Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Bon jour monsieur le pasteur! — Ledwo te słowa przebrzmiały, dawna mamzel Vabitz zbiegła pospiesznie po stopniach i wykonała ukłon tak głęboki, jakby się zapadała pod ziemię.
Ach. jakże mam opisać tę scenę? Macocha miała wzrok krótki, przytem zaczął już padać mrok, Śnieżka nie przypuszczała jednak mimo to, by jej można było nie poznać.
Pomyślała tedy, że macosze musi się podobać, iż wszyscy kpią sobie z hrabiny, wiedziała bowiem, jak zawziętą jest na dawną chlebodawczynię swoją. Ani na moment nie przyszło jej do głowy, by matka miała się jej samej kłaniać, i tem więcej wierzyła w mistyfikację obustronną, że matka miała oblicze, jak nigdy dotąd rozpromienione.
Śnieżka zeskoczyła z siodła bez pomocy, zupełnie jak hrabina, rzuciła lejce długiemu Bengtowi, potem zaś zwróciła się ku pastorowej i rzekła, podając jej dłoń:
— Eh bien, Raklitz, jakże ci się powodzi nanowem stanowisku?
Wyobraź sobie, że ledwo Śnieżka te słowa wyrzekła, macocha niezwłocznie pocałowała ją z wielkim szacunkiem w rękę.
Teraz zrozumiała dopiero, że macocha uległa złudzie i sądzi, iż hrabina przybyła naprawdę w odwiedziny. Przeraziło ją to niesłychanie i bez namysłu zawołała: