Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że można na nich sporo zarobić, i postanowiła zawieźć cały plon na targ do Broby.
I stało się oczywiście, jak chciała macocha. Pojechała do miasta, wioząc dwa ciężko obładowane wozy, oraz parobka i dziewkę, którzy mieli pomagać w sprzedaży.
Przybywszy na plac targowy, ustawiła stół, otwarła skrzynie i beczki i wystawiła jabłka na sprzedaż. Nie lękała się żadnego trudu, ni pracy, trzeba jej to było przyznać. W grubych rękawiczkach, okryta wielkim szalem, stała za stołem i czekała na nabywców. Nie mogła się zdecydować na to, by komuś innemu zlecić to zajęcie. Przyznać trzeba, że towar był świetny i pastorowa dumną zeń być mogła. Jabłka połyskiwały przecudnie najpyszniejszą czerwienią, zielenią i złotem, wabiąc ludzi, którzy zbliżali się, dla samego choćby spojrzenia. Na jesienny targ w Broby zjeżdżali sadownicy z wszystkich okolicznych dworowi zamków całego Wermlandu, oraz wielkich posiadłości pańskich Nässetu, ale nikt nie mógł się poszczycić takim jak pastorowa owocem.
Gdy wszystko przysposobione zostało do sprzedaży, ludzie zaczęli płynąć zaraz falą, pytając o cenę owoców. Ale pastorowa zażądała tyle, że nabywcy przerazili się i nie chcieli kupować.
Stało się też, że mimo ponęt towaru kupcy, napatrzywszy się jej jabłkom, ruszali do współzawodników po owoce. Patrzyła na to ze złością, ale nietylko