Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stół, przywlekli skrzynie i beczki i rozdawali pomiędzy siebie jabłka. Na targu znajdowało się też sporo awanturników, którzy wmieszali się w sprawę. Powstał tumult, bijatyka, a Śnieżka musiała uciekać, by nie zostać rozdeptaną w tłumie.
W tej właśnie chwili nadeszła macocha i zastała pasierbicę ograbioną, samotną i płaczącą. Ujęła jej ramię i potrząsnęła niem mocno.
— Poczekaj, — rzekła — niechno wrócimy do domu, nauczę ja cię, czem to pachnie rozdarowywanie cudzych jabłek!
Trudno się było dziwić gniewowi macochy, ale Śnieżka uczuła wielki smutek z powodu mniemania, iż rozdarowała jabłka dobrowolnie.
Smutny to był powrót do domu. Siedzieli wszyscy razem w powozie, ojciec, macocha i Śnieżka. Zrazu ojciec próbował jak zawsze bawić córkę i żonę rozmową. Ale pastorowa siedziała sztywna jak kij, zacisnąwszy usta, wcisnęła się w kąt i nie mówiła nic. Śnieżka płakała bezustanku. Zacny ojczulek nie mógł się niczem długo trapić, przytem radowało go, że ludzie wołali, iż jest tak dobry, że da im jabłka darmo. Celem dodania sobie i innym otuchy, zaczepiał wracających z targu i wypytywał mijając, czy dobrze posprzedawali krowy, ile wzięli za owoce i czy im się nie dostało bodaj kilka jego jabłek.
Po pewnym jednak czasie zamilkł dziwnie, obrócił się ku żonie i patrzył na nią długo, przenikli-