nowe ustawy odjęły mi wszystko. — Mój synu, my sami prosimy jałmużny, nie dajemy jej. — Jakto! wasza święta reguła broni wam nosić pończoch, i macie książęcy pałac, i odmawiacie mi kęsa chleba! — Mój synu, to prawda że chodzimy bez trzewików i pończoch; to jeden wydatek mniej; ale nie jest nam zimno w nogi tak samo jak w ręce; gdyby nasza święta reguła kazała nam chodzić z gołym tyłkiem; nie byłoby nam zimno w pośladki. Co się tyczy naszego pięknego domu, zbudowaliśmy go bez trudu, ponieważ inne nasze domy na tej samej ulicy przynoszą nam sto tysięcy funtów renty. — A! a! Pozwalacie mi umrzeć z głodu, a macie sto tysięcy funtów renty! Płacicie tedy pięćdziesiąt tysięcy nowemu rządowi? — Niechże nas Bóg broni, abyśmy mieli płacić bodaj obola! Jedynie plon ziemi uprawnej pracowitemi rękami, stwardniałemi od trudu i mokremi od łez, winien jest daninę władzy prawodawczej i wykonawczej. Jałmużny, któremi nas obdarzono, pozwoliły nam wznieść te domy, dające nam sto tysięcy franków rocznie; ale jałmużny te, pochodzące z owoców ziemi, zapłaciły już podatek, nie powinny go płacić dwa razy; uświęciły wiernych, którzy się zubożyli aby nas wzbogacić. Zaczem, w dalszym ciągu żebrzemy jałmużny i okładamy haraczem dzielnicę Saint-Germain, aby jeszcze uświęcić wiernych“. To rzekłszy, karmelita zamknął mi drzwi przed nosem.
Przechodziłem wpodle koszar szarych muszkieterów[85]; opowiedziałem rzecz całą jednemu; dali mi dobry obiad i talara. Któryś poddał aby podpalić klasztor; ale inny, roztropniejszy, przedstawił mu że jeszcze nie nadszedł czas i prosił aby zaczekał ze dwa albo trzy lata.


IV. Audyencya u p. generalnego kontrolora.

Poszedłem, ze swoim talarem, wręczyć prośbę p. generalnemu prokuratorowi, który dawał audjencję tego dnia.
Przedpokój pełen był ludzi wszelakiego rodzaju. Były tam zwłaszcza twarze jeszcze pulchniejsze, brzuchy jeszcze bardziej wypukłe, miny jeszcze pyszniejsze, niż u mego ośmiomilionowego znajomego. Nie śmiałem się zbliżyć: ja ich widziałem, ale oni mnie nie.
Pewien mnich, gruby dziesięcinnik, wytoczył proces obywatelom, których nazywał swoimi chłopami. Miał już więcej dochodu niż połowa jego parafian razem; co więcej, posiadał prawo lenne. Utrzymywał, iż jego wasale, zmieniwszy, z ogromnym mozołem, haszcze na winnice, winni mu są dziesiątą część wina, co czyniło, licząc cenę pracy i tyczek i beczek i piwnicy, więcej niż czwartą część zbioru. „Ale ponieważ dziesięcina, powiadał, jest instytucyą prawa bożego, żądam od moich chłopów, w imię Boga, czwartej części mienia“. Minister rzekł: „Oceniam, wielebny ojcze, twoje miłosierdzie!“
Generalny dzierżawca, wielce bystry w materyi podatków, wmięszał się: „Ekscelencyo, wieś nie może dać nic temu mnichowi; wycisnął ich bowiem, w zeszłym roku, tak sumiennie, że są zupełnie zrujnowani. Kazałem sprzedać ich bydło i sprzęty, jeszcze mi są winni. Sprzeciwiam się pretensyom wielebnego ojca.
— Słusznie stajesz pan z nim do współzawodnictwa, odparł minister; obaj jednako kochacie bliźniego i zbudowany jestem wami oboma“.
Trzeci, mnich i pan, na którego chłopach ciąży prawo „martwej ręki“, oczekiwał także wyroku Rady, mającego mu przyznać na własność całe mienie pewnego niebacznego Paryżanina, który, przemieszkawszy przez nieuwagę rok i dzień w domu podległym tej niewoli i objętym posiadłościami księdza, umarł po upływie roku. Mnich żądał całego mienia tego dudka i to na mocy prawa bożego.
Minister uznał, iż serce tego mnicha jest równie sprawiedliwe i czułe jak dwóch poprzedzających.
Czwarty, kontrolor skarbowy, przedłożył piękny memoryał, w którym się usprawiedliwiał że doprowadził dwadzieścia rodzin do ruiny: odziedziczyły po wujach, ciotkach, braciach lub innych krewnych; trzeba było płacić spadkowe. Kontroler dowiódł im szczodrze, że nie dość wysoko oszacowali swój spadek; że są o wiele bogatsi niż myślą; zaczem, skazawszy ich na potrójną grzywnę, zrujnowawszy kosztami i wtrąciwszy ojców rodziny do więzienia, kupił ich najlepsze grunty nie wykładając grosza[86].
Generalny kontroler rzekł doń (tonem, coprawda, nieco gorzkim): Euge, kontrolorze bone et fidelis; quia super pauca fuisti fidelis, generalnym dzierżawcą te constituam[87]. Równocześnie wszelako rzekł do referendarza, który stał przy nim: „Trzeba będzie uciąć łeb tym duchownym i świeckim pijawkom: czas ulżyć ludowi, który, bez naszych starań i sprawiedliwości, nie miałby z czego żyć, chyba na tamtym świecie“.
Dwaj wielcy genialni ludzie przedłożyli ministrowi projekty. Jeden wpadł na pomysł aby opodatkować rozum. „Wszyscy, rzekł, będą się cisnęli do zapłaty, nikt bowiem nie będzie chciał uchodzić za głupca“. Minister odparł: „Niniejszem uwalniam pana od taksy“.
Drugi radził, aby ustanowić powszechny podatek od piosenek i śmiechu, zważywszy że chodzi o naród najweselszy pod słońcem, który po wszystkiem pociesza się piosenką; ale minister zauważył, iż, od jakiegoś czasu, piosenki przestały być ucieszne i że się boi, aby, dla uniknięcia podatku, naród nie spoważniał zbytnio.
Przyszedł roztropny i dzielny obywatel, który ofiarował się dać królowi trzy razy więcej, ściągając z narodu trzy razy mniej. Minister poradził mu uczyć się arytmetyki.
Czwarty dowodził królowi, z przyjaźni, że nie może zebrać więcej niż siedmdziesiąt pięć milionów, on zaś da mu dwieście dwadzieścia pięć. „Bardzo chętnie, odparł minister, skoro spłacimy długi państwowe“.
Wreszcie przybył sekretarz nowego autora[88], który czyni władzę prawodawczą współwłaścicielką wszystkich naszych gruntów mocą prawa bożego i który ofiarował królowi tysiąc dwieście milionów rocznie. Poznałem człowieka, który mnie wtrącił do więzienia za to że nie zapłaciłem swoich dwudziestu talarów. Rzuciłem się do stóp p. generalnego kontrolora błagając o sprawiedliwość; parsknął głośnym śmiechem, i rzekł że mi wypłatano figla. Kazał tym niewczesnym figlarzom aby mi dali sto talarów odszkodowania i uwolnił mnie od pogłównego na resztę życia. Rzekłem mu: „Ekscelencyo, niech cię Bóg błogosławi“.


V. List do człowieka o czterdziestu talarach.

„Mimo że jestem trzy razy bogatszy od pana, to znaczy mimo że posiadam trzysta sześćdziesiąt franków lub funtów dochodu, piszę do pana wszelako jak równy do równego, nie strojąc się w pychę bogacza.
„Czytałem dzieje pańskich nieszczęść i sprawiedliwości jaką ci wymierzył p. generalny kontrolor; winszuję panu; ale, na nieszczęście, przeczytałem Finansistę-obywatela[89], mimo wstrętu jaki obudził we mnie ten tytuł, w którym wielu ludzi widzi jaskrawą sprzeczność. Ten obywatel odbiera panu dwadzieścia franków z pańskiego dochodu, a mnie sześćdziesiąt: przyznaje jedynie sto franków każdej jednostce z ogółu mieszkańców; w zamian za to, inny luminarz, nie mniej znakomity, powiększa nasze dochody do stupięćdziesięciu funtów; widzę że pański geometra obrał złoty środek. Nie należy do tych hojnych panów, którzy, jednem pociągnięciem pióra, zaludniają Paryż milionem mieszkańców i puszczają w obieg tysiąc pięćset milionów brzęczącej monety, po wszystkiem cośmy stracili w ostatnich wojnach.
„Ponieważ pan lubisz czytać, pożyczę panu Finansistę-obywatela; ale nie wierz zaraz wszystkiemu. Cytuje testament wielkiego ministra Kolberta, a nie wie że to jest niedorzeczna brednia sklecona przez niejakiego Gacyana de Courtilz; cytuje Dziesięcinę marszałka de Vauban, a nie wie że jest niejakiego Bois-Gilleberta; cytuje testament kardynała de Richelieu, a nie wie że jest pióra księdza de Bourzéis. Przypuszcza, że ten kardynał zapewnia, iż, kiedy mięso drożeje, daje się większy żołd żołnierzom. Jednakże mięso mocno podrożało za jego ministeryum, a płaca żołnierza nie wzrosła; co dowodzi, niezależnie od stu innych dowodów, że ta książka, uznana za falsyfikat zaraz po pojawieniu się, następnie zaś przypisana samemu kardynałowi, tak samo nie jest jego pióra, jak testament kardynała Alberoni[90] i marszałka de Belle-Isle[91] nie jest ich dziełem.
„Strzeż się pan całe życie testamentów i systemów; padłem ich ofiarą jak pan. Jeżeli nowoczesne Solony i Likurgi zadrwiły sobie z pana, nowi Tryptolemowie[92] jeszcze lepiej zakpili sobie ze mnie; i, gdyby mnie nie poratował mały spadek, zginąłbym w nędzy.
„Mam sto dwadzieścia morgów ornego gruntu w najpiękniejszej a najgorszej ziemi pod słońcem. Morg w morg daje, po pokryciu wszystkich kosztów, jedynie po talarze. Skoro przeczytałem w dziennikach, że sławny agronom[93] wynalazł nowy siewnik i że uprawia ziemię płasko, aby, siejąc mniej, zebrać więcej, pożyczyłem szybko pieniędzy, kupiłem siewnik, zacząłem uprawiać płasko; straciłem trud i pieniądze, równie jak znamienity agronom który nie sieje już płasko.
„Moje nieszczęście chciało, żem przeczytał dziennik ekonomiczny, który sprzedają w Paryżu u Boudeta. Natknąłem się na doświadczenie przemyślnego Paryżanina, który, dla rozrywki, skopał swój ogródek piętnaście razy i posiał pszenicę, zamiast zasadzić tulipany; miał zbiór bardzo obfity. Znów pożyczyłem pieniędzy: „Wystarczy mi zorać trzydzieści razy, mówiłem sobie, a zbiorę dwa razy tyle co ten godny Paryżanin, który uczył się sztuki rolnictwa w Operze i w Komedyi; i oto będę bogaczem, dzięki jego naukom i przykładowi.
Orać choćby cztery razy w moich stronach jest rzeczą niemożliwą; ostrość i nagłe zmiany klimatu nie pozwalają na to; zresztą nieszczęście któregom się dopytał siejąc płasko, jak ów znakomity agronom o którym wspomniałem, zmusiło mnie do sprzedaży zaprzęgu. Kazałem zorać trzydzieści razy moje sto dwadzieścia morgów wszystkimi pługami jakie są na cztery mile w okolicy. Trzy orki na mórg kosztują dwanaście funtów; to cena przyjęta; trzeba było zorać trzydzieści razy każdy morg, każdy morg kosztował mnie tedy sto dwadzieścia funtów: zoranie stu dwudziestu morgów wypadło mi czternaście tysięcy czterysta funtów. Zbiór mój, który sięga, w zwykły rok, trzysta korcy, doszedł, to prawda, do trzystu trzydziestu, które, po dwadzieścia funtów korzec, dały mi sześć tysięcy sześćset funtów: straciłem siedm tysięcy ośmset funtów; prawda że została mi słoma.
„Byłbym zrujnowany, zgubiony, gdyby nie stara ciotka, którą wielki lekarz wyprawił na tamten świat, rozumując w medycynie równie dobrze jak ja w rolnictwie.
„Ktoby uwierzył, że miałem jeszcze raz tę słabość, aby się dać uwieść dziennikowi Boudeta? Ostatecznie, ten człowiek nie poprzysiągł sobie mojej zguby. Wyczytałem w jego zbiorze, że wystarczy wyłożyć jednorazowo cztery tysiące franków, aby mieć cztery tysiące franków rocznie z karczochów: z pewnością, pomyślałem, Boudet odda mi w karczochach to, co mi wydarł w zbożu. Wydałem tedy cztery tysiące, a karczoche zjadły mi szczury ziemne. Cała okolica trzymała się za boki ze śmiechu.
Napisałem do Boudeta piorunujący list z wymówkami. Za całą odpowiedź, ladaco zabawił czytelników moim kosztem. Zaprzeczył mi bezwstydnie aby Karaibowie przychodzili na świat czerwoni; byłem zmuszony posłać mu poświadczenie ex-prokuratora królewskiego na Gwadelupie, że Bóg stwarza Karaibów na czerwono, jak murzynów na czarno. Ale to drobne zwycięstwo nie przeszkodziło, że straciłem do ostatka sukcesyę po ciotce, przez to iż nazbyt wierzyłem w wasze systemy. Jeszcze raz powtarzam, drogi panie, strzeż się pan szarlatanów“.


VI. Nowe boleści spowodowane przez nowe systemy.
(Ten ustęp wyjęty jest z rękopisów starego samotnika.)

Widzę że bardzo dobrzy obywatele bawili się w rządzenie państwem i stawiali się w miejsce królów; inni chcieli rywalizować z Tryptolemem i Cererą; jeszcze dumniejsi stawiali się bez ceremonii w miejsce Boga, i stwarzali świat piórem, jak Bóg stworzył go niegdyś słowem.
Jednym z pierwszych który zjednał sobie mój podziw, był potomek Talesa, nazwiskiem Telliamed[94]; on-to pouczył mnie, że góry i ludzie powstali z wody morskiej. Najpierw byli nadobni ludzie morscy, którzy zmienili się potem w amfibie. Piękny rozszczepiony ogon przekształcił się w uda i nogi. Byłem jeszcze pod wrażeniem Metamorfoz Owidiusza, oraz książki, w której było udowodnione, że rasy ludzkie są bękarcią odroślą pawianów; wolałem już pochodzić od ryby niż od małpy.
Z czasem nabrałem pewnych wątpliwości co do tej genealogii, a nawet co do tworzenia się gór. „Jakto, mówił, nie wiesz, że prądy morskie, które miotają wciąż piasek na prawo i lewo conajwyżej na dwanaście stóp wysokości, wydały, w nieskończonym ciągu wieków, góry, na dwadzieścia tysięcy stóp wysokie, nie będące z piasku? Wiedz, że, z wszelką pewnością, morze pokrywało całą kulę ziemską. Dowód tego, to iż widziano kotwice okrętowe na górze św. Bernarda, znajdujące się tam na kilka wieków wprzód nim ludzie mieli okręty. Wyobraź sobie, że ziemia to szklana kula, którą przez długi czas była całkowicie przykryta wodą.
Im bardziej mnie przekonywał, tem bardziej byłem niewierny. Jakto, mówił, nie widziałeś w Turenii ławic miazgi z muszli o trzydzieści sześć mil od morza? Jestto miał skorup, którym użyźnia się ziemię jak nawozem. Otóż, jeżeli morze złożyło, z biegiem czasu, całą kopalnię muszli o trzydzieści sześć mil od Oceanu, czemu, w ciągu wielu wieków, nie miałoby zapuścić się w nasz szklany glob na trzy tysiące mil?“
Odparłem: „Panie Telliamed, są ludzie którzy robią pieszo piętnaście mil dziennie, ale nie mogą zrobić pięćdziesięciu. Nie sądzę, aby mój ogród był ze szkła; co zaś do pańskiej ławicy, powątpiewam mocno aby to był pokład muszli morskich. Mógłby to być snadnie pokład małych wapiennych kamyków, które przybierają często kształt muszli, tak jak istnieją kamienie w kształcie języków, mimo iż nie są językami; w kształcie gwiazd, mimo iż nie są gwiazdami; w kształcie zwiniętych wężów, mimo iż nie są wężami; w kształcie przyrody żeńskiej, mimo iż nie są szczątkami dam. Widuje się dendryty, kamienie przybierające postać drzew i domów, mimo iż nigdy kamyczki te nie były ani domem ani drzewem.
„Gdyby morze złożyło tyle ławic muszli w Turenii, czemużby pominęło Bretanię, Normandyę, Pikardyę i wszystkie inne wybrzeża? Mocno się boję, że ten wysławiany nawóz tak samo nie pochodzi z morza jak ludzie. A gdyby nawet morze rozlało się na trzydzieści sześć mil, to nie znaczy aby miało dojść na trzy tysiące a nawet na trzysta, i aby wszystkie góry powstały z wód[95]. Z tą samą racyą możnaby powiedzieć że Kaukaz wydał morze, jak że morze wydało Kaukaz.
— Ale, mości niedowiarku, co odpowiesz na skamieniałe ostrygi, które znaleziono na szczycie Alp?
— Odpowiem, mości Stwórco, że równie nie widziałem na szczycie Mont-Cenis skamieniałych ostryg jak kotwic okrętowych. Odpowiem to co już powiedziano, że znaleziono skamieniałe ostrygi (które łatwo kamienieją) w wielkich odległościach od morza, tak jak wygrzebano medale rzymskie o sto mil od Rzymu; wolę raczej przypuszczać że pielgrzymi św. Jakóba zostawili parę muszel około Saint-Maurice, niż roić że morze utworzyło górę św. Bernarda.
„Muszle są wszędzie, ale czy jest pewne, że to nie są szczątki skorupiaków z naszych rzek i jezior, równie dobrze jak rybki morskie?
— Mości niedowiarku, okryję cię śmiesznością w świecie który zamierzam stworzyć.
— Wolno panu, mości stworzycielu, każdy jest panem w swoim świecie; ale nie wmówisz we mnie nigdy, aby ten na którym żyjemy był ze szkła, ani żeby kilka muszel było dowodem że morze wydało Alpy i górę Taurus. Wiesz, że niema żadnych muszli w górach Ameryki. Widocznie to nie pan stworzyłeś tę półkulę; zadowoliłeś się uczynieniem starego świata: i to już wcale ładnie.
— Panie drogi, jeżeli nie odkryto muszli na górach w Ameryce, odkryją je.
— Mówisz pan jak stwórca który zna swój sekret i pewien jest faktów. Ustąpię panu, jeśli pan chcesz, pański nawóz morski, byleś mi pan zostawił moje góry. Jestem zresztą bardzo powolnym i uniżonym sługą Waszej Opatrzności“.
W czasie kiedym wiódł takie pouczające rozmowy z Telliamedem, pewien jezuita irlandzki[96], przebrany za człowieka, poza tem tęgi obserwator i posiadający dobre mikroskopy, sporządził węgorze z mąki zakażonego zboża. Z tą chwilą, nikt nie wątpił, że będzie można zrobić ludzi ze zdrowej pszenicy. Jakoż wnet stworzono cząsteczki organiczne, które utworzyły ludzi. Czemu nie? Toć wielki geometra Fatio[97] wskrzeszał umarłych w Londynie, można było tedy równie łatwo sporządzić w Paryżu żywych za pomocą organicznych cząstek: ale, na nieszczęście, nowe węgorze Nedhama znikły, i nowi ludzie znikli także, uciekli między monady, które spotkali w samem wnętrzu materyi subtelnej, kulistej i żłobkowanej.
Nie znaczy to, aby ci twórcy systemów nie oddali wielkich usług fizyce; niech mnie pan Bóg broni abym miał zapoznawać ich prace! porównywano ich do Alchemistów, którzy, robiąc złoto (rzecz nie do zrobienia), znaleźli dobre lekarstwa, lub conajmniej bardzo ciekawe rzeczy. Można być bardzo utalentowanym człowiekiem, a mylić się co do powstawania zwierząt i budowy świata.
Ryby zmienione w ludzi, a wody zmienione w góry, nie wyrządziły mi tyle złego co p. Boudet. Ograniczyłem się spokojnie do wątpienia, kiedy pewien Lapończyk[98] wziął mnie pod swoją opiekę. Był to głęboki filozof, ale nie przebaczał nigdy ludziom, którzy poważyli się nie być jego zdania. Ukazał mi najpierw jasno przyszłość, wprawiwszy moją duszę w stan zachwycenia. Wysiliłem tak wyobraźnię, iż rozchorowałem się; wyleczył mnie, powlekając mnie żywicą od stóp do głów. Ledwie mogłem chodzić, zaproponował mi podróż do ziem podbiegunowych aby tam sekcyonować głowy olbrzymów, co miało nam dokładnie wyjaśnić naturę duszy. Nie mogłem znosić morza; był tak uprzejmy iż zawiózł mnie lądem. Kazał wykopać wielką dziurę w ziemnowodnym globie: dziura ta szła prosto do Patagończyków. Ruszyliśmy; złamałem nogę wchodząc do dziury; wiele było kłopotu z zestawieniem złamania; utworzył się kalus który przyniósł mi wielką ulgę.
Mówiłem już o tem wszystkiem w moich diatrybach[99], aby pouczyć świat, mocno ciekawy tych wielkich rzeczy. Jestem bardzo stary; lubię niekiedy powtarzać swoje opowiastki, aby je lepiej wrazić w głowę chłopczyków dla których pracuję od tak dawna.


VII. Małżeństwo człowieka o czterdziestu talarach.

Człowiek o czterdziestu talarach, wyrobiwszy się wielce i uciuławszy nieco grosza, ożenił się z ładną dziewczyną mającą sto talarów renty. Niebawem żona zaszła w ciążę. Poszedł do geometry aby się spytać czy będzie chłopiec czy dziewczyna. Geometra odparł mu, że akuszerki i pokojówki wiedzą to zazwyczaj, ale fizycy, mimo że umieją przepowiedzieć zaćmienie, nie są w tem tak biegli jak one.
Chciał się następnie dowiedzieć, czy jego syn lub córka mają już duszę. Geometra odpowiedział, że to nie jego specyalność, i że trzeba się zwrócić do mieszkającego opodal teologa.
Człowiek o czterdziestu talarach, będący już człowiekiem conajmniej o dwustu, spytał w jakiej okolicy ciała znajduje się jego dziecko.
„W małej kieszonce, odpowiedział mu przyjaciel, między pęcherzem a jelitem grubem.
— Boże miłosierny! wykrzyknął, nieśmiertelna dusza mego syna zrodzona i pomieszczona między uryną a czemś gorszem!
— Tak, drogi sąsiedzie, dusza kardynała też nie miała innej kolebki; i, mimo to, człowiek nadyma się pychą, stroi miny.
— Panie uczony, a nie mógłby mi pan powiedzieć, w jaki sposób robią się dzieci?
— Nie, mój przyjacielu, ale, jeżeli chcesz, powiem ci co wyroili w tym przedmiocie filozofowie, to znaczy w jaki sposób nie robią się dzieci.
„Najpierw tedy, W. O. Sanchez[100], w swojem doskonałem dziele De Matrimonio, podziela w zupełności zdanie Hipokrata; wierzy, niby w artykuł wiary, że dwie płynne substancye, męska i żeńska, wypływają i łączą się razem, i że, w tejże chwili, powstaje z tego związku dziecko; i jest tak przekonany o tym systemie fizycznym zmienionym w teologiczny, iż rozważa w XXI rozdziale drugiej księgi, utrum virgo Maria semen emiserit Sancto[101].
— Mówiłem wszak już panu, że nie rozumiem po łacinie; przełóż mi pan na francuskie wyrocznię O. Sancheza“. Geometra przetłómaczył ów tekst, i obaj zadrżeli ze zgrozy.<
Nowożeniec, uważając Sancheza za wielkiego pomyleńca, dosyć się skłaniał w stronę Hipokrata; pochlebiał sobie, iż żona jego spełniła wszystkie warunki wymagane przez tegoż luminarza medycyny dla poczęcia dziecka.
„Na nieszczęście, rzekł sąsiad, jest wiele kobiet które nie wydają żadnego płynu, które jedynie ze wstrętem poddają się uściskom mężów, a które, mimo to, mają dzieci. To jedno obala Hipokrata i Sancheza.
„Co więcej, jest wielkie prawdopodobieństwo, że natura działa zawsze w tych samych wypadkach wedle tych samych zasad: otóż, jest wiele zwierząt, które poczynają bez spółkowania, jak ryby łuskowate, ostrygi, mszyce. Fizycy starali się tedy znaleźć mechanizm płodzenia, któryby odpowiadał wszystkim zwierzętom. Słynny Harvey[102], który pierwszy wykazał krążenie krwi i który był godny odkryć tajemnicę przyrody, sądził iż znalazł ją u kur: znoszą jajka; wywnioskował, iż kobiety znoszą je także. Żartownisie orzekli, iż dlatego to mieszczanie, a nawet czasem i wielcy panowie nazywają żonę lub kochankę swoją kwoczką, i dlatego zalotna kobieta nazywa się kokietką, ponieważ chciałaby się podobać wszystkim kogutom[103]. Mimo tych drwin, Harvey nie zmienił zdania, i w całej Europie przyjęto że pochodzimy z jajka.
Człowiek o czterdziestu talarach. Ależ, proszę pana, mówił mi pan, że natura zawsze się powtarza, że zawsze działa wedle tej samej zasady w tych samych wypadkach: toć kobiety, klacze, oślice, węgorze nie znoszą jajek; żartujesz pan sobie ze mnie.
Geometra. Nie znoszą na zewnątrz, ale znoszą wewnątrz; mają jajniki jak wszystkie ptaki; klacze, węgorze, mają je również. Jajko oddziela się od jajnika; wylęga się w macicy. Patrz na ryby, na żaby; wydzielają jajka, które samiec zapładnia. Wieloryby i inne pokrewne morskie zwierzęta wylęgają je w macicy. Móle, świerzb, najpodlejsze owady, wyraźnie rodzą się z jajka; wszystko pochodzi z jajka; i nasz glob jest wielkiem jajkiem, które mieści wszystkie inne.
Człowiek o czterdziestu talarach. Ależ w istocie system ten posiada wszystkie cechy prawdy: jest prosty, powszechny, dający się sprawdzić naocznie więcej niż u połowy zwierząt; bardzo mi się podoba, nie pragnę innego; jajka mojej żony są mi wielce drogie.
Geometra. Nauka sprzykrzyła sobie z czasem ten system i zaczęła płodzić dzieci innym sposobem.
Człowiek o czterdziestu talarach. I czemuż-to, skoro tamten jest taki naturalny?
Geometra. Orzeczono, że nasze panie nie mają jajników, ale tylko małe gruczołki.
Człowiek o czterdziestu talarach. Podejrzewam, że ci, którzy mieli inny system na zbyciu, chcieli zdyskredytować jajka.
Geometra. Możebne. Dwaj Holendrzy wpadli na myśl zbadania pod mikroskopem płynu nasiennego człowieka i wielu zwierząt: zdawało się im że widzą tam gotowe już zwierzątka biegające z niepojętą chyżością. Widzieli je nawet w płynie nasiennym koguta. Zaczem, osądzono, że samcy robią wszystko, a samice nic; zaczęły służyć jedynie do noszenia skarbu który samiec im powierzył.
Człowiek o czterdziestu talarach. To szczególne. Mam niejakie wątpliwości co do tych zwierzątek, które podrygują tak raźno w płynie, aby potem tkwić równie nieruchomo — poza paroma koziołkami — w brzuchu kobiety; to nie wydaje mi się konsekwentne. To nie jest — o ile mogę sądzić o tem — sposób postępowania natury. I jakiego kształtu są, jeśli łaska, ci mali człowieczkowie, którzy tak dzielnie pływają we wspomnianym płynie?
Geometra. Podobni są do robaczków. Był zwłaszcza pewien lekarz, nazwiskiem Andry, który widział robaki wszędzie i który chciał bezwarunkowo obalić system Harveya. Gdyby mógł, byłby zniweczył krążenie krwi, ponieważ kto inny je odkrył. Wreszcie, dwaj Holendrzy[104] i p. Andry, oddając się wytrwale grzechowi Onana[105] i badając ciecz pod mikroskopem, sprowadzili człowieka do stanu gąsienicy. Jesteśmy najpierw robakiem jak ona, potem stajemy się w naszej skorupie, jak ona, prawdziwą poczwarką; w końcu, jak gąsienica staje się motylem, tak my stajemy się ludźmi: oto nasze metamorfozy.
Człowiek o czterdziestu talarach. I cóż! czy stanęło na tem? nie wynaleziono od tej pory innego sposobu?
Geometra. Sprzykrzyło się im być gąsienicą. Pewien bardzo ucieszny filozof odkrył w książce Wenus fizyczna[106], że dzieci robią się siłą przyciągania; oto jak się to dzieje. Skoro nasienie dostanie się do macicy, oko prawe przyciąga oko lewe, które bieży aby się z niem połączyć mocą solidarności ocznej, ale przeszkadza mu nos który staje w poprzek tej drodze i zmusza je umieścić się na lewo. Toż samo ramiona, uda i nogi które związane są z udami. Trudno jest wytłómaczyć, wedle tej hipotezy, położenie piersi i pośladków. Ten wielki filozof nie uznaje żadnego zamiaru Stwórcy w powstawaniu zwierząt; daleki jest od przypuszczenia że serce stworzone jest na to aby chłonęło krew i rozprowadzało ją, żołądek do trawienia, oczy do widzenia, uszy do słyszenia; to mu się zdaje zbyt pospolite; wszystko dzieje się przez przyciąganie.
Człowiek o czterdziestu talarach. A to jakiś skończony bzik. Mam nadzieję, że nikt nie przyjął równie niedorzecznego pomysłu.
Geometra. Uśmiano się zeń wielce; ale co smutne, to że ten szaleniec miał naturę teologów, zwykłych prześladować z całej mocy tych w których budzą śmiech.
„Inni filozofowie wyroili inne sposoby, bez wielkiego powodzenia: już nie ramię dąży do ramienia, ani udo goni za udem; to małe drobiny, małe cząstki ramienia i uda, sadowią się koło siebie. Straciwszy wiele czasu, trzeba będzie może w końcu wrócić do jaj.
Człowiek o czterdziestu talarach. Bardzo mnie to cieszy; ale jakiż był owoc wszystkich tych dysput?
Geometra. Wątpienie. Gdyby spór toczył się między teologami, doszłoby do wyklinań i do rozlewu krwi; ale między fizykami łatwo nastała zgoda, i każdy poszedł spać z żoną, nie myśląc ani trochę o jej jajniku ani o jej trąbkach Fallopia. Kobiety zaszły w ciążę lub poczęły, nie pytając jak spełnia się ta tajemnica. To tak, jak pan siejesz zboże i nie wiesz w jaki sposób kiełkuje ono w ziemi.
Człowiek o czterdziestu talarach. Och! wiem doskonale; wytłómaczono mi to od dawna: przez gnicie[107]. Mimo to, bierze mnie nieraz ochota do śmiechu ze wszystkiego co mi naopowiadano.
Geometra. To bardzo zdrowa ochota. Radzę ci wątpić o wszystkiem, wyjąwszy że trzy kąty trójkąta równe są dwóm prostym i że trójkąty mające tę samą podstawę i tę samą wysokość są równe między sobą, i inne podobne twierdzenia, jak naprzykład że dwa a dwa jest cztery.
Człowiek o czterdziestu talarach. Tak, sądzę że bardzo jest roztropnie wątpić; ale czuję, że, odkąd zrobiłem majątek i mam czas, stałem się ciekawy. Chciałbym, kiedy moja wola porusza mem ramieniem lub nogą, odkryć sprężynę, zapomocą której moja wola je porusza; z pewnością bowiem musi być jakaś. Czasami zdumiewam się, że mogę podnosić i spuszczać oczy, a nie mogę nastawić uszu. Myślę, i chciałbym poznać nieco… ot… dotknąć palcem mojej myśli. To musi być bardzo ciekawe. Dochodzę; czy myślę sam przez siebie, czy Bóg daje mi moje myśli, czy dusza wstąpiła w moje ciało w szóstym tygodniu czy pierwszego dnia, w jaki sposób usadowiła się w moim mózgu; czy dużo myślę kiedy głęboko śpię i kiedy jestem w letargu. Łamię sobie głowę, aby dojść w jaki sposób jedno ciało popycha drugie. Nie mniej dziwią mnie moje wrażenia; znajduję w nich coś boskiego, zwłaszcza w rozkoszy.
„Dokładałem niekiedy wysiłków, aby sobie wyobrazić nowy zmysł, i nie mogłem. Geometrzy wiedzą to wszystko; bądź pan tak łaskaw mnie pouczyć.
Geometra. Niestety! jesteśmy równie nieświadomi jak pan; zwróć się pan do Sorbony.


