Maja Liza/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Maja Liza
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Liljecronas hemland
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


SELMA LAGERLÖF
MAJA LIZA
ROMANS.
PRZEŁOŻYŁ
F. MIRANDOLA.
Logo - Wydawnictwo Polskie - Antychryst.Tragedja w trzech aktach 1925.png
LWÓW — POZNAŃ 1925
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
KSIĄŻKA TA JEST PRZEKŁADEM SŁYNNEGO ROMANSU P. T.
LILJECRONAS HEMLAND"


♢♢♢♢♢♢  ODBITO NA PAPIERZE BEZDRZEWNYM  ♢♢♢♢♢♢
DRUKARNIA CONCORDIA, SP. AKC., POZNAŃ, ZWIERZYNIECKA 6.



BURZA.

Drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia roku Pańskiego 1800, szalała w okręgu löweńskim Wärmlandu tak straszna burza, że coś okropnego. Zdawało się, że wszystko na ziemi zostanie docna wyniszczone.
Niechże nikt nie twierdzi, iż nie było przedtem i potem burz równie gwałtownych, zwłaszcza nie trzeba tego mówić osiadłemu zdawna i staremu mieszkańcowi löweńskiego okręgu, bo każdy nasłuchał się z młodu dość o tem i ma przekonanie, że burzy takiej przeżyć drugi raz niesposób.
Do dziś wszyscy na pamięć wyliczyć mogą obalone płoty, rozniesione strzechy i zapadłe stajnie, pod belkami których bydło było przez dni kilka pogrzebane. Pokazują też miejsca, gdzie wybuchł pożar, niemożliwy do opanowania podczas wichury, tak że cała wieś spłonęła. Na górach też każdy był i wiedział, iż czasu nawałnicy drzewa lasu, wydarte z korzeniami, leżały pokotem, tak że dotąd wygląda tam, jakby ktoś wygolił.
Wiadomo dobrze, że mówią sobie ludzie: niema wichru takiego, któryby nie przyniósł komuś coś dobrego. Nikomu atoli nie postało w głowie, by miało się to odnosić również do burzy z drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, która jeno szkód mnóstwo narobiła wszystkim.
Z pośród wszystkich atoli, najmniej chyba jakiejś korzyści od tej burzy, spodziewać się mogła „dziewczyna“ z Koltorpu. Nie, zaprawdę nie przyszło jej to nawet na myśl, gdy stała tegoż ranka świątecznego na skraju lasu i patrzyła, jak wichr porywa śnieg, popiół, śmieci, oraz wszystko inne i niesie w dolinę u nóg jej leżącą, niby dymem zasutą.
Nigdy nie stało jej się jeszcze w życiu tak naprzekór, a przecież miała już lat trzynaście i szło jej na czternasty.
Zazwyczaj umiała zachować dobry humor, bez względu na to, coby ją spotkało, i w najcięższych chwilach nie traciła otuchy. To jednak, co się dziś działo, było wprost nie do zniesienia.
Zaprawdę, omal łzy jej nie trysły z wielkich, połyskliwych oczu i nie stoczyły się po bladej, szczupłej buzi!
Dziewczyna wychyliła się trochę z pośród drzew, jakby chciała spróbować mocy wichru. I zaraz też zaczął szamotać jej chuściną na głowie, bębnić po krótkim, baranim serdaczku i okręcać jej wokoło nóg spódniczkę własnej roboty tak ciasno, że omal nie upadła.
Nie była sama, matka i mały braciszek znajdowali się też w lesie. Oboje mieli taką samą jak ona odzież, serdaki z białego barana i spódnice z czarnego, sztywnego fryzu. Nie mogli też nawet inaczej się ubrać, bowiem dziewczyna dziedziczyła odzież po matce, a malec dziedziczył po niej. Cała różnica pomiędzy tą trójką była w tem, że tamci dwoje, równie ciepło odziani, nie wyszli jak ona z lasu, ale stali pod osłoną drzew.
Matka i mały braciszek mieli twarze równie szczupłe i blade jak dziewczyna i takież same jasne, mądre oczy, oboje też myśleli to co ona, mianowicie, że burza jest dziś dla nich istnem nieszczęściem. Byli podobnie zmartwieni i zbierało im się, zaprawdę, obojgu na płacz.
Czekający w lesie, mieli atoli miny nierównie mniej desperackie od dziewczyny.
Stała na samym szczycie góry, wiecie gdzie, oto akuratnie nad Bäckkofem, w broeńskiej parafji, i miała przed oczyma całą drogę, wijącą się szerokiemi zakrętami, aż do broeńskiego kościoła.
Cóż widziała? Oto chłopi, jadący sankami do kościoła, zawracali wpół drogi i dążyli z powrotem do domów. Nie potrzebowała widzieć więcej, by dojść do przekonania, że jest zgoła niemożliwem, by matka i braciszek mogli przebyć dwie mile drogi, aż do Nyhofu w swartosoeńskim okręgu, dokąd byli zaproszeni na świętalny poczęstunek.
Uświadomiwszy sobie to, dziewczyna mimowoli zacisnęła w pięści dłonie, tkwiące w wielkich rękawicach.
W lesie, gdzie mieszkali, pośród drzew było tak zacisznie, cicho! Ach, gdybyż mieli wyobrażenie, co się dzieje na dworze, zanim dotarli do skraju boru! Niezawodnie, nie wychylaliby się nawet z domu i wolałaby to, niźli taki zawód!
Trzeba wiedzieć, że dziewczynie nic nie zdawało się gorszem nad konieczność zawrócenia i wyrzeczenie się nadziei dojścia tam, dokąd zamierzała.
O, gdybyż bodaj nie marzyła przez cały, długi rok, bez końca o tym drugim dniu świąt, w którym mogła pójść do Nyhofu! Jak na złość stanęły jej właśnie w tej chwili przed oczyma wielkie, buchające parą kotły i długie stoły, nakryte śnieżnemi, aż do samej ziemi sięgającemi obrusami, na których piętrzyły się całe góry kromek chleba z masłem! Ach, ileż razy powiadali sobie oboje z braciszkiem, kiedy matka nie miała im dać co jeść: na świętalnym poczęstunku u wuja w Nyhofie, w drugi dzień Bożego Narodzenia podjemy sobie do syta!
Ach, ach! Myślała nad tem, że dziś właśnie gotują tam słodką zupę z rodzynkami, że będzie lemiszka ryżowa i ciastka, potrawka i kawa z doskonałą, kruchą bułeczką, a ona nie dostanie ani odrobiny z tego wszystkiego.
Zawrzała wielkim gniewem i uczuła chęć wyładowania go na kimś, czy czemś. Nic takiego nie było w pobliżu, pomyślała więc tylko, że burza mogłaby mieć chyba więcej rozumu i nie zjawiać się właśnie tego dnia. Wszak było święto, wiatr nie musiał dziś obracać wiatraka, była zima, nie musiał tedy dąć w żagle i pomagać rybakom na jeziorze. Był wolny od wszelkiej pracy. Złościła się na burzę, ale to nic nie pomagało.
Mieli teraz właśnie przed sobą najcięższy kawałek drogi. Musieli zejść po stromem zboczu, minąć Helgesaäter, przedostać się na wzgórza Broby, dotrzeć do Löwenu, potem do kościoła i dopiero stamtąd rozległemi polami plebańskiemi dojść do Nyhofu, drogą biegnącą przez otwartą, niezadrzewioną przestrzeń. To był. najprzykrzejszy kawałek, pod samym bowiem folwarkiem za wzgórzami Hedeby gościniec zanurzał się ponownie w las, nie było tedy żadnego niebezpieczeństwa.
Po niejakim czasie nabrała przekonania, że nie jest tak znowu strasznie i trzeba spróbować. Gorzej niż zupełnie źle sprawa pójść nie mogła w każdym razie.
Zadowolona była teraz nawet, widząc, że matka stoi w lesie i duma. Póki duma, może się jeszcze zdecydować iść dalej. Ach... biada, właśnie w tej chwili uczyniła matka ruch, jakby chciała zawrócić w głąb lasu, a braciszek uczynił naturalnie to samo co matka.
Powzięła postanowienie i śmiało zaczęła zstępować ze stromego zbocza. Zrazu kroczyła pomału, potem coraz prędzej, bo wiatr dmuchał od tyłu, pchając ją, nakoniec poprostu musiała biegnąć. Wystrzegała się, by nie spojrzeć za siebie, bowiem matka lub brat mogli jej dać znak powrotu i wszystkoby przepadło. Była teraz niemal pewna, że wołają oboje, by stanęła. To jej jednak nie wprawiało w zakłopotanie, bo dostała się w sam pas huraganu, który hałasił i łomotał tak, że niepodobieństwem było pochwycić słowa.
Nie zachodziła też obawa, że matka podbiegnie i zatrzyma ją, bowiem musiała prowadzić malca, by go wichr nie obalił i nie mogła iść szybko.
Uspokoiło ją to, szła tedy, nie oglądając się wstecz. Niestety, burza była gorsza, niźli sobie wyobrażała.
Ponad głową dziewczyny przelatywały ogromne czarne ptaszyska, machając skrzydłami. Pędzone wiatrem, sunęły i roztrząsały się w locie tak, że po chwili nie miały już ani skrzydeł ani nawet ciała. Ogarnęła ją zgroza, nic podobnego nie widziała bowiem dotąd, a przyszła do siebie dopiero poznawszy, że te ptaki, to wielkie okłoty słomy, wyrwane z jakiegoś dachu.
Za każdym krokiem pod wiatr czuła, że powietrze zapiera jej drogę, staje dęba i chce ją wywrócić. Gdy się obróciła za wiatrem, pchał ją naprzód i chcąc iść, musiała zgiąć kolana i pochylić się jak najmocniej naprzód, gdyż tylko to dawało dostateczny opór. Ciągła walka znużyła ją wielce i wkońcu wydało jej się, że ciągnie za sobą wyładowany wózek.
Wiatr dął od północy, niosąc taki zamróz, jakgdyby tańczył z trupami. Ostry i gwałtowny był, a przenikał przez serdak i spódniczkę do ciała, mrożąc niby lodem. Niewiele sobie z tego, coprawda, robiła, ale czuła, że palce nóg drętwieją jej w bucikach, szytych smolistą nicią, a nie może również ruszać palcami rąk, w włóczkowych rękawicach ukrytych. Paliły ją też uszy pod chustką, mimo to jednak kroczyła dalej, aż zeszła do samych stóp wzgórza. Dopiero znalazłszy się w dolinie, stanęła, czekając na matkę i brata.
Gdy się ukazali, podeszła ku nim.
— Najlepiej byłoby wrócić! — powiedziała — Do Nyhofu się i tak nie dostaniemy.
Na to matka rozgniewała się, a malec także i powiedzieli oboje, że sobie wypraszają te ciągłe rządy i dyspozycje, bo sami wiedzą dobrze, co mają czynić.
— O, nie! — zakończyła matka — Musisz iść, zasiąść do stołu i najeść się do syta!
— Tak! — dodał malec. — Musisz najeść się tyle wiatru, by ci starczyło na cały miesiąc!
Matka i brat poszli dalej, a ona musiała rada nierada iść za nimi.
Gdy dotarli do Uwhofu, spotkali Lotę-latawicę i Jasia-dziadusia. Oboje byli nawykli do każdej pogody, włócząc się po żebrach w świątek, czy piątek, a mimo to zobaczywszy idących, złożyli dłonie koło ust i poradzili im, by co prędzej wracali, bo nad jeziorem jest tak strasznie zimno, że na pewno pomarzną wszyscy.
Mimo to matka i malec poszli dalej. Dotąd czuli urazę do smarkuli i chcieli jej dać poznać całą okropność burzy, aż do syta.
Po pewnym czasie spotkali konia Eryka z Falli. Kroczył sam, ciągnąc puste sanki prosto do domu, nie troszcząc się o swego pana, któremu wichr zerwał kapelusz i który teraz właśnie biegał wzdłuż płotów, przełaził niskie murki, otaczające zagrody i nużał się w głębokich rowach. Znudziło mu się poprostu stanie, więc ruszył przed siebie.
Ale matka i malec mieli takie miny, jakby się im to wszystko wcale dziwnem nie wydawało. Szli poprostu dalej i basta.
Nie zatrzymali się ni razu, aż dotarli do wzgórz pod Broby. Tam wpadli odrazu w wielki tłum ludzi, koni i sanek. Wszyscy czekali tu, nie mogąc ruszyć dalej. Bo oto stała się rzecz dziwna. Wielka jodla brobska, najwyższa w całej okolicy, widoczna zdala, jak szczyt Gurlity, została przez wichr obalona i leżała teraz wpoprzek drogi. A właśnie miał się odbyć w pobliskim kościele brobskim ślub Ja na z Gulläsy i Brity z Kringäsy. Stary Jan Jansa z Gulläsy; matka panny młodej z Kringäsy, oraz sąsiedzi, krewni, grajek Jöns, piękna Gunara z Högsjö i wiele innych osób, mających stanowić orszak ślubny, czekali, niewiadomo na co, i ruszyć dalej nie mogli. Gadali jeden przez drugiego i opowiadali, że dwa razy już zatrzymały ich obalone burzą drzewa, że dotąd je usuwali, ale tej jedli w żaden sposób rady nie dadzą.
Ojciec pana młodego krążył pośród zebranych, traktując ich wódką, ale nie pomagało to wcale do dalszej podróży. Narzeczona wysiadła z sanek, płakała z powodu tak licznych przeszkód na drodze do kościoła, a wichr wyszarpywał tiulowe róże i zielone jedwabne listki, któremi był przyozdobiony jej strój ślubny, tak że ludziom, jadącym później tędy, wydać się mogło, iż burza znalazła dziki krzak róży w jakimś czarodziejskim lesie i porwała z sobą kwiaty i liście, rozsiewając je po śnieżnej, zimowej bieli wokół.
Leżąca wpoprzek drogi jedla nie zdołała jednak powstrzymać matki i malca, podleźli pod nią poprostu i szli dalej, bowiem żywili przekonanie, że dziewczyna niedość ma jeszcze burzy.
Dotarli z trudem do rozstaja, gdzie stała gospoda brobska.
Tu ujrzeli majorową Samzeliusową, jadącą parokonnemi, krytemi saniami. Dopiero widząc, że majorowa siedzi pod budą, pojęli dobrze, jak straszną jest naprawdę dzisiejsza niepogoda, bowiem majorowa nie bała się dosłownie niczego. Ujrzawszy ich, majorowa wystawiła z pod budy dłoń ściśniętą w pięść, pogroziła im i krzyknęła głosem tak potężnym, że mimo wichru wyraźnie usłyszeli słowa:
— Zabieraj się natychmiast do domu, Marit z Koltorpu! Jakże możesz wychodzić z dziećmi w czasie, kiedy ja sama nawet muszę jechać krytemi sankami!
Ale matka i malec pomyśleli sobie, że dziewczynie dobrze zrobi, gdy jeszcze przez chwilę pomocuje się z wichrem.
Dotarli wreszcie do mostu rzuconego ponad wąskiem ramieniem średniego i górnego Löwenu i tu musieli iść zgarbieni, trzymając się poręczy. Burza szalała w tem miejscu gorzej niźli gdzieindziej, toteż natychmiast zmiótłby ich wiatr na lód, gdyby się jeno wyprostować poważyli.
Po szczęśliwem przejściu mostu, znaleźli się akuratnie na pół drogi do Nyhofu i dziewczyna zaczęła przypuszczać, że może, mimo wszystko zdążą na poczęstunek świętalny.
Ledwie jednak to pomyślała, zjawiła się nagle nowa przeszkoda. Malec nie mógł widocznie znieść straszliwego lodowatego wichru, wiejącego na moście, bo rzucił się zimny jak sopel lodu na ziemię i nie chciał się ruszyć. Matka podniosła go, zaczęła trząść i nacierać, wkońcu podążyła z nim do pierwszego z brzegu domu.
Dziewczyna przelękła się bardzo i pobiegła za matką. Nie wiedziała co ma czynić, uświadamiała sobie tylko, że jeśli braciszek jej zamarznie, to jej to będzie winą. Gdyby nie jej uwaga, byłaby matka niewątpliwie zawróciła do domu.
W domu, do którego weszli, mieszkali bardzo dobrzy ludzie, którzy oświadczyli, że gości nie puszczą, dopóki nie ustanie burza i nie chcieli słuchać o niczem innem. Powiadali też, że prawdziwe mieli szczęście, iż do nich wstąpili, bo gdyby byli szli dalej, choćby tylko do plebanji, zamarzliby na pewno wszyscy troje.
Wydawało się, jakoby matka była uradowana, iż znaleźli się pod dachem. Siedziała uśmiechnięta, spokojna, jakby jej całkiem wyszło z pamięci, że teraz oto właśnie kręcą się w Nyhofie rożny, a z wielkich kotłów, pełnych mięsiwa, zbierają kucharki warzęchami tłuszcz.
Gospodarstwo nagadali się do syta, powtarzając raz po raz, jak to dobrze się stało, że wędrowcy do nich wstąpili, potem zaś przyszło im na myśl zapytać, z jakiego właściwie powodu wyruszyli z domu, czy ich może burza zaskoczyła w powrocie z kościoła?
Matka opowiedziała, dlaczego wyszli z domu. Mieli udać się do Pera Jansy do Nyhofu, który jest jej szwagrem, mimo że jest bogaty, a mąż jej był wielkim biedakiem. Drugiego dnia świąt daje on co roku wielkie przyjęcie, a jako szwagierka jest na nie oczywiście zaproszona. Wiedziała dobrze, coprawda, że niepogoda jest straszna, ale uczta owa jest jedyną w ciągu roku dla nich sposobnością zabawienia się i nasycenia do woli.
Gdy to usłyszeli zacni ludziska, zaczęli na nowo biadać i żałować matki z powodu, że nie może iść do Pera Jansy na przyjęcie, bo tam niezawodnie wszystkiego pod dostatkiem i zabawa, co się zowie. Ale niesposób próbować nawet ruszać w burzę, gdyż życie musiałaby narazić poprostu.
Matka potakiwała im i zdawało się, że niczem jest dla niej siedzieć oto spokojnie w domostwie biedaków, podczas gdy czeka na nią niedaleko tyle przeróżnych przysmaków.
— Gdybyście nie miała z sobą dzieci, — powiedział wkońcu gospodarz — możeby się wam jednak udało dotrzeć do Nyhofu!
I na to zgodziła się matka ochotnie. Tak, zdążyłaby może na przyjęcie, powiedziała, gdyby nie to że ma z sobą dzieci, których narażać w tak okropny czas nie ma odwagi.
Nie, nie, nie było żadnej rady, wszyscy to wiedzieli dobrze, ale mimo to zacni gospodarze bardzo żałowali matki. Widać było całkiem wyraźnie, jak im to jest przykre.
Nagle wpadła gospodyni doskonała myśl, tak że rozradowała się wielce.
— Mam coś! — zawołała — Jeśli macie ochotę iść sama, to dzieci możecie zostawić u nas!
Oboje, mąż i żona uszczęśliwieni byli tym pomysłem i zachodzili w głowę, czemu odrazu tej imyśli nie powzięli.
Matka wymawiała się trochę zrazu, ale niebawem uległa. Potem ułożono się, że dzieci zostaną w gościnie do końca dnia, a nawet przez noc, a matka zabierze je, wracając nazajutrz.
Matka poszła, a dzieci zostały.
Teraz przepadła już cała nadzieja na wspaniałą ucztę świąteczną. Dziewczyna czuła to dobrze. Cóżby jednak pomogło, choćby była powiedziała, że chce iść z matką? Ci przezacni, gościnni ludzie nie byliby jej pewnie puścili, a także nie można było przecież zostawić malca samego.
Gospodarze usiłowali zabawić dziewczynę i rozweselić ją potrochu, ale nie pisnęła słówka, a nawet obracała się ciągle plecami do nich, wkońcu stanęła przy oknie i zapatrzyła się na dwie wielkie brzozy, kiwające się gwałtownie w wichurze, jakby jej wybijały pokłony.
Stała u okna, a w sercu jej kotłowały najrozmaitsze uczucia. Pomiędzy innemi pragnęła przez chwilę, by burza rzuciła się z całą siłą na gościnny dom, rozniosła go na wszystkie strony, a ona mogła wyjść na świat.
Ach... cóż to się dzieje, przemknęło jej przez myśl! Patrząc na brzozy, spostrzegła rzecz zgoła dziwną, oto chwiały się one z każdą chwilą coraz to mniej, tak że wydało jej się, iż cichnie hałas i łomot, a śmieci i słoma nie latają już w powietrzu.
Dziewczyna nie wiedziała, czy ma wierzyć własnym oczom, ale tak było w istocie. Na polu uspokoiło się wszystko nagle do tego stopnia, że długie witki brzóz ledwo lekko drżały.
Gospodarze nie zauważyli tego i bawili się z chłopczyną, aż musiała ich zawiadomić, że burza ustała.
Zdziwili się ogromnie oboje i wyrazili żal, że nie stało się to trochę wcześniej, bo w takim razie dzieci byłyby zdążyły również na ucztę. Wiedzieli dobrze i przyznawali ochotnie, że siedzenie bez celu przez tyle godzin w obcym domu nie ma w sobie nic zachwycającego.
Dziewczyna wysłuchała do końca, a potem powiedziała, że gdyby jej pozwolono, doszłaby teraz razem z bratem do Nyhofu. Gościniec biegnie prosto, jak strzelił, zabłądzić tedy nie może, a w biały dzień nie stanie im się przecież nic złego.
Gospodarze byli to widać ludzie naprawdę bardzo dobrzy, nie chcący nikomu psuć uciechy, bo zgodzili się zaraz i pozwolili dzieciom iść.
Wszystko się tedy zmieniło na dobre, wiatr ustał, chmury rozpierzchły się, droga doskonała i łatwa, a nadewszystko nie było tu nikogo, ktoby mógł dzieci zawrócić i zamknąć w izbie, gdy iść chciały.
Jedno tylko niepokoiło dziewczynę. Wydało jej się, że słońce zniża się jakoś zbyt szybko na południowej stronie nieba. Tak, stanowczo osuwało się za prędko. Nie wiedziała, która może być godzina. Ukłuła ją nagle w serce myśl, że może już późno, a w Nyhofie wszyscy siedzą właśnie w najlepsze przy stole. Tymczasem jeszcze cała mila drogi przed nimi. Czyż zdążą na czas, czy może zastaną jeno puste półmiski i ogryzione kości?
Chłopiec miał dopiero siedm lat i nie mógł iść prędko, ponadto tyle dziś przeżył, że mu to odebrało rzeźkość i odwagę.
Doszli właśnie do doliny u stóp brobskich wzgórz i dziewczyna przystanęła, ogarniając spojrzeniem świeżo zamarzłe, lśniące połyskliwym lodem jezioro löweńskie.
Spytała brata, czy nie pamięta, kiedy to matka, wróciwszy do domu, powiedziała im, że Löwen zamarzł. Dziwiła się bardzo, że jezioro zamarzło jeszcze przed Bożem Narodzeniem i przez cały wieczór mówili o tem.
— Pamiętani! — odparł malec — Było to w wilję wigilji! Wiem dobrze.
— Ha... więc od czterech, już dni jezioro zamarznięte, — powiedziała — lód musi być mocny i uniesie nas na pewno.
Chłopak ożywił się zaraz, zrozumiawszy, że siostra chce obrać drogę przez lód.
— Tak, tak! — zawołał wesoło — Pojedziemy lodem aż do Nyhofu!
— Nyhof położony jest nad wodą, będzie nam tedy najbliżej! — zauważyła.
Jednocześnie zawahała się, ale malec zaczął nalegać. Nie chciał wcale iść drogą. Uparł się, by niezwłocznie zeszli na lód.
— Musisz powiedzieć mamie, że to ty chciałeś! — rzekła — Na ciebie nie będzie się gniewała.
Do jeziora nie było daleko, niebawem też dzieci stały na lodzie. Był gładki, lśniący i równy. Nie mógł być piękniejszy, ni bardziej błyszczeć. Dzieci ujęły się za ręce, zaczęły ślizgać, coraz to bardziej oddalając się od brzegu.
Hej! Było to dużo lepsze niż wędrowanie po nudnym gościńcu. Pewni byli, że w ten sposób zdążą do Nykofu jeszcze przed końcem uczty.
Nagle posłyszała dziewczyna za sobą szum i łomot. Poznała zaraz co to takiego. Nie potrzebowała nawet patrzeć za siebie, czuła na plecach całe niebezpieczeństwo. Burza rozpętała się na nowo.
Wydało się, że ucichła poto jeno, by dzieci zwabić na lód. Teraz zaczęła na nowo dokazywać, rzuciła się na nie i poprzewracała.
Nie, niesposób było iść dalej lodem, od ponownego wybuchu burzy nie mogli się utrzymać na nogach. Nie było innej rady jak wracać na brzeg. Zaczęli zdążać doń z mozołem, na czworakach i oboje stracili całą otuchę. Dziewczyna zrozumiała, że jest teraz wraz z małym braciszkiem w sytuacji zgoła rozpaczliwej. Jakże zdołają dostać się pomiędzy ludzi? Jeziorem iść się dalej nie dało, a na brzegu w miejscu, do którego dotarli, widniała jeno stroma góra, ciemniał las, a nawet drogi nie było.
Ach! Biedny malec opadł z sił, bał się i płakał.
Dziewczyna stała na brzegu, nie wiedząc co począć.
Nagle przyszło jej na myśl, jak to często zjeżdżali z góry obok domu, gdy była pokryta lodem i śniegiem. Zaraz też zaczęła zbierać gałęzie i składać na dwa stosy. Skończywszy, posadziła na jednej brata i, czołgając się na czworakach, zepchnęła go na lód.
Znalazłszy się w silnym prądzie wichru, siadła na drugiej kupce, każde wzięło ponadto do rąk dużą gałąź jodłową i trzymało ją przeciw wichrowi.
Hej, hej! — wrzasła burza — Hej, hej!
Potrząsała nimi, przewracała, jakby chciała się namyśleć, co ma właściwie czynić.
Nagłe powzięła postanowienie, wichr uderzył z całą mocą, a oni pojechali. Jechali wspaniale, błyskawicznie, a nawet nie czuli teraz wiatru, ni zimna. Gdyby nie mknący obok nich szybko brzeg, sądziliby, że siedzą spokojnie w miejscu.
Malec krzyczał na całe gardło z radości, ale dziewczyna siedziała na swojej kupce z zaciśniętemi ustami i rozglądała się bacznie, czy nie napotka jakiejś nowej przeszkody, dzielącej ich od świętalnego poczęstunku.
Była to najszybsza podróż w życiu dzieci. W ciągu kilkunastu minut zobaczyli przed sobą wsunięty w jezioro przylądek, na którym stały zabudowania Nyhofu.
Właśnie miano zasiadać do kolacji, gdy dzieci ukazały się w dali, na lodzie. Wszyscy wybiegli co prędzej by zobaczyć, co to za dziwną jakaś rzecz jedzie przez jezioro.
Trudno wysłowić, jak się wszyscy dziwowali, poznawszy dzieci. MNie mogli się dość nadziwić Per Jansa i żona Pera Jansy, sam proboszcz i wszyscy goście. Nie było temu końca.
Jedna jedyna tylko matka nie wyglądała wcale na zdziwioną.
— Ta dziewczyna nie ustępuje nigdy! — powiedziała — Musi się stać to, co chce. Przez cały czas, rzec można, spodziewałam się, że przyjedzie powietrzem na miotle.
Przez cały wieczór wszyscy mówili o dziewczynce, chwalili ją i zapewniali, że zostanie dzielną gospodynią domu. Była najważniejszą osobą.
Pastorowa zaprosiła matkę do siebie na kanapę i rozmawiała z nią przez długą chwilę, a ciągle o dzielnej dziewczynce.
Matka powiedziała, że chociaż ta jest jeszcze mała, umie już bardzo porządnie prząść i czesać, wełnę, a przez całe lato zbierała jagody i nosiła na sprzedaż do Helgesäteru. Kapitan darował jej elementarz, a jedna z panien helgesäterskich pomogła jej trochę, tak, że nauczyła się czytać i pisać.
Proboszcz swartsjoeński był przez długie lata wdowcem, a ożenił się powtórnie dopiero zeszłego lata. Nowa pastorowa była niska, szczupła i miała konopiaste, niemal białe włosy. Cera jej twarzy była delikatna i bez zmarszczek, tak że nikt w świecie nie mógłby określić, w jakim jest wieku. Miała opinję niesłychanie dzielnej pani domu, a ludzie powiadali też, że gdy jeno rzuci na kogoś okiem, natychmiast wie, ile jest wart.
Pastorowa powiedziała matce, że od dłuższego już czasu ma zamiar przyjąć małą dziewczynkę do domu, do obsługi swej pasierbicy. Dotychczas funkcje te pełniła pokojówka, ale ponieważ chce, by więcej zajęła się tkaniem, przeto zdecydowałaby się na pomocnicę. Spytała matki, czy miałaby coś przeciw temu, by córka wstąpiła w jesieni do służby na plebanji.
Coś przeciw temu? Dziwne pytanie! Matka nie mogła sobie wyobrazić większego szczęścia dla dziewczyny, niż służba w Löwdali.
Pastorowa śledziła przez cały wieczór małą oczyma. Zdawało się, że nie może myśleć o nikim prócz niej.
Po chwili przywołała ponownie matkę.
— Czy to prawda, — spytała — że dziewczyna umie czytać i pisać?
Matka zaręczyła uroczyście, że jest to najrzetelniejsza prawda.
— No to, w takim razie ułóżmy się, że zaraz pojedzie do Löwdali! — zaproponowała pastorowa — Możecie wracać do domu na Löwdalę i dziewczyna zostałaby na plebanji.
Tak też postanowiono.
Ale i potem jeszcze pastorowa obserwowała dziewczynę jak poprzednio, tak jakby się jej nie mogła napatrzyć.
I znowu po chwili wyraziła, chęć pomówienia z Marit z Koltorpu.
— Jak jej na imię? — spytała.
— Eleonora, ale zwiemy ją krótko Norą.
— Więc to szczera prawda, że umie pisać? — spytała raz jeszcze pastorowa. — Nie mówicie tego przez pychę?
— Nie, nie. — zaręczyła matka — to jest najświętsza prawda!
— Ano, w takim razie najlepiej będzie, jeśli jeszcze dziś wieczór pojedzie razem z nami sankami do Löwdali! — zadecydowała pastorowa. — Właśnie mi bardzo potrzeba takiej dziewczyny, tedy może zaraz objąć służbę.

Oczywiście stało się wedle życzenia pastorowej, bo zaliczała się do osób, którym trudno czegoś odmówić i sprzeciwiać się jej nie było sposobu.

KOŁOWROTKI.

Wielki, dalarneński zegar szalkowy, stojący w pokoiku obok kuchni, tak zwanej komorze, wydzwonił godzinę szóstą z takim hałasem, jak gdyby ciężkie wagi miały zamiar spaść na samo dno piekła. Zbudziło to dziewczynę, śpiącą na trzech zestawionych krzesłach. Było to legowisko nader chwiejne, ale wrócili późno i musiała zadowolić się tem naprędce przysposobionem posłaniem.
Zeskoczyła, na ziemię, krzyknęła głośno i wybiegła na środek izby. Śniło jej się, że leży w trumnie i ma zostać pochowaną, a dzwony kościelne biją jej na pogrzeb właśnie.
Stanąwszy bosemi stopami na zimnej podłodze, przyszła zaraz do siebie i oprzytomniała.
Pewnie nikt nie usłyszał jej okrzyku! Ach, straszny byłby wstyd, gdyby ktoś z nią spał razem w komorze. Coś okropnego! Dziewczęta służebne wyśmiałyby ją na pewno, gdyby posłyszały, że się zlękła zegara. Nie pojmowała zresztą wcale dlaczego się przestraszyła. W domu nie było, coprawda, zegara, ale w Nyhofie stało i wisiało ich kilka w sali i mniejszych pokojach mieszkalnych, wiedziała też dobrze, co to zegar i jak bije.
W komorze nie było całkiem ciemno. W rogu widniało ognisko z kilku tlejącemi polanami, tak że mogła się rozejrzyć. Nie, dzięki Bogu, nie było prócz niej nikogo w stancji. Wąska, drewniana ławka z oparciem, na której leżała mamzel Maja Liza, gdy dziewczyna przybyła w nocy, pusta już była, a w dodatku bez pościeli, przysposobiona na dzień.
Jeśli zaś wstała już mamzel Maja Liza, to i jej pora ubierać się, oczywiście.
Umyśliła przyłożyć do ognia polano, by przy jego świetle znaleźć pończochy, trzewiki i resztę odzieży. W takim razie mogła być w mig gotową.
Jakaż to dziwna rzecz! Oto znajdowała się w komorze na löwdalskiej plebanji, gdzie matka jej była swego czasu niańką, zanim wyszła za ojca. Ciekawa, czy jej się tu będzie równie jak matce podobać i czy przywyknie do tego miejsca?
Na, calem świecie nie było nikogo, z wyjątkiem syna oczywiście, kogoby matka równie kochała jak pastorównę. Mówiła o niej zawsze niby o jakiejś księżniczce.
Ach, ileż się naopowiadała! Pastorówna była piękna. Ile razy jechała drogą, ludzie porzucali robotę, biegli i stawali u płotów, by ją zobaczyć choć na chwilę.
Proboszcz miał w parafji wielkie znaczenie, ale mawiał zawsze, że jest jeno przybłędą w porównaniu z córką i ludzie sobie z niego niewiele co robią. Przybył tu niedawno, podczas gdy ona pochodzi ze starego, plebańskiego rodu, osiadłego od stu lat w parafii i odziedziczy też Löwdalę i plebanję po jego śmierci.
Czasem gniewało ją niemal nawet to ciągłe opowiadanie o pastorównie. Matka powtarzała nieustannie jedno w kółko, zupełnie jakby nie było innych ludzi na świecie, lub z nią się równać nie mogli. Teraz jednak cieszyło ją bardzo, że nakoniec zobaczy pastorównę.
Radaby była zrozumieć też, skąd pochodzi ów hałas, dochodzący ją przez cały czas ubierania. Nie jest to już pewnie wczorajsza burza, nie od niej to huczało jej w uszach! A może zresztą rozpętała się na nowo? Nie, nie, hałas był zgoła inny, równiejszy, zupełnie jednostajny, przypominający dudnienie młyna.
Skończyła się ubierać i otworzyła drzwi kuchenne.
Teraz już nie dziwowała się przyczynie hałasu. Cała kuchnia pełna była prządek i kołowrotków. Jeden kołowrotek za drugim, jedna prządka za drugą... dziewczyna dojrzeć nie mogła końca, szeregu.
Zatrzymała się w progu, gdyż uczuła nagły zawrót głowy. Widywała już trzy, razem warczące kołowrotki w jednej stancji, tak, tyle ich widywała, tu jednak znajdowało się takie mnóstwo, że zadała sobie mimowoli pytanie, czy umie wogóle tak daleko liczyć...
W kuchni panował mrok, dlatego też nie mogła się zorjentować odrazu. Kilka żywicznych kłodzin jałowca płonęło na ruszcie paleniska, żelazną sztabą przymocowanego do komina. Stanowiło to całe oświetlenie. Pozatem dlatego jeszcze widać, niczego wyraźnie nie było, bo kołowrotki i prządki okrywała gęsta chmura pyłu, wzbitego w powietrze przędzeniem.
Koniec końcem czegoś podobnego nie widziała dotąd w życiu. Stała w progu, zapatrzona w biegnące koła, ruszające się pedały, zręczne, błyskające palce prządek, a w głowie kręciło jej się coraz to bardziej. Chcąc się opanować i pokonać to przykre wrażenie, zaczęła sobie zadawać pytania. Tak radziła zawsze matka.
— Ile też przędzie się w tej kuchni motków w ciągu jednego ranka? Ile też pęków takich motków wisieć już może w składzie na piętrze? Ile też tkackich warsztatów musi się puścić w ruch na wiosnę, by zetkać wszystką tę przędzę. Ile też postawów płótna musi się potem blichować... Ile też...
Zawrót głowy minął zupełnie, tak, że mogła zaryzykować przejście pomiędzy kołowrotkami. Nie było ich zresztą tak niesłychanie dużo, jak zrazu sądziła, ale także nie mało. Stały długim szeregiem, a raczej rozwartym kręgiem, od ogniska aż do drzwi wchodowych.
Tuż przy niem, oświecona płomieniem polan, siedziała pastorowa przy kołowrotku żółto lakierowanym i przędła biały len, za nią, jak się przynajmniej zdawało przybyłej, przędła wełnę na czerwono i zielono malowanym kołowrotku stara klucznica, o której jej opowiadała matka. Za nią siedziało parę dziewcząt, mianowicie kucharka, pokojówka, podręczna i dziewka stajenna, a wszystkie przędły na zwykłych, niemalowanych kołowrotkach. Za niemi wszystkiemi przędła konopie na starym zniszczonym kołowrotku garbata komornica[1], a na samym końcu, pod drzwiami, w prądzie przeciągu, idącego od wejścia, zatopiona w cieniu siedziała jeszcze jedna osoba i przędła. W kołowrotku tej ostatniej pracownicy brakło trzech sprych koła, sznur rozpędowy był kilka razy związany, zaś pedał wytarty i chwiejnie osadzony. Przędła ordynarne konopie, pełne guzów i zadzior, tak że gdzieindziej nie warto było ich poprostu nakładać na wrzeciono. Prządka pracowała mimo to zręcznie, jak te, które przędły najprzedniejszy len.
Dziewczyna nie mogła sobie wyobrazić, kimby mogła być ta ostatnia osoba, i po chwili zadecydowała w duchu, że pastorowa musiała wziąć na plebanję jakąś dziewczynę dla nauki przędzenia.
— Biedaczko! — pomyślała — Nie dobrze ci się tu dzieje. Nie cieszysz się, najwidoczniej, łaskami pastorowej.
W kuchni, poza wyliczonemi tu osobami, nie było nikogo więcej i dziewczyna nie mogła teraz zrozumieć jak to się jej wydawało zrazu, że otacza ją mnóstwo osób.
Wszystkie razem przędły i przędły. Gdy matka przędła, przyśpiewywała sobie, albo opowiadała historyjki, tutaj jednak wszystkie prządki milczały jak zaklęte.
Pastorowa wezwała ją skinieniem i kazała sobie podawać rozczesane pięknie przędziwo z kosza, stojącego na ziemi, tak by się nie potrzebowała schylać po każde pasmo.
Dziewczyna musiała to robić przez czas niezmiernie długi, koła warczały wokół, wahały się w dół i do góry pedały, wrzeciona wirowały, a dziewczyna uczuła ponowny zawrót głowy, to też chcąc się pozbyć tego uczucia, zaczęła, sobie znowu zadawać rozsądne i konkretne pytania.
— Ile też motków wełny przędzie się tutaj w ciągu jednego poranka? Ile takich motków znajduje się już w składzie na piętrze...?
Jakże to jednak dziwne, że dotąd nie widziała pastorówny! Mogła ona tu równie dobrze jak proboszczowa siedzieć i prząść! Chociaż nie, cóż za myśli, proboszczówna była zbyt wykwitną damą, by siedzieć tu pośród służebnych i prząść! Wszakże to coś jakby księżniczka ta proboszczówna!
Odziedziczy w spadku Löwdalę i całą parafję. Siedzi sobie teraz pewnie w salonie na kanapie i haftuje jedwabne kwiaty na brokacie...
Ale cóż się to stało? Pewnie któraś z prządek zrobiła coś niewłaściwego, bo oto pastorowa obróciła kilkakrotnie głowę ku drzwiom.
Minęło sporo czasu i zaczęło już na dobre świtać. Blady blask przeniknął przez małe szybki okien. Można było dostrzec nawet z głębi kuchni, ta m gdzie stała dziewczyna, że prządka siedząca pod drzwiami przestała pracować. Nie spała, jeno oparła dłoń na kole i patrzyła przed siebie, ale zdało się, że nie dostrzega wcale tego, co się dzieje w kuchni.
Nie spostrzegła co najmniej na pewno, że zwraca uwagę pastorowej na to, iż kołowrotek jej umilkł od chwili.
Prządka ta miała dziwnie łagodny, słodki wyraz twarzy i wielkie, zadumane, błękitne oczy. Nie zaprzestała pracować przez lenistwo, o nie, to było widać najdokładniej, uległa jeno potrzebie posiedzenia przez chwilę bez ruchu i podumania sobie.
Z każdą upływającą minutą pastorowa zaciskała mocniej usta, tak że twarz jej przybrała wreszcie wyraz srogi, wzbudzający porządny strach w patrzących.
Zatrzymała swój kołowrotek i wstała. Tamta jednak siedząca bez ruchu nie widziała wcale, że proboszczowa zbliża się ku drzwiom, wymijając kołowrotki. Nie ruszyła się, aż pastorowa stanęła przed nią i położyła jej dłoń na karku.
Wydała lekki okrzyk i uczyniła gest uwolnienia się od dotknięcia. Ale pastorowa trzymała silnie w dłoni kark ofiary, podniosła jej twarz w górę, drugą ręką zerwała z wrzeciona garść skudłaczonych, pełnych zadzior konopi i, przyciskając je do twarzy prządki, tarła niemi po jej oczach, czole i policzkach przez dobrą chwilę.
— Pracujemy wszystkie dla ciebie jeno, — rzekła twardym głosem — a ty sama śpisz sobie w najlepsze?
Przybyła omal nie krzyknęła z przerażenia. Nie... nie, to chyba niemożliwe! Więc to jest pastorówna? A jednak inaczej być nie mogło, dla kogóżby innego bowiem mieli pracować wszyscy?
Naostatek potrząsnęła jeszcze pastorowa porządnie głową nieszczęsnej prządki, rzuciła na ziemię konopie i wróciła na swoje miejsce.
W tejże jednak chwili wstała klucznica z krzesła i odsunęła swój kołowrotek, a uczyniły to wraz z nią wszystkie dziewczęta i komornica.
Pastorowa obróciła się ku klucznicy i spojrzała na nią osłupiałym wzrokiem.
— Pani pastorowa wie zapewne, — rzekła klucznica — że czeladź nie pracuje na plebanji przez cały ciąg świąt Bożego Narodzenia. Bywaliśmy zawsze wolni i mogliśmy pracować dla siebie samych. Pani pastorowa wie także, że jeśli udamy się do pana pastora i spytamy, powie, by tak zostało jak bywało dawnemi laty. Przędłyśmy przez cały ranek dlatego że mamzel Maja Liza prosiła nas, byśmy się nie sprzeciwiały pani pastorowej. Ale teraz przestajemy, widząc, że się pani z nią mimo to obchodzi tak jak zawsze.
Po tych słowach klucznica i wszystkie prządki podniosły swe kołowrotki w zamiarze wyniesienia ich z kuchni.
Pastorowa zerwała się i zastąpiła drzwi.
— Ni jeden kołowrotek wbrew mej woli nie zostanie wyniesiony! — zawołała.
Ale klucznica czuła, że prawo ma po swej stronie, przeto bez wahania zbliżyła się do swej chlebodawczyni. Zdawało się, że teraz musi nastąpić lada moment coś strasznego.
Tymczasem, o dziwo, nastąpiła rzecz zgoła nieoczekiwana.
Pastorowa rozejrzała się wokoło, jakby szukając osoby, chcącej jej przyjść z pomocą. Oczy jej spoczęły na nowoprzybyłej. Ale dziewczyna ptarzyła na nią przerażona, skamieniała, jakby ujrzała istną czarownicę. W zachowaniu pastorowej zaszła teraz zupełna zmiana.
Odstąpiła od drzwi w chwili, gdy klucznica znajdowała się o krok od niej, i rzekła:
— Obyczaj pozostanie obyczajem! Jeśli rzecz tak się w istocie ma, jak Kajsa powiada, i czeladź wolna bywa podczas świąt, to niechże już będzie. Ale mogłyście mi to, sądzę, powiedzieć spokojnie i wytłumaczyć, a nie powoływać się na swe prawa.
— Uczynimy to pewnie następnym razem! — odrzuciła ze złością klucznica.
Nie doszło jednak do sprzeczki, bowiem w tejże chwili właśnie rozległ się lekki dźwięk dzwonka z głębi domu.
— Pan pastor dzwoni na modlitwę poranną! — zauważyła. klucznica — Musimy zostawić kołowrotki, wyniesiemy je później.
Czeladź wyszła z kuchni, ale dziewczyna nie uszyła się krokiem. Skamieniała, rozmyślała nad tem jak to być może, by właśnie owa prządka przy samych drzwiach siedząca i najordynarniejszą przędzę mająca na połamanym kołowrotku; mogła być pastorówną! Był to wszakże grzech ciężki, był to wstyd okropny! Ach, gdybyż matka wiedziała!
Opróżniła się wielka kuchnia. Na samym końcu za wszystkiemi kroczyła pastorówna. Zbliżywszy się do dziewczyny, podała jej nagle rękę i rzekła:
— Pójdzież także na modlitwę poranną! Nieprawdaż?
Głos jej był słodki, miły, a dłoń miękka i delikatna. Dziewczyna wsunęła w nią, nieśmiało zrazu, swą rączynę. Ale w miarę jak obie kroczyły przed siebie, palce dziecka coraz to mocniej ogarniały dłoń Maji Lizy, gdy zaś stanęły pod drzwiami gabinetu proboszcza, pastorówna nachyliła się ku przybyłej i szepnęła:
— Słyszałam, że jesteś córeczką mej dawnej niańki, Marity z Koltorpu?
— Tak, — odrzekła dziewczynka — i przybyłam by panience pomagać!
Maja Liza uśmiechnęła się i odparła:

— Tak, tak, w istocie potrzebuję czyjejś pomocy!

SVARTSJÖ.

