Historya Nowego Sącza/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Sygański
Tytuł Historya Nowego Sącza
Tom II
Podtytuł Obraz urządzeń cywilnych oraz życia mieszczaństwa w epoce Wazów
Pochodzenie Historya Nowego Sącza
Tom II. Obraz urządzeń cywilnych oraz życia mieszczaństwa w epoce Wazów
Wydawca Nakładem autora
Data wydania 1901
Druk Drukarnia Wł. Łozińskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


HISTORYA
NOWEGO SĄCZA
OD WSTĄPIENIA DYNASTYI WAZÓW
DO PIERWSZEGO ROZBIORU POLSKI
PRZEZ
Ks. Jana Sygańskiego T. J.
Tom II.
Obraz urządzeń cywilnych oraz życia mieszczaństwa w epoce Wazów.
(Z 16 rycinami).

WE LWOWIE
NAKŁADEM AUTORA
1901.


Z drukarni Wł. Łozińskiego. — Zarządca Wł. J. Weber.






Rozdział  I.
Topografia Nowego Sącza w XVII. wieku. — Jego obwarowanie i siła zbrojna.

Miasto Nowy Sącz położone jest na wyspie przedhistorycznego jeziora, którego wody poniżej tejże przedarły zaporę okalających go gór, uchodząc ku Wiśle i morzu. Powstałe stąd rzeki: bystry Dunajec i wartka, choć płytka Kamienica, zagłębiając swe koryta, oberwały połogie wyspiska boki i utworzyły trójkąt, niby klin ostrzem ściętem ku północy zwrócony. Wysokość tego trójkąta od północnej strony, gdzie jest największą, nie dochodzi 15 metrów nad powierzchnię wody Dunajca, a ku południowi obniża się znacznie. Na tym wywyższonym trójkącie leży miasto, a wokoło poza rzekami ściele się śliczna sandecka równinka[1], bujna i wesoła, uwieńczona dokoła owemi pięknemi wzgórzami, rzadko kiedy na gradobicie, częściej natomiast wystawiona na wichry[2] i powodzie. Bujność i urodzajność jej, mianowicie poniżej owego przedarcia się Dunajca, nie ustępuje Ukrainie; a kmiecie Kurowa zowią swą wioskę rajskiem jabłkiem, które Bóg upuścił, niosąc urodzaj na Podole.
Miasto Nowy Sącz było niewielkie, jak wszystkie ówczesne warownie polskie. W roku 1651 liczyło domów 224; placów pustych, na których dawniej domy stały, 11: ogrodów 3 — prócz zabudowań kościelnych, plebańskich, klasztornych, szpitalnych, zamku królewskiego i ratusza. Rynek liczył w pierwszej połaci 11, w drugiej 6, w trzeciej 14, w czwartej 9 domów. Oprócz głównego rynku istniało 7 ulic, z pomiędzy których ulica polska liczyła domów 44, szpitalna 41, św. Ducha 11, młyńska 22, drwalska 22, furmańska czyli węgierska 16, różana 19[3]. Wzdłuż ulicy różanej, na miejscu dzisiejszego ogrodu i gmachu więziennego, rozciągał się obszerny plac, zwany „Biskupie“, na którym od niepamiętnych czasów aż do XVII. wieku stał dwór biskupów krakowskich (curia episcopalis). Oprócz powyższych, znajdowało się w obrębie miasta domów szlacheckich ogółem 9[4]. Co się tyczy spisu ulic, domów i ich właścicieli, posiadamy nader cenny współczesny wykaz, ulożony przez Stanisława Hignarowicza, mieszczanina sandeckiego, z okazyi wybierania składki na piechotę Imci pana Andrzeja Kaszowskiego[5], łowczego wołyńskiego[6], i na piechotę hetmańską 1. kwietnia 1651 roku. Spis ten byłby bez wątpienia nieocenionym dokumentem do topografii miasta w XVII. wieku, gdyby obok nazwisk właścicieli domów podawał również ich imiona i rodzaj zatrudnienia. Podług planu miasta z r. 1831 odpowiada dawnej ulicy polskiej dzisiejsza ulica Kazimierza; ulicy szpitalnej: ulica krakowska; ulicy drwalskiej: ulica jagiellońska; ulicy furmańskiej: ulica Kościuszki; ulicy różanej: ulica pijarska; ulicy młyńskiej: ulica lwowska; nazwa zaś ulicy św. Ducha utrzymała się dotąd.
Prawie każdy dom rynkowy był gospodą zajezdną, a większa część miała w zaułkach gorzelnie lub browary. Kościołów znajdowało się 3: kollegiata, franciszkański i norbertański. Wskutek wojen szwedzkich, morowej zarazy i rożnych kontrybucyi wojskowych wyludniło się miasto do tego stopnia, że w r. 1704 było w niem domów zaledwie 122, a na przedmieściach 67[7].
Wszystko to razem wraz z starożytnym zamkiem, przez Kazimierza Wielkiego wzniesionym, opadane było murem kamiennym 12 łokci wysokim a 2½ szerokim, i stanowiło właściwe miasto, do którego wiodły 4 bramy: grodzka (porta castrensis) i krakowska (cracoviensis) od północy, młyńska (molendinalis) od wschodu, a węgierska (hungaricalis) od południa. Prócz tego były 3 osobne furty: od strony Dunajca grodzka czyli miejska, od Kamienicy szpitalna, a od przedmieścia węgierskiego różana. Na planie miasta z r. 1783, nakreślonym ogólnikowo niewprawną ręką, oznaczone są, oprócz kościołów, zamku królewskiego, ratusza i innych znaczniejszych budynków, także 3 dawne bramy miejskie: krakowska, młyńska i węgierska. Na późniejszym planie z 1804 roku, który aż do ostatniego pożaru 1894 r. wisiał w sali ratuszowej, widać było jeszcze odłamy i szczątki murów fortecznych i niektórych baszt.
Obronę miasta stanowiły mury, bramy, wieże czyli baszty i okopy[8]. Od północy, tuż przy dawnem ujściu Kamienicy do Dunajca, stoi zamek królewski na najwyższej wyniosłości miasta, z przecudnym widokiem na góry i Dunajec. Budowla jego niezbyt okazała przedstawiała obszerny gmach jedno-piętrowy, na którym, jak jeszcze po roku 1860 utrzymane szczątki dowodzą, wznosiła się wysoka attyka z otworami okiennymi, która niezawodnie dach zakrywała. Gmach ten po środku załamany był nieco w kolano, a umocniony czworoboczną basztą, w czoło na zgięciu wmurowaną, i dwiema osobno zbudowanemi po skrzydłach. Baszta kowalska z prawej strony od północnego wschodu, z mocną szkarpą i attyką, należąca właściwie do dawnych murów fortecznych miejskich, stoi po dziś dzień i nosi niezaprzeczone piętno baroka włoskiego, podobnie jak ratusz tarnowski lub Sukiennice krakowskie i wiele zamków podgórsko-węgierskich, wyrestaurowana więc widocznie dopiero po owym wielkim pożarza 1611 r.
Od zachodu, od strony Dunajca, prócz baszty narożnej, bronił zamku mur podwójny, wyższy i niższy, panując nad mostem i przewozem. Od północy broniła baszta środkowa, tudzież druga narożna czyli owa kowalska, wraz z bramą zamkową czyli grodzką, ponad którą mieściła się stancya pisarza grodzkiego. Z baszty tej, a raczej szkarpy jej, wychodziła wązka furtka grodzka uboczna, po wązkich schodach wiodąca na dół ku Kamienicy, wpadającej opodal do Dunajca, do dziś dnia istniejąca. O kilkadziesiąt sążni na wschód od bramy grodzkiej stała brama miejska krakowska, a nad nią potężna baszta, zwana szewską od cechu, który jej miał bronić. Dalej na wschód od niej, na skręcie dzisiejszego starego żydowskiego okopiska, stała w półokrąg stawiana baszta garncarska. Te dwie baszty, szewska i garncarska, czołem na północny wschód zwrócone, stanowiły narożnik, panujący nad mostem i gościńcem krakowskim, oraz brzegami rzeki Kamienicy.
Zamek z swemi basztami, murem między bramą grodzką a krakowską, stanowił najzupełniejszą obronę od północy. Przekopu zamek nie miał, bo położenie samo blizko 15 metrów wyniosłe, tudzież nieco dalej rzeka Kamienica utrudniały całkiem przystęp. Wjazd do obu bram był bardzo przykry, a z obu stron strzegły go strzelnice baszt, bram i murów, których ominąć nie było sposobu. Zamek nie stanowił osobnej twierdzy, jak n. p. zamek w Wiśniczu albo w Lubowli, lecz był tylko dobrze ufortyfikowanym narożnikiem miasta. Z tego powodu nie miał też obwarowania zewnętrznego od strony miasta, ani fos ni wałów — z ulicy polskiej przechodziło się od razu na dziedziniec przed gmachem zamkowym.
Baszty były piętrowe, o mocnem sklepieniu, i miały wewnątrz lawety drewniane pod armaty czyli, jak wówczas mówiono, „wiązania pod strzelbę“. Przed pożarem miasta w 1611 r. wszystkie baszty bez wyjątku pokryte były dachówką; później zaś pokrywano jedne z nich dachówką, drugie prostym gontem. Każda baszta mieściła na dole „cekauz“ (Zeughaus), czyli składy przyborów wojennych, na piętrze zaś strzelnice z wszelkim rynsztunkiem. Szczyty baszt zdobiła zwyczajnie gałka miedziana z chorągiewką ruchomą, powiewnikiem lub powietrznikiem zwaną; na niektórych jednak wznosiły się figury, wykonane przez miejscowych snycerzy, o czem wyraźna wzmianka w aktach miejskich pod rokiem 1618, 1652[9] i 1678[10]. Dachy baszt zamkowych były ukryte, czyli były otoczone tak zwaną attyką. Bramy obszerne i sklepione, brukowane kamieniem, mieściły w dole izbę dla bromnego, a w górze piętro obronne z gankiem naokół wewnątrz. Brama krakowska miała na grobli zwód, a na dachu dla odcieku rynnę, i była pod gontem. Sam zwód był blachą dobrze obity, a zwodzono go łańcuchami, które chodziły na kołowrotach.
Mury forteczne były także pod gontem. Górą szedł od strony miasta, czyli od strony wewnętrznej, ganek drewniany i strzelnice, których wyraźny ślad zachował się dobrze po dziś dzień w murze, łączącym zamek z basztą kowalską[11]. Podobny mur, wysoki na 12 łokci, opasywał miasto o strony wschodniej wzdłuż rzeki Kamienicy aż po bramę młyńską[12]. W tej stronie broniły miasta, a przedewszystkiem kościoła i klasztoru norbertańskiego, oraz kościoła kollegiackiego, dwie osobne baszty: piwowarska i sukiennicza, na samym zaś krańcu ku południowi wznosiła się nad bramą młyńską czworoboczna baszta kuśnierska, a od ulicy szpitalnej wychodziła furtka do rurmuza (wodociągu).
Wspomniana brama młyńska wraz z wznoszącą się nad nią 12 łokci wysoką basztą[13], tworzyła narożnik od strony południowo-wschodniej i przedmieścia węgierskiego i stanowiła główną obronę gościńca grybowskiego.
Od strony południowej ustała korzyść wynioślejszego położenia; ręka ludzka musiała więc tutaj dopomódz. Ogromny, na kilkadziesiąt łokci szeroki a głęboki przekop ciągnął się od Kamienicy aż do Dunajca w wygięty łuk, a wzdłuż niego od strony miasta długi mur forteczny[14], którego środek zajmowała silna, zwodzona brama węgierska[15] z potężną basztą bednarską. Po skrzydłach tejże tkwiły w półokrąg dwie baszty: krawiecka i tkacka.
Brama węgierska, najpotężniejsza ze wszystkich, miała zwód z silnych dębowych forsztów[16], mocną kutą blachą obity, a potężne haki podtrzymywały łańcuchy przy zwodzeniu i spuszczaniu. Główny trakt do Węgier wiódł tą bramą, ruch w niej był ciągły; za każdem więc zwodzeniem pomostu przyniesione i przywiezione błoto spadało do przekopu, dlatego wyciągano je cebrami, aby nie było przeszkody napełniania przekopu wodą. Baszta węgierska[17], równie jak i brama, były pod gontem. W bramie była furta, a w szeroko płaskich oknach wisiały groźne organki, t. j. broń palna z kilku luf złożona; w bramie tej była także obszerna strażnica, którą w latach 1648—1655 zamieszkiwał Matyasz, kołodziej, płacąc z niej czynszu rocznego 4 złp. 24 gr. Młyńska i węgierska brama, podobnie jak krakowska i grodzka, mieściły bormnego w izbie ogrzewanej piecem, a piętra miały zbrojne z gankami i strażnicami.
Prócz węgierskiej bramy mała tylko furtka różana, przyozdobiona zgrabną wieżyczką, wiodła ku węgierskiemu przedmieściu.
Pod murem stało kilka chałupek miejskich[18], zamieszkałych przez biednych komorników, płacących czynsz roczny z swego podmurza. Za okopem, a po części i w okopie ku Dunajcowi, były miejskie sady, z których jeden zwał się „roratnym“, gdyż dochód z niego szedł na nabożeństwo roratne w kollegiacie.
Strony zachodniej od Dunajca, prócz rzeki bystrej i głębokiej, bronił klasztor franciszkański i mur nadbrzeżny, ciągnący się od owego głębokiego przekopu aż do zamku, miejscami podwojony, z blankami[19]; wszystko pod gontem. Prócz baszty rzeźniczej za klasztorem franciszkańskim, stała na Biskupiem druga okrągła baszta kramarska, a trzecią z kolei była już narożna zamkowa. Do Dunajca wiodła furtka w środku muru, prowadząca także do ogrodu granciszkańskiego obok zamku. Ogółem broniło miasta i zamku 13 baszt.
Furty wszystkie, któremi zwykle się przechodziło, miały kołowrot mocny dębowy, dla łatwiejszego zatrzymania przechodniów.
Fundusze na utrzymanie tych murów i baszt płynęły z ceł od wina, składu kruszców i innych towarów, przewożonych przez miasto lub spławianych Dunajcem[20]: następnie z trzeciej miary z dwóch młynów królewskich na Kamienicy, z folusza i tracza; tudzież z dzierżawy sołtystwa w Falkowej, za umyślnem nadaniem królów: Zygmunta Augusta[21] i Zygmunta III.[22]. Bramy wszystkie zamykano pod wieczór kłódkami, klucze zaś odnoszono do burmistrza, aby ich nikomu nie otwierano. Stąd to już w r. 1543 zawyrokowali komisarze królewscy, że bram miejskich nikomu w nocy otwierać nie wolno, chyba tylko w nagłej i ciężkiej potrzebie Rzpltej. W lutym zaś 1610 r. „ordynował woźny z rozkazania Jegomości pana podstarościego, Sebastyana Gładysza, aby każdy z miasta wyjeżdżał, gdy na wieży w bęben uderzą, żeby bron w nocy nie otwierano“[23].
W księgach miejskich Percepta et Distributa 1601—1657 przechowały się dotąd mnogie i szczegółowe wydatki na naprawę pojedyńczych baszt, bram i murów fortecznych[24]. W r. 1639 nadało nawet miasto niejakiemu Janowi, murarzowi, domek z ogrodem za rzeką Kamienicą, ażeby zato ciągle za opłatą naprawiał nadpsowane mury i natychmiast dawał znać, gdzie grozi ruina[25]. W przeciągu 11 lat (1646—1657) wydano ogółem na ten cel 1.003 złp. 22 gr.
Poza murami miasta rozciągały się dwa przedmieścia: większe czyli węgierskie, od południa poza bramą węgierską, z 3 kościołami: św. Walentego, św. Mikołaja i św. Wojciecha; tudzież przemieście mniejsze, poza młyńską bramą i za rzeką Kamienicą, a kościołem św. Krzyża, zwane także Zakamienicą. Na przedmieściu większem były dwie główne ulice: długa i średnia. Na obydwóch przedmieściach było 1652 r. ogółem domów 143[26].
Załogę miasta stanowiło mieszczaństwo, obowiązane bronić miasta swego w czasie wojennych napadów. Każdy mieszczanin, przyjmując prawo miejskie, obowiązywał się w przeciągu roku dać miastu hakownicę nową lub przynajmniej muszkiet. Każdy cech miał sobie przydzieloną basztę, czyli wieżę miejską, która raz na zawsze miała być opatrzoną w „strzelbę“[27], proch, kule, knoty, broń i oręż. W XVII. wieku cech kowalski bronił bramy grodzkiej i baszty własnej; cech szewski bramy i baszty krakowskiej; cech kuśnierski bramy i baszty młyńskiej; cech bednarski bramy i baszty węgierskiej. Innych zaś baszt wokoło miasta broniły cechy: garncarski, piwowarski, sukienniczy, krawiecki, tkacki, kramarski i rzeźniczy. Natomiast baszt zamkowych broniła kolejno straż, złożona z pachołków wsi: Królowej polskiej i ruskiej, czyli tak zwana „stróża zamkowa“.
Niektóre cechy sandeckie przechowały w swych księgach dokładny spis zbroi z lat 1551—1622. Największe zapasy zbroi posiadała w 1594 r. baszta kowalska obok bramy grodzkiej: Hakownic 11, zbroi 8, szyszaków[28] 9, obojczyków[29] 6, zarękawiów 2 pary, rękawic 3 pary, rękawic pancernych para, pancerzów[30] 2 pary, rusznic 7, mieczów 2, szabel 3, halabardów[31] 6, rożnów[32] 2, prochowic 6, ładunków 2, form do rusznic[33] 6, knotów 4.
Cech szewski, liczebnie jeden z największych w Sączu, miał w swej baszcie nad bramą krakowską w r. 1602: Hakownic 8, prochu do strzelby beczułkę 1, lontów 6, zbroi białej[34] 7, zbroi czarnej[35] 4, pałaszów dobrych 6, rusznic dobrych 11, zbroi gorszej 2, szyszaków 13, ładownic 4, prochownic 4, rogów 3, halabardów 3, oszczepów 3, glewie[36] 3, ładunków 60, w garnku prochu funt 1, zarękawie pancerzowe, rohatynę[37].
W baszcie cechu kuśnierskiego nad bramą młyńską znajdowało się w r. 1591: Zbroi szmelcowanych 6, zbroi światłych dobrych 3, pancerz, szyszaków 4, mieczów 5, glewie 2, halabardów 2, szefelin[38], rusznic 4, prochownic 2, hakownic 3, kul żelaznych do hakownic 66, rękawice żelazne czarne, 3 kusze z hewarem[39], przyłbica stara zła, haczków do wieszania zbroi 12. Wydano zaś na rusznicę z krzosem[40] złp. 10; na prochownicę 2½ gr.; na rzemień do prochownicy ½ gr.; za worek na pancerz 4 gr.; na pasy do mieczów 5 gr.; za 2 knoty i prochownicę 9 gr. W r. 1593 wydano na hakownicę 9 talarów węgierskich.
W rok po wojnie chocimskiej (1622) znajdujemy w tejże baszcie: Hakownic dobrych 5, starych 2, rusznic małych 2, muszkietów 3, z tych 2 z krzosem, rurka (lufa) jedna nie osadzona, mieczów staroświeckich 2, pałaszów 3, halabardów 4, szefelin, oszczep, glewia, prochownic 3, knotów 4, zbroi 3, z tych jedna zupełna, szmelcowanych 3, zbroi czarnych 2, szyszaków 5, półtrzeci kuszy i hewar, prochu półbeczki większe, kule żelazne i ołowiane, skrzynia z zamkiem, w której proch, miartuch[41]. Sprawiono 1 parę hakownic długich za 18 złp.; wydano na 15 funtów prochu 7 złp.
W baszcie cechu bednarskiego nad bramą węgierską mieściło się w r. 1606: Zbroja na 4 pachołków, kapeluszów[42] 3, obojczyków 4, hakownic 4, rusznic 5, mieczów 6, oszczepów 2, halabardów 2, sulica[43], 3 kusze, bęben, prochownic 6, ładunków 3, form małych 2, wielkich 2, kul wielkich 65, małych 120, knotów 4.
W roku zaś 1617: Zbroja na 3 pachołków, hakownic 7, rusznic 5, pałaszów 2, halabardów 2, prochownic 4, knotów 2, ładownic 4, prochu beczka i kule nieliczone, 3 kusze, mieczów nowych para.
Wreszcie w roku 1622: Hakownic długich 6, krótka siódma, mieczów 2, pałaszów 2, cztery zbroje z obojczykami, a dwie z kapeluszami, blach na zbroje 13 sztuk, rusznic 5, knotów 4, form 2, kul 200, prochownic 3, ładownic 2, prochu beczułka zabita; w prochownicy jest proch na rozchody.
Z powyższego zestawienia i innych jeszcze zapisków pokazuje się, że za Zygmunta III. zbroi cechowej ciągle przybywało w miarę rozwoju cechów[44], tak że między rokiem 1591—1622 w czterech głównych basztach, broniących gościńców: krakowskiego, grybowskiego i węgierskiego, znajdowało się stale samych hakownic 35, rusznic 28, kusz z hewarami do rzucania pocisków 6, kul żelaznych do hakownic z górą 2.000, kul ołowianych do rusznic niezliczona liczba, prochu beczek 4, zbroi zupełnej pancerzowej na 35 pachołków, pałaszów 26, form wielkich i małych do odlewania kul 12, halabardów 18, prochownic 19, oszczepów różnego rodzaju 14, ładownic 8.
Broń chędożono od czasu do czasu, zapijając przytem półachtelem piwa. Stąd to często przychodzi w księgach wydatków tak miejskich, jako i cechowych: „Do tarcia zbroi półachtel piwa braciom; dano na szpik do szpikowania hakownic; na oliwę do napuszczania zbroi.“ Obowiązek ten czyszczenia broni spadał na młodszych braci cechowych.
W r. 1625 uchwalono, „żeby młodsi pancerze wycierali swym kosztem, a starsi w nich chodzili.“ W roku zaś następnym (1626) na zebraniu cechowem orzeczono: „aby młodsi szanowali armaty. Któryby co popsował z igraszki, jak to czynić zwykli, zaraz niechaj da naprawić. A niechaj jeden będzie dozorcą, który będzie oddawał i odbierał armatę. A ten, któremu to poruczą, jeżeliby niedbale swój urząd sprawował, ma bydź karany, bo niepotrzebnie nakładamy. Takowi młodsi aby nie strzelali niepotrzebnie.“ Wybierano też zawsze dwóch młodszych ku temu: jednego do hakownic, drugiego do przybierania i rozbierania zbroi.
Pomimo tych obostrzeń niebardzo doglądano zbroi, mianowicie w czasach spokojnych, zaco oczywiście kara odpowiednia wymierzaną była. Dnia 8. lipca 1629 r. zapadł na Bartosza Grybowskiego i Matyasza Mikołajczyka następujący wyrok starszyzny cechu kuśnierskiego: „Ponieważ wymienieni bracie z wielkiego niedbalstwa wieży dwiema kłódkami nie zamykali, i owszem lada kiedy na tęż wieżą chodzili — pono gołębie zbierając — przeto nakazujemy im, ażeby do dwu niedziel, pod winą pańską 10 grzywien, miecz takowy, jaki zginął, do cechu oddali, także prochu funtów 26.“
Oprócz cechowej, posiadało miasto jeszcze zbroję ratuszną dla obrony miasta i Rzpltej, składającą się z wielkiego działa, kilku działek mniejszych, śmigownic, hakownic, muszkietów i kilku par organków, żelaznymi pasami pościąganych. Działa stały na łożach i kołach, a w czasie pospolitego ruszenia wieziono je nieraz i na Ukrainę.
W r. 1626 osadzano tę miejską zbroję, t. j. dorabiano do niej łoża i koła, a było oprócz hakownic i organków także jedno działo wielkiego kalibru i troje działek mniejszych. Jerzy Tymowski, kupiec i lunar ówczesny, trudnił się tem, doglądając roboty kołodzieja względem kół, do których osobny świder sporządzić musiano; stelmacha, co wycinał osie i przyprawiał łoża do dział; kowala przy okowaniu dział, oraz szychtarza[45], który je osadzał. Lunar sam dostarczał węgli, których kosz płacił pod 2 złp. i kilka groszy; żelaza po 3 grosze funt, a w końcu smoły i lubryki[46] — snadź łoża malowano na czerwono, a okucie napuszczano na czarno.
Burmistrz Jan Łykawski wpisał to wszystko do księgi wydatków nadzwyczajnych miejskich:
— Za świder do wywiercenia kół pod działo i od wywiercenia ich dałem kołodziejowi 21 gr.
— Za dwa kosze węgla do okowania tegoż działa 4 złp. 4 gr.
— Za sztab żelaza, w którym funtów 30, na okowanie tegoż działa 2 złp. 15 gr.
— Za trzy ćwierci i 6 funtów żelaza na okowanie tegoż działa 8 złp.
— Stalmachowi od przyprawienia łoża do działa 8 złp.
— Za 25 szyn żelaznych na okowanie tegoż działa, każda szyna po 8 gr. = 6 złp. 20 gr.
— Kowalowi od okowania tego działa 20 złp.
— Za kosz węgla do osadzenia trzech działek 2 złp. 12 gr.
— Za cetnar żelaza do okowania tych działek 10 złp.
— Woźnicy, który odwiózł te działka i forsztów 6 do szychterza, na piwo 10 gr.
— Stalmachowi za 3 osi pod te działka 24 gr.
— Kołodziejowi za 2 pary kół pod działka 2 złp. 20 gr.
— Szychteczowi od osadzenia tych działek 14 złp.
— Kowalowi za 2 szyny do tych działek 16 gr.
— Za smołę i za lubrykę do tych działek 6 gr.
— Kowalowi od okowania tych 3 działek 24 złp.
Za te wszystkie roboty wypłacono ogółem 104 złp. 28 gr.[47].
Zbroję ratuszną chędożono i naprawiano również od czasu do czasu według potrzeby. Tak n. p. w r. 1616 za 2 pary kół pod organki i od oprawy ich dano kowalowi 24 gr.; w r. 1626 za szpik dla wychędożenia organków, hakownic i działek 24 gr.; w r. 1644 od wychędożenia dział i organek 20 gr.; w r. 1648 stelmachowi, co robił 3 kary pod śmigownice, a do czwartej doprawił dyszel i poręcza, dano 4 złp., kowalowi, co robił ref[48] 24 na koła pod strzelbę, 2 złp. 12 gr.; w r. 1655 za 3 szyny żelaza do łoża działa wielkiego 1 złp. 6 gr.
Proch tłukł puszkasz w puszkarni miejskiej, zbudowanej w r. 1623[49], lecz częściej kupowano go i trzymano w beczkach, a regimentarz miejski przesypywał go od czasu do czasu. Saletry dostarczali saletrnicy okoliczni. Najwięcej wyrabiano jej w Grybowie i okolicznych wsiach, jak w Białej wyżnej i Siołkowej, gdzie wielka jej obfitość w skałach łupkowych iłowatych. Najsłynniejsi saletrnicy (1620—1630) otrzymywali zadatki i obowiązywali się dostarczać do 3 tygodni „lutrowanej dobrej saletry“ po kilka kamieni, po półcetnara, aż do 5 cetnarów naraz. W r. 1620 cena saletry była: 15 złp. za cetnar, a w r. 1626 już 35 złp. Kupiec Jerzy Tymowski tym saletrnikom grybowskim nie zawsze płacił pieniędzmi, ale i słoniną, masłem, suknem[50].
Prócz Grybowa także i w Łącku wyrabiano saletrę. Bieczanie mieli swą miejską saletrnię i prochownię, i miejskich saletrników. Wyrabiali saletrę z popiołu, którego korzec płacono po 18 gr. Warzono ją w umyślnych na to piecach i przecedzano przez płótno do rozmaitych naczyń, mianowicie w koryta. Od wyrobu jednego kamienia saletry w r. 1649 płacono tam 1½ złp., a od wytłuczenia kamienia prochu w miejskiej dębowej stępie 2 złp.; od prochu do dział płacono 15 gr. od funta.
Kule do hakownic i muszkietów odlewali bracia cechowi w osobnych formach, a czasami sprowadzano je skądinąd. Tak n. p. w księdze cechu bednarskiego zanotowano pod dniem 10. lipca 1670 r.: „Za kule do hakownic, których w liczbie było półtrzeci kopy, dał pan Stanisław Rożański 1 złp. 15 gr.“ Kule żelazne trzymano w faskach, a od czasu do czasu także przesuszano, aby nie rdzewiały. Knoty do podpału hakownic kręcili powroźnicy z lnianków[51].
W celu wprawiania mieszczan do broni odbywano ćwiczenia, czyli „okazowania zbrojne“ (monstry). Odbywały się cztery razy do roku, zawsze podczas jarmarków: na św. Wojciech, św. Małgorzatę, św. Stanisław i św. Marcin — a to dla okazania gotowości w obronie miasta przeciw wszelkim nieprzyjaciołom i napastnikom. Nie była to ostrożność zbyteczna, kiedy zbójcy podgórscy jarmarki napdali, a niesworni żołnierze i swawolna szlachta zjechawszy do miasta, zwyczajnie „stroili huczki“[52] i dopuszczali się rozmaitych wybryków i nadużyć.
Zapraszano wtedy do regimentowania świadomego wojenki mieszczanina, lecz najczęściej szlachcica podupadłego, osiadłego w mieście, a najbardziej radzi byli mieszczanie iść pod rozkazy jakiego porucznika lub rotmistrza, jeżeli właśnie przebywał lub przejeżdżał, a dał się uprosić. Wdzięczne miasto Jego Królewskiej Mości nie przepomniało też ugościć panów wojskowych, zapisując to do księgi wydatków. I tak w r. 1644 wpisano: „Przed wyjazdem chorągwi dragańskiej z miasta, rotmistrzowi i oficerom, którzy przy monstrze generalnej miejskiej byli, dało się kontentacyi 3 garnce wina za 6 złp.“ W czerwcu 1651 r.: „Dla pana Krzesza regimentarza na okazyi, za półgarnca wina 1 złp. 6 gr.“[53]. Zwykle zaś stoi tam: „Regimentarzowi piechoty miejskiej“ albo „rotmistrzowi piechotnemu podczas jarmarku i monstry miejskiej: 1 złp.“, albo nawet tylko 12 gr. — według tego, jak i kto regimentował.
Obok regimentarza głównemi osobami podczas okazowania byli: dobosz i chorąży, o których też często są wzmianki w wydatkach. Tak n. p. w r. 1651: „Doboszowi, co tył na okazyi, 6 gr.“; innym znów razem notowano: „Chorążemu miejskiemu i doboszowi podczas generalnej monstry na gorzałkę 10 gr.“ albo „porucznikowi i bębeniście miejskiemu podczas monstry jarmarcznej 24 gr.“ Czasami, jeżeli się zdarzyło, że dragonia stała w mieście, wzywano dobosza dragońskiego, jak w r. 1644, gdzie zapisano: „Doboszowi dragańskiemu podczas monstry miejskiej, także trwog węgierskich[54], za pracę 1 złp. 3 gr.“ W okazowanie strzelano do tarczy.
Chorągiew miejska wielka powiewała nad całem uzbrojonem mieszczaństwem, lecz dla monstry oddzielne hufce nosiły oddzielne chorągwie, których proporce[55] do drzewek ćwiekami na trokach[56] przybite były, a górą szczyty miały rzeźbione.
Bęben piechoty drewniany, malowany, częstemu ulegał zepsuciu. Skóra, mimo częstego smarowania jej żółtkami i gorzałką, pękała pod silnem uderzeniem doboszów miejskich, a starszy cechu szewskiego dostarczał nowej. Za czasów Jana Kazimierza sędziwy Jan Cyrus niejednego złotego wziął za nową skórę do bębna, którą obszywał rymarz, a czasami sam miejski dobosz.
Psuł się zaś bęben piechotny, bo oprócz okazowań głównych bębniono weń przy wszystkich większych procesyach: na Wielkanoc, Zielone Świątki, Boże Ciało, św. Małgorzatę, gdyż przy każdej występowało mieszczaństwo zbrojno pod swym regimentarzem. Rotmistrz miejski z doboszem za każdem wystąpieniem w usłudze uroczystości kościelnej otrzymywali kontentacyę, i to czasem hojniejszą, niżeli na monstrze wojennej, boć nabożne mieszczaństwo wierzyło, iż Bóg jest panem zastępów, hetmanem hetmanów, iż ludzie strzelają a Bóg kule nosi!
Na monstrę wojenną i ćwiczenia przychodzili nie tylko mieszczanie, ale w groźnych czasach wojennych także i chłopi, poddani wsi miejskich, biorąc w nich udział czynny. Miasto rade im było i raczyło piwem. Tak n. p. w r. 1655 zanotowano: „Panom mieszczanom, którzy na monstrę wychodzili, według dawnego zwyczaju na achtel piwa 4 złp. 10 gr.; chłopom, którzy na monstrę przyszli z innych wsi, na achtel piwa 4 złp. 10 gr.; dla panów kolegów, gdy z monstry przyszli, za 2 garnce wina 3 złp. 6 gr.; dla regimentarzów, którzy byli na monstrze, za ½ garnca wina 24 gr.“[57]. Podobny zapisek znajduję pod rokiem 1656: „Za 3 achtele piwa na jeneralną monstrę: jeden dla panów mieszczan, drugi dla przedmieszczan, a trzeci dla wsianów (sic), aby accedente aliquo casu ochotniej szli do murów i obrony, 12 złp.; dla panów kolegów, którzy na tejże monstrze prezydowali, za 3 garnce wina 6 złp.; dla dwóch regimentarzów półgarnca wina 1 złp.; na piwo dla różnych osób znaczniejszych, którzy byli praesentes przy tejże monstrze, 18 gr.“[58].
Co rok, zwykle w maju, posyłało miasto pachołka zbrojnego w pancerzu na okazowanie wojewódzkie pod Kraków, płacąc mu za podróż 10—12 złp. I tak znajduję w aktach, że za czasów Zygmunta III. pan Tomasz Pytlikowicz, zwany pospolicie Tomusiem, długoletni rajca (1619—1636), lubiany i szanowany powszechnie majster krawiecki, używany był wielekrotnie do tej honorowej posługi. Był to kontyngens miasta na pospolite ruszenie, na które prócz tego dostarczało miasto skarbowych wozów.
Po pierwszym rozbiorze Polski i przyłączeniu t. z. Galicyi do Austryi w r. 1772, mury forteczne Nowego Sącza okazały się już bezużytecznymi, a będąc znacznie nadwyrężone, same coraz bardziej upadać zaczynały. To też zgorszony tem pan Ignacy Spatschek, c. k. inżynier cyrkularny, w swej relacyi urzędowej z 29. grudnia 1786 r. z oburzeniem powiada: „To miasto było dawniej opasane murami, które jednak od strony rzeki Dunajca na zachód całkowicie zapadłe, a wogóle bardzo są uszkodzone i upadkiem grożące. Tutejszym mieszczanom na mocy przywilejów nadano tyle gruntów i wsi na utrzymanie murów, z tych jednak dochodów widocznie nawet najmniejszej cząstki nie obracano na nie“[59]. W innej znów relacyi tak się wyraża: „To miasto było murami otoczone, które częścią przez wojny szwedzkie zniszczone zostały, z resztek zaś wysoko jeszcze sterczących murów, ponieważ groziły niebezpieczeństwem zawalenia się, zezwolono mieszczanom budować domy.“
Powyższa relacya pana Spatschka piętnuje gnuśność i niedbalstwo mieszczan sandeckich, którzy swym obronnym murom samochcąc dozwolili upaść. Zdaje mi się jednak, że nie samych mieszczan wyłączna wtem wina, lecz przedewszystkiem ogólnego rozprężenia w narodzie, częstych stacyi i poborów wojskowych w epoce Sasów, różnych klęsk elementarnych, wogóle opłakanych finansowych stosunków, które w XVIII. wieku przygnębiały i ruinowały powszechnie miasta polskie.
W czasie drugiego rozbioru Polski w roku 1793 rozebrano po większej części dawne mury forteczne razem z trzema bramami: krakowską, młyńską i węgierską. Resztki sterczących murów i baszt zniesiono i z ziemią zrównano po roku 1804. W roku 1824 stała jeszcze na skręcie starego żydowskiego okopiska, tuż obok dzisiejszego gościńca tarnowskiego, do połowy zburzona i zruinowana półokrągłą baszta garncarska. Obecnie z dawnej warowni miejskiej pozostał dotąd, ale tylko w cząstce, głęboki i szeroki rów, który w każdej chwili można było dawniej zawodnić i tak połączyć rzeki Dunajec z kamienicą, owe naturalne linie obronne grodu. Prócz tego utrzymały się trzy potężne ściany z dawnych fortecznych murów: jedna za dzisiejszem więzieniem od strony Dunajca; druga w ogrodzie plebańskim od strony Kamienicy; trzecia niedaleko od poprzedniej w ogrodzie jezuickim; wreszcie baszta kowalska[60] tuż przy zamku, z strzelnicą o 9 otworach armatnich, stojąca jeszcze mocno mimo tylu burz i wichrów, które przeszumiały nad nią — jako posępny świadek niegdyś świetnego, dziś upadłego podkarpackiego grodu. Badacz zaś i miłośnik przeszłości słusznie z poetą powtórzyć może:

Nie miej nadzieje w baszciech murowanych,
Ni w twoich wałach tak miąszo sypanych;
Co ręka zrobi, druga skazić może,
Jeśli nas Twoja moc nie wesprze Boże!
(Z pisma 1577 r.)






ANNEXA.

Wydatki na naprawę warowni miejskiej.

1618 r. — Cieślom od oprawienia wieży przy młyńskiej bronie, która się była zajęła od ognia, kiedy gorzała młyńska ulica, 1 złp.; kotlarzowi od wyrychtowania bani na tęż wieżę 10 gr.; malarzowi od pomalowania bani i powiewnika na bronę młyńską 12 gr.; mularzowi od poprawy dachówką wieży zgorzałej u młyńskiej brony i oprawienia dwu baszt krawieckiej i tkackiej 2 złp. 15 gr.
1619 r. — Mularzowi Ruffowi od stęplowania wieży kramarskiej 10 gr.; mularzowi Sebastyanowi, co począł murować filar pod wieżą okrągłą kramarską, za dzień i na gorzałkę 13 gr.
1620 r. — Mularzowi od robienia baszty na szpitalskiej ulicy między murami 3 złp.; kamiennikowi od 20 sztuk kamienia na narożniki do tejże baszty 2 złp.; za 3 wozy wapna 4 złp.; mularzowi od roboty tej baszty 3 złp.; murarzowi, co robił koło baszty bednarskiej i koło strażnicy w węgierskiej bronie 25 gr.; cieśli, co robił koło baszt na Biskupiem, za 2 dni 10 gr.
1622 r. — Zmówili panowie z mularzem wymurowanie baszty u młyńskiej brony i sztukę muru, od której zmówili za 82 złp., dali mu ad rationem tej roboty 8 złp. 10 gr.; mularzowi, co robił koło baszty rozwalonej, dało się 6 złp.; mularzowi, co basztę murował, 10 złp.
1623 r. — Od murowania baszty za ulicą młyńską i dwu sztuk muru obalonego, według zjednania z mularzami za 52 złp., daliśmy ad rationem takiego zjednania mularzowi z Podolińca 26 złp.
1626 r. — Mularzowi od oprawy murów miejskich, co oprawił sztukę muru za Pawłem złotnikiem i kratę wprawił w mur za kościołem św. Ducha, 3 złp.; kowalowi, za kopę bretnali i za klamrę do baszty u brony węgierskiej, 1 złp.; za kłódkę wielką do brony więgierskiej 3 złp.; cieśli od oprawy baszty u brony węgierskiej, za 25 kóp gontów, także i za 50 sztuk drzewa na potrzebę miejską 18 złp. 13 gr.
1629 r. — Mularzowi, co robił koło baszty młyńskiej i krawieckiej, dało się 11 złp.
1630 r. — Mularzowi, który robił koło muru od baszty kowalskiej do brony krakowskiej, dało się 4 złp.; mularzowi od poprawienia murów i filara od brony krakowskiej, dało się 6 złp.
1634 r. — Mularzowi od oprawy murów miejskich nad Dunajcem koło furtki 20 złp.; za wapno do oprawy tychże murów 13 złp.
1635 r. — Mularzowi, co robił koło muru na szpitalskiej ulicy, 130 złp.; temuż mularzowi, co robił gdzieindziej koło muru, 30 złp.; za wapno do Kruźlowej 30 złp.; za wapno do Grybowca, co Piątkowianie zwozili, 76 złp.; kowalowi za gwoździe do krakowskiej brony z okrągłemi głowami nr. 31 po półtoraku = 1 złp. 15 gr.
1636 r. — Na cetnar żelaza na poprawę w bronie węgierskiej 8 złp. 15 gr.; za kłódki do krakowskiej borny dałem ślusarzowi 1 złp. 10 gr.
1638 r. — Pan Jan Koszwic, kollega i lunar nasz, produkował regestr wydatków na wystawienie muru nie małej wielkości, i zaś znowu na podmurowanie na drugiem miejscu także sztuki nie małej. Na który wydatek, mianowicie na rzemieślnika, wapno, drzewo, tarcice i robotniki, odebrał z rąk Stan. Wilkowskiego burmistrza in praesentia wszystkich kollegów, za słusznym rachunkiem przed nami uczynionym dostatecznie, 343 złp. 20 gr., które expensował.
1640 r. — Na 3 piece wapna do robienia baszty 21 złp.; za wapno do baszty obalonej 49 złp. 10 gr.; mularzowi od roboty 40 złp.; za rzezanie dębowych forsztów w traczu na spust do węgierskiej bramy 1 złp.
1641 r. — Na basztę kramarską za 5 blach, ćwieków 3 kopy, 18 funtów minii (farby czerwonej) po 6 gr., 6½ garnca oleju, 7 złp. 2 gr.; za 4000 gontowych gwoździ ze Spiża na pokrycie baszt miejskich 6 złp. 20 gr.
1642 r. — Sprowadzono na pokrycie murów miejskich: 394 kóp gontów, 94 kóp gwoździ i 142 sztuk drzewa, za 190 złp. 20 gr.
1646 r. — Garncarzowi na 100 dachówek na basztę nad młyńską bormą zadałem 15 gr.; panu Andryszowi za gwoździe na basztę węgierską i za szyny na miejską potrzebę dałem 5 złp.
1648 r. — Cieśli, który budował rusztowanie na dwóch basztach dla armaty, 1 złp.; mularzowi, który robił koło muru miejskiego od Dunajca przez 3 dni, 1 złp. 15 gr.; cieślom od naprawienia wiązania do strzelby w baszcie rzeźniczej 1 złp.; tamże kowalowi za zawiasy i wrzeciądze do drzwi i bretnale 1 złp. 12 gr.; za kłódkę do bramy krakowskiej 1 złp.; kowalowi, co robił skoblów 11 do zwodu do węgierskiej brony, 1 złp. 14 gr.
1653 r. — Mularzowi, który mur i basztę za Pawłem złotnikiem podmurował, 28 złp.
1656 r. — Cieśli, który robił wiązanie na dwóch basztach do strzelby, t. j. na kuśnierskiej i rzeźniczej, 1 złp.
1657 r. — Mularzowi, co wybił dziurę na baszcie kramarskiej, 24 gr.; mularzowi, co na baszcie węgierskiej mur przekopał i okien dwóch na organki poprawił, 15 gr.; cieślom, którzy koło baszty pustej robili, dałem 1 złp. 10 gr.






Rozdział  II.
Ustrój mieszczaństwa.

Zaludnienie Nowego Sącza osadnikami niemieckimi przez Wacława, króla czeskiego, księcia krakowskiego i sandomierskiego 1292 r.[61], i napływa tychże kolonistów w następnych latach, nadały oczywiście miastu charakter niemiecki. Księgi radzieckie i ławnicze jeszcze w r. 1488 po niemiecku były pisane, a dopiero w r. 1501 znajdujemy ostatni zapisek niemiecki w księgach miejskich. Nazwiska najmajętniejszych mieszczan w XIV. i XV. wieku, zachowane w przywilejach i aktach, są czysto niemieckie. Nawet w kollegiacie, założonej przez Zbigniewa Oleśnickiego w r. 1448, obok kazań polskich miewano co niedziele i święta kazani niemieckie, o czem jeszcze w r. 1521 a nawet w 1562 znajduję wyraźną wzmiankę[62]. Dział się to samo w Krakowie[63] i we Lwowie[64] i innych miastach polskich. Powoli jednak potężniejący za Jagiellonów duch narodowy szlachty polskiej oddziaływać począł na niemiecki żywioł mieszczaństwa, tak że już z początkiem XVI. wieku występują w Nowym Sączu coraz liczniejsze nazwy polskie, powstałe nie rzadko z nazwisk niemieckich. I tak n. p. Niemca Mordbira nazwano Morzypiwem, tłómacząc dosłownie przezwisko (Spitzname) niemieckie pragnieniem nabyte; nazwiska Moczygardło, Moczymorda podobnie powstały. W przezwiskach tych utonęło wiele pierwotnych nazw niemieckich, bo się Niemy spolszczyli z czasem. W XVI. wieku już zrzadka się zawadzi jaki Bher, Frant, Fornagel, Hibalt, Librant, Lang, Kromer, Krosner, Milner, Passlar, Strass. Nazwy jednak rozmaitych narzędzi rzemieślniczych i sprzętów domowych przechowały swój niezatarty typ niemiecki nie tylko w XVII. i XVIII. wieku, ale w wielu wypadkach nawet po dziś dzień.
W spisie właścicieli domów z r. 1651, który mam pod ręką, występują same nazwy polskie: Cichonie, Durałki, Gądki, Jelonki, Krążle, Kopcie, Orły, Pękały, Rolki, Rozdymały, Sowy, Wydry, Widze, Zięby itp. I nie dziw! Prócz kilku kupców Węgrzynów, Włochów lub Szkotów[65], z ojczyzny wygnańców, zasiliła się ludność miejska własnem pokoleniem lub mieszkańcami mniejszych miasteczek, którzy jako majstrowie rzemiosł i mieszczanie, czy to dla lepszego zarobku, czy też uchodząc z pod rządów szlacheckich pod opiekę magdeburskiego prawa, w Nowym Sączu szukali przytułku. Mnóstwo także włościan okolicznych dawało synów do nauki rzemiosł, a wyuczeni towarzysze żenili się i osiadali w mieście, wykupując się z poddaństwa szlachty.
Przybyszami takimi między 1613—1636 r. byli: Jan Farnowski z Koźminka, Maciej Zatorski z Zatora, Jan Łykawski i Walenty Koszkowicz z Łęczycy, Walenty Wargulec, Stan. Kopeć i Wojciech Tymowski z Grybowa, Samuel Kominkowicz z Torunia, Marcin Oleksowicz z Żabna, Jan Czyrzyczka z poblizkiej Kamionki, Wojciech Bogdałowicz, Stan. Jamiński i Floryan Benedyktowicz z Czchowa, Wawrzyniec Szydłowski z Szydłowca, Wojciech Sławiński z Miechowca, Jan Zięba i Jan Obłąk z Bobowej, Krzysztof Gadowicz z Lipnicy, Wawrzyniec Kondratowicz i Wojciech Lakslarowicz z Krosna, Jan Ozdzic i Stan. Wójtowicz z Krakowa, i mnóstwo innych mieszczan, którzy tak przeważnie wpływali na dobre lub złe losy miasta, w którem się dorobili mienia i godności[66].
Przyjmując do swego grona, żądali mieszczanie: 1) listu „od urodzaju“, t. j. poświadczenia urodzenia z rodziców prawnych; 2) osiadłości i mienia nieruchomego; 3) hakownicy lub przynajmniej muszkietu i miecza dla obrony miasta; przedewszystkiem zaś przysięgi na posłuszeństwo urzędowi miejskiemu we dni i w nocy. Od Szkotów zaś i ludzi podejrzanych w wierze żądano prócz tego ślubu, iż będą żyli w wierze katolickiej i zaniechają handlu towarami zakazanymi. Lecz ich nie było, prócz Jakóba Watson i Jana Wills Skranenborgh, i to jeszcze za Zygmunta III. przyjętych w roku 1613 i 1616.
Mieszczanie bez wyjątku żyli z pracy i dzieł rąk swoich, chociaż zamożniejsi posiadali małe gospodarstwa, folwarki i wólki na przedmieściach; rzemiosło jednak było podstawą ich utrzymania i wychowania.
Rzemiosło każde stanowiło osobny ustrój towarzyski, osobne bractwo czyli cech. Jak ów owad, którego byt ściśle połączony z pewną rośliną i pewnymi warunkami, tak rzemieślnik ówczesny żył tylko w obrębie rzemiosła i bractwa swego, tam tylko czuł się w swym własnym żywiole, wiedząc, że podadzą mu rękę w niedostatku, obronią w potrzebie, uczczą dobrą chęć i zasługę. Z bractwa swego dopiero wchodził w życie publiczne: na radziectwo, ławnictwo, bo wszystkich rzemiosł bractwa były oraz szkołą obyczajów, a obyczaje podstawą praw i samorządu. Już nazwa sama i pojęcie „bractwa“ w rzemiośle kryła w sobie wielkie pojmowanie społeczności, opierając się na miłości wzajemnej, na braterstwie, którego obyczajem nie było nienawidzić bractw drugich, lecz pospołu z niemi pilnować i strzedz praw Boskich i ludzkich, pospołu czuwać nad wspólnem dobrem: „rzecząpospolitą“. Stąd też ogół mieszczaństwa, mówiąc o sobie, zwał się „pospólstwem“, niby braterstwem wspólnej doli, a miasto swe zwał rzecząpospolitą swoją, cząstką całej pospolitej, kochanej polskiej ojczyzny. Pycha dopiero późniejsza i wyniosłość wzgardziła temi pięknemi pojęciami i wyrazami i deptała je w pogardy nicość.
Wiek XVII., pomimo znacznej oświaty, nie był wolnym od tysiącznych przesądów i zabobonów, ścieśniając i tak ciasne pojęcia ogółu; czemużby biedni rzemieślnicy mieli być większymi w mądrości nad tych, którzy się mądrymi zwali? — Mądrość i zgłębianie prawd odwiecznych poruczano duchowieństwu i uczonym akademikom, mieniąc to ich rzemiosłem. Mieszczaństwo, nie zgłębiając zasad wiary i obyczajów, żyło w pokorze, przestrzegając ściśle, co słudzy Boga zakazali lub nakazali, a zresztą pamiętając i przemyśliwając nad sposobem wyżywienia, wychowania dzieci i obrony swego miasta, jako cząstki tej wspólnej ojczyzny, wsławionej rodzimymi bohaterami na ziemi, a Świętymi wyznawcami w niebie. Obrzędy kościelne i własne istnienie: to były zasadnicze pojęcia bractw rzemieślniczych. „Bogu Wszechmogącemu ku czci i chwale, a ubogiemu cechowi naszemu ku pociesze ze wszystką bracią miłą“[67] — oto godło tychże.
Kościół, dążąc do czystości obyczajów, karał dzieci nieprawej miłości, nie przypuszczając ich do stanu duchownego. Prawo niemieckie gorliwie dopełniało tego zamiaru. Karol Wielki w saksońskiem swem prawie odsądził dzieci nieślubne od czci i mienia dziedziczonego. Niemieckie bractwa rzemieślnicze, przyjmując ustrój prawie zakonny, odsądziły ich także od wszelkiej z sobą społeczności — a miasta polskie wzrosły na saksońskiem Karola Wielkiego prawie. Bractwa rzemieślnicze przyszły z Niemiec, obyczaj obcy wszedł w obyczaje rodzime, bo był cywilizacyjnym, choć zbyt surowym, a nawet może niesprawiedliwym.
Ustawy cechowe XVI. i XVII. wieku nie różnią się zasadniczo od ustaw cechowych XV. wieku, mają jednak niektóre właściwości obyczajowe, które choć w krótkości przytoczyć należy[68].
„Uczciwy mistrz“, przyjąwszy chłopca na uczenie rzemiosła i zapisując go do księgi brackiej, musiał złożyć list urodzenia jego. W braku tychże przyjmowano ustne świadectwo, lecz pod przysięgą. Stąd to w księgach cechowych często spotykamy taką formułkę: „Przyszli ludzie uczciwi N. N. i N. N., mieszczanie sandeccy, do cechu naszego sławnego... i zeznali pod przysięgą, podniosłszy dwa palce: Iż syn ich jest spłodzony dobrze, według kościoła świętego katolickiego z rodziców uczciwych: ojca N. N. i Matki N. N., mieszczan sandeckich.“
Przy zapisie składano zwykle „kopę“ czyli 2 złp. do skrzynki cechowej i kilka funtów wosku na światło brackie, czasami też jaki achtel piwa według zamożności rodziców ucznia. Odtąd przyjęty uczeń należał do bractwa, miał prawo i doznawał opieki, ale też i posłusznym być musiał cechowi swemu.
Wyuczonego „uczennika“ uczciwy mistrz czynił wolnym od nauki, poświadczając, „iż mu dosyć uczynił za rzemiosło, jako przystało na cnotliwego, i przemianek wziął“ czyli „przezwisko uczciwe“, które dawała czeladź towarzyszowi, świeżo w ich grono wstępującemu[69]. Tak n. p. w r. 1625 „Marcin, uczennik stelmacha Jana, brał przemianek przy wszystkiej braci.“ — „Wojciech Jadamczyk, uczennik czchowski, brał przemianek tu u nas, przyszedłszy do nas bez przemianku.“ — „Jan Pękała brał przemianek i tu się uczył w Sączu.“
Wyzwoleniec stawał się „towarzyszem“ rzemiosła, miał prawo do gospody wspólnej i musiał po świecie wędrować dla nabrania doświadczenia w rzemiośle i życiu, czyli „pójść na Wander“.
Wędrownemu niedoświadczonemu młodzieńcowi niejedno groziło niebezpieczeństwo po gościńcach i noclegach. Źli ludzie oszukiwali, ogrywali, okradali; zbójcy jawnie i w żywe oczy obierali biedaka ze wszystkiego mienia; a najgorsi ze wszystkich złoczyńców: Martauzy[70] przebiegle wabili niebacznych na Węgry, dalej i dalej, aż ku nieszczęsnemu Jagrowi[71], gdzie w XVI. wieku Turcy, zdobywcy środkowych Węgier[72], za taki żywy towar chętnie płacili złotem. Nie dziw więc, że wychodzącemu towarzyszowi wpajali w pamięć przepisy ostrożności, które się dziś zdają nie tylko śmiesznymi, lecz nawet nie do uwierzenia podobnymi.
Wędrowny towarzysz, nie znajdujący roboty w mieście, otrzymywał obiad i wieczerzę „glejtowną“[73]. Nawet mistrz lub towarzysz szerokiego rzemiosła, jeżeli przywędrował, według zwyczaju dostawał 12 gr. tak zwanej „powinności“.
Towarzysz podlegał sądom cechu swego. Sądzili zgromadzeni mistrze, nie bez zapytania jednak grona towarzyszów. Tak n. p. w r. 1563 czeladnik bednarski obwinił towarzysza swego o znalezienie swej zgubieli. Obwiniony wywiódł się (oczyścił się), a powód odwołał. Zły przykład jednak wymagał ukarania. Mistrzowie ugodzili ich między sobą i pytali czeladzi, czemby go chcieli karać? Towarzysze odpowiedzieli: iż trzema wochlonami[74].
Uczeń lub towarzysz, obwiniony o jakie przekroczenie, „szedł w trybówkę“ albo „był trybowan“[75] t. j. ścigany. I tak n. p. w r. 1625 „Błażej Buczeński trybowan jest od Matyasza Jawora, że mu poszedł precz, nie odrobiwszy, co mu dał na odrobienie.“ — W r. 1628 „pan starszy Jan Kozdroj dał w trybówkę towarzysza swego Masłka opatowskiego, że mu poszedł precz bez odprawy po godziech i dług wziął, co mu dał na suknie 80 gr.“ — W r. 1633 „Matyasz, bednarz, dał w trybówkę Marcina Guzowskiego, uczennika, że mu poszedł bez odprawy i wziął mu szablę i do skrzynki mu otwierał; gonił go do Tarnowa, ale go nie znalazł.“
Wyuczony i doświadczony towarzysz starał się o przyjęcie za brata w rzemiośle. Przychodził do zgromadzonego cechu z dwoma orędownikami, którzy się za nim wstawiali, prosząc o przyjęcie, okazując „listy od urodzaju“ i „listy od rzemiosła“, i składając „wstępne“ albo „nastalią“. Następnie robił „misteryjną sztukę“ (Meisterstück) i składał „sztuczne pieniądze“, a wkońcu „kolacyą sprawiał“ i składał wosk. Tak n. p. w r. 1533 „Walenty Spytkowski złożył do cechu 8 gr.; za sztukę dosyć uczynił; wosku winien 4 funty; a kolacyą ma czynić przy weselu.“ — W r. 1579 „w niedzielę przed św. Jadwigą przyjął bractwo kuśnierskie Jędrzej Kwaśny z Brzozowa. Dał sztucznych pieniędzy złp. 12, a kolacyą musi sprawić w tymże roku. Ręczyli za dośyćuczynienie cechowi naszemu: pan Stan. Rymarz, Jan Kapucyn i Sebast. Slusarz.“ — W roku 1624 „uczciwy Matyasz Jaworek, towarzysz rzemiosła bednarskiego, dał wstępne przy bytności braciej wszystkiej, chcąc z nami bydź w społeczeństwie i braterstwie; a powinien wszystkie brzemiona i powinności odbywać, jako w sobie przywilej i uchwała cechowa opiewa. O hakownicę udaje się do łaski braterskiej.“
Na tych kolacyach wielką rolę odgrywały kołacze — placki okrągłe. Stąd bardzo logicznie w księgach bednarskich pisano „kołaczya“.
Majstrowie czyli bracia rzemiosła tworzyli odrębną społeczność o właściwym sobie ustroju, naśladującym ustrój miasta i całej Rzeczypospolitej polskiej. Bractwa rzemieślnicze, jak wszystkie stowarzyszenia, pomału doskonaliły swój ustrój, co się okazuje z wyborów z koleją czasu i w miarę wzrostu swego.
W r. 1548 sześciu bednarzy w Nowym Sączu założyło bractwo; przystąpili do nich niebawem stolarze, stelmachy i kołodzieje i obrano wspólnie dwóch cechmistrzów, którzy uchwalili „schadzkę co cztery niedziele w dzień poniedziałkowy, a kiedy który mistrz za cechą[76] nie przyjdzie, albo się cechmistrzowi nie opowie, zapłaci grosz winy; kiedy kto na żałomszy nie będzie, grosz winny“[77].
Uchwała zaś z r. 1575 zastrzega: „Aby żaden nie śmiał targować i wykupować żadnej materyi, która należy do rzemiosła, pod winą 2 funtów wosku.“
„Któryby mistrz chodził do wsi kupować albo laski na obręcze albo drzewo wszelakie, będzie winien dać 2 funty wosku.“
„Któryby mistrz jeden z drugim grał w karty albo kostki, a powadzili się: winniejszy będzie winien dać 2 funty wosku, a drugi 1 funt.“
„Któryby mistrz grał z towarzyszem w karty albo kostki, będzie winien położyć 2 funty wosku, a towarzysz funt.“
„Któryby mistrz sam wynosił naczynie na rynek, albo sam nosił naczynie jakie w dom komu, winien będzie dać funt wosku.“
Wosk ten szedł na światło cechowe do kościoła.
W r. 1583 zapadła uchwała: „Któryby mistrz chłopca albo towarzysza odmówił, będzie winien półachtela piwa i 2 funty wosku.“
„Któryby nie przyszedł na schadzkę cechową, będzie winien kaźni 2 godziny.“
„Któryby przy cechowem piwie zwadę począł, powinien dać 2 funty wosku.“
W tymże roku cech kupuje smoły[78] półosma kamienia, którą odprzedaje pojedynczym bednarzom po 2 złp. za kamień.
W r. 1584 uchwalono: „Któryby brat z drugim się pokłócił i słowo mu jakie nieprzystojne powiedział, będzie winien dać półkamienia wosku i 3 dni w kabacie[79] siedzieć.“
Prócz starszych cechowych, t. j. dwóch cechmistrzów i dwóch braci stołowych, czyli „braci do skrzynki brackiej“, wybierali bednarze także po dwóch firów[80], czyli chorążych do wszelakiej służby cechowej: do zbroi, do noszenia mar, do palenia świec i gaszenia tychże przy nabożeństwach brackich, do nalewania piwa przy schadzce cechowej, do deki[81], do noszenia na cmentarz dzieci umarłych.
Król Zygmunt III., sprzyjając szczególnie wszystkim cechom sandeckim, jako instytucyi niemieckiej, zatwierdził również ustawy cechu bednarskiego (contubernium artis lignariae) 12. lipca 1604 r. w Krakowie, przez co położyłem mocną podwalinę do pomyślnego rozwoju jego[82]. Od tej doby bracia cechowi w miarę potrzeb lub wkradających się nadużyć, ustawy swe coraz to nowymi dodatkami uzupełniali i udoskonalali. I tak n. p. w r. 1606 wszyscy mistrzowie starsi społecznie tę uchwałę postanowili: „Któryby mistrz zastawiał z siebie odzienie na grę jaką w karty, winien będzie do skrzyni dać półkamienia wosku winy nieodpuszczonej i godzinę siedzieć w kaźni.“
W cechu bednarskim każdy pojedynczy majster miał swoje osobiste godło, czyli tak zwany gmerk[83] (Gemerk), który stawiał na równi z godłem herbowym rycerstwa, a również dbał o to, aby go nie splamić czynem niehonorowym. Tak n. p. w r. 1624 pan Dobrzechowski miał w swym gmerku literę M. z strzałką wystającą z pośrodka; pan Gąsior 3 strzały pochylone stojące do góry; pan Niedziela strzałę z ukośnym krzyżem; pan Gurka strzałę z podówjnyem C. z boku równolegle obok siebie; pan Bartosz strzałę z kotwicą i ukośnym krzyżem; pan Kraczek literę W. z wystającym prętem nakształt litery k. u góry[84].

Gmerki bednarzy sandeckich z roku 1624,
podług rysunku w księdze cechowej.

Ustawy cechu kuśnierskiego (contubernium artis pellionum) zatwierdził Stefan Batory na sejmie warszawskim 21. lutego 1578 r. i ponownie Zygmunt III. dnia 15. czerwca 1593 r. w Warszawie. Kuśnierze co do zasady podobnie uchwalali, jak bednarze, widać jednak różnicę rzemiosła.
I tak w r. 1605 uchwalili bracia cechowi:
„Który brat kupił skórę starą drożej nad 9 groszy, a młodą nad 7 gr., takowego będą karać sześcią funtów wosku nieodpuszczonej winy. A któryby brat kupił za broną albo w bornie, pod tąż winą.“
„Któryby brat się zmówił z chłopcem i kazał co sobie nosić, a był wyświadczon u rzeźnika albo u kijaka[85], pod taż winą.“
„Aby się żaden nie ważył przedwać marlice[86] do korzucha, tylko marlice niech będą osobno, żeby nie było oszukania w robocie, pod winą 6 funtów.“
W r. 1612 uchwalono: „Żeby się żaden czeladnik nie ważył skór swoich kłaść do kwasu więcej niż 4, kiedy półkopy skór umoczy mistrz.“
„Gdzieby się pobił brat z bratem w mieście, zapłaci półkamienia wosku; a gdyby na jarmarku, tedy kamień wosku.“
W r. 1618 „za ekscesa, które czynił w cechu Grygier kilka razy, panowie bracia postanowili: aby podczas sprawy cechowej do sieni ustąpił. A gdyby piwo cechowe było, aby na słomie siedział.“
W r. 1625 „zezwolili się bracia tak starsi jako i młodsi, żeby żaden nie ważył się wolnego poniedziałku i pod jesień gotowych serdaków dawać w podarunku.“
W r. 1626 zapadła uchwała: „Kiedy do cechu przyjdą kuśnierki, aby też nie podsiadła młodsza starszej. Niechaj powie każdej mąż doma, która podle której ma siedzieć, jako sami siadamy“[87].
„Któryby brat nie powiedział żonie swej, a przyszłaby do cechu na piwo braterskie, a nie posłali po nią, tedy mu przepada 4 funty wosku.“
„Aby żaden brat nie dozwalał robić tak partaczom, jak partaczkom, pod winą półkamienia wosku.“
„Postanawia się cena skór: czarną starą 24 gr., młodą 18 gr.; białą starą 20 gr., młodą 15 gr. Któryby się brat srożej ważył kupować, kamień wosku winy przepadnie.“
„Kiedy schadzka albo piwo braterskie, młodsi bracia aby stali przed stołem. Któryby brat odszedł od piwa, przepada mu 6 funtów wosku.“
W r. 1629 „panowie bracia upatrzywszy szkodę i utratę, którą przez nierząd cech ponosi, przychylając się do ustawy Imci pana podwojewodzego, uchwalili: Żeby żaden brat nie ważył się kupować skór na rynku, ani w ulicy, ani w bronie, ani w domu, ani na wolnicy[88] przez wszystek tydzień, krom dwóch braci na to deputowanych: Stefana Cholewicza i Wojciecha Lakslarowicza. A któryby się ważył albo żona jego, takowy winy da 10 grzywien panom rajcom spólnie z cechem, krom jarmarku.“
Skrzynia cechowa kuśnierska mieściła w sobie skarb braterski, o wiele znaczniejszy w porównaniu z innymi cechami, a to wskutek obyczaju, że nie pojedynczy brat, lecz cały cech wraz towar kupował. W r. 1598 wraz z długami u braci mieli kuśnierze w skrzynce brackiej 137 złp. 15 gr. Skarb bracki zasilały czasami zapisy pośmiertne. I tak n. p. w r. 1638 Walenty Szałwia, kuśnierz, zapisał cechowi 100 złp., „aby na każdy kwartał po kupie od nich dawszy obracali tę kopę na pia opera za jego duszę“[89].
Pojedynczym braciom pożyczano pieniędzy na mały popłatek, skąd mienie cechowe rosło. Komu nie dowierzano, musiał złożyć zastaw. I tak w r. 1593 Librant za 12 złp. zastawił nożenki srebrne z nożami i łańcuchem srebrnym. — Zabłotny za 20 złp. zastawił bramkę[90] perłową i pasek srebrny pozłocisty. — Rodzicki w roku 1595 za 4 złp. zastawił do tygodnia uzdę srebrną pozłocistą. Tegoż roku kupili bracia królików 3.688 za 70 złp.
Pożyczania pieniędzy i pokwitowanie zapisywano w rejestra cechowe pod rubryką osobną. Tak n. p. pod rokiem 1628 w księdze kuśnierskiej czytam: „My braci wszyscy zeznajemy, żeśmy winni spólnie złp. 521 za towar, tak jako który brat brał wedle rejestru. Którą sumę obligujemy się oddać, nie ociągając się nijakiemi odwłokami prawnemi, fantami; zachowawszy tę kondycyą, że Boże uchowaj na którego z nas śmierć, tedy rękojmia tego długu powinna doglądać, beż żadej odwłoki do skrzyni takową sumę oddać. A któryby brat na czas naznaczony nie oddał, takowy bez wszelakiego postępku prawnego powinien będzie ex nunc do więzienia iść, z którego więzienia nie wyjdzie dotąd, aż takowe pieniądze odda.“
Największą uroczystością cechową były wybory cechowe. Jako wojenna szlachta króla, miasta swych wójtów i burmistrzów; tak podobnie z jak największa uroczystością każdy cech obierał swą starszyznę, wezwawszy wprzód pomocy Ducha św. przy mszy wspólnej wotywnej, na której czasami skrzypkowie grali.
Po wyborach następowała „wyborowa kołaczya“. W r. 1588 wydali na nią kuśnierze: za ćwierć mięsa 23 gr., za półcielęcia 9 groszy i szeląg, kur dwie 4 gr. i szel., prosię 4 gr., jaka 1 gr., chleb 5 gr., ziele białe[91] 6 gr., pietruszka 2 szel., świece ½ gr., półachtela piwa 20 gr., faska piwa 11 gr.
W roku zaś 1630 wydano: za parę szczuk świeżych 24 gr., sandacz słony 1 złp. 3 gr., lwowska ryba[92] 1 zł., węgierska ryba 49 gr., miodownik[93] 6 gr., pieprz 3 gr., szafran 3 gr., oliwa 6 gr., chleb 12 gr., bułki 3 gr., obwarzanki 1½ gr., piwa achtel 4 złp., półachtel 2 zł., chrzan 1 gr., ocet 3 gr., cebula i pietruszka 2 gr., świece 5 szel.
Kuśnierki, jak się powiedziało wyżej, chadzały do cechu na brackie piwo i kołaczye. Miały też osobnego krajczego swego, którego wyłącznym obowiązkiem było: Przy kołaczyi krajać przed białogłowy, podczas kiedy inny był do kołaczów ogółem. Krajczy taki istniał już w 1598 r., a krajczy ogółem jeszcze wcześniej. Kuśnierki pijały piwo cienkie zielone, kuśnierze zaś gęste. Jeszcze w r. 1604 uchwalono, aby się żaden nie ważył za próg piwa wynosić, ani częstować bez dozwolenia starszego. Nalewaniem piwa trudnili się młodsi bracia, wyznaczeni do posług cechowych[94].
Nazajutrz po wyborach odbywano zwykle żałomszę za nieboszczyków braci rzemiosła. W roku 1639 dano księżom od Requiem 12 gr., kantorowi 6 gr., muzykantom 18 gr., organiście 10 gr. Poczem odbywała się schadzka czyli gromada, na której albo nowe uchwały zapadały, albo też zatwierdzano dawne. Bez półachtela piwa i pieczeni nie obeszło się nigdy. Podobne żałomsze odbywały się przed każdą gromadą. Mianowicie odbywały się żałomsze kwartalne, a panowie bracia na wzór rajców dostawali kolędę, zwykle półachtela piwa[95]. Wogóle zwyczajem Niemców i wszystkich polskich miast, rzemieślnicy sandeccy w XVII. wieku wypijali wielką ilość piwa.
Podobnie rozwijały się i urządzały się wszystkie bractwa rzemieślnicze, stosownie do właściwości rzemiosła swego. Każdy zaś cech miał swoje światło woskowe, z którem występywał na uroczystościach kościelnych. Świece te sporządzały zwykle mniszki Kletki, mieszkające obok kollegiaty, biorąc w r. 1627 od funta wosku 1 gr. Dla starszych cechowych były świece malowane, a od pary takich płacono im w r. 1633 za robotę 6 gr. Sami bednarze mieli w r. 1615 w skrzynce braterskiej świec 53.
Jaki wogóle duch wiał z tych bractw rzemieślniczych w XVII. wieku, uczą przedewszystkiem ustawy ich, spisane i stwierdzone od urzędów tak miejskich, jako i królewskich. Przytoczymy tu niektóre ustawy w dosłownem brzmieniu, by snadź nie zaginęły wraz z szczątkami spleśniałych i napół przegniłych aktów.
Artykuły cechu szewskiego, rymarskiego i siodlarskiego z 20. maja 1602 r.
1) Aby żałomsza w poniedziałek bywała, a któryby z cechmistrzów na niej nie był, zapłaci funt wosku.
2) Aby żaden z mistrzów sam jeden nie śmiał skrór tak małych, jako i wielkich u rzeźników kupować, jedno samowtór z drugim mistrzem i to za zezwoleniem drugich mistrzów starszych stołowych pod kamieniem wosku.
3) Aby się nikt nie ważył czeladzi odmawiać od mistrza, gdy pocznie robić, nim wynidą dwie niedziele, ale u tego mistrza ma robić pod funtem wosku.
4) Każdy z mistrzów, gdy misterią przyjmuje, aby miał list od urodzenia.
5) Aby żaden nie śmiał kupować dębu[96] przedtem niźli otworzą jatkę, tylko jeden worek, a w dni święte aż po mszy pod funtem wosku.
6) Żaden mistrz aby nie śmiał przed miastem skór tak wielkich, jako i małych kupować pod zakładem 2 funtów wosku.
7) Który z mistrzów nie będzie za cechą w cechu, zapłaci funt wosku.
8) Któryby z mistrzów nie był na pogrzebie, zapłaci funt wosku.
9) Któryby wynosił tajemnice cechowe, takowy przed wszystką gromadą ma stać w dzień i w nawiętszy mróz i funt wosku ma zaraz dać.
10) Gdyby mistrz targował na wozie skórę a samby ją zdjął z wozu albo niósł do domu, zapłaci 2 funty wosku.
11) Uczeń, który się chce uczyć, ma dać do cechu do skrzynki 30 groszy i 2 funty wosku.
12) Mistrzowie wszyscy zezwolili, jeśliby mistrz który grał w karty z towarzyszem, 2 funty wosku nieodpuszczenie zapłaci. A kiedy z uczniem 4 funty nieodpuszczonej winy.
13) Komu ciał każą nieść umarłego człowieka, a omieszka albo nie będzie chciał nieść, funtem wosku zaraz ma bydź karan; a tam się mają zejść przed dom zmarłego pod winą 2 funtów wosku.
14) Aby żaden z mistrzów na kutlofie zamawiać skór nie ważył się pod winą 4 funtów wosku.
15) Któryby z mistrzów nie opowiedział czeladnika swego, żeby nie robił w dzień poniedziałkowy, 2 funty wosku przepada nieodpuszczonej winy.
16) Z strony bykowego[97], któryby się takowy znalazł bez żony z mistrzów, aby achtelem piwa był karany.
17) Towary, które należą do rzemiosła, aby były kupowane i braciej przedawane; ażeby chowane były na wieży i tamże ważone przy jednym mistrzu stołowym a drugim młodym.
18) Aby żaden stary mistrz przy młodych także i gromadzie nie był karany.
19) piwa aby żaden z mistrzów, gdy jest piwo brackie, nie śmiał wynosić bez woli mistrzów stołowych, także i starych mistrzów.
20) Z strony czeladzi, u którego mistrza znalazłoby się trzech, czterech i więcej, powinien bratu drugiemu potrzebującemu użyczyć pod winą mistrzowską.
21) Z strony roboty przedawania, gdyby się znalazła zła robota u którego mistrza, takowa przy wszystkiej gromadzie ma bydź approbowana.
22) Z strony zbroi zbierania, aby było wolno mistrzom młodym służącym w niej pachołka godnego obierać, a gdy co zepsuje, powinien dać naprawić.
23) Z strony poswarków mistrzowskich, gdzieby którykolwiek z mistrzów bądź słowem uszczypliwem, bądź też czem innem jeden naprzeciw drugiemu przewinił, ma bydź karany 4 funty wosku winy nieodpuszczonej.
24) Długi wszelkie, któreby się znalazły między bracią, aby były oddawane przed wyborem pod winą mistrzowską.
25) Któryby z mistrzów zadawał na skóry gdziekolwiek, takowy mistrz półkamieniem wosku ma bydź karany winy nieodpuszczonej.
26) Któryby z młodych mistrzów świec przepomniał palić albo omieszkał, takowy funtem wosku ma bydź karany.
Te artykuły uchwalone przez mistrze stare i wszystkę gromadę, approbowane przez mistrze stołowe, mają mieć moc i wagę swej mocności przez przywilej utwierdzony od Jego Królewskiej Mości najjaśniejszego króla polskiego Stefana Batorego[98].
Cech szewski, liczebnie jeden z największych w Nowym Sączu, urządzał corocznie z niemałą wystawnością uczty cechowe i nabożeństwa brackie w kościele Norbertanów, jak świadczą przechowane dotąd zapiski. I tak pod rokiem 1604 czytam: „Daliśmy przy wyborze za 4 achtele piwa 6 złp. 12 gr., na pieczeń 2 złp. 3 gr., śrotarzom od przyniesienia piwa 8 gr., muzyce 8 gr.“ — w r. 1630 „na kolacyą wyborową dla panów braci ze wszystką gromadą, na potrzeby do kolacyi należące, wydaliśmy za 3 achtele piwa 12 złp., na żałomszę księdzu i kantorowi po tymże wyborze 18 gr.“ — W r. 1639 na podobną kolacyę wydano 36 złp. 4 gr.

Cecha mosiężna siodlarzy i rymarzy sandeckich z r. 1687.
Z Muzeum hr. Czapskiego w Krakowie.

Do stałej rubryki, powtarzającej się corocznie, należało: Od żałomszy księdzu i kantorowi 18—21 gr.; od żałomszy żakom szkolnym, co śpiewali, 2 gr.; bakałarzowi od Requiem 2 gr.; kaznodziei kwartalnie 2 złp. 8 gr.; kaznodziei od wymienienia zmarłej braci na ambonie 16 gr.; kantorowi od litanii w czasie 40 godzinnego nabożeństwa 15 gr.; za świeczki do nabożeństwa 40 godzin u św. Ducha 10—15 gr., u fary 1 złp. 6 gr.; na nabożeństwo w dzień św. Kryspina i Kryspiniana[99] Ojcom do św. Ducha z muzyką 3—4 złp; za 2 pary butów do zamku panu podwojewodzemu 4—6 złp.
Prócz tego notowano stale wydatki: na ołów, kule, lonty, robienie ładunków, na wosk, na świece łojowe do baszty cechowej, na naprawę hakownic, muszkieterów, pałaszów i innych zbroi. W r. 1616 kupiono 2 hakownice długie za 16 złp., a od naprawy dwóch innych dano ślusarzowi 4 złp. Prócz tego zapisywano wydatki na oliwę do szpikowania zbroi, na piwo armatnie dla bracie cechowej, na kadzidło przy nabożeństwie, za wycieranie zbroi na Boże Ciało; nadwo mniszkom kletkom od robienia świec woskowych i od malowania roratnych na koledę sługom miejskim i dzwonnikom. W roku zaś 1655 zanotowano: „Dzwonnikowi od zachowania prochu w kościele 1 złp. 6 gr.“ Nakoniec wydatki na chędożenie zbroi, przy nabożeństwach i pisarzowi cechowemu.
Proch do armaty cechowej sprowadzano zwykle z Grybowa i płacono zań w r. 1633 za jeden kamień; 8 złp. 20 gr.; w r. 1640 złp. 18, w r. 1656 złp. 21, a w r. 1657 złp. 25.
Przy corocznym wyborze cechmistrzów i braci stołowych zdawano sprawę z pieniędzy w skrzynce brackiej będących. Tak n. p. w r. 1629 było w skrzynce pieniędzy gotowych 40 złp., na długich zaś między bracią 36 złp. 15 gr., wosku na długach 30 , wosku gotowego 6 funtów. — W r. 1637 pieniędzy gotowych 44 złp., wosku na długach u braci 12 funtów. W r. 1637 pieniędzy gotowych 44 złp., w fantach 6 złp, na długach pieniędzy w braci 30 złp. 15 gr. wosku na długach u braci 12 funtów. — W roku 1644 gotowych pieniędzy 100 złp., na długach u braci 17 złp. 16 gr, wosku na długach u braci 9 funtów. Dodajmy do tego zapis 150 złp. Marcina Samborczyka z r. 1625, tudzież 100 złp. Doroty Pasionkowej z r. 1647, a przekonamy się, że majątek cechu szewskiego wzrastał z każdym rokiem[100].
Podobne ustawy i zwyczaje istniały w cechu krawieckim (contubernium sartorum), zatwierdzonym przez Zygmunta III. w Krakowie 14. kwietnia 1603 r. Urodzenie z katolickich rodziców było niezbędnym warunkiem przyjęcia do cechu. I tak n. p. w r. 1613 „przyszedłszy do cechu naszego krawieckiego pan Stan. Siedlecki i pan Marcin Wągiel, zeznali pod przysięgą, podniosłszy dwa palce, iż pan Majcher Librant jest spłodzony podług kościoła św. katolickiego, z ojca Majchra Libranta, mieszczanina i rajcy sandeckiego, z matki Katarzyny Ribczańskiej z Kleparza.“ Z początkiem jednak XVII. wieku przyjmowano do cechu krawieckiego także członków aryańskiego wyznania, jak o tem w rozdziale VII. tomu I. szczegółowo nadmieniłem.
Przyjęcie za brata czyli towarzysza w rzemiośle odbywało się za porozumieniem braci cechowych i wstawieniem się jednego lub dwóch z pomiędzy mieszczan. Przyjęty do cechu brat musiał złożyć 12 złp. na misteryę, czyli do skrzyni brackiej, sprawić wspólną kolacyę dla braci cechowych, dać 6 funtów wosku i spełniać posługi cechowe w baszcie i w kościele. Jeżeli towarzysz przyjmował misteryę a poprzednio pojął za żonę córkę krawiecką, płacił połowę tylko do skrzyni brackiej, t. j. 6 złp.
Przy corocznych wyborach cechowych obierano po 2 cechmistrzów, braci stołowych, pisarza cechowego, i do rozmaitej służby cechowej: do zbroi, do noszenia mar, palenia świec, nalewania piwa. Od niektórych jednak powinności cechowych można się było wykupić. I tak n. p. pod rokiem 1601 czytam: „Wojciech Głębocki, Krzysztof Ziołkowski i Jakób Rynka wykupili się od nalewania piwa, od świec palenia i mar przykrycia na żałomszę.“
Bracia stołowi wypożyczali pieniędzy z skrzyni brackiej na zastaw. Tak n. p. w r. 1632 zanotowano: „Pożyczyliśmy z skrzynki cechowej panu Janowi Złotopolskiemu 27 złp. Zastawił cyny sztuk 14, mis wielkich 3, mniejszych 4, półmisków 3, garniec 1, półkwaterek 1 sub vadio takowej sumy, która ma bydź oddana na Wielkanoc; przy oddawaniu takowej sumy powinien oddać kontentacyi 40 gr., co sam pozwolił przy bytności żony.“ W r. 1601 mieli krawcy w skrzynce brackiej pieniędzy gotowych z długami u braci złp. 40. W niedzielę zaś czarną 1603 r. pieniędzy gotowych 23 złp., na fantach złp. 33 gr. 10. Z tych to wspólnych pieniędzy kupowano towar dla całego cechu, na wzór cechu kuśnierskiego, szewskiego, czapniczego i innych.
Podobnie ścisłą kontrolę prowadzono co do innych dochodów i wydatków. I tak pod rokiem 1618 czytam: „Pan Stanisław Widz dał kolaczyowe pieniądze według powinności cechowej złotych 12, któreśmy wydali na proch i na hakownicę.“ W r. zaś 1651 „przedaliśmy parę muszkietów w czarnej oprawie z pozwoleniem wszystkiej braci, wzięliśmy za nie 16 zł.“ A w r. 1672 „na potrzebę cechową przedaliśmy zbroję za 13 złp., kupiliśmy prochu funtów 12.“
Uchwały cechowe wpisywano do księgi brackiej. I tak n. p. 26. sierpnia 1631 r.: „Z dekretu panów radziec i panów braciej wszystkiej zapadła uchwała: Aby bracia w trzewikach sukiennych nie chodzili pod winą nieodpuszczoną kamienia wosku.“
Za przebywanie w bezżeństwie płacono karę do cechu, podobnie jak u szewców, tak zwane „bykowe“. I tak n. p. 1602 r. „pan Jakób Rynka wystawił panom bratom bykowe.“ — W r. 1606 „Jan Owieczka odprawił bykowe panom bratom“[101]. Podobne jednak zapiski rzadko kiedy spotykam w księgach cechów sandeckich.
Cech kowalski (contubernium fabrorum) zatwierdził ponownie Zygmunt III. w Krakowie 27. czerwca 1603 r. Pod względem wewnętrznego ustroju nie różnił się ów cech od innych bractw rzemieślniczych, chyba samem różnorodnem rzemiosłem, które pojedynczych członków, niby jedną wielką rodzinę, jednoczyło i ożywiało. Stąd to ten sam sposób przyjęcia do cechu, podobne comiesięczne zebrania, podobne nabożeństwa kościelna, podobne nawet kary za wykroczenia spotykamy również w cechu kowalskim. I tak n. p. 1593 r. „Jakób Słowiński trybowany wielką trybówką, iż się pobił z mistrzem i niepoczciwie się odprawił od mistrza, i nie zapłacił czeladzi za piwo.“ — W r. 1596 „Tomasz Wąsecki trybowany od Wojciecha, kotlarza, że się nieuczciwie odprawił od mistrza; przyszedł jako cielę, a odszedł jako wół.“
Podobne także, jak u innych cechów, spotykamy sprawozdanie z pieniędzy w skrzynce brackiej po corocznym wyborze cechmistrzów. Tak n. p. pod rokiem 1621 zanotowano: „Przyjęliśmy na rok pański 1621 od panów przeszłych starszych złp. 53 gr. 16, na fantach złp. 19.“ Od czasu do czasu zasilały skrzynkę bracką pobożne zapisy. I tak w r. 1637 Janusz Mroczek, kowal, zapisał cechowi 100 złp.[102] — w r. 1641 Bartłomiej Gargul, sierparz, 100 złp. — w r. 1683 Błażej Wiatrowski, kowal, rówenież 100 złp.[103]. Z tej wspólnej skrzynki brackiej pożyczano pieniędzy na zastaw, niekiedy nawet wcale hojnie. Tak n. p. w r. 1702 „pan Wojciech Rusinowski w cechu naszym kowalskim pożyczył złotych 100. Zapisuje się na swoim gruncie z małżonkę swoją, a dla lepszej wiary stawia rękojmię, t. j. pana Pawła Wolaka, Jakóba Niemca i Marcina Warchoła, którzy się za tę sumę zapisują na swoich gruntach własnych, t. j. na jatkach szewskich.“
Każdy towarzysz przed przyjęciem misteryi musiał pierwej wykonać sztukę mistrzowską, a mianowicie:
Kowale naprzód podkowę wielką, w której ma bydź piętnaście funtów, a takową dwiema kiczoma[104] wygrzać przy mistrzach stołowych, a przy takowem robieniu mistrze podejmować swym kosztem; potem siekierę albo okszę kołodziejską.“
Ślusarze, którzy puszkarstwo robią, półhak i rurę odkować, i zamek z osadą piękną, a zamecznicy zamek Delle albo Tegruhlt o dwunastu refach, zamek o dwu tępych reglach[105] i z klamką, szper[106] z wierzchu a drugi u spodku polerowany, klucz z draidormem[107], Lethmacher kłódkę nielutowaną, klucz o czterech refach, pograjcarz[108], wędzidło i ostrogi.“
Miecznicy miecz sztuczny z dobrej głowni[109] sam oprawić i wybruszyć[110] z taszkami[111] sadzonemi i przez pochwy[112] trzy szwy nieznaczne wedle sztuki.“
„Innych zaś sztuk mistrze jako złotnicy, kotlarze, malarze, konwisarze, sierparze, paśnicy i kowale, co frameas albo klinie[113] kują, iż sztuki odrabiać z kosztem ich niemałym przyszłoby i podobno jako na miasteczku małem podołaćby temu nie mogli, tedy temu folgując, a jako na miasteczku pogranicznem rząd i potrzebę rynsztunku między sobą upatrując, stanowimy, iż miasto sztuki, którąby odrobić i wystawić mieli, półhak do cechu porządnie i ze wszystkiemi potrzebami naprawny oddać i 200 złotych do skrzynki odliczyć, a kolacyą na mistrze uczynić i cztery funty wosku oddać powinni będą, a już od robienia sztuk zostaną wolnymi“[114].
Podług ustaw tegoż cechu zakazaną była, zwłaszcza w niedziele i święta, gra w kostki i karty, zbytnie używanie trunków i tabaku, „z którego siła złego pochodzi“, pod winą 6 funtów wosku. Przestrzegano pilnie czystości obyczajów, stąd też „jeśliby który z mistrzów młodszych, przyjąwszy cech czyli misterią, w jednym roku nie ożenił się, beczkę albo achtel piwa dać cechowi powinien.“
Wzbronionem było złorzeczenie, używanie nieprzystojnych słów, partactwo i podkupywanie innych. Stąd to „jeśliby który towarzysz mistrza albo żonę jego słowy szkaradnemi albo nieuczciwemi zelżył, więzieniem ma bydź karany i cechowi 4 funty wosku przypadnie.“
„Któryby rzemiosła robił, nie przyjąwszy cechu, takowego nie jako mistrza, ale jako przeniewiercę albo hudlarza, na któremkolwiek miejscu miastu podległemu, z wiadomością i pomocą urzędu radzieckiego, wolno będzie wziąć: którego wziąwszy dwunastą funtów wosku ma bydź karany.“
„Aby żaden mistrz mistrza kupującego żelaza nie podkupował pod winą cechową kamieniem wosku, który nieodpuszczenie ma bydź karany.“
Z biegiem czasu i w miarę potrzeb lub nadużyć, ustanawiano różne przepisy cechowe. Tak n. p. w r. 1596 „stał się zapis między majstrami sierparskimi i między czeladzią sierparską: Jako nie ma żaden kowalczyk robić przy czeladzi sierparskiej, a gdzieby który kowalczyk robił przy czeladzi sierparskiej, ażeby czeladź sierparska zameldowała takowego kowalczyka, tedy przepada mistrzom do cechu kamień wosku winy nieodpuszczonej.“
Dnia 11. maja 1611 r. „wszyscy tak starzy, jak młodzi mistrze za jednostajnym głosem uchwalili: Iż którybykolwiek z mistrzów ważył się za miasto wyniść i kupować węgle, także też i w uliczkach, tedy ma bydź karan trzema funty wosku nieodpuszczonej winy.“ — „Gdyby który targował na rynku węgle, tedy drudzy nie mają targu psować, ale odejść na stronę, aż je ten starguje, który pocznie targować. A jeśliby drugiemu mistrzowi potrzeba było tegoż węgla, tedy ten, któryby węgle stargował, powinien drugiemu spuścić, albo się z nim podzielić, nie wyciągając z nich nic więcej, jedno jako je sam stargował i kupił, a to pod winą trzech funtów wosku.“
„Ci, co na Hamrach mieszkają, aby nie zabierali w łowy a węgla nie targowali i nie drożyli pod winą trzech funtów wosku.“
„Aby się żaden z mistrzów nie ważył w sprawie o dwanaście groszy od sentencyi cechmistrzowskiej do urzędu radzieckiego apelować, a zwłaszcza w przypadkach; taki urzędowi radzieckiemu 40 groszy, a cechowi 4 funty wosku zapłaci.“
„Także aby gromady nie bywały w dzień święty niedzielny, jedno w poniedziałkowy na godzinę piętnastą“[115]. (11 przed południem).
Księgi cechu kramarskiego (contubernium mercatorum) nie dotrwały do nowszych czasów[116], zato przechowały się ich ustawy w całości, zatwierdzone przez Zygmunta III. w Krakowie 19. lipca 1604 r., i ponownie przez Władysława IV. w Warszawie 16. sierpnia 1638 r. Oto ich treść:
W imię Pańskie Amen. Na wieczną rzeczy pamiątkę. Ponieważ wszystkie sprawy, które są u ludzi, z postępem czasu odmienne i niepewne są, a iżby były albo wypisaniem albo oświadczeniem pewnem oznajmione, przetoż my wszyscy bracia cechu kramarskiego, aptekarskiego, materyalskiego i ci, którzykolwiek łokciem mierzą i funtem ważą, zgodnie się na to naradziwszy, postanawiamy wiecznymi czasy, aby w naszym cechu były takie artykuły zachowane.
1) Naprzód, któryby chciał do tego cechu należeć, powinien miejskie prawo przyjąć, potem list autentyczny od urodzenia swego pokazać, jako należy do wiary św. katolickiej. A ktoby był odszczepieńcem, nie ma bydź przyjęty do bractwa i cechu naszego.
2) Za pokazaniem listu od urodzenia i wiary katolickiej, ma położyć do cechu 10 złp., które mają być obracane na potrzebę cechową; do tego wosku funtów 4, ołowiu funtów 4, prochu ruszniczego funtów 4, i muszkiet do baszty albo wieży od urzędu bractwu temu naznaczonej. A jeżeliby takiego muszkietu nie sprawił, powinien nam dać do cechu 5 złp., a potem na wszystkę bracią kolacyą sprawić.
3) Gdy już cech przyjmie, powinien będzie zaraz posługi cechowe we wszystkiem odprawować tak długo, aż na jego miejsce inszy młodszy nastąpi. A któryby się wzbraniał takowych posług odprawować i nie chciał temu dosyćuczynić i lekko to sobie poważał, winien dać do cechu 2 funty wosku winy nieodpuszczonej za każdym razem.
4) Aby żaden, tak z braci jako i mieszczan, nie ważył się przedawać ani przed domem, ani w domu swoim towaru wszelakiego, któryby jatki kramarskiej nie trzymał i cechu nie przyjął, pod winą 6 zł., których połowica na urząd radziecki przepadnie a połowica do cechu.
5) Jednostajnieśmy postanowili, aby w jatkach kramarskich przy przedawaniu swych towarów każdy się uczciwie sprawował i zachował pod winą 2 funtów wosku nieodpuszczoną.
6) Któryby brat w tym cechu był przeciwny słowem wszetecznem, i onem się przeciwko braci targnął, taki ma bydź karan półkamieniem wosku.
7) A iż zbawienie ludzkie zawisło na jedności wiary chrześcijańskiej, tedy mają i będą wszyscy powinni bracia odprawiać z żonami swemi msze za umarłych cztery razy do roku. A któryby nie był na takowej mszy a byłby doma, takowy zapłaci 2 funty wosku do cechu.
8) Na pogrzebie wszelakim brata albo siostry cechu tego, jako też na mszy zawsze po suchych dniach odprawującej się za umarłych, wszyscy się zejść mają pod winą 2 funtów wosku.
9) Na każde suchedni oddawać powinni do cechu po jednym groszu, a co roku na Boże Ciało po funcie wosku pod winą podwójną.
10) Którybykolwiek syn z pomienionego cechu chciał bractwo z nami przyjąć, albo któryby też pojął w stan małżeński dziewkę z pomienionego bractwa, takowy ma połowicę do cechu odprawować, także posług i powinności cechowych połowicę.
11) Jeśliby się który znalazł z braci, któryby miał łokieć albo wagę niesprawiedliwą, albo rzeczy sfałszowane kramne przedawał, takowego powinni będą starsi cechmistrze i mistrze do panów radziec odnieść, a panowie rajcy według zdania swego i rozsądku prawnego karać mają; a do cechu takowy za ten występek powinien dać półkamienia wosku nieodpuszczenie.
12) Aby mieszczanie sandeccy, rzemiosłami innemi bawiący się, i inni postronni ludzie nie ważyli się na sprzedaż przywozić kramarskich rzeczy, tak jedwabnych jako i prostych na łokieć, ani funt przedawać: pieprzu, szafranu, korzenia i wszelakiego nasienia. A któryby się tego dopuścił po publikacji takiego postanowienia, takowemu towar wszystek zabrać wolno będzie za pomocą panów radziec, z którego panom rajcom obwiniony 2 grzywny zapłaci, z wyjątkiem gdyby to na kram kótemu kramarzowi miał przedać, i to tylko ma się pozwolić.
13) Któryby brat apelował do urzędu radzieckiego w sprawie od 15 groszy, takowy zapłaci urzędowi radzieckiemu winy kopę, a do bractwa albo cechu 2 funty wosku.
14) Któryby brat zaniechał cechu rok i 6 niedziel, takowy cech traci. A jeśliby zaś po wyjściu roku i 6 niedziel chciał z nami kramować, powinien znowu cech przyjąć i wszystkie posługi odprawić, chyba żeby nie z niedbalstwa swego, ale z przygody złej albo skaraniem Pańskiem nawiedzony zniszczał, a zaś pocieszony od Pana Boga znowu wkupować się nie ma.
15) Któraby wdowa szła za inszego męża, tedy onej mąż, połowicę wstępnego dawszy, ma bydź przyjęty do cechu i posługi wszystkie oddawać jako i insi.
16) Jeżeliby który z mieszczan albo postronnych przyniósł towaru kramarskiego a chciał go tu przedawać, ma najpierw do cechu naszego przyjść do panów starszych i opowiedzieć się powinien; a bez dozwolenia nie ma nic przedawać pod utratą wszystkiego towaru. Cechmistrz zaś powinien będzie obwieścić wszystkich braci i spólnie wszyscy targować mają ów towar, a jeśliby się nie stargowali, wolno mu będzie kędyindziej jechać z onym towarem.
17) Któryby się ważył z braci takowego towaru targować potajemnie, bez wiadomości starszych cechowych, taki będzie ciążon czterema funty wosku nieodpuszczenie.
18) W jarmarku wolno będzie każdemu człeku z wszelakiemi kupiami przyjeżdżać i one przedawać; lecz po skończeniu jarmarku, gdy go wydzwaniać będą, aby nazajutrz tak goście jako i insi kramarze, a mianowicie kitlarze, iglarze, nożownicy, paśnicy, mydlarze, aptekarze nie przedawali rzeczy kramarskich. A któryby się tego ważył nad wolności i prawa nasze, takowy podpadnie karze 10 złp., z których połowica przypadnie urzędowi radzieckiemu a druga połowica cechowi.
19) Któryby z tych rzemiosł wyżej mianowanych chciał tu z nami mieszkać, takowy powinien z nami cech przyjąć.
20) Ziół wszelakich na nasienia, kart, mydła, miodowników, pasów pojedynkiem przekupnych, aby żaden nie przedawał pod winą 40 złp., jedno ci, którzy z nami bractwo trzymają.
21) Kitlarze aby się nie ważyli na nas miodowników nawozić, ani przedawać nikomu potrosze pojedynkiem oprócz kramarzów pod winą wyż mianowaną.
22) A iż jest zwyczaj starodawny wyprawiać młodszych z echu na zbrojną wszelaką potrzebę miejską, a zwykli na swoje miejsce lada chłopca słać; zabiegając temu, postanawiamy, aby ten, który służbę odprawuje, nie zostawiał na swoje miejsce inszego, ale sam, jeżeliby jakiej przeszkody nie miał albo choroby, w czem ma się opowiedzieć panu starszemu, w zbroi powinność swą ma odprawować; a ktoby się tego ważył, urzędowi radzieckiemu będzie doniesion, a do cechu czterema funty wosku ciążony będzie.
23) Wdowie po zejściu małżonka swego tego bractwa, każdej będzie wolno kramować, podatki do cechu i posłuszeństwo oddawać zupełnie, w którym porządku żeby zachowanie było panowie rajcy nie mają przeszkadzać; a jeżeliby kto był przeciwny a chciałby to ich postanowienie łamać, z takowego sprawiedliwość nieodwłoczną czynić pod winą 100 złp. Jegomości panu staroście.
Dla świadectwa i wiarygodności niniejsze pismo mocą pieczęci naszej utwierdzamy. Dan w ratuszu sandeckim we środę po uroczystości św. Apostołów Piotra i Pawła Roku Pańskiego 1604[117].
Mniej bogate w szczegóły są zapiski cechu rzeźniczego (contubernium lanionum). Najważniejszą jest ustawa tego cechu, potwierdzona przez Zygmunta Augusta w Warszawie 19. stycznia 1559 r., i ponownie przez Zygmunta III. w Krakowie 26. marca 1609 r., której sama osnowa jest taka:
1) Aby na cześć i na chwałę Bożą w kościele św. Małgorzaty paliły się 4 świece na kijach[118] w uroczyste święta, a w niedziele 2, które młodszy brat cechu pod winą 1 funta wosku gasić powinien i pilnie tego ma przestrzegać.
2) Także dekę swoją ma sprawić młodszy brat do przykrywania mar na żałomszy, która ma bydź co kwartał w tymże kościele, do przykrywania zmarłego brata lub siostry w cechu będących.
3) Na tych zaś mszach, jako i pogrzebie mają wszyscy mistrzowie ze swymi towarzyszami i uczniami bywać pod winą 1 grosza do skrzynki brackiej.
4) Ku ozdobie miasta w dzień Bożego Ciała, skoro tylko magistrat tego zażąda, należy wyprawić 4 braci z orężem i pancerzem ozdobnie. Także i insze podatki z dawna idące tak grodowi, jako i na ratusz płacić, zaco ma ich bronić osobliwie gród od wszelkich krzywd.

