Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i prześladowała tak strasznie, że pewnej nocy, około godziny drugiej uciekła z Borgu i poszła polami naoślep, nie wiedząc, dokąd zmierza. Niespełna zmysłów, znalazła się niebawem na gościńcu i tu dopiero zaczęła myśleć, gdzieby się schronić.
Przyszło jej na myśl udać się na plebanję, bo słyszała dużo o dobroci i miłosierdziu pastora i jego rodziny. Nieszczęsna kobieta poszła znowu polami naprzełaj, ale dostawszy się na mokradła, nie trafiła na mostek i wpadła do strumienia. Uderzyła głową o kamień, podrapała sobie ręce i podarła suknię. Po tej przygodzie straciła znowu przytomność i, nie mogąc już odnaleźć drogi, błądziła całemi godzinami po polach i łąkach aż do białego dnia.
Błagała gorąco, by ją zatrzymano na plebanji, aż krew przestanie płynąć, suknia wyschnie, a ona namyśli się gdzieby się udać.
Oczywiście zgodzono się, by została. Któżby miał serce wypędzać z domu tak bardzo cierpiącą osobę.
Ojciec i Śnieżka oburzali się bardzo na hrabinę. Była piękna i wesoła, a jednak dręczyła srogo podwładnych swoich. Nie po raz to dopiero pierwszy słyszeli o niej taką rzecz. Co więcej, powiem, że, dobrze na tem wyszła hrabina, iż dnia tego nie spotkała się ze Śnieżką, bo ta ostatnia nie krępowałaby się wcale w słowach, o nie! Kobieta owa... hm, jakże mam ją nazwać?