Wszystkie pięć dziewcząt siedziało w kuchni. Każda miała naparstek na palcu i kawałek wosku, oraz nici przy sobie. Cerowały i łatały starą odzież swoją. Przyjęły widocznie obyczaj krawców, którzy siadają zazwyczaj, jak mogą najwyżej podczas szycia. Umieściły się na wysokich, długich stołach wzdłuż okien, a sama jeno klucznica siedziała na stołku.
Dziewczyna patrzyła przez okno na świat. Miała przed sobą obszerne podwórze, poprzecinane ścieżkami, otoczonemi wysokiemi wałami śniegu. Wokoło stały wielkie budynki, które starała się rozpoznawać podług wskazówek otrzymanych od matki. Długa, niska budowla, naprzeciwko plebanji, musiało to być klepisko i stodoła, po stronie wschodniej stajnie, na zachód pralnia z komorą browarnianą. Budynki nie stały obok siebie, ale łączył je wysoki parkan, tak że dostać się w podwórze można było jeno przez małe furtki, które teraz, w porze zimowej stały otworem. Na wschód od stajen, dostrzegała dachy i szczyty wielkiej ilości zabudowań, otaczających drugie, jeszcze większe podwórze. Były tam chlewy i owczarnie, lamusy i magazyny, a dalej spichrz na zboże, szopy i stodoły, oraz czworaki mieszkalne czeladzi i wozownia. Kilka budynków stało na palach, inne posiadały schody zewnętrzne, wijące się po ścianach i wiodące do niskich mansard pod dachem. Gdzie jeno spojrzała, widniały przybudówki i przejścia łącznikowe, oraz przysiadłe do ziemi komórki o małych okienkach, długich, biegnących wkoło gankach, podziemiach i altanach. Większa część miała puszyste strzechy, lub darniowe dachy, ale jedne i drugie pokrywały teraz wysokie, śniegowe czapy. Nad wszystkiem unosił się jakiś głęboki spokój, jakby te budynki zapadły w cichy, niezmącony sen zimowy.
Przed chwilą weszła do kuchni dziewczyna świeżo przyjęta, pochodząca ponadto z innej, parafji. Widocznem było, że pragnie skorzystać z wolnych od pracy chwil, by się czegoś dowiedzieć o chlebodawcach swoich. Rzucała raz po razu pytania dotyczące pastorówny, pastorowej i samego plebana, ale nie otrzymywała odpowiedzi. Wszystkie szyły gorliwie, zaciskając usta i udając, jakoby nie wiedziały nic a nic.
Wkońcu zauważyła widać, że się nie dowie, czego chce, gdyż zaczęła zadawać inne pytania.
Czemu parafja zwie się Swartsjö? Mówiła, że nie może pojąć, dlaczego ją tak nazwano, gdyż przecie nazwa ta pochodzi od jeziora, a nie słyszała nigdy, by tu, poza Lövenem i trzema jeszcze jeziorami było jakieś jeszcze piąte, zwące się swartsjoeńskiem.
Na tego rodzaju pytania można było z całym spokojem dać odpowiedź. Na nieszczęście jednak żądna z dziewcząt nie wiedziała, z jakiego powodu wieś otrzymała takie miano, to też ciekawska i w tym kierunku nie mogła dojść do żadnego rezultatu.
Wkońcu zdjęła stara klucznica okulary z nosa, złożyła robotę i rzekła:
— Wcale nie dziwna jest nazwa parafji naszej! Wzięła ją ona rzeczywiście od jeziora, które istniało tutaj w czasach dawnych, teraz jednak wyschło.
Świeżo przyjęta służebna uradowała się wielce, otrzymawszy nareszcie odpowiedź, to też zaraz spytała, w którem miejscu parafji znajdowało się to jezioro.
— Ot tam, u samego ujścia doliny löwdalskiej! — powiedziała klucznica, wskazując ku wychodzącemu na południe oknu. Dodała, że woda sięgała aż do wzgórza, poniżej pralni widniejącego. Jest tam przynajmniej warstwa tak miałkiego piasku, jaki zaściela dno jeziora.
Służąca obróciła też głowę ku oknu. Plebanja stała na takiem wzniesieniu, że budynki nie kryły widoku. Ponad dach stodoły sięgnąć można było spojrzeniem w dolinę, ciągnącą się płasko na milowej przestrzeni.
Służebna nie dowierzała słowom klucznicy. Jakto, mówiła, czyżby płaszczyzna owa miała być dnem? To nader dziwne! Zawsze sobie wyobrażała, że dno jeziora musi być zagłębione, a brzegi wysokie i strome.
Klucznica nie sprzeciwiała się wcale, było jej bowiem obojętne, co myśli służąca, poprzestała jeno na powiedzeniu tego, co wie.
Włożyła tedy na nos okulary i zabrała się do przerwanej pracy.
Nowa służebna uśmiechnęła się wzgardliwie. Dziwna to, pomyślała, jak ludzie starzy znosić nie mogą odmiennych zapatrywań czyichś i chcą, by im wierzono na słowo, gdy jeno objawią co myślą.
Żadna z dziewcząt nie rzekła nic i nie pospieszyła z pomocą klucznicy, a w kuchni zrobiło się całkiem cicho. W tej chwili nabrała mała dziewczynka, stojąca przy oknie, wielkiej ochoty powiedzenia, co wie o jeziorze swartsjoeńskiem, nie była jeno pewną, czy wypada jej mieszać się do rozmowy.
Naraz skrzypnęły drzwi od komory przy kuchni i weszła mamzel Maja Liza.
Zrazu nie rzekła nic, patrzyła tylko na pracujące gorliwie dziewczęta. Potem podeszła do stojącej ciągle dalej u okna świeżo przybyłej.
— Noro! — ozwała się, siadając na stołku stojącym w pobliżu i ujmując w dłonie rączkę dziewczyny — Powiedz mi, czy znasz okolicę dalszą i czy widziałaś inne jeszcze jeziora prócz löwenskiego?
Dziewczyna oblała się rumieńcem, z powodu iż przemówiła do niej pastorówna, i odparła głosem tak cichym, że go ledwo słychać było w kuchni:
— O tak, widziałam już bardzo dużo jezior, więcej nawet, niż zliczyć umiem.
— Tedy proszę cię, zrób to dla mnie i pomyśl o któremś z nich! — rzekła Maja Liza. — Wybierz, które chcesz, tylko musi być długie, a wąskie i mieć dwa rozległe, porosłe drzewami, skaliste brzegi.
Dziewczyna oparła brodę na piersiach i zapatrzyła się w podłogę. Po chwili jednak podniosła głowę. Już sobie wyobraziła jezioro.
Pastorówna rzuciła jej swywolne spojrzenie, ale głos jej brzmiał dalej bardzo uroczyście.
— Widzisz je naprawdę przed sobą? — spytała. — Czy widzisz niewielki połyskliwy potok, który nadpływa od strony północnej i wpada do jeziora? Czy widzisz, jak się jezioro wydłużą i zwęża ku południu, tak że tworzy już tylko coś jeno w rodzaju niewielkiej rzeczki?
— Tak! — odrzekła i rzeczywiście widziała to wszystko przed sobą.
— Jeśli tyle dostrzegasz, — ciągnęła dalej Maja Liza, — to widzisz także brzegi z zatokami i cieśninami. Gdzieniegdzie wrzynają się w wodę długie, wąskie przylądki, pokryte pięknemi brzozami, spuszczającemi nad samo jezioro gałęzie, zaś pośród fal widnieją małe, skaliste wysepki, na których rosną czereśnie i derenie, tak zasypane na wiosnę kwieciem, że zdają się narzeczonemi w stroju ślubnym.
Dziewczyna widziała to wszystko, o czem mówiła Maja Liza.
Pastorówna spojrzała w okno, na ową długą dolinę, potem uśmiechnięta zwróciła się znów do Nory, a słowa jej miały teraz jakiś nacisk, tak jakby dziewczyna winna była zwracać specjalną uwagę na to, co powie.
— Jeśli widzisz wszystko, to wpada ci pewnie w oczy piaszczysty brzeg w jednem miejscu, gdzie bawi się mnóstwo dzieci, kąpiąc się przez całe lato, zaś w drugiem miejscu brzeg podnosi się stromo, rosną na nim wielkie, ciemne sosny i grubemi korzeniami, niby sękatemi ramionami ogarniają skały. W innem jeszcze miejscu widzisz grunt bagnisty, porosły gęsto olchową krzewiną, niemal niedostępny dla wędrowca zaś za nim, piękne, szeroko rozlane łąki, gdzie się pasą trzody.
Dziewczyna była pojętna i widziała wszystko.
— Spójrz jeszcze uważniej, a zobaczysz w pewnem miejscu pionową, daleko w wodę sterczącą skałę, na której stają rybacy, zarzucając wędki, ile razy łapią okonie. Zobaczysz również kloce, leżące nad brzegiem, przywiązane łańcuchami i małe chałupki rybackie, stare, pochyłe od wiatru, rozstawione po przylądkach.
— Tak! Tak! — potwierdziła z zapałem Nora. Widziała to wszystko i więcej jeszcze.
— Pewnie dostrzegasz jeszcze wokoło całego jeziora, niby pierścieniem otaczające je zagrody włościańskie z polami i łąkami. Nie leżą one tak blisko wody jak domki rybackie, ale cofnięte są wstecz, powyżej zagród rosną zagajniki brzozowe, wyżej jeszcze lasy sosnowe, spinające się po górach wysoko, aż do najwyższych szczytów.
I to także widziała Nora.
Pastorówna zadumała się i dopiero po chwili rzekła:
— Teraz przyjdzie rzecz najtrudniejsza. Pomyśl, jakby wydało się tutaj, gdyby pewnego dnia jezioro, o którem myślałaś, wyschło nagle, tak że nie pozostałoby w niem kropli wody. Powiedz, jak to sobie wyobrażasz?
Na to nie umiała dać odpowiedzi Nora, patrzyła jeno osłupiałym wzrokiem na Maję Lizę.
— I ja sobie tego dobrze nie wyobrażam, — powiedziała pastorówna, — ale sądzę, że w ciągu lat kilku wyrosłaby na tem miejscu, gdzie było dno, bujna trawa, a ludzie przyszliby ją kosić. Dno jeziora zostałoby potem uprawione, podzielone płotami i poprzecinane drogami, podobnie jak każdy inny grunt. Wszystko inne zostałoby mniej więcej takie, jakie było przedtem.
Nora patrzyła przed siebie, była zgoła nieprzytomna.
— Byłaś już pewnie w Helgesäterze i widziałaś wiszące tam w bawialni, w złotych ramach, między oknami wielkie lustro. Szkło rozbite zostało lat kilka temu, że zaś kapitan nie miał pieniędzy na wstawienie innego, przeto kazał pokryć tylną deskę zielonem suknem, a złota rama pozostała. Całą różnicę stanowi brak lustra, zresztą wszystko trwa po dawnemu.
Dziewczyna rzuciła pastorównie błyskawiczne spojrzenie, zaczynała się teraz domyślać, o co idzie.
— Podobnie stać się też musiało z jeziorem, o którem mówiłyśmy, — ciągnęła dalej Maja Liza — wszystko na brzegu zostało na dawnem miejscu, chociaż brakło lustra wodnego, leżącego pośrodku. Brzozy zwieszały dalej gałęzie, mimo że nie miały ich w czem odbijać, został piaszczysty brzeg, chociaż nikt się tu w ciągu lata nie jawił dla kąpieli, a skalna ściana sterczy również dalej, mimo że nikt na niej nie staje, by łowić ryby. Małe wysepki, okryte dereniem, wznoszą się, mimo że otaczają je uprawne grunta, a także wszystkie zagrody włościańskie stoją na tem samem miejscu, chociaż mieszkający w nich młodzieńcy i dzieci nie mogą już wyruszać łódkami na wodę w ciche, ciepłe, letnie wieczory.
Dziewczyna rozumiała wszystko.
Pastorówna zwróciła się teraz szybko do okna i rzekła:
— Spójrzże, Noro, i wszystkie dziewczęta spojrzyjcie! Jak się wam zdaje, czemże jest to, na co patrzycie?
Nora zdumiała się, wyjrzawszy oknem, bo zobaczyła nagle wszystko, o czem mówiła Maja Liza. Przed sobą miała równe dno jeziora, a wokół niego stare brzegi, powyginane w zatoki, przesmyki i przylądki. Na przylądkach rosły jak dawniej brzozy, widniały wzgórki zadrzewione dereniem, będące dawniej wysepkami, z pośród pól uprawnych wznosiła się stroma skała, powyżej niej na górze zieleniał las sosnowy, na przeciwległej zaś stronie rozrastały się bujnie krzaki olszyny. W połowie zbocza góry stały jak dawniej kręgiem domy i zagrody wieśniacze, słowem wszystko było na miejscu i niczego nie brakło.
Dziewczęta patrzyły z poza Nory, skupione i baczne, i one też widziały teraz wszystko, o czem mówiła pastorówna.
Jakże dziwne, że nie zwróciły przedtem na to uwagi!
Więc naprawdę istniało jezioro swartsjoeńskie, a to na co patrzyły, było to właśnie jego dno?
— Tak, jest to dno jeziora swartsjoeńskiego! — zakończyła Maja Liza. — Jest to lustro, które leżało tu ongiś pod Löwdalą, a straciło swe szkło. Mnóstwo ludzi żałuje dotąd, że zostały jeno ramy i dno, a zwierciadło przestało być już zwierciadłem.
Nora drżała z ochoty opowiedzenia wszystkiego co wie o jeziorze, i dłużej powściągnąć się nie mogła.
— Matka opowiadała też o jeziorze pod Löwdalą! — zawołała.
— Ach tak? — rzekła pastorówna — Słyszałaś pewnie dużo od matki o Löwdali!
— Matka mówiła, — trzepała teraz szybko Nora, — że wysychające jezioro pozostawiło za sobą trzy rzeczy. Pierwsza to zimny wiatr, dmący teraz ciągle doliną, druga to zimna mgła, ścieląca się tu zawsze w jesieni, a trzecia to...
Pastorów na nie dała powiedzieć Norze, co było trzecią, pozostawioną przez jezioro rzeczą, przerwała jej nagle i zawołała:

— A, jeśli o to jeno idzie, znamy wszyscy dobrze tę trzecią rzecz!

ŚNIEŻKA.
I.

W komorze, przytykającej do kuchni, panował taki rozgwar głosów, takie śmiechy i szepty, że Nora w żaden sposób zasnąć nie mogła, mimo iż tej nocy leżała już w miękkiem, małem łóżeczku, które umyślnie tu dla niej wstawiono.
Anna Brogren, mleczna siostra Maj i Lizy, która wyszła za pastora Löwstedta z Ransaäteru, przybyła w odwiedziny do Löwdali i została na noc. Posłano jej, coprawda, w pokoju na facjatce, ale ledwo pastor i żona jego udali się na spoczynek, zeszła pocichu na dół i szeptała teraz żywo z przyjaciółką.
Chciała być z nią sam na sam, to też zmartwiła się bardzo, ujrzawszy dziewczynę, leżącą w małem, wniesionem tu właśnie łóżeczku.
Raz po raz zbliżała się do niej, by zobaczyć czy śpi. Nakoniec zamknęła Nora oczy i nie ruszała się wcale. Uczyniła to z rozmysłem, by nie przeszkadzać Maji Lizie i Annie.
— Zasnęła na dobre! — powiedziała z ulgą młoda kobieta, stając ponownie ze świecą w ręku przy łóżku Nory.
— Nie sądzę, by mogła zasnąć! — zauważyła Maja Liza — Trudno spać przy naszej ciągłej paplaninie.
— Najlepiej będzie, — poradziła Anna, — jeżeli zamilkniemy na chwilę!
Milczały rzeczywiście przez kilka minut, a Anna upewniła się zupełnie. Twierdziła, że wyraźnie słyszy miarowy oddech śpiącej.
— Cieszę się z tego, — powiedziała — bo nie myślę wyjeżdżać z Löwdali, dopóki się nie dowiem dokładnie, jak tu wszystko idzie i co się dzieje, choćbyśmy miały nie spać do rana.
— Jestem całkiem pewna, że ta mała nie śpi! — odparła pastorówna — Ale możemy sobie poradzić inaczej. Będziemy czekały, a tymczasem opowiem ci bajkę. Pamiętasz pewnie, ilem ci naopowiadała bajek w dawnych czasach.
— Obawiam się, że ją to dopiero na dobre rozbudzi! — szepnęła Anna Brogren — Ale rób, co chcesz. Cóż to będzie za bajka?
— Opowiem ci najlepiej bajkę o Śnieżce.
— Dobrze, dobrze! — zgodziła się Anna ochotnie i poweselała. — Minęło dużo czasu od ostatniego opowiadania tej bajki! Mów!
— Wiesz, — zaczęła Maja Liza — że żyła sobie w dawnych czasach pewna pastorowa i martwiła się wielce tem, że nie ma wcale dzieci.
— Mylisz się! — przerwała Anna — To była królowa, nie pastorowa!
— Zawsze słyszałam o pastorowej, — obstawała Maja Liza — i inaczej jak brzmi, bajki opowiadać nie mogę.
Podjęła ciąg dalszy i mówiła o pastorowej, która pragnęła bardzo córeczki, rumianej jak krew i białej jak śnieg, a zmarła w tejże samej właśnie chwili, kiedy pragnieniu jej stało się zadość.
— Mogłybyśmy rozmawiać o czemś weselszem! — zauważyła Anna.
— Przypuszczam. — ciągnęła dalej, nie zważając na tę uwagę Maja Liza, — że pamiętasz treść bajki, przeto nie rozwodzę się szczegółowo nad młodemi latami Śnieżki. Wiesz, że jej niczego nie brakowało i nie cierpiała niedostatku, mimo że matka zmarła, bowiem miała poczciwą opiekunkę, zawiadującą domem, kochaną siostrę mleczną, oraz dobrego brata, który jednak rzadko był obecny, gdyż uczył się w odległem mieście. Śnieżka miała też dobrą, starą babunię, ponad wszystkich jednak otaczał ją czułą miłością drogi, kochany ojczulek. Był to najmilszy i najlepszy towarzysz jej zabaw i powiernik wszystkich trosk i wątpliwości. Nie pozwalał, by zostawała jak inne dzieci pod ścisłym dozorem, ale miała swobodę zupełną i mogła robić, co jej się podobało. Ludzie mówili, coprawda, że rozpuszcza córkę, on jednak nic sobie z tego nie robił i nie zmieniał postępowania.
— Może Śnieżka była dzieckiem tak grzecznem, że swoboda zepsuć jej nie mogła? — zauważyła Anna głosem nad wyraz poważnym teraz.
— Nie było nikogo szczęśliwszego na świecie nad Śnieżkę! — ciągnęła dalej Maja Liza. — Do szczytu zadowolenia doszła jednak w chwili, kiedy opiekunka jej oddaliła się, a ona sama, doszedłszy do pewnego wieku, mogła zawiadywać gospodarstwem i dbać o potrzeby ojca. Przez ciąg lat całych doznała jednej jeno, zdaje mi się, troski, kiedy mianowicie ukochana jej siostra mleczna wyszła za mąż i wyjechała do innej parafji. Wówczas roześmiałaby się w twarz każdemu, ktoby jej był powiedział, że ojciec odbierze jej serce swoje i kochać przestanie. Jakżeby się mogli poróżnić? Nie, to niemożliwe, a myśl podobna zjawić się nie może w najcudaczniejszym nawet śnie.
— Ponadto, nikt wówczas z ludzi nie myślał, by zajść miała kiedyś rzecz taka! — zauważyła tak samo poważnie Anna Brogren.
— Nigdy nie była Śnieżka dalszą od myśli o wielkiem nieszczęściu jak pewnego, ślicznego, letniego ranka zeszłego roku, gdy razem z ojcem udała się na łąki, gdzie koszono siano.
— Jakto zeszłego roku? — zdziwiła się Anna — Sądziłam, że Śnieżka żyła przed lat tysiącem.
— Ja zaś zawsze słyszałam, że Śnieżka żyje dotąd jeszcze! — odparła pastorówna. — W dniu owym, kiedy szła z ojcem do kosiarzy, liczyła właśnie lat dziewiętnaście. Ojciec miał pięćdziesiątkę, ale nie było po nim znać tego wieku. Nosił perukę, ale nie używał kapelusza, koszula jego była śnieżnej białości, krawatka bufiasta, a trzewiki spięte były dużemi sprzączkami. Śnieżce wydawał się w tym stroju ogromnie wykwintnym. Ona sama miała na sobie starą, katunową sukienkę i szerokoskrzydlny, słomiany kapelusz. Wobec ojca czuła się jednak niczem.
— Jakto? — przerwała Anna — Słyszałam zawsze, że Śnieżka zwracała właśnie pięknością swą uwagę każdego!
Pastorówna opowiadała jednak dalej, nie zwracając uwagi na przerwę.
— Dobrze się stało, że miała dnia tego kapelusz zasłaniający twarz. Inaczej ojciec zauważyłby niezawodnie zaraz jej niezadowolenie. Ach! Ach! Miała powód niezadowolenia, bo oto właśnie wolałaby stokroć w czasie spaceru z ojcem siedzieć u warsztatu tkackiego i kończyć płótno. Ale kiedy przyszedł pod otwarte okno komory i zajrzawszy z zewnątrz zawołał, by szła, nie była w stanie odmówić.
— Sądzę, że nie byłaby niczego w stanie odmówić ojcu swemu! — zauważyła Anna.
— Poszli tedy, minęli stajnie, potem pastwisko i skierowali się ku południowym moczarom, w pobliżu których kosili łąkę długi Bengt i dwaj synowie Vettera. Ile razy Śnieżka odbywała spacer z ojcem, zabierało jej to sporo czasu, mimo że droga nie była daleka.
Stanął i przyglądał się zbożu, potem przystanął znowu i rozmawiał z dziewką stajenną. Gdy doszli do wzgórza i lasku brzóz owego, stanął ponownie i obejrzawszy się, patrzył dobrą chwilę na nową plebanję, którą sam kazał wybudować. Po chwili przystanął znowu, by podnieść młodą sosenkę, leżącą wpoprzek drogi.
Muszę tu jednak dodać, że Śnieżka nie mogła czuć się długo niezadowoloną w towarzystwie ojca, bo jego zachowanie się i sposób patrzenia na świat i ludzi napawały ją zawsze głębokim podziwem.
Sądzę, że miała dużo racji, a ponad wszystko wzruszało ją i czcią napełniało to, że kochany jej ojciec spędził całe życie na stanowisku zastępcy plebana w małej, biednej wiosce na krańcach Wermlandii; mimo że był uczony i wymowny wielce, ponadto zaś postawny i sympatyczny, tak że mógłby był niewątpliwie zostać kanonikiem kapitulnym, lub nawet biskupem. Takby się stało, gdyby jeno chciał, jak ci się wydaje Anno?
— Trudno mi coś powiedzieć o ojcu Śnieżki, — odparła Anna — ale pewną jestem, że osięgnąłby niezawodnie, czegoby zapragnął.
— Nie potrafię wyrazić dokładnie wszystkiego, co czuła Śnieżka, ale myślę, że rzekła sobie w sercu swojem: Ty, Śnieżko, jesteś niczem i nic nie potrafisz, a także nie przeżyłaś dotąd niczego, jakże tedy możesz sobie pozwalać na zły humor? Wstydź się! Pomyśl o ojcu swym, który nie wyrzeka nigdy, niczego nie pożąda dla siebie, a całemu światu ukazuje pogodne zawsze i życzliwe oblicze. Ale Śnieżkę usprawiedliwiało wobec niej samej to, że radaby była jak najprędzej skończyć tkanie, bowiem wybierała się w drogę. Postanowionem było, że ma towarzyszyć babce tego lata do kąpiel w Loko. Babka nacierpiała się zeszłej zimy strasznie na reumatyzm, który nadwerężył jej bardzo ręce. Od samej wiosny wybierała się tedy do kąpiel, ale Śnieżka wiedziała dobrze, że nie pojedzie za nic w świecie, jeśli jej nie zawiezie sama.
Codziennie zbierała się spytać ojca o dzień odjazdu, ale dziwnego doznawała uczucia niechęci i brakło jej na to odwagi. Czuła jak ciężko będzie ojcu bez niej, przez ciąg sześciu długich tygodni, to też chciała odsunąć to jak najbardziej. Idąc teraz obok niego, postanowiła zdobyć się na krok stanowczy i zadać to pytanie, o ile ojciec będzie zadowolony ze stanu sianokosu.
Nabrała nadziei, że niedługo podróż owa stanie się rzeczywistością, bo dotarłszy na miejsce, zastali nadspodziewanie dobre wyniki. Ojciec był wysoce uradowany, a Śnieżka poznała to z żarcików, jakiemi zaszczycił długiego Bengta, najwyższego chłopca w całej parafji, radząc mu, by jeszcze rósł, bo jest za mały i trawa kryje go razem z kapeluszem.
Długi Bengt nie lenił się też z odpowiedzią. Zauważył, że jeśli pan pastor będzie dalej tak nawoził i uprawiał swe pola jak dotąd, to niebawem nie zechce nikt u niego pracować, a zwłaszcza kosić łąki. Prawdziwą mękę stanowi przezwyciężenie tej zwartej masy, stanowiącej istny wał. Obaj parobczaki stanęli również oczywiście po stronie Bengta i zaręczali, że wolą wyzwać na pięści wszystkich najgorszych wizygotów podczas jarmarku brobskiego, niźli kosić księżą łąkę w roku przyszłym.
Ojciec musiał teraz rzec coś równie grzecznego, a wszyscy stali wokoło niego, ciekawi co powie. Śnieżka nie zapomni nigdy tej chwili i widzi przed sobą zadowolonego ojca, który namyśla się nad słowami, jakich ma użyć, by wywarły jak największe wrażenie.
Cóż się atoli zdarzyć może w świecie? Oto nikt z obecnych nie usłyszał tej odpowiedzi, gdyż nastąpiło coś zgoła niespodzianego, co zwróciło uwagę i myśli zebranych w inną stronę.
Ktoś biegł ku nim przez wysoką trawę, a raczej zataczał się, potykał, a w dodatku krzyczał nieustannie i, mówił sam do siebie głośno.
Wyznaję, że Śnieżka nie była dotąd świadkiem niczego, równie wstrząsającego. Osoba, biegnąca ku nim, była kobietą i znajdowała się w okropnym stanie. Suknia jej podarta, mokra, okryta błotem, zwisała z ciała i kleiła się doń, włosy, z których wypadł grzebień, spływały w splotach na plecy i ramiona, najstraszniejszą jednak była jej twarz i ręce, okryte krwią.
Długi Bengt i parobcy obrócili się na bok i splunęli trzy razy, jakby na widok czarownicy, a mało brakło, by i ojciec uczynił to samo.
Nagle wydało się Śnieżce, że poznaje, kto to jest, podeszła do ojca i szepnęła mu, że nieszczęśliwa jest szafarką hrabiny z Borgu, zajmującą się dworskiem gospodarstwem.
Ojciec potwierdził słuszność jej przypuszczeń, zbliżył do przybyłej i spytał, co ją spotkało i z jakiego powodu o tak wczesnym ranku spieszy do niego, na plebanję. Ale była bezprzytomna i nie poznała wcale pastora. Krzyczała tylko ciągłe, że u hrabiny wytrzymać niesposób i że biegnie do pastora, by ją ratował.
Śnieżka i ojciec zabrali ją z sobą na plebanję i tu przyszła po pewnym czasie do siebie na tyle, by opowiedzieć co jej się stało. Hrabina dręczyła ją i prześladowała tak strasznie, że pewnej nocy, około godziny drugiej uciekła z Borgu i poszła polami naoślep, nie wiedząc, dokąd zmierza. Niespełna zmysłów, znalazła się niebawem na gościńcu i tu dopiero zaczęła myśleć, gdzieby się schronić.
Przyszło jej na myśl udać się na plebanję, bo słyszała dużo o dobroci i miłosierdziu pastora i jego rodziny. Nieszczęsna kobieta poszła znowu polami naprzełaj, ale dostawszy się na mokradła, nie trafiła na mostek i wpadła do strumienia. Uderzyła głową o kamień, podrapała sobie ręce i podarła suknię. Po tej przygodzie straciła znowu przytomność i, nie mogąc już odnaleźć drogi, błądziła całemi godzinami po polach i łąkach aż do białego dnia.
Błagała gorąco, by ją zatrzymano na plebanji, aż krew przestanie płynąć, suknia wyschnie, a ona namyśli się gdzieby się udać.
Oczywiście zgodzono się, by została. Któżby miał serce wypędzać z domu tak bardzo cierpiącą osobę.
Ojciec i Śnieżka oburzali się bardzo na hrabinę. Była piękna i wesoła, a jednak dręczyła srogo podwładnych swoich. Nie po raz to dopiero pierwszy słyszeli o niej taką rzecz. Co więcej, powiem, że, dobrze na tem wyszła hrabina, iż dnia tego nie spotkała się ze Śnieżką, bo ta ostatnia nie krępowałaby się wcale w słowach, o nie! Kobieta owa... hm, jakże mam ją nazwać?
— Nazwij ją mamzel Vabitz! — poradziła Anna.
— Dobrze! Otóż mamzel Vabitz była to osoba ciesząca się jak najlepszą opinją i hrabina mogła niezawodnie uczynić coś lepszego nad dręczenie jej do tego stopnia, by straciła zmysły.
I cóż się stało! Tego samego jeszcze dnia przyszła Śnieżce do głowy myśl, która ją uszczęśliwiła wielce. Postanowiła prosić mamzel Vabitz, by pozostała na plebanji i zajęła się potrzebami ojca, podczas gdy ona sama będzie z babką w kąpielach. W ten sposób odjedzie spokojna, bo porządek i ład nie zostanie naruszony i wszystko potoczy się tą samą koleją co przy niej.
— Ach, na miłość boską! — zawołała słuchająca — Więc to ty sama, a raczej, to sama Śnieżka powzięła ten pomysł?
— Tak, ona sama wyraziła ten pomysł, ona a nie ktoś inny i czuła się w dodatku wielce uradowaną. Spytała zaraz przybyłej, czy chce u nich zostać, a mamzel Vabitz nie wzbraniała się ni chwili, jeno przystała ochotnie. Powiedziała, że uczyni jej tę przysługę, ale zastrzega sobie wyraźnie prawo wyjazdu niezwłocznego, gdyby podczas jej nieobecności dostała miejsce w którymś z dworów pańskich.
Najtrudniej było uzyskać zgodę ojca Śnieżki. Nie mógł sobie wyobrazić, by ta osoba przebywała razem z nim przez ciąg całych sześciu tygodni i razem siadała w dodatku do stołu.
Nie mas pojęcia, ile trudów miała Śnieżka, zanim wreszcie wyruszyła z babką w drogę. Ojciec i mamzel Vabitz nie odpowiadali sobie usposobieniami. Pastor lubił żartować i droczyć się z wszystkimi, zaś ona była zawsze poważna i surowa, baczna ustawicznie na to, by zachować godność swą i dostojeństwo.
Zrazu urządziła Śnieżka sprawy tak, że spotykali się tylko przy stole. Ledwo jednak siedli, ojciec zaczynał zaraz mówić coś, co jak wiedział, oburzyć musi mamzel Vabitz. Najkomiczniejszą zaś wydała mu się rozmowa z nią o miłości i małżeństwie.
Twierdził, że bardzo się cieszy, iż jest w jego domu, gdyż może mu udzielić rady w ważnej sprawie. Oddawna. już zamierza ożenić się powtórnie i ma na oku hrabinę z Borgu. Spytał; jak jej się to wydaje.
Usłyszawszy te słowa, zmartwiała ze strachu. Odłożyła nóż i widelec i patrzyła na pastora bez słowa.
Anna roześmiała się głośno i rzekła:
— A toby sobie dopiero użył!
— Ojciec teraz dopiero wpadł we właściwy nastrój. Rzadko zdarzało mu się spotkać kogoś, nie rozumiejącego jego żarcików. Powiedział, że nie pojmuje zgoła przerażenia i zdumienia mamzel Vabitz. Czyż sądzi, że hrabina nie chciałaby go może? Hrabina uznała go za przystojnego mężczyznę, to rzecz stwierdzona. Kiedy przebywa w Borgu, jawi się co niedzieli w kościele, a sama raz powiedziała, że nie mogłaby słuchać kazania brzydkiego plebana.
Stała się rzecz komiczna. Gdy ojciec Śnieżki skończył mówić, ukazały się na policzkach mamzel Vabitz ciemno czerwone plamy. Powstrzymywała się od mówienia, jak długo tylko mogła, teraz jednak wybuchnęła.
— To co słyszę, niegodne jest kapłana i sługi bożego!
Miała głos bardzo ostry i chropawy, zaś nikłą postać, drobną buzię i kredowej niemal bieli włosy, mimo że nie mogła liczyć wyżej trzydziestu lat. Wyglądała zazwyczaj na łagodnego gołąbka. Dlatego to właśnie przerazili się wszyscy tego okrzyku.
Ojciec wybuchł wesołym śmiechem, usłyszawszy ten wyrok, wydany grobowym iście głosem, a mamzel do końca jedzenia słowa już nie rzekła.
Siostra mleczna śmiała się z mamzel Vabitz, ale Maja Liza westchnęła i po chwili podjęła dalszy ciąg opowieści.
— Nie potrzebuję chyba mówić jak bardzo prosiła Śnieżka ojca, by zaprzestał żartów i przekomarzań i jak się martwiła, że czynił to dalej. Żyła w ustawicznej obawie, że mamzel ucieknie z plebanji, podobnie jak uciekła z Borgu.
— Ale została, na szczęście została... prawda? — wtrąciła Anna.
— Istotnie została i Śnieżkę uradowało to niesłychanie. Mamzel Vabitz zajęła się gospodarstwem, nie chcąc, jak mówiła, zjadać chleba darmo. Dzielna to była niewiasta.
Oczywiście, osoba jak ona nie mogła poprzestać na gotowaniu zwykłych, chłopskich potraw, ale przyrządzała je na sposób francuski, jak to było w zwyczaju w borskim pałacu. Ojciec był w młodych latach nauczycielem w zamożnych domach, to też nawykł do dobrego jadła i wrócił na nowo do pasztetów, korzennych sosów i potrawek. Śnieżka przekonała się, iż przez czas jej nieobecności głodu cierpiał nie będzie. Zauważyła też, że ile razy dostał wyjątkowo dobrą potrawę, nie wszczynał tak dotkliwych jak przedtem rozmów i nie droczył się z mamzel Vabitz. Okazało się jeszcze jedno i to najlepsze, mianowicie oboje zamiłowani byli wielce w ogrodnictwie. Ojciec mógł jak długo chciał rozprawiać o systemie Lineusza, o Hummarbym i ogrodzie botanicznym w Upsali, a mamzel Vabitz słuchała godzinami z nabożeństwem.
Ogrodnictwo pogodziło, zdaje się, ojca z pozostaniem jej, gdyż inaczej nigdyby do tego nie doszło. Okoliczność ta pozwoliła Śnieżce odjechać bez troski i upewniła ją, że mamzel Vabitz i ojciec wytrzymają z sobą aż do jej powrotu.
Mimo to jednak, przez cały czas myśli Śnieżki krążyły koło domu, ustawicznie rozmyślała o ojcu i trapiła się przypuszczeniem, że pewnie dręczy on żarcikami od czasu do czasu nieszczęsną mamzel Vabitz.
Po dwu tygodniach od czasu wyjazdu, otrzymała Śnieżka niesłychanie komiczny list od ojca, wypełniony od początku do końca opowiadaniem, jak żyją z sobą. Pewnego dnia przybyli w odwiedziny porucznik Bergh i właściciel ziemski Julius. Grali w karty i śpiewali bellmanowskie pieśni. Na drugi dzień nastąpiła kara! Mamzel Vabitz nie chciała doń mówić a przez cały tydzień dawała na obiad krwawe kiszki ze słoniną, lub śledzie z rzepą. Wczoraj jednak zjawiła się na stole krustada i smażone pstrągi, przeto widocznie wrócił do łask.
Śnieżkę rozweselił bardzo ten list. Poczciwy ojczulek posiadał duszę dziecka. Ale nie uspokoiło jej to zupełnie, co wyczytała. Następny list był dużo lepszy. Ojciec donosił, — że długi Bengt postanowił ożenić się ze swą długoletnią kochanką, wesołą Mają. A któż go przywiódł do tej zbożnej myśli? Mamzel Vabitz dokonała tego właśnie, przedstawiając mu, jak źle czyni, zwodząc przez czternaście lat dziewczynę, która mu zaufała.
Śnieżka czuła, jak zadowolonym musiał być ojciec. W liście tym nie pisał już jak przedtem „Vabitza,“ ale „panna Vabitz.“ Był to nieomylny znak, że drogi ojczulek przekonał się nareszcie, jak nieocenioną osobą jest jej chwilowa zastępczyni. Odtąd nie dostawała już Śnieżka listów od ojca, jeno krótkie kartki, w których donosił, że jest bardzo zajęty i nie ma czasu na listy. Ni słówkiem nie wspominał o mamzel Vabitz. Widocznie przywykł do niej nakoniec i myśl jego nie zajmowała się nią więcej niźli resztą domowników..
Na dnie duszy Śnieżki pozostała jednak odrobina niepokoju i nie umiem ci powiedzieć, jak się czuła szczęśliwą w chwili, kiedy mogła nareszcie siąść do powozu i ruszyć ku domowi. Doniosła w sam czas przed odjazdem, kiedy jej ojciec może oczekiwać w domu, a w liście tym pochwaliła go za to, że tak długo wytrzymał z mamzel Vabitz. W zakończeniu oświadczyła, że odtąd nigdy już nie użyje pomocy ludzi obcych i nigdy go już nie odjedzie.
— Ach! — zawołała Anna. — Więc i to nawet napisała ojcu Śnieżka? Musi jej sprawiać wielkie zadowolenie, gdy o tem wspomni.
— O tak! — oświadczyła Maja Liza. — Dużo jest rzeczy komicznych w tej bajce. Śmiech zbiera, gdy się pomyśli, jak uszczęśliwioną była Śnieżka, jadąc do domu. Była tak rozradowana, że to jej uczucie udzielało się wszystkim napotykanym ludziom. Tak było przynajmniej w początku podróży. Gdy zbliżyła się do wsi rodzinnej, zauważyła, że coś smutnego przychodzić musi na myśl tym wszystkim, którzy poznawali ją w przejeździe, gdyż twarze ich stawały się nagle poważne i wydłużały dziwnie.
Muszę wyznać, że Śnieżkę ogarnęło wkońcu uczucie niepokoju. Przybywszy do ostatniej gospody i znalazłszy się pośród znajomych, spytała o ojca. Odpowiedziano jej, że jest zdrów i rzeźki, jakim go opuściła. Śnieżka wyczuła jednak w tych słowach coś utajonego, coś czego wypowiedzieć nie chciano. Nie śmiała pytać wprost, bo pewna była, że stało się coś niekorzystnego, i zadała sobie pytanie, czy mamzel Vabitz nie odeszła jednak, mimo wszystko. Nie chciała sobie myślą o tej osobie psuć radości z powodu powrotu do domu.
Anna zaśmiała się krótko i rzekła:
— Byłoby to szalenie śmieszne, gdyby jeno nie przygnębiało tak i nie osmucało!
— Na ostatnim przystanku — ciągnęła dalej opowiadająca — spotkała Śnieżka długiego Bengta z końmi i bryczką z plebanji i odrazu wpadło jej w oczy, że i on zachowuje się jakoś dziwnie. Zazwyczaj trzeba było zeń wyciągać słowo po słowie, teraz jednak paplał jak najęty, ale nie wspomniał jednem słowem o ojcu i mamzel Vabitz. Śnieżce brakło teraz odwagi na pytanie. Pomyślała, że jeśli coś złego zaszło, to dowie się od samego ojca.
— Nie wiedziała o niczem, przybywając do domu? — wykrzyknęła słuchająca.
— Nie wiedziała nic, a nic! I powiem ci, co jej było najprzykrzejsze. Oto kochany, drogi, a tak rozumny ojczulek pewny był, że postąpił niesłychanie mądrze i spodziewał się jeszcze, iż ją samą to uradować musi.
Miał wszelkie zresztą ku temu powody. Wszakże ona sama unosiła się nad zaletami mamzel Vabitz i zaręczała, że posiadanie takiej osoby w domu to prawdziwe szczęście. Ach, może to ona sama właśnie poddała mu pierwszą myśl uczynienia mamzel Vabitz...
Nie uwierzysz, jak rozradowaną minę miał ojciec, gdy wyszedł na powitanie córki na schody podjazdu. Stojąca obok niego mamzel Vabitz była również w siódmem niebie. Spieszno mu było objawić wielką nowinę, ale nie potrzebował tego czynić, gdyż Śnieżka zrozumiała wszystko natychmiast. Wiedziała to, zanim wysiadła z bryczki. Muszę ci powiedzieć, co w niej zaszło. Oto ogarnął ją taki gniew, że nie mogła się opanować. Nie była dotąd w życiu do tego stopnia wzburzoną. Nie rzuciła się wprawdzie na stojących przed nią, nie obiła ich i nie podrapała, ale miała ogromną ochotę to uczynić.
Nie mogła atoli powściągnąć swego języka i powiedziała to, co mogła rzec najgorszego. Oświadczyła, — że nigdy nie uzna mamzel Vabitz za matkę. Powtóre powiedziała, że ojciec nie mógł ożenić się gorzej i znaleźć mniej odpowiednej osoby. Jest ona córką biednego, niemieckiego trębacza, jak to wszyscy wiedzą, zaś ojciec mógł dostać damę z najwyższych sfer, gdyby jeno chciał. Na zakończenie dodała, że oboje czuja dobrze, iż popełnili czyn karygodny, gdyż inaczej nie pobieraliby się potajemnie.
W tem miejscu wmieszała się babka, chwyciła Śnieżkę za rękę i rozkazała ostrym głosem, by poszła do jej pokoju na górce. Śnieżka nie wzbraniała się, ale zwrócona raz jeszcze ku mamzel Vabitz, powiedziała jej, że wkradła się do serca ojca zapomocą smacznego jadła i że tylko z tego powodu wziął ją za żonę.
Potem dopiero odeszła z babką.
— Wielka szkoda! — zawołała Anna. — Trzeba było dać jej zupełną swobodę.
— Babka zabrała ją z sobą i gdy tylko Śnieżka znalazła się w pokoiku na facjatce, wybuchła niepowstrzymanym płaczem. Była to nowość w jej życiu. Nigdy jeszcze tak gorzko nie płakała. Łzy płynęły z jej oczu bez przerwy, przez kilka godzin i miała przez cały ten czas wrażenie, że zbudziło się i objęło nad nią władzę coś zgoła obcego, co przez wszystkie lata swego dotychczasowego życia nosiła w sercu na dnie. Czuła dokładnie, że smok jakiś straszliwy, czy dzikie zwierzę mieszka w jej duszy. Ach! Przeraziła się tak bardzo owego potwora, że niemal całkiem zapomniała o nieszczęściu, jakie na nią spadło. Niezmierną trwogą przejęła ją świadomość tej potęgi nieokiełznanej i groźnej, tkwiącej w niej bez winy i postanowiła uroczyście, że nigdy już, nigdy w życiu nie pozwoli, by się miała przejawić na zewnątrz.
— O, wielkie nieba! — zawołała mleczna siostra. — Więc Śnieżka nigdy już potem nie popadła w gniew?
— Wkońcu ogarnął ją głęboki sen, — opowiadała dalej Maja Liza — przynosząc zapomnienie, gdy się jednak zbudziła nazajutrz, a wschodzące z nad gór słońce zaświeciło jej w twarz, przypomniała sobie całe nieszczęście i nie wiedziała biedaczka, co ma czynić.
Ale nie potrzebowała długo rozważać sytuacji, bo zaraz zjawiła się służąca i z nakazu pastorowej poleciła jej wstać i zasiąść do warsztatu tkackiego.
Nie było jeszcze czwartej i tak wcześnie nie wstawała dotąd Śnieżka. Pracowała, coprawda, zawsze, ale czyniła to wedle własnego upodobania i w dowolnej porze. Uczuła znowu gniew, ale przyszło jej na myśl, że potwór zbudzić się może, tedy powściągnęła się wysiłkiem woli.
Przesiedziawszy kilka godzin u warsztatu, pojęła wyraźniej, jak się to wszystko stało. Nie wkradła się wcale potajemnie do serca ojca mamzel Vabitz, ale powtarzała mu tak długo, że on i córka będą mieli nieocenioną pomoc w jej osobie, aż nakoniec, na prawdę ową otwarły mu się oczy. Ojciec musiał teraz czuć wielki żal do córki, niezdolnej do zrozumienia jego niezwykle rozsądnego postępku.
O siódmej zawezwaną została Śnieżka do ojca w celu wysłuchania nagany i pouczenia, co ma czynić. Niczego innego spodziewać się też nie mogła. Ale ojciec w tak niezręczny i bezradny sposób udzielał jej napomnień, że omal znowu w gniew nie popadła. Powściągnęła się jednak, przeprosiła oboje serdecznie i na zakończenie pocałowała ojca i mamzel Vabitz w rękę. Zauważyła dobrze, jaki kamień spadł ojcu z serca, gdy wszystko wróciło do ładu i pokój zapanował w domu.
— Ach! — zawołała Anna głosem wezbranym łzami. — I takie rzeczy dziać się mogą, gdy ludzie oddalą się o kilka zaledwo mil i nic o sobie nie wiedzą! O, czemuż mnie przytem nie było!
— Dobrze się stało, że nie było nikogo, ktoby podburzał Śnieżkę! — odparła Maja Liza. — Cieszyła się ze zgodliwości swej, bo patrząc na ojca i żonę jego, pojęła dobrze, kogo tu należało żałować. Nie ona to sama była nieszczęśliwą, posiadała bowiem młodość, mogła wyjść za mąż i stworzyć sobie własne ognisko. Inaczej rzecz się miała jednak z ojcem. Nie mógł on wyzbyć się już mamzel Vabitz i musiał ją, znosie do ostatniego dnia życia swego, a to znaczyło tyle, co żyć pośród ciągłej zimy, bez promyka słońca i ciepła. Tak, tak nie ona, ale ojciec był pożałowania godnym człowiekiem.
Mimo całego zgodliwego nastroju nie mogła pokonać odruchu gniewu, gdy ojciec stanął niebawem pod oknem komory kuchennej i spytał, czy z nim pójdzie na przechadzkę. Odpowiedziała, że jest to niemożliwe, bowiem matka poleciła jej utkać do śniadania pewną ilość łokci płótna.
Ojciec chciał w pierwszej chwili powiedzieć, by szła mimo tego rozkazu, ale potem pomyślał, że nie wypada zaraz pierwszego dnia zmieniać zleceń żony, poszedł tedy sam, zostawiając córkę przy warsztacie. Tego nie spodziewała się wcale, wydało jej się, że serce u staje w piersiach, uczuła wyraźnie, iż utraciła raz na zawsze ojca...
Łzy stłumiły w tem miejscu słowa pastorówny, tak, że musiała umilknąć. Anna Brogren nie mówiła też nic, tylko łkała głośno. Mała Nora miała wielką ochotę płakać, ale powstrzymała ją obawa, że tam te dwie usłyszą.

II.