Cecha płócienników sandeckich z r. 1710,
podług rysunku w księdze cechowej.

5) W pierwszy poniedziałek po suchych dniach odprawiwszy żałomszę, powinni będą mieć swoje gromady, na których wszyscy cechmistrze pod winą 1 funta wosku bywać powinni, i tam każdy z nich do skrzynki brackiej po 1 groszu dla potrzeb cechowych ma dawać, od czego żaden wolnym bydź nie może. A dla szczególnych powodów co dwa tygodnie w poniedziałkowy dzień swe schadzki cechmistrzowie i mistrzowie trzeźwo powinni miewać.
6) Każdy uczeń świadomy swej sztuki powinien dwa lata lub rok przynajmniej po swem rzemiośle po sąsiednich miastach wędrować[119], wtedy dopiero misterią będzie mógł przyjąć, którą przyjmując, powinien będzie dać 10 grzywien i 6 funtów wosku na potrzeby cechowe. Także wstępnego, kiedy przystaje, powinien dać 1 złoty cechmistrzowi. A choćby na miejscu nie terminował, lecz był przybyszem, a chciałby misterią przyjąć, powinien u mistrza rok przerobić dlatego, żeby po nim zrozumieli, czy będzie sposobnym do przyjęcia misteryi.
7) Powinien też do cechu dać półkamienia wosku i wszystkie insze powinności cechowe odprawić. Ma też kolacyą według możności, słuszności i wdzięczności dla mistrzów sprawić, a jeśliby kolacyi nie chciał sprawić, powinien będzie do skrzynki brackiej oddać 10 złp.
8) Powinien też pokazać sztukę t. j. wieprza pięknie pokrajać i insze powinności czysto wykonać; wołu wzdłuż podzielić; a jeśliby sztuki nie chciał robić, tedy powinien będzie 6 funtów prochu oddać na strzelbę i obronę miasta.
9) Syn mistrzowski od przyjęcia misteryi tylko połowicę wszystkiego ma dać, kolacyą według zwyczaju sprawić, a od dania wosku wolnym zostaje.
10) Jeśliby który mistrz chłopca chciał przyjąć, ma go opowiedzieć do cechu i dać wpisać do ksiąg cechowych we dwie niedziele, i dać od niego do skrzynki cechowej 2 złp. A jeśliby który mistrz całkowicie tego zaniechał, należy go podać do akt w przeciągu dwóch niedziel.
11) Jeśliby towarzysz zkądinąd do miasta przywędrował, powinien go zatrzymać u siebie mistrz starszy a nie młodszy, którego jednak bez listu od urodzenia, zachowania się i wyuczenia nie ma przyjmować. Jeżeliby zaś który z mistrzów odważył się na to, zapłaci winy panom rajcom 2 złp., a do cechu kamień wosku.
12) Żaden mistrz z towarzyszem wespół aby nie ważył się bydlęcia albo wołu zabijać, bo ktoby był w tem przeświadczony, tatakowy kamień wosku do cechu zapłaci, a na ratusz 5 grzywien.
13) Aby nikt nie ważył się niezdrowego bydlęcia albo wołu zabijać, a ktoby był w tem przeświadczon, kamień wosku zapłaci.
14) Jeżeliby jeden drugiemu na targach przeszkadzał tak w zakupie wołów, jako i inszem kupnie i już pewną sumę zadał, takowy od urzędu kopą grzywny, a w cechu czterema grzywny ma bydź karany. Jeżeliby zaś kupującego od kupna odwiódł, takowy funtem wosku ma bydź karany.
15) Wdowa pozostała po mężu tylko do roku i sześciu niedziel rzemiosło mężowskie będzie mogła robić. Jeżeliby zaś poszła za męża tegoż rzemiosła, tedy powinna jako insi nabyć prawo do cechu. A gdyby za inszego poszła, coby nie był tego rzemiosła, niedotrwawszy roku i sześciu niedziel, nie powinna już od tego czasu po zawarciu ślubu robić rzemiosła.
16) Cechmistrze mają rachunek z dochodów i wydatków corocznie przed wykonaniem przysięgi przy bytności wszystkich mistrzów czynić.
17) Gdyby który za cechą na wybór albo na ratusz nie przybył, lecz doma upornie pozostał, takowy ma bydź dwoma funty wosku karany.
18) Cechmistrze pieczęci do żadnego pisma, chyba za porozumieniem wszystkiego bractwa, przykładać nie mają.
19) Uchwały, które powinni będą po wybraniu cechmistrzów na każdy rok między sobą spólnie czynić, mają bydź stałe.
20) Ponieważ różne uciski i krzywdy od rzemiosła szewskiego cierpimy[120], którzy u nas skóry potargowawszy nie zaraz nam płacą, przeto stojąc mocno przy przywileju naszym, wolno nam czy to mieszczanom, czy też inszym tak wołowe jako i inszego bydła skóry przedawać; a gdyby kijakom czyli przekupniom zkądinąd przychodzącym przedawać chciano, powinni będą na 2 tygodnie cechmistrzów szewskich o tem obwieścić.
21) Ponieważ największe nieposłuszeństwo przydarza się i swary nieprzystojne na posiedzeniu cechowem zwykły bywać, iż sobie młodszy brat cechmistrza i mistrzów stołowych nieprzystojnem słowem zwykł lekceważyć, a nawet do broni się porywać; przeto któryby się do broni porywał, kamieniem wosku, a gdyby słowy uszczypliwemi jeden drugiego lżył, sześcią funty wosku za każdym razem ma bydź karany.
Dla świadectwa i wiarygodności tego wszystkiego pieczęć miasta naszego jest przyłożona.
Działo się na ratuszu Nowego Sądcza 17. października 1608 r.[121].
Na wzór innych cechów wypożyczano braciom pieniędzy z wspólnej skrzynki cechowej. Tak n. p. w r. 1667 „przyjmują panowie bracia starsi: Adam Sutkowski i Jędrzej Żychowicz długu u pana Jana Rolki 10 złp, u Jana Sutkowskiego 5 złr., u Bartosza Rolki 4 złp., u Wojciecha Ćwika i Wojc. Sowińskiego za hakownice 20 złp., które pieniądze legowali bracia na proch do baszty dla obrony.“
W tymże roku 1667 „zapadł dekret na pana Franciszka Buchowicza, który zadał przywilejowi Króla Jegomości fałsz, przeciwko któremu wyszła relacya przez braci cechowych: żeby poszedł do więzienia i z więzienia nie wynidzie, aże cech wszystek przez bracią przeprosi i wosku 6 funtów odda, a za zniewagę braci faskę piwa powinien dać.“
Za wszelkie swary, powstałe w gromadzie gajnej lub przy piwie braterskiem, karano więzieniem. Tak n. p. w r. 1667 „iż pan Stan. Duszkowicz i pan Jan Sierpowski pod gajną gromadą swar wszczęli między sobą, tedy panowie bracia nakazali pójść za kratę pod posłuszeństwem cechowem, i ztamtąd nie wynidą, aże winę oddadzą, jaką panowie bracia wynajdą. — A iż pan Bartosz Rolka i Fran. Buchowicz poswarali się i kłopotali przy braterskiem piwie, tedy panowie bracia nakazali im do więzienia, i ztamtąd nie wynidą, aże winę cechową oddadzą.“
Przestrzegano też porządku i karności w jatkach, a za wykroczenia wyznaczano kary. „Roku Pańskiego 1667 dnia 26. marca stała się uchwała w cechu naszym rzeźniczym przez wszystkę bracią tak starszą jako i młodszą uczyniona pod gajną gromadą: Któryby brat w jatkach na brata powstał i swarzyli się, na takowych winę zakładamy i sami na się kładą panom rajcom 5 grzywien winy, a do cechu 6 funtów wosku winy nieodpuszczonej. A jeżeliby się to pokazało na którego stołowego brata, sami na się zakładamy winy panom rajcom 2 grzywny, a cechowi 2 funty wosku winy nieodpuszczonej“[122].
Ciekawą była też u rzeźników sandeckich kara bezżenności. Jan Kitlica był bezżennym w r. 1632. Ponieważ zaś w przepisach cechowych był zwykły warunek ubiegającym się o przyjęcie w grono braci, „aby się ożenił i nabył mieszczaństwo“, przeto Kitlicę jako bezżennego żartobliwie napominano w cechu, żeby się żenił i dopełnił warunku. Lecz on nie miał ku temu ochoty i bał się żeniaczki, z czego się naśmiewali często cechowi bracia. Później poczęli mu się odgrażać karami cechowemi, naturalnie żartem. A że on rzecz brał poważnie, posunęli żarty dalej i na pewnej schadzce, wypiwszy beczkę piwa, powiedzieli mu, iż on je zapłaci, a to za karę, że się nie żeni.
Kitlica, którego starzy i młodzi w obroty wzięli, wpadł w zapał, począł się sprzeczać, a oni wszyscy, udając powagę, kazali płacić piwo.
Przyszło do tego, że pobiegł na ratusz ze skargą na cech. Burmistrzował właśnie Stanisław Rogalski, żartami wcale nie gardzący. poważnie wniesiony żal rozśmieszył go, więc sam zaczął przymawiać bezżenności jego i żartem pochwalać cechową karę. Kitlica zaś najusilniej obstawał za swym bezżennym stanem, i twierdząc, że wcale nie myśli się żenić, odwoływał się na uczciwe i w obyczajach nieposzlakowane życie. W końcu przystał na zapłacenie wypitej beczki piwa, jeżeli odtąd w cechu będzie miał spokój.
Rogalski chętnie zawyrokował: „Iż Jan Kitlica, który w żaden sposób małżeńskiemu jarzmu nie chcąc się poddać, w bezżenności pozostać pragnie, przyjmuje zapłacenie raz na siebie nałożonej cechowej kary; odtąd przez wszystkie dni życia swego od wszelkich w tej mierze niepokojeń wolny pozostać ma.“
Cech rzeźnicki wśród śmiechu przystał na taki wyrok, a Kitlica rad był spokojowi[123].
Księgi cechu płócienniczego (contubernium textorum) nie dochowały się do naszych czasów[124]. Na szczęście ocalały ich ustawy, potwierdzone przez Zygmunta III. w Warszawie 26. lipca 1620 r., i ponownie przez Augusta II. w Krakowie 19. grudnia 1697 roku. Rzucają one nie mało światła na ustrój wewnętrzny i organizacyę całego cechu, dlatego podajemy je w całości.
Iż wszelakie postanowienia ludzkie dla czasów odmiennie przemijających bydź wieczno trwałe nie mogą, ani do wiadomości wieków następujących przyjść, jeżeli pismem obwarowane i poważnością zwierzchności urzędowej umocnione nie będą, przeto my burmistrz i rajce miasta Jego Królewskiej Mości Nowego Sącza wszem w obec i każdemu z osobna, komu to wiedzieć należy, oznajmujemy i niniejszym listem naszym do pewnej wiadomości przywodzimy: Iż przyszedłszy oblicznie do urzędu radzieckiego sandeckiego sławny Sebastyan Mrzygłodzki, Marcin Żeglecki, Andrzej Kwiatoniowski, Józef Radłowski, cechmistrze i mieszczanie starsi cechu płócienniczego, mieszczanie sandeccy, swojem i wszystkiej braci młodszej na to się dobrowolnie i spólnie zgadzających imieniem, wnieśli do tegoż urzędu naszego pewne artykuły niżej opisane, cechowi swemu do zachowania i zatrzymania urzędu i pożytku cechowego należące, które my uważnie przeczytawszy i one bydź potrzebne przystojne i do dobra rzeczypospolitej miejskiej w niczem się nie sprzeciwiające, niniejszym przywilejem naszym na żądanie tegoż poważnością naszą urzędową jako słuszne potwierdzamy, umacniamy, za prawne i wieczno trwałe mieć chcemy, które słowo od słowa tak się w sobie zamykają i brzmią:
1) Naprzód któryby chciał do cechu naszego przystąpić i misteryą przyjąć, takowy ma naprzód miejskie prawo przyjąć, a przy przyjęciu miejskiego prawa powinien się monstrować z muszkietem dobrym swym własnym i z szablą niepożyczaną. Przytem powinien misteryą odprawować jako opisana jest w tym przywileju cechu naszego płócienniczego. Naprzód wstępnego starszym mistrzom groszy sześć a przytem powinien dać złotych sześć pieniędzy do skrzynki cechowej i wosku cztery funty, także brackiej wszystkiej achtel piwa dać powinien.
2) Któryby chciał przyjmować misteryą albo mistrzowne któryby przyjął, powinien dać połowice misteryi wszystkiej jako jest opisana, jednak od służby nie ma bydź wolen; przytem powinien kolacyą odprawić, a jeśliby nie chciał odprawić, tedy powinien za nią odłożyć złotych ośm. Przy tejże kolacyi powinien dać achtel piwa, a ta kolacya ma bydź w rok i sześć niedziel oddana. Tenże mistrz powinien mieć dwa warsztaty i naczynie wszystko co do rzemiosła naszego należy: a nie będzie powinien robić, aże pójdą i oglądają, że będzie miał zupełne naczynie. Przytem powinien wszystkę służbę odprawować jako przynależy na młodszego; także powinien przynieść list od urodzaju i od rzemiosła w rok i sześć niedziel.
3) Żaden mistrz nie będzie powinien chłopca przyjąć na uczenie, aż będzie miał list od urodzenia. Którybykolwiek mistrz chłopca przyjmie na uczenie, powinien go opowiedzieć do cechmistrza, a cechmistrz mu powinien pozwolić do dwóch niedziel na spatrzenie, a gdy przyjdą dwie niedziele, powinien go ujednać. Każdy chłopiec powinien dać do cechu półachtela piwa i dwa funty wosku. Każdy chłopiec w tym roku, kiedy się ujedna, powinien wnieść list od urodzaju. Chłopiec, kiedy się wyzwoli, powinien mu dać tenże mistrz półgrzywny, a jeśliby odszedł a nie wrócił się w sześć niedziel, takowy lata traci. A jeśliby P. Bóg raczył wziąć tego mistrza, u któregoby się ten chłopiec uczył, tedy powinni dać mistrzowie inszego mistrza, żeby się rzemiosła douczył.
4) Któryby się douczył w cechu naszym rzemiosła, powinien wędrować rok i sześć niedziel; jeśliby zaś nie chciał wędrować, a chciał misteryą przyjąć, powinien za też wędrówkę muszkiet sprawić do cechu i funt prochu.
5) Gdy wybór przyjdzie, naprzód bracia wszyscy cechowi mają obrać cechmistrzów dwu, cechmistrze zaś powinni będą do siebie obrać dwu firów, ci zaś firowie w cechu powinni przysięgać wszystkiemu cechowi. Przy każdym wyborze powinni wszyscy bracia pozwolić na garniec wina starszym.
6) Któryby się trafił a cechowy był, żeby sobie mistrzował we wsi, gdyby się do cechu naszego wprawić chciał, tedy takowy powinien zupełną misteryą odprawować; a za to że nam przeszkodnikiem był, tedy powinien hakownicę sprawić i cztery funty prochu do cechu. Także i towarzysz któryby na wsi robił, a jeśliby cechowy był, a przyszedłby do cechu naszego robić, tenże towarzysz powinien dać złoty i dwa funty wosku za tęż winę.
7) Któryby towarzysz wcząwszy postaw u mistrza swego, odszedł i nie dorobił, takowy ma bydź karany groszy 12 i dwiema funty wosku za tęż winę. Któryby mistrz odszedł a nie wrócił w rok i sześć niedziel, a nie dałby o sobie wiadomości cechowi, takowy misteryą traci. Żaden towarzysz nie powinien z roboty od mistrza swego odchodzić, aż odpuszczenie weźmie; także i na wędrówkę odpuszczenie wziąć powinien. Któryby tego towarzysz nie czynił, ma bydź karany dwiema funty wosku.
8) Któryby się ważył mistrz mistrzowi towarzysza odłudzić, takowy ma bydź karany półkamieniem wosku, także i o chłopca. Któryby mistrz ludzką robotę utracił albo przedał, takowy nie ma mieć miejsca w cechu między wszystką bracią.
9) Któryby mistrz umarł a pozostałby syn albo córka przy matce, a matka chciałaby używać rzemiosła tego, naprzód powinna się uczciwie sprawować i postępki wszystkie odprawować cechowe, temu synowi nie ma bydź rzemiosło wzbronione u matki. A córce nie wolno robić tego rzemiosła u matki, ale cechmistrzowie powinni jej dać czeladnika z cechu. A jeśliby się co na nią nalazło i pokazało nieprzystojnego, powinni jej rzemiosła zabronić.
10) Jeżeliby który podejrzany był w cudzołoztwie, do tego w wierze katolickiej, takowy żaden sposobem robić nie może w cechu naszym. Któryby brat do cechu z bronią przyszedł, takowy powinien dać sześć funtów wosku irremissibiliter. Kiedy się sprawa w cechu zacznie, któryby mistrz gadki zaczął niepotrzebne albo poswarki, takowy ma bydź karany dwiema funty wosku, także i towarzysz.
11) Któryby z braci nie przyszedł za cechą do cechu abo cechę zatrzymał, takowy ma bydź karany funtem wosku. Któryby brat brata słowy uszczypliwemi zelżył, takowy ma bydź karany sześć funtów wosku. Jeśliby obraził jeden drugiego a przyszłaby skarga do cechu, tedy ma bydź odesłany do urzędu wójtowskiego, oprócz żeby to było przy skrzynce albo przy siedzeniu braciej w cechu.

Cecha mosiężna szewców sandeckich z r. 1687.
Z Muzeum hr. Czapskiego w Krakowie.

12) Któryby brat bratu łez zadał, takowy ma bydź karany czterema funty wosku. Któryby brat brata naganił, a tego nie dowiódł, takowy ma bydź karany półkamieniem wosku. Któryby z cechu tajemnice wynosił, takowy ma bydź karany półkamieniem wosku, oprócz tych, któreby były przeciwko urzędowi i przysiędze cechmistrzowskiej a przeciwko pożytkowi rzeczypospolitej.
13) Któryby chciał sobie za młodzieńca mistrzować a nie ożeniłby się do roku, tedy powinien dać na każdy rok achtel piwa. Któryby brat apelował od dekretu cechowego, ma bydź apellacya wolna do panów radziec, a jeśliby panowie potwierdzili dekret cechowy, nie mają go panowie rajcowie wolnym czynić od cechu, jednak żeby nie wynosiło dwunastu groszy; od tego apellacya nie ma bydź dopuszczona. Któryby mistrz albo towarzysz przyszedł do cechmistrza a prosił go o cechę albo o starszych, powinien od zupełnej cechy dać groszy sześć, gdzieby nie była słuszna przyczyna, także od starszych groszy sześć; a gdyby słuszna przyczyna była, tedy nie powinien nic dać.
14) Któryby brat nieposłusznym był cechowi we wszelakich sprawach cechowych, takowy ma bydź karany czterema funty wosku. Któryby brat albo towarzysz upornie z cechu poszedł, takowy ma bydź karany sześć funtów wosku. Którybykolwiek przyszedł bądź o robotę bądź o dług skarżyć, a mianowicie o robotę, powinien takową robotę cechmistrz kazać oddać do dwóch niedziel, a gdyby we wszystkiem dekretom dość nie uczynił, takowy ma bydź karany funtem wosku.
15) Na dzień Bożego Ciała powinni bracia młodsi zbroje wycierać i wszystkę armatę cechową, a przy tej pracy powinni panowie starsi wystawić achtel piwa z skrzynki cechowej, a przy każdem piwie brackiem powinni się uczciwie zachować. A którby się nieprzystojnie zachował przy tem brackiem piwie, bądź poswarek zaczął albo szklanicę stłukł, okrom tego żeby fortuito, albo piwo rozlał albo piwo zmącił, panowie starsi powinni tę beczkę zamierzyć a ten brat powinien takowej beczki dolać.
16) Któryby towarzysz z mistrzem w domu robiąc, u niego poswarek uczynił albo się pobili, a przyszłaby skarga do cechu, a uznają panowie starsi który z nich winniejszy, takowy ma bydź karany półkamieniem wosku, tak mistrz jako i towarzysz za słusznym jednak dowodem.
17) Żałomsza ma bydź na każde suchedni, przy której mają bydź bracia wszyscy, także i towarzysze, a młodski mistrzowie powinni mary postawić, i przykryć deką i świece zapalić, a któryby tego nie uczynił albo na żałomszę zamieszkał, ma bydź karan funtem wosku, tak towarzysz jako i mistrz, któryby nie był na pogrzebie.
18) Żadnemu patraczowi robić we wsiach, a osobliwie miejskich i na przedmieściu aby nie wolno było. Takowy gdzieby się znalazł, mają go obrać z naczyniem i z robotą z pozwoleniem panów radziec, a pan burmistrz powinien pomocy dać. Żeby żadnemu partaczowi nie wolno było przędzy z miasta wynosić, ani w targu wykupować, który prawa miejskiego nie ma. Gdyby partacz robotę niósł z miasta a ujrzał go brat cechowy, ma mu przędzę wziąć i zanieść do cechu, a partacz powinien ją wyprawić z cechu jako będzie mógł.
19) Żeby były przędze sprawiedliwe w targu: naprzód ma bydź na miarę motowidło wzdłuż, a po dwadzieścia pasm w łokieć, a po dwadzieścia po cztery nici w pasmo. Powinni dwaj bracia z miarą chodzić, mierzając takową przędzę. Któraby się znalazła takowa przędza niesprawiedliwa, takową mają brać i do cechu zanieść z pozwoleniem pana burmistrza i panów radziec. Burmistrz powinien będzie dać sługi tym, którzy będą rewidować, a powinni mieć na półsiodmej ćwierci wszerz naczynie według musu starodawnego. Jeśliby jednak kto potrzebował szerszej albo węższej roboty, tedy powinien robić według rozkazania i upodobania każdego. A na któregoby się znalazło, żeby nie według ustawy cechowej robił, ma bydź karan dwiema funty wosku.
20) Które to artykuły wzwyż pomienione, tak wszystkie ogółem, jako i każdy z nich z osobna, szczególnie we wszystkich punktach, kondycyach, związkach, niniejszym przywilejem naszym i poważnością urzędu naszego umacniamy, utwierdzamy, approbujemy i za prawne i wieczne mieć chcemy, i żeby się według nich bracia cechowi zachowywali i rządzili, nakazujemy. A dla lepszej wiary i pewności pieczęć urzędu naszego przycisnęliśmy.
Dan na ratuszu sandeckim R. P. 1620 dnia 5. lutego.
Stanislaus Gorlicius (Gorlicki), protunc proconsul. Adamus Mikulski, civitatis regiae Novae Sandec notarius juratus[125].
Do kwitnących bractw rzemieślniczych w XVII. wieku należał również cech sukienników (pannifices) i czapników (pileatores), zatwierdzony przez Zygmunta III. w Krakowie 25. maja 1604 roku; tudzież cech garncarzów (lutifiguli) i piwowarów (brassatores), lecz o nich nic bliższego nadmienić nie możemy, skoro ich zapiski i ustawy nie przechowały się do naszych czasów. O innych zaś rzemieślnikach, jako to: piekarzach (pistores), młynarzach (molendianatores), murarzach (muratores), powroźnikach (funifices), miechownikach (crumenatores), grzebieniarzach (pectinistae), cyrulikach (chiturgi) i balwierzach (barbitonsores), dość rzadkie napotykamy wzmianki w aktach miejskich.
W XVIII. wieku wskutek klęsk, wyludnienia, zubożenia, ogólnego nieładu i walk stronniczych w narodzie podupadły cechy. Z rozbiorem Polski rozchwiały się ich dawne ustawy, które niby tęgi kit spajały mieszczaństwo i rzemiosła polskie, a z ich rozchwianiem znikła niespożyta siła i świetny ustrój braci cechowych jak w innych miastach, tak i w Nowym Sączu.
Po dawnych cechach sandeckich przechowały się dotąd zaledwie resztki ksiąg i szczątków zetlałych aktów, tudzież niektóre godła brackie, jak pieczęcie i tak zwana cecha. Na srebrnej pieczęci cechu szewskiego, przechowanej dotąd w muzeum hr. Czapskiego w Krakowie, znajdują się narzędzia tegoż rzemiosła, z napisem w otoku: „Pieczec Czechu Sewczego Rzemiosla Nowe-Sąca“. Na obwódce zaś nazwiska cechmistrzów: „Stanislaw Protfic — Wojciech Gargula 1628“. Na jednym akcie uchwały cechu bednarskiego z roku 1606 widziałem na pieczęci, wyciśniętej w wosku rozwarty cyrkiel, w otoku zaś jakiś niewyraźny napis. Na pieczęciach rzeźniczych bywały zwyczajnie nóż i topór, albo głowa wołu z nożem, przyłożonym do niej, a czasami sam wół. Na mosiężnej pieczęci krawieckiej przedstawione w środku nożyce otwarte, nad niemi herb miasta nowoczesny: 3 wieże obok siebie stojące, z napisem w otoku: „Schneider Zunft Neu Sandec 1828“. Na innej znów pieczęci nożyce, nad niemi oko Opatrzności Bożej w promieniach, z napisem wokoło: „Sigillum cetus sartorum Neo Sandec 1860“.
Zapomocą cechy (Zeichen) zwoływano pojedynczych członków na gromadę, czyli zebrania brackie, na których rozstrzygano bieżące sprawy pod przewodnictwem cechmistrzów. Taka jedna najdawniejsza cecha przechowuje się w muzeum hr. Czapskiego w Krakowie. Jest to gruba blacha mosiężna w kształcie serca. Na jednej stronie przedstawione są narzędzia szewskie, z napisem wokoło: „Cecha Cehu Szewskiego Nowosondeckiego. Wojciech Widłocki Cechmistrz Szewski.“ Na drugiej zaś narzędzia rymarskie i siodlarskie, z napisem: „Ceha Siedlarszka y Rimarszka. Anno Do: 1687“[126]. Okrągła cecha płócienników z r. 1710, narysowana na kartce papieru ręką pisarza cechowego, Jana Ornatowicza, nosi napis: „Insignia Et Vasa Textorum Civitatis Regalis Novae Sandeciae“, u dołu zaś warsztat i inne narzędzia tkackie. — Innego zupełnie kształtu była cecha krawiecka w obecnem stuleciu. Była to puszka mosiężna nakształt książeczki z klamerką i napisem w środku: „Cech krawiecki nowosandecki 1844“. Do tej puszki wkładano kartkę papieru z zaproszeniem na zebranie cechowe. Po innych rzemiosłach nie dochowały się pieczęcie, ani godła cechowe.






Rozdział  III.
Rząd i gospodarstwo miejskie.

Według prawa magdeburskiego rządziła miastem rada miejska, złożona z burmistrza i rajców; sprawiedliwość zaś wykonywała ławica, t. j. wójt z podwójcim i 6 ławnikami. Tu należałoby jednak rozróżnić dwie epoki: pierwszą przed r. 1615, w której, widocznie wskutek wkradnięcia się nadużycia, rajcy byli dożywotni; drugą zaś po r. 1615, kiedy wskutek skarg pospólstwa zesłani komisarze królewscy orzekli, że odtąd wybory co roku ponawiać się mają[127]. Rajców było sześciu, z których czterech wybierał starosta grodowy, piątego wybierali starzy rajcy, a szóstego wójt z ławnikami[128], i ci byli burmistrzami kolejno, z urzędowaniem miesięcznem. Wójta zaś i podwójciego z 6 ławnikami wybierało pospólstwo całe. Między nimi musiała być przynajmniej połowa wybrana z dawnych rajców. Po burmistrzu władał w radzie starszy rajca: senior syndyk: wójta zastępował w ławicy podwójci.
Prócz rady i ławicy wybierano z pomiędzy starszych cechowych i poważniejszych mieszczan 30 mężów zaufania (viri electi), jako kontrolę od pospólstwa. Wybrani mężowie rozstrzygali sprawy ogółu i czesto z urzędem miejskim zacięte toczyli spory. Wyborom miejskim czasami przewodniczył pan starosta grodowy, lecz najczęściej jego podstarości, burgrabia zamkowy, dworzanin lub inny jaki znakomity szlachcic, wraz z inną szlachtą asystującą.
Wybory i urzędowanie odbywało się na ratuszu. Tu na piętrze znajdowała się niezbyt wielka izba sklepiona, tak zwana radziecka, a obok niej jeszcze mniejsza, również sklepiona, zwana skarbcem. Wybory miejskie odbywały się w wielkiej izbie sądowej na ratuszu. Jeżeli sam pan starosta grodowy miał przewodniczyć, wybijano ją zielonem suknem w listwy ujętem, wykadzano trociczkami, a na przyjęcie wielmożnych gości przysposabiano konfekty i małmazyę[129]. W r. 1645 wypito małmazyi za 3 złp. 6 gr. Konfektów dostarczał aptekarz, małmazyi kupcy; zwyklej jednak dawano tylko gorzałkę dobrą. W roku 1653 wydano za 4 talerz konfektów przy elekcyi 4 złp., za wódkę 1 złp.[130].
Przed wyborami w uroczystym pochodzie szli mieszczanie z ratusza do kollegiaty błagać łaski Ducha św. Księża wikaryusze odprawiali wotywę uroczystą, a kantor z śpiewnikami śpiewał na chórze. Księżom wraz z kantorem i muzyką dano w roku 1629 za nabożny trud 2 złp. 6 gr., z czego księża brali 1 złp. W r. 1634 i 1635 „od wotywy przy elekcyi panów radziec księżom, kantorowi i ograniście 3 złp.: trębaczowi i bębeniście za honor, który czynili przy tejże wotywie, kontentacyi 16 gr.“; a w r. 1646 „ojcom wikaryom podczas elekcyi generalnej od wotywy 2 złp.; kantorowi i muzykom zaciągnionym 2 złp.“[131]. Na kadzidło od wotywy osobno dawano 5 gr. Na tem nabożeństwie obecnym bywał pan starosta lub jego namiestnik.
Po nabożeństwie uroczystym pochodem prowadziło go mieszczaństwo na ratusz i z powagą słuchano, kogo mianował, oparty na prawach królewskich i na starodawnym obyczaju. Poczem uzupełniano wybory rajców i raczono wielmożnych gości, gdyż nigdy pan starosta, ani zastępca jego nie przychodził bez świetnego grona szlachty. Po starodawnym obyczaju działo się to zwykle w dzień św. Agaty 5. lutego. Czasami jednak odwlekało się, jeżeli starosta w razie nieobecności swojej pełnomocnictwa nikomu nie przekazał. Mimo corocznych wyborów zdarzało się często, że jedni i ci sami rajcy zasiadali przez długie lata w radzie miejskiej[132].
Wybory wójta (advocatus) i ławników (scabini) zwykle nieco później uskuteczniano, tak samo wydziału, czyli 30 mężów zaufania. Wybory te ostatnie były istotnymi wyborami ludowymi, bo pospólstwo w nich wiecowało, łamiąc często przewagę rajców od starosty minowanych. Gwarność tych wieców pospólstwa miejskiego łatwo odgadnąć!
Wkońcu wybierano po dwóch gospodarzów miasta czyli lunarów (oeconomi, provisores), i po dwóch opiekunów kościelnych (aeditui, aediles), którzy zaopatrywali kościół kollegiacki we wszystkie rzeczy, należące do służby Bożej, ozdoby i naprawy jego.
Przed objęciem urzędowania składali przysięgę na wierność tak rajcy, jako i wójt, ławnicy czyli przysiężnicy, i pisarz miejski. Oto rota przysięgi rajców sandeckich z r. 1552:

Pieczęć Nowego Sącza z wizerunkiem św. Małgorzaty,
podług dokumentu z r. 1323.

„Ja N. przysięgam Panu Bogu, iże Królowi Jegomości polskiemu i wszystkiej koronie polskiej wiernym będę, przeciw dostojności i zwierzchności Jego Królewskiej Mości poddaność swą powinną we wszystkiem spełniać; czci, sławy i pożytków korony wszej, osobliwie miasta tego, wedla nawiętszej możności i umiejętności swej strzedz. Sprawiedliwość równo każdemu, tak ubogiemu jako i bogatemu, nie uwodząc się ani przyjaźnią, ani bojaźnią, ani pożytkiem, czynić; skarb pospolity, aby na żadną inną potrzebę, jedno na pożytek miasta tego, a ku dobremu pospolitemu obracan był, strzedz będę; ani na swój własny pożytek nigdy jego obracać, ani innemu na to przyzwalać; ucisków żadnych człowieku pospolitemu, któreby były przeciw prawu i sprawiedliwości czynić nie będę. Rozterków ani rozdwojów w mieście dopuszczać nie chcę, ani przyczyny, ani rady do tego dawać ani go mnożyć; ale wszystkiego pospolitego dobrego szukać i omyślać i mnożyć będę, podług mego najlepszego rozumu i nawiętszej możności i umiejętności mej. Tak mnie i potomki moje Pan Bóg we wszystkiem dobrem spomóż, i święte jego wierne umęczenie“.[133][134]
Podobną prawie, lecz znacznie krótszą i treściwszą, była rota przysięgi wójta, ławników i pisarza miejskiego[135].
Najprzód mianowany burmistrz obejmował urzędowanie swoje od ostatniego z kolei urzędującego. Zdanie urzędu działo się przez wręczenie worka czyli mieszka z pieniędzmi, rejestrów dochodowych i kluczów od bram miejskich, ratusza i skarbca.
Burmistrz (proconsul) czuwał nad bezpieczeństwem, porządkiem i mieniem miasta. Rajcy (consules) dopomagali mu w czynności, władza jednak była przy nim przez czas urzędowania jego; ale też przy nim była i odpowiedzialność. On nadawał mieszczaństwo czyli prawo obywatelstwa, jus civile, odbierał odchody miejskie i rozrządzał nimi przez lunarów czyli gospodarzów miejskich, zapisując każdy wydatek i dochód. On rozkazywał sługom miejskim i straży nocnej, złożonej z dziesiętnika i kilkunastu drabów, uzbrojonych w żelazne cepy, o czem wspominają zapiski miejskie. W r. 1649 „za żelazo i blachę do okowania cep straży nocnej 2 złp. 10 gr.; kowalowi od okowania tych cep 2 złp.“[136]. Według starodawnego zwyczaju bywało 20 drabów, którzy z bębnem chodzili do zamykania i otwierania bram miejskich, jak notują zapiski pod r. 1629: „Bębniście, który bił w bęben na obchódce do zamykania bron, za niedziel 4 dało się 24 gr.“[137]. A w roku 1644 „doboszom z porucznikiem miejskim, którzy rano i wieczór do zamykania brom z dziesiętnikiem chodzili, 2 złp.“ Po zawarciu brom miejskich, oddawano klucze burmistrzowi; on także rozporządzał kluczami więzień ratuszowych.
Burmistrz zwoływał radę miejską i pospolite wiece: wobec szlachty i rządu królewskiego przestawiał miasto, był pierwszym pomiędzy mieszczanami swego miasta, jak wojewoda pierwszym między wojewódzką bracią, jak Król Jegomość pierwszym pomiędzy wszystką bracią szlachtą. A kiedy jakieś niebezpieczeństwo zagrażało koronie polskiej lub miastu, burmistrz pierwszy z rajcami ostrzegał pospólstwo. W czasie bezkrólewia 16. lipca 1632 r., Tomasz Zamojski, podkanclerzy koronny, domagał się w senacie: „Aby miasto i zamek krakowski miały swoje municye i załogę pod ten czas aż do koronacyi“[138]. Za przykładem Krakowa poszedł Nowy Sącz. Pod dniem 10. listopada tegoż roku zanotowano w księdze radzieckiej: „Sławetni burmistrz i rajce sandeccy, zwoławszy na ratusz pospólstwo całe, ostrzegali względem niebezpieczeństwa grożącego, ażeby każden pojedynczy miał gotową broń i oręż w domu, cechy zaś w swych basztach. Oraz żywnością, aby się na dwa miesiące zaopatrzyli, na wzór stolicy Krakowa. A ludzi luźnych i włóczęgów nie przyjmowali, ani przechowywali“[139]. Podobne ostrzeżenie wydawał burmistrz, ilekroć morowe powietrze pojawiło się w sąsiednich Węgrzech. Tak n. p. w r. 1634 ogłoszono w Sączu: „Zapobiegając niebezpieczeństwu powietrza morowego, na ten czas w Węgrzech panującego, aby była silna straż w bronach, po jednemu z pospólstwa po kolei. I żeby żaden nie ważył się w tamte kraje węgierskie, bez woli pana burmistrza chodzić. A tamci, którzy tymczasem tam wjechali, aby wiadomość o dobrem zdrowiu swem dali“[140].
Sprawy wszelkie szły do burmistrza, a on sprawy, na radzie lub wiecach uznane za kryminalne, tudzież sprawy sądowe odsyłał do wójta i ławicy. W sprawach jednak jawnego powstania lub buntu rajcy mogli i śmiercią karać.
Jak urząd radziecki, tak i urząd ławniczy posiadał swą własną pieczęć, którą wyciskał na urzędowych aktach. Leon Rzyszczewski przy dokumencie z r. 1343 tak opisuje ówczesną radziecką pieczęć Nowego Sącza: „W środku pieczęci widnieje postać św. Małgorzaty siedzącej, z koroną na głowie; w prawej ręce trzyma chorągiew z krzyżem, z lewej strony widać kościółek, ozdobiony wieżyczką z krzyżem. W otoku napis: Sigillum Consulum Et Civium In Novo Sondecio[141]. Podobnej pieczęci po wszystkie czasy używali rajcy sandecccy. Pieczęć radziecka Nowego Sącza (Newen Czanze) z r. 1404 przedstawia św. Małgorzatę, stojącą na smoku, z gałązką palmową w ręku[142]. Bartosz Groiski w swem dziele, dedykowanem rajcom 6 miast najwyższego prawa magdeburskiego, podaje również rysunek pieczęci Nowego Sącza z wizerunkiem św. Małgorzaty. Na aktach urzędowych z XVI., XVII. i XVIII. wieku, a nawet jeszcze w r. 1800 wydawanych przez magistrat sandecki, widziałem na wosku lub laku wyciśniętą postać św. Małgorzaty, stojącej na smoku, z napisem w otoku: Sigillum Civitatis Neo Sandecensis[143].
Pieczęci wójtowskiej miasta Nowego Sącza, którą Żegota Pauli widział przy dyplomie z r. 1323, podaje tenże opis następujący: „Przedstawiona na niej św. Małgorzata ze smokiem; dokoła zaś napis: Sigillum advocati atque civium de Kemniz; w środku: Beata Margarila virgo.“ Że pieczęć ta, wymieniająca Kamienicę[144], jest pieczęcią Nowego Sącza, dowodzi inna taka sama, nieco późniejsza pieczęć, w której ta tylko różnica, że w otoku za „Kemniz“ czytamy in Novo Sandecz[145]. Ławnicy używali też pieczęci z odmiennem nieco godłem. Na dokumencie ławników sandeckich z r. 1389 była pieczęć z odciskiem orła polskiego i z napisem w otoku: Sigillum Judicii... dalej niewyraźne[146]. Na aktach ławniczych z lat 1583, 1604, 1645 i 1737 widziałem na pieczęci odciśniętą postać smoka z ogonem i otwartą paszczą, z napisem w otoku: Sigillum Scabinorum In Nova Sandecz.
Korzyści rajców i ławników były: Wyjęcie od sądów grodzkich starościńskich, wojewódzkich i wszystkich, wyjąwszy królewskich. Dalej: wolność od wszelkich poborów, opłat i ciężarów, tak publicznych jak miejskich, oraz nakładów sądowych. Honorarya także mieli rozmaite. Z pierwszego wypływało, iż tylko wyrok królewski mógł rajców pozbawić urzędu i godności, za któremi szło uwolnienie od ciężarów.
Do honoraryów należały: Siedzenie w „formach radzieckich“ czyli stallach, które były pod chórem w kollegiacie, oraz przodowanie w uroczystościach kościelnych i miejskich. Następnie tak zwane Diennia, t. j. dzienne na wielkie uroczystości, jak na Wielkanoc, św. Trójcę, Zielone Świątki, św. Małgorzatę, św. Marcin i Boże Narodzenie. Zwykle zapisywano w księdze wydatków: „Panom rajcom diennium pro festo Nativitatis Domini, Resurrectionis, Pentecostes... 4 złp. 24 gr.“; nie rzadko 6 złp. 12 gr., a w roku 1632 „panom rajcom na korzenie pro festo Nativitatis 9 złp. 18 gr. czyli 6 grzywien“[147]. Przy miesięcznej zmianie burmistrzostwa: „Panom rajcom na piwo według obyczaju 2 gr.“ Po każdym jarmarku wypisywano również: „Diennium panom kollegom na jarmark more solito 4 złp. 24 gr.“
Podobnie jak rajcy mieli i ławnicy swe dochody. Z lustracyi 1564 r. dowiadujemy się, że wójt pobierał intratę z 1 łanu, dówch domków pod zamkiem i dwóch ogrodów; prócz tego przypadał wójtowi każdy szósty grosz z pewnej intraty miejskiej (72 grzywien 36 gr.), wnoszonej corocznie na ratusz[148]. Według przepisów prawa magdeburskiego pobierali ławnicy swe dochody z kar i opłat sądowych osobnemi taksami, w różnych czasach różnie oznaczanych.
Co rok w styczniu lub lutym wyjeżdżali panowie rajcy na tak zwane „prawo rugowe“, t. j. sądzenie według prawa magdeburskiego praw poddanych miejskich w Piątkowej, Paszynie i Żeleźnikowej. Za ten trud pobierali osobne diennium; zwykle zapisywano: „Do Piątkowej na rugowe prawo dla panów radziec za 2 garnce wina 4 złp. 24 gr.; za chleb i korzenie 1 złp.“ Tyleż z osobna do Paszyna i Żeleźnikowej na rugowe prawo.
Oprócz tych zaszczytów i korzyści, wypływających z ich urzędowania i stanowiska publicznego, były jeszcze inne, które ich spotykały i w życiu prywatnem. Na weselach rajców i ich rodzin stawiali panowie rajcy dla osób duchownych i świeckich imieniem miasta 6—12 garncy wina. Pełno o tem zapisków w księgach wydatków miejskich. Tak n. p. w roku 1607, „kiedy pan burmistrz, Jędrzej Adamowicz, wydawał córkę w stan św. małżeński, był na weselu Jegomość ksiądz opat, Jan z Zakliczyna Jordan[149], pan podstarości, Sebastyan Gładysz, pan Adam Jordan, pan Jan Krynicki, dzierżawca dóbr miejskich w Paszynie, i insze zacne osoby, dla których panowie rajcy wystawili 12 garncy wina za 12 złp. 24 gr.“ — A w roku 1632 „za pozwoleniem panów radziec na weselu u pana Matyasza Pleszykowicza, rajcy sandeckiego, gdy wydawał w stan św. małżeński córkę swoją za pana Jerzego Frączkowicza, na którem weselu był pan starosta sandecki, Jerzy Stano, za 10 garncy wina starego dało się 20 złp.“ — W roku 1651 „na weselu pana Jędrzeja Kitlicy, który przyjmował pannę radziecką niegdyś pana Jana Zięby, za konsensem panów kollegów, dla osób zacnych tak duchownych jako i świeckich, dano za 10 garncy wina od pani Bogdałowiczowej 24 złp.“[150].

Pieczęć Nowego Sącza,
podług dokumentu z roku 1323, ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.

Podobnie na rachunek miasta obchodzono radzieckie „przenosiny“ i to nie koniecznie tylko wtedy, jeżeli który rajca pannę lub wdowę radziecką pojmował, lecz nawet gdy krewną lub tylko służebną wydawał w stan św. małżeński.
Daleko jeszcze więcej wydawali panowie rajcy na wino, ilekroć pan starosta grodowy lub podstarości wydawał za mąż swą córkę albo wychowanicę. I tak w r. 1626 „przy rękowinach Jejmości panny Zofii Lubomirskiej, starościanki sandeckiej, która szła w stan święty małżeński za Jegomościa pana Rarowskiego, gratyfikując Jegomości panu staroście, Sebastyanowi Lubomirskiemu, daliśmy beczkę wina za 60 złp., za ryby i wyzinę 5 złp.“ — „Jegomości panu Zygm. Stradomskiemu, podstarościemu sandeckiemu, gdy córkę wydawał gratitudinis ergo na wino 10 złp.“ — W roku 1628 „Jegomości panu Jerzemu Stano, staroście sandeckiemu, gdy wydawał córkę swoją w stan św. małżeński za Jegomościa pana Palczowskiego[151], gratyfikując mu daliśmy wina beczkę za 80 złp.“ — A w r. 1634 „za beczkę wina, gratyfikując Jegomości panu staroście, Jerzemu Stano, gdy wydawał wychowanicę swoją w stan św. małżeński, do którego aktu Jegomość nas zaprosić raczył, 80 złp.“[152].
Także na prymicyach księży z rodzin patrycyuszowskich dawali panowie rajcy wino dla osób duchownych i świeckich na rachunek miasta, boć to już był taki przywilej patrycyuszów, t. j. synów radzieckich. Tak n. p. w r. 1627 „na prymicyach ks. Jana Witaliszowskiego, patrycyusza sandeckiego, dało się na potrzeby 10 złp.“ — W r. 1634 „za 4 garnce wina na prymicyach ks. Macieja Grybowskiego, patrycyusza sandeckiego, dla ludzi zacnych i kapłanów 6 złp. 12 gr.“ — W r. 1646 „na prymicye ks. Gargulewicza, patrycyusza sandeckiego, dla gości tak świeckich jako i duchownych, dałem za 8 garncy wina 21 złp.“[153].
Sprawiało też miasto swym kosztem prymicye zakonnikom u Norbertanów i Franciszkanów, jak również bakałarzom. I tak w r. 1630 „ks. Teofilowi Berezie, bakałarzowi sandeckiemu, na prymicye wina 4 garnce za 6 złp. 12 gr.“ — W roku 1654 „na prymicyach ks. Wojciecha Potrzebowicza, który u nas był institutor juventutis przez kilka lat, dla ludzi zacnych tak duchownych jako i świeckich, za 12 garncy wina 24 złp.“[154].
Nie potrzeba wcale wspominać, że pogrzeby, okazowania zbrojne, oględziny w pewnych czasach baszt i murów fortecznych, oraz wszelkie komisye nie obeszły się bez wina dla panów rajców. Trzy razy corocznie: na Matkę Boską Gromniczną 2. lutego, na św. Stanisław 7. maja i na św. Michał 29. września jeździło po dwóch rajców na komisyę 6 miast do Krakowa w celu rozstrzygania spraw najwyższego prawa magdeburskiego na zamku krakowskim[155]zaco otrzymywali każdorazowo: z początkiem XVII. wieku 7 grzywien czyli 11 złp. 6 gr., a około połowy tegoż wieku 20 złp.
Każde odniesienie zwycięstwa nad wrogami ojczyzny witano z niesłychaną radością w Nowym Sączu, wśród wystrzałów armatnich, przy odgłosie trąb i bębnów, przyczem nie obeszło się bez wydatków na koszt miasta. Tak n. p. w r. 1579, kiedy Stefan Batory w czasie wojny z Iwanem Groźnym zdobył szczęśliwie Połock, zapisał burmistrz Melchior Librant w księdze wydatków pod dniem 3. października: „Panu pisarzowi grodzkiemu, który pocieszną nowinę opowiedział na ratuszu o wzięciu zamku w Połocku przez króla Jegomości, wystawiliśmy garniec wina za 16 gr.“ A kiedy następnego roku (1580) Stanisław Mężyk, starosta grodowy, powrócił do Sącza po wygranej wielkołuckiej[156] bitwie, kupiono dla niego u pani Rabrockiej z polecenia burmistrza Piotra Piwnicznego 36 garncy wina za 15 grzywien czyli 24 złp.[157]. Podobnie w r. 1629, po najświetniejszem zwycięstwie Stanisława Koniecpolskiego[158] nad Gustawem Adolfem pod Trzcianą 27. czerwca, zanotował burmistrz Tomasz Pytlikowicz: „Puszkarzom za odprawienie tryumfu po zwycięstwa otrzymaniu nad Gustawem, dało się 14 gr.; panu Walentemu Korzeniowskiemu[159], który przy tymże tryumfie monstrował i regimentował pospólstwo, także i bębeniście kontentacyi 9 gr.“[160]. Trąbiono też na tryumf, co sił starczyło, kiedy doszła wiadomość, że Stefan Czarniecki pobił Jerzego Rakoczego 22. lipca 1657 r.
Po każdym wyborze nowego króla nie obeszło się również bez hucznej muzyki i wystrzałów. I tak w listopadzie 1648 r. po wyborze Jana Kazimierza odprawiono tryumfalny pochód do zamku, poczem wpisano do księgi wydatków: „Podczas tryumfu, który się odprawował, jak prędko stanęła elekcya króla Jegomości, dałem puszkarzom za pracę 3 złp.; trębaczom kontentacyi 6 gr.“[161].
Każdy wreszcie szczęśliwy wjazd nowego grodowego starosty lub jego powrót z obozu obchodzono wśród wesołych biesiad. I tak w r. 1611, kiedy Stanisław Lubomirski, starosta grodowy, powrócił do domu z wojny moskiewskiej, darowano mu „na przywitanie“ beczkę wina za 80 złp. — Z powodu przybycia nowego starosty grodowego w r. 1627 zanotowano: „Na przywitanie Jegomości pana Jerzego Stano pro honorario daliśmy 2 beczki wina za 112 złp.“ A kiedy tenże starosta w r. 1634, wskutek poddania się Moskali i układów z nimi pokojowych w Polanowie, powrócił z obozu, ofiarowało mu miasto beczkę wina za 70 złp.[162].
Po ustąpieniu Jerzego Stano w r. 1637, objął starostwo grodowe Jerzy Lubomirski. Z wielką okazałością witało go miasto, kiedy wjeżdżał do Sącza wraz z ojcem swym Stanisławem, wojewodą ruskim. U krakowskiej bramy na rozkaz rajców wystawiono ogromny kolos czyli posąg, przyozdobiony odpowiednio do uroczystości, zaco cieśle dostali 26 gr. Szychtarz miejski regimentował cechami i dostał wina garniec za 2 złp., pomocnicy zaś jego gorzałki za 1 złp. 6 gr. Pisarz miejski za przemowę do Imci pana starosty wziął też garniec doskonałego wina za 2 złp. 18 gr. Za starostą zjechało wiele szlachty i chorągiew dragonii wojewody ruskiego, ojca starosty. Nie mogąc się jedną bramą zmieścić, chcieli wjeżdżać drugiemi, że zaś były zamknięte, nie myśląc wiele, poodbijali kłódki i wjechali sobie wśród huku doboszów, wrzasku trębaczów i szyposzów[163] miejskich, trąbiących na wjazd pana starosty[164].
Charakterystycznym zwłaszcza był wjazd starosty 6. października 1646 r. Burmistrz, Jakób Poławiński, i rajcy, naradziwszy się pospołu, czynili przygotowania do należytego przyjęcia nowego pana starosty, Konstantego Lubomirskiego, syna Stanisława, wojewody krakowskiego. Lunarowie odebrali rozkaz wystawienia tryumfalnego łuku przed krakowską broną, a sławetny Floryan Benedyktowicz, wielce zasłużony i słynny malarz, odebrał polecenie odmalowania tablicy tryumfalnej i 6 herbów, za którą robotę wypłacił mu burmistrz 20 złp. Bramę zaś tryumfalną stawiano pod okiem pana lunara, Wawrzyńca Sławińskiego, który podał rejestr wydatków 17 złp. 26 gr. Składką dobrowolną zebrano po mieście 10 złp., resztę dodał burmistrz ex aerario.
Służba miejska, tak radziecka jako i wójtowska, już znacznie przechodziła mundury swoje, trudno ją więc było przedstawić pańskiemu oku w takiem zaniedbaniu. A zatem nabrano na świeżą barwę sukna morowego i kiru, i razem z robotą krawiecką zapłacono 20 złp. 24 gr. Była więc brama tryumfalna i czeladź przystrojona; był i pan pisarz miejski przygotowany z uroczystą mową powitalną; duchowieństwo zaś świeckie i zakonne z święconą wodą i błogosławieństwem było w pogotowiu.

Pieczęć ławników sandeckich,
podług dokumentu z roku 1583.

Panowie rajcy pomyśleli także o ugoszczeniu wielmożnego pana starosty. Pod przewodnictwem sławetnego Sebastyana Żmijowskiego, rewizora wina, zapuścili się w podziemia królewskiego miasta swego, aby zobaczyć składy daru Bożego, którym Stwórca węgierskie nasze sąsiady przed innymi narodami wyszczególnił i wyposażył. I znaleziono w mieście 23 składy węgierskiego wina a w nich beczek 334. Obejrzawszy się tedy po owych składach, mianowicie między beczkami Bonpaula Węgrzyna, wybrali panowie rajcy maślacza czteroputowego, t. j. takiego, gdzie na jedną beczkę moszczu wchodziło cztery putni[165] wyśmienitych rodzynek, i ugodzili ją za 150 złp.
Witając tedy pana starostę, ofiarowali mu ją w dowód uniżoności swej i posłuszeństwa i radości z przybycia, poczem w rejestrze wydatków nadzwyczajnych zapisano: „Na przywitanie Imci pana starosty darowaliśmy beczkę wina za półtorasta“. Starszy dworzanin Imci pana starosty, aby się przyczyniał za miastem i rajców jego łasce pańskiej poufnie polecał, a wpływem swoim bidnych ludzi od ciężarów ochraniał, dostał ciepłą ręką honoraryum talerów twardych 10, czyli 30 złp.[166].
Gospodarze miejscy, z niemieka lunarami (Lohnherr) zwani, już od r. 1566 zawiadywali właściwem miasta gospodarstwem[167]. Do nich należał dozór nad budynkami miejskimi, porządkiem targowym, drogami, mostami, czystością ulic i wodą po studniach, a wreszcie nad brukami, o których wyraźną wzmiankę znajduję w wydatkach miejskich. Tak n. p. w roku 1609 „dwom burkarzom za 5 dni, co doły w rynku burkowali, każdemu po 5 groszy na dzień czyni 1 złp. 20 gr.“ — W r. 1625 „chłopu od poprawy burku 1 złp.“ — A w r. 1642 „za młotek do burkowania 15 gr.“
Lunarowie doglądali wszelkich robót publicznych, jako to: naprawy murów fortecznych, bram i baszt miejskich; prócz tego mostów i wodociągów przy pomocy osobnego rurmistrza (canalista). Oni także wypłacali rzemieślnikom i robotnikom za wszelkie dostawy na potrzeby miejskie. Do nich należało doglądanie wag i miar: funtów, łokciów, kwart, garnców, korców i t. p.; doglądanie przekupek i szynkarzy, wagi chleba, mięsa, ryb; wreszcie dozór nad kupnem i sprzedażą, tak na targu jako i u rzemieślników. Czyszczenie od czasu do czasu kanałów miejskich, oraz oczyszczanie ulic od zdechłych zwierząt, należało do zajęć „mistrza szerokiego rzemiosła“ (canicida), zaco osobną pobierał każdorazowo płacę. Najczęściej jednak, na wzór innych dawnych miasta polskich, spełniał tę czynność sam mistrz, czyli kat miejski. Zwykle zapisywano: „Mistrzowi od chędożenia miasta 24 gr.“, albo „mistrzowi, co chędożył miasto, 15—20 gr.“, a niekiedy 1 złp. 2 gr.
Przed radą miejską składali lunarowie rachunki z wydanego publicznego grosza. Za czynności jednak swoje brali płacę roczną zwykle 16 złp., która z dodatkami dochodziła do 30 złp.; mieli przytem wolność od podatków miejskich i królewskich. Tak n. p. pod rokiem 1622 zanotowano: „Salarium panom lunarom dwom grzywien 20 czyli 32 złp.“ — W roku 1649 „panu Wilkowskiemu, lonarowi, salarium 16 złp.; temuż kontentacyi ratione lonarstwa 12 złp.; panom lonarom kolędy 2 złp. 12 gr.“ — A w r. 1656 „panu Szydłowskiemu, lunarowi, myta za przeszły rok 24 złp.; panu Góreckiemu, lonarowi młodszemu, salarium za przeszły rok 16 złp.; lunarom obydwom kolędy 1 złp. 18 gr.“[168]. Po dwóch lunarów w w. XVII. miały i inne miasta polskie, jako to: Lwów, Kraków i Tarnów[169].
Przedmiotem szczególnej troskliwości rządu miejskiego był zegar bijący, na wieży ratusznej umieszczony, który nakręcał zegarmistrz (horologista) i pobierał za ten trud kwartalnie 24 gr., rzadko kiedy 1 złp., osobno na oliwę do zegaru 6 gr.; prócz tego miał wolne pomieszkanie w osobnym domku „zegarmistrzowskim“ w bronie węgierskiej. Na tejże wieży ratusznej w małej izdebce, opatrzonej piecem, czuwał trębacz (tibicinator), wytrębując godziny uroczystości i trwogi. Zwyczaj trąbienia z wieży ratusznej („hejnały“) odległej sięgał starożytności. Już bowiem w r. 1558 znajduję wydatki na trębacza miejskiego. W trzy lata potem (1561) sławetni rajcy miejscy zgodzili na rok niejakiego Józefa Nieszkowskiego, mieszczanina sandeckiego, ażeby wygrywał na surmie[170], czyli szłamai, 3 razy dziennie: o świcie, w południe i na dobranoc; a odzywał się na trąbie po każdem uderzeniu godziny, zaco płacono mu tygodniowo po 20 groszy[171]. W XVII. wieku pobierał on zato miesięcznie 4 złp., czasami 5 złp. 10 gr., rzadko kiedy 8 złp.; miał przytem wolne pomieszkanie w domku „trębaczowym“. Na wypadek ognie budził mieszkańców ze snu przeraźliwem trąbieniem. Przyrządów bowiem do gaszenia ognia, ani straży pożarnej jeszcze wówczas nie znano wcale. O godzinie 10 wieczór dawał znak na spoczynek, wytrębując swą zwykłą pieśń:

Hej panowie gospodarze,
Już dziesiąta na zegarze;
Strzeżcie ognia i złodzieja,
Chwalcie Boga, w nim nadzieja![172]

W epoce Wazów pobierał Nowy Sącz rozmaite dochody, jako to: z „fluitacyi“ czyli spławiania towarów Dunajcem, z arendy trzynastego drzewa[173], z arendy trzeciej miary z młynów królewskich w Sączu, z składnego winnego, z ważnego i burkowego, z wodociągów, z targowego czyli bromnego, z arendy cechy śrotowej, z mostowego[174], z domków u przedmurza zamieszkałych przez komorników, z ogrodu rotatnego, z stawu miejskiego, z postrzygalni sukna, z blechu, z cegielni, z wagi miejskiej; prócz tego: od jateczniczek, przekupek, piekarek, chlebiarek, obarzalniczek, krupiarek; od szewców, rzeźników, kramarzów i sukienników; wreszcie z wydzierżawienia Paszyna, Falkowej, Żeleźnikowej i Piątkowej. Nie świetnie jednak stały owe dochody miejskie, skoro rzadko kiedy pokrywały wydatki. Wykazy statystyczne z przeciągu lat 37, chronologicznie zestawione, przekonają nas o tem najdokładniej.
Pieczęć sądu komisarskiego sześciu miast: Krakowa, Nowego Sącza, Kazimierza, Wieliczki, Bochni i Olkusza, podług dokumentu z r. 1632 z napisem w otoku:
Sigillum Dominorum Comissariorum Sex Civitatum.
Ze zbiorów Wiadom. numiz.-archeolog. w Krakowie.
Rok: Dochody: Wydatki:
1620 1.001 złp. 17 gr. 2.006 złp.  3 gr.
1623 1.24025 1.30911
1626 2.03012 1.668 6
1629 1.274 4 1.545 4
1632 1.36821 1.35319
1635 1.78517 2.16222
1638 2.44325 2.92827
1647 2.64128 3.23320
1648 1.87623 2.404 6
1649 2.197 4 1.991 5
1650 2.49428 2.478 2
1651 2.30829 2.34220
1652 1.21128 1.38815
1653 2.48727 2.53319
1654 1.64424 1.80321
1655 1.55418 1.66413
1656 1.88216 2.025 8
1657 1.11510 1.18520[175]
Ważną rolę w gospodarstwie miejskiem odgrywał „blech“. Wyroby tkackie, szeroko w Nowym Sączu rozpowszechnione, wymagały koniecznie bielenia płócien, czyli blechu (dealbatorium). W XVI. wieku znajdował się blech za kościołem św. Krzyża za rzeką Kamienicą, tuż przy drodze do Gołąbkowic obok dużych stawów. Później jednak, już z początkiem XVII. wieku, przeniesiono go na murawę pola, nazwanego potem Blechantel[176]: był on podle browaru miejskiego za dzisiejszym nowym cmentarzem, na kamieńcu porosłym murawą, bo trawnik chronił płótno przed tarciem o kamienie i żwir; wiatry bowiem poruszały i tarły płótna przywiązane do liny, czemu nie całkiem zapobiegały kamyki ciążadlane. Na trawniku rozkładano płótna, skrapiano je wodą rzeczną lub ogrzewaną w kotłach miedzianych i parę razy prano w foluszu. Folusz składał się z koła wodnego, które dźwigniami, w wał wprawionemi, podnosiło stąpory[177] i upuszczało je na podłożone, wodą opływane płótna, piorąc je i miękcząc. Tuż przy foluszu był jaworowy magiel do maglowania płócien. Blech wypuszczało miasto w dzierżawę „blecharzowi“, pobierając z niego w latach 1616—1646 rocznego dochodu 100—116 złp.; w następnych zaś latach 1647—1650 złp. 128—140, z wyjątkiem tylko roku 1648, który przyniósł zysku 153 złp.

W samym obrębie murów miejskich mieściły się wodociągi z „rurmuzem“, w ciekawy urządzone sposób. Do gorzelni, jak wiadomo, nie każda woda przydatna. Piwowarstwo, a później gorzelnictwo należało do najzwyklejszych gałęzi przemysłu, bo w każdym prawie domu w mieście była gorzelnia lub browar. Wcześnie też poczuło miasto brak dobrej, czystej, słodkiej wody, boć zwykła woda do picia w Nowym Sączu jest słona i saletrna. Dlatego na mocy przywileju Kazimierza Jagiellończyka, wydanego w Krakowie w r. 1465, zbudowano wodociągi (canalia), zapomocą których sprowadzano wodę z gór w Roszkowicach do miasta[178]. Trudności były niemałe, bo dwie rzeczki: Łubinka i Kamienica stały na przeszkodzie. Przez Łubinkę z Roszkowic rury szły dnem, przez Kamienicę, zdaję się, na kobylicach aż do rurmuza, który był za kościołem św. Ducha.
Z rur szła woda do ocembrowanej studni, skąd ją pompowano do góry do ogromnej skrzyni, z której znów rynnami szła do gorzelń i browarów, a rurami do skrzyni miejskiej.
Całe to urządzenie zwano „rurmuzem“, a osobny rurmistrz zawiadywał niem, zaco pobierał tygodniowo 12—15 groszy, prócz tego osobną płacę za nadzwyczajne naprawy rur, mostów itp. W r. 1624 koło wodne o łopatkach wprawiało w ruch pompę o tłoczniach w rurach żelaznych. Woda wytłoczona pięła się na przewyższenie do dębowego koryta, w którem stał długi słup, a raczej rura żelazna, którą się woda pięła wyżej do rynien browarnych.
Mazią lub łojem smarowano koła i czopy wału, a olejem czopy tłoczni i słupca, w którym był tłok, kliny i stoszyby[179] żelazne ze skórą wołową. Rury żelazne przecierano często, a lutowano je ołowiem. Bywały też oblewane cyną. Słupce w studni i u źródeł opatrzone były durszlakami, aby nie przechodziły przez nie liście i inne odpadki drzewa. Cały rurmuz był obudowany i pod zamkiem, a sługa miejski miał tam izdebkę ciepłą o kaflowym piecu.
W roku 1648 sprawiono skrzynię wielką u rurmuza, zamiast szczupłego koryta, należycie spojoną żabkami, utkaną zgrzebiem i zalaną smołą po szparach. Samej smoły wyszło 4 kamienie czyli 128 funtów za 8 złp. Prócz niej była na rynku druga skrzynia dębowa, opatrzona nalewkami drewnianemi do czerpania wody.
W mrozy ciężki ogrzewano wodę w słupcu w osobnych dużych garncach. Kto chciał wody do swego browaru, musiał zapłacić każdorazowo 20 groszy i otrzymywał tak zwany znaczek, czyli „cechę wodną“ (signum aquae), z blaszki zrobioną. W księgach miejskich: Percepta et Distributa 1601—1658, przechowały się dotąd różne wydatki na naprawę wodociągów i rurmuza.
Prócz wygody miasta nie było jednak znacznego zysku z tego rurmuza. W 18 latach, t. j. 1562—1579, przynosiły dochody roczne z rurmuza minimum 69 grzywien 13 gr. a maximum 123 grzyw. 45 gr., czyli 110 złp. 25 gr. do 198 złp. 9 gr.[180]. Nie świetniej przedstawiają się owe dochody rurmuzowe w XVII. wieku. I tak w r. 1620 dochód z wodociągów wynosił zaledwie 81 złp., w następnych zaś latach znacznie się powiększył, jako to: w roku 1626 złp. 187, a w r. 1628 złp. 209. Lecz później znowu się zmniejszył, i tak w latach 1630—1636 dochód wynosił 155—170 złp., a jeszcze mniej w latach 1646—1650, gdyż tylko 104 złp. Przytem wszystkiem były też różne niewygody i szkody, gdyż Kamienica często rury targała lub z kobylicami zabierała, zimą zaś pękały od mrozu. Stąd to często czytam w księdze dochodów miejskich: Signa aquae libera, nulla ob defectum aquae, cechy wodne wolne czyli nie przynoszące dochodu dla braku wody. Innym znów razem zanotowano: „Powódź wielka rury potargała“ — albo „rury jeszcze nie wytajały“. To wreszcie „rury popękały u Roszkowic“ — „dla suchości źródeł w Roszkowicach i w Kamienicy małej wody koło nie mogło się obracać“ — „rury Olbinka[181] potargała“ itp. — Zawsze jednak urządzenie to świadczy o większej staranności w mieście, niż za dni dzisiejszych, gdyż obecnie nie ma tam dobrej i zdrowej wody do picia.
Kiedy właściwie w XVIII. wieku wodociągi w Nowym Sączu ustały, nie przechował się o tem żaden zapisek. Tyle tylko pewna, że szczątki dawnych rur dotrwały aż do najnowszych czasów. Budowniczy miejski, Jan Jenkner, przy kopaniu przed kilkunastu laty fundamentów pod obecny dom pani Sandeckiej w rynku, znalazł w znaczniej głębokości rurę z modrzewiowego drzewa, której żadną miarą nie można było przerąbać; część tej rury do dziś dnia tam jeszcze pozostała w ziemi. Taką samą rurę znaleziono w sąsiednim domu pod progiem przy kopaniu fundamentów dzisiejszego domu pana Sekułowicza (1893 r.). Przy kopaniu kanału przed dzisiejszą szkołą ewangelicką (1893 r.) natrafiono na rurę drewnianą — widocznie pozostałość z dawnego wodociągu.
Te szczegóły naprowadzają jeszcze na inną okoliczność, a mianowicie, iż teren całego właściwego miasta był pierwotnie, co najmniej, o 2 metry niższy; że prawdopodobnie po każdym pożarze rumowisko rozpostarto po rynku i po ulicach, w miarę środków zabrkowano lub przynajmniej posypano szutrem, i to kilka razy, wskutek czego poziom podniósł się o 2 metry przeszło. Jeszcze bardziej tego dowodzi inna nader ciekawa okoliczność, a mianowicie, iż przy kopaniu fundamentów (1893 r.) do nowego probostwa znaleziono w głębokości blizko 2½ metra piec garncarski (!), widocznie więc, iż w tej głębokości niegdyś musiała się znajdować powierzchnia placu obok kollegiaty. W rynku naprzeciwko ratusza, w ulicy Sobieskiego, oraz przy zakładaniu kanału wzdłuż dawnego klasztoru Franciszkanów w głębokości 2½ metra znaleziono 2 pokłady bruku i pokład szutru. Toż samo odkryto przy zakładaniu fundamentów pod nowy ratusz w lipcu 1895 r. A więc najlepszy dowód, że ulice brukowano w miarę, jak na to starczyły środki, a w braku tychże przynajmniej wysypywano szutrem.






Rozdział  IV.
Sądownictwo.