VIII. Człowiek o czterdziestu talarach, zostawszy ojcem, zastanawia się nad mnichami.

Kiedy człowiek o czterdziestu talarach został ojcem tęgiego chłopaka, zaczął się uważać za człowieka który coś waży w państwie; spodziewał się dostarczyć królowi conajmniej dziesięciu poddanych, wszystkich użytecznych. Umiał on znakomicie robić koszyki; żona miała talent do krawieczyzny. Urodziła się w sąsiedztwie dużego klasztoru o stu tysiącach franków renty. Mąż spytał mnie pewnego dnia, czemu ci jegomoście, stanowiący szczupłą garstkę, pochłonęli tyle cząstek czterdziestotalarowych. „Czy są użyteczniejsi odemnie ojczyźnie? — Nie, drogi sąsiedzie. — Czy przyczyniają się, jak ja, do zaludnienia? — Nie; przynajmniej nie przyznają się do tego. — Czy uprawiają ziemię? czy bronią kraju, kiedy jest w niebezpieczeństwie? — Nie, modlą się za ciebie. — Więc dobrze! ja się będę modlił za nich; podzielmy się.
„Ile sądzisz pan że klasztory mieszczą tych użytecznych ludzi obojej płci w calem królestwie?
— Wedle zestawień intendentów, sporządzonych z końcem zeszłego wieku, było ich około dziewięćdziesięciu tysięcy.
— W myśl naszego dawnego rachunku, powinniby, licząc po czterdzieści talarów na głowę, posiadać jedynie dziesięć milionów ośmset tysięcy funtów: ile mają?
— Do pięćdziesięciu milionów, licząc msze i kwesty, które formalnie okładają lud znacznym podatkiem. Kwestarz pewnego paryskiego klasztoru chwalił się publicznie, że jego sakwy dają rocznie ośmdziesiąt ogolonych tysięcy.
— Policzmyż, ile daje każdemu pięćdziesiąt milionów podzielonych między dziewięćdziesiąt tysięcy ogolonych pałek?
— Pięćset pięćdziesiąt pięć funtów. Jestto znaczna suma w licznem zgromadzeniu, gdzie wydatki zmniejszają się w stosunku do ilości głów; o wiele bowiem taniej wypada dziesięciu osobom życie razem, niż gdyby każda miała oddzielnie mieszkanie i stół.
— Ex-jezuici, którym wyznaczono dziś po czterysta funtów pensyi, stracili tedy na tym układzie?
— Nie sądzę; prawie wszyscy bowiem osiedli u krewnych którzy im dopomagają; wielu z nich odprawia mszę za pieniądze, czego nie robili przedtem; inni zostali wychowawcami; inni wiszą przy dewotkach; każdy zaczepił się o coś; niewielu jest dziś może takich, którzy, pokosztowawszy świata i swobody, chcieliby podjąć dawne kajdany. Życie klasztorne jest, mimo wszystko, nie do pozazdroszczenia. Znane jest powiedzenie, że mnichy to ludzie, którzy się skupiają nie znając się, żyją nie kochając się, i umierają nie żałując się wzajem.
— Myśli pan tedy, że oddałoby się im większą przysługę, rozdziewając ich wszystkich z habitów?
— Zyskaliby na tem z pewnością wiele, a Państwo jeszcze więcej; wróciłoby się ojczyźnie obywateli i obywatelki, którzy wyrzekli się lekkomyślnie swej wolności w wieku w którym prawo nie pozwala nikomu rozrządzać ani dziesięciu susami renty; wydobyłoby się trupy z grobów: byłoby to prawdziwe zmartwychwstanie. Domy ich zmieniłyby się w ratusze, szpitale, szkoły publiczne, lub też posłużyłyby na fabryki; ludność zwiększyłaby się, rzemiosłaby się podniosły. Możnaby zmniejszyć bodaj liczbę tych dobrowolnych ofiar, ograniczając ilość nowicyuszów: kraj miałby więcej użytecznych ludzi a mniej nieszczęśliwych. Jestto pogląd wszystkich władz, jednogłośnie życzenie publiczne, od czasu jak światło wstąpiło w umysły. Przykład Anglii i tylu innych państw jest oczywistym dowodem potrzeby tej reformy. Coby robiła dziś Anglia, gdyby, zamiast czterdziestu tysięcy marynarzy, miała czterdzieści tysięcy mnichów? Im bardziej sztuki i rzemiosła się rozwinęły, tem potrzebniejszą się stała mnogość pracowitych poddanych. Jest z pewnością w klasztorach wiele zagrzebanych, tem samem straconych dla państwa talentów. Aby kraj był kwitnący, trzeba mu jak najmniej księży a jak najwięcej rękodzielników. Nieuctwo i barbarzyństwo naszych ojców nie powinno być dla nas prawidłem, ale wskazówką byśmy czynili to, co oniby czynili, gdyby byli na naszem miejscu z naszą wiedzą.
— Zatem nie przez nienawiść dla mnichów chciałbyś pan ich usunąć? Nie, przez litość dla nich, przez miłość ojczyzny. Myślę jak pan: nie chciałbym aby mój syn był mnichem; i, gdybym przypuszczał że mam mieć dzieci poto aby niemi zaludnić klasztory, nie zbliżyłbym się już do swojej żony.
„Któryż, w istocie, dobry ojciec rodziny nie wzdycha widząc że syn jego i córka straceni są dla społeczeństwa. To się nazywa zbawić duszę. Ależ żołnierza który ucieka[108], kiedy trzeba walczyć, spotyka kara. Jesteśmy na żołdzie społeczeństwa; popełniamy dezercyę kiedy je opuszczamy. Dziewięćdziesiąt tysięcy zamkniętych mnichów którzy beczą przez nos po łacinie, mogłoby dać Państwu po dwóch poddanych: to czyni sto ośmdziesiąt tysięcy ludzi, których dławią w zarodku. Po upływie stu lat, strata jest ogromna. To rzecz udowodniona.
„Czemuż tedy idea zakonna przeważyła? Bo rząd był prawie wszędzie wstrętny i głupi od czasów Konstantyna; bo cesarstwo rzymskie miało więcej ministrów niż żołnierzy; bo było ich sto tysięcy w samym Egipcie; bo byli wolni od pracy i podatków; bo naczelnicy barbarzyńskich narodów, które zniweczyły cesarstwo, stawszy się chrześcijanami aby panować nad chrześcijanami, uprawiali najstraszliwszą tyranię: bo ludzie rzucali się gromadnie do klasztorów aby ujść wściekłości tych tyranów i pogrążali się w jedną niewolę aby uniknąć drugiej; bo papieże, stanowiąc tyle rozmaitych zakonów świętego próżniactwa, czynili sobie tyluż poddanych w innych Państwach; bo chłop woli nazywać się wielebnym ojcem i rozdawać błogosławieństwa niż chodzić za pługiem; bo nie wie, że pług jest szlachetniejszy od habitu; bo woli raczej żyć na koszt głupców niż z uczciwej pracy; bo nie wie wreszcie, że, zostając mnichem, gotuje sobie nieszczęśliwe dni, utkane z nudy i żalów.
— Zatem, precz z mnichami, dla ich i naszego szczęścia. Ale z przykrością słyszę z ust dziedzica mojej wioski, ojca czterech chłopców i trzech córek, że nie zdołałby im zapewnić przyszłości, o ile nie odda córek do klasztoru.
— Ta pobudka, którą słyszy się aż nazbyt często, jest okrutna, niepatryotyczna, wroga społeczeństwu. Za każdym razem, kiedy można rzec o jakimś zawodzie, bez względu na to jakim: „Gdyby wszyscy jęli się tego zawodu, rodzaj ludzki byłby zgubiony“, jasnem jest, że ten zawód jest zły, i że ten, kto go obiera, szkodzi ile tylko może rodzajowi ludzkiemu.
„Otóż, jasnem jest, że, gdyby wszyscy chłopcy i dziewczęta zamknęli się w klasztorach, światby zginął; zatem, habit jest, przez to samo, wrogiem rodzaju ludzkiego, niezależnie od straszliwych nieszczęść jakie sprawia niekiedy.
— Czy nie możnaby tego samego powiedzieć o żołnierzach?
— Nie, z pewnością; jeżeli bowiem każdy obywatel kolejno nosi oręż, jak niegdyś we wszystkich republikach, a zwłaszcza w Rzymie, żołnierz jest tem lepszym rolnikiem; żołnierz-obywatel żeni się, walczy za swą żonę i dzieci. Dałby Bóg aby każdy rolnik był żołnierzem i ojcem rodziny! Byliby wybornymi obywatelami. Ale mnich, jako mnich, zda się tylko na to aby zjadać mienie współobywateli: to prawda powszechnie uznana.
— Ale córki, proszę pana, córki ubogiej szlachty, których nie można wydać za mąż, cóż zrobią?
— Zrobią, powiedziano to tysiąc razy, to, co robią dziewczęta w Anglii, Szkocyi, Irlandyi, Szwajcaryi, Holandyi, połowie Niemiec, w Szwecyi, Norwegii, Danii, w kraju Tatarów, Turków, w Afryce, i prawie całej reszcie ziemi; będą z nich o wiele lepsze żony, lepsze matki, o ile wejdzie w zwyczaj, jak w Niemczech, żenić się bez posagu. Gospodarna i pracowita kobieta przyniesie domowi więcej korzyści, niż córka finansisty, która więcej wyda na fatałaszki niż wniosła mężowi dochodu.
„Trzeba, aby istniały schroniska dla starości, kalectwa, szpetoty. Ale, przez najohydniejsze nadużycie, fundacye istnieją jedynie dla osób młodych i urodziwych. Zaczynają w klasztorze od tego, iż każą nowicyuszom obojga płci ukazać swą nagość, mimo wszelkich prawideł wstydu; badają ich uważnie z przodu i z tyłu. Niech garbata staruszka zechce wstąpić do zakonu, wypędzą ją ze wzgardą, o ile nie wniesie olbrzymiego posagu. Co mówię! każda zakonnica musi mieć posag, inaczej jest popychadłem klasztoru. Niepodobna o straszliwsze nadużycie.
— Tak, tak, toteż przysięgam panu, że z moich córek nie będą zakonnice. Nauczą się prząść, szyć, robić koronki, haftować, być pożyteczne. Uważam śluby zakonne jako zbrodnię przeciw ojczyźnie i przeciw samemu sobie. Wytłomacz mi pan, proszę, jak to być może, że jeden z moich przyjaciół, chcąc się sprzeciwić całemu światu, utrzymuje że mnichy są bardzo użyteczne dla zaludnienia kraju, ponieważ ich zabudowania lepiej są utrzymane niż szlacheckie a ziemie lepiej uprawne.[109]
— Ej! któż to taki głosi tak dziwne zasady?
— To Przyjaciel ludzi, lub raczej mnichów.
— Żartował widać; wie nadto dobrze, że dziesięć rodzin, z których każda ma pięć tysięcy funtów renty w ziemi, są sto razy, tysiąc razy bardziej użyteczne, niż klasztor który posiada pięćdziesiąt tysięcy funtów rocznie i który zawsze ma tajemny skarbczyk. Chwali piękne domostwa wznoszone przez mnichów, a właśnie to drażni obywateli; to przyczyna skarg całej Europy. Ślub ubóstwa wyklucza pałace, jak ślub pokory sprzeciwia się dumie, a ślub unicestwienia rodzaju sprzeciwia się naturze.
— Zaczynam wierzyć, że trzeba się bardzo mieć na baczności przed książkami.
— Trzeba poczynić sobie z niemi tak jak z ludźmi: wybierać mądre, badać je, i poddawać się jedynie oczywistości.


IX. O podatkach na rzecz zagranicy.

Przed jakim miesiącem, człowiek o czterdziestu talarach przyszedł do mnie trzymając się za boki od śmiechu; śmiał się tak serdecznie, że i ja zacząłem się śmiać, nie wiedząc o co chodzi: tak człowiek skłonny jest do naśladowania! tak dalece rządzi nami instynkt! tak zaraźliwe są silne poruszenia duszy!

Ut ridentibus arrident, ita flentibus adflent[110]
Humani vultus[111].

Wyśmiawszy się do syta, opowiedział mi, że spotkał człowieka który się głosił protonotaryuszem Stolicy Apostolskiej: człowiek ten wysyłał dużą sumę pieniężną pewnemu Włochowi mieszkającemu o trzysta mil, w imieniu Francuza, któremu król dał małe lenno. Otóż, Francuz ten nie mógłby korzystać z dobrodziejstwa króla[112], o ileby nie oddał temu Włochowi pierwszego roku swego dochodu.
„To zupełna prawda, rzekłem; ale niema wtem nic tak zabawnego. Drobne prawa tego rodzaju kosztują Francyę około czterystu tysięcy rocznie; od półtrzecia wieku blisko, przez które trwa ten zwyczaj, wywieźliśmy do Włoch ośmdziesiąt milionów.
— Boże wszechmogący! wykrzyknął, ileż to razy po czterdzieści talarów! Czyż tedy ten Włoch podbił nas przed półtrzecia wiekiem, i nałożył na nas ten haracz? — Ba, rzekłem, nakładał nam niegdyś o wiele uciążliwsze. To drobiazg w porównaniu do tego, co ściągał przez długi czas z naszego biednego narodu i z innych biednych narodów w Europie“. Zaczem, opowiedziałem mu, w jaki sposób utrwaliły się te święte uzurpacye; zna nieco historyi, ma rozsądek, i zrozumiał łatwo, że byliśmy niewolnikami, którzy wloką jeszcze kawałek łańcucha. Długo przemawiał z siłą przeciw temu nadużyciu; ale z jakim szacunkiem dla samej religii! z jaką czcią dla biskupa! jak życzył im wiele razy po czterdzieści talarów, iżby je wydawali w swoich dyecezyach na dobre uczynki!
Pragnął także, aby wszyscy proboszcze wiejscy mieli dostateczną ilość czterdziestu talarów aby mogli żyć przystojnie. „Smutnem jest, mówił, aby proboszcz zmuszony był prawować się o trzy snopki zboża ze swoją owieczką, i aby jego prowincya nie opłacała go hojnie. Wstyd jest, aby jegomość był zawsze w procesie z dziedzicem wioski. Te wieczne spory o urojone prawa, o dziesięciny, niweczą szacunek jaki się im należy. Nieszczęśliwy rolnik, który już zapłacił poborcom swoją dziesięcinę, i dwa su od gruntu, i pogłówne i podymne, i wykup od kwaterunku skoro już dał kwaterę w naturze, etc., etc.; ten nieszczęśnik, powiadam, któremu jeszcze proboszcz wydziera dziesiątą część zbioru, nie patrzy nań jako na swego pasterza, ale jako na swego łupieżcę, który zeń zdziera tę resztkę skóry jaka mu pozostaje. Czuje dobrze, że ten, kto mu zabiera co dziesiąty snopek wedle prawa bożego, popełnia djabelskie okrucieństwo nie biorąc w rachubę tego co go kosztowało wyhodowanie tego snopka. Co zostaje dla niego i dla rodziny? Płacz, głód, zniechęcenie, rozpacz; umiera z wycieńczenia i nędzy. Gdyby proboszcz płatny był przez prowincyę, byłby pociechą swoich parafian, miast by go mieli uważać za wroga“.
Zacny człowiek rozczulił się mówiąc te słowa; kochał ojczyznę, dobro publiczne było jego ciągłą myślą. Wykrzykiwał czasami: „Ach, Francya! coby to był za naród, gdyby się chciało!“
Poszliśmy zobaczyć jego syna, któremu matka, schludna i czysto umyta, podawała bujną i białą pierś. Dziecko było bardzo ładne. „Ach, westchnął ojciec, jesteś oto, i masz jedynie prawo do dwudziestu trzech lat i czterdziestu talarów!“


X. O stosunkach.

Iloraz cyfr skrajnych w zrównaniu równy jest ilorazowi środkowych; ale dwa skradzione worki zboża nie są dla tych którzy je ściągnęli tem, czem strata ich życia dla osoby okradzionej.
Przeor z D***, któremu dwaj parobcy skradli dwa korce zboża, powiesił niedawno obu winowajców. Egzekucya ta kosztowała go więcej niż wart był cały jego zbiór; w dodatku, od tego czasu, nie może znaleźć służby.
Gdyby prawa nakazały, że ten, kto skradnie zboże swego pana, ma uprawiać jego pole całe życie, z kajdanami na nogach i dzwonkiem u szyi, przywiązany do pręgierza, przeor zyskałby na tem bardzo wiele.
Trzeba postrachu dla zbrodni; ale przymusowa praca i twardy wstyd bardziej przerażają niż szubienica.
Przed kilku miesiącami skazano pewnego zbrodniarza w Londynie na wywiezienie do Ameryki, iżby tam uprawiał, wraz z murzynami, plantacye cukru. W Anglii, jak w wielu innych krajach, każdy zbrodniarz ma prawo przedkładać królowi podanie, bądź aby uzyskać zupełne ułaskawienie, bądź też zmniejszenie kary. Ten wniósł prośbę aby go powieszono: oświadczał, iż śmiertelnie nienawidzi pracy, i że raczej woli dławić się minutę niż wyrabiać cukier całe życie.
Inni mogą myśleć inaczej, każdy ma swój gust; ale powiedziano to już i trzeba to powtarzać, że wisielec nie zda się na nic, kary zaś powinny być użyteczne.
Kilka lat temu, skazano w Tartaryi[113] dwóch młodych ludzi na pal, za to że nie zdjęli czapki patrząc na procesyę lamów. Cesarz chiński[114], który jest człowiekiem bardzo inteligentnym, rzekł iż skazałby ich na chodzenie z gołą głową za procesyą przez trzy miesiące.
Miarkujcie kary wedle występków, rzekł margrabia Beccaria[115]; ci, którzy tworzyli prawa, nie znali geometryi.
Jeżeli X. Guyan[116], albo Cogé, albo ex-jezuita Nonotte, albo ex-jezuita Patouillet, albo pastor La Beaumelle[117] klecą nędzne broszury, w których niema ani prawdy, ani rozsądku ani dowcipu, czy powiesicie ich, jak przeor z D*** swoich dwóch parobków, motywując to tem, że potwarz jest większym występkiem od kradzieży?
Czy skażecie samego Frerona[118] na galery, za to że obrażał dobry smak i kłamał całe życie w nadziei iż wypłaci się swemu szynkarzowi?
Czy każecie przykuć do pręgierza imć Larchera[119], za to że był ciężki i nudny, że piętrzył głupstwo na głupstwo, że nie umiał nigdy ocenić stopnia prawdopodobieństwa, za to że twierdzi, iż w starożytnem i olbrzymiem mieście, sławnem ze swego porządku i zazdrości mężów, słowem w Babilonie, gdzie kobiety były pod strażą eunuchów, wszystkie księżniczki obdarzały, z pobożności, swemi łaskami, w katedrze, publicznie, cudzoziemców za pieniądze? Zadowólmy się wysłaniem go w to miejsce iżby szukał szczęścia; bądźmy we wszystkiem umiarkowani; trzeba stosunku między winą a karą.
Darujmy temu biednemu Janowi Jakóbowi[120], kiedy sam sobie przeczy w każdem słowie; kiedy, wystawiwszy sam komedyę[121] wygwizdaną w teatrze w Paryżu, wymyśla tym, którzy wystawiają komedye o sto mil stamtąd; kiedy szuka protektorów i znieważa ich; kiedy deklamuje przeciw powieściom, a sam pisze powieść, której bohater, głupawy bakałarzyna, przyjmuje jałmużnę od Szwajcarki zrobiwszy jej dziecko i który idzie strwonić te pieniądze w zamtuzie paryskim; pozwólmy mu wierzyć, że przewyższył Fenelona i Xenofona, kształcąc młodego szlachcica w rzemiośle stolarza: te płaskie brednie nie zasługują na karę więzienia: szpital wariatów wystarczy zupełnie, wraz z krzepiącą polewką, puszczeniem krwi i dyetą.
Brzydzę się prawami Drakona, które jednako karały zbrodnie i błędy, złość i szaleństwo. Nie traktujmy jezuity Nonotte, który winien jest jedynie pisania głupstw i paszkwilów, tak jak potraktowano jezuitów Malagridę, Oldcorna, Garneta, Guignarda[122], Guereta, i jak powinno się potraktować jezuitę Le Telliera[123], który oszukał króla i zamącił spokój Francyi. Rozróżniajmy przedewszystkiem w każdym procesie, w każdej sprzeczce, w każdej zwadzie, napastnika od znieważonego, ciemiężcę od uciśnionego. Wojna zaczepna jest dziełem tyrana; ten, kto się broni, to człowiek sprawiedliwy.
Tonąłem w takich myślach, kiedy wpadł do mnie człowiek o czterdziestu talarach, cały zapłakany. Spytałem go z przejęciem, czy jego syn, który miał żyć dwadzieścia trzy lat, umarł. „Nie, odparł, malec ma się dobrze, i żona także; ale wezwano mnie jako świadka przeciw młynarzowi, którego poddano torturze zwyczajnej i nadzwyczajnej i który okazał się niewinnym; widziałem jak omdlał przy ponawianych torturach, słyszałem jak trzeszczą kości; słyszę jeszcze jego krzyki, wycia, prześladują mnie; płaczę z litości i drżę ze zgrozy“. Zacząłem płakać i drżeć również, jestem bowiem bardzo tkliwy.
Przypomniałem sobie wówczas okropną sprawę Kalasów[124], najzacniejszą matkę w kajdanach, córki uchodzące z płaczem z domu wydanego na grabież; czcigodnego ojca rodziny złamanego torturą, ginącego pod kołem i oddającego ducha w płomieniach; syna skutego w kajdany, zawleczonego przed sędziów, z których jeden rzekł: „Łamaliśmy kołem twego ojca, będziemy łamali i ciebie“.
Przypomniałem sobie rodzinę Sirwenów, którą jeden z moich przyjaciół spotkał w górach okrytych lodem, uchodzącą przed prześladowaniem niesprawiedliwego i ciemnego sędziego. „Sędzia ten (opowiadał mi przyjaciel) skazał całą tę niewinną rodzinę na męki, przypuszczając, bez cienia dowodu, że rodzice, przy pomocy dwóch córek, zamordowali i utopili trzecią, z obawy by nie poszła na mszę“. Jakiż bezmiar głupoty, niesprawiedliwości i barbarzyństwa ujrzałem w takich wyrokach!
Boleliśmy, wraz z człowiekiem o czterdziestu talarach, nad naturą ludzką. Miałem w kieszeni przemówienie generalnego adwokata w Delfinacie[125], tyczące częściowo tych doniosłych przedmiotów i odczytałem mu zeń następujące ustępy.
„Zaiste, byli to ludzie naprawdę wielcy, ci którzy odważyli się pierwsi objąć rząd nad swymi bliźnimi, i wziąć na barki brzemię powszechnego szczęścia; którzy, w imię dobra jakie chcieli świadczyć ludziom, wystawiali się na ich niewdzięczność, i, dla spokoju ludu, wyrzekli się własnego spokoju; stanęli niejako między ludźmi a Opatrznością, aby im sztuką stworzyć szczęście, które zdawało się im wzbronione.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

„Któryż urzędnik, nieco bardziej po ludzku biorący swoje obowiązki, byłby zdolny bronić tych pojęć? W zaciszu swego gabinetu, czyż zdoła, nie zadrżawszy od grozy i litości, rzucić okiem na te papiery, nieszczęsne pomniki zbrodni lub niewinności? Czy nie wyda mu się, że słyszy jęki wychodzące z tych złowrogich pism, i naglące go aby rozstrzygnął o losie obywatela, męża, ojca, całej rodziny? Jakiż bezlitosny sędzia (jeśli ma na barkach bodaj jeden kryminalny proces) potrafi z zimną krwią przejść pod bramą więzienia? Więc to ja, pomyśli, trzymam w tem ohydnem zamknięciu mego bliźniego, może równego mi, mego współobywatela, człowieka wreszcie! to ja go wiążę codzień, zamykam za nim te ohydne bramy! może rozpacz chwyciła się jego duszy; krzyczy ku niebu moje imię wśród przekleństw, i bezwątpienia wzywa na mnie wielkiego sędziego, który nas widzi i który ma sądzić nas obu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tutaj, przerażający widok nastręczył się nagle mym oczom; sędzia, znużony badaniem słownem, postanawia badać przez męczarnie: zniecierpliwiony dociekaniami, może podrażniony ich bezowocnością, każe przynieść pochodnie, łańcuchy, obcęgi, wszystkie owe narzędzia wymyślone dla zadawania mąk. Kat wkracza w czynności sądowe i gwałtem kończy śledztwo rozpoczęte pod znakiem wolności.
„Słodka filozofio! ty, która, w szukaniu prawdy, posługujesz się jeno uwagą i cierpliwością, czy spodziewałaś się, iż, w twoim wieku, będą używać takich narzędzi do jej odkrycia?
„Czyż to jest istotny fakt, iż nasze prawa zatwierdzają tę niepojętą metodę, a zwyczaj ją uświęca?

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

„Prawa ich idą śladem ich przesądów; kary publiczne nie ustępują w okrucieństwie postronnej zemście; czyny płynące z rozwagi niemniej są bezlitosne od wybryków namiętności. Jakaż jest przyczyna tego dziwnego przeciwieństwa? Ta, iż nasze przesądy są dawne, a nasza moralność nowa; iż jesteśmy równie przesiąknięci naszemi uczuciami jak niebaczni na nasze pojęcia; to iż gonitwa za przyjemnością nie pozwala się nam zastanowić nad naszemi potrzebami, i że bardziej nam jest pilno żyć niż dobrze żyć. Jednem słowem, obyczaje nasze są cywilizowane, ale nie są dobre; jesteśmy gładcy, ale nie jesteśmy nawet ludzcy“.
Urywki te, które wymowa podyktowała ludzkości, napełniły serce mego przyjaciela słodką pociechą. Podziwiał i roztkliwiał się. „Jakto! mówił z przejęciem, więc powstają takie arcydzieła na prowincyi! mówiono mi, że istnieje na świecie jedynie Paryż.
— Jedynie Paryż, rzekłem, gdy chodzi o opery komiczne; ale dziś jest na prowincyi wielu urzędników, którzy myślą równie zacnie, a wyrażają się równie silnie. Niegdyś orędzia sprawiedliwości, tak samo jak moralności, były jedynie śmieszne. Doktor Tępogłów miotał się na trybunie a Arlekin na kazalnicy. Wreszcie przyszła filozofia i rzekła: „Przemawiajcie publicznie jedynie poto, aby głosić nowe i użyteczne prawdy, obleczone w wymowę uczuć i rozumu.
— Ale jeżeli nie mamy nic nowego do powiedzenia? wykrzyknęli gaduły. — Milczcie wówczas, odparła filozofia; wszystkie te czcze oracye zawierające jedynie frazesy, są jak świętojański ogień, rozpalany w dobie w której najmniej trzeba gorąca; nie daje żadnej przyjemności i nie zostaje zeń nawet popiołu.
„Niech cała Francya czyta dobre książki. Ale, mimo postępu ludzkiego umysłu, czyta się bardzo mało; a pomiędzy tymi którzy się chcą niekiedy oświecić, większość czyta bardzo źle. Moi sąsiedzi grywają, po obiedzie, w angielską grę, którą z trudnością przychodzi mi wymówić, nazywa się bowiem whisk. Wielu dobrych obywateli, wielu przemądrych pyszałków powiada, że książki to rzecz nic nie warta. Ależ, panowie, wiecież wy, że wami władają tylko książki? czy wiecie, że kodeks cywilny, regulamin wojskowy i Ewangelia, to książki od których zawiśli jesteście w każdej chwili? Czytajcie, oświecajcie się; jedynie czytaniem krzepi się duszę; rozmowa rozdrabnia ją, gra zacieśnia.
— Nie mam do zbytku pieniędzy, odparł człowiek o czterdziestu talarach; ale jeżeli kiedy się dorobię, będę stałym gościem księgarni Marka Michała Reya“[126].