Następnej nocy mała Nora przeżyła zupełnie dokładnie to co pierwszej. Anna Brogren nie odjechała, jak to miała zamiar uczynić. Zaledwo pastor i żona jego powiedzieli wieczór dobranoc i udali się na spoczynek, wyśliznęła się zaraz Anna Brogren z gościnnego pokoju i zeszła do komory, w celu pogwarzenia ze swą siostrą mleczną.
Tym razem nie zadawały sobie nawet trudu czekania, aż mała Nora zaśnie. Młoda pastorowa oświadczyła na samym wstępie, że została poto tylko, by usłyszeć ciąg dalszy pięknej bajki o Śnieżce, którą jej opowiadała zeszłej nocy Maja Liza. Nalegała na przyjaciółkę, by zaraz rozpoczynała, gdyż jutro jechać musi, a chce koniecznie usłyszeć wszystko do końca.
Maja Liza podjęła opowiadanie temi słowy:
— O ile pamiętam, upłynął mniej więcej tydzień od czasu powrotu Śnieżki do domu, kiedy przybył w odwiedziny latarnik Moreus wraz z żoną swą, Ullą. Goście ci sprawili niewysłowioną radość Śnieżce, która żyła, coprawda, teraz w zupełnej zgodzie ze swą macochą, ale przeciążona była bardzo pracą. Przez cały dzień deptać musiała warsztat tkacki, przerzucając czółenko tam i z powrotem i tkając gruby, ordynarny drelich. To też, gdy się wieczór kładła spać, bolały ją dotkliwie plecy. Radowało ją tedy zawsze przybycie gości, gdyż miała w takich razach kilka przynajmniej godzin wolnych od roboty.
Ach! Ach! Śnieżka myślała w duchu, że pewnie nigdy nie nabierze w życiu takiego zapału do pracy, jaki posiada macocha. Nie osięgnie też pewnie takiej biegłości i zwinności w palcach. Macocha umiała tkać przepiękny adamaszek ze szlakiem, wyobrażającym zwierzęta całej arki Noego. Śnieżka spostrzegła, że macocha uważa ją za niedołęgę, starała się przeto być pojętną i czyniła wszystko, by ją zadowolić.
Ulla Moreus znała pastorową z tych jeszcze czasów, kiedy była klucznicą w Borgu, i obie rozumiały się doskonale. Prócz tego pomagała Ulla w pałacu, wraz z teściową swą, przy pieczywie jesiennem, przeto miała dużo do opowiadania o hrabinie. Śnieżka spostrzegła, że macocha raduje się wielce, słuchając opowieści o rozmaitych nowych szaleństwach swej byłej chlebodawczyni.
Prawdę mówiąc, najbardziej uradowany z odwiedzin był sam ojciec. Odrzucił on zaraz wobec gości owo pełne namaszczenia zachowanie, jakie przybrał od czasu małżeństwa, i stał się jakim był poprzód. Śnieżka zadawała sobie pytanie, gdzie się ukrywał ten jej dawny, drogi ojczulek, z którym nie była na przechadzce od czasu owej przygody na łące podczas sianokosu.
Ach! Wiedziała ona dobrze, jak się sprawa ma, wiedziała, że właśnie z jej przyczyny nie śmie teraz ojciec żartować i śmiać się, czując wyrzuty sumienia z powodu złego wychowania, jakie dał córce. Pewny był, że Śnieżka nigdyby nie śmiała rzucić mu, oraz macosze tych obraźliwych słów, gdyby jej był nie rozpuszczał i dlatego chciał ją teraz prowadzić surowo i karnie. Tak postanowił i trzymał się serjo tego wobec córki, nie śmiejąc porzucać nastroju uroczystego i poważnego.
Przed niewielu jeszcze miesiącami wydawało się ojcu, że córka jego jest taką, jaką być powinna, teraz atoli nie warta była nic i ojciec nie zmieni się zapewne w dawnego ojczulka, dopóki ona nie zmieni się na inną.
Po przybyciu latarnika zapomniał ojciec o ciężącem mu brzemieniu i przybrał poprzednie zachowanie. Śnieżce przyszło do głowy, że musi ją mimo wszystko kochać, skoro nakłada na siebie taki przymus codzienny, i poczuła, że nie jest mu tak za to wdzięczna, jakby być powinna.
Macocha sama stanęła do gotowania jadła, chcąc pokazać Ulli Moreus, że przedtem nigdy nie jadało się w Löwdali tak dobrze, jak obecnie. Macocha wiedziała dobrze, że Ulla jest najznakomitszą kucharką w całej parafji. Ciągle była w drodze na jakieś wesele, czy pogrzeb, gdzie miała gotować dla gości, a pastorową przejmowało to takim szacunkiem, że chciała ją uraczyć, co się zowie. Stanęła tedy przy kuchni, zaś Ulla udała się wraz z Śnieżką na chwilę do babki.
W pokoiku na facjatce rozwinęła Ulla przywieziony z sobą pakiet, w celu pokazania wspaniałego prezentu, jaki właśnie dostała od hrabiny. Ach, nigdy nie śmiano się tak serdecznie, jak kiedy Ulla opowiadała o łaskach, jakiemi ją darzy hrabina i względach, jakie jej okazuje. Raz dała jej pieska, którego karmić trzeba było wyłącznie kwaśną śmietaną. Ileż dobrotliwej naiwności mieściło się w tym prezencie, uczynionym żonie biednego latarnika, która pewnie niezawsze miała krowę do dojenia!
Niewiadomo, czy Ulla nie doznałaby wprost rozczarowania, dostając od hrabiny przypadkowo coś użytecznego. Śmiała się ochoczo, pokazując nowy dar.
— Spojrzyjcież jeno! — wołała. — W takim to paradnym stroju jeździć będę odtąd po chłopskich osiedlach dla zgotowania jadła gościom pogrzebowym, lub weselnym.
Hrabinie zdawało się pewnie, że czyni coś bardzo dobrego, kiedy ofiarowywała Ulli swój kostjum do konnej jazdy. Był skrojony angielską modą, która weszła właśnie w użycie, a składał się z długiej, czarnej amazonki, obcisłego, bramowanego sobolami żakietu, oraz małego, damskiego cylindra. Kostjum zrobiony był z wyśmienitego materjaiu i nie widać na nim było śladu zniszczenia, ale jako dar dla Ulli był w każdym razie ostatniem głupstwem. Amazonka posiadała fantastyczną wprost długość, tak, że Ulla kroku postąpić nie mogła, zaś w czerwonym żakiecie wyglądała arcykomicznie. Poprosiła, by Śnieżka także przymierzyła kostjum, a gdy się to stało, obie z babką wprost osłupiały z podziwu.
— Cóż za szkoda, że to nie ty dostałaś ów wspaniały dar! — zawołała Ulla. — Kostjum leży na tobie jak ulał, zupełnie jakby na twą miarę był robiony.
Posadziła Śnieżkę przed lustrem, rozluźniła jej nieco włosy i włożyła jej cylinder na głowę.
— Prawda, — rzekła zwracając się do babki — że wygląda jak istna hrabianka? Jeszcze jej tak piękną nie widziałam!
Oświadczyła, że pod żadnym warunkiem nie pozwoli jej się rozebrać, dopóki nie zobaczą tego ojciec i Moreus.
Przyznać muszę, że Śnieżka nie powinna się była przebierać, gdy się to jednak już stało, opanowało ją jakieś dziwne rozswywolenie, oraz wydało jej się, że jest naprawdę kimś innym. Babka i Ulla pokładały się od śmiechu, gdy w dodatku zaczęła naśladować chód i sposób mówienia hrabiny.
Ulla powtórzyła, że nie przebaczyłaby jej nigdy, gdyby się jej mężowi nie pokazała w roli hrabiny, i nalegała, by Śnieżka udała się razem z nią niezwłocznie do salonu.
Śnieżka pomyślała sobie w duchu, że może ojcu przebranie jej nie sprawi teraz przyjemności, gdyż stał się tak poważny. Dawniej mogła to czynić, ile razy miała ochotę, teraz jednak zmieniło się wszystko.
Ale nie straciła otuchy, bo wszakże była przy niej Ulla i powiedziała sama sobie; nie powinnaś doprawdy dawać się tak bardzo gnębić. Dziś ojciec wesoły jest i swobodny, jak dawniej i nie może chyba uznać za żadną winę przywdziania sukni hrabiny.
Prócz tego pocieszała się tem jeszcze, że macosze będzie bardzo na rękę, jeśli się trochę ubawią wszyscy kosztem hrabiny.
Ody schodziły na dół, przyszedł Ulli nowy pomysł. Wzięła z sobą Śnieżkę do stajni i nakłoniła długiego Bengta do osiodłania wierzchowca. Był to mały, gruby konik, zgoła niepodobny do wielkich, silnych rumaków pałacowych. Podobnie też, nic wspólnego z siodłami hrabiny Merty nie miała wyściełana, w wysokie łęki zaopatrzona terlica plebańska.
Gdy koń został osiodłany, a Śnieżka znalazła się na jego grzbiecie, Ulla pobiegła przodem i wpadłszy do salonu i kuchni, krzyknęła na całe gardło, że hrabina Merta jedzie konno aleją.
Ach, cóż za rumor uczynił się na plebanji! Pastorowa zerwała fartuch kuchenny tak szybko, że pękły obie szelki i wybiegła na podjazd. Pastor nadbiegł z takim pospiechem, że mu się peruka przekrzywiła i stanął obok żony. Za pastorostwem stanęła Ulla z mężem, a na ostatnim stopniu, dziewczęta służebne dygały raz po razu zabawnie.
Śnieżka miała w ręku szpicrutę i używała jej nieźle, ale wierzchowiec nie dał się tem wyprowadzić z równowagi i kroczył noga za nogą. Jadąca uznała to nawet za okoliczność bardzo korzystną, gdyż w ten sposób rodzice poznają, kto jedzie.
Stała się jednak rzecz arcykomiczna. Macocha tak była olśniona widokiem czerwonego żakietu, w którym przez czas dłuższy odbywała hrabina kornie wycieczki, że nie zorjentowała się wcale. Śnieżka uczyniła szpicrutą gest powitalny i zawołała, jak to czynić zwykła hrabina:
— Bon jour monsieur le pasteur! — Ledwo te słowa przebrzmiały, dawna mamzel Vabitz zbiegła pospiesznie po stopniach i wykonała ukłon tak głęboki, jakby się zapadała pod ziemię.
Ach. jakże mam opisać tę scenę? Macocha miała wzrok krótki, przytem zaczął już padać mrok, Śnieżka nie przypuszczała jednak mimo to, by jej można było nie poznać.
Pomyślała tedy, że macosze musi się podobać, iż wszyscy kpią sobie z hrabiny, wiedziała bowiem, jak zawziętą jest na dawną chlebodawczynię swoją. Ani na moment nie przyszło jej do głowy, by matka miała się jej samej kłaniać, i tem więcej wierzyła w mistyfikację obustronną, że matka miała oblicze, jak nigdy dotąd rozpromienione.
Śnieżka zeskoczyła z siodła bez pomocy, zupełnie jak hrabina, rzuciła lejce długiemu Bengtowi, potem zaś zwróciła się ku pastorowej i rzekła, podając jej dłoń:
— Eh bien, Raklitz, jakże ci się powodzi nanowem stanowisku?
Wyobraź sobie, że ledwo Śnieżka te słowa wyrzekła, macocha niezwłocznie pocałowała ją z wielkim szacunkiem w rękę.
Teraz zrozumiała dopiero, że macocha uległa złudzie i sądzi, iż hrabina przybyła naprawdę w odwiedziny. Przeraziło ją to niesłychanie i bez namysłu zawołała:
— Pani matko, wszakże to ja jestem!
Macocha wyprostowała się na te słowa, odrzuciła dłoń Śnieżki brutalnym gestem, spojrzała na nią przenikliwie, a potem obróciła się błyskawicznie, wbiegła po schodach i wpadła do kuchni, zatrzaskując drzwi za sobą.
Obstąpili Śnieżkę wszyscy, ojciec, Moreus i Ulla, i śmiali się serdecznie z przebrania. A ona, widząc, jak się to podoba ojcu, zmusiła się do odgrywania przez chwilę jeszcze przybranej roli. W duszy była jednak jak skamieniała, spojrzenie matki przejęło ją bowiem strachem niezmiernym. Myślała ciągle o tem, że zrobiła sobie wroga z macochy, bo można przebaczyć żart, ale nikt nie zapomni, gdy się go wykieruje na błazna.
Maja Liza uczyniła pauzę w opowiadaniu, chcąc posłyszeć, co o bajce sądzi mleczna siostra.
— Powinnabym się właściwie śmiać serdecznie z tej przygody, — zauważyła Anna Brogren — ale nie mogę, przeciwnie uczuwam jakiś lęk. Opowiadaj jednak prędko dalej, bym się dowiedziała, co się potem z tobą, to jest z Śnieżką działo.
Pastorówna podjęła na nowo:
— Muszę wspomnieć o zdarzeniu, jakie miało miejsce przy końcu września. Nie jest to, coprawda, nic ważnego, jak sama zauważysz, ale dodało ono Śnieżce nieco otuchy i ile razy o niem wspomina, mówi sobie:
— Dobrze, że jest ktoś na plebanji, kto się nie boi macochy.
Wszyscy inni, nie wyłączając ojca, drżeli przed mą. Było to widoczne. Śnieżka przyznać musiała, że macocha dba o ojca, może nawet za wiele, gdyż pilnowała go tak, że się ruszyć nie mógł bez niej. Ach, była to, niestety, niewola i ojciec nie śmiał się sprzeciwić niczemu, czego zażądała.
Codziennie było to widoczne, najjawniej okazało się jednak onego dnia, kiedy jej dał pozwolenie pędzenia okowity. Wszyscy w całej plebanji wiedzieli oczywiście, że nigdy do tego nie dopuszczał i odmówiłby każdemu innemu, prócz żony. Ile razy dawnemi czasy ktoś go prosił o pozwolenie, mawiał zawsze z niezadowoleniem:
— Żyto i inne plony pól plebańskich winny być spożytkowane na chleb i potrawy, nie zaś na ów nieszczęsny trunek, który wynaleziono ku zgorszeniu ludzkości.
Zacny ojczulek powiedział to samo pewnie i żonie swej. Ale ona nie dała za wygranę i zauważyła, że chętnie zgodziłaby się na usunięcie wódki z plebanji raz na zawsze, ponieważ jednak pastor posiada ją zarówno dla gości jak i czeladzi, powinno się ją sporządzać w domu, gdyż kosztuje zaledwo połowę ceny kupna. Tak powiedziała i obstawała dopóty przy swojem, aż uległ wreszcie.
Gdy miano po raz pierwszy pędzić okowitę na plebanji, wypożyczyła pastorowa z sąsiedniego dworu kocioł wraz z hełmem i rurą, a gdy tylko naczynia te przywieziono, zabrała się do roboty.
Podczas robienia zacieru i fermentowania, ciężką miała pracę cała czeladź, gdy zaś zaczęło się destylowanie, sama stanęła w browarni, nie spuszczając kotła, ni na moment z oka. Nikt jej nie mógł zarzucić nigdy, by szczędziła samej siebie i leniuchowała, gdy inni pracują.
Przez cały ciąg pędzenia wódki, siedział ojciec w pracowni swej i ani razu nie uczynił żonie tego zaszczytu, by wetknąć do browarni głowę i poprosić o odrobinę napitku dla pokosztowania.
Pastorowa poznała stąd, że ciągle jest przeciwny destylacji. Wiedziała również dobrze, że przybyłby niezwłocznie i zatrzymał całą robotę, gdyby bodaj jeden człowiek na plebanji choć troszkę, zalał sobie pałkę. To też pilnowała argusowem spojrzeniem, by nie kosztowali zbyt często ci, którzy jej pomagali, że zaś wszyscy czuli dla niej kolosalny respekt, powiodło jej się przez cały czas utrzymać wszystko w surowym porządku.
Zdarzył się jeden tylko drobny przypadek.
Macocha ukończyła klarowanie okowity i miała ją jeno pozlewać do wielkich flasz i dzbanów. Dla oszczędności chciała raz jeszcze przesączyć osad, ponieważ jednak płyn był za gorący, postawiła go w wielkiem wiadrze na polu, pod ścianą browarni.
Niedługo potem przechodził tamtędy długi Bengt i uczuwszy niezmierny pociąg, zbliżył się do wiadra. Ale natychmiast zjawiła się w progu macocha i powiedziała:
— Drogi Bengcie, nie zechcesz chyba pić tego? Wszakże napój taki nie przystoi ludziom. To popłóczyny i osad szkaradny.
Długi Bengt zrobił głupią minę i oświadczył, że idzie do stajni i nie sądzi, by źle czynił, przechodząc popod browarnią.
Potem wszedł w istocie do stajni i wziął widły, które sobie odeń wypożyczyła dziewka od krów. Z widłami w ręku udał się z powrotem do stodoły. Gdy jednak długi Bengt otwarł bramę podwórza folwarcznego, spotkał się z wielkim capem, który węszył w stronę browarni, wetknąwszy nos pomiędzy łaty parkanu. Był to piękny dzień i wszystkie kozy były na podwórzu, skupiły się wokół sterty suchych gałęzi, sam tylko cap stał pod bramą.
Prawdziwa to zagadka, że mógł być tak niezręcznym długi Bengt. Otworzył bramę widać zbyt szeroko i cap przecisnął się obok niego. Nie zadał sobie nawet trudu by wypędzić go z powrotem, co uczynić należało, ale poprzestał tylko na stwierdzeniu, że wszystkie inne bramki są pozamykane, tak że cap nie może dostać się ani do sadu pastora, ani do warzywnego ogrodu pastorowej. Pomyślał sobie pewnie, że nie może to nikomu zaszkodzić, jeśli cap popasie się trochę na murawie przed plebanją.
Słuchaj, co się stało dalej. Cap nie zaszczycił ni jednem spojrzeniem murawy, tylko pobiegł w zgrabnych podskokach prosto ku browarni. Biegł tak zgrabnie i lekko, że macocha nie usłyszała go, mimo iż drzwi browarni były jeno przymknięte.
Ten cap był zdawiendawna wielkim urwipołciem. Pijąc, nie chłeptał językiem, jak pies, ani nie ciągnął jak koń, zachowywał się tak cicho, że nikt nie wiedział, co czyni. W ten sposób udało mu się wypić niejedno już wiadro mleka poza plecami dójki, a uczynił to samo teraz właśnie i za moment, w wiadrze pod ścianą nie zostało ni kropli płynu.
Spełniwszy, co zamierzał, zaczął beczeć. Czynił to zawsze, ile razy zrobił figla, gdyż lubował się widokiem gniewu i oburzenia i inaczej nie sprawiało mu to żadnej przyjemności. Beczał tedy w najlepsze, aż na progu zjawiła się macocha i zobaczyła próżne wiadro.
Chwyciła długą łopatę piekarską, stojącą zawsze w kącie za drzwiami browarni, i rzuciła się na winowajcę, chcąc go ukarać. Ale cap, po tak niezwykłym poczęstunku nie mógł widocznie pojąć, by macocha mogła się na serjo gniewać, stanął więc tylko na tylnych nogach i zaczął tańczyć. Cap był rosły, stary i spotkanie się z jego rogami nie mogło być zaliczone do przyjemności. Macocha machała łopatą, chcąc go dosięgnąć, a ci, którzy znali capa, mogli przypuszczać, że sprawa nie zakończy się na niczem. To też wszyscy wybiegli z plebanji, ojciec, Śnieżka, dziewczęta służebne i każde na swój sposób starało się przyjść z pomocą pastorowej. Cap nie robił jej jednak nic złego, tylko tańczył przed nią z wielką gracją. Widząc to, dał ojciec znak, by nikt nie interwenjował, a żonie krzyknął, by się prędko schowała w browarni, nie czekając, aż minie dobry humor capa.
Ale pastorowa nie zwróciła uwagi na to ostrzeżenie i po chwili udało jej się wymierzyć zwierzęciu dotkliwy cios łopatą. Cap stanął na czworakach, ale sytuacji to nie poprawiło wcale, przeciwnie, w moment potem jednym susem wskoczył do wnętrza browarni i postrącał rogami i poobalał wszystkie flaszki i naczynia, jakich mógł jeno dosięgnąć. Zaledwo matka pospieszyła za nim, wymknął się z powrotem.
Był to wielki chytrzec, wiedział przeto, że pastorowej zejdzie sporo czasu na ustawianiu poobalanych naczyń i ratowaniu resztek okowity. Czuł się tedy na czas pewien bezpiecznym. Przez kilka sekund stał pod drzwiami browarni, lubując się swym figlem, potem zaś zawrócił i poszedł zwolna, poważnie w kierunku stojącej na wzniesieniu plebanji.
Wielki cap zachowywał się zwykle z wielką godnością i dostojeństwem i dobrze na tem wychodził, nikt bowiem nie przypuszczał, by tak poważne zwierzę mogło planować psikusa. Tym razem był jeszcze wspanialszy niż zazwyczaj. Powoli podnosił nogi, odrzucił dumnie w tył głowę, wyciągał nozdrza i pysznił się długą brodą swą i rogami. Łyskał przytem nieco niespokojnie oczyma i chwiał zadem w jedną i drugą stronę.
Ojciec sądził, że cap wraca sobie do swych kóz w podwórzu folwarcznem, przeto krzyknął do Śnieżki i dziewcząt służebnych, by mu zeszły z drogi i nie płoszyły go. Może miał cap początkowo ten zbożny zamiar, ale zmienił go widocznie w chwili mijania podjazdu plebanji. Spostrzegł, że drzwi stoją otworem, bo zapomniał je zamknąć ktoś, co ostatni wybiegł z pomocą pani domu. Uroczysty dotąd figlarz dał nagle potężnego susa i, przeskakując stopnie, wpadł do domu.
Natychmiast rzuciła się za nim cała rzesza służby, chcąc wypędzić, ale on uciekał z jednego pokoju do drugiego, wybiegł po schodach na strych, a czując i tu pogoń za sobą, wyskoczył oknem. Czyniąc to, nie zadał sobie wcale pytania, jak też daleko może być z okna do ziemi. Zwierzę to miało atoli tak niezwykłe szczęście, że trafiło właśnie w okno, znajdujące się wprost nad przydaszkiem podjazdu. Pomiędzy spadzistym dachem a ścianą frontową była wąska deszczułka i na niej to stanął cap. Nie mógł postąpić krokiem w prawo ni lewo, nie narażając się na spadnięcie, a cofnąć się również nie mógł z przyczyny pościgu.
— Właź mi zaraz na strych! — wołał doń z dołu pastor, grożąc laską.
Ale cap nie ruszał się z miejsca. Dziewczęta służebne, przerażone tem, co się stało, wybiegły z domu i patrzyły na capa, który miał minę nader wesołą. Obracał głową, błyskał oczyma i widać było wyraźnie, że go raduje przerażenie wszystkich.
Tymczasem pastorowa przyprowadziła do porządku flaszki i zjawiła się z łopatą piekarską w ręku, by wypędzić capa. Gdy ją ujrzał, mrugnął jeszcze weselej oczyma, jakby chciał wyrazić, że sobie z niej nic nie robi.
Machnęła ku niemu łopatą, a cap zebrał w tej chwili pod siebie nogi, przeleciał jak strzała w powietrzu i wylądował tuż przed osłupiałą pastorową.
W jednej chwili stanął ponownie na tylnych nogach, pochylił czoło i pchnął swą chlebodawczynię tak silnie, że upadła. Potem pobiegł w stronę podwórza folwarcznego, jednym susem przeskoczył bramę i zaprodukował swym kozom przydłuższy jeszcze taniec, trwający kilka minut.
Nikt nań teraz nie zwracał uwagi, wszyscy bowiem pospieszyli z pomocą pastorowej, a pierwsza przybiegła do niej Śnieżka. Ale macocha odepchnęła ją od siebie szorstko i zawołała:
— Nie udawaj! Wiem, jak jesteś dla mnie usposobiona! Widzę, ponadto, że cieszy cię moja przygoda. Śmiej się, jak długo możesz, znam ja kogoś, który cię zdoła doprowadzić do płaczu.
I w samej rzeczy Śnieżka nie wyglądała na przerażoną, ani smutną. Cap ją rozśmieszył, a twarz jej dotąd nie przybrała poważnego wyrazu.
Słowa macochy sprawiły, że przez całą resztę dnia była smutna.
Pojmiesz, droga siostro mleczna, że sam ten przypadek nie wlał w serce Śnieżki otuchy. Sprawił to jednak sen, jaki miała następnej nocy.
Ujrzała ona ponownie capa, stojącego na dachu podjazdu, nie był to jednak cap rzeczywisty, ale cała pogoda, radość i dowcip, jakie zdawiendawna żyły na plebanji. Z wysokości strychu spoglądało to wszystko na macochę i drwiło z niej. Cap z marzeń Śnieżki obdarzony był mową i powiedział macosze, że nie uda jej się zamienić domu tego w zimne, srogie więzienie, jakby to uczynić pragnęła, albowiem żyje tu zbyt silny duch czasów dawnych i on oprze jej się skutecznie.
Gdy Śnieżka zbudziła się, pewną była że wszystko to jest szczerą prawdą i miała uczucie, iż w walce z macochą nie jest już tak samotna.
— Bądź pewna, — rzekła Anna, gdy Maja Liza przerwała, — że za drugim pobytem u Śnieżki cap dostanie ode mnie kilka sporych kromek chleba.
— Ach, — odrzekła — ten poczęstunek przyjdzie za późno! Ostatni list, jaki dostałam od Śnieżki, donosi, że macocha kazała zarżnąć capa.
— Aj — zawołała Anna i zamyśliła się. — Czyż ojciec Śnieżki nie sprzeciwił się i pozwolił na zabicie capa? Obawiam się teraz, że Śnieżce może macocha uczynić coś naprawdę złego.
Maja Liza odparła szybko:
— O nie, nie uczyni nic Śnieżce! Przeciwnie, sądzi, że to właśnie Śnieżka dzień i noc przemyśliwa coby jej złego zrobić.
— Powinnaby przecież wiedzieć, że tak nie jest!
— Ach, tak się zawsze, niestety, nieszczęśliwie dla Śnieżki składa... Opowiem ci jedno zdarzenie, z którego zobaczysz, jakie to nieszczęście prześladuje Śnieżkę.
— Chętnie posłucham opowieści do końca, — zauważyła Anna — ale widzę przecież, że niebezpieczeństwo zagraża Śnieżce, nie zaś macosze.
— Wiesz dobrze — ciągnęła dalej pastorówna — że ojciec Śnieżki urządził cały ogród plebański, posadził agrest, porzeczki, maliny, poziomki, oraz róże po zachodniej stronie domu.
Najwspanialsze z wszystkiego jednak były atoli jabłonie. Ojciec sam je sadził, szczepił i w całej okolicy nie było lepszych jabłek, niż w plebańskim sadzie. Śnieżka, jedząc je, pewną była, że składają się z promieni słońca i jego żaru.
Tak pięknych jak tego roku owoców nie było chyba jeszcze w ogrodzie ojca Śnieżki. Jabłuszka rajskie, wspaniałe astrachany, złote parmeny, renety i jabłka zimowe zachwycały wszystkich. Drzewa nie były może tak pełne jak w inne lata, ale owoce stały się przezto jeszcze dorodniejsze i większe. Ani jedno jabłko nie było robaczywe, wszystkie zaś posiadały cudny kształt i barwę. Astrachany przejrzyste, zielonawe, złote parmeny żółto-purpurowe, oraz rajskie jabłka, czerwone na tle ciemnej zieleni liści, i zimówki o rumianych policzkach pociągały spojrzenie.
Udały się tak tego roku, że wszyscy o nich mówili. Widać je było z drogi i raz po raz zdarzało się, że ktoś zachodził i prosił o pozwolenie wejścia do sadu dla przyjrzenia im się zbliska.
Muszę jednak zauważyć, że chociaż jabłka plebańskie były piękne, to sprawiały dużo kłopotu i co roku kradziono ich znaczną ilość. Teraz jednak nie zginęło ni jedno, bo pastorowa czuwała nad sadem niezmordowanie. Od końca sierpnia, kiedy zaczynały dojrzewać, ciągle przebywała tam i tam spędzała często noce.
Uczyniła więcej jeszcze, strzegła jabłek nawet przed domownikami. Brama sadu opatrzona została olbrzymią kłódką, od której klucz tkwił w kieszeni pastorowej. Spostrzegłszy jakieś szczególnie piękne jabłko, zrywała je, coprawda, dla ojca, ale ani babka Beata, ani Śnieżka nie dostały nic, bodaj na pokosztowanie.
Ach, w inne lata nie było wprawdzie tak pięknych jabłek, ale sprawiały one więcej uciechy wszystkim. Nikomu nie odmawiano, kto przyszedł na plebanję i chciał ugasić pragnienie soczystym owocem. Nietylko domownikom je dawano, ale każdy gość bywał zapraszany, a wielu zabierało węzełek na drogę.
Nawet podczas zbiórki nie skorzystał z tego nikt, albowiem jabłka zrywała, sama pani domu. Wdziała rękawiczki i najstaranniej zdejmowała owoce z gałęzi, tak by żadnego nie potrącić ani uszkodzić.
Śnieżka żałowała wprawdzie, że pokosztować nie może owoców, posiadających pełną słodycz letnią, pocieszała się atoli myślą, jak to będzie miło zajadać smaczne jabłuszka późną jesienią i w zimie. Macocha umiała je tak doskonale przechowywać, że nie gniły.
Spostrzegła jednak niebawem, iż pastorowa ma inne zgoła plany odnośnie do tych jabłek. Ni na chwilę nie przyszło jej do głowy, by piękne te owoce, spotrzebowane być miały na plebanji.
Pastor chętnieby był zachował w domu swe jabłka, jak w inne lata, ale żona jego wyrachowała, że można na nich sporo zarobić, i postanowiła zawieźć cały plon na targ do Broby.
I stało się oczywiście, jak chciała macocha. Pojechała do miasta, wioząc dwa ciężko obładowane wozy, oraz parobka i dziewkę, którzy mieli pomagać w sprzedaży.
Przybywszy na plac targowy, ustawiła stół, otwarła skrzynie i beczki i wystawiła jabłka na sprzedaż. Nie lękała się żadnego trudu, ni pracy, trzeba jej to było przyznać. W grubych rękawiczkach, okryta wielkim szalem, stała za stołem i czekała na nabywców. Nie mogła się zdecydować na to, by komuś innemu zlecić to zajęcie. Przyznać trzeba, że towar był świetny i pastorowa dumną zeń być mogła. Jabłka połyskiwały przecudnie najpyszniejszą czerwienią, zielenią i złotem, wabiąc ludzi, którzy zbliżali się, dla samego choćby spojrzenia. Na jesienny targ w Broby zjeżdżali sadownicy z wszystkich okolicznych dworowi zamków całego Wermlandu, oraz wielkich posiadłości pańskich Nässetu, ale nikt nie mógł się poszczycić takim jak pastorowa owocem.
Gdy wszystko przysposobione zostało do sprzedaży, ludzie zaczęli płynąć zaraz falą, pytając o cenę owoców. Ale pastorowa zażądała tyle, że nabywcy przerazili się i nie chcieli kupować.
Stało się też, że mimo ponęt towaru kupcy, napatrzywszy się jej jabłkom, ruszali do współzawodników po owoce. Patrzyła na to ze złością, ale nietylko nie obniżyła ni o grosz ceny, ale zażądała dwa razy tyle co inni. Myślała, że kiedy przy schyłku dnia jabłka konkurentów znikną, wówczas osięgnie za swoje tyle, ile zechce.
Liczyła też może na co innego jeszcze. Wiedziała, ile wódki wypijają ludzie podczas targu w Broby, około południa trudno było znaleźć na całym rynku jednego trzeźwego człowieka, to też obliczała, że pod wieczór nabywcy przestaną się liczyć dokładnie z groszem.
Wydawało się też, jakoby macocha Śnieżki musiała odnieść sukces. W miarę upływających godzin coraz to więcej ludzi tłoczyło się wokół jej stołu. W pierwszych szeregach stały dzieci. Zbiegli się wszyscy malcy obojga płci, będący na targu. Otaczali stół, trzymając palce w ustach i spoglądając łakomie na owoce, tak że obraz ten chwytał za serce. Dzieci oczywiście pieniędzy nie miały, ale obok nich było też dużo dorosłych, zapatrzonych w przecudne owoce, tak że oczu oderwać od nich nie mogli.
Co chwila ktoś zbliżał się i pytał o cenę. Ale pastorowa nie ustępowała i żądała tyle co rano. Teraz, gdy rozsprzedano już wszystkie jabłka, nie chciała zniżać ceny, pewna, że na nią kolej przyjść musi.
Macocha widziała dobrze, jaką żądzą posiadania jabłek pałały wszystkich oblicza, i myślała:
— Jeszcze moment, a nie zdołają się powściągnąć. Niech tylko któryś zacznie!
Ale czas mijał i mijał i wkońcu zaczęła przypuszczać, że będzie zmuszona zabrać do domu swe śliczne jabłka.
Postanowiła uczynić ostateczną próbę i kazała dziewce służebnej przywołać Śnieżkę, która chodziła od kramu do kramu, skupując małe podarki dla domowników, którzy nie mogli przybyć na targ.
Gdy Śnieżka stanęła przed macochą, kazała jej ta ostatnia zająć na czas pewien swe miejsce i sprzedawać jabłka. Twierdziła, że zmarzły jej nogi od długiego stania i że musi się rozgrzać przechadzką.
Śnieżce było nad wyraz niemiłą rzeczą sprzedawanie jabłek na targu publicznym, ale nie śmiała się opierać macosze. Wdziała przeto jej rękawiczki, okryła się szalem i stanęła za stołem, a pastorowa odeszła, napomniawszy ją kilka razy, by ściśle trzymała się postawionej ceny, nie wdawała się w targi i sama jabłek nie jadła.
Niestety, omyliła się macocha przypuszczając, że ludzie chętniej kupować będą od pasierbicy niźli od niej samej.
Dziewczyna stała za stołem, pilnując jabłek, a nie mogła sprzedać ani jednego z nich. Wiodło się jej tak samo jak macosze, tłum nie zmniejszał się, ale nie kupował nikt.
Nagle nadeszli dwaj podchmieleni parobcy z dziewczętami swemi i przecisnęli się przez tłum otaczających stół. Było to nader swywolne towarzystwo, parobcy pobrzękiwali pieniędzmi w kieszeniach, i byli w nastroju hulaszczym i hojnym. Śnieżka przestraszyła się ich wprawdzie i rad aby była uciekać, ale powstrzymała ją nadzieja, że wreszcie coś sprzeda.
Młodzieńcy zbliżyli się do samego stołu, a jeden z nich, nie pytając zgoła o cenę, nakrył dłonią kupkę najpiękniejszych jabłek. Jednocześnie spojrzał na pastorównę i przybrał minę tak trzeźwego i prostodusznego, jak tylko mógł.
— Skąd pochodzą te jabłka? — spytał.
Śnieżka odparła, że pochodzą z sadu jej ojca.
— Ach tak! — powiedział — Byłem nieraz na plebanji i znam dobrze pana pastora. Jest to człowiek niezwykłej dobroci.
Odpowiedziała kilku grzecznemi słowami, gdyż uradowało ją uznanie parobczaka dla ojca.
— Tak, tak, — dodał chłopak — wszyscy na plebanji jesteście bardzo dobrzy, to też sądzę że nie odmówicie biednemu parobczakowi kilku jabłek, nie biorąc za nie pieniędzy.
Zanim zdążyła zrozumieć, co ma na myśli, porwał w obie dłonie co najpiękniejsze owoce i uciekł niezwłocznie.
Dziewczyna, którą miał przy sobie, porwała również szybko kilka jabłek i ruszyła za nim. Podobnie postąpiła również i druga para.
Śnieżka nie była na to oczywiście przygotowana. Czy mogła przypuścić coś podobnego? Stała przerażona, patrząc na uciekających z jabłkami, za które nie zapłacili. W pierwszej chwili chciała biec za nimi i odebrać owoce, ale nie mogła się odważyć, posłała tedy jeno parobka i dziewkę, stojących za nią przy stole. Jednocześnie zauważyła, że tłum przysunął się i obiegł stół.
— Pewnie zaczną kupować! — pomyślała, nabierając na nowo otuchy.
Ale o tem nie było mowy. Raz po raz przyskakiwał. ktoś, porywał tyle jabłek, ile objąć zdołał, i wołał, że ojciec i ona są tak dobrzy, iż nie zechcą brać pieniędzy biedaków za kilka jabłek. Malcy, którzy przez cały dzień wypatrywali oczy na owoce, zrywali z głów czapki i napełniali je jabłkami, a dziewczęta, którym ślinka szła przez kilka godzin na ten widok, napełniały jabłkami fartuszki, nie licząc ich zgoła.
Śnieżka pochyliła się nad stołem, zakrywając jabłka własnem ciałem, ale cóż to mogło pomóc? Płakała, prosiła, zaręczała, że ją wpędzają w nieszczęście, ale nikt nie zważał na to. Nietylko mali chłopcy i dziewczęta porywali jabłka, ale także dorośli, a wszyscy śmiali się wesoło, uważając widać całe zajście za żart targowy. Ile razy ktoś porwał garść owoców, wołał do niej, że ona i jej ojciec są tak dobrymi ludźmi, iż użyczą biedakom kilka owoców.
Śnieżka machała rękami, wołała pomocy, ale niestety cały towar przepadł. Ludzie przewrócili stół, przywlekli skrzynie i beczki i rozdawali pomiędzy siebie jabłka. Na targu znajdowało się też sporo awanturników, którzy wmieszali się w sprawę. Powstał tumult, bijatyka, a Śnieżka musiała uciekać, by nie zostać rozdeptaną w tłumie.
W tej właśnie chwili nadeszła macocha i zastała pasierbicę ograbioną, samotną i płaczącą. Ujęła jej ramię i potrząsnęła niem mocno.
— Poczekaj, — rzekła — niechno wrócimy do domu, nauczę ja cię, czem to pachnie rozdarowywanie cudzych jabłek!
Trudno się było dziwić gniewowi macochy, ale Śnieżka uczuła wielki smutek z powodu mniemania, iż rozdarowała jabłka dobrowolnie.
Smutny to był powrót do domu. Siedzieli wszyscy razem w powozie, ojciec, macocha i Śnieżka. Zrazu ojciec próbował jak zawsze bawić córkę i żonę rozmową. Ale pastorowa siedziała sztywna jak kij, zacisnąwszy usta, wcisnęła się w kąt i nie mówiła nic. Śnieżka płakała bezustanku. Zacny ojczulek nie mógł się niczem długo trapić, przytem radowało go, że ludzie wołali, iż jest tak dobry, że da im jabłka darmo. Celem dodania sobie i innym otuchy, zaczepiał wracających z targu i wypytywał mijając, czy dobrze posprzedawali krowy, ile wzięli za owoce i czy im się nie dostało bodaj kilka jego jabłek.
Po pewnym jednak czasie zamilkł dziwnie, obrócił się ku żonie i patrzył na nią długo, przenikliwie. Potem zwrócił spojrzenie przed siebie i siedział pochylony, nagle jakby osłabły i postarzały.
Po chwili zauważyłam, że ojciec patrzy na mnie smutno. Zdawało się, że chce przeniknąć aż do dna serce moje.
Potem rzekł nagle:
— Robisz się całkiem podobną do matki swojej.
Ujął dłoń moją w swe dłonie i gładził ją delikatnie.
Chciał mnie pocieszyć i uspokoić, ja zaś myślałam:
— Kochany, drogi ojczulek wie, żem tego nie uczyniła z rozmysłem. Wie, że nie jestem zła.
Aż do końca drogi nie wypuszczał mej dłoni. Ale pochylał się coraz to bardziej, a gdyśmy stanęli na plebanji, padł na twarz, nie czyniąc usiłowań wysiadania, kiedyśmy się obie z macochą podniosły z siedzeń. Myślałam, że zmarł.
Ale tak źle nie było, chociaż niewiele do tego brakło.
W tem miejscu umilkła Maja Liza. Głos jej zadrżał i musiała zebrać siły, by mówić dalej.
— Teraz wiesz o mnie wszystko, — dodała. — Macocha może robić ze mną, co tylko chce, a ja nie poskarżę się ojcu z obawy, by nie dostał nowego ataku udaru, jak wówczas, po targu w Broby, kiedy uświadomił sobie, że żyjemy z macochą w niezgodzie.
— Czyż tego dawniej nie spostrzegł? — spytała Anna.

— Być może, że się domyślał, teraz atoli nic już na to poradzić nie jest w stanie. Pozornie wrócił do zdrowia, ja wiem jednak, jak jest słaby. Nigdy już nie będzie takim, jakim był onego ranka, kiedyśmy oboje poszli obejrzyć sianokosy na łąkach, obok mokradeł.

PASTOR ZE SVARTSJÖ.

Nadszedł sylwestrowy dzień. Przed południem wetknął pastor głowę przez uchylone drzwi kuchenne i spytał:
— Cóż się stało z małą Norą? Nie widziałem jej na torze saneczkowym. Czyż ma siedzieć, jak wy wszystkie od rana do wieczora w izbie?
Pytał o nią. Pierwszego zaraz dnia przybycia do Löwdali wziął ją z sobą i wyszukał jej w wozowni sanki. Od tego czasu napominał ją codziennie, by używała ruchu i saneczkowała przez czas pewien.
Skorzystał ze sposobności, by pożartować z klucznicą i dziewczętami.
Otrzymał odpowiedź, że mała uganiałaby niezawodnie z sankami po polu, gdyby nie to, iż przybyła jej matka zobaczyć, co z nią słychać. Marit udała, się do obory, a Nora poszła z nią.
Pastor wyszedł z kuchni, zamknął drzwi i pomyślawszy chwilę, ruszył również ku stajni.
Zebrane w kuchni dziewczęta śledziły go przez okno. Od czasu choroby w jesieni wyglądał staro i nikle, mimo to jednak wiedzieli wszyscy, że musi pogawędzić z każdym, kto zjawił się na plebanji.
Minęło jednak sporo czasu, zanim mógł zobaczyć się z Marit z Koltorpu. Naprzód zaszedł mu drogę długi Bengt i zawiadomił, że człowiek pewien przyprowadził chorego konia i pyta, czy pastor mógłby coś zaradzić.
Po skończeniu sprawy z chorym koniem, zjawili się dwaj chłopi ze sprawą spadkową i zażądali, by pastor rozstrzygnął, ile się któremu z nich po sprawiedliwości należy, tak by można było uniknąć stawania w sądzie.
Po dobrej ledwo godzinie mógł zaprosić pogodzonych na szklankę wina.
Przez cały ten czas mała Nora siedziała w ciemnym kątku stajni i paplała z matką. Matka usiadła na stołku dójki, a braciszek zajął miejsce na kolanach siostry. Radował się wielce, że ją widzi i puścić nie chciał, ni na chwilę.
Matka i brat do dziś przebywali u wuja w Nykofie. Teraz wracali właśnie do domu, ale obrali dłuższą drogę, przez Löwdalę, umyślnie by zobaczyć, co się dzieje z Norą.
Dziewczyna uradowała się widokiem matki, wchodzącej do kuchni, jak nigdy może jeszcze w życiu. Jawiła się w samą porę, by jej dać pomoc w wielkiem strapieniu.
Gdy przybyły do stajni, musiała jej matka przedewszystkiem objaśnić, jak ma rozumieć nową bajkę o Śnieżce, której wysłuchała w ciągu dwu nocy, a której treść mimo woli odnosiła do Maji Lizy.
Opowiedziała wszystko, jak najlepiej umiała, a matka, pomilczawszy długą chwilę, tak rzekła:
— Nie przypuszczały widocznie, że masz tyle rozumu, by pojąć co mówią. Teraz jednak, gdyś pojęła, musisz pokazać, iż masz rozum przez zamilczenie o wszystkiem.
Ale mała Nora miała coś więcej jeszcze na sumieniu.
Wczoraj przed południem przyszła do niej pastorowa. Wyglądała pogodnie, uśmiechała się życzliwie i spytała, czy jej się tu podoba i czy nie tęskni za domem.
Odrzekła, że jej się na plebanji bardzo podoba, że jej dobrze, a ponad wszystko kocha kury.
— Tak? — powiedziała pastorowa ze śmiechem. — Czyż niema jeszcze kogoś na plebanji, kogo byś kochała?
— Kocham jeszcze mamzel Maję Lizę! — odparła dziewczynka.
Na to roześmiała się znowu pastorowa i spytała, czemu właśnie Maję Lizę kocha.
— Bo mi opowiada różne śliczne rzeczy.
— Ach tak? — ozwała się. — A czy nie wiesz, skąd zna te śliczne rzeczy, które ci opowiada?
— Pewnie z książek, które czytuje po nocach! — wyznała dziewczynka.
— Więc czytuje po nocach? — zdziwiła się. — Pewnie zapala do czytania łuczywo?
— O nie! — zawołała Nora. — Zapała świecę, sama to widziałam nieraz.
Gdy noc zapadła i Maja Liza udały się wraz z Norą spać, przyszła pastorowa do komory, gdzie już leżały w łóżkach, i zabrała świecę z lichtarzem.
Gdy się całkiem uciszyło, wstała pastorówna i sięgnęła do szafki zegara, gdzie miała schowane świeczki łojowe. Potem wyśliznęła się do kuchni, rozdmuchała węgiel na ognisku, zapaliła świeczkę i wróciwszy wzięła się do czytania. Maja Liza miała w Upsali brata, który pisywał poezje i przysyłał jej, wiedząc że je lubi niezmiernie. Tych to wierszy uczyła się po nocach na pamięć.
Musiało to być coś bardzo pięknego, co czytała, gdyż nie zwróciła uwagi na uchylające się drzwi kuchni i nie podniosła oczu, aż przed nią stanęła pastorowa, która wyciągnęła rękę i zabrała światło.
— Chcesz nas pewnie wszystkich puścić z torbami? — rzekła gniewnie. — Po całych nocach wypalasz świece! Mów zaraz, skąd je masz?
— To nie wasza świeca, matko! — odparła.
— Czy moja czy nie moja, postaram się przeszkodzić ci w niweczeniu dobytku! Nauczę cię, co znaczy kara za rozrzutność!
To rzekłszy wyszła, ale zaraz wróciła z kawałkiem płótna w ręku.
— Skoro już spać nie możesz i chcesz coś robić po nocach, — powiedziała — róbże przynajmniej coś użytecznego! Oto ta mereżka wokoło musi być do rana gotowa!
Wyszła, a biedna Maja Liza musiała siedzieć przez całą noc przy robocie.
Nora nie zamknęła oczu do świtu. Czuła się nieszczęśliwą z powodu, że zdradziła, iż Maja Liza czytuje po nocach.
Dlatego tak się uradowała przybyciem matki.
Ach, nie przeżyłaby chyba tego, by się pastorówna wszystkiego dowiedziała, nie mogła sobie dać rady i prosiła matki, by ją zaraz zabrała do domu, gdyż na plebanji za nic dłużej nie zostanie.
Matka perswadowała jej, jak umiała, ale dziewczyna nie chciała słuchać i upierała się twierdząc, że woli chłód i głód w domu, niźli by do niej żal miała Maja Liza.
Ale matka oświadczyła, że zostać musi. Dodała, że potworna baba niedługo już będzie sobie pozwalała na okrucieństwa, bo ona sama pomówi o wszystkiem z pastorem, który jej uwierzy na pewno, ponieważ zna ją zdawiendawna.
W tej chwili wskazał malec ku drzwiom i powiedział, że ktoś tam stoi.
Matka i Nora obejrzały się i zobaczyły stojącego w cieniu, w odległości kilku zaledwie kroków pastora. Oparty był o ścianę i nie ruszał się wcale.
Przeraziły się bardzo i żadna nie miała odwagi wstać, by go pozdrowić. Kiedyż mógł nadejść i ileż mógł wysłuchać?
— Marit, daj mi swój stołek! — rzekł słabym głosem.
Co prędzej podała mu Marit mały stołeczek, na który padł ciężko.
— Nie wołaj nikogo! — powiedział. — To jeno zawrót głowy. Wiesz przecież, że zdawna cierpię na to.
Obie razem stały przed nim bezradne, a Marit dziwowała się, widząc jak źle i staro wygląda. Nie dostrzegła tego podczas uczty świętalnej w Nyhofie, teraz jednak zauważyła z przerażeniem jego chudość i upadek sił.
— To nic niebezpiecznego! — powiedział. — Przydarza mi się tylko coraz to częściej. Już po mnie, Marit, rozumiesz?
Po krótkiej jednak chwili wstał.

— Nie wspominaj o niczem na plebanji! — zalecił i wyszedł ze stajni powoli, zgarbiony, wlokąc nogi za sobą.

PROROCZY PLACEK.

W wieczór sylwestrowy udała się pastorówna o późnej godzinie ku budynkowi browarni, gdzie mieszkała na facjatce od lat babunia, Beata Spaak. Maja Liza wiodła za rękę małą Norę i zdaleka można już było słyszeć, że idą, bowiem ile razy zeszły z drogi i zapadły w głęboki śnieg, obie krzyczały na całe gardło.
Mgła zaległa ciężka i było ciemno, że oko wykol, bo na niebie nie świecił ni księżyc, ni gwiazdy. Nie mogłyby też w żaden sposób trafić do browarni, gdyby nie odblask światła, dobywający się szparami okiennic mieszkania babki.
W okresie świąt Bożego Narodzenia odbywało się tyle przyjęć towarzyskich, zarówno po domach wieśniaczych jak i pańskich, że czasu nie starczyło i pastorostwo musieli składać wizyty aż poza Sylwestra i Nowy Rok. Maję Lizę zostawiano z reguły w domu. Dzisiaj nie pojechała pod pozorem, że musi pilnować, by czeladź dostała porządną kolację z rybą i kaszą, zupełnie jak na wigilję. Rzeczy tej mogła również dobrze dokonać klucznica.
Mimo to pastorówna nie straciła wcale doskonałego humoru, jaki miała od rana. Przed południem opowiadała małej dziewczynce bajki i śpiewała z nią kolędy, tak, że Nora nigdy może jeszcze weselszą nie była.
Po wieczerzy oświadczyła Maja Liza, że nie myśli jeszcze kłaść się spać i dziś, w noc sylwestrową, zamierza dowiedzieć się czegoś o przyszłości swojej. Spytała małej, czy chce z nią piec proroczy placek.
Nora nie miała pojęcia o proroczym placku, mimo to jednak zgodziła się bez chwili wahania. Byłaby uczyniła oczywiście to samo, gdyby pastorówna spytała, czy chce gotować zupę ze żmij.
— Nie wolno ci przez cały czas pieczenia placka ani śmiać się, ani mówić! — przykazała Maja Liza — Nie wolno też upuścić na ziemię odrobinki mąki, soli, ni kropli wody.
Małej wydało się to drobnostką, jeśli rzecz od tego jeno zależy, mogła milczeć i pozostać poważną, jak długo kto chce.
Zaraz ukazały się atoli trudności, bo proroczy placek winien być robiony przez trzy osoby, inaczej wszystko na nic, zaś Maja Liza nie wiedziała, skąd wziąć tę trzecią osobę.
Weszły do kuchni i spytały, czy któraś ze służebnych nie chciałaby wziąć udziału. Ale dziewczęta załamywały ręce nad głowami i odmówiły jedna po drugiej stanowczo, dowiedziawszy się, o co idzie. Próbowały tego już; ale przekonały się, że po zjedzeniu takiego placka nie można ani spać, ani o niczem śnić. Za skarby świata nie chciała żadna próbować tego specjału.
Pastorówna pomyślała chwilę, potem zaś rzekła:
— Musimy udać się do babuni z prośbą, by nam pomogła.
Z tego to powodu wędrowały teraz obie razem, pośród ciemnej nocy noworocznej, starając się odnaleźć drogę, przekopaną pośród wałów śniegu.
Maja Liza powiedziała, że noc sylwestrowa powinna być właśnie taka, jak dzisiejsza, a więc ciemna i niezbadana, niby przyszłość, której przeniknąć niesposób.
Babka mieszkała na pięterku browarni. Bardzo trudną rzeczą, grożącą niemal niebezpieczeństwem, było wdrapanie się po ciemku wąskiemi, wydeptanemi, stromemi i pokrytemi śniegiem schodami zewnętrznemu biegnącemi po murze. Wszyscy w Löwdali chodzili omackiem, gdyż z wyjątkiem do latarń stajennych, pastorowa świec nigdy nie wydawała.
Ale babka pewnie usłyszała, że idą goście,, bo w chwili, gdy znaleźli się w połowie schodów, otworzyła drzwi. W pokoju staruszki świecił jasno trójramienny kandelaber, a na kominku trzaskał wesoło ogień.
Babunia była to osoba wysoka, chuda i zgoła niepodobna do Maji Lizy. Inaczej też być nie mogło, bowiem była ona jeno macochą, matki pastorówny, ale kochała przybraną wnuczkę miłością taką, jakby była częścią jej krwi i ciała.
Niezawodnie znała się pani Beata na jakichś sztuczkach szatańskich, bo jakkolwiekby stały sprawy na plebanji, w jej mieszkaniu było zawsze widno, ciepło i niezmiernie czysto. Gotowała i spała w jednej jeno stancyjce. Ale niewiadomo, co stanowiło stancji ozdobę, czy łóżko, o kryte białą firanką, zwisającą u pozłacanego pręta, czy błyszczące jak srebro i złoto naczynia i porcelanowe talerze, ustawione na półkach.
Sama też wyglądała powabnie i wykwintnie, tylko ręce jej nadwerężył tak reumatyzm, że nie mogła zginać pokrzywionych palców. Trudno jej było podać rękę, gdyż nikt nie wiedział, jak ją trzymać.
Gdy pastorówna wyraziła swą prośbę, wyśmiała ją zrazu trochę, zaraz potem jednak przystała na współdziałanie i dodała, że sama czeka z roku na rok na kogoś, a rada by się dowiedzieć, czy się w tym roku zjawi.
Najlepiej było tedy zostać u babuni i wziąć się tu do pieczenia proroczego placka.
Przedewszystkiem dobyto miskę z za pieca. Wszystkie trzy ujęty miskę za brzeg i postawiły ją na małym stoliku kuchennym.
Potem musiały mieć łyżkę drewnianą. Wszystkie trzy razem, udały się do szafki w rogu, służącej babuni za spiżarnię, i dobyły łyżkę. Wracają do stołu, trzymały wszystkie łyżkę, a potem włożyły do miski.
W ten sam sposób wlały do miski trzy łyżki wody, zaczerpniętej z miedzianego dzbana, a przez cały czas żadna nie rzekła ni słowa i nie roześmiała się wcale.
Gdy tego dokonały, wsypały trzy łyżki mąki, czerpiąc ją wspólnemi siłami. Niosły mąkę razem i każdy ruch wykonywały wspólnie. Żadna nie puściła łyżki, żadna nie uśmiechnęła się, żadna też nie uroniła ni pruszynki mąki.
Potem wsypały trzy łyżki soli.
I teraz nie padło słowo, nie zjawił się uśmiech i nie wysypało się najdrobniejsze ziarnko soli.
Trudno atoli uwierzyć! Gdy już sprawa została tak daleko posunięta, nagłe spytała babunia, czy daje się smalcu do proroczego placka.
W tejże samej chwili, gdy wypowiedziała te słowa, pastorówna puściła łyżkę, padła na krzesło i wybuchła głośnym śmiechem. Nora nie puściła wprawdzie łyżki, ale napadł ją tak straszliwy śmiech, że nie mogąc się utrzymać na nogach, stoczyła się na ziemię i zwinęła w kłąbek.
Babuni trochę jeno zadrgały usta. Może nie miała potrzeby mówić, wiedziała jednak z dawnych czasów, że nie warte nic pieczenie proroczego placka, jeśli przy robocie nie zdarzy się małe niepowodzenie.
Bardzo też była rada, widząc, że Maja Liza śmieje się, zapominając swych trosk powszednich.
Uspokoiwszy się, postanowiły zacząć na nowo, bo to, co zrobiły dotąd, nie miało żadnej wartości i musiało być zniszczone.
Teraz nie szło im już jednak tak łatwo, bowiem wpadły w dobry humor.
Wlały znowu do miski trzy łyżki wody.
Ale nie doszły dalej, bo roześmiały się mimowoli. Pastorówna śmiała się najmocniej i blisko pięć minut, Nora zdołała się jakoś powstrzymać.
Mija Liza oświadczyła, że teraz muszą zapanować nad sobą, gdyż inaczej nie skończą roboty do północy.
— Wszystko pójdzie doskonale, — powiedziała babka — byleś ty się nie śmiała.
I znowu wlały wodę, mąkę i sól i wymieszały wszystko dobrze. Wszystkie trzy trzymały przy mieszaniu łyżkę, a żadna nie zaśmiała się, ani nie odezwała, ani nie upuściła niczego na ziemię.
Gdy ciasto zostało dobrze wymięszane, położyły je na patelni. Ale nie wyglądało zgoła apetycznie, przeciwnie przypominało braję, dawaną kurom, lub świniom. Było przytem twarde i połyskiwało kryształkami soli, jaką zawierało w nadmiarze.
Postawiły patelnię na ogniu i przypiekły placek po jednej stronie, potem zaś obróciły go na drugą. Ciągle wszystkie trzy trzymały łyżkę i pomagały przewracać placek.
Nareszcie był gotowy i należało go zjeść.
Nora i Maja Liza rozgorzały teraz wielkim zapałem i nie istniało już niebezpieczeństwo, by miały się śmiać, lub mówić. Myślały o tem, że danem im będzie spojrzeć w przyszłość, a tej sposobności nie chciały żadną miarą lekkomyślnie tracić.
Proroczy placek błyszczał od soli i dużo trzeba było odwagi, by go wziąć w usta. Podzielono go jednak sumiennie na trzy części i każda zabrała się mężnie do dzieła.
Nora zjadła wszystko, bo rozumiała, że tak być musi, a chciała ściśle spełnić wszystkie przepisy. Babka wzięła w usta kawałeczek mały, a i to niepewne, czy go połknęła. Maja Liza ugryzła spory kęs, ale mimo że pragnęła dowiedzieć się swej przyszłości, nie była w stanie przełknąć drugiego.
Obie dziewczęta doznały czegoś w rodzaju rozczarowania z powodu smaku placka, żadna atoli nie wyrzekła słowa. Gestem pożegnały babkę, a ona milcząc stała w progu i świeciła im, gdy szły po schodach.
Krótką drogę przez podwórze przebiegły cwałem i już teraz wydawało im się, że noc nie jest tak ciemna i nieprzenikniona. Gotowała się do zdjęcia z oblicza zasłony i ukazania im tajemnic krytych w łonie. Ale nie śmiały przystanąć i obejrzyć się.
Gdy się znalazły w kuchni, wszystkie służebne leżały już w łóżkach. Spytały je oczywiście zaraz, czy jadły placek, czy im się co śniło i co za sny miały. Ale żadna, ani Maja Liza ani Nora nie pisnęły słówka.
Nora zasnęła natychmiast, gdy tylko położyła, głowę na poduszce i nie zbudziła się aż rano, z nieznośnem pieczeniem w ustach. Ale mimo, że się wyleżała by sobie sen przypomnieć, nie była w stanie dojść, czy jej się coś śniło.
Babunia nie spała przez całą noc, ale w ciągu obchodu święta Nowego Roku była tak cicha i zadumana i jakby w śnie pogrążona, że chyba musiała się czegoś dowiedzieć.
Maja Liza długo zasnąć nie mogła i cierpiała straszliwe pragnienie. Oczywiście, nie napiła się wody, gdyż picie wody przed spaniem byłoby unicestwiło całe proroctwo.
Zbudziwszy się rano, zrazu nie mogła sobie przypomnieć, by o czemś śniła. Ale potem, w ciągu dnia wyszła raz przypadkiem za próg i stanęła pod podjazdem. W tej samej chwili drgnęła, przypomniała sobie bowiem, że we śnie stała na tem miejscu. Widziała przed sobą zjawionych w marzeniach dwu obcych ludzi, zbliżających, się do plebanji, starego i młodego. Stary rzekł, że jest pastorem Liljecrona i przyprowadza syna, który pyta, czy ma pragnienie i czy jej może podać szklankę wody.
Młodzieniec zbliżył się natychmiast z szklanką wody w ręku.

Przypomniawszy sobie, przeraziła się. Jest to bowiem rzecz pewna i nieulegająca wątpliwości, że ten, kto się zjawi dziewczynie po zjedzeniu proroczego placka i poda wodę, ten zostać musi jej małżonkiem.

WESELNY TAN.

