Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bądź pewna, — rzekła Anna, gdy Maja Liza przerwała, — że za drugim pobytem u Śnieżki cap dostanie ode mnie kilka sporych kromek chleba.
— Ach, — odrzekła — ten poczęstunek przyjdzie za późno! Ostatni list, jaki dostałam od Śnieżki, donosi, że macocha kazała zarżnąć capa.
— Aj — zawołała Anna i zamyśliła się. — Czyż ojciec Śnieżki nie sprzeciwił się i pozwolił na zabicie capa? Obawiam się teraz, że Śnieżce może macocha uczynić coś naprawdę złego.
Maja Liza odparła szybko:
— O nie, nie uczyni nic Śnieżce! Przeciwnie, sądzi, że to właśnie Śnieżka dzień i noc przemyśliwa coby jej złego zrobić.
— Powinnaby przecież wiedzieć, że tak nie jest!
— Ach, tak się zawsze, niestety, nieszczęśliwie dla Śnieżki składa... Opowiem ci jedno zdarzenie, z którego zobaczysz, jakie to nieszczęście prześladuje Śnieżkę.
— Chętnie posłucham opowieści do końca, — zauważyła Anna — ale widzę przecież, że niebezpieczeństwo zagraża Śnieżce, nie zaś macosze.
— Wiesz dobrze — ciągnęła dalej pastorówna — że ojciec Śnieżki urządził cały ogród plebański, posadził agrest, porzeczki, maliny, poziomki, oraz róże po zachodniej stronie domu.
Najwspanialsze z wszystkiego jednak były atoli jabłonie. Ojciec sam je sadził, szczepił i w całej oko-