XI. O przymiocie.[127]

Człowiek o czterdziestu talarach mieszkał w małem miasteczku, gdzie nigdy, od stu pięćdziesięciu lat, nie stało załogą wojsko. W tym zapadłym kącie obyczaje były czyste jak powietrze które go otacza. Nie wiedziano, iż gdzieindziej miłość może być zakażona niszczącą trucizną, że pokolenia całe ulegają zarazie już w zarodku, i że natura, nawspak samej sobie, może uczynić tkliwość okropną a rozkosz straszliwą; oddawano się miłości z niewinną beztroską. Przybyło wojsko i wszystko się zmieniło.
Dwaj porucznicy, kapelan pułkowy, jeden sierżant i jeden rekrut, przybyły prosto z seminaryum, wystarczyli aby zatruć dwanaście wsi w niespełna kwartał. Dwie krewniaczki człowieka o czterdziestu talarach okryły się ropiejącymi wrzodami; piękne włosy wypadły; głos ochrypł; oczy stężały i zgasły; wyblakłe i obrzękłe powieki nie domykały się. Kości ich zaczęła toczyć tajemna zgnilizna jak członki Araba Hioba, mimo że Hiob nie miał nigdy tej choroby.
Chirurg pułkowy, człowiek wielce doświadczony, zmuszony był żądać pomocy władz, aby leczyć wszystkie dziewczęta w okolicy. Minister wojny, zawsze skłonny spieszyć z pomocą płci pięknej, posłał całą armię braciszków, którzy psuli jedną ręką to co naprawiali drugą.
Człowiek o czterdziestu talarach czytał wówczas filozoficzną historyę o Kandydzie, tłómaczoną z niemieckiego oryginału doktora Ralfa, która to książka dowodzi że wszystko jest dobrze i że było bezwarunkowo niemożliwem, w najlepszym z możliwych światów, aby przymiot, mór, kamień, piasek, skrofuły i inkwizycya nie wchodziły w skład wszechświata, tego wszechświata stworzonego jedynie dla człowieka, króla zwierząt i obrazu Boga, do którego najoczywiściej jest podobny jak dwie krople wody.
Czytał, w prawdziwej historyi Kandyda, iż słynny doktor Pangloss stracił przy kuracyi jedno oko i jedno ucho. „Och, och, mówił, czy moje krewniaczki, moje biedne krewniaczki, będą ślepe i bez ucha? — Nie, nie, pocieszał go chirurg: Niemcy mają ciężką rękę; my, Francuzi, leczymy dziewczęta pewnie, szybko i przyjemnie“.
W istocie, ładne kuzyneczki wylizały się; tyle tylko że miały głowy spuchnięte przez sześć tygodni jak balon, straciły połowę zębów, i pomarły na suchoty w pół roku później.
Podczas operacyi, krewniak ich i chirurg rozprawiali w ten sposób:
Człowiek o czterdziestu talarach. Czy podobna, proszę pana, aby natura połączyła tak straszliwe cierpienia z tak nieodzowną przyjemnością; tyle hańby z tylą chwały; aby niebezpieczniej było sporządzić dziecko niż zabić człowieka? Czy prawdą jest bodaj, na naszą pociechę, że ta plaga zmniejszyła się nieco na ziemi i że staje się z każdym dniem coraz mniej niebezpieczną?<
Chirurg. Przeciwnie, rozszerza się coraz więcej w całej chrześcijańskiej Europie; dotarła aż do Syberyi; w moich oczach zginęło od niej więcej niż pięćdziesiąt osób, między innymi pewien wielki wódz i pewien bardzo roztropny minister. Mało które wątłe piersi zdołają się oprzeć chorobie i lekarstwu. Dwie siostry, mała i duża[128], jeszcze skuteczniej od mnichów sprzysięgły się przeciw rodzajowi ludzkiemu.
Człowiek o czterdziestu talarach. Jeszcze jedna racya aby znieść zakony mnichów, iżby, przywróceni w szeregi ludzi, naprawili nieco szkody które sprawiają te dwie siostry. Powiedz mi pan, proszę, czy zwierzęta chorują na przymiot?
Chirurg. Ani na przymiot ani na ospę; a i mnichy są wśród nich nieznane.
Człowiek o czterdziestu talarach. Trzeba tedy przyznać, że są szczęśliwsze i rozsądniejsze niż my na tym najlepszym ze światów.
Chirurg. Nigdy o tem nie wątpiłem; mają o wiele mniej chorób od nas: instynkt ich jest o wiele pewniejszy niż nasz rozum; nigdy nie dręczy ich przeszłość ani przyszłość.
Człowiek o czterdziestu talarach. Byłeś pan chirurgiem francuskiego ambasadora w Turcyi: czy przymiot bardzo szerzy się w Konstantynopolu?
Chirurg. Francuzi przynieśli go do dzielnicy Pera, gdzie mieszkają. Znałem tam kapucyna, który był stoczony tą chorobą jak Pangloss; ale nie dotarła do miasta: nasi nie sypiają tam prawie nigdy. W tem ogromnem mieście niema prawie zupełnie dziewcząt publicznych. Każdy bogaty człowiek ma żony albo niewolnice Czerkieski, wciąż pilnowane, strzeżone, których krasa nie może być niebezpieczna. Turcy nazywają przymiot chorobą chrześcijańską; i to zdwaja głęboką ich wzgardę dla naszej religii; ale, w zamian, oni mają dżumę, chorobę egipską, na którą mało zważają i której zgoła nie silą się ustrzec.
Człowiek o czterdziestu talarach. Jak pan sądzi, kiedy ta plaga zaczęła się w Europie?
Chirurg. Za powrotem z pierwszej bytności Krzysztofa Kolumba u niewiernych ludów, które nie znały ani chciwości ani wojny, około r. 1494. Zacne te i prostoduszne narody były dotknięte tą chorobą od niepamiętnych czasów, tak jak trąd panował u Arabów i Żydów, a dżuma u Egipcyan. Pierwszym owocem, jaki Hiszpanie zebrali z podboju Nowego Świata był przymiot; rozprzestrzenił się szybciej niż meksykańskie pieniądze, które zaczęły krążyć w Europie dopiero znacznie później. Przyczyną tego było, iż wówczas, we wszystkich miastach, znajdowały się piękne domy publiczne, zwane b…, stworzone mocą powagi monarszej dla ubezpieczenia honoru dam. Hiszpanie zanieśli truciznę do tych uprzywilejowanych domów, z których książęta i biskupi czerpali dzieweczki w miarę potrzeby. Zanotowano, że w Konstancyi było siedmset ośmnaście dziewcząt publicznych dla obsługi soboru, który tak pobożnie kazał spalić Jana Husa i Hieronima z Pragi.
Z tego jednego rysu można osądzić, z jaką chyżością choroba obiegła wszystkie kraje. Pierwszy dostojnik który z niej umarł, był to znamienity i wielebny biskup i wicekról węgierski, w r. 1499. Bartłomiej Montanagua, wielki lekarz z Padwy nie zdołał go uleczyć. Gualtieri zapewnia, że arcybiskup moguncki, Bertold z Hennebergu, „dotknięty ciężkim przymiotem, oddał ducha Bogu w r. 1504“. Wiadomo, że nasz król, Franciszek I, z tego umarł. Henryk III zaraził się w Wenecyi, ale jakóbin Jakób Clément uprzedził skutki choroby.
Parlament paryski, zawsze dbały o dobro publiczne, pierwszy wydał edykt przeciw przymiotowi, w r. 1497. Zabronił wszystkim zarażonym przebywać w Paryżu pod karą powroza; ale, ponieważ nie było łatwo dowieść obywatelom obojej płci że są winni przekroczenia zakazu, edykt ten miał równie małe znaczenie jak edykty wydane później przeciw emetykowi; na złość parlamentowi: ilość winnych wciąż wzrastała. Pewnem jest, iż, gdyby ich poddano egzorcyzmowi zamiast ich wieszać, nie byłoby już dziś tej choroby na ziemi; ale, na nieszczęście, nie pomyślano o tem.
Człowiek o czterdziestu talarach. Czy to prawda, to co czytałem w Kandydzie, że, kiedy w Europie dwie armie, po trzydzieści tysięcy ludzi, kroczą naprzeciw siebie, można się założyć że jest po dwadzieścia tysięcy zarażonych z każdej strony?
Chirurg. Aż nadto prawda. Toż samo w liceach Sorbony. Cóż mają począć, powiedz pan, młodzi bakałarze, do których natura przemawia głośniej i dobitniej aniżeli teologia? Mogę panu przysiądź, iż, stosunkowo, ja i moi koledzy mamy w kuracyi więcej młodych księżyków niż młodych oficerów.
Człowiek o czterdziestu talarach. Czy nie byłoby jakiego sposobu wytępienia tej zarazy, która nęka Europę? Starano się już osłabić jad ospy; czy nie da się nic począć przeciw przymiotowi?
Chirurg. Byłby tylko jeden sposób: aby wszyscy monarchowie sprzymierzyli się, jak za czasu Godfryda z Bouillonu. Niewątpliwie krucyata przeciw przymiotowi byłaby o wiele rozsądniejsza, niż owe które podjęto niegdyś tak nieszczęśliwie przeciw Saladynowi, Meleskali i Albigensom. O wiele byłoby mądrzej porozumieć się celem odparcia wspólnego wroga, niż wytężać wciąż uwagę na pochwycenie chwili dogodnej dla spustoszenia ziemi i zasłania pól trupami, aby wydrzeć sąsiadom parę miast i kilkanaście wiosek. Mówię wbrew swoim interesom, gdyż wojna i przymiot to mój kapitał; ale trzebaż być człowiekiem, zanim się jest chirurgiem armii“.
W ten oto sposób, człowiek o czterdziestu talarach kształtował sobie, jak to mówią, duszę i serce. Nietylko odziedziczył po swoich dwóch krewniaczkach które umarły do pół roku; ale także dostał spadek po bardzo dalekim krewnym, który był poddzierżawcą szpitalów wojskowych i który mocno utył na djecie chorych żołnierzy. Człowiek ten zawsze bronił się małżeństwu; miał wcale ładny seraj. Nie dopomagał nikomu z rodziny, żył w rozpuście, i umarł w Paryżu z niestrawności. Był to, jak z tego widać, człowiek bardzo użyteczny dla kraju.
Nasz nowy filozof zmuszony był udać się do Paryża aby podjąć schedę. Najpierw dzierżawcy majątków chcieli mu ją wydrzeć. Miał to szczęście, że wygrał proces, i był na tyle wspaniałomyślny iż oddał biedakom w swojej wiosce, którzy nie mieli swoich czterdziestotalarowych działów, część spadku po bogaczu; poczem wziął się do zaspokojenia swojej wielkiej namiętności, mianowicie chęci posiadania biblioteki.
Czytał co rano, robił wyciągi, a wieczorem radził się uczonych, aby się dowiedzieć w jakim języku wąż przemawiał do naszej dobrej matki; czy dusza mieści się w spoidle, czy w nasadce mózgu; czy św. Piotr spędził dwadzieścia pięć lat w Rzymie; jaka jest specyficzna różnica między tronem a władztwem, i czemu murzyni mają spłaszczone nosy. Zresztą postanowił sobie nigdy nie rządzić państwem, i nie popełnić żadnej broszury przeciw nowym sztukom. Nazywano go panem Andrzejem; było to jego chrzestne imię. Ci, co go znali, oddają sprawiedliwość jego skromności i przymiotom, tak nabytym jak wrodzonym. Zbudował wygodny dom w swojej czteromorgowej posiadłości. Syn jego pójdzie niebawem do szkoły; ale ojciec chce go oddać do kolegium Harcourt, a nie Mazarin, z przyczyny profesora Cogé, który pisze paszkwile, profesor zaś kolegium nie powinien pisać paszkwilów.
Pani Andrzejowa obdarzyła też męża ładną córką, którą ma zamiar wydać za radcę najwyższego trybunału podatkowego, byle dygnitarz ów nie miał choroby, którą zacny chirurg pragnie wytępić w chrześcijańskiej Europie.


XII. Wielki spór.

W czasie pobytu p. Andrzeja w Paryżu, toczył się tam doniosły spór[129]. Chodziło o to, czy Marek Antonin był zacnym człowiekiem, i czy jest w piekle, czy w czyśćcu, czy też w otchłani, w oczekiwaniu zmartwychwstania. Wszyscy zacni ludzie wzięli stronę Marka Antonina. Powiadali: „Antonin był zawsze sprawiedliwy, wstrzemięźliwy, czystego życia, dobroczynny. Prawda, że nie ma w Raju równie pięknego miejsca jak św. Antoni, trzebaż bowiem proporcyi (jak to widzieliśmy właśnie); ale to pewna, że dusza cesarza Antonina nie jest na rożnie w piekle. Jeżeli jest w czyśćcu, trzeba ją stamtąd wydobyć; chodzi tylko o odpowiednią ilość mszy. Jezuici nie mają nic do roboty; niech odmówią trzy tysiące mszy za duszę Marka Antonina; zarobią na tem, po piętnaście su od sztuki, dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt funtów. Zresztą, należy się szacunek koronowanej głowie; nie trzeba jej skazywać lekkomyślnie na potępienie.
Przeciwnicy tych zacnych ludzi utrzymywali nawspak, że nie trzeba sobie robić żadnych ceremonii z Markiem Antoninem; że to był heretyk; że karpokraci[130] i alogowie nie tyle są niegodziwi co on; że umarł bez spowiedzi; że trzeba dać przykład; że dobrze jest go skazać na ogień wieczny, aby nauczyć rozumu cesarzów Chin i Japonii, takoż Persyi, Tunisu i Maroku, królów Anglii, Szwecyi, Danii, Prus, stathoudera Holandyi i naczelnika kantonu berneńskiego, którzy tak samo nie chodzą do spowiedzi jak cesarz Marek Antonin; że wreszcie niewymownie miło jest wydawać dekrety przeciw zmarłym władcom, kiedy nie można ich wydawać przeciw nim za życia, z obawy postradania uszu.
Spór stał się tak poważny, jak niegdyś ów słynny spór między urszulankami a anuncyatkami, spierającemi się które z nich potrafią dłużej nosić jajka na miękko między pośladkami, tak aby się nie stłukły. Lękano się szyzmy jak za czasu stu i jednej powiastek dobrej babuni, oraz przekazów[131] płatnych na okaziciela na tamtym świecie. Szyzma, to rzecz bardzo przeraźliwa; to oznacza rozbieżność mniemań; aż do tej zaś opłakanej chwili, wszyscy ludzie myśleli jednako.
P. Andrzej, który jest gorącym obywatelem, zaprosił naczelników obu stronnictw na wieczerzę. Jestto jeden z najmilszych biesiadników jakich znam; usposobienie łagodne a żywe, wesołość nie hałaśliwa; umysł łatwy a otwarty; dowcip jego nie czyha na to, aby zadławić dowcip kogoś drugiego; powagę, którą sobie zdobył, zawdzięcza jedynie uprzejmości, umiarkowaniu, miłej i ujmującej fizyognomii. Potrafiłby ugościć wesoło przy jednym stole Korsykanina z Genueńczykiem, muftiego z arcybiskupem. Pochwycił zręcznie pierwsze ciosy jakie zadali sobie dysputujący, odwracając rozmowę i opowiadając bardzo ucieszną opowiastkę, która jednakowo zabawiła potępiających i potępionych. Wreszcie, kiedy wino poszło im nieco do głowy, kazał im podpisać, że dusza cesarza Marka Antonina zostanie w statu quo, to znaczy niewiadomo gdzie, w oczekiwaniu ostatecznego osądzenia.
Po kolacyi, dusze teologów wróciły spokojnie do otchłani: zapanował spokój. Załagodzenie to przyniosło wiele zaszczytu człowiekowi o czterdziestu talarach; za każdym razem kiedy wszczynała się jakaś bardzo cierpka, bardzo ostra dysputa między uczonymi czy nieuczonymi, powiadano do obu stron: „Panowie, chodźmy wieczerzać do pana Andrzeja“.
Znam dwa zajadłe stronnictwa[132], które, dlatego że nie były na wieczerzy u pana Andrzeja, ściągnęły na siebie wielkie nieszczęścia.


XIII. Wypędzenie niegodziwca.

Sława, jaką zyskał p. Andrzej iż umie jednać spory dając dobrą wieczerzę, ściągnęła nań, w zeszłym tygodniu, osobliwą wizytę. Czarny człowieczek, dość licho ubrany, przygarbiony, z głową przekrzywioną na bakier, z błędnem okiem i bardzo brudnemi rękoma, przyszedł go zaklinać aby go zaprosił na wieczerzę wraz z jego wrogami.
„Kto są pańscy wrogowie, spytał p. Andrzej, i kto pan i jesteś?
— Ach, odparł, wyznaję że biorą mnie za jednego z owych hultajów, co to piszą paszkwile aby zarobić na chleb i krzyczą Bóg, Bóg, Bóg, religia, religia, aby schwycić ochłap jakiegoś beneficyum. Obwiniają mnie, iż spotwarzałem ludzi najprawdziwiej religijnych, najszczerszych czcicieli bóstwa, najuczciwszych ludzi w całem królestwie. Prawda, iż, w zapale pisania, wymykają się nieraz ludziom mego fachu drobne przeoczenia, które świat bierze za grube fałsze, omyłki które nazywają bezczelnem kłamstwem. Zapał nasz uważają za ohydną mięszaninę hultajstwa i fanatyzmu. Zapewniają, iż, o ile nam się udaje podejść dobrą wiarę paru starych idyotek, jesteśmy równocześnie przedmiotem wzgardy wszystkich uczciwych ludzi umiejących czytać.
„Moi wrogowie, to są wybitni członkowie najświetniejszych Akademii w Europie, czczeni pisarze, dobroczynni obywatele. Wydałem właśnie na świat dzieło, które nazwałem antyfilozofią[133]. Miałem najlepsze zamiary, ale nikt nie chciał kupować mojej książki. Ci, którym ją pokazałem, rzucili ją w ogień, ponieważ jest nietylko anty-rozumna, ale i anty-chrześcijańska i bardzo anty-uczciwa.
— Zatem, rzekł p. Andrzej, idź pan za przykładem tych którym pokazałeś swój paszkwil, rzuć go do ognia; niech już nie będzie o nim mowy. Chwalę wielce twoją skruchę, ale nie podobna mi zapraszać cię na wieczerzę ze światłymi ludźmi, którzy nie mogą być twymi wrogami, ile że nigdy nie będą cię czytali.
— Czy nie mógłby pan przynajmniej, rzekł ten płaz, pojednać mnie z rodziną nieboszczyka p. de Montesquieu, którego pamięć znieważyłem, aby wysławić wielebnego O. Routh, tego co to chciał go nękać w ostatnich chwilach i którego wyrzucono za drzwi?
— Do kroćset, rzekł p. Andrzej; wielebny O. Routh dawno już umarł; idźże wieczerzać z nim“.
P. Andrzej, kiedy ma do czynienia z tem złem i głupiem nasieniem, nie zna co to żarty. Czuł, że ten płaz chce wcisnąć się na wieczerzę z wybitnymi ludźmi jedynie poto aby wszcząć dysputę, aby ich potem spotwarzyć, pisać paszkwile, drukować nowe kłamstwa. Wypędził go z domu, tak jak wypędzono wielebnego O. Routh z pokoju prezydenta de Montesquieu.
Rano musiałby wstać, ktoby oszukał p. Andrzeja. Im bardziej był naiwny i prostoduszny jako człowiek o czterdziestu talarach, tem przezorniejszy stał się poznawszy ludzi.


XIV. Zdrowy rozum pana Andrzeja.

Jak bardzo skrzepił się zdrowy rozum p. Andrzeja, odkąd ma bibliotekę! Żyje z książkami tak jak z ludźmi: wybiera, i nigdy nie da się omamić nazwisku. Co za przyjemność kształcić się i rozprzestrzeniać swą duszę za talara, nie wychodząc z pokoju!
Cieszy się, że się urodził w czasie kiedy rozum ludzki zaczyna się doskonalić. „Jakże byłbym nieszczęśliwy gdybym żył w czasach jezuity Garasse, jezuity Guiguard, albo doktora Boucher, doktora Aubry, doktora Guincestre, albo ludzi którzy skazywali na galery tych co pisali przeciw kategorjom Arystotelesa!“
Nędza zwątliła niegdyś sprężyny duszy p. Andrzeja; dobrobyt wrócił im elastyczność. Jest w świecie tysiące Andrzejów, którym brakło tylko jednego obrotu koła fortuny, aby z nich zrobić ludzi z prawdziwą wartością.
Jest dziś obznajmiony ze wszystkiemi sprawami Europy, a zwłaszcza z postępami ducha ludzkiego.
„Zdaje mi się, mówił do mnie w ostatni wtorek, że Rozum wędruje małymi postojami, z północy na południe, wraz ze swemi dwiema serdecznemi przyjaciółkami, Doświadczeniem i Tolerancyą. Rolnictwo i Przemysł towarzyszą im. Zjawił się we Włoszech; ale Kongregacya Indeksu odepchnęła go. Zdołał jedynie wysłać tam potajemnie paru swoich agentów, którzy czynią wiele dobrego. Jeszcze kilka lat, a kraj Scypionów przestanie być krajem Arlekinów w habicie, „Ma on, od czasu do czasu, okrutnych nieprzyjaciół we Francyi; ale ma tylu przyjaciół, że trzeba go będzie w końcu zrobić pierwszym ministrem.
„Kiedy się pojawił w Bawaryi i Austryi, natknął się tam na parę łbów w peruce, które patrzyły nań tępym i zdumionym wzrokiem. Rzekli doń: „Panie, nigdy nie słyszeliśmy o panu; nie znamy pana. — Panowie, odparł Rozum, z czasem poznacie mnie i pokochacie[134]. Przyjmują mnie bardzo uprzejmie w Berlinie, w Moskwie, w Kopenhadze, w Sztokholmie. Oddawna już, dzięki wpływom Locke’a, Gordona, Frencharda, milorda Shaftesbury[135] i tylu innych, otrzymałem prawo obywatelstwa w Anglii. Przyznacie mi je pewnego dnia. Jestem dzieckiem Czasu, i pokładam niezłomną nadzieję w swoim ojcu“.
„Kiedy przekroczył granice Hiszpanii i Portugalii, błogosławił Boga za to że stosy Inkwizycyi nie płoną już tak często; powziął najlepsze nadzieje widząc iż wypędzono jezuitów[136]; ale obawiał się, aby, oczyszczając kraj z lisów, nie wydano go wilkom.
„Jeżeli podejmie jeszcze raz próby dostania się do Włoch, zacznie zapewne od Wenecyi, zawadzi też o Neapol, mimo tamecznych skraplań[137], które przyprawiają go o mdłości. Podobno ma on niezawodny sposób aby odczepić sznurki korony, które zaplątały się, nie wiadomo jak, w tyarę, i aby wstrzymać mierzynów od składania czołobitności mułom“.
Słowem, rozmowa z p. Andrzejem działa na mnie bardzo krzepiąco; im lepiej go poznaję, tem bardziej go lubię.


XV. O dobrej wieczerzy u p. Andrzeja.

Wieczerzaliśmy wczoraj z pewnym doktorem Sorbony, z głośnym żydem panem Pinto[138], z kapelanem protestanckim ambasadora Batawii, z sekretarzem księcia Galicyna[139] (obrządku greckiego), z kapitanem szwajcarskim kalwinem i z trzema światłemi i uroczemi damami.
Wieczerza ciągnęła się długo, mimo to nie dysputowano o religii, jakgdyby żadnego z biesiadników nic nie obchodziła: tak bardzo, trzeba przyznać, ucywilizowaliśmy się, tak bardzo każdy się lęka sprawić przy wieczerzy przykrość swoim braciom! Nie tak poczyna sobie regent Cogé, i ex-jezuita Nonotte, i ex-jezuita Patouillet, i ex-jezuita Rotalier, i inne tego rodzaju dwunogi. Te chłystki zmieszczą więcej głupstw w broszurze o dwu stronicach niż elita Paryża może powiedzieć miłych i pouczających rzeczy podczas wieczerzy trwającej cztery godziny; a co znamienne, to iż nie śmieliby nikomu powiedzieć w oczy tego co mieli bezwstyd drukować.
Rozmowa kręciła się zrazu koło żarciku z Listów perskich[140], gdzie autor powiada, zgodnie ze zdaniem wielu uczonych, iż świat nietylko pogarsza się ale i wyludnia z każdym dniem; tak iż, jeżeli przysłowie francuskie[141]: Im więcej szaleńców, tem więcej śmiechu zawiera coś prawdy, śmiech będzie niechybnie wygnany z ziemi.
Doktor Sorbony upewnił, że, w istocie, ludzkość stopniała niemal do zera. Przytoczył O. Petau[142], który wywodzi, iż, w niecałe 300 lat, jeden jedyny z synów Noego (nie wiem czy to Sem czy Jafet) wywiódł ze swoich lędźwi seryę potomstwa, wynoszącą 623.612.358 tysięcy wiernych: a to w roku 285 po powszechnym potopie.
P. Andrzej spytał, czemu, za cesarza Filipa Pięknego, to znaczy w trzysta lat blisko po Hugonie Kapecie, nie było 623 miliardów książąt krwi królewskiej. „Bo wiara zmalała“ odparł doktór Sorbony.
Wiele mówiono o stubramnych Tebach, i o milionie żołnierzy, którzy wychodzili temi bramami wraz z dwudziestoma tysiącami rydwanów wojennych. „Opuść coś, opuść, rzekł p. Andrzej: podejrzewam, że ten sam duch który napisał Gargantuę, pisał niegdyś wszystką historyę.
— Koniec końców, rzekł jeden z biesiadników, Teby, Memfis, Babilon, Niniwa, Troja, to były wielkie miasta, i już nie istnieją.
— To prawda, odparł sekretarz księcia Galicyna; ale Moskwa, Konstantynopol, Londyn, Paryż, Amsterdam, Lyon który nie ustępuje Troi, wszystkie miasta Francyi, Niemiec, Hiszpanii i Północy były wówczas pustynią“.
Kapitan szwajcarski, człowiek bardzo wykształcony, wyznał nam, że, kiedy jego przodkowie chcieli opuścić swoje góry i przepaście aby zagarnąć (rzecz naturalna) jakiś przyjemniejszy kraj, Cezar, który widział własnemi oczami spis tych emigrantów, stwierdził że sięga liczby trzystu sześćdziesięciu ośmiu tysięcy, licząc starców, kobiety i dzieci. Dziś, jeden kanton berneński posiada tylu mieszkańców, a nie stanowi on ani połowy Szwajcaryi; mogę państwa zapewnić, że trzynaście kantonów liczy razem więcej niż siedmset dwadzieścia tysięcy dusz, licząc urodzonych w kraju którzy służą albo handlują zagranicą. Wobec tego, panowie uczeni, sporządzajcie rachunki i systemy, i jedne i drugie będą jednako fałszywe“.
Następnie, poruszono kwestyę, czy obywatele rzymscy za Cezara byli bogatsi niż obywatele paryscy za czasu pana Silhouette[143].
„Och, to już mój wydział, rzekł p. Andrzej. Byłem długo człowiekiem o czterdziestu talarach; wierzę chętnie, że obywatele rzymscy mieli więcej. Ci dostojni łupieżcy i rabusie ograbili najpiękniejsze kraje Azyi, Afryki i Europy. Żyli bardzo wspaniale z owocu swoich rabunków; ale, ostatecznie, byli w Rzymie i nędzarze. Jestem przekonany, że, między tymi zwycięzcami świata, byli ludzie zmuszeni żyć z czterdziestu talarów rocznie, jak ja żyłem.
— Czy pan wiesz, rzekł uczony Akademik, że Lukullus wydawał na każdą wieczerzę, wyprawianą w sali Apollina, trzydzieści dziewięć tysięcy trzysta siedmdziesiąt dwa funty, trzynaście su, wedle naszej monety; ale Attykus, słynny epikurejczyk Attykus, nie wydawał miesięcznie na życie więcej niż dwieście trzydzieści pięć funtów turnejskich.
— Jeżeli tak, rzekłem, godzien był zostać przewodniczącym bractwa sknerów, jakie niedawno powstało we Włoszech. Czytałem, jak pan, u Florusa tę nieprawdopodobną bajeczkę; ale widocznie Florus[144] nie był nigdy na wieczerzy u Attykusa, albo też tekst jego skazili, jak tyle innych, kopiści. Nigdy Florus nie wmówi we mnie, że przyjaciel Cezara i Pompejusza, Cycerona i Antoniusza, którzy jadali często u niego, opędził wydatki mniej niż dziesięcioma ludwikami na miesiąc.