Na Trzech Króli udali się pastorostwo do kościoła, a po skończonem nabożeństwie wracali właśnie do domu. Pastorowej było zimno, bo przemarzła, siedząc dwie godziny w kościele, to też myślała z zadowoleniem, iż nie ma potrzeby jechać aż do Löwdali, ale może zatrzymać się w Loby, gdzie odbyć się miało huczne wesele chłopskie. W ten sposób zyskiwała dobre ćwierć mili.
Nie opuszczała jej myśl o tem, że kościół oddalony jest o całą milę od plebanji, położonej na samym krańcu parafji. Stał on jak przystało pośrodku wsi i łatwy doń był zewsząd dostęp. Inaczej rzecz się miała z plebanją, bo od domostw, położonych w południowej stronie parafji, było do niej kilka mil drogi.
Niezmiernie trudną było dla niej sprawą jechać każdej niedzieli do kościoła, jak to nakazywała sama obyczajność. Wymagało to czterech godzin czasu, a podczas większych świąt zabierało nawet aż sześć godzin.
Po powrocie okazywało się najczęściej, że kucharka ugotowała jedzenie za wcześnie i było skutkiem tego wysuszone lub spalone i skołczałe.
Ile razy pastorowa wracała głodna i przeziębia z kościoła do domu, nie opuszczała jej myśl, jakby tu zrobić, by skrócić drogę z kościoła na plebanję.
Trudno by było namówić mieszkańców wsi, by sprzedali stary budynek i nabyli nowy, bliżej położony, a zresztą sprawa przedstawiała się gorzej jeszcze i była bardziej zawikłaną.
Boże drogi, cóż za utrapienie! Przedewszystkiem Svartsjö było jeno aneksem głównego pastoratu broeńskiego i zawiadowca jego był tem samem pierwszym proboszczem Svartsjö, a przeto pobierał połowę dochodów parafji. Sprawa to była odwieczna i zmienić się nie dała. Inaczej słusznem i sprawiedliwem byćby musiało, by mąż jej, pełniący wszystkie funkcje, pobierał też cały dochód. Posiadał jednak tylko urząd pomocnika, musiał się tedy zadowolić poborami mniejszemi.
Poza tem gmina była biedna i zeszedłby dawno na dziada, gdyby musiał żyć z tego jeno, co dostawał od swych parafjan.
Proboszczowi swartsjoeńskiemu wiodło się lepiej, niż innym pomocnikom jego rangi dlatego, ponieważ posiadał, prócz plebanji urzędowej jeszcze własny folwark, z którego czerpał dochody. Gdyby nie to, nie mógłby związać końca z końcem.
Pastorową cieszyło naturalniej że mąż był właścicielem Löwdali i ani jej w głowie postało użalać się, przykra jej była jeno ta długa droga do kościoła. Posiadłość miała piękne zabudowania gospodarcze, dostatni dom mieszkalny i dobrą glebę.
Drugą jeszcze wadę miała Löwdala, coprawda. Oto ten, kto tu mieszkał, uważał się zawsze za lepszego od innych. Pastorową, obeznaną z pańskiemi domami śmieszyło to jeno oczywiście, ale poza nią cała parafja uznawała Löwdalę za najwytworniejszą siedzibę, a nawet hrabstwo z Borgu nie cieszyli się tak wielkiem, jak pastorostwo szacunkiem.
Pastorowa ze swej strony nigdy zrozumieć nie mogła, skąd to pochodzi. Przed stu zaledwo laty nie była Löwdala niczem więcej, niż zwykłem chłopskięm osiedlem, większem jeno zapewne i bogatszem od innych, gdyż należały doń pyszne pola, stanowiące niegdyś dno jeziora. Mimo wszystko było to gospodarstwo czysto chłopskie i do dziś dnia trudno je było czemś innem nazwać. Tutaj jednak, w Wermlandzie niewielu wiedziało, jak wygląda prawdziwie pański dwór.
Nie było też zgoła dziwnem, że syn chłopski z tego osiedla studjował teologję, a potem zdał mizerny egzamin plebański i został pomocnikiem-proboszczem w Svartsjö. Ożenił się wreszcie z córką proboszcza, ale i to nie zaliczało się przecież do rzeczy nadzwyczajnych, z którychby płynąć miało jakieś niezwykłe uznanie. Nie doszedł on zresztą, do niczego więcej i pędził żywot na tem podrzędnem stanowisku. Powiadano, coprawda, że był to nader zdolny człowiek, ale ogół jakoś nie bardzo w to wierzył.
Wiodło mu się dobrze, bo odziedziczywszy po rodzicach Löwdalę mieszkał tam, nie będąc zmuszony przymilać się chłopom, celem otrzymania należności i dobrowolnych datków. Siedział na swym folwarku, robił, co mu się podobało, był czemś im całkiem podobnem, a to podobało się zarazem parafjanom, jak i jemu samemu.
Za czasów pierwszego plebana Löwdalskiego nie posiadała gmina zapewne własnej plebanji dla pomocnika proboszcza, teraz jednak stała już i przypierała bezpośrednio do obejścia Löwdali.
Pastorowa widziała w tem dowód znanej chłopskiej chytrości. Stawiając tu plebanję, nie zwracali zgoła uwagi na to, jak daleko będzie miał pleban do kościoła. O nie, całkiem co innego mieli na myśli i to im się udało. Drugi pastor löwdalski ożenił się z córką pierwszego, a przeto odziedziczył folwark i tu zamieszkał. W ten sposób stał się sam kmieciem, panem na własnych śmieciach, a przestał być marnym jeno pomocnikiem. I ten proboszcz pozostał przez całe życie w Svartsjö. Był on podobno doskonałym kaznodzieją, ale w to nie wierzyła pastorowa, przypuszczała, że chłopi przypisywali mu ten talent jedynie z tego powodu, że ożenił się z córką pastora i zamieszkał w Löwdali.
Podniosła zarękawek do twarzy, bo właśnie przejeżdżali przez dawne dno jeziora i dął wichr lodowaty, szczypiący twarz i uszy.
Ale myśli jej krążyły tem raźniej.
Przyczyną długości drogi była konieczność mieszkania plebana w Löwdali.
Obecny pastor był trzecim posiadaczem folwarku. Uczynił to samo co jego poprzednicy, mianowicie ożenił się z córką proboszcza svartsjoeńskiego i przezto odziedziczył Löwdalę. Zamieszkał tam, a że plebanję miał tuż obok, mógł łatwo czynić zadość, wszystkim obowiązkom swoim. Posiadając folwark własny i plebańskie pola, był co się zowie bogatym człowiekiem. Było to urządzenie wyśmienite i w całej wsi wszyscy życzyli sobie, by tak zostało, jak długo istnieć będzie proboszcz i gmina.
Pastorowa przyznawała w duchu, że mogło to odpowiadać plebanom, nie wartającym niczego więcej nad spędzenie życia na zapadłej wsi. Za, straszną to jednak uważała rzecz, że także i mąż jej zakochał się w swej parafji, albowiem wbiła sobie w głowę, że mógłby, gdyby jeno chciał, otrzymać zwierzchnictwo największego pastoratu w całej djecezji.
Wiedziała dobrze, czemu sobie tu upodobał. Po tyloletnim pobycie jednego i tego samego rodu pastorskiego w gminie, wobec sympatji, jaką się cieszyli wszyscy plebani i ich żony u ogółu mieszkańców, znaczenie lóöwdalskich posiadaczy wzrosło bardzo. Osiągnęli oni rodzaj władzy, tak że nikt niczego nie przedsięwziął, ani nie uczynił, nie zasięgnąwszy poprzód rady w plebanji, mimo że daleka była do niej droga. Pastorowa zwróciła już raz uwagę mężowi, że mógłby dostać nierównie większą prebendę, a on odrzekł, iż w samej rzeczy mogłoby się to stać, ale na nowem stanowisku nie miałby ani w części tego znaczenia co tu, gdzie niejako rządzi całą wsią.
Było to prawdą niezaprzeczalną, to też o zmianie sytuacji nie mogła ani myśleć. Młodemu proboszczowi odpowiadało niewątpliwie małżeństwo z pastorówną z Löwdali. Otrzymywał w rękę dostatki i małą, łatwą do zawiadywania parafję, co do samej zaś żony również mógł się uważać za szczęśliwego. Wszyscy stwierdzali jednogłośnie, że löwdalskie dziewczęta są piękne i tak dobre gospodynie, iż ten, kto się z niemi żeni, wygrywa wielki los.
Pastorowa przyznawała te zalety wszystkim dotychczasowym pastorównom, z wyjątkiem Maji Lizy, w której nie mogła się niczego szczególnego dopatrzyć. Nawet podłużnej jej twarzy za piękną nie uznawała, a zdolności gospodarskich odmawiała jej wręcz.
Pilnowała jej sama i baczyła na wszystko, chociaż nikt jej w tem nie dopomagał, nawet mąż.
którego przecież w pierwszej linji życzeniem być musiało, by córka wyrosła na kobietę stateczną, nie zaś robiła wybryki, płatała figle jak dziecko i marnotrawiła czas.
Zewsząd dolatywał grzechot janczarów, a z czterech stron świata zjeżdżały się sanki, wyładowane kopiato zaproszonymi na wesele gośćmi. Zapowiadała się w istocie uroczystość nielada. Jak to dobrze, że przeprowadziła wolę swoją i Maja Liza została w domu! Właśnie na takich weselach chłopskich przewracano jej w głowie, honorując nad miarę.
Cóż dziwnego, że dziewczyna nabierała pychy, zamiłowania do zabaw, lenistwa i myślała potem, że może robić, co jej się podoba? O, wiedziała dobrze, coby najlepiej zrobiło pasierbicy, ale narazie nie chciała tego poruszać nawet w myślach własnych!
Może jej się uda upiec na jednym rożnie dwie pieczenie, może zdoła wydębić krótszą drogę do kościoła, a zarazem pokazać dziewczynie, że nie jest księżniczką, ale prostą jeno pastorówną...
Takiemi opanowana myślami znalazła się przed domem weselnym, ale nie weszła jeszcze do wnętrza, gdy wszyscy już zasypali ją pytaniami, czemu nie zabrała z sobą pasierbicy.
Zanim rozpięła futro, musiała z dziesięć razy oświadczyć, że jej bardzo przykro, ale Maja Liza nie mogła zostawić babki samej w domu.
Wielu zaspokoiła ta odpowiedź, ale rodzina narzeczonej domagała się bliższych wyjaśnień.
Stary Björn Hindrikson i żona jego musieli przez kilka lat namawiać najmłodszą wnuczkę swoją, mającą odziedziczyć gospodarstwo, by się zgodziła wyjść za tego, którego dla niej upatrzyli. W nagrodę za uległość wyprawiali jej tak świetne weselisko, jak tylko było możliwem.
Björn Hindrikson był to starzec sędziwy, pamiętający jeszcze Olavusa, pierwszego löwdalskiego pastora, i żonę jego Katarzynę Hesselgren, a wielki szacunek, jaki dla nich żywił, dotąd nie wygasł w jego sercu. Jak długo żył w Löwdali potomek Olavusa, musiał brać udział w weselu, inaczej bowiem sprawy iść po myśli jego i woli nie mogły.
Dlatego nie chciał uznać za dostateczny powód nieobecności Maji Lizy tej okoliczności, że musiała pilnować starej babki i zauważył, że jedna ze służebnych mogła się przecież przez ten dzień nią zająć.
Z tonu jego było widać, że jest naprawdę zmartwiony, a słowa jego nie są jeno zdawkową grzecznością. Radowało go przybycie nowej pastorowej, nie ukrywał jednak wcale, że nie pochodzi ona ze starego pastorskiego rodu.
Pastorowa przyznała mu rację zupełną, dodała jednak, że Maja Liza jest tak przywiązana do babki, że nie można jej od niej oderwać, gdy tylko trochę bodaj niedomaga.
Pastorowa zdjęła futro i uświadomiła sobie z przyjemnością, iż nietylko wygląda przystojnie, ale także wykwintnie jest ubrana, jednak mimo, iż w całej okolicy trudno było o lepszą i dzielniejszą pastorową, wydawało się, że chłopi nie zwracają na nią poprostu uwagi.
Żona Björna Hindriksona spytała ponadto, czy pani Beata sama nie życzyła sobie, by wnuczka jechała na wesele. Babka wie przecież, jak się rzeczy miały za jej młodych lat. Wówczas nie było wesela w tym domu, na którymby nie tańczył z panną młodą ktoś ze starego plemienia pastorskiego.
Pastorowa wyprostowała się dumnie na te słowa, a głos jej zabrzmiał ostro i szorstko. Oświadczyła, że nie wiedziała, iż sprawa jest aż tak ważną, gdyż inaczej byłaby sama pozostała w domu. Wyraziła gotowość odjechania niezwłocznie, tak aby Maja Liza mogła zjawić się na czas jeszcze.
Tym podstępem zyskała przewagę. Chłopi popadli w wielkie zakłopotanie i wkońcu zaczęli gorąco prosić, by raczyła zostać.
Pastorowa udała się do sali weselnej. Ale i tu musiała słuchać tych samych pytań i dawać te same odpowiedzi każdemu z gości weselnych, stojących pod ścianami i czekających na zaślubiny.
Przez cały dzień było jej zimno, teraz atoli uczyniło jej się gorąco i przyszła do siebie dopiero, zająwszy miejsce na kanapie i pozbywszy się natrętów pytających o Maję Lizę.
Po prawej i lewej stronie pastorowej siedziały najdostojniejsze wieśniaczki parafji, obie atoli milczały jak zaklęte. Oczekując na coś tak ważnego jak ślub, nie wypada paplać, wiedziały o tem dobrze.
Pastorowa czuła palące rumieńce na policzkach. Czyż bo nie dziwne było, że wszyscy zwracali się do niej z temi pytaniami, a nikt nie zaczepił ni razu pastora? Czyż ludzie sądzili, że on nic już nie ma do gadania?
W drzwiach ukazała się żona latarnika, Ulla Moreus i podeszła do pastorowej, która pewną była, że zada jej znowu to samo pytanie. Wszakże zaliczała się do najbliższych przyjaciółek Maji Lizy. Ale nie miała widać jej na myśli, gdyż zawiadomiła tylko, że wraz z teściową ubrały już pannę młodą i radeby zasięgnąć opinji pastorowej odnośnie do ślubnej sukni. Prosiła, by zechciała udać się wraz z nią do izby na poddaszu.
Pastorowa wiedziała, że nikt w całej Wermlandji nie umie lepiej ubrać panny młodej, niż Ulla Moreus i jej teściowa. Zapytanie o opinję była to jeno uprzejmość okazana jej stanowisku.
Poszła do pokoju, w którym panna młoda stała gotowa, czekając na orszak ślubny, który miał ją zabrać z sobą. Była tu jeno mowa o ozdobach i kwiatach, to też pastorowa z wielką ulgą odpowiadała na stawiane jej teraz pytania. Wyłoniła się kwestja, czy zawiesić jej na szyi więcej sznurów pereł, czy dobrze włożoną ma wysoką koronę ślubną, oraz czy korona ta posiada piękny kształt. Ulla Moreus poświęciła dla tej korony całą noc, wyklejając ją czerwonym i zielonym jedwabiem, oraz złoconym papierem. Przypomniała sobie późno dnia zeszłego, że przecież jest to najświetniejsze wesele tej zimy, przeto nie można posłużyć się dawną koroną i wykroiła z tektury nową.
Pastorowa pochwaliła koronę i wszystko inne, poczem stara matka Moreus zwierzyła się jej ze swego utrapienia.
Wyraziwszy dzięki za pochwałę stroju, powiedziała, iż ma jak najgorsze przeczucie i że wątpi w powodzenie wesela, o ile nie można będzie skłonić panny młodej, by przybrała weselną minę. Niema istotnie przyjemności w strojeniu dziewczyny, wyglądającej jakby była skazana na ścięcie.
Na te słowa obróciła się panna młoda gwałtownie tyłem do rozmawiających i bąknęła kilka ledwie zrozumiałych słów. Miały one znaczyć, że jeśli mamzel Maji Lizy niema na weselu, to ona sobie z tej całej parady nic nie robi. Tysiąc razy najmniej obiecywała, że będzie i zobaczy ją w stroju ślubnym.
Wmieszała się w sprawę Ulla Moreus i przemówiła głosem czystym i dźwięcznym, jaki miewają ludzie dobrzy, chcą
cy godzić i naprawiać. Powiedziała, że przecież Maja Liza może na chwalę bodaj zostawić babkę samą i przybyć. Możnaby posłać po nią wóz, bo odległość wcale wielka nie jest.
Teściowa Ulli dorzuciła również prośbę, wspominając, że Maja Liza i Brita uczęszczały razem na naukę konfirmacyjną i od tej pory szczególną dla siebie powzięły przyjaźń.
Odpowiedź pastorowej nie była zbyt grzeczna.
Oświadczyła wręcz, że w całej parafji niema chyba dziewczyny, z którąby Maja Liza nie była, zaprzyjaźniona.
Podniosła dumnie głowę i wyszła z pokoju, a pozostali nie mieli już odwagi nalegać.
Uderzyło jej teraz do głowy ponownie i uczyniła tak, chcąc dać poznać tym kobietom, że doskonale spostrzegła, iż ją dlatego tylko zwabiły na górę; by znowu zacząć o Maji Lizie.
Odbyły się zaślubiny i wszystko poszło pomyślnie. Panna młoda wiedziała, że wszyscy szepcą do siebie uwagi nad jej zapłakaną twarzą i rada by była wyglądać weselej ze względu na rodziców i dziadów swych.
Wszystko wzięłaby z lepszej strony, gdyby Maja Lisa była obecną. Pastorówna często jej wspominała, jak się bardzo cieszy, iż ją zobaczy panną młodą. Może jej chciała tylko dodać odwagi, teraz jednak odczuła zawód tak, że straciła wszelki powód radości.
Podczas obrzędu zaślubin kilka razy obróciła głowę i spozierała ku drzwiom. Miała do ostatka nadzieję, iż zjawi się lada moment i nie mogła się przezwyciężyć, by nie popatrzyć.
Jakże mogli być ludzie tak srodzy, by jej w tym dniu wydrzeć jedyną rzecz, mogącą rozweselić jej serce. Ile razy o tem pomyślała, łzy napływały jej do oczu.
Nakryto stoły, ustawione w kształt podkowy, wszyscy zasiedli i zaczęli jeść. Odrazu zapanował nastrój pogody i swobody. Pito i żartowano, sama jeno panna młoda doznawała takiego przygnębienia, że nie mogła przełknąć ni kęsa jadła. Krajała chleb na małe kawałki, aby się zdawało, że przecież coś je.
— Ach, gdyby tu była mamzel Maja Liza, wszystkoby poszło inaczej! — westchnęła.
Rzuciła szybkie spojrzenie na swego męża i zadała sobie pytonie, czy nie usłyszał. Wydało jej się, że myśli głośno.
Po chwili uczyniła to samo. Zauważyła nawet najwyraźniej, że mówi do siebie.
— Ach, czemużto nie mogła przybyć mamzel Maja Liza na moje wesele!
— Cóż to mówisz? — spytał pan młody.
Powtórzyła wprost mimowoli. — Ach, czemuż to nie mogła przybyć mamzel Maja Liza na moje wesele?
Pan młody musiał się dość nażebrać i nabłagać, zanim bogata córka kmieca zdecydowała się zostać jego żoną.
Szeptano sobie, że babka zmusiła do tego małżeństwa wnuczkę. Wyraz jej twarzy przy uczcie weselnej potwierdzał pogłoskę, która niezawodnie szerzyć się musi szybko.
Pomyślawszy to, zaczął jej przedkładać, by nie robiła tak smutnej miny, bo ludzie czynią uwagi, zaś z pastorówną zobaczyć się może przecież równie dobrze innego dnia.
Nie zważała jednak na jego słowa, krajała dalej chleb i po chwili Westchnęła znowu:
— Ach, czemuż mnie nie widzi w weselnym stroju?
Pan młody spróbował raz jeszcze przywieść ją do upamiętania.
— Nie pojmuję, — rzekł — jak możesz z tak błahego powodu wystawiać się na szyderstwo ludzi? Czy sądzisz, że mamzel Maja Liza dużo sobie z ciebie robi? Wiadomo, co państwo myśli o nas, chłopach.
Obróciła się doń żywo tym razem i rzekła:
— Nie mówiłbyś tak, gdybyś znał sprawę! Zaręczam, że nie siedziałbyś tu, gdzie siedzisz, gdyby nie pastorówna, która wstawiła się za tobą, twierdząc, iż będziesz dla mnie dobry.
Pan młody umilkł i trwał długi czas w tem milczeniu. Siedzący naprzeciw niego musieli krzyczeć głośno, zanim usłyszał którego.
Goście weselni zauważyli niedługo, co się dzieje, to też wszystko cichło coraz to bardziej, a spojrzenia kierowały się raz po raz na młodą parę.
W chwili największego właśnie zakłopotania zwrócił się pan młody do żony:
— Jeśli z tego jeno powodu czujesz się nieszczęśliwą, — rzekł — to zaradzę złemu. Mamzel Maja Liza zobaczy cię w stroju weselnym. Potrafię postawić na swojem!
Podniosła nań zdumione oczy i zauważyła, że mówi serjo.
— Nigdy ci tego nie zapomnę! — rzekła — Widzę, że mnie kochasz naprawdę, skoro mi chcesz pomóc w tym wypadku.
Twarz jej rozjaśniła się nagle, tak iż wszyscy spostrzegli, że jest jakby odmieniona.

Pastorówna siedziała w Löwdali w komorze swej przy kuchni i płakała rzewnie.
Łzy płynęły jej strumieniem po twarzy, a wstrzymać ich nie mogła. Starała się uspokoić, by służba nie sądziła, iż płacze z tego jeno powodu, że musi siedzieć sama, gdy rodzice zabawiają się wesoło.
Nie dlatego czuła się nieszczęśliwą, ale płakała, ponieważ nie mogła dotrzymać słowa danego Bricie. Ileż razy rozmawiały o tym wspaniałym dniu weselnym! Nie mogła, coprawda, pogodzić przyjaciółki na dobre z proponowanym jej narzeczonym, dodawała jej atoli otuchy, mówiąc, iż się cieszy na chwilę zobaczenia jej w weselnym stroju.
O tak, Maja Liza miała powód do płaczu, musiała bowiem złamać dane słowo, a to ciężyło jej na sercu wielce.
Nagle podniosła głowę i nastawiła uszu. Wydało jej się, że słyszy brzękadła uprzęży końskiej, a ponadto tony skrzypców. Tak jest, omyłki być nie mogło.
Słyszała jedno i drugie coraz to wyraźniej. Cóż jednak mogło być powodem tego zjawiska? Wstała i zbliżyła się do okna, wychodzącego na stronę wschodnią, skąd można było zobaczyć aleję plebanji.
Kiedy, przed niespełna godziną rozpalała ogień, na dworze panowała już głęboka ciemność. Teraz ogień przygasł, a w komorze było mroczno, natomiast na dworze rozjaśniło się znacznie. Była piękna, pogodna, wygwieżdżona noc, a śnieg na ziemi i okiść na drzewach zaczęły jakby same z siebie świecić, tak, że patrząc z wnętrza domu miała przed sobą jasno oświeconą przestrzeń.
Zobaczyła najwyraźniej orszak weselny, zbliżający się aleją. Minął stare zabudowania folwarczne i wielkie podwórze. W pierwszych sankach siedzieli muzykanci ze skrzypkami pod brodą i wygrywali co sił. W następnych siedzieli państwo młodzi, a panna młoda nawet nie zarzuciła chustki na głowę, ale połyskiwała świecidłami swej powabnej korony weselnej. Za nimi sunęły sanki pełne gości weselnych, a było ich mnóstwo. Maja Liza poznała siwka Moreusa i czerwone sanki kościelnego.
Uczuła zawrót głowy i usiadła na stołku przy oknie. Nie mogła pojąć, co to wszystko znaczy i poco jedzie orszak weselny od strony Loby do pustej plebanji.
Może to był zresztą jeno majak, może jej się zwidziało wesele, z powodu, że przez cały dzień rozmyślała bez przestanku o weselu Brity?
Jadący stanęli przed podjazdem, usłyszała to wyraźnie. Otwarto drzwi główne, a całe towarzystwo wpakowało się do sieni. Ale ona nie drgnęła.
Uczyniła to nie przez obawę, o nie. Nie uczuła się jeno na siłach doznać rozczarowania, nie zastając w sieni tych, których by wyszła witać.
Oni tymczasem przeszli kuchnię i rozwarli szeroko drzwi komory.
Na przedzie kroczyli muzykanci, za nimi latarnik Moreus, prowadząc pod rękę Ullę, potem para nowożeńców, oraz dwaj drużbowie, z zaświeconemi, trójramiennemi kandelabrami. Za nimi cisnął się tłum weselny obu płci.
Gdy wszyscy weszli, przestał grać Jan Oster i towarzysz jego, zaś Moreus stanął przed pastorówną, i palnął mówkę. Powiedział, że Brita życzyła sobie, by Maja Liza zobaczyła, jak pięknie wygląda w weselnym stroju. Nowożeńcy chcieli jechać sami, ale potem goście weselni pomyśleli, że jej większą sprawi radość widok całego orszaku. Przybyli przeto wszyscy, których nie rozmarzyła uczta.
Pastorówna ubrana była zawsze bardzo ubogo od czasu, kiedy dostała macochę, ale zarówno ona sama, jak i goście zupełnie o tem zapomnieli, bo twarz Maji Lizy opromienił tak i uśmiech szczęścia, że wyglądała uroczo, porywająco nawet.
Prawdą było, co powiadano o wszystkich pastorównach löwdalskich, że umieją czarować ludzi. Niesposób określić, jak się do tego brała, ale gdy uściskała pannę młodą, pana młodego i podała wszystkim ręce, całe towarzystwo odczuło dopiero wówczas prawdziwy nastrój weselny i ochotę.
Umiała ona odrzucić od siebie wszystkie troski i tak się weselić, że patrząc na nią, każdemu wydało się życie pięknem i niesposób było przypuścić nawet, by mogło być smutnem.
Spojrzała jeno na pannę młodą, pochwaliła jej koronę i suknię, a zaraz wszystkim otworzyły się oczy. Przedtem nikt nie widział, jak pięknie wygląda w tym stroju.
Potem zwróciła się do pana młodego, podziękowała, że przywiózł Britę, a także powinszowała mu żony. I zaraz otworzyły się oczy jego i poznał, że bierze nietylko największą posiadłość w Loby, ale również najlepszą córkę kmiecą w okolicy.
Co powiedziała Bricie, tego nikt nie usłyszał, ale okazało się później, że słowa te starczyły, by być przez cały dzień wesołą i szczęśliwą.
Przywieźli z sobą “próbki jedzenia,“ bo Maja Liza musiała też oczywiście skosztować uczty weselnej. Widać było, jak jej się wszystko podoba, ale wedle obyczaju nie mogła niczego jeść, zanim goście się nie oddalą. Długo im zostać nie wypadało, bo nawet odjazd sam mógł się nie podobać starszym.
Ulla Moreus opowiedziała, jak się wymknęła zaraz po jedzeniu, gdy dziadowie i starsi goście siedzieli nieco osowiali i napoły zadrzemani, marząc o śnie. Nikt nie spostrzegł niczego, aż było za późno, ale nie można przesadzać i korowód ruszyć musi z powrotem, gdy tylko Maja Liza zatańczy z panną młodą.
Udali się do salonu i goście stanęli pod ścianami, by się przyglądać tańcowi. Grajek Oster zaczął polkę, a pastorówna ruszyła wokoło z Britą.
Gdy skończyła pierwszy taniec uczuła niepokój. Z radości zapomniała o wymaganej przez obyczaj zapłacie. W dniu wesela musieli tańczyć z panną młodą wszyscy, mali i wielcy, a każdy tańczący winien był dać zapłatę. Niestety, biedna Maja Liza nie posiadała ni grosza.
Panna młoda natomiast nie zapomniała o niczem. Na małym stoliczku w rogu sali stał flakonik z perfumami i szkatułka weselna z cukierkami i rodzynkami. Były to rzeczy obowiązkowe i zawsze ofiarowywane tańczącym przez pannę młodą.
Straszna to była chwila dla pastorówny. Nie sposób naruszać starego obyczaju, bo wszyscy twierdzili, iż to przynosi nieszczęście.
Brita przeczuć musiała, co myśli, gdyż szepnęła jej w czasie tańca, by udała, że jej coś wciska w dłoń! Rzeczywiście trudno mieć w pogotowiu zapłatę, gdy się zostanie tak zaskoczoną.
Maja Liza posiadała złote kolczyki i broszę po matce. Dałaby Bricie chętnie te kosztowności, nie wiedziała jeno, czy jej wolno to uczynić. Cóżby się stało, gdyby to spostrzegła macocha!
Zazwyczaj tańczono z panną młodą tylko raz dokoła, ale pastorówna tak się zamyśliła co począć, że obtańczyła salę trzy razy. Nie myślała nawet, bo nie mogła, a tylko różne pomysły przebiegały jej przez głowę i nikły. Tańczyła, jak mogła najpowolniej, przypominając sobie, że posiada srebrną łyżkę, podarek chrzestny, ale gdyby pozbyła się tej kosztowności, macocha mogła pójść do nowożeńców i zażądać zwrotu. Stać ją na to było.
— Powiem chyba Bricie, że jej dam zapłatę innym razem! — pomyślała.
Ale w tej same] chwili drgnęła i zaraz żywo i wesoło dokończyła tańca. Ktoś musiał zauważyć jej niepokój i wcisnął jej w rękę monetę, gdy tańczyła mimo niego.
O dziwo! Po skończeniu złożyła na dłoni Brity nowiuteńkiego, błyszczącego talara.
Panna młoda zdumiała, się do tego stopnia, że zapomniała całkiem poczęstować ją zwyczajnemi łakotkami weselnemi, a Mija Liza musiała się o nie sama upomnieć.
Perfumując się pastorówna obiegła spojrzeniem salę, by zobaczyć człowieka, który jej dał talara.
Wiedziała, że go otrzymała, mijając w tańcu piec. Musiał to być ów wysoki, ciemnowłosy człowiek, stojący dotąd między piecem a szafą.
Pochyliwszy się nad stolikiem, wzięła kilka cukierków, a jednocześnie szepnęła Bricie, że zna wszystkich we wsi, a w żaden sposób przypomnieć sobie nie może nazwiska mężczyzny, stojącego przy szafie.
Brita odparła również szeptem, że znać go nie może, gdyż nie pochodzi ze wsi. Jest to kowal z hendriksberskich hut w Westmarku, a przybył tegoż właśnie dnia do jej dziada w celu zakupu siana. Dodała, że nie wie, skąd się tu wziął, gdyż nie zalicza się do orszaku ślubnego, a również nie ma na sobie świątecznej odzieży.
W istocie obcy człowiek ten nie miał serdaka baraniego i pasa. Pastorówna nie wiedziała, czy ma doń przystąpić i podziękować, i wahała się przez chwilę, potem zaś utraciła sposobność uczynienia tego, bo towarzystwo zabrało się do odwrotu. Podziękowała wszystkim za przybycie, pomogła im ubrać się, a potem wyszła na podjazd i żegnała ich zdaleka skinieniem dłoni.
Wróciwszy, przeraziła się wielce, spostrzegłszy na środku izby owego nieznanego człowieka.
Zaraz jednak domyśliła się, czemu został. Chciał się niezawodnie dowiedzieć, kiedy otrzyma z powrotem wypożyczonego talara. Może go wziął nawet z pieniędzy danych sobie przez zarządcę huty na zakup siana?
Gdy o tem mówić zaczęła, nie chciał wcale słuchać, a gdy nalegała, rzekł, że szkoda o tem wogóle wspominać.
Ona jednak nie mogła przyjąć od obcego człowieka talara, dlatego oświadczyła, że zaraz nazajutrz poprosi ojca o pieniądze i pośle do domu nowożeńców, by mógł zapłacić siano.
Dobrotliwy uśmiech niby promień słońca przemknął po jego twarzy.
Odrzekł, by postąpiła, jak jej jest najdogodniej, bowiem ma dość pieniędzy i bez talara doskonale obejść się może.
Patrzyła nań pytająco, on zaś zauważył, że pewnie sądzi, iż został ze względu na pieniądze?
Odrzucił w tył splot włosów, spadający mu na czoło, i spojrzał poprzez nią na przeciwległą ścianę.
— Ach! — rzekł — Sam dobrze nie wiem. Być może chciałem coś jeszcze powiedzieć.
Nie powiedziała nic, zbliżyła się tylko do drzwi. Niecierpliwiła ją ta scena.
Nieznajomy znowu objął ją dobrotliwym uśmiechem.
— Nie mogę zrozumieć, dlaczego tamci stąd odjechali! — zauważył.
Zarumieniła się na te słowa i znowu postąpiła ku drzwiom.
— Powinni byli panią zabrać z sobą na wesele, a nie zostawiać samą.
Głos jego miał tak serdeczne brzmienie, że Maja Liza nie poczuła gniewu, ale przeciwnie zwróciła się doń i zaśmiała.

— Teraz nic sobie już nie robię z samotności! — powiedziała. — Teraz jestem szczęśliwa. Idź pan tańczyć i nie troszcz się o mnie.

LISI DÓŁ.

Następnego ranka, o bardzo wczesnej porze stał długi Bengt z latarnią ponad lisim dołem i zaglądał do środka. Dziwna rzecz. W życiu swem nie widział jeszcze tak bardzo połamanego nakrycia lisiego dołu.
Długi Bengt wiedział dobrze, że coś umie zrobić w święcie i oto właśnie specjalnością jego było urządzanie wilczych, i lisich dołów. Wczoraj wieczór wykopał taki dół z całą precyzją i starannością.
Otwór głębokiej jamy zamaskował podstępnie gałązkami brzozowemi, słomą i śniegiem z takim mistrzostwem, że najchytrzejszy nawet lis nie mógł nakrycia tego odróżnić od zwykłej ziemi. Kaczka usadowiona na palu w głębi dołu, której przeznaczeniem było zwabić lisa, przywiązana była tak mocno, że się ruszyć nie była w stanie. Była to najlepsza kaczka plebańska i głos miała donioślejszy od innych. Długi Bengt słyszał jej wrzask doskonale przez całą noc. Darła się przeraźliwie, a słychać ją było zdala.
Wielkąby to było hańbą dla zakładacza dołu, gdyby kaczkę tak słabo przywiązał, iżby ją porwać mógł z sobą lis. Długiemu Bengtowi nie zdarzyło się to nigdy jeszcze. Zresztą cokolwiek uczynił lis, czy uciekł z kaczką do lasu, czy ją porwał z sobą do dołu, hańba w obu wypadkach jednaka.
Dziewka stajenna dawała mu kaczkę z wielką zawsze niechęcią, bo też wiedział, że będzie zeń teraz szydziła codziennie, po wszystkie dni żywota jego, i z wilczych dołów, jakiemi się chlubi.
Prawdziwe go spotkało nieszczęście! Przy świetle latarni widział dokładnie, że niema kaczki na słupie, a tylko zwisają na dół końce sznura.
Rozgniewany bardzo, chciał już zawrócić i odejść precz.
Może jednak lis złapał się w dole. Oglądał przy świetle poniszczone w kilku miejscach nakrycie i dumał nad tem, jak ten lis mógł z sobą porwać do jamy aż tyle słomy i gałęzi.
Chociaż kręcił na wszystkie strony latarnią, nie mógł oświecić samego dna, przeto zaczął śledzić trop zwierza na śniegu. Obecność dwu lisów w dole lepiejby mu już objaśniała zniszczenie nakrycia, a w takim razie porwanie kaczki nie byłoby już tak wielką hańbą.
Odnalazł trop na śniegu i śledził go, trzymając tuż nad nim latarnię. Pochylał się coraz to niżej, wreszcie wyjął świecę, ukląkł i badał ziemię wokół.
Gdy wstał, uczuł drżenie w kolanach. Na szczęście nikt go w tej chwili nie widział.
Poskoczył co prędzej do stajni po postronek. Przyniósłszy go, przywiązał latarnię i spuścił ją w głąb dołu. Nagle uśmiech radości ukazał się na jego twarzy. Oczy zmalały mu, zaczęły błyskać, a pomiędzy wargami ukazały się wyszczerzone zęby. Już mu się teraz nie spieszyło, przeciwnie stał nad dołem z twarzą uradowaną wielce.
Po chwili skierował się ku plebanji.
Nie poszedł przez kuchnię, ale zamaszystym, tętniącym krokiem wszedł po stopniach podjazdu i zaczął szukać klamki. Dochodziła zaledwo piąta i prócz starej klucznicy jeszcze wszyscy spali. Zbliżyła się trwożnie, ale poznawszy Bengta, otwarła.
— Cóż tu robisz, długi Bengcie? Cóż cię opętało wchodzić głównemi drzwiami?
Ale Bengt odsunął ją na bok, nie racząc zaszczycić ni słowem, i pożeglował wprost ku sypialni, gdzie pastorostwo leżeli ujęci słodkim snem. Z hałasem otwarł drzwi.
— Cóż się stało? Co takiego? — spytał przerażony pastor, siadając w łóżku.
— To ja, długi Bengt, księże pastorze, a chcę jeno powiedzieć, że kaczka znikła z pnia w lisim dole.
— To rzecz przykra, Bengcie, — odparł — ale czemuż mi o tem mówisz po nocy...?
— Lis i kaczka są razem w dole!
— Zwarjowałeś, Bengcie, chyba! Wiesz dobrze, że wróciłem niedawno z wesela i dopiero co zasnąłem.
Bengt uczynił stosowną pauzę, a potem rzekł:
— Wilk szedł śladem lisa i siedzi również w dole.
Pastor poderwał się i zawołał:
— Powiedz w kuchni, by tu przyniesiono światło, tak bym mógł się ubrać.
Ale długi Bengt stał, jakby był głuchy. — Drugi wilk — powiedział — idący śladem pierwszego, wpadł również do dołu.
To powiedziawszy, obrócił się na pięcie i ruszył wprost ku drzwiom.
Gdy dobrze rozwidniało, zgromadzili się u lisiego dołu wszyscy mieszkańcy plebanji. Stawił się pastor, pastorowa, pastorówna, stara klucznica, pięć dziewcząt służebnych, komornica i mała Nora. Prócz nich był tu długi Bengt i matka jego, stara Bengta, oraz żona, wesoła Maja, dalej dwaj synowie Vettera, muzykant Jöns i stary żołnierz Backmann, pracujący na plebanji.
Wszyscy stali w milczeniu wokół dołu, każde zbliżało się, poglądało weń chwilę i cofało z powrotem.
Małą Norę odsunięto nieco wtył, tak że nie mogła dotrzeć do skraju dołu. Dostrzegł to pastor i skinął na nią, chcąc by także spojrzała w dół.
Przedtem miała wielką ochotę, ale w tejże właśnie chwili nie mogła uczynić kroku, uczuła dreszcz strachu i nie śmiała spojrzeć na wilki.
Nora nie widziała dotąd wilka, słyszała jeno, jak wyły w koltorpskim lesie, i wiedziała, że jest to potwór dużo jeszcze gorszy od bazyliszka.
Pastor był dnia tego jakiś rzeźwiejszy niż zazwyczaj, chwycił ją za kołnierz kożuszka i rzekł:
— Trzymam cię teraz mocno za kark, Noro Swiszczypałko, i nie spadniesz. Mimo, że jesteś dzieckiem jeszcze, musisz spojrzyć w dół, abyś zestarzawszy się, mogła opowiadać młodym, jakto pewnej nocy złapały się na plebanji löwdalskiej odrazu dwa wilki i lis.
Stała na brzegu dołu i patrzyła w głąb. Przypominał studnię, obłożoną deskami, był tylko obszerniejszy.
Szukała oczyma owych paszczy, w których taka figa jak ona znikłaby na jeden kąs, ale nie dostrzegała niczego. Obróciła tedy głowę i spojrzała pytająco na pastora.
— Siedzą w kątach! — powiedział.
Pochyliła się raz jeszcze. W dole mroczno było, a jednak dostrzegła zwierzęta, siedzące każde osobno w swoim kącie. Nie poruszały się, jeno spozierały w górę ku ludziom błyszczącemi oczyma.
W najbliższym kącie przykucnął lis, nie większy od poduszki na kanapie w salonie. W następnym leżało zwierzę, podobne do wielkiego, kudłatego psa. W trzecim stała kaczka, rozkraczywszy szeroko łapy, cała i nienaruszona, zaś w czwartym kącie czaiło się znowu zwierzę, przypominające wielkiego, kudłatego brytana.
Cisza, jaka panowała w dole, przejęła dreszczem Norę i, gdy wreszcie cofnęła się wstecz, zachowała milczenie, podobnie jak wszyscy inni.
Napatrzywszy się do syta, złożyli mężczyźni radę, dumając co począć. Koniecznem było pozabijać wilki, ale nikt nie wiedział jak się do tego zabrać.
Nic, oczywiście łatwiejszego jak je zastrzelić, ale dół stawał się bezużytecznym, z chwilą opryskania go krwią i nie można było złapać weń zwierza.
Jeśli, jak zazwyczaj, szło o lisa, wskakiwał ktoś do dołu, pozbawiał zwierzę przytomności uderzeniem w głowę, a potem zakładał nań pętlę i wyciągał na wierzch.
Nie było żadnego niebezpieczeństwa z lisem, inaczej się jednak przedstawiały sprawy, gdy w dole były dwa wilki.
Długi Bengt ujął pałkę, jaką się posługiwał. Ale za chwilę potrząsnął głową i cofnął się ku innym.
Jeden z parobków przyniósł linę i umocował do niej pętlę ze skóry renifera. Stanął tuż nad dołem i spuścił pętlę na głowę wilka. Gdyby się powiodło, możnaby go było zadusić, a potem wyciągnąć.
Pętla zniżała się coraz to bardziej i doszła aż do nosa zwierza, który się nie poruszył wcale. Nagle jednak rzucił głowę w przód, szczeknął przeraźliwie, błysnął zębami, a pętla spadła na dno dołu.
Serca wszystkim zabiły trwożnie na ten widok. Nie można było zaliczać do przyjemności zadawania się z potworem, zdolnym przegryźć linę za jednem kłapnięciem zębów.
— Nie pozostaje nam nic innego — rzekł pastor — jak zastrzelić wilki! Stracimy wprawdzie pułapkę, ale urządzimy sobie drugą.
Do brzegu dołu przystąpił mężczyzna, trzymający się dotąd w tyle za innymi. Był to kowal z Hendriksbergu, przybyły do Loby dnia poprzedniego w celu zakupna siana. W domu nowożeńców nie starczyło miejsca na nocleg dla wszystkich gości, tedy Björn Hindrikson poprosił pastora, by go zabrał z sobą.
Na plebanji czekała gości zawsze gotowa izba gościnna i tam też spędził noc. Od wczesnego ranka myśli wszystkich zajęły wilki i zapomniano o przybyszu.
Spojrzał w głąb, zważył w ręku pałkę Bengta, ale wszyscy sądzili, że to czyni jedynie dla rozrywki. Był bardzo wysoki, ale zarazem śmigły i wcale na mocnego nie wyglądał. Ręce miał wąskie i białe, zgoła nie przypominające rąk kowala. Nie przedstawiał się wcale zuchowato, przeciwnie, patrząc nań, przychodziło na myśl cierpienie, a oczy jego wyrażały ból głęboki. Ruchy miał takie, jakby dźwigał jakiś ciężar wielki, stąpał powoli, z wysiłkiem jak człowiek wyczerpany.
Chwilę jeszcze przysłuchiwał się naradom, a widząc bezsiłę wszystkich, przystąpił do dołu i skoczył do dzikich zwierząt.
Zanim zdołał ochłonąć ktokolwiek, zatętniło głuche uderzenie i jeden wilk padł oszołomiony. Potem cios spadł na drugiego.
Jeden z wilków stanął na nogi, gdyż otrzymał cios w grzbiet i po chwili bezprzytomności przyszedł do siebie. Ale nim zdołał wystąpić zaczepnie, padł uderzony w łeb.
— Dawać linę! — zawołał przybysz.
Długi Bengt rzucił mu linę z dwoma pętlami, które zaciśnięto na karkach wilków i potem je wyciągnięto.
Lis oprzytomniał tymczasem i skakał rozpacznie, rzucając się na ściany dołu. Ale pogromca wilków nie troszczył się o niego.
— Spuśćcież mi drabinę i niech parobek dokończy reszty.
Wydostawszy się z dołu, zauważył śmiałek przerażenie wszystkich, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Milczeli wszyscy. Zwłaszcza kobiety, zdjęte strachem na widok skoku jego, drżały dotąd, zaś mężczyźni wstydzili się potrochu, że ich przewyższył odwagą.
Pastorówna przystąpiła doń, a oczy jej błyszczały jak gwiazdy.
— Nakoniec ujrzałam prawdziwego mężczyznę! — zawołała — Marzyłam o tem przez całe życie.
Spojrzał na nią smutno.
— Wszystko na świecie jest małe i marne, — zdawały się mówić jego oczy — ja zaś jestem najmizerniejszem z pośród wszystkich stworzeniem.
I znów uśmiech dobrotliwy rozświetlił twarz jego.

— Szkoda by było niszczyć pułapkę przez strzelanie w nią! — powiedział spokojnie.

TALAR BITY.

