Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie obniżyła ni o grosz ceny, ale zażądała dwa razy tyle co inni. Myślała, że kiedy przy schyłku dnia jabłka konkurentów znikną, wówczas osięgnie za swoje tyle, ile zechce.
Liczyła też może na co innego jeszcze. Wiedziała, ile wódki wypijają ludzie podczas targu w Broby, około południa trudno było znaleźć na całym rynku jednego trzeźwego człowieka, to też obliczała, że pod wieczór nabywcy przestaną się liczyć dokładnie z groszem.
Wydawało się też, jakoby macocha Śnieżki musiała odnieść sukces. W miarę upływających godzin coraz to więcej ludzi tłoczyło się wokół jej stołu. W pierwszych szeregach stały dzieci. Zbiegli się wszyscy malcy obojga płci, będący na targu. Otaczali stół, trzymając palce w ustach i spoglądając łakomie na owoce, tak że obraz ten chwytał za serce. Dzieci oczywiście pieniędzy nie miały, ale obok nich było też dużo dorosłych, zapatrzonych w przecudne owoce, tak że oczu oderwać od nich nie mogli.
Co chwila ktoś zbliżał się i pytał o cenę. Ale pastorowa nie ustępowała i żądała tyle co rano. Teraz, gdy rozsprzedano już wszystkie jabłka, nie chciała zniżać ceny, pewna, że na nią kolej przyjść musi.
Macocha widziała dobrze, jaką żądzą posiadania jabłek pałały wszystkich oblicza, i myślała:
— Jeszcze moment, a nie zdołają się powściągnąć. Niech tylko któryś zacznie!