„I oto jak na świecie historyę się pisze“[145].

Pani Andrzejowa wmięszała się do rozmowy, i oświadczyła uczonemu, że, jeżeli zechce pokryć jej wydatki sumą dziesięć razy większą, sprawi jej wielką przyjemność.
Jestem przekonany, że ten wieczór u państwa Andrzejów kosztował tyle co jeden miesiąc Attykusa; damy zaś powątpiewały mocno czy wieczerze rzymskie były milsze od paryzkich. Rozmowa, mimo że nieco uczona, była bardzo wesoła. Nie mówiono ani o nowych modach, ani o cudzych śmiesznostkach, ani o ostatnich skandalikach.
Roztrząśnięto gruntownie kwestyę zbytku. Zastanawiano się czy to zbytek zniweczył cesarstwo rzymskie, i dowiedziono że oba cesarstwa, Wschodu i Zachodu, zginęły jedynie przez dysputy religijne i mnichów. W istocie, kiedy Alaryk zajmował Rzym, wszyscy bawili się jedynie teologicznymi swarami; kiedy zaś Mahomet zajął Konstantynopol, mnichy o wiele energiczniej broniły wieczności światła Taboru, które widzieli w swoim pępku, niż miasta przed Turkami.
Jeden z uczonych rzucił uwagę, która mnie bardzo uderzyła: to iż te dwa wielkie państwa znikły, dzieła zaś Wergilego, Horacego, Owidyusza przetrwały.
Jednym skokiem, z wieku Augusta, znaleźliśmy się w wieku Ludwika XIV. Któraś dama spytała, czemu, mimo ogromnej powszechności dowcipu, nie powstają dziś wielkie dzieła.
P. Andrzej odparł, że dlatego iż wydał je wiek poprzedni. Była to myśl subtelna, a wszelako trafna; rozstrząśnięto ją. Następnie, dostało się mocno pewnemu Szkotowi, który pozwala sobie stanowić prawidła smaku i krytykuje najwspanialsze ustępy z Racina, nie umiejąc po francusku[146]. Jeszcze gorzej oberwało się Włochowi, nazwiskiem Denina[147], który oczernił Ducha praw nie rozumiejąc go, i skrytykował szczególnie to co jest najlepsze w tem dziele.
Przywiodło to na pamięć lekceważenie, jakiem Boileau popisywał się dla Tassa. Któryś z biesiadników ośmielił się twierdzić, że Tasso, mimo swoich błędów, jest o tyle wyższy od Homera, o ile Montesquieu, przy swoich jeszcze większych błędach, wyrasta ponad bajdurzenie Grocyusza[148]. Zaczem, wszyscy powstali przeciw tym niewczesnym krytykom, dyktowanym przez narodową zawiść i uprzedzenia. Signora Deninę potraktowano tak jak na to zasłużył i jak światli ludzie traktują pedantów.
Zauważono zwłaszcza bardzo trafnie, iż większość utworów literackich obecnego wieku, kręci się, tak samo jak i rozmowy, około rozbioru arcydzieł wieku zeszłego. Naszym talentem jest dyskutować nad ich talentem. Jesteśmy jak wydziedziczone dzieci, które obliczają majątki swoich rodziców. Wszyscy zgodzili się, że filozofia zrobiła ogromne postępy; ale język i styl zepsuły się nieco.
Właściwością rozmowy jest, iż skacze z jednego tematu na drugi. Wszystkie te przedmioty ciekawości, wiedzy i smaku znikły niebawem wobec wielkiego widowiska, jakie cesarzowa rosyjska i król polski[149] dali światu. Podnieśli właśnie zmiażdżoną ludzkość, ustanowili wolność sumień na przestrzeni o wiele obszerniejszej niż dawne cesarstwo rzymskie. To dobrodziejstwo wyświadczone rodzajowi ludzkiemu, ten przykład dany tylu dworom które uważają się za wielce polityczne, uczczono jak na to zasługują. Pito na zdrowie carowej, króla-filozofa i prymasa filozofa, i życzono im wielu naśladowców. Nawet doktor Sorbony przyłączył się do powszechnego zachwytu: zdarzają się bowiem rozumni ludzie w tem ciele, jak niegdyś zdarzali się w Beocyi.
Rosyjski sekretarz zdumiał nas opowiadaniem o wielkich dziełach jakie prowadzi się w Rosyi. Pytaliśmy, czemu świat woli czytać dzieje Karola XII[150], który przez całe życie niszczył, niż żywot Piotra Wielkiego, który swoje strawił na tworzeniu. Zgodziliśmy się, że dzieciństwo i płochość są przyczyną tego wyboru; że Karol XII był don Kiszotem Północy, Piotr zaś był jej Solonem; że do płytkich dusz bardziej trafia niedorzeczny heroizm niż wielkie zamysły prawodawcy; że szczegóły założenia miasta mniej ich bawią niż męstwo człowieka, który, sam jeden, tylko ze służbą, stawił czoło dziesięciu tysiącom Turków; że wreszcie większość czytelników woli się bawić niż uczyć. Stąd pochodzi, iż sto kobiet czyta Tysiąc i jedną noc, na jedną która przeczyta dwa rozdziały z Locke’a.
O czemże nie mówiono na tej wieczerzy którą długo będę pamiętał! Trzeba było zejść w końcu na aktorów i aktorki, ten wiekuisty temat rozmów biesiadnych w Wersalu i w Paryżu. Wszyscy się zgodzili, że dobry deklamator to rzecz tak rzadka jak dobry poeta. Wieczerza skończyła się śliczną piosenką, którą jeden z obecnych ułożył na cześć dam. Co do mnie, wyznaję iż uczta Platona nie sprawiłaby mi takiej przyjemności co wieczerza u państwa Andrzejów.
Nasi modni panicze i damulki znudziliby się tam zapewne; uważają się za „dobre towarzystwo“; ale i p. Andrzej i ja obchodzimy się doskonale bez tego dobrego towarzystwa.





BIAŁY BYK.
(PRZEŁOŻONE Z SYRYJSKIEGO PRZEZ P. MAMAKI, TŁÓMACZA KRÓLA ANGIELSKIEGO DO JĘZYKÓW WSCHODNICH.)
(1774.)

I. Jak księżniczka Amazyda spotkała byka.

Młoda księżniczka Amazyda, córka Amazysa, króla Tanisu w Egipcie, przechadzała się po drodze do Peluzy w otoczeniu swych dam. Tonęła w głębokim smutku; łzy płynęły z jej pięknych oczu. Wiadomo, jaka była przyczyna jej boleści, i jak bardzo lękała się, właśnie tą boleścią, narazić królowi swemu ojcu. Stary Mambres, dawny mag i eunuch faraonów, znajdował się przy niej: nie opuszczał jej prawie nigdy. Patrzał na jej urodzenie, wychował ją, nauczył i ją wszystkiego co pięknej księżniczce wolno jest umieć w Egipcie. Rozum Amazydy równy był jej piękności; była równie tkliwa i czuła jak urocza; i ta właśnie tkliwość kosztowała ją tyle łez.

Księżniczka miała dwadzieścia cztery lat; mag Mambres liczył ich blisko tysiąc trzysta. On-to, jak wiadomo, wiódł z Mojżeszem ową słynną dysputę, w czasie której zwycięstwo ważyło się długo między tymi dwoma głębokimi filozofami. Jeżeli Mambres uległ, to jedynie wskutek widocznej stronniczości sił niebieskich, które wspierały jego rywala: trzeba było bogów, aby zwyciężyć Mambresa. Wiek osłabił tę głowę, o tyle wyższą od innych głów[151] i tę moc która oparła się mocy powszechnej; ale został mu zawsze spory zasób rozumu: podobny był do tych olbrzymich budowli starożytnego Egiptu, których ruiny świadczą o ich wielkości. Mambres był jeszcze bardzo tęgi w radzie; mimo zaś że nieco stary, duszę miał nader współczującą.
Amazys zrobił go ochmistrzem dworu córki; wywiązał się z tych zadań ze zwykłą roztropnością. Wzruszały go westchnienia pięknej Amazydy. „O mój kochanku! mój młody i drogi kochanku!“ wykrzykiwała od czasu do czasu; o największy ze zwycięzców, najdoskonalszy, najpiękniejszy z ludzi! jakto! od siedmiu lat blisko znikłeś z ziemi! jakiż Bóg wydarł cię tkliwej Amazydzie? Wszechświat byłby obchodził uroczyście i opłakiwał twój zgon. Nie umarłeś, uczeni prorocy egipscy godzą się na to; ale umarłeś dla mnie, jestem sama na ziemi, jest mi ona pustynią. Jakim niepojętym cudem opuściłeś tron i kochankę? Twój tron był pierwszym tronem świata, to niewiele; ale ja, która cię ubóstwiam, mój drogi Na...“ Miała dokończyć. „Nie waż się wymawiać tego złowrogiego imienia, rzekł roztropny Mambres, dawny eunuch i mag Faraonów. Podchwyciłaby je może któraś z dam pałacowych. Są ci wszystkie oddane, a wszystkie piękne damy mają sobie za obowiązek dopomagać w sprawach sercowych pięknym księżniczkom; ale, ostatecznie, może się znaleść między niemi któraś nieopatrzna a nawet przewrotna. Wiem, że twój królewski ojciec, który zresztą cię kocha, przysiągł ci uciąć głowę, jeśli wymówisz to straszne słowo, wciąż wiszące na twoich ustach. Płacz, ale milcz. Twarde to, zaiste, prawo; ale nie poto cię wychowałem w mądrości egipskiej, abyś nie umiała panować nad swoim językiem. Pomnij, że Harpokrat[152], jeden z naszych największych bogów, ma zawsze palec na ustach“. Piękna Amazyda płakała, ale nie rzekła już nic.
Gdy tak szła w milczeniu ku brzegom Nilu, spostrzegła z daleka, w gaiku kąpiącym się w rzece, staruszkę w szarych łachmanach, siedzącą na małym pagórku. Miała koło siebie oślicę, psa, kozła. Naprzeciw niej zwinął się wąż, ale nie był to zwykły wąż, oczy jego bowiem były tkliwe i pełne życia; fizyognomia szlachetna i zajmująca; skóra błyszczała bogactwem powabnych kolorów. Olbrzymia ryba, wpół zanurzona w rzece, dopełniała tego osobliwego towarzystwa. Na gałęzi siedziały kruk i gołąb. Wszystkie te stworzenia zdawały się wieść z sobą wcale ożywioną rozmowę.
„Ach! szepnęła księżniczka, te istoty mówią bezwątpienia o swoich miłościach, a mnie nie wolno wymówić imienia tego którego kocham!
Stara miała w ręku cienki stalowy łańcuszek, długi na sto stóp, na którym uwiązany był biały byk, pasący się na łące. Był biały, kształtny, pulchny, a zarazem lekki, co jest rzadkie. Rogi miał z kości słoniowej. Był to najpiękniejszy egzemplarz byka, jaki kiedykolwiek widziano. Byk Pasiphae[153], byk którego postać przybrał Jowisz aby uwieść Europę, ani się umyły do tego wspaniałego zwierzęcia. Cudna jałówka, w którą zmieniła się Izyda[154], zaledwie byłaby go godna.
Ujrzawszy księżniczkę, podbiegł ku niej z chyżością młodego arabskiego rumaka, gdy przebywa rozległe równiny i rzeki starożytnej Saany, aby się zbliżyć do pysznej klaczy, która włada w jego sercu i sprawia iż rżąc nadstawia uszy. Stara czyniła co mogła aby go zatrzymać; wąż silił się nastraszyć go swoim gwizdem; pies biegł za nim i gryzł go po smukłych nogach; oślica zabiegała mu drogę i wierzgała aby go nawrócić. Wielka ryba wynurzająca się z Nilu i wyglądająca z wody groziła mu pożarciem; kozieł stał nieruchomy i zdjęty lękiem; kruk bujał koło głowy byka, jakby mu chciał wydzióbać oczy. Jeden gołąb towarzyszył mu przez ciekawość i zachęcał go słodkiem gruchaniem.
Tak niezwykły widok sprawił, iż Mambres zadumał się głęboko. Tymczasem, biały byk, ciągnąc za sobą łańcuch i staruszkę, znalazł się przy księżniczce zdjętej zdumieniem i trwogą. Rzuca się do jej stóp, całuje je, leje łzy, patrzy na nią oczyma w których wyraża się niesłychane skojarzenie bólu i radości. Nie śmiał ryczyć, z obawy aby nie przestraszyć pięknej Amazydy. Nie mógł mówić. Miarkowanie głosu, jakiego niebo użyczyło niektórym zwierzętom, było mu niedostępne; ale wszystkie jego uczynki były wymowne. Spodobał się bardzo księżniczce. Uczuła, iż nieco rozrywki może uśmierzyć na parę chwil najdotkliwsze zgryzoty. „Cóż za miłe zwierzę, rzekła; chciałabym je mieć w swojej stajni“.
Na te słowa, byk zgiął cztery kolana i ucałował ziemię. „Rozumie mnie! rzekła księżniczka, mówi że chce do mnie należeć. Ach! boski magu, boski eunuchu, daj mi tę pociechę, kup mi tego pięknego cheruba[155]; umów cenę ze starą, która z pewnością jest jego właścicielką. Chcę mieć to zwierzę; nie odmawiaj mi tej niewinnej pociechy“. Wszystkie damy pałacowe przyłączyły się do próśb księżniczki. Mambres dał się wzruszyć i podszedł aby pogadać ze starą.


II. Jak roztropny Mambres, dawny czarownik Faraona, poznał starą i ona go poznała.

„Pani, rzekł, wiadomo ci, że młode panny, a zwłaszcza księżniczki, potrzebują rozrywek. Córka królewska oczarowana jest twoim bykiem; proszę byś zechciała go ustąpić; zapłata w gotówce.
— Panie, odparła stara; to szacowne zwierzę nie należy do mnie. Obowiązkiem moim i wszystkich tych zwierząt jest czuwać nad nim bacznie, śledzić wszystkie jego ruchy i zdawać z nich sprawę. Niech mnie Bóg broni, bym miała kiedy sprzedać to bezcenne zwierzę“.
Słysząc te słowa, Mambres ujrzał jakgdyby parę mdłych promyków mętnego światła, w którem się jeszcze nie rozeznał. Spojrzał uważniej na staruszkę w szarej opończy; „Czcigodna pani, rzekł; albo się mylę, albo widziałem panią już kiedyś.
— Ja się nie mylę, odparła stara; widziałam cię, panie, przed siedmiuset laty, w podróży z Syryi do Egiptu, w kilka miesięcy po zburzeniu Troi, wówczas gdy Hiram panował w Tyrze, a Nefel Keres w starożytnym Egipcie.
— Zatem, wykrzyknął starzec, pani jesteś dostojną Pytonissą z Endoru[156]. — A ty, panie, odparła Pytonissa ściskając go, ty jesteś wielkim Mambresem z Egiptu.
— O nieprzewidziane spotkanie! o pamiętny dniu! wiekuiste wyroki! zawołał Mambres; nie dzieje się to pewnie bez rozkazu Opatrzności, że się spotykamy na tej łące, nad brzegiem Nilu, w pobliżu wspaniałego miasta Tanisu. Jakto, to ty, pani, tak sławna nad brzegami swej rodzinnej rzeczki, Jordanu, nieporównana mistrzyni w wywoływaniu cieni! — Jakto, to ty, panie, tak słynny ze zmieniania patyków na węże, dnia w noc, a wód rzecznych w krew! — Tak, pani; ale podeszły wiek osłabił częściowo mą wiedzę i potęgę. Nie wiem, skąd posiadasz tego pięknego białego byka i co są te zwierzęta które czuwają nad nim wraz z tobą“. Stara skupiła się, wzniosła oczy ku niebu, poczem odparła w tych słowach:
„Mój drogi Mambresie, jesteśmy koledzy po fachu; ale jest mi wyraźnie wzbronione powiedzieć ci, kto jest ten byk, Mogę ci uczynić zadość co do innych zwierząt. Poznasz je łatwo po znakach które je cechują. Ten wąż, to jest ten sam, który nakłonił Ewę aby zjadła jabłko i dała zjeść mężowi; oślica, to ta, która przemówiła w wąwozie do Balaama, twego rówieśnika. Ryba, która wciąż trzyma głowę nad wodą, to ta, która, przed paru laty, połknęła Jonasza. Ten pies, to ów, który towarzyszył aniołowi Rafaelowi i młodemu Tobiaszowi w podróży do Rages w Medyi, za czasu wielkiego Salmanazara. Ten kozieł, to ów który pokutuje za grzechy całego narodu; ten kruk i gołąb byli w arce Noego: wielki wypadek, powszechna katastrofa, o której prawie cała ziemia nic jeszcze nie wie! Oto wszystko. Ale, co się tyczy byka, nie dowiesz się nic“.
Mambres słuchał ze czcią, poczem rzekł: „Wiekuisty odsłania co chce i komu chce, dostojna Pytonisso. Wszystkie te zwierzęta, którym powierzono wraz z tobą strzeżenie byka, znane są jedynie twemu szlachetnemu i miłemu narodowi, który sam znowuż nieznany jest prawie całemu światu. Cuda, które zdziałaliśmy, ty i twoi, ja i moi, będą kiedyś wielkim przedmiotem wątpliwości, zgorszeniem dla fałszywych mędrców. Na szczęście, znajdą wiarę u prawdziwych mędrców, którzy będą podlegli Widzącym w małej cząstce świata, a to wszystko czego trzeba.
Kiedy wymawiał te słowa, księżniczka pociągnęła go za rękaw i rzekła: „Mambresie, czy nie kupisz mi byka?“ Mambres, pogrążony w głębokiej zadumie, nie odpowiedział nic; Amazyda zaś zalała się łzami.
Wówczas zwróciła się sama do starej i rzekła: „Moja dobra stara, zaklinam cię na wszystko co masz najdroższego w świecie, na ojca, matkę, mamkę, którzy z pewnością żyją jeszcze, abyś mi sprzedała nietylko byka, ale i gołębia który zdaje się doń bardzo przywiązany. Innych zwierząt nie chcę; ale wierz mi, tu na miejscu dostanę waporów, jeżeli mi nie sprzedasz tego uroczego byka, który będzie pociechą mojego życia“.
Stara ucałowała z szacunkiem kraj gazowej sukni księżniczki i rzekła: „Księżniczko, byk nie jest na sprzedaż, twój dostojny mag wie o tem. Wszystko co mogę zrobić dla twych usług, to przywieść go codzień na paszę opodal twego pałacu; mogłabyś go pieścić, karmić biszkoptami i igrać z nim do woli. Ale musi być nieustannie pod oczyma wszystkich tych zwierząt, które mi towarzyszą, i którym zlecono nad nim pieczę. Jeżeli nie zechce się wymykać, nie zrobię mu nic złego; ale jeśli spróbuje jeszcze raz zerwać łańcuch, jak to uczynił na twój widok, biada mu! nie ręczyłabym za jego życie. Ta oto wielka ryba połknęłaby go niechybnie, i trzymałaby go przeszło trzy dni w brzuchu; albo ten wąż, który ci się wydał może wcale łagodny i sympatyczny, zadałby mu śmiertelne ukłucie“.
Biały byk, który rozumiał doskonale słowa starej, ale nie mógł nic odpowiedzieć, przyjął wszystkie warunki z uległą miną. Położył się u jej nóg, zaryczał gwałtownie, i patrzał czule na Amazydę, jakby mówił: „Przyjdź mnie odwiedzić niekiedy na łące“. Wówczas, przemówił wąż i rzekł: „Księżniczko, radzę ci spełnić ślepo wszystko co panna Endor mówi“. Oślica też wtrąciła kilka słów, zgodnych ze zdaniem węża. Amazydzie było przykro, że wąż i oślica mówią tak płynnie, a piękny byk, ożywiony tak szlachetnemi i tkliwemi uczuciami, nie może ich wyrazić. „Ach, szepnęła, jakże często zdarza się to na dworze: wciąż się spotyka pięknych panów nie umiejących wyjąkać ani be ani me, podczas gdy chłystki rozprawiają jak z nut.
— Ten wąż, to nie jest chłystek, rzekł Mambres; źle go sądzisz, księżniczko: to może jedna z najszanowniejszych osób w świecie“.
Wieczór zapadał, księżniczka musiała spieszyć do domu, przyrzekłszy wrócić nazajutrz o tej samej porze. Damy pałacowe były zachwycone, ale nic nie rozumiały z całego zdarzenia. Mambres dumał. Księżniczka, przypominając sobie że wąż nazwał staruszkę „panną“, wywnioskowała stąd, dość lekko, że musi być dziewicą i uczuła niejaką zgryzotę że sama jest nią jeszcze; zgryzotę tę, wielce zresztą czcigodną, ukryła równie troskliwie jak imię swego kochanka.


III. W jaki sposób piękna Amazyda miała tajemną rozmowę z pięknym wężem.

Piękna księżniczka zaleciła swoim damom sekret co do tego co widziały. Przyrzekły wszystkie, i, w istocie, dotrzymały przez jeden dzień. Można się domyślać, że Amazyda niewiele spała tej nocy. Niewytłómaczony czar przywodził jej wciąż myśl o pięknym byku. Z chwilą gdy mogła swobodnie mówić z uczonym Mambresem, rzekła: „Mistrzu! to bydlę zawróciło mi w głowie. — I moją głowę zaprząta ono silnie, odparł Mambres. Widzę jasno, że ten cherub jest o wiele ponad swój stan. Przeczuwam w tem wielką tajemnicę, ale lękam się jakiego nieszczęścia. Twój ojciec Amazys jest gwałtowny i podejrzliwy; cała ta sprawa wymaga aby ją prowadzić z największą ostrożnością.
— Ach, rzekła księżniczka, zbyt jestem ciekawa aby być ostrożna; to jedyna namiętność zdolna istnieć w mem sercu obok namiętności do straconego kochanka. Jakto! nie będę się mogła dowiedzieć, kto jest ów biały byk, przyprawiający mnie o tak dziwny zamęt?
— Pani, odparł Mambres, wyznałem ci już, że moja wiedza słabnie w miarę jak posuwam się w lata; ale, albo się bardzo mylę, albo też wąż musi wiedzieć to czego jesteś ciekawa. To inteligentny osobnik; wyraża się bardzo gładko; oddawna nawykł pośredniczyć w damskich sprawach. — Och, z pewnością, rzekła Amazyda; to piękny wąż egipski, który, wkładając ogon do ust, jest symbolem wieczności, który oświeca świat z chwilą gdy otwiera oczy, i pogrąża go w mroku gdy je zamknie. — Nie, pani. — Zatem wąż Eskulapa. — Tem mniej. — To może Jowisz pod postacią węża? — Zgoła nie. — Ach, już wiem, to twoja laseczka, którą zmieniałeś niegdyś w węża? — Nie, pani; nie; ale wszystkie te węże, to jedna rodzina. Ten cieszy się wielkiem uważaniem w swoim kraju; uchodzi tam za najsprytniejszego węża pod słońcem. Zwróć się do niego. Ostrzegam cię wszelako, że jest-to bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie. Gdybym był na twojem miejscu, poniechałbym byka, oślicy, węża, ryby, psa, kozła, kruka i gołębia; ale namiętność cię unosi; mogę jedynie litować się nad tobą i drżeć.
Księżniczka zaklęła go aby jej uzyskał sam na sam z wężem. Mambres, który miał dobre serce, przystał, i, wciąż głęboko zadumany, udał się do Pytonissy. Przedstawiwszy jej zachcenia księżniczki, póty nalegał, aż ją przekonał.
Stary mag wrócił do księżniczki z tą dobrą nowiną, ale wciąż jeszcze lękał się nieszczęścia i wciąż dumał. „Chcesz mówić z wężem, księżniczko; jest na twoje usługi. Pamiętaj że trzeba mu schlebiać, wszelkie bydle bowiem pełne jest miłości własnej, a zwłaszcza on. Powiadają nawet, że niegdyś wygnano go z bardzo pięknej miejscowości za ten nadmiar pychy. — Nigdym o tem nie słyszała, odparła księżniczka. — Rozumie się“, rzekł starzec. Zaczem, opowiedział jej wszystkie pogłoski które obiegały o tym tak sławnym wężu. „Ale, mimo tak osobliwej przygody która mu się zdarzyła, nie zdołasz wydrzeć zeń tajemnicy inaczej niż pochlebstwem. Powiadają o nim u sąsiadów że wypłatał niegdyś haniebną sztuczkę kobietom; słusznem jest aby z kolei kobieta go wzięła na bas. — Zrobię co będzie w mojej mocy“, rzekła księżniczka.
Wybrała się tedy z domu z damami pałacowemi i dobrym magiem eunuchem. Stara pasła białego byka dość daleko. Mambres zostawił Amazydzie swobodę i poszedł gawędzić z Pytonissą. Dama dworu rozmawiała z oślicą, dworki zabawiały się z kozłem, psem, krukiem i gołębiem. Wielka ryba, której wszyscy bali się potrosze, zanurzyła się na rozkaz starej do Nilu.
Wąż udał się natychmiast naprzeciw pięknej Amazydy do gaju i oto jaką mieli z sobą rozmowę:
Wąż. Nie uwierzy pani, jak bardzo mi pochlebia zaszczyt jaki wyświadcza mi Wasza Dostojność.
Księżniczka. Panie, pańska znakomita reputacya, bystrość pańskiej fizyognomii i żywość oczu skłoniły mnie do ubiegania się o to sam na sam. Wiem, z krążących pogłosek (o ile nie są mylne) że byłeś niegdyś wielkim panem w europejskiem niebie.
Wąż. To prawda, pani; zajmowałem tam miejsce wcale przyzwoite. Utrzymują, że jestem faworytem w niełasce: pogłoska ta zrodziła się najpierw w Indyach[157]. Bramani pierwsi ułożyli długą historyę o moich przygodach. Nie wątpię, że jakiś północny poeta spisze o tem kiedyś bardzo dziwaczny poemat epiczny[158]; jest-to bowiem, doprawdy, wszystko co z tego można wycisnąć; ale nie podupadłem jeszcze do tego stopnia, abym nie miał jeszcze na tym globie bardzo znacznych posiadłości. Śmiałbym niemal powiedzieć, że cała ziemia należy do mnie.
Księżniczka. Chętnie temu wierzę; powiadają bowiem że pan masz dar przekonywania o czem zechcesz; a urok, to władza.
Wąż. Widząc panią i słuchając pani, czuję, że pani masz nademną tę władzę, którą świat mnie przypisuje nad innemi duszami.
Księżniczka. Jest pan, jak wnoszę, zwierzęciem nawykłem zwyciężać. Twierdzą, że pan zniewolił wiele dam, zaczynając od naszej wspólnej matki, której imienia zapomniałam.
Wąż. Krzywdę mi czynią: udzieliłem jej rady najlepszej pod słońcem. Zaszczycała mnie swojem zaufaniem. Byłem zdania, aby ona i jej mąż najedli się do syta owoców z drzewa wiadomości. Sądziłem, że wchodzę w myśl Pana wszechrzeczy. Czyż drzewo tak potrzebne rodzajowi ludzkiemu mogło być zasadzone napróżno? Czyżby Pan chciał być wielbionym przez nieuków i idyotów? Czy duch nie jest stworzony na to aby się oświecał, aby się doskonalił? Czy nie trzeba znać dobrego i złego, aby pełnić jedno a drugiego unikać? To pewna, że należała mi się podzięka.
Księżniczka. Jednakże powiadają, że ci to na złe wyszło. Od tego to czasu zapewne karze się tylu ministrów za to że dawali dobre rady, i prześladuje tylu prawdziwych uczonych i tylu wielkich geniuszów za to że pisali rzeczy użyteczne dla rodzaju ludzkiego.
Wąż. To prawdopodobnie moi wrogowie, pani, opowiedzieli ci te baśnie. Wszędzie się z tem obnoszą, że ja jestem w niełasce u dworu. Dowód, że zażywam tam wielkiego poważania, to iż oni sami przyznają, że brałem udział w Radzie kiedy chodziło o doświadczenie nieboraka Hioba, i że mnie znowu tam wezwano, kiedy postanowiono oszukać pewnego królika imieniem Achab[159]: mnie jednego obarczono tem zleceniem.
Księżniczka. Ach, panie, nie wierzę aby pan był zdolny oszukiwać. Ale, skoro pan zawsze jest w ministeryum, czy mogę pana prosić o jedną łaskę? mam nadzieję że tak uprzejmy pan mi nie odmówi.
Wąż. Pani, życzenie pani jest dla mnie prawem. Co pani rozkaże?
Księżniczka. Niech mi pan powie, zaklinam, kim jest ten piękny biały byk, który budzi we mnie niepojęte uczucia; uczucia przejmujące mnie tkliwością i zgrozą. Powiedziano mi, że pan raczy mi to odsłonić.
Wąż. Pani, ciekawość potrzebna jest naturze ludzkiej a zwłaszcza twojej miłej płci; bez niej świat pleśniałby w najsromotniejszej ciemnocie. Czyniłem zawsze zadość, o ile tylko mogłem, damskiej ciekawości. Zarzucają mi, iż byłem tak uprzejmy jedynie dlatego, aby zrobić na złość Panu wszechrzeczy. Przysięgam, że mą najgorętszą chęcią byłoby uczynić pani przyjemność; ale staruszka musiała panią uprzedzić, że wyjawienie tego sekretu połączone jest dla pani z pewnem niebezpieczeństwem.
Księżniczka. Ach, to jeszcze zdwaja mą ciekawość.
Wąż. Poznaję w tem wszystkie moje piękne klientki.
Księżniczka. Jeżeli pan masz serce, jeżeli wszystkie istoty winne są sobie wzajemną pomoc, jeśli litujesz się nieszczęśliwej, nie odmawiaj mi pan.
Wąż. Rozczula mnie pani; muszę ci uczynić zadość, ale nie przerywaj mi.
Księżniczka. Przyrzekam.
Wąż. Był raz młody król, piękny jak malowanie, zakochany, kochany...
Księżniczka. Młody król! piękny jak malowanie, zakochany, kochany! w kim, przez kogo? co to za król? ile miał lat? co się z nim stało? gdzie jest? gdzie jego królestwo? jak się nazywa?
Wąż. I ot, przerywa mi pani, ledwie zdążyłem zacząć! Uważaj, księżniczko, jeżeli nie umiesz lepiej panować nad sobą, możesz to odpokutować.
Księżniczka. Och przepraszam: ta niewłaściwość już się nie powtórzy; mów dalej, proszę.
Wąż. Ten wielki król, najmilszy, najdzielniejszy z ludzi, zwycięski wszędzie gdzie błysła jego broń, miewał często sny; kiedy zaś zapomniał co mu się śniło, żądał aby nadworni magowie pamiętali o tem i aby mu powtarzali jego sny; inaczej kazał ich wszystkich wieszać, jak słusznie się należało. Otóż, mija siedm lat, jak miał bardzo piękny sen, którego zapomniał po przebudzeniu; młody Żyd, pełen doświadczenia, wyłożył mu ów sen, poczem uroczy ten monarcha zmienił się natychmiast w wołu[160]; jako że...
Księżniczka. Ach, to mój drogi Nabu...“ Nie dokończyła; padła zemdlona. Mambres, który słuchał z daleka, ujrzał jak pada i myślał że nie żyje.