Niewarta rzecz była zachodu, ale pastorówna istotnie trapiła się już przez dwa tygodnie myślą, skąd weźmie talara, by go oddać kowalowi.
Powinna była prosić oń ojca zaraz nazajutrz po weselu. Ale została ostro zburczana przez macochę za słowa wypowiedziane do pogromcy wilków, gdy wyszedł z dołu, a osobno jeszcze za to, że doń podbiegła, tak jakby mu się chciała rzucić na szyję. Macocha nakazała jej uważać na swe zachowanie i porzucić maniery dwunastoletniego podlotka.
Po tej scenie u traciła zupełnie odwagę proszenia o pieniądze. Nie znalazła zresztą sposobności pomówienia z ojcem, a zwrócenie się do macochy wywołałoby jeno nową burzę.
Przesunięcie na potem całej sprawy miało ten niemiły skutek, że następnego dnia mowy być już nie mogło o złożeniu wyznania. Pastorowa dowiedziała się od czeladzi, że państwo młodzi i orszak weselny byli z wizytą u Maji Lizy i wieść ta podraźniła ją wielce, o ileż tedy byłaby się bardziej gniewała za tak niesłychaną rozrzutność.
Im bardziej jednak odkładała rzecz Maja Liza, tem trudniej było jej wyznać rodzicom, ile pieniędzy jest winna. Musiała sobie wkońcu powiedzieć sama, że nie zdobędzie się nigdy na to, by prosić. Nie było innej rady, jak wystarać się o talara w inny sposób.
Dumała nad tem i dumała bez końca, siedząc przy szyciu, a myśl ta nie opuszczała jej, gdy nocą leżała w łóżku. To jedno nie ulegało dla niej kwestji, że kowalowi zwrócić trzeba było pożyczkę. Nie zniosłaby tej hańby, by pokrzywdzić miała człowieka, który jej tak życzliwie pospieszył z pomocą.
O, gdybyż mogła pojechać do Anny Brogren. Ale i mowy nie było, by macocha zezwoliła jej na odwiedzenie kogokolwiek z ludzi kochanych.
Do kogóż się tedy zwrócić miała? Babka była równie biedna jak ona i posiadała tyle, ile jej dawał pastor. Zaś Ulla Moreus pewnie w życiu nie miała w ręku całego talara.
Znajdowała się naprawdę w wielkim kłopocie. Nie mogła też zwrócić się do byle kogo i powiedzieć mu, że nie ma odwagi prosić rodziców o talara.
W momencie największego właśnie zaniepokojenia przyszło jej na myśl, że żyje jeszcze siostra, matki i mogłaby jej dopomóc. Ale nie mogła się powstrzymać sama od śmiechu na myśl, jaką minę przybrałaby ciotka, gdyby przyszła i poprosiła o pieniądze.
Miałaby nawet powód istotny zdziwić się wielce, bo siostrzenica była ciotce bardziej obcą, niż ktokolwiek inny na świecie. Dzieliła je przepaść głęboka zaiste.
Nie była nią nienawiść zgoła. Tylko ciotka wykluczyła się sama z rodziny, wychodząc za bogatego syna chłopskiego, dość ambitnego na to, by się o jej rękę starać. Z tego, co wiedziała, wynikało, że nie miłość stworzyła to stadło. On był pyszałkiem i wydawało mu się, że wszystkich zaćmi, biorąc za żonę córkę starego pastorskiego rodu, ona zaś otwarcie wyznała, że woli wyjść za bogatego chłopa niż czekać lata całe na biednego podplebanka.
Od chwili objęcia gospodarstwa ciotka dobrowolnie wyrzekła się całej rodziny. Nie chciała mieć nic do czynienia z poprzedniem swem otoczeniem i trzymała się zdala od siebie wszystkich löwdalczyków.
Mieszkała niezbyt daleko, w granicach broeńskiej jeszcze nawet parafji, ale nie bywała nigdy na plebanji. Natom iast składali jej co roku wizytę w Svanskogu pastor, babka, lub Maja Liza.
Pastorówna przyznać musiała, że wizyty owe nigdy jej bardzo nie radowały. Ciotka schłopiała zupełnie z biegiem lat, co nie raziło zresztą Maji Lizy, dawało jej się atoli we znaki zachowanie ciotki, ile razy ktoś z Löwdali przybywał w odwiedziny. Nie wychodziła nigdy przed podjazd na powitanie, a gdy znaleźli się w domu, zawsze wtrącała uwagę, że zadają sobie zbyt wiele trudu, fatygując się do chłopskiej chałupy. Bezpośrednio potem wyliczała dokładnie, nie myląc się o dzień jeden, jak długo już nikt się nie zjawił. Wszystko to jednak mówiła głosem tak niemile brzmiącym, że goście popadali w zakłopotanie, nie wiedząc zgoła, czy dobrze uczynili przybywając, czy raczej winni byli zostać w domu.
Nieszczególny był tedy pomysł Maji Lizy. Mimo to, pewnego dnia siedząc przy śniadaniu z ojcem i matką, rzuciła niby przypadkiem słów kilka o ciotce ze Svanskogu, czyniąc uwagę, że nie należy całkiem o niej zapomnieć.
Zaledwo jednak wyrzekła, te słowa, zaraz ich pożałowała. Cóż bowiem miała do roboty u ciotki? Było to zgoła bezużyteczną rzeczą. Nawet gdyby mogła udać się tam, to nie była pewną, czy zdoła się przezwyciężyć i prosić ciotki o pomoc.
Ojciec podniósł głowę znad talerza kaszy. Zawsze mu żal było tej córki pastorskiej, żyjącej pośród chłopów, i baczył na to, by nie sądziła, iż o niej zapomniała rodzina. Rozważył, ile czasu upłynęło od ostatniej wizyty, i powiedział, że w istocie długo już nikt z Löwdali nie pokazał się w Svanskogu, przeto należy tam jechać koniecznie.
Macocha milczała, bo niewiele wiedziała o chłopskiej rodzinnej odrośli, to też Maji Lizie przypadło stwierdzenie faktu, iż minęło więcej niż rok od ostatnich odwiedzin. Dodała też, że ciotce sprawiłoby największą radość, gdyby przybyli oboje rodzice.
Nie stało się jednak, jak mówiła. Ojciec oparł się plecami o fotel i przybrał dość kwaśną minę. Myślał, że nawet miłość rodzinna ma pewne granice. Wreszcie powiedział, iż jego widywała ciotka dość często, więc nie zachodzi potrzeba jechania do Svanskogu, by się jej pokazać. Natomiast Maja Liza i matka mogą jechać, choćby dziś jeszcze, co się nawet doskonale składa, bo długi Bengt i koń właśnie są wolni.
Postanowiono przy kawie, że wizyta ma nastąpić. Maja Liza żałowała szczerze, iż sobie nie odgryzła języka zanim zaczęła mówić o ciotce. Strachem przejmowała ją myśl, że będzie zmuszona jechać dwie godziny wraz z macochą sankami.
Po śniadaniu udała się matka do pracowni ojca, a gdy wyszła, cały plan był już obalony. Oświadczyła, że wystarczy zupełnie, by sama Maja Liza udała się do Svanskogu. Dodała, że wprawdzie nie wygląda wcale na zachwyconą tym projektem, ale młodym robi dobrze, gdy zmuszają się do rzeczy, których nie lubią. Również musi iść piechotą nie zaś jechać, bo długi Bengt będzie przez cały dzień dzisiejszy zajęty siekaniem łoju na świece, a nazajutrz przyjedzie po nią sankami.
Twarz Maji Lizy nie drgnęła, tak że macocha nie poznała, czy jej ta wieść jest miłą, czy nie, ale w duszy uradowała się z tego, że jeśli już musi iść do Svanskogu, to przynajmniej uniknie obecności macochy.
Ponieważ jednak miała tak długo być poza domem, przeto spytała, czy mała Nora nie mogłaby zaglądać od czasu do czasu do babki i mieć o nią staranie.
Macocha nie mogła się oczywiście zgodzić na nic, co było projektem Maji Lizy. Rozporządziła natychmiast, że Nora pójdzie z pastorówną do Svanskogu. Wie dobrze, co wypada, a co nie, przeto nie pozwoli jej samej odbywać tak długiej drogi. O babkę troszczyć się nie potrzebuje, jest bowiem dość służby na plebanji, która może opiekować się staruszką.
Macocha postawiła jak zawsze na swojem i w godzinę potem szła Liza wraz z małą Norą w kierunku Svanskogu.
Jak długo były w alei, gdzie je dostrzec mogła pastorowa z okna, szły spokojnie i wielce przykładnie, wkrótce jednak dostały się w młody, świerkowy lasek, który je ukrył przed oczyma macochy.
Maja Liza uważała zrazu wycieczkę do Svanskogu za coś nader nudnego i bezpotrzebnego, teraz jednak zmieniła zdanie. Był przecudny dzień zimowy, a przed niemi słała się spadająca, dość stroma droga. Obie były wolne i tak wesołe, jak się to od całych, nie zdarzyło miesięcy. Pastorównie wydało się, że uleciała z ciasnej klatki. Chwyciła za rękę Norę i pobiegły w podskokach na dół. U stóp pagórka wpadły po pas w wielką zaspę i leżały w niej długo, śmiejąc się do rozpuku.
Pierwsza dochodziła zaledwo, gdy przybyły do Svanskogu. Poszczęściło im się tak, że jeno połowę drogi odbyły pieszo. Tuż pod Broby wziął je na sanki parobczak z Svanskogu, który odwoził kogoś i teraz wracał próżno.
Syanskog był zarazem zajazdem noclegowym, tylko nie tak uczęszczanym jak gospoda w Broby, gdzie ruch ciągły panował. Do Syanskogu, położonego u północnego krańca parafji, przybywał najwyżej jeden podróżny dziennie, a czasem w ciągu tygodnia nikt nie zażądał koni.
Zastały wszystko po dawnemu. Gdy zajechały, nie wyszła na ich powitanie ni ciotka, ni żadna z dziewcząt służebnych.
Maja Liza uczuła takie ściskanie w piersiach, że serce jej ledwo biło, jakby zbyt mało dla siebie mając miejsca. Przez czas podróży ożywiała ją jaka taka nadzieja, teraz jednak, gdy wysiadała z sanek, pewną była, że ciotka dopomóc jej nie zechce.
Svanskog stanowił kompleks długich budynków z dostępem frontowym do domu mieszkalnego, nie zaś bocznym, jak to bywa zazwyczaj w osiedlach chłopskich. Przed drzwiami głównemi znajdował się niewielki, kryty podjazd z werandą, a chociaż wszystko razem było nieco mniejsze niż w Löwdali, przypominało jednak dokładnie plebanję. Taki sam był dach i takie same zupełnie filarki.
Maja Liza popadła w zdumienie. Kilka razy już tu była, a nie zauważyła tej werandy i podjazdu. Stała przez moment patrząc, a zaraz wpadło jej w oczy więcej jeszcze szczegółów. Dom był stary, ale ciotka kazała go ponaprawiać i przerobić, przyczem wspomnienia młodości za wzór jej służyć musiały. Było tyle samo i to równie dużych szyb w oknach, jak na plebanji löwdalskiej, a półokrągłe okienka poddasza można było w prost przenieść z jednego domu na drugi bez zwrócenia uwagi na zmianę.
Maji Lizie lżej się zrobiło na sercu. Może nie dopuściła się tak wielkiego znowu głupstwa, przybywając tutaj? Może nie znikła doszczętnie z ciotki pierwotna pastorówna, jak to sama w siebie i w wszystkich wmówić chciała?
Sień mniejsza była niż w Löwdali, ale i tu jak tam stały w kątach półokrągłe szafki, ściany były polakierowane również na szaro i usiane biało-czarnemi punktami. Klatka schodowa posiadała wiązanie z grubych kłód, a schody wspinały się równie niebezpiecznie stromo i miały tak samo wąskie stopnie. Można z nich było niezawodnie równie dobrze jak w Löwdali zjechać po poręczy, nie pomagając sobie nogami.
Wprost wejścia, pośrodku sieni widniały drzwi do dużej stancji, gotowej zawsze na przyjęcie podróżnych. Nie można tu było spotkać nikogo z członków rodziny, ale Maja Liza otwarła i spojrzała do wnętrza. Znalazła to, czego się spodziewała, a więc krzesła brzozowe, żółto malowane i biały stół rozkładany, zupełnie jak w Löwdali. Nie brakło nawet kalli w wazoniku na oknie.
Jedną jeno zauważyła odmianę. Wprawdzie chodniki na podłodze były równie siwe, miały jednak inny wzór niż w Löwdali. Maja Liza przyszła jednak po chwili do przekonania, że nie było to winą ciotki. Tkała ona wedle wzoru zapamiętanego z młodości, zaś w Löwdali został zmieniony dawny wzór w szachownicę na inny.
Pastorówna zamknęła drzwi i stała przez chwilę w sieni. Łzy napełniały jej oczy, wiedząc zaś, że ciotka wzruszeń nie znosi, chciała się uspokoić i wejść z twarzą pogodną i wesołą.
Ale i tu prześladowało ją zwykłe niepowodzenie. Otwarłszy drzwi do izby mieszkalnej, spostrzegła, że ciotka zajęta jest właśnie praniem. Na ognisku wrzał ogromny kocioł, a z równie wielkiej, pełnej bielizny balji przeciekały górą mydliny, tworząc kałużę na podłodze. Ciotka musiała być w gorszem jeszcze niż zazwyczaj usposobieniu, ile razy przybywali goście. Dużo wody było na podłodze, na ławie leżały kupki świeżo upranej, grubej bielizny. Maja Liza przyznać musiała sama, że nie byłaby uradowana, gdyby ją zmuszono przyjmować gości wśród takiego nieładu.
Pokój ten nie przypominał wcale Löwdali, była to zwykła chłopska izba, a Maja Liza oczekiwała, że znajdzie tu piękny, czcigodny pokój z wysokiemi, aż pod pułap sięgającemi szafami, wysłanem łożem z kotarą i długiemi, do ścian przymocowanemi ławami. Niepodobne tu było nic do Löwdali, a pranie odjęło całości do reszty nastrój.
Ciotka stała odwrócona plecami do drzwi, tarła i miętosiła jakiś kawałek bielizny i nie zwracała na nic uwagi. Maja Liza słyszała nieraz, że matka i jej siostry były rosłe i smukłe jak ona sama, ciotka atoli wydała jej się szeroka, przysadkowata i zgoła niewykwintna. Miała na sobie krótką, czarną, fryzową spódnicę, czerwony kaftanik i koszulę o bufiastych rękawach. Biały serdak owczy, stanowiący dopełnienie stroju, zdjęła przy robocie.
Prała ciągle zapamiętale, nie obracając się i nie mówiąc słowa. Maja Liza pragnęła znajdować się o sto mil. Ale zamiast tego, musiała podejść do ciotki, podać jej rękę i pozdrowić.
Miała obie ręce w wodzie, dobyła jedną, i, nie zadając sobie nawet trudu obtarcia, położyła ją od niechcenia wierzchem dłoni na ręku siostrzenicy.
— Acha! — mruknęła. — Tym razem przysłano więc ciebie? Nowa pastorowa jest zbyt wielką damą, by się fatygować do chłopskiej chaty!
Nie rzekła nic ponadto i w głosie jej nie było wcale większej niż zazwyczaj niechęci, ale Maja Liza tym razem nie mogła tego znieść i wybuchnęła płaczem. Być może dlatego tak sobie wzięła do serca opryskliwość ciotki, że właśnie zamierzała prosić o pomoc, a nagle uświadomiła sobie, że nigdy nie zdoła wyznać, z czem przybywa.
Czując, że nie może powstrzymać łez, wpadła w prawdziwą rozpacz. Czyniło ją to wzruszenie zupełnie bezbronną wobec kobiety, nie mającej dla niej odrobiny serca. Łzy płynęły obficie, nie było to parę kropelek łatwych do starcia, ale prawdziwe strumyki, toczące się po policzkach, a w gardle dławiło ją tak, że nie była w stanie rzec słowa.
Litowała się wielce samej sobie.
Płakała z desperacji, iż płacze, a rzecz wiadoma, że gdy aż do tego dojdzie, wówczas niema końca płakania.
Radaby była zaraz wracać do domu, podeszła też do drzwi, ale gdy do nich dotarła, zachwiały się pod nią kolana. Pod samym progiem, w kącie stała niska ławeczka, na nią osunęła się ciężko.
Wyobrażała sobie, co może myśleć ciotka o siostrzenicy, przeszkadzającej w praniu i wybuchającej płaczem zaraz po przybyciu.
Ciotka nie wydawała się jednak zbytnio oburzoną. Przestała prać, a potem z całym spokojem wlała w balję z bielizną wielką warzechę gorącej wody, dołożyła jeszcze jedno polano do ognia i dopiero, dokonawszy tego wszystkiego, zbliżyła się do płaczącej u drzwi Maji Lizy.
— Nie bójże się, dziewczyno! — powiedziała. — Nie jestem może tak zła, jak wyglądam.
Przerachowała się jednak sądząc, że słowa te pocieszą i uspokoją siostrzenicę. Łzy jej tryskały z tak głębokich źródeł cierpienia, że godzinami płynąćby musiały, zacząwszy się raz już toczyć.
Maja Liza nie mogła wyrzec słowa, chociaż uświadamiała sobie, że ciotce zbraknie rychło cierpliwości, a także że nie może na długo odchodzić od prania. Ale ciotka poradziła sobie, obróciła się poprostu do małej Nory, która była blisko niej przez cały czas i teraz pełna przerażenia gładziła zlekka jej dłoń.
— Czy wiesz może dlaczego Maja Liza płacze? — spytała. — Nie mogło ją przecież aż tak dotknąć, żem nie pospieszyła z pozdrowieniem, będąc zajęta praniem.
Z tonu jej wyczuwało się, że drwi z łez siostrzenicy i to widać zrozumiała mała Nora, gdyż wpadła zaraz w złość.
— Jakże nie ma płakać, gdy się tak wobec niej zachowujecie, gospodyni! — zawołała. — Przychodzi z prośbą o pomoc do rodzonej siostry swej matki, a nie spotyka się z jednem życzliwem słówkiem!
Maja Liza zatkała szybko usta małej, ale nic to nie pomogło, gdyż Norę na widok łez jej ogarnął taki desperacki nastrój jak wówczas, gdy wałczyła z burzą.
Nie było znać po ciotce, jakoby rozgniewały ją słowa małej. Zaczęła tylko mówić rozwleklejszym, chłopskim dialektem, a słowa jej nieśmiałe były jakieś i powolne.
— Czemże mogę dopomóc Maji Lizie? Przecież ma wszystko, czego dusza zapragnie w Löwdali! Nie potrzebuje pewnie pomocy biednej chłopki, jaką ja jestem.
Nie mogła zaiste dobrać lepszych słów, by rozpętać na dobre język Nory.
— Widzę, gospodyni, żeście ulepiona z tej samej gliny co macocha mamzel Maji Lizy! — wykrzyknęła. — Zresztą powiem wam coś, oto przybyła z prośbą, byście jej dali...
Pastorówna ścisnęła jej tak mocno ramię, że nagle urwała. Ale ciotka nie zwróciła jakoś na to uwagi i powiedziała:
— Czyż więc aż tak źle Maji Lizie z macochą? Coprawda, powiadają ludzie, że kto dostaje macochę, dostaje zarazem ojczyma, ale tak się pewnie nie stało. Czyż jest coś, czegoby pragnęła i nie dostała? Nie, to chyba niemożliwe!
Pastorówna dawała Norze rozmaite znaki, ale wobec metody drażnienia ze strony ciotki nic to nie pomagało.
— Mogłabyście to zobaczyć sama, — krzyknęła! — gdybyście jeno chciała otworzyć oczy. Ma na sobie odzież zgrzebną jak ja, a zostały z niej tylko skóra i kości. Powiadają wprawdzie, że krew jst gęstsza od wody, ale u was inaczej widać bywa. Wam to obojętne, że ją macocha niedługo na śmierć zadręczy!
Wszystko było niezmiernie przykre dla Maji Lizy. Sam już niepowstrzymany płacz doprowadzał ją do rozpaczy, a czemże była dopiero owa indagacja, przez którą ciotka wydobywała jedno po drugiem z Nory. Jakże to przyjmie? Może żywi nienawiść w sercu do córki siostry i radować się będzie z jej nieszczęścia.
Nie mogła dłużej wytrzymać i szukała omackiem drzwi. Gdy chciała nacisnąć klamkę, zauważyła, że jest zepsuta, nie mogła bowiem otworzyć, ciągnęła ją, to pchała, nagle doznała zawrotu głowy i padła na ziemię.
Odzyskawszy przytomność, spostrzegła, że leży w łóżku, w pokoju o siwych chodnikach w szachownicę, a pościel, na której spoczywa jest tak miękka i cienka, że w Löwdali byłoby trudno znaleźć coś podobnego. Obok łóżka stał stolik, na nim taca, na niej zaś spodek przykryty serwetą.
Uczuła się trochę głodną, zdjęła przeto serwetę ze spodka, ale nie znalazła tam żadnego pożywienia, jeno wielki, błyszczący, nowy talar bity!
Zrazu pojąć nie mogła, jak się to wszystko stało, ale po chwili zrozumiała, że ciotka wydobyła wszystko z małej Nory. Maja Liza uczuła takie wzruszenie i doznała takiej szczęśliwości, że rozpłakała się znowu, a popłakawszy zasnęła.
Spała bez przerwy, aż zegar ścienny w sąsiedniej izbie wydzwonił godzinę trzecią. Spojrzawszy na stolik, przekonała się, że talar znikł, natomiast nastawiono mnóstwo doskonałych przysmaków. Przeraziła ją zrazu strata talara, ale pomyślała, że musi być w dobrych rękach, i uspokojona podjadła sobie nieźle.
Skończywszy, uczuła się tak wzruszoną tem i dowodami dobroci, że rozpłakała się ponownie i łkając jeszcze zasnęła.
Zbudziwszy się znów, spostrzegła, że zapadła noc. Ale na kominku połyskiwał wesoło ogień, a przy łóżku stała ciotka i patrzyła na nią.
Pierwszą rzeczą, jaką uczyniła, było, iż przeprosiła ją najuprzejmiej, że poważyła się odesłać talara właścicielowi. Właśnie zdarzyła się okazja do Henriksbergu, przeto wręczyła pieniądz woźnicy z poleceniem, by się dowiedział, który z kowali był w Loby za sianem w świątecznym czasie, a znalazłszy go, oddał należytość wraz z pozdrowieniem od Maji Lizy. Uczyniła tak, gdyż sądziła, że siostrzenicy trudno będzie o posłańca ze Svarstjö do Henriksbergu.
Znowu uczuła pastorówna wzruszenie wielkie, ale ciotka nie dopuściła do płaczu i zaczęła rozpytywać o Löwdalę. Nie wspominała zgoła macochy, ni spraw przykrych, dowiadywała się jeno o to, co nie mogło sprawić dziewczynie przykrości. Pytała, jak się ma babka, czy jej pokoik w browarni zawsze taki czyściutki, jak wygląda u starej Bengty w czworakach, czy tak brudno jak dawniej, czy sowa gnieździ się jeszcze na strychu. Kazała sobie opowiadać o droździe, śpiewającym wiosenną porą w koronie brzozy ponad starym głazem, służącym za ławę, o konwaljach w lesie poza sadem, o starym lamusie, tkwiącym na palach, o nowej plebanji, zbudowanej przez ojca Maji Lizy, pytała czy jest dokładnie taka jak dawna, a dowiedzieć się chciała wszystkiego, nawet czy dotąd mieszczą się owce w tej samej ponurej owczarni.
Pastorówna wyjść nie mogła z podziwu, słysząc, jak ciotka o wszystkiem pamięta.
Nakoniec rzekła parę słów o sobie.
— Widzisz, Majo Lizo, — rzekła — w pierwszym czasie po zamążpójściu wyrywałam się do Löwdali, ile tylko razy mogłam. Wiedziałam, że się to nie podoba mężowi, ni jego rodzinie, czyniłam tak jednak dalej, bo tęskniłam bardzo, a także nie byłam tu zrazu szczęśliwą. Przeszłam, wierz mi, niejedno. Miałam teściową, która traktowała mnie tak samo jak ciebie macocha, a mąż był też dla mnie surowy i ostry. Zrazu nie byliśmy tak dobrymi przyjaciółmi jak później, a to uważałem za rzecz najgorszą.
Przekonałam się z czasem, że ile razy wracam z Löwdali, jest mi to coraz trudniej uczynić, to też po namyśle zrobiłam z sobą sąd i postawiłam pytanie, czego właściwie chcę. Obrałam to miejsce za ojczyznę swoją i tu żyć musiałam, głupotą byłoby tedy marnować życie na tęsknieniu za tem, com dobrowolnie porzuciła. Uczyniłam postanowienie, że nigdy już nie pójdę do Löwdali i zerwę stosunki z jej mieszkańcami, tak, że przeszłość zamknie się za mną. I to była dla mnie rzecz doskonała. Uspokoiłam się bardzo, a gdy moja nowa rodzina zrozumiała, że na serjo chcę do nich przystać, wszyscy stali się odrazu lepsi dla mnie. Przypatrywali mi się zwłaszcza bacznie podczas każdej wizyty löwdalskiej, ale nabrali przekonania, że staram się, ile mogę być wam wszystkim obcą.
Wybudowałam w ten sposób pomiędzy sobą, a wami gruby, wysoki mur i zdawało mi się, że nic go rozwalić nie może. Ale nie wzięłam w rachubę, że zjawi się w mym domu z prośbą o pomoc córka pastora z Löwdali, tak szczupła i delikatna, jaką ja sama w tym wieku byłam. I oto, widzisz opadły mnie całkiem siły.
Nie bój się, bym miała doznać z powodu podarku jakichś nieprzyjemności. Wiesz, co zrobiłam, gdyś zasnęła? Wzięłam męża za rękaw, przyprowadziłam go tu i pokazałam mu ciebie przez uchylone drzwi. Potem opowiedziałam wszystko, a wreszcie spytałam, czy wziąłby mi za złe, gdybym ci dopomogła. Wiesz, co odpowiedział?

— Ta dziewczyna, leżąca w łóżku, podobna jest zupełnie do ciebie w czasie naszej żeniaczki Otóż powiadam ci, kto by jej nie pomógł i nie bronił, będzie miał ze mną do czynienia!

PLEBAN FINÓW.

Maji Lizy nie wychodziła z głowy macocha, jakby na nią ktoś rzucił urok, nie mogła myśleć o niczem innem od samego rana i chociaż wiedziała, że w Löwdali wszyscy są zajęci odlewaniem świec, mimowoli wstrząsała się, ile razy ktoś otwarł drzwi, ze strachu, że może wejść i zobaczyć jej karygodne zachowanie się.
Ach, gdybyż wiedziała, że pozwoliła sobie spać do ósmej! I nie koniec na tem, bo oto ciotka była tak dobra i przyniosła jej do łóżka kawę, mimo że Najjaśniejszy Pan zabronił surowo wszelkiego picia kawy. Coś strasznego stałoby się, gdyby o tem wiedziała macocha, gdyż z ogromną surowością przestrzegała wszelkich przepisów i ustaw. Niezawodnie z wielkiego oburzenia zjawiłyby się na jej policzkach, jak zawsze, dwie czerwone plamy rumieńców.
Gdybyż to wiedziała, że ciotka przez cały dzień nie tknęła roboty, jeno siedziała wraz z nią na ławie pod oknem, przy szerokim stole w jadalni i jak paplały bez końca! Co więcej, gdybyż to słyszała, jak ciotka śmieje się z opowiadań siostrzenicy o macosze i wszelakich, jej czynach!
Maja Liza nie była już teraz płaczką, odpoczęła, poweselała i ze śmiechem mówiła o różnych przeciwnościach swego życia. Macocha sądziła pewnie, że ciotka będzie dla Maji Lizy taką jak ona sama, przeto w padłaby w wielki gniew, będący skutkiem rozczarowania.
Nie dość tego, oto przybywając rano i zastając je obie z ciotką tylko, macocha nie miałaby powodu do tak wielkiego oburzenia, jak potem w ciągu dnia.
Przed południem zajechał nagle przed dom jakiś podróżny. Maja Liza obróciła się szybko do okna i zobaczyła wysokiego, przystojnego mężczyznę, wysiadającego z małych, zielono malowanych sanek. Ubrany był w samodziałową, fryzową odzież koloru tak jasnego, że wydawała się białą. Nie miał futra, ale z zachowania jego i ruchów, gdy witał pana domu, wynikało wyraźnie, że musi być człowiekiem niezwykłym.
Ciotka tak dalece nawykła do podróżnych, że nie raczyła nawet wyjrzeć oknem i Maja Liza musiała poprosić, by się obejrzała i powiedziała jej, kim jest ten śliczny pan.
Ciotka mogła w samej rzeczy zaspokoić jej ciekawość. Przed domem stał we własnej osobie pleban z Finnerudu, pastor Liljecrona.
Dobrze, że macocha nie widziała, jak drgnęła na dźwięk tego nazwiska. Ciotka to spostrzegła i spytała rozciekawioną. Ale z ciotką było co innego, mogła jej bez obawy opowiedzieć szczegółowo o proroczym placku i śnie. Usłyszawszy to, byłaby macocha jeno zadarła pogardliwie głowę.
Przeciwnie, ciotka brała wszystko zupełnie poważnie.
— Nie najgorszaby to była dla ciebie partja, gdybyś go dostała, — rzekła — jest on bowiem nietylko przystojnym mężczyzną, ale i człowiekiem, co się zowie.
Maja Liza zdumiała się wielce. Ciotka nie mogła chyba przypuszczać, że wyjdzie za plebana z Finnerudu. Miejscowość ta położona wysoko, na północy i dalej do niej jeszcze niźli do Westmarku. Zresztą mieszkają tam jeno Finowie, przybyli przed dwustu laty, którzy się dotąd jeszcze nawet po szwedzku nie nauczyli. Dla Maji Lizy było Finnerud tak nieznanem i dalekiem, jakby leżało w Laponji.
Ale ciotka uspokoiła ją. Wyperswadowała, że nie musiałaby wcale mieszkać w Finnerud. Pastor Liljecrona jest już od lat jedenastu plebanem w tej norze i wyjedzie niewątpliwie do Sjöskogi celem objęcia tej parafji w zarząd.
Maja Liza zrozumiała teraz zainteresowanie ciotki. Pochodząc ze starego pastorskiego rodu, wiedziała dobrze, że Sjöskoga uważaną była za najlepszy pastorat w całej diecezji.
Siostrzenica jednak odparła, że w samej rzeczy nie obchodzi ją ani Finnerud, ani Sjöskoga, bowiem mąż jej musi być plebanem w Svartsjö i mieszkać w Löwdali.
— Tak teraz mówisz, — zauważyła ciotka — ale zmienisz zdanie, gdy się trafi ten, który ci jest przeznaczony. Wówczas nie będziesz myślała o gospodarstwie, ani parafji.
Ciotka mówiła tak poważnie, że Maja Liza mimo woli wyjrzała powtórnie. Pleban był naprawdę przystojnym mężczyzną, rosłym, o niebieskich oczach, donośnym, wesołym głosie, dolatującym aż do wnętrza domu. Gospodarz słuchał go uśmiechnięty, a ze stajni i szop spieszyli parobcy, by zająć się koniem.
— Patrz jak wszyscy zbiegają się zewsząd. Zaraz widać, że przybył pleban z Finnerudu, którego kocha każdy. Przypuszczam, że nie odjedzie zaraz, ale pobędzie trochę u nas, możesz tedy pogwarzyć sobie z nim.
Ledwo ciotka skończyła, otwarły się drzwi i pastor wszedł.
Od progu już zawołał do ciotki, że mąż jej chciał go zaprowadzić do paradnej sali gościnnej, ale nie może znieść samotności. Poprosił matki Małgorzaty o pozwolenie pozostania w izbie prywatnej, zwłaszcza, że wypadnie mu posiedzieć czas pewien. Oświadczył, że przybywa zamówiony umyślnie przez brata swego, zarządcę Henriksbergu, który się spóźnił. Niewiadomo zresztą, o co idzie. Bardzo późną nocą przyniósł mu wiadomość goniec-narciarz, wyruszył zaś w drogę o świcie, mimo wszystko jednak zarządca hut henriksberskich powinien był stawić się przed nim na umówionem miejscu.
Słowa płynęły z jego ust jak woda. Ciotka Małgorzata podeszła doń na powitanie i Maji Lizie wydało się, że jest uradowana, podobnie jak parobcy. Z trudem doszedłszy do słowa, oświadczyła, że może pozostać w izbie, jak długo chce. I tak zresztą przestanie niedługo tędy przejeżdżać, bo otrzyma wysoki urząd, więc chociaż mu złożyła gratulacje, wyraziła jednocześnie żal, że go u tracą wszyscy w tej okolicy.
Uczynił niecierpliwy gest.
— Ach, matko Małgorzato! — zawołał. — Nie wiem doprawdy co czynić! Najchętniej zrzekłbym się wszystkiego! Cóż to u licha! Ach nie, kląć przecież nie wypada plebanowi.
Ten ostatni wykrzyk spowodowany został tem, że spojrzenie jego padło na Maję Lizę. Siedziała spokojnie przez cały czas na ławce i nie zobaczył jej dotąd.
Dziewczyna popadła w wielkie zakłopotanie, gdy spytał:
— Cóż to za ślicznotkę macie w domu, matko Małgorzato?
Ciotka powiedziała, kim jest Maja Liza, ale nie zmieniło to wcale na lepsze jego zachowania.
— Aj! — zawołał. — Powinienem się był sam domyśleć, że to jedna ze słynnych z piękności pastorówien löwdalskich!
Dodał, że się cieszy z jej widoku, bo kilka razy już prosił matki Małgorzaty, by go zatknęła z siostrzenicą celem stwierdzenia, czy prawdą jest to, co o niej powiadają.
Zakłopotanie Maji Lizy zmieniło się w strach wielki. Czegoś podobnego słuchać nie wypadało, stanowczo nie. Cóżby powiedziała macocha... a, prawda, macocha była w Löwdali i robiła świece.
Ciotka dostrzegła jej przestrach i postanowiła odwieść pastora od nieustannego gapienia się na siostrzenicę.
Zadała mu tedy pytanie, czy możliwem jest, by odstąpił od starań o prebendę w Skjöskodze. Przecież taki pastorat w tak młodym wieku dostać, to istne szczęście. Dotąd kąski tłuste dostawały się jeno osobom starszym i statecznym.
Liljecrona wzruszył ramionami i oświadczył, że nigdy mu o to nie szło. Szczęście ma ponad zasługę i zadowolony jest zupełnie z dotychczasowych. warunków życia.
Ciotka spytała, czy się zgłosił.
Potwierdził dodając, że uległ naleganiom rodziny.
O Maji Lizie zapomniał zupełnie, jakby jej nie było. Myślał o własnych teraz jeno sprawach, chodząc po izbie wielkiemi krokami, marszcząc czoło i rękami machając. Długi lok włosów spadał mu głęboko na czoło, odrzucał go, ale spadał znowu. Widocznie nie zwracał na to uwagi, jak wygląda, ale Maja Liza przyznać musiała mimowoli, że jest przystojny i wszystko na nim pięknie wygląda. Nagle stanął tuż przed ciotką i poprosił, by mu udzieliła rady, gdyż sam tyle się narozmyślał, że już nie wie nic.
Usłyszawszy to, Maja Liza w stała. Wydało jej się niewłaściwem siedzieć tu i słuchać cudzych tajemnic. Ale jakby miał oczy w plecach, spojrzał, gdy się jeno ruszyła, i poprosił, by została, gdyż sprawia mu to wielką radość, gdy ma coś pięknego przed oczyma.
Przedziwnie doń już widać nawykła, gdyż się nawet nie zarumieniła. Nie potrzebowała zresztą, czuła to dobrze, wstydzić się słów jego, uważał ją bowiem jeno za piękną laleczkę. Ani razu nie przyszło mu do głowy, że lalka ta słyszy i widzi.
Rozmawiając w dalszym ciągu z ciotką, siadł tyłem do Maji Lizy na szerokim stole i pewną była, że o niej znowu zapomniał, ale nagle w połowie jakiegoś zdania siadł okrakiem na krześle i wlepił w nią oczy.
Pytał, czy matce Małgorzacie wiadomo, ile mieli z nim kłopotu mieszkańcy Finnerudu w początkach pobytu? Czy wie, że zaraz po pierwszem kazaniu Finowie i Finki zadali sobie z najwyższym podziwem pytanie, jakiego przestępstwa się dopuścił, że tu, do nich został przysłany.
Ciotka chciała odpowiedzieć, ale nie dopuścił jej do słowa. Takie, mówił, zadawali sobie pytania Finnerudczycy i mieli potrochu rację. Wiedzieli, jakie mieszkanie mogą dać swemu plebanowi, jaką pobierać będzie pensję, to też nie było im tajnem, że dostają tych jeno duszpasterzy, których żadna inna gmina nie chce. Jeśli tedy dostali właśnie jego, to musiał coś...
Urwał nagle i zamilkł, jakby nie wiedząc co mówić, a ciotka skończyła zdanie.
— Sądzili, że pan pastor jest za przystojny i za młody, by iść do takiej gminy.
Podjął na nowo i mówił szybko.
— Ano tak! Widzieli, żem nie stary i chociaż nie rozumieli szwedzkiego kazania, przekonali się, że umiem mówić i dobrze śpiewać. Rada w radę, zarówno mężczyźni jak i kobiety doszli do przekonania, że jestem człowiekiem godnym mieszkania w plebanji o wielkich, wysokich komnatach i pięknych szklanych oknach, a przeto nigdybym się tu u nich nie znalazł, gdybym nie miał jakiegoś błędu.
— Trudno im w samej rzeczy było myśleć inaczej! — wtrąciła ciotka.
— Tak, tak, musiał być we mnie jakiś ukryty błąd! Ile razy któryś Fin jechał do szwedzkiego okręgu ze skórami niedźwiedzi, czy kożuchami na targ, otrzymywał zawsze polecenie dowiedzenia się, jak moja sprawa wygląda naprawdę.
Rzekłszy to, zerwał się z krzesła i zaczął znowu wędrówkę po izbie. Do tej chwili musiał czuć oburzenie. Ciotka jednak roześmiała się i spytała, czy wysłańcy doszli do jakichś wiadomości.
— Ach, cóż mogli Usłyszeć? To jeno chyba, żem został na własne żądanie osadzony we Finnerudzie.
Finowie i Finki wiedzieli po latach tyle, co z samego początku. Oczywiście nikomu nie przyszło do głowy, iż młody pastor dlatego właśnie do nich przybył, że są małą, zaniedbaną duchowo i od własnego narodu odciętą grupą ludzi. O nie, w tem tkwić musiało coś innego.
— Ci biedacy nie odznaczają się rozsądkiem, — zauważyła ciotka — nie można ich sądzić zbyt surowo.
— Nakoniec musieli uwierzyć, żem nie uczynił nic złego, dowiedziawszy się o tem ze źródła pewnego absolutnie, ale to ich nie zaspokoiło. Musieli sobie skonstruować własne objaśnienie, czemu tu jestem. Zgodzili się po długich naradach na pogląd, że przybyłem jeno po to, by się wprawić w funkcje pastorskie, ale pójdę sobie niezawodnie natychmiast, gdy się jeno oswoję z kazalnicą.
— I w tem się omylili! — rzekła ciotka.
— I w tem także! Od jedenastu lat jestem w Finnerudzie! — krzyknął i roześmiał się krótko. — A do dzisiejszego dnia nie mogą się parafjanie moi uspokoić i medytują ciągle nade mną. W całej wsi niema jednego wykształconego człowieka, więc zrozumieliby, gdybym się użalał na osamotnienie. Rozumieliby również, gdybym się zamknął z książkami w domu i został dziwakiem. Ale zrozumieć nie mogą pastora, który od rana do nocy włóczy się po górach, poprzestaje na obcowaniu z Finami i Finkami, interesuje zbiórką siana po trzęsawiskach, oraz regulacją potoków górskich, a wkońcu chodzi z nimi polować. Nie, takiego pastora zrozumieć nie może nikt!
Liljecrona siadł znowu okrakiem na krześle i obrócił się tak, że patrzył wprost w oczy Maji Lizie. Ale mówił dalej do ciotki.
— Pobywszy lat kilka w Finnerudzie, spróbowałem pewnej niedzieli kazania w języku fińskim. Popłakali się wszyscy w całym kościele ze wzruszenia i, jak długo trwało nabożeństwo, nie podejrzewali mnie o nic. Ale ledwo wyszli z kościoła, wrócili niezwłocznie do swej nawyczki. Co też zamierzał pastor osiągnąć, każąc dziś po fińsku. Udali się do starego Pekki, służącego mi za parobka, i spytali, czy pan pastor chce może, by wystawiono nową plebanję. Ale Pekka odparł, że zauważył, iż pastor zadowolony jest z prostej chaty fińskiej z jedną izbą i bez komina, tak że trzeba otwierać okno w dachu, by wypuścić dym. Dowiedziawszy się tego, poszli równie mądrzy jak przedtem.
— Nie zawsześmy byli dobrzy dla cudzoziemców, panie pastorze! — zauważyła ciotka.
— To prawda! — przyznał. — Niejeden z parafjan moich nie może do dziś dnia pojąć rzeczy tak prostej jak życzliwość. Uradowaliby się szczerze, gdybym przybrał minę ponurą i zaczął narzekać, iż marnuję młodość pośród prostych chłopów fińskich, że jednak jestem wesół, to ich niepokoi i gnębi.
To samo powtórzyło się, kiedym nauczył Finki uprawy lnu. Chodziłem z niemi po polu, pokazywałem wszystko, sam siałem, międliłem, czesałem, a gdy w chatach fińskich znalazło się własne przędziwo, zbudziła się zaraz w duszach mieszkańców dawna podejrzliwość. Co zamierzał pastor, biorąc się do uprawy lnu? Nikt nie rozumiał tego i gromada udała się znowu do Pekki. Spytano go, czy nie zachodzi obawa, by pastor zażądał nowej drogi do plebanji. Parobek odparł, że niema o tem mowy, pleban bowiem zadowolony jest z drogi starej, chociaż strasznie wyboista, pełna dziur i poza porą zimową nie nadająca się wogóle do użytku.
Matka Małgorzata przyznała, że sytuacja tego rodzaju może gniewać, i spytała, czy dlatego właśnie zamierza się wynieść?
— To jeden z powodów głównych! — odrzekł. — Przekonałem się, że posiąść ich zaufania nie zdołam nigdy, ale krok stanowczy uczyniłem na usilne prośby matki mej i całej rodziny, która nie dawała mi spokoju. Byli oni równie nierozumni jak Finowie i zasypywali mnie perswazjami, bym nie marnował życia w zapadłym kącie. Ile razy otwierało się miejsce w którymś z pastoratów, bardziej im południu wysuniętych, zawsze kusili mnie. Nie zwracałem na to uwagi dawniej, gdyż chciałem obowiązek mój spełnić do końca. Gdy jednak opróżniła się Sjöskoga...
Urwał nagle, stanął tuż przed Mają Lizą i zapatrzył się w nią, potem zaś rzekł zadumany, jakby mówił do siebie:
— Takiej jak ta dziewczyny nie dostałbym oczywiście, zostając w Finnerudzie.
Najniedwuznaczniej uznawał ją tedy za piękną, ale też nic ponadto. Spoglądał na nią jak na martwy obraz. Nawet macocha odkryćby nie zdołała śladu czułości w oczach jego, spoczywających na niej tak długo.
Za chwilę mówił znowu o swoich troskach i kłopotach.
— Gdy zmarł owdowiały już poprzednio pastor sjöskogski Cameen i pastorat zawakował, wpadło mi do głowy starać się o to stanowisko. Chciałem tem zrobić przyjemność matce i zgłosiłem się, wiedząc z góry, że wygrać nie mogę. Sjöskoga pozostawała stale w rękach jakiegoś starego profesora, lub radcy szkolnego i nadawano tę prebendę po bezpośredniem zwróceniu się danego kandydata do króla. Przytem chciałem się ubawić widokiem min moich fińskich parafjan. W każdym razie głównie na żart pojechałem z dokumentami do Karlsztadu.
Podczas drogi, coraz to większe opadały mnie wątpliwości. Pewnie mnie wszyscy wyśmieją i osądzą, że zuchwałością jest ze strony fińskiego kapelana z zapadłych gór starać się o tak wielkie pastorostwo. Ale będąc już w drodze, postanowiłem dojechać na miejsce, przyrzekłem sobie tylko nie dobywać wcale dokumentów, zanim się dowiem, kto się zgłosił przede mną.
Podróż trwała dłużej niż sądziłem i dotarłem do miasta na godzinę ledwo przed ostatecznym terminem składania podań. Umieściwszy gdzieś konia, w ostatniej nieledwo minucie, zdążyłem jeszcze do kancelarji konsystorza.
Idąc po schodach do kancelarji, uczułem żal i postanowiłem dać wszystkiemu spokój.
Ale sekretarz konsystorjalny był mym dobrym przyjacielem, to też chciałem go pozdrowić, nie wspominając słówkiem o Sjöskodze, a pozorując bytność w Karlsztadzie, chęcią zobaczenia się z matką.
Zaledwo jednak wetknąłem głowę do środka, sekretarz zawołał:
— Nakoniec jawi się odpowiedni na Sjöskogę kandydat. Czekałem na ciebie przez cały czas trwania konkursu.
Zrazu sądziłem, że sobie żartuje i oświadczyłem, iż nie wiem, skąd mu to wpadło do głowy, gdyż ja tylko ze względu na matkę przybyłem do Karlsztadu. Zresztą, dodałem, trzebaby chyba mieć zajączki, by się kusić o stanowisko, które król przeznacza zawsze dla jakiegoś zgrzybiałego luminarza wiedzy z Upsali, lub Lundu.
— Wszyscy się grubo mylicie! — odrzekł sekretarz. — Nie macie jeno odwagi. Teraz są inne czasy, jak za nieboszczyka króla. Uradowałem się, widząc ciebie, bo mamy dotąd dwa jeno zgłoszenia, a co najmniej trzech nam potrzeba. No, dalej, pokazujże dokumenty!
W ten sposób zostałem niejako uwiedziony do zgłoszenia, a za powrotom do domu pytałem sam siebie, czyli mam jakieś widoki. Wkrótce jednak wróciłem do zwykłych zajęć i zapomniałem o wszystkiem. W czas jakiś dostałem pismo z konsystorza, zostałem postawiony jako trzeci kandydat w ternie i za parę tygodni musiałem wygłosić w Sjöskodze kazanie próbne.
Nie uradowałem się tem ni na chwilę i nie cofnąłem zgłoszenia dlatego tylko, by nie powiedziano, iż boję się próbnego kazania w gminie zamieszkałej przez mnóstwo bogatych kmieci i ludzi wykształconych. Matko Małgorzato, wiecie, że pochodzę ze starego, pastorskiego rodu, nie chciałem tedy okazać się czemś gorszem, niż ojciec mój i dziad. Pojechałem tedy, wygłosiłem kazanie, a słuchacze siedzieli w kościele jak trusie. Nikt nie wiedział, co myślą a ja byłem bardzo wesół, że cała historja skończyła się nareszcie. Tymczasem wyobraźcież sobie, przed samemi świętami zawiadomiono mnie, że wybory odbyły się i wszystkie głosy padły właśnie na mnie.
Wyrzekł to tak ponurym głosem, iż matka Małgorzata roześmiała się mimowoii w głos i powiedziała, że jeśli stanowczo nie chce, to może każdej chwili zrezygnować.
— Tak też uczyniłem! — odparł, — ale biskup polecił mi osobnym listem cofnąć rezygnację i trwać przy zgłoszeniu, bo mam największe szanse nominacji. Matka dowiedziała się też o wszystkiem i błagała, bym nie odrzucał szczęścia, a prócz matki rzuciła się na mnie cała rodzina, bracia, siostry, kuzyni, kuzynki, słowem mnóstwo ludzi, o których przedtem nie wiedziałem wcale, iż istnieją.
— Mieli rację, — powiedziała Małgorzata niesposób bowiem przecież wiecznie...
Liljecrona przerwał jej jednak zaraz. Biegał niemal po izbie i przyciskał do czoła pięści z wyrazem tragikomicznej rozpaczy.
— Wiecie, matko Małgorzato — wołał — co uczynili moi fińscy chłopi? Dowiedziawszy się, że zamierzam odjeżdżać, ruszyli do lasu, zrąbali kilka sosen i przywlekli mi pod próg drzewo na nową plebanję. Nie podwyższyli wprawdzie pensji mojej, ale widocznie chcieli polepszyć wszelkiemi środkami mą dolę. Jednego dnia znalazłem w sankach piękną skórę łosiową, innym razem duży kubeł masła pod drzwiami. Spotykając mnie, poszczególni ludzie? niewiele mówili, ale gdym stał na kazalnicy, oczy wszystkich, dorosłych zarówno, jak malców skierowane były na mnie i rozumiałem, co myślą. Oczy ich mówiły. — Jakże byś nas mógł porzucić? W takim razie wielka szkoda zaś się wogóle zjawiał pośród nas! — Wówczas to poznałem, że pragną, bym pozostał.
Zbliżył się do matki Małgorzaty i wziął jej twarde, spracowana dłonie w swoje.
Potem rzekł głosem tak serdecznym, że ciotce i Maji Lizie łzy stanęły w oczach:
— Powiedzcież, droga matko Małgorzato, gdyby się zjawił ktoś i oświadczył wam, że możecie udać się do pałacu pańskiego, ale musicie wzamian opuścić całe swe gospodarstwo i wszystko czem zajmowałyście się w życiu, powiedzcież, cobyście uczyniła?
Nikt się nie dowiedział, co by uczyniła ciotka Małgorzata, gdyż Maja Liza uznała, że nie powinna siedzieć cicho w tej chwili. Na policzki jej wystąpiły rumieńce i głosem drżącym od uniesienia zawołała, że winien zostać w Finnerudzie. Niema celu iść do Sjöskogi, tam bowiem poradzą sobie bez niego doskonale. Tak dużo dobrego dał Finom, że niesposób sobie wyobrazić, by ich mógł nagle porzucić.
Mówiłaby pewnie dłużej jeszcze, ale ktoś ruszył klamką i mimo, że nie była to macocha, ale jedna z dziewek służebnych, straciła kontenans i zmieszana urwała w pół słowa.
Ale młody pastor zrozumiał ją i przystąpił z wyciągniętymi ramionami. Zdawało się, że ją przytuli do serca, ale powstrzymał się i tylko uścisnął jej gorąco ręce.
— Mamzel Majo Lizo! — zawołał gorąco — Droga Majo Lizo! Pani jest pierwszą osobą mojej sfery, która wierzy w użyteczność mego pobytu, pośród nieszczęsnych chłopów fińskich. Dziękuję pani z całego serca i zapewniam, zapewniam...
Urwał w momencie kiedy miał złożyć przyrzeczenie. Głos mu utknął w gardle, ręce drżeć zaczęły, a kiedy zdumiona podniosła oczy na twarz jego, ujrzała że wstrząsa nim namiętność wielka. Obrócił się, przeszedł kilka razy po pokoju, przystąpił ponownie, pochylił ku niej i powiedział głosem zmąconym przez wzruszenie:

— Cofnę się, jeśli zdołam, a jeśli nie zdołam, winną temu będzie może sama właśnie panna Maja liza.

KOWAL Z HENRIKSBERGU.

Jeden jedyny moment dnia tego wolnym był dla Maji Lizy od uporczywej myśli o macosze, a mianowicie wieczór, kiedyto wraz z pastorem Liljecroną i wszystkimi domownikami siedziała w świetlicy przed płonącym kominkiem i słuchała grającego na skrzypkach pana domu, wysokiego, czarnego kowala z Henriksbergu, opartego o wielką szafę.
Było tu bardzo przytulnie i Maja Liza zaczynała rozumieć, że ciotka mimo swego stanu chłopskiego może się czuć szczęśliwą. Niezmiernie wygodnie i spokojnie siedzieli sobie wszyscy, każde zajęte robotą i gotowe paplać, a nie było różnic między parobkiem, a gospodarzem domu i dziewką a gospodynią. Szczęście omija może dlatego właśnie wielmożów, że wynoszą się dumnie ponad swych podwładnych, a w rezultacie, jako plon otrzymują jeno samotność i różne przeciwności. Maja Liza mogłaby była powiedzieć, że tu jest bliżej ziemi niż gdzieindziej, stoi na pewnym gruncie i nie jest wystawiona na tyle zmian i przełomów. Takie wrażenie pewności i bezpieczeństwa dawała stara, chłopska świetlica.
Ileż zmian i przewrotów, oraz niebezpieczeństw naokół? Przyszło jej, gdy słuchała grania, na myśl, to co usłyszała o zarządcy Henriksbergu, który był ongiś znakomitym skrzypkiem.
Pastor Liljecrona opowiedział jej wszystko o bracie swym. Czekał nań przez cały dzień w Svanskogu, przeto rozmowa toczyła się w znacznej mierze o nim.
Maja Liza doznała tego zadowolenia, że przystojny pastor, spoglądający na nią zrazu niby na piękną laleczkę, rozmawia niemal wyłącznie z nią tylko od kiedy, że tak rzec można, wsiadła nań i ośmieliła się powiedzieć, że musi pozostać w Finnerud, a nie może brać bogatej parafji, Sjöskogi.
Spostrzegł tedy, że była również człowiekiem, toteż zaprzestał jej patrzyć martwo w twarz, a rozmawiał z nią przez całe poobiedzie, co jej sprawiało wielką przyjemność. Pleban z Finnerudu był to człowiek ujmujący wielce, naturalny, szczery i Maja Liza mogła doń mówić zupełnie jak do ojca swego. Po obiedzie wyszli na przechadzkę, bo nie mógł przez kilka godzin z rzędu siedzieć w pokoju. Spacerowali po gościńcu tam i z powrotem, aż do chwili zapadnięcia mroku, rozmawiając o bracie pastora.
Liljecrony, był to, podobnie jak rodzina Maji Lizy, stary ród pastorski, mogący się poszczycić tem, że przez trzy co najmniej pokolenia piastował godność pastorską w jednej i tejsamej gminie. Tak samo mogła się poszczycić Maja Liza, że jej matka, babka i prababka były pastorowemi w Svartsjö.
Gdyby dłużej żył ojciec Liljecronów, osiągnąłby wyższe wykształcenie również najmłodszy brat, Sven. Ale matka, zostawszy wdową, musiała troszczyć się o mnóstwo dzieci, przeto nie starczyło na koszta nauki. Natomiast zaofiarował swą pomoc jeden ze starych przyjaciół zmarłego ojca, właściciel hut z Ekeby Altringer, pod tym jednakowoż warunkiem, że kształcił będzie chłopca na użytek huty. Matka wdzięczną była wielce za tę ofertę i gdy Sven doszedł lat czternastu, posłano go do Henriksbergu, huty, zakupionej wówczas świeżo przez Altiingera. Na życzenie właściciela musiał zacząć studjowanie zawodu od początku, to jest od zamiatania biur, noszenia węgla i posługiwania wszystkim.
Trwało to bez przerwy, aż do siedemnastego roku życia. Pewnego dnia zdarzyło się, że zachorował jeden z kowali i posłano po zarządcę. Przybył, stanął ostrożnie przy progu stancji, w której leżał chory, popatrzył uważnie, potem zaś udał się wprost do biura, gdzie siedział nad robotą inspektor.
— Obejmie pan na kilka dni zarząd, panie inspektorze! — powiedział. — Ja muszę się udać w północne okręgi fińskie celem zakupu węgla.
Wyruszył niezwłocznie w drogę, a inspektor wyciągnął się rozkosznie na sofie biurowej i pomyślał, że dobrze jest bodaj na dni parę zostać panem całej huty. Niebawem jednak wezwano go do fabryki, bo zachorował kowalczyk w podobny sposób, jak poprzednio kowal od młota parowego. Inspektor udał się niezwłocznie na miejsce i, stanąwszy u drzwi, patrzył nań przez chwilę. Potem poszedł prosto nad wodospad, gdzie zazwyczaj łowił pstrągi praktykant.
Zastał tu Svena i kazał mu iść z sobą do biura.
— Słuchaj, Liljecrona! — powiedział. — Zarządca wyjechał, ja zaś zaproszony jestem do Börnidet. Musisz pilnować huty przez dni parę. Tu masz klucze i kasę. Nie będziesz miał nic innego do roboty, tylko uważać, by ludzie pracowali jak zawsze.
Powiedziawszy to, wstał, zaś uczeń zajął miejsce w fotelu zarządcy i wydało mu się to rzeczą wspaniałą, iż króluje nad całą hutą hendriksberską.
Niedługo jednak posiedział, gdy przybył posłaniec z wieścią, że chory ma się coraz gorzej. Sven pobiegł na fabrykę i wszedł do mieszkania chorego kowala. Ale nie zatrzymał się przy drzwiach, jak inni, jeno przystąpił do chorego, który był czerwony jak burak, spuchnięty i straszny przedstawiał widok.
— Czy wiecie co to za choroba? — spytał kowala.
— To ospa! — odrzekł chory. — Idź czemprędzej do biura zarządcy, gdzie się mieści fabryczna apteka i przynieś mi kamfory i kwasku solnego. Uczyń to, jeśli się nie boisz i nie zamierzasz uciekać jak tamci.
Sven pozostał, mimo że zachorowali wszyscy niemal robotnicy huty. O zarządcy i inspektorze słych zaginął, a w obrębie dziesięciu mil nie było lekarza. Sven i stara klucznica pielęgnowali chorych, wlewając im w usta wszystkie lekarstwa, jakie mieli w apteczce. Jak zawsze jedni pomarli, drudzy przyszli do siebie, a zaraza, nie mogąc przecież trwać wiecznie, ustała sama. Potem wszystko wróciło do porządku. Inspektor bawił w gościnie pięć miesięcy, zarządca przez pół roku kupował węgiel, potem obaj zjawili się triumfalnie w fabryce, a praktykant wrócił do zamiatania biur i chwytania pstrągów w wodospadzie.
Huta henrigsberska leżała w zapadłych górach, gdzieś na krańcu świata, wśród dziczy, mimo to jednak rozniosła się wieść o zdarzeniu i dotarła do uszu wielu. Pewnego dnia zjechał właściciel huty, stary Altringer. Ni słówkiem nie wspomniał o niczem zarządcy ni inspektorowi, jeno spytał, jak się bierze do rzeczy młody Liljecrona. Zarządca wystawił mu dość dobre świadectwo i oświadczył, że stałby się użyteczną siłą w hucie, gdyby jeno bardziej się fachem zainteresował. Jest zdolny, ale często chodzi jakby rozmarzony i wówczas wydaje się, że cała fabryka nic go nie obchodzi.
Altringer zażądał rozmowy osobistej z chłopcem i kazał go wezwać do biura. Gdy Sven przyszedł, Altringer postawił go przed sobą, spojrzał mu bystro w oczy i spytał, czemu nie uciekł jak inni podczas epidemji ospy.
Sven nie odparł nic, zaczerwienił się tylko strasznie, jakby to było pytanie najgorsze z pośród wszystkich na świecie.
— Nie bałeś się, chłopcze? — badał stary.
— Bałem się...
— Czułeś tedy odpowiedzialność za hutę?
— O nie....!
Po dobrej chwili, z trudem udało się Altringerowi wydobyć prawdę. Oto Sven został dlatego, ponieważ w biurze wisiały na ścianie skrzypce zarządcy, na których w czasie, gdy był sam, mógł grać dowoli codziennie.
— Ach tak! Więc lubisz muzykę! — rzekł Altringer. — Chodź, chłopcze, poprosimy zarządcy, by ci raz jeszcze pożyczył skrzypków. Posłucham chętnie.
Tego nie bał się Sven zgoła! Nastroił instrument i zagrał starą piosenkę, którą się od kowali nauczył.
Altringer śmiał się zrazu, ale potem spoważniał. Odczuł, że chłopak wkłada w tę pieśń coś, co sprawia, że oklepany utwór brzmi zgoła inaczej.
— Słuchaj, chłopcze! powiedział. — Jutro jedziesz ze mną. Będziesz w Sztokholmie pobierał naukę gry na skrzypcach....
Maji Lizie historja ta wydała się nad wyraz piękną, ale spytała zaraz, dlaczego Sven nie pozostał w Sztokholmie i znajduje się ponownie w Henriksbergu.
Liljecrona odparł, że powodziło mu się w stolicy doskonale, że studjował tam przez lat pięć i został artystą, który niczego już nie może nauczyć się we własnym kraju. Altringer był zeń bardzo zadowolony i zamierzał właśnie wysłać go zagranicę tak, by nie potrzebował wstydzić się innych mistrzów, gdy nagle Sven wrócił.
Zjawił się pewnego dnia w Ekeby i spytał Altringera, czy niema w którejś z hut wolnego miejsca inspektora.
— Hm.... możeby i było, — odrzekł starzec — czy masz przyjaciela, chłopcze, któremu byś chciał dać tę posadę?
— Proszę o nią dla siebie samego! — oświadczył Sven. — Przez długie lata pracowałem w hutnictwie i sądzę, że dopełnię należycie obowiązków inspektora.
— No, a muzyka? — zdziwił się.
— Z muzyką skończyłem! — zawołał — Wydaje mi się, że w życiu nie tknę smyczka.
Altringer spojrzał mu bystro w oczy. Sven miał zawsze smutek w oczach, teraz jednak zdał się wcieleniem melancholji.
— Widzę, że cię spotkało coś złego! — powiedział. — Wyznaj mi wszystko, chłopcze. Właśnie obliczałem przed twym przyjazdem, czy cię mogę wysłać zagranicę.
Svenowi trudno było mówić. Zgryzł wargi i walczył z drżeniem głosu.
— Czy pan nie słyszał o tem, co mnie spotkało? — spytał.
— Nie! — zapewnił starzec i poprosił, by Sven opowiedział wszystko szczegółowo.
Sven zdecydował się wkońcu.
W Naxecie odbywała się raz zabawa w jednym z największych domów mieszczańskich, na którą był również zaproszony. Ale przygrywano do tańca na starym, rozstrojonym fortepianie, to też brakło należytej ochoty. Wziął do rąk skrzypki i zaraz zmieniło się wszystko. Młodzi i starzy tańczyli do upadłego, a ile razy ustawał, klaskali, tupali i wołali, by zaczynał na nowo. Niestety, sprawa skończyła się strasznie. Jedna z córek gospodarstwa domu tańczyła zbyt zawzięcie. Nagle, pośród najszaleńszych pląsów zwisła na ramieniu tancerza, osunęła się na ziemię i zmarła.
Altringer przyznał, że jest to zdarzenie bardzo przykre dla Svena, ale nie dowodzi wcale, by przez nie miał porzucać całą karjerę artystyczną.
— Musisz to, chłopcze, przeboleć i iść dalej! — powiedział mu. — Zdaniem mojem znaczną część winy ponosi tancerz tej nieszczęśliwej.
— O, nie! — odrzekł. — To ja skłoniłem ją do tańca. Przez cały wieczór grałem dla niej jedynie. Przecudnie wyglądała w tańcu, była żywa i lekka jak płomień, tańczyła zresztą dla mnie jeno, jak ja dla niej wyłącznie grałem.
Altringer wzruszył ramionami.
— To są urojenia, drogi chłopcze! Nie dziwię się zresztą, że dziś tak mówisz, ale za tydzień wyślę cię zagranicę i wszystko będzie dobrze.
— Nie, łaskawy panie, — odparł — nie będzie dobrze. Gdziekolwiekby mnie pan posłał, nie zapomnę nigdy, że muzyka moja pozbawiła życia człowieka.
Altringer spojrzał mu bystro w oczy.
— Czyś ją kochał? — spytał.
— Tak! — przyznał Sven. — Tego samego wieczora prosiłem o jej rękę.
Umilkł Altringer i nie było już mowy o wysyłaniu Svena zagranicę.
— Dobrze! — zgodził się. — Zostań tedy, chłopcze, zarządcą Henriksbergu aż do czasu, kiedy przebolejesz i zapomnisz. Wprawdzie nie znasz wszystkiego, co potrzeba na tak odpowiedzialnem stanowisku, ale ufam twemu sprytowi, wiem że się nauczysz, a co rzecz najgłówniejsza, wierzę ci bez zastrzeżeń.
W ten sposób stało się, że Sven Liljecrona porzucił skrzypce, a został zarządcą huty.
Maja Liza słuchała nie przerywając ni słówkiem. Dziwiło ją bardzo w głębi duszy, że ma lada chwila ujrzyć tego, który przeżył rzecz tak tragiczną, a umiał tak wiernie dochować miłości.
Milczała długo, potem zaś zwróciła się nagle do pastora i spytała:
— Czy brat pański ma ciemną cerę i czarne włosy?
— Tak! Cały jest czarny jak noc! — odrzekł.
Natychmiast przyszło jej na myśl, że zadała pytanie bardzo naiwne, ale przez cały ciąg opowiadania o Svenie rozmyślała, czy nie wygląda przypadkiem tak jak wysoki, czarny kowal z Henriksbergu. Wszakci i on miał niezmiernie smutne oczy. Nie mogła tego objaśnić, ale obaj zlali się w jedną postać w jej wyobraźni.
Patrząc na opartego o szafę, grającego wesołą polkę kowala, nie mogła pozbyć się tej myśli, że on to właśnie doznać musiał wszystkiego, czego się przed niedawnym czasem dowiedziała.
Minął ich, gdy Maja Liza i pastor spacerowali po gościńcu i zapadł taki zmierzch, że postanowili wracać do domu. Sanki przemknęły obok nich tak szybko, że żadne rozeznać nie mogło, kto w nich siedzi. Pastor twierdził, że to jego brat, który jawi się wreszcie, zaś Maja Liza pewna była, że widzi czarnego kowala.
I tak też było. Gdy się znaleźli przed domem, zawiadomił ich gospodarz, że przybył z Henriksbergu posłaniec z wieścią, iż zarządca nie może dziś się widzieć z bratem w Swanskogu. Przywiózł list. Posłaniec znajduje się właśnie z koniem w stajni, powiedział, przeto może pan pastor pomówić z nim osobiście.
Pastor udał się zaraz do stajni, a Maja Liza poszła do ciotki, która siedziała już u kołowrotka w otoczeniu prządek, w pobliżu ogromnego ogniska. Maja Liza usiadła obok ciotki i podawała jej przędzę. Niebawem nadeszli gospodarz i parobcy, każdy ze swoją robotą, a krąg wokoło ogniska rozszerzył się. Ostatni przybył pastor Liljecrona z kowalem. Mieli zamiar wybrać się tegoż jeszcze wieczoru razem do Henriksbergu, ale koń musiał przedtem wypocząć po odbytej drodze. Przystojny pastor usiadł tak blisko Maji Lizy, jak jeno wypadało, zaś kowal zaszył się w kąt najciemniejszy i usiadł zdala od innych. Rozmowa potoczyła się żywo, rozbrzmiały śmiechy, paplanina, opowiastki, aż wreszcie ciotka Małgorzata zwróciła się do kowala i poprosiła, by im zagrał kilka piosenek, gdyż powiadają, że dobrze gra.
Niebardzo się dał prosić, wziął od gospodarza piskliwe jego skrzypki i, stanąwszy pod szafą, wygrywać zaczął polki i stare tańce narodowe, ni lepiej ni gorzej niż każdy inny grajek wiejski w okolicy.
Maja Liza odczuła mimo wszystko coś w rodzaju rozczarowania. Pochodziło to stąd, że ogarnięta została marzeniem i nie mogła odróżnić wyobraźni od rzeczywistości. Przez cały wieczór dumała o człowieku, który narzeczoną swą wpędził muzyką w śmierć, a jednocześnie jawiła jej się postać kowala. To też sądziła, że i on posiadać musi w smyczku swym ową wielką, groźną moc, co pozbawia ludzi życia zapomocą tonów.
Nie mogła się otrząsnąć z urojenia i ciągle łapała się sama na marzeniach, na patrzeniu w grającego kowala i na zadawaniu sobie pytania, czy naprawdę nie jest już w stanie myśleć o nikim, prócz tej, którą utracił.
Kowal zrzucił sztywny, obcisły kabat furmański, w celu wygodniejszego poruszania rękami, i Maja Liza, rzucająca nań ciągle nieznaczne, przelotne spojrzenia, dostrzegła wiszącą u zegarka wielką, błyszczącą monetę.
Drgnęła na myśl, że może to być ów talar, który mu posłała. Kowal bywa zazwyczaj biedny, skądże więc ten kowal posiadał zegarek. Czyż mu go podarował zarządca? A choćby i tak było, to dziwne, że zawiesił tak drogocenną monetę bezpożytecznie u łańcuszka?
Zdumiała się sama nad sobą, dziwiła, że może siedzieć spokojnie i nie skoczy, objawiając wszystkim, jak sprawy stoją.
On to był sam, Sven Liljecrona! Człowiek, który wpędził muzyką ukochaną w śmierć, stał tam oto. W jednym momencie nabrała tak wielkiej pewności, że gotowa była przystąpić i wezwać, by się nie taił dłużej, bo ona wie, kim jest.
Dlaczegóż jednak przybył przed kilku tygodniami do Loby w odzieży zwykłego czeladnika huty? Tego pojąć nie mogła. Może strój ten wydał mu się najstosowniejszy w drodze do chłopskiej zagrody. Nie poznano go tam i wszyscy sądzili, że jest kowalem, przeto pozostawił ich w tem mniemaniu. Może nawet obawiał się mówić, kim jest; dostawszy się w sam wir uroczystości weselnej.
Maja Liza zaprzestała podawać ciotce przędziwo i przysłoniła ręką oczy. Dlaczegóż to jednak przebrał się dzisiaj? — przyszło jej na myśl.
Nie potrzebowała dumać długo, wszystko zrozumiała wyraźnie. Chciał czegoś, tym razem miał jasno wytknięty cel, chciał, by ona i brat jego...
Ach, jakże to było piękne i cudowne! Zrozumiała, iż chciał, by ona i pastor Liljecrona poznali się i pomówili z sobą. Tak było niezawodnie! Gdy mu wczoraj doręczono talara, wysłał niezwłocznie gońca-narciarza do brata i zwabił go do Svanskogu. Tutaj kazał mu na siebie czekać przez cały niemal dzień, a przybywając wieczorem użył przebrania. Sam nie myślał o sobie, szło mu wyłącznie o brata.
Stał teraz tam oto i wygrywał chłopskie piosenki i tańce ku uciesze chłopstwa. Zarzekł się wprawdzie muzyki, ale tego za muzykę uznać przecież nie mógł.
Wszystko to powiedział Maji Lizie nie rozum, lecz uczucie poddało jej te myśli. Nie wiedziała też, czy ma radować się, czy płakać.
Jedno kwestji nie ulegało, mianowicie, że mu się spodobała i dlatego urządził spotkanie z bratem. A może zdjęła go jeno litość z powodu, że smutne wiedzie w domu życie? Chciałże jej dać rozsądnego, dzielnego sprzymierzeńca, zdolnego do wyzwolenia z wszelkich trosk i kłopotów?
Tak, tak, sam miał swe wielkie cierpienie, którego przezwyciężyć nie zdoła nic. Ukochana zmarła i nigdy zapomnianą zostać nie mogła. Maja Liza była dlań jeno biedną dziewczyną, płaczącą pod piecem, w chwili gdy ją ujrzał po raz pierwszy i jej to przez dobroć serca chciał zgotować szczęście i zaszczyty.
Podniosła głowę i ogarnęła wszystkich spojrzeniem, nie zbierało jej się teraz na płacz, choć była głęboko wzruszona, myśląc o człowieku, który dla siebie samego niczego już nie żąda od życia.
Rozwarła szeroko oczy, myśl jej pracowała raźno, a serce przepełniały jednocześnie radość i ból. Była daleko, bardzo daleko od wszystkiego, co ją, w normalnym czasie troskało i bolało. W tej właśnie chwili ktoś ujął za klamkę i głowa czyjaś ukazała się w drzwiach.