Na mocy prawa magdeburskiego[182], którem rządziło się miasto, najwyższą osobą sądową był wójt, sądzący wszelkie sprawy kryminalne, częstokroć i spory spadkowe, gruntowe i t. p. z 7 ławnikami, z pomiędzy których podwójci miał pierwsze miejsce po wójcie w ławicy. Wójt sądził tylko, lecz nie rządził; w XVIII. wieku bywał on zarazem tekże rajcą miejskim. Sądy odbywały się w ratuszu na dole, gdzie pod izbą radziecką znajdowała się duża izba, zwana „prawem“, a tuż przy niej mała izdebka, dokąd udawali się ławnicy na naradę przed wydaniem wyroku. Obok tychże przypierało więzienie, jużto lżejsze czyli „kabat“, jużto cieższe, ciemne, podziemne czyli „szatława“[183], w którem torturami badano winowajców. Nie było jednak spraw karnych na tyle, aby przez cały rok zatrudniały ławicę, więc tylko w razie potrzeby zwoływano „sąd gajny potrzebny“. Sąd zaś „wielki gajny wyłożony“ zasiadał co kwartał i sądził rzeczy prawne i sprawy sporne. Wójt z ławicą dzierżył „prawo miecza“, t. j. miał nawet prawo karania śmiercią, podlegał jednak burmistrzowi co do rządu miejskiego.
Wszelkie zaś sprawy cywilne, opiekuńcze i kuratelarne sądził burmistrz z rajcami. Wyższą instancyą dla sądów magistratualnych był sąd zadworny asesorski[184] w Warszawie, do którego dalsze odwołanie się dozwolonem było.
W aktach miejskich XVII. wieku nie mało spotykamy wyroków śmierci, z których można sobie wyrobić dokładne i szerokie pojęcie tak o surowości prawa magdeburskiego, jak i całem postępowaniu karnem. Proceder karny tak się zwykł odbywać.
Odstawiony i oddany winowajca przez kogokolwiek[185] w ręce burmistrza, bywał zamykany w więzieniu ratusznem. Tymczasem „instygator“, czyli prokurator urzędu radzieckiego, przeciwko obwinionemu prowadził śledztwo. Jeżeli urząd radziecki uznał sprawę za kryminalną, odsyłano ją do wójta i ławicy. Wtedy to instygator kazał oskarżonego i uwięzionego przystawić do sądu dla przesłuchania świadków, którzy świadczyli nań przez „podniesienie palców prawej ręki do góry“, czyli przez przysięgę. Prześwietna ławica, chcąc się także dowiedzieć o spólnikach zbrodni, pytała winowajcy, kto mu był powodem do zbrodni? Jeżeli obwiniony nie chciał od razu wyjawić prawdy, oddawano go do szatławy. Tam to brano go w „kluby“, t. j. obnażonego kładziono na ławie, wiązano ręce i nogi powrozami, których końce długie zakładano na kluby, jedną u podłogi, drugą u powały przeciwległej ściany i wyciągano go w stawach, zwyczajnie do trzeciego razu. Jeśli i to nie poskutkowało, palono mu następnie boki pochodniami albo świecami jedno, dwu a nawet trzykrotnie, lub też kat (tortor) bryzgał żar płonącej siarki na piersi jego. Przy tych czynnościach kat popijał wódkę, ażeby nie budziło się w nim poczucie litości; podawano ją do picia i winowajcy, ażeby się nie lękał. Męczeni złoczyńcy mawiali zwykle: „Choćbyście mnie panowie na proch spalili, nie powiem nic więcej, bo nie wiem, i z tem gotów jestem iść na straszny sąd Boski.“ Stosownie do zeznania świadków i przyznania się do winy samego zbrodniarza, sąd gajny wójtowski ławniczy wydawał ostateczny wyrok, mocą którego winowajcę skazywał czy to na rózgi pod pręgierzem[186], czy też na karę śmierci.
W księgach wydatków miejskich znajduję często wzmiankę o tem postępowaniu karnem. Tak n. p. w r. 1634 „przy męczeniu Bartosza Nieścierada, który ukradł kielich i patynę i wiele innych rzeczy kościelnych, wydano na samą gorzałkę 15 gr.; na świece do męczenie tegoż złoczyńcy, którego palono za świętokradztwo, 20 gr.; instygatorowi urzędowemu 3 złp.; cechom za posłuszeństwo, którzy tego zbrodniarza prowadzili na miejsce stracenia, na gorzałkę 12 gr.; urzędowi wójtowskiemu, który był przy mękach pomienionego złoczyńcy, za pracę dało się za garniec wina 1 złp. 18 gr.; mistrzowi od ścięcia i spalenia złoczyńcy Nieścierada 3 złp. 6 gr.“[187]. Podobnie w r. 1649 czytam: „Na świece do tortur po 3 razy 18 gr.; gorzałki do szatławy, gdzie tortury były, kwart 3 po 14 gr. = 1 złp. 12 gr.; na świece, siarkę i gorzałkę do więźniów 24 gr.“[188].
Do karania i tracenia zbrodniarzy trzymało miasto swego własnego kata czyli „mistrza“. Za prace i trudy płacono mu tygodniowo zwykle 24 gr., czasem 1 złp., a najwyżej 1 złp. 15 gr. Od egzekucyi czyli tracenia dostawał osobno 1—4 złp., a niekiedy nawet 6 złp. Zdarzało się jednak nieraz, że mistrz sandecki wyniósł się dobrowolnie albo też uciekał z miasta; w takim razie sprowadzano „mistrza nowotnego“ w jego zastępstwie z Biecza, gdzie istniał jedyny w całej Polsce cech katowski[189], który uczył okrutnego rzemiosła swego i wyzwalał na mistrzów. Pełno o tem zapisków w księgach wydatków miejskich. Tan n. p. w kwietniu 1649 r. burmistrz Floryan Benedyktowicz posłał do Biecza po mistrza sługę wójtowskiego. Przyjechał on niebawem kosztem miasta i zabawił tu przez 10 dni. Na utrzymanie i ugoszczenie jego wydano przez ten czas 16 złp. 26 gr. 9 den., a kiedy go odsyłano do Biecza, dano mu jeszcze za pracę na drogę 26 złp.[190]. Jak zaś surowo karano za różne zbrodnie i w jaki sposób, objaśnią nam najlepiej niżej przytoczone fakta.
Dnia 23. stycznia 1653 r. z polecenia urzędu radzieckiego wyprowadzono z więzienia ratusznego Tymka Płocha z Boguszy, oskarżonego przez niewiernego żyda Marka, i z powodu rozboju stawiono przed sądem wójtowskim ławniczym. Badany pilnie i przesłuchiwany, dobrowolnie zeznał, że ich siedmiu napadło na pana Stanisława Rogalskiego w karczmie w Kamionce, poczem udali się do Nawojowej i obrali żydówkę. Instygator urzędu radzieckiego przedstawił i prosił prześwietnej ławicy, ażeby oddano go na tortury dla lepszego zbadania prawdy. Sąd wójtowski ławniczy, rozważywszy Płocha dobrowolne zeznanie, dla lepszego jeszcze zbadania prawdy, kazał go podać na męczarnie oprawcy. Trzy razy na torturach rozciągany i trzy razy ogniem przypiekany, zeznał, że spólnicy jego: Prokopczak trzymał Rogalskiego, a Łazarczyk krzesał ogień nad jego głową. Nakoniec na żądanie instygatora wyprowadzono też z więzienia ratusznego Jarosza Płoszka i Fedora, syna sołtysa, spólników tejże zbrodni, którzy na torturach to samo wyśpiewali.
Tymczasem wyrok sądowy odłożono do 31. stycznia. W tym to dniu sąd wójtowski ławniczy, zważywszy wszystko należycie, że Płoch, zapomniawszy bojaźni Bożej i miłości bliźniego, ani obawiając się surowości prawa, śmiał napadać w nocy na różne miejsca i osoby: Przeto ażeby inni strzegli się podobnych zbrodni, rozkazał ćwiartować Płocha na cztery części[191]. Dwóch zaś wspólników jego: Jarosza i Fedora sąd wielki gajny wyłożony skazał 10. lutego najprzód na ćwiartowanie na 4 części, a następnie na ścięcie pod szubienicą za murami miasta.
Szymon Szymoła ze Słupia, zbójca z „bursy“, czyli bandy nawojowskiej herszta Jachny, napadł na szlachetnego Sebastyana z Rozkowian[192] Zboraja, wiozącego widno do Nowego Sącza. Zboraj poznał go później i ujętego przystawił do urzędu radzieckiego 14. czerwca 1654 r. Oddany sądowi wójtowskiemu Szymoła zeznał, że ich było 14 w tej kompanii, co rozbijali na Beskidzie nad Roztokami. Następnie wzięty na tortury, dwa razy był rozciągany i ogniem przypiekany — lecz gdy po drugiem rozciąganiu zemdlał, odłożono męczenie na następny dzień. W poniedziałek przed św. Janem Chrzcicielem zapadł na niego ostateczny wyrok: „Podług prawa, wydanego przeciwko publicznym rozbójnikom i gwałcicielom spokoju publicznego, ma być ćwiartowan na 4 części przez kata na miejscu zwykłem tracenia, mocą niniejszego dekretu[193].
Jakób Kozarczyk, niegdyś sługa Imci pana Wiernka z Witowic, popełnił poprzednio różne kradzieże u swego pana. W marcu 1655 r. zakradłszy się do kościoła kollegiackiego w Nowym Sączu, pobrał srebra, zawieszone na obrazie Matki Boskiej Różańcowej, tabliczki, serca, koronę, perły i inne drogie ofiary. Znaleziono je niebawem przechowane u matki jego, Zofii Kozarczykowej, i u Marcina Czeleja w Małej Wsi, tuż pod Nowym Sączem za mostem na Dunajcu. Sąd wielki gajny wyłożony wójtowski ławniczy wydał z początkiem czerwca na obwinionych następujący wyrok: „Jakób Kozarczyk jako świętokradca skazany jest na stos niniejszym dekretem, aby był spalon, nie żywcem jednak.“ Kat za ścięcie i spalenie dostał złp. 6, miecznik zaś od chędożenia miecza gr. 6[194].
Młodszy brat jego Paweł miał także głowę nałożyć za udział w zbrodni, ale orędownictwo litościwych osób szlacheckich i duchownych spowodowało ulgę. Odebrał tylko 30 rózg pod pręgierzem. Marcin Czelej odebrał ich 40, a matka Zofia Kozarczykowa zato, że synowskie kradzieże przechowywała i tem samem do dalszej zbrodni pochop dawała, musiała wytrzymać chłosty 15 rózg i to na miejscu tracenia, aby wiedziała, że się przyczyniła do hańby i śmierci dziecka swego[195].
Stanisław Ciurka alias Mieracki z Rokicin usługiwał po różnych dworach za woźnicę, przyczem dopuszczał się publicznych rozbojów: napadał na dwory i kościoły, ludzi żelazem zabijał lub ogniem przypiekał i inne niemoralne gwałty i okrucieństwa popełniał. Pomagali mu w tej niecnej robocie: Melchior Kuchciak z Dobrej, Jakób Kowalczyk z Bystrej i Kasper Wnęk ze Skrzydlnej. Skoro po niejakimś czasie rzecz cała na jaw wyszła, doniósł o tem do urzędu radzieckiego Mikołaj Podoliński, rotmistrz krajczego koronnego[196]. Sprawę tę oczywiście oddano sądowi wójtowskiemu, a ten, przesłuchawszy świadków 11. czerwca 1657 r., skazał zaraz następnego dnia Kowalczyka i Wnęka na ścięcie, jako spólników rozboju. Mierackiego kazał powiesić na żelaznym haku, a Kuchciaka ćwiartować na 4 części na miejscu zwykłem tracenia, mocą wyroku wydanego we środę przed św. Janem Chrzcicielem[197].
W tym jeszcze roku (1657) Jan Kościelniak z Tylmanowej, poddany klasztoru starosandeckiego, za publiczne rozboje, a mianowicie, że ludzi rozbijał i ogniem przypiekał — był najprzód szarpany rozpalonemi kleszczami na 4 części, trzy razy na rynku miejskim a czwarty raz przed brama miejską — potem na miejscu tracenia na 4 części ćwiertowany — nakoniec głowę mu ucięto i na szubienicy zatknięto[198].
W r. 1664 Piotr Bartyzelik, Rusin z Nowejwsi, za rozboje został skazany na ćwiartowanie i powieszenie na szubienicy. Kiedy mu już odczytano wyrok śmierci, zeznał: „U Iwana Susza, komornika z Nowejwsi, mam łyżkę srebrną, którą oddają na mszę św. za duszę moją wielebnemu ks. Stanisławowi Kossowskiemu, wikaremu sandeckiemu, żeby mszę św. odprawił“[199].
Tegoż roku (1664) Marcin młynarz, sługa Stan. Stadnickiego z Kruźlowej, pojmał i przystawił do sądu wójtowskiego Krzysztofa Papugę zato, że go okradł i zabił Stefana młynarczyka, z którym szedł w drogę. Ogłoszono mu następujący wyrok: „Chociaż za tak wielkie zbrodnie na daleko większe zasłużył kary, jednakowoż, łagodząc sprawiedliwość, orzekamy: Zato, że dobrał kluczy do skrzyń i nocą okradł Marcina młynarza i zabił Stefana młynarczyka, ma być ćwiartowan na 4 części w miejscu tracenia. Zato zaś, że łupał ule pszczele, ma być do pala przybity, a wykrojony pępek i koniec jelita prowadzony około pala, na któryby wysnowały się jelita jego. A za złodzieństwa mają być na szubienicy rozwieszone części jego.“ Po ogłoszeni wyroku zeznał: „Kupiłem sobie suknię morawską barszczową za złotych 7, którą zastawiłem we trzech złotych za obwarzanki w Zabełczu w chałupie podle karczmy. Tę suknię oddaję księdzu Stan. Kossowskiemu, spowiednikowi memu teraźniejszemu, na msze św.“[200].
W tym jeszcze roku (1664) Szymon Żelazko, piwowar z Tęgoborzy, zabił Józefa Klimczyka, włodarza dworskiego w browarze, o czem zeznawali świadkowie w grodzie sandeckim. Sąd wójtowski ławniczy skazał go na ćwiartowanie, a za kradzież potajemną części jego wraz z głową powieszone być miały na szubienicy. Po ogłoszeniu wyroku zeznał: „Mam 5 krów, z których jedną ks. Stan. Kossowskiemu, wikaremu sandeckiemu, spowiednikowi memu teraźniejszemu, na msze św. oddaję, żeby za duszę moją odprawił; a 4 krowy żonie z dziećmi i wszystką chudobę moją, bo to moja ciężka praca wszystka; którą krowę powinna mu żona moja oddać jako najprędzej, żeby za duszę moją dobrze czynił“[201].
W r. 1669 Urban Krupa z Klikuszowej, wyprowadzony z brudnego więzienia na ratuszu sandeckim i uwolniony od kajdan, zeznał: „Od harników wzięty przez gwałt z szałasu miejskiego, byłem na szałasie Maćkowym, któregom już przejednał; przyznaję i z tem na straszny sąd Boży gotówem pójść, i jeżeli nie będzie miłosierdzia Waszećiów poczekać mi jeszcze do przyjścia brata mojego, tedy proszę o śmierć ściętą — albo żeby która z dzieweczek mnie uprosiła, której będę dożywotnim przyjacielem“[202]. Wzięty na tortury i ogniem przypiekany wypierał się, że nie był na szałasie Szymczyka, a zeznał, kto był. Sąd wójtowski ławniczy, w tej tak zawiłej sprawie (in causa tam perplexa) chcąc się namyśleć nad wydaniem wyroku, uchwalił, ażeby go w lżejszem więzieniu, kabat zwanem, związano żelaznymi łańcuchami i zatrzymano. Zaręczyli jednak zań w grodzie sandeckim sąsiedzi z Klikuszowej, więc został uwolniony[203].
W r. 1677 Błażej Kuzel, zbójca z Kamienicy, co szczypą boki ludziom przypiekał, otrzymał taki wyrok: „Ażeby mu, jako starszemu i dawniejszemu rozbójnikowi, zdarto skórę z grzbietu pod pręgierzem młyńskim i żywcem spalono.“ Stefan Woźniaczek zaś z Moszczenicy, jako świeży rozbójnik, był ćwiartowany na 4 części w końcu na szubienicy powieszony[204].
Za mężobójstwo, zwłaszcza krewnego, odcinano złoczyńcy prawą rękę i przybijano do szubienicy, wkońcu ścinano go na rynku pod pręgierzem. W r. 1657 Wojciech Sroka z Łęki, wskutek zażyłości i przyjaźni z inną osobą, udusił swą własną żonę, Dorotę Fejdrużankę, i uduszoną utopił w stawie. Podpatrzył go wtem jego szwagier Fejdrużka z Librantowej i doniósł do Sącza. Sąd wójtowski ławniczy, przesłuchawszy obwinionego, zawyrokował: „Ponieważ Wojciech Sroka, jak sam osobiście zeznał, dopuścił się podwójnego hańbiącego czynu przeciwko Boskim i ludzkim prawom, przeto żeby się świętej sprawiedliwości zadosyć stało a inni podobnych warowali się zbrodni, mocą niniejszego dekretu ręka prawa ma mu być ucięta w brami miejskiej, a potem ma być ćwiartowan na 4 części w zwykłym miejscu tracenia“[205]. — W r. 1666 Piotr Turkot, prawując się o czwartą część ojcowizny swojej z stryjem, Janem Turkotem z Łomnicy, obuchem siekiery uderzył go w głowę i powalił na miejscu. Z wyroku sądu wójtowskiego odcięto mu najprzód prawą rękę i zawieszono na szubienicy, następnie ścięto go na rynku przed szubienicą[206].
Za dzieciobójstwo żywcem topiono w wodzie i grzebano na brzegu rzeki. Tak n. p. w r. 1668 Zuzanna, córka Jana Klimczyka z Zatoki, za zbrodnię dzieciobójstwa otrzymała wyrok: „Ażeby tego rodzaju zbrodnia zabójstwa na ciele i duszy nie pozostała bezkarnie, a innym do popełnienia podobnych zbrodni droga zamkniętą była — ma być żywcem od kata w wodzie zanurzona i pochowana razem z uduszonem dzieckiem na brzegu rzeki.“ — W podobny sposób straconą została na brzegu Dunajca Regina, wdowa z Białejwody, we środę po św. Franciszku w r. 1682[207]. — Karano też śmiercią białogłowy za utratę płodu.
Za okradanie kościołów albo podpalanie budynków palono zwykle na stosie drew: Tak n. p. w r. 1638 Kubernacik z Łęki od Żabna i Matyasz, drab z Brzozowej od Ciężkowic, łupili same kościoły. Zostali zato do pala przywiązani, a wokoło ogniem obłożeni, powoli żywcem gorzeli[208]. — W roku 1666 Jan Storczysta, rodem z miasteczka Mstowa, były kościelny farny, za okradzenie kościoła św. Mikołaja w Nowym Sączu na przedmieściu węgierskiem, został jako świętokradca skazany na spalenie na stosie drew. — W r. 1669 Tomasz Miloński, żebrak kościelny, rodem z Bobowej, za okradzenie obrazu różańcowego w farze sandeckiej, spalony na stosie w sobotę przed św. Trójcą. — Sebastyan Januszowski, cieśla z przedmieścia, robiąc około kościoła Franciszkanów, przystawił drabinę do okna, spuścił się po niej do kościoła, gdzie w kaplicy Przemienienia Pańskiego skradł tabliczki srebrne. Innym znów razem, ukrywszy się w kościele farnym, skradł koronę Panu Jezusowi z ołtarza, a z obrazu różańcowego co się tylko dało. Został zato wyrokiem sądu wójtowskiego spalony od kata na stosie drew za bramą węgierską, na brzegu Dunajca, w sobotę przed św. Elżbietą o godzinie 22 (6 popołudniu) w r. 1675. — Wawrzyniec Temberski, jawny złodziej, co okradł wikarego kollegiaty, skazany na śmierć, uciekł z miejsca stracenia. Po trzech dniach jednak schwytany i ścięty tamże w r. 1680, a miał być powieszonym. — Paweł, syn niewidomego ojca, za podpalenie gumien pani Katarzyny Dembińskiej w Rybiu, zginął na stosie we wtorek po Trzech Królach w r. 1668[209].
Wspólników kradzieży skazywano zwykle na rózgi, które wyliczał kat, a czasami słudzy miejscy na rynku pod ratuszem lub pod pręgierzem. I tak w r. 1665 Szczęsny Bednarczyk za wspólnictwo w kradzieży taki otrzymał wyrok: „Ponieważ jest podeszłego wieku, a namowami dał się nakłonić do spółki w kradzieży, przeto 50 rózgami od sług miejskich publicznie na rynku ma być oćwiczonym.“ — W r. 1666 Adam Janesik z Chomranic, syn klechy czyli kościelnego, za kradzież zboża z boiska został przywiązany do pręgierza, a kat wyliczył mu 30 rózg. — W r. 1672 Sebastyan Kuźma za różne kradzieże dostał pod pręgierzem 100 rózg. — W r. 1676 Jędrzej Wróbel alias Łacny za drobne kradzieże uwolniony od kary śmierci, dostał od kata na Biskupiem 30 rózg[210].
Kobiety nierządnego życia chłostano zwykle przed pręgierzem, ostrzygano im włosy, a potem wyprowadzano je z miasta przy zapalonych pochodniach; stąd to powstało wyrażenie „wyświecony“, które ludziom złego życia dają. Zapiski w księgach wydatków miejskich, wspominając o wyświeceniu z miasta, lakonicznie się wyrażają: „Mistrzowi, co jedną białogłowę z miasta wyświecał za pewny eksces, 1 złp.“; albo „mistrzowi, co niewiastę chłostał u pręgi i wyświecał z miasta, 24 gr.“ W roku zaś 1649 zanotował Jan Krzyżanowski, burmistrz: „Bednarzowi i malarzowi za spodnicę dla luźnych niewiast 3 złp. 10 gr.“[211]. Zato akta ławnicze przechowały nam następujący dosyć szczegółowy opis wypadku takiego „wyświecenia“ i jego powodów.
W roku 1649 nadciągnęła do Nowego Sącza na leże zimowe chorągiew pancerna Konstantego Lubomirskiego, starosty grodowego sandeckiego, pod wodzą Imci pana Pawła Borzęckiego, porucznika. Chorążym jej był od lat 15 Jędrzej Krukiernicki. Niósł on znak chorągwiany: srebrem tkaną Śreniawę na czerwonem polu, i wjechawszy do miasta wśród odgłosu trąb, stanął na rynku, a za nim równały się szeregi towarzystwa i pocztowych. Co żyło w mieście, wysypało się tłumnie, chcąc oglądać pancernych pana starosty, słuchać głosu trąb i podziwiać dobosza, jak przewiesiwszy na karku konia maluchne swe kotły (żele)[212], bił w nie pałeczkami, to w jeden to w drugi.
W pierwszej części rynku sandeckiego od strony Dunajca były główne gospody miejskie. Na rogu: Stanisława Olszyńskiego, rajcy i kupca zamożnego, gdzie najdroższych korzeni i win, jako to małmazyi i petercymentu[213] można było dostać. Dalej była gospoda Marcina Oleksowicza, gdzie było podostatkiem sukien i drogich materyi, począwszy od holenderskiego falendyszu aż do czchowskiego pakłaku, od tureckiego altembasu[214] i weneckiego muchairu[215] aż do prostego kiru podszewkowego. Trzecią z kolei była kamienica i gospoda Cichoński. Nie miała ona kramów bogatych w korzenie lub bławaty, miała tylko wina w piwnicy, a jednak jej gospoda wielce była uczęszczaną od szlachty, jużto przez swój rozgłos starodawny między ludźmi, już też przez ujmowanie sobie gości, boć nikt nad nią nie umiał tak przywitać, usłużyć i ugościć. I nie dziw! trzech mężów pochowała, a czwarty ją odbiegł, miała więc doświadczenie wielkie, umiała się z ludźmi obchodzić i gości sobie przynęcać. Wspólnie z nią mieszkały dwie owdowiałe córki: Regina Myślińska i Zofia Białakiewiczowa, której jeszcze łzy nie oschły po niedawno pogrzebanym mężu. Za Cichońką była zaraz kamienica Stanisława Widza, kupca podeszłego wiekiem; w niej właśnie przygotowano gospodę panu chorążemu. Jędrzejowi Krukiernickiemu, wspólną zaś gosposią chorągwi pancernej obrano Zofię Cichoniównę, wdowę po Białakiewiczu.
Usłużna i obrotna gosposia wnet zjednała sobie zaufanie i miłość pana chorążego. Ludzie głośno o tem poczęli mówić po całem mieście, podpatrzyli ich i do urzędu miejskiego donieśli. Poważny wiekiem i zacnością, Stanisław Kopeć, wniósł na radzie, aby koniec położyć zgorszeniu i rozpuście. Odwołał się na ludzi, iż Cichoniówna, zapomniawszy na przykazania Boskie i wstyd niewieści, mieszka z chorążym, jakby żona z mężem; że wszędzie po mieście pełno opowiadania o jej występkach. Napominał panów rajców, aby tego nie dopuszczali w mieście i też Cichoniównę, a osobliwie jej matkę niecnotliwą, ostro ukarali, by snadź Bóg sędzia sprawiedliwy dla jej zbrodni nie ukarał całego miasta[216]. Rajcy mieli szczerą chęć do tego, ale obawa zemsty pancernej szlachty przemogła na razie. Nadaremno Kopeć po kilkakroć wniosek swój ponawiał i zemstą nieba groził!
Pancerni zaś hulali sobie w najlepsze, uczta za ucztą, taniec za tańcem! I byłoby to trwało Bóg wie jak długo, gdyby nagły wypadek nie przerwał tej hulaszczej zabawy. Nad spodziewanie przyjechał do Sącza kozak na spienionym koniu i przywiózł Uniwersał, aby wszystko wojsko koronne zabierało się w pochód przeciwko Bohdanowi Chmielnickiemu. Oddał pismo burgrabiemu, a za chwilę popędził goniec do Nowego Targu i Lubowli z rozkazem niezwłocznego ściągania się wojska, po stacyach rozłożonego. Chorąży Krukiernicki ocknął się na odgłos wojennej trąbki, krew polska zawrzała w sercu poświęceniem i miłością ojczyzny, a miłość ku Cichoniównie ustąpiła miejsca szlachetniejszym uczuciom. Co tylko miał drogiego: pieniądze gotowe, ozdoby złote i srebrne, klejnoty, szaty zbyteczne, wszystko spakował w dwie spore skrzynie i zamknąwszy, oddał klucze Zofii Cichoniównie.
Nazajutrz rano zabrzmiały trąby i żele, błysnęły pancerze i bandolety; ładownice srebrnokute adamaszkowe, czerwone i czarne, o zakład migały z cętkami[217] pasów i różami węgierskich pochew i szabel; a srebrna Śreniawa Lubomirskich drgała i dygotała od świeżego powiewu wietrzyka, jak żałosne serce Zofii Cichoniównej. W towarzystwie matki i siostry odprowadziła chorążego na pierwszą stacyę, skąd, pożegnawszy się z nim, ze łzami wróciła.
Jędrzej Krukiernicki poległ na wojnie w r. 1651, a sługa jego, Wawrzyniec Kożmiński, z pozostałościami i świadectwem prosto z pobojowiska pojechał do wdowy jego, gdzie opowiedział jej, że nieboszczyk w Sączu u Cichoniównej zostawił rzeczy swoje. W połowie sierpnia 1651 r. pani chorążyna, Krukiernicka, podążyła do Nowego Sącza wraz bratem swym ciotecznym, Samuelem Lipnickim, i czeladzią nieboszczyka męża, aby pomścić zniewagę małżeńską i odebrać zostawione mienie. Zastała kufer otwarty i bez pieniędzy. Pani Krukirnicka wywiedziała się też o miłostkach nieboszczyka męża i pozwała Cichoniównę, a świadkowie zeznali, jako podglądnęli miłostki[218]. Zazdrosna chorążyna nazwała ją małpą, zwodnicą, żądając koniecznie ukarania. Jakoż sąd ławniczy potępił ją i wydał wyrok następujący:
„Aby zbrodnie podobne, jako cudzołostwo i porubstwo, nie uchodziły bezkarnie, obwiniona będzie chłostaną u pręgierza trzydziestoma rózgami na ciele swem przez kata publicznie. Po otrzymanej zaś chłoście przez tegoż kata z miasta wyświeconą będzie, a po wypędzeniu, pod ucięciem głowy, nie bliżej jak o trzy mile od miasta mieszkanie obrać sobie może.“
Wyrok ten wykonano 1. września 1651 r. Zawdziano na nią spodnicę drewnianą z pomalowanymi dyabłami. Kat, chłostając po tej spodnicy, prowadził ją aż za bramę miejską ku szubienicy. Tam zdjął z niej spodnicę i zapalił wiązkę słomy, mówiąc, że jeżeli się poważy wrócić do miasta, spłonie jak ta słoma[219].
Na wygnaniu poślubiła wyświecona Cichoniówna Tomasza Tragowicza, a niebawem ułaskawił ją król, wydając pismo następnej treści:
„Jan Kazimierz z Bożej łaski król polski, wielki książe litewski... szwedzki dziedziczny król.“
„Wszem w obec i każdemu z osobna, komu przynależy, oznajmiamy niniejszym listem. Iż za wstawieniem się do Nas pewnych senatorów i urzędników Naszych królewskich za sławetną Zofią Cichońką, sławetnego Tomasza Tragowicza, mieszczanina sandeckiego małżonką prawą, wzruszeni jej znękaną dolą, sprzyjać jej umyśliliśmy, ażeby dla pewnej, zadanej sobie zbrodni, z miasta wygnaną i wywołaną, z pełni prawa Naszego królewskiego do pierwotnego stanu i kondycyi przywrócić: bezecność na nią, w sądzie wójtowskim nowosandeckim wyrzeczoną, znieść. Jakoż przywracamy i znosimy niniejszem pismem Naszem, i rzeczoną Zofię Cichońkę, żonę Tragowicza, od bezecności wolną i oczyszczoną, do praw i wolności, jakich dawniej używała, przywracamy; i do pierwotnego stanu zniósłszy plamę bezecności, wygnania i wywołania, przywracamy, tak żeby na później nikt jej tego nie śmiał zadawać ani wymawiać, pod karą 100 złotych węgierskich. Co podajemy do wiadomości wszystkich, szczególnie zaś urzędu nowosandeckiego, aby ją przy tem ułaskawieniu Naszem i przywróceniu do czci w zupełności utrzymali i o utrzymanie tegoż u innych starali się. Dan w Warszawie 23. czerwca 1653 r.“[220].
Wiek XVII., pomimo znacznej oświaty, miał także swoje ujemne strony. Ciemnota wiała tysięcznymi przesądami i zabobonami, od której nie tylko lud prosty, lecz i mieszczaństwo nie było wolnem. Wierzono dość powszechnie w istnienie czarownic i palono je żywcem na stosie[221], jak tego dowodzi wypadek następujący. W r. 1646 Magdalena z Olszyńskich, żona Szymona Wolskiego, aptekarza, zapadła na zdrowiu i wszystkie środki lekarskie okazały się bezskutecznymi na boleści, jakich doznawała w członkach. Ulegając prośbom niewieścim, udała się po radę do Reginy Oleksowej, słynnej z leczenia czarów i postrzału dyablego, t. j. srogiego bólu w palcu. Uczony aptekarz, widząc gusła i zabony, z jakimi czrownica przystępowała do rozpoznania choroby, śmiał się, aż sobie czapką gębę zatykał. Lecz wnet ucichł i zatrwożył się, bo tragarz powały, pod którym siedział, zaczął trzeszczeć okrutnie! Przerażony i przekonany wrzekomo o bytności istnego dyabła, pochwycił żonę i uprowadził[222]. Czarownicę zaś oskarżył i był powodem spalenia jej żywcem na stosie w styczniu 1647 r. Mistrz, który egzekwował dekret, dostał 2 złp.[223].
We wrześniu 1670 roku toczył się długi kryminalny proces Elżbiety Stepkowicowej, żony murarza sandeckiego, Marcina Stepkowica, oskarżonej o czary. Postawieni świadkowie między innemi rzeczami zeznawali, że trzymała u siebie trupią głowę, którą rzucała o mur niedokończonego kościoła na Biskupiem[224]; że różne plugastwa wylewała na drogi krzyżowe (rozstajne), aby tem bardziej szkodzić ludziom, mieszkającym w mieście; że psowała ludziom warzenie gorzałki, tak iż miasto gorzałki woda tylko biała płynęła z garna. Długi ten proces i śledztwo obejmuje stron 21 in folio; jest tam również obszerna wzmianka o paleniu czarownic w Grybowie i Ropie. We środę po św. Franciszku 1670 r. zapadł na nią wójtowski ławniczy wyrok: „Ażeby podobne zbrodnie czarowania i sztuczek dyabelskich nie uchodziły bezkarnie, przeto Elżbieta Stepkowicowa ma być żywcem spalona na stosie drew na brzegu Dunajca.“ Wykonano ów dekret o godzinie 18[225] (2 po południu).
Za niektóre większe wykroczenia skazywano na banicyę (bannito, proscriptio) czyli wydalenie z miasta. Otóż i tego znajdujemy liczne przykłady. Na samym schyłku XVI. wieku słynął z rozlicznych awantur Stanisław Janik, rajca i kupiec sandecki. Między innemi zabił on dziada (żebraka) dla 30 grzywien; pobił i posiekł Zofię Kłodawską i jej syna Wincentego w ulicy polskiej przed domem Jana szklarza; z skarba miejskiego pobrał potajemnie przywileje miejskie, które Chwalibogowie znaleźli potem; Jakóba Klimczyka gwałtem porwał na przedmieściu niedaleko bramy młyńskiej, zawiózł do lasu w Piątkowej i o mało tamże nie zabił; panią Wałowiczową, za jego powodem, zbóje napadłszy, zastrzelili, przyczem kula dziewkę służebną ugodziła w głowę; jawnie na ratuszu mówił: „kiedy będę burmistrzem, pokrwawię chustkę, a na kogo mam złość, powiem, że mi dał w gębę i każę go ściąć“; na Klimczyka zbójców nawodził, jak świadczy o tem zeznanie dwóch zbójców, ćwiartowanych w Sączu; pana Kosteckiego w Starym Sączu w dwanaście koni najechał, a nie znalazłszy go, ryby mu zabrał i zabić go poprzysiągł; Majchura (Melchiora) balwierza nakłonił do fałszywej przysięgi.
Akta grodzkie i miejskie sandeckie z lat 1590—1601 wymieniają 53 rozmaitych skarg na Janika o różne przestępstwa, oszustwa i niemoralne wykroczenia.
Po uśmierzeniu morowej zarazy w styczniu 1601 r., wracał ład i porządek do kraju. Urzędy i sądy ustalały i ustrajały się na nowo. Z ramienia królewskiego zjechał do Nowego Sącza Stanisław Lubomirski, starosta grodowy, aby przywrócić porządek, chwilowo przerwany. Przedsięwziął on nowe wybory. Najprzód w miejsce dwóch zmarłych rajców: Żmijowskiego i Zabłotnego, zamianował nowych. Potem zważając, iż Janik i Klimczyk, kłócąc się ustawicznie z sobą, zaniedbują swych obowiązków, mocą swej komisarskiej powagi złożył ich z radziectwa, innych natomiast ustanawiając. Klimczyk, przeciw temu protestując, zaniósł skargę na starostę o niesłuszne odjęcie urzędu[226]. Sąd zadworny rozpatrzył się też w sprawie z Janikiem, a widząc tak jawne poszlaki i dowody, rozkazał go uwięzić.
Imci pan Piotr Biernacki, dzierżawca Rybnia, dowiedziawszy się o wyroku, pospieszył na ratusz i wobec zwołanego pospólstwa zażądał, aby niezwłocznie związano i uwięziono Janika. Ulegając powadze szlacheckiej, mieszczanie przystali na to, a uchwałę odnośną, z dnia 30. sierpnia 1601 r., zaczął pisarz już wpisywać do księgi. Lecz stronnicy Janika, chcąc go ocalić, wystąpili z obroną praw miejskich przeciwko szlachcie, zaprzeczyli powadze zgromadzenia i żądali wyraźnego rozkazu królewskich sądów. Pisarza zniewolili zmazać zaczętą uchwałę[227], a tymczasem Janik uciekł!
W połowie września 1602 r. zjechał do Nowego Sącza Imci pan Hieronim Cielecki, komisarz królewski, w celu przeprowadzenia śledztwa z Klimczykiem, króry już poprzednio wytoczył cały szereg skarg i domagał się ukarania Janika. Po ukończeniu śledztwa panowie rajcy napełnili podróżne puzdro pana Cieleckiego pięciu garncami starego wina i pożegnali go. Skutek tego ostatecznego śledztwa był prędki i rozstrzygający. Z końcem października zapadł następujący wyrok królewski:
„Zygmunt III. z Bożej łaski król polski, wielki książe litewski... szwedzki dziedziczny król.“
„Wszem w obec i każdemu z osobna, komu to wiedzieć należy: wojewodom, kasztelanom, starostom i wszystkim innym urzędnikom ziemskim; burmistrzom, wójtom, sołtysom, tak Naszych jako i duchownych i szlacheckich jakichkolwiek dóbr obywatelom, a mianowicie staroście Naszemu sandeckiemu i urzędowi tamże miejskiemu oznajmujemy i wiadomem czynimy.“
„Miał sprawę przed sądem Naszym assesorskim niejaki Stanisław Janik, mieszczanin sandecki, z sąsiadem swym Jakóbem Klimczakiem Grabskim, o gwałtowne tego Klimczyka pojmanie, przy której sprawie pokazane były na tego Janika rozboje albo powołania o nie z wielu miejsc. Zaczem, gdy od sądu assesorskiego do urzędu marszałkowskiego, należnego takim sprawom, ten Janik był odesłan i przez urząd marszałkowski dan do więzienia miejskiego; nie czekając urzędowego rozsądku i nie sprawiwszy się, owszem, czując się podobno winnym w tych rozbojach, uciekł z więzienia. Czem sam siebie osądził i winnym się znalazł. Ponieważ wiele Nam na tem zależy, aby występki nie zostały bez karania, a zwłaszcza rozboje i rozbójnicy, którzy są ludzkiego towarzystwa i bezpieczeństwa nieprzyjaciele. Napominamy wszech w obec Uprzejmości i Wierności Wasze, a mianowicie urzędom wszelakim rozkazując, ażeby, gdziebykolwiek ten to człowiek zastan był, wszędzie go imano i do więzienia brano. A osobliwie, żeby pomienionemu uczciwemu Jakóbowi Klimczykowi Grabskiemu, mieszczaninowi sandeckiemu, który najazd i rozbój od niego cierpiał i do wielkiej szkody przyszedł, do pojmania onego pomoc dawana była. A za pojmaniem jego, żeby był w więzieniu dobrze opatrzonym do dalszej nauki i informacyi Naszej. Jeśliby też w jakim prywatnym domu u któregokolwiek szlachcica był znalezion, aby i tam nie cierpiąc go, do urzędu bliższego grodzkiego albo miejskiego był zarazem wydan. Dla łaski Naszej i pod winami o przechowywanie złoczyńców w prawie opisanemi inaczej nie czyńcie.“
„Dan w Krakowie 23. października R. P. 1602, panowania królestw Naszych polskiego XV., szwedzkiego IX. roku. Zygmunt Król.“[228].
Wskutek tego wyroku wykreślono Janika z grona mieszczan sandeckich, a tym sposobem ustały awantury jego.
Podobnych faktów znajdujemy nie mało, zwłaszcza w XVII. wieku, który, obok wysokiej religijnej kultury, był zarazem wiekiem rozlicznych i niesłychanych wybryków i zbrodni.
Kazimierz Gliński, rajca sandecki, różnych dopuszczał się przestępstw. W r. 1679 wziął kilka rur żelaznych półtora łokcia długich, o otworach dużych, z organów strzelbistych[229] (explosorium) ze zbrojowni ratuszowej (ex armentario praetorii). Kazał z nich Urobanowi Maciaszkowi, kowalowi pana Franciszka Zawadzkiego w Nawojówce, nadłożyć sobie dwoje żelaz płużnych, urobić 2 kopy szynali[230], do bron gwoździ i podków 6. Pozostał jeszcze jeden kawałek rury, który sobie kowal wstawił do komina, do miecha na potrzebę, lecz to właśnie wydało i zdradziło całą sprawę. Następnego roku (1680) pan Jan Krzepicki, jadąc z Węgier w wielkim poście z panem Czapkowskim i Orzechowskim, wstąpili do kowala Maciaszka w Nawojówce, a zobaczywszy u niego niezwykłą rurę, pytali: coby to za rura była? Kowal odrzekł, że to pana Glińskiego z miasta: „robiłem mu i został mi winien 12 gr.“ Pan Orzechowski, nie namyślając się długo, dał natychmiast kowalowi 12 gr. za tę rurę, a pan Krzepicki pomagał mu w wydobywaniu tejże rury z komina, którą też bezzwłocznie oddano na ratuszu sandeckim. Wkrótce potem rozpoczęło się śledztwo sądowe z panem Glińskim, lecz żadnym sposobem nie chciał się przyznać do winy, twierdził tylko, że owe rury kupił od lunara, Wojciecha Zabłotnego. Gdy nadto nie chciał zdać sprawy z rachunków i wydatków miejskich, i wygadywał jeszcze na króla Jana III., uwięziono go w baszcie grodzkiej, lecz udało mu się z niej umknąć. Wskutek tego zapadł na niego (1683 r.) wyrok banicyi. Woźny, Błażej Malikowicz z Czchowa, z polecenia sądu ogłosił po czterech rogach rynku, przy dźwięku trąby, głośno i zrozumiale wszystkim słuchającym i rozumiejącym:
„Moi łaskawi panowie, raczcie Waszmość wiedzieć, iż z dekretu urzędu trojakiego, t. j. tak zamkowego, jak burmistrzowskiego i radzieckiego, jako też wójtowskiego i ławniczego tutejszego nowosandeckiego, pan Kazimierz Gliński, rajca sandecki, o pewne występki popełnione, t. j. że rachunków z różnych składek, mianowicie z hyberny przez kilka lat z supplementem wybranych, czynić nie chciał; Pożarskiej o męża, pod jego burmistrzostwo zatrzymanego w więzieniu i o śmierć przyprowadzonego, sprawić się wzbraniał; urodzonego Imci pana burgrabiego sandeckiego[231] na ratuszu w lekkość (obelga) podał i onemu ustępować na sekreta swoje... rozkazał; z więzienia ratusznego, bronią się uzbroiwszy, swawolnie uszedł, i o insze występki w procesach różnych na nim przywiedzionych: Jest dziś odsądzony od małżonki, dziatek, majętności i społeczności sąsiedzkiej oddalony. A tak żebyście wiedzieli a z nim nie przestawali, pod takiemże karaniem i czci odsądzeniem; a ktoby go złapał, a do sądu któregokolwiek oddał, taki będzie ukontentowany“[232].

Pieczęć sądu leńskiego sandeckiej ziemi z XIV. w. Wyobraża orła jednogłowego z rozpostartemi skrzydłami, bez korony, zwróconego w prawo. W otoku napis:
† S. Judicii Fedalis Terre Sande.
Ze zbiorów Akademii Umiejętności w Krakowie.

W sprawach zawiłych, zwłaszcza majątkowych, wolno było od wyroku ławicy apelować do wyższego sądu prawa magdeburskiego na zamku krakowskim, a stamtąd do sądu sześciu miast, który stanowił najwyższą królewską instancyę sądową[233]. W r. 1634 Waleryan Łykawski, z zakonu Franciszkanów, zapisał urzędownie wobec ławników starosandeckich część swej ojcowizny Magdalenie Łykawskiej, poślubionej Janowi Tomczykowskiemu w Nowym Sączu. Zapis ten jednak odrzucił i unieważnił sąd ławniczy nowosandecki z tego względu, że zakonnik bez wiedzy i zezwolenia swych przełożonych nie może rozporządzać żadną rzeczą, jako swoją własnością, a zatem darowizna, przez niego uczyniona, nie ważną się staje. To orzeczenie ławicy nowosandeckiej nie podobało się wcale panu Tomczykowskiemu i jego żonie Magdalenie, wnieśli zatem apellacyę do sądu wyższego prawa magdeburskiego na zamku krakowskim. Ten zaś, zbadawszy rzecz całą, orzekł: „Ponieważ rzeczony zakonnik, Waleryan Łykawski, jeszcze nie składał uroczystej profesyi zakonnej, przeto cząstkę swej ojcowizny mógł przekazać rodzonej siostrze prawnie i ważnie, orzeczenie zatem ławicy nowosandeckiej, unieważniające akt darowizny, kasuje się mocą niniejszego dekretu. Dla świadectwa tegoż pieczęć naszego sądu jest przyłożona. Dan w Krakowie we czwartek po Trzech Królach 10. stycznia R. P. 1641“[234].
Prócz powyżej wspomnianych sposobów załatwiania sporów w drodze sądowej, były jeszcze wypadki, że nawet w sprawach ważnych uciekano się do sądów polubownych, w których zwykle duchowieństwo i szlachta spełniały tę zaszczytną czynność, jak tego dowodzą następujące przykłady.
Stanisław Rogalski, organista kollegiaty, i Paweł Użewski, złotnik, prowadzili ze sobą ustawiczne spory. Rozgniewany Użewski wygotował w r. 1631 pismo do samego króla, donosząc, że Rogalski depce wszelkie prawo, gwałci więzienia, odbija kłódki i zamki, a uwalnia więźniów na wzgardę powagi burmistrzów; że dochody miasta marnuje i na swoje obraca pożytki; że miasto pobudza do buntów i prawa miejskie łamie...
Zygmunt III., przeczytawszy to pismo, zgorszył się taką wypisaną niecnotą Rogalskiego i zażądał wytłumaczenia i oczyszczenia się. Rogalski aż osłupiał, odebrawszy królewski rozkaz. Natychmiast udał się na ratusz i podał najuroczystszą protestacyę przeciwko takiemu Użewskiego oszczerstwu, zastrzegł sobie postępować z nim prawnie, jeżeli nie udowodni zarzucanych przestępstw i zbrodni: a na koszta procesów dawniejszych i obecnych, oraz szkody stąd wyniakającej, założył sobie 1000 grzywien winy.
Niebawem ujęło się za nim miasto. Marcin Ziółko, krawiec, człek sędziwy i poważny, w zastępstwie wójta zwołał całe mieszczaństwo. Wszystkie cechy przysłały starszych swych braci na ratusz, a on zagaił posiedzenie, z uczciwością czytając rozkaz królewski. Jak jeden mąż powstali wszyscy przeciwko Użewskiemu, że śmiał podobne oszczerwstwa kłamać. Jednogłośnie, rozebrawszy punkt za punktem, zeznali: Iż nic nie wiedzą o zbrodniach i przestępstwach, Rogalskiemu zarzuconych: owszem, że go mienią obywatelem miasta dobrym i wiernym, który dobrze się rządzi, jako rajca, i w zawiadowaniu spraw pospolitych okazuje szczególną biegłość i szczerość. Co wszystkim wraz i każdemu z osobna dobrze wiadomo, i co jak najpilniej zeznają.
To wystąpienie całego miasta w obronie Rogalskiego zasmuciło i zatrwożyło Użewskiego: widział, czem to pachnie. Udał się więc w pokorę do księdza opata Premonstratensów i do pana podwojewodzego, prosząc, aby się ujęli za nim i pogodzili go z miastem. Wysłuchali prośby obaj dostojnicy i zawezwali Rogalskiego do zgody. Chętnie przystał na zgodę, zdając się na sąd polubowny. Więc dobrano jeszcze pana burgrabiego z kilku mieszczanami i stanęła zgoda, na której na warunki w klasztorze, wobec księdza opata ułożone, obydwie strony przystały:
1) „Aby się w obec sądu polubownego przeprosili spólnie.“
2) „Toż czynić mają w sali radnej w obec panów radziec, uraz wzajemnych nie wspominając.“
3) „A któryby po przeproszeniu ważył się drugiego słwoy nieuczciwemi nastąpić, urażony, obwieściwszy urazę, będzie miał prawo do zakładu niżej wyrażonego, bez apellacyi.“
4) „Protestacye wszelkie, tak tuteczne miejskie i grodowe, jako też trybunalskie lubelskie i procesy zadworne, każden sobie aby poznosili i unieważnili.“
5) „Ichmość sędziowie polubowni, mając władzę poddaną sobie od stron do tej ugody, wynaleźli zakład: Gdyby która strona nie dotrzymała warunków tych, przepadać ma na kościół św. Ducha 200 złp. nieodpuszczenie, a drugi 200 złp. do kościoła św. Małgorzaty, tylekroć, ilekroćby razy który nie dotrzymał tej ugody pojednawczej. Co dla lepszej wiary Ichmość podpisują, i dla większej mocy do ksiąg miejskich obie strony urażone tę ugodę podpisawszy, poddać powinni.“
Krzysztof z Morska Morski[235], opat sandecki. Marcin z Wielogłów Wielogłowski, podwojewodzy krakowski.
Tobiasz Jakliński, zamku sandeckiego burgrabia. Jędrzej Adamowicz, Tomasz Pytlikowicz, Maciej Pleszykowicz, Wojciech Łopacki, Jan Zięba, rajce sandeccy.
Stanisław Rogalski. Paweł Użewski.
Ugodę tę do akt miejskich wnieśli: Wielebny Drozdowicz, przeor, i brat Wojciech Wincentowicz, pisarz zakonu Premonstratensów u św. Ducha, na trzeci dzień po Narodzeniu N. M. Panny 1631 r.[236].
Dla uzupełnienia rzeczy o sądach polubownych, w których duchowieństwo i szlachta ważną odgrywali rolę, przytoczę jeszcze niektóry wypadek.
Jan Zięba, rzeźnik sandecki, wiele o sobie trzymał. Stąd też był zwadliwym i wyniosłym, pragnął powszechnego poważania, a nie zarabiał na nie rozumem i sercem, ale popędliwością zarozumiałą: przyczem pchał się wszędzie na pierwsze miejsce, mianowicie w kościele. W jedną niedzielę 1632 r. szła procesya nieszporna naokoło kościoła farnego. Według pobożnego obyczaju polskiego, wójt i burmistrz, jako główne osoby w urzędzie miejskim, mieli ten zaszczytny przywilej prowadzenia księdza, niosącego Przenajśw. Sakrament, i wspierania go pod ramię. Tylko wiekiem i poważaniem najgodniejsi rajcy i ławnicy przypuszczani byli do tej usługi kościelnej. Kiedy więc procesya uszykowała się i miała wyruszać z kościoła, sławetny Tomasz Pytlikowicz zawezwał Jakóba Poławińskiego do asystencyi, i opuściwszy radziecki ławki, zbliża się ku ołtarzowi. Ni z tego ni z owego wyrywa się Jan Zięba, i przystąpiwszy, bierze księdza celebransa pod ramię. Pytlikowicz musiał wraz z nim księdza prowadzić i ledwo tłumił oburzenie w sobie, patrząc, jak ten się nadyma i wynosi. Poławiński zawstydzony odszedł, Pytlikowicz zaś nie mogąc ścierpieć tego, wymawiał Ziębie bezczelność jego. Gburowaty Zięba nie tylko że mu odpowiedział, ale rozdąsawszy się, miał ochotę wadzić się w najlepsze. Poławiński najprzód, za nim zaraz Pytlikowicz wyszli z kościoła, a Zięba gniewny tuż za nimi. Spostrzegł to Imci pan Władysław Jordan, więc go zatrzymał, mówiąc: „Słuchajcie jeno panie Zięba! trzeba mi was!“ Tym sposobem przerwał zwadę.
Pytlikowicz zapozwał Ziębę przed urząd, który, uznając sprawę za pilną, nie dozwolił zwłoki. Wdali się jednak w to ludzie poważni duchowni i świeccy, i złożono sąd polubowny. Ks. Bartłomiej Fuzoriusz, kustosz kollegiaty, ks. Jan Witaliszowski, wikary, wraz z Marcinem Wielogłowskim, podwojewodzym krakowskim, i Stanisławem Rogalskim, burmistrzem, sądzili sprawę. Uznano Ziębę winnym ubliżenia powadze urzędowej wójta i radziec, a przytem obrazy domu Bożego. Zasądzono go więc na 20 grzywien winy, którą ma natychmiast złożyć na potrzeby kościoła kollegiaty; na dwa tygodnie więzienia za kratą; na przeproszenie całego urzędu miejskiego, a wkońcu na szczególne przeproszenie wójta Pytlikowicza w kościele[237]. Musiał się Zięba wyrokowi poddać, nie poprawił się jednak!
W uroczystość Wszystkich Świętych 1633 r., wierny swym grubym obyczajom Zięba, zasiadł miejsce zostawione wójtowi, który spóźnił się nieco do kościoła. Nadchodzi Pytlikowicz, a on, niby nie zważając, rozpiera się na jego miejscu. Więc wójt zniecierpliwiony mówi: „Umknij się stąd! niegodzieneś tu siedzieć!“
— „A cóż ja to gorszego od drugich, żem niegodzien?“
— „Boś kradzione woły u siebie przechowywał“, mruknął Pytlikowicz!
— „A tyś kradł podymne!“...
Wielmożny Stanisław z Kaszyc Kaszycki spojrzał na nich ostro, więc dali spokój na razie. Niebawem zaskarżył Zięba Pytlikowicza, a pan Kaszycki zeznał, co słyszał, i wszczęła się zacięta sprawa.
Pytlikowicz dowiódł prawdziwości zarzutu swego, gdyż w istocie Marcoń, czeladnik Zięby, ukradł woły w Mochnaczce w r. 1630, z których jednego gniadego odszukano później w mieszkaniu Zięby[238]. Zięba zaś zarzucał Pytlikowiczowi sfałszowanie rejestrów poborowych[239], przez co całe miasto poruszył i wznowił dawną sprawę Jędrzeja Trębskiego, straconego w r. 1624 za kradzież podymnego poboru. Zeznał dalej, iż zostało wtedy nadwyżki złp. 75, zawezwał cechmistrzów, majstrów i biednych komorników przedmiejskich, i zeznawali pod przysięgą, ile dawali poboru a ile od kwitu. Zeznawali też, iż im Pytlikowicz groził był zamknięciem za kratę, jeżeli który dać nie chciał, co żądano. Niektórzy aż suknie zastawić musieli. Lecz cała ta sprawa dawno już była umorzoną i zapomnianą, a Jędrzej Trębski za sprzeniewierzenie się i zdzierstwa odpokutował haniebną śmiercią[240]. Jedno tylko Trębski zarzucał Pytlikowiczowi i ówczesnym rajcom w bronie węgierskiej, którędy go prowadzono na śmierć, wołając: „Oj urzędzie, urzędzie! gdybyś mnie był karał lepiej, nie przyszedłbym ku takiej śmierci!“...
Trudno więc było obwiniać Pytlikowicza, który wówczas, sam uwięzion w tej sprawie, wywiódł się z winy.
Mimo to zapadł wyrok potępiający Ziębę wraz z Pytlikowiczem. Ten ostatni odwoływał się do wyższego prawa i chciał walczyć zawzięcie. Więc znowu wdali się w tę sprawę pośrednicy, szlachta i duchowieństwo, wzywając do sądu polubownego i roztrząsając ich sumienie. Zdali się obaj na ich wyrok, który wypadł surowo: Obaj mieli odsiedzieć więzienie czterotygodniowe — Zięba jako młodszy za kratami, wójt zaś w izbie sądowej. Za obrazę zaś domu Bożego mieli się obaj nawzajem przeprosić w kościele i wspólnie błagać Boga o przebaczenie[241].






Rozdział  V.
Duchowieństwo. — Szkoła. — Zakłady dobroczynne.

W epoce Wazów zdobiło miasto Nowy Sącz 7 kościołów, obsługiwanych przez duchowieństwo tak świeckie, jako i zakonne. W samem mieście, w obrębie fortecznych murów, znajdował się klasztor Franciszkanów fundacyi króla Wacława czeskiego jeszcze z roku 1297, dalej opactwo Premonstratensów czyli Norbertanów, wzniesione i wyposażone przez Władysława Jagiełłę w roku 1409, wreszcie kollegiata, dźwignięta hojnością Zbigniewa Oleśnickiego w r. 1448. Inne zaś 4, skromniejsze rozmiarem kościoły: św. Wojciecha, św. Mikołaja, św. Krzyża i św. Walentego, stały na przedmieściach[242]. Kollegiatę składali 4 prałaci, 4 kanonicy, z których jednak większa część mieszkała stale na swych probostwach w Sandeckiem, i 8 wikarych. Dość spory zastęp swych członków liczyły również zgromadzenia zakonne. Wizyta kanoniczna kardynała, Jerzego Radziwiłła, wymienia w r. 1597 u Norbertanów 6 kapłanów, a u Franciszkanów 10 zakonników[243]. Widzimy z tego, że duchowieństwo sandeckie przy swem wyższem wykształceniu, przy duchu ogólnej pobożności w narodzie XVII. wieku, zwłaszcza od chwili rozstrzygnięcie zwycięstwa katolicyzmu nad różnowierstwem, cieszyło się wielkiem znaczeniem i szacunkiem w mieście. Stąd owa nabożność, owa ofiarność dla kościołów, przedewszystkiem zaś dla kollegiaty, ten bowiem kościół należał do tych słynnych świątyń, ku którym zwracała się szczególnie hojność i ofiarność zamożnych mieszczan i szlachty. Oprócz głównej obszernej nawy, mieścił w sobie 8 pobocznych kaplic i ogółem 14 ołtarzy, każdy zaś ołtarz i kaplica wyposażone ofiarnością mieszczaństwa i szlachty. Bywało też w nim pełno modlących się, co w pokorze ducha, przejęci uczuciem nicości swej wobec Boga, padali krzyżem na ziemie posadzki głazy, pod którymi leżały prochy ojców i dziadów, odpoczywających w Bogu snem wiecznym. W owych bowiem czasach pełno było trumien w sklepieniach grobowych, a kościół stał dosłownie na kościach wiernych swych wyznawców[244]. Do tego dawniej większa u ludzi bywała pobożność, więc trudno było myśleć lub mówić w kościele o marnych zbytkach, kiedy się czuło rodzicielskie prochy pod swemi stopami, a myśl mimowolnie tonęła w pośmiertnych wspomnieniach.
Odwzajemniając się za hojność i ofiarność duchowieństwo mieszczaństwu, obchodziło z wielką okazałością uroczystości kościelne, zwłaszcza w kollegiacie. Msza wielka z wystawieniem Najśw. Sakramentu odbywała się przy huku kotłów i dźwięku muzyki, a kantor zawodził w licznem zebraniu śpiewaków. Cechy klęczały z chorągwiami i światłem, a w formach radzieckich czyli stellach modliła się starszyzna miejska. Tak bywało co niedziele i święta według kanonów kościelnych.
Lecz i miasto w pewnych czasach chwaliło Boga uroczystemi wotywami. Najuroczystszą była wotywa wyborcza w dzień św. Agaty (5. lutego), zwłaszcza jeżeli pan starosta grodowy osobiście wyborom przewodniczyć raczył. Lecz i w jego nieobecności zwykle było grono szlachty, z ramienia jego zesłanych lub dobrowolnie przytomnych. Z chorągwiami i światłem uroczyście szli z ratusza do kollegiaty i napowrót, a panowie szlachta i starszyzna miejska nieśli pstro malowane świece. Prócz tej wotywy były jeszcze inne kwartalne: na św. Trójcę, św. Małgorzatę, św. Marcin i św. Łucyę; a dnia 19. czerwca odbywała się wotywa w rocznicę pogorzeli miasta w r. 1611.
Tak zwane 40-godzinne nabożeństwa odprawiały się u fary, Franciszkanów i Norbertanów, a cała starszyzna miejska, z światłem w ręku klęcząc, śpiewała litanie. Takie samo nabożeństwo odprawiało się podczas każdego sejmu. Od każdego dostawali księża na ofiarę. I tak w r. 1623 „muzyce, gdy 40 godzin odprawiano w kościele św. Ducha, na godzinę naszą będąc na nabożeństwie, daliśmy 1 złp. 2 gr.“ — W r. 1641 podczas 40-godzinnego nabożeństwa w Zielone Świątki dano muzykantom i organiście ogółem we wszystkich 3 kościołach 5 złp. 18 gr., kantorowi 24 gr. — W r. 1647 „na litanią podczas 40 godzin odprawiania kantorowi i księżom farnym dałem 2 złp. 22 gr. 9 denar.“ — W r. 1648 kantor, co podczas 40 godzin litanię śpiewał, dostał 24 gr.; Ojcowie Franciszkanie 2 złp.; księża Świętoduscy[245] 1 złp. 15 gr. Za świece, które dawano panom rajcom z kościoła, płacono zwykle kilkanaście groszy. Tak n. p. w r. 1647 „na świece dla wszystkich panów podczas 40 godzin u św. Ducha, dałem 13 gr. 9 denar.“[246].
Prócz tych uroczystości były procesye w dzień św. Małgorzaty z kollegiaty, w dzień Narodzenia Matki Boskiej z kościoła Franciszkanów, w Zielone Świątki z kościoła Norbertanów, a w Boże Ciało przy udziale całego duchowieństwa świeckiego i zakonnego z kościoła kollegiackiego św. Małgorzaty. Jeżeli każdej uroczystości towarzyszyły bębny i trąby, to na obchody Bożego Ciała wszystko, co tylko mogło dodać okazałości, spoliło się z sobą. Całe miasto wyroiło się w najlepszych szatach. Cechy stanęły pod bronią z regimentarzem na czele, a działa i organki ponabijane zatoczono pod ratusz. Ołtarze przybrano w obrazy i firanki, drogi umajono brzeziną, uwieńczoną w kwiaty, a całą drogę, którędy obnoszono Przenajśw. Sakrament, wysadzono szpalerem drzew zielonych, zwykle z brzóz jedna przy drugiej, i wysypano szuwarem, na którym szczebiotała dziatwa wesoło i krzykliwie. Podczas obchodu „puszczał puszkarz strzelbę“ pod ratuszem, t. j. dawał ognia z muszkietów i dział, dobosze bębnili, trębacze trąbili, a regimentarz regimentował miejskiej piechocie. Jeśli możliwem było, zaciągano na tę uroczystość trębaczy i dobosza „dragańskiego“ lub innego wojskowego, a kantor zaciągał muzyków i śpiewaków, zaco wszyscy odbierali stosowne honorarya. I tak w r. 1626 „puszkarzowi, który puszczał strzelbę pod ratuszem na dzień Bożego Ciała w processyi, dano 1 złp.“ — W r. 1628 „w dzień Bożego Ciała dla ozdoby processyi i chwały Bożej, dało się porucznikowi, który regimentował pospólstwem, 2 chorążym, 2 bębnistom, 2 puszkarzom i trębaczom kontentacyi 3 złp. 7 gr.“ — W r. 1638 „trębaczowi, korneciście i puzanistom[247] dwom, którzy w processyi w dzień Bożego Ciała grali, kontentacyi 1 złp.“ — W r. 1647 „dla trębaczów Imci pana starosty, którzy w processyą Bożego Ciała trąbili, dałem na miód 1 złp. 6 gr.; dla szyposzów Jegomości starosty w tenże dzień na miód 1 złp. 6 gr.; regimentarzowi miejskiemu kontentacyi wedle zwyczaju pod tenże czas 18 gr.; kantorowi według dawnego zwyczaju 2 złp.; bębniście 12 gr.“[248].
W mniejsze procesye tylko sam bębnista przewodził, tak jak po dziś dzień po wsiach gdzieniegdzie. Musieli zaś ci bębniści nie żałować rąk, bo po każdej prawie uroczystości nowemi skórami obciągano bębny i kotły i lutrowano śruby.
W Wielki Piątek i Wielką Sobotę stali przy grobie Chrystusowym w pysznych mundurach żołnierze starosty grodowego, a w Zmartwychwstanie Pańskie puszczali strzelbę, zaco dostawali od księdza proboszcza stosowne honoraryum. Tak n. p. w r. 1697 „żołnierzom, gdy stali przy grobie, na piwo z rozkazania Imci księdza proboszcza, 1 złp.; doboszowi za pracę na jutrzni Zmartwychwstania 1 złp.; czeladzi żołnierskiej, co strzelali na jutrzni, na beczkę piwa 8 złp. 20 gr.“[249].
Grano zaś i bębniono także na pasterską mszę, na św. Stanisław i Wniebowstąpienie Pańskie, Zielone Świątki i św. Małgorzatę. W r. 1625 „bakałarzowi i młodzieńcom szkolnym na obiad w Boże Narodzenie dano 15 gr., bo nie mieli co jeść i śpiewać nie chcieli.“ — W r. 1646 „muzyce szkolnej na Święta Wielkanocne, za pozwoleniem pospólstwa, 2 złp.; muzyce zaciągnionej na Zielone Święta 2 złp.; muzyce zaciągnionej przez kantora przez całą oktawę Bożego Ciała kontentacyi, za pozwoleniem pospólstwa, 2 złp.“[250].
Do chorego poprzedzało księdza dwóch chłopców w czerwonych kapkach, dla których istniał osobny fundusz. I tak w r. 1630 „od dwóch kapek czerwonych, w których chodzą do chorych przed Najśw. Sakramentem, młodzieńcom szkolnym za kwartał według wyroku i przywileju króla Jegomości dano 24 gr.“[251].
Kościoły miewały własne instrumenta muzyczne. W r. 1657 Jędrzej Plakutowicz, tkacz, zapisuje w testamencie: „Wiolę nową swoją własną kościołowi do używania, także skrzypce dyszkantowe temuż kościołowi farnemu, aby ich do chwały Bożej używano, a nie przedano ani od kościoła oddalano. Leguje także skrzypce basowe i skrzypce złupane starsze do kościoła Franciszkanów do Oblicza Pańskiego“[252]. — O kapeli, istniejącej przy kościele kollegiackim, franciszkańskim i norbertańskim, wspominają zapiski i inwentarze z XVIII. wieku.
Duchowieństwo było też w wielkiem poszanowaniu u mieszczan. Począwszy od wizytatora dyecezyi aż do najmłodszego nowo wyświęconego kleryka, gdziekolwiek w towarzystwie ksiądz się pojawił, czczono go uniżonem słowem i gościnnością. Tak n. p. w r. 1638 „witając Jegomościa księdza sufragana krakowskiego[253], który ołtarze w kościołach naszych poświęcał i ludzi przez kilka dni bierzmował, za łososia i wino in vim honorarii 14 złp. 24 gr.“[254]. Podobnie kosztem miasta podejmowano biskupa krakowskiego, Andrzeja Trzebickiego, w sierpniu 1659 r., jak notuje burmistrz, Stanisław Wilkowski: „Na przywitanie Jegomości księdza biskupa krakowskiego daliśmy na honoraryum za czterech szczupaków 7 złp. Dla pana Jana Marcowicza, który go witał, na półgarnca wina 1 złp. 15 gr.“
Prymicye kapłańskie wszystkich księży rodem z Nowego Sącza starszyzna miejska odwiedzała oficyalnie; także prymicye księży, którzy byli bakałarzami w mieście. A zawsze dla gości, tak świeckich jako i duchownych, stawiano po kilka garncy wina według potrzeby[255]. Ulubionych księży zmarłych także przy winie żałowali panowie rajcy. Tak n. p. w roku 1649 na pogrzebie ks. wikarego, Tomasza Jędrysowicza, dobrze przez kilka lat zasłużonego miastu i kościołowi, wypito na wikaryówce 6 garncy wina za 14 złp. 12 gr.[256].
Nawet dyakon podróżny otrzymywał od panów rajców 12 groszy; chociaż i to prawda, że kiedy „przywędrował mistrz szerokiego rzemiosła, dała się mu powinność 12 gr.“
Po odzyskaniu niektórych plebanii i dochodów kościelnych z rąk różnowierców w Sandeckiem (1604 r.), duchowieństwo miejskie i wiejskie wzmogło się w dostatki, i niejedna setka złotych polskich szła na pożyczkę do Nowego Sącza. W razie nieoddania długu nabywali tam księża własności nieruchome. I tak n. p. w r. 1633 ks. Jakób Wistalicki (recte Wystała z Proszowic), pleban ujanowicki, pożycza Jędrzejowi Fabrowiczowi, malarzowi, 175 złp., zapisując ten dług na domu i wólce, i wymawiając sobie wszelkie zwłoki prawne, choćby nawet listy królewskie. Upłynął czas, Fabrowicz nie płacił, więc ksiądz uzyskał współposiadanie jego domu. — Ks. Fabian Ociecki, kapelan zakonnic w Starym Sączu, imieniem sługi klasztornego, Mateusza Majerza, skarży Adama Liszkowicza, malarza, i żonę jego, Szczęsną Mazurównę, o dług 40 złp. Malarz nie płacił, więc przysądzono księdzu posiadanie domu jego, i posiadał go wraz z panem Mikołajem Stadnickim, wierzycielem Liszkowicza. — Ks. Jan Witaliszowski, podkustoszy kollegiaty, pożycza Krzysztofowi i Barbarze jopkom 100 złp., zapisując ten dług na 3 jatkach rzeźniczych[257]. — Ks. Sebastyan Wileziusz, pleban z Kamionki, kupuje w r. 1638 od Marcina Zielińskiego w Nowym Sączu jatkę szewską za 110 złp.; tegoż roku ks. Mikołaj Kownacki, dziekan kollegiaty i proboszcz starosandecki, kupuje browar za 350 złp. od Stan. Rogalskiego, rajcy i organisty; od Raków[258] zaś kamienicę, wszystko niegdyś po Wojciechu Łopackim — przeciwko czemu protestuje Magdalena Łopacka[259].
Do miejscowych i okolicznych księży, którzy w latach 1631—1650 pożyczali pieniędzy mieszczanom, a za niespłacenie długów stawali się nieraz właścicielami ich nieruchomości, należeli także: ks. Adam Textoris, pleban jazowski i przyszowski; ks. Bartłomiej Fuzoriusz, kustosz kollegiaty; ks. Maciej Matusik, wikary kollegiaty; ks. Wojciech Sowiński, komendarz w Wielogłowach; ks. Grzegorz Królikowski[260], dziekan kollegiaty, proboszcz grybowski i dobczycki; ks. Jerzy Cezary, przełożony szpitala św. Walentego; ks. Stanisław Rozmusowicz, kustosz kollegiaty; ks. Szymon Jaroszowski, proboszcz kollegiaty[261]; ks. Wojciech Żołądkowski, proboszcz z Tęgoborzy; ks. Roch Światłowicz, podkustoszy kollegiaty; ks. Marcin Stryjowski, proboszcz z Nawojowej; wreszcie ks. Jakób Zajączkowicz, proboszcz z Chomranic, zabity okrutnie mieczem (framea truculentissime trucidatus) od organisty własnego w r. 1658, wrzekomo z namowy parafian, aby się dłużej nie prawował z nimi[262]. Z powodu tego zdarzenia Andrzej Trzebicki, biskup krakowski, rzucił interdykt na parafię chomranicką 10. grudnia 1658 r. — Nawet folwarki, domy i jatki przechodziły z czasem w posiadanie księży, ale drogą prawną, t. j. kupna i sprzedaży.
Nie obeszło się jednak bez starcia, mianowicie przy egzekucyach i poborach. Dłużnicy, nie mogąc oddać, wzywali litości a srogością i okrucieństwem obwoływali wywłaszczenie z mienia. Miasto zaś, obowiązane składać pobory i dziesięciny z wszystkich łanów, domów i jatek, żądało ich od księży posiadaczy. Ci zaś wraz z szlachtą odwoływali się na wolność od wszelkich ciężarów[263] i zdarzało się nawet, że zato wyklinali rajców! Tak n. p. w r. 1647 ks. Maciej Matusik, senior wikarych, wstąpił na kazalnicę, i przypomniawszy ogólnie, że dobra księży wikarych uwolnione są od wszelkich ciężarów miejskich i Rzpltej, otworzył potem księgę praw i przywilejów, nadanych kollegiacie przez kardynała, Zbigniewa Oleśnickiego: wkońcu przeczytał odnośny ustęp z soboru trydenckiego[264], że ktoby naruszał dobra kościelne jakimkolwiek sposobem: Excommunicetur, niech będzie wyklęty! Przytomnie na kazaniu rajcy i ławnicy omal nie spłonęli ze wstydu i sromoty, boć wszyscy na nich spoglądali w kościele. Zaraz tedy po nabożeństwie udali się do księdza seniora, aby sprawę złagodzić, wymawiając mu przytem, iż ich tak srodze zgromił i niesłusznie zagroził wykluczeniem z łona katolików wiernych. Powstawało stąd wielkie rozjątrzenie w mieście, a ludzie, nie przejęci powinnym szacunkiem dla duchowieństwa, nie wahali się głośno narzekać na to. Między innymi słynny był zatarg Łopackiego z księdzem kustoszem kollegiaty. Rzecz tak się miała.
W r. 1632 Wojciech Łopacki, balwierz i rajca, wyrugowany przez pana Adama Trzcińskiego z domu swej babki, sprowadził się do browaru swego podle domu księdza Bartłomieja Fuzoriusza, oficyała i kustosza kollegiaty. W murze księdza kustosza było okno do browaru, a Łopacki używał dotąd światła z niego. Chcąc korzystać z oporu mieszczan w robieniu piwa, warzył je sam bez ustanku, nie zważając na dni świąteczne. W dzień Zwiastowania Najśw. Maryi Panny (25. marca) warzył piwo, a w niedzielę kazał beczki do piwnicy wtaczać. Nawet, przysposabiając świeżą warkę, kazał w święta nosić do browaru wodę.
Ks. Fuzoriusz, zgorszony tą nieobyczajnością i nieuszanowaniem przykazań Bożych i kościelnych, wytykał na kazaniu bezbożność piwowarów, którzy nawet świąt uroczystych nie święcą. Nazwisk wprawdzie nie wymienił, ale tak Łopackiego opisał, że natychmiast wszyscy odgadli.
Łopacki był rajcą. Nazajutrz były wybory urzędu. Tam publicznie jęli mu panowie bracia wymawiać bezbożność jego i karcić zgorszenie, jakie daje. Rozgniewany Łopacki, wychodząc z ratusza, spotyka Jana Ziębę i rzecze: „Widzicie panie bracie, co mnie spotyka od tego niecnego syna popowskiego.“
— „Od którego?“
— „A od tego oficyała! ale przysięgam Bogu, iż mi przyjdzie do tego, że mu w łeb strzelę!“
Słyszeli to i drudzy, Zięba zaś poszedł do księdza Fuzoriusza i opowiedział mu rzecz całą. Ksiądz kustosz, zgniewany i zgorszony, woła murarza i każe mu zamurować browarne okno, nie chcąc patrzeć na bezbożność Łopackiego. Na to nadchodzi Łopacki, rozpędza murarza i pomocniki jego, grożąc, iż im ręce poobcina, jeżeli dalej robić będą. Przytomnego zaś księdza kustosza poczyna lżyć najohydniej[265]...
Ksiądz Fuzoriusz z obowiązku swego miewał kazanie co niedziele. Nadchodzą święta, ksiądz kustosz kazania nie ma; nadchodzi niedziela, kaznodzieja milczy. Zapytany, żąda ukarania Łopackiego i oczyszczenie siebie z obelg. Urząd miejski nie wie, co począć. Sprawa pokrzywdzenia osoby duchownej należy pod sąd kościelny — a tu kościół ludowi całemu ujmuje słowa Bożego, a winowajcy nie karze. Miasto wysyła o poradę posłańca do sądu zadwornego królewskiego[266].
Tymczasem wdali się w tę sprawę ludzie godni: ks. Stanisław Paszyński, przełożony szpitala św. Walentego; ks. Jan Witaliszowski, wikary; wielmoży Jan z Kruźlowej Pieniążek; Krzysztof z Będzieszyny Marek i inni, i złożono sąd polubowny. Ksiądz Fuzoriusz okazał dawniejszy wyrok na Łopackiego za nieuszanowanie osób duchownych; przytoczył sprawę ks. Pawła Wójtowicza, którego 13. października 1624 r., wówczas kleryka, Łopacki, pochwyciwszy oburącz za głowę, bił o mur, aż mu krew z nosa pociekła, i suknię na nim podarł; przytoczył ks. Stanisława Zupkę, którego Łopacki w r. 1627 uderzył pięścią w bok tak mocno, iż w błoto wpadł; księdza Alexandra Prutena, którego w r. 1628 policzkowano w domu mansyonarzy, a Łopacki, chociaż mógł, nie bronił; księdza Marcina Ćwiklinowskiego, podkustoszego, któremu Łopacki zadał różne nieuczciwości niesłusznie; wkońcu przytoczył siebie i krzywdy swoje. Łopacki, jako mógł, wymawiał się ze wszystkiego, a co do księdza Fuzoriusza twierdził, iż gadał po pijanemu, mając rozogniony mózg.
Sąd polubowny zasądził go naprzód na 3 tygodnie więzienia za kratą; potem 10 grzywien czyli 16 złp. na kościół kollegiacki; dalej przebłaganie księdza Fuzoriusza naprzód w kapitule kollegiackiej, następnie na ratuszu, i ślubowanie uroczyste, iż więcej nikogo nie obrazi pod winą 100 grzywien, czyli 160 złp.[267].
Ksiądz Fuzoriusz przyjął ten wyrok, lecz Łopacki nie przyjął, rzucił na stół bormistrzowskie klucze i mrucząc, odszedł. Ksiądz Fuzoriusz zaprotestował przeciwko temu.
Łopacki cały swój gniew zwrócił na księdza kustosze i na Ziębę, który go przed nim oskarżył; groził, iż obu zabije. Żona jego, równie namiętna kobieta, nie szczędziła gróźb i obelg i sama męża jątrzyła. Ludzie rozumni byli tego zdania, że dyabeł może naprowadzić do złego, starali się przeto koniecznie nakłonić go do zgody. Zaręczyli zań, a wkońcu przywiedli go do pokory, bo też całe miasto było oburzone, że kazań nie bywało.
Zapłacił więc 72 złp.; odsiedział dwa tygodnie w więzieniu wolnem ratusznem; przeprosił księdza kustosza wobec duchowieństwa; a przez resztę postu co niedziele oboje Łopaccy klęczeli przed wielkim ołtarzem podczas podniesienia z gorejącemi świecami. Prócz tego najuroczyściej zaręczyli bezpieczeństwo życia i czci księdzu Fuzoriuszowi i panu Ziębie. Czterech mieszczan dało zań rękojmię i wyznaczono zakład 200 złp.[268].
Wdzięczny zato miastu ks. Fuzoriusz, legował w r. 1636 panom rajcom rostruchan, czyli puchar pozłacany, waloru 3½ grzywny, i pierścień złoty w tym jedynie celu, ażeby go każdoczesny burmistrz dzierżył i nosił dla użytku i potrzeby Rzpltej. Mile przyjęło miasto ów wspaniały dar, panowie zaś rajcy nałożyli 200 grzywien kary na tego, któryby śmiał sprzedać te dary[269].
W owych czasach w Nowym Sączu cześć dla księży była tak wielka i powszechna i takiego używali znaczenia, że na wstawienie się duchowieństwa, mianowicie wyższego, rajcy i ławnicy ułaskawili czasem nawet na gardło skazanego. Ale też znowu innym razem księży, mieszających się do spraw miejskich, ofuknął jaki rajca, jak zaraz zobaczymy.
Adam Łukowiecki, organista, człek niesłychanie porywczy, za lada powodem bał się do kija lub szabli. Kilka razy był już o to sądzony. Podczas gajnych sądów na ratuszu w r. 1638 w czemś mu tam ubliżył woźny miejski. Łukowiecki, nie zważając na powagę sądów ani obecność panów radziec, pochwycił woźnego i bił go zawzięcie, mimo urzędowego upomnienia. Owszem wygadywał jeszcze na cały urząd.
Uwięziono go natychmiast i wytoczono proces. Występek podobny łatwo można było głową przypłacić. Wójt i cała ławica bardzo byli oburzeni tą nieswornością, bo też wszystkim sprzykrzyły się owe ciągłe niepokoje w mieście. Szczepan Cholewicz i Jakób Poławiński dzielili powszechne oburzenie i żądali przykładnego ukarania, rozszerzając zdanie i przekonanie swoje między cechową bracią, podczas kiedy za Łukowieckim ujmowali się księża zakonni. Przypadła schadzka bracka u Jakóba Poławińskiego, rymarza, a bracia, zebrawszy się licznie, radzili, coby wypadało czynić.
Podczas schadzki cechowej przyszedł na wino do sklepu Poławińskiego ks. Stanisław Rozmusowicz w towarzystwie ks. Jana, zakonnika Premonstratensa. Żył on w przyjaźni z organistą i mocno za nim obstawał. Ścierał się już nawet z Poławińskim i przymawiał zbytniej surowości jego i drugich ławników. Obecnie słysząc, iż zebrani bracia cechowi radzą nad losem więźnia, a Poławiński na ukaranie nastawa, wchodzi do izby, wołając, aby mu wina podali, a właściwie chcąc orędować za organistą.
Na wyrzeczone: Laudetur Jesus Christus! — odrzekli przytomni: In saecula saeculorum!, a ksiądz Jan zapytał o los Łukowieckiego, czy go myślą karać czy nie?
— „Patrzcie panowie swego piwa i picia w sklepie!... tu nie macie nic do czynienia!... — przerwał w gniewie Poławiński.
Właśnie niesiono wino dla księży. Zwrócił się napowrót do sklepu, mówiąc: „Ten ksiądz rad przymawia po trzeźwemu, a cóż po pijanemu!“
Ksiądz Jan, oburzony tem lekceważeniem osoby i stanu swego, począł go lżyć i gromić, wymawiając: iż łakną krwi niewinnego!...
— „Non est tibi datum, mnichu, przymawiać nam! Mamy też swoje kapłany i pasterze, oni nas powinni upominać!“...
Zagadniony w ten sposób zakonnik, nie wiedział co odpowiedzieć; odszedł zmieszany i zaniósł skargę, żądając przeproszenia. Lecz Poławiński nie chciał przeprosić, mówiąc: iż nie obraził. I na tem się skończyło.
Za Łukowieckim wstawiała się szlachta, bo im żal było bitnego organisty — i wyprosili go u panów rajców. Natomiast księża świeccy potępili jego zaczepność i wcale orędować nie chcieli. Ławnicy zaś protestowali przeciwko temu uwolnieniu, ponieważ winowajca już był pod sądem i władzą wójtowską[270].
Po kapłanach wyświeconych w godności następowali dyakoni-bakałarze. Zdarzało się bowiem często, że taki dyakon-bakałarz, czyli uwieńczony wawrzynem[271], po ukończeniu nauk na przesławnej Akademii krakowskiej był jeszcze małoletnim, albo pragnął nabrać doświadczenia w obrzędach kościelnych, albo doskonalić się w naukach, wtedy przyjmował urząd nauczyciela szkoły publicznej, a po większych miastach nawet każdy nauczyciel musiał być wprzód bakałarzem filozofii i nauk wyzwolonych, artium et philosophiae baccalaureus.
Taka szkoła znajdowała się i w Nowym Sączu. Najdawniejszą wzmiankę o szkole nowosandeckiej spotykamy z początkiem XV. w. Już bowiem na dokumencie z r. 1412, w którym rajcy (z polecenia Władysława Jagiełły) odstępują 5 wsi Norbertanom na korzyść szpitala św. Ducha i zrzekają się do nich wszelkich pretencyi, figuruje: Jacobus de Dąbrovica, civitatis Sandecz notarius scholarumque rector[272]. Była to szkoła wyłącznie dla chłopców, czysto parafialna, pod zarządem kollegiaty. Uczono w niej zasad wiary, czytania i pisania, śpiewu[273], rachunków i gramatyki łacińskiej[274].
Budynek szkolny znajdował się naprzeciwko plebanii, na samym rogu dzisiejszej ul. św. Ducha i innej ulicy, prowadzącej od rynku do kościoła farnego. Szkoła mieściła się w dwóch izbach: w wielkiej izbie i izdebce, która służyła zarazem za pomieszkanie bakałarzowi; okna, drzwi, piecie i zawiasy często w nich naprawiano. Tak n. p. w r. 1626 „za 300 szyb i półkamienia ołowiu do błon szkolnych w wielkiej izbie 3 złp.“ — W roku 1628 „garncarzowi Marszałkowi za piec zielony w szkole do izdebki panu bakałarzowi 6 złp.“ — A w r. 1647 „garncarzowi za dwie kopy kafli szklanych do szkoły 6 złp.; za proste kafle 1 złp. 10 gr.; temu od roboty od obudwu pieców 4 złp. 24 gr.“[275].
Bakałarz szkoły nowosandeckiej w XVII. wieku wielkie miał poważanie w mieście, w kościele zasiadał z duchowieństwem w czasie kanonicznych pacierzy, podczas sumy co niedziele i święta śpiewał na chórze z młodzieżą szkolną. Wspomina o tem wyraźnie Zbigniew Oleśnicki w swym dokumencie erekcyjnym kollegiaty (1448 r.), tudzież Statuta Vicariorum z r. 1605, gdzie między innemi rzeczami zastrzeżono, ne inter vicarios et scholares cortentio in ecclesia oriatur, ażeby nie powstawała kłótnia w kościele między wikarymi a żakami szkolnymi[276]. Bakałarzami bywali synowie najznakomitszych patrycyuszów sandeckich, a kiedy który z nich miał zjeżdżać do Sącza, to jeden z rajców albo sam burmistrz miejską kolasą jeździł po niego do Krakowa i przywoził wraz z kantorem. Tak między innemi czytam w księdze wydatków miejskich pod rokiem 1643: „Bakałarz i kantor Lokuta w gospodzie Stan. Widza przez dni kilka strawili 12 złp., a dwakroć byli na obiedzie u burmistrza Walentego Wargulca: nie rachując obiadu, dało się za wino 1 złp.“[277]. W r. 1649 Jana Tymowskiego, bakałarza, kolasą miejską przywieźli panowie rajcy z Krakowa wraz z chłopcem i przez 6 dni płacili obiad, wieczerzę i wina 2½ garnca, dopóki poprzednik jego, Maciej Kameski, nie zdał szkolnego urzędowania[278]. Oprócz powyżej wymienionych, byli tu bakałarzami w latach 1630—1678: Teofil Bereza, Paweł Drezgowicz, Wojciech Potrzebowicz, Jacek Mecikowicz, Stanisław Wolski[279], Jan Stancewicz i Tomasz Domański — wszycy artium et philosophiae baccalaurei[280].
Szkołę Kościół szczególnie miał zawsze na oku, znając wpływ pierwszego wychowania. Dlatego kardynał, Jerzy Radziwiłł, na wizycie biskupiej w Nowym Sączu 1597 roku polecił rajcom, ażeby o szkołę, owo seminaryum miejskie, staranie mieli — uczniom pomieszkanie wystawili, ażeby po gospodach bez dozoru nie żyli, ani nie zaniedbywali służby Bożej. I nieco później dodał: „Nauczyciele szkoły niech ćwiczą chłopców nie tylko w naukach, lecz także w dobrych obyczajach, i niech ich nakłaniają do częstej spowiedzi i komunii. Chłopcom szkolnym niech nie pozwalają nocować po gospodach, lecz w szkole niech sypiają, ażeby uczciwość między nimi zachowaną była i nie zaniedbywali służby Bożej“[281]. — W podobnym duchu przemawiał episkopat polski na synodach prowincyonalnych, odbytych pod przewodnictwem arcybiskupów gnieźnieńskich, zwłaszcza piotrkowskim (1542) za rządów Piotra Gamrata, i gnieźnieńskim (1561) za rządów Jana Przerębskiego, gdzie wielki nacisk kładziono na potrzebne uzdolnienie bakałarzy, tudzież na wzorowe prowadzenie się młodzieży szkolnej[282]. — Bakałarz, kantor i uczniowie obowiązani byli śpiewać podczas nabożeństw w kollegiacie, czasem nawet o głodzie. Za wotywy prywatne osobno ich wynagradzano. Uczniowie w kapkach usługiwali i grali podczas nabożeństw; w kapkach również usługiwali księdzu, niosącemu do chorego Najśw. Sakrament[283].
Bakałarze nowosandeccy zadawalniali się skromnem wynagrodzeniem, które pochodziło częścią z fundacyi a częścią ze stałej rocznej płacy magistratu. Między innymi przechowały się dwa takie zapisy z XVI. wieku. Ks. Grzegorz Pakosławski, kustosz kollegiaty sandeckiej, legował na sołtystwie w Kamionce 72 grzywny z roczną prowizyą 5 złp. na utrzymanie wikarych i rektora szkoły. Fundacyę tę zatwierdził Zygmunt August w Warszawie 1556 r.[284]. W pięć lat potem (1561 r.) ks. Zygmunt ze Stężycy[285], kanonik krakowski i proboszcz sandecki (1546—1582), zapisał na kaznodzieję i rektora szkoły 100 grzywien z roczną popłatą 4 grzywien[286]. Honoraryum roczne bakałarza, które płacił magistrat, wynosiło w latach 1616—1624 złp. 27: nieco później (1626—1639) złp. 32; w r. 1646 już złp. 40, a w r. 1648 złp. 60. W drugiej jednak połowie XVII. w. dochody bakałarskie musiały się znacznie powiększyć, gdy w r. 1683 Jan i Katarzyna Jaklińscy, małżonkowie, zapisali na Siennej, Brzanie i Jasiennej popłatę roczną 70 złp. od sumy 1000 złp. na utrzymanie bakałarza, kantora i organisty przy kollegiacie sandeckiej[287].
Podobnie jak kościoły i szpitale, tak też i szkoła sandecka miała swych dobrodziejów. Ks. Bartłomiej Fuzoriusz, kustosz kollegiaty († 1637), zapisał w r. 1631 złp. 1000 na folwarku Szymona Wolskiego, aptekarza, z których roczną prowizyę 70 złp. przeznaczył na wsparcie trzech uczniów Akademii krakowskiej: z Nowego Sącza, Grybowa i Kamionki[288]. Dla dwóch uczniów z Grybowa istniał od r. 1641 fundusz 1.500 złp. ks. Wojciecha Klisza, komendarza grybowskiego[289]. Kiedy właściwie szkoła sandecka przeszła pod zarząd Akademii krakowskiej i stała się jej kolonią, nie można się dowiedzieć z istniejących źródeł. Z pewnością nastąpiło to już przed r. 1732, w tym bowiem roku Pijarzy, osiedlając się w Nowym Sączu[290], złożyli wyraźną deklaracyę, podpisaną przez ks. prowincyała, Ambrożego Wąsowicza, w Warszawie 6. sierpnia 1732 r., i przez generała zakonu, Józefa od św. Franciszka, w Rzymie 23. maja 1733 r., że żadnej szkoły nie otworzą ani wewnątrz ani zewnątrz swego kollegium, którąby w czemkolwiek uwłaczała, czy to szkole parafialnej sandeckiej, czy też przywilejom Akademii krakowskiej, i to pod karą zburzenia tejże szkoły i zapłacenia Akademii 10.000 zł. węg.[291]. Regina Śreniawska, wdowa po Tomaszu Śreniawskim, sekretarzu królewskim, legowała w r. 1749 dla bursy im. Andrzeja Noskowskiego 12.000 złp. na dobrach Ślemieniu w Zatorskiem, przeznaczając z procentu od tej sumy dla kolonii akademickiej w Nowym Sączu na reparacyę gmachu szkolnego 30 złp., a dla dyrektora tejże szkoły 20 złp.[292]. Po zajęciu Galicyi przez Austryę skończył się ten wpływ i zarząd Akademii krakowskiej[293].
Kantor, czyli stały śpiewak kościelny, niemałą także miał powagę u ludzi. Bakałarza tytułowano: Venerabilis Domine!, a kantora: Domine Cantor! Kantorzy podgórscy w Krakowskiem i Sandeckiem słynęli z swego dźwięcznego głosu i, równie jak bakałarze, bywali bezżennymi. W pierwszej połowie XVII. wieku dość rozpowszechnieni byli, skoro nawet młodzieńcy szkoły sandeckiej czasami po gospodach odgrywali ich rolę, jak świadczy o tem wyraźna wzmianka w aktach miejskich. W środopoście 1604 r. siedział sobie w gospodzie przy szklanicy piwa pan Mateusz Wyrzykowski, wtem nadchodzą młodzieńcy szkolni, uczniowie nowosandecckiego bakalarza, Teofila Albina[294], popisujący się swym śpiewem po gospodach na wzór rybałtów[295], rozumie się niezbyt nabożnie. Pan Mateusz, będąc dobrej myśli, kazał im śpiewać. Śpiewali... a kończywszy śpiew, prosili o nagrodę, lecz zamiast nagrody spotkała ich nagana — widocznie ich śpiew nie przypadł do smaku panu Wyrzykowskiemu. Młodzi śpiewacy umieli podobno i wiele gadać, więc ostro odpowiedzieli. Pan Mateusz zerwał się, a zgromiwszy ich obelżywemi słowami, cisnął szklanicę piwa na jednego z nich i oblał go, potem porwał się do szabli, chcąc rąbać, bić i siec, ale ich obroniono. Nazajutrz pan bakałarz obwieścił urzędowi krzywdę uczniów, sądownictwu swemu podległych — i oświadczył zarazem, że go pozwie, bo mu się nie godzi pomścić swej krzywdy, jako cnotliwemu i spokojnemu człowiekowi. Pisarz wciągnął protest do ksiąg, a pan Mateusz pozwał o to pisarza[296].
W Krakowie w latach 1620—1635 mieli kantorzy gospodę pod godłem: „U szewca Nogi piwo częstochowskie“. Tam to, wraz z rybałtami czyli śpiewakami wędrownymi, topili się w piwie i miodzie, a opitych wiedziono do kościoła rano. Mimo to niejeden, ledwo siedząc, nie zmylił śpiewu. Słynny na Podgórzu rybałt, Marcin Zięba, grał od r. 1619—1640 na wielu instrumentach, miał głos mocny i przyjemny. Z siedmiu towarzyszami obchodził Polskę, grając i śpiewając po dworach i zamkach; a nie pierwej poszedł do dworu, aż odśpiewał mszę w kościele. Wielu panów chciało go zatrzymać przy swoim dworze, ale Zięba nie rad zagrzewać miejsca, wędrował swobodnie. Po kilku latach, opuszczony od towarzyszów, chodził jeszcze samotnie, aż w roku 1640 znaleziono go bez duszy w jednej wsi pod Krakowem[297]. Według wszelkiego prawdopodobieństwa pochodził on z okolic Nowego Sącza, gdzie dotąd pełno rodzin tego nazwiska[298]. W latach 1650—1656 kantor sandecki, Stefan Zymbrozowicz, cantor collegiatae ac scholae sandecensis, wielkiego miru używał po przedmieściach, często kumował mieszczanom i mógł wywierać znaczny wpływ podczas wypędzenia Szwedów (1655 r.).
W drugiej połowie XVII. wieku znika zupełnie kantorów i rybałtów nazwa, a wraz z nią i ich pamięć u ludu. Starożytne zaś ich śpiewy, owe pomniki dziejów dawnych, pozostawiły w ustach ludu jedynie słabe echo, nie już wspomnień historycznych, ale właściwie słowiańskiego ducha, barwy i myśli. Dziś kobzę rzadko zobaczyć, rzadko napotkać wędrownego z rzemiosła dudarza, a przecież taka ich była mnogość za Stefana Batorego, że na sejmie walnym warszawskim 1578 r. ustanowiono, iż każdy dudarz winien dawać rocznie podatku 24 groszy ówczesnych[299].
Organiści, a jak się zdaje, zarazem organmistrze, jako rzemieślnicy przemyślniejsi, i umnicy gędziebni[300] należeli do znakomitości miejskich i wielkiego używali znaczenia[301]. Bo też i gra na organach niepospolitą rolę miała w obrzędach kościelnych. Lud zaś przystępnego organistę uważał niejako za świeckiego plebana, tak jak dzwonnika za wikarego. Ciągle też byli obaj w styczności z ludem i ludźmi i bezpośrednio wywierali na umysły ogromny wpływ. Miasto przyjmowało swych organistów do grona rajców i ławników, a taki Stanisław Rogalski, Adam Łukowiecki i Stanisław Rolka wpływali wielce nawet na losy miasta, używani do różnych poselstw w trybunale lubelskim[302]. Musiało się im też nieźle powodzić, skoro ich liczono do majętnych mieszczan. Pan Rogalski n. p. pożyczył w lipcu 1633 r. księdzu opatowi, Michałowi Morskiemu[303], poważną sumkę 4.000 złp., którą zaraz w czerwcu następnego roku (1634) ksiądz opat rzetelnie wypłacił[304]. Honoraryum roczne organistów sandeckich wynosiło w latach 1616—1624 złp. 20; później znów (1626—1639) złp. 40; w r. 1646 już 48 złp., a w r. 1656 złp. 60. Żony ich dzieliły powagę mężów, a taka pani Szczęsna Łukowiecka kumowała ze wszystkimi księżmi wikarymi[305].
Dzwonnik, przedostatni w godności kościelnej, więcej też znaczył, niż się spodziewać można, bo lud wierny głos kapłański i kantora, głos organów i dzwonów — wszystko uważał na chwałę Panu. Jak organista z mieszczanami, tak dzwonnik z przemieszczanami i wieśniakami był w zażyłości i doznawał ich względów; bywał często ich gromadzkim kumem z panią organiściną, a taki Jacek Górski, Jan Piotrowicz, Marcin Nikburowicz i Jan Kutasowicz nigdy nie omieszkał podpisać się: Companator ecclesiae collegiatae sandecensis. Temu ostatniemu kumował nawet ksiądz senior wikarych. Miejsce dzwonników było w zakrystyi lub dzwonnicy, gdzie im pomagali śrotarze. W r. 1597 kardynał, Jerzy Radziwiłł, przykazał podkustoszemu kollegiaty, aby dzwonnicy nie wyrabiali hałasów w zakrystyi i przy drzwiach kościelnych, a opilców i zuchwalców kazał odprawiać ze służby. Prócz „podzwonnego“, pobierało dwóch dzwonników 8 złp. z osobnego zapisu Jędrzeja Reczkowskiego[306]. Czasami dzwonnicy nocowali w wieży, a raz o mało jej nie spalili.
Każdy organista, przed przyjęciem obowiązku swego w kollegiacie, składał osobną rotę przysięgi w przytomności prałatów i kanoników kapituły sandeckiej. Ponieważ zdarzało się nieraz, że i dzwonnicy sprzeniewierzali się kościołowi, przeto im również nie dowierzano i żądano od nich przysięgi. Tak n. p. w roku 1704 Marcin Kacała, zastępca dzwonnika kollegiaty, wyjął z organów u fary 30 różnych piszczałek; ukrywał je w browarze księdza kustosza, a potem skrycie sprzedawał je żydowi. Wziął też pieczęć srebrną bractwa różańcowego, porąbał ją na kawałki i sprzedawał żydowi[307].
Ostatnie miejsce w służbie kościelnej zajmowali grubarze, którzy zresztą nie odegrali żadnej ważniejszej roli, owszem niektórzy z nich zostawili po sobie niemiłe wspomnienie, jak Jakób Świerkowicz z Sebastyanem Rozborowiczem w czasie morowego powietrza (1652)[308].
Oprócz tych instytucyi kościelnych, szkoły i sług, istniały jeszcze zakłady dobroczynne, z których najciekawszym był zakład mniszek Kletek, vulgo „Klepki“ — Viduae Matronae. Na wzór zakonnic wiodły życie wspólne, oparte na pewnych stałych ustawach. Przyjmowano do nich wyłącznie wdowy mieszczańskiego stanu i to starsze i stateczne białogłowy, które wzgardziły światem a Bogu jedynie służyć pragnęły. Dozór i opiekę nad całem zgromadzeniem Kletek i ich majątkiem miał osobny prowizor, wyznaczony do tego z ramienia rajców. Bywał nim zwykle sam burmistrz lub inny rajca miejski. Ważniejsze powinności i ustawy Kletek, nadane im przez rajców sandeckich w r. 1602, a uzupełnione w r. 1608 przez ks. Jana Januszowskiego, archidyakona sandeckiego, były następujące:
1) Odmawianie w kollegiacie na Jutrzni 25 pacierzy, na Prymie 7, na Tercyi 7, na Sekscie 7, na Nonie 7, na Nieszporach 15, na Komplecie 7.
2) Każda wdowa, wstępująca do Kletek, składała wstępnego do wspólnej skrzynki 4 złp.; a jeśli nie z Nowego Sącza, ale skądinąd pochodziła, składała 6 złp.
3) Co tygodnia każda wkładała po szelągu do wspólnej skrzynki, od której klucz jeden spoczywał w ręku prowizora, a drugi w ręku starszej matki.
4) Jeśli która zmarła, wszystkie ruchomości, pozostałe po niej, jako to: srebro, pieniądze i t. p., obracano na wspólny użytek całego zgromadzenia, na poprawę domu i drwa.
5) Jeśli się która z konwentu wyniosła, już powtórnie nie mogła być do niego przyjętą, gdyby napowrót wstąpić pragnęła.
6) Jeśli się która trafiła swarliwa, niezgodliwa, była karaną siedzeniem w kunie[309], która była przy piecu w ich izbie przybita.
7) Jeśli się która bawiła gusłami, przelewaniem ołowiu lub wosku, albo w domu szynkownym się pokazała[310], wtedy za pierwszem upomnieniem musiała zmówić 5 pacierzy za pokutę, za drugiem musiała dać 1 gr. do wspólnej skrzynki, za trzeciem karaną była siedzeniem w kunie, za czwartem upomnieniem była na zawsze z konwentu wydalaną.
8) Żartów nieprzyzwoitych, przekleństw i słów szpetnych wystrzegać się miały, pod winą szeląga za każdym razem do wspólnej skrzynki.
9) Panom uczciwym w mieście, gdy który z nich zachorował, miały usługiwać, tak jednak, żeby żadnego zgorszenia z siebie nie dawały.
10) Z wspólnych pieniędzy, które w skrzynce były, pan prowizor wespół z matką starszą raz w roku, w niedzielę wstępną, wszystkim siostrom zdawał rachunek.
11) Co roku w dzień św. Anny z panem prowizorem obierały starszą matkę, osobę stateczną, bogobojną, przykładną, cierpliwą.
12) Przywileje nadane im przez rajców sandeckich, a uwalniające je od wszelkich kontrybucyi i poborów, tudzież jałmużny wszelakie i pieniądze wspólne chowały w skrzynce pod kluczem prowizora i starszej matki.
13) Jeśli się taka trafiła, coby czytać umiała, powinna była uczyć panienki miejskie w pewnych godzinach codziennie.
14) Z konwentu żadna dowolnie wychodzić nie mogła, ale za opowiedzeniem się matce starszej, zwłaszcza pod wieczór.
15) Jeśli która zachorowała, do infirmaryi była oddawaną, a inne, kolejno cierpliwie, ochotnie, usługiwać jej miały.
16) Co miesiąc i w każde święto Matki Boskiej musiały się spowiadać w kościele farnym u jednego kapłana, wyznaczonego im od księdza kustosza, a potem przyjmowały Najśw. Sakrament.
17) Na sumie miały obowiązek modlić się za Ojca św., za biskupa krakowskiego, za króla polskiego, o zgodę i spokój w koronie polskiej, za swych dobrodziejów, za rajców miejskich i starsze swoje.
18) Wszystkie jałmużny, skądkolwiek otrzymywane, dzieliły pomiędzy siebie.
19) Za robienie świec woskowych płacono im od funta po groszu; połowa z tych pieniędzy szła do wspólnej skrzyni, a druga połowa tym, które robiły świece. Innych zaś robót świeckich, jako to: trefienia, szycia wzorzystego[311], kresów i t. p. nie mogły przyjmować.
20) Młodsza siostra starszym dopóty usługiwać miała, dopókiby inna na jej miejsce nie wstąpiła, według starego zwyczaju i roztropności prowizora.
21) Stała liczba Kletek miały być zawsze 10. A jeśli która z nich zmarła, pan prowizor na jej miejsce przyjmował nową[312].
Mniszki Kletki, od założenia swego w r. 1448, mieszkały obok wikaryówki przy ul. św. Ducha; utrzymywały się zaś z kawałka gruntu na przedmieściu z ogrodem, z zapisu Jana i Urszuli Glazerów, małżonków płócienników (1505 r.), z jałmużn i różnych pobożnych zapisów. I tak w r. 1632 ks. Adam Textoris, pleban jazowski i przyszowski, kupił dla Mniszek Klepek u Kłodawskich, małżonków, wyderkaf na 16 złp. rocznie za 200 złp. Po 100 złp. legowali[313] Klepkom: Marcin Lutosławski, sędzie grodzki sandecki (1599 r.), Błażej Piotrowski (1633 r.) i Mikołaj Guzień (1636 r.). A po 20 złp. Mateusz Niedziałkowicz, cyrulik (1635 r.) i Kasper Kamycki (1674 r.). — Wielmożna Magdalena Strońska z Korzennej legowała w roku 1648 dwom mniszkom: Przygockiej i Czaplińskiej kilkadziesiąt złp.[314].
Mniszki Kletki były w wielkiem poszanowaniu w mieście, skoro raz po raz kumowały z księżmi wikarymi, z bakałarzem, organistą i dzwonnikiem mieszczanom, a nawet rajcom sandeckim. Od r. 1648—1658 Agnieszka Rolczyna ciągle kumuje z ks. Światłowiczem, podkustoszym; z ks. Matusikiem, seniorem wikarych; z ks. wikarymi: Jędrysowiczem, Warpasowiczem, Chamilcowiczem, Jurczykowiczem, Januszowiczem, albo z bakałarzem Potrzebowiczem; z dzwonnikami: Kutasowiczem i Nikburowiczem. Podobnie Zofia Lubochowska i Dorota Iwkówna.
Stałą rubryką w rachunkach miejskich i księgach cechowych jest: „Mniszkom od robienia świec po kilka groszy“; od malowania świec dla osób zacnych płacono osobno po kilka groszy.
Obszerny dom Kletek, wspólnym ogrzewany piecem (communi hypocausto), spłonął do szczętu 21. września 1669 r., razem z przyległą wikaryówką i szkołą miejską. Z dalszych zapisków dowiadujemy się, że w r. 1679 Krzysztof Puchałka zbudował sobie dom na gruncie Kletek na Hamrach. Zato płacił im corocznie z ćwierci pola 20 złp., a z ogrodu 15 złp. Dopiero pod rokiem 1710 zanotował pan Jan Hanczeński, prowizor i rajca sandecki: „Za rok ten Krzysztof Puchałka nie zapłacił arendy tak z ogrodu, jako i z ćwierci pola, bo w tymże roku pomarli oboje na powietrze morowe; tylko syn ich został, który tymże matronom Klepkom dał masła pół faski, mąki wiertel i krup wiertel, co czyni, na pieniądze rachując, 12 złp. Reszty u niego według kwitu zostaje złp. 23, których już nie weźmiemy“[315]. W latach 1747—1760 posiadały Kletki grunt z ogrodem, tak zwany „Siciarzowski“, który przynosił z dzierżawy rocznego dochodu 29 złp.[316].
Po roku 1782 cesarz Józef II. skasował klasztory w Nowym Sączu, a temu losowi uległy i Kletki. Majątek ich przeszedł na własność Rządu; na mocy jednak dekretu gubernialnego z dnia 19. marca 1818 r. oddano go Magistratowi, z obowiązkiem utrzymywania z jego funduszów ubogich kalek i starców. Majątek zakładowy składa się z obligacyi państwowych i prywatnych w kwocie 34.776 złr. Dochód z r. 1892 wynosił 3.353 złr. 97 centów.