IV. Jak chciano zabić wołu na ofiarę, a księżniczkę wyegzorcyzmować.

Mambres podbiegł do niej z płaczem. Wąż rozczulił się; nie umie płakać, ale zagwizdał żałośliwym tonem i krzyknął: „Umarła“. Oślica powtarza: „Umarła“, kruk wtóruje jej, wszystkie inne zwierzęta zdradzają oznaki boleści, z wyjątkiem ryby Jonaszowej, która była zawsze bezlitosna. Dama dworu, damy pałacowe nadbiegają, wydzierając sobie włosy. Biały byk, który pasł się opodal i który usłyszał ich krzyki, biegnie do gaiku, ciągnąc za sobą staruszkę i wydając ryki powtarzane przez echo. Napróżno wszystkie damy lały na gasnącą Amazydę flakony wody różanej, goździkowej, mirtowej, benzoesowej, balsam z Mekki, napar lewkonii, muszkatu, ambry; nie dawała żadnego znaku życia; ale, skoro uczuła przy sobie pięknego białego byka, ocknęła się, świeższa, bielsza, piękniejsza niż kiedykolwiek. Ucałowała sto razy śliczne zwierzę, które skłoniło omdlewająco głowę na jej alabastrowem łonie. Woła doń: „Mój panie, mój królu, moje serce, moje życie“. Ramionami z kości słoniowej okala jego szyję, bielszą niż śnieg. Leciutka słomka mniej silnie czepia się ambry, winna latorośl młodego wiązu, bluszcz dębu. Pierś jej wydawała słodkie westchnienia; oczy to błyszczały tkliwym płomieniem, to ćmiły się owemi kosztownemi łzami, które wyciska miłość.
Można osądzić, z jakiem zdumieniem patrzała na tę scenę ochmistrzyni Amazydy oraz jej dworki. Wróciwszy do pałacu, opowiedziały wszystkie swoim kochankom tę dziwną przygodę, każda z odmiennymi szczegółami, które powiększały jej niezwykłość i które zawsze przyczyniają się do urozmaicenia wszystkich historyi.
Gdy Amazys, król Tanisu, dowiedział się o tem, sprawiedliwy gniew owładnął jego królewskiem sercem. W taki gniew wpadł Minos, kiedy się dowiedział, że córka jego Pasiphae[161] obdarza tkliwemi względami minotaurowego rodzica. Tak zadrżała Junona, kiedy ujrzała małżonka swego Jowisza, pieszczącego nadobną krówkę Jo, córkę rzeki Inachus. Amazys kazał zamknąć piękną Amazydę w jej pokoju i postawił czarnych eunuchów na straży pod drzwiami; następnie zwołał tajną radę.
Wielki mag Mambres przewodniczył tej radzie, ale nie miał w niej już dawnego swego znaczenia. Wszyscy ministrowie stanu orzekli, że biały byk jest czarownikiem. Było zupełnie przeciwnie: był zaczarowany; ale na dworze stale popełnia się omyłki w tych delikatnych sprawach.
Zawyrokowano większością głosów, że trzeba wyegzorcyzmować księżniczkę, byka zaś i staruszkę poświęcić na ofiarę.
Roztropny Mambres nie próbował się sprzeciwiać zdaniu króla i rady. Jemu przypadał z prawa obowiązek odprawienia egzorcyzmów: mógł je odwlec pod bardzo godziwym pozorem. Umarł w Memfisie bóg Apis. Bóg-wół umiera jak inny wół. Otóż, nie wolno było w Egipcie egzorcyzmować nikogo, póki się nie znajdzie nowy wół, który mógłby zastąpić zmarłego.
Postanowiono tedy na radzie, że zaczeka się na nominacyę nowego boga w Memfisie.
Poczciwy stary Mambres czuł jakie niebezpieczeństwo grozi jego drogiej księżniczce: wiedział kto jest jej kochankiem. Zgłoski „Nabu...“ które się jej wymknęły, odsłoniły oczom mędrca całą tajemnicę.
Memfis był wówczas pod władzą Babilończyków: zachowali ten okruch dawnych zdobyczy, dokonanych za największego swego króla, którego Amazys był śmiertelnym wrogiem. Mambres musiał przywołać całą swą roztropność, aby zręcznie stąpać wśród tylu trudności. Gdyby król Amazys odkrył kochanka córki, księżniczka była zgubiona: poprzysiągł to. Wielki, młody, piękny monarcha, dla którego płonęła miłością, złożył z tronu jej ojca, który odzyskał królestwo Tanisu dopiero od siedmiu lat, t. j. odkąd zginął ślad uroczego władcy, zwycięzcy i bożyszcza narodów, tkliwego i szlachetnego kochanka uroczej Amazydy. Ale znowuż, poświęcając byka na ofiarę, zadałoby się pięknej Amazydzie cios równie śmiertelny.
Co mógł uczynić Mambres w tak drażliwych okolicznościach? spieszy do swej drogiej wychowanicy, prosto z Rady i rzecze: „Moje śliczne dziecię, będę ci się starał pomóc: ale powtarzam ci, utną ci szyję, jeżeli wymówisz bodaj raz imię kochanka.
— Ach! i co mi moja szyja, rzekła piękna Amazyda, skoro nie mogę zawisnąć na szyi Nabucho!.... Ojciec jest bardzo zły człowiek! nietylko nie chciał mi dać pięknego księcia którego ubóstwiam, ale wypowiedział mu wojnę; a kiedy mój ukochany go pobił, znalazł sposób aby go zmienić w wołu. Widział kto kiedy większą niegodziwość? gdyby ojciec nie był moim ojcem, nie wiem cobym mu zrobiła.
— To nie twój ojciec wypłatał mu tę okrutną sztukę; to Palestyńczyk, nasz dawny wróg, mieszkaniec małego kraiku, z liczby państewek, które twój dostojny kochanek podbił aby je ucywilizować. Takie metamorfozy nie powinny cię dziwić; wiesz, że niegdyś czyniłem i lepsze: nie było wówczas nic pospolitszego niż te przemiany, które dziś zdumiewają mędrców. Prawdziwa historya, którą czytywaliśmy razem, poucza nas, że Lykaon, król Arkadyi, zmienił się w wilka. Piękna Kalisto, jego córka, zmieniła się w niedźwiedzicę; Jo, córka Inachusa, nasza czcigodna Izyda, w krowę; Dafne w drzewo bobkowe; Syrinx we fletnię. Piękna Edyta, żona Lota, najlepszego, najtkliwszego ojca jaki kiedykolwiek istniał, czyż nie zmieniła się, opodal naszych stron, w wielki słup soli, bardzo piękny i słony, który zachował wszystkie oznaki jej płci, i który ma regularnie swoje przypadłości[162] miesięczne, wedle świadectwa wielkich, ludzi którzy go widzieli. Byłem, za młodu, świadkiem tej przemiany. Widziałem pięć potężnych miast, położonych w suchej i piaszczystej okolicy, zmienionych nagle w piękne jezioro. Za moich młodych lat, na każdym kroku spotykało się takie metamorfozy.
„Wreszcie, pani, jeżeli przykłady mogą złagodzić twą boleść, przypominam sobie, że Wenus zmieniła Cerastów w woły. — Wiem, odparła nieszczęśliwa księżniczka, ale czy przykład daje jakąkolwiek pociechę? Gdyby mój kochanek umarł, czy pocieszyłaby mnie myśl, że wszyscy ludzie umierają? — Niedola twoja skończy się, rzekł mędrzec; skoro twój luby stał się wołem, pojmujesz wszak, iż z wołu może stać się człowiekiem. Co do mnie musianoby mnie zmienić w tygrysa albo krokodyla, gdybym tej resztki sił która mi została, nie użył dla służb księżniczki godnej uwielbienia całej ziemi, dla pięknej Amazydy, którą piastowałem na kolanach, a którą żałosny los wystawił na tak okrutne próby“.


V. W jaki sposób roztropny Mambres rozwinął swoją roztropność.

Rzekłszy księżniczce wszystko co mogło ją pocieszyć i nie pocieszywszy jej, boski Mambres podążył natychmiast do staruszki. „Koleżanko, rzekł, rzemiosło nasze jest piękne ale niebezpieczne; grozi ci, że mogą cię powiesić, a twego byczka spalić, utopić albo zjeść. Nie wiem, co za los czeka inne twoje zwierzęta; mimo bowiem że jestem prorokiem, wiem bardzo niewiele; ale radzę ci, ukryj starannie węża i rybę: jedno niech nie wystawia głowy z wody, a drugie niech nie wyłazi z dziury. Umieszczę wołu w moich stajniach na wsi; możesz być przy nim, skoro powiadasz że nie wolno ci go opuszczać. Kozieł ofiarny będzie mógł w potrzebie posłużyć za ofiarę; poślemy go na pustynię obarczonego grzechami całej gromadki; przyzwyczajony jest do tej ceremonii, która zresztą nic mu nie szkodzi, a wiadomo że wszelki grzech można zmazać przegoniwszy kozła nieco na spacer. Proszę cię tylko abyś mi pożyczyła na krótki czas psa Tobiaszowego, bardzo zwinnego charta; dalej oślicy Balaama, która biega lepiej niż dromader; kruka i gołębia z arki, też wcale tęgich latawców. Wyprawię ich w poselstwie do Memfisu, w sprawie niezmiernej wagi“.
Stara odparła: „Panie, możesz rozrządzać dowoli psem Tobiasza, oślicą Balaama, krukiem i gołębiem z arki oraz kozłem ofiarnym; ale byczek nie może spać w stajni. Powiedziane jest, że musi być wciąż uwiązany na stalowym łańcuchu, „być wciąż zwilżony rosą i szczypać trawę z ziemi[163], i że ma dzielić pożywienie dzikich zwierząt“·. Powierzono mi go, muszę słuchać. Coby o mnie pomyśleli Daniel, Ezechiel i Jeremiasz, gdybym powierzyła tego byka komu innemu? Widzę, że znasz tajemnicę tego dziwnego zwierzęcia: nie mam sobie do wyrzucenia żem ją zdradziła. Zawiodę go daleko od tej nieczystej ziemi, nad jezioro Sirbon, zdala od okrucieństw króla Tanisu. Ryba moja i wąż obronią mnie; nie lękam się nikogo, kiedy służę memu Panu“.
Roztropny Mambres odpowiedział: „Moja dobra stara, niech się dzieje wola boża! bylem odnalazł naszego białego byczka, nie stoję ani o jezioro Sirbon, ani o jezioro Moeris, ani o jezioro sodomskie; pragnę tylko jego dobra, i twego także. Ale dlaczegoś wspomniała Daniela, Ezechiela i Jeremiasza? — Ach, panie, odparła stara, wiesz równie dobrze jak ja, jak bardzo ich obchodzi ta cała sprawa; ale nie mam czasu do stracenia; nie chcę wisieć; nie chcę aby mego byczka spalono, utopiono lub zjedzono. Spieszę ku jezioru Sirbon, przez Kanopę, wraz z moim wężem i rybą. Bądź zdrów“.
Byk udał się za nią zadumany, okazawszy zacnemu Mambresowi należną mu wdzięczność.
Roztropny Mambres przechodził okrutne niepokoje. Wiedział dobrze, że Amazys, król Tunisu, doprowadzony do rozpaczy szaloną namiętnością córki do tego zwierzęcia i mniemając że jest zaczarowana, będzie wszędzie ścigał nieszczęsnego byka, którego niechybnie spalą jako czarnoksiężnika na placu publicznym w Tanisie, albo też wydadzą rybie Jonaszowej, albo upieką, albo podadzą do stołu. Za wszelką cenę chciał oszczędzić księżniczce tej przykrości.
Napisał list do arcykapłana w Memfisie, swego przyjaciela, świętemi głoskami, na egipskim papierze, który jeszcze nie był rozpowszechniony. Oto dosłowne brzmienie listu:

„Światło świata, namiestniku Izydy, Ozyrisa i Horusa, głowo obrzezanych, ty, którego ołtarz wznosi się, z najwyższego prawa, ponad wszystkie trony; dowiaduję się, że twój Bóg Apis umarł. Mam innego do twoich usług. Przybądź szybko ze swymi kapłanami aby go uznać, ubóstwić i zawieść do stajni w twojej świątyni. Niech Izyda, Ozyris i Horus mają cię w swej świętej i godnej pieczy!
„Twój kochający przyjaciel,
Mambres“.

Sporządził cztery odpisy tego listu, z obawy jakiegoś przypadku, i zamknął je w szkatułce z najtwardszego hebanu; następnie wezwał czterech gońców, których przeznaczał do tego poselstwa (byli to: oślica, pies, kruk i gołąb). Rzekł do oślicy tak: „Wiem, jak wiernie służyłaś druhowi memu, Balaamowi; służże mi tak samo. Niema pelikana, któryby ci dorównał w biegu: pędź, droga przyjaciółko, oddaj list do własnych rąk i wracaj“. Oślica odparła: „Jako służyłam Balaamowi, będę służyła i Waszej Dostojności; pędzę i wracam“. Mędrzec włożył jej puszkę hebanową w zęby; popędziła jak strzała.
Następnie przywołał Tobiaszowego psa i rzekł: „Psie wierny i szybszy w biegu niż lekkonogi Achilles, wiem coś uczynił dla Tobiasza, syna Tobiaszowego, kiedy ty i anioł Rafael towarzyszyliście mu z Niniwy do Rages w Medyi, i z Rages do Niniwy, kiedy przyniósł ojcu swemu dziesięć talentów[164], które niewolnik Tobiasz pożyczył niewolnikowi Gabelusowi: byli to bowiem niewolnicy wcale zamożni. Zanieś wedle adresu ten list, cenniejszy niż dziesięć talentów srebra“. Pies odpowiedział: „Panie, jak szedłem niegdyś za posłańcem Rafaelem, tak zdołam wykonać i twoje zlecenie“. Mambres włożył mu list do gęby; toż samo powiedział gołębiowi. Gołąb odparł: „Panie, tak jak przyniosłem gałązkę do arki, tak samo przyniosę i twoją odpowiedź“. Wziął list do dzióbka. Wszyscy troje znikli z oczu w jednej chwili.
Następnie rzekł do kruka: „Wiem, że żywiłeś wielkiego proroka Eliasza, kiedy się skrył wpodle potoku Charyt, tak sławnego w całej ziemi. Przynosiłeś mu codzień smaczny chlebuś i tłuste pulardy; proszę cię tylko, abyś zaniósł ten list do Memfisu“.
Kruk odparł w te słowa: „Prawda, panie, że nosiłem codzień obiad wielkiemu prorokowi Eliaszowi Tesbicie, którego widziałem jak wznosił się w powietrze na wozie ognistym, ciągniony przez cztery konie ogniste, mimo że to nie bywa w zwyczaju; ale brałem zawsze połowę obiadu dla siebie. Chętnie zaniosę list, byleś mi zapewnił dwa dobre posiłki dziennie i byleś mi zapłacił gotówką, z góry, za moje poselstwo“.
Rozgniewał się Mambres i rzekł do zwierzęcia: „Złe i łakome zwierzę, nie dziwię się że Apollo, z białego jak łabędź jakim byłeś, zmienił cię na czarnego jak kret, kiedy, na równinach Tessalii, zdradziłeś piękną Koronidę, nieszczęsną matkę Eskulapa. Powiedz-że mi, czy jadałeś codzień polędwicę i pulardy, kiedyś siedział dziesięć miesięcy w arce? — Panie, żyliśmy tam bardzo dobrze, odparł kruk. Podawano pieczyste dwa razy na dzień wszystkim ptaszynom mego gatunku, które żyją jedynie ścierwem, jak sępy, kanie, orły, kaniuki, jastrzębie, krogulce, puchacze, sokoły, sowy, i niezliczona ilość drapieżnych ptaków. O wiele obficiej jeszcze był zaopatrzony stół lwów, lampartów, tygrysów, panter, rysiów, hyen, wilków, niedźwiedzi, lisów, kun i wszystkich mięsożernych czworonogów. Było w arce ośm znamienitych osób, jedynych które pozostały na świecie, wciąż zaprzątniętych troską o nasz stół i nasz stołeczek, a mianowicie: Noe i jego żona, którzy mieli ledwie po sześćset lat; trzej synowie i ich trzy małżonki. Przyjemność była patrzeć, jak troskliwie, jak schludnie tych naszych ośmiu lokajów obsługiwało blisko cztery tysiące biesiadników o doskonałym apetycie, nie licząc nadzwyczajnych starań, jakich wymagało dziesięć do dwunastu tysięcy innych osób, od słonia i żyrafy, aż do jedwabnika i muchy. Dziwi mnie tylko, że nasz dostawca Noe tak nieznany jest wszystkim narodom, których jest protoplastą; ale co mi o to. Bywałem już na podobnym festynie[165] u Xissutra, króla Tracyi. Takie rzeczy zdarzają się od czasu do czasu dla nauki kruków. Jednem słowem chcę dobrego wiktu i bardzo dobrej zapłaty w gotowiźnie“.
Roztropnemu Mambresowi nie postało w głowie powierzać list tak nieużytemu i gadatliwemu zwierzęciu. Rozstali się bardzo chłodno.
Trzeba było wszelako dowiedzieć się co się dzieje z pięknym bykiem i nie tracić śladu staruszki i węża. Mambres nakazał paru gorliwym i wiernym sługom aby szli za nim, sam zaś puścił się w lektyce nad brzeg Nilu, wciąż dumając głęboko.
„Jak to być może, powtarzał w duchu, aby ten wąż był panem prawie całej ziemi (jak się tem chwali i jak tylu uczonych przyznaje), a żeby sam wszelako posłuszny był starej babie? W jaki sposób wzywają go niekiedy na radę Niebios, podczas gdy oto pełza po ziemi? Czemu wchodzi codziennie, własną swoją mocą, w ciała tylu ludzi, a równocześnie tylu mędrców twierdzi że umie go wypędzać słowami? W jaki sposób wreszcie mały sąsiedni ludek wierzy święcie że on zgubił rodzaj ludzki, rodzaj zaś ludzki nic o tem nie wie? Jestem bardzo stary, uczyłem się przez całe życie, ale widzę tu mnóstwo sprzeczności, których nie umiem pogodzić. Nie umiałbym wytłómaczyć tego co się zdarzyło mnie samemu, ani tych wielkich rzeczy które sam robiłem niegdyś, ani tych których byłem świadkiem. Wszystko dobrze zważywszy, zaczynam przypuszczać, że ten świat stoi sprzecznościami: Rerum concordia discors, jak powiadał niegdyś w swoim języku mój mistrz Zoroaster“.
Gdy tak utonął w tej metafizyce, ciemnej jak każda metafizyka, przewoźnik, śpiewając wesołą piosenkę, przywiązał mały statek u brzegu. Wysiadły zeń trzy poważne osobistości, nawpół odziane w brudne i podarte strzępy; ale zachowując, pod tą ubogą odzieżą, wielce dostojne i majestatyczne miny. Byli to Daniel, Ezechiel i Jeremiasz.


VI. Jak Mambres spotkał trzech proroków i jak ich uczcił dobrym obiadem.

Trzej wielcy ludzie, mający prorocze światło na twarzy, poznali Mambresa jako jednego ze swoich, po paru promykach tego samego światła które zostały mu jeszcze. Skłonili się nisko przed jego palankinem. Mambres poznał w nich także proroków, bardziej jeszcze po ich szatach niż po ognistych smugach, które wychodziły z ich dostojnych głów. Domyślił się, że przybyli zasięgnąć nowin o białym byku; zachowując zwykłą ostrożność, wysiadł z pojazdu, i podszedł ku nim kilka kroków, grzecznie i z godnością. Podniósł ich, kazał ustawić namioty i przygotować obiad, którego trzej prorocy zdawali się mocno potrzebować.
Zaproszono starą, która była nie dalej niż o pięćset kroków. Przyjęła zaproszenie, i przybyła, wiodąc wciąż byka na lince.
Podano dwie zupy, żółwiową i królewską, na zakąskę budyń z języków karpia, wątróbki miętusie i szczupacze, kurczęta nadziewane pistacyami, młode gołąbki z truflami i oliwkami, dwa indyczęta na rakowym i grzybowym sosie, wreszcie chipo lata[166]. Na pieczyste młode bażanty, kuropatwy, pulardy, dzikie kaczki i ortolany z czterema rodzajami sałaty. Serwis na środku stołu był w najlepszym guście. Nic delikatniejszego nad leguminy; nic wspanialszego, świetniejszego i bardziej pomysłowego nad deser.
Zresztą, uważny Mambres baczył pilnie, aby przy obiedzie nie było wołowiny, ani polędwicy, ozoru ani podniebienia wołowego, ani wymion krowich, z obawy by nieszczęsny monarcha, przyglądający się zdala obiadowi, nie myślał że mu chcą urągać.
Ów wielki i nieszczęśliwy władca szczypał trawę w pobliżu namiotu. Nigdy okrutniej nie odczuwał katastrofy, która go pozbawiła tronu na całych siedm lat. „Ach, powiadał sobie w duchu, ten Daniel który mnie zmienił w byka, ta czarownica Pytonissa która mnie pilnuje, ucztują najsmaczniej w świecie; a ja, władca Azyi, zmuszony jestem jeść siano i popijać wodą“.
Wypili sporo wina Engaddi, Tadmor i Chiras. Kiedy prorocy i Pytonissa mieli już odrobinę w czubie, rozmowa przybrała odcień poufniejszy niż przy pierwszych daniach. „Wyznaję, rzekł Daniel, że nie jadałem tak smacznie, kiedy byłem w jaskimi lwów. — Jakto! rzucono pana do jaskini lwów? rzekł Mambres; jakimż cudem pana nie zjadły? — Wiadomo panu przecież, odparł Daniel, że lwy nie jadają nigdy proroków. — Co do mnie, rzekł Jeremiasz, całe życie przymierałem głodem; nigdy nie podjadłem sobie tak smacznie jak dziś. Gdybym miał się urodzić na nowo i gdybym mógł wybierać zawód, wyznaję, że wolałbym sto razy być generalnym kontrolorem lub biskupem w Babilonie niż prorokiem w Jerozolimie“.
Ezechiel rzekł: „Kazano mi spać trzysta dziewięćdziesiąt dni na lewym boku, i jeść przez cały ten czas jedynie chleb jęczmienny, proso, wykę, bób i pszenicę, posmarowane[167]..... nie śmiem powiedzieć. Jedynem ustępstwem które zdołałem uzyskać, to abym mógł je posmarować jedynie łajnem krowiem. Wyznaję, że kuchnia pana Mambrosa jest wykwintniejsza. Mimo to, zawód proroka ma swoje powaby, a dowód że tylu ludzi się go chwyta.
— Ale, ale, rzekł Mambres, wytłómacz mi co znaczy twoja Akola i Akoliba, które tak tkliwie były nastrojone dla koni i osłów. — Och, odparł Ezechiel, to takie ozdoby retoryczne“.
Po tych wynurzeniach, Mambres przystąpił do interesu. Zagadnął pielgrzymów, poco przybyli do ziemi króla Tanisu. Odpowiedział mu Daniel; rzekł, iż królestwo Babilonu jest w ogniu od czasu zniknięcia Nabuchodonozora; że dwór, wedle swego zwyczaju, prześladuje proroków; że wciąż to mają królów u swoich stóp, to dostają po sto odlewanych rzemieni; ostatecznie, zmuszeni są schronić się do Egiptu, z obawy aby ich nie ukamieniowano. Ezechiel i Jeremiasz mówili bardzo długo bardzo pięknym stylem, który ledwie można było zrozumieć. Co do pytonissy, ta zerkała wciąż na swoje bydlątko. Ryba Jonaszowa siedziała w Nilu naprzeciw namiotu, a wąż przewalał się po trawie.
Po kawie, towarzystwo wyszło nad brzeg Nilu. Wówczas, biały byk, widząc trzech proroków, swoich wrogów, jął wydawać okropne ryki; rzucił się na nich bijąc gwałtownie rogami; że zaś prorocy mają tylko skórę i kości, byłby ich przebił na wylot i na śmierć; ale Pan wszechrzeczy, który widzi wszystko i ma sposób na wszystko, zmienił ich w sroki; tak iż mogli gadać jak przedtem. To samo zdarzyło się później Pierydom[168], tak dalece bajka przejęła wątek z historyi.
Ten nowy wypadek obudził nowe myśli w głowie roztropnego Manesa. „Oto, mówił sobie, trzej wielcy prorocy zmienieni w sroki: to nas powinno nauczyć, aby nie za wiele gadać i zachowywać zawsze przystojne umiarkowanie“. Osądził, że mądrość warta jest więcej niż wymowa, i myślał głęboko, swoim zwyczajem, kiedy wielkie straszne widowisko uderzyło jego oczy.


VII. Król Tanisu przybywa; córka jego i byk mają iść na ofiarę.

Tumany kurzu wznosiły się od południa ku północy. Słychać było hałas bębnów, trąb, piszczałek, psałteryonów, harf i cyter. Kroczyły liczne szwadrony i bataliony: Amazys, król Tanisu, na czele, konno, na szkarłatnym czapraku lamowanym złotem. Heroldowie krzyczeli: „Ujmijcie białego byka, zwiążcie go, wrzućcie go do Nilu, i dajcie go zjeść rybie Jonaszowej; król, mój pan, monarcha sprawiedliwy, chce skarać byka, który mu urzekł córkę“.
Dobry starzec Mambres zadumał się bardziej niż kiedykolwiek. Odgadł, że to niegodziwy kruk powiedział wszystko królowi, i że księżniczka jest w wielkiem niebezpieczeństwie postradania głowy. Rzekł do węża: „Mój drogi przyjacielu, idź prędko pocieszyć piękną Amazydę, moją wychowankę; powiedz jej, aby, cobądź się stanie, nie lękała się niczego, i opowiadaj jej baśni dla uśpienia jej niepokoju. Dziewczęta przepadają za baśniami: jedynie baśnie prowadzą w świecie do czegoś“.
Następnie, upadł na twarz przed Amazysem, królem Tanisu, i rzekł: „Królu, obyś żył wiecznie. Biały byk winien iść na ofiarę, ponieważ Wasza Dostojność ma zawsze słuszność; ale Pan wszechrzeczy rzekł: Ten byk ma być dany na pożarcie rybie Jonaszowej dopiero wówczas, kiedy Memfis znajdzie sobie boga w miejsce zmarłego. Wówczas nadejdzie chwila pomsty, nad córką zaś twoją odprawi się egzorcyzmy, jest bowiem nawiedzona. Zbyt nabożny jesteś królu, aby się sprzeciwiać rozkazom Pana wszechrzeczy“.
Amazys, król Tanisu, zamyślił się; poczem rzekł: „Wół Apis umarł; Panie świeć nad jego duszą! Kiedy, sądzisz, znajdzie się nowego wołu, iżby władał nad żyznym Egiptem? — Panie, rzekł Mambres, proszę jedynie o tydzień“. Król, który był bardzo nabożny, rzekł: „Zgadzam się, i zostanę tu przez ten tydzień; poczem chcę wydać na ofiarę uwodziciela mej córki“. Jakoż, kazał sprowadzić namioty, kucharzy, muzyków, i został tydzień w tem mieście, jak powiedziane jest w Manethonie.
Stara była w rozpaczy, widząc, iż byk, nad którym powierzono jej pieczę, ma ledwie tydzień do życia. Nasyłała co noc cienie na króla, aby go odwrócić od tego okrutnego postanowienia; ale król nie pamiętał rano nocnych widziadeł, tak samo jak Nabuchodonozor zapominał snów.