Maja Liza skierowała osłupiałe spojrzenie na wchodzącą, jakby patrzyła na osobę obcą zupełnie, i nie szła witać jej. Ciotka odrzuciła kołowrotek i wstała, ale Maja Liza nie ruszyła się z miejsca i nie mogła otrząsnąć z marzeń. Bardzo niejasno jeno uświadomiła sobie, kto przybył, wówczas nawet, gdy posłyszała chrapliwy głos zawiadamiający, że macocha zabrała się z Bengtem, by przywieźć pasierbicę, zaś ciotka wyraziła przekonanie, iż pani pastorowej nie spieszno tak przecież do domu, by nie zdjęła okrycia i nie zjadła wspólnie wieczerzy.

CHORĄŻY.

Pastorowa löwdalska miała zwyczaj obarczać wszystkich, drobnemi zleceniami i posyłkami. Ile razy ktoś mijał plebanję, chłop czy pan, wychodziła na schody kuchenne i póty kiwała ręką i wołała, aż przystanął. Potem musiała biegnąć co prędzej Maja Liza albo mała Nora na ulicę i prosić przejeżdżającego, by z łaski swej zabrał funt masła, który pani pastorowa chce sprzedać kapitanowi z Borgu, lub oddać grzebień tkacki wypożyczony od starej pani Moreus.
Czasem dawała im nawet przedmioty ciężkie, wielkie i nieporęczne, to też każdy mijając Löwdalę, drżał ze strachu. Trudno było jakoś odmawiać prośbie pastorowej, a z drugiej strony niesposób było przesmyknać się obok plebanji, by nie widziała.
Posiadała w każdym razie wybitny talent narzucania drugim swych spraw i życzeń, skoro nawet taki nicpoń jak piękny Örneclou musiał jej raz z musu uczynić przysługę.
Nie zapowiadało się wcale, że nastąpi wielka przyjaźń pomiędzy chorążym i pastorową, gdy zjawił się w Löwdali w ostatnim tygodniu stycznia. Przybywał zazwyczaj w tym czasie i bawił tydzień lub dwa tygodnie. Zaraz w pierwszej chwili postanowiła tak sprawą pokierować, by oberwańcowi zatruć każdą godzinę pobytu. Nastały właśnie dni wytężonej pracy po rozlicznych uroczystościach świętalnych, to też nie można było ścierpieć gościa, którego trzeba było obsługiwać.
W dodatku musiano podejmować nietylko Örnedou, ale również jego konia, bo chociaż był biedny jak mysz kościelna, przybywał zawsze własnym ekwipażem. Koń musiał dostać jeść, pić i zostać oczyszczony, panu jego również niczego nigdy braknąć nie mogło.
Pastorowa obmyśliła całą kampanję przeciw wygodom i nawyczkom chorążego. W pierwszej linji kazała zanieść jego kuferek do izby gościnnej podlejszej, nie zaś głównej kwatery, w której pomieszczano go dawniej, gdzie był kominek, łóżko z baldachimem i miękkiemi poduszkami oraz sprężynowym materacem. Mimo to chorąży miał minę wprost uszczęśliwioną, znalazłszy się w małej, zimnej stancyjce.
— Tutaj zawsze sypiać chciałem! — zawołał. — Pokoik ten to t. zw. „przytułek noclegowy,“ gdzie przyjmuje się na plebanji pierwszego lepszego, który przybędzie, prosząc o nocleg. Tutaj pewny być mogę, że nawet o późnej godzinie znajdę jeszcze towarzystwo. Sypiam, jak wiadomo, licho, to też, potrzebuję kogoś do rozmowy. W wielkiem łożu głównego pokoju gościnnego jest zawsze duszno, nierównie zdrowiej i lepiej przespać się w wąskiem łóżeczku na słomie.
Zachwycał się dalej tą okolicznością, że nie było tu ani ogniska, ani pieca, a pokój otrzymywał nieco ciepła tylko z olbrzymiego komina kuchennego, zajmującego połowę przestrzeni. Było to stanowczo na styczeń za mało, ale chorąży zachwycał się brakiem dymu i sadzy oraz jednolitą temperaturą przez dzień cały.
Podobało mu się również urządzenie pełne prostoty, niemalowany stół i zwykłe, nie wyściełane, stołki. Na pewno nic nie zniszczy, rurkując swą perukę lub farbując wąsy.
Tak się rozwodził szeroko, póki służąca była w pokoju, niewiadomo jednak zgoła, jaką przybrał minę, gdy wyszła. Dzień był mroźny i w nieopalonej stancyjce rozkosznie mu nie było. Mimo to przebierał się i muskał. Gdy się zjawił na obiad, policzki jego pałały przedziwną barwą, a brwi miał wspaniale wymalowane. Niktby się nie domyślił, że arcydzieła tego dokonał zgrabiałemi od zimna palcami.
Pastorowa wiedziała doskonale, że niema większego smakosza nad chorążego Örneclou. Nietylko chciał jadać dobrze przyrządzone potrawy, ale ucztować w pięknie umeblowanym pokoju na cienkiej bieliźnie stołowej i jeść srebrnym widelcem.
W czasach dawnych, nie wątpiła wcale pastorowa, podejmowano chorążego w sali i podawano mu, co było najlepszego. Tym razem kazała nakryć w komorze, przy kuchni bez żadnej zastawy i ofiarowała gościowi kapuśniak i kiszkę krwawą.
Örneclou miał najcudniejszy humor i sadził się na pochlebstwa dla pastora, gratulując mu, że się ożenił powtórnie. Dawał za przykład starego pastora z Sjöskogi, który był całe lata wdowcem, chociaż mógł się ożenić i opływać we wszystko. Gdy go ostatni raz odwiedził, w jadalni nie była zamieciona podłoga, tak że musieli jeść w sypialnym pokoju. Brakło też czystego obrusa, wszystkie były zaplamione, a służebnym dziewczętom nie chciało się nawet gotować codziennie. Kapuśniak z niedzieli podawano ciągle, a szczęśliwi byli jeszcze obaj, gdy go na długo starczyło.
Stary przyjaciel i druh z Löwdali urządził się zgoła inaczej, a znaleźćby nie można w całej okolicy tak dzielnej jak żona jego gospodyni domu. Wszędzie rozbrzmiewają hymny ku jej czci, a jadąc tu, czuł naprzód w ustach smak łakotek, jakich się tutaj na pewno spodziewał. Pozatem nieoceniona to rzecz dla Maji Lizy, że może się nauczyć, jak należy nakryć stół, jak się przyrządza i podaje potrawy, a któż lepiej jej to pokaże, jak nie osoba obeznana z wykwintnemi domami.
Piękny Örneclou miał specjalny talent mówienia złośliwostek, które zazwyczaj trafiały do celu. Ale Anna Marja Raclitz nie zaliczała się do osób wrażliwych, rzekła tedy swym chrapliwym głosem:
— Jeśli się panu chorążemu nie podobało u wdowca, należało wyjechać poprostu!
Örneclou spostrzegł, że jeśli nie obierze innej taktyki, nie będzie jadł w sali i spał w ciepłem łóżku.
Radby był nawet zaraz jechać, ale szło o co innego. Czuł, że go chce wygnać kobieta i nie mógł na to pozwolić. Nie zdarzyło się to jeszcze w jego życiu i niepodobna mu było z tem się pogodzić.
Dochodził już, coprawda, czterdziestki, ale wyglądał dobrze, a dotąd nie oparła mu się jeszcze żadna kobieta.
I został. Spędził kilka godzin z pastorem na grze w szachy, potem zaś, gdy tenże poszedł omawiać z Bengtem jakieś sprawy gospodarcze, udał się do bawialni i wszczął rozmowę z pastorową.
Pani Raclitz siedziała wyprostowana i sztywna na krześle pod oknem i, korzystając z ostatnich przebłysków dnia, cerowała pończochę.
Örneclou uczynił próbę zdobycia fortecy. Oświadczył, że się starzeje, ale przezto nabiera rozsądku. Dziewczęta, to istoty nieobliczalne i zmienne, postanowił tedy skończyć z miłostkami i oto pozwala sobie prosić o radę szanowną kumę, (wszak tak zwać wolno żonę bliskiego przyjaciela) i o pomoc w celu wynalezienia damy starszej nieco, choć nie za starej, dobrej i gospodarnej, któraby się zająć chciała biednym kawalerem, jakim on jest właśnie.
Pastorowa siedziała dalej nieporuszona i w gęstym już mroku nie można było widzieć, jaki ma wyraz twarzy. Ale Örneclou miał wrażenie, że usta jej drgnęły trochę. Czyżby zeń drwiła?
Tam u kata! Z niebezpieczną jakąś osobą ożenił się stary Lyseljus! Örneclou wiedział doskonale, że można pozyskać sobie starszą damę, zwierzając się jej z zamysłów małżeńskich.
Nigdy w życiu jeszcze nie rozmawiał z żadną kobietą o czem innem prócz miłości i małżeństwa, to też żaden inny temat nie przychodził mu do głowy. Zaczął tedy raz jeszcze i powiedział rzecz wprost przeciwną poprzedniej.
— Widzę już, kochana kumciu — oświadczył, — że taką mi u pani wyrobiono opinję, iż sądzisz, jako nie mógłbym się zadowolić żoną niepiękną i niemłodą. Nie jest tak, zaprawdę, albowiem poza innemi zaletami posiadam również trochę rozumu. Cóżby pani powiedziała, gdybym wziął na oko taką np. Maję Lizę Lyseljus, zwłaszcza, że pani to właśnie kształci ją na dzielną...
Urwał przezornie Örneclou, chcąc wybadać, czy może się posunąć dalej. Ciemność schodziła coraz to większa, tak, że nie mógł dostrzec rysów twarzy nietowarzyskiej zgoła istoty.
Miał wrażenie jednak, że pastorowa uśmiecha się milczkiem.
— Wiem dobrze, — podjął znowu, — że Maja Liza wyjdzie pewnie za pastora, tu dalej mieszkać i rządzić będzie. I wiele za tem przemawia. Lyseljus wynajdzie jej już młodzieńca, co się zowie, który poza staniem na kazalnicy potrafi jeszcze jąć się dzielnie gospodarki jak on sam. Mąż taki jak ja, musiałby się co chwila uciekać o pomoc i radę do teściowej, a to by była rzecz uciążliwa wielce.
Droga kumeczko, wiem że dla was najlepszą będzie rzeczą, gdy zostaniecie wdową (okropnie podupadł pastor w czasach ostatnich), osiąść sobie w stancyjce jak pani Beata Spaak i nie troszczyć się o nic.
Pastorowa siedziała ciągle prosta, niema, wyciągając i wbijając igłę w pończochę, którą jej oczy chyba jeno dostrzec jeszcze mogły. W pewnym momencie obróciła się jednak profilem ku oknu i Örneclou zobaczył, że śmieje się istotnie.
Przekonany, że żaden cios dosięgnąć jej nie zdoła, wstał, chcąc udać się do swego pokoju celem rurkowania peruk, lub gufrowania żabotów, co czynił zazwyczaj, gdy był zły.
Nagle jednak zwróciła się doń pastorowa i zadała mu ze swej strony pytanie:
— Panie chorąży, jeździ pan ciągle z miejsca na miejsce i zna wielu ludzi, czy zna pan tego Liljecronę, który jest pastorem w Finnerudzie?
Chorąży przeraził się. To co powiedział o małżeństwie, uczyniło na niej widocznie wrażenie. Może Liljecrona upatrzony był na małżonka, a słowa jej dały do myślenia, że nie całkiem na to się nadaje.
— Ollę Liljecronę znam doskonale! — powiedział. — Byłem u niego nawet kilkakrotnie w Finmarku. Jest to człowiek, co się zowie i wszystko umie. Wyuczył nawet ludność, zarówno mężczyzn jak kobiety przeróżnych, użytecznych zatrudnień.
— Rada bym się dowiedzieć, czy nie rzucił okiem na naszą Maję Lizę! — westchnęła. — Choć coprawda słyszy się same jeno pochwały.
Udawała macierzyńskie zainteresowanie, ale chorąży wyczuł w tonie słów, że nie byłaby od tego, by posłyszeć jakąś plotkę o konkurencie.
— O, droga kumciu! — zawołał. — Pani jest zbyt rozsądną osobą, by za ostro sądzić młodzież! Zważyć należy, że Finnerud to zapadła dziura, a on żyje w zupełnem osamotnieniu. Ja w takich razach ostatni rzuciłbym kamień. Nie da się mimo wszystko zaprzeczyć, że Liljecrona żyje od kilku lat z pewną kobietą tamtejszą na wiarę. Ale sprawa ta da się bardzo łatwo uregulować, a Maja Liza może o niczem nie wiedzieć.
Ciemność zmusiła pastorową do zaprzestania cerowania, mimo to nie zaświeciła lampy, ale wzięła robotę na drutach, która nie wymagała udziału oczu. Druty poruszały się cicho i regularnie, gdy jednak Örneclou powiedział, że pastor ma kochankę, zgrzytnęły w jej rękach, jakby z przerażenia.
Głos jej był zgoła zmieniony, gdy rzekła:
— Cóż to pan powiadasz, chorąży! Wszakże niepodobna, by pleban... Cóż na to biskup?
— Ach, droga kumciu! — pospieszył. — Nie mecie chyba jak daleko w górach leży Finnerud. Pewny jestem, że prócz mnie nikt o rzeczy nie wie, nawet jego najbliższa rodzina. Sam przypadkiem jeno wpadłem na trop i nie mówiłem oczywiście nikomu. Byłbym to i przed panią zataił, gdyby nie poczucie obowiązku poinformowania czułej i zapobiegliwej matki.
Örneclou odkrząknął i ciągnął dalej:
— Zmusza mnie pani do powiedzenia więcej niżbym chciał, ale powtarzam, czuję żem powinien przedstawić sprawę w pełnem oświetleniu. Zaręczam, że aż do odwiedzin u niego, w święta nic a nic nie wiedziałem. Nie zastałem go, przybywszy, ale gospodyni przyjęła mnie jak najlepiej, prosząc bym zaczekał na powrót pastora. Trwało to dość długo, a ja tymczasem zacząłem rozmowę z kobieciną. W swoim rodzaju niezrównana to osoba i nie Finka z pochodzenia, ale z szwedzkiego okręgu, jak tam powiadają, i wyborna gospodyni. Z podziwem niekłamanym widziałem, jak stara się na każdym kroku umożliwić Liljecronie, nieznośne w samej rzeczy życie pośród dziczy.
Siedzimy sobie tedy, gadając o tem i owem. Nie jest to nic więcej, jak dziewczyna wiejska, ale zupełnie do rzeczy i rozsądna. Po niewielkiej chwili uczułem, że jej coś dolega. Pani wie, że umiem postępować z kobietami, to też nabrała rychło zaufania. Spytała wprost, czy wierzę w to, by Liljecrona dostał wielki pastorat. Obiecał jej przed ośmiu jeszcze laty, gdy tylko przyszła, że się z nią ożeni, skoro dostanie lepsze miejsce. Teraz jednak napadł ją strach, bo owa Sjöskoga to ma być coś niesłychanego. Może pomyśli sobie Liljecrona, że nie nadaje się na pastorową tak wielkiej parafji?
Zrozumie pani, że była zrozpaczona. Starałem się uspokoić ją z wszystkich sił i obiecałem, że wybadam Liljecronę, jakie ma plany. Nazajutrz powiedziałem mu otwarcie, że spostrzegłem nielegalny stosunek, który winien uporządkować. Wyznał, że jest na to za biedny. Gdy się ożeni ze swą dziewką, jak się wyraził, zostanie ona żoną, a wówczas musi jej dać do posługi drugą dziewkę. Możesz być pewny dodał, że wówczas już nie wydoi krowy, ani nie pomoże Pekce w polu. Oczywiście jednak ożenię się z nią, gdy jeno będę mógł. Dopowiedziałem: gdy dostaniesz Sjöskogę’? Ach, odrzucił, nie pragnę wcale Sjöskogi i zamierzam zrzec się jej.
Örneclou zamilkł. Ledwo mógł dostrzec pastorową w ciemnościach, nie słyszał też szelestu drutów i zrobiło mu się nieswojo. Nie wiedział, czy nie popełnił tu, jeśli już nie występku, to co najmniej wielkiej nieostrożności.
— Powiedziałem wam, droga kumciu, wszystko com wiedział — rzekł po chwili. — Proszę, nie róbcie sobie z tego nic. W całej chyba diecezji niema znakomitszego młodego kapłana niż Liljecrona. Zważcież, że jest to prawdziwe bohaterstwo żyć przez lat jedenaście w nędzy, pośród fińskich chłopów, mając takie zalety i talenty. Jest on podobny do owego, powiedziałbym Korsykanina, o którym tyle gadają w czasach naszych.
Milczenie trwało dalej, a chorąży czuł się coraz gorzej. Już zaczął na nowo pieśń pochwalną dla, Liljecrony, gdy pastorowa wstała nagle z krzesła i rzekła głosem zgoła inaczej brzmiącym, niż dotąd, podczas rozmowy z nim:
— Mąż mój wraca! Udaj się doń, Örneclou, i pogadajcie sobie, miast tu siedzieć w ciemności ze mną. Uraduje on się pogwarką z tak dobrym jak pan przyjacielem.
Od tej pory stała się, jak przewrócona na drugą stronę rękawiczka. Örneclou podejmowany był w paradnej sali, sypiał w najlepszej izbie, a podawano mu przysmaki, jakich nie dostawał sam nawet pastor.
Nie bardzo się temu dziwił. Wiedział zdawiendawna, że mu się oprzeć nie może żadna kobieta, o ile jeno włoży w jej pozyskanie tyle trudu, ile go zażył w tym wypadku. Mimo wszystko jednak wyglądało to dość tajemniczo. Örneclou dumał, dumał i przyszedł do wniosku, że pastorowa rozważyła jego propozycję, zaakceptowała ją i godzi się wziąć go za zięcia.
No tak, mruknął Örneclou, niewiele sobie robiąc z tych całych zalotów. Niechże i tak będzie, godzę się ostatecznie na Maję Lizę. Pewny był zupełnie, że ją dostanie. Wszakże przyszła teściowa otaczała go niewysłowioną życzliwością, odgadując poprostu z oczu, czego sobie życzy.
Chciał odbyć jeszcze przejażdżkę po Wermlandji przed związaniem się ostatecznem i wstąpić wszędzie tam, gdzie go zdawna serdecznie i gościnnie podejmowano. Po ożenku, mając babę i gospodarstwo, będzie oczywiście musiał siedzieć na miejscu. Tak pomyślawszy, zrozumiał, że nie może pozostać w Löwdali tak długo jak zazwyczaj, ale powinien wyjechać czem prędzej, oczywiście poto, by w tym krótszym czasie wrócić tu i osiąść na stałe.
Pewnego ranka oświadczył, że musi jechać, a z miny pastora i pastorowej przekonał się, że im to zrobiło wielką przykrość. Chcieli go skłonić, by został, ale był niewzruszony i oświadczył, że przed wieczorem jeszcze musi stanąć w Karlsztadzie.
Nie powiedział wprost, że wydala się poto jeno by wrócić i zostać panem Löwdali, ale to było zrozumiałe samo przez się. Pastorowa miała zbyt wiele sprytu, by się nie domyśleć co to wszystko znaczy.
Zanim jeszcze wyjechał, uczuł że w serce jego wdziera się tęsknota, za tem miejscem, gdzie będzie na pewno szczęśliwy.
Właśnie ubierał się w futro, gdy nadeszła pastorowa i spytała, czy zechce jej oddać przysługę. Dziedziczka z Lökene zamówiła u niej koguta, to też radaby go posłać przez niego, o ile muto zlecenie nie wyda się zbyt uciążliwem. Jadąc do Karlsztadu, musi z konieczności minąć Lökene.
Chorąży zgodził się natychmiast z radością.Po pierwsze mógł w ten sposób wyświadczyć przysługę przyszłej teściowej, a po wtóre miał okazję wstąpić do Lökene i wziąć udział w wyśmienitej biesiadzie.
Godząc się, nie wiedział oczywiście Örneclou, że kogut jest żywy.
Ponieważ sanki jego były maleńkie i nędzne nad wyraz, nie mógł uczynić inaczej, jak postawić kojec z kogutem na siedzeniu głównem, sam zaś przykucnął z tyłu na małem siodełku, przeznaczonem dla chłopca stajennego.
Do końca nie stracił jednak ostrej miny, by pokazać starej Racltz, że będzie miała zięcia uległego i grzecznego niesłychanie.
Kiedy odjeżdżał, był śliczny dzień styczniowy. Słońce dogrzewało jak w marcu, a o mrozie nie było mowy.
Örneclou czuł, że od czasu przyjazdu swego do Löwdali stał się innym zgoła człowiekiem. Löwdala i Maja Liza! Posiadać i rządzić! Mieć własny dach nad głową i przyjmować przyjaciół wedle upodobania. Jakże to różne od całorocznej tułaczki od dworu do dworu, wśród ciągłej niepewności w momencie zatrzymania konia przed podjazdem, jak się zostanie przyjętym.
Droga była dobra, posuwał się tedy szybko naprzód i dotarł do Loby. Spotkał tu jadącego na furze siana starego wieśniaka. Był to Björn Hindrikson.
— To bardzo porządny człowiek ten Björn Hindrikson! — powiedział do siebie Örneclou i zatrzymał konia, by zamienić słów kilka z jadącym. Björn Hindrikson był sąsiadem Löwdali, to też OÖrneclou, mający zostać rychło jej panem, chciał sobie pozyskać jego przyjaźń.
Niestety, w chwili gdy stanął, coś wrzasnęło nagle: Kukuryku! Tak się przeraził, że omal nie spadł z małego, tylnego siodełka. Zupełnie zapomniał o kogucie.
Fingal chorążego ni drgnął, przeżył on niejedno i nic go już przerazić nie mogło. Mniej był jednak obeznany z życiem kasztan Björna, to też poniósł, przewrócił wóz, a cały ładunek spadł do rowu..
Nie była to zgoła właściwa metoda zawierania przyjaźni sąsiedzkiej. Rozgniewany Örneclou śmignął Fingala, a gdy sanki ruszyły, kogut umilkł zaraz.
Jechał dalej prosto przed siebie i dumał znowu o Maji Lizie. Była piękna, miała dopiero siedmnaście lat, a Löwdala była jej własnością. Tak, tak, on jeden godny był posiąść owo szczęście, on, Örneclou, mimo, że nie zaliczał się już właściwie do młodzieńców.
Ukazało się coś przed nim w dali. Mężczyzna i dama, jechali konno i można się było założyć, iż damą była hrabina Dohna na zwykłej przejażdżce wierzchem.
— To szelma, ta wdowa z Borgu! — mruknął Örneclou. Prawdziwą przyjemność sprawiało patrzyć, jak doskonale siedzi i powoduje koniem. Szkoda tylko, że wszędzie włóczyła z sobą jakiegoś czarnowłosowego emigranta, którym się opiekowała z zapałem
Örneclou stanął, zlazł z siodła i, zdjąwszy czapkę, przybrał, minę pełną podziwu. Nagle zapiał kogut. Hrabina ściągnęła cugle i obejrzała się zdumiona. Skądże wziąć się mógł kogut w szczerem polu, w tak znacznej odległości od zagród wiejskich?
Możeby to przeszło niespostrzeżenie zresztą, gdyby kogut nie zapiał po raz drugi. Teraz zrozumiała wszystko, że zaś posiadała pewną dozę złośliwości, przeto wdała się z Örneclou w rozmowę, zmuszając go w ten sposób do stania na gościńcu przez kilka minut.
Kogut piał bez przestanku, drąc się za każdem słowem, jakie wypowiedzieli.
I to wszystko wytrzymać musiał piękny Örneclou, najelegantszy kawaler Wermlandji. Musiał się wystawić na szyderstwo tego rodzaju.
Hrabina siedziała na koniu, rozmawiała i udawała, że zgoła nie słyszy koguta, przecinającego zdanie co chwila i głuszącego słowa.
Przez czas pewien stał jak na żarzących węglach, a pot strachu spływał mu z czoła. Wkońcu jednak nie mógł wytrzymać, skoczył na siodełko i ruszył, co koń wyskoczy.
Pianie ustało natychmiast, zato jednak doszedł go jasny, perlisty, donośny śmiech hrabiny i szedł za nim aż do granic wsi, aż do końca podróży, baaa... prześladował go do końca życia.
Z wielką ochotą otwarłby wieko kojca i puścił koguta, by leciał do djabła, ale nie zapomniał o Maji Lizie i Löwdali, przeto postanowił oprzeć się pokusie i wytrzymać do końca. Nie chciał popaść w niełaskę u teściowej za żadną cenę. Pomyślał też, że gdy minie kościół svertsjoeńki, droga wieść będzie samotną okolicą leśną, gdzie z pewnością nikogo już nie spotka.
Na nieszczęście pogoda niezwykle piękna wywabiła na świat mnóstwo osób, tak że roiło się od wycieczkowiczów. Za małą chwilę ujrzał chorąży komendanta swego pułku. Örneclou dawno ukończył służbę wojskową, ale mimo dymisji uważał za swój obowiązek zachować maniery dostojne i pełne godności, przystojne człowiekowi, który kroczył ongiś przez pole chwały.
W chwili, kiedy się podniósł, oddając zamaszysty ukłon, zapiał kogut.
Do prawdziwej rozpaczy doprowadzić mogło to chyba każdego. Nieszczęsne przygody jawiły się jedna po drugiej. Same niepowodzenia przez całą drogę.
Nakoniec, wydostawszy się na grzbiet gór sundgaardskich, spotkał nowego właściciela dóbr björneńskich, Melchiora Sinclaira.
Tego tylko brakowało dotąd! Niepowodzenie osiągnęło punkt kulminacyjny. Opinja powszechna nadała Sinclairowi przezwisko „koguta,” z powodu wrzaskliwego charakteru, pyszałkowatości i popędów awanturniczych.
Sinclaire wiedział o tem przezwisku i nie był zeń oczywiście zadowolony. Przeciwnie, w obecności jego nikt nie śmiał wspomnieć nawet o kurach, ni jajach.
Przerażony Örneclou postanowił nie zatrzymywać się przy Sinclairze dla pozdrowienia go, ale minąć tak szybko, jak tylko biec potrafi poczciwy Fingal.
Cokolwiek jednak dziś podjął, zawsze wszystko źle wypaść musiało. Dziedzic wracał z Karlsztadu, gdzie sobie kupił właśnie nowe janczary, dzwoniące tak wspaniale i rozgłośnie, że podniecony tem kogut zapiał w przejeździe, dwa razy głośniej niż przedtem.
Örneclou uniósł się i śmignął Fingala mocno po brzuchu, bo teraz w jego nogach jeno była nadzieja ratunku.
Nie tak łatwo jednak przyszło chorążemu wydobyć się z matni. Melchior Sinclaire zawrzał gniewem. Nie spostrzegł on stojącej przed Örneclou paczki z kogutem, natomiast jego samego poznał odrazu i pewny był, że zapiał w przejeździe umyślnie, by go obrazić.
Bez namysłu zawrócił i pognał za chorążym, by mu sprawić należyte lanie.
Örneclou usłyszał go za sobą i pomyślał, że nąjlepiejby było stanąć i wyjaśnić mu rzecz całą. W tem zapiał kogut ponownie i to tak głośno, że echo odpowiedziało z lasu, zaś Sinclaire, pewny drwin Örneclou, ryknął z wściekłości. Wobec tego stracił chorąży odwagę tłumaczenia, jeno śmigał raz po raz konia, by ujść pogoni.
Przez kilka minut gnali wierzchem grzbietu gór sundsgaarskich, ale kłusak dziedzica miał lepsze nogi od starego Fingala, to też nie ulegało kwestji, że go za chwilę dogoni. Örneclou, obejrzawszy się, ujrzał tuż za sobą Sinclaira z podniesionym batem w ręku, i zrozumiał, że bat ten spadnie na jego plecy za moment.
To go skłoniło do porzucenia nadziei na Maję Lizę i Löwdalę. Pochylił się, chwycił kojec z kogutem i cisnął Sinclairowi tuż przed konia na gościniec.
W ten sposób zdołał umknąć, inaczej byłby niewątpliwie zginął pod ciosami rozwścieklonego dziedzica, który wpadłszy raz w szał, nie słuchał tłumaczeń, racyj i ślepy był na wszystko.
Dotarłszy do gospody ilberskiej, uczuł, się chorąży zupełnie wyczerpanym i pewny był, że po tej jeździe nigdy już na dobre nie przyjdzie do siebie.
Żył jeszcze długo potem, ale do najpóźniejszej starości klął jak kapral, ile razy wspomniał tę przygodę.

W Löwdali nie pokazał się już wcale, bo znieść nie mógł żywego świadectwa wydarzenia, które zaliczał do najprzykrzejszych całego życia swego.

POWSZEDNI DZIEŃ.

Praca szła w Löwdali zwykłym trybem, rano i wieczorami warczały kołowrotki, przypominając dudnienie młyna, a w ciągu jasnego dnia również nie próżnowano, nie kradziono Panu Bogu czasu, ale oddawano się zajęciom rozlicznym, głównie zaś szyciu i tkaniu.
Przez czas pewien pastorowa nie troszczyła się o małą Norę, jakby o niej zapomniała zupełnie. Nie dała jej innej roboty, poza uprzątaniem komory i podtrzymywaniem ognia. Atoli w dniu wyjazdu chorążego zjawiła się w drzwiach kuchni, skinęła na małą i kazała iść z sobą do bawialni.
Nora usłuchała natychmiast, mimo że się strasznie bała zostać sam na sam z pastorową. Nietylko odczuwała do niej niechęć, ale także bała się tak dalece, że na sam jej widok dostawała dreszczy.
Strach ten był rzeczą dziwną, ale Nora tłumaczyła go sobie na swój sposób. Pastorowa nie mogła być osobą zwykłą, jak wszyscy ludzie. Nikt nie miewa włosów tak białych przy tak młodej twarzy, a nie zdarza się również, by kobieta mała i szczupła mówiła głosem grubym i dudniącym, niby wodospad. Pozatem, żaden chyba człowiek zwyczajny nie zdołałby dokazać takiego mnóstwa rzeczy niemiłych i opacznych.
Ciągłe przychodziło jej na myśl, co matka mówiła o tym trojgu, co pozostali po wyschnięciu jeziora svartsjoeńskiego. Mamzel Maja Liza nie chciała tego słuchać, ale Nora wiedziała, kto był tą trzecią osobą i jakie przygody zdarzały się już z tego powodu w Löwdali.
Chociaż pastorówna nie miała ochoty, czy nie mogła o tem mówić, to zgoła inaczej na rzecz zapatrywali się inni mieszkańcy plebanji. Nora mogła też słuchać dowoli, wyśliznąwszy się do czeladniej, lub czworaków, gdzie długi Bengt, matka jego, stara Bengta, oraz żona jego, wesoła Maja, siedząc u ogniska cuda sobie opowiadali.
Zabierał głos długi Bengt i setki razy powtarzał, że stara wodnica, która żyła w jeziorze syartsjoeńskiem, uczuła się bezdomną po jego wyschnięciu. Nikt z ludzi rozsądnych nie przypuści chyba, by tak wielka pani mogła poprzestać na nędznym strumyku, płynącym obecnie przez dawne dno jeziora. To też wodnica stara się zawsze wśliznąć do jakiegoś dworu, lub większego osiedla. Tu i owdzie przebywała potrochu, ale ludzie dorozumiewali się na czas, kim jest, i wypędzali ją, zanim zdążyła narobić dużo złego.
Wesoła Maja wtrącała w tem miejscu opowieść o synu pastora Olava, dawnego plebana svartsjoeńskiego, który pewnej nocy wiosennej poszedł do strumienia, na dnie jeziora płynącego i utopił się. Musiała go zaczarować, gdyż inaczej nie mógłby był utonąć w tak małym strumieniu.
Długi Bengt przypominał zawsze ów ranek, kiedyto wraz z synami Vettera kosili trawę na mokradłach. On i chłopcy zaraz poznali, kto idzie na przełaj łąką. Osoba ta była mokra, a suknie jej ociekały wodą. Czyż nie dostateczne to były oznaki jej pochodzenia? A jakie obłędne miała oczy? Zaiste, oczu takich nie miewa żaden porządny chrześcijanin.
Nikt z obecnych nie miał najlżejszej wątpliwości co do rzeczywistej osobowości obecnej pastorowej svartsjoeńskiej, a godzili się zarazem wszyscy, że nie odejdzie, dopóki nie zrujnuje całego osiedla i wszystkich jego mieszkańców.
Mała Nora wierzyła w to święcie, zwłaszcza wieczór, gdy było ciemno. W dzień, jakoś nie zdawało jej się, by bezdomna wodnica z jeziora swartsjoeńskiego mogła chodzić po całej Löwdali, prząść i tkać. Ale niedowierzanie dziewczyny było mimo wszystko tak silne, że drżała na sam widok pastorowej.
Nie mogła uczynić nic innego, jak tylko usłuchać rozkazu, wstała tedy zaraz z krzesła i przeszła wraz z nią przez komorę, gdzie mamzel Maja Liza wyszywała mereżkę na brzegu prześcieradła. Znalazły się w sali, pięknej, wielkiej komnacie o meblach z żółto lakierowanej brzeziny i niebieskich chodnikach w szachownicę. Pokój miał dwa okna. Na jednem stała wysoka, zielona kalla w wazonie, pod drugiem mały stolik z przyrządami do szycia. Płyta tego stolika była podniesiona i już zdaleka dostrzegało się mnóstwo przegródek pełnych szpulek, nici, motków, kłębuszków jedwabiu, kawałeczków wosku, książeczek z igłami, znaków do chustek, tasiemek, haczyków, guzików i uszek, słowem wszystkiego co służyło do pożytku i wygody.
Pastorowa pokazała Norze wszystko, co było w przegródkach, i kazała jej zgadywać, co do czego służy. Była tak uprzejmą, że nawet usiłowała się śmiać, ile razy dziewczyna popełniła omyłkę, mimo, że śmiech był dla niej czemś tak niezwykłem, iż kąty ust wyraźnie stawiały mu opór.
Im uprzejmiejszą była pastorowa, tem mocniej zaciskała Nora usta i tem bystrzej łyskały jej uważne oczy. Baczyły, by nie ulec chytrości i nie dać sobie wydrzeć czegoś, coby się znowu mogło obrócić na niekorzyść Maji Lizy.
Tym razem nie było jednak, zda się, mowy o podstępie. Pastorowa siadła przy stoliku i posadziła Norę obok siebie celem nauczenia szycia, gdyż przyobiecała jej matce, że da jej wykształcenie nie byle jakie.
Najpierw pokazała jej, jak się nawleka igłę.
Sprawa to niełatwa dla podlotków, ale Nora zaraz za pierwszym razem wetknęła koniec nitki w uszko igły.
Pastorowa zdziwiła się wielce. Pochwaliła Norę, mówiąc, że sprawiła się dobrze, i zapewniła, iż może zostać mistrzynią szycia, jeśli wszystko jej równie łatwo iść będzie.
Potem dała jej kawałek płótna dla wprawy w stawianiu ściegów. Pokazała jak się robi węzeł na końcu nitki i jak się wtyka i wyciąga igłę.
Bez słowa słuchała dziewczyna wszystkich tych informacyj, potem wzięła płótno, położyła brzeg na wskazującym palcu lewej ręki i zaczęła stawiać ścieg za ściegiem, jakby nie było w tem nic trudnego.
— Na miłość boską, cóż to znaczy? — zdziwiła się pastorowa i powiedziała, że niczego podobnego nie widziała dotąd w życiu.
Nora nie mogła dłużej utrzymać poważnej miny i wybuchnęła śmiechem.
Pastorowa dorozumiała się teraz, jak sprawy stoją, i spytała, czy próbowała szyć przed przybyciem do Löwdali.
— Nie! — odrzekła. — Przed przybyciem do Löwdali nie zrobiłam ni jednego ściegu!
— A tak? Więc cię tutaj ktoś nauczył? Może mamzel Maja Liza?
Słysząc to imię w ustach pastorowej, Nora zadrżała i zaprzeczyła co prędzej, dodając, że uczyła ją pani Beata.
— Cieszy mnie, że to słyszę! — powiedziała pastorowa. — Dziwne tylko, że babka może szyć, mając ręce nadwerężone reumatyzmem?
— O i jak ślicznie szyje! — zawołała Nora. — Na całej plebanji nikt tak pewnie pięknie nie szyje, jak pani Beata.
— Ano to wiesz, co teraz zrobimy? — ozwała się pastorowa. — Udamy się zaraz obie do pani Beaty i złożymy jej podziękowanie za to, że cię szyć nauczyła.
Wstała, zabrała Norę i wyszła. Ale nie obrała zwykłej, prostej drogi, jeno okrążyła podwórze wzdłuż stajen i stodół szerokim lukiem. Pani Beata siadywała po całych dniach w oknie i widziała doskonale każdego, kto szedł do niej z plebanji, ale nie miała widoku od strony zabudowań gospodarczych.
Gdy się znalazły u stromych schodów, biegnących zygzakiem po ścianie aż do poddasza, poleciła pastorowa Norze, by poszła szybko przodem, bo młodzi mają dobre nogi, sama zaś pójdzie za nią powoli. Dziewczyna wbiegła po schodach, dudniąc głośno obcasami i w łomocie tym nie słychać było kroków skradającej się ostrożnie drugiej osoby.
Ile razy pastorowa przybywała do pani Beaty, zastawała ją siedząca z rękami, złożonemi na kolanach, i zawsze mówiła staruszka o tem, jak jej przykro, że nie nadaje się już do roboty. Wzdychając wspominała czasy, kiedy była dzielną pracownicą, chociaż nie dorównywała nigdy Annie Marji Raclitz.
Pastorowa uczuwała prawdziwe politowanie dla starej kobiety. Cóż za okropnem było takie życie bezczynne zupełnie i jak jej się dzień dłużyć musiał.
Gdy pastorowa stanęła teraz przed panią Beatą, robiła ona właśnie mereżkę wokoło prześcieradła, a ramię babki poruszało się tak zwinnie do góry i na dół jak skrzydełko skowronka.
Na widok pastorowej uczyniła ruch, jakby chciała ukryć robotę, ale zauważywszy, że już zobaczyła, szyła spokojnie dalej.
Pastorowa zbliżyła się i wyraziła wielkie zadowolenie, iż ją zastaje przy szyciu. Dziękować należy Bogu za ozdrowienie z ciężkiego reumatyzmu. Prosiła też, by jej pokazała robotę, gdyż zdaniem wszystkich nikt tak ślicznie szyć nie umie jak pani Beata Spaak, a ściegi jej leżą obok siebie niby perły nanizane na sznur.
— To ciekawe! — zauważyła pochylając się nad robotą pani Beaty. — Poznaję doskonale to prześcieradło. Jest to drugie z pary, jaką dałam dziś rano do roboty Maji Lizie. Może pani jej pomaga? I owszem, i owszem nie mam nic przeciw temu! Szkoda tylko, że pani to przede mną ukrywała, bo byłabym dostarczyła Maji Lizie więcej roboty. Jeśli z pary prześcieradeł robi jeno nad jednem, to jest to oczywiście czyste próżniactwo!
Pani Beata trzymała robotę w ręku. Nie mogła wyrzec słowa, bo dolna szczęka i cała głowa trzęsły się jej tak, jakby ktoś stał z tyłu i potrącał ją ciągle.
Pastorowa zwróciła się ku drzwiom mówiąc, że odchodzi, widząc jak spieszno babce wracać do roboty, a teraz gdy może już pracować, nie potrzebuje tyle towarzystwa.
Pani Beata wykrztusiła coś, co mogło znaczyć, że praca nakładana Maji Lizie przechodzi ludzkie siły i może pozbawić ją zdrowia i życia.
Ale pastorowa odparła żywo:
— O, wszyscy dobrze wiedzą, że Maja Liza wcale nie jest przepracowaną i że często spędza jeszcze noce na czytaniu. Nie wierzę, by młodym praca szkodziła. Szkodliwą jest jeno obłuda, kłamstwo i chodzenie, po krętych drogach.
Powiedziawszy to, wyszła i zanim pan i Beata zdobyła się na jakieś zrozumiałe słowo w swej obronie, drzwi zamknęły się już za nią. Schody, któremi pastorowa iść musiała, były strome i wąskie, to też poruszała się zwolna. Tymczasem zebrała siły pani Beata i w chwili, kiedy pastorowa znalazła się na dole, otwarła drzwi gwałtownie.
— Macocha! — krzyknęła za nią i to tak głośno, że wszyscy usłyszeć mogli w całem obejściu. Nie czekając odpowiedzi, trzasnęła drzwiami i zaryglowała je, by nie zostać drugi raz zaskoczoną.
Nic widać było po pastorowej, czy sobie coś robi ze słów pani Beaty. Humor miała doskonały i, wróciwszy na plebanję, kazała Norze iść do sali i szyć, dodając, że sama przyjdzie niedługo, tylko chce pomówić słów parę z Mają Lizą.
Nora zacisnęła usta i nie odrzekła nic, ale twarz jej przybrała ten wyraz, jaki miała onego dnia świątecznego, kiedy walczyła z burzą.
Stanąwszy w sieni, nie poszła, jak miała nakazane do sali, ale skierowała się ku kuchni.
Pastorowa spytała, dokąd idzie i czy słyszała, że ma szyć w salonie.
Dziewczyna odparła cichym głosem, że to jest już zgoła niepotrzebne.
— Dla czegóżto? — zdziwiła się pastorowa. Czy sądzisz, że szyjesz już tak świetnie, iż niczego więcej uczyć ci się nie potrzeba?
Odparła, że tak nie myśli, że dość jej tego co umie, bo zaraz wraca do Koltorpu.
Przystąpiła do pastorowej, podała jej rękę i dodała, że najlepiej będzie, gdy ją jednocześnie pożegna.
— Drogie dziecko! — zawołała pastorowa. — Nie rozumiem, o co ci idzie. Dlaczegożto chcesz koniecznie wracać do domu?
Nora cofnęła się kilka kroków, by być poza sferą bezpośredniej dosięgalności, potem zaś powiedziała:
— Matka moja służyła tu za niańkę w Löwdali i kocha bardzo mamzel Maję Lizę. Kiedy tu była w święta, powiedziała mi, że jeśli mamzel Maja Liza raz jeszcze dozna przykrości z mego powodu, nie wolno mi zostawać tu, ale mam zaraz wracać do domu.
Powiedziawszy to, przesunęła się wzdłuż ściany aż do samych drzwi kuchennych i tam stanęła, czekając co nastąpi.
Na policzki pastorowej wystąpiły czerwone plamy, podniosła pięść i zbliżyła się do dziewczyny. Nora stała wyprostowana, patrząc zimno na nią. Wiedziała, że zostanie obita, ale taką czuła nienawiść, że miast się bać, zadowoloną była, że raz przyjdzie do otwartej walki.
Nagle zaszło coś, o czem ani przez sen nie myślała Nora. Pastorowa nie dała jej nawet w twarz, przeciwnie opanowała się i uczyniła nawet wysiłek uśmiechu.
— Drogie dziecko, — powiedziała — wyglądasz niby kot chcący podrapać psa. Uspokój się jednak i bądź pewną, że nie tknę cię, widząc, że wierną jesteś tej, której służysz. Podoba mi się to bardzo i przyrzekam ci, że Maja Liza słowem jednem nie dowie się o tem, co dzisiaj odkryłam. To ci przyrzekam! A teraz chodźmy do sali i zapomnijmy o wszystkiem.
Nora zmieszała się wielce. Było w tem coś, czego nie rozumiała wcale. Jednak uradowana, że może pozostać na plebanji, nie wysilała się na rozwiązanie zagadki.
Ale gdy siadły do roboty, nie było już mowy o szyciu. Pastorowa dobyła z tajnej skrytki, umieszczonej pod przegródkami stolika elementarz, papier, gęsie pióro i flaszeczkę z atramentem.
Nora sądziła, że chce ją wyegzaminować z pisania i czytania, ale inny miała zamiar. Powiedziała, że w młodych latach musiała pomagać matce w pielęgnowaniu licznego rodzeństwa, to też nie nauczyła się pisać i czytać. Na stanowisku pastorowej, jakie zajmuje, jest to rzecz arcyniemiła, to też prosi, by zechciała ją nauczyć. Zakończyła oświadczeniem, że właśnie to miała na myśli, biorąc ją z sobą do Löwdali w czasie świąt, ale do tej pory czasu jej nie stało.
Nora uradowała się wielce i powiedziała, że z całą gotowością wyuczy pastorową wszystkiego, co sama umie.
— Tedy układ zawarty! — powiedziała pastorowa i poprosiła by całą tę naukę zachowała w ścisłej tajemnicy. Gdyby się dowiedziano, ludzie śmialiby się z niej. Będzie udawała, że uczy Norę szyć, a tymczasem każdego przedpołudnia spędzą tu godzinkę na nauce czytania i pisania.
Nora pomyślała, że nie może być w tem przecież nic złego.
Pastorowa wyraziła radość z powodu zawartego układu i ponowiła uwagę, jak przykrą jest rzeczą dla pastorowej, gdy nie umie czytać i pisać. Dziś naprzykład koniecznie należałoby wysłać list, a tu nie może go sporządzić! Zadawała sobie nieraz pytanie, czy Nora potrafiłaby napisać list pod dyktandem, gdy umie tak zręcznie stawiać na papierze litery?