Rozdział  VI.
Stosunek mieszczaństwa do szlachty i do władz szlacheckich Rzpltej.

Szlachta niechętnie i zazdrosnem okiem spoglądała na wzrastające bogactwa miast, na ich przywileje i warowność, o którą łamały się nieraz bezsilnie jużto napady zbójców podgórskich i rabunki nieswornych żołnierzy, jużto wybryki hałaśliwej szlachty; owszem urzędy i straż zbrojna miast mogły imać i więzić szlachtę, schwytaną na gorącym zbrodniczym uczynku[317]. Królowie przeciwnie! W miastach koronnych widząc ozdobę i warowność kraju, pobierając przytem z miast znaczne pobory i podatki, a wreszcie upatrując w nich, na wzór innych państw europejskich, najsilniejszą podporę władzy monarszej przeciwko wyłącznej przewadze stanu szlacheckiego, starali się o ich wzrost i bronili je od przemożnej potęgi szlachty.
Zygmunt I. potwierdził w Krakowie 1532 r. istnienie bractw cechowych, byle nie nadużywały swych przywilejów i trzymały się dekretów i statutów, przedtem ustanowionych co do ceny rzeczy przedajnych i płacy rzemieślników. W roku zaś 1538 częstemi, jak się wyraża, szlachty i posłów skargami poruszony, choć niechętnie orzekł, aby owe bractwa cechowe zniesione były i oddalone. Tenże król, również zniewolony, musiał wydać rozkaz wojewodom w roku 1543: „Aby pod karą nie cierpieli po miastach bractw cechowych, ponieważ wolności szlacheckiej i ziemskiej ubliżają i szkodzą.“ A sejm w Piotrkowie 1550 r. przynaglił Zygmunta Augusta do dalszego uciśnienia cechów, dlatego też król ten wyrzekł: „Cechy, iż dawno od przodków Naszych są zniesione, i My je teraz wedle pierwszych statutów znosimy i w niwecz obracamy, prócz rządów i obchodów kościelnych“[318].
Pomimo tych wszystkich zabiegów i uchwał sejmowych, istniały dalej bractwa rzemieślnicze, bo były na czasie, a królowie z dynastyi Wazów stawali w obronie instytucyi cechowej, której zakres działalności ścieśnić usiłowano. Jako warownie kraju, okazały się miasta koniecznemi, a za obornę i na utrzymanie ich trudno było mieszczanom odmówić nagrody. Zygmunt III. szczególnie, sprzyjając żywiołowi niemieckiemu, sprzyjał i cechom jako instytucyi niemieckiej, która rzeczywiście zasługiwała na uwzględnienie; bo dopóki instytucye miejskie wzorowały się według modły zachodniej, z Niemiec pochodzącej, siła wzrastał a z nią i rozwój cywilizacyjny miast. Za jego przykładem poszli synowie i następcy jego: Władysław IV. i Jan Kazimierz, i można rzec, iż za Wazów bractwa rzemieślnicze zakwitły w całym swym, może nieco dziwacznym, lecz ówczesnym ustroju.
Szlachta, nie uzyskawszy zgnębienia miast, a przedewszystkiem nie mogąc się bez nich obejść, zachowała sobie przecie choć pozór panowania nad niemi w ustawie rzemieślniczej i w prawach o zbytku mieszczan.
Podwojewodzy co roku ustanawiał ceny żywności i pracy rzemieślniczej[319], a sama szlachta uchwalała na sejmach prawa i kary na zbytek (lex sumptuaria). I tak na sejmie walnym warszawskim 1620 r. rzeczono: że „plebejusze równają się szlachcie, ceny towarów w górę idą.” Uchwalono zatem, aby żaden mieszczanin ani plebejusz obojga płci, wyjąwszy burmistrzów i wójtów, nie śmiał zażywać szat i podszewek jedwabnych; także futer kosztownych, okrom lisich i inszych podlejszych; także w safianie[320] aby żaden z nich nie chodził pod karą 100 grzywien. W roku zaś 1629 na zbytkujących mieszczan nałożono po złotemu rocznie: od siebie, żony, dzieci i czeladzi za kwitem[321]. Stąd też Władysław Jeżowski, akademik krakowski, dowcipnie pisze:

Teraz mieszczki na zbytki wszelaki się puszczają,
Przez co i mężów swoich w niwecz obracają,
Każą sobie dodawać na stroje pieniędzy;
Drugi prostak musi dać, w tem zostanie w nędzy.
W miastach wielkich, oprócz żon i panien radzieckich,
Włoskich ludzi dostatnich także i kupieckich,
Ujrzysz strojno w bławacie lada rzemieśniczkę,
Łańcuszno i w sobolach karczmarkę złotniczkę.
Także córki w kosztownych sztach urobionych,
W perukach, po francusku dziwnie ozdobionych.
A co święto i insza musi bydź jej szata,
Co wesele odmiana, jaka wielka strata?
Bo jeżeli obaczą u wielmożnej paniej
Szatę nową robotą: to musi bydź na niej.
Zawicie nową fozą, albo opasanie,
Kapelusz, bindę, czapkę, wnet ją na to stanie.
Że szlachecki stan nie wie, jako się ma stroić,
Wszystko się mieszczkom znidzie na złość szlachcie broić.
Już niejedną sromotnie o to znieważano,
I na ratuszu karać surowo kazano;
Przecie one na to nic jakoby nie dbają,
Choć mężowie od tego wielkie szosy dają.
Koniecznie żeby ostro w tem karane były,
By się niwczem szlachciankom tak nie przeciwiły,
Kiedy się będą stroić według przystojności,
Zatem stan miejski będzie w większej uczciwości[322].

Żali się także na ten zbytek mieszczaństwa i szlachty współczesny ks. Szymon Starowolski: „Począwszy od najmniejszego, wszyscyśmy miernością świetą, prostem używaniem ubiorów i onem staropolskiem życiem wzgardzili. Pierwej ojczysty ubiór, co go z wełny domowej zrobiono, boki nasze okrywał; teraz jedwabiów, aksamitów, złotogłowów[323], tabinów[324] lada u kogo pełno. Pierwej królowie sami w baranich kożuchach i szłykach[325] baranich chadzali, nie tylko szlachta polska i mieszczanie; teraz woźnica nie chce w kożuchu baranim być widziany, ale go ferezyą[326] z wierzchu okrywa, aby przecie suknią czerwoną był od ludu pospolitego różny. A mieszczanin i rzemieślnik każdy bez sobolej czapki na ulicy ukazać się nie śmie, już za lisi kołpak[327] wstydząc się. Także też i białogłowy wyższych i niższych stanów w ubiorach i strojach swoich miarę bardzo przebrały, że końca utratom nie masz. By mąż nie miał mieć i szeląga w kalecie, by na majętność, dom, kamienicę albo na szyję przyszło się zadłużyć, tedy druga koniecznie chce takie mieć szaty, jakie widziała u której wielmożnej pani nowym krojem, zawicie nową fozą[328], opasanie, czapkę, łańcuch, kanak[329], wstęgi, manele nową robotą. Przez co nam wszystka już prawie Polska zfrancuziała, a podobno sfrancowaciała“[330].
Na sejmie walnym warszawskim w r. 1655 zapadła uchwała przeciwko zbytkowi, tak na szlachtę jako i plebejuszów: „Ktobykolwiek z plebejuszów ważył się do strojów droższych sukien albo jedwabnych szat używać; także soboli, rysiów, marmurków, pupków[331] i pasów jedwabnych: każdy taki kupiec i mieszczanin bogatszy za karę 1000 grzywien zapłacić powinien, ubożsi zaś plebejuszowskiego pochodzenia 200 grzywien“[332].
Podobne prawa nie przyczyniały się do utrzymania zgody pomiędzy szlachtą i mieszczaństwem. Miasta ze wstrętem patrzyły na szlachtę, zazdroszczącą im owocu pracy i przemysłu i dążącą do podbicia miast wolnych w poddaństwo swoje. Szlachta zaś za obronę kraju i dzielność, jaką okazywała w bezustannych prawie wojnach, żądając nagród i uznania od całego narodu, wymagała wyłącznej wolności i wyłącznych swobód dla siebie, i nie mogła się oswoić z widokiem zamożnych i strojnych, a nierycerskich miast. A co największa, podejrzywała królów, iż zapomocą bogatych mieszczan i zbrojnych miast zechcą ją pozbawić krwią nabytej wolności. Zazdrość ta szlachty wobec miast była powszechną podówczas w Europie, bo wszędzie oparta na obopólnych wyłącznych interesach.
Szlachta pragnęła, aby miasta istniały tylko dla jej wygody, dla sklepów, gospód i kościołów. Mieszczanie zaś, pochodzące z pracy ludu bogactwa szlachty, uważali za najsłuszniejsze źródło swych korzyści i zysków. Mieszczanie, ponosząc coraz większe ciężary, opłacając wzmagające się pobory i stacye żołnierskie, gdzie mogli, odbijali na szlachcie, czy to w sklepie, w rzemiośle, czy w gospodzie. Szlachta zaś nie miała ochoty płacić więcej i zniżała ceny, więc kupcy i rzemieślnicy dostarczali podlejszych towarów i wyrobów; stąd hałasy i skargi — lecz trudno, skoro ludzkość parła innym prądem.
Podwojewodzowie mieli pośredniczyć między stronami, i stawy ich są często słuszne. Czasami jednak nie odpowiadały okolicznościom albo tylko chęci zysku mieszczan, i wywoływały wielkie zaburzenie.
Żywym tego przykładem jest ustawa z r. 1630, przykazująca urzędowy wymiar naczyń szynkowych, obok zniżenia cen gorzałek i piwa. Co ubyło w cenie, ubyło i w miarach, jedno drugiem nadstawiano; lecz mieszczaństwo uczuło się pokrzywdzonem ustawą, której co do zasady słuszności odmówić niepodobna. A mimo to jakież to kłopoty, jakie wzajemne oburzenie pomiędzy szlachtą i mieszczanami wywołała ta pomieniona ustawa! Oto jej brzmienie dosłowne:
Ustawa rzeczy strawnych i robót rzemieślniczych, uczyniona 18. września 1630 r. przez Imci pana Marcina Wielogłowskiego, podwojewodzego krakowskiego, przy obecności pana Krzysztofa Wielogłowskiego, podstarościego sandeckiego, oraz Imci pana Tomasza Jaklińskiego, burgrabiego sandeckiego, i Imci pana Stanisława Ujejskiego, pisarza grodzkiego sandeckiego[333].
Rzeznicy. Za dobrego wołu kupionego 20 złp. Dobrego mięsa funt po 1 groszu; cielęciny 1½ gr.; wieprzowego tłustego 2 gr.; skóra wołowa 3 złp.; jałowicza 1 złp. 10 gr.; barania wielka ruska 20 gr.; kozłowa 1 złp.; cielęca 12 gr.; owcza 16 gr.; jagnięca 4 gr. Każden rzeźnik powinien mieć wagi i funt w jatce z podpisem pana podwojewodzego. A mięsa nie mają przedawać bez rewizyi pana podwojewodzego albo namiestnika jego, pod winą 14 grzywien.
Gorzałka. Gdzieby się pokazała przednia dobra, która nakładu niemałego różnego potrzebuje, taka nie ma bydź przedawana, tylko za kwartą pana podwojewodzego. Żyto rachując wiertel po 2 złp. 12 gr., gorzałki kwarta wszelakiem zielem przyprawnej 10 gr., a prostej 5 gr. Kwarty i kwaterki sprawiedliwe pod cechą pana podwojewodzego szynkarze mieć mają, pod winą 14 grzywien.
Piwo. Rachując wiertel pszenicy po 2 złp. 15 gr., a zalawszy na jeden war piwa wierteli 20. Z tego wziąwszy piwa dobrego wykisłego achteli 20; porachowawszy wszystkie nakłady i dolewkę, piwowary i czopowe: Ustanawiamy achtel piwa dobrego zielonego po 3 złp. 10 gr., garniec 1½ gr.; achtel gęstego 6 złp., garniec 3 gr.; marcu garniec 4 gr. A gdzieby się nader dobre piwo trafiło, zachowuje to sobie Imci pan podwojewodzy według smaku i zdania swego, jednak za kwartą swą albo poborcy swego. Kwarty drewniane aby każdy szynkarz miał pod cechą pana podwojewodzego.
Piekarki. Trzy funty chleba żytniego chędogiego grosz 1, a funt chleba szeląg. Także i placki wszelakie maślane i twarożne po szelągu mają bydź, a niekrajane!
Przekupnie i przekupki. Iż przez zbytnie przekupstwa rzeczy w drogość wielką przychodzą; tedy przekupniowie i przekupki nie mają się ważyć rzeczy wszelakich zakupować przez dwie godziny, póki chorągiew wywieszona będzie na ratuszu; także aby żaden za brony nie ważył się wychodzić!
Gęsi i kury. Gęś karmna bez pierza oprawna 12 gr.; w pierzu 14 gr. Kapłonów para niekarmnych 10 gr., karmnych 18 gr. Kurcząt para 7 gr.; kokosz prosta 3 gr.; kaczka 3 gr.; ptaszków młodych rożenek[334] 1 gr.; gołąbków para 2 gr.
Ryby i śledzie. Funt ryby słonej lwowskiej 4 gr.; funt ryby węgierskiej 1½ gr.; śledzie wszelakie po 2 gr., mniejsze po 1½ gr.
Krupiarki. Wiertel tatarki 1 złp. 10 gr., z wiertela miarek 7, więc miarka krup po 6 gr.; jęczmienia wiertel po grzywnie, więc miarka krup 7 gr.
Masło, oliwa, olej. Masła funt 4 gr., sera 2 gr.; oliwy weneckiej przedniej funt 1 złp.; oleju makowego kwarta 8 gr., lnianego 6 gr., konopnego 3 gr.
Robotnicy dzienni. Robotnik na żniwo za jeden dzień nie ma brać, tylko 1½ gr. przy strawie gospodarskiej; a bez strawy jako go kto najmie. Od sieczenia kosą i rezania sieczki po 3 gr. przy strawie. Od rąbania fury drew bez strawy 1½ gr.
Cieśle. Od niedzieli środopostnej aż do św. Bartłomieja za robotę dzienną nie mają więcej wyciągać, tylko po 12 gr.; topornik po 8 gr., siekiernik po 6 gr.
Murarze. Na dłuższym dniu mistrzowie po 12 gr., towarzysz, co kamień ciesze i muruje 10 gr., co tylko muruje 8 gr. Od roboty mają schodzić o godzinie 23 (7 po południu).
Krawcy. Od delii[335] długiej sukiennej ze dwunastą pętlic[336], jedwabną podszewką podszytej 20 gr.; od delii listwowanej 10 gr.; od delii wyrzynanej z pętlicami, z podszewką sznurkowaną 16 gr.; od delijki pacholęciu 15 gr. Od ubrania podkładanego od uszycia 8 gr.; od ubraniczka[337] 4 gr. Od żupana prostego nie sznurkowanego 10 gr.; od żupanika pacholęciu w lat 12—14, tak jak od delijki, 15 gr. Od kopieniaka[338] podszytego sznurkowanego 20 gr. Od ferezyi sznurkowanej od podszycia 12 gr. Od opończy[339] sznurkowanej 15 gr. Od kaftana adamaszkowego albo kitajczanego przeszywanego 10 gr. Od uszycia kołpaka sukiennego 4 gr.; od kołpaka aksamitnego męskiego 6 gr. Od letnika[340] podszytego płótnem, z pasamonami[341] 16 gr. Od spodnicy z pasamonami 15 gr. Od sukni białogłowej z kształtem aksamitnym 15 gr. Od czamary z pętlicami i pasamonami 20 gr. Od płaszcza białogłowskiego 20 gr.; od płaszczyka albo mętlika z pasamonami 12 gr. Od szarafana[342] albo furmanki z pasamonami 12 gr.
Szewcy safiannicy. Od zrobienia butów safianowych z podkówkami 18 gr.; od baczmag z kapciami[343] 18 gr.; od ciżem[344] 15 gr.
Sukiennicy. Wełny kamień 6 złp.; więc łokieć sukna 14 gr.
Kowale. Podkowa nowa z przybiciem wielka 4 gr.; siekiera 18 gr.; podkówki ordyńskie[345] 2 gr.
Kotlarze. Miedź robiona nowa funt 20 gr., stara 8 gr. Na każdem naczyniu każden cechę swą wybić ma, aby po niej poznać było.
Ślusarze. Kłódka mała 6 gr.; zamek o dwu ryglach z ingrychtem[346] i dwoma kluczami 3 złp. Grzebła[347] proste dwoiste niepobielane 8 gr., troiste pobielane 15 gr., czworzyste 18 gr. Strzemiona chędogie do kulbaki 1 złp., podlejsze 20 gr.
Szychtarze. Para pistoletów dobrych żelazem nabijanych 1 zł. 16 gr. Para rusznic krótkich żelazem nabijanych 12 zł. Para bandoletów dobrych żelazem nabijanych 16 zł., mniejszych 14 zł. Para muszkietów wielkich pieszych 16 zł. Rusznica ptasza 6 zł., mniejsza 5 zł.
Miecznicy. Za szablę nową ze wszystką oprawą chędogą 3 zł.; za podlejszą węgierską z oprawą 2 zł. 15 gr. Od oprawy szabli prostej z brajcarami[348] i z krzyżem 2 zł.; od oprawy korda z prostą poszwą[349] krom żelaza 20 gr.; za pałasz nowy także z prostą poszwą krom żelaza 3 zł. 20 gr.
Kopijnicy[350]. Kopia z turska[351] robiona robotą piękną, kształtna malowana 3 zł.; a ktoby sobie kazał na wymysł złocistą robić, powinien zapłacić jako starguje. Drzewce turską robotą malowane 1 zł. Darda[352] z turska robiona 2 zł. Drzewce do chorągwi jezdnej piękną robotą, malowane 1 zł. Drzewce do chorągwi pieszej 1 zł. 15 gr.
Siodlarze. Siodło usarskie falendyszowe[353], kordybanem albo kozłem oblamowane, jedwabiem naokoło obstepowane[354] 7 zł., a pokrowiec[355] do niego dostatni 1 zł. Siodło karazyowe[356] usarskie dostatnie 4 zł., pokrowiec 24 gr. Kulbaczka[357] skórzana ciemcem[358] dobrym powleczona, z poduszką, kuszem[359] w około obszyta i skórą futrowana 3 zł. 15 gr. Siodło woźnicze usarskie juchtowe dostatnie 2 zł. 15 gr.; siodło woźnicze proste 1 zł. 6 gr. A kto da falendysz swój, tedy od roboty i za łęk[360] nie ma brać więcej siodlarz, tylko 3 zł. Olstro[361] do pistoletu jednoręcznego piękną robotą 1 zł. 6 gr.; olstro na bandolet piękną robotą 2 zł. 12 gr.; olstro na muszkiet chędogie 3 zł. Sakwy wielkie 3 zł., mniejsze 2 zł. A kto z swej skóry da robić, od roboty większych 1 zł. 10 gr., od mniejszych 1 zł. Tłumok z wielkiej skóry na 3 pary szat 3 zł. Lamcze albo poduszki do szoru[362] końskiego 24 gr.
Rymarze. Rządzik[363] stepowany dwoisty, tak biały jako i czerwony, 2 zł. Puśliska[364] zawijane czerwone juchtowe przednie 24 gr.; puśliska przekładane dwoiste 1 zł.; puśliska usarskie sowite juchtowe 1 zł. Poprąg[365] juchtowy z cuglem, kirem[366] podszyty, z skoblicami[367], wykrawany przedni 1 zł. 6 gr.; poprąg z wołoskiej taśmy z cuglem 10 gr. Uździenica usarska turecka wyprawna, suknem podszyta 26 gr.; prosta 15 gr. Uździeniczka kozacka z nagłówkiem pleciona 15 gr. Tok[368] 12 gr.; toki do koncerza[369] juchtowe bez wyszywania 20 gr.; tok do kopii zawijany albo dwoisty 18 gr. Kantar[370] usarski juchtowy wyszywany, z łańcuszkiem do usarskich koni 1 zł.; kantar prosty z łańcuszkiem 18 gr. Wodza[371] dostatnia pleciona prosta 12 gr.; podlejsza 10 gr. Paski do koncerzów i pałaszów juchtowe 8 gr.; pas do szabli juchtowy 12 gr. Szor juchtowy przedni zawijany, ze wszystkiem gotowy na poszostne konie, z przęckami pobielanemi 40 złp.; podlejszy zawijany na poszostne konie 36 zł. Szor do kotczego[372] na parę koni ze wszystkiem 12 zł.
Czapnicy. Szynkarze winni i każdy nie mają drożej przedawać czapnikom lagru[373] winnego, cebra jednego za 1 zł. Barwicy[374] miodowej za 15 gr.; ałunu kamień 4 zł.; brezylii[375] kamień 6 zł.; grempel[376] tuzin 2 zł.; łoju topionego kamień 3 zł.; beczka sluffy[377] 2 zł. Przedawać mają czapnicy: magierkę[378] z najprzedniejszej wełny na większą głowę według preszburskiej roboty 1 zł. 6 gr.; magierkę z grubej wełny 18 gr. Czapka największa do tutra z najprzedniejszej wełny 1 zł. 10 gr.
Szewcy prości. Buty jałowcze kowane na pachołka 1 zł. 12 gr.; buty za kolana dla woźnicy 1 zł. 6 gr.; ciżmy męskie z podkówkami dobrego rzemienia 20 gr.; trzewiki męskie zawięzowane o dwóch podeszwach 20 gr.; buty białogłowskie dobrego rzemienia 20 gr.
Stelmachy. Kolasa z kołami na parę koni nieokowana 7 zł.; skarbny wóz z kołami nieokowany 7 zł.; kareta bez kół z skrętem[379] 8 zł.; sanie białe na 4 konie 4 zł.; sanie białe na 2 konie 2 zł.
Kołodzieje. Za 4 koła do kotczego 2 złp.; do wozu furmańskiego 3 zł. 6 gr.
Błoniarze. Błona[380] w okno z pięknych szyb, robiona w ołów prosto, bez rzezania, ma bydź szyba jedna po 1 groszu; a prosta szyba po półgroszu; kieliszek co w nim kwaterka 1½ gr.
Stolarze. Stół lipowy za 3 łokcie wzdłuż a 2 w szerz, jakąkolwiek farbą malowany 2 zł. 20 gr.; zydel[381] do niego matowany 24 gr., kałamarz chędogą robotą 3 gr.; szkatułka łokciowa z szufladami, farbista, robotą piękną okowana i z zamkiem 6 zł.[382].
Ta ustawa pana podwojewodzegonie podobała się miastu, mianowicie owo dotąd niezwyczajne cechowanie miar piwnych i zbytnie wymaganie opłat od ustawy. Miasto zaprotestowało w grodzie i wytoczyło sprawę w trybunale lubelskim; piwowarzy zaś przestali warzyć piwa i sycić miody, grożąc, iż wcale nie będą robić gorzałek ani miodów[383]. Myśleli, że tem zastraszą podwojewodzego. Ale podwojewodzy postąpił sobie w całkiem niespodziewany sposób.
Na żądanie bowiem tegoż wielmożnego Marcina Wielogłowskiego, podwojewodzego krakowskiego, stanąwszy oblicznie sławetny Sebastyan Znamirowski, mieszczanin lipnicki, zeznał: „Iż będąc w więzieniu tureckiem i tatarskiem z Imci panem Krzysztofem Jugoszowskim lat dwanaście, nigdzie w tamtych krajach ani miodów ani wódek żadnych nie widział“[384].
„Kiedy więc“, rzekł podwojewodzy, „narody pogańskie, w Odkupienie przez Zbawiciela Jezusa Chrystusa niewierzące, ani łask wiary używające, obchodzą się bez wszelkich napojów upajających, czemużby się prawowierne miasto Jego Królewskiej Mości Nowy Sącz nie miało obejść bez tego, zwłaszcza kiedy ma ku temu ochotę? Zresztą wolna i otwarta droga prawa!“
Mieszczanie nie wiedzieli co odpowiedzieć na to, a podwojewodzy uparł się na swojem i surowo ustawy przestrzegał. Więc skoro jeden i drugi grzywny zapłacił, musieli prawie całkiem ustać w gorzelnictwie i piwowarstwie. Rurmuz na tem najgorzej wychodził, a na początku roku 1631 kupiono tylko jeden znaczek wodny[385], bo tylko jedna gorzelnia robiła[386].
Sprzykrzyło się to jednak miastu i zaraz po Wielkiejnocy zgromadziło się całe pospólstwo i jednogłośnie uchwaliło pobierać: od waru piwa 1 złp., od półwarka 15 gr., a od gorzałki 12 gr., na wydatek prawny z wielmożnym podwojewodzym w trybunale, a choćby i u dworu Jego Królewskiej Mości. Więc jaki taki jął się znowu browaru i gorzelni.
Przeciwko panu podwojewodzemu przygotowano się stanąć zaraz na pierwsze kwerele[387] w grodzie, skoro starosta grodowy do sądu starościńskiego zasiądzie. Nadszedł wreszcie czas. Tomasz Pytlikowicz, wójt, zebrał prawa i dowody i udał się do kancelaryi grodzkiej, gdzie zastał podpiska grodzkiego, Mikołaja Chronowskiego. Nie zapomniał też potężnego łososia dla pana starosty, w celu pozyskania względów i łaski jego dla miasta. Pisma i łososia położył na stole, czekając przybycia starosty. Nadszedł ten i ów, zawiązała się żywa pogadanka, podczas której pan Chronowski kręcił się po izbie. Nadchodzi też i wielmożny pan starosta. Pytlikowicz zbliża się do stolika, a tam ani papierów ani łososia. Pyta pana podpiska, gdzie się to podziało? A ten zamiast odpowiedzi ofuknął go![388] Pytlikowicz zaś bez korowodów wymawia mu w żywe oczy, iż porwał pisma miejskie i łososia. Wytoczyła się sprawa o obrazę honoru przed panem starostą. Pytlikowicz zawezwał świadków i udowodnił, iż mu w izbie sądowej grodzkiej, skąd tylko pan Chronowski wychodził, zginęły akta i ryba. Skończyło się na tem, iż pan Chronowski, jak niepyszny, musiał odstąpić dalszej zaczepki i wpisać to własnoręcznie w akta radzieckie[389]. Gniew tylko pozostał mu w sercu.
Proces z panem podwojewodzym wymagał znacznych nakładów. To, co uchwalono, nie wystarczało. Dlatego 10. lipca 1631 r. na ogólnem zgromadzeniu pospólstwa nie zapomniano o panu podwojewodzym, mieniąc go drugim po wrogu. Na dalsze przeciwko niemu występowanie prawne uchwalono składkę po 6 gr. od każdego mieszczanina i komornika.
Pan Wielogłowski zaś tem surowiej przestrzegał ustawy swojej. Podczas jarmarku podpoborca jego chodził i pilnował miar i jakości napojów. Miód sławetnych Strączków, małżonków, zdał mu się być odmiennym od tego, który przed jarmarkiem okazali i na który naznaczono cenę 12 gr. za garniec. Kazał ich zato bez korowodów uwięzić, a uwolnił dopiero za złożeniem przysięgi, że nie inny miód szynkują, jeno ten, który podpoborca Imci pana podwojewodzego przed jarmarkiem ustawił.
Szynkarze, jak mogli, przemycali napoje, podwojewodzy zaś przez swych dozorców pilnował i chwytał.
Podczas zjazdu wojewody ruskiego, Stanisława Lubomirskiego, na wizyę (oględziny) granic paszyńskich[390], zjechało się wielu z pomiędzy szlachty, a między nimi pan Stan. Dembiński z Łososiny, który potrzebował nie mało wina. Jak zwykle, posyłał do Stanisława Rogalskiego sługi swoje: Palechowskiego i Zagórskiego. Potrosze, potrosze przynieśli oni 30 garncy wina po 15 gr. kwarta, które Rogalski sprzedawał ukradkiem, nie opłaciwszy cła. Wielogłowski dowiedział się o tem i na mocy urzędu swego podwojewodzińskiego zaprotestował wobec rady i zaskarżył w grodzie. Pospólstwo zaś zgromadzone, popierając sprawę, posłał do Jana Tęczyńskiego, wojewody krakowskiego, żaląc się na pana podwojewodzego[391].
Po długich zwłokach zapadł wyrok na Rogalskiego, skazujący go na kary za przemytnictwo, a podwojewodzy zażądał wykonania, przedkładając wyrok wójtowi i ławnikom. Ławica odrzuciła go jako nieuzasadniony na dowodach, tylko na prostem obwinieniu oparty, i założyła rekurs do pana starosty. Ubodło to niezmiernie Wielogłowskiego, iż wójt nie przyjmuje wyroku grodzkiego, i przyszło do cierpkich przymówek. Ponieważ zaś Rogalski zupełnie zaprzeczał oskarżeniu, odwołując się na wolność jarmarczną stosownie do prawa, wójt nakazał przysięgę. I przysiągł Rogalski: Że nie szynkował okrom jarmarku[392].
Wielmożny Marcin Wielogłowski, rozgniewany do żywego, począł wygadywać na miasto i mieszczan. Przywykli mieszczanie do podobnych wybuchów wielmożnego gniewu, słuchali cierpliwie, nie ośmielając się odciąć, ażeby z tego później nie urosła sprawa z całą szlachtą. Nie zniósł tego jednak jeden z młodszych mieszczan, Wojciech Bogdałowicz[393], bo płynęła w nim krew szlachecka. Ojciec jego Stanisław, szlachcic podupadły, przyjął był prawo miejskie i bywał poważanym ławnikiem, nobilis civis et scabinus sandecensis, synowie zaś, dobrze się prowadząc, nie trudnili się rzemiosłem, i nie straciwszy szlachtctwa łokciem i wagą[394], zawsze się do szlachty liczyli, jak wszyscy patrycyusze, ród z szlachty wiodący. Do tego Wojciech Bogdałowicz poczuwał się na kieszeni, co mu także dodawało odwagi. Niedawno bowiem ożenił się był z bardzo poważaną i bogatą mieszczką Felicyą, wdową po Sebastyanie Piotrkowiczu, kupcu († 1631), która, odwdzięczając mu się w miłości, zapisała mu połowę całego majątku swego, jako młodzianowi szlachetnemu. Mógł się tedy tem śmielej ująć za swem miastem.
Pan podwojewodzy zmierzył okiem młodego zuchwalca, który mu śmiał czoło stawić, lecz czując słuszność zarzutów, nie mógł ich odeprzeć, więc dał mu tylko uczuć swą pychę.
Przeciwko zbytkowi, mianowicie w ubiorach, zazdrosna szlachta często uchwalała prawa, których sama nigdy nie zachowywała, mieszczan jednak z powodu tego często nabawiała przykrości. Między innymi istniał zakaz, aby mieszczanie nie chodzili w safianowych butach. A właśnie safianowe buty miał na nogach Wojciech Bogdałowicz.
Pan Wielogłowski, słuchając ze zdziwieniem odezwy jego, spostrzegł to, i przerywając mu mowę, rzecze: „A skąd tobie prawo, panie Bogdałowicz, chodzić w safianowych butach, skoroś ty mieszczanin, nie szlachcic?“ Bogdałowicz zapomniał języka w gębie! Podwojewodzy zaś zwrócił się do wójta i żądał, aby zapisano do aktów skargę, którą, jako szlachcic, zanosi przeciwko Bogdałowiczowi, iż sobie przywłaszcza przywileje szlacheckie.
Lecz przewodził w sądzie stary i doświadczony Tomasz Pytlikowicz, któremu nie obce były sejmiki, sejmy, trybunał, a nawet dwór króla Jegomości. Grzecznie się skłonił panu podwojewodzemu, oddał uszanowanie rycerskiemu stanowi i przywilejom jego, ale dodał, iż tej sprawy jako czysto szlacheckiej nie poważa się sądzić. „Niechaj więc wielmożny pan raczy żal swój zanieść do szlacheckiego sądu w grodzie, skoro tylko pan starosta do sądów starościńsko-grodzkich zasiądzie!“
Podwojewodzy więc do grodu zaskarżył urząd miejski, iż mu nie czynią sprawiedliwości z Rogalskiego; Bogdałowicza zaś, że nosi safianowe buty[395].
Takie postępowanie pana podwojewodzego nie wszystkiej jednak podobało się szlachcie, zwłaszcza, że narażało na wzgardę szlachtę i szlachcianki zmieszczałe, jakich w samym Sączu było nie mało. Wszakże i z Wielogłowskich jedna: Konstancya Zawistowska, była niedawno w podobnem położeniu i sam pan podwojewodzy, jako opiekun przyrodzony, ujmował się za nią z powodu jej krzywdy, doznanej od Wojciecha Łopackiego, który w uniesieniu gniewu pochwycił i wyrzucił ją na ulicę z kamienicy Smoczowskiej, wraz z jej matką Anną Wielogłowską[396]. Zresztą Bogdałowicz, człek porządny, w zażyłości był z szlachtą, a nawet z panem Krzysztofem Wielogłowskim, podstarościm sandeckim.
Pan podstarości z urzędu swego, wraz z podwojewodzym i radą miasta, ustanawiał taksę i opłatę od wszelkich napojów i żywności. Była to dość uciążliwa czynność, i chcąc sobie ulżyć na rok 1633, chciał ją właśnie zdać na jakiego zastępcę, za którym się oglądał. Chcąc zaś ukarać brata swego Marcina za jego niepopularność, właśnie zdał to zastępstwo Bogdałowiczowi, wprowadzając go tym sposobem w bezpośrednią z nim styczność. Bogdałowicz najchętniej przyjął je wobec urzędu miejskiego.
Jakżeż się zdziwił pan podwojewodzy, kiedy, przyszedł na ratusz w celu ponowienia corocznego urzędowania swego co do ustawy rzeczy strawnych i rzemieślniczych, zamiast brata swego podstarościego, zastaje Bogdałowicza z pełnomocnictwem do zastępstwa w tej urzędowej czynności![397] Obrażony do najwyższego stopnia, odstąpił od urzędowania i natychmiat podał protest przeciwko Bogdałowiczowi, że wbrew wszelkim konstytucyom sejmowym śmiał mieszać się do urzędowania podwojewódzkiego i że się poważył przyjąć zastępstwo wielmożnego Krzysztofa, podstarościego sandeckiego. Nie uznając więc urzędowania jego, oświadczył, iż go prawem do odpowiedzialności pociągać i przeciwko niemu działać będzie! Musiał wkońcu Bogdałowicz ustąpić, a obaj Wielogłowscy potwierdzili ustawę na rok 1633.
Pospólstwo zaś miejskie, urażone lekceważeniem mieszczan, uchwaliło z swej strony przeciwko szlachcie i podwojewodzemu: 1) Aby się nikt nie ważył kupować drzewa dla szlachty lub na imię szlachty. 2) Każdy tak mieszczanin jak przedmieszczanin, gdy ma przedać dom lub rolę swoją, aby to opowiedział urzędowi, że chce sprzedać; a nie lada komu i obcemu przedawał, tylko temu, któryby się przydał na radę rzeczypospolitej, albo mieszczaninowi, okrom tego, gdyby się taki nie znalazł, albo mieszczanin nie chciał kupić, pod karą 100 grzywien. 3) Aby szynkarze wina i piwa panu podwojewodzemu nie dawali nic więcej nadto, co w konstytucyi wyrażone.
Z końcem jednak roku stanęła ugoda za pośrednictwem pana posdstarościego i Jana Wojakowskiego, pisarza grodzkiego. Pan podwojewodzy odstąpił od dalszego prawa z miastem, szczególnie zaś z Rogalskim, i własnoręcznie podpisał się na to w księgi radzieckie. Wdzięczne zaś miasto za stałe bronienie swych praw nadało Rogalskiemu w r. 1634 ogród tuż za szpitalem św. Walentego[398].
Niemniej ciekawą i szczegółową jest:
Taksa rzeczy przedajnych i kupnych (taxa rerum vendibilium et emptibilium), uczyniona 5. kwietnia 1652 r. w niebytności wielmożnego podwojewodzego powiatu tego, przez Imci pana Jana Wacława Proszowskiego, podstarościego sandeckiego, wraz z Imci panem Samuelem Gajowskim, burgrabią zamkowym, także z Imci panem Kajetanem Skrzetuskim, pisarzem grodzkim sandeckim[399].
Rzeźnicy. Iż czasu teraźniejszego przed trawą droższe bydło na jatkę... jako na teraz wołu przedniego dobrego na pień[400] za złp. 40 kupują, tedy takowego pół wołu złp. 15 gr. 23½; ćwierć przednia zł. 7 gr. 13, zadnia zł. 8 gr. 6½.
Pieczenie i insze szroty[401] ćwierci zadniej: Zrazowa pieczenia 16 gr., ogonowa 18 gr., średnia 18 gr., biała 15 gr., mirsztukowa[402] 15 gr., rura[403] 6 gr., giża[404] 4 gr., zieber 2 po 9 gr. = 18 gr., sześć linsztuków[405] po 7½ gr., gacznica[406] i polędwica 2 zł. 10 gr.
Tegoż wołu przedniego ćwierci przedniej sztuki i szroty: Plecy 24 gr., flansztuk[407] 15 gr., rura 6 gr., pąga[408] 20 gr., giża 3 gr., burszlak[409] 20 gr., mostek 24 gr., szpondrów[410] 3 po 7½ gr., a 6 po 6 gr., podplecnych 6 po 6 gr., ziebro z chrząstką[411] 10 gr., ziebro gołe wedle chrząstki 8 gr., ziebro osobne trzecie i czwarte po 8 gr. Skóra z łojem tegoż wołu przedniego 10 zł, skóra dobra w pracy rzeźnikowi. Wół średni podlejszy 30 zł.; jałowica przednia 20 zł.
Cielę dobre. Iż teraz cielęta są najtańsze, tedy cielę najlepsze kupią za 3 zł. Pół cielęcia takowego 1 zł. 7 gr.; ćwierć przednia 17 gr., ćwierć zadnia 20 gr.; skóra 15 gr., mostek 5 gr., plecko 7 gr., górnica[412] 8 gr., nadziewanka 5 gr., dych[413] 9 gr., zrazik 3 gr. Główka, kruszki[414], wątróbka, płucki, nożki: rzeźnikowi. Cielę średnie kupują za 1 zł. 24 gr., najpodlejsze za 1 zł. 16 gr.
Piekarze. Iż czasu teraźniejszego na przednowku żyto i przenica ceny swej nie puściły, tedy przez ten czas aż do nowego (chyba żeby znacznie tymczasem tanie albo drogie były), piekarze tak ze wsiów jako też i z miasta nie powinni będą chleba piec żytniego, tylko po 2 gr. albo po groszu jednemu. Pszenny zaś albo biały chleb, jako teraz i dawno zwyczaj jest, po 2 grosze, po półtoraku, po groszu, po półgroszku, po szelągu i po kwartniku[415], ale większy aniżeli przedtem był! Tego pilnie ciż piekarze przestrzegać powinni, aby rżany[416] chleb pięknie narobiony bez podsycania go drożdżami piekli: pod zabraniem takowego chleba, gdzieby się pokazał. A iż biały chleb snadź bez drożdży bydź nie może: tedy go nie nazbyt niemi nadymać powinni, pod zabraniem onego.
Piwowarowie i szynkarze. Przychylając się do teraźniejszej przednowkowej ceny zboża na piwa i gorzałki i inszych nakładów do tychże, tedy piwo w tejże cenie ma zostawać, t. j. achtel po 4 zł., garniec po 2 gr. A iż ze złego słodu albo małego dobre piwo bydź nie może, tedy panowie piwowarowie mają i powinni tego pilno przestrzegać, aby na cały war piwa dobrego zalewali nie mniej, jak 24 wierteli pszenicy z jęczmieniem chędogim, wpół mieszając. A jeźliby kto podlejszy słód wydał i spuścił do młyna: arendarze z młynarzem powinni odnieść do urzędu, a urząd zaś miejski takowego karać powinien: grzywien 14. Ze słodu zaś takowego słusznego i chędogiego, nie odejmując przyrostku, nie mają więcej brać nad achteli 24 z dolewką. Czego urząd miejski doglądać powinien. Iż piwo szmelcowane alias dwuraźne droższe bydź musi, niżeli zielone, tedy beczka dwuraźnego po 8 złp., garniec po 4 gr. przedawać powinni.
Gorzałka powinna dobra, anyżkowa i cytwarowa, bydź warzona. Przednia dobra gorzałka anyżkowa ma bydź przedawana po 16 gr., cytwarowa także. Podlejsza zaś tatarska albo insza po 14 gr.
Miód przednie dobry do picia, garniec po 14 gr., podlejszy po 12 gr. Miód siedmiogrodzki kwarta po 10 gr., garniec po 40 gr.
Szewcy. Uważając cenę towarów rzemiosła tego i nakładów, tedy buty rybackie 2 zł.; buty chłopskie 1 zł. 18 gr.; buty kowane średnie 1 zł. 6 gr.; buty kozłowe dobre 1 zł. 15 gr.; buty białogłowskie 24 gr.; hajduckie trzewiki z dobrego rzemienia 20 gr.; białogłowskie trzewiki dobre proste 12 gr.; butki dziecięciu w dziesięci lat 12 gr., w ośmi lat 10 gr.; trzewiki dziecięciu takiemu 8 gr.; trzewiki białogłowskie na korku 24 gr.
Safianniki. Buty żółte dostatnie z długiemi cholewami 3 zł.; buty dostatnie dobre czerwone z długiemi cholewami 3 zł. 15 gr.; żółte dobre mniejsze 2 zł. 15 gr.; czerwone 3 zł.; ciżmy 1 zł.; trzewiki dziecięciu 12 gr.; trzewiki safianowe białogłowskie odwracane 1 zł. 10 gr.; od roboty butów safianowych 24 gr.
Rymarze. Szor juchtowy na 6 koni z uzdzienicami, licami, przęczkami pobielanemi, z postronkami, ryngortami[417], ze wszystkiem przedawać mają za 60 zł. Szor na 4 konie także ze wszystkiem 40 zł. Półszorek z lejcem i naszelnikiem 10 zł.; uzdeczka prosta 15 gr., wiązana z pobielanemi wędzidłami 20 gr.
Kuśnierze. Kożuch na woźnicę otworzysty piękny 5 zł. 15 gr.; białogłowski kożuch otworzysty 8 zł.; szorc[418] białogłowski 4 zł., giermak[419] z baranków młodych otworzysty na białogłowę 8 zł. 15 gr.; szorc białogłowski przedniejszy 6 zł.; kitla białogłowska 5 zł.
Sukiennicy. Postaw sukna prostego jarzęcego[420], który miał łokci 27. a wszerz łokieć, 16 zł.; podlejszego zaś prostego stąpionego postaw 15 zł. Pierwszego sukna jarzęcego łokieć powinien bydź przedawany po 14 gr., drugiego podlejszego po 12 gr.
Krawcy. Od dołomana[421] krótkiego 1 zł.; od żupana długiego 1 zł. 10 gr.; od kontusza z pętlicami 1 zł. 15 gr.; od wyśmienitej białogłowskiej spodnicy z kabatem 2 zł. 15 gr.
Bednarze. Beczka dębowa na kapustę szeroka 1 zł. 20 gr.; jodłowa 1 zł.; achtel smolny dobrze 18 gr.; niesmolny 12 gr.; półachtelek smolny 9 gr.; niesmolny 6 gr.; beczka na mięso, większa niżeli śledziówka i pękatsza 12 gr.; ceber 6 gr.; cebrzyk 3 gr.; obręcz na piwo i na wino 1—2 gr.; od szpunta beczki ½ gr.; od wątoru do wina alias fryszu 1 gr.
Płóciennicy powinni ludziom na czas umówiony robić, przędzy nie odmieniać; łokieć płótna lnianego po 1½ gr., konopnego po 1 gr., pacześne lub zgrzebne po szelągu robić mają, pod winami.
Kowale. Podkowa pod wielkiego konia 6 gr., pod średniego 5 gr.; od okowania pary kół nowych 2 zł.; od pary kół kolasnych 2 zł.; sworzeń do wielkiego wozu 15 gr., do małego 12 gr.; bratnali kopa 15 gr., gontowych 5 gr.; siekiera drwalna 20 gr., mniejsza 18 gr.
Nie wchodząc bliżej w ocenę owych corocznych ustaw żywności i robót rzemieślniczych, bądź co bądź przyznać należy, iż miały tę jedyną zaletę, że zapobiegały wyzyskiwaniu i zdzierstwu, które niestety w naszych czasach tak pospolitem jest w świecie kupieckim i rzemieślniczym. Natomiast miały nader zgubne skutki dla rozwoju rzemiosł i handlu, a podkopując wszelki przemysł krajowy, przyspieszyły upadek miast a z nim zubożenie całego kraju.






Rozdział  VII.
Rzemiosła i przemysł.

Dzieje Nowego Sącza w epoce królów z dynastyi Wazów przedstawiają nam, pomimo zupełnego zniszczenia miasta pożarem w r. 1611, aż do owych strasznych klęsk w ostatnich latach panowania Jana Kazimierza, wogóle obraz jego kwitnienia. Że właśnie czasy te tak nazwać możemy, że miasto po owym pożarze z tak zadziwiającą szybkością podźwignąć się zdołało, jedynym i wyłącznym powodem był jego bogaty, ożywiony i wszechstronny handel. Na jego zaś rozwój i kwitnienie pływało korzystne położenie nad znaczną, podówczas spławną rzeką Dunajcem, blizkość granicy Węgier, z którymi wiązały Polskę odwieczne przyjazne stosunki polityczne i handlowe;[422] a co najważniejsza, liczne przywileje wszystkich królów,[423] począwszy od jego założenia, potwierdzone i pomnożone łaskawością i troskliwością królów i z tej dynastyi. To też uczony ks. Szymon Starowolski nie szczędzi słusznych pochwał Nowemu Sączowi w swem dziele z r. 1632, że „na Pogórzu karpackiem celuje oświatę ponad inne okoliczne miasta i kwitnie niepoślednim handlem.“[424]
Z dość częstych lustracyi Nowego Sącza, wykazujących liczbę rzemieślników każdego cechu, dziwnym zbiegiem okoliczności nie znajdujemy nigdy podanej liczby kupców, z których możnaby już zyskać choć najogólniejszy obraz ruchu handlowego niniejszej epoki. Księgi jednak archiwum miejskiego dostarczają materyału, który, lubo nie w zupełności, wynagradza ten dotkliwy brak i dozwala zestawić wykaz kupców tej epoki. Według aktów radzieckich i ławniczych było w Nowym Sączu w latach 1598—1656 kupców blizko 60. Liczba ta, zważywszy wcale niewielki przeciąg czasu nie całych lat 60, jak również niewielki obszar miasta fortecznego, które wraz z przedmieściami mogło wówczas co najwięcej liczyć 4—5 tysięcy mieszkańców, wydać nam się musi wcale znaczną. Już to samo dowodzi, jak także znacznym musiał być w owej epoce ruch handlowy, przewyższający nierównie potrzeby samego miasta i jego okolicy.
Na podniesienie handlu naszego miasta wpływał także kwitnący stan rzemiosł i produkcya fabryczna samego Nowego Sącza, tak iż handel jego w niniejszej epoce nie rozciągał się jedynie tylko na import i przewóz produktów zagranicznych, przedewszystkiem węgierskich. Jak zaś w owych czasach rzemiosła w Nowym Sączu musiały kwitnąć i stać wysoko, najlepszym dowodem wiadomość, którą znajdujemy w dyaryuszu Jerzego Tymowskiego,[425] mianowicie że na wiosnę 1611 r. zjechał z Węgier sługa pana Mikołaja[426] Boczkaja (Bocskay) wprost do niego, prosząc imieniem wielmożnego pana swego o zamówienie pięknej karety od atłasów i jedwabiów. A więc brat młodszy owego Stefana Boczkaja, który w r. 1604 stanął na czele powstania całych Węgier przeciwko rządom cesarskim, i obwołany księciem siedmiogrodzkim i węgierskim, zmusił cesarza Rudolfa II. do traktowania z sobą o pokój i uznania go księciem Siedmiogrodu (1606 r.) — wówczas niezawodnie jeden z najpierwszych magnatów węgierskich — udaje się za granicę, i czego widocznie nie mogły dostarczyć jego kraje ojczyste, zamawia dla siebie w Nowym Sączu! Rzeczywiście Tymowski ugodził karetę u stelmacha za 222 złp., sam pilnował roboty, kupił w Lublinie skór juchtowych, zgoła starał się, aby węgierscy panowie byli zadowoleni. Sługa pana Boczkaja zostawił mu 100 talarów węgierskich (111 złp.) na wydatki, a on wypłacał rzemieślników częścią gotówką, częścią towarami[427].
Do tego kwitnienia rzemiosł przyczyniła się bezsprzecznie przedewszystkiem pieczołowitość samego króla Zygmunta III., przejętego największą troskliwością o pomyślność i dobrobyt miast. Już w poprzednich rozdziałach mieliśmy sposobność poznać[428], jak on, wbrew polityce swoich poprzednich, otaczał opieką cechy i rzemiosła, i jak całym szeregiem przywilejów starał się zabezpieczyć i utwierdzić kwitnienie tychże w Nowym Sączu. I tak w r. 1592 na skargę piekarzy sandeckich, że piekarze obcy z miast innych przywożą pieczywa, przez co niebezpieczną konkurencyą szkodzą w ich zawodzie, a nawet grożą ruiną ich rzemiosła, przykazuje radzie miejskiej, aby przestrzegała praw i przywilejów piekarzy sandeckich i wzbraniał przywozu chleba do miasta skądinąd. Podobnie w r. 1593 potwierdza uchwalone przez cech kuśnierki artykuły, tyczące się wewnętrznego rządu i składu całego cechu. Tak samo w r. 1602 potwierdza artykuły cechu szewskiego, rymarskiego i siodlarskiego; zaraz następnego (1603 r.) potwierdza ustawy kowali, ślusarzy, mieczników, zegarmistrzów złotników, kotlarzy, hamerników, konwisarzy, szychtarzy, sierparzy, paśników, krawców i malarzy[429][430], przyczem określa ściśle, jakie przedmioty każdy z nich może wyrabiać w swoim zawodzie.

Pieczęć srebrna szewców sandeckich z r. 1628.

W r. 1604 zatwierdza ustawy czapników, farbiarzy, sukienników, bednarzy, stolarzy, stelmachów, kołodziei, tokarzy, rzeźbiarzy, kopijników i szklarzy — tudzież ustawy cechu kupieckiego, t. j. kramarzy, aptekarzy, kitlarzy, iglarzy, nożowników, mydlarzy, miodowników i krojowników, czyli kupców towarami łokciowymi. W pięć lat potem (1609 r.) zatwierdza ustawy cechu rzeźniczego, wreszcie w r. 1620 przywileje i ustawy cechu tkackiego.
Już z tych przywilejów królewskich okazuje się najdowodniej, jak rozliczne podówczas w Nowym Sączu istniały rzemiosła, z których w przeważnej części obecnie nie pozostało nawet śladu. Lecz o stanie ich kwitnienia nie o wszystkich da się, z istniejących źródeł, z równą dokładnością zestawić zadowalniający obraz. I tak o wyrobach garncarskich nie mamy żadnych bliższych szczegółów, oprócz taksy z r. 1630, którą na innem miejscu przytoczę[431]. Rejestra poborowe z r. 1635 i 1650 wymieniają po 4 garncarzy w mieście, którzy przecie nie próżnowali, lecz wyrabiali nie tylko naczynia gliniane, powszechnie wówczas do gotowania używane używane, lecz także dachówki i kafle do pieców. Jak zaś te wyroby musiały stać wysoko, dowodzą szczątki kafli koloru lazurowego, z ornamentami gzymsowymi żółtymi w kształcie koron, wykonane artystycznie, znalezione w r. 1896 przy brukowaniu i pogłębianiu ulicy, prowadzącej z rynku do kościoła św. Małgorzaty, właśnie na miejscu, gdzie niegdyś stała szkoła miejska za czasów polskich; tudzież zupełnie podobne koloru jasno-brunatnego i ciemno-zielonego, wykopane w r. 1895 w dzisiejszym ogrodzie miejskim, tudzież przy dawnym (dziś nieistniejącym) szpitalu św. Walentego. — Również liczne gatunki i nazwy, dziś po większej części nieznane, broni palnej, siecznej i kolnej czyli do kłucia, oraz wyrobów siodlarskich i rymarskich, dostarczanych w bardzo wielkiej ilości tak dla wojska, jak i wojennej szlachty, dowodzą najwyraźniej o ogromnem zatrudnieniu szychtarzy, mieczników, kopijników, siodlarzy i rymarzy, wogóle o kwitnieniu tych rzemiosł w Nowym Sączu[432]. — Stosunkowo najobszerniejsze jeszcze wiadomości mamy o złotnictwie,[433] które rzeczywiście w epoce Wazów znajdowało się na wysokim stopniu kwitnienia.
Zwykle bywało w mieście po 3 złotników, jak świadczą spisy rzemieślników z r. 1635 i 1650. W latach 1611—1660 znajduję w aktach miejskich nazwiska następujących 10 złotników (aurifabri): Tomasz Frączkowicz[434], Krzysztof Janosz[435], Wawrzyniec Kondratowicz[436], Paweł Użewski[437], Joachim Matuszowic[438], Stanisław Wójtowicz[439], Jan Klimczyk[440], Jan Czechowicz[441], Alexander Ziółko[442] i Michał Ziółko alias Sekuliński[443], syn poprzedniego. Wykonywali oni roboty kościelne: monstrancye, kielichy, puszki, lichtarze, lampy, krzyże, turybularze, ampułki, nalewki i t. p.; z robót zaś do użytku domowego: łańcuchy na szyję srebrne pozłociste, czyli, jak wówczas mówiono, „obręcze“[444], złożone z ogniwek różnego kształtu; guziki małe złote; guzy srebrne do zapinania sukni; pierścionki srebrne i złote; srebrne czarki, kubki, rostruchany i konewczki czyli puhary nakształt koneweczek z nakryciami; czapraszki srebrne czyli pętlice do zapinania żupanów, dołomanów; łyżki srebrne różnego gatunku; noże i nożenki srebrne; manele czyli bransolety srebrne pozłociste; łańcuszki, szpilki i haftki złote; klamerki do pasów srebrne pozłociste; oprawy do karabeli srebrne pozłociste; zamkle do wacków srebrne i inne rzeczy drobniejsze, wchodzące w zakres ich rzemiosła, któremi, jak zobaczymy niżej w rozdziale następnym, prowadzili nawet handel do Gdańska.
Cenną pamiątką po złotnikach sandeckich XVII. wieku, nie tylko pod względem archeologicznym, lecz także artystycznym, jest srebrna pieczęć cechu szewskiego z r. 1628, przechowana dotąd w muzeum hr. Czapskiego w Krakowie. Nie ulega zaś najmniejszej wątpliwości, że ją wykonał jeden z sandeckich złotników, powyżej wymienionych. W księdze bowiem cechu szewskiego pod dniem 4. kwietnia 1628 r. wyraźnie zanotowano: „Pod tą gromadą pieczec od złotnika wykupily, ktora kostuie zł. 10 gr. 20.“ — Do wytwornych wyrobów złotniczych owych czasów należy sukienka srebrna wyzłacana, we floresy en relief z r. 1636, na cudownym obrazie Przemienienia Pańskiego[445]. Na samej górze tejże sukienki przedstawione są prześlicznej roboty dwa ptaszęta, dzióbiące winogrona; u dołu zaś klęcząca w żupanie postać Marcina Frankowicza[446], ze złożonemi rękoma i następującym napisem: „Martinus Frankowicz civis sandecensis, devotus erga imaginem hanc Salvatoris, pro exstruendis hisce laminis argenteis patrimonium suum obtulit, guibus impensis maxima pars imaginis hujus contecta est. Anno Domini quo et altare perfectum 1636.“
Do zatrudnień złotników należało także taksowanie czyli szacowanie kosztowności i naczyń złotnych i srebrnych, które przy powszechnym ówczesnym zwyczaju pożyczania pieniędzy, a nawet kupowania towarów na zastaw, wielkie miało znaczenie i dosyć częstą bywało czynnością. Jednakże również często przytem dopuszczali się złotnicy nadużycia, jak tego archiwum miejskie przechowało nam kilka przykładów. Mateusz Kotczy, kupiec sandecki, nie dopłaciwszy kupcowi preszowskiemu, Mikluszowi Komoraniemu, z dłużnej kwoty jeszcze 100 złp., został przez tegoż pozwany w r. 1635. Widząc, że mu grozi „zagrabienie“ (sekwestracya), prosił wierzyciela swego o zwłokę i dawał mu zastaw. Komorani przystał na to, i wziąwszy od niego zastawionych 6 guzów pozłocistych i czapraszkę z dyamencikami, poszli razem do znanego nam złotnika, Pawła Użewskiego. Ten, życząc lepiej Kotczemu aniżeli Węgrzynowi, otaksował te rzeczy na 177 złp., a Komorani przyjął je za należne mu pieniądze, i dopłaciwszy 77 złp., pojechał dalej do Krakowa. Tam udał się z owymi guzami i czapraszką do złotników, aby się upewnić o ich wartości. Ci jednak znaleźli dyamenciki bardzo podłe i złoto liche i ocenili, że wszystko razem nie warta więcej, jak 77 złp. Rozgniewany Komorani, wróciwszy do Nowego Sącza, zapozwał Użewskiego o oszustwo. Znany nam ze swej zawziętości i dzikości Użewski, wyparł się taksowania i jeszcze obwinił Komoraniego, iż naspół z Zygmuntem Gądkiem przemyca glejtę[447], ołów, sukna i inne towary, ze szkodą miasta i uszczerbkiem skarbu, zaco, będąc burmistrzem, sam Gądka karał, i żądał nadto ukarania napastnika, który się targa na cześć rajcy. Sąd nakazał Użewskiemu, aby się przysięgą oczyścił, a będzie wolny[448].
Wkrótce potem stał się drugi podobny wypadek. Jan Parul, kramarz sandecki, będąc dłużnym Stanisławowi Rogalskiemu, a nie mając pieniędzy, dał mu zastaw w r. 1636. Znowu taksował Użewski, i znowu otaksował za wysoko. Rogalski, chcąc się zabezpieczyć, zaprotestował przeciwko temu: zwołał więc innych złotników, jak Stanisława Wójtowicza, Wawrzyńca Kondratowicza i Jan Klimczyka, którzy oszacowali: pas srebrny złocisty na 72 złp., łyżki srebrne 51 złp., kubek 24 złp., razem 147 złp. Ale gdy ta kwota nie dosięgła długu Parula i taksy Użewskiego, Rogalski zaprotestował przeciw obydwom[449].
Jak złotnictwo, zwłaszcza w swych wytworniejszych i misterniejszych wyrobach, stoi na granicy rzemiosła a sztuk pięknych, mianowicie rzeźbiarstwa, tak odwrotnie malarstwo w owych czasach liczono do rzemiosł. Otóż i ta gałąź sztuki czy rzemiosła kwitła nad spodziewanie w Nowym Sączu w epoce Wazów. Pewną jest rzeczą, że malarze sandeccy w XVII. wieku nie stanowili już osobnego cechu, de facto jednak istnieli jako poddani cechu kowalskiego (wspólnie ze złotnikami, ślusarzami, kotlarzami, miecznikami, konwisarzami, szychtarzami, sierparzami, zegarmistrzami i paśnikami) z obowiązkiem wyuczenia się sztuki mistrzowskiej, by zostać samodzielnym majstrem malarskim. Mieli jednak swoich osobnych archimagistrów, czyli cechmistrzów, jak pokazują zapiski z r. 1632, przytoczone poniżej. W latach 1607—1655 znajdujemy w Nowym Sączu 8 malarzy[450]. Sześciu z nich około r. 1633 wykonywało swe prace artystyczne w mieście, a jeden z nich w r. 1630, kiedy miasto prowadziło długi proces graniczny z wielmożnym Piotrem Rożnem z Moglina wysłany został do Paszyna w celu narysowania mapy lasu i miedzy w granicach miejskich, zaco dostał 15 gr. Malowali przeważnie obrazy olejne, którymi przyozdabiano nie tylko ołtarze, feretrony, chorągwie kościelne i cechowe, lecz także domy mieszkalne. Stąd to inwentarze ruchomości mieszczańskich wymieniają nieraz po kilka obrazów mniejszych i większych, na płótnie malowanych. Do tych malarzy należeli: Szymon Świętkowski[451], Maciej[452] (nieznany z nazwiska), Adam Liszkowicz[453], Floryan Benedyktowicz, Jan Ciosek[454], Marcin Gwóźdź, Grzegorz Borucki[455] i Jędrzej Fabrowicz[456]. Najsłynniejszym jednak malarzem między wymienionymi był Floryan Benedyktowicz. Przybył on z Czchowa, patricius Czchoviensis artis pictoriae magister, i przyjął prawo obywatelstwa w Nowym Sączu 1627 r., a zaraz następnego roku przyjął do rzemiosła dwu chłopców, niewymienionych jednak po nazwisku. Należał do zamożnych mieszczan, gdyż, oprócz domu w rynku, posiadał jeszcze folwark za rzeką Kamienicą. Malował dużo olejnych obrazów, a między innymi w r. 1632 malował i złocił obraz bracki św. Anny w kościele farnym w Starym Sączu[457]. W r. 1646 na na wjazd nowego starosty grodowego, Konstantego Lubomirskiego, malował tablicę tryumfalną wraz z 6 herbami i ornamentacyą, zaco wypłacił mu ówczesny burmistrz, Stanisław Wilkowski, 20 złp.[458] W latach 1648, 1649 i 1652 był rajcą sandeckim. Powszechnie kochany i szanowany zmarł w czasie morowego powietrza w Nowym Sączu (1652 r.)
Tych kilka wzmianek daje dostateczne wyobrażenie, jak płacono w owych czasach za obrazy olejne i w jakiej cenie stały utwory artystyczne malarskie. A przecież malarze sandeccy dbali o swe dobre imię i sławę swojego zawodu i nie cierpieli partactwa, jak tego dowodzi następująca notatka, że w r. 1632 starsi cechu malarskiego wyrokiem cechowym rozkazali sławetnemu Marcinowi Gwoździowi, aby więcej nadal nie utrzymywał u siebie Grzegorza Boruckiego, malarza, ku szkodzie i ubliżeniu braci; zastrzegając sobie dalsze dochodzenie względem szkód i nakładów prawnych[459].
Obok malarstwa niepoślednie miejsce zajmowało rzeźbiarstwo, którego niezatarte ślady przechowały nam zapiski brackie i akta miejskie już w pierwszej połowie XVII. wieku[460]. Snycerze przydzielenie byli do cechu bednarskiego, do którego należeli także rozmaici rzemieślnicy wyrobów drewnianych (artis lignariae) t.j. stolarze, stelmachy, kołodzieje, tokarze, kopijnicy, cieśle, a nawet błoniarze czyli szklarze. Akta radzieckie w r. 1634 wspominają o snycerzu, Janie Ochmańskim[461]. W r. 1678 mistrzem dłóta był tu Adam Reyk. Rzeźbił on między innemi figurę drewnianą za 50 złp., umieszczoną na szczycie jednej baszty miejskiej[462].
Jeżeli więc powyższe kunszta, jak złotnictwo i malarstwo, na tak wysokim stopniu stały w Nowym Sączu, śmiało utrzymywać można, jak się to z zamówienia owej karety dla pana Mikołaja Boczkaja pokazuje, że i niższe rzemiosła musiały się znajdować w stanie kwitnącym, lubo, jak nadmieniłem powyżej, brak nam o tem bliższych szczegółów. Wspomnę tylko o „blechu“ czyli bieleniu płótna, który najlepiej dowodzi, jak szeroko w Nowym Sączu były rozpowszechnione wyroby tkackie. A chociaż te niewątpliwie zaopatrywały przeważnie tylko potrzeby domowe, mniej zaś były artykułem handlowym miejscowego przemysłu, mimo to znajdujemy, że rozwożono je także na jarmarki do poblizkich miasteczek. Regestr poborowy z r. 1635 i 1650 wymienia po 16 rękodzielników, trudniących się wyrobem płótna[463]. Ceny płótna nie zależały od tego, czy było zgrzebne, czy też paczesne, lecz czy było lniane, czy konopne; i tak według taksy z r. 1652 łokieć płótna lnianego kosztował 1½ gr. a konopnego tylko 1 gr.[464]
Uprawa włóknistych roślin należy dziś do rzadkości w sandeckiej ziemi. Inaczej było w XVII. wieku. W owe czasy znali gospodarze przyrodę ziemi i dlatego, widząc jej urodzajność, obsiewali żyzne doliny lnem i konopiami. Górale podhalscy, zwłaszcza z Nowego Targu, skupywali je i przędli na kołowrotkach, tkali i rozwozili po świecie, a góralskie płótna szły przez Węgry aż do Lewantu i Małej Azyi.

Otok powyższej pieczęci.
Z Muzeum hr. Czapskiego w Krakowie.

Natomiast głównemi gałęziami przemysłu, które wówczas kwitnęły w Nowym Sączu, były: piwowarstwo, sukiennictwo i wyroby narzędzi żelaznych.
Piwowarstwo, a później gorzelnictwo, należało do najzwyklejszych rodzajów przemysłu, gdyż prawie w każdym domu w mieście był browar lub gorzelnia. Piwa sandckie należały do najdawniejszych w Polsce i zachowały jeszcze z epoki zygmuntowskiej swoją ustaloną sławę[465]. Trunek ten bowiem poczytywano zdrowym i powszechnie był ceniony, zwłaszcza od czasów, kiedy nastały inne trunki a piwa stały się napojem tylko klas niższych. Według ustawy wojewodów krakowskich: Jana Firleja z r. 1573, tudzież Mikołaja Firleja z r. 1589, nie wolno było warzyć piwa z jęczmiennego słodu albo ze zboża mieszanego, tylko z czystej pszenicy, pod utratą tegoż i winą 14 grzywien[466]; dopiero w r. 1652 znajdujemy, że ją mieszano napół z jęczmieniem, albo dodawano żyta lub orkiszu. Na podniesienie się tej gałęzi przemysłu właśnie w tej epoce w Nowym Sączu, przyczyniło się rozporządzenie, wydane za króla Stefana Batorego, którem dla wzrostu fabryk krajowych zakazano piw zagranicznych.
Piwa w Nowym Sączu było kilka gatunków, jako to: piwa zielone, które były dwojakie: cienkie, słabsze dla niewiast, i gęste, mocne dla mężczyzn; następnie czarne, czyli gęste (cerevisia dupliciter cocta), tak zwany marzec; wreszcie szmelcowane alias dwuraźne, które było dwa razy droższe niż zielone. Piwa zielonego cienkiego garniec kosztował 1½ gr., gęstego zaś 3 gr.; czarnego, czyli marca, garniec 4 gr.[467] Sprzedażą tychże zajmowali się nawet złotnicy, jak Jan Czechowicz w r. 1648. O wzbranianie szynkowania piwa gęstego czyli marca, zanieśli rajcy skargę do króla (1596 r.) na starostę grodowego, Sebastyana Lubomirskiego. O piwach tych wspomina też w swojem dziele ks. Franciszek Siarczyński[468], że za Zygmunta III. chwalono powszechnie piwa sandeckie, co jest najlepszym dowodem, że musiały się rozchodzić na całą Polskę, aż owa ustawa z r. 1630 pokopała ogromnie tę gałąź industryi i dawną jej świetność nadwerężyła na zawsze.
Do zaprawy piwa i miodu chodowano chmiel na bujnej dolinie sandeckiej w pobliżu obu Sączów, z czego dziś ani śladu nie pozostało. Trzymali go też mieszczanie w znacznych zapasach po domach i sklepach, jak świadczą dość częste o tem zapiski w księgach ławniczych. I tak między innymi znajduję, że w ruchomościach po Jerzym Frączkowiczu († 1635 r.) pozostało chmielu w wańtuchach[469] za 180 złp.[470]: a po Janie Ziębie († 1649 r.) było go w worach i na kupie za 117 złp., ćwiertnia po 1 złp. Dowodzi to wymownie, jak w znacznej ilości musiano produkować piwo w Nowym Sączu.
Dłużej utrzymał się sukiennictwo, które zresztą już w epoce zygmuntowskiej było w kwitnącym stanie[471]; a że to odbywało się w rozmiarach wcale znacznych, okazuje dowodnie poniższa notatka, zapisane w aktach miejskich. Daniel Morawie, żyd z Wiśnicza, kupczył wełną w r. 162 i właśnie niedawno ugodził się z cechem sukienników sandeckich o dostawę 50 kamieni (16 cetnarów) wełny za 475 złp., na którą sumę dali zapis jak najformalniejszy. Żyd dostawił wełnę i pyta sukienników, jak będzie z zamówionymi 200 kamieniami jarej i jesiennej wełny? Sukiennicy patrzą nań ze zdziwieniem, a on im pokazuje pismo bez podpisów, zamawiające istotnie wełnę. Wypierają się pisma, a żyd wręcz twierdzi, że zamówili. Wytoczyła się sprawa przed urząd, a starsi cechu sukienniczego imieniem wszystkich braci musieli przysięgać: „Że nie wiedzą o tym kontrakcie nowym, który żyd w nich wmawia o 200 kamieni wełny, ani go z nim uczynili, tylko o 50 kamieni według membrany od siebie onemu danej[472].“
W r. 1635 było w cechu sukienniczym rękodzielników 6, a pod r. 1639 czytam, że dwaj sukiennicy z Nowego Sącza: „Stanisław Biernat i Adam Pękała, imieniem inszej braci cechowej ugadzają się z niejakim Gryglem (Grzegorzem) Świechem o 264 złp., należących się za wełnę[473]“, z czego oczywisty dowód, iż w tym czasie nie tylko istniało, ale i widocznie kwitnęło sukiennictwo.
Jednak nierównie bardziej kwitnął w pierwszej połowie XVII. wieku w Nowym Sączu wyrób narzędzi rolniczych, na który rzuca nam dopiero jasne światło dyaryusz Tymowskiego. Według tego musiało w Nowym Sączu znajdować się przynajmniej kilku sierparzy[474], którzy trudnili się wyrobami tychże na wielki rozmiar. Z tych znani są nam z nazwiska dwaj, mianowicie Wacław Morawiec i Stanisław Dzierzwa. Wprawdzie nie musieli oni rozporządzać wielkimi kapitałami, skoro zawsze wymagali zaliczek, a Tymowski musiał im dawać po 100 i 200 kilkadziesiąt złp. na żelazo: jednakże ruch w ich warsztatach musiał być wcale znaczny, skoro pan Morawiec w swojej pracowni zatrudniał 8 czeladników (1613 r.) i w przeciągu nie całych 2 miesięcy zdołał (1612 r.) odstawić aż 9.800 sierpów, a pan Dzierzwa jeszcze więcej, bo w przeciągu 3 tygodni 5.300 sierpów (1613 r.)
Nadzwyczaj charakterystyczną na owe czasy co do stosunku czeladników do swego pryncypała, oraz co do dostawy tychże sierpów, jest ta okoliczność, że osobno dostawiali je sami właściciele warsztatów, a osobno czeladnicy; ci ostatni także po kilkaset sztuk naraz, na które tak samo otrzymywali od Tymowskiego zaliczki. Widać więc, że albo nie pobierali od swego majstra żadnej zapłaty i utrzymywali się z tego, co sobie zarobili, albo też byli jego spólnikami, przyczem jednakże majstrowie za swoich czeladników ręczyć musieli. — Tę samą okoliczność potwierdza nam uchwała cechu kuśnierskiego z r. 1612[475], „żeby się żaden czeladnik nie ważył skór swoich kłaść do kwasu więcej niż 4, kiedy 30 skór umoczy mistrz“, a więc że i czeladnicy kuśnierscy także mogli dla własnego zysku skóry wyprawiać i sprzedawać, byle to tylko nie czyniło zbytecznej konkurencyi samemu mistrzowi.
Od r. 1615 Wacław Morawiec, nie dotrzymując słowa, stracił „wiarę“ (kredyt) i czeladź jego przeniosła się do Dzierzwy, który, sprowadziwszy sobie jeszcze osobnego pomocnika z Lublina (1617 r.), był w stanie dostawić naraz 8.000, a w latach 1618—1619 nawet 12.000 sierpów.
Wyrób ten sierpów stanowił nie tylko ważną gałąź przemysłu, ale też był i bardzo ważnym artykułem handlu Nowego Sącza. Z pomienionymi obydwoma sierparzami zawiera Tymowski (1611 r.) kontrakt; w roku następnym z Morawcem znowu na dalsze półtora roku odnowiony: „stało się postanowienie z panem...“, że nikomu innemu, jak tylko jemu wyłącznie dostarczać będę sierpów, zaco ze swej strony Tymowski zobowiązuje się, „na każdy czas i potrzebę pieniędzy jemu dawać.“ Rzeczywiście handel nimi musiał być ogromny, skoro naraz dostawiali po kilkaset, a nawet, jak widzieliśmy powyżej, po kilka tysięcy sztuk; on zaś płacił częścią gotówką, częścią towarem, zwłaszcza suknem, a cena wynosiła za 100 sierpów 3 złp. Interes ten niezawodnie był bardzo korzystny, dlatego dawał chętnie znaczne zaliczki, tak w pieniądzach jak żelazem, którego cetnar kosztował 3 złp. 10 gr., a sierpy te rozchodziły się na całą Polskę i stanowiły, obok miedzi i śliw suszonych, najważniejszy ładunek „pletów“ czyli tratw, które Tymowski spławiał do Gdańska (1618 r.). Dlatego też miał ich zawsze znaczne zapasy, n. p. w r. 1620 aż 14.000 sztuk[476].
Oprócz niego i inni kupcy tutejsi zajmowali się handlem sierpów i wywozili je do Lublina, a nawet do Słucka, jak tego wyraźne ślady napotykamy w księgach archiwum miejskiego. I tak Jan Zięba, który na większą skalę prowadził handel owocami suszonymi, handlował także i sierpami; w r. 1636 złożył w Lublinie u Jana Kotczego, mieszczanina, 3.000 sierpów, które tenże rozsprzedał. Zjechawszy się później w Nowym Sączu, zawarli wobec Jakóba Poławińskiego między sobą ugodę: Kotczy daje Ziębie wynagrodzenia 100 złp., ten zaś obiecuje przeznaczyć je na dzwonnicę kościelną[477] t. j. kollegiacką. — Podobnie w r. 1636 Marcin Krupski, mieszczanin w Słucku, poświadcza, ze Mikołaj Chodorowicz z Nowego Sącza zostawił u niego w dwóch faskach 6.000 sierpów, po które ma posłać, a za który to towar, w razie, broń Boże! ognia, Krupski nie ręczy. Słuck, 14. lipca 1636 r.[478].
Do towarów, sprowadzanych z Węgier, należała także stal węgierska. W jakich rozmiarach odbywał się ten handel, nie podają nasze źródła, ale zato dowiadujemy się z nich, że przerabiano ją w Nowym Sączu na klinki, a więc że i ta gałąź przemysłu także wówczas kwitła w Sączu i jego okolicy. Mianowicie na przedmieściu znajdował się „klinkarz“, imieniem Ambroży, który po 5 cetnarów stali naraz kupował od Tymowskiego (1609 r.), wyrabiając z niej klinki, które odstawiał mu w pewnej ilości wiązkami, a jak wówczas nazywano „snopami“. Tak samo w Jeżowie (między Grybowem a Bobową) był inny klinkarz, imieniem Mikołaj, który także kupował stali po 2½ cetnara (1610 r.)
Ale oprócz stali nieprzerobionej, sprowadzano także z Węgier, mianowicie z Lewoczy, już gotowe blaszki, czyli ostrza do klinic (szabel), z któremi Tymowski jeździł na jarmark św. Mikołaja do Lublina w r. 1616[479].
Jednak nie tylko sam Nowy Sącz kwitnął przemysłem, niektóre jego gałęzie rozciągały się także na dalsze okolice. Przedewszystkiem wyrób szkła jako też saletry jest najdobitniejszym dowodem, że przemysł w ziemi sandeckiej w epoce Wazów nei tak wyglądał jak dzisiaj, albowiem tychże dostarczały właśnie głównie okoliczne miejscowości Nowego Sącza, gdzie znajdowały się huty szklane — podobnie jak po wsiach i miasteczkach liczne pracownie saletry, z których jedne i drugie od dawna już zaginęły i wszystko podupadło.
Szkło wyrabiano w Jazowsku, gdzie o kilka kilometrów od dworu, na drodze ku Obidzy, znajdowały się ogromne huty, z których przechowały się do dziś dnia jeszcze znaczne ruiny[480]. Stamtąd też sprowadzał je Tymowski a dostarczał go od r. 1607 hutnik, imieniem Kasper, który w r. 1613 przeniósł się do Sulina (Szulin) na Spiżu i tam szyby wyrabiał. Przywoził je do Nowego Sącza on sam albo jego żona, i to po kilka razy na rok: tak n. p. od lipca 1607 r. aż do końca roku kupował od nich Tymowski aż 6 razy. Szyby te bywały trojakie, jako to: okrągłe, małe nieprzeźroczyste, i wielkie czworoboczne przeźroczyste, wielkości mniej więcej ćwiartki papieru. Te ostatnie sprzedawano na kopy czy setki, a za kopę czy setkę płacił Tymowski po 1 złp., sprzedawał ją zaś po 1 grzywnie czyli 1 złp. 18 gr., a więc z zyskiem 20%. — Szyby drobne zaś kupował skrzynakami, jedna po 5 złp., sprzedając je po 6 złp., a więc z zyskiem 20%, przyczem jako kupiec oględny zamiast pieniędzmi płacił czasem towarem, mianowicie suknami grubemi i ciężkiemi, jak karazya, falendysz i kir, tudzież winem.
Jaki zaś był pokup i odbyt na ten towar, dowodzą liczby, skoro szyb wielkich przeźroczystych przywożono mu na jeden raz po kilkaset, od 300 do 800, ale także tysiącami aż do 4.500: tak samo i drobnych szyb dostarczano w różnej ilości, zawsze po kilka skrzynek, na jeden raz 2 do 10. Od r. 1616 przywóz szyb tak jednych jak i drugich ciągle się wzmaga, widać więc, że i potrzeba i pokup tychże coraz stawały się większe, zwłaszcza że Tymowski dostarczał tego towaru dla kupców lub szklarzy miast innych. Między kupującymi bowiem w większej ilości, po kilkaset szyb przejrzystych a kilka skrzynek drobnych, znajdujemy nazwiska dwóch mieszczan z Biecza: Stanisław Jędrzejków i Jędrzej Kutalik[481].
W ścisłym związku z handlem szkła zostawał także ołów. Potrzebowali go szklarze, jak niejaka błoniarka Kloska ze szpitalnej ulicy, która, nie mogąc zapłacić gotówką za pół kamienia ołowiu, musiała dać w zastaw szablę i latarkę (1614 r.), tudzież inni, którzy kupowali go funtami; ale jeszcze bardziej sami hutnicy, dostarczając widocznie już szyby gotowe oprawione w ołów, jak ów Kasper z Jazowska, który naraz wziął przeszło cetnar ołowiu (1611 r.) Jednak najwięcej odbytu na ten towar było ze strony konwisarzy, a że odbyt ten musiał być wcale znaczny, pokazuje okoliczność, że żona Tymowskiego, będąc w Krakowie 1614 r., umyślnie pożyczyła od tamtejszego kupca, Samuela Cyrusa[482], 40 złp. na ołów; a jeden taki konwisarz sandecki kupował od Tymowskiego cetnarami[483], co także jest niezbitym dowodem, że i ten rodzaj przemysłu t. j. odlewu naczyń ołowianych i cynowych kwitnął również podówczas w Nowym Sączu.
Rzeczywiście w XVII. wieku były w Nowym Sączu bardzo rozpowszechnione wyroby cynowe i mosiężne, wykonywane przez miejscowych konwisarzy. Stąd też w każdym spisie ruchomości mieszczan sandeckich znajdują się wymienione: cynowe talerze, miski, półmiski, flasze, garnce, półgarcówki, kwarty, półkwaterki, przystawki, konewki, antfosy[484] — tudzież lichtarze i miednice mosiężne. Zdaje się jednak, że te wyroby nie rozchodziły się w dalsze strony poza obręb miasta, tem bardziej, że tylko jeden bywał stale konwisarz w mieście, trudniący się wyrobem wymienionych naczyń.[485]
Drugim produktem industryi sandeckiej ziemi była saletra. Tę wyrabiano w Grybowie i okolicznych wsiach: Kruźlowej, Siołkowej, Białej Niżnej, jako też w Łącku, w Starym i Nowym Sączu. Było jej dwa gatunki: czysta czyli lutrowana[486], której cetnar kosztował 30 złp. — z samego Nowego Sącza znacznie taniej, z powodu widocznie mniejszych kosztów transportu — i nieczysta, nielutrowana, za którą płacono tylko 13 złp. Tę ostatnią kupcy niechętnie brali i dlatego umyślnie wymawiali sobie, aby dostawiano tylko dobrą, lutrowaną.
Wyrób saletry w owych czasach widocznie stanowił ważną gałąź zarobku, gdyż znajdujemy w wymienionych miejscowościach liczne osoby, które się nim trudniły i tworzyły niejako osobny rodzaj rzemieślników, zwanych „saletrnikami“, jak n. p. w samym Grybowie aż 8 osób. Niezawodnie byli to ludzie ubodzy, dlatego otrzymywali zwykle już z góry część zapłaty albo znaczny zadatek, i odstawiali kupcom do Nowego Sącza po kilka i kilkadziesiąt funtów, ale i cetnarami. Wyrobnicy ci trudzili się obok tego często i wyrobem prochu, który odstawiali tylko funtami, a zamiast pieniędzy brali czasem sukno i siarkę — tę ostatnią widocznie do wyrobu prochu.
Handel saletrą był wcale znaczny. Odważoną ją furami do Krakowa, skąd wracając, przywożono przy tej sposobności znowu sukno i flejtę. Szczególnie w latach 1615—1622 widocznie dobrze popłacała i wielki na nią musiał być pokup, skoro Tymowski na wszystkie strony ją zamawiał i skupował i 40 kilka cetnarów zapisał jej w swym dyaryuszu. Ale były też to czasy, w których Polska jednocześnie na wszystkie strony wielkie prowadziła wojny, czasy wypraw książąt Krzysztofa Zbaraskiego[487] i Janusza Wiśniowieckiego na Multany, królewicza Władysława na Moskwę, wojen tureckich i szwedzkich, a więc kiedy proch i saletra także na wszystkie rozchodziły się strony i nie tylko na polu wojennem, ale i handlowem wielką odgrywały rolę.
Obok powyższych istniały wówczas w sandeckiej ziemi jeszcze inne gałęzie ludowego przemysłu, jak wyroby smoły, przeważnie dla cechu bednarskiego, i węgli drzewnych dla cechu kowalskiego, których dostarczali także mieszkańcy okolicznych wiosek. Pierwszych nazywano „smolarzami“, drugich „węglarzami.“






Rozdział  VIII.
Handel.