VIII. Jak wąż opowiadał baśnie księżniczce aby ją pocieszyć.

Tymczasem wąż opowiadał bajki pięknej Amazydzie aby uśmierzyć jej boleść. Powiadał jej, jak niegdyś wyleczył cały lud z ukąszenia małych wężów, jedynie ukazując się na na końcu laski. Opowiedział jej podboje bohatera[169], który stanowi tak piękny kontrast z Amfionem, architektą tebańskim w Beocyi. Ów Amfion ściągał kamienie ciosowe dźwiękiem skrzypiec: kurant i menuet wystarczały mu do zbudowania miasta; tamten natomiast burzył je dźwiękiem trąb; kazał powiesić trzydziestu jeden bardzo potężnych królów w miejscowości cztery mile długiej i szerokiej; sprawił, iż duże głazy leciały z nieba na uchodzący przed nim hufiec nieprzyjaciół; poczem, wytępiwszy ich w ten sposób, zatrzymał słońce i księżyc, aby ich wygnieść do reszty między Gabaonem a Ajalonem na drodze do Betoron, za przykładem Bachusa, który zatrzymał słońce i księżyc w czasie swej podróży do Indyj.
Ostrożność właściwa każdemu wężowi nie pozwoliła mu opowiedzieć pięknej Amazydzie o potężnym bękarcie Jeftem, który uciął głowę córce, ponieważ wygrał bitwę; bał się nadto przerazić piękną księżniczkę. Opowiedział jej natomiast przygody wielkiego Samsona, który zabił tysiąc Filistynów oślą szczęką, który związał razem trzysta lisów za ogony, i który wpadł w sieci dziewczyny mniej pięknej, mniej tkliwej i wiernej niż urocza Amazyda.
Opowiedział nieszczęśliwe amory Sichema i słodkiej Diny, liczącej sześć lat; i szczęśliwsze miłostki Booza i Ruth; i Judy ze swą synową Thamar, i Lota z dwiema córkami, które nie chciały aby świat się skończył, i Abrahama i Jakóba ze swemi służebnemi, i Rubena ze swą matką, i Dawida z Betsabe, i wielkiego króla Salomona, wreszcie wszystko co mogło rozprószyć boleść pięknej księżniczki.


IX. Jako wężowi nie udało się jej pocieszyć.

„Wszystkie te baśnie nudzą mnie, odparła piękna Amazyda, której nie zbywało na rozumie i smaku. Zdadzą się w sam raz na to, aby je komentował Irlandczykom ów tuman Abbadie[170] albo też innym zakutym łbom ów bajarz d’Houteville[171]. Bajki, które można było opowiadać prababce prababki mojej babki, nie są już dla mnie, którą wychował mądry Mambres, i która czytałam Pojecie ludzkie egipskiego filozofa imieniem Locke oraz Matronę efezką[172]. Bajka winna być oparta na prawdzie, a nie wciąż podobna do sennych majaczeń. Nie powinno w niej być nic pospolitego ani niedorzecznego. Lubię zwłaszcza, aby, pod osłoną baśni, ukazywała wprawnym oczom jakąś wysoką prawdę, nieuchwytną dla tłumu. Sprzykrzyły mi się słońce i księżyc któremi stara baba kieruje dowoli, góry które tańczą, rzeki które wracają do źródła i umarli którzy zmartwychwstają; zwłaszcza kiedy te brednie pisane są stylem nadętym i niezrozumiałym, wówczas brzydzą mnie już ostatecznie. Pojmujesz, że młoda osoba, która lęka się że jej kochanka połknie wielka ryba, a jej samej rodzony ojciec utnie głowę, potrzebuje rozrywki; ale staraj się rozerwać wedle mego smaku.
— Wkładasz na mnie bardzo ciężkie zadanie, odparł wąż. Mogłem niegdyś dać ci parę kwadransów wcale miłych; ale, od jakiegoś czasu, straciłem wyobraźnię i pamięć. Ach! gdzie te czasy, kiedy umiałem bawić panienki! Spróbuję wszelako przypomnieć sobie jakąś pouczającą bajeczkę dla twojej rozrywki.
„Dwadzieścia pięć tysięcy lat temu, król Gnaof i królowa Patra zasiadali na tronie stubramnych Teb. Król Gnaof był piękny a królowa Patra jeszcze piękniejsza; ale nie mieli dzieci. Król Gnaof ogłosił nagrodę dla tego, kto wskaże najlepszą metodę utrwalenia rasy królewskiej.
Fakultet medyczny i akademia chirurgiczna spłodziły znakomite rozprawy w tej doniosłej kwestyi; ale żadna nic nie pomogła, Wysłano królowę do wód; odprawiła nowennę; obdarowała hojnie świątynię Jowisza Amońskiego, od którego pochodzi amoniak; wszystko napróżno. Wreszcie młody dwudziestopięcioletni kapłan stanął przed królem i rzekł: „Najjaśniejszy, zdaje mi się, że znam zaklęcie, zdolne sprawić to, czego Wasza Dostojność pragnie tak żarliwie. Trzeba mi rzec coś poufnie do ucha twej małżonce; jeżeli potem nie zastąpi, zezwalam, niech mnie powieszą. — Zgoda“, rzekł król Gaof. Zostawiono królowę i młodego księżyka tylko kwadrans razem. Królowa zaszła w ciążę, a król chciał powiesić księdza.
— Mój Boże, rzekła księżniczka, widzę dokąd to prowadzi: doprawdy, twoja powiastka jest zbyt pospolita; rzekłabym nawet, iż obraża moją wstydliwość. Opowiedz mi jakąś bajkę bardzo prawdziwą, bardzo autentyczną i bardzo moralną, a którejbym nie znała: w ten sposób dopełnisz ukształcenia mej duszy i serca, jak powiada egipski profesor Linro[173].
— Służę pani, rzekł piękny wąż: oto fakt najautentyczniejszy w świecie.
„Byli trzej prorocy; wszyscy trzej jednakowo ambitni i znudzeni swojem rzemiosłem. Szaleństwo ich zasadzało się na tem, iż chcieli zostać królami; od proroka do króla jest bowiem tylko krok, a człowiek zawsze dąży do tego, aby przebyć wszystkie szczeble drabinki losu. Pozatem, upodobania ich, rozrywki, były zupełnie różne. Pierwszy cudownie kazał do zgromadzonych współbraci, którzy bili mu oklaski; drugi szalał za muzyką, a trzeci namiętnie lubił dziewczęta. Jednego dnia, gdy siedzieli przy obiedzie i rozmawiali o słodyczach królowania, zjawił się im anioł Ituriel.
„Pan wszechrzeczy, rzekł anioł, zsyła mnie tu, aby nagrodzić waszą cnotę. Nietylko będziecie królami, ale każdy z was będzie mógł ustawnie zaspokajać swą namiętność. Ciebie, pierwszy proroku, robię królem Egiptu: będziesz wciąż przewodniczył Radzie, wciąż oklaskującej twą wymowę i rozum. Ty, drugi proroku, będziesz władał w Persyi, i będziesz się bez przerwy napawał boską muzyką. Ciebie, trzeciego, robię królem Indyi i daję ci uroczą kochankę, która nie opuści cię ani na chwilę“.
„Ten, któremu przypadł Egipt, zwołał zaraz swą przyboczną radę, składającą się jeno z dwustu mędrców. Wygłosił, jak każe tameczny obyczaj, dłuższe przemówienie, które spotkało się z wielkim aplauzem; monarcha zakosztował słodkiego zadowolenia iż poi się pochwałą nie skażoną pochlebstwem.
„Po Radzie poufnej nastąpiła Rada spraw zagranicznych. Była o wiele liczniejsza: nowe przemówienie zjednało monarsze jeszcze więcej pochwał. Toż samo na innych Radach. Nie było ani chwili przerwy w przyjemnościach i chwale egipskiego króla-proroka. Rozgłos jego wymowy napełnił całą ziemię.
„Prorok król perski zaczął od włoskiej opery w której chórach spiewało tysiąc pięćset rzezańców. Głosy ich wzruszyły mu duszę aż do szpiku kości, gdzie dusza zamieszkuje. Po tej operze następowała druga, potem trzecia, bez przerwy.
„Król Indyi zamknął się z kochanką, kosztując z nią doskonałej rozkoszy. Pieścić ją ciągle było mu najwyższem szczęściem; współczuł ze smutnym losem swoich dwóch kolegów, z których jeden był skazany na ciągłe obrady, a drugi na wieczną operę.
„Po upływie kilku dni, każdy król usłyszał przez okno drwali, wychodzących z gospody, aby spieszyć na wyrąb do sąsiedniego lasu; każdy trzymał pod ramię swoją lubkę, którą mógł odmieniać do woli. Nasi królowie poprosili Ituriela, aby zechciał wstawić się za nimi u Pana wszechrzeczy i zrobić ich drwalami.
— Nie wiem, przerwała tkliwa Amazyda, czy Pan wszechrzeczy przychylił się do ich prośby, i mało mnie to obchodzi; ale wiem dobrze, że nie prosiłabym nikogo o nic, gdybym się znalazła sam na sam z moim kochankiem, z moim drogim Nabuchodonozorem“.
Sklepienia pałacu odebrzmiały tem wielkiem imieniem. Najpierw Amazyda wymówiła jedynie Na, potem Nabu, później Nabucho; ale, w końcu, namiętność podniosła ją; wymówiła nieszczęsne imię całkowicie, mimo przysięgi jaką złożyła królowi swemu ojcu. Wszystkie damy pałacowe powtórzyły Nabuchodonozor, a złośliwy kruk nie omieszkał pospieszyć z tem do króla. Twarz Amazysa, króla Tanisu, zachmurzyła się, ponieważ serce było pełne chmur. I oto jak wąż, który był najchytrzejszem i najzmyślniejszem zwierzęciem w świecie, zawsze szkodzi kobietom, sądząc że im wygadza.
Rozgniewany Amazys posłał natychmiast po córkę tuzin siepaczy, którzy są zawsze gotowi spełniać wszystkie barbarzyńskie rozkazy władców, i którzy powiadają na swoje usprawiedliwienie: „Za to nas płacą“.


X. Jak ojciec chciał uciąć głowę księżniczce i jak jej nie uciął.

Skoro księżniczkę, całą drżącą, przywiedziono do obozu króla jej ojca, ten rzekł: „Moja córko, wiesz, że wszystkie księżniczki, nieposłuszne królowi swemu ojcu, karze się śmiercią: inaczej w królestwie nie byłoby ładu. Zabroniłem ci wymawiać imię twego kochanka Nabuchodonozora, śmiertelnego wroga który mnie złożył z tronu przed siedmiu laty i który znikł z powierzchni ziemi. Znalazłaś sobie na jego miejsce białego byka i krzyczałaś Nabuchodonozor! Słusznie godzi się, abym ci uciął głowę“.
Księżniczka odparła: „Ojcze, stanie się wedle twojej woli; ale zostaw mi czas, bym opłakała moje dziewictwo. — Słusznie, rzekł król Amazys; jestto prawo uświęcone przez wszystkich roztropnych i światłych monarchów. Daję ci cały dzień na opłakanie dziewictwa, skoro twierdzisz że je masz. Jutro, ósmego dnia mego obozowania tutaj, wydam białego byka na pożarcie rybie, a tobie utnę szyję o dziewiątej rano“.
Piękna Amazyda udała się tedy, w otoczeniu dworek, nad brzeg Nilu, aby opłakać wszystko co jej zostało z dziewictwa. Roztropny Mambres dumał koło niej, licząc godziny i chwile. „Widzisz, drogi Mambresie, rzekła, zmieniłeś wodę Nilu w krew, wedle zwyczaju, a nie możesz odmienić serca Amazysa, mego ojca, króla Tanisu! Ścierpisz, że mi utną szyję jutro o dziewiątej rano! — To zależy, odparł zadumany Mambres, od szybkości moich gońców“.
Nazajutrz, gdy cienie obelisków i piramid znaczyły na ziemi dziewiątą godzinę dnia, związano białego byka, aby go rzucić rybie Jonaszowej i przyniesiono królowi jego wielki miecz. „Ach, ach, powtarzał Nabuchodonozor w głębi serca, ja, król, jestem wołem blisko od siedmiu lat, i ledwiem odnalazł swoją kochankę, dają mnie pożreć rybie“.
Nigdy roztropny Mambres nie tonął w tak głębokiej zadumie. Trwał pogrążony w smutnych myślach, kiedy ujrzał zdaleka to czego oczekiwał. Niezliczony tłum zbliżał się. Trzy figury, Izydy, Ozyrisa i Horusa, zespolone razem, posuwały się niesione na noszach ze złota i drogich kamieni: dzierżyło je stu senatorów z Memfisu, poprzedzało je zaś sto dziewcząt grających na świętych arfach. Cztery tysiące kapłanów, z głową ogoloną i uwieńczoną kwiatami, jechało każdy na hipopotamie. Na dalszym planie ukazywały się, z tą samą pompą: owca z Teb, pies z Febe, krokodyl z Arsinoe, kozieł z Mendes, i wszyscy niżsi bogowie egipscy, którzy przychodzili oddać cześć wielkiemu wołowi, równie potężnemu jak Izis, Ozyris i Horus razem.
Wśród tych wszystkich półbogów, czterdziestu księży niosło ogromny koszyk pełen świętych cebul, które nie były zupełnymi bogami, ale wielce były do nich podobne.
Po dwóch stronach tego korowodu bogów, ciągnącego za sobą niezliczony lud, kroczyło czterdzieści tysięcy wojowników, w kaskach na głowie, z krzywemi szablami na lewem udzie, z kołczanem na ramieniu i łukiem w ręce.
Wszyscy księża śpiewali chórem, na podniosłą i roztkliwiającą melodję:

Wół nasz, wół nasz spoczął w grobie,
Piękniejszego znajdziem sobie.

I, za każdą pauzą, rozlegały się systry, kastanjety, bębenki, psałteriony, kobzy, harfy i oboje.


XI. Jak księżniczka zaślubiła swego woła.

Amazys, król Tamiru, zdumiony tem widowiskiem, nie uciął szyi córce; schował szablę do pochwy. Mambres rzekł: „Wielki królu! rzeczy poszły odmiennym torem; trzeba aby Wasza Dostojność dała przykład. O, królu! rozwiąż szybko białego byka i pierwszy oddaj mu cześć“. Amazys usłuchał i padł na twarz wraz z całym ludem. Arcykapłan Memfisu podał nowemu Apisowi pierwszą wiązkę siana. Księżniczka Amazyda wieńczyła jego piękne rogi girlandami róż, powojów, jaskrów, tulipanów, goździków, hyacyntów. Pozwalała sobie całować go, ale z głębokim szacunkiem. Księża wysypywali palmami i kwiatami drogę którą wiedziono go do Memfisu; a roztropny Mambres, wciąż zamyślony, powiadał pocichu do swego przyjaciela węża: „Daniel zmienił tego człowieka w woła, a ja zmieniłem tego woła w boga“.
Powrót do Memfisu odbył się w tym samym porządku. Król Tamisu, mocno zawstydzony, szedł za całym orszakiem; Membres, z pogodną i skupioną miną, obok niego. Stara podążała za nimi uszczęśliwiona; przy niej wąż, pies, oślica, kruk, gołąb i kozieł ofiarny. Wielka ryba płynęła w górę Nilu. Daniel, Ezechiel i Jeremiasz, zmienieni w sroki, zamykali pochód.
Skoro orszak przybył do granic królestwa, które były niedaleko, król Amazys pożegnał woła Apisa i rzekł do córki: „Moja córko, wróćmy do naszego Państwa, iżbym ci uciął szyję, jak to postanowiłem w swojem królewskiem sercu, za to żeś wymówiła imię Nabuchodonozora, wroga który mnie złożył z tronu przed siedmiu laty. Kiedy ojciec poprzysiągł uciąć głowę córce, musi spełnić ślub, inaczej byłby na zawsze wtrącon do piekieł, a ja nie chcę gubić duszy dla ciebie“. Piękna księżniczka tak odpowiedziała królowi Amazysowi: „Mój drogi ojcze, utnij sobie szyję komu chcesz, ale nie mnie. Jestem na ziemiach Izydy, Ozyrisa, Horusa i Apisa; nie opuszczę mego pięknego białego byczka; będę go pieściła całą drogę, aż ujrzę jego apoteozę w wielkiej stajni świętego miasta Memfisu: jestto słabostka, którą można wybaczyć panience mego rodu“.
Ledwie wymówiła te słowa, wół Apis wykrzyknął: „Moja droga Amazydo, będę cię kochał przez całe życie“. Pierwszy to raz, od czterdziestu tysięcy lat przez które ubóstwiano w Egipcie Apisa, usłyszano aby przemówił. Wąż i oślica wykrzyknęli: „Siedm lat się spełniło!“ a trzy sroki powtórzyły: „Siedm lat się spełniło!“ Wszyscy kapłani egipscy podnieśli ręce do nieba. Ujrzano nagle, że Bóg traci dwie tylne nogi; przednie zmieniły się w nogi ludzkie; dwa piękne, muskularne, mięsiste i białe ramiona wyrosły z boków; woli pysk ustąpił twarzy uroczego bohatera; stał się z powrotem najpiękniejszym człowiekiem na ziemi, i rzekł: „Wolę być kochankiem Amazydy niż bogiem. Jestem Nabuchodonozor, król królów“.
Ta nowa metamorfoza zdumiała wszystkich, prócz zadumanego Mambresa; ale co nie zdumiało nikogo, to iż Nabuchodonozor zaślubił natychmiast piękną Amazydę wobec tego wielkiego grona.
Zostawił królestwo Tanisu swemu teściowi i uczynił piękne fundacye dla oślicy, węża, psa, gołębia, a nawet kruka, trzech srok i dużej ryby, dowodząc tem całemu światu, że umie zarówno przebaczać jak święcić tryumfy. Staruszka otrzymała sowitą pensyę. Kozła ofiarnego posłano na jeden dzień na pustynię, iżby zmazane były wszystkie minione grzechy, poczem, aby mu to nagrodzić, dano mu dwanaście kóz. Roztropny Mambres wrócił do swego pałacu aby dumać. Nabuchodonozor, uściskawszy go, władał spokojnie królestwem Memfisu, Babilonu, Damaszku, Balbeku, Tyru, Syryi, Azyi mniejszej, Scytyi, Chiras, Mosok, Tubal, Madai, Gogii, Magogii, Jawan, Sogdiany, Baktryany, Indyj i Wysp.
Ludy tej rozległej monarchii krzyczały co rano: „Niech żyje wielki Nabuchodonozor, król królów, który przestał być wołem“. I, od tego czasu, stało się zwyczajem w Babilonie, iż, za każdym razem kiedy król, grubo oszukiwany przez swoich satrapów, albo magów, albo skarbników, albo przez swoje żony, poznał w końcu swe błędy i poprawił się ze swego postępowania, cały lud krzyczy u jego bram: „Niech żyje nasz wielki król, który przestał być wołem!“






USZY HRABIEGO CHESTERFIELD[174] I KAPELAN GUDMAN
(1775.)

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Ach! ach! nieubłagana fatalność włada sprawami tego świata. Sądzę o tem, rzecz prosta, z mojej przygody.
Milord Chesterfield, który mnie bardzo lubił, przyrzekł pomyśleć o mym losie. Otóż, zawakowało dobre preferment[175], zawisłe od niego. Pędzę z prowincyi, gdzie mieszkam, do Londynu; zjawiam się u milorda, przypominam mu obietnicę: ściska mi ręce i powiada że w istocie źle wyglądam. Odpowiadam, że moja największa choroba, to ubóstwo. Milord oświadcza że mnie uleczy, i daje mi bezzwłocznie list do p. Sidrac, w pobliżu Guidhallu.
Przekonany, że ów p. Sidrac jest osobą która ma się zająć sprawą mego probostwa, pędzę do niego. P. Sidrac, który był chirurgiem milorda, przystępuje bezzwłocznie do sondowania mnie i upewnia, że jeżeli mam kamień, zoperuje mnie z pomyślnym skutkiem.
Trzeba wiedzieć, że milord usłyszał iż mocno cierpię na pęcherz i chciał, ze zwykłą swą hojnością, dać mnie zoperować na swój koszt. Był głuchy, tak jak jego brat, o czem jeszcze nie wiedziałem.
Przez czas, który strawiłem broniąc swego pęcherza przed p. Sidrac, chcącym mnie sondować przemocą, jeden z pięćdziesięciu dwu kandydatów którzy ubiegali się o to samo beneficyum, zjawił się u milorda, poprosił o moje probostwo i otrzymał je.
Byłem zakochany w miss Fidler i miałem ją zaślubić skoro zostanę proboszczem; rywal mój zdmuchnął mi posadę i kochankę.
Hrabia, dowiedziawszy się o mem nieszczęściu i swojej omyłce, przyrzekł mi wszystko naprawić; ale umarł w dwa dni później.
P. Sidrac wykazał mi jak na dłoni, że mój zacny protektor nie mógł żyć ani minuty dłużej, zważywszy stan jego organów, i dowiódł że głuchota jego pochodziła jedynie z nadzwyczajnego wysuszenia błony bębenkowej. Ofiarował się nawet zahartować mi uszy spirytusem tak, abym się stał głuchszy niż którykolwiek z parów królestwa.
Ujrzałem, że p. Sidrac jest bardzo uczonym człowiekiem. Obudził we mnie pociąg do studyów nad przyrodą. Widziałem zresztą, że to jest miłosierny człowiek, który, w potrzebie, zoperowałby mnie gratis i któryby mi użyczył swej pomocy we wszelkiej przygodzie jakaby mi się mogła trafić w okolicy ujścia pęcherza.
Zacząłem tedy studyować przyrodę pod jego kierunkiem, aby się pocieszyć po stracie probostwa i kochanki.


ROZDZIAŁ DRUGI.

Po wielu spostrzeżeniach przyrodniczych, dokonanych przy pomocy moich pięciu zmysłów, lunet, mikroskopów, rzekłem, pewnego dnia, do p. Sidrac: „To są czyste kpiny; niema żadnej natury, wszystko jest sztuką. Cudowną jest sztuka, z jaką planety tańczą regularnie koło słońca, gdy słońce kręci się samo dokoła siebie. Musiał to być ktoś równie uczony jak królewska akademia w Londynie, ten kto urządził rzeczy w ten sposób, iż kwadrat obrotu każdej planety jest zawsze proporcyonalny do pierwiastka z sześcianu ich odległości od środka; i trzeba być czarownikem aby to zgadnąć.
„Przypływ i odpływ Tamizy wydaje mi się wynikiem sztuki nie mniej głębokiej i nie mniej trudnej do poznania.
„Zwierzęta, rośliny, minerały, wszystko wydaje mi się urządzone wedle miary, wagi, liczby, ruchu, wszystko jest sprężyną, dźwignią, blokiem, machiną hydrauliczną, laboratoryum chemicznem, od trawki do dębu, od pchły do człowieka, od ziarnka piasku aż do chmur.
„Niema wątpliwości: wszystko jest sztuką, a natura jest prostą chimerą. — Masz pan słuszność, odparł p. Sidrac; ale masz o tem wszystkiem słabe pojęcie; wszystko to już powiedział pewien mędrek z tamtej strony kanału[176]; cóż, kiedy nikt nie zwrócił na to uwagi. — Co mnie dziwi, i co mi się najbardziej podoba, to iż, mocą tej niezrozumiałej sztuki, dwie machiny tworzą zawsze trzecią. Bardzo mi żal, że nie mogłem tego dokonać z miss Fidler; ale widzę, że było postanowione od najdawniejszych wszechczasów, że miss Fidler użyje do tego innej machiny niż mnie.
— To co pan mówisz, odparł p. Sidrac, również już było powiedziane: tem lepiej, to pomnaża prawdopodobieństwo słuszności twego rozumowania. Tak, bardzo zabawne jest, że dwie osoby wydają trzecią; ale to nie odnosi się do wszystkich istot: dwie róże nie wydają trzeciej róży całując się; dwa kamienie, dwa metale, nie wydają trzeciego; a mimo to, metal, kamień, to rzeczy których cała przemyślność ludzka nie zdołałaby stworzyć. Wielki, prawdziwy, ciągły cud, to to, że chłopak i dziewczyna wydają razem dziecko, i że słowik robi słowiczka swojej słowiczycy a nie pliszce. Powinnoby się spędzić pół życia na naśladowaniu ich, a drugie pół mi błogosławieniu tego kto wymyślił tę metodę. Istnieje, w sztuce płodzenia, tysiąc bardzo ciekawych sekretów. Newton powiada, że natura jest wszędzie do siebie podobna: Natura est ubique sibi consona. W miłości to jest fałszywe: ryby, gady, ptaki nie kochają się tak jak my: jest w tem nieskończona rozmaitość. Fabrykacya czujących i działających istot zachwyca mnie. Roślinność też ma swoje uroki. Zawsze zdumiewam się, że ziarno zboża rzucone w ziemię wydaje wiele nowych ziarn.
— Aha, rzekłem (byłem wówczas jeszcze głupi): niby że zboże musi umrzeć aby się urodzić, jak uczy o tem Szkoła[177].
P. Sidrac sprostował z uśmiechem i bardzo oględnie moje pojęcia. „To było dobrze za czasów Szkoły, rzekł; ale najskromniejszy rolnik wie dzisiaj że to głupstwo. — Ach, panie Sidrac, przepraszam pana; ale ja byłem teologiem, a nie można się tak odrazu wyzbyć swoich przyzwyczajeń.


ROZDZIAŁ TRZECI.

W jakiś czas po tych rozmowach biednego księżyny Gudmana z wybornym anatomem Sidrakiem, chirurg ów spotkał go w parku Saint-James, zamyślonego, zadumanego, z miną bardziej zakłopotaną niż mina matematyka kiedy mu się trafi omyłka w rachunku. „Co panu? spytał Sidrac; pęcherz czy kiszka stolcowa? — Nie, rzekł Gudman; pęcherz, ale żółciowy. Właśnie przejeżdżał w wygodnej karocy biskup Glocester[178], zarozumiały pedant i gaduła; on jechał, ja szedłem piechotą, i to mnie podrażniło. Pomyślałem, że, gdybym chciał uzyskać biskupstwo w tym kraju, można się założyć dziesięć tysięcy przeciw jednemu żebym go nie dostał, zważywszy że jest nas dziesięć tysięcy księży w Anglii. Zostałem bez żadnego oparcia od śmierci milorda Chesterfielda, który był głuchy. Przypuśćmy, że każdy z dziesięciu tysięcy anglikańskich księży ma po dwóch protektorów: można, w takim razie, trzymać dwadzieścia tysięcy przeciw jednemu, że nie doczekam się biskupstwa. To przykre, kiedy się o tem pomyśli.
„Przypomniałem sobie, że mnie niegdyś namawiano, abym się puścił do Indyj jako majtek, i upewniano mnie, że zrobię tam wielki los ale nie byłem snadź powołany aby kiedyś zostać admirałem. Przepatrzywszy wszystkie zawody, i nie czując się zdolny do niczego, zostałem księdzem.
— Nie bądź pan już księdzem, rzekł Sidrac, i zostań filozofem. To zawód, który nie wymaga ani nie daje bogactw. Ile masz dochodu?
— Tylko trzydzieści gwinei renty; po śmierci zaś starej ciotki, będę miał pięćdziesiąt.
— Ba, mój drogi Gudmanie, to dość aby żyć swobodnie i myśleć. Trzydzieści gwinei, to sześćset trzydzieści szylingów: prawie dwa szylingi dziennie. Filips[179] żądał tylko jednego. Mając ten dochód zapewniony, można powiedzieć wszystko co się myśli o Kompanii Indyjskiej, o parlamencie, o naszych koloniach, o królu, o bycie w ogólności, o człowieku, o Bogu, co jest nielada zabawa. Chodź ze mną na obiad, to ci oszczędzi wydatku; pogadamy: twoja zdolność myślenia będzie miała przyjemność przestawania z moją zapomocą słowa; cudowna rzecz, której ludzie nie podziwiają dostatecznie“.


ROZDZIAŁ CZWARTY.
(Rozmowa doktora teologii Gudmana i anatoma Sidraka o duszy i o niektórych innych rzeczach.)

