Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 02.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

88

WOLTER

umierającego do życia; i każą mu otworzyć zdumione oczy.
Po tem przywitaniu, Gordon, nie nalegając nań aby mu zwierzył przyczynę swego nieszczęścia, słodyczą swego obcowania, oraz tą sympatyą jaką wytwarza wspólne nieszczęście, obudził w Prostaczku potrzebę wynurzeń. Zrzucił tedy z serca straszliwy ciężar który go przygniatał, ale nie mógł odgadnąć źródła swej niedoli; zdawała mu się ona skutkiem bez przyczyny, dobry zaś Gordon podzielał najzupełniej jego zdziwienie.
„Widocznie, bracie, rzekł jansenista do Hurona, musi Bóg mieć na ciebie wielkie zamiary, skoro cię zaniósł z nad jeziora Ontario do Anglii i Francyi, dał ci dostąpić chrztu w Bretanii i pomieścił cię tutaj dla twego zbawienia. — Dalibóg, rzekł Prostaczek, sądziłbym, że to raczej sam djabeł zajął się mym losem. Moi krajanie w Ameryce nigdyby się nie obeszli ze mną tak po barbarzyńsku; nie mają nawet pojęcia o czemś podobnem. Nazywają ich dzikimi; są to ludzie bardzo sobie prości, mieszkańcy zaś tego kraju, to wyrafinowane łajdaki. Dziwi mnie, w istocie, niepomału, iż przywędrowałem z drugiego świata poto, aby mnie, na tym, zamknięto na dwa spusty w towarzystwie klechy; ale myślę o ogromnej liczbie ludzi, którzy wędrują z jednej półkuli na to aby znaleść śmierć na drugiej, lub którzy giną po drodze w morzu i służą za pokarm rybom: nie widzę w tem wszystkiem jakichś osobliwie łaskawych zamiarów Boga“.