Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Musisz to, chłopcze, przeboleć i iść dalej! — powiedział mu. — Zdaniem mojem znaczną część winy ponosi tancerz tej nieszczęśliwej.
— O, nie! — odrzekł. — To ja skłoniłem ją do tańca. Przez cały wieczór grałem dla niej jedynie. Przecudnie wyglądała w tańcu, była żywa i lekka jak płomień, tańczyła zresztą dla mnie jeno, jak ja dla niej wyłącznie grałem.
Altringer wzruszył ramionami.
— To są urojenia, drogi chłopcze! Nie dziwię się zresztą, że dziś tak mówisz, ale za tydzień wyślę cię zagranicę i wszystko będzie dobrze.
— Nie, łaskawy panie, — odparł — nie będzie dobrze. Gdziekolwiekby mnie pan posłał, nie zapomnę nigdy, że muzyka moja pozbawiła życia człowieka.
Altringer spojrzał mu bystro w oczy.
— Czyś ją kochał? — spytał.
— Tak! — przyznał Sven. — Tego samego wieczora prosiłem o jej rękę.
Umilkł Altringer i nie było już mowy o wysyłaniu Svena zagranicę.
— Dobrze! — zgodził się. — Zostań tedy, chłopcze, zarządcą Henriksbergu aż do czasu, kiedy przebolejesz i zapomnisz. Wprawdzie nie znasz wszystkiego, co potrzeba na tak odpowiedzialnem stanowisku, ale ufam twemu sprytowi, wiem że się na-