Dalsze szczegółowe opisy odsłaniają nam dokładny obraz handlu Nowego Sącza, z których okazuje się, iż tenże sięgał od ostatnich krańców Polski z południa, aż do najdalszych na północ i zachód i głęboko na wschód. Kupcy sandeccy, obok drobnej sprzedaży w swych sklepach, trudnili się wywozem wyrobów swojego miasta, a jeszcze bardziej przewozem towarów węgierskich i przywozem zagranicznych, byli więc przeważnie kupcami en gros hurtownikami. Obok tego znaczna liczba kupców sandeckich podejmowała interesa spedycyjne dla kupców zagranicznych, mianowicie węgierskich, oraz krakowskich, warszawskich i t. p., czyli byli spedytorami. Przewóz ten odbywał się częścią Dunajcem, jako spław tratwami, częścią na wozach, który to ostatni sposób transportu tworzył nowy rodzaj zarobku, nową klasę przedsiębiorców, t. j. woźniców miejskich, z których, jak nam akta miejskie podają, najważniejszymi w owych czasach byli: Stanisław Fratrowicz, Joachmi Olejarz, i Bartosz Zięba, młynarz.
Towarem, zajmującym pierwsze miejsce między wszystkimi, którymi odbywał się taki przewóz, zwłaszcza Dunajcem, była miedź ze Spiża; miejscami zaś sprzedaży, dokąd ją wożono, był Lublin, Warszawa, a wreszcie Gdańsk. Miedź przynosiła zysk wcale znaczny, ale też zakupno tejże wymagało znacznego kapitału, a żaden z kupców sandeckich, jak się przekonamy bliżej, nie posiadał wielkiego majątku i nie rozporządzał wielką sumą pieniężną; 1000 złp. gotówki było już rzadkością. Dlatego zmuszeni byli zaciągać większe pożyczki i zwykle operowali tylko pożyczonymi pieniędzmi.
Najdawniej znanym nam kupcem sandeckim, handlującym miedzią, był Jerzy Tymowski. Ten sprowadzał miedź z Lewoczy[488] jako też z Nowejwsi[489], dokąd jeżdżąc często, zamawiał ją osobiście, a dostawiali jej na większą skalę: w Lewoczy niejaki Roll, w Nowejwsi zaś Janusz[490] Salmon; ale także odkupywał ją od kupców sandeckich, jak od Mikołaja Żmijowskiego, a nawet od swego wspólnika w tym handlu, Krzysztofa złotnika z Lublina. Miedź, którą handlował, był trojaka: blachy, płyty czyli dna, i tak zwane xpany[491]. Najtańsze były blachy miedziane, chociaż musiały być jej różne gatunki, albowiem od owego Krzysztofa z Lublina, który je przecież bez wątpienia sprzedawał z jakimś zyskiem, kosztował cetnar 25 złp.; natomiast w Lewoczy, a więc na miejscu, płacił (1615 r.) cetnar po 25 złp. 16 gr. — Płyty w różnych latach także różną musiały mieć cenę, gdyż odwrotnie od złotnika lubelskiego (1611 r.) kupował ich cetnar po 34 złp., w Nowejwsi zaś (1613 r.) po 26 złp. 19 gr. Także i na jarmarkach w Lublinie płacono różnie: w r. 1610 za cetnar na wagę lubelską[492] po 36 złp., w r. zaś 1616 po 40 złp. — Najdroższe były t. z. xpany, gdyż cetnar tychże kosztował w Lewoczy (1615 r.) 28 złp. 26 gr. W latach późniejszych znajdujemy, że cena miedzi podnosi się coraz bardziej. Czy powodem tego były stosunki monetarne, mianowicie że pieniądze polskie ustawicznie traciły na wartości swej za granicą, co podkopywało kredyt kupców polskich, czy też jakie inne okoliczności, z pewnością oznaczyć się nie da. Widzimy tylko, że mieszczanin sandecki, Maciej Pleszykowicz, sprzedaje (1636 r.) w Lublinie cetnar miedzi w płytach lanych po 53 złp. 25 gr., i to ze stratą na cetnarze przeszło 15 złp. 11 gr. A inny mieszczanin z Nowego Sącza, Jan Wiechowicz, kupuje jeszcze w r. 1630 miedź kutą w Pławcu (Palocsa) od Jakóba Teiffera, faktora architekty królewskiego, cetnar wagi węgierskiej po 83 złp. 9 gr., a wraz z innymi wydatkami kupna dochodzący do 89 złp. 18 gr.
Jak wspomniałem powyżej, miedź największa wymagała nakładu, dlatego też Tymowski, spłacając swoje długi a nie odbierając punktualnie tego, co mu drudzy winnymi byli, nie będąc więc zawsze w stanie rozporządzać większymi kapitałami, był zmuszony na ten tak intratny handel pożyczać od obcych osób pieniędzy, jak n. p. od pana podsędka, Adama Rożna (1610 r.), albo od pana Zygmunta Stradomskiego (1611 r.), oraz wchodzić w spółkę z innymi kupcami, jak z owym złotnikiem z Lublina, lub Tomaszem Pytlikowiczem, (którego zawsze nazywa Tomusiem), i Wacławem Grabką z Nowego Sącza. Z owym, kilkakrotnie wspomnianym Krzysztofem złotnikiem, rozpoczął interes na olbrzymią skalę (1609 r.). Zakupili naspół 540 cetn. miedzi, oprócz których Tymowski miał jeszcze 32 swoich własnych, i te sprowadzili na wozach do Nowego Sącza, złożyli u niejakiej pani Świdrowej i stąd osobiście spławili do Gdańska. Niestety nie podana jest cena, po której ową miedź kupowali, ale przyjmując już jak najtaniej, przeciętnie cetnar po 25 złp., wypadałoby na samego Tymowskiego kosztów przeszło 7.500 złp. Atoli po opłaceniu flisaków[493][494], myta w Sandomierzu, które samo wynosiło 57 do 76 złp., i innych kosztów transportu, Tymowski na swą stronę miał czystego zysku zaledwie tylko 219 złp. 25 gr., czyli prawie 3%, a więc kwotę, która nie stała w najmniejszym stosunku do tak ogromnych kosztów nakładu, trudów i najrozmaitszych wydatków. Dlatego też Tymowski, widocznie nauczony doświadczeniem, od tej chwili handlował miedzią w znacznie mniejszych rozmiarach.
Ostatecznym celem transportu miedzi był zawsze Gdańsk, gdzie widocznie sprzedawano ją najkorzystniej; ale nie gardzono także zyskiem, jaki po drodze przynosiła częściowa sprzedaż w Sandomierzu, Kazimierzu, a przedewszystkiem w Lublinie. To też od ostatniego wielkiego transportu, Tymowski swoją miedź spławiał przeważnie tylko na jarmarki lubelskie lub też odsyłał ją tam na wozach (jak 1610 r.), dokąd mu ją odstawiał Bartosz Witaliszowski, biorąc od fury po 7 złp. (czyli 5 talarów celnych), chociaż i to utrudniał mu nieraz brak gotówki, jak n. p. w r. 1613, z którego kłopotu wybawiła go żona, pożyczając mu 186 złp. Tu w Lublinie przwiezioną miedź sprzedawał po rozmaitych cenach, i tak w .r 1610 cetnar po 36 złp., w r. zaś 1616 po 40 złp., które płacili tamtejsi kotlarze a nawet kupcy z Gdańska, co jasno dowodzi, że jarmarki lubelskie na miedź musiały być głośne na całą Polskę. Korzystając ze sposobności, wraz z miedzią spławiał inne towary, jak sierpy, sukno i śliwy suszone, czem zajmował się (1618 r.) niejaki Nożyński, który u niego mieszkał i za jaką parę butów, prócz spławu, po jarmarkach mu pomagał.
Ostatnia spółka z Wacławem Grabką (1620 r.) jest najbardziej charakterystyczną; mianowicie nie mogąc osobiście zajmować się handlem miedzi, pożyczył Grabce 600 złp. na zakupno tejże w Lewoczy, a warunek układu brzmiał: „Ma bydź: moje pieniądze a Grabczyna praca, zyskiem napoły się dzielić[495]“.
Innymi kupczącymi miedzią byli za czasów Zygmunta III. i Władysława IV. dwaj bracia Frączkowicze, Jerzy i Jędrzej, spławiając ją na tratwach do Lublina i Warszawy. Czasami nawet trzeci ich brat Tomasz († 1630 r.), złotnik i rajca sandecki[496], wchodził z nimi w spółkę, mianowicie kiedy chodziło o miedź, na której jako złotnik znał się doskonale. Lecz z jakiemi trudnościami mieli nieraz kupcy sandeccy w tym handlu do walczenia wówczas! Pierwszą taką trudnością był brak większych kapitałów, który także nie dozwalał Jerzemu Frączkowiczowi rozpocząć swego kupiectwa na większe rozmiary. Udawał się więc do wielmożnej Magdaleny Strońskiej z Korzennej, która mieszkała w Nowym Sączu, a posiadając gotówkę pożyczała na lichwę. Od niej w r. 1632 pożyczył 400 złp., już naładował miedź na tratwy i miał odpłynąć do Lublina, kiedy naraz wielmożna Strońska zażądała zwrotu pieniędzy i tratwy zagrabić kazała! Przedstawienia ani prośby nie zdołały jej zmiękczyć, a tu czas i woda dogodna upływały i strata oczywista groziła. Dopiero gdy teść dłużnika, Maciej Pleszykowicz, wypłacił 200 złp. a na drugą połówę dał zapis w księdze ławniczej, pani Strońska uwolniła tratwy[497]. Udał się więc Frączkowicz do Lublina. Lecz niezadługo wymienieni powyżej woźnice miejscy kupieccy, powróciwszy z drogi, przywieźli od niego list do żony, iż pojechał do Gdańska, zamieniwszy swój towar na inny, jak się zdaje, na zboże. Z listem przywieźli od męża 500 złp., 6 beczek śledzi i beczkę ryb lwowskich[498]. Śledzie i ryby lwowskie znalazły prędki odbyt, a za beczkę lwowskich chętnie dała pani bratowa Ewa (żona Jędrzeja) 100 złp., biorąc je na szynk gospodny dla licznie zgromadzonej szlachty, boć właśnie nadciągała chorągiew Imci wielmoznego wojewody ruskiego, Stanisława Lubomirskiego, i wszystkie gospody były przepełnione.
Lecz tenże Jerzy Frączkowicz przedsięwziął jeszcze na większą skalę handel miedzią do Gdańska, przyczem okazał, że kupcy sandeccy umieli także korzystać z wypadków politycznych i ich wpływu na ceny towarów. Władysław IV. zaraz po swojem wstąpeniu na tron musiał się zbroić przeciwko Moskwie, która jeszcze w czasie bezkrólewia zerwała zawieszenie broni i napadem rozpoczęła wojnę. Sejm konwokacyjny warszawski (1632 r.) orzekł niebezpieczeństwo i potrzebę gotowości. Miedź i spiż ogromnie poszły w górę. Jerzy Frączkowicz cem prędzej skoczył do Lewoczy i opowiedział rzecz najmajętniejszym tamecznym mieszczanom, zapraszając ich do spółki. Chętnie na to przystali mieszczanie, a między nimi Habermann i Jan Lang, wójt lewocki. Lang brał towar na swoje imię, a Jerzy Frączkowicz spławiał[499] lub wozem woził i sprzedawał, a pieniądze zwracał na dalsze kupno. Żona jego, osoba bardzo obrotna, wielce mu była pomocną, a głównym wyręczycielem był Samuel Kominkowicz, młodzian zwinny i rzutny, na którego mógł się spuścić we wszystkiem. Interes ten rozpoczęli na wielki rozmiar. Zakupili i odstawili miedzi cetnarów 333, którą nagromadzono w Pławcu na Spiżu, i wraz z 100 cetn. szpisglazu[500] wieziono do Nowego Sacz, a stamtąd do Gdańska.
Z tego transportu do Gdańska mamy nader interesowny spis ceł, różnych opłat i innych wydatków, które dają nam obraz, z jakimi kosztami połączone były wówczas podobne przedsiębiorstwa i podróże kupieckie[501].
Oprócz 520 złp., które wydał Hans, sługa pana Langa, wydatki te wszystkie w drodze ponosił Jerzy Frączkowicz, który miedź tę i wszelki spiż odstawiał osobiście zimą (1634 r.) i nabiedował się w drodze nie mało. Wracając z Gdańska, nakupili sukna, dołożywszy jeszcze 500 złp., które również ze swoich dodał Frączkowicz, nieco pożyczył u Habermanna z Lewoczy 166 złp. — Do uzupełnienia o czynności kupieckiej Jerzego Frączkowicza należy jeszcze dodać, iż między innymi towarami spławiał też stal rakuską, którą sprzedawał za węgierską, chociaż jako podlejsza opłacała się zarówno z żelazem[502]. Ogromne jednak trudy, obok gorączkowej niecierpliwości Jerzego, zachwiały jego siłami. W Lublinie zaniemógł, a odzyskawszy siły cokolwiek, puścił się dalej do Warszawy. Bardzo słaby już zajechał tam i stanął u Jarosza (Hieronima) Nowomiejskiego, konwisarza i mieszczanina warszawskiego, gdzie wkrótce umarł w r. 1635.
Do znaczniejszych kupców miedzią należeli także: brat poprzedniego, Jędrzej Frączkowicz, i teść Jerzego, Maciej Pleszykowicz, cyrulik i rajca sandecki w latach 1628—1637. Ten ostatni miał w r. 1636 miedzi 26 cetn. wartości 1.800 złp. Kupcy z Lublina stargowali ją na słowo, lecz nie zważając na tę umowę, zerwali ją i zamówili miedź u Jędrzeja Frączkowicza, prosząc go o najrychlejsze odstawienie. Ten udał się wiec do Pleszykowicza, aby mu odstąpił połowę swojej po cenach kupieckich, z przyzwoitym zarobkiem. Przystał na to Pleszykowicz, ale nie na wagę sandecką, która była większa. Przy tym targu oglądano tę miedź, ale Frączkowicz, widząc że to płyty nie kute tylko lane, odstąpił kupna i odpisał do Lublina, żeby się wstrzymali z kupnem, gdyż im wkrótce odstawi miedź kutą, a lanej od Pleszykowicza dla nich kupować nie chce. Ale zanim ten list odszedł, już wprzód sam Pleszykowicz podążył do Lublina, wyprzedając swój towar, który w firkantach[503] na 2 wozach po 13 cetn. wiózł Joachim Olejarz, woźnica i przedmieszczanin sandecki, a ugodziwszy się z tamtejszymi kupcami, otrzymał zadatek na 26 cetn. za 1.800 złp., czyli cetnar po 69 złp. 7 gr. Gdy jednakże nadszedł list od Frączkowicza, Lublinianie, przeczytawszy go, zarzucali Pleszykowiczowi oszustwo i odebrali zadatek, a po nadejściu miedzi kutej Frączkowicza, natychmiast ją kupili. Pleszykowicz musiał towar swój złożyć na wadze miejskiej, nie mając kupca, i od Gód[504] aż do Wielkiejnocy przesiedział z tą miedzią w Lublinie, wkońcu musiał ją sprzedaż ze stratą 400 złp., nie chcąc z nią wracać do domu.
Po powrocie do Nowego Sącza, rozgniewany zapozwał Jędrzeja Frączkowicza, iż mu popsuł dobre imię i sławę kupiecką, ganiąc towar jego a zachwalając własny, i żądał zwrotu poniesionej straty. W podaniu swem nazwał postępek Frączkowicza: grubym, łupieżnym i niechrześcijańskim. Frączkowicz z godnością odpowiedział, iż kupca towar chwali a nie ludzie: iż stratę większa poniosą drudzy kupcy, gdyż wziął lekkomyślnie lichy towar na kredyt, a nie zapłaciwszy, wszystkim podkopuje wiarę. Wyrok sądowy zupełnie uwolnił Frączkowicza, bo towaru dobrego nikt zganić nie może... a nawet pokrzywdzenia swojej sławy kupieckiej pozwolił mu dochodzić na panu wójcie, Macieju Pleszykowiczu[505].
Handel Nowego Sącza z Gdańskiem rozciągał się nie tylko na miedź, lecz także i na inne towary, a między nimi takie, którychby się rzeczywiście najmniej spodziewać można, jak n. p. wyroby złotnicze, które Wawrzyniec Kondratowicz, wspomniany powyżej złotnik, spławiał do Gdańska (1643 r.)[506].
Śliwki suszone stanowiły bardzo ważny artykuł, który także przeważnie szedł Dunajcem do Gdańska i Lublina[507]. Te były albo polskie albo węgierskie. Polskich dostarczał Tymowskiemu niejaki Grygier Sieniawka z Lubomierza, który skupywał je od chłopów ze Zręczyc, a kupcy, trudniący się ich hurtową przesyłką do Gdańska, zakupywali je w znacznej ilości, n. p. w r. 1619 na jeden raz za 83 złp. — Węgierskie zaś sprzedawali poddani pana Ferencza[508] Deżeffiego (Dessewffy) z Czerwienicy[509] i z Lipian[510], którzy na nie pobierali zadatki. Zwykłą miarą, na którą je kupowano, był tak zwany gbeł[511], dotąd używany na Węgrzech, ale nie we wszystkich miastach jednakowy; otóż w Nowym Sączu kupowano na gbeł sobinowski lub preszowski, który kosztował 2 złp. 20 gr. Śliwy były także towarem, który kupcy sandeccy zaopatrywali swoje składy w większej ilości, n. p. 8 fas, i stanowiły wraz z sierpami i miedzią główny ładunek pletów czyli tratw, spławianych do Gdańska[512].
Dalszym znanym nam kupcem, zajmującym się także handlem śliwkami suszonemi, był Jan Zięba, rzeźnik, który wspólnie ze złotnikiem Wawrzyńcem Kondratowiczem, spławiał je do Malborga w r. 1644. Tu zaszło jakieś nieporozumienie pieniężne między nimi, gdyż po powrocie do Nowego Sącza wniósł Zięba skargę na Kondratowicza przed sądem. Ze świadków, którzy w tym procesie występują, dowiadujemy się, iż oprócz wymienionych obydwóch powyższych, równocześnie znajdowało się w Malborgu jeszcze trzech innych kupców sandeckich, jako to: Stanisław Jamiński, krawiec, Jan Grybowski, rzeźnik, i Marcin Kowalecki, prawnik — niezawodnie także ze swymi towarami. Że i ten handel śliwkami suszonemi odbywał się na wcale znaczne rozmiary, okazuje się ze zeznań pomienionych świadków, z których jeden zeznaje: że w jego obecności pan Zięba odebrał w Malborgu za śliwy 1.150 złp.; drugi: że także był przytem, jak tenże w Malborgu za śliwy otrzymał w złocie 410 złp.; a trzeci: że przy nim Kondratowicz oddał starszemu synowi Zięby 700 złp. w talarach[513].
Lecz owoce suszone, mianowicie śliwki, były towarem poszukiwanym bardzo i gdzieindziej, dlatego kupcy sandeccy rozwozili je także w inne strony kraju, gdzie znaczny znajdowały pokup, chociaż i tutaj takie rozwożenie połączone było z różnemi nieprzewidzianemi przykrościami. I tak konwisarz sandecki, Zacharyasz Światłowicz, który handlował także winem, nakupiwszy suszonych śliwek i gruszek, wiózł do Nowego Targu te przysmaki góralskie (1638 r.). Towarzyszył mu niejaki Łukasz Oleksik. W Ostrowcu zajechali na noc do chłopa, Jędrzeja Zachełmskiego, a Światłowicz pospieszył do miasta. Oleksik miał złe obuwie, więc udał się do poblizkigo szewca i ugodził się z nim, ale nie na pieniądze, tylko na gruszki i śliwki, których usypał z półkorca w nocy i wydał dziewce szewskiej. Lecz gospodyni spostrzegła to i przez męża uwiadomiła Światłowicza, który potem dochodził tego sądownie[514].
Dalszym bardzo ważnym artykułem handlu, spławianym Dunajcem i Wisłą, było drzewo. Handlowali niem między innymi Marcin Bigos i Marczała, którzy w r. 1632 dostarczali drzewa na budowę zamku królewskiego w Warszawie, odstawiając je wodą, naco otrzymali zadatku 540 złp.[515] od kupca warszawskiego i zawiadowcy nadwornego, Jakóba Dzianottego.
Że handel ten musiał być bardzo intratnym, dowodzi ta okoliczność, że oprócz kupców rzucali się do tego przedsiębiorstwa także i rzeźnicy, jak Jan Sutkowski i Jan Obłąk, którzy w r. 1643 handlowali niem na spółkę, co nawet dało między nimi powód do sporu o pieniądze. Z obrachunku wspólnego pokazało się, że Obłąk winien był 86 złp. a Sutkowski 540, których jednak ten ostatni wypierał się zuchwale. Ostatecznie zapłacił, przymuszony do tego wyrokiem urzędowym[516]. Sutkowski już dawniej dał dowody swojej chciwości, ośmielając się sprzedawać mieszczanom sandeckim drzewo budulcowe po cenie wyższej, niż zwykła, zaco go pozwał (1640 r.) sam podwójci ówczesny, Stanisław Kopeć[517].
Jak powyżsi, tak samo i Sebastyan Żmijowski, który posiadał jatkę rzeźniczą, wolał także nie użytkować ani z niej ani z rzemiosła, natomiast dzierżawił wagę miejską i spławiał (1652 r.) drzewo z Lewoczy na tratwach, a na nich i inne towary Popradem i Dunajcem[518]. Obok powyższych wspomniany już Stanisław Jamiński, kupiec sandecki, prowadził drzewem[519] wielki handel z miastami na całym obszarze Wisły, przyczem spławiał także rozmaite towary. W r. 1644 widzieliśmy go w Malborgu; później znajdujemy, że w r. 1652 po drzewo i tarcice przyjeżdżali do niego do Nowego Sącza kupcy z daleka, mianowicie Więckowski z Torunia[520], który mu dał za 80 sztuk drzewa 50 złp. i piwa za 2 orty na litkup[521]; a w tym samym roku przy nadchodzącej powodzi, w samo morowe powietrze, naładował Jamiński tratwę tarcicami i popłynął do Warszawy[522].
Zygmunt III. na sejmie warszawskim w r. 1598 pozwolił miastu pobierać od tratwy, spławianej Dunajcem, każdą trzynastą tarcicę lub drzewo. Dochód ten, zwany pospolicie „mytem trzynastego drzewa“, wypuszczało miasto w arendę za 266 złp. 20 gr. rocznie, jak świadczą kopie ówczesnych kontraktów, przechowane w archiwum miejskiem. I tak w r. 1650 wydzierżawił go rajca, Wawrzyniec Szydłowski, za 800 złp. na 3 lata; w roku zaś 1653 wójt, Jędrzej Kitlica, za tę samą sumę również na 3 lata. Wogóle za panowania Władysława IV. i w pierwszych latach panowania Jana Kazimierza spław drzewa Dunajcem rozpowszechniony był na wielką skalę. Dopiero zakaz rąbania okolicznych lasów z r. 1653, a następnie wojny szwedzkie podkopały tę dla Nowego Sącza tak ważną gałąź handlu.
Ale między towarami, sprowadzanemi z obcych krajów a spławianymi Dunajcem, najcelniejsze miejsce dla Nowego Sącza zajmowało wino węgierskie. Wprawdzie znajdujemy ślady, że także inne wina zagraniczne, jak grecka małmazya[523] lub portugalska madera, były również przedmiotem kupna i sprzedaży w owych czasach dla kupców sandeckich, jednakowoż co do znaczenia pod względem handlowym z węgierskiemi wcale nie mogą się równać. Natomiast blizkość granicy, łatwość komunikacyi z Węgrami zapomocą Popradu, położenie miasta nad spławnym wówczas Dunajcem, spowodowały, że na polu handlu temi ostatniemi Nowy Sącz zajął pierwszeństwo między wszystkiemi miastami polskiemi na Podgórzu karpackiem, a to zaszczytne stanowisko i sławę utrzymał jeszcze do dni dzisiejszych.
Po wina węgierskie jeździli kupcy sandeccy zwykle sami osobiście, nieraz nawet kilka razy do roku. Wprawdzie w r. 1603 polecił Zygmunt III. staroście grodowemu sandeckiemu, ażeby zaniedbane prawo Stanisława Batorego z r. 1578, zabraniające obywatelom polskim jeźdźić po wino do Węgier, a nakazujące kupować je w wyznaczonych składach koronnych, pod bezwzględną utratą tychże towarów, w całej rozciągłości przywrócił i pilnie czuwał nad jego wykonaniem, gdyż wskutek tego zaniedbania cena win węgierskich podskoczyła znacznie[524] — jednak o zakupowaniu win przez kupców sandeckich w owych składach koronnych nigdzie nie znajdujemy śladu. Powyższe zatem rozporządzenie królewskie widocznie znowu zostało ominięte i nie weszło w wykonanie, a kupcy sandeccy, jak przedtem tak i potem, dalej jeździli po wina do Węgier.
Sprowadzali je zaś stosownie do miejsca zakupna, albo na wozach po drogach wówczas niezbyt wygodnych i bezpiecznych, do których byli potrzebnymi przewodnicy dobrze tychże świadomi, albo wodą na tak zwanych płytwach[525]. Czasami jednak zdarzało się, że kupcy ze Spiża lub z Węgier sami przybywali do Nowego Sącza z winami swemi na sprzedaż — czy to umyślnie, jak n. p. Hodorek z Podolińca (1622 r.), który przywiózł 24 beczek po 58 złp.; czy też przypadkowo, jak w r. 1616 Istwan[526] Kajdasz z Koszyc[527], który, nie mając o czem jechać dalej, musiał wina swoje złożyć w piwnicy pewnej mieszczki i z konieczności sprzedawać je w Nowym Sączu — przyczem Tymowski na usilne jego prośby wszystkie koszta za niego zapłacił, jakimi były: królewska grzywna do grodu, za wolność sprzedaży, za dolewkę, furmanom, śrotarzom i bednarzowi.
Miejsca, skąd je sprowadzano lub na zakupno jeżdżono po nie, które słynęły więc widocznie wówczas z dobrocie win, były: Torysa (Tàrcza), Koszyce, Preszów (Eperjes), Lewocza, Hunsdorf (Hunfalu), Kesmark, Bardyów[528] i jeszcze inne nie wymienione. Ty dostarczali ich w większej lub mniejszej ilości, oraz w różnych gatunkach tamtejsi kupcy, których nazwiska przechowały nam nasze źródła. Obok tych otwierali także dla sandeckich kupców piwnice swoje i magnaci węgierscy, jak n. p. Janusz Deżeffi, pan na Torysie, którzy niezawodnie mieli swoje własne piwnice. Ale prócz firm i domów kupieckich czysto węgierskich, kupowano także i z drugiej ręki od kupców polskich, którzy mieli swoje składy winne po innych miasteczkach, jak od Rokickiego w Muszynie (1620 r.) lub Marcina Kopcia w Grybowie (1624 r.).
Ceny, po których kupowano te wina, były bardzo rozmaite: tak znajdujemy aż dwadzieścia kilka różnych cen, od 26 złp. 3 gr. aż do 150 złp., tudzież od 46 złotych węgier. do 75 zł. węgierskich[529] za jedną beczkę, a od 20 gr. do 3 złp. za jeden garniec. Co się zaś tyczy objętości beczki, to według owego rozporządzenia królewskiego do starosty grodowego z r. 1603, ponieważ Węgrzyni coraz mniejsze beczki z winem przez komorę sandecką przywozili do Polski, pojedyncza beczka miała mieścić w sobie 5 barył — w przeciwnym razie już na granicy miały być zabierane[530]. Z tych tak rozlicznych cen wysnuwa się oczywisty wniosek, że i gatunki win musiały być także bardzo różne. Jakoż czytamy o maślaczu czteroputowym (1646 r.), o winach starych doskonały, ale znowu także o winach podlejszych (1624 r.), które skwaśniały; podobnie znajdujemy, że na 9 beczek wina, kupionych w Hunsdorfie (1616 r.) po jednej i tej samej cenie, okazało się 6 lepszych, 2 gorsze, 1 na dolewkę. Niewątpliwem jest również, że na różnicę ceny, obok dobroci i gatunku wina, wpływała także mniejsza lub większa odległość miejsca, z którego je sprowadzano, i ściśle połączone z tem koszta przywozu — ale także i sposób płacenia.
Rzadko kiedy i tylko przy mniejszych kwotach płacili kupcy gotówką: co najwięcej dawali większy zadatek, a resztę spłacali później, jak n. p. Tymowski, kupując w r. 1615 u Michała Fraja w Kesmarku 10 beczek po 26 złp. 3 gr., dał mu zadatku 30 czerwonych złotych (120 złp.) i wziął mu chłopca do szkoły do Nowego Sącza. Zresztą przy kupowaniu win kredyt wielką odgrywał rolę. Tak kupcy sandeccy, Mateusz Kotczy i Krzysztof Halenowicz, sprowadzali na kredyt wino z Preszowa od Michałą Straussa w takiej ilości, że, jak utrzymywano powszechnie (1630 r.), zostali mu dłużni aż 5.000 złp., chociaż przed sądem oświadczyli, że tylko 900 złp.[531]. Temuż samemu Kotczemu inny kupiec preszowski, Miklusz[532] Komorani, dał na kredyt (1635 r.) wina za 830 złp., z których „upłacił“ tylko 730 złp., a o resztę zapozwał go Węgrzyn[533]. Zwykle spłacano ratami, jak Tymowski Jurowi (Jerzemu) Mnichowi w Lewoczy (1615 r.), któremu należne za wina 400 złp. odsyłał częściowo po kilkadziesiąt złp. i więcej, jużto przez swoją czeladź, jużto przez różnych spławników — lub też ulubionym dla kupców sandeckich środkiem „upłaty“, t. j. towarami. Tak kupując w r. 1609 od Janusza Deżeffiego 30 beczek po 36 złp. 19 gr., odsyłał mu należytość przez jakiegoś „chodaka“ (chłopaka) z Czyrny po sto kilkanaście i sto kilkadziesiąt złp., a za resztę dawał sukna, korzenie i achtel piwa. Tak samo w r. 1614 znowu panu Deżeffiemu za 6 beczek wina, prócz pieniędzy, posłał sukna i 4 beczki śledzi. Podobnie płacił towarem pan Zygmunt Stradomski, podstarości sandecki, kiedy wchodził w spółkę win z Tymowskim, którą uskutecznili w r. 1622, dając do niej gotówką 200 złp. — z otrzymanych bowiem w roku zeszły w spółce sukiennej 34 postawów sukna morawskiego, wziął zaraz 4 postawy czerwonego a 2 zielonego i dał je Węgrzynowi za wino. Tak samo w r. 1625 z zakupionych w powtórnej spółce sukiennej od tego samego kupca 34 postawów sukna, znowu za wina zapłacił Węgrzynowi z Preszowa 15 postawami. — Odwrotnie robili kupcy węgierscy: Baldizar[534] Sekiel w Hunsdorfie za sukna i korzenie płacił winem, którego w r. 1614 przysłał 2 beczki; a gdy znowu w r. 1616 Tymowski kupił od niego 9 beczek, dług tegoż w kwocie 106 złp. 17 gr. został zadatkiem na to wino.
Do okoliczności wpływających na ceny win, już nie po jakich je kupowano na Węgrzech, ale po jakich je kupcy sandeccy odbiorcom swoim sprzedawali, należały przedewszystkiem koszta przywozu do Nowego Sącza. Przywóz ten, jak powiedziałem, odbywał się w sposób dwojaki: lądem i wodą. Dyaryusz Tymowskiego podaje nam dosyć dokładnie obraz jednego i drugiego, szczęśliwym trafem obe razy z jednego i tego samego miejsca, t. j. z Torysy, własności pana Janusza Deżeffiego. Z tego opisu zyskujemy jasne wyobrażenie, iż koszta takiego przywozu w obu wypadkach były wcale znaczne.
Co się tyczy przywozu lądem, już powyżej wspomniałem, że w owych czasach drogi nie były wcale wygodne i bezpieczne, dlatego też wymagały wielkiej przezorności i doświadczenia, aby uniknąć wszelkich grożących niebezpieczeństw. To też Tymowski podnosi tę okoliczność, iż, kiedy w r. 1615 zawarł pierwszą spółkę z panem Jędrzejem Jordanem, ruszyli na Węgry podwodą doświadczonego sołtysa muszyńskiego. Tu w Torysie, kupiwszy od Istwana Peregrina 24 beczek po 111 złp., pobyt ich kosztował („strawili“) 3 złp. Od pana Peregrina otrzymali fury i przewodnika, Węgrzyna „dobrze świadomego dróg“, a same fury kosztowały do Nowego Sącza 96 złp., t. j. po 4 złp. od beczki. Jechali na Koszyce, Drynów (Somos), Preszów, Sobinów[535], Nowąwieś, Petrowianiec (Pètermezö), a wierny i doświadczony zięć Tymowskiego, Stanisław Mączka, jechał przy winie, nie odstępując ani na krok. Wydatki w drodze, oprócz wszelkich opłat i my, wynosiły 17 złp., razem więc 116 złp. czyli prawie 5 złp. na beczce. — Podobnie w roku następnym (1616), kupiwszy w Hunsdorfie (za Kesmarkiem a więc znacznie blizej) u Baldizara Sekiela 9 beczek po 32 złp. 6 gr. i sprowadziwszy je na furach, przywóz od beczki kosztował po 2 złp. 15 gr. — A gdy w r. 1624 w drugiej spółce z Jędrzejem Jordanem kupili wina 41 beczek, ale już nie na Węgrzech, tylko u Marcina Kopcia w Grybowie, który w Kruźlowej miał swoje piwnice i składy, przywóz od beczki kosztował po 1 złp., gdyż tyle porachował sobie pan Jordan, którego poddani ze Strug zwieźli wino do Nowego Sącza. Ale i tu nie obeszło się bez przykrych zajść i wydatków — albowiem ludzie jego, przyjechawszy do Kruźlowej, popuszczali konie na pasze, z czego przyszło do kłótni i krwawej bójki z miejscowymi, aż Tymowski, łagodząc sprawę, za paszę i krwawe guzy zapłacił 1 złp. 15 gr.
Nierównie zwyklejszy był drugi sposób przewozu, t. j. woda. W takim razie odstawiano wino wozami do miejsca, z którego rozpoczynał się spław na Popradzie, i stamtąd spławiano je do Nowego Sącza. Spław ten odbywał się na tak zwanych płytwach (ptach), które zbijano z drzewa „na Górze“, t. j. nad górnym Popradem i tam od razu je kupowano. Cena takiego ptu wynosiła 2 złp. 6 gr., a na nim mieściło się 5—6 beczek, oprócz fliśników; od liczby więc beczek zależała także ilość takich ptów, potrzebnych do spławu. Ale i ten sposób transportu wodą nie był także całkiem bez niebezpieczeństw, i wymagał również doświadczenia i znajomości drogi wodnej. — Z opisu takiego spławu w r. 1610, kiedy Tymowski, zakupiwszy w spółce z zięciem swoim od pana Deżeffiego 24 beczek po 30 złp., spuszczał je do Nowego Sącza, okazują się koszta następujące: Dwom sługom na utrzymanie („strawnego“) na Węgrzech 3 złp., za 5 ptów 11 złp. 3 gr.; fliśnikom od spławu 12 złp.; w Nowym Sączu od zwiezienia „od wody“ (od Dunajca) do miasta 1 złp. 18 gr.; śrotarzom za spuszczenie do piwnicy 1 złp. 18 gr.; bednarzowi przez całe lato 2 złp. 15 gr., razem 31 złp. 24 gr., oprócz wszelkich myt i koniecznych kosztów na dolewkę, tak na Węgrzech (n. p. w Lubotyni [Lyubotin] 5 złp. 6 gr.) jak i w Nowym Sączu.
Do kosztów przywozu należała także opłata na komorze celnej węgierskiej, jak się zdaje w Bardyowie i Lubowli[536], która je ogromnie powiększała, tak zwany „trycatek“ (trzydziestka[537]). Iż nazwa ta, zwykle także zamiast samej komory używana, stąd pochodzi, iż pierwotnie wynosiła trzydziesty gorsz, nie podlega żadnej wątpliwości, ale według zapisków Tymowskiego była w owych czasach znacznie większą, lubo nie zawsze jadnakową; czy na nią wpływały cena i jakość wina, nie wiadomo, prawdopodobnie jednak panowała tu także dowolność. I tak opłata na trycatku od 24 beczek (po 30 złp.) w r. 1610 wynosiła 53 złp. 9 gr. (t. j. po 2 złp. 6 gr. od beczki). Prawie zupełnie w tym samym stosunku w r. 1616 od 6 beczek (po 33 złp. 10 gr.), albowiem 14 złp. 3 gr. wraz z inną jeszcze opłatą, zwaną „fircykarstwo[538]“. Podobnie w r. 1621, wnosząc z ogólnej sumy wydatków od 44 beczek (po 46 zł. węg.), gdyż szczegółowo nie są podane, która wynosiła do Nowego Sącza za trycatek, myta, płytwy, fliśników i t. d. aż 184 złp. 15 gr., trycatek od jednej beczki również musiał wynosić tyle, co poprzednio. — Natomiast w tym samym roku 1621, przy wcześniejszym przywozie 27 beczek (po 44 złp. 12 gr.), trycatek kosztował znacznie mniej, gdyż tylko 33 złp. 10 gr., a więc po 1 złp. 7 gr. od beczki — ale też pan podstarości w Lubowli otrzymał pół beczki tego wina! Jeszcze mniej zapłacono w r. 1623 od 51 beczek, zakupionych po różnych cenach w Bardyowie, albowiem razem 45 złp., a więc od jednej zaledwie 26½ gr.
Te koszta przywozu, znaczne opłaty na komorze celnej węgierskiej, liczne myta krajowe i inne pobory i wydatki, powodowały, że, jeżeli wina miały przynieść zysk większy, musiano je kupować w bardzo znacznej ilości, w którym to wypadku rzeczywiście wina węgierskie ze wszystkich towarów, sprowadzanych z zagranicy, przynosiły zysk największy; ale też takie większe zakupna wymagały znowu bardzo wielkich nakładów, wynoszących nieraz po kilka tysięcy. Dlatego też kupcy sandeccy, z powodów już wyżej wymienionych, byli zmuszeni, podobnie jak przy handlu miedzią, dla łatwiejszego pokrycia tak ogromnych kosztów zawierać spółki. Takie spółki zawierali nie tylko między sobą, jak przykład tego znajdujemy już w r. 1599, że Stanisław Janik, kupiec i rajca sandecki, sprowadzał wino wspólnie z Melchiorem Krosnerem, cyrulikiem; ale także z okoliczną szlachtą, która, widząc w tem znaczne zyski, nie wahała się dla nich na chwilę zapomnieć na wszystkie przesądy i wzbraniające im tego prawa, i podobnie jak przy handlu suknem, przystępowała chętnie do takich kupieckich spółek winnych. Sam Tymowski w przeciągu 15 lat (1610—1624) zawierał takich spółek aż ośm, z których 3 były właśnie z panami szlachtą z okolic Nowego Sącza, reszta zaś z kupcami i mieszczanami.
Ale w takich spółkach dawał się nieraz czuć dotkliwie brak gotówki, dlatego kupcy sandeccy w tym wypadku ciekali się do jedynego środka ratunku, jakim było zaciąganie pożyczki. Tymowski nie przemilcza ani razu, ilekroć znalazł się w podobnem przykrem położeniu; lecz utrzymując przyjazne stosunki z okoliczną szlachtą i sam udzielając jej kredytu, pomagał sobie jej życzliwością i znajdował zawsze u niej pomoc pieniężną. Pożyczki te nie wynosiły wprawdzie nigdy więcej jak 400 złp., ale też zato nie słyszymy wcale o żadnych procentach. Tak kupując w spółce z Jędrzejem Jordanem 24 beczek po 111 złp. w Torysie (1615 r.), pożyczka na nie 400 złp. od pana podstarościego, Sebastyana Gładysza, który później potrosze wybierał pieniędze swoje. Podobnie w r. 1620, kiedy zanosiło się na wojnę z Turkami i cała szlachta ściągała pod swoje chorągwie, Tymowski, zamierzając zakupić wina w większej ilości, pożycza od pana podwojewodzego, Zygmunta Stradomskiego, również 400 złp., na które jednak musiał się zapisać wraz z żoną.
Tylko takie spółki, rozporządzając większymi kapitałami, były w możności płacić od razu gotówką, a więc też kupować taniej: dlatego też w takich spółkach kupowano albo w nierównie większej ilości, n. p. w spółce z Janem Łykawskim 71 beczek (1621 r.), a z Jędrzejem Jordanem 41 beczek (1624 r.), albo nierównie kosztowniejsze i lepsze, jak z tymże panem Jordanem 24 beczek aż po 111 złp. (1615 r.), lub z Tomaszem Pytlikowiczem 12 beczek, ale wina starego doborowego (1619 r.), którego cena musiała też być bardzo wysoka.
Kupcy sandeccy, kupując wina na Węgrzech, sprowadzali je czasami dla drugich osób, jak n. p. Tymowski w r. 1609 dla pana Lisowskiego z Szalowej 4 beczki po 42 złp. od Istwana Kajdasza z Koszyc, a w r. 1613 dla „mnichów“ (Franciszkanów) 1 beczkę za 33 złp. od Istwana dyaka (z miejsca nie podanego), albo Zygmunt Gądek w r. 1633 dla Jana Wojakowskiego, czego niezawodnie nie podejmowali bez pewnego zysku. Lecz nierównie częściej i prawie wyłącznie sprowadzali je dla siebie, w celach czysto handlowych, i to jest głównie przedmiotem naszej tutaj uwagi.
Wina, sprowadzane do Nowego Sącza, rozchodziły się albo na miejscu i po dworach szlacheckich najbliższej okolicy, albo też rozwożono i spławiano je po wszystkich stronach Polski. W samym Nowym Sączu spotrzebowały go najwięcej 3 wówczas znaczne szynki winne, których właścicielami byli: pisarz miejski, Matys Bereza, Cichoniowa i Mirkowa[539], gdzie konsum jednem słowem był ogromny. Zwłaszcza ten pierwszy kupował całemi beczkami, co najlepiej dowodzi, że i odbyt u niego także musiał być odpowiedni. Gdy Tymowski w r. 1618 kupił znowu od Janusza Deżeffiego 16 beczek po 26 złp. 20 gr., Bereza na drobną sprzedaż wziął natychmiast 6 beczek. Podobnie w r. 1620, kiedy szlachta całej Polski ruszyła na Turka i po wszystkich królewszczyznach zjeżdżali się zbrojni pod swoje chorągwie, a Tymowski zakupił w Muszynie od Rokickiego 12 beczek po 57 złp., to Bereza brał beczkę za beczką, a szlachta zbrojna wypijała. Tak samo znowu w r. 1621, kiedy w spółce z Janem Łykawskim zakupił u Zacharyasza Gutsmittla w Kesmarku raz 27 beczek po 44 złp. 12 gr., a drugi raz 44 beczki po 46 zł. węg., Bereza pierwszy przybył i wziął 2 beczki po 60 złp. — Cena wina w pomienionych trzech szynkach, zwłaszcza od r. 1622, kiedy pan Stradomski, jako podwojewodzy, zawezwał Tymowskiego do ustawy cen wina, wynosiła za kwartę 6 gr., u Mirkowej zaś później 7 gr.
Oprócz tych nadzwyczajnych wypadków, w których w pomienionych winiarniach wypijano wina w większej ilości, okoliczna szlachta także w życiu codziennem i wśród okoliczności wcale zwyczajnych należała do najlepszych gości i konsumentów wina. I tak kiedy Tymowski w spółce z Jędrzejem Jordanem (1615 r.) zakupił w Torysie u Istwana Peregrina 24 beczek po 111 złp., na które od pana podstarościego, Sebastyana Gładysza, pożyczył był 400 złp., pan podstarości, tak blizko zetknięty temi winami, raczył osobą swą godną zaszczycić Tymowskiego, i przy pogadance o tem i owem wraz z siądami wypito 3 garnce wina. Pan podstarości opowiadał też przed bracią szlachtą o dobroci wina i przysłał 13. września po półgarnca na okaz. Wielmożny Pieniążek z Kruźlowej i Simbar, brat starosty grodowego Lubomirskiego, uznali dobre jego własności i udali się do Tymowskiego wraz z panem podstarościm i zapewne jeszcze z kim więcej, bo przecie dla trzech nie wyniesionoby 5 garncy tego wina. W najbliższy czwartek po 13. września zażądał pan podstarości 2½, w poniedziałek ½, w następny czwartek dla pana Chrzanowskiego 2½, a w drugi czwartek dla siebie 1 garniec tego wina. Nawet wielmożny pan starosta grodowy przysłał po 1½ garnca! Obaj kupcy, rozumie się, nie mogli się sami nachwalić; Tymowski, jadąc do Ciężkowic na jarmark i w różnych okazyach familijnych, wypił tego wina za 7 złp. 15 gr., a Jędrzej Jordan garncem i półgarncówką jeszcze więcej wybrał, bo za 9 złp. 25 gr., czego kwarta kosztowała 5 gr.
Ale nie tylko w winiarniach i sklepach kupieckich przy pogadankach przyjacielskich szlachta sandecka dostarczała kupcom najlepszego odbytu na wino, brał go bowiem także w znacznej ilości i do użytku domowego, jak tego znajdujemy wzmiankę (1620 r.), że pani Stradomska na swoją kuchnię wzięła beczkę wina za 34 złp.
W r. 1621, kiedy w Nowym Sączu na wino był nadzwyczajny pokup i Tymowski w przeciągu tego jednego roku w spółce z Łykawskim aż kilka razy od Gutsmittlów w Kesmarku sprowadzał po kilkadziesiąt beczek wina, szlachta sandecka była pierwsza, która sprzedaży tegoż dała dobry początek. Sam wielmożny pan starosta wziął 2 beczki po 60 złp.; p. Tabaszowski beczkę za 70 złp.; p. Wiktor 2 po 100 złp.; p. Słowikowski 6 po 80 złp.
Podobnie w r. 1623, kiedy Tymowski w spółce z bratem swoim, Marcinem z Grybowa, zakupił w Bardyowie u Sandora[540] Foltyna 14 beczek po 66 zł. węg., a 25 beczek po 75 zł. węg., zaraz jeszcze w Grybowie ks. pleban Gładysz wziął półgarncówkę na skosztowanie, a pan podstarości Gładysz 5 garncy. W Nowym Sączu pan Stradomski na początek wziął 2 garnce, a Jejmość pani starościna 2 kwarty. Skoro się wino podstało, znaleźli się liczni lubownicy, i tak kwartami i garncami brali i pili panowie: Błędowski, Brzeziński, Gorzkowski, Jordan ze Strug, Kiciński, Krzesz, Maszkowski, Strowski. Sam pan Stradomski w chorobie wypił 1½ garnca, a za zdrowie przed lub po każdej małej podróży, jak do Brzeznej, Grybowa i t. p., po garncu. Beczkami zaś brali: Imci pan Rupniewski, zięć Jana Krzesza, 10 beczek po 114 złp.; pan Sędzimir beczkę za 108 złp.; Tymowskiego pani ciotka 3 beczki po 96 złp. — Mieszczanie też kwartami pili.
To samo powtarza się, kiedy Tymowski w powtórnej spółce z Jędrzejem Jordanem (1624 r.) kupili w Kruźlowej za 3.238 złp. 41 beczek po 79 złp. od Marcina Kopcia. Pan Jordan dał do tej spółki gotówką 1000 złp., a resztę obowiązał się oddać niebawem, sprzedawszy wina własne lub też nowo kupione wspólne. Sprowadziwszy je do Nowego Sącza, dodali po 10 beczek, co mieli w domu, i zebrało się ich 61, z których jedna szła na dolewkę. Jejmość pani Jordanowa sama trudniła się dolewką, a jak trzeba było, to kazała dokupić kilka garncy od kupca, Stanisława Pełki. Panowie rajcy zrobili początek drobnej sprzedaży tego wina, a Tymowski ugościł najprzód pana Stradomskiego, z którym wypił półgarncówkę. Odtąd panowie Stradomski i Tabaszowski bardzo uczęszczali do Tymowskiego, począwszy od 29. czerwca. Towarzyszył im wiernie ks. Jan Ptak, pleban z Siedlec[541], a Tymowski, rad nie rad, musiał też pić z nimi półgarncówką. Na jedno posiedzenie wypili tak 2½ garnca. Przed jarmarkiem św. Małgorzaty zjechawszy się znów Tabaszowski z ks. Ptakiem, przy pomocy pana Depskiego, który dał kwartę, i Jerzego, który jako gospodarz swoją kwartą rozpoczął, wypili ni mniej ni więcej tylko 3½ garnca. Pan Wodzisław Jordan z Tymowskim 3 garnce; tyleż wypili w dzień św. Małgorzaty panowie Strowski i Tabaszowski, panowie zaś Wojakowski i Domaradzki już skromniej, bo wraz z Tymowskim ledwie 2 garnce wzwyż. Pan Gołuchowski po kilkanaście garncy brał w ogromne cynowe flaszki; ks. pleban z Siedlec po kilka; ale najwięcej sam pan Jędrzej Jordan: w lipcu wziął 25½, w sierpniu 16, i tak co miesiąc 20 garncy. Część wypijał w miejscu z panem Stradomskim, Tabaszowskim, Wojakowskim, a nawet kilka razy z panią Kopciową. Z pierwszych części rozpoczętych beczek wypił 81½ garnca. Kozacy waleczni i komornik króla Jegomości, wzywający na pospolite ruszenie przeciwko królowi szwedzkiemu, Gustawowi Adolfowi, także się tam pozbyli pragnienia.
Panie nawet nie gardziły szlachecko-mieszczańskiem wspólnem winem. Jejmość pani starościna Lubomirska, raczyła sama nawiedzić panie: Wierzbięcinę, Wojakowską, Stradomską, Błędowską, Gładyszową i Zawadzką; a pani Jordanowa, jako współwłaścicielka, dla niewieścich gości swoich w izbie swej kazała grzać wino, albo z kupcem Tymowskim w poważnej rozmowie o „kupi“ (towarach) i molach futrzanych wypiła 3 kwarty, a panią Wirzbięcinę, przyjaciółkę starościny, raczyła kwartą, podczas kiedy pan Jordan do panów z półgarncówki wypijał. W ten sposób pan Wojciech, brat Tymowskiego, wyszynkował 11 beczek. — Oprócz wymienionych, brali beczkami: Panowie rajcy 1 za 95 złp.; miecznik koronny 1; Mstowski 2 po 100 złp.; Gołuchowski 5, na które zapisał się w grodzie panu Jordanowi; podstarości sandomierski a Jordanów szwagier 2; Błędowski 1; Guzowski 1 za 106 złp.; do Uszwi 2; Zarzecki 2; Różyc 4; chorąży kozacki wziął 3 beczki. Cena tych win była od 80 do 106 złp.
Sprzedaż jednak wszystkich win sprowadzanych nie ograniczała się tylko na samo miasto i dwory szlacheckie ziemi sandeckiej; rozchodziły się one i w znacznie odleglejsze okolice Polski. Takiem ważnem miejscem zbytu win węgierskich dla Nowego Sącza był przedewszystkiem Kraków, gdzie kupowali je tamtejsi kupcy lub poblizkie klasztory, tudzież okoliczne miasta i Nowy Korczyn. W tem ostatniem mieście kupiec Wołkowicz, z win kupionych od Rokickiego w Muszynie po 57 złp. (1620 r.), wziął 10 beczek, płacąc chętnie po 84 złp. Do Krakowa zaś z owych win, zakupionych w spółce z Łykawskim w Kesmarku (1621 r.), wzięły zakonnice Norbertanki na Zwierzyńcu 2 beczki, płacąc po 60 złp.; Samuel Cyrus 2 po 80 złp.; Lichowski z Olkusza 12 po 90 złp.; a Wołkowicz z Nowego Korczyna 8 po 80 złp.; który w pieniądzach przysłał 13 beczek śledzi po 21 złp., z czego Łykawski wziął 9 beczek. — Roku zaś 1623, z win kupionych w Bardyowie naspół z Marcinem Tymowskim z Grybowa, wzięli w Krakowie: Samuel Cyrus 4 beczki po 108 złp.; Stanisław złotnik 2 po 112 złp.; Wichman 3 po 122 złp. — Podobnie z win, kupionych w spółce z Jędrzejem Jordanem od Marcina Kopcia w Kruźlowej (1624 r.), pan Jordan posłał zaraz do Krakowa prokuratorowi swemu beczkę za 80 złp.; oprócz tego wziął tamże pan Cyrus 2 beczki; księża Cystersi z Mogiły 3; a do Wieliczki 11 beczek w cenie 80 do 106 złp.
Ale na nierównie większy rozmiar prowadzili kupcy sandeccy handel winem z miastami, bardziej odległemi w północnych stronach Polski, gdzie wino było większą rzadkością, a więc gdzie handel temże większe obiecywał zyski, a takiemi były głównie Lublin i Warszawa.
Do Lublina wysłał wina Tymowski wraz z swymi wspólnikami 3 razy. Podróż taka odbywała się Dunajcem i Wisłą, albo na wiosnę z końcem kwietnia, albo pod jesień z początkiem października, na płytwach tylko do Kazimierza[542], stamtąd zaś do Lublina wozami. Lecz i taka podróż wodą, mianowicie na Dunajcu, nie była bez przykrości i niebezpieczeństw, jak tego żywy obraz przedstawia nam opis z r. 1619. Tymowski kupił w Kesmarku od Zacharyasza Gutsmittla 7 beczek wina starego (cena nie podana), do spółki przyłączył się Pytlikowicz, a zebrawszy 12 beczek doborowych, puścili się wodą w ostatnią sobotę kwietnia. O fliśnika wystarał się Pytlikowicz, a towar prowadził Józef, syn Tymowskiego, z wiernym Nogawicą. Na drogę dał Tymowski 12 złp. i ruszyli „na dół“. Tymczasem ojciec pozostał przy swej ukochanej „żonce“, i pełen dobrej myśli niejedną półgarncówkę brał dla siebie do stołu, na jarmarczne pożegnanie lub przywitanie. Nie tak wesoło szło Józefowi na wodzie. Pod Zakliczynem wjechał plet na jaz, jedna beczka wina rozbiła się, a 2 popłynęły wodą. Szczęście, że jazownik dopomógł ruszyć plet, a rybak „ułapił“ płynące beczki tuż pod młynem, dokąd niosło je prosto. Jazownik dostał 8 gr., młynarz 12 gr., a poczciwy rybak prosił o dwa drzewa wartości 4 gr. — Stary Tymowski, zapisując wydatki na ów jaz zakliczyński, nazwał go „złodziejskim jazem“.
Podobne wypadki rozbicia się beczek przy spławie Dunajcem trafiały się jednak częściej. W r. 1633 Matyasz Pleszykowicz spławiał wina Dunajcem na dół. Prowadził mu je młody Stanisław Chuchro, recte Frankowicz z Nowego Sącza. Przed nimi płynęli inni Sandeczanie z tratwami i minęli szczęśliwie wojnickie młyny. Ale Chuchro jakoś się zapatrzył na młyny i bardzo ku lądowi przypuścił. Widzi to inny flisak sandecki, Wawrzyniec Śledź, i woła: „Stasiu! rób wiosłem, bo źle będzie!... nie zapatruj się!...“ Chwycił się Chuchro do robienia wiosłem, lecz już było za późno: prąd go porywa. Śledź zwraca się do Pleszykowicza, który spał na tratwie i woła: „Panie! wstań! Źle u nas!“ Pleszykowicz się porwał, ledwie miał czas zapytać: „co słychać?“ a już tratwy uderzyły o młyny. Za nimi płynął Stanisław Gardoń, przedmieszczanin sandecki, doświadczony w robieniu wiosłem. Z daleka widząc młyn, jął robić wiosłem od siebie, i szczęśliwie mijając, patrzał, jak beczki z winem Pleszykowicza, na których przy uderzeniu o młyn popękały obręcze, czem prędzej pobijano. Szczęście, że obręcze były w pogotowiu, lecz i tak wina dość wypłynęło. — Pleszykowicz pozywał później Chuchra o swoją szkodę, lecz ten oczyścił się przysięgą: „Iż ani z dawnej zawziętości ani świeżego gniewu nie napowiódł go na szkodę[543]
Wypadki przytoczone okazują dowodnie, jak już raz nadmieniłem powyżej, że taki transport wodą wymagał wielkiego doświadczenia i znajomości dróg wodnych. Dlatego też kupcy, spławiający swe towary Dunajcem i Wisłą, nieobeznani z temiż, najmowali sobie biegłych i wytrawnych fliśników, jak tego mamy przykład w r. 1632. Walenty Tymowski, mieszczanin grybowski, kiedy spławiano wiele wina do Warszawy, chcąc także trudnić się tym korzystnym handlem, a nie będąc doświadczonym na wodzie, najął sobie wspomnianego poprzednio Stanisława Gardonia, przedmieszczanina z Nowego Sącza, który podjął się prowadzić 6 ptów do Warszawy z winem[544].
Obok tych niebezpieczeństw i połączonych z niemi strat i wydatków, inne koszta takiego transportu wodą były wcale znaczne, jak nam je przedstawia opis dalszej podróży zięcia Tymowskiego do Lublina w r. 1610. Koszta te były: śrotarzom za wyciąganie z piwnicy 2 złp. 14 gr.; od zwiezienia do Dunajca 1 złp. 14 gr.; fliśnikom od spuszczania ptów 4 złp. 10 gr.; od spławu z Nowego Sącza do Kazimierza od każdego ptu (których liczba jednakże nie jest wyrażona) po 5 złp. 15 gr., nie rachując wszystkich opłat i myt w miastach po drodze leżących. Czasem trzeba było także w którem z tych miast zatrzymać się, n. p. dla pobicia beczek, co także połączone było z wydatkami.
Z Kazimierza droga odbywał się już na wozach, tu więc sprzedawano plety, za które jednak nie dawano więcej jak po 1 złp. Do Lublina trzeba było fury najmować, a tym płacono od liczby beczek, mianowicie od jednej po 1 złp. 13 gr. W samym Lublinie, oprócz opłat i „składnego“, były także koszta rozmaite, jako to: Śrotarzom, co wino do piwnicy nosili z gospody, 4 złp. 27 gr.; bednarzowi 6 gr.; na drzewo do piwnicy i pomocnikowi 1 złp. 7 gr.; utrzymanie pana zięcia w drodze kosztowało 5 złp. — Podobnie w r. 1619 syn Tymowskiego wydał na swoje utrzymanie („strawił“) w Lublinie i w powrocie 4 złp.
Wogóle całe koszta transportu owych 24 beczek wina, kupionych od pana Deżeffiego w r. 1610, wynosiły z Torysy do Lublina wraz z wszystkiemi opłatami i mytami 191 złp., a więc na 1 beczkę 8 złp.
Drugiem ważnem, a może jeszcze ważniejszem miejscem transportu i handlu wina była Warszawa. I tam Tymowski wysyłał wina swoje własne, lub w spółce zakupione, również 3 razy. Podróż odbywała się tak samo, albo Dunajcem i Wisłą aż do samego miejsca przeznaczenia, albo na wozach.
Opisy Tymowskiego tych 3 podróży do Warszawy są nierównie szczuplejsze, dlatego trudno podać tak dokładnego obrazu wydatków, jak poprzednio. W każdym razie wydatki te były i musiały być jeszcze większe, niż do Lublina. Owe kosztowne wina, kupione w Torysie (1615 r.) w spółce z Jędrzejem Jordanem po 111 złp., spławiano wodą zaraz w pierwszych dniach października. Popłynął z niemi sam pan Jordan, Tymowski zaś wysłał syna swojego Józefa, któremu musiał kupić buty, bo przyjechawszy do domu, zastał go bez nich. Na drogę dał mu legumin za 50 złp. i gotowych pieniędzy 20 złp., a więc koszta podróży tam i nazad dla jednego wspólnika wynosiły 70 złp.
Ale nierównie kosztowniejszym był transport na wozach, jaki przedsięwziął Tymowski zaraz w roku następnym (1616) z winami, zakupionemi w Hunsdorfie u Baldizara Sekiela po 32 złp. 6 gr. Co mogło spowodować Tymowskiego do tego rodzaju podróży, mimo tylu znaczniejszych kosztów, niewiadomo; same fury z Nowego Sącza do Warszawy kosztowały od beczki po 9 złp. W Warszawie, oprócz wszelkich opłat, inne wydatki wynosiły: Furmanom, co 2 dni czekali, 1 złp. 12 gr.; drzewo na opał wraz z przywiezieniem i świece 24 gr.; od świetniczki (mała izba jasna) 15 gr.; dla dwóch ludzi (widocznie faktorów), co chodzili z Tymowskim, na 7 kwart wina 1 złp. 26 gr.; na litkup 3 kwarty wina 24 gr.; za sanie, drągi, stryczki 26 gr.; w gospodzie 38 złp.; kucharce 3 gr. Wogóle koszta utrzymania („strawiłem“) do Warszawy, pobytu tamże wraz z opałem i w drodze napowrót, wynosiły 41 złp. „albo i więcej“.
I jakież wyobrażenie zysków daje nam powyższy obraz handlu winami? Zysk na winach był bardzo różny; zależało to od wielu i rozmaitych względów, przedewszystkiem od sposobu płacenia, od kosztów transportu, od miejsca sprzedaży i od okoliczności, wśród których wina sprzedawane były: naturalnie, jeżeli wina musiano płacić gotówką, zysk musiał także być mniejszy, aniżeli jeźli płacono towarami.
Największy zysk przynosiły wina sprzedawane w latach 1620—1623 do Nowego Korczyna, do Krakowa lub okolicznej szlachcie ziemi sandeckiej. I tak: za 10 beczek, które Tymowski zakupił w r. 1620 w Muszynie po 57 złp., (a wliczając koszta przywozu i wszelkich opłat: po 60 złp.), otrzymał od Wołkowicza z Nowego Korczyna 840 złp., a więc 40%; a w r. 1621 jeszcze więcej, bo 60%. Wina zakupione (1621 r.) w pierwszej spółce z Łykawskim od Gutsmittla w Kesmarku po 44 złp. 12 gr., spławił sam Gutsmittel i sprzedał z nich zaraz 15 beczek po 69 złp., z czego obaj spólnicy byli wcale zadowolnieni, bo zysk dla nich był przeszło 48%. — Jeszcze pomyślniejszą była w tym samym roku powtórna spółka z Łykawskim, gdyż wina zakupione u tegoż samego Gutsmittla, a sprzedawane do Krakowa, Olkusza, Nowego Korczyna lub szlachcie sandeckiej, przyniosły zysku od 20 aż do 100%. — Wina zakupione (1623 r.) w spółce z bratem Marcinem w Bardyowie po różnych cenach, których beczka przeciętnie kosztowała prawie 68 zł. węg., a inne koszta wyniosły na 1 beczkę po 8 złp., cały zaś nakład kosztował 3.646 złp. 5 gr., sprzedawano beczkami (od 96 do 122 złp.) w Nowym Sączu, okolicznej szlachcie i do Krakowa z zyskiem 27 do 63%. Cały zaś zysk wynosił 747 złp. czyli przeszło 20%.
Na winach, wysłanych do Lublina, zysk ani jeden raz nie był znaczny. Koszta podróży, liczne opłaty, straty poniesione i t. p. przyczyniały się do jego uszczuplenia. I tak na winach, spławianych wspólnie z zięciem swoim (1610 r.), które, jak sam Tymowski wyraźnie podaje, wraz z wszystkimi wydatkami kosztowały 911 złp., czystego zysku było zaledwie 69 złp., a więc nie całe 8%. — Kiedy w r. 1619 w spółce z Pytlikowiczem wyprawili tamże 12 beczek wina doborowego starego, które w Lublinie sprzedano po 80 złp., z powodu nie podanej ceny kupna trudno też oznaczyć zysk na niem; w każdym razie jednak nie mół być znaczny, gdyż sprzedano je nie za gotówkę i wypłata trwała aż rok, a rozbita beczka na jazie zakliczyńskim pochłonęła także znaczną część zysku. Wina zaś, które w spółce z Łykawskim (1622 r.) kupili razem z płytwami na Dunajcu po 58 złp., i z których sprzedano w Sandomierzu i Lublinie 12 beczek po 70 złp. a 11 po 72 złp., po odtrąceniu wszystkich wydatków transportu, mogły przynieść czystego zysku do 16%.
Co się zaś tyczy win, spławianych do Warszawy, ponieważ kwota, po której je tam sprzedawano, ani razu nie jest podaną, więc też i zysku na nich oznaczyć się nie da; to tylko można uważać za pewne, iż musiał być niezawodnie znacznie większym, aniżeli w Lublinie, gdyż w przeciwnym razie trudno przypuścić, żeby puszczano się bez korzyści w tak daleką drogę; odpadały też tutaj znaczne koszta transportu na wozach, jak owe z Kazimierza do Lublina. Domniemanie to potwierdza także poniżej umieszczona wiadomość o nader korzystnej sprzedaży win w Warszawie przez kupca, Stanisława Rogalskiego (1651 r.), tak iż spólnik jego domagał się od niego aż 48% zysku, lubo żądanie to pokazało się zbyt przesadnem.
Natomiast wina, kupione (1624 r.) w spółce z Jędrzejem Jordanem od Marcina Kopci w Krużlowej po 79 złp., których przywóz kosztował po 1 złp. od beczki, zawiodły nadzieję i oczekiwania. W prawdzie, tak jak poprzednio, sprzedawano je okolicznej szlachcie i do Krakowa beczkami w cenie od 80 do 106 złp., a więc z zyskiem dochodzącym do 32%, lecz wogóle dla obu spólników okazał się zysk bardzo mały. Tymowski, mając częstych gości u siebie, wypijał sam nie mało, przypijając do nich według obyczaju, oraz pijąc z „żonką“ w domu lub biorąc w drogę. Bardzo wiele kosztowały również bezpłatne częstowania, które brat jego Wojciech, zapisując do księgi, nie zapomniał nigdy naznaczyć krzyżykiem, jak gdyby żegnając się z pieniędzmi; także litkupy daremne, kupującym dawne, wynosiły wiele, a przytem i o dawnych znajomych również trzeba było pamiętać. Lecz najwięcej przyczyniło się do straty, że wina co podlejsze skwaśniały, tak że wszystkiego zysku okazało się tylko 98 złp. i beczka wina (czyli razem 200 złp.), a wiec zaledwie 5½%. Dlatego też pan Jordan, zwalając całą winę na Kopcia, który zaręczał zysk odpowiedni tak znacznemu kapitałowi („iściznie“), wynoszącemu dla każdego wspólnika po 1.800 złp., zatrzymał na swą stronę 400 złp., zapisując je własnoręcznie na Kopcia do księgi kupieckiej[545].
Obok Tymowskiego, widocznie najznaczniejszego kupca sandeckiego za czasów Zygmunta III., źródła nasze wymieniają jeszcze innych, którzy również zajmowali się handlem wina w niniejszej epoce. Z tych jest nam znanych już kilku, jak Stanisław Janik, Jan Łykawski, Tomasz Pytlikowicz, Stanisław Pełka, Krzysztof Halenowicz, Mateusz Kotczy, Matyasz Pleszykowicz. Lecz oprócz tych należą tutaj jeszcze: Stanisław Olszyński, który sprzedawał najdroższe korzenie i wina; Zacharyasz Światłowicz; Wojciech Bogdałowicz, długoletni rajca, który trudnił się tym handlem od r. 1633—1656. Stanisław Rogalski, słynny organista i długoletni rajca, już w r. 1630 posiadał szynk winny, w latach zaś 1647—1656 kupczył winem do Warszawy jużto z Jędrzejem Kitlicą, już też z Jakóbem Poławińskim, rymarzem, który w swym sklepie także sprzedawał wino[546]. Rogalski, dzierżawiąc cło od wina za 200 złp. rocznie, w ciągłej był styczności z kupcami węgierskimi, mianowicie z Mikluszem Komoranim z Preszowa, z Januszem Oslanim z Lubowli, z Gutsmittlem z Kesmarku i innymi. Zawierali oni z sobą ugody i przejmowali wzajemne długi: Węgrzyni Rogalskiego na Spiżu, a on ich w Nowym Sączu. W r. 1651 wciągnął Rogalski Kitlicę, podwójciego, do spółki winnej, wystawiając mu ogromne korzyści, jakich należało się spodziewać słusznie w tych czasach wojennych, kiedy szlachta wojując, zjeżdżając się i sejmikując, wypijała ogromną ilość wina. Więc Kitlica dał 440 złp., wymawiając sobie zysk i prosząc, aby, sprzedawszy wino, zakupił mu za jego 440 złp. pieprzu w Warszawie i odstawił do Nowego Sącza. Rogalski przyrzekł, wziął pieniądze, pojechał na Węgry, i nakupiwszy wina, wpakował je na tratwy Stanisława Jamińskiego, kupca sandeckiego, i popłynął z niem do Warszawy. Wino sprzedał korzystnie, poczem wedle woli Kitlicy kupił pieprzu za 440 złp. i chciał zaraz wracać. Ale niepodobna było, gdyż żaden woźnica nie chciał się podjąć drogi wśród rozcieczy wiosennej. Musiał więc pieprz złożyć na składzie i powrócił do Sącza. Nie rad był temu Kitlica, że mu nie przywiózł pieprzu. Słysząc zaś o wielkim zysku z wina, żądał swojej części t. j. 200 złp. i zapozwał go sądownie. Rogalski zeznał względem pieprzu, iż go musiał zostawić w Warszawie, obiecując tego świadkami dowieść; co się zaś tyczy zysku, odpowiedział z przekąsem, że człek katolicki nie może brać lichwy[547].
Lecz handel Nowego Sącza obejmował nie tylko miasta i okolice, z któremi łączyła go naturalna droga wodna, t. j. spławny Dunajec, rozciągał on się także i w dalekie strony wschodnich ziem Polski. Ważnym stamtąd artykułem handlowym były ryby lwowskie.[548] Tak nazywano w XVI. i XVII. wieku wyzinę i szczuki czyli szczupaki, które przy różnych biesiadach, czy to zamkowych czy też mieszczańskich, nie poślednią odgrywały rolę. Dlatego kupcy sandeccy, jak Marcin Janik w r. 1570[549], jeździli po nie do Lwowa i znaczny niemi prowadzili handel, nawet do Węgier, gdzie w Kesmarku niejaka Demianowa brała je wraz z śledziami dla pana Stefana Tökölego (1614 r.). Cena szczupaka była dość wysoka, gdyż w r. 1659 płacono w Nowym Sączu za 4 szczupaki 7 złp. Względem tych ryb sprowadzanych zastrzeżono w ustawie wojewodów krakowskich: Jana Firleja z r. 1573, tudzież Mikołaja Firleja z r. 1589, „aby żaden więcej, jeno dwie warstwy karpi lub linów między szczupakami, w beczkę lwowską kłaść nie śmiał, także i lubelską[550].“ Mimo to działy się nadużycia i handel ten narażony bywał nieraz na straty lub zawody, jak pokazuje nam następujący wypadek. Matyasz Klimuntowicz[551] z Nowego Sącza kupił we Lwowie 1637 r. od Demka Neterpiny beczkę szczupaków, który „ślubował“, że tylko kopa linów w niej będzie. Inaczej się jednak pokazało, bo odbiwszy beczkę, zobaczył z wierzchu ledwie 3 warstwy szczupaków, a dalej liny do półbeczki i dalej — bo i z drugiej strony odbiwszy, były także same tylko liny[552].
Jeszcze z dalszych okolic przychodziły sukna, które należały do najważniejszych artykułów handlu owych czasów. Sprowadzano je z różnych stron w najrozmaitszych gatunkach i kolorach, a z tych zamorskie zwykle z Gdańska, przeważnie jednak z Krakowa od kupca Samuela Cyrusa, do którego jeździł Tymowski sam lub wysyłał swoją żonę, biorąc często na kredyt w większej ilości i płacąc później w kwotach, dochodzących do 700 złp. Towar ten wymagał wielkich kapitałów, ale też i wielkie musiał przynosić zyski, skoro kupcy sandeccy z innemi osobami zawierali spółki wyłącznie w tym interesie. Do takiej spółki sukiennej przystąpił pan Zygmunt Stradomski dwa razy (1621 i 1625), dając ze swej strony po 500 i kilkadziesiąt złp., a spółka ta sprowadzała głównie sukna morawskie po 34 postawów, w kolorach widocznie wówczas najbardziej modnych, z Międzyrzecza od niejakiego Piotra Walentyna, który odstawiał je do Krakowa, skąd na furach odwożono je do Nowego Sącza. Pan Stradomski swoimi postawami płacił natychmiast Węgrzynowi z Preszowa za wino.
Handel suknami w Nowym Sączu rzeczywiście był bardzo znaczny i rozciągał się nie tylko do sprzedaży w sklepach, gdzie zaopatrywali swoje potrzeby mieszkańcy a jeszcze bardziej szlachta okoliczna, lecz sukna te rozchodziły się i w dalsze okolicy, mianowicie rozwożono je po jarmarkach w Gorlicach i Ciężkowicach, a na potrzeby Grybowa tamtejszy kupiec, Walenty Woliński, sprowadzał wszystko sukno całymi postawami z Nowego Sącza od Tymowskiego, biorąc je jużto na kredyt, jużto płacąc pieniędzmi, łańcuszkiem złotym i koniem (1617 r.). Wogóle, że pokup był bardzo wielki i handel suknem wzmagał się coraz więcej, dowodzi najlepiej Tymowski, który w r. 1620 miał wszystkich sukien pozostałych dawnych za 550 złp. okrom długów, w r. zaś 1625 miał na swoim składzie sukna za 3.600 złp., a więc na owe czasy za sumę rzeczywiście ogromną[553].
Gatunki sukna, które wówczas przychodziły w handlu, oraz ceny niektórych z tychże, jakie wymieniają źródła nasze, był następujące:
Baja, łokieć po 10 gr.; baja wrocławska po 1 złp. 12 gr.
Breklest, łokieć po 2 złp. do 2 złp. 3 gr.; breklest czerwony po 2 złp. do 2 złp. 10 gr.; lazurowy; zielony po 2 złp.
Falendysz błękitny, łokieć po 1 złp. 4 gr. do 6 złp. 10 gr.; brunatny po 2 złp. 15 gr. do 3 złp.; brunatny ciemny po 1 złp. 20 gr.; czarny po 26 gr. do 2 złp. 15 gr. i 2 talary stare; czerwony po 2 złp. 15 gr. do 3 złp. 10 gr.; granatowy po 2 złp. 20 gr. do 3 złp. 10 gr.; karmazynowy po 3 złp. 10 gr.; lazurowy po 2 złp. 15 gr. do 6 złp. 10 gr.; obłoczysty po 2 złp. 20 gr. do 5 złp. 15 gr.; różnobarwny po 2 złp. 15 gr.; zielony po 2 złp. 15 gr. do 3 złp.
Karazya angielska, łokieć po 1 złp. 16 gr. do 1 złp. 24 gr.; angielska lazurowa po 27 gr., postaw po 18 złp. 15 gr.; angielska zielona po 1 złp. 4 gr.; karazya błękitna po 1 złp. 4 gr.; biała po 23 gr.; czerwona po 20 gr. do 1 złp. 25 gr.; lazurowa po 24 gr., postaw po 20 złp.; lazurowa śląska po 23 gr.; niebieska po 1 złp. 12 gr.; papuża; zielona po 22 gr. do 24 gr.; jasno zielona po 20 gr. do 1 złp. 12 gr.; żółta po 20 gr.; karazya morawska postaw po 14 do 16 złp.; karazya śląska postaw po 32 złp.; karazya ze Żmigrodu postaw po 14 złp.
Kir biały, łokieć po 15 gr.; błękitny postaw po 7 złp.; brzeski, łokieć po 10 gr.; czarny, postaw po 6 złp. do 18 złp. 15 gr.; czarny żałobny; czerwony; lazurowy; zielony; żółty; łokieć po 16 gr., postaw po 13 złp.
Pakłak błękitny po 2 złp. 15 gr. do 3 złp. 15 gr.; czarny po 2 złp. 18 gr. do 3 złp. 8 gr.; czerwony po 2 złp. 22 gr.; zielony po 2 złp. 25 gr.; pakłak kłocki[554] po 12 gr.
Sukno icińskie[555] czarne — sukno luńskie[556] czerwone po 1 złp. 15 gr. — sukno meszyńskie[557] po 1 złp. 5 gr. — sukno wittemberskie[558] czerwone.
Sukna morawskie: bernardyńskie po 13 gr.; białe po 1 złp.; błękitne po 1 złp. 20 gr.; czarne przednie po 16—18 gr.; czerwone po 12 gr. (na tłumok) do 1 złp. 5 gr.; goździkowe; lazurowe po 3 złp.; mięsie; papuże po 22 gr.; szare po 12—13 gr.; zielone po 14 gr.; zółte.
Sukna, jak się zdaje, polskie krajowe; błękitne, łokieć po 15—23 gr.; czarne grube po 12 gr.; czarne na żałobę po 13—14 gr.; czerwone po 14 gr. do 1 złp.; mnisze po 14 gr.; szare po 25 gr.
Uterfin zielony po 1 złp. 14 gr. do 1 złp. 20 gr.
Z powyższego zestawienia pokazuje się, że z wymienionych gatunków w handlu ówczesnym najwięcej były poszukiwane sukna zagraniczne: falendysz, karazya i sukna morawskie, inne zaś już podrzędniejszą odgrywały rolę; następnie, że oprócz sukien wyrobu krajowego, dostarczały tychże nie tylko fabryki krajów sąsiednich, jak śląskie i morawskie, lecz prawie całej ówczesnej Rzeszy niemieckiej, a nawet holenderskie i angielskie, z których te ostatnie, sprowadzane morzem do Gdańska, stamtąd dopiero rozchodziły się do Krakowa, Nowego Sącza i na całą Polskę.
Ważnym artykułem handlu, który także sprowadzano z Gdańska, były śledzie. Szły one do Nowego Sącza drogą na Lublin. Sprzedawano je beczkami, a samo myto od beczki wynosiło 15 gr.; przywóz zaś kosztował (1621 r.) 28 złp. W samym Nowym Sączu płacono (1630 r.) za jednego śledzia 2 gr., a za kopę 4 złp. Handel śledziami rozciągał się nie tylko na samo miasto, gdzie niektóre osoby, jak Kwiatoniowski, pani Południowa lub Łykawski, brali je całemi beczkami — ten ostatni n. p. w r. 1621 naraz aż 9 beczek — ale jeszcze bardziej do Węgier. Tu osoby z różnych miast, jak z Bardyowa, Preszowa, Kesmarku (dla pana Tökölego) brały je także w większej ilości beczkami, często na kredyt, a beczka kosztowała 11 talarów czyli 12 złp. 6 gr. do 15 złp. Trafiało się także, że kupcy z innych miast, jak n. p. Wołkowicz z Nowego Korczyna (1621 r.), za wino Tymowskiego płacił śledziami, rachując beczkę po 21 złp. — widocznie, że te beczki musiały być znacznie większe. Sam Tymowski w długu za kilka łokci karazyi i 2 beczki śledzi po 14 złp. 8 gr. nabył jatkę szewską wraz z naczyniem szewskiem (jeszcze prze r. 1610[559]). — Przy transporcie śledzi zdarzały się taż różne nadużycia ze szkodą znaczną kupujących. Tak n. p. w r. 1638 Krzysztof Kotczy z Nowego Sącza kupił beczkę śledzi w Kazimierzu u Matyasza Wosińskiego, mieszczanina tamtejszego. Kiedy odbito beczkę pokazały się zgniłe śledzie do tego stopnia, że ledwo z którego trzecia część pozostała[560].
l, jak wiadomo, sprzedawano do Węgier beczkami, a jedna kosztowała 4 złp. I ten towar, podobnie jak śledzie, musiano nawet za granicę dawać często na kredyt, jak n. p. do Bardyowa jakiejś krawcowej chromej (1609 r.).
Miód, jak okazuje się z nader rzadkich o nim zapisków, musiał podówczas w Nowym Sączu, wobec bardzo znacznego handlu winem, wcale niewielką odgrywać rolę w świecie kupieckim. Widać, że wyrób jego po dworach szlacheckich i miasteczkach wystarczał na potrzeby domowe, i dlatego jako artykuł handlu niewielkie miał znaczenie. Mimo to znajdował się w Nowym Sączu wyszynk miodu, który sprzedawał szewc, Andrzej Strączek, a gatunki jego musiały być różne, skoro znajdujemy (1630 r.), że garniec kosztował po 12 i po 16 gr. Tymowski płacił beczkę po 44 złp., biorąc od niejakiego Krasowskiego. Również i wosk bardzo mało bywa wspominany. Najwięcej, zdaje się, kupowano go na potrzeby kościelne, 1 funt po 11 gr.[561].
Oprócz wymienionych, widocznie znaczniejszych kupców sandeckich, znajdowali się jeszcze inni, którzy towary swoje także wysyłali daleko w głąb Polski. I tak Wawrzyniec Sławiński krymarzył drogiemi materyami w latach 1630—1646 wśród doli i niedoli, jak wszyscy bracia kramarze. W r. 1637 okradziono go w nocy, kiedy w izdebce przyległej kilku mieszczan piło. Podejrzenie padło na garncarza, Mateusza Turoszka. Sławiński liczył sobie szkody 400 złp., gdyż mu z taszów kramarskich zabrano: półaksamity i muchairy tureckie oprócz jedwabiów. Oskarżył Turoszka i wtrącił go do więzienia a nie udowodnił zbrodni. Obwiniony apelował do sądu wyższego i nakazano Sławińskiemu: Aby natychmiast uwolnił obwinionego — odwołał podejrzenie — odsiedział to samo więzienie, a wkońcu zapłacił 30 grzywien do skarbu miejskiego[562]. W tym jeszcze roku (1637) nawiedziło Sławińskiego nowe nieszczęście. Piekarz tarnowski, Szkot Alexander Schade, utrzymując przyjazne stosunki z cechem kramarskim sandeckim, składał u Sławińskiego swoje miodowniki i wyroby piekarskie. Tymczasem wybuchł pożar i kilka domów w rynku w perzynę obrócił. Dom Sławińskiego zgorzał też do szczętu wraz z cechową skrzynką i piernikami. Spaliły się wszystkie przywileje i pisma cechowe, a miodowniki tarnowskie wartości 37 złp. na dwóch kupach okrutnie gorzały. Schade zaskarżył o to Sławińskiego, lecz ten usprawiedliwił i oczyścił się przysięgą.[563].
Do znaczniejszych kupców należał też: Marcin Oleksowicz (1633—1654), który sprzedawał towary korzenne, sukna i drogie materye, oraz prowadził niemi handel do Warszawy; Stanisław Kopeć, długoletni rajca, kupczył suknem i sprawiał miedź w latach 1646—1655; Wawrzyniec Szydłowski, długoletni rajca i zamożny mieszczanin, oprócz innych towarów, kupczył kosami do Lublina i Warszawy w latach 1648—1654, a w r. 1652 spławiał do Warszawy drzewo.
Na ten kwitnący rozwój handlu Nowego Sącza i powiększenie jego dochodów wpływały bardziej, aniżeli wszelkie wyroby rzemiosł i przemysłu, liczne przywileje królewskie, które właściwie ugruntowały jego pomyślność i zrobiły z Nowego Sącza wyłącznie miasto handlowe. O ile wydane w XVI. wieku przywileje przyczyniły się do rozkwitu handlu w epoce zygmuntowskiej, to jeszcze bardziej na tem polu należy się zawdzięczać dynastyi Wazów[564].
Pomijając przywileje, wolności od ceł w różne strony i w różnych ziemiach Polski, nadane Nowemu Sączowi przez różnych królów, ważniejszymi były te, na mocy których miasto mogło pobierać opłaty od wszelkich towarów, tak przewożonych jak spławianych Dunajcem. Ta opłata nazywała się „frachtem“, „mytem wodnem“, „fluitacyą“ (fluitatio). Pobierane pieniądze od towarów miano obracać na naprawę warowni miejskiej i amunicyę. Już artykuł 7 wyroku komisyi królewskiej z r. 1615 zarzuca[565], iż fracht Dunajcowy do przepuszczania towarów do Gdańska mało przynosi miastu, z powodu że przewoźnicy uchraniają się płacenia podatków, należnych od frachtów. Dlatego nakazuje komisya, aby tenże był na przyszłość w lepszym dozorze i rządzie, zagrażając każdemu, ktoby się ważył fortelnie omijać miasto Sandecz, utratą towaru; w razie zaś doniesienia i pozwania karą 100 grzywien, na „strzelbę miasta“.
W roku następnym (1616) Zygmunt III. nadał wyrokowi temu moc prawa, nadając przywilej, którym pozwolił pobierać opłaty od towarów wyszczególnionych, jako to: od wina, soli, miedzi, stali, żelaza, przeznaczając owe pieniądze na odbudowanie warowni i spalonego miasta. Na mocy tego samego przywileju wolno było miastu pobierać także opłatę od ważenia wymienionych towarów, tak zwane „ważne“, każda zaś trzynasta deska, tak z przewożonych jak na składzie złożonych, przypadała miastu. Toż samo potwierdzili jego następcy: Władysław IV. w r. 1633 i 1639, a Jan Kazimierz w r. 1649.
Nadto Władysław IV. w przywileju z r. 1639 wyznaczył nawet szczegółowe taksy cłowe, a mianowicie: od beczki wina po 15 gr.; od tonny[566] soli po 6 gr.; od cetnara spiżu po 6 gr.; od cetnara stali, żelaza i miedzi po 2 gr. — Jan Kazimierz zaś w przywileju swoim z r. 1649, potwierdzając owe taksy, wyznaczone przez swego poprzednika od wina, soli i jakichbądź kruszców, wyznaczył nowe, pozwalając pobierać od beczki miodu zwykłego po 3 gr.; od beczki miodu siedmiogrodzkiego po 15 gr.; od cetnara wosku, łoju, od skór większych i od korca wszelkiego zboża, z Węgier przywożonego, po 1 gr.
Jeszcze celniejszym i najgłówniejszym przywilejem, będącym źródłem pomyślności i zbogacenia się Nowego Sącza, było tak zwane „prawo składu“ (Stapelrecht), mocą którego kupcy, przewożący pewne towary przez Nowy Sącz, musieli je tamże przez 3 dni wystawić na sprzedaż albo od nich składać opłatę, „składnem“ zwaną. Odnosi się to jeszcze do czasów Zygmunta Augusta, od którego Nowy Sącz otrzymał (w r. 1554 i 1555) prawo generalnego składu wszelkich kruszców, przewożonych z Węgier, tudzież składu soli bocheńskiej i wyłącznego sprzedawania tejże miastom spiskim i węgierskim, pod karą zatrzymania i odebrania tychże towarów omijającym miasto[567]. A gdy mimo to, wskutek obojętności celników koronnych, niektórzy kupcy innemi drogami (mianowicie na Nowy Targ i Mszanę) omijali Nowy Sącz z niemałą szkodą miasta, Zygmunt III. na zażalenie rajców sandeckich nakazuje w r. 1609, ażeby ściśle przestrzegano wymienionego przywileju Sandeczan. Przywilejami tymi zyskał Sącz prawo składu niektórych nader ważnych towarów, prawo będące już w wiekach średnich najważniejszem źródłem bogactwa wszystkich miast tak w Polsce, jak i w innych ościennych krajach. W troskliwości swej o pomyślność miast przywileje te potwierdził i w części zmodyfikował Stefan Batory[568], a konstytucye sejmowe za jego panowania rozszerzyły zyskane już korzyści także na handel win węgierskich, oznaczając Nowy Sącz jako jedno z tych miast, przez które przewóz z Węgier koniecznie odbywać się musiał. Prawo to zatwierdziła za Zygmunta III. konstytucya z r. 1598 na korzyść dotrzymujących miast, z tym ważnym dodatkiem, iż ktoby się odważył inszemi drogami wina węgierskie wieźć do Korony, ten wino traci, a połowa tegoż przypadnie dla delatora. Późniejsze konstytucye sejmowe z lat 1601, 1611, 1618, 1624 i 1643 przypomniały ponownie owe uchwały[569]. Dzięki tym przywilejom, Nowy Sącz, położony na wielkim szlaku handlowym z Węgier do Polski stał się ważną stacyą przewozową, której żaden kupiec nie mógł omijać, to też z tego powodu nawet „Małym Gdańskiem“ go zwano[570].
Rezultaty tych przywilejów przedstawia nam historya Nowego Sącza i jego handlu. Wskutek bowiem powyższych, na korzyść miasta zaprowadzonych opłat frachtowych, rzeczywiście podniosły się ogromnie jego dochody. Liczne zapiski w księdze „Percepta et Distributa“ z lat 1611—1650 dają tego najlepszy dowód, rzucając zarazem wyborne światło na ówczesny handel Nowego Sącza. Z 38 takich wykazów — gdyż przytaczać wszystkich jest niepodobna — wysnuwają się nadzwyczaj interesowne wnioski nawet na stan i ruch handlu całej Polski w ówczesnej epoce.
I tak między składającymi takie opłaty, prócz znanych nam kupców sandeckich, jak Jerzy Frączkowicz lub Stanisław Kopeć, którzy trudnili się spławem miedzi, znajdowali się kupcy z Lubowli, Gniazd (Gnèzda), Podolińca[571], Kesmarku, Preszowa, Muszyny, Krakowa, Pińczowa, Opatowa, Łańcuta, Lublina, Warszawy, Gdańska i niezawodnie i z innych, gdyż w wielu wypadkach miejsce ich pobytu lub cel ich transportu nie są oznaczone; a więc obok miast spiskich i niektórych węgierskich, także miasta prawie wszystkich stron Polski. Co się zaś tyczy towarów, które spławiano Dunajcem i od których opłacać musiano w Nowym Sączu frachty, pierwsze miejsce zajmowało wino, następnie miedź, żelazo i skóry; lubo i tutaj znowu przeszło w trzeciej części naszego wykazu nie jest podanym spławiany towar. Jak wielkie zaś były transporty pomienionych towarów, tudzież jakie kwoty płacono za frachty, najlepsze zyskamy wyobrażenie, jeżeli przytoczę, że Tomasz Frączkowicz, złotnik sandecki, sprowadził z Węgier do Nowego Sącza 17. września 1611 r. i złożył na składzie miejskim 300 cetnarów żelaza, a 80 cetn. miedzi. W tymże roku 30. lipca inny złotnik sandecki, Krzysztof Janosz, złożył na składzie miejskim 300 cetnarów żelaza a 90 cetn. miedzi; w rok niespełna potem 12. maja 1612 r. tenże Krzysztof Janosz sprowadził do Nowego Sącza 669 cetn. żelaza i miedzi. Dla pewnego kupca do Warszawy jednorazowy transport wina, prowadzony przez Bartłomieja Łopackiego z Nowego Sącza (1623 r.), wynosił 116 beczek. Dalej czytamy, iż w r. 1626 Michał i Jakób, dwaj Węgrzyni z Preszowa, także za jednorazowy przewóz win Dunajcem zapłacili, czyli „dali kontentacyi miastu“ 100 złp. Podobnie w r. 1631 kupiec z Pińczowa, prowadząc wino, miał dać frachtu 80 złp., zaco dał beczkę wina dobrego[572]. Trafiało się także, że miasto kredytowało czasem przewożącym takie należytości frachtowe. W latach 1641—1647 włącznie znajdujemy nazwisko Jana Libranta, kupca z Muszyny 10 razy, który zapłacił miastu w przeciągu tych sześciu lat spławnego od win 111 złp. Między spławiającymi miedź węgierską widzimy także żyda z Wiśnicza (1634 r.) i żyda z Łańcuta (1646 r.). Wogóle, jak pokazuje się z wykazów przytoczonych, opłaty od frachtu przynosiły rocznie: w r. 1632 154 złp.; znacznie mniej w r. 1646, bo tylko 118 złp.; a w roku następnym (1647) zaledwie 112 złp.
Przy tym spławie towarów przytrafiały się także Węgrzynom różne niepocieszne przygody. W r. 1632 poddani wielmożnego Seczeniego, a raczej wdowy jego Maryi z hrabiów na Komornie, rozbili i potopili tratwy na Popradzie w Biegonicach, pomiędzy Starym a Nowym Sączem. Prócz wina był tam i inny towar. Biegoniczanie, gdzie co mogli pochwycić, łowili. Jan Kus pochwycił postaw aksamitu i sprzedał go pani Wolskiej, aptekarce z Nowego Sącza. Wyśledzili go jednak węgierscy flisacy i zaskarżyli, a Wolscy, jak niepyszni, musieli zapłacić aksamit[573].
Jak przywileje królewskie, co do opłat od towarów przewożonych, takie znaczne przynosiły miastu korzyści, tak również i owe tyczące się prawa składu niektórych towarów. Bezpośrednim skutkiem tych przywilejów były znaczne składy soli, miedzi i innych towarów, a przedewszystkiem wina. Co do miedzi i soli nie mamy w tym względzie bliższych szczegółów; natomiast co do wina znajdujemy, iż w r. 1646 było w Nowym Sączu 23 składów win węgierskich, a w każdym po kilkanaście a czasami nawet po kilkadziesiąt beczek. I tak n. p. Bonpaula, Węgrzyn, miał 60 beczek w piwnicach księży Wikarych; u kramarza, Stanisława Widza, stało 120 beczek; u krawca, Jana Tomczykowskiego, 49 beczek; u cyrulika, Wojciecha Tymowskiego, 39 beczek, a wreszcie u kupca, Wojciecha Bogdałowicza, 20 beczek — wszystko pana Bonpauli, Węgrzyna. Joachim Raszkowicz, garncarz, umieścił w swej piwnicy 20 beczek Maryny Muraniowej z Preszowa, civis viduae Eperjesiensis; a Stanisław Olszyński, aptekarz, miał 11 beczek własnych, w drugiej zaś piwnicy 15 beczek Jerzego Horwata. W samych więc większych piwnicach i składach stało razem 334 beczek węgierskiego wina — liczba wcale poważna, która dowodzi wymownie, że Nowy Sącz słusznie słynął ze składów wina. A nie jedyna to wzmianka o takich składach w naszem mieście. Na innem znów miejscu czytam, że w r. 1654 kupiec warszawski, Walter, miał na składzie w piwnicy Stanisława Kopcia 114, a w różnych innych piwnicach sandeckich 490 beczek wina i antałów 10[574].
Karol Mecherzyński: O magistratach miast polskich a w szczególności Krakowa na str. 48 mówi: „Miasto Kraków posiadało prawo depozytoryalne na skład rozmaitych towarów pomiędzy innemi także w Nowym Sandeczu“; nie wymienia jednak wcale nazwy owych towarów. Bliżej, lubo zawsze jeszcze niedokładnie, oznacza te towary w swem dziele ks. Franciszek Siarczyński[575] który, kreśląc obraz wieku panowania Zygmunta III., między innemi powiada: „Do kwitnących tegoż wieku miast handlem w Polsce przydać potrzeba Sandecz, bogate składem kupi węgierskich“. Jednakże, jak pokazuje następująca notatka, musiały to być przeważnie składy wina. W r. 1656 szlachetny Jan Giarmath, kupiec koszycki, przyaresztował w Nowym Sączu 56 beczek i 7 antałków wina sławetnemu Tomaszowi Furmankowiczowi, kupcowi i rajcy krakowskiemu, za 2.735 zł. węgier.[576]. W każdym razie musiało to przynosić chlubę Sączowi, że taki Kraków, urbs metropolis, należący do związku hanzeatyckiego[577][578], nie tylko utrzymywał stosunki handlowe z Nowym Sączem, ale także tutaj składał swoje towary.
Za te korzyści, pochodzące z takich składów, musiało miasto płacić do skarbu królewskiego tak zwane „składne i czopowe[579]“. Od czasu do czasu zjeżdżał do Nowego Sącza poborca dla odebrania składnego i czopowego, a miasto gościło go, jak mogło. Trudno jednak było oszukać poborcę, bo panowie rajcy sprawę z czopowego pod przysięgą zdawać musieli, o czem często wspominają zapiski grodzkie. W r. 1626 zanotowano w księdze wydatków miejskich: „Na przywitanie Imci pana Białobrzeskiego, dworzanina Jego Królewskiej Mości, administratora składnego winnego Małej Polski, za łososia 8 złp. 9 gr.“ Pan Białobrzeski, uraczywszy się łososiem i popiwszy wina, pozwał miasto o zapłacenie 2.000 złp. składnego i czopowego winnego[580].
Skoro więc owe przywileje, takie miastu przynosząc korzyści, tyle przyczyniły się do podniesienia jego dobrobytu i dochodów, nic więc dziwnego, że Sandeczanie, prowadząc tak rozległy i ożywiony handel ze Spiżem i innemi miastami polskiemi, przestrzegali ich jak najpilniej i najgorliwiej, aby nie ponieść w nich najmniejszego uszczerbku. Ale też z drugiej strony znowu te przymusowe opłaty frachtowe i opłaty składnego prowadziły do wszelkich możliwych zabiegów uchylania się od nich, t. j. do omijania miasta czyli przemycania towarów. Tego jednak wzbraniały najwyraźniej nie tylko już nadane, ale jeszcze osobne przywilej królewskie, zastrzegające zapewnionych miastu dochodów i korzyści, mianowicie Zygmunta III. z r. 1620, ażeby wszelkie przemycane i zatrzymane towary przypadały nie skarbowi królewskiemu, lecz wyłącznie spalonemu Nowemu Sączowi, na naprawę murów i baszt miejskich; oraz Władysława IV. z r. 1645, którym przykazał kupcom, jadącym z Węgier z towarami do Polski, aby koniecznie jechali drogą na Sącz, a nie mijali myt jego, pod karą utraty towarów swoich[581]. Dlatego w poczuciu swojego prawa i w obronie swoich korzyści, oparci na tych przywilejach mieszkańcy Nowego Sącza, przedsiębrali jak najenergiczniejsze usiłowania w celu zapobieżenia temu przemycaniu lub odzyskania poniesionej straty. Te obustronne zabiegi, z jednej strony przemycania a z drugiej przeszkadzania temu, tworzą osobną ważną rubrykę w handlu Nowego Sącza i jego historyi, a księgi archiwum miejskiego z lat 1626—1634 przechowały nam nie mało podobnych wypadków.
I tak Maciej Filko, mieszczanin z Muszyny, korzystając z grudniu 1632 r. z dobrej sanny i drogi utartej, objeżdżał Nowy Sącz z miedzią i innymi towarami, mijając skład i unikając opłaty składnego. Wywiedzieli się o tem mieszczanie i co tchu wysłali za nim w pogoń kilku z pomiędzy siebie, jak czytamy w księdze wydatków miejskich: „Wyprawiając pogoń za przeprowadzeniem miedzi i towarów na skład należących, skład sandecki omijających, przez Filka z Muszyny, dało się kontentacyi 4 złp.[582]. Według prawa towar przychwycony przepadał na korzyść miasta i warowni jego. Filko znalazł się w bardzo przykrem położeniu, gdyż zamiast zysku taką stratę ponosił; chciał więc choć w części tę stratę pokryć lub wynagrodzić. Ponieważ zaś Wojciech Kostecki, kuśnierz, był mu winien 200 złp., dlatego prosił go o oddanie lub przejęcie zapłaty kilkunastu beczek śledzi, aby przecie z czem wrócić do domu. Kostecki rzeczywiście przejął śledzie, wzięte od Jana Zięby, a Filko zgryziony odjechał. Trud przemycania, trwoga i zgryzoty podkopały zdrowie jego: wkrótce umarł nieborak, a spadkobiercy odchodzili w Nowym Sączu jego dłużników[583].
Drugi podobny wypadek zaszedł tego samego roku z mieszczaninem z Pińczowa. Jan Obłąk z pomienionego miasta jeździł też w r. 1632 do Węgier po wina, a nie opłacając w Nowym Sączu składnego, mijał miasto. Na mocy przywilejów swych pozwało go miasto w trybunale. Woźny nosił pozwy aż do Pińczowa. Uzyskano wyrok, skazujący go na grzywny, a wkrótce, ponieważ się nie uiszczał, nawet na wygnanie; a woźny z każdym wyrokiem jeździł do Pińczowa[584]. Wygnaniec z Pińczowa osiadł na przedmieściu Nowego Sącza i z czasem uzyskał obywatelstwo miejskie za protekcyą Macieja Pleszykowicza z którym wszedł w spółkę.
Ale nawet sami kupcy sandeccy, zwłaszcza tacy, którzy podejmowali się interesów spedycyjnych dla kupców zagranicznych, dopuszczali się dla uniknienia przepisanych opłat, a jeszcze bardziej dla własnego zysku, takiego przemycania ze szkodą swojego miasta. Tak w r. 1632 oskarżono Zygmunta Gądka, że, wracając z Krakowa, wiózł glejtę i ołów Mikluszowi Komoraniemu, kupcowi z Preszowa, a objechawszy miasto, przywilejami królów Ichmości łaskawie obdarzone, omijał myto. Urząd miejski wystąpił przeciwko niemu a całe miasto wskazywało nań, jako na wielkiego przemytnika; nie można mu było jednak nic dowieść, a w sprawie o glejtę i ołów także się wykręcił. Lecz usadził się Frankowicz, aby go koniecznie pochwycić. Rzeczywiście pochwycił i uwięził go w lutym 1633 r., kiedy bocznemi drogami wiózł wina węgierskie dla pana Wojakowskiego. Wina zwrócono do Nowego Sącza. Teraz już wszystkie wykręty nie pomogły. Musiał zapłacić karę urzędowi. Frankowiczowi zadość uczynić w szkodach i kosztach prawnych względem niego podjętych, furmanom węgierskim oddać za przewiezienie wina, a panu Wojakowskiemu czopowe od wina[585].
Lecz na nierównie większe kłopoty i przykrości narażało miasto przemytnictwo ze strony kupców obcych, mianowicie ze Spiża. Dawały do tego powód sławne jarmarki w Jarosławiu, jak tego mamy opisany wypadek w r. 1633. Jarmarki te słynęły na całą Polskę[586]. Ze wszystkich stron świata zwożono tam towary, a wielka część szlachty skupywała zbroje i broń. Kruszce rozmaite wielki pokup tam miały, to też w r. 1633 górnicy spiscy nie omieszkali pospieszyć do Jarosławia. Ale umyślnie ominęli Nowy Sącz i jego skład uprzywilejowany, jadąc sobie prościejszą drogą na Grybów.
Czem prędzej wysłano za nimi gońca do Grybowa, aby ich powstrzymać. Właśnie wiózł tamtędy miedź Janusz Gosslar, wójt z Wlaszek[587]. Nie chciał się dać zatrzymać, zaprzeczając przywilej miastu. Wytoczyła się spawa przez gród, a mieszczanie okazali przywilej, iż wszelki kruszec, spławiany lub przewożony z Węgier ku Krakowu lub Wiśle, ma być przez 3 dni w Nowym Sączu wystawiony na sprzedaż albo składne od niego opłacone. Gosslar mimo to jeszcze nie chciał się poddać prawu. Wytoczono więc sprawę przed Stanisławem Lubomirskim, starostą spiskim, a wysłani na Wiśnicz mieszczanie cały tydzień tam czekać musieli na jej ukończenie[588]. Wkońcu ugodził się Gosslar imieniem swego miasteczka Wlaszek, obiecując od każdego wozu albo płytwy dunajcowej z miedzią lub innym kruszcem płacić ryczałtowo talara za wolny przejazd[589]. W czerwcu 1634 r. przepłynął w 25 płytw, zapłaciwszy miastu 75 złp.[590].
Wypadek ten stał się powodem, że Stanisław Lubomirski wszystkim 13 miastom spiskim kazał ogłosić w r. 1635: „Żeby się nikt nie ważył ku Wiśle i Krakowu inną drogą jechać jak na Nowy Sącz, pod karą konfiskaty towaru wszystkiego i co przy nim będzie znalezione[591].“
Mimo to Spiżacy ciągle dalej objeżdżali skład sandecki, co znowu zmuszało Sandeczan, iż wybiegali często do Grybowa, aby hamować to przemytnictwo; aż wkońcu, sprzykrzywszy sobie te uganiania, weszli w układ z Grybowianami względem strażnika celnego. Przy tej ugodzie wypito 3 garnce wina za 4 złp. 24 gr.[592]. Ale i tak jeszcze nie ustało ze strony węgierskiej to przemycanie. Wkrótce bowiem znowu (1635 r.) pochwycono jakiegoś Węgrzyna z Lubowli, wiozącego 10 beczek wina bocznemi drogami, a miasto, odwołując się na powyższe obwieszczenie wojewody ruskiego, zagrabiło mu je i złożyło w piwnicach miejskich[593], poczem zapadła w Nowym Sączu uchwała magistratu: „Jeżeliby ktokolwiek chciał się o to prawować, miasto na swój koszt bronić będzie tej sprawy[594].“ Zajście to i powtarzające się nadużycia spowodowały, iż w tym samym roku (1635) na rozkaz Stanisława Lubomirskiego, wojewody ruskiego i starosty spiskiego, obwieszczono w Lubowli ponownie prawo: Że nie wolno Nowego Sącza mijać z towarami ani objeżdżać ubocznemi drogami, pod utratą towarów. Rychtarz[595] miejski, Jan Pistoris, i rada lubowelska przysłali pisemne poświadczenie obwieszczenia tego do Nowego Sącza[596].
Jak wspomniałem powyżej, przemytnictwo to czyli omijanie i łamanie przywilejów królewskich, takie dochody miastu przynoszących, tworzy ważną rubrykę w historyi handlu epoki ówczesnej. Nie dziw więc, jak widzieliśmy, że miasto nie szczędziło kosztów i wszelkiemi siłami starało się o to, aby temu zapobiedz; to też nawet często znaczne wyznaczało nagrody dla tych, którzy zasłużyli się na tem polu. Do takich, którzy najgorliwiej zajmowali się pohamowaniem przemytnictwa i chwytaniem towarów, należeli: Mikołaj Majowski, szczególnie zaś Mateusz Żmijowski, sołtys falkowski, z kilku sąsiadami. Za ten trud dało mu miasto naraz 43 złp.[597]. Później nieco znowu dostał 10 złp., ale bo też pochwycił z miedzią samego Janusza Gosslara, owego wójta z Wlaszek spiskich, który niedawno z Nowym Sączem zawierał ugodę. Także Adama Bednarza, mieszczanina z Lubowli, pochwycono z miedzią, który, wykupując ją, zapłacił miastu 40 złp.[598].
Takie ścigania omijających skład sandecki rozciągały się nawet aż do Dobrzyc w jedną, a do Dukli w drugą stronę, jak świadczą akta miejskie. I tak w r. 1626 zanotowano w księdze wydatków miejskich: „Woźnemu i szlachcie, którycheśmy słali na pisanie Jegomości pana Stanisławskiego, imieniem Jegomości pana podczaszego koronnego, do Dobczyc aresztować miedź węgierską, z którą minąwszy skład sandecki przejechali, dało się na strawę z końmi i za powinność ich 6 złp. 20 gr.“ A w r. 1629: „Mieszczanom, którzy jeździli z sołtysami, goniąc miedź przemycaną przez skład tuteczny na Krosno ku Dukli dla zabrania jej, dało się na strawę i kontentacyi 20 złp.[599].“
Oprócz pomienionych, dalszym czynnikiem, należącym także do nadzwyczaj ważnych dla podniesienia handlu Nowego Sącza, były jarmarki. Z tych jedne były zamiejscowe, na które kupcy sandeccy udawali się ze swymi towarami, drugie zaś miejscowe, jarmarki sandeckie, na które znowu zjeżdżali się kupcy obcy z miast innych.
Że kupcy sandeccy w takich jarmarkach zamiejscowych brali udział na całym obszarze Rzpltej, rozwożąc swoje a kupując obce towary, najmniejszej nie ulega wątpliwości, chociaż tylko o niektórych częstsze znajdujemy wzmianki. Takimi są: w Lipnicy, Wojniczu, w Gorlicach na Najśw. Pannę Maryę Siewną[600], w Ciężkowicach na św. Krzyż, na które rozwozili sukna. Następnie sławne na całą Polskę jarmarki na św. Mikołaj w Lublinie, o których mamy bliższe szczegóły, mianowicie że kupcy sandeccy sprzedawali tutaj całymi snopami gotowe blaszki czyli ostrza do szabel, oraz klinki ze stali węgierskiej, sprowadzane z Lewoczy. Ważniejszym jednak nierównie i intratniejszym towarem tych jarmarków była miedź, którą transportowali na wozach albo spławiali wodą, a wraz z nią także inne towary, jak sierpy, sukno i śliwy suszone. Obok lubelskich znajdujemy także wzmiankę o jarmarkach w Jarosławiu, dokąd w zastępstwie Tymowskiego jeździła żona jego, pani Krystyna (1612 r.). Wreszcie wspomniane są jeszcze jarmarki w Żmigrodzie, na których sprzedawano materye tureckie, przywożone z Węgier, tudzież sukna, zwłaszcza karazye[601].
Z jakiemi niebezpieczeństwami i przykrościami połączone były takie podróże jarmarczne w owych czasach, i jakich wymagały ostrożności, przedstawia żywo opis podobnej wyprawy do Muszyny.
W dzień Przeniesienia św. Stanisława (27. września) 1632 r. spieszyli kupcy sandeccy do Muszyny na jarmark świętomichalski. Towar wieźli na wozach, a sami szli obok uzbrojeni w szable i rusznice, a trzymali się kupą, boć to było niebezpiecznie przed zbójcami, którzy na gościńcu zasiadali i ludzi obierali z mienia. Jechał Wojciech Tymowski, cyrulik, Wawrzyniec Sławiński, kramarz, Stanisław Zabrzeski, czapnik, Jan Sajdakowicz, rymarz, Marcin Żeglecki, tkacz, i inni, a naostatku zdążali Zygmunt Gądek alias Siedlecki i żona jego Zuzanna, kramarze. Kiedy ci ostatni przyjechali na wielkie błoto pod nawojowskim zwierzyńcem, wywróciła się kolasa z towarami i panią Gądkową, a gdy wjechali w olszynę maciejowską[602], Sławiński strzelił z pistoletu dla postrachu zbójców[603].
Jarmarków miejscowych corocznych w Nowym Sączu, na mocy dawnych przywilejów królewskich, aż do końca panowania Zygmunta III. było dwa: na św. Maciej (24. lutego) i na św. Małgorzatę (13. lipca). Do tych przybyły w epoce obecnej jeszcze 2 nowe jarmarki, które obydwa w troskliwości swojej o rozwój handlu i pomyślność miasta ustanowił Władysław IV. Pierwszy owym przywilejem z r. 1633 na dzień Przeniesienia św. Stanisława (27. września), drugi wspomnianym również przywilejem z r. 1639 na dzień św. Wojciecha (23. kwietnia). Jan Kazimierz, potwierdzając w r. 1649 ten przywilej poprzednika swego na jarmark coroczny na św. Wojciech, rozporządził, że wszystkie jarmarki, odbywające się w ciągu roku, mają trwać tylko przez 3 dni; po upływie zaś tych 3 dni żaden kupiec obcy nie śmiał towarów swoich wystawiać na sprzedaż, pod karą utraty towarów, z wyjątkiem mieszczan sandeckich. Według tegoż samego przywileju królewskiego wolno było przybywać każdemu na te wszystkie jarmarki, z wyjątkiem samych tylko żydów, tak dalece że żaden żyd na jakikolwiek jarmark w Nowym Sączu ani pokazać się z towarami swymi, ani ich na sprzedaż wystawić nie mógł, pod utratą tychże[604].
Szczęśliwym trafem posiadamy opis takiego jarmarku, rzucający nam jasne światło nie tylko na życie jarmarczne, ale i na ówczesne stosunki kupieckie. Nadszedł dzień św. Małgorzaty 13. lipca 1648 r. Śrotarze dzwonili we wszystkie dzwony, ile im sił starczyło, zwołując lud do kupna i sprzedaży, a mimochodem na nabożeństwo w kollegiacie św. Małgorzaty, patronki miasta Jego Królewskiej Mości Nowego Sącza. Sławetna zaś rada, wedle starodawnego obyczaju, ogłosiła „limitam causarum ob tempus nundinale“, t. j. odroczenie wszelkich spraw z powodu jarmarku, wyjąwszy spraw szlachty, gości, nieszczęśliwych i zbrodni. Lud całymi tłumami garnął się do miasta. Szlachty zjazd był ogromny z powodu przygotowań wojennych przeciwko Kozactwu, a kupcy garnęli się ze wszystkich czterech stron świata. Wraz z gośćmi przybywało też i spraw gościnnych, których niepospolitą liczbę dostarczali kramarze i kupcy. Jarmark zaś szedł swoją koleją wesoło, gwarno i nie bez kłótni między panami kramarzami.
Kupcy tarnowscy nawieźli towarów nie mało i porozkładali je, jak mogli, najlepiej. A że to Tarnów bliżej Jarosławia, więc też i towary mieli niepospolite, bo Jarosław to jakby Hanza, t. j. towarzystwo kupieckie wszech mórz i lądów. Markociło to sandeckich kramarzy, bo wnet wszystka szlachta zwróciła się ku Tarnowianom: panie szlachcianki kupowały wiele a dobrze płaciły, a panowie szlachta przybory wojenne: broń i zbroje, muszkiety i bandolety, proch i kule i rzędy na konie, wysadzane i wybijane, ostrogi i obuszki i wszystko zgoła kupowali sobie, mianowicie towarzysze petyhorskiej chorągwi pana starosty. Kramarze sandeccy wielce się tem gryźli i gorszyli, a roztasowawszy swoje towary, siedzieli zadąsani i gniewliwi, bo nikt u nich nie kupował, najbardziej zaś, że się znalazł między nimi rzekomy „przeniewierca“, który poszedł pomódz jednemu z kupców tarnowskich[605].
Obok wymienionych corocznych jarmarków w Nowym Sączu, istniały jeszcze, dla większego ułatwienia zakupu płodów surowych i wzajemnej wymiany towarów z mieszkańcami okolicy, dwa targi co tygodniowe we czwartki i soboty, ustanowione także przez Władysława IV. owym przywilejem w r. 1639, do czego dołączone było ważne postanowienie na korzyść miasta, że przybywający na te targi mają składać pewną drobną opłatę od wołu, konia i innego bydła, na naprawę warowni miejskiej.
Już powyższy obraz handlu Nowego Sącza rzuca, choć w najogólniejszych zarysach, niejakie światło na najniezbędniejszy warunek handlu, jakim po wszystkie czasy był i jest kredyt. Jakoż widzieliśmy, jak kupcy sandeccy, nie rozporządzając wcale znaczniejszymi kapitałami, obok zawierania spółek w celu zakupna w większej ilości towarów, które wymagały bardzo znacznego nakładu, byli zmuszeni pożyczać pieniędzy od obcych osób. Tak Jakób Klimczyk, najdawniej znany nam kupiec tej epoki, który kupczył miedzią, spiżem i żelazem, pożycza (1598 r.) na spław do Gdańska od pana Kamieńskiego 800 złp.[606]. — Podobnie żona Tymowskiego za 40 złp. pożyczonych od Samuela Cyrusa w Krakowie kupuje tamże ołowiu. Jeszcze w większych kwotach on sam zaciągał kilkakrotnie pożyczki na miedź, jak w r. 1610 od pana podsędka, Adama Rożna, 100 złp., a w r. 1611 od pana Zygmunta Stradomskiego 397 złp. Brak również gotówki na zakupno win zmuszał go (1615 r.) do pozyczenia 400 złp. od pana podstarościego, Sebastyana Gładysza, a w r. 1620 takiej samej sumy od Zygmunta Stradomskiego. — Tak samo Jerzy Frączkowicz zaciąga na spław miedzi do Lublina (1632 r.) od wielmożnej Magdaleny Strońskiej z Korzennej długu 400 złp., lecz kiedy miał właśnie odpłynąć, pani Strońska zażądała zwrotu pieniędzy i tratwy zagrabić kazała; wracając zaś (1634 r.) z Gdańska i chcąc tamże zakupić sukna, pożycza od Habermanna z Lewoczy 166 złp.
Lecz jeszcze bardziej, niżeli pożyczać pieniędzy, zmuszeni byli kupcy sandeccy potrzebne im za większe sumy towary brać na kredyt w Krakowie, w Gdańsku, a nawet od kupców zagranicznych, co okazuje dowodnie, jak ważnym czynnikiem w ówczesnym handlu był kredyt. Tak Stanisław Mączka, zięć Tymowskiego, dług swój za towary, wzięte od Marcina Zonera z Gdańska, płaci dopiero częścią swą z otrzymanych 980 złp. za wino w Lublinie (1610 r.). Jakie to były towary, nie podaje nam dyaryusz: wiadomo nam jednak, iż przedewszystkiem takimi towarami, które wymagały kredytu na większą skalę, były: sukno, miedź i wino.
I tak czytamy, że Tymowski Samuelowi Cyrusowi, kupcowi krakowskiemu, któremu był winien za sukna jeszcze za pierwszej swej żony, spłaca należne 700 złp. dopiero w r. 1612. Podobnie druga jego żona pani Krystyna, jadąc po sukna (1614 r.) do Krakowa do Samuela Cyrusa, zostaje mu winną 80 złp., a w r. 1620 miał długu u pana Cyrusa za sukna znowu 334 złp. — Tak samo działo się i z miedzią, którą kupił (1613 r.) od Mikołaja Żmijowskiego z Nowego Sącza, płacąc tylko 78 złp., a 200 złp. pozostał winien. Podobnie i inni kupcy: Jan Wiechowicz, kupując (1630 r.) miedź kutą od Jakóba Teiffera za 448 złp., dał tylko 100 złp., a 300 złp. odkazał na pana Stesla w Smolniku (Szmolnik), gdzie ją miał odebrać, a czeladnik Teiffera, dopiero za okazaniem kartki, miał mu wydać kupioną miedź. Ostatek zaś (48 złp.) miał oddać za pierwszem widzeniem się[607]. Wojciech Kostecki był winien Matyaszowi Filkowi z Muszyny 200 złp. (prawdopodobnie także za miedź), i dlatego przejmuje (1632 r.) na siebie zapłatę kilkunastu beczek śledzi, które Filko wziął od Jana Zięby. Jędrzej Frączkowicz bierze na kredyt (1636 r.) miedzi lanej w firkantach wartości 1.800 złp. — Jeszcze częściej i jeszcze większego kredytu wymagało wino które (wyjąwszy spółek) rzadko kiedy płacono gotówką. Tak panu Januszowi Deżeffiemu (1609 r.) i Jurowi Mnichowi z Lewoczy (1615 r.) Tymowski wypłaca potrosze towarami, lub też odsyłając od czasu do czasu w mniejszych kwotach pieniądze; tak Michałowi Frajowi z Kesmarku (1615 r.) i Baldizarowi Sekielowi w Hunsdorfie (1616 r.) daje tylko zadatek, nie wynoszący nawet połowy całej należytości. Również w r. 1620, kupując wina od Rokickiego z Muszyny, zapłacił tylko pewną, lubo znaczniejszą część, jak to sam zapisał w dyaryuszu: „Winien jestem też Rokickiemu i Hamerli 100 złp.“ Nierównie większego kredytu potrzebowali inni kupcy, jak Mateusz Kotczy i Krzysztof Halenowicz, którzy, sprowadzając wino z Preszowa od Michała Straussa, byli mu dłużni, jak utrzymywano powszechnie, do 5.000 złp., chociaż ci oświadczyli przed sądem, że tylko 900 złp. (1630 r.). Ten sam Mateusz Kotczy był winien innemu kupcowi preszowskiemu, Mikluszowi Komoraniemu, za wina 830 złp., z których oddał mu 730 złp., a o resztę Węgrzyn go zapozwał (1635 r.).
Powyższe cytaty okazują dobitnie, jak konieczną potrzebę kredytu czynił handel dla kupców sandeckich: ale z drugiej strony ten sam interes handlowy, nieodzowna w takim razie konkurencya, stosunki towarzyskie, wymagały znowu koniecznie udzielania także kredytu kupującym, i to nieraz w znacznych rozmiarach. Otóż widzieliśmy, jak w handlu szkłem i sierpami chęć zmonopolizowania tegoż i widoki większego zysku zmuszały kupców do dawania hutnikom, a jeszcze bardziej sierparzom, bardzo znacznych zaliczek, a więc do dawania im pieniędzy na kredyt; a gdy fabrykant sierpów, Wacław Morawiec, nie dotrzymując słowa, stracił „wiarę“, musiał dopiero inny kupiec za 6 cetn. żelaza wartości 20 złp. dać za niego rękojmię (1615 r.). Jeszcze na większą skalę wymagał takiego udzielania kredytu handel suknem, winem, a nawet śledziami i solą do Węgier.
Tak czytamy, iż Walentemu Wolińskiemu, kupcowi z Grybowa, Tymowski kredytował sukna za 140 złp. (1611 r.), a Baldizarowi Sekielowi, kupcowi w Hunsdorfie na Spiżu, tak samo sukna i korzeni przeszło na 100 złp., które tenże później wypłacił winem (w r. 1614 i 1616); tak własny zięć jego, Stan. Mączka, za wino spławione wspólnie do Lublina (1610 r.) został mu winien 218 złp. 16 gr. Nawet do Węgier dawał na kredyt sól n. p. w Bardyowie jakiejś krawcowej chromej, tudzież śledzie, także tej samej, która w obu razach został mu winną 8 złp. i 16 złp. 3 gr. (1609 r.), a w Kesmarku niejakiej Demianowej za 39 złp. 28 gr., które wraz z rybami lwowskiemi brała dla pana Tökölego (1614 r.).
Jednakże, jak to zwykle bywa, bardzo wielka część tych dłużników przez całe lata nie uiszczała się z długów, co oczywiście narażać musiało kupców na stratę, utrudniało im nieraz uskutecznienie przedsiębiorstw kupieckich w zamierzonym i pożądanym zakresie, i zmuszało ich do szukania środków w celu pokrycia swej szkody. W ten sposób drogą sekwestru Tymowski nabywał długu od niejakiego Melchiora Brody za 2 beczki śledzi po 14 złp. 8 gr., oraz za 3 łokcie karazyi wartości 2 złp. 12 gr. i za 2 złp. 7 gr., które ręczył za Frączka z Barcic, jatkę szewską wraz z naczyniem szewskim. Lecz nie zawsze dała się szkoda powetować. Już w r. 1609 wieloletni dłużnicy bardzo go niecierpliwili, wypisał ich więc osobno i w humorze swoim podzielił ich na 3 kategorye, a rejestr ten jest nieocenionym dokumentem, okazującym najdowodniej, jak daleko sięgał ówczesny handel Nowego Sącza, nawet w swej drobnej sprzedaży sklepowej.
Pierwsi noszą napis: „Długi dawne od lat dziesiąci“. Do tych należeli: sołtysi ruscy z Binczarowej, Brunar, Stawiska, Mystkowa; wójtowie i kmiecie z Chodorowej, Łużnej, Mszalnicy; bakałarz i mieszczanie z Gorlic; syn woźnego z Kobylanki; wkońcu kilku mieszczan i jeden z księży wikarych z Nowego Sącza.
Drugim napisał: „Długi starych łotrów“. Tu wchodzą: kuśnierz z Jasła; dwaj chłopi z Gródka i Lipnicy; krawcowa chroma z Bardyowa; hamernik nowosandecki; trzech mieszczan z Rzeszowa, Żmigrodu i Bobowej; oraz kilku kmieci.
Trzeci zastęp dłużników nosi godło: „Starzy dłużnicy jakoby też ze starych snopów gorzałka(!).“ Tu pierwszym: zegarmistrz Sebastyan, który ledwie 1 złp. odrobił, naprawiając Tymowskiemu hakownicę; dwaj rajcy: Stan. Pełka i Stan. Strasz; pan Studzieński, co zostawił zbroję; młynarz z Lipnicy; dwóch ze szlachty: Przecław Wiktor i Gabryel Gładysz; a wkońcu sam wielmożny pan Stanisław Lubomirski, starosta grodowy sandecki (1597—1613), skrzypek jego Stan. Ługowski, i żyd jego poufny Wulf z grodu. „O Jezu mój najdroższy! nadziejo smutnej duszy!“ temi słowy zakończył ów gorzki rejestr, bo takie pobożne westchnienie o zmiłowanie Boże wywołali w kupcu owi „starzy łotrzy i dłużnicy.“
Kiedy nawet osoby bogate tan nadużywały udzielonego im kredytu, a niepunktualność, lekkomyślność lub niesumienność dłużników narażały go na dotkliwe straty, popadł sam (1610 r.) w kłopoty pieniężne. A było to właśnie w rok później, kiedy za ową ogromną sumę zakupił miedzi w Lewoczy, na której tak mało zyskał. Z konieczności musiał sprzedać ową jatkę szewską, którą to nabył jeszcze dawniej za niewypłacone towary. Kupił ją Wojciech Jawor, szewc, za 22 grzywny (35 złp. 6 gr.), lecz wypłata na raty. Ale cóż to mogło znaczyć w jego położeniu? Punktualność jednak płatnicza i rzetelność kupiecka Tymowskiego wyrabiały mu powszechne zaufanie i jednały kredyt, nawet w szerszem kole poza obrębem kupieckiego świata. Tak na szczęście przyjechał ks. Jan Gładysz z Grybowa, łaskawy zawsze na dom Tymowskiego i żony jego Jadwigi, przywiózł z sobą 380 złp., prosząc małżonków, aby mu je przechowali, czego naturalnie nie odmówili. Później pożyczył jeszcze 400 złp. szpitalnych grybowskich i tak im dopomógł, bo pieniądze nie próżnowały, a kupiec na zawołanie potrosze oddawał gotówką i towarem. Również i pan podsędek, Adam Rożen, pożyczył mu 100 złp. Tylko Jan Lutosławski, pisarz grodzki, zawiódł, bo obiecał dług oddać, tymczasem umarł i nic nie zapłacił. Zawiedziony Tymowski pod rachunkiem jego dopisał: „Umarł, nie oddał, wisus z niego!“ i wpisał go w poczet „starych dłużników, co to jakoby ze starych snopów gorzałka.“
Umarła też w tym samym roku i żona Tymowskiego, pani Jadwiga. Kiedy stroskany kupiec w nieszczęściu swem całą nadzieję pokładał w miłosierdziu Bożem i w tym duchu uczucia swe w dyaryuszu zapisał, nadszedł właśnie do sklepu następca Jana Lutosławskiego, Imci pan Jakób Chwalibóg z Ropy. Widząc kupca strapionego, cieszył go i obiecał jeszcze być na jego weselu, nabrał towaru, zapłacił i zostawił jeszcze kilkadziesiąt złp. nadwyżki.
Ks. Gładysz, jak za pierwszej żony był przyjacielem domu, tak i teraz (1611 r.) nie usuwał się bynajmniej. Pieniędzy nie odbierał, owszem, co nadebrał towarem, zapłacił i zaokrąglił do 500 złp. Pan Zygmunt Stradomski, widząc także potrzebę kupca a nie mając sam pieniędzy, postarał się o nie u swego brata Olbrachta, który na jego słowo i ręce przysłał 397 złp., i pożyczył Tymowskiemu na kilka miesięcy, t. j. od 11. marca do 24. czerwca. Kupiec nie posiadał się z radości, bo pieniędzy potrzebował, i bezzwłocznie kupił za nie od Krzysztofa złotnika w Lublinie miedzi, poczem uiścił się na termin i zyskał jeszcze większe zaufanie.
Największy jednak kredyt pieniężny znalazł u swojej drugiej żony Krystyny Adamowiczównej, którą, jak to przepowiedział pan pisarz grodzki, Jakób Chwalibóg, poślubił niedługo po śmierci pierwszej żony. Od niej otrzymał w maju 1612 r. gotowych pieniędzy przeszło 700 złp. na zapłacenie za sukna Samuelowi Cyrusowi, kupcowi krakowskiemu, a już w sierpniu dała mu znowu na sierpy Wacławowi Morawcowi 230 złp., a Stanisławowi Dzierzwie 150 złp.; z jej także pieniędzy, odebranych od Jana Żelaska w Gorlicach, zapłacił ks. Gładyszowi 200 złp. Tak pani Krystyna zaraz w dwóch pierwszych latach pożyczyła 1.500 złp., czem ułatwiła mu nie tylko spłacenie długów, jakie narobił w czasie choroby pierwszej żony Jadwigi, ale także odbudowanie się po nieszczęsnej pogorzeli miasta. Lecz w r. 1613 więcej dać nie chciała, wymawiając się, że płaci obce długi a i tamta jeszcze suma nawet nie zabezpieczona jej dzieciom; na usilne jednak prośby otrzymał od niej na jarmark lubelski 186 złp., a chcąc okazać swą wdzięczność, zapisuje jej w swej księdze całą sumę 1.700 złp. na wszystkiej majętności swojej i zabezpiecza ją dożywotnie, a po śmierci dzieciom jej własnym.
Mimo to kłopoty pieniężne Tymowskiego jeszcze i teraz nie ustały. Reputacya jednak, jaką miał u szlachty, zjednała mu nowy kredyt u samego pana podstarościego, Sebastyana Gładysza ze Stróży, który (1615 r.) pożyczył mu 400 złp. na wino, a pieniądze później wybierał potrosze gotówką, albo kazał sobie kupić różne przedmioty, jak łańcuch złoty, czapkę, kobierzec, Jejmość zaś po kilkanaście złotych przez swą pannę. Jeszcze większem szczęściem była znajomość z panem Zygmuntem Stradomskim, który swem zaufaniem zaszczycał Tymowskiego ciągle dalej, a ten borgował chętnie, choćby na 130 złp. Zato pan Stradomski jeszcze dwukrotnie pomagał mu pożyczkami, teraz już z własnych pieniędzy: raz (1617 r.) 400 złp., a pani Krystyna, odwzajemniając się, sprawiła chrzciny córce pani podstarościny, co nawiasem mówiąc, kosztowało 30 złp.; drugi raz (1620 r.) na wino również 400 złp. (połowę w dukatach a połowę w trojakach, żądając zwrotu w ortach czeskich), na które jednak Tymowski musiał się zapisać wraz z żoną.
Ta trudność otrzymania w razie potrzeby większej sumy na kredyt, wywoływała też w kupcach konieczność jak największej przezorności wobec swoich odbiorców i zmuszał udzielenie im kredytu ograniczyć albo wcale odmówić, głównie zaś zabezpieczyć się przez żądanie zastawu. Tak widzieliśmy powyżej, że Kloska, błoniarka ze szpitalnej ulicy, biorąc 200 szyb za 18 gr. i półkamienia (16 funtów) ołowiu, musiała dać na zastaw szablę i latarnię (1614 r.). Dyaryusz Tymowskiego zawiera w tym względzie nadzwyczaj interesujące szczegóły, rzucające ciekawe światło na ówczesny stan kredytu kupujących u niego osób, a przedewszystkiem na stosunek kupiectwa do całej okolicznej szlachty sandeckiej, z których przytaczam niektóre.
Kasper Łapka z Białejwody bierze (1608 r.) różne sukna i korzenie, a na dług daje śliw 6 wierteli po 1 złp. 6 gr. i faskę masła za 4 złp., długi zaś swoje własnoręcznie wpisuje do księgi Tymowskiego, ile razy kiedy co brał, jak n. p. „znowum złoty wynyen.“ W kilka miesięcy później dopisał: „Po swyethym Filipye Jakubye porahowalysmy syę s panem jorkiem; zostałem mu złothych sescz y grosy dwadzyesczyą po wsystkym rachunku (sic). Kasper lapka m. p.“ Podpisując się, nie pisał nigdy inaczej. — Żona Gabryela Sędzimira z Łukowicy, biorąc (1609 r.) falendyszu czerwonego 2¼ łokcia po 3 złp. 10 gr. i kiru zielonego oraz kwartę małmazyi, zastawia pierścionek z dyamentami, który musiał mieć wielką wartość, skoro kupiec zborgował jeszcze około 70 łokci sukna i kiru wartości 40 kilka złp. Tak brała sama pani przez 12 lat rok w rok mnóstwo sukna dla siebie i służby i zawsze obiecywała oddać na pewien czas, zwykle za 6 tygodni, a „on“ później płacił często pszenicą a „ona“ masłem. Pan Sędzimir sprzykrzył sobie wreszcie tę wystawność młodej swej żony i powstrzymywał jej hojność. Musiał i kupcowi przykazać, bo odtąd nie borgował nic, chyba za dobrym zastawem. I tak w r. 1632 za breklest czerwony po 60 gr. zastawiła pani Sędzimirowa pierścionek złoty z rubinkiem, a w r. 1635 garnuszek srebrny z pokryweczką wyzłacaną. — Jan Dobek[608] z Łowczowa Łowczowski, pan na Dąbrowie i Lichwinie, kupując (1610 r.) różne sukna a nie płacąc wszystkiego, musiał za resztę zastawić pierścień złoty z dyamentem. Roku następnego (1611), będąc znowu dłużnym za korzenie 5 złp. i za kir, odjechał do Lwowa, a gdy w czasie jego nieobecności umarła mu żona, Zofia z Marcinkowskich, Tymowski nie chciał dać kiru żałobnego, aż dopiero krewny ich, pan Nikodem Dobek, musiał dać w zastaw tkankę perłową. — Adam Tabaszowski ze Znamirowic nie miał jeszcze w r. 1611 najmniejszego kredytu, tak że za 1 złp. 15 gr. musiał za niego ręczyć jakiś krawiec, a za 7 złp. musiał zastawić szablę. — Sebastyan Gładysz ze Stróży, podstarości sandecki, który w r. 1615 pożyczył Tymowskiemu 400 złp. na wino, wkrótce sam stracił kredyt, gdyż już w r. 1616 Tymowski nie chce mu borgować sukna za 20 kilka złp., aż za niego zaręczył złotnik lubelski, Krzysztof.
Sebastyan Lubomirski, starosta grodowy (1613—1627), bierze ciągle na kredyt a nie płaci. W r. 1619 dług wynosił już 82 złp. 25 gr., dlatego odtąd Tymowki nie chciał wcale borgować, tak że w r. 1623 pani starościna za sukno czerwone wartości 5 złp. musiała przez panią Wierzbięcinę dać w zastaw kubek srebrny złocisty, a tak samo w r. 1624 za falendysz czerwony i postaw karazyi zielonej wartości 39 złp. 15 gr., przez swoją służącą, pannę Sawicką, konewkę srebrną pozłocistą. To samo powtarzało się w r. 1625 aż 3 razy, że biorąc różne towary, mianowicie sukna, dawali zaraz w zastaw widelce srebrne, koneweczkę srebrną i ów kubek srebrny złocisty, a Tymowski borgował znowu kilkakrotnie, aż się nazbierało długu 142 złp. Dlatego, kiedy pani starościna w r. 166 brała sukna za 12 złp., nie chciał już nic dać, nawet jej samej; więc nieboga składała się i przysięgała na duszę męża swego i swoją własną, że zapłaci (!), a musiała się upokorzyć, bo właśnie były rękowiny córki jej Zofii, która szła z Imci pana Rarowskiego, a rota husarska stała w mieście i asystował uroczystości.
Zygmunt Stradomski, podstarości sandecki a później podwojewodzy krakowski, który kilkakrotnie wspierał Tymowskiego pożyczkami i wchodził z nim w spółki kupieckie, przyciśnięty ciężkiemi klęskami pożycza (1623 r.) od Tymowskiego 400 złp. i daje mu w zastaw miednicę srebrną pozłocistą, konew srebrną garncową i parę rostruchanów; a od pana Krzysztofa Wielogłowskiego 100 złp., zastawiając u niego łańcuch złoty, ważący 50 czerw. zł. (200 złp.), i to nie swój, lecz pani Pieniążkowej, który także wykupił Tymowski. Ale jeszcze tego samego roku wypłacił wszystko Tymowskiemu. — Żona Ludwika Kępińskiego ze Zbyszyc, biorąc (1625 r.) na żałobę 12 łokci sukna czarnego icińskiego i 12 morawskiego, daje w zastaw łyżki srebrne, z których potem jedną wykupiła za 10 złp. Również sam pan Kępiński, kupując (1626 r.) 6 łokci breklesu czerwonego po 2 złp. 10 gr. i tyleż kiru żółtego, zastawia szable. — Żona Bartosza Siemichowskiego z Klimkówki brała do r. 1607 rozmaite sukna, a mąż płacił czasem gotówką, a czasem owsem lub jęczmieniem. Po 20 latach stracił kredyt i musiał dać w zastaw rostruchanik z złocistem wieczkiem. — Pani Stadnicka z Zawady bierze (1630 r.) dla siebie, synka i mamki breklestu po 2 złp., a dla swego predykatora z Ropek[609] baji po 1 złp. 10 gr., wszystko na kredyt, a dług przejmuje na siebie szynkarka (!) Siewierska, prawdopodobnie za pszenicę do piwa, którą od niej brała[610].
Lecz nie tylko wobec okolicznej szlachty, przy braku dostatecznego z jej strony kredytu, ubezpieczali się kupcy sandeccy żądaniem zastawu, ale robili to samo i wobec panów wojskowych. I tak, gdy w r. 1630 chorągiew husarska, pod wodzą porucznika Radzikowskiego, została w Nowym Sączu na leże zimowe, przyczem miasto robiło składki na jej wyżywienie, towarzysze tej chorągwi, kupując u tamtejszych kupców, zwłaszcza u Tymowskiego, różne towary a przedewszystkiem sukna, w brak gotówki brali na kredyt — czas zapłaty do 4 tygodni albo do „brania pieniędzy“ — lub musieli dać zastaw. Dyaryusz wymienia nazwiska wszystkich. Chociaż w husaryi służyła szlachta najbogatsza, to przecież pokazuje się, że środki jej pieniężne były tak szczupłe a kredyt u kupców tak mały, że Tymowski niektórym z wymienionych panów towarzyszy kredytował dopiero na słowo samego pana porucznika Radzikowskiego („powierzyłem z rozkazania pana porucznika,“ albo „pan porucznik kazał dać“), a jeszcze bardziej charakterystycznem jest, że tenże wypłacał nawet sam za drugich kupcowi. Inni zaś wprost musieli dać zastaw. Tak n. p. Andrzej Kitecki, biorąc sukna za 70 złp. 18 gr., zastawił pałasz srebrem oprawiony; podobnie Mikołaj Prusiński, za 37 złp., należących się za sukno, dał jako zastaw kozacką szablę z srebrem białem; tak samo Spytek Jordan za 21¼ łokci breklestu zielonego i postaw kiru żółtego, wartości razem 55 złp. 15 gr., zastawił szablę oprawną. Sam pan porucznik, kupując za większe kwoty sukna, konia, ołów, także nie od razu płacił wszystko gotówką, tylko spłacał częściowo. Przy ostatecznem zaś obrachowaniu się z kupcem w obecności swego sługi, uznawszy swe długi za słuszne, „na alkierzu sam je napisał“, a spłaciwszy później znaczniejszą część długu, resztę obiecał dopiero z domu odesłać.
Wieki ówczesne znały ważność i znaczenie kredytu i używały go zacnie i godziwie do ułatwienia i podniesienia handlu miejscowego, tudzież do utrzymania i rozszerzenia związków handlowych tak po całym obszarze Rzpltej, jak i z krajami zagranicznymi. Ale znały także i nadużycie tegoż w calach często lakkomyślnych, nieraz nawet występnych do ułatwienia sobie życia lekkiego, życia nad stan i dochody, co prędzej czy później prowadzić musiał do ruiny, utraty honoru i wszelkiego kredytu kupieckiego, czyli do bankructwa. Otóż i takie wypadki nie były obcymi kupiectwu sandeckiemu. Tak w r. 1639 zbankrutował kupiec, Samuel Kominkowicz, handlujący winami[611]. Na wiadomość o tem wierzyciele domagali się wypłaty swych należytości i pokazało się, że dłużnym był wielmożnemu Janowi Krzeszowi z Męciny 300 złp.; wielmożnemu Janowi Mstowskiemu ze Słopnic 500 złp.; sławetnemu Janowi Ziębie 400 złp. Dwaj Węgrzyni, Janusz Oslani z Lubowli i Matyasz Szczerbak z Gniazd, żądali oddania 800 złp., a Wojciech Maxym z Lubowli 900 złp. za wina; tak samo Wojciech Lupka 200 złp., a niejaki Jan, dyak brzezowicki[612], 231 złp. Gdy atoli Kominkowicz nie był w stanie zaspokoić tych długów, uwięziono go i małżonkę jego. Niebawem jednak (1640 r.) umknął z więzienia, a na zbiega ogłoszono infamię i banicyę[613].
Nie jedyny to zresztą wypadek bankructwa; księgi archiwum miejskiego przechowały nam również przykład takiego drugiego, jaki zaszedł właśnie w samym początku jarmarku na św. Małgorzatę 1648 r., wspomnianego powyżej. Zygmunt Białorzecki, tkacz i grzebieniarz a oraz kupczący płótnami, zbankrutował! Ni z tego ni z owego powiedział wierzycielom swoim, że im nic nie da, bo nic nie ma — zupełnie tak jak teraz robić zwykli kupcy i bankierzy. Był to zaś człowiek zamożny i uczciwy, i można mu było śmiało pożyczać pieniędzy na towary, przynajmniej wedle zdania ludzkiego. I pożyczył mu wielebny ksiądz Roch Światłowicz 30 złp.; wielmożny Wacław Marek 50 złp.; wielmożna Katarzyna Lachowska 25 złp.; pani Jadwiga Wolska 60 złp.; sławetny Skrzypiec 25 złp.; sławetny Stanisław Pieczykowicz towarem, mianowicie pasamonami, 37 złp. 20 gr., żonie zaś jego kilka złotych gotówką. Wkońcu upomniała się o 70 złp. wielmożna Krystyna, wdowa po Janie Krzeszu z Męciny, a Wojciech Abrahamowski, pisarz komory celnej sandeckiej, o 20 złp., które sławetny Grzebieniarz, (bo tak go zwykle zwano), z pieniędzy poborowych obrócił na swój własny użytek. Na domiar bowiem zaufania publicznego piastował był przez czas niejaki urząd pobieracza podatków i nie wypłacił się podpoborcy.
Powodem do tego całego kłopotu był sławetny Stanisław Piczykowicz, mieszczanin krakowski. Przyjechawszy bowiem do Nowego Sącza na jarmark, odwiedził panią Grzebieniarkę i prosił o należytość. Sławetna dłużnica, nie widząc innej rady, wyparła się długu. Więc się upomniał o resztę za pasamony, a widząc, że nie wskóra dobrą drogą, zaskarżył ją do rady miejskiej.
Wieść o niemożebności wypłaty ze strony Grzebieniarza gruchnęła pomiędzy duchownych, szlachetnych i sławetnych wierzycieli, zbiegli się więc wszyscy na ratusz, stanęli przed panami rajcami razem, jak jeden mąż, i żądali sprawiedliwości. Sławetna rada nie odmówiła im swej pomocy. A ponieważ rozchodziło się o sprawiedliwość brzęczącą, która z mienia Grzebieniarza nie mogła być wymierzoną, więc panowie rajcy każdemu wierzycielowi z osobna oddali w sekwestracyę osobę sławetnego Grzebieniarza. I zapadło naraz dziewięć wyroków, skazujących go na więzienia, dopóki długu nie zapłaci! I zupełnie tak, jak do niedawna za naszych czasów zasiadł więzienie za kratami, a wierzyciele żywili go, dopóki im się nie sprzykrzyło. A gdy im się uprzykrzyło, to dali spokój, a rada miejska, chcąc nie chcąc, wypuściła go na wolność. Tylko wielmożny Wacław Marek poszedł do głowy po rozum i darował dług swój kollegiacie św. Małgorzaty, a panowie opiekunowie zarządu kościoła, poczyniwszy odpowiednie kroki, usadowili się na domu Białorzeckiego przy ulicy polskiej[614].
Wreszcie czynnikiem nadzwyczaj wielkiej wagi dla handlu owych czasów były stosunki monetarne, czyli wartość pieniędzy krajowych. Co do tego ze źródeł naszych dowiadujemy się, iż ta zmieniała się ustawicznie, nawet co kilka lat, a mianowicie wartość monety złotej i srebrnej ciągle się podnosiła, co jest tylko dowodem, że monetę zdawkową bito coraz gorszą[615], wskutek czego też ta, zwłaszcza za granicą, coraz bardziej traciła na wartości[616]. Te stosunki sprawiały kupcom trudności nadzwyczajne, przedewszystiem tym, którzy sprawy handlowe mieli z krajami obcymi. Lecz nie dość na tem, ustawiczne wojny i rozruchy domowe w Polsce, owa zła moneta zdawkowa i inne niepomyślne warunki nadwerężały kredyt polski do tego stopnia, że nawet pieniądze złote i srebrne spadały w swym kursie za granicą, co naturalnie tylko nader niekorzystnie wpływać musiało na handel i kupców na dotkliwe narażało straty. Pod tym względem ciekawy szczegół podaje nam Tymowski, iż kupiwszy w r. 1624 na Węgrzech u Jurka Semsaja 25 beczek wina po 46 talar. węgier., przy tem kupnie na pieniądzach utracił przeszło 178 złp. A mianowicie: na 116 czerw. zł., dając po 3 złp. 10 gr. (gdy właśnie w tym roku 1 czerwony złoty = 4 złp.), utracił 76 złp. 4 gr.; na 246 talarach (który w r.1625 wynosił 2 złp. 15 gr., dając zań po 2 talar. węgier.), utracił 68 złp. 10 gr.; na 308 talar. węg., płacąc czeskimi, (czeski po 4 szelągi), utracił 34 złp. 6 gr.[617].
W miarę spadających na Polskę klęsk i wzmagającego się zubożenia kraju, wartość pieniędzy polskich spadała coraz bardziej[618], tak iż w r. 1664 za 100 złp. dobrej monety trzeba było naddawać więcej niż 20%, a w r. 1666 doszło już do tego, że naddatek za dobre pieniądze wynosił przeszło 75 od sta[619]. Że te okoliczności musiały całkiem podkopać, tak dotąd kwitnący za Wazów handel naszego grodu, okazuje dowodnie szybki upadek jak innych miast polskich, tak i Nowego Sącza w epoce następnej.






