Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 02.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
123
PROSTACZEK

Yves na ubocze: „Czemu dajesz tak czekać na siebie? Chodź ze mną; oto djamenty, których zapomniałaś.“ Słowa te, mimo iż wymówione szeptem, doszły do uszu Prostaczka; X. de Saint-Yves zmięszał się; krewniacy Prostaczka zdumieli się jedynie jak ludzie, którzy nigdy nie widywali takich wspaniałości.
Młody człowiek, którego umysł rozwinął się pod wpływem całorocznych rozmyślań, wydawał się przez chwilę wzburzony. Kochanka jego zauważyła to; śmiertelna bladość rozlała się po jej pięknej twarzy, dreszcz nią wstrząsnął, ledwie mogła utrzymać się na nogach. „Och, pani! rzekła do niebezpiecznej przyjaciółki, zgubiłaś mnie! zadajesz mi śmierć! Słowa te przeszyły serce Prostaczka, ale nauczył się już panować nad sobą; nie podniósł ich, z obawy aby nie narazić ukochanej wobec brata, ale pobladł jak ona.
Saint-Yves, zrozpaczona, widząc zmianę na twarzy kochanka, ciągnie przybyłą do alkierzyka; rzuca w jej oczach na ziemię djamenty: „Ha! mówi, to nie one mnie uwiodły, wiesz o tem; ale ten, który mi je dał, nie ujrzy mnie już nigdy“. Przyjaciółka zaczęła zbierać klejnoty, Saint-Yves zaś dodała: „Niech je weźmie z powrotem, albo niech je da tobie; idź stąd, i nie każ mi się wstydzić samej siebie“. Wreszcie, pośredniczka opuściła ją, nie mogąc pojąć wyrzutów których była świadkiem.
Piękna Saint-Yves, sięgnięta w samo serce, zaledwie mogąc oddychać, zmuszona była położyć się do łóżka; ale nie chcąc budzić niepokoju, nie zwierzyła się nikomu ze swych cierpień. Natrąciła jedynie