Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To ospa! — odrzekł chory. — Idź czemprędzej do biura zarządcy, gdzie się mieści fabryczna apteka i przynieś mi kamfory i kwasku solnego. Uczyń to, jeśli się nie boisz i nie zamierzasz uciekać jak tamci.
Sven pozostał, mimo że zachorowali wszyscy niemal robotnicy huty. O zarządcy i inspektorze słych zaginął, a w obrębie dziesięciu mil nie było lekarza. Sven i stara klucznica pielęgnowali chorych, wlewając im w usta wszystkie lekarstwa, jakie mieli w apteczce. Jak zawsze jedni pomarli, drudzy przyszli do siebie, a zaraza, nie mogąc przecież trwać wiecznie, ustała sama. Potem wszystko wróciło do porządku. Inspektor bawił w gościnie pięć miesięcy, zarządca przez pół roku kupował węgiel, potem obaj zjawili się triumfalnie w fabryce, a praktykant wrócił do zamiatania biur i chwytania pstrągów w wodospadzie.
Huta henrigsberska leżała w zapadłych górach, gdzieś na krańcu świata, wśród dziczy, mimo to jednak rozniosła się wieść o zdarzeniu i dotarła do uszu wielu. Pewnego dnia zjechał właściciel huty, stary Altringer. Ni słówkiem nie wspomniał o niczem zarządcy ni inspektorowi, jeno spytał, jak się bierze do rzeczy młody Liljecrona. Zarządca wystawił mu dość dobre świadectwo i oświadczył, że stałby się użyteczną siłą w hucie, gdyby jeno bardziej się fachem zainteresował. Jest zdolny, ale często chodzi