Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zdumiała się sama nad sobą, dziwiła, że może siedzieć spokojnie i nie skoczy, objawiając wszystkim, jak sprawy stoją.
On to był sam, Sven Liljecrona! Człowiek, który wpędził muzyką ukochaną w śmierć, stał tam oto. W jednym momencie nabrała tak wielkiej pewności, że gotowa była przystąpić i wezwać, by się nie taił dłużej, bo ona wie, kim jest.
Dlaczegóż jednak przybył przed kilku tygodniami do Loby w odzieży zwykłego czeladnika huty? Tego pojąć nie mogła. Może strój ten wydał mu się najstosowniejszy w drodze do chłopskiej zagrody. Nie poznano go tam i wszyscy sądzili, że jest kowalem, przeto pozostawił ich w tem mniemaniu. Może nawet obawiał się mówić, kim jest; dostawszy się w sam wir uroczystości weselnej.
Maja Liza zaprzestała podawać ciotce przędziwo i przysłoniła ręką oczy. Dlaczegóż to jednak przebrał się dzisiaj? — przyszło jej na myśl.
Nie potrzebowała dumać długo, wszystko zrozumiała wyraźnie. Chciał czegoś, tym razem miał jasno wytknięty cel, chciał, by ona i brat jego...
Ach, jakże to było piękne i cudowne! Zrozumiała, iż chciał, by ona i pastor Liljecrona poznali się i pomówili z sobą. Tak było niezawodnie! Gdy mu wczoraj doręczono talara, wysłał niezwłocznie gońca-narciarza do brata i zwabił go do Svanskogu. Tutaj kazał mu na siebie czekać przez cały niemal