Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 02.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przypadkiem ten lud jest tak gorliwy; w gruncie, charakter jego skłonny jest do ohydnego dogmatu tolerancyi; kiedyś dojdzie do tego: to zgroza pomyśleć“. Co do mnie, w oczekiwaniu aż ten złowrogi czas umiarkowania i pobłażliwości nadejdzie, opuściłem bardzo rychło ów kraj, gdzie surowości nie łagodzi żaden powab, i puściłem się do Hiszpanii.
Dwór bawił w Sewilli, galiony nadeszły, wszystko oddychało dostatkiem i weselem w najpiękniejszej porze roku. Ujrzałem, na końcu alei cytrynowej i pomarańczowej, olbrzymie szranki, otoczone kosztownie obitemi trybunami. Król, królowa, infanci, infantki zasiadali pod wspaniałym baldachimem. Naprzeciw tej dostojnej rodziny znajdował się drugi tron, wyższy. Rzekłem do jednego z towarzyszów podróży: „O ile ten tron nie jest dla Pana Boga, nie widzę dla kogoby mógł służyć“. Pewien poważny Hiszpan usłyszał te słowa; kosztowały mnie one drogo. Wyobrażałem sobie, że ujrzymy jakiś karuzel albo walkę byków, kiedy, na onym tronie, ukazał się wielki inkwizytor, błogosławiąc z wysokości króla i naród.
Następnie przybyła armia mnichów kroczących parami, białych, czarnych, szarych, obutych, bosych, z brodą, bez brody, z kapturem i bez kaptura; potem szedł kat; potem, w otoczeniu ceklarzy i grandów, około czterdziestu osób, odzianych w worki, na których wymalowano djabłów i płomienie; byli to żydzi którzy nie chcieli bezwarunkowo wyprzeć się Mojżesza, oraz chrześcijanie, którzy zaślubili swoje kumy,