Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 02.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

206

P. Andrzej, który jest gorącym obywatelem, zaprosił naczelników obu stronnictw na wieczerzę. Jestto jeden z najmilszych biesiadników jakich znam; usposobienie łagodne a żywe, wesołość nie hałaśliwa; umysł łatwy a otwarty; dowcip jego nie czyha na to, aby zadławić dowcip kogoś drugiego; powagę, którą sobie zdobył, zawdzięcza jedynie uprzejmości, umiarkowaniu, miłej i ujmującej fizyognomii. Potrafiłby ugościć wesoło przy jednym stole Korsykanina z Genueńczykiem, muftiego z arcybiskupem. Pochwycił zręcznie pierwsze ciosy jakie zadali sobie dysputujący, odwracając rozmowę i opowiadając bardzo ucieszną opowiastkę, która jednakowo zabawiła potępiających i potępionych. Wreszcie, kiedy wino poszło im nieco do głowy, kazał im podpisać, że dusza cesarza Marka Antonina zostanie w statu quo, to znaczy niewiadomo gdzie, w oczekiwaniu ostatecznego osądzenia.
Po kolacyi, dusze teologów wróciły spokojnie do otchłani: zapanował spokój. Załagodzenie to przyniosło wiele zaszczytu człowiekowi o czterdziestu talarach; za każdym razem kiedy wszczynała się jakaś bardzo cierpka, bardzo ostra dysputa między uczonymi czy nieuczonymi, powiadano do obu stron: „Panowie, chodźmy wieczerzać do pana Andrzeja“.
Znam dwa zajadłe stronnictwa[1], które, dlatego że nie były na wieczerzy u pana Andrzeja, ściągnęły na siebie wielkie nieszczęścia.


  1. Jezuici i Janseniści.