Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie mądrze i spodziewał się jeszcze, iż ją samą to uradować musi.
Miał wszelkie zresztą ku temu powody. Wszakże ona sama unosiła się nad zaletami mamzel Vabitz i zaręczała, że posiadanie takiej osoby w domu to prawdziwe szczęście. Ach, może to ona sama właśnie poddała mu pierwszą myśl uczynienia mamzel Vabitz...
Nie uwierzysz, jak rozradowaną minę miał ojciec, gdy wyszedł na powitanie córki na schody podjazdu. Stojąca obok niego mamzel Vabitz była również w siódmem niebie. Spieszno mu było objawić wielką nowinę, ale nie potrzebował tego czynić, gdyż Śnieżka zrozumiała wszystko natychmiast. Wiedziała to, zanim wysiadła z bryczki. Muszę ci powiedzieć, co w niej zaszło. Oto ogarnął ją taki gniew, że nie mogła się opanować. Nie była dotąd w życiu do tego stopnia wzburzoną. Nie rzuciła się wprawdzie na stojących przed nią, nie obiła ich i nie podrapała, ale miała ogromną ochotę to uczynić.
Nie mogła atoli powściągnąć swego języka i powiedziała to, co mogła rzec najgorszego. Oświadczyła, — że nigdy nie uzna mamzel Vabitz za matkę. Powtóre powiedziała, że ojciec nie mógł ożenić się gorzej i znaleźć mniej odpowiednej osoby. Jest ona córką biednego, niemieckiego trębacza, jak to wszyscy wiedzą, zaś ojciec mógł dostać damę z najwyższych sfer, gdyby jeno chciał. Na zakończenie dodała, że oboje czu-