Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


być zaliczone do przyjemności. Macocha machała łopatą, chcąc go dosięgnąć, a ci, którzy znali capa, mogli przypuszczać, że sprawa nie zakończy się na niczem. To też wszyscy wybiegli z plebanji, ojciec, Śnieżka, dziewczęta służebne i każde na swój sposób starało się przyjść z pomocą pastorowej. Cap nie robił jej jednak nic złego, tylko tańczył przed nią z wielką gracją. Widząc to, dał ojciec znak, by nikt nie interwenjował, a żonie krzyknął, by się prędko schowała w browarni, nie czekając, aż minie dobry humor capa.
Ale pastorowa nie zwróciła uwagi na to ostrzeżenie i po chwili udało jej się wymierzyć zwierzęciu dotkliwy cios łopatą. Cap stanął na czworakach, ale sytuacji to nie poprawiło wcale, przeciwnie, w moment potem jednym susem wskoczył do wnętrza browarni i postrącał rogami i poobalał wszystkie flaszki i naczynia, jakich mógł jeno dosięgnąć. Zaledwo matka pospieszyła za nim, wymknął się z powrotem.
Był to wielki chytrzec, wiedział przeto, że pastorowej zejdzie sporo czasu na ustawianiu poobalanych naczyń i ratowaniu resztek okowity. Czuł się tedy na czas pewien bezpiecznym. Przez kilka sekund stał pod drzwiami browarni, lubując się swym figlem, potem zaś zawrócił i poszedł zwolna, poważnie w kierunku stojącej na wzniesieniu plebanji.