Gudman. Powiedz mi, mój drogi Sidrac, czemu ty mówisz zawsze moja zdolność myślenia? Czemu nie mówisz poprostu moja dusza? to byłoby krócej, a rozumiałbym cię tak samo.
Sidrac. Ale jabym się nie rozumiał. Czuję, wiem, że Bóg dał mi zdolność myślenia i mówienia; ale nie czuję ani nie wiem czy dał mi istotę którą nazywają duszą.
Gudman. W istocie, kiedy się zastanawiam, widzę że i ja nic o tem nie wiem, i że długo byłem dość zuchwały aby sądzić że wiem. Zauważyłem, że ludy Wschodu nazywają duszę mianem które oznacza życie. Za ich przykładem, Latynowie rozumieli najpierw przez anima życie zwierzęcia[180]. U Greków mówiono o oddechaniu duszy. To oddechanie jestto dech. Latynowie przetłómaczyli słowo dech przez spiritus[181]; stąd słowo, które odpowiada myśli u prawie wszystkich nowożytnych narodów. Ponieważ nikt nie widział nigdy tego tchu, tego ducha, uczyniono zeń istotę, której nie można widzieć ani dotknąć. Powiedziano, że mieszka w naszem ciele nie zajmując w niem miejsca, że porusza naszymi organami nie dotykając ich. Czegóż nie powiedziano? wszystkie nasze rozprawy, o ile mi się zdaje, wspierały się na grze słów. Widzę iż roztropny Locke dobrze czuł, w jaki chaos wtrąciła rozum ludzki ta gra słów we wszystkich językach. Nie dał żadnego rozdziału o duszy w jedynej rozsądnej książce metafizycznej jaką kiedykolwiek napisano. A jeżeli, przypadkowo, wymawia to słowo niekiedy, oznacza ono u niego jedynie naszą inteligencyę.
„W istocie, każdy czuje, że ma inteligencyę, że przyjmuje pojęcia, że gromadzi je, rozbiera; ale nikt nie czuje w sobie drugiej istoty która jest źródłem jego ruchów, wrażeń i myśli. W gruncie rzeczy, niedorzecznością jest wymawiać słowa których się nie rozumie, i przypuszczać istoty, o których nie można mieć najmniejszego pojęcia.
Sidrac. Otośmy się tedy pogodzili co do rzeczy, która była przedmiotem tylu dysput przez tyle wieków.
Gudman. I podziwiam żeśmy się pogodzili.
Sidrac. Niema w tem nic dziwnego, szukamy prawdy z dobrą wiarą. Gdybyśmy zasiadali na ławkach Szkoły, argumentowalibyśmy jak figury z Rabelego[182]. Gdybyśmy żyli w wiekach straszliwych ciemności, które tak długo spowijały Anglię, jeden z nas kazałby może spalić drugiego. Żyjemy w wieku rozumu, znajdujemy łatwo to, co nam się wydaje prawdą, nie lękamy się jej powiedzieć.
Gudman. Tak, ale boję się, że ta prawda, to bardzo niewiele. Dokonaliśmy w matematyce cudów, które zdumiałyby Apoloniusza[183] i Archimedesa, i uczyniłyby ich naszemi uczniami; ale w metafizyce cóżeśmy odkryli? naszą niewiedzę.
Sidrac. A czy to nic? Przyznajesz, że wielka Istota dała ci zdolność czucia i myślenia, tak jak dała twoim nogom zdolność chodzenia, rękom władzę wykonywania mnóstwa rzeczy, wnętrznościom władzę trawienia, sercu władzę wpędzania krwi w tętnice. Wszystko mamy od Niej; nie mogliśmy sobie nic dać, i zawsze będziemy nieświadomi sposobu w jaki Pan wszechświata poczyna sobie aby nami powodować. Co do mnie, składam mu dzięki za to, iż mnie pouczył że nic nie wiem o pierwszych zasadach.
„Zawsze dochodzono, w jaki sposób dusza oddziaływa na ciało. Trzebaby wiedzieć wprzód, czy mamy wogóle duszę. Albo Bóg dał nam ten podarek, albo nam użyczył czegoś co obstoi za to samo. W jakikolwiek sposób postąpił, zawsze jesteśmy w jego ręku. Jest naszym panem, oto wszystko co wiem.
Gudman. Ale przynajmniej powiedz mi co przypuszczasz. Sekcyonowałeś mózgi; widziałeś embryony i płody; czy odkryłeś w nich jaki ślad duszy?
Sidrac. Najmniejszego; i nigdy nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób istota niemateryalna, nieśmiertelna, miałaby tkwić dziewięć miesięcy bezcelowo ukryta w cuchnącej błonie między uryną a odchodami. Trudno mi było pojąć, aby ta rzekomo czysta dusza istniała przed utworzeniem jej ciała; nacóż bowiem zdałaby się przez wieki, nie będąc duszą ludzką? I w jaki sposób wyobrazić sobie istotę prostą, istotę metafizyczną, która czeka przez wieczność na chwilę w której ma ożywić materyę na kilka minut. Cóż się dzieje z tą nieznaną istotą, jeżeli płód, który miała ożywić, umrze w łonie matki?
„Jeszcze niedorzeczniejsze zdało mi się, aby Bóg miał stwarzać duszę w chwili zapłodnienia. Zdała mi się bluźnierczą ta myśl, iż Bóg ma czekać spełnienia cudzołóstwa, kazirodztwa, aby nagrodzić te ohydy, stwarzając, na ich intencyę, dusze. Jeszcze bardziej mnie zgorszył pogląd, iż Bóg wydobywa z nicości nieśmiertelne dusze aby im kazać wiekuiście cierpieć niewymowne męki. Jakto! palić istoty duchowe, istoty w których niema nic do spalenia! Jakbyśmy się wzięli do tego, aby spalić dźwięk głosu, wiatr który przewiał? a jeszcze ten dźwięk, ten wiatr, były materyalne w króciutkiej chwili swego mijania; ale czysty duch, myśl, wątpienie? to mi się w głowie nie mieści. W jakąkolwiek stronę się obrócę, widzę jeno ciemności, sprzeczność, niemożliwość, niedorzeczność, majaki, błazeństwa, chimery, głupstwo, nonsens, szalbierstwo.
„Zupełnie natomiast rad jestem z siebie, kiedy sobie powiem: Bóg jest panem. Ten, który każe nieprzeliczonym gwiazdom ciążyć ku sobie wzajem, ten który uczynił światło, dość jest potężny aby nam dać uczucia i myśli, bez tego iżbyśmy potrzebowali małego obcego i niewidzialnego atomu, zwanego duszą.
„To pewna, iż Bóg dał wszystkim zwierzętom czucie, pamięć, przemyślność. Dał im życie; a jestto z pewnością równie ładny podarek dać życie, co dać duszę. Dość powszechnie przyjęte jest, że zwierzęta żyją; stwierdzone jest, że mają czucie, skoro mają narządy czucia. Otóż, jeżeli mają to wszystko bez duszy, czemuż koniecznie my chcemy mieć tę duszę?
Gudman. Może przez próżność. Jestem przekonany, że, gdyby paw umiał mówić, chełpiłby się że ma duszę, i powiedziałby że dusza jest w jego ogonie. Jestem bardzo skłonny podejrzewać wraz z panem, że Bóg uczynił nas zdolnych jeść, pić, chodzić, spać, czuć, myśleć, pełnych namiętności, pychy i nędzy, nie wyjawiwszy nam ani słowa ze swej tajemnicy. Nie więcej wiemy w tym przedmiocie od owego pawia... Ten, kto powiedział że rodzimy się, żyjemy i umieramy nie wiedząc jak, powiedział wielką prawdę.
„Zdaje mi się, że ten[184], kto nas nazwał maryonetkami Opatrzności, dobrze nas określił; ostatecznie bowiem, iżbyśmy istnieli, trzeba nieskończonej mnogości ruchów. Owóż, nie my uczyniliśmy ruch; nie my ustanowiliśmy jego prawa. Jest ktoś, kto, uczyniwszy światło, prowadzi je od słońca do naszych oczu i przywodzi je nam w siedmiu minutach. Jedynie ruch potrąca moje pięć zmysłów; jedynie przez moje pięć zmysłów rodzą się we mnie pojęcia: zatem autor ruchu daje mi pojęcia. Kiedy mi powie w jaki sposób mi je daje, złożę mu bardzo pokorne dzięki. Dziękuję mu już bardzo i za to, że mi pozwolił oglądać przez kilka lat wspaniałe widowisko tego świata, jak mówi Epiktet. Prawda, iż mógł mnie uczynić szczęśliwszym; mógł mi dać dobre probostwo i moją ukochaną miss Fidler; ale, ostatecznie, tak jak jest, przy moich sześćset trzydziestu szylingach renty, i tak mu jestem bardzo obowiązany.
Sidrac. Powiadasz, że Bóg mógł ci dać dobre probostwo i mógł cię uczynić szczęśliwszym niż jesteś. Są ludzie, którzy nie przepuściliby ci tego twierdzenia. Nie przypominasz-że już sobie, że ty sam żaliłeś się na fatalność? Nie wolno jest człowiekowi, który chciał być proboszczem, przeczyć samemu sobie. Nie pojmujesz, że, gdybyś miał probostwo i żonę której pragnąłeś, w takim razie tybyś zrobił dziecko pannie Fidler, a nie twój rywal? Dziecko, któreby urodziła, mogłoby być majtkiem, zostać admirałem, wygrywać bitwy morskie w ujściu Gangesu i do reszty obalić Wielkiego Mogoła. To samo zmieniłoby postać świata. Trzebaby świata zupełnie odmiennego niż nasz, aby twój współzawodnik nie otrzymał probostwa, aby nie zaślubił miss Fidler, abyś ty nie został o sześciuset trzydziestu szylingach rocznie, w oczekiwaniu śmierci ciotki. Wszystko stanowi jeden łańcuch; Bóg zaś nie przerwie wiekuistego łańcucha dla mego przyjaciela Gudmana.
Gudman. Nie przyszło mi na myśl to rozumowanie kiedym mówił o fatalności; ale, ostatecznie, jeżeli tak jest, w takim razie Bóg jest niewolnikiem tak samo jak ja?
Sidrac. Jest niewolnikiem swojej woli, swojej mądrości, praw które uczynił, swojej koniecznej natury. Nie może ich naruszyć, ponieważ nie może być słaby, niestały, zmienny jak my, i ponieważ Istota nieodzownie wieczna nie może być chorągiewką na dachu.
Gudman. Panie Sidrac, to może wieść prosto do bezbożności, jeźli bowiem Bóg nie może nic zmienić w sprawach świata, nacóż śpiewać jego pochwały, nacóż modlić się do niego?
Sidrac. A któż powiada aby się modlić i chwalić Boga? Dużo się on, w istocie, troszczy o nasze pochwały i uznania! Chwalimy człowieka, ponieważ przypuszczamy że jest próżny; prosimy go, kiedy sądzimy że jest słaby i spodziewamy się że odmieni zdanie. Czyńmy nasz obowiązek względem Boga, uwielbiajmy go, bądźmy sprawiedliwi; oto nasze prawdziwe pochwały, prawdziwe modlitwy.
Gudman. Panie Sidrac, obeszliśmy spory kawał; nie licząc bowiem miss Fidler, dochodzimy czy mamy duszę, czy jest Bóg, czy może się zmienić, czy jesteśmy przeznaczeni do dwojakiego życia, czy... To są głębokie studya; możebym nigdy nie pomyślał o nich, gdybym został proboszczem. Muszę zgłębić te potrzebne i wzniosłe rzeczy, skoro nie mam nic do roboty.
Sidrac. A więc, doktor Grou ma być jutro u mnie na obiedzie; jestto bardzo uczony lekarz; objechał świat dookoła z pp. Banksem[185] i Solandrem; musi tedy z pewnością wiedzieć coś o Bogu i duszy, znać prawdę i fałsz, złe i dobre, o wiele lepiej niż ci którzy nigdy nie opuścili Covent-Garden. Co więcej, doktor Grou zwiedził za młodu prawie całą Europę; był świadkiem kilku rewolucyj w Rosyi; obcował z baszą hrabią de Bonneval[186], który stał się, jak wiadomo, zupełnym muzułmanem w Konstantynopolu, żył blisko z księdzem-papistą Mac-Carthy[187], irlandczykiem, który dał sobie obrzezać napletek na cześć Mahometa, i naszym szkockim prezbyteryaninem Ramsayem, który uczynił toż samo, nim później wstąpił do wojska w Rosyi i zginął bijąc się ze Szwedami w Finlandyi. Wreszcie, rozmawiał z wielebnym ojcem Malagridą[188], którego później spalono w Lizbonie, ponieważ Najśw. Panna objawiła mu wszystko co robiła będąc w żywocie matki swojej, św. Anny.
„Pojmujesz, że człowiek taki jak doktor Grou, który widział tyle rzeczy, musi być największym metafizykiem w świecie. Zatem, jutro u mnie na obiedzie.
Gudman. I pojutrze także, drogi Sidrac; trzeba bowiem więcej niż jednego obiadu aby się oświecić“.


ROZDZIAŁ PIĄTY.

Nazajutrz, trzej myśliciele spożyli razem obiad; że zaś, obyczajem filozofów przy stole, stali się nieco weselsi pod koniec posiłku, zaczęli rozprawiać o wszystkich nieszczęściach, głupstwach, okropnościach, jakie trapią rodzaj zwierzęcy, od równika aż do bieguna, i od Limy aż do Meako[189]. Ta rozmaitość ohydy jest wszelako dość zabawna. Jestto przyjemność, której nie kosztują mieszczuchy-domatorzy, ani też wikaryusze, którzy znają jeno własne parafie i sądzą że cała reszta świata zupełnie podobna jest do Exchange-Alley w Londynie lub ulica de la Huchette w Paryżu.
„Zauważyłem, rzekł doktor Grou, że, mimo nieskończonej rozmaitości rozsianej na tym globie, wszyscy ludzie, których widziałem, czy to czarni i kosmaci, czy czarnowłosi, bronzowi, czerwoni, czy śniadzi którzy nazywają się białymi, mają porówni dwie nogi, dwoje oczu i jedną głowę na ramionach, cobądźby powiadał św. Augustyn, który, w swojem trzydziestem siódmem kazaniu, zapewnia, iż widział acefalów, to znaczy ludzi bez głowy; monokulów, którzy mają jedno oko; i monopedów, którzy mają jedną nogę. Co się tyczy ludożerców, przyznaję, że świat roi się od nich, i że wszyscy ludzie przez to przeszli.
„Pytano mnie często, czy mieszkańcy tego olbrzymiego kraju zwanego Nową Zelandyą, którzy są dziś największymi barbarzyńcami pod słońcem, byli ochrzczeni. Odpowiedziałem, że nic nie wiem, ale że to możliwe: Żydzi, którzy byli większymi barbarzyńcami od nich, mieli aż dwa chrzty, urzędowy i domowy.
— Tak, wiem o tem, rzekł Gudman, i spierałem się nieraz z tymi, którzy myślą że myśmy wynaleźli chrzest. Nie, panowie, niceśmy nie wynaleźli, jedynieśmy połatali. Ale, powiedz mi pan, panie Grou, z tych ośmdziesięciu czy stu religii które pan widział w drodze, która wydała się panu najprzyjemniejsza? zelandzka czy hotentocka?
— Religia wyspy Otaiti, bez najmniejszego porównania. Przebiegłem dwie półkule; nie widziałem nic takiego jak Otaiti i jego nabożna królowa. W Otaiti mieszka natura. Gdzieindziej, widziałem jedynie maski; widziałem jedynie hultajów, którzy, mamią głupców; szalbierzy, którzy wyłudzają drugim pieniądze aby mieć władzę, i wyłudzają władzę aby mieć bezkarnie pieniądze; którzy sprzedają wam pajęczynę aby zjeść wasze kuropatwy; którzy wam sprzedają bogactwa i rozkosze kiedy nie będzie już nikogo, iżbyście kręcili rożen póki oni istnieją.
„Dalipan! nie tak jest na wyspie Aiti, lub Otaiti. Wyspa ta jest o wiele bardziej cywilizowana niż Zelandya i kraje Kafrów; a również, śmiem powiedzieć, niż nasza Anglia, natura bowiem obdarzyła ją żyźniejszą glebą; dała jej drzewo chlebowe, dar równie użyteczny jak cudowny, którego udzieliła jedynie niektórym wyspom południowego Oceanu. Prócz tego, Otaiti posiada mnogość ptactwa, jarzyn i owoców. W takim kraju niema potrzeby zjadać swego bliźniego; jest natomiast potrzeba bardziej naturalna, bardziej luba, bardziej powszechna, którą religia Otaiti nakazuje zaspakajać publicznie. Jestto, ze wszystkich ceremonij religijnych, z pewnością najbardziej czcigodna; byłem jej świadkiem, zarówno jak cała nasza załoga. Nie są to bajki misyonarzy, takie jak się spotyka niekiedy w Ciekawych i budujących listach wielebnych ojców jezuitów. Doktór Hawkesworth[190] kończy obecnie drukować nasze odkrycia na południowej półkuli. Ja zawsze towarzyszyłem panu Banks, owemu dzielnemu młodemu człowiekowi, który poświęcił czas i majątek na badanie przyrody ku biegunowi południowemu, gdy pp. Dawkins i Wood[191] wracali z ruin Palmiry i Balbek, gdzie zbadali najstarsze pomniki sztuk, a gdy p. Hamilton[192] uczył zdumionych Neapolitańczyków historyi naturalnej ich ojczystego Wezuwiusza. Widziałem zatem z p. Banksem, Solandrem, Cookiem, to co panom opowiem.
„Księżniczka Obeira, królowa wyspy Otaiti“...
Tu wniesiono przybór do kawy; skoro podano ją wszystkim, p. Grou tak ciągnął opowiadanie.


ROZDZIAŁ SZÓSTY.

„Księżniczka Obeira, powiadam, obsypawszy nas podarkami, z uprzejmością godną angielskiej królowej, wyraziła chęć przyjrzenia się pewnego rana naszym anglikańskim obrządkom. Odprawiliśmy je najparadniej jakeśmy mogli. Po obiedzie, zaprosiła nas na swój: było to 14 maja 1769 r. Zastaliśmy ją otoczoną blisko tysiącem osób obojej płci ustawianych w półkole, w pełnem szacunku milczeniu. Bardzo ładna młoda dziewczyna, odziana z wdzięczną prostotą i nader lekko, spoczywała na wzniesieniu które służyło za ołtarz. Królowa Otaiti nakazała młodemu chłopcu, lat około dwudziestu, aby dopełnił ofiary. Odmówił jakąś modlitwę i wstąpił na ołtarz. Oboje ofiarnicy byli wpół nadzy. Królowa, z majestatyczną miną, pouczyła młodą pacyentkę o najwłaściwszym sposobie dopełnienia ofiary. Wszyscy Otajczycy byli tak baczni i tak przejęci szacunkiem, że żaden z naszych majtków nie odważył się nieprzystojnym śmiechem zmącić ceremonii. Oto co widziałem, powiadam; oto co widziała cała nasza załoga: zostawiam wam wyciągnięcie wniosków.
— Ta święta uroczystość nie dziwi mnie, rzekł doktor Gudman. Jestem przekonany, że to jest pierwsze święto jakie ludzie kiedykolwiek święcili, i nie widzę czemu człowiek nie miałby się modlić do Boga wówczas gdy ma sporządzić istotę na swoje podobieństwo, jak my się modlimy przed posiłkiem mającym skrzepić nasze ciało? Pracować nad spłodzeniem rozumnej istoty, jestto najszlachetniejsza i najświętsza czynność. Tak mniemali dawni Hindusi którzy czcili Lingam, symbol płodzenia; dawni Egipcyanie, którzy obnosili w procesyach Phallusa; Grecy, którzy wznosili świątynie Pryapowi. Jeżeli wolno przytaczać nędzny narodek żydowski[193], grubo naśladujący wszystkich swoich sąsiadów, powiedziane jest, w jego księgach, że ten naród ubóstwiał Pryapa, i że królowa-matka króla żydowskiego Azy była jego arcykapłanką.
„Jakbądź się rzeczy mają, wielce prawdopodobnem jest, że nigdy żaden naród nie stanowił ani nie mógł ustanowić obrzędów przez rozpustę. Wyuzdanie wkrada się w nie niekiedy z czasem; ale założenie jest zawsze niewinne i czyste. Nasze pierwsze agapy, na których chłopcy i dziewczęta całowali się skromnie w usta, wyrodziły się dopiero dość późno w schadzki i niewierności. Dałżeby Bóg, abym był mógł, w niewinności serca, ofiarować z miss Fidler przed królową Obeirą! Byłby to z pewnością najpiękniejszy uczynek w mojem życiu“.
P. Sidrac, który dotąd milczał, ponieważ pp. Gudman i Grou mówili bezustanku, przerwał wreszcie swoje milczenie i rzekł: „Wszystko com tu usłyszał, zachwyca mnie. Królowa Obeira wydaje mi się pierwszą królową półkuli południowej; nie śmiem powiedzieć obu półkul. Ale, wśród takiej czci i szczęścia, jest jeden punkt, który mnie o dreszcz przyprawia. Kochany P. Gudman wtrącił w tej kwestyi słówko, na które pan nie odpowiedział. Czy to prawda, panie Grou, że kapitan Wallis, który zawinął przed panem do tej błogosławionej wyspy, zaniósł tam dwie najstraszliwsze plagi całej ziemi: ospę i przymiot?
— Niestety! odparł p. Grou; Francuzi oskarżają o to nas, a my oskarżamy Francuzów. P. Bougainville[194] powiada, że to ci przeklęci Anglicy udarowali przymiotem królowę Obeirę; a p. Cook utrzymuje, iż królowa dostała tej choroby od samego p. Bougainville. Jakbądź się rzeczy mają, przymiot podobny jest do sztuk pięknych: nie wiemy kto był ich wynalazcą, ale, z czasem, obiegają one Europę, Azyę, Afrykę i Amerykę.
— Oddawna już uprawiam chirurgię, rzekł Sidrac, i wyznaję że temu choróbsku zawdzięczam największą część majątku; mimo to, nienawidzę go. Pani Sidrac udzieliła mi go pierwszej nocy po ślubie, ale, ponieważ jest to osoba bardzo drażliwa na wszystko co tyczy jej honoru, ogłosiła we wszystkich dziennikach londyńskich, że istotnie dotknięta jest tą szpetną chorobą, ale że wyniosła ją z żywota swej szlachetnej matki, i że to jest dawna tradycya rodzinna.
„Co zamierzała tak zwana natura, kiedy wsączyła tę truciznę w same źródła życia? Powiedziano to już, i powtarzam to raz jeszcze: jestto najpotworniejsza i najokropniejsza ze wszystkich sprzeczności. Jakto! człowiek stworzony jest — tak mówią — na obraz Boga.

Finxit in effigiem moderantum cuncta deorum[195];

i oto w naczynia nasienne tego obrazu wszczepiono ból, zarazę, śmierć! W cóż się obróci ów piękny wiersz milorda Rochestera: „Miłość kazałaby ubóstwiać Boga w krainie ateuszów?“
— Ach, rzekł dobry Gudman, trzeba mi może dziękować Opatrzności za to że nie poślubiłem mojej drogiej miss Fidler; kto wie bowiem coby mi się trafiło? Nie można być niczego pewnym na tym świecie. W każdym razie, panie Sidrac, przyrzekł pan mi pomoc we wszystkiem, co tyczy mego pęcherza. — Jestem do pańskich usług, odparł Sidrac; ale nie trzeba dopuszczać takich smutnych myśli“. Mówiąc tak, Gudman miał jakby przeczucie swego losu.


ROZDZIAŁ SIÓDMY.

Nazajutrz, trzej filozofowie roztrząsali wielkie zagadnienie: „Jaka jest pierwsza pobudka wszystkich czynów człowieka?“ Gudman, który miał zawsze na sercu stratę swego probostwa i narzeczonej, powiadał że pobudką wszystkiego jest miłość i ambicya. Grou, który widział więcej świata, rzekł że pieniądz; wielki zaś anatom Sidrac zaręczał że stołeczek[196]. Dwaj biesiadnicy zdumieli się; i oto jak uczony Sidrac dowiódł swego twierdzenia:
„Zawsze to uważałem, że wszystkie sprawy świata zależą od mniemań i woli jakiejś głównej osobistości, czy króla, czy kanclerza czy jego sekretarza; owóż te mniemania i wola są bezpośrednim skutkiem sposobu w jaki duchy żywotne filtrują się w móżdżku a następnie w rdzeniu przedłużonym: te duchy żywotne bowiem zależą od krążenia krwi; ta krew zależy od tworzenia się mleczu; ten mlecz wytwarza się w sieci krezki; ta krezka przymocowana jest do jelit zapomocą bardzo cienkiej siatki; te jelita, jeśli wolno się tak wyrazić, są pełne łajna; owóż, mimo trzech silnych opon któremi każde jelito jest pokryte, jest ono dziurkowane jak sito; wszystko bowiem jest przeźroczyste w naturze, i niema tak drobnego ziarnka piasku, któreby nie miało więcej niż pięćset porów. Możnaby przeprowadzić tysiąc igieł przez kulę armatnią, gdyby można znaleść igły dość cienkie i mocne. Cóż się tedy dzieje z człowiekiem cierpiącym na zatwardzenie? Najdrobniejsze, najdelikatniejsze cząstki jego łajna mięszają się z mleczem w żyłach Azeliusza, spieszą do żyły wrotnej i do zbiornika Pecqueta, przechodzą do żyły podobojczykowej; dostają się do serca najbardziej dwornego mężczyzny, najbardziej zalotnej kobiety. Jestto niby wysuszona rosa z nawozu obiegająca po całem ciele. Jeśli ta rosa przesiąknie tkanki, naczynia i gruczoły człowieka żółciowego, zły humor jego mieni się w okrucieństwo; białko ócz przybiera ton paląco-posępny; wargi zaciskają się i sklejają; kolor twarzy barwi się brudnym odcieniem; cała postać tchnie groźbą; nie zbliżajcie się doń. Jeżeli to minister, strzeżcie się przedłożyć mu w tej chwili jakie podanie: na wszelki papier patrzy jako na środek którym chciałby się chętnie posłużyć wedle dawnego i szpetnego obyczaju Europejczyków. Wywiedzcie się zręcznie u lokaja-faworyta, czy Ekscelencya miała stołeczek dziś rano.
„To jest ważniejsze, niżby ktoś myślał. Zaparcie stolca spowodowało niekiedy najkrwawsze sceny. Mój dziadek, który umarł mając sto lat, był aptekarzem Kromwela; opowiadał mi często, że Kromwel nie był od tygodnia na stronie, wówczas kiedy dał uciąć głowę swemu królowi.
„Wszyscy ludzie, nieco bliżej obznajmieni ze sprawami Europy, wiedzą, iż ostrzegano często księcia de Guise aby nie drażnił Henryka III w zimie, w czasie północno wschodniego wiatru. Monarcha ten niezmiernie ciężko wówczas chodził na stronę. Odchody uderzały mu do głowy, zdolny był, w owym czasie, do wszelkiego gwałtu. Książę de Guise nie usłuchał tak mądrej rady: co z tego wynikło? on i jego brat padli zamordowani.
„Karol IX, jego poprzednik, był największym ciężko ....em w całem królestwie. Przewody jego jelita grubego i kiszki odchodowej były tak zatkane, że w końcu krew tryskała mu przez pory. Aż nadto wiadomo, że te zapieczone humory były jedną z głównych przyczyn nocy św. Bartłomieja.
„Przeciwnie, osoby zażywne, które mają jelita soczyste, kanały żółciowe spławne, ruchy robaczkowe swobodne i regularne; ludzie, którzy załatwiają się co rano, zaraz po śniadaniu, którzy mają stołeczek lekki, ot, jakby kto splunął, tacy pieszczochowie natury są łagodni, mili, uprzejmi, dobrotliwi, współczujący, uczynni. W ich ustach nie ma więcej wdzięku, niż tak w ustach ciężko ....a.
„Stołeczek ma taki wpływ, iż biegunka czyni często człowieka tchórzem. Dysenterya odbiera odwagę. Nie mówcie człowiekowi osłabionemu bezsennością, trawionemu gorączką i pięćdziesięcioma gnilnymi odchodami na godzinę, aby w biały dzień rzucał się na nieprzyjaciela. Dlatego nie mogę uwierzyć, aby cała nasza armia miała dysenteryę w czasie bitwy pod Azincourt, jak to podają i aby odniosła zwycięstwo ze spuszczonymi portkami. Paru żołnierzy dostało biegunki, opchawszy się zepsutemi winogronami, a historycy opowiedzieli, że cała armia chora biła się z gołym zadkiem, i że, aby go nie pokazać paniczom francuskim, zbili ich na kwaśne jabłko, wedle wyrażenia jezuity Daniela.

I oto jak zazwyczaj historyę się pisze.[197]

„Podobnie, Francuzi powtórzyli wszyscy, jedni za drugimi, że nasz wielki Edward III kazał sobie wydać sześciu mieszczan z Calais, z postronkiem na szyi, aby ich powiesić za to iż się ośmielili dzielnie bronić w czasie oblężenia, i że żona jego uzyskała wreszcie łaskę dla nich swojemi łzami. Ci bajarze nie wiedzą, że to był zwyczaj owych barbarzyńskich czasów, iż mieszkańcy twierdzy stawali przed swoim zwycięscą z postronkiem na szyi, jeśli go zatrzymali zbyt długo przy swojej forteczce. Ale z pewnością szlachetny Edward nie miał żadnej ochoty wieszać tych sześciu zakładników, których obsypał darami i zaszczytami. Mam już po uszy tych bredni, którymi tylu rzekomych historyków szpikowało swoje kroniki, i tych wszystkich bitew, które tak licho opisali. Wolę już wierzyć, że Gedeon odniósł walne zwycięstwo przy pomocy trzystu garnków. Czytuję już tylko, Bogu dzięki, historyę naturalną, byleby jakiś Burnet, i Wiston i Woodward nie nudzili mnie swymi przeklętymi systemami; byle jakiś Maillet nie opowiadał mi że morze irlandzkie wydało góry kaukaskie i że nasz glob jest ze szkła; byleby mi nie przedstawiano wodorostów morskich jako żarłocznych zwierząt, i korali jako owadów; byle szarlatani nie podawali mi bezczelnie swoich rojeń za prawdę. Wyżej sobie cenię dobrą dyetę, która utrzymuje moje soki w równowadze i sprowadza mi lekki stołeczek i smaczny sen. Pijcie ciepłe kiedy jest mróz, pijcie chłodne w czas upałów; nic nadto, nic za mało w każdym rodzaju; trawcie, śpijcie, zażywajcie przyjemności, i drwijcie sobie z reszty“.


ROZDZIAŁ ÓSMY.

Gdy p. Sidrac wymawiał te roztropne słowa, uwiadomiono p. Gudmana, że pełnomocnik hrabiego Chesterfielda czeka u bramy w karocy i chce z nim mówić w bardzo pilnej sprawie. Gudman biegnie na wezwanie p. intendenta, który, zapraszając go do karety, rzecze: „Wie pan zapewne, co się zdarzyło państwu Sidrac pierwszej nocy po ślubie?
— Tak, właśnie p. Sidrac opowiedział mi ten wypadeczek.
— Zatem, to samo zdarzyło się pięknej pannie Fidler i X. proboszczowi, jej mężowi. Nazajutrz, pobili się; w dwa dni potem rozwiedli się, proboszczowi zaś odebrano jego probostwo. Kocham pannę Fidler, wiem, że ona pana kocha, ale i do mnie nie ma wstrętu. Jestem wyższy ponad drobną przykrość która jest przyczyną jej rozwodu; jestem zakochany i nieustraszony. Ustąp mi pan miss Fidler, a postaram się panu o to probostwo, które daje stopięćdziesiąt gwinei rocznie. Masz pan dziesięć minut czasu do namysłu.
— Panie, propozycya jest nieco trudna; poradzę się pp. filozofów Sidraca i Grou: za małą chwilę panu służę“.
Pędzi do przyjaciół. „Widzę, rzecze, że nie samo trawienie rozstrzyga o sprawach tego świata, i że miłość, ambicya, pieniądze mają w nich niemały udział“. Przedstawia im rzecz całą, prosząc natychmiast o radę. Obaj orzekli, iż, przy stu pięćdziesięciu gwineach, będzie miał wszystkie dziewczęta z parafii i miss Fidler na dokładkę.
Gudman zrozumiał mądrość tego orędzia; dostał probostwo, posiadł miss Fidler w sekrecie, co jest o wiele milsze niż gdyby ją miał za żonę. P. Sldrac nie odmówił mu swej pomocy w potrzebie: stał się jednym z najzajadlejszych klechów w Anglii, i bardziej niż kiedykolwiek jest przekonany, że fatalność włada wszystkiemi sprawami tego świata.