Rozdział  IX.
Życie domowe.

Rozdziały poprzednie odsłoniły nam, o ile tylko istniejące źródła archiwalne pod tym względem dostarczyły dostatecznego materyału, nader różnobarwny obraz życia naszego mieszczaństwa ze strony jego działalności publicznej i niejako politycznej. Obecnie zamierzam przedstawić obraz życia domowego we wszystkich najważniejszych jego objawach, czyli chcę podać rys starożytności prywatnych Nowego Sącza w epoce Wazów, jak o niniejszy rozdział mógłby także nosić ten tytuł.

§. 1.
Rodzina.

Związki rodzinne były u mieszkańców Nowego Sącza w powszechnem i wielkiem poważaniu, równie jak i szczęście uczciwego małżeńskiego pożycia cenili oni nadzwyczaj wysoko. Jakoż rzeczywiście cała praca i zapobiegliwość, wszystkie mozoły i starania, wogóle całe życie i stanowisko obywatelskie mieszczana sandeckiego, były zwrócone do utrzymania siebie i swojej rodziny, zaspokojenia potrzeb i zapewnienia jej niezawisłego bytu nawet po swojej śmierci, jednem słowem: do jej pomyślności i uszczęśliwienia.
Właściwą rodzinę mieszczańską składał pan domu czyli ojciec rodziny, jego żona i ich dzieci, aż do wstąpienia tychże w związki małżeńskie i utworzenia sobie osobnego gniazda rodzinnego. Ojciec rodziny był zarazem jej głową i on jeden tylko był niezwisłym, wszyscy zaś inni członkowie rodziny zostawali, lubo w różnym stopniu, pod jego władzą.
Ta władza męża nad żoną wypływała z małżeństwa, które zawierano wyłącznie i jedynie według ustaw prawa kanonicznego. Niewiasta, idąc za mąż, wychodziła zupełnie z pod władzy swego ojca lub opiekuna, a wchodziła w familię męża, którego przyjmowała nazwisko, i odtąd pozostawała pod jego władzą. Lecz władza ta męża nad żoną była zupełnie różną i nierównie mniejszą od tej, jaką tenże miał nad dziećmi, i była uregulowana powszechnym obyczajem oraz przepisami religii, dlatego też mieszczanka sandecka wiodła wcale swobodne życie. Majątek, który żona wniosła mężowi tytułem posagu, wedle prawa magdeburskiego pozostawał zawsze jej własnością, dlatego mogła nim rozporządzać. Do dziedziczenia tegoż miały prawo tylko jej własne dzieci; w razie pożyczenia pieniędzy lub dopomożenia nimi mężowi, winien był tenże zabezpieczyć jej takowe na swojej majętności[620]; w razie zaś jej bezpotomnej śmierci posag jej i cała wyprawa czyli, jak wówczas nazywano, „gierada“[621], jako jej wyłączna własność, wracały do jej rodziców lub najbliższych krewnych. Tak Melchior Krosner, cyrulik, „uczciwej Jadwidze małżonce swej miłej“, oddje testamentem wiana 200 czer. zł. i zapisuje je na folwarku i ogrodzie za rzeką Kamienicą tudzież na ćwierci roli, na łanach sandeckich leżącej[622]. Dlatego też Anna Michalczewska, rymarka, przed urzędem ławniczym „żałuje się“ na swojego zięcia, Mikołaja Libranta, kuśnierza, o gieradę po nieboszczce córce swej pozostałą, a na nią jako na matkę po córce przypadłą[623]. Podobnie Jędrzej Adamowicz, rajca sandecki a teść Tymowskiego, oprócz gotowizny oddaje testamentem żonie swojej dom ze wszystkim sprzętem jego i z „wolą“ do niego należącą, jako jej własny dziedziczny[624].
Wogóle niewiasta najmowała w Nowym Sączu czcigodne i powołaniu swemu odpowiednie stanowisko w społeczeństwie. Jako matka rodziny była panią domu, zarządzała gospodarstwem domowem, rozkazywała służbie i czeladzi; w stosunku zaś do męża była jego towarzyszką, wespół z nim zajmowała się wszystkiemi sprawami rodziny, pomagała mu w jego zatrudnieniach i interesach. Tak widzieliśmy powyżej, jak żony mieszczan sandeckich, zwłaszcza kupców (n. p. Jerzego Frączkowicza), czynnością i obrotnością swoją bywały mężom w ich zawodzie bardzo pomocne; znowu inne (n. p. żona Jerzego Tymowskiego albo Zygmunta Gądka) z mężami swymi jeździły po jarmarkach, wyręczając ich, odbywały nieraz dalekie podróże kupieckie, a w nieobecności tychże w Sączu samodzielnie kierowały kramem i prowadziły interes mężowski[625]. W domu zaś głównem zajęciem żony było szycie i przędzenie[626], a tutaj nie tylko pielęgnowała dzieci i wpływała na ich wychowanie, dozorowała czeladzi, ale także nieraz musiała wykonywać i cięższe roboty, jak przyrządzanie i gotowanie jadła, pranie bielizny, mycie naczyń. Lecz zato brała udział we wszystkich uroczystościach familijnych i kościelnych, w biesiadach i niektórych schadzkach cechowych[627], przyjmowała odwiedziny krewnych i znajomych i nawzajem ich odwiedzała. Największym jednak dowodem ówczesnego stanowiska społecznego i samodzielności niewiast w Nowym Sączu jest, iż żony kupców mogły po śmierci swojego męża swobodnie dalej prowadzić jego interes i trudnić się handlem[628], jak poniżej przyjdzie nam o tem jeszcze dokładniej pomówić. Tak samo i wdowy po rzeźnikach mogły także zajmować się dalej rzemiosłem mężowskiem, chociaż już nie dożywotnie, ale tylko rok jeden i sześć niedziel[629].
Lecz jak poważaną i szanowaną była niewiasta w obrębie domu i rodziny, tak natomiast w życiu publicznem żadnego nie miała udziału, a dom był najważniejszem polem jej działalności.
Również i władza ojcowska nad dziećmi, stosownie do zmiany wyobrażeń, postępu czasu i cywilizacyi, oraz obowiązujących praw świeckich, była także znacznie ograniczoną. Mógł wprawdzie ojciec dzieci karać, bić, używać do posług domowych lub pracy w swoim zawodzie, przeznaczać im ich powołanie[630], lecz prawa te zabraniały ojcu samodzielnie dzieci wydziedziczać, a tem bardziej wypędzać. Natomiast wyższy nad wszelkie prawo obyczaj społeczny i błogi wpływ religii i jej zasad etycznych, nakazywały mu dać im odpowiednie wychowanie, a przez wyuczenie ich przynajmniej jakiego rzemiosła, zapewnić im w przyszłości utrzymanie uczciwe. Czy trafiały się także wypadki adoptowania, wątpić nie można, lubo nie znajdujemy tego przykładów.
Wreszcie władza pana domu nad swoimi uczniami i czeladnikami, jako ich przełożonego czyli mistrza, była ściśle określona ustawami cechowemi.

§. 2.
Małżeństwo.

Małżeństwo zawierali oblubieńcy za poprzednią umową rodziców lub opiekunów, lubo skłonność osobista nowożeńców rozstrzygała głównie w połączeniu się ich dozgonnem. Ale zdarzało się także, że małżeństwa kojarzono przez tak zwane „swatania“ czyli pośrednictwo zapomocą osób trzecich. Nie ulega wątpliwości, że w tym wypadku rozstrzygały z jednej lub z drugiej strony przeważnie jakieś względy materyalne lub familijne, a mieszczanie sandeccy przez takie swatania wchodzili w związki małżeńskie z osobami zwykle mało sobie znanemi, nieraz ze stron wcale dalekich, mianowicie z Krakowa, z którym Nowy Sącz łączyły tak ścisłe stosunki handlowe. Równie i mieszczanki sandeckie wychodziły za mąż do Krakowa za obywateli tamtejszych[631]. Że ten rodzaj zawierania małżeństw był połączony w owych czasach z wielkiemi kosztami, rozumie się samo przez się[632].
Małżeństwo w Nowym Sączu istniało tylko takie, jakie uznaje kościół katolicki, dlatego też, jak już wspomniałem powyżej, co do zawarcia tegoż obowiązywały wyłącznie ustawy prawa kanonicznego, a jedną z tych był wiek odpowiedni. Ważnym jednak obok tego warunkiem było zezwolenie rodziców, zwłaszcza rodziców panny młodej.
To zezwolenie na ten związek tak ze strony rodziców, jak samej młodej pary, stwierdzały zaręczyny, wówczas zwane zrękowinami, które zawsze poprzedzały właściwy aktu ślubny. Polegały one głównie na słownem przyrzeczeniu, które oblubienica w domu swym rodzicielskim dawała oblubieńcowi, przyczem na znak stwierdzenia i zezwolenia, ojciec oblubienicy łączył ich ręce, lub też sami wzajemnie podawali sobie dłonie, skąd też nazwa „zaręczyn“. Był zarazem także zwyczaj, że narzeczeni nawzajem dawali sobie pierścionki, jakby zakład dotrzymania danego sobie przyrzeczenia. Cały ten akt odbywał się zwykle z pewną uroczystością familijną w gronie najbliższych krewnych i przyjaciół rodziny panny młodej, na nim zwykle ustanawiano dzień zaślubin.
Z nierównie większą uroczystością odbywał się właściwy akt połączenia nowożeńców węzłem małżeńskim, zwanym zaślubinami albo w skróceniu „ślubem“. Zaślubiny były aktem czysto kościelnym, religijnym, lecz towarzyszyły mu różne starodawne obrzędy i zwyczaje narodowe[633]. Po akcie ślubnym w kościele następowała w domu rodziców panny młodej wielka zabawa familijna, zwykle z tańcami, tak zwane „gody“ czyli wesele, a wśród nich suta uczta weselna, na której nie szczędzono wina, zwłaszcza na weselach córek radzieckich[634] lub rodzin zamożniejszych, poczem goście weselni, nieraz późno w nocy, z domu rodziców odprowadzali uroczyście nowożeńców do mieszkania męża. Tu prawdopodobnie ktoś witał i wprowadzał pannę młodą wśród stosownej przemowy i pewnych ceremonii, uświęconych tradycją i odwiecznym zwyczajem.
Żony, które pojmowali mieszczanie sandeccy, były to zwykle córki mistrzów swego własnego rzemiosła, jak zatem przemawiały także i ustawy cechowe; przedewszystkiem jednak córki rodzin mieszczańskich, a zatem pochodziły z tego samego koła społeczeństwa miejskiego i z tej samej sfery wyobrażeń, co ich małżonkowie, z którymi ich więc tembardziej łączyła wspólność zapatrywań i wychowania, tudzież równość towarzyska, a zwykle i stosunków majątkowych. Tak znajdujemy, iż Mikołaj Librant, kuśnierz, poślubia Annę, córkę rymarza, Jędrzeja Michalczewskiego; kupiec, Jerzy Tymowski, pojmuje (w drugim swojem małżeństwie) Krystynę, córkę kuśnierza, Jędrzeja Adamowicza, która po śmierci męża wychodzi znowu za kupca, Marcina Oleksowicza. — Podobnie kupiec, Jerzy Frączkowicz, żeni się z Magdaleną, córką cyrulika i kupca Matyasza Pleszowicza, którą po śmierci jej męża pojmuje znowu kupiec, Samuel Kominkowicz. — Tak samo Anna, córka kupca, Macieja Klimczyka, wyszła za kupca, Mikołaja Pełkę[635]. Przykładów takich możnaby przytoczyć bez liku, a wniosek, który nasuwa się z nich mimowolnie, nie będzie zadną przesadą, iż prawie wszystkie rodziny sandeckie zostawały ze sobą w bliższem lub dalszem pokrewieństwie, a więc całe mieszczaństwo Nowego Sącza stanowił jakby wielką rodzinę.
Ale także zdarzały się wypadki, że mieszczanie sandeccy żenili się ze szlachciankami, prawdopodobnie z podupadłych familii, jak n. p. kupiec Walenty Wałowicz, który ożenił się z Katarzyną, córką szlachetnego Jana Olszowskiego[636]; albo inny mieszczanin, Stanisław Zawistowski, z Konstancyą z Wielogłowskich, której zapisał na kamienicy Smoczowskiej „oprawy“ (wiana) 1000 złp.[637]. Odwrotnie znowu córki majętnych mieszczan wchodziły nieraz w związki małżeńskie ze szlachtą jużto okoliczną, jużto w mieście osiadłą. I tak Anna z Pełków, córka kupca, Mikołaja Pełki, poślubiła szlachetnego Jana Gębczyńskiego, a przy podziale majątku rodzicielskiego (1614 r.) otrzymała wieś Klimkówkę niedaleko Sącza, oszacowaną na 3.000 złp.[638]. — Podobnie także Wojciech Bogdałowicz, którego ojciec, podupadły szlachcic, dopiero przyjął prawo miejskie, a sam trudnił się handlem, pojął za żonę Felicyę, wdowę po kupcu, Sebastyanie Piotrowiczu, poważaną i bogatą mieszczankę[639].
Że przy wyborze żon i wogóle przy zawieraniu małżeństw, obok osobistej skłonności, względy korzyści materyalnej, jak się to wszędzie dzieje i zawsze działo, ważną także odgrywały rolę, wątpliwości żadnej ulegać nie może. Starano się pokrewnić z rodziną bogatszą, nie tylko dla dogodzenia próżności, ale aby w ten sposób polepszyć swoją dolę, podnieść swoje rzemiosło albo poprawić inne ekonomiczne stosunki. Szukano więc żony z posagiem, którym miłość rodzicielska swe córki, a jak wówczas mówiono „dzieweczki lub dziewki“, starała się wedle zamożności swojej jak najszczodrzej obdarzyć. Tak już widzieliśmy powyżej, że jedne w posagu dostawały domy, grunta, drugie gotowiznę, obok nieodzownej wyprawy, czylgierady, którą kochająca matka córkę swą, wychodzącą z domu rodziców, zaopatrywała jak najobficiej; u uboższych wyprawa sama cały stanowiła posag.

Płaskorzeźba na czerwonym marmurze z XVII. w.,
znaleziona w gruzach kamienicy w Nowym Sączu 1863 r.

Wyprawy, które córki, wychodzące za mąż, dostawały od rodziców swoich, były podług miary wyobrażeń dzisiejszych wcale skromne. Nie należy jednak zapominać o tem, że i wartość pieniędzy była naówczas znacznie większa, a potrzeby i wymagania nierównie mniejsze od dzisiejszych. Wyprawy te składały się z kosztowności złotych i srebrnych, zwykle „pozłocistych“ (pozłacanych), służących do stroju lub ozdoby; z zastawy stołowej, która wówczas powszechnie była z cyny gdańskiej czyli angielskiej[640], a tylko co najwięcej łyżki ze srebra. Następnie z różnej odzieży, bielizny i pościeli, pod któremi to ostatniemi przeważnie rozumiano gieradę i dlatego, jako rozumiejące się same przez się, rzadko kiedy znajdujemy je wymienione; wreszcie niekiedy także z różnych sprzętów i naczyń domowych gospodarskich. To wszystko otrzymywały panny młode albo zaraz przy zamęściu, albo nieraz dopiero po śmierci rodziców.
I tak Szczęsna Witaliszowska, dziewka Macieja i Anny z Klimczyków otrzymała wyprawę swą dopiero zapisem umierającej swej matki (1598), „a to dlatego, że nie jest od niej wyprawiona“. Testamentem tym przeznacza jej matka z kosztowności: tkankę poerłową, dwa łańcuszki złote (jeden wagi 19 czerw. zł., a drugi 30 czerw. zł.): dwie obrączki srebrne (jedną „pozłocistą“ a drugą „białą“) oraz pasek srebrny pozłocisty wartości 13 złp., co wszystko już jej sprawiła i za wyprawę dała. Następnie z zastawy stołowej: 10 łyżek srebrnych; 8 mis cynowych wielkich; 10 talerzów cynowyh; ostatek zaś cyny, jak: misy, talerze, przystawki, półkwaterki, kwarty, półgarncówki, konwie garncowe, do równego podziału z innemi dziećmi. Oprócz tego 2 skrzynie rzeczy wyprawnych, które jednak nie są wymienione. Także z tomów sklepowych przeznacza swemu zięciowi, Bartoszowi Witaliszowskiemu: szyn snopów 11, lemieszów 105 i wszystko sukno[641].
Jakie to były owe „rzeczy wyprawne“ i w jakiej ilości dawano je w średnich domach mieszczańskich, o tem dokładnie wyobrażenie daje nam następujący rzadki wykaz gierady, jaką otrzymała zaraz po ślubie Anna, córka rymarza Jędrzej i Anny Michalczewskich, wychodząc za kuśnierza Mikołaja Libranta. Gierada ta składała się z 3 skrzyń, z których pierwsza, mała skrzynka malowana, zawierał srebro i zapewne inne kosztowności; druga, wielka skrzynia „posażna“, bieliznę, czyli jak wówczas nazywano „białe chusty“, i część szat niewieścich; trzecia zaś skrzynka „fladrowa“ resztę odzieży i bielizny. Z kosztowności były tylko: pierścionek złoty z gajmackiem; bramka złota; czepiec jedwabny ze złotemi kółeczkami; pas srebrny puklasty; oraz 60 knaflików srebrnych i pierścień wielki srebrny (kupione razem za 5 złp. na pas). — Z odzieży: szubka czamletowa, królikiem futrem podszyta, z bobrem; 2 katanki podszyte futrem: jedna muchajerowa smuszkiem, druga barchanowa barankami; czapka aksamitna z bobrem; mytlik sukienny; 3 letni z różnego muchairu; 2 tkanki aksamitne. — Z bielizny: koszul spodnich 5, koszulek 12, giezłka lniane 2, rąbeczki 2, podwik 2, fartuszków lnianych okolicznych 2, rańtuch koloński; ręczników 4, tuwalnia lniana z listwami, obrusów czenowatych 4. — Z bielizny na pościel: prześcieradeł konopnych 4, lnianych z listwami 2, poszewek lnianych 10, poszewek z listwami z osobna 3, poszwy na pierzyny 2: nadto przędzy lnianej sztuk 10. — Pościel: poduszek mchowych 6, wezgłowie 1, pierzyna mchowa w 4 poły, druga spodnia. — Wreszcie naczynia domowe: fasa dębowa z rurami; trumna do schowania jarzyn; garniec gorzałczany i 2 pokrywy porzałczane do garnców; dzbanek turecki cyną oprawny; flasza szklana wenecka do gorzałki; 2 panwy. — Wartość całej tej gierady wynosiła według późniejszego szacowania samej matki 300 złp.[642].
Natomiast Jerzy Tymowski, wydając (1610) córkę swą za kupca, Stanisława Mączkę, dał jej z tego powodu od razu: 2 postawy karazyi angielskiej lazurowej po 18½ złp.: 4 postawy karazyi z Krakowa po 15 złp.; 4 postawy karazyi po 14 złp.; 4 postawy morawskie, z tych 2 po 16 złp., a 2 po 14 złp.; 2 postawy karazyi ze Żmigrodu po 14 złp., razem wartości 241 złp.; rzeczy zaś złotych i srebrnych za 270 złp. Prócz tego obiecał gotówki w posagu za córką 600 złp., którego w pierwszej chwili dał tylko 105 złp.; wkrótce jednak naddał jeszcze, wszedłszy w spółkę z zięciem[643].
Jak wielkość i bogactwo posagu, tak niezawodnie wspaniałość i wystawność wesela zależały głównie od zamożności rodziców, chociaż nieraz także się zdarzało, zwłaszcza w rodzinach uboższych, ze szczupłość posagu starano się właśnie wynagrodzić przynajmniej świetnością wesela, które oprócz pożegnania wychodzącej z domu rodzicielskiego córki, miało także ważne znaczenie wielkiej a zarazem rzadkiej w małem mieście uroczystości i zabawy, tak familijnej jak towarzyskiej. To też znajdujemy, że Melchior Krosner, cyrulik, trudniący się także handlem wina, wyprawiając z domu dziewkę swą Reginę, sprawił jej wesele, które „lekko rachując“ kosztowało do kilkudziesięciu złotych, chociaż całej wyprawy w „szaciech i klejnociech“ dał tylko na półtora sta złotych[644].
O wspaniałości takich wesel mieszczańskich, zwłaszcza wesel panów rajców i ich córek, świadczy również i ta okoliczność, że na nich bywała także szlachta i duchowieństwo, dla których imieniem miasta stawiano po 6 do 12 garncy wina, rozumie się doborowego, po cenach odpowiednich, którem wnoszono toasty i spijano na zdrowie państwa młodych oraz czcigodnych gości. Tak na weselu córki pana burmistrza, Jędrzeja Adamowicza (1607), było bardzo dużo szlachty, jak ks. Jan Jordan, opat norbertański; pan Adam Jordan; pan podstarości, Sebastyan Gładysz; pan Jan Krynicki, dzierżawca dóbr miejskich w Paszynie, i wielu innych, a panowie rajcy wystawili przy tej sposobności wina aż 12 garncy[645]. — Podobnie przy powtórych zaślubinach Jerzego Tymowskiego (1610) z Krystyną, drugą córką dopiero co wspomnianego Jędrzeja Adamowicza, pan rejent, Jakób Chwalibóg, dotrzymując słowa Tymowskiemu, kiedy go to pocieszał po zgonie jego pierwszej żony, zaszczycił gody swą obecnością i nawet kazał dać 2 achtele piwa[646]. — Również, kiedy rajca, Matyasz Pleszykowicz, wydał swą córkę Magdalenę za Jerzego Frączkowicza (1632), na weselu tem był obecnym powszechnie lubiany i poważany pan starosta grodowy, Jerzy Stano, przyczem ze strony miasta dano wina starego 10 garncy. — Tak samo na wesele podwójciego, Jędzeja Kitlicy, z córką byłego rajcy, Jana Zięby (1651), panowie rajcy zamówili 10 garncy wina[647].
Jak się zaś małżeństwa zawierały i odbywały u mieszczan wyznania aryańskiego, nie mamy żadnej wiadomości.

§. 3.
Wychowanie dzieci.

Po urodzeniu się dziecięcia jak najspieszniej odbywał się jego chrzest, na którym nadawano mu imię. Na chrzestnych rodziców brano zwykle, jak i dzisiaj, najbliższych krewnych lub przyjaciół, ale najchętniej księży wikarych i zakonniczki Kletki, zapewne w tej błogiej nadziei, żeby im się dzieci dobrze chowały[648]; używano też chętnie do tej przysługi bakałarzy, kantorów, a nawet dzwonników. Tylko Aryanie chrzcili się dopiero w wieku dojrzalszym[649].
Do ukończenia siódmego roku życia chowały się dzieci pod okiem matki i czeladzi domowej, a wychowanie ich opierało się głównie na życiu rodzinnem i podlegało przedewszystkiem na wpajaniu w umysły młodociane pobożności i bojaźni Bożej, posłuszeństwa rodzicom i przełożonym, uległości i uszanowania dla starszych, zwłaszcza osób duchownych, oraz na przyzwyczajaniu do pracy i przestawania na małem. Takie to były główne cechy wychowania mieszczańskiego, a jego źródłem powszechna wówczas religijność, wpływ matki, która czuwała nad moralnością, skromnością i przyzwoitością dzieci i wszczepiała w nie pierwsze zasady religii, tudzież przykład ojca i całego otoczenia, które tchnęło bogobojnością, prostotą, pracowitością i niezmordowaną zapobiegliwością w ciężkiej walce o uczciwe utrzymanie rodziny. Jak spędzały dzieci ten pierwszy wiek swej młodości i jakie były ich zabawy, nie podają nam nasze źródła, ale niezawodnie odbywało się to wcale z niewielką różnicą, jak i obecnie.
Od ósmego roku życia zaczynało się naukowe wychowanie i kształcenie dziecka, jakiego wymagał powszechny obyczaj i panujące wyborażenia społeczne i religijno-moralne. Specjalnej jednak kontroli nad wychowaniem młodzieży nie rozciągały istniejące prawa miejskie ani krajowe, zostawiając to wolnemu uznaniu rodziców. To też ojciec wprawiał synów od dzieciństwa do swojego rzemiosła, zabierał ich, jeżeli posiadał kawał ziemi, ze sobą do robót w ogrodzie lub w polu, obznajamiał z gospodarstwem rolnem, jednem słowem: cel całego wychowania był wyłącznie praktyczny.
Właściwa nauka szkolna także nie była wcale wysoka. Udzielał jej publiczny zakład naukowy czyli szkoła parafialna, istniejąca w Nowym Sączu od początku XV. stulecia, utrzymywana kosztem miasta, które także opłacało nauczyciela czyli bakałarza; bezpośredni zaś nadzór dydaktyczny i podagogiczny miało duchowieństwo kollegiaty, a w wyższej instancyi Akademia krakowska. Przedmioty, których w tej szkole uczono, były: czytanie, pisanie, nauka religii i historyi biblijnej, rachunków, a głównie języka łacińskiego: stąd też znajdujemy, iż mieszczanie sandeccy tych czasów posiadali znajomość wielu zwrotów łacińskich, a nawet niekiedy wyrażali się po łacinie. Równocześnie z tymi przedmiotami rozpoczynała się nauka śpiewu kościelnego[650], uważana w owych czasach za nieodzownie potrzebną do wykształcenia; ta jednak miała raczej służyć do uświetnienia nabożeństwa kościelnego, aniżeli do obudzenia w duszy zamiłowania do sztuki lub estetycznego poczucia piękna i harmonii. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że obok śpiewu uczono także muzyki, znajdujemy bowiem wzmiankę, że uczniowie grali w kościele podczas nabożeństw[651], a więc, że prawdopodobnie uczono na skrzypcach i na flecie, które to instrumenta były wówczas najzwyklejszymi i widocznie najulubieńszymi. Cała więc powyższa nauka miała przeważnie na celu wzbogacenie wiedzy i rozwinięcie umysłowe, lecz obok tegoż zwracano również jak największą baczność na dobre obyczaje i umoralnienie chłopców, względem czego nauczyciele mieli osobne ścisłe polecenia. Natomiast rozwijanie sił fizycznych i zręczności ciała, czyli nauka gimnastyki, na którą pedagogia dzisiejsza tak wielką kładzie wagę, wiekom ówczesnym była całkiem nieznaną. Że w tej nauce szkolnej, stosownie do ducha owych czasów i surowości obyczajów XVII. wieku, głównym środkiem pedagogicznym tak w celu pobudzenia ochoty do pracy, jak wszczepienia i utwierdzenia obyczajności, była rózga i tak zwana „dyscyplina“, najmniejszej wątpliwości ulegać nie może. — Czy obok tej szkoły parafialnej była także jaka szkoła prywatna, oraz czy rodzice do nauki dzieci utrzymywali w swoich domach osobnych nauczycieli, nie wspominają nasze źródła — prawdopodobnie jednak, że nie!
Po ukończeniu trzechletniej nauki (trivium) w szkole miejscowej, mieszczanie sandeccy, stosownie do powszechnie uświęconej władzy ojca, dozwalającej przeznaczać dzieciom ich przyszłe powołanie[652], oddawali synów swych przeważnie do własnych zawodów, mianowicie do rzemiosła i kupiectwa, bo przemysł i handel, to dwa główne żywioły ówczesnego mieszczaństwa. Tak więc znaczna większość młodszego pokolenia wstępowała do handlu, warsztatów lub fabryk, albo udawała się w tym samym celu do innych miast większych, zwłaszcza do Krakowa, i tam jako „uczennicy“ a później „towarzysze rzemiosła“ uczyli się na przyszłych mistrzów swojego zawodu. Równocześnie ćwiczyli się w robieniu bronią, aby społeczeństwu służyć praktycznie na polu handlu i produkcyi technicznej, a w razie niebezpieczeństwa własną osobą bronić murów ojczystego miasta.
Zdarzało się jednak często, i to przeważnie w rodzinach zamożniejszych, że zdolniejszych synów po ukończeniu nauki w Nowym Sączu posyłano w celu nabycia wyższego wykształcenia do szkoły wyższej (quadrivium), a następnie na przesławną Akademię do Krakowa, gdzie kształcili się we filozofii, a może i na innych wydziałach. Przedewszystkiem jednak szli na teologię, poczem zostawali zwykle bakałarzami, a po wyświęceniu na kapłanów, osiągnąwszy najwyższy stopień godności społecznej, jaki wedle istniejących praw w Polsce jedynie był przystępny synom mieszczańskiego pochodzenia, wracali niekiedy nazad do Nowego Sącza, gdzie stawali się nieraz chlubą swego rodzinnego miasta. Z jakiemi kosztami było połączone takie kształcenie i utrzymanie młodzieńca na Akademii w Krakowie, poucza nas nieoceniony zapisek, zachowany w aktach ławniczych.
Zmarły w r. 1631 kupiec, Jerzy Tymowski, zostawił małoletniego syna Jasia i żonę Krystynę z dość znacznym majątkiem, bo kamienicą z ogrodem w rynku, tudzież folwarkiem na przedmieściu. Pani Krystyna, czując się jeszcze dość młodą, aby w samotności i wdowiej żałobie wyglądać niecierpliwie końca nudnego żywota, weszła (1635) w powtórne związki małżeńskie z Marcinem Oleksowiczem, kupcem Nowego Sącza. Wypełniając jednak święcie wolę ś. p. pierwszego męża swego, posyłała Jasie do szkoły sandeckiej. A kiedy tenże już dostatecznie zgłębił tajemnice swojskich Muz przybytku, wyprawiła go do słynnej Akademii jagiellońskiej w Krakowie, pragnąc, aby, poznawszy co piękne i rozumne, wrócił z wawrzynowym wieńcem jako bakałarz, ku ozdobie swego rodzinnego miasta[653].
Najprzód tedy w samą wigilię św. Józefa, t. j. 18. marca 1639 r., oddał pan Oleksowicz synaczka, ś. p. antecesora swego, w Krakowie do stołu pana Jakóba, szwagra swej żony, który mieszkał naprzeciw kościoła Dominikanów. Przy oddaniu dał masła faskę za 6 złp. W krótkim czasie potem posłał temuż panu Jakóbowi przez Fratrowicza talarów twardych 16 czyli 46 złp., i znowu później faskę masła za 6 złp.
Ponieważ jednak strój sandecki, aczkolwiek niepośledni, nie sprostał krakowskiemu, więc aby Jaś u innych wyrostków akademickich nie był w poniewierce, a w zimie z przeziębienia nie szwankował na zdrowiu, posłano mu przedniego pakłaku, czyli sukna czchowskiego, na dołoman i na delijkę. Oleksowicz, szczerze i rzetelnie posyłając, nie mierzył ani sobie zapisał, ile go kosztowało, i dopiero później wyrachował z pamięci: „Za futro nóżkowe lisie dałem w Lublinie 5 złp. Za 3 lisy na przodki do delijki wraz z wszystkiemi potrzebami wyszło 13 złp. 11 gr.“
Roku 1640, pisze dalej pan Oleksowicz, „wziąłem Jasia do pana Jakóba, szwagra mej żony, i oddałem go do stołu do pana Koya, złotnika, który mieszka na brackiej ulicy, i dałem od niego od stołu według postanowienia i umówienia za lata 1640—1641 złp. 200. Posłałem też za pisaniem jego łososiów 2 i faskę masła za 16 złp.“ — „Roku 1642 od pana Koya wzięła go ciotka rodzona małżonki mojej, pani Misiecka. Za te wszystkie czasy (1642—1645) nie płaciłem od stołu, oprócz co dałem masła kilkanaście fasek[654].“
Wychowanie córek odbywało się wyłącznie w domu pod dozorem matek, gdyż szkoły publicznej dla dziewcząt nie było żadnej, dlatego też nie odbierały wcale wyższego wykształcenia. Atoli według ustawy rajców z r. 1602 obowiązane były mniszki Kletki, jeźliby się między niemi znalazła taka, coby czytać umiała, uczyć panienki miejskie w pewnych godzinach codziennie[655], a więc chodzić do domów i udzielać lekcyi. W każdym razie nauka dziewcząt polegała przeważnie na poznaniu i przejęciu się zasadami religii, a co najwięcej na wyuczeniu się na pamięć jakich pieśni z „Psałterza Dawidowego“ Jana Kochanowskiego, który po raz pierwszy ukazał się w krakowskiej drukarni Łazarza 1579 r. W wychowaniu ich bowiem nie chodziło o rozwinięcie w nich wyższych zdolności, lecz o przygotowanie na dobre gospodynie i matki, a więc o wyuczenie się niezbędnych wiadomości gospodarskich, kuchennych i robót kobiecych, których uczyły się w domu od matek pod ich kierunkiem i dozorem.

§. 4.
Zatrudnienia mieszkańców.

Już z rozdziałów poprzednich, (mianowicie II., VII. i VIII.), odsłonił się nam kilkakrotnie poniekąd wcale dokładny obraz zatrudnień mieszkańców Nowego Sącza, z którego poznaliśmy, że mieszczanie sandeccy prawie wyłącznie żyli z pracy rąk swoich; rzemiosło i kupiectwo były zawsze główną podstawą ich utrzymania i wychowania. Majętniejsi jednak mieszczanie żyli ze swych domów gospodnych w mieście[656] i z folwarków na przedmieściach, które dawały im dostateczne utrzymanie i zapewniały byt spokojny.
Natomiast praca umysłowa, jak zatrudnienie literackie, badanie naukowe, mieszczanom naszym było obcem zupełnie. Jedyny wyjątek stanowią dociekania religijne i skrajne doktryny nowatorskie, wywołane duchem t. z. reformacyi, krzewiące się z początkiem XVII. wieku przeważnie w cechu krawieckim[657], które przyczyniły się do tem większego rozwielmożnienia się w naszem mieście już i tak potężnej sekty Aryanów. Zresztą mieszczenie sandeccy wobec wszelkich prac ducha i płodów artystycznej fantazyi zachowali jak najzupełniejszą obojętność. Stąd to, nie tylko w niniejszej epoce, ale w całej historyi Nowego Sącza pod panowaniem polskiem, nie znajdujemy anie jednej osobistości z pomiędzy mieszczaństwa, któraby się wsławiła na polu literackiem lub w dziedzinie umiejętności. Dlatego też Nowy Sącz w owych wiekach nie posiadał żadnej drukarni, gdyż nie miał do ogłaszania i rozpowszechniania żadnych płodów myśli lub utworów ducha. Tak samo nie napotykamy ani razu żadnego doktora medycyny. Jedyną osobą, która w wypadkach morowej zarazy, nawiedzającej tak często nasze miasto, lub w innych chorobach dawał pomoc lekarską, był cyrulik, ale i ten zwykle, dla podniesienia swych dochodów, nierównie bardziej zajmował się handlem. Tak więc pisarz miejski, cyrulik i aptekarz[658], stanowili jedyną tak zwaną po dzisiejszemu „intelligencyę“ miejską. Tutaj także należałoby może jeszcze wspomnieć o dość licznych podówczas w Nowym Sączu prawnikach[659], czyli pokątnych adwokatach, których atoli tak wykształcenie, jak wpływ moralny na mieszkańców, były bezsprzecznie bardzo wątpliwej wartości.
Jedynym stanem naukowym, a więc według ówczesnych pojęć najwyższą i prawdziwą intelligencyą w Nowym Sączu, było stosunkowo do ludności miasta wcale liczne duchowieństwo[660][661], tak świeckie jak i zakonne. O czynnościach jednak kapłańskich duchowieństwa bliżej rozwodzić się nie będę. Były one bowiem takie same, jak zostały ostatecznie uregulowane kanonami soboru trydenckiego i jakiemi pozostały do dziś dnia; zresztą opisowi stanowiska duchowieństwa i stosunku społecznego do mieszczaństwa poświęciłem rozdział osobny. To tylko jedno nadmienię, że dostąpienie tej godności było najżarliwszem dążeniem i najwyższym celem zarówno kształcącej się młodzieży mieszczańskiej, jak też jej rodziców. A jak zamożniejsze wszystkie rodziny starały się wysyłać do Krakowa na teologie swoich synów, którzy wróciwszy niekiedy do Nowego Sącz, jako księża kollegiaty, przynosili chlubę i zaszczyt swemu rodzinnemu miastu[662], tak również najmniejszej ulegać nie może wątpliwości, że znowu wielu innych wstępowało do klasztoru Franciszkanów lub Norbertanów, gdzie jedni jako kapłani, drudzy przynajmniej jako braciszkowie, spełniali obowiązki i posługi duchowe. Niestety! brak wszelkich bliższych wiadomości, wskutek zatraty lub zniszczenia bibliotek i archiwów obydwóch klasztorów, nie dozwala nam podać żadnych szczegółów co do cichych prac i zatrudnień duchowieństwa zakonnego, jego działalności na polu kaznodziejstwa, naukowem, a może nawet i artystycznem. Pozostaną one dla nas i nadal tajemnicą, a z niemi zarazem prace duchowne zakonników, pochodzących z rodzin mieszczan sandeckich.
Ale do zupełnie innych celów zwrócone były powszechnie interesa i powszechne dążenia całego ogółu mieszczaństwa. Przy nader skromnem swem wykształceniu najgłównieszemi i jedynemi staraniami, do których wytężały się jego wszystkie władze umysłowe, było uczestniczenie w uroczystościach kościelnych i zapewnienie własnego istnienia. Dlatego też mieszczanin sandecki żył w pokorze, przestrzegając ściśle przepisów Kośioła i nakazów sług jego, a zresztą pracując i przemyśliwając tylko nad sposobem wyżycia, wychowania dzieci i obrony miasta. Jakich zaś do osiągnięcia tych celów dokładał starań, jakie ponosił trudy i mozoły, na jakie narażał się straty i niebezpieczeństwa, mieliśmy dostateczną sposobność poznać z dwóch ostatnich rozdziałów. Przedstawiony tamże obraz rzemiosł i przemysłu, a jeszcze bardziej handlu, wymagającego tak często dalekich i uciążliwych podróży po całej Polsce, a nawet obcych krajach, którego wiec charakter był tak zupełnie odmienny od handlu dzisiejszego, okazał nam dowodnie, jak i zatrudnienia ówczesnego mieszczaństwa, nieskończenie się różniły od zatrudnień dzisiejszych. Do tego jeszcze dodać należy, że w każdym prawie domu, jak nam wiadomo, zajmowano się paleniem gorzałki albo warzeniem piwa, oraz że mieszczanie ówcześni rzucali się do przedsiębiorstw, dzisiaj także wcale prawie nieznanych, mianowicie że nabywali jatki kramarskie, szewskie lub rzeźnicze[663], które znowu odpowiednim wydzierżawiano rzemieślnikom[664].
Mimo to rezultaty tych zatrudnień nie zawsze stały w stosunku do łożonych prac i zabiegów, i nigdy nie były wielkie. Widzieliśmy bowiem, jak różne niepomyślne okoliczności[665] utrudniały zebranie prawdziwie znacznego majątku i stawały się powodem, że wprawdzie znajdujemy niekiedy u mieszczan sandeckich większą zamożność, ale nigdy prawdziwego bogactwa. Nawet cyrulik, trudniący się leczeniem ran, musiał ulegać tej konieczności, że mu nie płacono od razu i czekać na zapłatę aż do śmierci. Tak jeden w testamencie swoim wymienia aż 4 osoby, które mu pozostały dłużnemi różne kwoty od 2 do 12 złp., razem 28 złp.[666]; inny zaś podaje nierównie większą, bo na owe czasy ogromną sumę 200 złp., należną za leczenie tylko jednej osoby[667]. To samo działo się i w innych rzemiosłach, jak n. p. ubogiego postrzygacza, któremu aż 3 osoby pozostały dłużnemi różne kwoty za 9 postawów sukna, postaw po 13 złp., chociaż wypłata („solucya“) była na raty[668].

Płaskorzeźba na domu w Nowym Sączu z r. 1505.
Ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.

