Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Muszę wyznać, że Śnieżkę ogarnęło wkońcu uczucie niepokoju. Przybywszy do ostatniej gospody i znalazłszy się pośród znajomych, spytała o ojca. Odpowiedziano jej, że jest zdrów i rzeźki, jakim go opuściła. Śnieżka wyczuła jednak w tych słowach coś utajonego, coś czego wypowiedzieć nie chciano. Nie śmiała pytać wprost, bo pewna była, że stało się coś niekorzystnego, i zadała sobie pytanie, czy mamzel Vabitz nie odeszła jednak, mimo wszystko. Nie chciała sobie myślą o tej osobie psuć radości z powodu powrotu do domu.
Anna zaśmiała się krótko i rzekła:
— Byłoby to szalenie śmieszne, gdyby jeno nie przygnębiało tak i nie osmucało!
— Na ostatnim przystanku — ciągnęła dalej opowiadająca — spotkała Śnieżka długiego Bengta z końmi i bryczką z plebanji i odrazu wpadło jej w oczy, że i on zachowuje się jakoś dziwnie. Zazwyczaj trzeba było zeń wyciągać słowo po słowie, teraz jednak paplał jak najęty, ale nie wspomniał jednem słowem o ojcu i mamzel Vabitz. Śnieżce brakło teraz odwagi na pytanie. Pomyślała, że jeśli coś złego zaszło, to dowie się od samego ojca.
— Nie wiedziała o niczem, przybywając do domu? — wykrzyknęła słuchająca.
— Nie wiedziała nic, a nic! I powiem ci, co jej było najprzykrzejsze. Oto kochany, drogi, a tak rozumny ojczulek pewny był, że postąpił niesłycha-