KONIEC TOMU DRUGIEGO.

Przypisy

  1. Ta „przestroga“ pochodzi z r. 1771.
  2. Ksiądz Grizel, spowiednik arcybiskupa i wielu pobożnych dam. Polecał swoim penitentkom czynić zapisy na rzecz finansisty Billarda, z którym się dzielił potem. Zamknięto go za to na półtora roku do Bastylii. Zostawił pisma bardzo budujące. Billard, wspólnik jego, był generalnym kasyerem poczt; był bardzo nabożny, spowiadał się i komunikował dwa razy w tygodniu; dopuścił się oszukańczego bankructwa na wiele milionów, za co skazano go w r. 1772 na pręgierz i wygnanie.
  3. Moda ówczesna podobna do późniejszych krynolin.
  4. Aluzja do filozofii Leibnitza, z której Wolter żartuje również w Kandydzie.
  5. Historja podróży Skarmentada jest jakby szkicem późniejszego Kandyda (T. I.).
  6. Iro, anagram nazwiska Roi, które nosił mierny poeta współczesny, znany z żółciowego i zawistnego charakteru.
  7. Olimpia, bratowa papieża Inocentego X.
  8. Concini, minister Ludwika XIII, głośny swojem marnotrawstwem. Zabił go Vitry, kapitan gwardyi, a ciało jego, wleczone po ulicach, rozszarpał motłoch.
  9. Spisek prochowy w r. 1605.
  10. „Dziurę św. Patryka“ uważali Irlandczycy za bramę do czyśćca.
  11. Barneweldt (1549—1619), naczelnik stronnictwa republikańskiego w Holandyi przeciw Stadhouderowi Maurycemu Nassauskiemu. Ten uzyskał wyrok przeciw heretykom, wyznawcom nauki Arminiusza i, mocą tego wyroku, wyprawił Barneweldta na szafot.
  12. Ta Matka boska jest z drzewa; płacze co rok w dzień swojego święta, i lud płacze również. Jednego dnia, kaznodzieja, widząc stolarza który stał z suchemi oczyma, spytał go jak może się nie zalać łzami, kiedy Najśw. Panna je wylewa. „Ach, mój wielebny ojcze, to ja umocowałem ją wczoraj we framudze. Wbiłem jej trzy wielkie gwoździe z tyłu: wówczas-to byłaby płakała, gdyby mogła“. (Przypisek Woltera, w Wyciągu z dziennika dworu Ludwika XIV.)
  13. Święta Hermandad, stowarzyszenie stworzone w Hiszpanji celem obrony przeciw złoczyńcom. Często mięszano ją z Inkwizycyą, której udzielała jedynie pomocy dla przytrzymania ofiar.
  14. Inocenty X; był papieżem od r. 1644 do 1655.
  15. Aureng-Zeyb, władca mongolski od r. 1659 do 1707; zdobył Tybet, Golkondę i Wizapur; był dzielnym ale okrutnym monarchą.
  16. Radża, rodzaj księcia-wasala; omza, dygnitarz zasiadający w radzie Wielkiego Mogoła.
  17. Mulej-Ismael, cesarz Maroku od 1672 do 1727.
  18. Kandahar, prowincja na południe od Afganistanu.
  19. Wisznu, druga osoba z Trójcy Hinduskiej, obejmującej prócz niego Brahmę i Siwę.
  20. Fontenelle.
  21. Dziennik wydawany przez Frérona, dziennikarza którego Wolter gdzie mógł kąsał swojem szyderstwem.
  22. Drugorzędni poeci „salonowi“ z XVIII w.
  23. Z powodu swych żartów na temat religii, Prostaczek stał się przedmiotem pościgu władz; całe jedno wydanie skonfiskowano, co jedynie przyczyniło się do powodzenia książki: z 3 funtów cena jej podniosła się na 24 funty.
  24. O. Quesnel, którego Wolter czyni autorem swej książki, był to uczony jansenista, którego pisma papież potępił w słynnej bulli Unigenitus, i który musiał się chronić przed prześladowaniem do Belgii i Holandyi.
  25. Wódka, jaką wyrabiają mieszkańcy wysp Antylskich.
  26. Huroni, mieszkańcy Kanady.
  27. Bolingbroke (1678—1751) mąż stanu i pisarz angielski. Jako myśliciel był prekursorem Woltera i Encyklopedystów.
  28. Wszystkie te słowa są w istocie hurońskie. (Przyp. Woltera.)
  29. Sagar Theodat, misyonarz z XVII w., który podjął nawrócenie Huronów.
  30. Algonkinowie, mieszkańcy północnej Kanady.
  31. Chrzest ognia praktykowany był w dawnych gminach chrześcijańskich; polegał na znamieniu, które wypalano rozżarzonem żelazem na szyi i na ręce.
  32. Euzyt, król Echalji, słynny strzelec z łuku, przyrzekł córkę temu, kto go przewyższy w tem ćwiczeniu. Zwyciężony przez Herkulesa, nie chciał dotrzymać słowa i zginął z jego ręki.
  33. W istocie, w czasie wojny w r. 1680, nieraz odparto Anglików od naszych brzegów.
  34. Wergili, Eklogi I, 3.
  35. Wskutek odwołania Edyktu Nantejskiego w r. 1685.
  36. Autentyczne słowa Fontenelle’a do pewnego kupca z Rouen, jansenisty.
  37. Pastor protestancki.
  38. W istocie, papież Inocenty XI długo walczył przeciw Ludwikowi XIV o prawa królewskie do dochodu z wakujących biskupstw i opactw.
  39. O. La Chaise, jezuita, spowiednik Ludwika XIV mający nań znaczny wpływ, był jednym z głównych sprawców odwołania Edyktu Nantejskiego, którym Henryk IV przyznał swobody protestantom (1598).
  40. Jezuitów wypędzono w r. 1764.
  41. Louvois, minister wojny; aluzja do słynnych „dragonad“ Ludwika XIV.
  42. Popularna nazwa wehikułu między Paryżem a Wersalem. (Przyp. Woltera.)
  43. Bastylia.
  44. Bastylja, słynne więzienie paryskie, od którego zburzenia zaczęła się Rewolucja Francuska (1789, 14 lipca; dzień, który jest do dziś świętem narodowem Francji).
  45. Port-Royal, główna forteca Jansenizmu, wsławiona walką Pascala z Jezuitami (Prowincjałki).
  46. Janseniści, wyznawcy nauki biskupa Janseniusza, surowa sekta w łonie katolickiego kościoła, stająca nieraz w opozycji wobec Rzymu i wojująca zwłaszcza z jezuitami. Przez cały ciąg panowania Ludwika XIV, janseniści cierpieli prześladowanie, to mniej to bardziej energiczne, ale nieustające. Walka z jansenizmem jest dominującem zjawiskiem w w. XVII we Francji i ciągnie się głęboko w wiek XVIII.
  47. Lekarstwo wynalezione przez lekarza z Londynu i modne w Paryżu z końcem XVII w.
  48. Arnauld (1612—1694) filar Jansenizmu we Francji. Około jego osoby toczyła się walka będąca treścią Prowincjałek Pascala. Prześladowany całe życie, zmuszony się ukrywać, Arnauld umarł na wygnaniu w Belgji. Nicole (1625—1695), również jeden z „samotników“ z Port-Royal.
  49. Nauka o łasce skutecznej św. Augustyna była głównym punktem sporu między jansenistami a jezuitami.
  50. Rohault (1620—1675) fizyk i filozof kartezjański. Jego traktat fizyki był długo klasycznym.
  51. Wielkie dzieło Malebranche’a.
  52. Wielkie dzieło Malebranche’a. Malebranche (1638—1715) oratoryanin, filozof zbliżony duchem do kartezjanizmu.
  53. Pandora, pierwsza kobieta wedle mitologii greckiej. Orosmeda, czyli Ormuzd, bóg światła i dobra, w wiecznej walce z Arymanem, bogiem zła i ciemności (Zendawesta).
  54. Tyfon, bóg dawnego Egiptu, brat Ozyrisa. Tyfon jest Bogiem złego, Ozyris, bóg słońca, bogiem dobrego.
  55. X. de Saint-Cyran (1581—1642) pierwszy głosił we Francji naukę Janseniusza, którego był towarzyszem i przyjacielem. Janseniusz (1585—1638) biskup z Ypres, oparł swą naukę na nauce św. Augustyna o łasce.
  56. Ta legenda o Franku, synu trojańskiego Hektora, jest treścią poematu Ronsarda p. t. Francjada.
  57. Frygijczyk: Eneasz.
  58. Amadys z Galji, ulubiony romans rycerski z XV wieku.
  59. Justynian I (527—565), cesarz Wschodu twórca słynnego Kodeksu.
  60. Aluzja do cenzury potępiającej, jaką, w bardzo lichej łacinie, fakultet teologiczny paryski potępił utwór Marmontela p. t. Belizarjusz.
  61. Cytat z Belizarjusza Marmontela.
  62. Visé (1638—1710) mierny literat, założyciel pisma Mercure galant. — Faydit (1640—1709) oratorjanin, atakował Bossueta i Fenelona.
  63. Słynna bajka La Fontaine’a.
  64. Tragedje Racine’a.
  65. Tragedja Corneille’a, którą sam Corneille najwyżej cenił ze swych utworów.
  66. Harley, arcybiskup paryski, jeden z głównych stronników odwołania Edyktu Nantejskiego, poza tem głośny ze swych przygód miłosnych, bohater licznych krążących anegdot. — Bossuet (1627—1704) największy kaznodzieja francuski.
  67. Pani Guyon (1648—1717), głosicielka mistycznej nauki, wedle której dusza zatopiona w Bogu nie potrzebuje praktyki sakramentów i dobrych uczynków. Nauka ta, pod nazwą kwietyzmu, zyskała obrońcę w Fenelonie; potępiono ją za sprawą Bossueta.
  68. Pod tem mianem Wolter chciał odmalować głośnego p. de Saint-Florentin, ministra policji za Ludwika XV.
  69. Św. Prosper, towarzysz św. Augustyna w zwalczaniu herezji.
  70. Chrześcijański pedagog, dzieło O. d’Oustreman, jezuity. „Wyborna książka dla głupców“, powiada o niej Wolter w Słowniczku filozoficznym.
  71. Wolter, Henryada, IV, 456—7.
  72. Marszałek de Marillac (1573—1632) stracony za udział w spisku przeciw Richelieu’mu.
  73. Człowiek o czterdziestu talarach, jest satyrą wymierzoną w naukę fizyokratów, o „ziemi jako jedynem źródle bogactw“. Głową tej szkoły był lekarz Quesnay (1694—1774).
  74. Filip II hiszpański, popierający stronnictwo Ligi przeciw królom Francji.
  75. Pani de Maintenon, kobieta we wszystkiem bardzo rozumna, z wyjątkiem tego ze powodowała się radą franta i pieniacza X. Gobelin, swego spowiednika; pani de Maintenon, powiadam, obliczyła, w jednym z listów, wydatki swego brata i jego żony w r. 1680. Płacili najem ładnego domku, mieli dziesięcioro służby, cztery konie i dwóch woźniców, codziennie dobry obiad. Pani de Maintenon oblicza to wszystko na dziesięć tysięcy franków rocznie, z czego rachuje trzy tysiące na grę, teatr, zachcianki i zbytki obojga państwa.
    Aby dziś prowadzić takie życie w Paryżu, trzebaby mieć około czterdziestu tysięcy: za czasu Henryka IV wystarczało sześć. Przykład ten świadczy, że starowina nie bredził tak zupełnie. (Przypisek Woltera.)
  76. Wolter snuje fikcyę, że ekonomiści objęli ster rządu i wydali edykty zgodne ze swemi poglądami
  77. Geometra ów, jestto akademik Deparcieux autor Zarysu prawdopodobieństwa ludzkiego życia oraz projektu wodociągów dla Paryża.
  78. Ex-jezuita otrzymywał pensję 400 funtów.
  79. O. La Valette, przełożony Missyj na Martynice, skazany przez trybunał paryski za malwersacje w r. 1762.
  80. O. Patouillet (1699—1779) ciętem swojem piórem sporo dokuczył Encyklopedystom. — O. Nonotte w broszurach swoich wykazywał błędy historyczne Woltera.
  81. Chodzi o osławionych „generalnych dzierżawców“.
  82. Horacy, Listy (I, 2, 16).
  83. Horacy, Satyry (I, 1, 106).
  84. Bajki Fedra (II, 5).
  85. Do szarych muszkieterów przylgnęła opinia hulaszczego życia.
  86. Podobny wypadek zdarzył się w prowincyi w której mieszkam; kontrolora skarbowego zmuszono do zwrotu, ale go nie ukarano (Przypisek Woltera).
  87. Dałem sobie przetłómaczyć te słowa uczonemu o czterdziestu talarach; ucieszyły mnie (Przypisek Woltera).
    Słowa te znaczą: „Odwagi, dobry i wierny kontrolorze; skoro byłeś wierny w małej rzeczy, mianuję cię generalnym dzierżawcą“. Jestto parodya Ewang. św. Mateusza, XXV, 21 i 23.
  88. Lemercier de La Rivière.
  89. Książka Navau, ukazała się w r. 1757.
  90. Alberoni (1664—1752) minister króla hiszpańskiego Filipa V.
  91. Marszałek de Belle-Isle (1684—1761) słynny wódz francuski.
  92. Tryptolem, król Eleusis, nauczył się, wedle starożytnego podania, sztuki uprawy ziemi od Cerery.
  93. Thomé z Lyonu.
  94. Telliamed, anagram B. de Maillet (1656—1738), autora książki p. t. Rozmowy o zmniejszaniu się morza, tworzeniu się ziemi i pochodzeniu człowieka (1748).
  95. Była to myśl znakomitego przyrodnika Buffona. W całej tej polemice geologicznej Wolter nie był zbyt szczęśliwy.
  96. Needham, fizyk angielski (1713—1781) zwolennik teorji samorodztwa.
  97. Fatio de Duiller (1664—1753) uczony geometra, przerzucił się później do roli cudotwórcy i proroka i rzekomo podejmował się wskrzeszać zmarłych. Gdy mu się nie powiodło, uwięziono go i postawiono pod pręgierz.
  98. „Lapończykiem“ przezywa Wolter geometrę i astronoma Maupertuis (1698—1759) który odbył podróż w okolice podbiegunowe i przywiózł z niej dwóch Lapończyków.
  99. Diatryba doktora Akakia, satyryczny utwór Woltera wymierzony przeciw Maupertuisowi.
  100. Sanchez, jezuita hiszpański, głośny kazuista XVI wieku, cytowany często w Prowincjałkach Paskala, autor dzieła De Matrimonio (O Małżeństwie) rozważającego aż do najdrastyczniejszych szczegółów wszystkie okoliczności związane z małżeństwem.
  101. „Czy Najśw. Panna wydzieliła nasienie łącząc się z Duchem św.“
  102. Harvey (1578—1658), lekarz angielski, który odkrył prawa krążenia krwi. (Patrz Descartes, Rozprawa o metodzie.)
  103. Kokietka, coquette; kogut, coq.
  104. Leuvenhoek (1632—1723) i Hartsoëker (1656—1725) uczeni holenderscy, skonstruowali mikroskop i odkryli plemniki, ciałka krwi i wymoczki.
  105. „Grzech Onana“, samogwałt.
  106. Wenus fizyczna, tytuł dzieła Maupertuisa.
  107. Przez gnicie... List św. Pawła do. Koryntyan, XV, 36, i św. Jan XII, 24.
  108. Po francusku se sauver znaczy i zbawić duszę i uciekać.
  109. Pod pseudonimem Przyjaciela ludzi ogłaszał swoje poglądy socyalne margrabia de Mirabeau, ojciec słynnego trybuna.
  110. Jezuita Sanadon umieścił adsunt zamiast adflent. Pewien miłośnik Horacego twierdzi, że za to wypędzono jezuitów (Przyp. Woltera.)
  111. „Oblicza ludzkie śmieją się na widok śmiechu, a płaczą na widok płaczu“. (Hor. Ars poet. 101–2.)
  112. Chodzi tu o podatek zw. Annaty, zniesiony dopiero przez Rewolucję francuską.
  113. Aluzya do wyroku na kawalera de la Barre i d’Etallonde, których skazano na śmierć za to że nie skłonili się przed procesyą. D’Etallonde uciekł, de la Barre zniósł mężnie okrutną śmierć.
  114. Cesarz chiński = król pruski, Fryderyk.
  115. Beccaria (1738—1794) autor głośnego Traktatu o Zbrodniach i Karach, w którym atakuje przestarzałe środki procedury karnej, torturę, nadużywanie kary śmierci etc., głosząc w tej mierze nowoczesne pojęcia.
  116. X. Guyon, oratoryanin, autor pamfletów przeciw Encyklopedystom. — Cogé, autor broszury przeciw wspomnianemu Belizaryuszowi Marmontela.
  117. La Baumelle (1726—1773) literat francuski, który przeszedł na protestantyzm i ściągnął na siebie nieprzyjaźń Woltera krytyką jego historycznych prac.
  118. Fréron, parokrotnie cytowany wróg Woltera, redaktora Roku literackiego.
  119. Larcker (1726—1812) uczony helenista, stoczył zaciętą polemikę z Wolterem, którego obwiniał o błędy historyczne.
  120. Jan Jakób Rousseau.
  121. Narcisse ou l’amant de lui même, komedja w 1 akcie Russa, grana tylko raz jeden w Komedji Francuskiej, w r. 1752. W swoim Liście do d’Alemberta, Rousseau pomieścił gwałtowną filipikę przeciw teatrowi w ogóle.
  122. Guignard, powieszony w Paryżu w roku 1595 za to iż zachęcał do królobójstwa młodego Châtel, sprawcę zamachu na Henryka IV.
  123. Le Tellier, spowiednik Ludwika XIV po O. La Chaise, podżegał króla przeciw Jansenistom i uzyskał u papieża wydanie słynnej bulli Unigenitus, która na pół wieku rozdwoiła Francyę.
  124. Protestant Jan Calas, oskarżony, w 63 roku życia, iż zamordował swego syna, aby nie przeszedł na katolicyzm. (W istocie, syn Calasa, cierpiący na melancholję, sam sobie zadał śmierć.) Calasa skazano na łamanie kołem, wyrok wykonano w r. 1762. Wolter poświęcił trzy lata życia na „sprawę Calasa“, której domagał się wznowienia; napełnił wrzawą jej całą Europę, wreszcie, po trzech latach, uzyskał tyle iż wznowiono proces, dowiedziono niewinności straconego i zrehabilitowano jego pamięć.
  125. Servan, Rozprawa o wymiarze ustawodawstwa karnego.
  126. Rey, księgarz w Amsterdamie, wydawca wszystkich pism skierowanych przeciw katolicyzmowi.
  127. Przymiot czyli kiła, polska nazwa na syphilis.
  128. Petite vérole, znaczy po francusku ospa, la grande vérole, przymiot, syfilis.
  129. W przedmiocie Belizaryusza, powieści Marmontela, gdzie znajduje się zdanie, iż pogan przestrzegających wiernie naturalnego prawa Bóg dopuści do nieba. Uznano to twierdzenie za straszne bluźnierstwo; po gwałtownych dysputach, teologiczny Fakultet paryski potępił tę książkę.
  130. Karpokraci, uczniowie Karpokrata filozofa platońskiego w 1 wieku. Nie uznawali bóstwa Chrystusa. — Alogowie przeczyli autentyczności Ewangelii i Apokalipsy św. Jana.
  131. Bilety spowiedzi. Po wydaniu bulli Unigenitus przeciw Jansenistom, księża odmawiali sakramentów temu, kto nie wykaże się biletem spowiedzi u księdza zwolennika bulli.
  132. Jezuici i Janseniści.
  133. Słownik antyfilozoficzny benedyktyna Chaudon, wymierzony przeciw Wolterowi.
  134. „I ten czas przyszedł“. (Przyp. Woltera.)
  135. Locke (1632—1704) filozof angielski, którego Wolter wielokrotnie cytuje ze czcią. — Tomasz Gordon (1684—1750), publicysta angielski, autor gwałtownych pamfletów przeciw monarchii i klerowi. — Shaftesbury (1671—1713), antyklerykalny pisarz angielski.
  136. Jezuitów wypędzono z Portugalii w roku 1759, a z Hiszpanii w r. 1767.
  137. W katedrze w Neapolu przechowują bardzo stare naczynia z krwią świętego męczennika z czasów Dioklecyana. Co rok, w dzień tego świętego, krew skrapla się i dochodzi do wrzenia.
  138. Izaak Pinto, żyd portugalski, który w polemice przeciw Wolterowi bronił żydów od zarzutów chciwości, ciemnoty i barbarzyństwa.
  139. Ambasador rosyjski przy dworze francuskim.
  140. Montesquieu, Listy perskie, list 112.
  141. Plus on est de fous, plus on rit.
  142. O. Petau, jezuita, uczony chronologista w XVII w.
  143. Silhouette (1709—1767), dzięki poparciu pani de Pompadour został kontrolorem generalnym, ale reformy jego okazały się bardzo zwodnicze i rychło też musiał ustąpić. Znikomość jego rządów dała jego imię owym cieniom, które nazwano sylwetkami (silhouettes).
  144. Florus, historyk rzymski z epoki Trajana.
  145. Et voilà justement comme on écrit l’histoire“, słynny wiersz Woltera (Charlot I, 7).
  146. Ów p. Home, wielki sędzia szkocki, uczy właściwego sposobu wyrażania się bohatera w tragedyi; oto niepospolity przykład jaki przytacza z tragedyi Henryk IV boskiego Szekspira. Boski Szekspir wprowadza milorda Falstafa, który, wziąwszy świeżo do niewoli kawalera Jana Coleville, przedstawia go królowi:
    „Panie, oto on, oddaję ci go; błagam Waszą Dostojność, aby kazała wciągnąć ten fakt między inne zdarzenia dzisiejszego dnia, lub też, dalibóg, pomieszczę go w balladzie z moim portretem na czele: będzie tam Coleville, jak mi całuje stopy. Oto, co zrobię, panie, jeżeli nie uczynisz mojej sławy tak błyszczącą jak pozłacany miedziak; i wówczas ujrzysz, jak, na samym firmamencie chwały, zaćmiewam twój blask, niby księżyc zaciera jasność przygasłych węgli, nie większych przy nim niż główki od szpilki“.
    Takie-to niedorzeczne i obskurne brednie, bardzo częste u boskiego Szekspira, podsuwa nam p. Jan Home jako wzór dobrego smaku i wymowy w tragedyi. Ale, w zamian, Ifigenia i Fedra Racine’a wydają się p. Home nadzwyczaj śmieszne. (Przyp. Woltera.)
  147. Denina (1731—1813) profesor w Turynie.
  148. Grotius, czyli Hugo de Groot (1583 do 1646) holenderski uczony i mąż stanu, autor dzieła Prawo wojny i pokoju.
  149. Katarzyna II i Stanisław August.
  150. Wolter czyni aluzyę do miernego powodzenia swej Historji cesarstwa Rosyi, w porównaniu do jego Historyi Karola XII.
  151. Wolter mówi tu jakgdyby o sobie; pisał tę powiastkę mając 80 lat, i chwilami czuć to w niej.
  152. Harpokrat, bóg dawnego Egiptu, symbolizował słońce zimowe. Miał postać chorowitego dziecka, zawinięty był w pieluszki i miał zawsze palec na ustach.
  153. Pasiphae, córka Minosa, matka Aryadny i Fedry. Wenus tchnęła w nią miłość do białego byka, z którego poczęła minotaura.
  154. Jo, którą Grecy utożsamiali z egipską Izydą.
  155. Cherub, po chaldejsku i syryjsku oznacza wołu. (Przyp. Woltera).
  156. Endor, miasteczko w Palestynie, w którego okolicy znajdowała się grota zamieszkała przez słynną pytonissę.
  157. W istocie bramanowie pierwsi wyroili bunt w niebie, i ta bajka posłużyła w długi czas potem za kanwę do historyi wojny olbrzymów przeciw bogom i niektórych innych historyj. (Przyp. Woltera.)
  158. Raj utracony Miltona.
  159. Trzecia księga Królów, rozdz. XXII, w. 21 i 22. „Pan rzekł, iż oszuka Achaba, króla Izraela, iżby szedł do Ramoth w Galaadzie i aby tam runął. Na to wystąpił duch i stanął przed Panem i rzekł: „Ja go oszukam“. A Pan rzekł: „Co? tak, ty go oszukasz i zmamisz. Idź i tak uczyń“. (Przyp. Woltera).
  160. Wszyscy starożytni używali bez różnicy miana wół i byk. (Przyp. Woltera).
  161. Omyłka ze strony Woltera: Pasiphae była żoną Minosa, a córką Apollina.
  162. Tertulian, w swoim poemacie Sodoma, mówi: Dicitur et vivens alio sub corpore sexus — Munificos solito dispungere sanguine menses. Św. Ireneusz, ks. IV, powiada: Per naturalia ea quae sunt consuetudinis feminae ostendens. (Przyp. Woltera.)
  163. Daniel, V. (Przyp. Woltera.)
  164. Dwadzieścia tysięcy francuskich talarów, wedle dzisiejszego kursu. (Przyp. Woltera.)
  165. Berozyusz, autor chaldejski, podaje w istocie, że Xissutrowi, królowi Tracyi, zdarzyła się ta sama przygoda, a nawet cudowniejsza; gdyż arka jego miała pięć staj długości na dwie szerokości. Wszczął się wielki spór między uczonymi nad tem kto jest dawniejszy, czy król Xissutr czy Noe. (Przyp. Woltera.)
  166. Chipolata, rodzaj zupy cebulowej.
  167. Ezechiel, IV (Przyp. Woltera).
  168. Pierydy, córki króla Macedońskiego Pierusa, wyzwały Muzy do turnieju na śpiew i poezyę; zostały pokonane i zmieniono je w sroki.
  169. Jozue.
  170. Abbadie (1657—1727), słynny teolog protestancki.
  171. X. Hauteville, autor dzieła Prawda religii chrześcijańskiej dowiedziona faktami (1722).
  172. Matrona efezka (ta sama o której opowiada Brantôme) jest tematem powiastki Apulejusza.
  173. Linro, anagram Rolina, którego Wolter kilkakrotnie już wyszydzał za to wyrażenie.
  174. Hrabia de Chesterfield (1694—1773), mąż stanu angielski, przyjaciel Woltera, istotnie ogłuchł w ostatnich latach. Być może jakaś rzeczywista omyłka natchnęła Woltera tem opowiadaniem.
  175. Preferment znaczy po angielsku beneficyum. (Przyp. Woltera).
  176. Słownik filozoficzny, art. „natura“ (Przyp. Woltera).
  177. Terminem tym oznacza Wolter filozofię scholastyczną i jej adeptów.
  178. Worburton, autor dzieł teologicznych, które wywołały żywą polemikę. W polemice tej biskup odnosił się do przeciwników w sposób lekceważący, niby nauczyciel do krnąbrnych uczniów.
  179. Philips (1676—1708), poeta angielski, autor żartobliwego poematu p. t. Cenny Szyling.
  180. Zwierzę, po francusku i po łacinie, animal.
  181. franc. esprit.
  182. Rabelais ścigał w swoich pismach nieubłaganym sarkazmem scholastyczny pedantyzm.
  183. Apoloniusz z Perga, geometra, żył w Aleksandryi w III w. po Chr.
  184. Sam Wolter.
  185. Banks (1743—1820), przyrodnik i podróżnik angielski.
  186. Hrabia de Bonneval (1675—1747) słynny awanturnik, walczył pod Eugeniuszem Sabaudzkim przeciw Francyi i Turkom, ale poróżniwszy się ze swym wodzem, przeszedł do Turków i przyjął Islam.
  187. Ksiądz Mac-Carthy, irlandczyk, ściągnął Wolterowi 2000 funtów; z temi pieniądzmi udał się do Konstantynopola ze Szkotem Ramsayem; tam obrzezano go i wbito na pal.
  188. Malagrida (1689—1761), obwiniony o udział w zamachu na króla portugalskiego i spalony przez Inkwizycyę pod innym pozorem.
  189. Meako, miasto w Japonii.
  190. Hawkesworth (1715—1773), pisarz angielski, spisał podróże kapitana Cooka, wsuwając w tę relacyę wiele drastycznych rysów i antyreligijnych wycieczek.
  191. Robert Wood (1717—1775), zwiedził wraz z Dawkinsem Azyę zachodnią i opisał swoje podróże.
  192. Hamilton (1730—1803) był ambasadorem w Neapolu, gdzie poczynił interesujące spostrzeżenia przyrodnicze.
  193. Reg. III, 15 i Paralip. II, 15. (Przyp. Woltera.)
  194. Bougainville, słynny podróżnik francuski (Por. Diderot, Przyczynek do podróży Bougainvilla w zbiorze To nie bajka (Bibl. Boya 57).
  195. (Prometeusz) ukształtował go na podobieństwo bogów rządzących światem (Ovid., Metamorph., I, 83).
  196. Cały ten wywód przypomina apoteozę Brzucha jako władcy świata, u Rabelego.
  197. Wiersz Woltera (Charlot, I, 7), cytowany już w innej powiastce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.