Wśród takich okoliczności pierwszem usiłowaniem każdego zapobiegliwego i pracowitego rzemieślnika i kupca było zapewnienie sobie własnego poddasza, czyli nabycie jakiego domu lub domku; w dalszem zaś następstwie, przy większem powodzeniu, dążeniem jeszcze wyższem i niejako ideałem był nabycie własnego kawałka ziemi. Dlatego mieszanin sandecki, jeżeli mu się udało pracą i oszczędnością uskładać sobie szczęśliwie jaką większą sumkę, starał się, jak wszędzie gdzie są zdrowe stosunki społeczne, ubezpieczyć ją przedewszystkiem w ziemi, a więc nabyć dla siebie jaki folwarczek lub ogród na przedmieśiu, i tak z życiem miejskiem połączyć życie sielskie, z zatrudnieniem rzemieślniczem o ile możności gospodarstwo rolne. Majętniejsi, lubo to zdarzało się nader rzadko, miewali nawet po dwa folwarki[669], albo oprócz folwarku i ogrodu jeszcze jaką część roli, t. j. kilka lub kilkanaście morgów gruntu ornego wśród łanów sandeckich. Ale tylko mała liczba mieszczan była w tem szczęśliwem położeniu, że mogła się nazywać właścicielami realności ziemskiej. Inni mniej zamożni a nierównie liczniejsi w niemożności tego, jużto pragnąc powiększyć swe dochody, jużto lgnąc do zatrudnień wiejskich, starali się przynajmniej nabyć jaka dzierżawę, bądźto od osób prywatnych, bądźto ze znacznych posiadłości miejskich, bądź też gruntów kościelnych. Co się tyczy wysokości czynszu takie dzierżawy, to rozumie się samo przez się, że tanże zależał od obszaru i dobroci gruntów i był, stosownie do wartości monety, w różnych czasach różny: tak znajdujemy 1599 r. za 2 folwarki rocznie 55 złp.[670], a 1623 r. za mały folwarczek nad rzeką Kamienica 10 złp.[671].
W ten sposób do zmudnych już zatrudnień swojego rzemiosła przybywały nowe, t. j. około gospodarstwa rolnego, a z niemi nowe troski i kłopoty, wymagające nowych trudów i mozołów. Ale też z drugiej strony przez to podnosiły się rzeczywiście dochody i wygody mieszczan. Na folwarku takim własnym lub wziętym w dzierżawę trzymano wołów 2 do 5, krów dojnych 4 do 8, jałówek 1 do 3, oprócz tego niekiedy cielęta, kilka świń, kur, koguta[672], co już samo przez się przedstawiało znaczną wartość, a zarazem dostarczało własnego mleka, sera i masła, którego nadbytek bywał tak intratnym artykułem sprzedaży. Przytem trafiało się jednak, że jak dzierżawiono grunta, tak też podobnie najmowano krowy i płacono za ich użytek, co nazywano wówczas, że były „na czynszu“, po wypłaceniu którego mogły nawet przejść na własność dotychczasowego posiadacza. Jak krowy dostarczały nabiału, tak znowu świnie sadła, słoniny i szynek („szołdry“), czego w zapisie miewano także do 5 połci i do 6 sztuk[673]. Uprawa roli przyniosła dość znaczną ilość zboża, czytamy bowiem o kilkudziesięciu wiertelach żyta i tatarki, a przeszło dwa razy tyle pszenicy, a jeszcze więcej owsa, oraz trochę jęczmienia[674], przyczem bywała odpowiednia ilość siana, co znowu ułatwiało niezawodnie trzymanie własnych koni, a nawet własnego powozu[675]. Zarząd takiej dzierżawy czyli „arendy“ w niemożebności stałego tamże pobytu i zamieszkania samego tenutora, przy licznych tegoż w mieście zatrudnieniach lub częstych podróżach, prowadził t. z. „gospodarz“. — Jednakże zdarzało się także, że i gospodarstwo rolne bywało narażone na wielkie szkody i niebezpieczeństwa, zwłaszcza folwarczki w blizkości miasta nad rzeką Kamienicą położone, gdzie powódź niekiedy niszczyła wszystko, zabierała nawet parkany, które trzeba było na nowo grodzić, wskutek czego zamiast dochodów przyniosło stratę[676].
Do tych zwykłych zatrudnień rzemieślniczych i gospodarskich niekiedy przybywały niespodzianie jeszcze nowe, wypływające z obowiązków familijnych lub obywatelskich, również ciężkie i połączone z wielką odpowiedzialnością. Takiemi bywały opieki nad sierotami i zarząd spadającego na nie majątku, co także stawało się źródłem różnych kłopotów, zwłaszcza jeżeli spadek stanowiła własność ziemska, a jak się to niekiedy działo, woda robiła szkody i dzierżawca nie mógł lub nie chciał zapłacić należnego czynszu. W takim razie musiał sam opiekun objąć dzierżawę, ponosić wszystkie trudy i wypłacać należytość tak sierotom, jak do skarbu poborów[677].
Z całego powyższego przedstawienia okazuje się więc, że mieszczanin sandecki od rana do nowy prawie bez przerwy obarczony był cieżkimi i licznymi obowiązkami; będąc zaś zajęty pracą około swojego rzemiosła lub gospodarstwa, oraz staraniem o swoją rodzinę, jeżeli tylko interesa nie zmuszały go do jakiej podróży, przeważnie życie przepędzał w domu. I jakżeż przedstawia się to jego życie powszednie? Wstawał przed wschodem słońca, a odmówiwszy pobożnie pacierze i oglądnąwszy całe swoje gospodarstwo, od razu zabierał się do pracy, którą przerywało tylko na krótki czas skromne śniadanie, spożywane w gronie całej rodziny i czeladzi. Potem znowu wracał do przerwanej roboty, albo szedł na mszę św. do kościoła, albo za swoimi interesami, zakupnami lub innymi sprawunkami. To trwało czasem aż do południa, o której to porze regularnie odbywał się obiad. Po południu cały czas, może jeszcze więcej niż przed południem, przepędzał znowu w warsztacie, albo przy zajęciach gospodarskich na swoim kawałku roli. Jak w pracach swojego rzemiosła w warsztacie pomagali mu uczniowie i czeladnicy („towarzysze“), tak na swych gospodarstwach rolnych używał do cięższych robót najemników lub własnych parobków. Lecz przy tych zatrudnieniach nie poprzestawał tylko na nadzorze i ogólnem kierowaniem niemi, owszem nie szczędził mozołu i natężenia rąk własnych, dając tem przykład i wzór dla swojej czeladzi i znajdując w wykonaniu swego zajęcia przemysłowego i pracy niejako osobistą dumę i największą chlubę.
Obok tych zwykłych zatrudnień mieszczanin sandecki, jak tylokrotnie widzieliśmy w poprzednich rozdziałach, brał zarazem jak najżywszy udział we wszystkich sprawach swojego miasta, a jeszcze bardziej w sprawach dotyczących swojego cechu, a więc także w życiu publicznem, poświęcając swój czas drogi spełnieniu obowiązków, do których powłało go zaufanie współobywateli, wybierając go na cechmistrza, ławnika lub rajcę. Ale nawet chwile wolne od pracy mieszczanin nasz niezawsze spędzał na samem próżnowaniu. Trafiali się bowiem tracy, chociaż niezawodnie wyjątkowo, którzy, wyniósłszy jeszcze z nauki w szkole parafialnej więcej zamiłowania lub posiadając więcej talentu zajmowali się muzyką[678] i na tem zajęciu wzniosłem i uszlachetniającem spędzali czas wolny. — Zresztą chwilowem wytchnieniem i zwykłą rozrywką bywały schadzki towarzyskie i rozmowy w szynkach winnych, w ratuszu lub na rynku. Rynek zwłaszcza ze swojemi podsieniami był najzwyklejszem miejscem schadzek dla mieszczan. Tu prowadzili pogadanki o wypadkach bieżących lub rzeczach publicznych, tutaj też załatwiali najważniejsze zakupna i najrozmaitsze sprawy osobiste.
Natomiast sprawy gospodarstwa domowego należały wyłącznie do zakresu obowiązków niewiast, jak wogóle głównem polem działalności niewiasty w Nowym Sączu był wewnętrzny zarząd domem, w najobszerniejszem słowa tego znaczeniu. Sprawami temi zajmowały się przedewszystkiem żony, na nie też spadał obowiązek wychowania dzieci, nadzór czeladzi, przyrządzanie jadła, szycie i naprawa bielizny, pranie, oraz inne czynności pokrewne, n. p. wypiekanie chleba, który dla oszczędności prawie wszędzie robiono w domu, jak tego dowodzą także prawie w każdym domu znajdujące się piekarnie. Oprócz wymienionych tak licznych a ciężkich obowiązków, jeszcze w zakres zatrudnień niewieścich wchodziło szczególnie przędziwo, w owych wiekach powszechne zajęcie wszystkich żon mieszczańskich, które dla ulżenia sobie w pracy rozdawały len prządkom, kobiety zwykle starym i ubogim ze wsi poblizkich[679]. Stąd też w wielu domach znajdowały się niekiedy wcale znaczne zapasy płótna, tudzież po kilka sztuk przędzy[680], świadczące nie tyle o pewnej zamożności, ile raczej o dostatniem zaopatrzeniu tychże. Ta w owych czasach tak ważna gałąź gospodarstwa domowego niekiedy łączyła się ściśle z gospodarstwem rolnem i wpływała na podniesienie jego dochodów. — Ale obok tych zatrudnień czysto domowych, mogła niewiasta w Nowym Sączu, jak to już poznaliśmy w §. 1., trudnić się także niektóremi czynnościami czysto męskiemi, mianowicie wdowy po kupcach i rzeźnikach, które po śmierci swego męża miały prawo prowadzić dalej jego rzemiosło, jakkolwiek te ostatnie nie dłużej, tylko rok jeden i sześć niedziel[681].
W tych wszystkich zatrudnieniach żon mieszczańskich pomagały im córki dorosłe, nierównie zaś rzadziej najęte sługi. Córki zwłaszcza, nawet rodziców zamożniejszych, musiały wówczas wcale inaczej pracować, aniżeli dzieje się dzisiaj. Dowiadujemy się bowiem, że w czasie swojego panieństwa, obok czynności gospodarskich, dla zarobku zajmowały się („bawiły się“) także szyciem[682], a więc że bynajmniej nie wstydziły się uczciwej pracy za pieniądze; szkoda tylko, że niewiadomo, czy to było szycie bielizny, czy też trudniły się krawiecczyzną. Natomiast sługi najęte miewano widocznie tylko w domach zamożniejszych, lubo i tutaj czytamy zawsze tylko o słudze jednej. Rodzaj służby ich bywał niezawodnie rozmaity, znajdujemy bowiem raz wzmiankę o kucharce, zwyczajnie jednak sługa taka musiała bez wątpienia wykonywać posługi wszystkie; lecz jakie za tę swoją pracę otrzymywała wynagrodzenie, niewiadomo. Zato jednak dowiadujemy się, że sługi te niekiedy obowiązki swoje wypełniały bardzo wiernie i odznaczały się niezwykłem przywiązaniem do swych pań, skoro te w testamentach wspominają o nich jak najżyczliwiej i stosownie do majątku swego legują im różne znaczne zapisy. Tak jedna mieszczka leguje słudze jałówkę; druga zapisuje na posag łyżek srebrnych puzdro 12; inna znowu przeznacza swej uczciwej słudze nawet dom nowo zbudowany w dożywocie[683]. — Oprócz zwyczajnych sług niewieścich, zdaje się, że jeszcze znajdowały się w Nowym Sączu niewiasty, które (podobnie jak Kletki) usługiwały chorym i z takich posług szukały zarobku i utrzymania[684].

§. 5.
Domy mieszkalne.

Podług świadecta Marcina Kromera, w miastach Niemcy osadnicy domy z cegły i kamieni budować zaczęli, z Polacy ich naśladują, idąc za smakiem budownictwa włoskiego[685]. Stąd nasuwa się prosty wniosek, że wprawdzie najdawniejsze domy w Nowym Sączu były bez wyjątku z drzewa, lecz że już w epoce jagiellońskiej i zygmuntowskiej znajdowały się liczne domy murowane, które co do budowy i ornamentyki, (jak to jest niezachwianem mojem przekonaniem), były bez wątpienia naśladownictwem kamienic Krakowa. Nowy Sącz bowiem wogóle w całym swym planie, rozkładzie swych ulic, słowem we wszystkiem, zawsze brał wzory z niedalekiej stolicy królewskiej i tylu najznakomitszych rodzin polskich siedziby, z którą łączyły go od wieków różnorodne najściślejsze stosunki. Wprawdzie tylokrotnie pożary poniszczyły prawie zupełnie owe budowle z najświetniejszych okresów historyi Nowego Sącza w XV. i XVI. stuleciu, a z niemi najsilniejsze argumenta dla poparcia owego mojego przekonania, mimo to jednak i dzisiaj jeszcze kilka domów układem swoim przypomina budowy kamienic krakowskich, lubo zarazem na pewno utrzymywać możemy, że domy sandeckie co do okazałości i dostatku nigdy nie dorównały nawet średnim kamienicom mieszczan krakowskich.
Jak bowiem całe życie mieszczaństwa sandeckiego było skromne i prostacze, tak to samo tyczy się ich domów, chociaż między tymi bywały niektóre okazalsze i trwalsze, czasem piętrowe, a nawet wewnątrz ozdobione marmurem, sztukateryą, malowidłami i obrazami. Rozumie się także samo przez się, że i rozkład i urządzenie domów nie były powszechnie jednakowe, gdyż nie budowano ich wcale według jednakowego planu, lecz stosownie do zamożności właściciela, były mniej więcej obszerne i wykwintne. Wogóle jednak można powiedzieć, że domy sandeckie miały wszystkie w budowie swej coś typowego. Były skromne i niepokaźne, albowiem przy wcale miernem wykształceniu i również miernych majątkach mieszczaństwa, nie znano owej wyższej potrzeby estetycznej ubiegania się za okazałością budynków prywatnych, jak zarówno nie miano środków do zaspokojenia tejże. Przyczyniały się także do tego: ciągła niepewność publiczna życia w fortecy pogranicznej, wystawionej na napady lub oblężenia nieprzyjacielskie, a niezawodnie najbardziej częste pożary, niszczące kilkakrotnie całe miasto prawie do szczętu.
Co do materyału, z którego stawiano budynki mieszkalne, to njmniejszej wątpliwości ulegać nie może, że pierwotnie wszystkie były z drzewa, a dopiero znacznie później nauczono się murować. Źródła też nasze robią ustawicznie różnicę między nazwą dom a kamienica (lapidea albo lapidea domus): widocznie więc, że jak kamienice były murowane, tak domy natomiast były drewniane. Pomijając jednak materyał, z którego były stawiane, z zważając tylko na zewnętrzny kształt i wysokość, to znajdujemy, że domy mieszczańskie powszechnie bywały parterowe, rzadko zaś kiedy piętrowe; te ostatnie przeważnei należały do duchowieństwa albo okolicznej szlachty[686][687]. Według tego dadzą się więc budynki mieszkalne w Nowym Sączu podzielić na 3 główne kategorye: na domy drewniane parterowe, kamienice parterowe, oraz kamienice piętrowe. Dla zrozumialszego i jaśniejszego przedstawienia opiszę je w porządku odmiennym.
A). Kamienice parterowe, jak już sama nazwa okazuje, były murowane najdawniej z kamienia (ex lapide), później także z cegieł. Te wielkością, kształtem i rozkładem swoim nie różniły się w niczem, albo tylko bardzo mało, od większości domów drewnianych, i wraz z tymi ostatnimi przedstawiały budowle, pod któremi właściwie rozumiemy to, co przeciętnie nazywamy domami mieszkalnymi mieszczanina średniej zamożności, dlatego też dla jednych i drugich spólny podaję opis.
Pomijając możliwe wyjątkowe drobniejsze szczegóły i odmiany, kamienica taka albo dom składały się wogóle z części następujących:
a) Podsienia, zwane także podcienia, któremi głównie wyszczególniały się wszystkie domy naokoło rynku, chociaż miały je także niektóre domy w ulicach[688]. Wyraz ten znaczy tyle co podsionek. Była to otwarta kolumnada przed właściwem budynkiem mieszkalnym, nakryta z wierzchu poddaszem, wspierającem się na słupach, zwykle drewnianych, choć niekiedy bywały także murowane lub kamienne. W tej kolumnadzie, połączonej ściśle z samym domem, stały porozstawiane kramy kupieckie i stragany rzemieślnicze: główny przybytek sprzedaży i kupna wszelkich wyrobów i towarów, zastępujący dzisiejsze sklepy.
b) Sień czyli wchód z podsieni albo wprost z ulicy do środka domu, zamykana od wnętrza drzwiami lub wrotami. Sień znajdowała się prawie zawsze z boku, a tylko rzadko i to jedynie w domach znacznie większych w środku; ale trafiało się także, jak tego jeszcze po dziś dzień zachował się jeden egzemplarz obok rynku, że dwa domy sąsiednie maiły sień wspólną. Sień ciągnęła się przez całą długość domu i była zwykle obszerna i szeroka, mianowicie w domach rynkowych, będących po większej części gospodami czyli domami zajezdnymi[689], alby para koni wraz z wozem mogła przez nią wygodnie wjechać do stajni, a przynajmniej na podwórze. Ze wszystkiego pokazuje się, że taka sień była utrzymywaną bardzo starannie, czytamy bowiem raz, że była wyłożona porządnie tarcicami[690], z czego jednak możnaby także wnosić, że gdzieindziej była bez tarcic lub może bywała brukowaną. Po obu bokach stały w niej ławy od wrót aż po drzwi izdebne, niekiedy także inne sprzęty gospodarskie[691], przedewszystkiem zaś znajdował się w niej sklep, który to wyraz wówczas nie oznaczał tego, co dzisiaj pod nim rozumiemy, lecz miejsce murowane, sklepione (skąd jego nazwa) i dobrze zaopatrzone, służące na skład towarów i inne różne przedmioty, które chciano bezpiecznie przechować.
Sień zamykano zawsze od ulicy lub od podsieni jużto drzwiami, które były na zawiasach, czasem z kunką żelazną i skoblem, jużto wrotami, które znowu niekiedy miewały furtkę i okno z kratą[692], i były osadzone na kunie żelaznej[693]. Takie same drugie wrota znajdowały się po przeciwnej stronie sieni, zwłaszcza jeżeli ta prowadziła do tylnych zabudowań w podwórcu albo do indermachu za podwórcem. Tak samo jak drzwi lub wrota do sieni, tak i drzwi do sklepu zaopatrywano jak najstaranniej. Na odrzwia ciosano kamienne słupy, haki w nich osadzano na ołowiu[694], drzwi dawano podwójne, jedne żelazne, drugie drewniane; a jeżeli w sklepie znajdowało się jeszcze okno, to zabezpieczano je okiennicą żelazną[695] — snadź doświadczenie nakazywało wielką ostrożność przed złodziejami i widocznie wielkie pod tym względem panować musiało niebezpieczeństwo. — Wzdłuż całej sieni znajdowało się kilkoro drzwi, które w zwykłych domach, t. j. takich gdzie sień znajdowała się z boku, prowadziły na prawo lub na lewo, ale zawsze tylko po jednej stronie, do różnych ubikacyi, które wszystkie razem tworzyły właściwy dom mieszkalny.
c) Ubikacye mieszkalne czyli najzwyklejszy rozkład takiego domu były następujące: Przez pierwsze drzwi z sieni wchodziło się do wielkiego pokoju, niekiedy długości na 12 łokci, wówczas powszechnie zwanego izbą albo także wielką izbą[696]. Taka izba miała zwyczajnie 3 okna, niekiedy weneckie, które wychodziły na rynek lub na ulicę. Drzwi prowadzące do izby bywały u zamożniejszych stolarskiej roboty, malowane i z futrowaniem, to znaczy z futrynami (Fütterung), ozdobione antabami[697] i zaopatrzone zamkiem z klamką i haczykiem. — Sama izba maiła powałę, podłogę dobrą z tarcic, ściany dokoła lub przynajmniej z kilku stron obite były t. zw. listwami[698], a przy ścianach naokoło stały ławy: w kącie znajdował się duży piec kaflowy, zwykle pstry, niekiedy glazurowany (szklany), czasem z obszernym zapieckiem, a dokoła niego i za piecem także stały ławy. Piece takie wyrabiano w Nowym Sączu, ale także sprowadzano z Gorlic, a w r. 1620 cena jednego wynosiła 12 złp.[699]. Okna były powszechnie szklane, szyby niekiedy weneckie[700] w ramach dębowych, zwykle jednak okrągłe, małe, oprawne w ołów, chociaż także się trafiało, że były oprawione w ramy drewniane, co wówczas nazywano w trzaskę. Dla bezpieczeństwa zaopatrywano okna czasem okiennicami drewnianemi na zawiasach, raz czytamy nawet o weneckich, ale także okiennicami żelaznemi, a nawet kratami[701].
Przy tej izbie, naprzeciw drzwi wchodowych, znajdowała się czasem t. zw. komorka biała, mała izdebka ciemna, zwykle bez okna, ale także z oknem zakratowanem[702], służąca do przechowywania różnych przedmiotów, rodzaj śpiżarki, do której niekiedy wchodziło się po schodku. Zdaje się, że takie komorki były od właściwej izby oddzielone tylko przepierzeniem czyli ścianą drewnianą, przynajmniej raz znajdujemy wyraźnie podobną komorkę przepierzoną przy komnacie[703].
Zwykle jednak śpiżarnia taka bywała większą, wtedy nazywała się komorą[704], znajdowała się tuż za izbą w głębi domu, a wchodziło się do niej przez następne drzwi z sieni. Znajdujemy nawet dowie komory, jedna za drugą, a osobnemi drzwiami; w takim wypadku widocznie otrzymywała komora światło z sieni, czy to przez osobne okno zakratowane, czy też może przez okienko we drzwiach.
W większych domach komora leżała jeszcze dalej ku podwórcowi, a z izby wchodziło się do komnaty (łac. caminata), to znaczy do pokoiku sypialnego, która miewała także osobne wejście z sieni (zaopatrzone niekiedy aż podwójnemi drzwiami, podobnie jak do sklepu), oraz okno z kratą żelazną i okiennicami[705]; ale częściej tego osobnego wejścia nie było, a dopiero za komnatą znajdowała się komora, za tą kuchnia, każda z osobnem wejściem z sieni[706]. Bywały jednak domy, które kończyły się już komnatą, skąd prowadziły schody na górę t. j. na strych[707]: widzimy więc z tego, że jedne kamienice i domy były głębsze, drugie płytsze. W innych znowu domach z komnaty szło się do świednicy, której okna już wychodziły na podwórzec. Komnaty bywały podobnie jak i izby obijane listwami, przynajmniej po jednej stronie, a jeżeli były małe, wtedy nazywały się komnatami.
Świetnica, jak już sama nazwa pokazuje (od świat lub światło), znaczyła tyle co pokój jasny, w przeciwstawieniu do komory lub komnaty, które zawsze miały mało światła. Był to, po dzisiejszemu mówiąc, rodzaj salonu, pokój gościnny, dosyć obszerny, szerokości izby, o tylu oknach co i ta, zwrócony do podwórca, skąd otrzymywał światło; szyby w tychże bywały niezawodnie rozmaite, najczęściej jednak drobne, wprawione na ołowiu. Ściany jej, tak samo jak w izbie, bywały dokoła obite listwami[708], w kącie stał piec, zwykle lepiony z kamieni i gliny, zresztą do dokładniejszego jej opisu brak nam bliższych szczegółów. Od świetnicy trzeba rozróżnić świetniczkę, która oznaczała nie tylko świetnicę małą w domu parterowym, ale przeważnie pokoik jasny na pięterku czyli na poddaszu, rodzaj mansardy, o której więcej poniżej.
Ostatnią wreszcie ubikacyą większych domów drewnianych i kamienic parterowych była kuchnia, która, podobnie jak w domach szlacheckich, zawsze leżała oddzialnie od innych ubikacyi mieszkalnych[709], miała swoje osobne wejście z sieni, a w takim razie znajdowała się tam, gdzie w innych domach świetnica[710]; ale bywały także domy, gdzie kuchnia znajdowała się w głębi sieni poza sklepem, a za nią wchód na górę[711]. O kuchni brak nam także bliższych szczegółów, wiadomo tylko tyle, że w niej umieszczone były jak najrozmaitsze sprzęty i naczynia kuchenne, oraz że piec do gotowania był, jak po dziś dzień jeszcze po wsiach, rodzaj otwartego komina, proste ognisko, jak je też nazywano, ulepione z gliny i kamieni[712], a więc że piece z blachami żelaznemi wówczas jeszcze w Nowym Sączu wcale nie były znane.
Obok opisanych kamienic parterowych znajdowały się także kamienice znacznie większe, mające sień w środku, z której na obie strony prowadziły drzwi do wymienionych ubikacyi. Kamienice takie, bez wątpienia wcale nieliczne, były przeważnie domami narożnymi; ze strony przytykającej do domu sąsiedniego znajdowała się tylko wielka izba o 3 oknach, po stronie zaś przeciwnej taka sama druga izba, a za nią cały szereg znanych ubikacyi, których okna wychodziły niezawodnie już na inną ulicę[713].
d) Nader ważną i nieodzowną częścią domu mieszkalnego były piwnice. Te były dwojakie: jedne o powale drewnianej, którą nieraz trzeba było podpierać słupami drewnianymi czyli stemplować, stąd też nazwa „stemplowane“[714] lub „niesklepiste“: był to dół czworoboczny, mniej lub więcej obszerny, o ścianach skośnych, rodzaj lochu podręcznego, do którego prawdopodobnie prowadziły drzwiczki w podłodze ubikacyi, pod którą był wykopany, a bywały takie piwnice tak pod komnatą, jak pod świetniczką[715]; jeżeli przytykały do sieni lub do podwórca, miewały okno zakratowane. — Drugi rodzaj piwnic były sklepione, a jak wówczas mówiono „sklepiste“, murowane z kamienia, dlatego nazywano je także „murowane sklepy“. Te znajdowały się pod izbami, pod sienią[716], były więc obszerniejsze od poprzednich, inne bowiem było też ich przeznaczenie; okna ich wychodziły albo na ulicę albo na podwórzec i miały zawsze kratę, a często i okiennicę żelazną; wejście do nich prowadziło z sieni i było również zaopatrzone drzwiami żelaznemi. Ale znajdujemy także piwnice sklepione bardzo małe, zwane z tego powodu sklepikiem, jak przykład takiej piwniczki pod kuchnią przy podwórcu napotykamy w domu jednym w ulicy polskiej. Zdarzało się także, że oba te rodzaje piwnic w jednym i tym samym domu znachodziły się tuż obok siebie[717]. Jeżeli sień szła przez środek kamienicy, to piwnice znajdowały się pod mieszkaniami po jednej i po drugiej stronie.
e) Jak piwnice pod podłogami, tak na powałach ubikacyi mieszkalnych t. j. między temi a dachem nakrywającym dom cały, znajdował się strych, ostatnia część kamienic i domów parterowych, który w owych czasach w Nowym Sączu nazywano górą, jak jeszcze do dziś dnia w różnych stronach Polski. O dachach, ich kształcie i budowie, nie mamy bliższych wiadomości, to tylko wiadomo, że wyłącznie były kryte gontami i że szczyty ich nie dochodziły prawie wysokości murów fortecznych, 12 łokci wysokich[718]. Ta ostatnia okoliczność stała w ścisłym związku z ówczesnym sposobem wojowania i ostrzeliwania miast, aby snadź w czasie napadu nieprzyjacielskiego kule armatnie nie trafiały i nie zapalały dachów. Raz tylko wspomniano o jednej kamienicy, że miała dwa dachy, których rynna wspólna szła ponad sień obszerną[719]: widocznie więc dachy te były spadziste, pochylone ku sobie i łączyły się na środku kamienicy. Ale i z innych okoliczności wnioskować należy, że dachy musiały być spadziste i dosyć wysokie, jak tego wymagały już same względy klimatyczne. — Wspomniana rynna[720] wystawała ponad chodnik przed domem na ulicę, jak to jeszcze dzisiaj widzieć można w małych miasteczkach, a dla trwałości dobierano do niej zawsze drzewa modrzewiowego[721].
Na strych („na górę“) prowadziły schody, a jak wówczas mówiono „schód“, które były zawsze z drzewa[722] i znajdowały się powszechnie przy końcu sieni, lubo, jak widzieliśmy wyżej, szły także z komnaty, chociaż to niezawodnie było tylko wyjątkowo. Strych był wielkości całego budynku, miewał dla światła okna, zaopatrzone dla bezpieczeństwa okiennicami żelaznemi, które jednak musiały być znacznie mniejsze aniżeli w ubikacyach mieszkalnych, gdyż nazwane są okienniczkami. Strych służył nie tylko do rozwieszania i suszenia bielizny, ale także, jak i dzisiaj często, za magazyn na najrozmaitsze sprzęty i przedmioty, n. p. na sąsiek dla zboża[723], dlatego znajdowały się w nim przedziały, zwane także „komorami“, gdyż rzeczywiście służyły do tego samego użytku co i komory obok izby lub komnaty.
f) Do domu mieszkalnego należał także podwórzec, leżący zawsze na jego tyłach, do którego wchodził się z sieni, zamykanej zwykle z tej strony wrotami. Tu przedewszystkiem znajdowała się studnia, z której wodę czerpano wiadrem okowanem zapomocą wału z korbą na łańcuchu żelaznym, ale także na powrozie[724]. Studnię cembrowano forsztami modrzewiowymi (forszt taki w r. 1620 kosztował 7 gr.), ale jeszcze częste były cembrzyny z kamieni, jak się to okazało z licznych studni w ostatnich latach przypadkiem odkopanych. Studnię zwykle obudowywano[725], a jeżeli nie była dość głęboka, to ją podbierano; często trafiało się, ze studnia była spólną z sąsiadem, jak się to jeszcze utrzymało przy niektórych domach aż do najnowszych czasów.
Oprócz studni, znajdowały się jeszcze w podwórcu po jednej stronie, w przedłużeniu głównego budynku, także inne zabudowania konieczne w gospodarstwie, a mianowicie locus secretus[726], mający niekiedy więcej przedziałek. Urządzenie tegoż musiało być nader prymitywne, jak dowodzi okoliczność, że tuż obok niego znajdował się często chlewek dla świń lub stajnia dla krów, a więc że cały nawóz od czasu do czasu musiano wywozić. Rzeczywiście wiadomo nam skądinąd, że stawiano chlewy nieraz nawet tuż przy ulicy, tak iż wszelkie nieczystości ściekały prosto ulicą ku innym domom[727]. Stajnie takie były albo nakryte dachem, albo bez dachu („bez piętra“), a jeżeli miały dach, to na strychu znajdowała się komora, do której wchodziło się po drabinie. Niekiedy w podwórcu znajdował się także ogródek, do którego prowadziły osobne drzwi na zawiasach z zamkiem, ale także nie zawsze był ogrodzony płotem[728].
Przy wielu z opisanych kamienic parterowych znajdował się za podwórcem cały kompleks zabudowań, czasem podobnych do głównego na przodzie, należący do tej samej realności i do tego samego właściciela, t. zw. indermach, o którym jednakże, aby uniknąć powtarzania, wspomnę dokładniej poniżej, przechodząc teraz do opisu kamienic piętrowych.
B). Kamienice piętrowe były w Nowym Sączu wogóle bardzo rzadkie. Należały do nich przedewszystkiem: zamek królewski, ratusz, klasztory: franciszkański i norbertański, oraz 4 budynki kollegiackie, a być może i domy szlacheckie, których w r. 1651 było jeszcze 9, ale o nich nie mamy żadnych bliższych wiadomości. Wnioskując z analogii domów szlacheckich w innych miastach polskich, jest bardzo prawdopodobnem, że i w Nowym Sączu te ostatnie były okazalsze i miały więcej okien z frontu, niż kamienice mieszczańskie, które prawie wyłącznie miały po 3 okna a szerokości 8—9 metrów, że były piętrowe i zbliżały się, a może nawet były wcale podobne do kamienic krakowskich i lwowskich XVII. wieku, lecz z absolutną pewnością twierdzić tego nie podobna.
Przeważnie zaś t. zw. kamienice piętrowe mieszczańskie, były to właściwie tylko kamienice parterowe, zupełnie z tym samym układem co kamienice powyżej opisane, różniące się tem tylko od poprzednich, że miały na strychu czyli na poddaszu od strony frontowej albo od podwórca stancyjkę, rodzaj mansardy, nazwanej świetniczką, do której prowadziły schody z sieni. Takie świetniczki właściciele wynajmowali uboższym rzemieślnikom, a czynsz, czyli jak wówczas mówiono arenda domowa, wynosił w r. 1612 rocznie 8 złp.[729].
Mimo to znajdowały się obok opisanych jeszcze kamienice mieszczańskie, które zbliżały się do dzisiejszych domów piętrowych; te oprócz zwykłej świetniczki nad parterem, miały także wielką izbę na górze[730], komnatę, świetnicę, jedną z frontu, drugą z tyłu. W takich budynkach piętrowych to było najosobliwszem, jak o tem dowiadujemy się z opisu jednego, że prawie całe piętro było szpuntowane z drzewa, jak w ogóle kamienica ta znana nam bliżej[731] miała bardzo mało murów, albowiem tylko sklep i świetnica nad nim były murowane. Ta ważna okoliczność poucza więc, że i t. zw. kamienice bardzo często były budowane przeważnie z drzewa. Ściany tych piętrowych drewnianych ubikacyi były wylepiane gliną, lecz czy po wierzchu były malowane, czy tylko bielone wapnem, niewiadomo, a piece w świetnicach i ognisko w kuchni były z kamieni i gliny; okna zaś wszędzie z szyb drobnych, wprawianych na ołowiu. W tyle głównego budynku za podwórcem znajdował się w indermachu browar, obok niego kuchnia, do którego prowadziło z piętra od świetniczki wiązanie drewniane na 6 słupach, zapierzone od ulicy, rodzaj ganku, po którym widocznie szło się po schodach na dół do wychodków.
C). Indermachy (w Krakowie: widermachy, z niem. Hintergemach) były to, jak pokazuje sama niemiecka nazwa, zabudowania tylne, znajdujące się prawie przy wszystkich kamienicach i większych domach drewnianych, tak w rynku jak i w ulicach. Były one zawsze budowlami parterowemi, leżały oddzielone od frontowego budynku podwórcem, i tworzyły jakby drugi dom w tyle[732], będący często także domem mieszkalnym; ale częściej jeszcze, jak wiemy z ustępów poprzednich, znajdowały się tam kuchnia, piekarnia, gorzelnia, browar, a nawet garbarnia, (jak to pokazało się przy wybieraniu fundamentów w r. 1899 na kilku miejscach), które razem stanowiły niekiedy cały kompleks zabudowań. Zabudowania te czyli indermachy leżały albo równolegle do kamienicy frontowej, t. j. wchodziło się do nich z podwórca wprost, przeważnie jednak leżały na poprzek, tak po jednej jak i po obu stronach[733] podwórca. Co do materyału, z kótórego je stawiano, wątpić nie można, chociaż nigdzie nie powiedziano wyraźnie, że były przeważnie z drzewa, lubo niektóre ich części były także murowane.
Rozkład ubikacyi w tych indermachach był prawie taki sam jak w głównych budynkach, z tą tylko różnicą, że czasem były znacznie mniejsze i w takim razie miały nazwy zdrobniałe. Tak znajdował się tutaj sień albo też sionka, izdebka, komnatka, ale i komnata[734], świetniczka, kuchnia, która to ostatnia, jeżeli kamienica miała swój indermach, bez wyjątku była umieszczona w tymże. Obok wymienionych, nader ważną ubikacyą indermachu była piekarnia, która zwykle była bardzo obszerną i miewała kilka okien, używano jej bowiem także za gorzelnię i czasem w niej wódkę palono[735]: ale także umieszczano ją w browarze, albo nawet w sieni, mającej aż 3 okna (szklane, oprawne w drewno, to znaczy: w ramach drewnianych). W piekarni było też miejsce na pościel, t. j. do spania dla kucharki, jeżeli taka znajdowała się w jakim domu[736]: a może być, że piekarnię nazywano także „czarną izbą“, co znaczyło: izba z dymnikiem zamiast komina. Piec do piekarni, zwany czarnym, był lepiony z gliny i kamieni, których na to potrzebowano aż 4 fury, a do zamykania takiego pieca czyli „dziury do piekarni“ służyła deska na zawiasach żelaznych[737]:
Do takiej piekarni przytykała komoria[738], albo, jak to znajdujemy w innym indermachu, szło się z jednej strony do izdebki, z drugiej do komnaty, mającej także swoje okno składane. Ale najosobliwszą ubikacyą indermachu, którejby się w Nowym Sączu na owe czasy najmniej można było spodziewać, była łazienka[739], która jednak wspomnianą jest tylko raz jeden i niezawodnie była bardzo rzadką; o urządzeniu tejże nie mamy żadnych szczegółów, jak tylko, że w piecu miała wprawiony kocioł. Tak samo i co do gorzelni i browaru źródła nasze nie podają ich bliższego opisu, przytaczając tylko najważniejsze naczynia piwne; zaledwie z nazw dowiadujemy się, że browary bywały większe i bardzo małe („browarki“). Strych na indermachach służył także do rozmaitego użytku, jak n. p. za suszarnię słodu, t. zw. wówczas „oźnicę“, gdzie też znajdowały się dotyczące przyrządy, kraty z plecionki, zwane „lasą“[740].
Zupełnie podobne było urządzenie indermachu, jeżeli zabudowania jego znajdowały się po obu stronach podwórca: tylko że w tym razie, kiedy po jednej stronie stały zabudowania gospodarskie powyżej opisane i stancye mieszkalne były mniejsze od zwykłych, to po drugiej stronie znajdowały się same ubikacye mieszkalne. W połaci, przeznaczonej na same takie mieszkania, stacye mieszkalne były nie tylko większe od poprzednich, ale także było ich więcej. Tak w jednym domu, znanym nam bliżej[741], po obu stronach sionki, która leżała nie z boku, lecz ku środkowi budynku, znajdowały się osobne izdebki, z których jedna była mniejsza a druga większa; z większej szło się do komnatki, o której wyraźnie powiedziano, że była murowana, z czego konieczny wniosek, że i w indermachach przeważna część zabudowań była stawiana z drzewa. W każdym razie urządzenie takich stacyj indermachowych było takie same, jak w kamienicach frontowych: izdebka miała zwykle jedno okno szklane, ale niekiedy dwoje; takie okna miały kratę żelazną z okiennicą lub bez, albo także nie miały ani kraty ani okiennicy; podłoga była z tarcic, wkoło stały ławy, w kącie piec kaflowy (raz znajdujemy pstry, inny raz zielony), listwy na ścianach przynajmniej po jednej stronie; natomiast o urządzeniu komnatki i świetniczki nie wspomniano nigdzie.
Idermachy, jak już powiedziano wyżej, były zawsze budynkami parterowymi, na których znajdował się strych, a do tego prowadziło niekiedy wejście ze schodów przez ganek, widoczna więc, że w takim razie tak schody jak i ganek, który niekiedy był malowany[742], umieszczone były zewnątrz budynku. Wreszcie, jak to czasami w podwórcach, tak i między oboma połaciami indermachu znajdował się niekiedy ogródek, w którym, jak to raz czytamy, stał sklep murowany[743], jakie zwykle budowano w sieni. Ten sklep, tak samo jak i tamte, miał drzwi podwójne, jedne żelazne a drugie drewniane, obity był dokoła listwami, a okno miał zaopatrzone kratą i okiennicą żelazną, które tutaj wyjątkowo było szklane weneckie.
D). Domy drewniane były większe lub mniejsze. Większe, jak wiadomo z poprzedzającego, rozkładem swym i kształtem wcale nic lub tylko niewiele różniły się od kamienic parterowych, opis więc ich właściwie już podany powyżej przy opisie tych ostatnich. Natomiast mniejsze domy drewniane mieszczańskie tem tylko różniły się od porządniejszych chałup chłopskich, mających także okna, komin murowany, i na zewnątrz wybielonych, że były pokryte nie słomą, ale gontami i miały jeszcze drugą stancyę, wogóle że więcej zbliżały się do dworków szlacheckich. Przy budowie domów drewnianych dawano podwaliny mocne, drzewo suche, wiązania silne i dach wysoki, czasem piętrzysty z kilkoma w nim okienkami, dla trwałości zaś dobierano głównie modrzewiu, a jeżeli nie całe domy, to przynajmniej rynny starano się mieć modrzewiowe[744]. Takie mniejsze domy drewniane w Nowym Sączu składały się tylko z jednego budynku frontowego i nie miały komnat, tylko izbę z przodu i świetnicę z tyłu, oraz śpiżarnię[745] czyli komorę; jak zaś były proste i skromne, najlepszym dowodem ich cena, która nawet na owe czasy wydać się nam musi zbyt nizką. Tak pewien mieszczanin nakazuje w testamencie sprzedać swój dom, szacując go wraz z gruntem, na którym stoi, nie więcej jak 300 złp.[746]. Jeszcze tańszym, a więc jeszcze nędzniejszym, musiał być inny dom, którego właściciel tak samo nakazuje go sprzedać, przeznaczając na swój pogrzeb tylko 24 złp., a co zostanie po odtrąceniu kosztów pogrzebu i spłaceniu długów (wprawdzie nie wymienionych), zato sprawić obiad dla ubogich[747], który przecież wcale wiele kosztować nie mógł. Inny znowu mieszczanin domek swój drewniany przy bramie węgierskiej nazywa prost chałupką[748]. Lecz te nizkie ceny wcale nas dziwić nie powinny, jeżeli czytamy, że nawet kamienica położona w rynku, wprawdzie opustoszała i w nader złym stanie, mająca bardzo mało murów i zły dach, ale narożna i z browarem w tyle, wraz z gruntem kosztowała zaledwie 450 złp.[749]. — Wreszcie, mówiąc o domach drewnianych mieszczan sandeckich, należy także wspomnieć o ich folwarkach na przedmieściach czyli o ich domach wiejskich na tych folwarkach. O ile nam wiadomo, były to budynki służące wyłącznie do celów gospodarczych, stawiane na sposób powyżej opisanych prostych i skromnych domów miejskich i niewątpliwie zupełnie takie same, jak te ostatnie.
Opisane powyżej kamienice i domy są najlepszym dowodem, jak obyczaj i zwyczaj rodzinny mieszkańców Nowego Sącza, tak samo jak u wszystkich ludów i po wszystkie czasy, wyrażał się architektonicznym rozkładem domów, zastosowanym do jego potrzeb i codziennego żywota. Badając jednak dokładnie źródła, na podstawie których powyższy opis domów mieszkalnych Nowego Sącza w epoce Wazów jest zestawiony, z całą przemocą nasuwa się wniosek, że opis ten przeważnie stosuje się dopiero do czasów po straszliwym pożarze w r. 1611, który miasto nasze zniszczył prawie do szczętu. Najmniejszej wątpliwości ulegać nie może, że po tej powszechnej klęsce usiłowano odbudować się jak najspieszniej i dlatego stawiano budynki przeważnie z drzewa, jako takie, które w pierwszej gwałtownej potrzebie z jak najmniejszym kosztem i w jak najkrótszym czasie dały się uskutecznić, że więc w tym pospiechu miano wyłącznie na oku względy finansowe i utylitarne, którym wszystkie inne wyższe ustąpić musiały. Dlatego też brak im wszelkich cech artystycznego wykonania, a kamienice i domy opisane nigdzie nie wyjawiają najmniejszego estetycznego szczegółu bądź to pod względem stylowym bądź ornamentalnym. A przecież, jak w tylu innych miastach polskich i wogóle wszędzie, gdzie społeczeństwo stanęło na pewnym wyższym stopniu kultury, tak i w Nowym Sączu domy mieszkalne nie zawsze były wyłącznie przedmiotem służącym tylko do zaspokojenia tej jednej z najważniejszych potrzeb materyalnych człowieka, jaką jest zapewnienie dla siebie i swojej rodziny wygodnego i trwałego schronienia, ale bywały także wyrazem wyższych potrzeb moralnych, wytworniejszego smaku i żywszego poczucia piękna. Pożar ów wraz z domami mieszkalnymi poniszczył niechybnie wszelkie możliwe istniejące zabytki piękna i sztuki z epok poprzednich, a zwłaszcza z epoki zygmuntowskiej. Że zaś takie znajdowały się poprzednio, dowodzą nam płaskorzeźby i różne ozdoby architektoniczne, tak z piaskowca jak nawet z marmuru czerwonego, znalezione w ostatnich latach przy burzeniu dawnych budynków, mianowicie wikaryówki niżnej, gdzie niezawodnie po owym pożarze użyte były za prosty materyał budowlany.
Jakoż rzeczywiście nie tylko z opisów domów mieszkalnych przed owym pożarem 1611 r. odkrywamy ślady większej zamożności, wygody, a nawet komfortu[750], ale dowiadujemy się także i skądinąd, że w owych czasach bywały kamienice, zwłaszcza osób duchownych i szlachty w mieście osiadłej, których fronty przyozdabiały nieraz artystyczne kamienne oprawy okien, oraz wspaniałe odrzwia z ozdobnymi herbami i napisami w kamieniu wykute. Tak w gruzach jednej kamienicy w rynku znaleziono w r. 1863 tablicę marmurową z XVII. wieku, na której tarcza z czterema herbami: Gryf, Starykoń, Topór i Cholewa, tudzież napis: „Virtus Nobilitatis Character“. W kamienicy po zachodniej stronie rynku przechował się po dziś dzień w długiej sklepionej sieni nad odrzwiami wykuty w kamieniu napis: Nosce Te Ipsum. Anno Dom. 1608. G. T. Nobilitas Est Sola Virtus“.
Ale i na niktórych kamieniach mieszczańskich znajdowały się ornamenta w kamieniu wykute, których po dziś dzień pomimo kilkowiekowej starości nieuszkodzone zachowały się szczątki. Tak n. p. na kamienicy narożnej od ulicy lwowskiej i rynku jest piękna płaskorzeźba renesansowa z początku XVII. wieku, przedstawiająca dwóch aniołków, trzymających Imię Jezus. Dalej w głębi tejże ulicy po tej samej połaci znajduje się na innej kamienicy wmurowany węgar okna z r. 1505 z literami P. S. i gmerkiem mieszczańskim. Uwagi godną jest również maska z czerwonego marmuru, wmurowana w ścianę zewnętrzną kapliczki św. Jana Nep. tuż przy moście prowadzącym na dawne przedmieście Zakamienicę, (dziś pospolicie Piekłem, także Załubieńczem zwane), wydobyta widocznie z jakiegoś starego gmachu.

Płaskorzeźba na domu w Nowym Sączu z początku XVII. w.
Ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.

Te niezatarte ślady i zabytki, które się jeszcze przechowały do lat ostatnich, są niezbitem świadectwem, że zupełnie jak w Krakowie, tak samo i w Nowym Sączu w epoce jagiellońskiej przemagał w ornamentyce i budowie sklepień styl gotycki, w epoce zaś zygmuntowskiej panującym smakiem był renesans włoski, aż z początkiem XVII. wieku i ten ustąpić musiał wdzierającemu się i powszechnie rozpościerającemu barokowi.

§. 6.
Urządzenie mieszkań i sprzęty domowe.
A) Urządzenie mieszkań.

Z powyższego opisu rozkładu ubikacyi mieszkalnych jako też ich przeznaczenia wnioskowaćby należało, że tak urządzenie, jak i umeblowanie tychże, było również temu przeznaczeniu odpowiednie i do tego celu zastosowane — analogicznie do dzisiejszych wymagań komfortu i mody. Tak jednakże wcale nie było: znajdujemy bowiem pościel tak w komnacie jak i w „sklepie“[751]; umywalnie (antofos) tak w wielkiej izbie jak w świetniczce[752]; w komnacie przechowywano obok pościeli, zarówno naczynia cynowe i mosiężne, jak i szaty; łóżka stawiano nie tylko w komnatce, ale i w izdebkach indermachowych[753]; w wielkiej izbie w jednym domu były kosztowności srebrne i złote, służące do ozdoby i stroju[754], w innym zaś znajdowały się skrzynie z bielizną i szatami[755]: a komnata w indermachu służyła za rodzaj śpichlerza na zboże, tudzież za skład różnych przedmiotów gospodarskich[756]. Widać więc ze wszystkiego, że w urządzeniu pokojów mieszkalnych i umieszczeniu sprzętów nie było żadnego stałego systemu — pod tym względem panowała zupełna dowolność i rozstrzygała jedynie wygoda i potrzeba. Dlatego też niemożliwą jest rzeczą kierować się w niniejszym opisie sprzętów domowych według rodzaju tej lub owej ubikacyi mieszkalnej, natomiast kierować się będą wyłącznie samym rodzajem tychże sprzętów, a tyko przygodnie, o ile dozwalają szczupłe nasze źródła, wspomnę, gdzie które i jakie się znajdowały.
Przystępując do szczegółowego opisu tychże, pierwsze nasuwające się tutaj pytanie jest, jakie te mieszkania dla oka sprawiały ogólne wrażenie, czyli jak wyglądała powierzchowna strona ubikacyi mieszkalnych. Otóż pod tym względem znajdujemy, że ściany izb były malowane[757], z czego wcale racyonalny wniosek, że i inne ubikacye malowano również, lubo jest także bardzo możliwem, iż u uboższych po prostu tylko bielono wapnem. Jednakże nie zawsze tak bywało; mamy niezbite dowody, że przed pożarem 1611 r. i pod tym względem panowały wyższe pojęcia i potrzeby, jako skutek wpływu włoskiego z epoki zygmuntowskiej: to też znajdujemy, że ściany obijano oponami czy gobelinami[758], które nawet sprowadzano z Gdańska i nazywały się szpalerkami (z włos. „spalliera“). Obok tychże upiększano i ozdabiano ściany mieszkań także obiciami malowanemi na płótnie, widocznie tęgiem, napuszczanem klejem, które zwano koltrynami[759], kołtrzynkami lub kotrzynkami (z włos. „coltrina“ demin. od „coltre“); te ostatnie były właściwie to samo, co obecnie tapety, były malowane we wszelkich kolorach i w rozmaite wzory czyli, jak wówczas mówiono, „jakąkolwiek proporcyą[760]“; lecz czem różniły się od „szpalerek“, wyjaśnionem nie jest. Tak owe szpalerki, jak i kołtrzynki, które źródła nasze przytaczają[761], już w r. 1598 były „stare“ i jako takie usunięte z mieszkania, skąd zostały przeniesione do sieni i do sklepu, gdzie w obydwóch miejscach po kilka kołtrzynek wisiało na ścianie. Również do tego samego rodzaju obić ściennych zaliczyć należy, co znacznie później raz jeszcze znajdujemy w innym domu, a mianowicie kołdry dwie na ścianach izdebki[762], z tą tylko różnicą, że nazwa tej ozdoby jest wzięta nie ze zdrobniałego, lecz z właściwego wyrazu włoskiego — brudno bowiem przypuścić, aby kołdry, służące „do łóżka“, rozwieszano na ścianach. — Lud wiejski około Krakowa dotąd nazywa kołdrami obicia papierowe, zawieszane na ścianach ubogich chat, z wyobrażeniem zwierząt, kwiatów i t. d.
Powyższe obicia ścienne, zwane „szpalerami“ oraz „kołtrynami“, zaczęły w Polsce rozpowszechniać się dopiero w XVI. wieku. Wyrabiali je t. zw. „szpalernicy“ czyli „kołtryniarze“, do czego używali form rzniętych w drzewie gruszkowem, jaworowem, a nawet orzechowem, którem wytłaczali różne wzory, jako to: zwierzęta, ptaki, rośliny, kwiaty, owoce i t. p., jużto złotem na skórach, jużto może także farbami na płótnie[763]. Prawdopodobnem jest bardzo, że skóry takie ozdobne, użyte na obicia ścian, nazywały się „szpalerami“ lub „szpalerkami“, a płótna upiększone malowidłami „kołdrami“ i „kołtrzynkami“.
Obok szpalerek i kołtrzynek upiększano i obwieszano ściany także suknem jak przykład tego mamy w domu Anny Klimczykowej, gdzie w „świetniczce“ znajdujemy na ścianie rozwieszone sukno zielone. Podobnie czytamy, że w „świetnicy“ innego domu wszystkie 4 ściany obite były suknem czarnem[764], co jednak tam da się wytłumaczyć, iż tam może były wystawione zwłoki właścicielki, po której pogrzebie to obicie żałobne pozostało.
Z powyższemi upiększeniami pokojów mieszkalnych w pewnym stopniu pokrewnymi są kobierce i kilimy, z których pierwsze napotykamy tylko przed pożarem 1611 r., a więc w czasach większej ogólnej zamożności i wytworności w urządzeniu mieszkań, drugie zaś dopiero w czasach znacznie późniejszych[765]. Kobiercami nazywano dywany perskie, ale także kosztowne deski na wzór tamtych wyrabiane w Polsce; kilimy zaś były to grubsze tkaniny swojskie z wełny kolorowej lub z nici, albo też tureckie, sprowadzane: taj jedne jak drugie służyły na przykrycie ścian i podłogi, ale także łóżek, stołów i stołków, tak iż w niniejszym wypadku oznaczyć trudno, jakie właściwie było ich przeznaczenie.
Do dalszych upiększeń pokojów mieszkalnych należały firanki (z niem. Fürhang = Vorbang), w źródłach naszych wspomniane bardzo rzadko[766], o których jednak niewiadomo: z jakiej były materyi, jakiego koloru, czy używano ich, jak obecnie, do obwieszania i ozdoby okien, czy też tylko do zasłony i ozdabiania łóżek, jak o tem czytamy kilkakrotnie. Natomiast prawie na pewno utrzymywać możemy, iż w oknach zawieszano inny rodzaj firanek, dzisiaj t. zw. „story“, wówczas nazywane zasłonami (rozumie się od słońca lub wzroku przechodniów), które, całkiem podobnie jak wspomniane kołtrzyny, były także z płótna napuszczanego klejem, i malowane w rozmaitych kolorach[767].
Ale niewątpliwie najcenniejszą i pod względem estetycznym najpiękniejszą ozdoba pokojów mieszkalnych były utwory sztuki, a mianowicie porozwieszane na ścianach obrazy malowane. Te znachodzą się częściej i w większej liczbie, niżby w porównaniu z innemi upiększeniami mieszkań przypuszczać można; lecz co te obrazy przedstawiały, do jakiego należały rodzaju malarstwa, nieodżałowana szkoda, iż o tem nigdzie nie wspomniano, przez co tracimy nieocenione źródło do poznania ówczesnych wyobrażeń, kierunku smaku i poczucia piękna mieszczaństwa Nowego Sącza. Co do powierzchownej jednak ich strony tudzież wątku, na którym były malowane, natrafiamy, jakto już kilkakrotnie poprzednio przy innych okolicznościach, znaczną różnicę między przytoczonymi przed pożarem 1611 r., a po pożarze: pierwsze są wszystkie malowane na płótnie, a więc olejne, przedstawiają zatem zupełnie inną wartość artystyczną i materyalną, aniżeli drugie, o których powiedziano tylko ogólnie „obrazów rozmaitych 7“ albo „obrazów różnych 5[768]“; lecz na czem te ostatnie były malowane, jak również co było ich treścią, pozostanie na zawsze tylko rozległem polem domysłów. Natomiast co do obrazów olejnych czytamy, że w jednym domu były 2 w ramach, czyli, jak wówczas nazywano, „w listwie“, i że wisiały w wielkiej izbie na piętrze[769]; w innym zaś domu znajdowało się aż 12, z tych wielkich 4, małych 8, lecz widocznie w zaniedbaniu złożone były w komorze na strychu[770].
Ostatnim wreszcie upiększeniem ścian, stojącem na granicy ozdoby a sprzętu, były w §. poprzednim już kilkakrotnie wspomniane listwy. Te były z rozmaitego drzewa, „malowane“ niezawodnie jakimś rodzajem połyskującego pokostu, lecz na jaki kolor: nigdzie nie wspomniano, różniły się jednak znacznie od siebie wyrobem co do kształtu i wzorów, od czego też zależała ich cena, te bowiem, które nazywano „robotą piękną“, rozumie się samo przez się, były kosztowniejsze; kupowano je zaś na łokcie[771]. Listwy, obok strony estetycznej, miały może jeszcze bardziej znaczenie praktyczne, służyły bowiem niezawodnie dla osób siedzących na ławach przy ścianie do oparcia głowy, ale jeszcze bardziej za rodzaj długiej podręcznej półki do kładzenia lub stawiania rozmaitych niewielkich przedmiotów, przedewszystkiem „szklanic“[772]; z tego wynika, że musiały też być dostatecznie grube lub mieć w swej części górnej gzyms odpowiednio szeroki, niekiedy ozdobnie wyrzeźbiony. Z powodu tego praktycznego użytku, listwy znajdowały się tak w wielkiej izbie, w komnacie, izdebce indermachowej, jak także w sklepie[773], a w ubikacyach tych, jak widzieliśmy poprzednio, bywały przybite albo dokoła, albo tylko z 2, a przynajmniej z 1 strony.
Tak nam się przedstawia upiększenie i ozdabianie pokojów mieszkalnych, o ile te dały się ze źródeł naszych jak najwierniej przedstawić. Natomiast o zwierciadłach i zegarach ściennych testementa i inwentarze pośmiertne nigdzie żadnej nie czynią wzmianki; widocznie jedne i drugie musiały być w owych czasach jeszcze bardzo mało znane albo bardzo mało rozpowszechnione. — Dwa zegary bijące w XVI. i XVII. wieku: jeden na wieży ratuszowej, drugi na zamkowej (do tego trzeci w XVIII. w. na wieży kościoła norbertańskiego) wystarczały widocznie w codziennem życiu mieszkańcom sandeckiego grodu!


B) Sprzęty domowe

Opisawszy powierzchowny wygląd i to wrażenie, jakie na pierwszy rzut oka sprawiały pokoje mieszkalne domów mieszczańskich Nowego Sącza w epoce Wazów, przechodzę teraz do opisu sprzętów domowych. Te w ogóle nie były ani liczne ani wykwintne, nie należy bowiem zapominać nigdy, iż obyczaje i wymagania ówczesne, jakto już tylokrotnie wspominałem wyżej, były wcale skromne: nie znano częstej zmiany w urządzeniu, a tem mniej w umeblowaniu mieszkań, raz ubrane pokoje niezmienione w niczem zostawiając dzieciom, a tak niejako całemi generacyami zachowując je w jednym i tym samym stanie. Z takich sprzętów najprostszymi, od których zacząć wypada, były sprzęty do siedzenia, a do tych należały ławy, ławki, zydle i stołki.
Ławy, jakie jeszcze po dziś dzień można widzieć po domach małomiejskich i karczmach, były to dyle dość grube, mocne, długości całej ściany i do tejże przymocowane niezbyt wysoko od podłogi, które służyły niezawodnie nie tylko do siedzenia, ale także do leżenia, dlatego też musiały być dość szerokie; z jakiego zaś były drzewa, nie wspomniano nigdzie. Były one albo całkiem proste, ordynarne, albo trochę wytworniejsze, jak tego dowodzi wyraźny dodatek: „stolarskie“, z czego jasny wniosek, iż musiały być także roboty ciesielskiej: ławy stolarskie dla upiększenia albo, podobnie jak listwy, malowano, i takie były droższe, albo były „rzezane“[774], to znaczy: sztucznie wyrzynane, rzeźbione. Ławy znajdowały się przedewszystkiem w wielkich izbach, ale także w izdebkach indermachowych, w sieniach[775], a wszędzie zawsze dokoła całej ubikacyi.
Od tych ław wielkich, ciągnących się wzdłuż ściany, rozróżnić należy mniejsze, zwane również „ławy“ (właściwie ławki), które służyły tylko do siedzenia i dały się przestawić z miejsca na miejsce: ławka taka, naturalnie od poprzednich krótsza, cieńsza i węższa, była to właściwie prosta deska spoczywająca na 2 mniejszych, które u góry były przymocowane do owej poprzecznej po obu bokach tuż przy krawędzi, u dołu zaś nad samą podłogą były trochę wyrznięte w środku, tak iż wyglądało, jak gdyby się kończyły w 4 króciutkie nogi. — Obok tych ławek zwykłych były jeszcze odmienne, czytamy bowiem o ławie „z zamkiem[776]“, co prawdopodobnie był t. zw. „szlaban“ (z niem. „Schlafbank“), rodzaj długiej, wązkiej skrzyni, dającej się otwierać na dół, a zamykanej u góry w środku, która otwarta służyła w nocy za rodzaj łóżka do spania, zamknięta zaś na dzień za ławkę do siedzenia. — Ławki w ogólności jako sprzęty bardzo proste, stały zwykle w wielkich izbach koło pieca, ale także w izdebkach indermachowych, w kuchni, w piekarni, w śpichlerzu przerobionym z komnaty indermachowej[777], a liczba ich w takiej ubikacyi wynosiła 2 do 3; ową zaś „z zamkiem“ znajdujemy przytoczoną w „sklepie“, i to tylko raz jeden. Z jakiego bywały robione drzewa: niewiadomo, raz tylko czytamy o ławkach z drzewa lipowego[778]. Oba rodzaje pomienionych ławek istnieją jeszcze obecnie w uboższych domach i małych miasteczkach.
Obok powyższych, dalszym sprzętem do siedzenia był zydel albo zedel (dol. niem. „Setel“); był to stołek prosty z drzewa bez oparcia, ale także z oparciem, którego główną cechą było to, że miał 4 nogi stojące do siebie skośnie, ale mógł być rozmaitej szerokości i długości, a w tym ostatnim razie był całkiem podobny do ławki, od której się tem głównie różnił, że zawsze stał na 4 nogach, z każdego boku po 2 rozbieżnie od siebie osadzonych. Co do drzewa, z jakiego były wyrabiane, raz tylko czytamy, że z lipowego[779], zresztą to tylko wiadomo, że bywały „malowane“ w różne kolory, zwykle jednak na zielono, albo także niemalowane, a w tym ostatnim wypadku nazywano je „białe“[780]; również bywały, jak już wspomniałem, większe i mniejsze, a te ostatnie nazywały się zdrobniale „zydliki“. Zydle znajdujemy przeważnie w wielkich izbach, ale także w świetnicy i w izdebkach indermachowych[781], a liczba ich w jakiejkolwiek ubikacyi przytoczona wynosiła najwyżej 2. Dodać jeszcze należy, że zydle dobierano zwykle do „stołu“ i oboje w jednakowym malowano kolorze[782], tak iż, mówiąc po dzisiejszemu, niejako tworzyły jeden garnitur.
Ostatnim wreszcie sprzętem, służącym do siedzenia, były stołki; te były zawsze z tylnem oparciem i miały nogi do siebie prawie równoległe, a prostopadłe do podłogi, oprócz tego, jak się zdaje, różniły się jeszcze od zydlów wcale innem oparciem tylnem, a może także inną wielkością i kształtem, jak wogóle cena ich od tych ostatnich była znacznie niższa[783]; lecz czy siedzenie ich było wyścielane czy też całkiem z drzewa, nie wspomniano nigdzie. Te stołki, które źródła nasze przytaczają, były przeważnie z drzewa, „malowane“ w różne kolory, jak na żółto, na zielono; ale są ślady, że oprócz drewnianych były także inne, mianowicie plecione, a nawet że podlegały modzie, jak właśnie mamy tego przykład, że ów pleciony nazywany jest „staroświeckiem“. Stołki znajdujemy przeważnie w komnatce, ale także w wielkiej izbie[784], a liczba ich jest najwyższa w takiej ubikacyi wynosiła 3. — Charekterystyczną jest rzeczą, że o „krzesłach“ czyli stołkach z tylnem oparciem i bocznemi poręczami nie wspomniano nigdzie. Również o „sofach“ i „kanapach“, dzisiaj tak niezbędnych meblach do siedzenia, ani razu najmniejszej nie napotykamy wzmianki; widocznie w owych czasach większej prostoty zastępowały je „ławy“.
Czy które z powyżej wymienionych sprzętów drewnianych do siedzenia dla ozdoby czemś nakrywano, n. p. powyżej wspomnianymi kobiercami i kilimami, jak to w dawnych czasach bywało w domach szlacheckich, gdzie ławy i stołki przykrywano suknem, albo obijano czarną lub szarą skórą cielęcą[785], w braku bliższych szczegółów na pewno twierdzić anie przeczytać nie można.

Poznawszy sprzęty najprostsze, ale tak dla mieszkańców, jak dla gościa w pokojach mieszkalnych najpotrzebniejsze, na których się siedziało, przechodzę do opisu tych, przy których się siedziało, a które zarazem służyły do stawiania i kładzenia na nich naczyń i przedmiotów najzupełniej różnorodnych: takimi sprzętami były stoły. Te były zawsze z drzewa, lecz co do gatunku tegoż, koloru, wielkości i kształtu były jak najrozmaitsze; przedewszystkiem trzeba tu rozróżnić, jak to czyniono już także w owych wiekach, stoły więcej wytworniejsze „roboty stolarskiej“ od stołów zwykłych, tylko hyblowanych, ale bez żadnego upiększenia, niewątpliwie jakiejś stałej lecz nieznanej nam wielkości, najtańszego gatunku drzewa (prawdopodobnie jodłowego), które wówczas powszechnie nazywano „proste“. Lecz i te nie były zawsze jednakowe, gdyż obok takich prostych znajdujemy także „z półskrzynkiem“[786], co niezawodnie znaczyło szufladę głęboką, lecz dochodzącą tylko do połowy długości lub szerokości stołu.
Co do gatunku drzewa, z jakiego stoły wyrabiano, to obok owych prostych czyli jodłowych, wymienione są tylko lipowe i dębowe[787], lecz czy ta okoliczność wpływała na wielkość lub kształt stołu, nie wspomniano nigdzie. — Co się zaś tyczy tego, jakiej bywały barwy, to znajdujemy albo „malowane“, jak ławy, zydle i stołki, jakimś rodzajem połyskującego pokostu, albo też niemalowane, które w takim razie bez względu na gatunek drzewa nazywano „białe“; z malowanych atoli przytoczone są jedynie w kolorze zielonym, coby może dowodziło, że taka barwa była najulubieńszą, albo że taka była moda, choć wiadomo nam skądinąd, że bywały malowane jak najrozmaiciej[788]. — Obok upiększenia stołów, jakiego szukano w ich malowaniu, również wielką wagę kładziono także na piękność fladrów (niem. Flader), w którym to wypadku takie stoły nazywano „fladrowe“[789], t. j. przyozdobione fladrem czyli odpowiadającem sobie z obu stron rozgałęzieniem żyłek, jakie znajdują się niekiedy w drzewie lub kamieniu; takie stoły, dla nadania im większego połysku, niezawodnie politerowano.
Że stoły bywały wielkości najrozmaitszej, żadnej wątpliwości podlegać nie może; dowodzą tego nie tylko nazwy „stół“ i demin. „stolik“, raz nawet znajdujemy wyraźny dodatek „maluśki“[790], ale jeszcze bardziej ich przeznaczenie. I tak stoły, przy których zasiadano do jedzenia, musiały być i były niezawodnie większe, aniżeli n. p. taki, który przystawiano do łóżka, albo przy którym zajmowano się szyciem i t. p. Jakoż rzeczywiście znajdujemy podane wymiary „3 łokcie wzdłuż, a 2 wszerz“, a inny raz „stolik łokciowy“, co niezawodnie znaczy: mający łokieć w kwadrat, lubo także jest bardzo możliwem, iż była tylko niejako normalna dla oszacowania wartości stołu.
Jak pod powyższymi względami, tak i co do kształtu niezawodnie były stoły jak najrozmaitsze, lecz szczupłe nasze źródła nie podają wcale bliższych szczegółów, czy obok zwyczajnych czworobocznych bywały także okrągłe, eliptyczne, rozsuwane, z klapami wiszącemi, dającemi się podnieść i przez to stół powiększyć i t. p. Tak samo nie mamy wiadomości, czy wyłącznie były o 4 nogach, czy bywały także o 3, o 2 osadzonych po obu bokach na szerszych podstawach, albo tylko o jednej nodze grubszej, umieszczonej w środku na szerokim postumencie lub rozszczepiającej się ku podłodze w kilka nóg mniejszych. Niewiadomo też, czy bywały także nogi toczone, czy tylko zawsze prostej roboty stolarskiej. Jedynie, czego się dowiadujemy, jest, że były stoły „składane“ i stoliki „nakształt szafki“[791], z których pierwsze oznaczają może takie, jakich do dziś dnia używają do gry w karty, albo też może owe powyżej wspomniane stoły z klapami; drugie zaś były to stoliki o 4 nogach z szufladą, zamykaną na wierzchu ukośnie blatem, który otworzywszy i spuściwszy poziomo, a oparłszy o nogę wysuwaną, osobno do tego przyprawioną, miało się wygodny stolik do pisania[792].
Przy nadzwyczaj wielkiej dogodności oraz różnorodnym użytku tych sprzętów, ażeby mogły także służy do schowania najrozmaitszych przedmiotów, jak się to dzieje i dzisiaj, zaopatrywano stoły szufladami (niem. „Schublade“), które znowu na ich zewnętrzny kształt wpływały, a wielkość i liczba tych szuflad bywała również rozmaita. Tak bywały szuflady płytsze, i to były szuflady właściwe, albo głębsze, które nazywano „skrzynkami“[793], a jeżeli dochodziły tylko do połowy stołu, jak to widzieliśmy powyżej, „półskrzynkami“; dalej bywały szuflady długości całego stołu albo znacznie krótsze, w tym ostatnim razie znowu znajdowała się albo tylko jedna, zwykle w środku, albo bywało ich po kilka, jak raz znajdujemy stół z 3 szufladami[794]; wreszcie szuflady bywały bez żadnego zamknięcia, albo zaopatrzone zameczkami na klucz zamykanymi, jakto w co dopiero przytoczonych 3 szufladach.
Jak szuflady do schowania, tak samo stoły, jak już wspomniałem poprzednio, służyły do kładzenia i stawiania na nich najróżnorodniejszych przedmiotów, zupełnie jak w czasach dzisiejszych; lecz jakie to były przedmioty, gdy źródła nasze w tym względzie zachowują zupełne milczenie, pozostanie zawsze tylko szerokiem polem domysłów. Jeden tylko przedmiot stawiany na stole zasługiwałby tutaj dla swej oryginalności na wspomnienie, a tym były kałamarze (włos. calamajo), w owych czasach wyrabiane z drzewa[795]. Stoły, jako sprzęty nadzwyczaj potrzebne i dogodne, natrafiamy też we wszystkich bez wyjątku ubikacyach mieszkalnych, tak frontowych jak indermachowych, w kuchniach, piekarniach, a nawet sklepach i sieniach[796], najmniej w komnatkach; najliczniej zaś w wielkich izbach i świednicach, w których jakiś wytworniejszy lub malowany stawiano może w środku, inne zaś w świetnicach przystawiano głównie do ściany, w izbie zaś umieszczano przeważnie w kącie, gdzie stykały się okalające ławy, a więc tylko z dwóch stron potrzeba było przystawić zydle lub stołki, aby rodzina wraz z czeladzią mogła spólnie zasiąść do obiadu i wieczerzy. — Stoły, nierównie prawdopodobniej niż ławy i ławki, nakrywano dla ozdoby kobiercami albo suknem w różne figury wyszywanem, a przynajmniej gładkiem czyli t. zw. dekami (niem. „Decke“), jak to raz czytamy o dwóch, które były koloru zielonego[797].

Dalszym rodzajem sprzętów były sprzęty służące na przechowanie rzeczy. Wprawdzie, jak widzieliśmy poprzednio, już szuflady stołowej używano do schowania najrozmaitszych drobniejszych, w powszedniem życiu niezbędnych przedmiotów, tak n. p. przy stołach jadalnych potrzebniej na codzień bielizny stołowej i łyżek, przy mniejszych stolikach zaś różnych przyborów do szycia, do pisania i t. p. Właściwymi jednak, a zarazem najstarożytniejszymi sprzętami, służącymi do przechowywania rzeczy rozmiarów większych, zajmujących więcej miejsca, jako to: szat, bielizny, oraz drogocennych przedmiotów, były skrzynie (od słowa „skryć“, a może z łac. „scrinium“). Te, począwszy od sąsieków na zboże, jakto raz znajdujemy taki na strychu[798], które właściwie niczem innem nie były jak wielkiemi otwartemi skrzyniami (jednak z desek czy z gontów: niewiadomo), aż do puzderek na pierścionki, a więc maleńkich skrzyneczek: były jak najrozmaitsze tak co do wielkości, kształtu i koloru, jak zwłaszcza co do roboty i materyału, co wszystko zależało od ich przeznaczenia, a stosownie do tego różne też nosiły nazwy. Tak źródła nasze statecznie rozróżniają nazwy: „skrzynia“, „skrzynka“, „skrzyneczka“, widocznie więc, że każda z tych była znacznie różnej wielkości i do czego innego była używaną, choć w tym względzie trudną nieraz była granica, a rozstrzygało głównie oko i przyzwyczajanie, a może także wartość ich roboty. To ostanie przypuszczenie zdaje się potwierdzać okoliczność, iż znajdujemy, że zarówno tę, która była długa na 3 łokcie, jak i taką co na 1 łokieć, jednakowo nazywano „skrzynią“[799].
Skrzynie, niekiedy zwane także „wielkie skrzynie“, jak również mniejsze ich formy, były bez wyjątku z drzewa, lecz z jakiego, nie powiedziano ani razu; kształt ich był niezawodnie taki sam, jaki se utrzymał do dziś dnia; co zaś do gatunku ich roboty, to rozróżniano „porządne“ od „prostych“[800]. Czy ten ostatni wzgląd wpływał także na ich zewnętrzną barwę: niewiadomo; wprawdzie znajdujemy skrzynie „malowane“, raz nawet powiedziano, że w kolorze „zielonym“, z tego jednak naturalny wniosek, że musiały być także i niemalowane. Ponieważ skrzynie służyły do celów najrozmaitszych, więc też od tego zależał także ubikacya, w której je umieszczano, choć pod tym względem wiadomości nasze są bardzo niedostateczne; tak skrzynie malowane, w których przechowywano szaty, bieliznę (jak wówczas mówiono: „białe chusty“), ale także płótno, mniejsze szkatuły, prasę do bawełnic, stały przeważnie w wielkiej izbie, lubo znajdujemy je także w sklepie[801]. — Osobny rodzaj skrzyń wielkich były t. zw. „posażne“[802], do których córkom idącym za mąż dawano „rzeczy wyprawne“, nie tylko „białe chusty“, ale niezawodnie także i wszelkie inne; czy skrzynie te po przeniesieniu się do męża stawiano w jakiej stancyi mieszkalnej, czy też może wynoszono na strych, przy braku wszelkich dokładniejszych wiadomości oznaczyć trudno. — Te dwa ostatnie rodzaje skrzyń jakto ze względu na ich przeznaczenie przechowania rzeczy kosztownych należałoby wnioskować, musiały być zamykane i zaopatrzone dobrem i mocnem zamknięciem, jednakże tylko raz jeden czytamy o skrzyni z zamkiem „dwufalowym“[803], (od fala, niem. Falle), to znaczy: „o dwu falach“ czyli „o dwóch zapadach“.
Obok powyższych, dowiadujemy się jeszcze o innych rodzajach skrzyń, które też, stosownie do swego przeznaczenia, w różnych znajdowały się ubikacyach. I tak skrzynie, na których rozkładano towary w kramach i podsieniach, nazywały się „kramne“ i chowano je w sklepie; skrzynie „jarzynne“, zwane inaczej także trumnice albo trumny (niem „Truhe“), tudzież „śpiżarne“ do chowania „legumin“, były to, jak już sama nazwa pokazuje, skrzynie długie a wązkie, i stały w komorze albo w sieni: wreszcie skrzynie „do sypania owsa“, stawiane gdzieś w indermachu[804].
Podobne całkiem do poprzednich, tylko mniejsze, były skrzynki, które jednak były także różnej wielkości, jak tego dowodzi wyraźny dodatek: skrzynka mała. Te służyły również do tego samego użytku, co i skrzynie, t. j. do chowania szat i bielizny, lecz jako od tych ostatnich mniejsze, przeważnie do schowania takich przedmiotów, których miano mniej, albo które potrzebowały mniej miejsca, jak: srebro, książki, pisma[805]; dlatego też znajdujemy ich w domach ówczesnych zawsze więcej i bardziej rozmaite, niż poprzednich. Skrzynki bywały nie tylko „malowane“, ale i „fladrowe“, „okowane“, ale i „bez stalicy“, co niezawodnie znaczy „bez okucia“; raz czytamy nawet o skrzynce „moskiewskiej roboty“[806], niewiadomo jednak, w czem jaka polegała różnica. — Oprócz powyższych skrzynek, z których niektóre dla większego bezpieczeństwa zamykano w sklepie, niektóre w zaniedbaniu stały w komorze na strychu, u większej części zaś miejsca ich przeznaczenia, w braku wyraźnej wzmianki, tylko domyślać się można, znajdujemy jeszcze skrzynki pośledniejsze, służące do robót gospodarskich, jak „do pieczenia chleba“, „rzezalną“, dlatego obie umieszczono w piekarni, oraz „wozową“, schowaną w sklepie.
Ostatnie wreszcie sprzęty tego gatunku były skrzyneczki, o których jednak wogóle wiadomości mamy bardzo szczupłe. Te były ze wszystkich przytoczonych najmniejsze, jedna nawet wyraźnie nazwa „mała“, to też służyła na schowanie srebra i stała w świetnicy. Od skrzyneczek drewnianych niezawodnie niewiele różniły się szkatułki (łac. „scatula“, niem. „Schachtel“), które wspominane bywają już częściej; te bywały „roboty pięknej“ z szufladkami, kolorowe, okowane, z zamkiem, pół łokcia w kwadrat, ale także i łokciowe, zwane szkatułami[807], widocznie więc przeznaczone do chowania kosztowności i dlatego także same chowane w skrzyni[808]; raz natrafiamy jedną w komorze na strychu, widocznie pustą. — Szkatułki wyrabiano jednak także z innych materyałów: i tak obok drewnianych znajdujemy „szklaną“[809], na owe czasy niezawodnie wielka rzadkość, prawdopodobnie służąca do schowania różnych drobiazgów niewieścich. W pewnym stopniu ze szkatułkami pokrewnemi były puszki; o takiej czytamy tylko raz jeden, a ta była „żelazna“ i służyła do przechowywania listów[810]. — Wreszcie był jeszcze osobny rodzaj niewielkich skrzynek płaskich, służących wyłącznie do przechowywania łyżek srebrnych, które to nazywano puzdra[811]. Te były z drzewa i składały się z dwóch mocnych płyt, dolnej grubszej a górnej cieńszej, połączonych z sobą zawiasami i zaopatrzonych zamkiem, z których w dolnej po wewnętrznej stronie były wykrojone zagłębienia na łyżki, a całe wnętrze obciągnięte skórą zamszową, zewnątrz zaś obite safianem: w takiem puzdrze znajdowało się zawsze tylko 12 łyżek. Na wzór tychże zrobione maleńkie skrzyneczki albo pudełeczka na pierścionki lub tylko na jeden, nazywały się puzderka[812].

Osobnymi sprzętami, służącymi do tego samego użytku co i skrzynie, były szafy (niem. „Schaff“, łac. „scapha“). Te, tak samo jak poprzednie, były z drzewa, właściwie bowiem były to także skrzynie, tylko znacznie wyższe, nieraz wyżej wzrostu człowieka, a mające drzwi podłużne od góry do dołu: to też w niektórych okolicach Niemiec do dziś dnia jedne i drugie nazywają się jednakowo („Kasten“). Ze względu jednak, że do nich nie potrzeba się było schylać, oraz dla nierównie większej wygody tak przy wkładaniu jakich przedmiotów lub zawieszaniu szat, jak przy wyjmowaniu rzeczy schowanych, spostrzegamy, iż od początku XVII. wieku szafy występują coraz liczniej i coraz bardziej wypierają skrzynie, zwłaszcza z pokojów mieszkalnych. Szafy bowiem miały w środku albo wieszadła, na których dały się zwieszać wszelkiego rodzaju szaty, albo też półki ustawione ponad sobą, na których znowu można było kłaść bieliznę, różne części odzieży i strojów, albo wszelkie inne przedmioty — lubo o tem nigdzie nie wspomniano słowem. Wprawdzie czytamy, że były szafy „malowane“, lecz nie mamy żadnej wyraźnej wiadomości, z jakiego bywały drzewa, czy znajdowały się także „fladrowe“ politerowane, czy upiększano je jakiemi ozdobami snycerskiemi lub wyrabiano w jakim stylu, co wszystko jest bardzo możebne — jedyne, o czem dowiadujemy się z bardzo szczupłych i niedokładnych notat, jest, że były bardzo rozmaitej wielkości, a więc i kształtu, i według tego też miały różne nazwy, jak „szafy“, „szafki“, „szafeczki“.
Szafy, niekiedy zwane także „wielkie“[813], służyły niezawodnie na futra, oraz inne szaty potrzebujące dużo miejsca, choć o tem milczą nasze źródła; ale, o czem już wiemy na pewno, jeszcze bardziej do chowania naczyń gospodarskich, jakiemi zwłaszcza były naczynia cynowe, dla których robiono odrębne szafy „proste“, zwykle o 3 przegrodach, zwanych wówczas „komorami“[814]. Osobnym rodzajem takich szaf wielkich była t. zw. służba, odpowiadająca zupełnie temu, co dzisiaj nazywamy „kredensem“, służyła bowiem do tego samego celu, t. j. do schowania wszelkiej zastawy potrzebnej do nakrycia stołu. Taka „służba“, jak czytamy, była na 5 łokci wysoka, a na 3 szeroka, bywała malowana i „roboty chędogiej“, to znaczy: wcale porządnej, ubikacyą zaś, w której ją stawiano, niewątpliwie wielka izba. — Inne znowu szafy służyły na przechowanie wiktuałów, wymagających więcej chłodu, jak na to naprowadza okoliczność, iż jedną taką znajdujemy raz w sieni[815]. Do tych ostatnich może należy tutaj zaliczyć osobny rodzaj sprzętu, służącego wyłącznie do przechowywania potraw i wiktuałów, a zastępującego śpiżarnię, jakim była t. zw. szafarnia. O tej czytamy tylko raz jeden[816], bez wszelkich bliższych szczegółów, nawet nie wiemy, gdzie była postawiona, lubo najprawdopodobniej w jakiemś miejscu chłodnem, t. j. w sieni lub komorze.
Szafy zaopatrywano niekiedy zamkiem, ażeby zaś nie zajmowały wiele miejsca, osadzano je w murze, w którym już przy budowie umyślnie robiono w tym celu framugi, jak to czasem bywało w sklepach;; ale ubikacyą, w której przeważnie szafy miały swoje umieszczenie, były kuchnie, tam znajdujemy ich po kilka, a raz nawet dokoła[817]; zdaje się jednak, iż to były szafy otwarte, bez drzwi, rodzaj półek piętrzystych, na których stały różne naczynia kuchenne, jak to bywa jeszcze po dziś dzień.
Niezawodnie całkiem podobne do szaf i do tego samego służące celu były szafki, z tą tylko różnicą, iż były mniejsze, raz nawet jedna wyraźnie nazwana „mała“[818]; czy miały drzwi o dwu skrzydłach czy tylko o jednem: niewiadomo. Szafki służyły głównie do postawienie w nich naczyń, stąd też taka zwała się „naczynna“[819] — albo do przechowywania wiktuałów, a w takim razie dla większego przystępu powietrza robiono we drzwiach otwory i zaopatrywano je kratą. Szafki również niekiedy bywały z zamkiem, i dlatego zwały się „zamczyste“, i tak samo niekiedy osadzano je w murze, ale najzwyklejszem miejscem ich umieszczenia była znowu kuchnia, gdzie bywało ich po kilka[820]. Jednakowoż znajdujemy ją także w komnacie, w izdebce indermachowej, tutaj w „kącie“, skąd nazwa jej „kątnia“[821], widocznie za stołem, przy którym rodzina zasiadała do jedzenia, aby każdej chwili mieć na poczekaniu potrzebne naczynie.
To samo niewątpliwie tyczy się także szafeczek, o których jeszcze szczuplejsze mamy wiadomości, gdyż wspomniano tylko, że znajdowały się w wielkiej izbie, jedna przy piecu, a druga w kącie za stołem[822], co byłoby tylko powtórzeniem tego, co powiedziano wyżej. — Pokrewne zupełnie z szafeczkami i niejako prostą odmianą tychże były półki, które od poprzednich różniły się tem tylko, iż nie miały dzwiczek i były całkiem otwarte: te znajdujemy w komorze, ale także w izbie[823], gdzie niezawodnie do tego samego służyły celu, co i szafeczki.

Ostatnim wreszcie sprzętem pokojów mieszkalnych, który wymieniają źródła nasze, były łóżka; te były zawsze drewniane, innych bowiem w owych czasach jeszcze wcale nie znano, lecz z jakiego wyrabiano je drzewa, tudzież czy gatunek tegoż wpływał jak na cenę, tak na ich większą wytworność, nie powiedziano wcale, jedynie z przytaczanych odmiennych nazw „łóżko“ i „łoże“ koniecznie wnioskować musimy, iż bywały różnej wielkości, a zwłaszcza szerokości. Łóżka, jak to wiadomo z „Pamiętników Henryka Gaetaniego[824] 1596 r.“, były w Polsce w owych czasach wogóle małe i wązkie, iż zaledwie w nich obrócić się było można, mimo to pod względem elegancyi musiała między niemi znaczna zachodzić różnica, skoro źródła nasze wyraźnie rozróżniają od innych całkiem prostych, łóżka „białe stolarskie“[825]. Te ostatnie bywały niekiedy wcale wspaniałe, miały po 6 nóg toczonych i były z poprągami[826], t. j. rozpiętymi na spodzie pasami, na których kładziono siennik i materac.
Łóżka uchodziły za meble, służące nie tylko do wygody na nocny spoczynek, ale i do ozdoby mieszkania, dlatego starano się o ich upiększenie i przyozdobienie tak od góry „firankami“, jak od dołu „płocikami“[827]. Co do firanek nie wiemy jednak wcale, z jakiej bywały materyi i jakiej barwy, czy tej samej co pokrycie na łóżko czy nie, czy były rozsuwane lub czy tworzyły rodzaj namiotu czyli „kotary“ nad łóżkiem; płocik albo płotek, była to zasłona dolna, okrywająca nogi łóżka od ziemi i otaczająca je dokoła[828]; z czego takie płociki zwykle robiono, nie podają źródła; te zaś, które znajdujemy raz jedyny, były „rąbkowe“, t. j. z cieniutkiego płótna przeźroczystego „z koronkami“. Również wnosząc z przytaczanych przy spisach pościeli kobierców, „kocyków“, „koców tureckich“[829] — te ostatnie były to tkaniny grube, na obie strony kosmate — których zawsze wymienionych bywa po dwa, prawdopodobnem jest bardzo, że i te służyły także do ozdabiania łóżek, a mianowicie, że jeden rozwieszano na ścianie ponad łóżkiem, drugi zaś kładziono przed niem na podłodze, zwłaszcza że wedle zwyczaju stawiano łóżka powszechnie całą długością do ściany. Możliwem jest również, że przed łóżkiem rozciągano także jaką skórę zwierzęcą, znajdujemy bowiem raz w spisie pościeli „stary szorczyk barani“[830], t. j. fartuch mały z baraniej skóry, który widocznie wskutek swego nadwątlenia został przeznaczony do tego użytku.
Łoża, jak już sama nazwa pokazuje, musiały być od poprzednich większe, a przedewszystkiem znacznie szersze, prawdopodobnie były to t. zw. łoża małżeńskie. O nich tyle tylko bliżej wiemy, że niekiedy, widocznie u spodu, miewały „szuflady“[831], służące niezawodnie na schowanie niektórych części pościeli, oraz że bywały „z firanką“ lub „z firankami“, a o tych ostatnich można tylko to samo powiedzieć, co poprzednio. Wiadomo również o łożach, że je stawiano przeważnie węższą stroną czyli głowami do ściany, a nogami aż na środek stancyi wysunięte. Właściwem miejscem na łoża i łóżka były komnaty i komnatki, ale znajdujemy je także w izdebkach indermachowych[832]. — Charakterystyczną jest rzeczą, że o tapczanach, najdawniejszym rodzaju sprzętów służących do spanie, nie wspomniano nigdzie.
Wreszcie dla uzupełnienia niniejszego opisu, dodać jeszcze należy o kolebkach dla maleńkich dzieci, które to sprzęty wówczas nazywano tak samo jak i dzisiaj. Te znajdujemy tylko z drzewa, choć niewiadomo z jakiego, roboty stolarskiej, malowane, z czego może wnioskowaćby należało, iż dzisiejsze plecione w owych czasach nie były jeszcze znane. Kolebek było dwa rodzaje: jedne zwane „zawiesiste“, dlatego, iż je widocznie zawieszano u powały i tak dzieci w powietrzu huśtano; te miewały u spodu szufladę, którą wówczas także nazywano „skrzynią“, niewątpliwie na schronienie bielizny lub pościeli dziecinnej. Drugie rodzaj kolebek były tak zwane „potoczyste“, to znaczy tyle co potaczające się, a więc widocznie służące do potaczania w nich dzieci, bądź to na wałkach bądź na kołach, a te były znacznie od poprzednich tańsze[833].