— O, dlaczegóżby nie! — zawołała radośnie dziewczyna, podniosła opuszczoną klapę najbliższego stołu, położyła papier, odkorkowała flaszkę z atramentem i zaczęła gorliwie pisać to, co jej dyktowała pastorowa.

WIECZÓR WIOSENNY.

Pewnego pogodnego wiosennego wieczoru wyszła pastorówna wraz z Norą na przechadzkę. Czyniła to zdawiendawna, a ile razy wychodziła wieczorem, macocha kazała jej brać z sobą Norę, twierdząc, że nie wypada siedemnastoletniej dziewczynie chodzić samej po gościńcu.
Jak zawsze szły w kierunku południowym i to wolnym krokiem. Ale Nora nie mogła się dostosować do tak powolnego tempa, przeto wybiegała naprzód, lub zostawała daleko w tyle, by móc potem pędzić na złamanie karku i dopaść towarzyszki bez tchu w piersiach.
Droga wiodła wzdłuż lesistego wzgórza, stanowiącego granicę posiadłości löwdalskiej, a Maja Liza, idąc krok za krokiem dziwiła się, że Nora może znaleźć tyle rzeczy uciesznych i ciekawych na tej krótkiej i tyle już razy widzianej przestrzeni.
Przedewszystkiem było tu echo. Nora biegła co tchu naprzód aleją, by ją zbudzić. Wiedziała, gdzie drzemie. W niewielkiej odległości na drodze, wprost wielkiej löwdalskiej stodoły. Stawała tam zwrócona ku stodole i wołała:
— Ty mi echo bądź prorokiem...
— Bądź prorokiem! — odpowiadało echo.
— Czy ślub wezmę z nowym rokiem...
— Z nowym rokiem!
— Czy mój luby chłopczyk gładki...
— Chłopczyk gładki!
— I czy wielkie ma dostatki...
— Ma dostatki!
— Ty mi echo prawdę rzecz...
— Prawdę rzecz!
— Jeśli skłamiesz pójdę precz!
— Pójdę precz!
Pastorówna wyuczyła sama Norę tych rymów przed kilku miesiącami, ale sprawy stały wówczas zgoła inaczej. Dziś brakło jej sił na igraszki z echem.
Nora trzymała się jej boku, dopóki nie dotarły do kamieniołomu, leżącego po lewej stronie drogi, pod stromem zboczem wzgórza. Tutaj opuszczała ją zawsze, schodziła w głąb jamy i szukała gorliwie pośród kamieni połyskujących jak srebro i złoto kawałków miki. Dopiero gdy ją straciła z oczu na zakręcie drogi, wyskakiwała na wierzch i pędziła jak szalona.
Potem szły nad potok. Norze wydawało się zawsze niepojętą rzeczą, że Maja Liza może minąć potok, nie zatrzymując się, a nawet nie spojrzawszy nań. Pędził skłębiony w podskokach z wysokich gór, tworząc mnóstwo wodospadów coraz to piękniejszych, aż dopadł drogi. Przeciskał się z trudem popod most, a potem po drugiej stronie, porzucał koryto i rozlewał się kilku ramionami. Tej niesforności znieść nie mogła Nora i zawsze budowała z kamieni tamy, lub grzebała doły, w celu skierowania wody w łożysko główne.
Byłaby bardzo wdzięczna, gdyby pastorówna zatrzymała się i pomogła jej w pracy. Ale nic z tego, Maja Liza mogła z trudem zaledwo iść po równej drodze. Miała uczucie, że wlecze się jeno z wysiłkiem. Roku zeszłego pomagała dzielnie w budowaniu tam, ale wówczas była jeszcze dzieckiem.
Nagle przystanęła, bo pojęła, co ją spotkało. Ach! Postarzała się, tak jest, utraciła młodość i zapał młodości!
Szła coraz to dalej, tak, że Nora musiała wreszcie porzucić potok i dogonić ją.
Dotarły teraz do szerokiej bramy zamykającej oparkanione pastwisko, gdzie zawsze rozkwitały pierwsze jaskry. Nie było ich dotąd, ale wiosna tak daleko się już posunęła, że wyczekiwać ich należało lada dzień. Nora uchyliła bramy i spojrzała na łąkę, postanowiła sobie bowiem, że pierwsza przyniesie do domu w tym roku bukiet jaskrów.
Pastorówna szła atoli coraz to dalej, jak stara kobieta, nie mająca ochoty szukać wiosennych kwiatów.
Nieco dalej miała Nora przyjaciółkę, której nigdy odwiedzić nie zaniedbała. W grubym, wypróchniałym pniu brzozy mieszkała sowa. Było to największe drzewo w Löwdali, a sowa miała tam zbudowany z deszczułek domek. Nora brała patyk i wtykała go w otwór domku, a ptak zaraz wyciągał nogę, chcąc wypchnąć patyk. Nigdy jeszcze nie widziała z sowy nic, prócz tego kosmatego szponu. Wiedziała to wszystko dobrze pastorówna, bo dawniej sama drażniła się z ptakiem, teraz jednak pojąć nie mogła, by to sprawiało komuś przyjemność.
Po opuszczeniu sowy przybiegła Nora, a Maja Liza wiedziała, że teraz przez dobrą chwilę nie odstąpi jej boku. Musiały przechodzić obok starego, okrytego mchem muru polnego, gdzie panował nastrój niesamowity. Pastorówna tęskniła teraz do owych czasów, kiedy sama bała się zobaczyć pastora bez głowy, który pono miał się tu ukazywać.
Droga wspinała się odtąd w górę i Maja Liza, wlokąca się sił ostatkiem, pewna była, że nigdy nie dotrze do szczytu wzgórza.
Nie chodziła zazwyczaj nigdy dalej. Na wierzchołku leżał wielki blok skalny tuż przy drodze i tu siadała na chwilę. W przedniej części skały wykuta była ławeczka tak mała, że się ledwo obie z Norą zmieścić zdołały. Maja Liza zamknęła oczy, czuła się tak zmęczoną, że mówić nie mogła, a Nora milczała także. Po chwili rozwarła oczy i obejrzała się, sądząc że dziewczyna znowu gdzieś pobiegła. Ale siedziała cicho, gładząc dłonią skraj sukni pastorówny, który się przypadkiem znalazł na jej kolanach.
Wszystko to było dla niej takie smutne, dla niej, która była dziedziczką Löwdali i całej parafji. Wydało jej się, że to dziecko było jedyną istotą ludzką, która jej nie opuściła.
Tak, dlatego to właśnie czuła się starą i słabą, że ją wszyscy opuścili. Osamotniono ją, a przyjaciele w grób się jakby zapadli.
Od czasu pobytu w Svanskogu nie spotkała nikogo, ktoby jej był życzliwy i chciał przyjść z pomocą. Wróciwszy do domu, żywiła przez czas jakiś nadzieję, że zjawi się ktoś, kto ją oswobodzi od wszelkich trosk i cierpień. Nie wiedziała, kto ma przybyć, nie wiedziała, co ma przedsięwziąć ku pomocy, miała jeno wrażenie, że zaczęły się dziać rzeczy cudowne, przeto wszystko pójdzie jak najlepiej.
Ale mijały dni i nie nadchodziło nic, płynęły tygodnie tak podobne do siebie, że z trudem zaledwo odróżnić je mogła w pamięci.
Dziwiło ją bardzo, że wszystko wokół takie spokojne. Czasem pewną była, że dzieją się gdzieś, w dalekim świecie, rzeczy obchodzące ją żywo. Czasem otaczały ją jakieś głosy, szepcące dziwne słowa, czasem też napadał ją strach na myśl, że nikt o niej nie myśli i nie spieszy z ratunkiem. Minął luty, marzec, kwiecień zbliżał się do końca, a nie otrzymywała ni listu, ni wieści od ludzi wolnych, mogących się swobodnie poruszać, nie zamkniętych w żelaznej klatce jak ona.
Uświadomiła sobie zwolna, że nie przybędzie nikt i że walkę stoczyć musi sama, bez niczyjej pomocy. Ach, jakże trudno przyszło jej wyrzec się wszelkiej nadziei. Pewną była niedawno, że pozyskała silnych, dobrych przyjaciół i pojąć teraz nie mogła, że się o nią nie troszczy nikt.
Stary blok skalny, na którym siedziała, leżał podobno u skraju drogi wówczas już, kiedy cała Löwdala była jeszcze halą dla wypasu bydła, gdzie udawali się latem pasterze i pasterki z krowami, kozami i owcami. W tym to czasie wykuł ławeczkę jeden z górali, by tu ukochana jego mogła spocząć sobie wygodnie. Ze szczytu wzgórza słał się widok rozległy aż do jeziora löweńskiego i kościoła i niezawodnie siadywały tu nieraz pasterki, marzące o kimś, co przyjdzie i z pustaci wywiedzie je w świat szeroki, pomiędzy ludzi. Maja Liza czuła dobrze, że na tem oto miejscu toczyły często ludzkie dusze rozpaczny bój z tęsknotą.
Oparła głowę na dłoni i westchnęła. Ten, kto ją ma uratować, przybyć musi rychło, pomyślała z goryczą, gdyż wnet będzie, za późno. Nie gnębiła ją żadna choroba, a mimo to ginęła w oczach od trosk i opuszczenia.
Nietylko ona sama zresztą wyczekiwała ocalenia, całej Löwdali groziła zagłada. Cała ta ojcowizna, której każdy kamień kochała, wystawiona została na zatratę.
Kwiecień był dopiero i siedzenie na kamieniu przejmowało chłodem, to też po chwili Maja Liza wstała i udała się zwolna w drogę powrotną. Idąc teraz nie myślała już o sobie, jeno o Löwdali.
Pewnej niedzieli z końcem marca ojciec wrócił z kościoła do domu z wieścią, że pastor Liljecrona wniósł do króla prośbę o zezwolenie na cofnięcie! swego podania, o pastorat sjöskogeński.
Ojciec mówił o tem w ciągu obiadu, a Maja Liza zaczerwieniona i wzburzona spytała, czemu Liljecrona zrzeka się tak wybitnego stanowiska. Ojciec nie umiał podać przyczyny, wiedział jeno, że zajmuje on się bardzo gorliwie swymi parafjanami, i oświadczył, że musi to być człowiek bardzo szlachetny, jeśli rezygnuje z dobrobytu i dostojeństwa, by zostać z tymi, którzy potrzebują jego opieki.
Pastorową zainteresowała bardzo wieść i pytała kilka razy, czy rezygnacja Liljecrony polega na istotnej prawdzie. Gdy ojciec potwierdził, wyraziła w zwykły swój bezwzględny sposób zapatrywanie, że o miejsce to winien starać się jej mąż.
Nie często w życiu swem zaiste poczciwy ojciec zapomniał języka w gębie, teraz jednak osłupiał i wbił oczy w twarz żony. Na twarzy jego zarysowało się wprost przerażenie, jakby uważał za prawdziwe nieszczęście, że matka myśl taką powzięła. Ach, nie był on nawet pewny, czy znajdzie dość odwagi, by dać odpowiedź odmowną.
Maja Liza przeraziła się również. Przemknęło jej przez głowę, że macocha żartuje może, ale przypuszczenie takie nie mogło się ostać. Sam pomysł nie miał zresztą w sobie nic złego, a Maja Liza nieraz myślała, że ojciec jej powinien był zostać co najmniej biskupem, ale od czasu paralitycznego ataku zdrowie jego było podkopane i zdrożną było wprost rzeczą wymagać od niego, by sięgał po stanowisko trudne i uciążliwe. Wprawdzie poprawił się znowu w czasach ostatnich i wrócił pozornie do sił, ale pastorowa wiedzieć chyba najlepiej musiała, że był to już schyłek życia.
Maja Liza zmusiła się do milczenia, wiedząc, że każdy jej zarzut byłby tylko utwierdził w pomyśle i rozpłomienił macochę dla tej sprawy. Nie otrzymawszy od nikogo odpowiedzi, pastorowa oświadczyła:
— Siedząc ciągle na jednem miejscu, człowiek starzeje się przedwcześnie. Nic tak nie odmładza jak porzucenie wygódek i jęcie się nowej pracy.
Maja Liza pomyślała, że ojciec przekroczył już wiek, w którym mógłby zostać odmłodzonym zapomocą zwiększenia pracy, nie ozwała się słówkiem, zaś macocha mówiła dalej w ten sposób, jakby zgoda ojca na jej pomysł już nastąpiła. Oczywiście wybory muszą zostać ponowione i ojciec uczyni najlepiej, zaraz jutro jadąc do Karlsztadu, by się poinformować. Właściwie powinienby odrazu udać się do Sztokholmu i przedstawić się królowi. Wszyscy wiedzą, jak uczonym jest ojciec i na poleceniach zbraknąć mu nie może, zwłaszcza, że był przez lat kilka nauczycielem ludzi stojących teraz u steru rządów.
Dotąd bała się Maja Liza tylko o ojca, teraz przyszło jej na myśl co innego i, nie mogąc dłużej panować nad sobą, rzekła:
— Gdy ojciec przeniesie się do Sjöskogi, musi chyba sprzedać Löwdalę.
Macocha zwróciła się do niej, a palce jej przybrały kształt szponów krogulczych. Głosem wezbranym nienawiścią i wstrętem do pasierbicy i tak chrapliwym, że niemal zwierzęcym, powiedziała:
— Ojciec nie ma chyba obowiązku pilnować dla ciebie Löwdali przez całe życie! Löwdalę kupi byle kto, a ojciec zajmie stanowisko należne sobie.
Ojciec skończył jeść i rad wielce, że unika dalszej rozmowy, wstał od stołu.
Teraz zrozumiała Maja Liza, co znaczyły słowa macochy, gdy powiedziała, że ją nauczy płakać. Ojciec zmuszony został starać się o Sjöskogę dlatego tylko, że macocha wiedziała, jak bardzo Maja Liza kocha swą ojcowiznę, utrata której sprawi jej ból ponad wszystkie bóle.
Przez cały tydzień musiała macocha obrabiać ojca, zanim stał się jakotako uległym. Po długich prośbach, groźbach i przedstawieniach przeforsowała swą wolę o tyle przynajmniej, że zgodził się jechać do Karlsztadu, zasięgnąć informacyj. Aż do ostatniej chwili zdawało się, że przegra sprawę i może by się tak nawet było stało, gdyby nie pewna okoliczność.
Pastor był już od lat dwudziestu plebanem w Svartsjö i w ciągu tego czasu miał wiele trosk i ciężkich strapień. Przedewszystkiem spłonął kościół i trzeba było stawiać nowy. W tym celu musiał nietylko prosić króla o wsparcie, ale ponadto jeździć od jednego wielkiego pana do drugiego po różnych parafjach i zbierać składki.
Gdy kościół był gotowy, uznali wszyscy, że jest to wyłączna niemal zasługa pastora, a gmina przepełniona była wielką dlań czcią i wdzięcznością.
W ostatnich jednak czasach zaczął odczuwać, że parafjanie obojętnieją dlań i odsuwają się. Nie przychodzili już teraz jak przedtem z prośbą o radę. Maja Liza wiedziała, dlaczego tak jest. Parafjanie sądzili, że porady pastora dyktuje jego żona. Tego jednak nie domyślał się ojciec, czuł tylko, że utracił wpływ.
Tak samo jak z parafjanami działo się z własną czeladzią. Plebanja löwdalska spłonęła swego czasu razem z kościołem i pastor natrapił się niemało i nawydawał pieniędzy, zanim ją odbudował. Wszyscy domownicy, służący tu jeszcze przed nastaniem pastora, radowali się wielce wszystkiem, czego dokazał, zarówno jako budowniczy jak i gospodarz, to też gdziekolwiek się ukazał, spotykał pogodne, życzliwe twarze. W ostatnich czasach jednak zmieniło się wiele i pastor spotykał spojrzenia niechętne i ponure, zarówno w izbie czeladnej jak i kuchni, a nie przypisując winy osobie właściwej, zadawał sobie ciągle pytania, dlaczego to starzy, dobrzy służebnicy stali się tak niewdzięczni i obojętni.
Wszystko to była woda na młyn macochy, domagającej się, by mąż co prędzej czynił starania o nowy pastorat, w największym atoli stopniu zadecydowała o sprawie przykra awantura z wyrobnikiem Vetterem, jaka się zdarzyła w tym właśnie czasie.
Pastorówna była tak znużona i osłabła, że nie mogła sobie dobrze przypomnieć daty, ale zda się około połowy marca macocha popadła w silne wzburzenie z powodu powrotu z więzienia tego słynnego złodzieja.
Mieszkał on w małej chałupinie w pewnej odległości na północ od Löwdali i wszystkich powinien był ogarnąć strach na wieść o jego zwolnieniu, bo Vetter był to drab, co się zowie. Ale nie obawiano go się na plebanji. Sąsiadował z Löwdalą od wielu już lat, to też nie zwracano uwagi czy siedzi, czy grasuje po okolicy, był bowiem, jak wiedziano, na tyle uprzejmy, że nie włamywał się do najbliższych sąsiadów.
Po każdem uwolnieniu ślubował on sobie uroczyście zacząć żywot uczciwy i siedzieć przykładnie w domu, ale nigdy nie był w stanie ślubu tego dopełnić. Lubował się rzemiosłem swojem i dumny był ze zręczności kradzenia, zupełnie jak macocha ze swych zdolności kucharskich. Skutkiem tego większą część życia spędzał Vetter w więzieniu. Gdy się pastor żenił po raz wtóry, był właśnie zamknięty na cztery spusty, to też pastorowa nie wiedziała zgoła, że najbliższy jej sąsiad jest słynnym złoczyńcą.
Teraz atoli ogarnął ją strach taki, że traciła formalnie rozum. I bez tego uważała zresztą wszystkich, z wyjątkiem chyba może własnego męża, za złodziei, czyhających na jej własność, o którą drżała. Jako klucznica w kilku zamożnych domach, podostawała dużo przedmiotów srebrnych. Spoczywały one w szkatule, którą stawiała zawsze na noc pod łóżkiem. Skarb ten był jej wszystkiem na świecie, a teraz oto nabrała przekonania, że go utraci.
Szafy jej i kufry były i przedtem doskonałe pozamykane i opatrzone na wszystkie sposoby, teraz jednak, gdy Vetter wrócił, liczyła ustawicznie klucze na kółkach, nie znajdując niemal czasu na inne zajęcie. Wieczorem przynosiła z drewutni wielką siekierę i stawiała ją przy łóżku, a męża dręczyła dotąd, aż powiesił nad łóżkiem nabitą dubeltówkę.
Pastor starał się ją uspokoić zapewnieniem, że Vetter nigdy nie okrada sąsiadów, ale i jemu nie powiodło się przywieść jej do rozumu.
Vetter posiedział przez parę dni w domu, potem zaś wybrał się jak zazwyczaj w odwiedziny do Löwdali. Macocha była właśnie w kuchni i ujrzawszy go, gdy mijał okno, zaraz spytała, kto to jest.
— To Vetter! — odparła klucznica bez cienia zdumienia. — Przyszedł oczywiście zawiadomić pana pastora, że został uwolniony z więzienia.
Nie spodziewała się czegoś takiego, bo człowiek, który wszedł do pracowni plebana, wyglądał na uczciwego, prostego chłopka. Nogi się pod nią ugięły i przerażona padła na krzesło.
Potem poskoczyła zbierając wszystkie siły, wpadła do pokoju, chwyciła szkatułę ze srebrem swojem, siadła na kanapie w salonie i trzymała skarb w objęciach przez cały czas bytności Vettera u pastora.
Musiała czekać w ten sposób dość długo, bo pastor miał pewną, rzec można, słabostkę dla tego draba i nie puszczał go nigdy, zanim nie opowiedział wszystkich przedsięwzięć i przygód. Potem musiał go oczywiście jeszcze trochę upominać i zachęcać do poprawy, by nie wyglądało, że dla własnej przyjemności ciągnął go za język.
Gdy poszedł, uspokoiła się macocha o całość rzeczy w samym domu, natomiast zaczęła się bać o paki i skrzynie w budynkach bocznych, najbardziej zaś o lamus. Zamknięty był na tak stary zdezelowany zatrzask, że jeśli ktoś zapomniał klucza, otwierał go zwykłym patykiem.
W tygodniu, w którym tyle rozprawiano o Sjöskodze, posłała pastorowa po kowala Olausa, nader zręcznego w swym fachu rzemieślnika, i poleciła mu zrobić zamek tak sztuczny, by się oparł każdemu złodziejowi.
Przez całe dni cztery pracował Olaus w kuźni i wreszcie zmajstrował zamek tak niezmiernie twardy, że sama pastorowa ledwo mogła klucz obrócić.
Gdy go szczęśliwie wpuszczono w drzwi, uradowała się mocno, sama zamknęła, wzięła klucz do sypialni i powiedziała, że tej nocy będzie spać znacznie spokojniej niż zeszłych kilku.
Gdy się zbudziła nazajutrz, znalazła klucz nietknięty pod poduszką, co jednak nie przeszkodziło wcale, że w lamusie zaszły dziwne rzeczy.
Drzwi były zamknięte równie szczelnie jak poprzedniego wieczoru, a mimo to wszystkie ruchome przedmioty, a więc kadzie z konserwowanem mięsem, deski z mnóstwem bochnów chleba, szynki i kiełbasy, miary i wagi, kubły i worki, wszystko to zostało wyniesione i ustawione w paradzie na schodach zewnętrznych.
Wyniesiono wszystko, nie skradłszy jednak niczego, a każdy, patrząc na zamknięte drzwi, dziwował się wielce, jak się to stać mogło.
Macocha (i wszyscy inni zresztą domownicy) odrazu posądziła oczywiście Vettera, ale gdy przeliczyła wszystko i przekonała się, że nie brak ni jednego bochenka chleba, oświadczyła, że czynu tego nie rozumie.
Ojciec spotkał potem Vettera podczas przechadzki porannej i spytał:
— Vetter! Vetter! Powiedz, czyś to waść grasował w moim lamusie tej nocy?
Vetter był mocno obrażony i rzekł:
— Pan pastor raczy wyrazić pani pastorowej pozdrowienie ode mnie i oświadczyć, że z zasady nie okradam sąsiadów. Niech jednak nie myśli, by mi najlepszy zamek mógł przeszkodzić, jeśli sobie chcę coś wziąć!
Ach! Gdyby ojciec był takim jak poprzód, roześmiałby się pewnie z przygody i ubawił poczuciem honoru Vettera, teraz jednakowoż zgorszyło go to, bowiem pewny był, że awantura stanie się głośną w parafji i wszyscy kpić będą z jego żony, a może i z niego samego.
Nie odpowiedział nic Vetterowi, ale w sercu jego wzmogło się uczucie, że wszyscy go oszukują i nie ma już przyjaciół w parafji. Pomyślał, że może jednak należałoby opuścić Svartsjö.
Wróciwszy na plebanję, oświadczył żonie, że nazajutrz ruszy do Karlsztadu dowiedzieć się o sprawę Sjoöskogi.
Pojechał rzeczywiście, a gdy wrócił, zdawało się, że żona ma rację, bo odmłodniał i ożywił się bardzo. Był nietylko w Karlsztadzie, ale także w Sztokholmie i w stolicy zrobiono mu wszelką nadzieję pomyślnego wyniku tak, że nabrał niemal pewności, iż mu Svartsjö porzucić padnie.
Dziwną też nowinę przywiózł ojciec z tej podróży, oto podobno pastor finnerudzki, Liljecrona ożenił się na wiosnę z osobą niskiego stanu, nie będącą zgoła dobrą partją. Ojcu powiadano, że to było powodem, dlaczego pozostał w Finnerudzie.

Maja Liza nie miała odwagi wypytywać ojca o szczegóły, albowiem czuła na sobie przenikliwe spojrzenie macochy. Teraz wiedziała, z jakiego powodu nie zjawili się ci, którzy ją ocalić mieli, i ta wiadomość przyprawiła ją o utratę wszelkiej nadziei. Pastor Liljecrona wydał jej się wówczas tak dzielnym, tak wojowniczo nastrojonym człowiekiem, zaufała mu jak bratu i spodziewała się dotąd ciągle, że pewnego dnia zjawi się, zbrojny nieodpartą siłą młodzieńczą i wszystko przyprowadzi do ładu i porządku.

OSKARŻENIE.

Domownicy plebanji löwdalskiej tak byli rozciekawieni, że ledwie mogli wytrzymać. Stała się rzecz niesłychana! Zarządca huty henriksberskiej przyjechał wraz z damą, nieznaną tu nikomu, i oboje nie udali się do pokoju gościnnego, ale wprost do pracowni pastora, gdzie z nim konferowali już od kilku godzin.
Ani pastorowa, ani Maja Liza, ani klucznica, ani którakolwiek z dziewcząt służebnych nie mogły odgadnąć, co to za sprawa przywiodła tutaj niespodzianych gości. Pokojowa, która im pomagała wysiąść z sanek, opowiadała, że mieli wygląd smutny, ale na tem kończyły się informacje.
Pastorowa uczyniła próbę, siadła z robotą w sali, przytykającej do pracowni, i gdyby ją zostawiono w spokoju, dowiedziałaby się niezawodnie rychło, o co idzie. Ale upłynęło ledwo dwie minuty, kiedy ukazał się pastor, prosząc by posyła do innego pokoju i zaręczając, że niebawem dowie się od niego samego o całej sprawie.
Goście przyjechali wczas popołudniu, to też pastorowa zatroskała się, że może są bez obiadu. Posłała pokojową z pytaniem, czy ma podać jedzenie do biura, czy oczekiwać gości w jadalni, ale służąca wróciła z odpowiedzią, że dziękują, ale im niczego nie potrzeba.
Jak długo służąca była w pracowni, żadne z trojga nie ozwało się słowem. Jedynem co powiedzieć mogła, to to że nieznajoma ocierała sobie jakgdyby po płaczu.
Zaproszono do kuchni parobka, który ich przywiózł i dano mu jeść. Chętnie powiedział wszystko, ale było tego niewiele. Damy nie widział dotąd nigdy. Przybyła wczoraj pieszo do Henriksbergu i zażądała rozmowy z rządcą. Dziś wczesnym rankiem zjawił się rządca sam w stajni i kazał zaprzęgać w drogę do Löwdali. Zarządca po całych nieraz tygodniach nic nie mówi i dziś też milczał, przez całą drogę ust nie otwierając.
Pastorowa utraciła od przybycia gości cały spokój, nie mogła wytrzymać przy żadnej robocie, ale wędrowała z pokoju do pokoju. Wzięła z sobą do jednej z komnat Norę i spytała, czy mówiła komuś, że ją uczy czytać i pisać. Dodała, że nie byłoby w tem nic złego, ale raduje się na myśl, że pewnego dnia sama oświadczy pastorowi, iż może teraz czytać jego książki, przeto niechże Nora przez czas jakiś jeszcze zachowa wszystko w tajemnicy.
Dziewczyna uspokoiła ją i upewniła, że z nikim nie mówiła o tej sprawie. W duchu pomyślała sobie, że nigdy nie miała nawet ochoty zdradzić tej mało ważnej tajemnicy, o wiele trudniej przychodziło jej milczeć w innych sprawach. Nie mogła pojąć, czemu mamzel Maja Liza najsurowiej zabroniła jej, by nie zdradziła, ni słowem przed ojcem, jak ją traktuje macocha. I cóżby to szkodziło, gdyby się pan pastor dowiedział, co za czarownicę ma za żonę?
Maja Liza objawiała najmniej ciekawości. W ostatnim czasie odczuwała jakiś bezwład duszy, nie mogła się smucić ani radować i nie obchodziło ją, co się z nią dzieje. Przekonaną była, że macocha będzie ją dręczyć, aż się rozchoruje. Nie, wiele sobie z tego robiła, a już najmniej ze śmierci. Pragnęła wypoczynku, pokoju i ciszy.
Siedziała przy warsztacie tkackim, gdy Nora przyniosła jej wieść, że przybył zarządca henrikberskiej huty do Löwdali. Ale na moment jeno zatrzymała czółenko. Zarządca Henriksbergu był jej już obcą zgoła osobą, a przybycie jego znaczenia nie miało. W zimie spodziewałaby się po nim Bóg wie czego, teraz jednak wszystko przepadło.
O godzinie piątej zadzwonił pastor i kazał wnieść do salonu tacę z chlebem, masłem i trzema szklankami mleka.
Ponieważ zamówił wyraźnie trzy szklanki, przeto pastorowa wiedziała, że nie życzy sobie jej obecności. Przeczekała przy robocie, aż goście przeszli do salonu, potem wyszła do kuchni i rzekła Norze:
— Chodź ze mną dziecko! Musimy wyjąć z szafy pana pastora niedzielne ubranie jego i wyczyścić je, jutro jest bowiem właśnie niedziela. Dotąd nie mogłam tam wejść, teraz jednak spróbujemy podczas gdy goście zajęci są jedzeniem.
Poszły obie na palcach przez sień, a potem pastorowa otwarła drzwi pracowni tak cicho, że goście w sąsiedniej izbie niczego nie dosłyszeli. Podobnie ostrożnie otwarła szafę.
— Wejdź tam! — szepnęła dziewczynie. — Tylko cicho... cicho!
Nora weszła, a pastorowa zaraz zamknęła drzwi.
— Wracają! — powiedziała szeptem przez szparę. — Musisz tu narazie zostać! — Potem dziewczyna usłyszała, że wychodzi cichaczem.
Niepotrzebny trud zadawała sobie jednak pastorowa, zamykając w szafie Norę celem dowiedzenia się, o co idzie. Pastor kazał ją, oraz mamzel Maję Lizę poprosić do siebie, a ponadto polecił przyprowadzić panią Beatę z pięterka.
Zastali zarządcę Henriksbergu, opartego o szafę bibljoteczną, stojącego z założonemi na piersiach rękami, kobieta zaś, która z nim przybyła, siedziała na sofce w rogu pokoju. Nie była ubrana jak służąca, ale wielkie jej, namulone ręce świadczyły, że nie zalicza się do osób wykwintnych. Była młoda i byłaby ponętna, gdyby nie to, że oczy miała strasznie zapłakane.
Ile razy jawił się ktoś z zawezwanych, pastor wstawał i przedstawiał:
— Oto pani pastorowa Liljecrona, żona plebana z Finnerud! Oto szwagier jej, pan zarządca huty henrikberskiej, Sven Liljecrona.
Więcej nie rzekł nic, zanim nie zasiadły w wielkich fotelach macocha i pani Beata, a Maja Liza skuliła się na małym stołeczku, na którym często siadywała dawniej, przebywając w pracowni ojca.
Wszyscy czuli, że burza nadciąga, nie wiedzieli tylko, przeciw komu się skieruje. Nagle pastor zagadnął córkę wprost:
— Wiesz niezawodnie wszystko o pani pastorowej Liljecrona, którą masz przed sobą? — rzekł.
Maja Liza siedziała ze spuszczonemi oczyma, nie śmiejąc spojrzeć na ojca. Zaraz po wejściu poznała, że go spotkało coś strasznie przykrego.
— Teraz nadeszło to, co będzie ciosem śmiertelnym dla ojca! — pomyślała, spojrzawszy na twarz ziemistą i piersi, falujące z trudem za każdem wyrzeczonem słowem. Przeraziła się aż do samej głębi serca i jednocześnie znikło zobojętnienie i bezwład. Ręce jej drżeć zaczęły tak, że spleść je musiała, by nie klaskały o siebie głośno. Lada moment oczekiwała, że ojciec jej padnie i wyzionie ducha.
Pastor domagał się odpowiedzi, to też opanowała się i po chwili odparła głosem spokojnym:
— Drogi ojcze, nie widziałam dotąd nigdy pani pastorowej Liljecrona i nie rozumiem o czem mowa!
Ojciec wzruszył ramionam i i powiedział, że lepiej może zrozumie, jeśli się dowie, że pastorowa była przez długie lata gospodynią pastora.
Słowa jego miały dziwny, pogardliwy i gniewny ton. Maja Liza odważyła się spojrzeć na ojca i zobaczyła, że czoło ma zmarszczone i naprzemian blednie i czerwienieje. Poznała, że ojciec cierpi z powodu czegoś strasznie, ale jednocześnie jest ponad wszelki wyraz oburzony. Mimo, że nie pojmowała co się stało, czuła jednak, że gniew jego przeciw niej samej się zwraca.
Mimowoli wstała ze stołka i wyprostowana, smukła, gotowa do obrony stanęła przed ojcem.
— Drogi ojcze, nie wiem i teraz więcej, niż poprzednio! — powiedziała.
Ojciec nie spodziewał się widać takiego uporu, odpowiedział bowiem, że pewny jest, iż wszystko wie dokładnie. Jeśli atoli życzy sobie, może całą historję powtórzyć. Ciotka Małgorzata nie dała jej widać należytego poglądu na sprawę.
Maja Liza pozwoliła sobie przerwać ojcu w tej chwili i oświadczyła, że wprawdzie ciotka opowiadała jej dużo o pastorze Liljecrona, atoli jednem słowem nie wspomniała o jego gospodyni.
Machnął niecierpliwie ręką. Wszystko zresztą jedno, kto jej doniósł tę plotkę, ciotka czy inna baba, bo baby są najgorsze dla siebie wzajem. Gdyby to uczynił mężczyzna, niezawodnie postawiłby się na stanowisku danego człowieka i zwróciłby na to uwagę. Czyż interesował się ktoś tem, w jakich warunkach żyje pastor Liljecrona, który tyle dobrego uczynił Finom? Sam się dopiero dziś dowiedział, że mieszka w chacie fińskiej, jednoizbowej, bez komina, zaś pensja jego wynosi sto talarów rocznie. Cóż tedy za straszne brzemię pracy podjąć musiała osoba, zmuszona zawiadywać jego gospodarstwem i toczyć bój ze skrajną nędzą. Musiała nietylko sama tkać, ale szyć odzież, musiała prowadzić krowy i owce do lasu na paszę i pilnować ich, a przez cały ciąg lat służby oddała mu nieskończenie więcej usług, niż to pojąć zdoła rozpieszczona dziewczyna z pańskiego dworzyszcza. Pani pastorowej zawdzięcza w znacznej mierze pastor, że mógł dokonać wśród Finów zbożnego dzieła swego.
Maja Liza uczuła się teraz podrażnioną. Nie wiedziała, co tak wzburzyć mogło ojca. Czyż sądzi że starała się zwabić do siebie Liljencronę czasu widzenia w Svanskogu?
Przecież nikt jej nie mógł zabronić rozmowy z nim? Przezwyciężyła się jednak i poprosiła ojca, by jej wierzył, że o tem wszystkiem nigdy nie słyszała słowa.
Ojciec gniótł niecierpliwie w palcach złożony list, leżący przed nim na biurku.
Przyznał, że i jemu wydaje się dziwnem, jak się mogła dowiedzieć o stosunku pastora do swej gospodyni, skoro aż do samego ślubu taić go umiał przed własnym bratem nawet. Dowiedziała się jednak w jakiś sposób, że jednak zdołała tak szybko wydać ujemny sąd i wyciągnąć wnioski, tego pojąć nie zdoła, jak mówił, nigdy, bo przecież musiała wiedzieć, że rywalka posiada święte i nienaruszalne prawa. Nawet nie będąc małżonką legalną i pochodząc z niskiego stanu, wzruszyć mogła chyba najtwardszego serca człowieka wiernością długoletnią i wielkiem poświęceniem.
Ponownie poprosiła Maja Liza ojca o przebaczenie, że zgoła nie wie, czem zawiniła.
Ojcu była bardzo nie na rękę konieczność dawania aż tylu objaśnień. Krople potu połyskiwały na jego czole, nie cofnął się jednak i mówił dalej:
— Jeśli jest to dla ciebie nowością, to dowiedz się, że pastor Liljecrona obiecał małżeństwo kobiecie, która jest obecnie jego żoną. Postanowiono, że ślub nastąpi, gdy otrzyma stanowisko pozwalające na utrzymanie żony, nie będącej zarazem służącą. Aż do ostatnich świąt Bożego Narodzenia nie miała kobieta owa żadnego powodu bać się, że pastor nie dopełni swego przyrzeczenia. Pewnego dnia odbył on wycieczkę, rzekomo dla spotkania się z bratem swym, ale dotarł jeno do gospody swanskogeńskiej, a za powrotem zmienił się zupełnie. Napadł go smutek i zniechęcenie wielkie, a o małżeństwie nie było już teraz mowy. Gospodyni dowiedziała się tedy, kogo spotkał Liljecrona w Svanskogu...
Obrócił się do niej i spytał:
— Więc może i tego nie wiesz, kogo spotkał pastor w Swanskogu?
— Wiem ojcze! — zawołała. — Mnie spotkał i rozmawiał ze mną, ale jedynie i wyłącznie jako dobry, życzliwy brat. Spędziliśmy razem cały niemal dzień.
Ojciec uczynił gest świadczący, że upór córki doprowadza go do rozpaczy.
— Być może, że dnia tego nie oświadczył ci się, — powiedział — ale nie miałaś chyba wątpliwości co do uczuć jego, skoro mogłaś napisać taki list...
Maja Liza przerwała tu ojcu bez żadnych ceregieli.
— Nie pisałam ojcze nigdy do pastora Liljecrony i jeśli żona jego to powiada, natenczas...
— Niema mowy o liście do pastora — zawołał ojciec — idzie natomiast o kartkę pisaną do gospodyni.
— Ach tak... do gospodyni! — odparła głosem, w którym brzmiał gniew i wzgarda. — Ach tak! Ojciec dowiedział się, że pisałam do gospodyni? Czyż może błagałam ją, by mi odstąpiła swego kochanka?
Ojciec spojrzał na nią chłodno i rzekł:
— Więc wiesz, coś pisała!
Pastorówna wpadła teraz w gniew. Przestała, oszczędzać ojca, szło teraz o własną obronę i wywiedzenia się o całym stanie rzeczy.
— Czy jest mój podpis na kartce, ojcze? — spytała.
— Nie! Niema, ale została ona wysłana ze Svanskogu do Finnerudu przez ciotkę twoją, z wiadomością, że nadeszła z Löwdali i ma być doręczona gospodyni pastora Liljecrony.
Ojciec zdumiał się widząc, że ten klasyczny dowód nie skłaniał córki do wyznania winy.
— Proszę bardzo, ojcze drogi, — rzekła — opowiadaj dalej. Bardzo to miło słuchać, a nie mogę przecież wszystkiego odgadnąć, czem w dalszym ciągu zawiniłam.
— Czem dalej zawiniłaś? — krzyknął ojciec uderzając pięścią w stół. — Czyż nie dość tego, żeś napisała list, żeś sobie chciała przywłaszczyć męża innej kobiety, żeś obraziła osobę, która jeno z miłości zgrzeszyła...? Pytasz jakie są twe dalsze winy? Oto doprowadziłaś tę panią do takiej rozpaczy, że popełniła w przystępie szaleństwa, największe w świecie głupstwo. Udała się ona do Karlsztadu, zgłosiła do biskupa, opowiedziała wszystko i poprosiła o pomoc. Biskup zajął się sprawą i napisał Liljecronie, że zanim obejmie większy pastorat, winien dojść z sobą do porządku i stanąć na wyższym poziomie moralnym. Znaczyło to, że nie zostanie mianowany, dopóki nie ureguluje w sposób zadowalniający swych stosunków osobistych. Biskup napisał niewątpliwie tak życzliwie i mądrze, jak tylko być może, atoli pastor Liljecrona to mąż dumny i gwałtowny. Uczuł ogromne upokorzenie i krzywdę wziął sobie bardzo do serca. Przypuścić należy, że dobrotliwość jego przyrodzona byłaby wkońcu zwyciężyła, gdyby sprawa była zostawiona samej sobie. Przemógłby pewnie chwilowy odruch skłonności i dobrowolnie spełnił, co należało. Teraz jednak czując przymus, popadł w rozpacz i uczuł niewypowiedzianą nienawiść do tej właśnie osoby, która posiadała prawo do jego wdzięczności i opieki. Zpoczątku jednak nie zdradzał się z tą nienawiścią i nie wspominał o liście biskupim. Pewnego jednak dnia, w miesiąc mniej więcej po otrzymaniu listu udał się do stajni, zaprzągł do sanek i podjechawszy pod dom spytał, czy gospodyni chciałaby odbyć małą wycieczkę. Przyjęła to z wielką radością, zwłaszcza, że odwykła od jego uprzejmości.
Zarzuciła na głowę chustkę i wskoczyła do sanek jak stała, w wyszarzanym kożuchu i grubych jałowiczych butach. Jadąc szybko, minęli kilka większych osiedli. Było to jeno zagrody fińskie, ale i tak zażenowała się wielce swego ubioru i chciała wysiąść, by wracać piechotą. Ale pastor postanowił jechać dalej, a ona zgodziła się na wszystko. Wjechali w las, a jazda stała się teraz jakaś dzika i niesamowita. Przerażona poprosiła, by stanął, gdyż chce wysiąść. Wówczas powiedział jej wezbranym złością, twardym głosem, że jadą do kościoła w Westmarku brać ślub. Myślała, że żartuje, siedziała tedy przez chwilę spokojnie, potem zaś ponowiła prośbę, by stanął i pozwolił jej wysiąść. Zdarł konia, stanął momentalnie i oświadczył, że może opuścić sanki, jeśli chce, ale uczyniwszy to straci wszelką nadzieję małżeństwa. Powiedział jej, że powziął zamiar pojechania do Westmarku i zaślubienia jej, jeśli atoli nie skorzysta z tej sposobności, druga nie zdarzy się już nigdy. Zarzuciła, iż ślub jest niemożliwy, gdyż nie wyszły zapowiedzi, a on odparł, iż stało się to już bez jej wiedzy w jej gminie rodzinnej. Twarz jego miała w tej chwili tak straszny wyraz, że omal nie zdecydowała się wysiadać. Ale wspomniała, iż utraci przezto szczęście całego życia, tedy nie wstała z miejsca. Przez całą dalszą drogę nękały ją wątpliwości. Wiedziała doskonale, jak ją nienawidzi, skoro może zmuszać do zaślubin bez przyzwoitej odzieży bodaj. Stojąc już u ołtarza, miała zamiar powiedzieć: nie, ale nie uczyniła tego, nie chcąc oddać ukochanego rywalce, która napisała ową obrzydliwą kartkę, będącą przyczyną wszystkiego złego. Zbudziła się w niej nadzieja, że gniew jego złagodnieje z czasem, że zdoła odzyskać to, co utraciła, że dojdzie między nimi do zgody. Omyliła się jednak. Nienawiść męża była tak głęboka, że ją przerażała, a gdy jej doniesiono, że zrzekł się lepszego stanowiska stanowczo, uczuła, iż uczynił to umyślnie, by do końca życia była niewolnicą i ścierała siły w walce z nędzą. Poznała, że nie będzie jej danem wejść w lepsze warunki i stanąć na pewnym poziomie. Niebawem zauważyła coś gorszego, oto wysilał się, by jej szkodzić na każdym kroku, a zwłaszcza zaczął pić bez miary i zastanowienia. Błagała, prosiła, ale wszystko było daremne. Nie ukrywał już tego, że życie straciło dlań wartość. Przestał się nawet zajmować swą biedną gminą, wszystko zaś zmierzało ku temu, by się pogrążyć co prędzej do reszty. W ten sposób zwichniętą została świetna karjera, a człowiek wielkiej wartości zmienił się w potwora. Wszystko to sprawiła porywczość i nierozwaga jednej dziewczyny. Czy teraz rozumiesz swą winę? Czy przynajmniej uświadamiasz sobie, że obowiązkiem twym jest wyznać, że kartkę napisałaś pod wrażeniem chwilowej namiętności. Jeśli tego nie uczynisz, ja, ojciec twój pomyślę, że pisałaś z szatańską intencją usunięcia Liljecrony, by stanowisko w Sjöskodze zajął ktoś inny, bliższy ci pewnie. Tegobym ci nie przebaczył i przestałbym cię zwać córką swoją.
Przez cały czas tej mowy dumała Maja Liza nad sposobem przekonania ojca, że nie pisała kartki. Opowieść wzruszyłaby ją niezawodnie wielce w innych okolicznościach. Teraz jednak myśli jej krążyły wokoło krzywdy jakiej doznała i to nietylko ze strony ojca. Nie zwracała uwagi na siedzącą przed nią kobietę, ale wyłącznie na mężczyznę, który ją tu przywiózł, by rzuciła w twarz ofiary swe oskarżenie. Wierzył tedy w prawdziwość zarzutu, wierzył, że napisała kartkę w celu wyżebrania sobie mężczyzny, będącego własnością innej kobiety.
Odwróciła się nagle od ojca i spojrzała na Liljecronę.
Nie patrzył na nią wcale, mimo to drgnął, jakgdyby odczuł jej spojrzenie. Był bardzo zgnębiony, jednakowoż w tej chwili na twarz jego wypłynął dobrotliwy uśmiech. Rzucił jej spojrzenie uspokajające jak dziecku, które się dopuściło pustoty, a mówiło ono też, że niebezpieczeństwo nie jest tak wielkie, jak się wydaje. Potem odwrócił zaraz głowę.
Maja Liza odwróciła się odeń również niecierpliwie i podczas gdy ojciec mówił dalej, popatrzyła na babkę.
Odpowiedziała błyskiem oczu, wyrażającym głęboką powagę, oraz podobne, jak spojrzenie Liljecrony, uczucia.
Chciała jej widocznie powiedzieć to samo co on: — nie bój się, ale wytrwaj! Również i babka skierowała zaraz potem wzrok tam gdzie Liljecrona.
Maja Liza posłała oczy w tymże kierunku i przekonała się, iż oboje śledzą przenikliwie macochę.
Była ona dziwnie wzburzona. Twarz miała trupio bladą, a w oczach ten sam obłęd i tę grozę, jakie spostrzegła Maja Liza czasu pierwszego spotkania. Nie ulegało kwestji, że miota nią strach przeraźny.
Przemknęło jej przez myśl, że może macocha napisała kartkę, ale odrzuciła zaraz to przypuszczenie, wspomniawszy, iż nie jest biegłą w sztuce pisarskiej. Strach pastorowej przypisała tej okoliczności, że ojciec był niezwykle podniecony. Istniał poważny powód do obaw, bo sprawa źle się skończyć mogła.
Dobrze, że Maja Liza spojrzała na macochę, bo to jej przywiodło na pamięć, by szczędziła ojca. Wysłuchała do końca, co mówił, potem zaś gdy wykrzyknął, że nie mógłby jej zwać dalej córką, rzekła pokornie:
— Czyń, drogi ojcze, co uważasz za słuszne. Jeśli mi nie wolno żyć dłużej pod twym dachem, to w takim razie...
Tu jednak przerwała jej żona pastora Liljecrony. Zerwała się żywo, podeszła do niej i chwytając dłoń dziewczyny wykrzyknęła, że nie o to wcale idzie. Życzeniem jej oraz zarządcy Henriksbergu jest, by o liście nie było już mowy. Przedłożyli go oboje pastorowi poto jeno, by dowieść, że Maja Liza kocha Pastora Liljecronę. Udała się wczoraj do Henriksbergu, bo nie mogła sobie dać rady. Nie chce za nic, by z jej powodu marniał Liljecrona, to też spytała jego brata, czy można go od niej uwolnić. Zaproponuje mu zaraz sama rozwód i nie pokaże się w życiu na oczy, jeśli jeno będzie miała pewność, że dostał kobietę, którą kocha. Przybyła z zarządcą poto jeno, by omówić sprawę ratunku, nigdy zaś nie miała zamiaru robić przykrości Maji Lizie, która winna im obojgu pospieszyć z pomocą w ratowaniu człowieka stojącego nad przepaścią.
Pastorówna patrzyła długo na tę prostą kobiecinę i nagle uświadomiła sobie, jak porywającym mężem musiał być pastor Liljecrona. Jednocześnie odczuła całą głąb nieszczęścia biednej żony jego. W duszy jej odżyła przyrodzona życzliwość i współczucie, to też rzekła drżącym głosem:
— Nie mogę tego uczynić. Pomogłabym go ratować, gdyby to było możliwe, ale nie wyjdę zań nigdy, albowiem kocham innego!
Uczuła, że po tem wyznaniu krew oblewa jej twarz i szyję. Omal nie powiedziała imienia ukochanego człowieka.
Ojciec uczynił gest, jakby chciał to wszystko usunąć na plan drugi.
— Jeszcześ nie wyznała swej winy! — zawołał.
Nagle przerwała mu pani Beata, która ze swego fotelu zabrała głos.
— Drogi synu! — rzekła. — Drogi synu, srogo zaiste postępujesz dziś z Mają Lizą. Wiesz chyba, że siedemnastoletnia dziewczyna nie przyzna się za nic do miłości, zwłaszcza w tak licznym gronie osób. Gdybyś był, drogi synu, pomówił z córką swą w cztery oczy, nie wątpię, że wyjaśniłaby ci cały tok sprawy.
Maja wpatrzyła się mimowoli w babkę. W słowach jej wyczuła pewien zamiar, a także zdało jej się, że staruszka mruga na nią nieznacznie.
— Drogi synu! — ciągnęła dalej. — Bierzesz wszystko zbyt gwałtownie, albowiem obawiasz się, byś nie został wmieszany w tę sprawę. Nie uzasadnione to jednak przypuszczenie, gdyż nikt twierdzić się nie ośmieli, byś w tem maczał palce. Każdy wie, żeś nie uczynił nic, by oczernić pastora Liljecronę w celu zmuszenia go do ustąpienia i zrobienia sobie miejsca w Sjöskodze.
Cisza panowała głęboka, nikt nie wiedział, co mówić.
— Sądzę tedy, — zakończyła staruszka — że Maja Liza może spokojnie wziąć na siebie autorstwo listu, a ty, drogi synu, możesz jej naspokojniej przebaczyć. Każdy zrozumie, że dała się unieść młodocianej nierozwadze, nie mając pojęcia i nie mogąc przewidzieć, jak smutne stąd wynikną rzeczy.
Maja Liza widziała wyraźnie, że babka mruga na nią, dając jej poznać, że powinna przyjąć winę na siebie. Nie rozumiała, czemu babka domaga się tego właśnie. Staruszka, nie mogąc jej skłonić, wskazała wreszcie nieznacznym ruchem ręki macochę.
Siedziała ona ogarnięta takim strachem, że spojrzawszy na nią, Maja Liza zrozumiała myśl babki. Była ona pewna, że list wysłała macocha, ale ze względu na stan zdrowia ojca uznała, że lepiej będzie, jeśli pozostanie przy mniemaniu, iż córka, powodowana nierozwagą, kartkę nieszczęsną wysłała, niźli by miał się dowiedzieć, że winę ponosi żona jego, działająca pod wpływem szatańskiej iście przewrotności.
Zbyt ciężkiem wydało się dziewczynie zadaniem spełnienie tego życzenia. Targana niepewnością, zwróciła oczy na stojącego ciągle pod szafą Liljecronę i wydało jej się, że odpowiedział spojrzeniem życzliwem i pełnem współczucia. Była to jednak niewątpliwie omyłka, gdyż musiał ją nienawidzić za brata.
— Drogi ojcze... — zaczęła zwolna — przebacz, żem przeczyła... ale byłam tak przerażona...
Chciała mówić dalej, ale nagle uświadomiła sobie, że to co ma wziąć na siebie, jest nikczemne, podłe i że krzywdzić siebie samej nie może. Wybuchnęła tedy łzami, rzuciła się w objęcia babki i zawołała:
— To zbyt straszne! Nie mogę! Nie mogę!
— Tak, to rzecz straszna, — przyznała pani Beata — ale już się stało. Teraz pójdziesz do mnie, by się wypłakać.
Otoczyła ją ramieniem i powiodła ku drzwiom, a Maja Liza powtarzała ciągle, że nie jest w stanie uczynić tego, czego od niej żąda.
— Nie potrzebujesz już nic mówić! — pocieszała ją. — Ojciec rozumie wszystko. Jesteś jeszcze dzieciak.
Gdy stanęły w progu, poruszył się nakoniec Liljecrona.
Podszedł i otworzył przed babką drzwi, potem zaś spostrzegłszy, że drzwi na dwór wiodące zamknięte są na zatrzask, otworzył je również.
Następnie zauważył, że stopnie schodów podjazdu są strome i uciążliwe dla ludzi wiekowych, dalej, że do browarni wiedzie droga dość niewygodna, więc towarzyszył im przez cały czas, podpierając babkę. Zobaczywszy straszliwie strome i wąskie schody, wiodące do mieszkania pani Beaty, nie mógł w żaden sposób zawrócić, ale wprowadził staruszkę na górę.
Znalazłszy się w pokoju, przystąpił nagle, bez słowa objął babkę za szyję i pocałował ją w policzek. Potem uczynił to samo z Mają Lizą, objął ją w ramiona i ucałował.
Dokonawszy swego, milcząc znikł jak duch.
Wszystko, co czynił ten człowiek, było tak nagłe i niespodziewane, jawiło się w momentach najmniej prawdopodobnych, tak, że się trudno było nawet bronić...
Ale sama jeno mała Nora, a nie kto inny, położyła kres całej sprawie.
Niedługo po odejściu Maji Lizy i babki pożegnali się goście i odjechali. Pastor nie musiał się czuć dobrze, gdyż nie wyprowadził ich nawet przed próg, ale pozostał w fotelu. Gdy odjechali, przyszła pastorowa i powiedziała, że w jadalni przysposobiła przekąskę. Namawiała męża, by się posilił po tem wszystkiem co dzisiaj przetrwać musiał. Ale zażądał, by mu dano spokój, dodając, że ponieważ jest to wieczór sobotni, przeto musi jeszcze przygotować kazanie.
Dobył z szuflady papier, położył na biurku i nagryzmolił słów kilka. Natem się jednak skończyło, odłożył pióro i popadł w zadumę.
Potem odsunął fotel, pochodził trochę po pokoju i legł na sofce, stojącej w rogu.
Zaległa cisza zupełna, tak, że Nora zadała sobie pytanie, czy nie zasnął. Przez szparę w drzwiach widziała, że leży, ale nie mogła dojrzeć, czy ma oczy otwarte, czy zamknięte.
Gdyby była pewna, że śpi, spróbowałaby się wymknąć. Znużyło ją niewypowiedzianie długie stanie w szafie. Przytem uznała za rzecz niezbędną wyjść, by zawiadomić Maję Lizę i panią Beatę o pewnej rzeczy, która je ucieszyć będzie musiała.
Pastor leżał już tak długo bez ruchu, że musiał na pewno zasnąć. Uznała za stosowne, uchylić drzwi potrochu dla zbadania sytuacji. Otwarła jedno skrzydło z wielką ostrożnością, ale pastor nie spał, jeno wpatrywał się tępym wzrokiem w przeciwległą ścianę. W momencie, kiedy dziewczyna miała przyciągnąć ku sobie drzwi, obrócił oczy i zobaczył ją.
Wstał i zbliżył się do szafy. Nie pozostało Norze nic innego jak otworzyć i wyjść.
— Cóż to robisz w mojej szafie? — spytał. — Cóż to znaczy?
Miał tak srogą minę, że dziewczyninę ogarnął strach. Ale wiedziała, że ją lubił, a sama kochała go, po Maji Lizie oczywiście, najlepiej z wszystkich mieszkańców plebanji. Nie chcąc, by coś złego o niej pomyślał, powiedziała, że pastorowa zamknęła ją w szafie w chwili, kiedy goście pili mleko w jadalni. Przyszły tu obie po niedzielne ubranie pastora, chcąc je wyczyścić.
Pastor zadumał się, potem zaś rzekł:
— Możesz śmiało wyznać całą prawdę, bo gorzej jak jest, być już chyba nie może. Powiedz tedy, że nie moja żona, ale Maja Liza zamknęła cię do szafy!
Nora wpadła w takie oburzenie, że ledwo mówić mogła.
— Co? — zawołała — Mamzel Maja Liza? Onaby mnie miała zamykać do szafy, bym podsłuchiwała? Na to jest ona zbyt dobra i szlachetna!
Pastor westchnął:
— Inaczej to jakoś wyglądać zaczyna! — powiedział. — Ale nie myśl, że się za to na ciebie gniewam. Przyznaj tedy, że to córka moja ukryła cię w szafie. Mów szczerą prawdę, dziecko!
Mała Nora wiedziała, że od pierwszego dnia pobytu w Löwdali nie skłamała jeszcze i powiedziała to pastorowi.
Ale nie wzruszyło go to jakoś wcale.
— Rozumiem — rzekł — że Maja Liza ma powody obawy i dlatego zamknęła cię w szafie, byś podsłuchała, o czem tu mówimy. Natomiast panią pastorową cała ta sprawa nie obchodzi wcale.
Nora milczała, nie odzywając się słówkiem, gdyż nie wiedziała, co jej powiedzieć wolno. Pastorówna zabroniła jej surowo donosić ojcu plotki, krążące o macosze, a własna jej matka przykazała to samo. Było tu inaczej, niż w Svanskogu, gdzie mogła opowiadać, co chciała.
Wobec jej milczenia pastor nabrał przekonania, że wszystko, tak jest, jak myśli i kazał jej się oddalić.
Doszła do drzwi, ale w tej chwili przywołał ją z powrotem, przyszło mu bowiem na myśl coś, o co chciał zapytać.
— Słuchajno! — powiedział. — Skoro wykonujesz tego rodzaju zlecenia dla Maji Lizy, to może dopomagałaś jej też w pisaniu listu? Pisany jest charakterem. dziecięcym, ty zaś umiesz czytać i pisać.
— Nie pisałam listu dla mamzel Maji Lizy, — odparła Nora stanowczo — natomiast pisałam raz list dla pani pastorowej.
— Acha! — powiedział. — Pisałaś tedy dla mojej żony, nie zaś dla Maji Lizy... — Widocznem było z tonu jego, że i teraz nie wierzy, by mówiła prawdę. — A może pamiętasz przypadkiem, o czem była mowa w owym liście, który pisałaś dla mojej żony?
Odpowiedziała, że jeśli pan pastor sobie życzy, może go powtórzyć słowo w słowo, zaś pastor kazał jej to uczynić.
— Właściwie to dobrze się wypisać nie umiem — recytowała Nora — przeto niech panienka sama rozważy w sercu swojem. Pastor Liljecrona znalazł teraz dziewczynę, która go uszczęśliwićby mogła, gdyby nie panienka, która temu przeszkadza. Jeśli panienka dobrowolnie odejdzie sobie, to pewną być może wieczystej wdzięczności, oraz byt jej będzie na przyszłość zabezpieczony. Prócz tego proszę panienki zważyć, że na nowem probostwie gmina domagać się będzie pastorowej nieskazitelnej moralności...
Dał znak ręką.
— Dość tego! — powiedział i popatrzy na dziewczynę długo i przenikliwie. — Więc tak brzmiał list, który pisałaś z polecenia mej żony? — dodał.
Bez wahania potwierdziła. Pastorowa zabroniła jej wprawdzie opowiadać, że bierze u niej lekcje czytania i pisania, ale o tym liście nie było nigdy mowy.
Pastor wzruszył ramionami.
— Widzisz sama, jak kłamiesz! — powiedział tonem znużenia. — Biedząc przez cały czas w szafie, musiałaś słyszeć, że Maja Liza przyznała się, iż list pisała.
Nora uczuła, że się czerwieni. Nie chciała w żaden sposób zostawać pod takim zarzutem. Za nic nie chciała, by pastor myślał, że kłamie.
— Możesz iść! — rzekł pastor. — Zrazu pojąć nie mogłem, czemu list nie jest pisany charakterem Maji Lizy, teraz jednak wiem już wszystko. Idź i powiedz jej to.
Ale dziewczyna nie odeszła.
— Pani pastorowa kazała mi ten list napisać i pani pastorowa zamknęła mnie do szafy! — powiedziała uroczyście i stanowczo.
— Ułożyłyście z Mają Lizą, że w ten sposób mówić będziesz! — krzyknął pastor.
Rozgniewał się wreszcie na dobre, a Nora wiedziała, że ją wypędzi, jeśli nie da jakiegoś realnego dowodu. Rozglądała się chwilę bezradnie, potem jednak spojrzenie jej padło na starą — komornicę, przechodzącą popod oknami.
— Proszę spojrzeć, panie pastorze! — zawołała. — Tę kobietę posłała pani pastorowa z listem do Svanskogu. Proszę spytać, kto jej iść kazał, mamzel Maja Liza, czy pani pastorowa.
Pastor chciał odburknąć, że ma dość całej tej sprawy, ale nagle dostrzegł w uporze małej Nory coś, co go zastanowiło. Wstał z fotelu i zbliżył się do drzwi. Otwarłszy je szybko, wpadł na kogoś, kto stał blisko, bardzo nawet blisko. Była to pastorowa.
Spojrzał na nią, przystanął i spojrzał raz jeszcze, jakby się chciał upewnić, że to ona, potem zaś zbliżył się do starej komornicy i zadał jej kilka pytań. Gdy wrócił, pastorowej już nie było.
Usiadłszy znowu w fotelu przy biurku, przywołał do siebie Norę.
— Opowiedz mi — rzekł — wszystko, co zaszło, gdyś pisała list.
Dziewczyna dała tak szczegółowe wyjaśnienie, że nie pozostało cienia wątpliwości.
— Skrzywdziłem cię, dziecko! — powiedział pastor. — W nagrodę zato możesz iść i opowiedzieć wszystko Maji Lizie.
Nie trzeba jej tego było powtarzać, za chwile wpadła do pokoiku babki, gdzie panował jeszcze smutny nastrój i opowiedziała wszystko. Pastorówna zrazu nie zważała na jej słowa, ale wkońcu pojęła, że ukochany ojciec zna teraz całą prawdę, zerwała się tedy i zawołała:
— Babuniu! Muszę biec co prędzej do ojca, bo się boję o niego!
W tej samej chwili otwarły się drzwi i ojciec ukazał się w progu.

