Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ktoś biegł ku nim przez wysoką trawę, a raczej zataczał się, potykał, a w dodatku krzyczał nieustannie i, mówił sam do siebie głośno.
Wyznaję, że Śnieżka nie była dotąd świadkiem niczego, równie wstrząsającego. Osoba, biegnąca ku nim, była kobietą i znajdowała się w okropnym stanie. Suknia jej podarta, mokra, okryta błotem, zwisała z ciała i kleiła się doń, włosy, z których wypadł grzebień, spływały w splotach na plecy i ramiona, najstraszniejszą jednak była jej twarz i ręce, okryte krwią.
Długi Bengt i parobcy obrócili się na bok i splunęli trzy razy, jakby na widok czarownicy, a mało brakło, by i ojciec uczynił to samo.
Nagle wydało się Śnieżce, że poznaje, kto to jest, podeszła do ojca i szepnęła mu, że nieszczęśliwa jest szafarką hrabiny z Borgu, zajmującą się dworskiem gospodarstwem.
Ojciec potwierdził słuszność jej przypuszczeń, zbliżył do przybyłej i spytał, co ją spotkało i z jakiego powodu o tak wczesnym ranku spieszy do niego, na plebanję. Ale była bezprzytomna i nie poznała wcale pastora. Krzyczała tylko ciągłe, że u hrabiny wytrzymać niesposób i że biegnie do pastora, by ją ratował.
Śnieżka i ojciec zabrali ją z sobą na plebanję i tu przyszła po pewnym czasie do siebie na tyle, by opowiedzieć co jej się stało. Hrabina dręczyła ją