Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 02.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


domu. Jedna była stara i miała fizys obojętną; druga, młoda i ładna, zdawała się bardzo czemś przejęta. Wzdychała, płakała, z czem jej było tem więcej do twarzy. Mędrzec nasz wzruszył się: nie pięknością damy (był najzupełniej pewien, że nie podlega takim słabościom), ale jej strapieniem. Zeszedł, przystąpił do pięknej Niniwianki, z zamiarem użyczenia jej roztropnej pociechy. Piękna osóbka opowiedziała mu, z minką nad wyraz naiwną i wzruszającą, krzywdy jakie cierpi od swego wuja, którego nie miała; z jaką chytrością wyzuł ją z majątku, którego nie posiadała nigdy; wszystko wreszcie czego się jej trzeba lękać ze strony tego gwałtownika. „Wydaje mi się pan człowiekiem tak roztropnym, rzekła, że, jeśli zechcesz łaskawie zajść do mnie i rozpatrzyć moje sprawy, jestem pewna że wydobędziesz mnie z okrutnego kłopotu“. Memnon nie wahał się udać za nią, aby roztropnie zbadać jej kłopoty i dać dobrą radę.
Stroskana dama zaprowadziła go do pachnącej komnaty i posadziła grzecznie na obszernej sofie; siedli naprzeciw siebie, ze skrzyżowanemi nogami. Mówiąc, dama spuszczała oczy, z których wymykały się niekiedy łzy; ilekroć oczy jej się podniosły, zawsze spotykały się ze spojrzeniem roztropnego Memnona. Słowa jej były nabrzmiałe tkliwością, która zdwajała się za każdym razem kiedy na siebie spojrzeli. Memnon wielce brał do serca jej nieszczęścia i odczuwał coraz to większą ochotę przysłużenia się tak uczciwej a tak strapionej istocie. Nieznacznie, w toku