Strona:Selma Lagerlöf - Maja Liza.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Trudno mi coś powiedzieć o ojcu Śnieżki, — odparła Anna — ale pewną jestem, że osięgnąłby niezawodnie, czegoby zapragnął.
— Nie potrafię wyrazić dokładnie wszystkiego, co czuła Śnieżka, ale myślę, że rzekła sobie w sercu swojem: Ty, Śnieżko, jesteś niczem i nic nie potrafisz, a także nie przeżyłaś dotąd niczego, jakże tedy możesz sobie pozwalać na zły humor? Wstydź się! Pomyśl o ojcu swym, który nie wyrzeka nigdy, niczego nie pożąda dla siebie, a całemu światu ukazuje pogodne zawsze i życzliwe oblicze. Ale Śnieżkę usprawiedliwiało wobec niej samej to, że radaby była jak najprędzej skończyć tkanie, bowiem wybierała się w drogę. Postanowionem było, że ma towarzyszyć babce tego lata do kąpiel w Loko. Babka nacierpiała się zeszłej zimy strasznie na reumatyzm, który nadwerężył jej bardzo ręce. Od samej wiosny wybierała się tedy do kąpiel, ale Śnieżka wiedziała dobrze, że nie pojedzie za nic w świecie, jeśli jej nie zawiezie sama.
Codziennie zbierała się spytać ojca o dzień odjazdu, ale dziwnego doznawała uczucia niechęci i brakło jej na to odwagi. Czuła jak ciężko będzie ojcu bez niej, przez ciąg sześciu długich tygodni, to też chciała odsunąć to jak najbardziej. Idąc teraz obok niego, postanowiła zdobyć się na krok stanowczy i zadać to pytanie, o ile ojciec będzie zadowolony ze stanu sianokosu.