Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzecz stwierdzona. Kiedy przebywa w Borgu, jawi się co niedzieli w kościele, a sama raz powiedziała, że nie mogłaby słuchać kazania brzydkiego plebana.
Stała się rzecz komiczna. Gdy ojciec Śnieżki skończył mówić, ukazały się na policzkach mamzel Vabitz ciemno czerwone plamy. Powstrzymywała się od mówienia, jak długo tylko mogła, teraz jednak wybuchnęła.
— To co słyszę, niegodne jest kapłana i sługi bożego!
Miała głos bardzo ostry i chropawy, zaś nikłą postać, drobną buzię i kredowej niemal bieli włosy, mimo że nie mogła liczyć wyżej trzydziestu lat. Wyglądała zazwyczaj na łagodnego gołąbka. Dlatego to właśnie przerazili się wszyscy tego okrzyku.
Ojciec wybuchł wesołym śmiechem, usłyszawszy ten wyrok, wydany grobowym iście głosem, a mamzel do końca jedzenia słowa już nie rzekła.
Siostra mleczna śmiała się z mamzel Vabitz, ale Maja Liza westchnęła i po chwili podjęła dalszy ciąg opowieści.
— Nie potrzebuję chyba mówić jak bardzo prosiła Śnieżka ojca, by zaprzestał żartów i przekomarzań i jak się martwiła, że czynił to dalej. Żyła w ustawicznej obawie, że mamzel ucieknie z plebanji, podobnie jak uciekła z Borgu.
— Ale została, na szczęście została... prawda? — wtrąciła Anna.