I nie był to ojciec z dziś, czy wczoraj, ale ukochany, drogi ojczulek z lat minionych, dobry, kochający, czuły. Szedł ku niej, wyciągając obie ręce do córki.

ŁAWECZKA KAMIENNA.

W kilka dni po wielkiem odkryciu wyszła Maja Liza o zwykłej porze z Norą na przechadzkę po gościńcu.
Dziś jednak nie szła opieszale krokiem chwiejnym i znużonym. Dziś we dwie budziły echo, we dwie szukały miki w kamieniołomie, we dwie budowały tamy na potoku i we dwie zbierały jaskry na pastwisku.
Maja Liza nie miała jednak ochoty drażnić się ze sową, to też zostawiła Norę pod wielką brzozą, a sama dotarła do szczytu pagórka, do kamiennej ławeczki. Sowa musiała się okazać dnia tego bardziej towarzyską, gdyż Nora nie nadbiegła do niej ani przed tajemniczym murem duchów, ani też potem.
Spostrzegłszy na wzgórzu blok skalny z ławeczką, przystanęła, albowiem ujrzała siedzącą na bloku postać jakąś, z brodą opartą na dłoniach. Człowiek ten nie rozglądał się po ziemi, ale zadarłszy głowę, gwizdał zapamiętale, wtórując kosowi ukrytemu w koronie wysokiej jodły, rosnącej po drugiej stronie drogi. Naśladował ptaka i roznamiętnił go tak, że darł się, jakby mu gardło pęknąć miało.
Obaj, mężczyzna i kos tak byli zajęci sobą, że nie dostrzegli wcale Maji Lizy. Stała przez czas jakiś bez ruchu, patrząc z podziwem na mężczyznę. Ile razy go przedtem widywała, czynił wrażenie człowieka uginającego się pod brzmieniem troski, to też nigdyby nie mogła przypuścić, że ma zaledwo lat dwadzieścia pięć. Teraz przedstawiał się jak młodzieniec. Tak ją to zdziwiło, że się mimo woli w głos roześmiała.
Obrócił trochę głowę nadsłuchując, a spojrzeniem szukał po koronach drzew, jakby sądził, że śmiech stamtąd dolata.
Wybuchła ponownie radosnym chichotem i teraz zorjentował się, co to znaczy. Szybko zeskoczył ze skały i podszedł do niej oświadczając, że właśnie jej oczekuje. Powiedział, że był u jej przyjaciółki Britty z Loby by się dowiedzieć, co uczynić trzeba, chcąc spotkać mamzel Maję Lizę samą. Britta to zawiadomiła go, że wieczorami bywa tu na wzgórzu.
Serce dziewczyny zaczęło bić mocno, jakby oczekiwało czegoś bardzo radosnego. Jakże mogło być jednak tak nierozsądne! Wszakże wiedziało, że Sven Liljecrona przybywa w misji zgoła nieprzyjemnej. Chciał z nią pomówić o bracie swym zapewne i raz jeszcze przedłożyć spokojniejszemu teraz rozważeniu projekt szwagierki.
Tak się też stało, jak myślała. Podprowadził ją grzecznie, niemal uroczyście na szczyt głazu, gdzie dopiero co leżał, sam jednak stanął na drodze. Potem spytał poważnie, czy rzeczywiście odczuwa skłonność dla brata.
I stało się znowu to co w Svanskogu. Nie wiedziała dlaczego ogarnia ją jednocześnie gniew i rozczulenie. Ale gniew przeważył i odrzekła porywczo, że nie wie, poco zadaje sobie wogóle trud pytania, jeśli sądzi, że nie mogła spędzić z pastorem kilku godzin na rozmowne, nie zakochując się w nim na zabój.
Nie można było poznać, czy się obraził tym sposobem odpowiedzi. Nie był podobny zgoła w tej chwili do człowieka drażniącego się z kosem, przybrał zachowanie poprawne kupca, załatwiającego z klientem interes, ważąc dobrze każde wypowiadane słowo. Takim być musiał niewątpliwie w chwili, gdy sprzedawał żelazo, albo podpisywał kontrakt z dostawcą węgla.
Poprosił Maji Lizy, by go nie miała za natręta, ale zanim będzie mówił dalej, musi się przekonać, że serce jej wolnem jest dotąd.
Obudziła się w niej ochota przekomarzania i odrzekła:
— Fakt, że nie kocham pastora Liljecrony, nie dowodzi wcale, by serce moje wolnem było! Mógł się znaleźć ktoś inny...
Skłonił się nieco wzgardliwie.
— Zupełna racja! — powiedział. — Nie rzeknę też słowa więcej, jeśli usłyszę, że pani ma słabą, bodaj nadzieję, by ten, o którym pani marzy, oświadczył się o jej rękę.
Zalała się krwią, ale spojrzała mu przenikliwie w smutne oczy i odrzekła:
— Nie, nie mam żadnej nadziei!
— Tedy poproszę panią o radę! — powiedział, dobywając portfelu i wyjmując zeń zapieczętowany list, który tak wziął w rękę, że nie widać było adresu. — Może raczy mi pani powiedzieć, czy list ten mam wysłać, czy też podrzeć.
Nic nie odrzekła. Mimowoli przyszło jej na myśl, jak to owego ranka skoczył do wilczego dołu. Cios jeden, cios drugi, trzeci i zanim się spostrzegła, już było po wszystkiem.
Czemuż teraz nie uczyni skoku i nie zada ciosu, by raz wiedziała, o co idzie? Czemuż jest tak uroczysty i pełen względów?
— List ten, mamzel Majo Lizo — powiedział głosem bardziej jeszcze może urzędowym — list ten pisał pewien młodzieniec, który lat temu kilka złożył na grobie narzeczonej ślubowanie żyć do śmierci samotnie i nie myśleć o nikim prócz niej. Od tej pory młodzieniec ani razu nie pomyślał o złamaniu ślubu, a nawet nie czuł żadnej pokusy, by to uczynić. Złożył swe serce wraz z ukochaną do grobu i wrócić ono już do życia nie może. Ale młodzieniec ten spotkał mamzel Maję Lizę pewnego dnia, przed kilku miesiącami biedną, opuszczoną i płaczącą dziewczynę. Była piękna, dobra, skromna, a ponadto bardzo podobna do zmarłej narzeczonej. Uczuł zaraz dla niej wielką sympatję i wydało mu się, że słyszy szept nieboszczki, wzywającej go, by dopomógł tej nieszczęsnej, będącej jej podobizną. Wówczas młodzieniec postanowił połączyć ją z najszlachetniejszym ze znanych sobie ludzi, to jest z własnym bratem. Widział, jak razem siedzieli u ogniska i marzył, że będą z sobą bardzo szczęśliwi. Ale ten postępek młodego człowieka przyniósł jeno zło, brat popadł w straszną sytuację, dziewczyna zaś bez żadnej winy została obwiniona o rzecz zdrożną. Wówczas wydało mu się, że zmarła wzywa go, by dziewczynie przynajmniej dał opiekę i schronę we własnym domu, gdzieby wolną była od szponów, jakie ją teraz szarpią, by stworzył jej cichą przystań szczęścia i wygody. W chwili, kiedy młody człowiek list ten pisał, taki był stan sprawy. Miał zamiar wysiać go nazajutrz, ale zawahał się i postanowił poprzód zasięgnąć rady pani, mamzel Majo Lizo.
Umilkł i, nie mówiąc już nic, rzucił jej list na kolana. Przeczytała adres. Skierowany był do: Przewielebnego pastora Eryka Lyseljusa, a więc do jej ojca.
Nigdy jeszcze w życiu nie czuła się Maja Liza tak bardzo dotkniętą. Czemużto stara się o nią, w sposób tak dziwny? Prosi o jej rękę przez uczucie litości? W pierwszej chwili chciała zerwać się podrzeć list i rzucić mu strzępy w twarz. Wrzała nań większym dużo gniewem, niż na ojca wówczas, kiedyto ożenił się z Raclitzą. Przyszło jej na myśl, że najmocniej gniewa się zawsze na tych, których kocha.
Ale Maja Liza przeżyła dużo od czasu swego wybuchu przeciw ojcu i Raclitzy i umiała teraz panować nad sobą. Zesunęła się z kamienia i, zostawiając list na drodze, zaczęła bez słowa zstępować ze wzgórza.
Szła dobry kawał, aż do muru duchów, a nikt za nią nie kroczył.
Teraz dopiero, schodząc w dół, zauważyła jak piękny był wieczór. W koronach drzew śpiewały ptaki, w powietrzu tańczyły komary, młodą zieleń listowia pozłacało słońce, strumień szemrał rzeźwo i wśród brzegów, wszędzie kiełkowały i rosły trawy i zioła, wychylały się nowe pędy, zdawało się wprost, że można usłyszeć, jak trawa rośnie.
I o dziwo! To właśnie zwiększało jeszcze jej gniew. Powinien był wiedzieć, że w tak i wieczór winno się było sprawy załatwiać w sposób właściwy. Gdybyż przynajmniej zdobył się na tyle rozsądku, by nie poruszać niczego. Czułaby się mniej nieszczęśliwą, mogąc o nim marzyć w cichości serca.
Biorąc rzecz ze stanowiska rozsądku, winien był przekonać się dowodnie, co się z nią dzieje przed złożeniem owej oficjalnej oferty, mieszczącej tyle upokorzenia. Mógł sobie oszczędzić dowodu litości, gdyby się był dowiedział, że żyje w zgodzie z ojcem, a macocha, tegoż jeszcze wieczora, kiedy był wraz z szwagierką swą w Löwdali uciekła, nie mówiąc nikomu słowa, znikła poprostu i do tej pory nie wróciła, co świadczy chyba, że już nie wróci.
Wszystko to nie miałoby, coprawda, znaczenia zasadniczego. Nawet cierpiąc skrajną niedolę, nie mogłaby mu przebaczyć, że się z litości stara o nią. Gniew jej byłby nierównie mniejszy, gdyby podobnie postąpił jego brat, lub ktoś inny.
Nagle stanęła i zadała sobie pytanie, czemu się tak gniewa, a odpowiedź jawiąca się zaraz była jej jakby objawieniem nowego życia... kochała go...
Tak, tak, była to miłość, o jakiej czytała w książkach, śpiewała w pieśniach niezliczonych, ale uczucie to nie zjawiło się dotąd w jej własnem sercu. Przez całą wiosnę miłość owa tliła tak wątłem zarzewiem, że nazwać jej nie śmiała właściwem mianem. Teraz atoli trysła słupem ognistym, tak, że dziwiła się, iż płomienie nie buchają widzialnie z jej ciała.
Obejrzała się i wszystko zmieniło odrazu postać. W sercu miała miłość, przeto od chwili ziszczenia tego cudu była inną osobą i nie mogła gniewać się na tego, który ją nauczył kochać.
Szedł za nią i był już blisko. Gdy się obróciła, stanęli sobie oko w oko.
Zarzewie miłosnego żaru musiało z niej przenieść się na niego, to też zaraz w oczach zajaśniał odblask. Może nawet nie sam odblask, bo błyszczał jak pochodnia. Maja Liza nie znała dotąd miłości, namiętność jednak, z jaką przycisnął ją do łona, była jej rewelacją nieznanej tęsknoty.

Zdumiała się i nie wiedziała, czy ufać zmysłom. Wyrzucał oderwane słowa, zadawał pytania, czy go kocha, składał płomienne wyznania, zapewniał, że pokochał ją od pierwszego wejrzenia, jeno wstydził się słabości swojej, dlatego szukał wykrętów i tworzył sztuczne zasieki. Teraz jednak, wyznał zuchwale, nie pyta żywych ni umarłych o prawo, skoro go kocha. Czyż mogło stać się inaczej, czy mógł nie odczuć potęgi jej uczucia?

DUCHY W LÖWDALI.

Filaks stał na schodach, podjazdu, szczekał i wył przez noc całą. Nora nigdy jeszcze nie słyszała, by tak hałasował. Nie mogła zasnąć, pewną była, że nie śpi również mamzel Maja Liza, chociaż potrzebowała bardzo snu wobec nadwątlonego zdrowia swego. Trudno, pomyślała, niema innej rady, tylko muszę uciszyć jakoś psa.
Zarzuciła kaftanik, włożyła spódniczkę i wyśliznęła się przez kuchnię do sieni. Zanim jednak zdążyła poodmykać rozliczne zamki i zatrzaski drzwi głównych, pies ucichł. Wyszła mimo to na werandę, by go zwabić do domu.
O dziwo, nie mogła go dostrzec nigdzie. Wiedziała, że stał przez całą noc na werandzie, teraz jednak, gdy się przezwyciężyła i wstała, znikł jak kamfora. Wyszła na stopnie podjazdu, wołała i wabiła, mimo to jednak pies się nie jawił.
Noc była przecudna. Niebo pokrywały białe obłoczki, tworząc wianki, i pierścienie wsunięte jedne w drugiej jakby chciały pokazać ziemi jakąś grę przedziwną. Słońce nie wychyliło się jeszcze z poza gór, a jednak było jasno jak za dnia. Przytem ni śladu chłodu; przeciwnie powietrze było tak łagodne, że małej Norze nie było wcale zimno, mimo że stała boso na kamieniach i deskach.
Przed stodołą stały rzędem wielkie, rozłożyste jarzębiny, tworząc niby mur zieloności. Pokryte już były kwiatem, a białe liście połyskiwały srebrzyście na tle ciemnej zieleni. Przypominało to lśnienie gwiazd na tle nieba i było równie piękne.
Może przez kontrast z świeżą zielenią jawiącą się wszędzie o wiośnie, wpadło do głowy Norze, że wszystkie budynki wyglądają dziwnie staro i chylą się do upadku. Patrzyła na altanę nad stajnią, półokrągłe okna stodół, wyzierające z pod poczerniałej strzechy, krzywe drzwi browarni i zauważyła, że tej nocy wiosennej wszystko wydaje się smutne i skarży na starość swą. Spoglądała na czworaki czeladzi o kamiennem podmurowaniu, oraz lamus stojący na palach, niby nogach. Potem poszła spojrzeniem ku rozlicznym furtkom z siatki drucianej, powstawianym teraz z wiosną w płoty, oraz ku palisadzie pniaków, zastępującej miejscami płoty. Wszystko było stare, krzywe i waliło się od starości. Szczyty domów zapadły się, ściany poszarzały, a z pomiędzy belek wyzierał mech.
Po raz pierwszy w życiu przyszła małej Norze myśl, że cała Löwdala osiędziała i powinno się ją odnowić. Takie rzeczy dostrzegamy jeno z wiosną, gdy patrzymy na drzewa, krzewy i pola, przywdziewające najpiękniejsze szaty swoje.
Może i plebanje, myślała dziewczyna, mają coś w rodzaju lata i zimy, tylko odstęp czasu większy jest niż u drzew i krzewów.
Wiosna nastawała, gdy jawiła się młoda para, budując na nowo, a usuwając stare graty. Zima zachodziła, gdy para owa zestarzała się, a to co wzniosła, groziło upadkiem. Wówczas przychodziło pożądanie sił nowych i nowego ładu.
Nora zdziwiła się, że takie myśli przyszły jej do głowy, musiała to sprawić noc tak ciepła, parna i tajemnicza. Ogarnął ją strach i chciała wrócić do domu, ale przypomniała sobie psa.
Rozglądając się za nim wszędzie i dumając, gdzie jest, spostrzegła, że coś chodzi na trawie pod jarzębinami.
Nora mieszkała od dzieciństwa w głębi mrocznego lasu, często o późnej godzinie załatwiając zlecenia matki, nigdy jednak nie widziała nic nadprzyrodzonego. Nie sądziła też, by to mogło nastąpić i nie bała się, bo matka wytłumaczyła jej, że niema zgoła zdolności do tego, by ujrzeć krasnoludka lub czarownicę.
Dziś jednak ujrzała coś niezwykłego, a fakt ten nie mógł ulegać żadnej wątpliwości. Trochę się przestraszyła, ale nie będąc płochliwą, nie uczuła na dobre trwogi. Zresztą rzecz sama nie była straszna, pod drzewami tańczyły poprostu jakieś dwie laleczki.
Był to kawaler i dama wielkości sześcioletnich dzieci, ale oboje smuklejsi i subtelniej zbudowani. Oboje mieli wykwintne szaty, jak wysokiej szlachcie przystało, gdzie przeważał aksamit z koronkami i złotemi ozdobami. Kawaler miał na głowie trójgraniasty kapelusz, szpadę przy boku, jedwabiem haftowany frak i sprzączki u trzewików. Dama ubrana była w krótką, bardzo szeroką spódnicę, czerwone pończochy, wielki kapelusz z piórami, w ręku zaś trzymała wachlarz.
Tańczyli bez przerwy, kawaler ujął damę za rękę, sunęli podniosłszy ramiona w jedną stronę, potem drepcili w drugą, rozłączali się, obracali, zbliżali, kłaniali sobie, zaś od czasu do czasu obejmowali wpół i kręcili wkoło.
Mała Nora nie widziała w życiu niczego równie pięknego, to nie ulegało kwestji. Ruchy tancerzy były lekkie, wdzięczne, a stopy ledwo dotykały trawy. Tak tańczyć mogły jeno istoty nadludzkie, uformowane z powietrza. Twarzyczki ich były jakby zrobione z najdelikatniejszej porcelany, a rączki i nóżki niezmiernie małe.
Dziewczyna nie mogła się oderwać od tego widoku. Stała nieporuszona i zadała sobie pytanie, z czego radowali się tancerze i dlaczego tej właśnie tańczyli nocy. Rzecz nie była wcale trudna do objaśnienia. Owa para były to duchy domowe Löwdali i cieszyły się widocznie z tego, że Raclitza uciekła i wszystko wejdzie teraz na dawne tory.
Patrzyła na tany i coraz mocniej utwierdzała się w tem, co mówił długi Bengt. On to właśnie ostatni widział Raclitzę o późnej godzinie na svartsjoeńskich łąkach. Wyglądała na szaloną i zupełnie podobnie jak owego ranka, kiedy się pokazała po raz pierwszy. Bengt twierdził i ofiarował przysięgę na dowód, że widział, jak zanurzyła się w strumieniu płynącym przez dawne dno jeziora.
Być może, myślała Nora, że duchy löwdalskie cieszą się, iż niema już władzy nad osiedlem zimna, obłudna wodnica.
Zachwycała się coraz to bardziej tanami i dumała nad tem, czemu ludzie śpią po izbach w najpiękniejsze noce, miast tańczyć po zielonej trawie. Czemuż nie są tak lekcy i weseli, ale dźwigają brzemię trosk, którego zrzucić niesposób.
Nagle usłyszała we wnętrzu domu jakiś głuchy szmer, a potem coś upadło ciężko na podłogę. Porwała się co prędzej, wpadła do sieni i zatrzasnęła drzwi.
Nastawiła uszu, ale nie słyszała nic. Pewna była tylko, że łoskot doleciał od strony pracowni pastora.
Co sił w nogach pobiegła do mamzel Maji Lizy i powiedziała, by wstała, bo ojcu coś się stać musiało.
Pastorówna zarzuciła pospiesznie coś na siebie, a ubierając się wypytywała, co zaszło. Nora opowiedziała, zadychując się od pośpiechu, że stojąc na stopniach werandy, widziała dwie tańczące pod drzewami figurki, potem zaś usłyszała dochodzący z pokoju pastora łoskot, jakby upadku ciała.
Pastorówna zbladła jak ściana.
— Ta para ukazuje się wówczas jeno, kiedy Löwdala ma dostać nowego pana! — szepnęła. — Ale dotąd nikt z ludzi nie widział tańca duchów.
Zapominając wdziać drugi trzewik, nie myśląc już, czy jest ubrana, czy nie, pospieszyła Maja Liza do pracowni.
Na ziemi leżał wyciągnięty w całej długości ojciec i nie ruszał się.
— Co ci to, ojczulku? Co ci to? — zawołała klękając przy nim.
Potem podniosła głowę i powiedziała do Nory, która za nią przybiegła:
— Ojciec nie żyje! Zbliż się, podziękujemy mu za wszystko. Jest tak jeszcze blisko nas, że może usłyszy!
Ujęła dłoń zmarłego, ucałowała gorąco i szepnęła mu kilka słów do ucha. Potem Nora ucałowała również dłoń pastora.
Następnie Maja Liza wstała, by zobaczyć, jak się to odbyło. Ojciec siedział przy biurku i pisał, na piórze nie zasechł jeszcze atrament. W czasie pracy zrobiło mu się widać słabo, przeto wstał, by ująć dzwonek i wezwać pomocy, ale w tej chwili padł na ziemię.
Na biurku leżało niedokończone kazanie. Ostatnie wiersze były koślawe i biegły skośnie przez arkusz. U spodu widniało:
— Robotnik, który ukończył pracę, tęskni za spoczynkiem i cieszy się, że go ktoś lepszy zastąpi...
Maja Liza wybuchła płaczem i powiedziała przez łzy:

— Wiem teraz, dlaczego duchy tańczyły ku czci ojca. Wiedziały, że chce odejść, wiedziały że zostanie zwolniony.

OJCZYZNA.

Maja Liza siedziała w komorze, przy kuchni z Biblją i śpiewnikiem i czytała słowo boże dla pociechy w wielkiem strapieniu swojem.
Był wczesny ranek i minęła właśnie doba od czasu, kiedy znalazła ukochanego ojca martwego na ziemi. Przez cały dzień miała tyle zajęć, że nie mogła pomyśleć o stracie swojej. Ale w nocy ogarnął ją ból z całą mocą i zasnąć nie była w stanie. Wstała tedy, zanim zbudził się któryś z domowników, wzięła książki i czytała przez czas jakiś.
Niedługo jednak zamknęła je, złożyła ręce i podziękowała Bogu z głębi serca, że nie jest oto sama i opuszczona, ale ma przyjaciela wiernego i pewnego, który jej będzie pomagał i otaczał opieką. Na wieść o śmierci pastora mogła zjawić się macocha i zawładnąć folwarkiem, tak, że w braku takiego przyjaciela Maja Liza wpadłaby w jej szpony. W takim razie miałaby do opłakiwania nietylko stratę ukochanego ojca, ale straszny los własny.
Zaledwo to pomyślała, rozległy się zewnątrz domu pod oknem, wychodzącem na ogród przecudne dźwięki skrzypiec.
Maja Liza wiedziała, kto gra, bo sama posłała wczoraj po ukochanego.
Na moment błysło jej, że nie wypada grać w domu żałoby, ale odsunęła tę myśl zaraz. Przyjacielowi jej trudno było wyrazić słowami, co czuje, dlatego zabrał z sobą skrzypce. Nie było nic bardziej niewłaściwego w tem, że tonami wyrażał jej współczucie swoje, jak gdyby to uczynił w słowach.
Siedziała tyłem do okna i nie mogła go widzieć, nie śmiała się jednak obrócić. Po raz pierwszy słyszała jego muzykę, bo owe rzępolenie w Svanskogu liczyć się nie mogło. Mimo woli, pośród największego cierpienia uczuła radość, że znowu ujął smyczek w rękę. Sprawiła to widać jeno wielka miłość ku niej.
Nie przypuszczała by ze skrzypców można było dobyć takie dźwięki, że smyczek może zmusić struny do tak uroczego śpiewu!...
Grał smutno, bardzo smutno, tak, że łzy potoczyły jej się po policzkach.
Po chwili zmieniła się muzyka, nie była już spokojna i nie dawała otuchy. Nie wiedziała, czy sobie ją dobrze tłumaczy, ale wydała jej się nagle ponurą i przeraźną.
Zdziwienie jej rosło ciągle. Muzyka ta nie była stosowną dla ojca, który sam się czuł szczęśliwy i wszystkich uszczęśliwić pragnął. Odsuwał od siebie zawsze troskę i strach, poznawszy, że życie jest ciężkie i zawiłe, odszedł. Żałowała ojca i tęskniła doń, ale wspomnienie jego było jasne i pogodne.
Nie, nie mogła uwierzyć, by grajek chciał ją pocieszyć, grał z innego powodu. Struny rozbrzmiewały cierpieniem i strachem innego człowieka.
Mieli słuszność ci, którzy go mistrzem zwali. Mimo braku obeznania się z muzyką, Maja Liza rozumiała go, jakby z nią mówił.
Żalił się straszliwie, opiewał mękę człowieka tkwiącego w omroczach przepaści, okutego w łańcuchy, palonego najsroższem zarzewiem.
Nkt nie mógł go wywieść na światło, nikt przywrócić mu nie mógł wolności, nikt zagasić ognia dręczyciela.
Maja Liza uczuła, że ciężki kamień legł jej na sercu, gniotąc okrutnie. Gdyby dać skrzypce w rękę najgorszemu potępieńcowi na samem dnie piekła, wyraziłby może grą taką ogrom cierpień swoich.
Czyjąż trwogę, czyjeż nieszczęście wyraził grajek, swoje, czy cudze?
Maja Liza żywiła nadzieję, że muzyka przyjmie znowu inny charakter, ale czekała daremnie. Wzrastała jeno trwoga i szał w tonach. Przestała być piękną ta muzyka, brzmiała ostro, chrapliwie, przeraźnie.
Nie mogła dłużej słuchać spokojnie. Grajek doznał strasznego jakiegoś nieszczęścia, uczuła potrzebę otworzyć okno i spytać.
Ujrzawszy ją, urwał nagłe tonem, przeraźliwszym jeszcze od wszystkich innych. Kapelusz spadł mu z głowy podczas szaleńczej gry, a włosy zwichrzyły się na czole. Był blady, jakby nagle zachorzał, a rysy twarzy ściągnięte były cierpieniem.
— Mówiłaś, że chcesz posłuchać mej muzyki! — wydusił z wysiłkiem. — Zrobiłem, coś chciała! Wiesz teraz, jak to brzmi.
Głos jego brzmiał tak ostro, a słowa były tak gwałtowne, że Maja Liza osądziła, iż gniewa się na nią. Przerażona milczała, nie śmiąc pytać, co mu się stało.
Z tą samą namiętnością powiedział:
— Jeszcześ dotąd mnie nie słyszała. Nie wiedziałaś nawet może, że to ja gram.
Przyszło jej na myśl powiedzieć:
— Sądziłam, że to Noeck.
— Czyś go słyszała?
— Podobno gra jak potępieniec, który tęskni do zbawienia, a wie, że go nigdy nie osiągnie.
Po tych słowach zbliżył się. Stał tak blisko, że mogła mu odsunąć z czoła włosy, spadające w kędziorach, ale nie śmiała tego uczynić.
— Masz rację. Przede mną to właśnie zamknięte są niebiosy.
Nakrył twarz dłońmi i załkał głośno.
Maja Liza dałaby była w tej chwili życie własne, by złagodzić mękę jego.
— Co ci jest? Czemu cierpisz? — pytała. — Czyś uczynił coś złego? Czyś mimowoli zabił kogo?
Urwała nagle. Była to rzecz najgorsza, jaką powiedzieć mogła.
Odjął ręce od twarzy i zacisnął pięście.
— Jestem mordercą, wiem o tem. Przez pewien czas przeżywałem to każdej nocy. Grałem jej taniec śmierci, a ona tańczyła, aż padła trupem. Poznać po mnie zresztą łatwo, kim jestem.
Maja Liza nie wiedziała, co powiedzieć i uznała, że najlepiej dać mu się wyburzyć.
— Ostatniej zimy już jej nie przygrywałem i dlatego odważyłem starać się o ciebie, Majo Lizo. Zdawało mi się, że jest to jej wola. Niestety, była to jeno moja wola własna.
Maja Liza nie miała odwagi mówić, wyciągnęła jeno rękę, by mu położyć dłoń na czole i przezto uspokoić. On jednak cofnął się, tak że go dosięgnąć nie mogła.
— Nie powinnaś mnie była nigdy prosić, bym grał. Powinnaś była przeciąć struny mych skrzypiec za pierwszym akordem. Ta gra obudziła z powrotem do życia wszystko minione.
Zaśmiał się niesłychanie dziko i niesamowicie.
— Dostawszy wieść od ciebie, pospieszyłem, zabierając skrzypce, sądząc, że zdołają cię lepiej ode mnie pocieszyć. Gdy jednak poruszyłem struny, zbudziło się wszystko na nowo. Ujrzałem przed sobą salę pełną zadyszanych, roznamiętnionych tańcem par, a pośród nich zobaczyłem jedną dziewczynę, poruszającą się lekko, wykwitnie, jakby była istotą z innego świata. Zacząłem grać dla niej, wyłącznie dla niej jeno. Grałem, aż ją muzyka moja wpędziła w otchłań śmierci.
Załamał ręce, aż stawy trzasły.
— Zdawało mi się, że potrafię o tem zapomnieć, że zdołam uciszyć sumienie i być szczęśliwym. Sądziłem, że uwolnię się od ślubowania złożonego na grobie. Byłem jak zaczarowany, nie pamiętałem niczego, aż do chwili wzięcia skrzypców w rękę, wówczas wróciła mi przytomność.
Maja Liza uczuła, że nie istnieje już dla niego wcale, mimo to jednak postanowiła spróbować utrzymać się przy prawach swoich.
— Czyżeś już o mnie całkiem zapomniał? — spytała. — I mnie złożyłeś także ślubowanie.
— Dałem ci słowo, — odparł — bo sądziłem, że taka jest jej wola. Teraz znam prawdę. Chce mnie zachować wyłącznie dla siebie, rozumiesz? Musisz mnie zwolnić!
— Jakżebym cię zwolnić mogła, ukochany mój! — zawołała. — Nikogo nie mam wszakże prócz ciebie. Gdyby szło o kobietę żywą, mającą prawo do ciebie, uczynićbym to musiała, ale nie widzę powodu, dla którego bym cię miała oddawać umarłej.
Było coś w głosie Maji Lizy, co go wzruszyło. Spojrzał na nią i zaraz znikł ponury, przeraźny wyraz jego twarzy. Trzymał dotąd w rękach skrzypce i smyczek, teraz zaś wydało mu się to niewygodnem, uczynił gest, jakby je chciał złożyć na ziemi, wkońcu jednak podał je Maji Lizie przez okno. Wzięła je w milczeniu i położyła w pokoju na stole.
Gdy się znowu zbliżyła do okna, ujął jej obie dłonie i położył sobie na czole. Potem stał nieporuszony, jakby chciał, by uczuła, że wirują mu w głowie myśli niespokojne i płomienne. Wkońcu zaczął mówić głosem smutnym i przerywanym, tak że go poznać nie mogła.
— Majo Lizo, nie bierz opacznie słów mych poprzednio wypowiedzianych. Nie ze względu na siebie chcę, byś mnie zwolniła ze słowa, wcale nie. Uważam jeno, że nieuczciwością byłoby wciągać cię w moje nieszczęście. Widziałaś, jakim jestem, gdy mnie ogarnie szał i rozpacz i zdaje mi się, że sama pragnąć nie możesz naszego związku.
Zamilkł, jakby czekał odpowiedzi, a gdy zmartwiona i przerażona Mija Liza nie rzekła nic, podjął na nowo.
— Znam dobrze przykrą sytuację twoją, Majo Lizo, i dziś, gdyś straciła ojca, radbym nadewszystko stać ci się pomocnym. Pomyśl jednak, że najgorsze rzeczy jakie ci zagrażać mogą ze strony macochy, są niczem w porównaniu z nieszczęściem, czekającem cię wrazie połączenia ze mną. Muszę to wyznać koniecznie. Czasem przy silniejszym ataku szału nie mogę wytrzymać w domu, ale idę w dzicz zupełną i tam nie widzę ludzkich, twarzy, włóczę się całemi nieraz tygodniami, czasem zaś chcąc zyskać zapomnienie, rzucam się w życie dzikie i szalone. Rozumiesz, Majo Lizo, że kocham cię zbyt silnie i głęboko, by cię wciągać w ten wir. Nie powinienem był się nawet zbliżać do ciebie i uczyniłem to wyłącznie w przypuszczeniu, że jestem uleczony.
Umilkł znowu, a że Maja Liza nie dała jeszcze odpowiedzi, przeto dodał:
— Przed chwilą uczułem nawet gniew na ciebie, albowiem dla ciebie grałem, a muzyka przekonała mnie, że choroba nie wygasła. Pragnąłem, bym, jeśli tak jest, nigdy się tego nie dowiedział i bylibyśmy się pobrali w najlepszej wierze. Pojmiesz, że tak rozumować mogłem krótką chwilę tylko, bo kocham cię, Majo Lizo, zbyt głęboko, bym miał pragnąć, byś została moją żoną.
Podczas gdy mówił, spoglądała nań bacznie. Wiedziała, że to prawda, co powiada, że miewa ataki, a wrazie dojścia do skutku małżeństwa, oboje byliby nieszczęśliwsi, niźli ona sama pod władzą macochy. Ale nie mogła sobie teraz inaczej wyobrazić życia jak obok niego, w roli opiekunki i żony.
— Ach, — powiedziała — wiesz dobrze, że wolę dzielić z tobą niedolę i troski, jak żyć z innymi w szczęściu i weselu. To też jeśli mnie kochasz, nie chciej, byśmy się rozłączali....
Urwała nagle spostrzegłszy, że to co mówi, żadnego na nim nie czyni wrażenia.
— Jakże mam go przekonać — powiedziała do siebie — że największem nieszczęściem będzie, jeśli mi nie pozwoli zostać przy swym boku i nie da się ratować w potrzebie. Przez cały rok żyłam w trosce i trwodze, zahartowana tedy jestem i przestałam być dzieckiem, jakiem byłam w dniu utracenia serca ojca mego. Dobrze się jednak stało, że cierpiałam, bo teraz doświadczenie swe oddać mogę ukochanemu.
Podniosła głowę, jakby szukając pomocy, i nagle zdumiała się. Do tej chwili nie spostrzegła, że sad ojcowski to jedna masa kwiecia. Zdawało się, że jest to olbrzymi, biało i różowo połyskujący dach, ciągnący się od plebanji aż hen ku brzozowemu laskowi, który go chronił od wichru północnego. Gałęzie drzew obsypane były kwiatami, a Maja Liza miała wrażenie, że rozkwitają coraz to nowe, gdy na nie patrzy. Mnóstwo pszczół i trzmieli unosiło się nad wonnemi drzewami. Słońce wyjrzało z poza szczytów gór. Promienie ozłociły czuby drzew lasu, ześliznęły się w dół i zaczęły biec po polu, jakby się spieszyły bardzo w drodze ku jabłoniom, by im dodać większego jeszcze blasku i i świetności.
Na ten widok ścisnęło się litością wielką serce Maji Lizy.
— Biedaczysko! — pomyślała. — Od czternastego roku życia nie miał ojczyzny, nie miał ochrony na świecie, czyż tedy dziwne, że go ogarnęła melancholja i napada szał. Wszystko by się zmieniło gdybym go miała tu, w Löwdali. Stworzyłabym mu ojczyznę i, chodząc pod jabłoniami sadu, czułby się tak szczęśliwy jak drogi mój ojczulek. Aż do czasów ostatnich było mi tutaj tak rozkosznie i on czułby się tedy dobrze, bylem mogła czuwać nad nim.
Zarumieniła się od tych myśli, a oczy jej rozbłysły. Koniecznem było pomówić z nim o Löwdali przekonać go, że takiej to właśnie, uroczej ojczyzny brak mu dotąd było.
Zbudziła się z marzeń w chwili, gdy Liljecrona puścił jej dłonie, które trzymał dotąd.
— Oddaj mi skrzypce! — rzekł. — Muszę już iść. Widzę i ty widzisz, że nie mam innej drogi.
Nie zdziwiło ją jego przypuszczenie, że go puści od siebie, ale postanowiła dokazać swego. Szukała słów odpowiednich, które nie jawiły się jednak.
— Czemuż tak rychło chcesz odchodzić, ukochany mój? — spytała. — Pozostań czas jakiś w Löwdali! Czyż tu nie pięknie? Spójrz na te kwiaty, na to złote słońce! Czyżbyś nie zechciał...
Zabrakło jej słów, bo spostrzegła, że wszystko to nie ma wartości w jego oczach. Ta cała ojczyzna, jaką wespół z nim chciała stworzyć w Löwdali, nie była jego ojczyzną, była mu rzeczą zgoła obcą i obojętną.
Ponownie poprosił o skrzypce i dodał, że się już nie zjawi na drodze jej życia.
Przyciszyła dłonią silnie bijące serce. Tak, pomyślała, pójdzie i nie wróci. A nie mogła znaleźć słów tak potężnych, by go wstrzymać mogły.
Nie było rady, musiała ulec. Odeszła od okna, by wziąć z stołu i oddać mu skrzypce.
Ale gdy je wzięła w rękę, stanęła bez ruchu, albowiem dziwne myśli przyszły jej do głowy.
Oto trzymała w dłoni to, co miało nad nim największą władzę. Ten instrument był mu siłą i pociechą.
Zrozumiała! Muzyka była mu tem, czem jej Löwdala. Muzyka to jego ojczyzna. Ona jeno mogła mu dać spokój, bezpieczeństwo i orzeźwienie. Gdy grał, tony tworzyły dach nad jego głową, świetniejszy nad dach kwiecia jabłoni, ozłocony słońcem. Wówczas to wkraczał w ojczyznę swą prawdziwą, tam gdzie chronił się zawsze od najwcześniejszej samotnej młodości swojej.
Nie uległ niedoli, z którą borykać się musiał dlatego jeno, że miał skrzypce swoje. Starczyło ująć smyczek, a zaraz był w świecie szczęśliwości niewysłowionej. Teraz atoli ogarnęła go melancholja i grać przestał.
Jakże nieszczęśliwą czućby się musiała sama, gdyby pozostać nie mogła w Löwdali! Pośród obcych w nieznanym świecie żyć by jej było niesposób. Podobnie on bez muzyki nie mógłby znaleźć pokoju, ni ochłody.
Nagle uczuła wielką pewność siebie. Poznała chorobę i wiedziała, czem ją uleczyć może. Gdyby zdołała otworzyć wrota jego ojczyzny prawdziwej, stałby się tem, czem był przedtem i mógłby przezwyciężyć to, co go gnębi.
Zbliżyła się do okna, ale nie wypuszczała z rąk skrzypiec.
— Ukochany mój, spełń, nim odejdziesz, jedno jedyne pragnienie moje. Weź skrzypce i zagraj raz jeszcze. Być może, po raz pierwszy od tak dawna grając, nie mogłeś się opanować i myśl twa wróciła do nieszczęśliwego wydarzenia. Nie wierzę atoli, by tak być mogło stale. Spróbuj, proszę, bo chciałabym usłyszeć twą muzykę. Zdołasz się przecież przezwyciężyć i bodaj raz zagrać dla mnie. Mówiłeś, że przez całą zimę nie doznawałeś uczucia melancholji, nie miałeś ataku szału, tak żeś mniemał, że zło minęło. Ja pewna tego jestem. Przekonasz się, przekonasz sam, spróbuj jeno grać...
Wzruszył ramionami.
— Niepodobna! — rzekł. — To sprawę pogorszy jeszcze.
Obstawała przy swojem i prosiła:
— O nic już dla siebie nigdy cię nie poproszę, ale nie odmawiaj mi tego w chwili rozstania. Odszedłszy bez spełnienia pragnienia mego, uczujesz żal, żeś odtrącił ostatnie i jedyne życzenie tej, która cię kochała.
Był ciągle przygnębiony, ale ustąpił.
— Wiem, co będzie, i ty wiesz także. Ale spełnię to, czego się domagasz.
Maja Liza przesunęła dłonią po instrumencie, szepcąc:
— Drogie skrzypki, pomóżcie mi!
Biorąc skrzypce do rąk, miał Liljecrona na czole chmurę czarną, brzemienną burzą, i pierwsze akordy brzmiały dziko, szaleńczo, rozpacznie, nie harmonijnie, jak finał pierwszego razu.
Rzucił Maji Lizie spojrzenie wyrzutu, iż wywołała na nowo całą ową niedolę.
Serce dziewczyny biło, jakby pęknąć miało, ale nie okazała trwogi. Stała u okna spokojnie, zmuszając się nawet do uśmiechu nadziei.
Nagle wydało jej się, że tony brzmią nie tak przeraźliwie i rozpacznie. Światło przenikać zaczęło ciemnie, skruszył się i zachwiał, a potem padł mur więzienia, pękły kajdany duszy.
Akordy pięły się szybko w górę, ale opadały zaraz w bezdeń. Zawrzała teraz uporna walka. Zatapiał się w głębie, z których wyjścia nie było, gdzieś na dno istnienia. Za chwilę jednak wypływał z nich i pędził w niebo. Spadał i wznosił się i spadał znowu, aż nagle rozwinął skrzydła i wzleciał na błękity. Darł się ku niebu w aureoli wesela, radości, triumfu, wyżej, wyżej niźli sięgają głosy ziemi i myśli ziemi, aż zapanował w przestrzeniach bezkreśnych eteru. Rozwarły się podwoje przedwieczności, a on usiłował wyrazić owo bezgraniczne szczęście.
Urwał nagle i spuścił smyczek. Dotarł do krańców możliwości, więcej powiedzieć nie był w stanie. Muzyka jego wzniosła się tak wysoko, że olśniony blaskami piękna uczuł zawrót głowy.
Spojrzał na Maję Lizę. Stała ze złożonemi rękami, a z oczu jej padały wielkie, ciężkie łzy. Twarz jej promieniała nieziemsko, a dusza, opuściwszy ten padół, zażywała upojnych rozkoszy nieba.
Oddychała ciężko. Ach, tak, nie była mu ona towarzyszką w tej podróży, ale przodowniczką. Miłość jej wyniosła go z piekieł na wyże.
Teraz pewną była, że zdoła przezwyciężyć wszelką ciemń życia, a miłością zwalczyć strach i rozpacz.
Przyciągnął do siebie i ucałował jej dłonie.
— Byłeś w ojczyźnie swojej, nieprawdaż? — szepnęła.
— Majo Lizo! — zawołał — Ukochana moja! Tak nie grałem jeszcze w życiu! Zaprawdę, nie ja to grałem nawet, ale miłość twoja! Na szczęście, czy nieszczęście twoje, zostaję, bo odejść nie mogę. Pomagaj mi, ratuj mnie i nie puszczaj od siebie!
W ogrodzie panowała cisza, kwitnące jabłonie sklepiły się, niby kościelny gmach nad głowami dwojga młodych ludzi.

KONIEC.

Przypisy

  1. Gmina rozdzielała swych biednych po zagrodach, w czasie kiedy nie było jeszcze w Szwecji szpitalów. Musiano ich utrzymywać, w każdej zagrodzie przez pewien określony czas, poczem odsyłano do następnej. O ile byli silni, pomagali w pracy. Często byli chorzy i leżeli w łóżku, ale mimo to gdy czas przeznaczony minął zawożono ich do gospodarza, na którego przypadała kolej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.