Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 02.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wyroczni tłómaczy się jasno na mą korzyść; reszta wyłoży się tak samo. Szczęście, szczęście! Ale czemu Hebana niema przy mnie? żal mi go tysiąc razy więcej niż Topaza“.
Przebył jeszcze kilka mil bardzo wesoło; ale na schyłku dnia, pasmo gór bardziej stromych niż mur forteczny a wyższych od wieży Babel gdyby była skończona, zamknęło zupełnie drogę wylękłej karawanie.
Wszyscy krzyknęli: „Bóg chce abyśmy zginęli tutaj! Strzaskał most jedynie poto, aby nam odjąć wszelką nadzieję powrotu, wzniósł górę jedynie poto aby nam przeciąć wszelką drogę naprzód. O Rustanie, o nieszczęsny margrabio! nie ujrzymy nigdy Kaszmiru! nie wrócimy nigdy do ziem Kandaharu“.
Piekący ból, głębokie przygnębienie, zajęły, w duszy Rustana, miejsce nieumiarkowanej radości i nadziei. Już nie tłómaczył sobie proroctw na swoją korzyść. „O nieba! o Boże miłosierny! czemuż straciłem mego druha Topaza“.

Gdy wymawia te słowa, wydając głębokie westchnienia i lejąc łzy w otoczeniu zrozpaczonych sług, góra otwiera się nagle u samej podstawy: długi sklepiony korytarz, oświecony setką tysięcy pochodni, jawi się olśnionym oczom. Rustan wydaje okrzyk, ludzie jego padają na kolana, przeginają się ze zdumieniem wstecz, krzycząc: „Cud!“ i powiadając : „Rustan jest ulubieńcem Wisznu[1], ukochanym przez Brahmę, będzie panem świata“. Sam Rustan wierzył w to; był jak nieprzytomny, w głowie mu

  1. Wisznu, druga osoba z Trójcy Hinduskiej, obejmującej prócz niego Brahmę i Siwę.