Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzywnego ogrodu pastorowej. Pomyślał sobie pewnie, że nie może to nikomu zaszkodzić, jeśli cap popasie się trochę na murawie przed plebanją.
Słuchaj, co się stało dalej. Cap nie zaszczycił ni jednem spojrzeniem murawy, tylko pobiegł w zgrabnych podskokach prosto ku browarni. Biegł tak zgrabnie i lekko, że macocha nie usłyszała go, mimo iż drzwi browarni były jeno przymknięte.
Ten cap był zdawiendawna wielkim urwipołciem. Pijąc, nie chłeptał językiem, jak pies, ani nie ciągnął jak koń, zachowywał się tak cicho, że nikt nie wiedział, co czyni. W ten sposób udało mu się wypić niejedno już wiadro mleka poza plecami dójki, a uczynił to samo teraz właśnie i za moment, w wiadrze pod ścianą nie zostało ni kropli płynu.
Spełniwszy, co zamierzał, zaczął beczeć. Czynił to zawsze, ile razy zrobił figla, gdyż lubował się widokiem gniewu i oburzenia i inaczej nie sprawiało mu to żadnej przyjemności. Beczał tedy w najlepsze, aż na progu zjawiła się macocha i zobaczyła próżne wiadro.
Chwyciła długą łopatę piekarską, stojącą zawsze w kącie za drzwiami browarni, i rzuciła się na winowajcę, chcąc go ukarać. Ale cap, po tak niezwykłym poczęstunku nie mógł widocznie pojąć, by macocha mogła się na serjo gniewać, stanął więc tylko na tylnych nogach i zaczął tańczyć. Cap był rosły, stary i spotkanie się z jego rogami nie mogło