Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Istotnie została i Śnieżkę uradowało to niesłychanie. Mamzel Vabitz zajęła się gospodarstwem, nie chcąc, jak mówiła, zjadać chleba darmo. Dzielna to była niewiasta.
Oczywiście, osoba jak ona nie mogła poprzestać na gotowaniu zwykłych, chłopskich potraw, ale przyrządzała je na sposób francuski, jak to było w zwyczaju w borskim pałacu. Ojciec był w młodych latach nauczycielem w zamożnych domach, to też nawykł do dobrego jadła i wrócił na nowo do pasztetów, korzennych sosów i potrawek. Śnieżka przekonała się, iż przez czas jej nieobecności głodu cierpiał nie będzie. Zauważyła też, że ile razy dostał wyjątkowo dobrą potrawę, nie wszczynał tak dotkliwych jak przedtem rozmów i nie droczył się z mamzel Vabitz. Okazało się jeszcze jedno i to najlepsze, mianowicie oboje zamiłowani byli wielce w ogrodnictwie. Ojciec mógł jak długo chciał rozprawiać o systemie Lineusza, o Hummarbym i ogrodzie botanicznym w Upsali, a mamzel Vabitz słuchała godzinami z nabożeństwem.
Ogrodnictwo pogodziło, zdaje się, ojca z pozostaniem jej, gdyż inaczej nigdyby do tego nie doszło. Okoliczność ta pozwoliła Śnieżce odjechać bez troski i upewniła ją, że mamzel Vabitz i ojciec wytrzymają z sobą aż do jej powrotu.
Mimo to jednak, przez cały czas myśli Śnieżki krążyły koło domu, ustawicznie rozmyślała o ojcu