Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

jakby rozmarzony i wówczas wydaje się, że cała fabryka nic go nie obchodzi.
Altringer zażądał rozmowy osobistej z chłopcem i kazał go wezwać do biura. Gdy Sven przyszedł, Altringer postawił go przed sobą, spojrzał mu bystro w oczy i spytał, czemu nie uciekł jak inni podczas epidemji ospy.
Sven nie odparł nic, zaczerwienił się tylko strasznie, jakby to było pytanie najgorsze z pośród wszystkich na świecie.
— Nie bałeś się, chłopcze? — badał stary.
— Bałem się...
— Czułeś tedy odpowiedzialność za hutę?
— O nie....!
Po dobrej chwili, z trudem udało się Altringerowi wydobyć prawdę. Oto Sven został dlatego, ponieważ w biurze wisiały na ścianie skrzypce zarządcy, na których w czasie, gdy był sam, mógł grać dowoli codziennie.
— Ach tak! Więc lubisz muzykę! — rzekł Altringer. — Chodź, chłopcze, poprosimy zarządcy, by ci raz jeszcze pożyczył skrzypków. Posłucham chętnie.
Tego nie bał się Sven zgoła! Nastroił instrument i zagrał starą piosenkę, którą się od kowali nauczył.
Altringer śmiał się zrazu, ale potem spoważniał. Odczuł, że chłopak wkłada w tę pieśń coś, co sprawia, że oklepany utwór brzmi zgoła inaczej.