Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pani matko, wszakże to ja jestem!
Macocha wyprostowała się na te słowa, odrzuciła dłoń Śnieżki brutalnym gestem, spojrzała na nią przenikliwie, a potem obróciła się błyskawicznie, wbiegła po schodach i wpadła do kuchni, zatrzaskując drzwi za sobą.
Obstąpili Śnieżkę wszyscy, ojciec, Moreus i Ulla, i śmiali się serdecznie z przebrania. A ona, widząc, jak się to podoba ojcu, zmusiła się do odgrywania przez chwilę jeszcze przybranej roli. W duszy była jednak jak skamieniała, spojrzenie matki przejęło ją bowiem strachem niezmiernym. Myślała ciągle o tem, że zrobiła sobie wroga z macochy, bo można przebaczyć żart, ale nikt nie zapomni, gdy się go wykieruje na błazna.
Maja Liza uczyniła pauzę w opowiadaniu, chcąc posłyszeć, co o bajce sądzi mleczna siostra.
— Powinnabym się właściwie śmiać serdecznie z tej przygody, — zauważyła Anna Brogren — ale nie mogę, przeciwnie uczuwam jakiś lęk. Opowiadaj jednak prędko dalej, bym się dowiedziała, co się potem z tobą, to jest z Śnieżką działo.
Pastorówna podjęła na nowo:
— Muszę wspomnieć o zdarzeniu, jakie miało miejsce przy końcu września. Nie jest to, coprawda, nic ważnego, jak sama zauważysz, ale dodało ono Śnieżce nieco otuchy i ile razy o niem wspomina, mówi sobie: