Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 02.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

118

WOLTER

wilgotnemi oczyma, zadumanem czołem. Prowadzą ją do gubernatora; chce mówić, głos jej zamiera; pokazuje rozkaz, ledwie jąkając kilka słów. Gubernator polubił swego więźnia, rad był z jego wolności. Serce jego nie było tak zakamieniałe jak bywa u niektórych godnych kluczników, jego kolegów, którzy, mając jedynie na oku haracz związany ze stróżą nad jeńcami, budując dochody na męce swych ofiar i żyjąc z cudzego nieszczęścia, czerpią tajemnie ohydną radość z łez nieszczęśliwych.
Kazał sprowadzić więźnia do swego mieszkania. Kochankowie ujrzeli się: zemdleli oboje. Piękna Saint-Yves długo trwała bez ruchu i życia; Prostaczek ocknął się niebawem. „To prawdopodobnie małżonka pańska, rzekł gubernator; nie wspominałeś mi że jesteś żonaty. Wiadomo mi, że jej szlachetnym staraniom zawdzięczasz wolność. — Och, nie jestem godna być jego żoną, rzekła piękna Saint-Yves drżącym głosem, i znów zemdlała.
Skoro odzyskała zmysły, wręczyła mu, wciąż drżąca, dekret ułaskawienia oraz dowództwo kompanii. Prostaczek, zdziwiony, rozczulony, stąpał z jednego snu w drugi. „Dlaczego mnie zamknięto? jakim cudem zdołałaś mnie uwolnić? gdzie są potwory, które mnie tu wtrąciły? Jesteś bóstwem, które zstąpiło z nieba na mój ratunek“.
Piękna Saint-Yves spuszczała oczy, spoglądała na kochanka, czerwieniła się, i znów odwracała oczy zwilżone łzami. Zwierzyła mu wszystko co wiedziała i czego doświadczyła, z wyjątkiem tego co byłaby