Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przerażona, patrząc na uciekających z jabłkami, za które nie zapłacili. W pierwszej chwili chciała biec za nimi i odebrać owoce, ale nie mogła się odważyć, posłała tedy jeno parobka i dziewkę, stojących za nią przy stole. Jednocześnie zauważyła, że tłum przysunął się i obiegł stół.
— Pewnie zaczną kupować! — pomyślała, nabierając na nowo otuchy.
Ale o tem nie było mowy. Raz po raz przyskakiwał. ktoś, porywał tyle jabłek, ile objąć zdołał, i wołał, że ojciec i ona są tak dobrzy, iż nie zechcą brać pieniędzy biedaków za kilka jabłek. Malcy, którzy przez cały dzień wypatrywali oczy na owoce, zrywali z głów czapki i napełniali je jabłkami, a dziewczęta, którym ślinka szła przez kilka godzin na ten widok, napełniały jabłkami fartuszki, nie licząc ich zgoła.
Śnieżka pochyliła się nad stołem, zakrywając jabłka własnem ciałem, ale cóż to mogło pomóc? Płakała, prosiła, zaręczała, że ją wpędzają w nieszczęście, ale nikt nie zważał na to. Nietylko mali chłopcy i dziewczęta porywali jabłka, ale także dorośli, a wszyscy śmiali się wesoło, uważając widać całe zajście za żart targowy. Ile razy ktoś porwał garść owoców, wołał do niej, że ona i jej ojciec są tak dobrymi ludźmi, iż użyczą biedakom kilka owoców.
Śnieżka machała rękami, wołała pomocy, ale niestety cały towar przepadł. Ludzie przewrócili