Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Dobrze, że jest ktoś na plebanji, kto się nie boi macochy.
Wszyscy inni, nie wyłączając ojca, drżeli przed mą. Było to widoczne. Śnieżka przyznać musiała, że macocha dba o ojca, może nawet za wiele, gdyż pilnowała go tak, że się ruszyć nie mógł bez niej. Ach, była to, niestety, niewola i ojciec nie śmiał się sprzeciwić niczemu, czego zażądała.
Codziennie było to widoczne, najjawniej okazało się jednak onego dnia, kiedy jej dał pozwolenie pędzenia okowity. Wszyscy w całej plebanji wiedzieli oczywiście, że nigdy do tego nie dopuszczał i odmówiłby każdemu innemu, prócz żony. Ile razy dawnemi czasy ktoś go prosił o pozwolenie, mawiał zawsze z niezadowoleniem:
— Żyto i inne plony pól plebańskich winny być spożytkowane na chleb i potrawy, nie zaś na ów nieszczęsny trunek, który wynaleziono ku zgorszeniu ludzkości.
Zacny ojczulek powiedział to samo pewnie i żonie swej. Ale ona nie dała za wygranę i zauważyła, że chętnie zgodziłaby się na usunięcie wódki z plebanji raz na zawsze, ponieważ jednak pastor posiada ją zarówno dla gości jak i czeladzi, powinno się ją sporządzać w domu, gdyż kosztuje zaledwo połowę ceny kupna. Tak powiedziała i obstawała dopóty przy swojem, aż uległ wreszcie.