Do łóżek, jako konieczna i niezbędna część tychże, należała pościel, która jednak służyła nie tylko do osobistej wygody i poniekąd była miarą wymagań i wyobrażeń ówczesnych o zaspokojeniu potrzeb cielesnych na przeciąg prawie trzeciej części doby, t. j. prawie trzeciej części całego życia, ale także, podobnie jak ubiory i stroje, stawała się przedmiotem wykwintności i przepychu, a więc wyrazem większej lub mniejszej zamożności, tudzież estetycznego poczucia piękna w wystawności i przystrojeniu mieszkań. Jak owemi firankami, plecionkami, kobiercami ubierano i przyozdabiano łóżka, tak na pościel starano się dobierać materyi o ile możności delikatnych i kosztownych, przystrajając je, jakto zobaczymy niżej, jeszcze w różny sposób, a szukając wtem nie tylko osobistego zadowolenia, ale także niejako pewnej chluby, okazania domowego dostatku i dogodzenia familijnej dumie. Dlatego też, kiedy wszystkie inne sprzęty domowe odznaczały się przeważnie wielką prostotą i skromnością, pościel stanowiła, jak na owe czasy, pewien rodzaj zbytku i przedstawiała ważny artykuł majątku rodziny.
pościel, tak samo jak w czasach dzisiejszych, składała się z kilku części czyli sztuk, a mianowicie: a) z tych, któremi właściwie wyścielano łóżko czyli na których się leżało; b) które kładziono pod głowę; c) któremi się w czasie snu nakrywano.
Co do a). Najpierwszą czyli najspodniejszą była ta część pościeli, na której wszystkie inne rozścielano, a taką podściółką bywała może „słoma“ albo „siano“, ale najzwyklej siennik, chociaż dziwnym trafem o nim nie wspomniano ani razu. Z tego jednak bynajmniej nie należy wnioskować, iż go nie używano, a tem mniej iż go może nie znano, tylko widocznie jako rzeczy bardzo małej wartości (podobnie jak n. p. naczyń glinianych) w spisach inwentarskich nie umieszczano wcale, licząc go nie tyle do pościeli, jak raczej uważając za integralną część samego łóżka. — Na taki siennik kładziono niekiedy „materac“, ten okrywano grubszem „prześcieradłem konopnem“, na którem dopiero rozścielano „pierzynę“ t. zw. „spodnią“. Materac (włos. materasso) taki bywał z materyi „ćwilichowej“[834], wypchany sierścią; zważając jednak, iż wspomniany jest tylko raz jeden[835], nasuwa się konieczny wniosek, iż w owych czasach musiał być jeszcze bardzo rzadkim. Nierównie jest więc prawdopodobniejszem, że prześcieradło konopne kładziono już zaraz na siennik, na którym pośrednio rozścielano ową wspomnianą pierzynę spodnią.
Pierzyny były rozmaite tak co do wielkości, jako to: większe i mniejsze, które nazywano zdrobniale „pierzynkami“, jak jeszcze bardziej co do ich przeznaczenia, pod którym to względem rozróżniano „spodnie“ i „wierzchnie“. Jak już same te nazwy wskazują, pierwsze t. j. spodnie, które nas tutaj głównie obchodzą, służyły na podścielenie, na miękką podkładkę pod ciało osoby spoczywającej, zwłaszcza w łóżkach niewieścich, a różniły się do „wierzchnich“ tem, że były od tych znacznie większe, albowiem długości całego łóżka, tudzież że były gęściej i tężej wypchane, a zapewne także z jakiejś grubszej materyi płóciennej. Pierzyna więc taka spodnia składała się z dwóch części: niejako z worka długiego i dość szerokiego, który nazywał się „wsyp“ albo „wsypka“, oraz z tego, czem się go wypychało czyli co weń wsypywano, skąd też ta jego nazwa. Wsyp taki był prawdopodobnie zawsze z płótna, a wsypywano weń powszechnie grubsze „pierze“, skąd znowu nazwa pierzyny, ale także i suchy „mech“[836], co jednakże, jak się zdaje, zdarzało się tylko u mieszkańców uboższych i to w czasach dawniejszych; o takiej pierzynie „mechowej“ czytamy raz, że była „we 4 poły“, czyli że się składała z 4 wązkich sztuk ze sobą na wzdłuż spojonych. Być może, że wszystko, co tu powyżej o pierzynach spodnich powiedziano, tyczy się tylko łózek niewieścich, a mężczyźni zadowalali się twardszem posłaniem za sienniku, lubo czytamy, że nawet w pościeli „czeladnej“ znajdowała się także pierzyna spodnia[837].
Dla większej miękkości, jako też ażeby pierze nie przekłuwało się tak łatwo, wciągano na pierzynę spodnią, czyli powlekano ją niejako drugim workiem płóciennym, t. zw. powłoką albo poszwą, którą też z tego powodu nazywano „pierzynową“ albo też „na pierzynę“: takie poszwy bywały zawsze już z materyi lepszej, jak n. p. „drylichowe“[838], białe albo pstre[839].
Ostatnim kawałkiem pościeli, służącym do wyścielenia łóżka, było „prześcieradło“. Prześcieradła, których kształt, wielkość i przeznaczenie były takie same jak dzisiaj, rozróżniano, zupełnie jak płótna, głównie wedle materyału, z którego były utkane, a więc na „konopne“ i „lniane“. Konopne, jako prostsze, ordynarniejsze, zatem tańsze, służyły niezawodnie do nakrycia słomy, sienników albo też materaców; lniane zaś jako delikatniejsze, kosztowniejsze, do nakrycia pierzyny spodniej, a więc bezpośrednio pod osobę na tejże spoczywającą. Niekiedy jednak znajdujemy tylko gatunek jeden, n. p. same lniane[840], z czego możnaby słusznie wnosić, iż w niektórych domach, stosownie do zamożności, używano tylko jednego ich gatunku, szczegółowo wymienione znajdujemy jedynie: lniane białe i ćwilichowe pstre[841]. Oba wspomniane gatunki prześcieradeł starano się upiększać i ozdabiać w różny sposób: tak znajdujemy prześcieradła konopne „z czerką“[842], lanine „z listwami“, „z koronkami“, inne znowu (wprawdzie nie wymienione), lecz niezawodnie także lniane: „z forbotami“, „z czyrką i forbotem“[843], „czerwono obszywane“, „szyciem czarnem i czerwonem z koronkami“.
Co do b). Druga część pościeli była ta, którą kładziono pod głowę, a tą były poduszki i zagłówki, między którymi musiała koniecznie jakaś zachodzić różnica, skoro źródła nasze wymieniają je tuż obok siebie[844], lubo niewiadomo jaka; być może, iż zagłówki były mniejsze i odpowiadały naszym „jaśkom“. poduszki wielkością i kształtem były niezawodnie takie same, jak i dzisiaj, były więc zupełnie podobne do małych pierzynek i składały się, jak te, z „wsypek“ i pierza albo mchu; wsypki bywały lniane białe, ćwilichowe pstre, niekiedy obszywane po krajach lub z wpuszczaną kitajką czerwoną, a powszechnie wypychano je dość gęsto lepszem pierzem, chociaż znajdujemy także, lubo bardzo rzadko, poduszki „mchowe“[845]. Ile takich poduszek lub zagłówków kładziono pod głowę, nie powiedziano nigdzie, lubo wiadomo skądinąd, że do jednego łóżka czyli do t. zw. „pościeli“ (w ściśleszem znaczeniu tego słowa) należały zawsze 3 poduszki[846]; wogóle jednak miewano ich zawsze znaczniejszą liczbę (4—10), a w niektórych domach znajdujemy pościeli nawet sztuk 19[847]. — Od poduszek i zagłówków ściśle rozróżnić potrzeba t. zw. wezgłowia, należące również do działu pościeli służącej pod głowę; były one także rodzajem poduszek, niewiadomo jednak z czego i czem wypchanych, które od poprzednich różniły się głównie tem, iż służyły do podkładania, a więc że je kładziono nie bezpośrednio pod głowę, lecz pod poduszki, i dlatego też nazywano je wezgłowie „spodnie“[848]; być może, że odpowiadały dzisiejszym poduszkom wałkowatym lub klinowym.
Poduszki i zagłówki, tak samo jak i pierzyny, powlekano poszwami, które jednak dlatego, że były od poprzednich znacznie mniejsze, nazywano zdrobniale poszewkami albo powłóczkami, a nawet dla ściślejszego odróżnienia od pierzynowych, dodawano im przymiotnik „poduszczane“ albo „głowne“[849]. Poszewki, ponieważ bezpośrednio dotykały twarzy, były zawsze z płótna cieńszego i lepszego, jako to: lniane białe, ćwilichowe pstre, drylichowe pstre, a nadto upiększano je jeszcze bogaciej i zbytkowiej, aniżeli prześcieradła. Tak obok „prostych“ i „białem szyciem“ znajdujemy poszewki ozdabiane „czerwonem szyciem“ lub „obszywane czerwono“, „szyte czarnym i czerwonym jedwabiem“ (tych aż 19), „z czarnym jedwabiem i szychem“[850], „szyciem rzezanem“[851], „z forbotami“, „z listwami“, „z siatkami“, „z czerkami i forbotami“. Jaką zaś tej części pościeli starano się posiadać ilość, najlepszy dowód, iż w niektórych domach liczba poszewek dochodziła do 38[852].
Co do c). Ostatnią wreszcie częścią pościeli była ta, która służyła do nakrycia się, a tę stanowiły „pierzyny“ i „kołdry“. Pierzyny te, w przeciwstawieniu do podkładanych czyli służących do podścielania, stale nazywane „wierzchniemi“, musiały koniecznie różnić się czemś od „spodnich“, a ta różnica polegała wtem, iż były przeważnie mniejsze i dlatego zwykle nazywano je zdrobniale „pierzynkami“ albo „pierzynkami wierzchniemi“[853], tudzież iż były znacznie lżejsze, albowiem wypchane pierzem najcieńszem albo puchem: obok tych jednak znajdujemy także pierzynę „mchową“, podobnie jak owa spodnia „we 4 poły“. Jak powszechnem było używanie pierzyn do nakrycia, poucza okoliczność, iż nawet przy pościeli „czeladnej“ znajdowała się także pierzyna „wierzchna“[854]. — Pierzyny i pierzynki wierzchnie, tak samo jak poduszki, powlekano poszwami: że te były z materyi nierówne delikatniejszych i cieńszych, aniżeli owe, których używano na pierzyny spodnie, tudzież że je, podobnie jak podszewki poduszczane ozdabiano rozmaicie, wynika już z samej natury rzeczy; jednak z poszew znajdujemy tylko: lniane białe i ćwilichowe pstre, a co do ozdób, to: „obszywane czerwono“, oraz „czyrkę z forbotem“: tutaj może należą także poszewki „wielkie“ drylichowe sptre[855]. Poszwy pierzynowe były, tak samo jak poszewki i prześcieradła, częścią t. zw. „powłoki na pościel“[856] czyli co dzisiaj nazywamy bielizną na pościel, do której to „powłoki“ na jedno łóżko należały zawsze, oprócz płotka, 3 poszewki, 1 poszwa na pierzynę i 1 na prześcieradło[857].
Drugim rodzajem nakrycia się w łóżku była kołdra (wł. „coltre“), czy jednakże z tej nazwy włoskiej wnosić należy, iż dopiero od czasów rozwielmożnienia się wpływu włoskiego, t. j. od czasów przybycia królowej Bony kołdry zostały w Polsce zaprowadzone, na pewno twierdzić nie można. Wielkość ich bywała bardzo rozmaita, co zawsze zależało od wielkości łóżka: tak obok zwykłych znajdujemy kołdrę „dostatnią“, co widocznie oznaczało (przy odpowiedniej długości) kołdrę wcale szeroką, przeznaczoną niezawodnie do „łoża“. Kołdry, podobnie jak inne części pościeli, były także przedmiotem pewnego przepychu, dlatego też sadzono się, aby były jak najwytworniejsze i z materyi jak najkosztowniejszych: tak znajdujemy kitajczane[858] i atłasowe, przeważnie w kolorach żywych, jak z czerwonym i wiśniowym, ozdobione listwami atłasowemi innego koloru, zwykle zielonemi, a podszyte barchanem[859] także czerwonym. Lecz kołdry ozdabiano jeszcze i w inny sposób, znajdujemy bowiem także „fladrowate“[860], to znaczy niezawodnie: nakształt fladru przeszywane, iż przedstawiały podobieństwo do owych żyłkowatych rozgałęzień w drzewie, zwanych fladrem. Obok wymienionych był jeszcze osobny gatunek kołder, mianowicie „tureckie“, które tak jak tamtejsze koce i kilimy, należały do tak t. zw. „towarów tureckich“[861]: najprawdopodobniejszem jest jednak, iż kołdry te, również „przeszywane“, robione były zawsze w domu, a tylko wierzch, który przeważnie był z atłasu tureckiego[862], kupowano z zagranicy; wierzch taki bywał zwykle różnobarwny lub w rozmaite wzory upiększany, jak raz czytamy, że wzdłuż ciągnął się „pas pstry“[863]. — Czy jednak kołdry wogóle watowano i czem, t. j. czy między kosztownym wierzchem a podszewką, w miejsce jeszcze wówczas nieznanej waty bawełnianej, robiono podkład z czegoś innego, jak n. p. z wełny, niewiadomo wcale; w każdym razie kołdry służyły przeważnie za nakrycie w lecie, jak pierzyny niezawodnie były nakryciem na zimę.
Tak nam się przedstawia pościel w domach mieszczan sandeckich epoki ówczesnej, o ile z fragmentarycznych źródeł naszych obraz tejże zestawić się dało. W codziennem jednak używaniu i ściśleszem tego słowa znaczeniu pod wyrazem „pościel“ rozumiano wówczas powszechnie, jak to wiadomo z rejestrów rzeczy dawanych córkom na wyprawę[864], te tylko sztuki, które wyłącznie do jednego należały łóżka, a tę stanowiły zawsze obok płotka: pierzyna, 3 poduszki (wraz z poszw i poszewkami) i prześcieradło. Otóż te po wyspaniu się wyrównawszy i ułożywszy na płask wzdłuż całego łóżka, aby całkowitą przestrzeń zapełniły równo, rozpościerano na nie kołdrę, a wszystko przykrywano na dzień wedle możności bogatą „oponą czyli pokryciem na łóżko“[865], zwanem powszechnie także kołdrą na pościel, a tak przystrojone łóżko stawało się przyozdobieniem komnaty lub wogóle tej ubikacyi, w której się znajdowało. Takie kołdry „na pościel“ lub „na łóżko“ były niezawodnie także rozmaite, lecz tylko jeden raz znajdujemy dwie, z których o jednej powiedziano ogólnikowo, że była pstra, o drugiej zaś, że była adamaszkowa koloru „dzikiego“, to znaczy: żelaznego, i poszyta bachanem[866]. Czy kołdry te bywały z tych samych materyi i tego samego koloru co firanki lub kotary koło łóżek, jak w wielkich domach pańskich, w braku bliższych szczegółów na pewno powiedzieć nie można.
Najzwyklejszem miejscem dla pościeli były głównie łóżka, które, jak wiadomo z poprzedzającego, stawiano przeważnie w komnatach, ale także i w innych ubikacyach; obok tego znajdujemy, zwłaszcza w domach wdowich, iż po śmierci męża i opuszczeniu przez synów i córki zamężne domu rodzicielskiego, zbytnią poście przechowywano także w sklepie lub komorze na strychu[867]. Tutaj to związana czy w stos ułożona spoczywała, aż jej znowu potrzebowano, bądź to na wolnem powietrzu, bądź też zamknięta w jakiej skrzyni albo zapakowana w osobnym przechowku, wyłącznie na schowanie pościeli przeznaczonym, jakim był t. zw. tłumoki. Był to rodzaj dużego, niejako rozciętego wora, podobnego nieco do wielkiego lecz niezbyt wysokiego pudła, z materyi giętkiej i niebardzo twardej, którego wierzchnia pokrywa nakształt klapy dała się odwinąć, a po wpakowaniu pościeli nazad spuścić, poczem przymocowanymi rzemykami można było wszystko ściągnąć i zapiąć, albo silnymi postronkami zwinąć. Tłumoki takie wyrabiane były albo ze skóry podszytej płótnem, albo z grubego mocnego sukna, zwłaszcza falendyszu[868], w kolorach rozmaitych, a bywały większe lub mniejsze, co zależało od wielkości pościeli; przedewszystkiem zaś służyły w podróży na przechowanie pościeli, której, wedle świadectw ówczesnych, w drodze nie można było w Polsce dostać i musianoby inaczej spać na słomie lub na ziemi[869]. Te tłumoki, które źródła nasze przytaczają, były „skórzane“ i „białe“[870], co bez wątpienia znaczy: z białego sukna lub z białego falendyszu.

Cały powyższy opis podaje nam wedle możności wierny i dokładny obraz tak urządzenia mieszkań, jako też sprzętów domowych w Nowym Sączu w epoce Wazów, zwłaszcza jak te się wydawały przy blasku światła dziennego; lecz właśnie z ostatniej tej okoliczności wynika, iż dla całkowitego wykończenia tego obrazu pozostaje jeszcze dodać szczegół jeden, a mianowicie opisać, jaki był ówczesny sposób oświetlenia w porze wieczornej, oraz jakich do tego używano przedmiotów i sprzętów, aby tak w zupełności wyczerpnąć materyał niniejszego ustępu.

Pieczęć gwardyi narodowej sandeckiej z r. 1848.
Z Muzeum histor. przy archiwum miejsk. we Lwowie.

Pomijając kwestyę więcej ogólną, jak w owych czasach przy nieznajomości wynalazku zapałek robiono ogień, przypuścić koniecznie należy, iż, dla uniknienia połączonego z tem ogromnego mozołu, w każdym domu utrzymywano niejako wieczny ogień, czy to paląc ustawicznie w którejkolwiek ubikacyi mieszkalnej lamkę olejną prze wizerunkiem Chrystusa Pana lub jakim obrazem świętym (chociaż osobliwszym wypadkiem o tem ani razu nie wspomniano nigdzie), czy też może podsycając nieustannie zażewie w kuchni. Otóż kiedy zmrok wieczorny nie dozwalał już od tego ognia widzieć w stancyach, zapalano, niewątpliwie szczypami, przedmioty jedynie znane i do oświetlenia używane, jakimi były owe wspomniane „lampki olejne“ i „świece“, o innych bowiem niewiadomo wcale. Co do lampek, to źródła nasze wprawdzie tychże nie przytaczają wcale, lecz skoro już od dawna, jak to wiadomo skądinąd, służyły do służby i obrzędów kościelnych, wątpić bynajmniej nie można, iż używano ich także i w domach, gdzie je miewano albo z jakiego metalu, z wypalanej gliny, albo może i ze szkła nakształt prostych szklanek. — Drugim, najzwyklejszym przedmiotem służącym do oświetlenia, były świece; te były albo „łojowe“, albo „woskowe“, czyli „lane“, z których te ostatnie, lubo dające lepsze światło, lecz znacznie kosztowniejsze, używano nierównie rzadziej, n. p. przy jakich uroczystościach familijnych albo tylko w domach zamożniejszych, powszechnie zaś łojowe; jedne i drugie bywały rozmaitej długości jako też grubości, od czego też zależała ich cena, a przedewszystkiem czas, przez który dawały oświetlenie.

Jako sprzęty czy naczynia, w których świece osadzano czyli oprawiano, służyły wyłącznie t. zw. lichtarze (niem. Leuchter), które były jednak nader rozmaite tak pod względem materyału, jak wielkości, kształtu i użytku. Co się tyczy materyału, z jakiego je wyrabiano, to znajdujemy tylko „cynowe“, które przy ówczesnej wartości tego kruszcu niezawodnie odpowiadały dzisiejszym srebrnym, tudzież mosiężne czyli, jak wówczas mówiono „mosiądzowe“; te ostatnie, jako nierównie częściej przytaczane, musiały też być daleko więcej w powszechnem użyciu. Co do wielkości trzeba przedewszystkiem rozróżnić lichtarze zwykłe, stojące, od zawieszanych u powały, które także nazywano „lichtarzami“, lecz z wyraźnym dodatkiem „wielkie“ albo także „zawiesiste“. Lecz i lichtarze zwykłe nie były zawsze jednakowe, bywały bowiem większe i mniejsze, które z tego względu nazywano też zdrobniałe „lichtarzykami“[871]; następnie znajdujemy obok najpowszechniejszych, służących tylko na jedną świecę czyli t. zw. „pojedynkowych“, lichtarze dwuramienne, inaczej zwane także „o dwu rurkach“[872]: widocznie rodzaj kandelabrów o 2 ramionach całkiem prostych i cienkich; jedyny taki przytoczony był „cynowy“. Obok powyższych różnic możebnem, a nawet prawdopodobnem jest bardzo, że lichtarze zwykłe odróżniały się od siebie także jeszcze i pod innymi względami, a mianowicie wyrobem, kształtem podstawy, prostszem lub więcej artystycznem wykonaniem, chociaż dowodów na to nie znajdujemy żadnych. — Że na oświetlenie wieczorne wcale wielką kładziono wagę i nie skąpiąc na świece wydatku, prawdopodobnie oświetlano więcej ubikacyi, dowodzi stosunkowo dość znaczna liczba lichtarzy pojedynkowych, jaką w niektórych domach posiadano, a która niekiedy dochodziła do 10[873]. Co się tyczy ubikacyi, w której lichtarze za dnia stawiano, to nie mamy wymienionej żadnej, lecz prawdopodobnie znajdowały się we wszystkich, gdzie na dzień ustawiano je na stołach lub na szafach, a połyskiem swym rozweselając oko, także za pewną służyły ozdobę.
Lecz jeszcze większą ozdobą był drugi gatunek lichtarzy, t. j. owe powyżej wspomniane lichtarze wielkie zawiesiste; te bez wyjątku były z mosiądzu, a jak już same wskazują przydomki, od poprzednich nierównie większe i wiszące u powały[874]: a więc wyraźnie wielkie świeczniki pokojowe, to co dzisiaj nazywamy „pająkami“; lecz oprócz tego różniły się jeszcze od owych zwykłych także zupełnie kształtem i użytkiem. A mianowicie, taki „lichtarz zawiesisty“, jakto raz o jednym wyraźnie czytamy, że był „zupełny“, „z wszystkiemi jego prznależytościami[875], składał się z wielu części, widocznie śrubami lub w inny jaki sposób ze sobą pospajanych. Z tych części składowych dadzą się jednak przedewszystkiem rozróżnić dwie główne: a) właściwy słupek czyli korpus lichtarza, od zwykłych znacznie większy i masywniejszy, bardzo często pękaty, lecz wogóle rozmaitego kształtu; tudzież b) rozchodzące się z niego ramiona, które w równych od siebie odstępach na wszystkie strony wystawały, a których zawsze znajdujemy pod 6. — Ramiona te bywały także różne co do kształtu, jako to: proste i cienkie, które też z tego powodu, jak w owych kandelabrach, nazywano „rurkami“, albo zakrzywione i wygięte w kształcie litery S, i dlatego też nazywane „esami“[876]. W ramionach tych znajdowały się w górnym rogu zagłębienia, zupełnie jak w lichtarzach pojedynkowych, służące do wyprawienia świec, które wszystkie zapalone, nie miały zadania, jak świeca w zwykłym lichtarzu, oświecić tylko część stołu, przy którym pracowano, lecz oświecały całą stancyę, lubo niewiadomo, czy tylko w dni świąteczne albo jakiej zabawy i uroczystości familijnej, czy też może także podczas każdej wieczerzy codziennej. Do tego dodać należy jeszcze tę uwagę, iż lichtarze zawiesiste bynajmniej nie dały się postawić na stole, tylko wisiały na łańcuszku lub na sztabie metalowej u powały w środku stancyi mieszkalnej. Ubikacyą zaś tą, w której takie świeczniki znajdujemy zawieszone, była wielka izba, stąd też lichtarze zawiesiste nazywano także inaczej „izdebnymi“ albo „do izby“. Raz tylko znajdujemy wyjątkowo taki lichtarz zawiesisty w komnacie, ale z wyraźnem dodatkiem „do izby“, z czego koniecznie wnioskowaćby należało, że do innych ubikacyi albo dawano świeczniki innego rodzaju, albo też w nich wcale nie zawieszano żadnych, a powyżej opisanych używano wyłącznie tylko w izbach — lubo tego z niezachwianą pewnością twierdzić nie można.

C). Przedmioty do upiększania mieszkań

Jeżeli lichtarze, zwłaszcza „zawiesiste“, które przecież głównie służyły do oświetlania pokojów, a więc jako takie w pierwszym rzędzie należały do „sprzętów“, już także uchodziły za ozdobę mieszkań, to znajdowały się w tychże jeszcze różne inne przedmioty, stanowiące wyłącznie tylko samą ozdobę i przystrój mieszkania, a temi były przedewszystkiem takie, które stały w jak najściślejszej łączności z nastrojem religijnym i duchem nabożności, jaki był najbardziej wybitną i charakterystyczną cechą epoki ówczesnej — całkiem podobnie, jak między wspomnianymi powyżej obrazami, zdobiącymi ściany stancyi mieszkalnych, największa ich część niewątpliwie była także treści religijnej.
Między takiemi ozdobami pierwsze miejsce zajmują symbole męki i śmierci Zbawiciela, t. j. krzyże i krucyfiksy. Te znajdujemy stosunkowo bardzo rzadko i nieliczne, prawdopodobnie dlatego, iż będąc przeważnie z drogiego kruszcu, bywały w posiadaniu może tylko rodzin zamożniejszych. I tak krzyż, który źródła nasze wymieniają, był rzeczywiście „srebrny“[877] i zapewne wisiał na ścianie, lecz w jakiej ubikacyi, powiedzianem nie jest, choć najprawdopodobniej nad łóżkiem w komnacie. W tym samym domu znajdujemy także wymieniony krucyfiks, który był przymocowany na niewielkim postumencie, mającym kształt trójściennej piramidki stojącej na 3 kulkach, czyli tak nazwanych „gałeczkach“: ten również był ze srebra, a służył niewątpliwie do postawienia na stole, albo na szafce lecz w której ubikacyi, nie wspomniano również.
Dalszemi ozdobami, mającemi także znaczenie i charakter religijny, były kociołki do święconej wody; te były niezawodnie zawsze „miedziane“, jakto raz wyraźnie czytamy[878], lecz jakiej wielkości, czy różniły się od siebie kształtem, oraz gdzie je umieszczano: czy w izbie obok drzwi na ścianie, czy gdzieindziej, niewiadomo wcale.
Wreszcie ostatnimi przedmiotami tej kategoryi, jakie jeszcze znajdujemy, były t. zw. pacierze czyli duże paciorki nawleczone na mocny sznureczek lub w inny sposób ze sobą spojone, służące do odmawiania pacierzy (od których też tak nazwane) lub innych modlitw, a więc niewątpliwie to to samo, co dzisiaj nazywamy „koronkami“ i „różańcami“. Te bywały, jak wyraźnie źródła nasze nadmieniają, „rozmaite“[879], niezawodnie tak co do kształtu, wielkości, jak i materyału, z jakiego je wyrabiano, lecz bliższych szczegółów pod tym względem nie mamy żadnych. Pomienione „pacierze“ ozdabiano także, a mianowicie podobnie jak jeszcze i dzisiaj, medalikami, a jak wówczas mówiono „obrazkami“ srebrnymi z wizerunkiem jakiego Swiętego lub Świętej, do których z takimi „pacierzami“ w ręku o wstawienie się do Boga zasyłano modły, zwłaszcza wieczorem kladąc się spać i rano po wstaniu z łóżka; dlatego też ubikacyą, w której je znajdujemy, była komnatka[880].
Od powyższych „pacierzy“ jak najzupełniej odróżnić należy pacierze piżmowe: były to gałki wonne do noszenia przy sobie dla woni, rodzaj dzisiejszych perfum, noszonych i używanych niezawodnie wyłącznie tylko przez niewiasty; lecz czy one tworzyły także jaki rodzaj ozdoby którejś ubikacyi, lub czy może były raczej jakimś środkiem orzeźwiającym, sanitarnym, w braku bliższych szczegółów trudno na pewno orzec; uderzającą tylko jest znaczna ich liczba (76), jaką w jednym domu natrafiamy[881].

Jeżeli powyżej opisane przedmioty, ozdabiające pokoje mieszkalne, były wypływem nabożności i miały zaspokajać jedną stronę duchowej natury człowieka, t. j. stronę religijną, to obok nich znajdujemy jeszcze takie, które odpowiadały znowu innej stronie duchowości człowieka, a mianowicie chęci zaspokojenia pragnienia i wzbogacenia wiedzy, a przedmiotami do tego służącymi i pod tym względem tworzącymi całkiem odrębny rodzaj ozdoby mieszkania były książki. Już z poprzedniego przedstawienia (§. 4.) wiadomo, że mieszkańcy Nowego Sącza, przy ówczesnych prostaczych stosunkach i troskach o utrzymanie siebie i rodziny, wcale niewiele mieli sposobności i czasu do oddawania się naukom i kształcenia się czytaniem książek; mimo to kilkakroć znajdujemy ich po kilkanaście, a więc może nawet więcej, aniżeli się spodziewać można, a przed pożarem 1611 r. bywało ich niewątpliwie jeszcze więcej i częściej[882]. Książki te, świadczące najlepiej o potrzebach naukowych i kierunku umysłowych ich właścicieli, są treści rozmaitej i pisane w różnych językach: tak raz znajdujemy 13 ksiąg medycznych, z których 11 w języku łacińskim[883]; inny raz ksiąg 17 treści rozmaitej, przeważnie jednak także medycznych, z tych 3 łacińskie, 5 niemieckich, reszta zaś polskie, a oprócz tych wszystkich jeszcze 5 „rejestrowych“, to znaczy ksiąg rachunkowych kupieckich[884]; a znowu inny raz ksiąg 19, z których 5 treści religijnej, w języku polskim, o innych zaś tylko powiedziano: „różnych“ 14[885]. Gdzie książki takie ustawiano, czy była dla nich przeznaczona wyłącznie ubikacya, czy może miały swoją osobną szafę lub czy raczej tylko oparte o ścianę stały na listwie albo na stole: nie powiedziano nigdzie, tylko tyle dowiadujemy się, że w jednym domu po śmierci właściciela spoczywały w skrzynce w komorze na strychu[886], a niezawodnie i w innych tego samego doznały losu[887].
Z przytoczonych ksiąg „rejestrowych“ śmiało wnioskować możemy, że mieszczanie ówcześni, więcej aniżeliby dzisiaj tego domniemywać się można, zajmowali się pisaniem, i to nie tylko rachunków kupieckich i gospodarskich, ale także prowadzeniem pamiętników, poświęconych zdarzeniom familijnym, jako też i miejskim, coby tylko świadczyło o ich intelligencyi, obudzonej udziałem w życiu publicznem, oraz wyższem zainteresowaniu się sprawami miasta. Tak obok siąg wspomnianych znajdujemy jeszcze zapiski, a jak wówczas mówiono, „spiski“ Gandolfiego, po jego śmierci pochowane do skrzynki i zamknięte w sklepie[888]; do tej samej kategoryi zaliczyćby należało tylokrotnie wspomniany, dla naszych badań tak nieoceniony „Dyaryusz Tymowskiego“. Jaką ważność do takich pism już wówczas przywiązywano, najlepszy dowód, że nawet listy chowano w puszce żelaznej[889]. Jakaż nieodżałowana strata, że wszystkie te świadectwa przeszłości nie doszły rąk naszych!

Ostatnim wreszcie przedmiotem, używanym także za szczególny rodzaj ozdoby, którą wnętrza ówczesnych mieszkań Nowego Sącza posiadały, a jaką tylko domy niewielu miast polskich poszczycić się mogły, była broń albo, jak wówczas także powszechnie z łacińska nazywano, armata — służąca właściwie do obrony miasta, a przechowywana w domach prywatnych wskutek wojskowej organizacyi całego mieszczaństwa i jego obowiązku pełnienia w razie niebezpieczeństwa służby wojennej[890]. Gatunki tej broni, które źródła nasze w domach mieszczańskich przytaczają, były wcale liczne i dadzą się podzielić na 4 rodzaje, a mianowicie: a) na broń palną; b) broń pociskową; c) broń do pchnięcia, i d) broń sieczną.
a) Broń palna, jako dalekonośna i najskuteczniejsza, jest też (obok siecznej) najliczniej reprezentowaną i znajdujemy jej aż 7 gatunków. Pierwsze miejsce co do liczby zajmuje muszkiet (wł. moschetto), była to strzelba podobna do piechotnej broni, ale większa, używana do baszt i murów fortecznych, stąd też także niekiedy nazywany „murowy“[891]; muszkiety bywały dwojakie: „z zamkiem“, jakto raz o jednym wyraźnie czytamy, z czego też oczywisty wniosek, iż musiały być także inne „bez zamka“. — 2) Pułhak był to także gatunek muszkietu spiżowego, lecz mniejszego kalibru, służący głównie dla miejskich ludzi, strzelba huczliwa, dlatego też także nazywana inaczej „bombarda“, choć ta ostatnia nazwa w spisach naszych nie przychodzi nigdzie. Pułhaków znajdujemy niekiedy u jednego właściciela pod kilka (aż 4), a między nimi takie, które już w r. 1636 uchodziły za „staroświeckie“[892]. — 3) Samopał albo kobyła, jak wyraźnie obie te nazwy przytacza jeden z inwentarzy[893], była to strzelba duża, długa, lecz należąca już do dawnych gatunków broni palnej; tych także miewano po kilka (2). — 4) Rusznica także „rucznica“ (od „ręka“; horw. „orusznica“) był to rodzaj ręcznej strzelby z większym otworem, bez krzosu; tych znajdujemy dwa gatunki, a mianowicie: rusznica zwykła, wojskowa; a drugi: rusznica myśliwska na ptaki, dlatego także nazywana „ptasia“ lub „ptasza“. — 5) Krzoska, była to natomiast strzelba krzesząca czyli z krzesiwem, z zamkiem; tych znajdujemy także w jednym domu po kilka (2), ale dziwnym trafem „bez zamków“[894], a więc widocznie zepsute. — 6) Karabin (wł. carabino), tak nazywała się zwyczajna broń kawaleryjska, znacznie krótsza od piechotnej: stąd też pochodzi, że znajdujemy ich niekiedy po parze[895], niezawodnie dla przymocowania ich po obu bokach konia. — 7) Pistolet, krótka ręczna strzelba, wówczas jednak znacznie dłuższa od dzisiejszych; tych miewano także niekiedy po kilka (3).
Tak karabiny, jak i pistolety znajdują się czasem przytoczone wraz z należącemi do nich „olstrami“ (d. sas. Holster), t. j. skórzanymi futerałami, które przeważnie jednak służyły dla jeźdźca do przymocowania ich obok siodła do konia. Olstra takie niezawsze bywały jednakowe i w XVII. wieku znacznie musiały się różnić od dawniejszych, skoro w r. 1600 znajdujemy takie, które już wówczas nazywały się „staroświeckie“[896].
Podobnie jak olstra przy karabinach i pistoletach, tak przy innych gatunkach broni palnej znajdujemy, i to stosunkowo dość często, należące także do niej przybory, jakimi były: „ładownice“, „amelie“ i „prochownice“. Ładownica była to puszka na ładunki czyli naboje, zwykle z twardej skóry, kształtu takiego, jaki się utrzymał do najnowszych czasów (aż do zaprowadzenia bronie odtylcowej), koloru przeważnie czarnego, ale także czerwonego[897], a prawdopodobnie i innych, noszona na plecach na szerokim rzemieniu. Ale i ładownice stawały się nieraz przedmiotem przepychu, obok zwykłych, bywały także zabytkowe, powleczone czarnym aksamitem, przyozdobione srebrnemi „czętkami“[898], a zamiast pasów rzemiennych do przewieszenia, z jedwabnymi sznurami. Ładownice ówczesne bywały widocznie do otworzenia i zamykania, czytamy bowiem, iż do nich często należał „klucz“, lecz jakiego tenże był kształtu, oraz jakiego rodzaju było to zamknięcie ładownicy, niewiadomo wcale. — Amelia[899] jak wyglądała i co właściwie oznaczała, wyjaśnionem nie jest. Wnioskując z tego, iż jest wyraźnie tuż obok ładownicy wymienioną[900], musiała być coś zupełnie od tejże odrębnego; mimo to prawdopodobnie był z ładownicą całkiem pokrewną, tego samego kształtu i przeznaczenia, jak tamta do otwierania i zamykania, tylko, jak się zdaje, znacznie mniejsza i z blachy metalowej. Amelie, zupełnie jak ładownice, obok swego praktycznego użytku, służyły także za przedmiot ozdobny i zbytku: tak znajdujemy jedną, która była ozdobiona 18 brajcarami srebrnymi, z zamklem i przęczką o 7 dziurach srebrnych[901]. — Prochownica była to puszka lub naczynie na proch ruśniczy, lecz z jakiego materyału: z rogu, z blachy, czy kościana, oraz jakiego kształtu: flaszki czy rogu, nie wspomniano wcale.
b) Broń pociskowa, jako zabytek z dawnych wieków, jeszcze przed wynalazkiem prochu strzelniczego, wobec palnej, na daleką odległość noszącej nierównie mniej skuteczna, natrafia się w naszych spisach nierównie rzadziej niż palna, i była w epoce, którą się zajmujemy, rzeczywiście już tak rzadką, iż właściwie znajdujemy tylko jeden jej gatunek, t. j. „kuszę“. Kusza (łac. arcuballista; niem. Armbrust) było to narzędzie do ciskania grotów (bełtów) na sprężynie i składało się z kilku części, a mianowicie: z obłąka, który był z żelaza lub ze stali; z cięciwy ze sznura lub z kręconego rzemienia; tudzież z cyngla nakształt tego, jakiego używano do strzelby. Strzała przez nią ciskana na nieprzyjaciela była krótsza niż do łuku. — Oprócz kuszy znajdujemy jeszcze 5 gatunków broni, służącej raczej do uderzenia, aniżeli do ciskania, a jeżeli do tegoż, to chyba tylko na nader małą odległość, a tymi były następujące:
1) Buława (z tatar.) była to krótka laska metalowa, po obu końcach pękata; ta którą źródła nasze przytaczają, była „ze srebrem na końcu“ czyli widocznie na końcu okuta srebrem; po śmierci właściciela usunięta do sklepu[902]. — 2) Buzdygan (z tatar.), zwykle była to broń ze stali w kształcie gruszki, na krótkiem drzewcu osadzona; ten jednakże, który znajdujemy przytoczony, był cały z żelaza[903]. — 3) Siekiera, o tej nie ma bliżej nic powiedzianego, prawdopodobnie była taka sama, jakie się utrzymały do dziś dnia. — 4) Kosturek pierwotnie i właściwie oznaczał „laskę kościaną“, później wogóle tyle co „kij“, zwłaszcza „żelazny okuty“; ten, który między naszymi rodzajami broni jest wyliczony, był cały „żelazny“[904]. — 5) Rohatyna był to mała włócznia z szerokiego a mocnego żelaza, do ciskania na nieprzyjaciela; ta, którą źródła wymieniają, musiała być jeszcze mniejsza i dlatego nazwana zdrobniale „rohatynką“, była „bez drzewa“, to znaczy: bez drzewca[905], a więc tylko sam grot.
c) Broń do pchnięcia, wymagająca już starcia się wręcz z blizka z nieprzyjacielem, była tak samo jak poprzednia znacznie rzadszą od palnej, to też znajdujemy jej tylko kilka gatunków i zaledwie kilka egzemplarzy: 1) Darda (wł. dardo), rodzaj włóczni lub dzidy, o której tyle tylko wiadomo, że bywała noszoną przez dziesiętników. — 2) Tulich (niem. Dolch), rodzaj sztyletu wyłącznie w Niemczech używanego, dlatego też nazywany „niemiecki“[906]. — 3) Kosperd, również zwany „niemiecki“, była to jakaś broń wówczas używana w Niemczech, której właściwego znaczenia, pomimo wszelkich poszukiwań, nie udało mi się wyjaśnić, lecz jak druga połowa wyrazu („perd“ przemiana z „barte“ = topór) niechybnie wskazuje, widocznie jakiś gatunek „bardysza“. — 4) Koncerz, tak nazywała się włócznia turecka, kopia długa, którą wręcz z blizka w bitwie na siebie uderzano, — ale także „miecz“ dawnego gatunku, prosty a szeroki, który przywiązywano do kulbaki na lewej stronie pod udem jeźdźca: tak iż w obecnym wypadku właściwie niewiadomo, czy koncerz tytaj przytoczony[907] zaliczyć należy do kategoryi niniejszej, czy też do następnej.
d) Broń sieczna: obok powyższego problematycznego „koncerza“, jako do tejże należący, wymienionym jest tylko jeden gatunek, a takim był miecz (skand. moecir, niem. Messer): ten od poprzedniego różnił się niezawodnie pewną stałą szerokością i długością, która atoli nie jest oznaczoną bliżej, zato dowiadujemy się, że był „z taszkami“[908], t. j. z pokrywkami na swej rękojeści. Natomiast inne bardzo często przytaczane gatunki broni siecznej, jako to: pałasze, kordy, multany i szble, które zawsze noszono przy boku u pasa, a więc nie stanowiły ozdoby mieszkań, lecz właściwie były „strojem męskim“, jako do tegoż należące, w dotyczącym też ustępie (a raczej obszerniejszej rozprawie) znajdą swój bliższy i szczegółowy opis.
Do całkowitego uzbrojenia, oprócz wszystkich powyższych gatunków broni, należała jeszcze jako ochrona człowieka, a więc niejako ich dopełnienie, także i „zbroja“. Zbroja składała się z „szyszaka“, „pancerza“ i „blachownic“ (t. j. blachy na piersi czyli „kirysa“), lecz z tego wszystkiego znajdujemy raz zbroję „starą niezupełną“, a więc której coś brakowało, czyli tylko niektóre jej części, a te po śmierci właściciela istniały nadal w komorze na strychu[909]; drugi raz zaś tylko sam „pancerz“ (inaczej zwany także „kolczugą“, iż był „z kolców“ czyli z kółek), który znowu był „zardzewiały“[910]. — Gdzie te wszystkie ozdoby wojenne były umieszczone, którą zdobiły ubikacyę, czy wedle dzisiejszego zwyczaju wisiały nad łóżkiem właściciela w komnacie, czy może miały dla siebie jaką własną szafę, lub czy to tylko stały gdzie w kącie: w braku wszelkich bliższych wiadomości, pozostać musi tylko domysłem. — Zbroi pancerzowej zupełnej znajdowało się niemało w cekauzach baszt miejskich[911].

Reasumując cały powyższy opis, obszerność i urządzenie mieszkań Nowego Sącza, ich ozdoby, ilość i jakość sprzętów, które nie były tak wcale zbyt proste, przychodzimy do wniosku, że te co do wykwintności i dostatku nie mogą wprawdzie równać się z wnętrzami ówczesnych domów Krakowa, szybko wzrastającej Warszawy lub kilku innych większych miast polskich. Lecz z drugiej strony koniecznie przyznać należy, iż w porównaniu z domami i mieszkaniami szlacheckiemi, w których wedle słów Gołębiowskiego „aż do końca panowania Sobieskiego, wyjąwszy domy bogaczów, kilka stołków drewnianych, dwie deski pokryte siennikiem, jedynym były sprzętem osób mierniejszego stanu, a nawet dość majętnych“[912], stancye mieszkalne i pokoje mieszczan sandeckich należałby nazwać wprost wspaniałymi. Nie dziw przeto, że, jak gdzieindziej, tak i tutaj wzbudzać musiały i wywoływały zazdrość szlachty, jaka objawiała się w owych nieprzychylnych dla rozwoju mieszczaństwa „ustawach cen“, „taksach“ i uchwałach sejmowych przeciwko zbytkowi.






Rozdział  X.
Obyczaje.

W poprzednich rozdziałach mieliśmy wielekrotnie sposobność poznać kilka dodatnich rysów charakteru i przymiotów naszego mieszczaństwa, objawiających się w życiu publicznem, jakim były: miłość ojczystego grodu, duch ofiarności, a przedewszystkiem poczucie godności osobistej, wypływające z wolnych instytucyi i z udziału w sprawach i zajęciach publicznych. Rozdział ostatni roztoczył nam obraz życia domowego naszego mieszczaństwa, zwłaszcza w jego stosunkach rodzinnych, wychowaniu dzieci, zatrudnieniach codziennych, mających na celu utrzymanie siebie i rodziny, a więc w owej ciężkiej walce o byt i usiłowaniach przeboju przez wszystkie te trudy i mozoły, z którymi ta walka jest połączona. Poznaliśmy także ich pracowitość, zapobiegliwość gospodarczą, oszczędność, owo zadowalanie się swym losem i przestawanie na małem, ową prostotę i skromność w urządzaniu mieszkań, która jedynie ustawała i przemieniała się w zbytek, gdy szło o przystrojenie własnego ciała, o przepych w ubiorach. I czyż mamy koniecznie potępiać tę ich słabość, tę chęć strojenia się, która może jedyną stanowiła osłodę w ich doli i ciężkiej ich pracy?
W tej pracy i troskach codziennych wpływało ich życie, nie znające tych licznych rozrywek i przyjemności czasów dzisiejszych, które wówczas przeważnie zastępował Kościół ze swoimi wspaniałymi obrzędami służby Bożej. To też nabożność, bogobojność, głęboka wiara i cześć dla duchowieństwa stanowią pierwszą i najgłówniejszą cechę charakteru i obyczajów ówczesnego mieszczaństwa. Z tego to ducha religijnego pochodziło, jak widzieliśmy, iż wszystkie uroczystości i ważniejsze zebrania cechowe rozpoczynano od wspólnej mszy wotywnej, że niektóre cechy za zmarłych swych braci co kwartał odprawiały nabożeństwa żałobne[913], że kapelan w kollegiacie i kaznodzieja cechowy otrzymywali stałe płace roczne. Z tego ducha pochodziły te wszystkie inwokacye i pobożne westchnienia, a nawet modły do Boga i Najśw. Maryi Panny o zwycięstwo dla króla węgierskiego nad Turkiem, „tym nieprzyjacielem kościoła chrześcijańskiego“, któremi wśród rachunków kupieckich zapełniony jest dyaryusz Tymowskiego. Z tego ducha wreszcie płynęły owe testamenta, jak Jana Obłąka i innych zmarłych na morowe powietrze 1652 r.[914], oraz znaczne zapisy dla kościołów i klasztorów, które tak często napotykamy w ówczesnych testamentach, czyli rozporządzeniach ostatniej woli.
Tym samym duchem religijności tchnęły różne ustawy cechowe, których tendencyą było przedewszystkiem uobyczajenie: a więc podniesienie i utrzymanie moralności, szacunku dla starszych, wzajemnej zgody i pomagania sobie, obudzenie poczucia honoru i godności tak własnej, jak i całego stanu, tudzież hamowanie chciwości. I tak widzieliśmy już poprzednio, że ożenienie się w niektórych przepisach cechowych było jednym z głównych warunków przyjęcia do grona braci. I stąd to owa kara, jaką Jan Kitlica, rzeźnik, musiał ponieść zato, że się nie żeni, mianowicie zapłacić beczkę piwa, którą mu żartem nałożyli na jednej schadzce bracia cechowi[915], a burmistrz potwierdził (1632 r.). Lecz i w innych kierunkach starały się owe ustawy cechowe o utwierdzenie i podniesienie moralności, zwłaszcza występując z całą surowością przeciw namiętności gry przez zakazy i kary, nakładane za grę w kostki lub karty mistrzów ze sobą, gdyby przytem powstała zwada lub, co gorzej, gdyby który na grę zastawiał z siebie odzienie; tudzież za dawanie złego przykładu młodszym i podwładnym, t. j. gdyby mistrz grał w kostki lub karty z towarzyszem, a tem bardziej z uczniem. Jeszcze wyższą tandencyą moralną tchnie zakaz cechu rzeźniczego, aby żaden mistrz nie ważył się wespół z towarzyszem zabijać bydlęcia lub wołu. Tak samo zakazanem było zbytnie używanie trunków i tytoniu[916].
Także poszanowanie starszych i utrzymanie wzajemnej zgody było wzniosłym celem owych ustaw, dlatego tak wszelkie lekceważenia cechmistrza i mistrzów stołowych przez młodszych, jak i wszelkie kłótnie, zwady, złorzeczenia, nieprzystojne mowy i burdy, a jeszcze bardziej porywanie się do broni lub bitki, zwłaszcza w mieście lub na jarmarku, były wzbronione i obłożone karami.
Obok powyższych dodatnich stron charakteru i obyczajów naszego mieszczaństwa, trzeba jeszcze wspomnieć i podnieść rzetelność, której również przestrzegały uchwały cechowe, zabraniając wszelkiego oszukaństwa i partactwa, jako też podkupywania innych, tudzież zapobiegając zbytniej chciwości zysku przez zakazy używania niesprawiedliwej miary lub wagi, sprzedawania rzeczy fałszowanych, albo kupowania potajemnie towarów przywiezionych. Do tego samego szlachetnego celu zmierzała także ustawa cechu rzeźniczego, zakazująca pod wysoką karą, aby żaden mistrz nie ważył się zabijać niezdrowego wołu lub bydlęcia[917].
Tak więc życie naszego mieszczaństwa cechowała ciężka, nieustanna, lecz uczciwa praca, którą uzacniała i uszlachetniała panująca religijność, tudzież płynące z niej dopiero co wspomniane ustawy, głoszące moralność, powszechną zgodę, poszanowanie starszych i rzetelność. A jak życie to znajdowało całe swoje skoncentrowanie oraz urozmaicenie w bractwach rzemieślniczych, czyli cechach, wyrabiających i potęgujących ducha korporacyjnego, tak znowu główne uprzyjemnienie czyli zabawy w schadzkach cechowych, owych jedynych ogniskach ówczesnego towarzyskiego pożycia. Ten duch korporacyjny bractw rzemieślniczych: to dalszy rys charakteru i obyczajów naszego mieszczaństwa. Jak zaś duch ten był silnym, dowodzą wspomniane już powyżej nieraz znaczne zapisy[918], które, jak wiadomo, właściciele ich tylko z ciężkim trudem z zarobionych i zaoszczędzonych szczupłych swych mająteczków legowali swym cechom.
Zabawami towarzyskiemi były zwykłe wesela i odbywane na nich uczty i tańce: dla panów rajców wyjazdy ich do wsi miejskich w sprawach urzędowych i połączone z tymi sute podejmowania i libacye wina. Najzwyklejszemi jednak i niezawodnie największemi były owe schadzki cechowe, czyli gromady po kwartalnych nabożeństwach żałobnych, owe piwa brackie, owe kolacye odbywane po wyborach lub sprawiane przez wyuczonych towarzyszów, starających się o przyjęcie do cechu, które wszystkie zastępowały dzisiejsze kasyna, teatra, koncerty, odczyty i inne liczne rozrywki czasów dzisiejszych. Na tych zabawach cechowych, które w porównaniu z weselami lub owymi radzieckimi wyjazdami odbywały się w nierównie skromniejszych rozmiarach, głównym napojem było piwo, którego mieszczanie sandeccy, obyczajem niemieckim i wogóle wszystkich miast polskich, w XVII. wieku wielką wypijali ilość.
Jednakże z całego powyższego zestawienia bynajmniej nie należy sobie wyobrażać, iż owe czasy w Nowym Sączu były czasami jakiejś rajskiej prostoty i niewinności, iż ludzie ówcześni byli wzorami cnoty i prawości, owszem, obok owych stron dodatnich, nie brakowało także i bardzo wielu ujemnych. Już samo istnienie powyżej wspomnianych ustaw jest najlepszym dowodem, iż musiały się dziać rzeczy, którym właśnie owymi zakazami starano się, o ile możności, zapobiedz i przeszkodzić, a więc że istniały nadużycia, nieokrzesanie obyczajów i przewrotność.
Wprawdzie znaną jest nam owa pochlebna charakterystyka Nowego Sącza, którą w r. 1632 podaje ks. Szymon Starowolski[919], iż „na Podgórzu karpackiem celuje oświatą ponad inne okoliczne miasta“ — pomimo tego jednakże bynajmniej nie trzeba sobie wyobrażać, że mieszkańcy Nowego Sącza odznaczali się wyższem wykształceniem, które jedynie wpływa na uszlachetnienie obyczajów. Szkoła miejska, jak nam wiadomo, była tylko elementarną. Wprawdzie, jak pokazuje się ze wszystkiego, dopełniała ona w zupełności swego zadania i mieszkańcy umieli prawie wszyscy czytać i pisać, rozumieli, a nawet potrafili niekiedy wyrażać się po łacinie. Lecz tego, co pod wyrazem wykształcenia rozumiemy, brakowało im zupełnie, tak samo jak brakowało miastu wszelkich wyższych intelligencyi. Czytamy wprawdzie, iż Nowy Sącz posiadał znaczną liczbę biegłych prawników[920], którzy za ugodzoną cenę dowolne pełnili usługi, a więc że posiadał (po dzisiejszemu) adwokatów, lecz ci raczej przyczyniali się więcej do podsycania pieniactwa, aniżeli szerzenia oświaty i uzacniania obyczajów. Jedynie wyższe, lub rzadki intelligencye natrafiamy między pisarzami miejskimi, jak ów Ludwik Rylski, który pisze wiersze łacińskie[921], lub ów Jędrzej Suszycki, który dwóch biskupów Gębickich i żonę hetmana polnego koronnego, Stanisława Lanckorońskiego, przyjmuje trzema osobnemi mowami, pełnemi krasomowczych figur[922]. Wyższość więc Nowego Sącza pod względem oświaty ponad inne miasta na Podgórzu karpackiem, o której mówi Starowolski, rozumieć należy tylko relatywnie, t. j. iż wśród ówczesnej surowości, a nawet dzikości obyczajów, jak w XVII. wieku panowała powszechnie w całej Europie, Nowy Sącz nie upadł jeszcze tak nizko, jak inne miasta polskie na Podgórzu karpackiem.
To też w poprzednich rozdziałach mieliśmy nieraz sposobność poznać, jak, obok owego ducha ofiarności i miłości ojczystego grodu, panowała także prywata, która dla własnego zysku nie wahała się ze szkodą miasta obławiać się dobrem i groszem publicznym, i ostatecznie spowodowała komisyę królewską do owego wyroku (1615 r.), opisanego w rozdziale I. tomu I. Lecz i za rządów demokratycznych, po upadku przewagi patrycyatu, niewiele działo się lepiej. I tak widzieliśmy owe oszustwa pieniężne Pawła Użewskiego w czasie jego burmistrzostwa (1638); widzieliśmy owe sprzeniewierzenia, które Stefan Cholewicz wytknął przy uchwale owego wilkierza (1639) swym przeciwnikom, jakich dopuszczali się względem miasta. A że i później u członków magistratu także prywata przeważała nad dobro publiczne, najlepszym i najdobitniejszym dowodem są słowa listu Władysława IV. z r. 1642, w którym zarzuca, że magistrat sandecki publicznych dochodów nie na ozdobę i naprawę miasta, ale na swoje prywatne obraca użytki[923]. Jednakże i po tym liście królewskim nie ustały szkody i kradzieże dobra publicznego, jak się to okazało we wrześniu 1648 r., że u bramy węgierskiej brakowało dwóch łańcuszków, oraz skobla i wrzeciądza, chociaż dopiero co przed kilku miesiącami, wobec niebezpieczeństwa ze strony Kozaków, sprawione zostały. Czyż tu bowiem mimowolnie nie nasuwa się pytanie, a gdzież się podziały? bo bez wątpienia ktoś je sobie przywłaszczył.
Również i innym dodatnim przymiotom obyczajowym dadzą się przeciwstawić ujemne. Pracowitości naszym mieszczanom wprawdzie żadną miarą zaprzeczyć nie można, lecz zapobiegliwość ich gospodarcza posuwała się niekiedy za daleko i chwytała się nieraz środków nagannych, a nawet niegodnych, aby tylko zaspokoić chęć zysku. Tak czytamy, iż Jerzy Tymowski w przednowek (1623) wypożyczał chłopom w Żeleźnikowej zboże z dość znacznym zyskiem: za 2 wiertele żyta, 1 pszenicy i 1 jęczmienia brał 5 wierteli pszenicy; a za 1 wiertel żyta, 1 pszenicy i 1 jęczmienia brał pszenicy 4 wiertele[924].
To samo dałoby się powiedzieć i co do owej, nieraz tylko pozornej religijności i czci dla duchowieństwa, jak tego dobitnie dowodzi wypadek z księdzem Fuzoriuszem[925]; tudzież co do moralności (w zwykłem tego słowa znaczeniu), o ile ona wykraczała przeciwko szóstemu przykazaniu. Otóż i co do tej strony obyczajów źródła nasze zawierają dość liczne i znaczne przykłady rażącego rozluźnienia i życia gorszącego, którego powodem bywały zwykle zakazane miłostki osób zamężnych z wojskowymi, stojącymi w mieście na leżach zimowych. Cała głośna sprawa i stosunek Zofii Cichoniównej z chorążym, Jędrzejem Krukiernickim, chociaż także żonatym[926], jest pod tym względem dobitnym przyczynkiem do obrazu ówczesnych obyczajów w Nowym Sączu. Podobny wypadek z Elżbietą Skowronkową, także osobą zamężną, poznamy poniżej pod nr. 11. — Pomijam inne rozgłośne fakta, jak n. p. ów, że żona Jerzego Kieszkowskiego, zaprzedała swoją służącą, Małgorzatę Piorównę, panu Stadnickiemu, który ją potem haniebnie znieważył[927].
Jeszcze więcej przykładów, malujących ówczesną surowość a nawet dzikość obyczajów, znajdujemy w zawziętej nienawiści i częstych kłótniach, tej odwrotnej stronie medalu: zacnych usiłowań utrzymania powszechnej zgody w obywatelstwie. A pod tym względnem czyż może być jakiś lepszy objaw namiętnej zawziętości, niedostatecznego wykształcenia i niedojrzałości politycznej ówczesnych mieszkańców, jak znane nam postępowanie stronników owego wilkierza[928] z Stefanem Cholewiczem i jego zwolennikami, oraz następny spór powstały z tego powodu wśród mieszczaństwa! Podobnie rażący, a nawet przerażający przykład tych samych ciemnych stron i wad obyczajowych, przedstawia nam zbrodniczy gwałt, jakiego dopuścili się na 4 towarzyszach z pod chorągwi Kazimierza Piaseczyńskiego sam burmistrz, jeden rajca i ławnik wraz z całem pospólstwem[929]. A że podobne kłótnie i zajścia nie były wyjątkowe i tylko wybuchem indywidualnym gwałtowniejszych natur, dowodzi nader charakterystyczna wzmianka, iż kiedy przed sądem wójtowskim wytoczono spór (l645) o fałszerstwo monety przez Pawła Użewskiego, rajcy pokłóciwszy się przytem, według zwyczaju swego lżyli się nawzajem[930].
Jak wyżej przedstawione ujemne strony obyczajów stoją przeciw dodatnim, tak i przeciw rzetelności w handlu i rzemiośle występuje często ohydna chciwość, która dla zaspokojenia chwilowego zysku nie zważa na korzyć miasta i dobro publiczne, na obowiązujące prawa i wiekami oraz religią uświęcone ustawy, byle tylko dogodzić mamonie. Z tego to brudnego źródła płynęło tak głęboko zakorzenione i rozpowszechnione przemytnictwo, narażające miasto na dotkliwe wydatki i szkody[931]; lecz nierównie gorszemi jeszcze były nadużycia, a właściwie czyny wprost zbrodnicze, których dla dopięcia owego celu dopuszczały się niekiedy jednostki. Do tej kategoryi należy dopiero co wspomniane wybijanie fałszywej monety przez złotnika Użewskiego (1643), a jeszcze bardziej ów w swych następstwach najzgubniejszy postępek Wawrzyńca Gadowicza, jego potajemna spółka z żydami i karygodne zakupno rzeczy zakażonych, które sprowadziło (1652) na miasto ową straszną, wyludniającą zarazę[932]. Że takie postępki, nadwątlając rzetelność, podkopywały także ducha korporacyjnego i ten ustrój prawie zakonny, na którym bractwa rzemieślnicze polskie na wzór niemieckich były ugruntowane, wątpliwości żadnej ulegać nie może, co tem szkodliwsze i zgubniejsze musiało przynieść skutki, że właśnie i rządy szlacheckie z innej strony wiedły do coraz większego upośledzenia i upadku miast polskich.
Wreszcie i owo poczncie godności osobistej, jakże często w ujemnych i nagannych objawiało się formach! Że przy braku prawdziwego wyższego wykształcenia na podniesienie się tego poczucia wpływało prawie wyłącznie powodzenie materyalne, przeświadczenie swojej niezawisłości ekonomicznej i sytuacyi towarzyskiej, jest przy ówczesnych stosunkach naturalną całkiem rzeczą. I tem to tłómaczy się to pewne przecenianie siebie, ta żądza powszechnego szacunku, które jednakże w różny objawiały się sposób, jak tego źródła nasze przechowały bardzo cenny i charakterystyczny przykład.
Pani Krystyna Tymowska, żona znanego nam kupca, Jerzego Tymowskiego, widząc wziętość męża swego u panów, więcej o sobie trzymała. Żądała poważania dla swej osoby nawet w kościele. A że zdarzało się, że drugie mieszczki, wcześniej przyszedłszy, zajeły ławkę i ona stać musiała, nie mogąc znieść krzywych spojrzeń ludzkich, kazała sobie zrobić osobną ławeczkę. Sprzeciwiał się temu mąż, grożąc, że tam nigdy nie będzie siedział. „To ja sama będę siedziała!“ — „Siądź sobie sama!“ była jego odpowiedź i na tem się skończyło. Stolarz Gwóźdź, zgodzony za 2 złp. 15 gr., zrobił ławkę, a Tymowski, według zwyczaju swego zapisując do księgi obok rachunków uczucia swoje, zanotował: „Stolarzowi Gwoździowi 3 łokcie karazyi. Urobił ławkę Samej do fary za 2 złp. 15 gr.[933]“.
Lecz znacznie częściej poczucie to godności osobistej objawiało się prostaczą i gburowatą pychą, wskutek czego w obejściu się między sobą występuje nieraz szorstkość i brutalność, a nawet dzikość, zwłaszcza jeżeli miłość własna podrażnioną została jaką osobistą urazą, albo na szkodę narażony był zysk lub interes materyalny. Takiej surowości i dzikości obyczajów ówczesnego mieszczaństwa znamienite przykłady poznaliśmy w opisanych wyżej oburzających gwałtach i zbrodniach Stanisława Janika[934]; a znowu później w niegodziwem postępowaniu Pawła Użewskiego z Stanisławem Rogalskim, wskutek wykrycia Użewskiego oszustw pieniężnych, w jego zuchwalstwie wobec sądu, w jego zawziętej mściwości, objawiającej się w nowych na Rogalskiego miotanych oszczerstwach i ciągłych późniejszych przeciw temuż intrygach[935]. Przedewszystkiem uderza zawadyactwo i buta: rąbanie się szablami jest niejako na porządku dziennym. Wszędzie odgrywają się podobne sceny, w których bijatyki, kłótnie, dobywanie korda, gburowatość, ordynarność, brutalność, zapalczywość, zawziętość, namiętność, mściwość, złośliwość, chciwość, gwałty, bezprawia i dzikość występują ustawicznie, jako stałe i niezmienne typy, lubo w najróżnorodniejszych modulacyach i odcieniach. Z nader licznych takich wypadków, tak bogato charakteryzujących ówczesne obyczaje, przytaczam tylko niektóre.

1) Urodzony Wawrzyniec Iwkowski, sługa Marcina Wielogłowskiego, podwojewodzego krakowskiego, podpiwszy sobie w r. 1630, dobył szabli, krzesał ognia po bruku miejskim, straszył ludzi i wyraźnie szukał zaczepki. Dwóch mieszczan: Wojciech Wyrostek, kowal, i Jan Dunaj, krawiec, widzą obok idącego, jak szablą wywija. Rzecze mu Wyrostek: „Panie bracie, schowajcie tę szablę, byście nią której przekupki nie obrazili, boby wam zaś dała kukiełkę w gębę“. Iwkowski nie rozgniewał się, będąc sobie wespół na umyśle, i odrzekł: „Nic to panie bracie, nic!“ i poszedł dalej ku młyńskiej bramie.
Tego samego dnia Adam Łukowiecki, organista, wyszedł sobie był do poblizkiej wsi Librantowej i wracał pod wieczór, jak zwykle przy kordzie, bez którego nigdy nie wychodził. Przeszedł spokojnie przez ławy na rzece Kamienicy i zbliżył się ku furtce przy młynach miejskich. Tam z górki od mostu wracał właśnie dobrej myśli Iwkowski, wywijając szablą i strasząc ludzi. Obaczywszy organistę naprzeciw idącego, podskoczył z dobytą szablą i krzyknął: „A tuś!“
Łukowiecki nie poznał się na żarcie: czem prędzej dobył korda, zastawił się, odbił mu szablę, a potem ciął raz po plecach, drugi raz płazem przez plecy. Iwkowski narobił wrzasku, a Łukowiecki poszedł sobie dalej. Nazajutrz pan podwojewodzy, imieniem wiernego dworzanina swego, zapozwał Łukowieckiego o napad i obcięcie palców szlachcicowi, domagając się w sądzie grodzkim kary śmierci na organistę. Tomasz Pytlikowicz, wójt, na czele miasta całego stanął w obronie organisty. Świadkowie zeznali, iż Iwkowski zaczepił; cyrulik przysiągł, iż tylko jeden palec ma podcięty; a w końcu znaleźli się mieszczenie, którzy pod przysięgą zeznali, jako Wawrzyniec Iwkowski nie jest szlachcicem. Nie mógł więc pan podwojewodzy niczego dokazać. Zapadł wyrok, aby Łukowiecki przysięgą oczyścił swoje sumienie, a za ranę Iwkowskiemu zapłacił. Tak się też stało, a sam Iwkowski sądowo zobowiązał się bronić organisty przeciwko panu podwojewodzemu[936].
2) Dnia 27. wrzenia 1632 r. zdążali do Muszyny za innymi kupcami sandeckimi na jarmark świętomichalski: Zygmunt i Zuzanna Gądkowie. Ale nie sporo im szło, bo sobie podpili oboje. Już w Gorzkowie na miejskich łanach, mijając ich ludzie, śmiali się z nich: Jaki to piękny widok, kiedy podpita żona pijanego męża prowadzi, a przewracającego się dźwiga! Zmęczyła ją ta praca, gorąco jej się zrobiło, więc rozpięta siadła na wóz i śpiewała sobie. Gądek zaś szedł z tyłu, trzymając się litry, a wkońcu, wytrzeźwiwszy się cokolwiek, popasał. Powoził chłopiec, ale nie umiał dobrze, i pod nawojowskim zwierzyńcem, przyjechawszy na wielkie błoto, wywrócił kolasę z towarem i Gądkową śpiewającą.
Wypadła do błota, a wygramoliwszy się i złorzecząc chłopcu, poczęła dźwigać wóz, lecz nie podołała. Nadchodzi na to Jan Sajdakowicz, rymarz, a ona prosi, by ją ratował. Pomagał więc, dźwigając wóz na koła zadnie, a ona za przednie. Ale co się przychwyciła, to spadła w błoto i pomiędzy piasty, i to raz drugi i trzeci. Raz nawet i jego za sobą pociągnęła. Wkońcu przecie wydźwignęli kolasę, i opatrzyli złamaną litrę i luśnię.
Nadszedł też i Gądek, a obaczywszy, rzekł: „Nic to! dogonimy swoich“. Związał litrę i luśnię, siadł, i powożąc z konia, dopędził drugich wozów, aż wjechał w olszynę maciejowską, gdzie Wawrzyniec Sławiński, kramarz, dla postrachu zbójców strzelił z pistoletu. Tu Gądek, śmiejąc i podcinając batem, zaciął Sławińskiego.
— Bodaj cię zabito! czemu mnie podcinasz?
— Wolno mi konia zacinać!
— Wolno ci koni, ale nie mnie! odparł Sławiński, i dobywszy szabli, wyskoczył przód koni. Gądek skoczył z konia i woła: „Siekiery na tego niecnego syna!“ i stawia się mu. Wtem skacze Gądkowa z wozu i nim się spostrzegł Sławiński, chwyciła go za brodę i za amalię[937], Gądek zaś wyrwał Sajdakowiczowi kord z pochwy.
Sławiński bije babę pistoletem, ale nie mogąc sobie dać z nią rady, wkońcu prosi, aby ją oderwali od niego. Z wielką trudnością udało się to, a oderwana jeszcze skakała do niego, lżyła i wyzywała złodziejem, niecnotliwym i wiele innych nieuczciwych słów zadawała, bo była bardzo pijana, a cała rozpięta.
Gądek zaś, widząc przeciwnika uwolnionego, przeląkł się, rzucił kord od siebie i woła: „Nie będę się z wami bił! Bijcie! rozbójnicy! zabijcie! gwałtu! przebóg! rozbijają!“
W końcu zabrali się oboje Gądkowie i zawrócili do sołtysa w Maciejowej, skarżąc się, że ich pobił Sławiński, złodziej, bo niedawno pokupował srebrne kradzione półmiski. Sołtys zaraz dał znać do zamku[938] do wielmożnego Mikołaja Gawlickiego, rządcy dóbr nawojowskich wojewody ruskiego, Stanisława Lubomirskiego. Z jego rozkazu wnet przyszedł woźny, pan Nosacki, Nawojowianin, i wysłuchał świadków. Lecz nie imano Sławińskiego, jak tego żądał Gądek, obwiniając go o kradzież.
Gądkowa zaniemogła. Mąż jej wrócił się do Sącza, a Wojciech Łopacki, balwierz, którego z sobą przywiózł, zaradził chorobie, pochodzącej z gwałtownego wstrząśnienia żywota (żołądka). Sprawdził też siny raz na łopatce.
Wytoczyła się sprawa przed urząd ławniczy i zapadł wyrok: „Wawrzyniec Sławiński za razy i leki ma zapłacić 12 grzywien, jeżeli Gądek przysięże: Jako od niego samego, a nie od kogo innego ani też z przyczyny swojej takowe razy ma“. Lecz nie przysiągł! a nie mogąc się lepiej pomścić, drażnił Sławińskiego przynajmniej zelżywemi słowami, mówiąc: „Tyś dlatego pozostał od wozu swego, abyś mnie rozbił w nocy“. Odpuszczono mu jednak te namiętne mowy[939].
3) Ten sam Zygmunt Gądek, kramarz, z powodu uwięzienia za przemytnictwo wina (1633 r.) w wielką niełaskę popadł u braci cechowych. Bracia kramarze przy każdej sposobności czynili wyrzuty Gądkom. Najbardziej zaś dokuczał im w tej mierze Maciej Norkowicz, kuśnierz; pani Zuzanna Gądkowa mściła się zato lżeniem i krzykiem, ilekroć razy przypomniał jej uwięzienie męża. W Wojniczu na jarmarku wołała za nim: „Złodzieju, oprawco, niedarmoś siedział w kabacie[940] tydzień! pamiętajże sobie! nauczę cię!“ Odtąd, gdzie go ujrzała, lżyła ustawicznie. W Lipnicy znowu go zwała złodziejem, wisielcem, a nawet z kijem porwała się na niego i byłaby go uderzyła, gdyby się nie był zasłonił. Tymczasem mąż jej najspokojniej siedział w swym taszu[941], kiedy ona w czynnej obronie sławy jego stawała.
W Koszycach na Węgrzech, jako już za granicą, przemyśliwała o lepszej zemście, namawiając Cieńkowego syna[942], bratanka swego, aby nań nastawał. Rzeczywiście chodził za Narkowiczem, i kto wie, coby wypadło, gdyby go Talarowicz nie był przestrzegł, aby się miał na ostrożności.
Tu już nie było żartów. Norkowicz przyszedł na ratusz, żaląc się, iż nie jest życia bezpieczny przed Gądkami i Cieńkami. Wymawiano mu, iż ich niepotrzebnie zaczepia; wkońcu jednak musieli go Gądkowie przeprosić o zagrożenie życiu, musieli mu zwrócić nakładu prawnego 8 złp. i pod winą 100 grzywien uroczyście ślubować, iż na cześć ani życie jego nie będą następować, ani sami ani przez nastawione osoby.
Nie pomogła jednak Gądkom ta nauka, bo lżenie i kłótnie stały się ich drugą stroną. Ukończywszy sprawę z Norkowiczem, wznowili ją znowu z Sławińskim, lżąc go i zowiąc rozbójnikiem i zohydzając przed ludźmi, iż ich chciał rozbić i z zbójcami spółkę trzyma.
Sławiński nie mogąc ścierpieć takiej ujmy honoru swego zapozwał Gądka przed sąd, domagając się, aby mu albo dowiódł albo odwołał zarzuconą zbrodnię. Dowieść nie mógł i przyznał się do winy. Sąd więc ławniczy bacząc: iż tyle razy i tak ciężko sławę bliźniego szarpał i przed światem zohydzał, aby podobnego oszczerstwa przykład żywy przed oczyma miał, nakazał odwołanie publiczne w te słowa: „Zeznaję, że com przeciwko panu Sławińskiemu mówił, tom niecnotę mówił, i biorę to napowrót w gębę swoją“. Dokonawszy tego odwołania, miał odsiedzieć 3 tygodnie w kabacie, a drugie 3 na ratuszu za kratą. Chciał apelować, lecz mu nie pozwolono, jako w sprawie honorowej.
Mimo to nie ustały zaczepki, kłótnie i swary, jeżeli nie od Gądka, to od żony jego, Zuzanny Cieńkównej. Sławiński, rad nie rad, musiał znowu pozywać i prawować się, aż wkońcu za wyrokiem polubownym najznakomitszych księży i mieszczan otrzymał wynagrodzenia szkód i nakładów prawnych 50 złp. Nakazano przytem Gądkom, aby samoczwart[943] przeprosili obrażonego i wiecznie o tej sprawie zamilczeli[944].
4) Pani starościna, Zofia Stanowa, była to pani pobożna, ludzka i wcale nie wyniosła. Lubili ją też ludzie, a mieszczki czciły ją, jakby jaką królowę. Kiedy w r. 1633 po długiej niebytności wróciła do Nowego Sącza, to pani burmistrzowa Łopacka wraz z paniami rajczyniami, wziąwszy 2 garnce wina, szły na zamek witać ją, jakby dziedziczną swą panią[945]. W r. 1634 na wesele wychowanicy zaprosił też pan starosta, Jerzy Stano, burmistrza i rajców do grodu, między którymi był i Wojciech Łopacki. Wierny swej zasadzie swawoli, jak kania bez deszczu, tak on nie mógł się obejść bez wyrządzenia komu jakiej psoty lub figla wedle zwyczaju swego. Niechlujstwa jakiegoś (inexprimable!) nalał do flaszki, i postawiwszy ją na stole, zwiódł ludzi. Pokosztowali mieszczanie i pasztetnik pana starosty, a sam starosta, nie wiedząc o tem, częstował w najlepszej wierze, boć przecie miasto dało mu beczkę wina za 80 złp. na wesele wychowanicy. Zgorszeni mieszczanie i zawstydzeni postępowaniem Łopackiego, skazali go na 6 tygodni kaźni i pokorne przebłaganie pana starosty[946].
5) W r. 1636 grało w gospodzie w karty kilku mieszczan, którym przypatrywał się Sworski, pacholik pana Białobrzeskiego. Jan Raszkowicz alias Kołodziejczyk, przedmieszczanin sługujący szlachcie, chcąc spłatać figla Janowi Marciszowi, namiętnie grającemu, zrywa mu znienacka czapkę z głowy, chowając się za owego pacholika szlacheckiego. Marcisz w namiętności gry oburza się na pacholika, ten zaś dobywa nań szabli, przyczem Marcisz, chwytając go za rękę, podrzyna sobie palce. Rozerwali ich obecni i zgromili Raszkowicza, poczem wszyscy się rozeszli. Kiedy Marcisz z drugim mieszczaninem, Marcinem Flakiem, doszedł już na przedmieście i oglądali się, ujrzeli owego pacholika tuż za sobą; wtedy Flak zwraca się doń, mówiąc: „Ej! obraziliście nam sąsiada!“
— „Cicho! bo i tobie się dostanie!“...
— „Poczekaj trochę! niech jeno mam czem!“ mówi Flak i wyłamuje kół z płotu. Sworski natarł, Flak odbił kołem i uderzył nawzajem, a to tak potężnie, że pomimo szabli pacholik ją zmykać. Na to nadchodzący Raszkowicz woła: „Stój! nie uciekaj! nie wstyd cię to!“...
Pacholik się zwraca, naciera szablą, ale Flak odpiera kołem i byłby zwyciężył i teraz, kiedy dawny Flaka nieprzyjaciel, bielnik płótna, nadbiega od blechu i zdradziecko z tyłu drągiem uderza go w głowę. Flak się zachwiał i upadł, a Sworski na ziemi leżącego rąbał szablą po głowie, ręce i ramieniu: omal nie zabił! a wszystko za sprawą Raszkowicza[947].
6) Na przedmieściu za Kamienicą był folwark zwany: Librantowskie Hamry. Jędrzej Łykawski odziedziczył go po ojcu, siostra zaś jego, Magdalena, wyszedłszy za mąż za krawca, Jana Tomczykowskiego, utrudniała mu to dziedzictwo. Aby ujść trudności, młody Łykawski, uczeń Akademii krakowskiej, zastawił folwark Jakóbowi Poławińskiemu, rymarzowi, zabezpieczyszcy mu urzędowni spokojne posiadanie jego.
Tymczykowski, który żenił się tylko dla folwarku, nie mógł pogodzić się z tą myślą, iż naprawdę nie będzie tam rządził. Odgrażał się, że tego nie dopuści, i podczas wyborów (1641 r.) powtarzał wobec mieszczan: „Nie będzie on mną rządził, ten ciągniskóra!“ Kiedy zaś urzędownie oddano folwark Poławińskiemu, wpadał tam często, wypędzał i bił czeladź jego.
Gniewało to oczywiście Poławińskiego, i chcąc gwałt gwałtem odeprzeć, przyjął od gód Mateusza, woźnicę silnego, i wysyłając go na folwark, rozkazał: „Idź do gospodarza! tam będziesz leżał. Wczoraj mi go tam krawiec bił; jak przyjdzie, nie dajcie się, ale pobijcie go, ręce i nogi połamcie! ja zastąpię!“
Pracowity Mateusz nie dał sobie dwa razy powtarzać. Jak zwykle przychodzi krawiec przy szabli, i zajrzawszy do piekarni, pyta rozkazująco: „A kto tu gospodarz? A jeszcześ mi tu jest? ruszaj!“ Gospodarz chwycił siekierę, a krawiec do szabli! Ale jej nie wyciągnął, bo parobek Mateusz pochwycił go, rzucił o ziemię i kolanami przytłoczył, waląc pięścią w głowę. Dopiero niewiasty przypadły, rozerwały ich i wyprowadziły krawca na pole, który stękał i trzymał się za łono. Gospodarz zaś całą noc kłopotał się z żoną, czemu przeszkadzała... I byliby go zabili... bo pan Poławiński chciał zapłacić zań 100 grzywien.
Tomczykowski zaniósł żal do urzędu. Poławiński osądzon na 2 tygodnie więzienia honorowego za samowolność i na zapłatę kosztów lekarskich, jeżeli przysięgnie: iż krawiec wprzód nie cierpiał na przepuklinę. Lecz dowiódł, iż krawiec dawno już sam szukał zaczepki i lżył go „ciągniskórą“: za Mateuszem parobka także zaręczył, a sąd przyjął zaręczenie, zwłaszcza że nie było rozlania krwi[948].
Tomczykowski nie poprzestał jednak nachodzić folwarku i wypędzać czeladzi. Zaskarżony kilkakrotnie od młodego Łykawskiego, wkońcu uwięziony za zniewagę sądu i powagi jego, uciekł z więzienia i był spokój[949].
7) W Czarnym Potoku, w karczmie 1645 r., wszczęła się zwada i kłótnia między Sandeczanami a kowalem, gospodarzem tamtejszym. Z jednej strony Jan Cyrus, szewc, bronił powagi miejskiej i swej własnej godności ławniczo-cechmistrzowskiej, a wspierali go wtem dwaj jego towarzysze: Stanisław Sikora i Jędrzej Strączek; z drugiej strony nastawał na mieszczan podpity kowal wiejski i dwaj jego synowie. Od słów przyszło do pogróżek, a Strączek dobył korda w obronie swego cechmistrza. Kowal, człek obeznany z bronią, przyskoczył, wyrwał mu kord, płazował go nim kilka razy przez plecy, i wywijając kordem po izbie, wołał: „Bić! zabić tych niecnotliwych synów!“ Przyskoczył zatem starszy syn jego i uderzył Cyrusa w gębę, aż go krew zalała. Cyrus ku ścianie i do korda, ale młodszy kowalczyk wybiegł, i obiegłszy dom z szablą w ręku, ukazuje się we drzwiach drugiej izby za plecami jego. Nim się Cyrus spostrzegł, odebrał w plecy zdradliwe cięcie. Ludzie przyskoczywszy, rozbroili kowala i synów jego, bo kto wie, coby nastąpiło[950].
8) Dla zaciężnych Niemców do Dobczyc, i nadzwyczajne Rzpltej potrzeby na wiosnę 1650 r., zaliczono do grodu sandeckiego kilkaset złotych, o których oddaniu trudno było dowiedzieć się bliżej. Padało więc podejrzenie na Krzysztofa Chruślickiego, pisarza grodzkiego, który stale pomagał regentowi kancelaryi, Walentemu Włockiemu.
Tego samego roku na święta Bożego Narodzenia poschodzili się, jak zwykle, rajcy i cechmistrze do pana burmistrza, Marcina Frankowicza, wiedząc, że ich tam de more antiquo solito, oprócz opłatka, czekają pieczone zające i wino. Przyszedł tam między innymi Jan Czyrzyczka, wójt, Jan Cyrus, ławnik, Jan Obłąk, rzeźnik, i urodzony Krzysztof Chruślicki, prowentowy pisarz grodzki, na którym właśnie owo podejrzenie ciążyło. Zgromadzeni goście byli sobie dobrej myśli, wino rozwiązało im języki i serca, według ówczesnego przysłowia: hungaricum vinum, est opus divinum, dum hilarat mentem, reddit sapientem — rozmawiano więc i cieszono się, jak zwyczajnie na zebraniu świątecznej biesiady. Cyrus, wierny zwyczajom i naturze swego rzemiosła, odwilżywszy krtań napojem, począł śpiewać. Śpiewał zaś, jak zwykle bracia szewcy, rozmaite kolędy o Narodzeniu Pana Jezusa. Mieszczanie nabożni, pokrzepiając się winem, słuchali i pomagali mu w śpiewie ku ogólnej uciesze. Wtem rozpoczyna Cyrus jakąś piosnkę zupełnie nieznaną, niby kolędę niby nie, w której drzewa Bogu chwałę dają, wyliczając swoje zasługi, n. p. że brzoza różdżkami, leszczyna prętem w cnotach ludzi utwierdza. Dalej zaś śpiewał o złodziejach, a wkońcu dodał: „Sosna w borze a dąb w lesie — kto przykrada a nie robi, to go podniesie, podniesie!“
Śpiewając tak, spoglądał na pisarza prowentowego grodzkiego, na którego zwróciły się obecne wszystkich oczy. Na panu pisarzu sprawdziło się tutaj przysłowie: na złodzieju czapka gore! Zerwał się bowiem jak oparzony, a poskoczywszy ku Cyrusowi, zawołał: „Do kogo Waszmość śpiewacie?“ Cyrus, udając franta, odrzekł: „Do kogożbym miał śpiewać? stara pieśń tak niesie, więc tak ją śpiewam“. Od słowa do słowa powstał kłótnia. Obecni, nie chcąc psuć gościnnej zgody, łagodzili umysły i wymawiali Cyrusa, który ciągle franta udając, pytał: „O co panu pisarzowi chodzi?“ Rzekli mu więc, że pisarz myśli, jakoby on tę piosnkę na jego pohańbienie śpiewał. Cyrus wypierał się, powtarzając: „broń Boże! broń Boże!“
— „Więc idźcie, przeproście pana pisarza!“
— „Dobrze! chętnie! rzecze, i to mówiąc: „Przepraszam uniżenie! jam to nie śpiewał na despekt (pogardę) Waszmości, ale tak jak stara pieśń niesie,“ idzie i chce pana pisarza objąć za szyję. Ale ten, usunąwszy się, dał mu w gębę, aż się Cyrus zatoczył, i jeszcze chwyciszy obuszek, chciał go uderzyć. Gospodarz domu i drudzy skoczyli między nich; jedni hamując zapęd ręki, drudzy łagodząc słowem. Cyrus nie chciał ustąpić, lecz wołając: „Co mnie ty bijesz? co ja ci winien?“, cisnął się ku niemu. Pisarz zaś rozjuszony, rwał się z obuchem i wołał: „Zabiję cię ty chłopie, zabiję, i dam za ciebie 100 grzywien!“ Z wielką biedą wyprowadzono Cyrusa do drugiej izby, gdzie go niewiasty wzięły między siebie. Wójt zaś Czyrzyczka i sławetny Obłąk wynieśli się cichaczem podczas tego zajścia.
Urodzony pisarz wytoczył żal przeciwko Cyrusowi, żądając ukarania. Rada jednak nie uznała winy i owszem przyznała krzywdę policzkiem wyrządzoną. Chruślicki odszedł z groźbą, a mieszczanie długo drwili sobie z niego[951].
9) Nawet kościoły nie chroniły przed wybuchem zapalczywości i brutalności ówczesnej. Uczciwa Maryanna, żona sławetnego Jana Marcowicza, rajcy sandeckiego, wsławionego później burmistrza w bohaterskiej walce ze Szwedami[952], stanwszy oblicznie (osobiście) przed urzędem grodzkim starościńskiem w czerwcu 1651 r., z wielkim żalem rzetelnie zeznawała: Iż w dzień św. Antoniego Padewskiego (13. czerwca), kiedy po kazaniu wychodziła z kościoła franciszkańskiego, bez żadnego powodu napadł na nią i zelżył ją sromotnemi słowy burmistrz, Adam Łukowiecki. A potem, zapomniawszy bojaźni Bożej i miłości bliźniego tudzież surowości prawa, wypchnął ją za drzwi kruchty kościelnej, tak iż na ziemię upadła. Nakoniec okładał i tłukł ją trzciną podług upodobania swego. Tym gwałtownym postępkiem swoim Łukowiecki pokój pospolity, podówczas surowo obostrzony, mocno naruszył, a jako burmistrz zły przykład innym do podobnych wybryków podał[953].
10) Był w Nowym Sączu dudka[954], (bo tak go zwykle nazywano), a właściwie skrzypek, Mateusz Wilk, poddany Imci pana Jana Ogonowskiego z Klęczan. Grywał on za pieniądze po karczmach i gospodach, a między innymi i u sławetnego Joachmia Raszkowicza, garncarza. W zapusty 1646 r. hulał sobie na dobre pan Joachim, pił, tańcował i kazał grać, mając trochę w głowie. Biedny dudka coś mu tam nie trafił do śpiewu, więc go nazwał takim a takim.... Dudka, nie folgując napaści, odpowiedział mu niemniej grubo, a sławetny Joachim, niewiele myśląc, uchwycił kostur i zbił biedaka, jak to mówią, na kwaśne jabłko. Potem, podpiwszy sobie na fantazyę, poszedł spać. Przespawszy swoje i wstawszy nazajutrz, znowu go owiały wesołością zapustne zabawy. Pobity dudka siedział przy stole, kaszlał ciężko, spierał głowę i skarżył się, że Raszkowicz coś w nim odbił. Nadchodzi Raszkowicz i znowu każe mu grać. Dudka nie chce, tylko się skarży, iż niemocen. Pan Joachim zaś do niego przygaduje, to go prosi, aby grał, to mu obiecuje gorzałki, to mu skrzypki pod brodę podkłada i tym podobne żarty stroi. Miał zaś ten dudka na głowie łysinę. Raszkowicz wpada na pomysł równie szalony jak złośliwy i podmawia służącą Dorotę, aby na nalała na łysinę gorzałki. Dziewka prostaczka wzięła gorzałki w kieliszek, i przymilając się: „Eh! ja wiem, że Mateusz mi nie odmówią...“ podniosła mu głowę, podkładała skrzypki pod brodę, głaskała wąsy, i mówiąc: „Grajcież, gracie Mateuszu“, nalała mu wódki na łysinę. Raszkowicz zaś w swojej dzikości i głupocie pochwycił świecę i zapalił. Gorzałka zapłonęła błękitnym płomykiem, a Mateusz, przestraszony i poprzony, upuścił skrzypce na stół, i pochyliwszy głowę, zgarniał ręką palącą się wódkę, która gorzała, spływając po czole i twarzy, tak że cała głowa w płomieniach stanęła. Żona Raszkowicza, zawoławszy w gniewie: „Do dyabła idźcie z takimi żartami!“, przyskoczyła do Mateusza i poczęła gasić, co ledwie z trudnością udało się jaj przy pomocy krewniaka ich, Bartłomieja Skorzewskiego. Raszkowicz zaś, widząc głupstwo popełnione, wyniósł się cichaczem, ale za nim biegł rozgłos z ust do ust, iż zbił okrutnie Mateusza Wilka, a wkońcu, nalawszy gorzałki na jego głowę i zapaliwszy ją, brzydko go poparzył, tak że może i życiem przypłaci.
Trzeba zaś pamiętać, że wówczas w sądach karnych śledztwo, prawem magdeburskiem przepisane, istniało z mękami, jakiemi były: wyprężenie członków i przypiekania. Ostatnie wykonywał kat, polewając obnażonego winowajcę wódką lub siarką, którą zapalał[955]. Męki tego rodzaju należały do sroższych. Można sobie więc wystawić, jaki odgłos towarzyszył poparzeniu wódką biednego Wilka: „To kat! to mistrz! ten garncarz. Jemu mistrzem bydź, nie rajcą!“ wołali ludzie i niebawem dali znać do urzędu miejskiego.
Burmistrzował wtedy sławetny Stanisław Kopeć, ale go nie było w domu, wyjechał był bowiem w sprawach miejskich, jakto nieraz bywało, a miejsce jego zastępował Jakób Poławiński. Ten, skoro się dowiedział o zaszłym wypadku, wysłał natychmiast Wojciecha Tymowskiego, cyrulika miejskiego, z panem Wawrzyńcem Szydłowskim, rajcą, na obdukcyę ran Mateusza Wilka. Ci opatrzyli, opisali i przed urzędem wiernie wszystko opowiedzieli. Zgorszony i oburzony Poławiński, postanowił koniecznie nie puścić tego płazem.
Posłał więc sługę miejskiego, Jakóba Szymkowicza, po skrzywdzonego dudkę, aby go na ratusz sprowadził. Ale biedny Wilk nie chciał iść ani skargi zanosić, krzywdę swoją ofiarując Bogu! Posłano więc i Stanisława Prorokowicza, aby go koniecznie przywiedli. Kiedy przyszli po niego, leżał biedak, kaszlał i stękał, i wzbraniał się iść, mówiąc: „Nie podobna, bom chory i niemocen“. Aż za powtórnym razem ledwie przeledwie dał się nakłonić i prawie przyniewolić, iż go słudzy przywiedli na ratusz, obwiązawszy mu wprzód twarz i głowę chustą. Jednakowoż i przed urzędem nie chciał skargi wszycznać, tylko narzekał na swoje nieszczęście i powtarzał: „Niech mu Bóg nie pamięta mej krzywdy! niech go nie karze za moje zdrowie!“
Ale Poławiński nie tak łatwo puszczał raz powzięte zamiary. Ponieważ prawo magdeburskie mówi: „gdzie nie ma skarżącego się, nie ma sędziego“ — więc pozew był konieczny. Okoliczność, iż oparzenie gorzałką gorejącą podobieństwo miało do mąk katowskich, naprowadziła go na osobliwy pomysł, który mu podsunął stary i zuchwały kat miejski, najgrawający się, iż Raszkowicz odbiera mu rzemiosło. Do niego tedy posłał sługę miejskiego. Jakóba Szymkowicza, z zachętą, aby Raszkowicza zapozwał, i z pouczeniem, co i jak ma czynić. Kat na to jak na lato: przyszedł do urzędu, zapozwał Raszkowicza, a sługa miejski zaniósł pozew do domu jego.
Joachim Raszkowicz stanął na wyznaczony termin, zdziwiony i ciekawy, czego kat żąda od niego. Stanął i kat, dzierżąc w ręku wszystkie narzędzia katowskie, jako to: topór, miecz, cęgi żelazne do szczypania i pochodnie do przypiekania. Kiedy Raszkowicz wkraczał do izby, kat skłonił mu się nizko i podrzucił mu pod nogi całe swoje rzemiosło, tak że je koniecznie przekroczyć musiał. Za stołem radnym, na dębowych odwiecznych ławach, z grubych forsztów sporządzonych, siedział u czoła Jakób Poławiński w zastępstwie burmistrza, obok niego rajcy: Stanisław Wilkowski i Jan Koszwic, a świadkowie stali w pogotowiu. Kat, zawezwany przez sługę miejskiego, oddawszy powinną cześć prześwietnemu urzędowi radzieckiemu, wnosił zażalenie, iż mu pan Joachim Raszkowicz rzemiosło i chleb odbiera!!
— „Jakto?“ zapytał burmistrz z udanem zdziwieniem a źle pokrytem szyderstwem.
— „A jużci mi odbiera! boć dotychczas do mnie należało ludzi męczyć i gorzałką palić, i to tylko winowajców, których prześwietne sądy na męki skazały. Jegomość pan Joachim Raszkowicz niewinnych nawet żywcem pali, on lepszy ode mnie na mistrza. Kiedy mi więc chleba pozazdrościł i rzemiosło odbiera, to niechże sobie będzie katem, ja za służbę dziękuję“.
Raszkowicz nie wiedział od czego zacząć, zbladł jak ściana, zacisnął zęby i pięści, i nie mówiąc słowa, wytrzeszczał oczy to na rajców, to znów na kata, to na przytomnych, wszędzie widząc tylko szyderstwo i hańbę, a kiedy kat wyszedł, osłupiałym wzrokiem spoglądał we drzwi, jak gdyby go oczyma chciał zatrzymać. Wkońcu zwrócił się ku rajcom i rzekł: „Pani Jakóbie, jak mi Bóg miły! bo to wszystko z waszej naprawy!“
Ale pan Jakób Poławiński, na co gorszego przygotowany, oświadczył mu: iż Mateusz Wilk, pobity i poparzony, osobiście stawał i krzywdę swoją zeznał, a świadkowie i naoczne urzędowe opisanie ran zeznanie jego stwierdzają.
Raszkowicz nie wypierał się zatlenia gorzałki, twierdził jednak, że to uczynił żartem, nie spodziewając się tak srogich skutków. Co się zaś tyczy pobicia, mienił się być wprzód na honorze obrażonym nieuczciwemi słowy.
Nie przyjęto wymówki żartu, i aby podobna nieuczciwa swawola, niegodna nawet podrostków rozpustnych, a tem bardziej prawego mieszczanina, powstrzymaną i ukaraną została, zawyrokował urząd radziecki sławetnemu Joachimowi Raszkowiczowi: Sześć niedziel więzienia za kratami, tej chwili zasiąść się mającego; pieniężnej zaś kary, tak brzydkiemu uczynkowi odpowiedniej, grzywien 20 na naprawę studni, w rynku dla wygody i potrzeby miasta postawionej, w polskiej monecie wypłacić się mających: przebłaganie pokrzywdzonego i wygojenie obrażonych części ciała.
Raszkowicz nie przyjął wyroku, odwołując się do wyższego sądu poprzedniego pana starosty. Lecz urząd, mieniąc się być w prawie, nie dopuścił tej apellacyi. Więc sławetny Joachim Raszkowicz, chcąc nie chcąc, zasiadł więzienie, a gdy się wzbraniał wypłacić kary pieniężnej, za siebie nałożonej, sprzedano jego kamienicę. Ówczesny burmistrz, Stan. Wilkowski, z pieniędzy kupna i przedaży odebrał od pani Zacharyaszowej Światłowiczowej 200 złp. i zaciągnął je w księgę dochodów miasta[956]. Działo się to jeszcze za poprzedniego starosty, Jerzego Lubomirskiego[957].
Tak stało się zadosyć prawu i sędziom, mniej pokrzywdzonemu bidnemu Wilkowi, ale najmniej niepohamowanej mściwości sławetnego Joachima Raszkowicza.
11) Podczas jarmarku na św. Małgorzatę 13. lipca 1648 r., Jan Żołądkowicz, kramarz sandecki, widząc, że nie ma wielkiego odbytu, zostawił chłopca u kramu i poszedł na jarmark obejrzeć się za jakim zyskiem. Zaszedł pomiędzy Tarnowiany, a sławetny Szymon Jabłecki, przywitawszy się z nim, prosił go, aby mu za dobrą zapłatę pomógł wykończyć niektóre roboty kramarskie. Żołądkowicz przystał na to, chwycił się roboty i migiem pokończył. Wdzięczny Jabłecki zapłacił mu zato: ponieważ zaś należało mu się coś zwrotu, a Żołądkowicz drobnych pieniędzy nie miał przy sobie, zabrali się ku kramom sandeckim. Żołądkowicz, przyszedłszy do swego taszu, chciał zająć miejsce swoje. Ale sąsiad jego, Jakób Ciosek, skoczył ku niemu i zawołał: „Ty złodzieju, ty nieprawy synu, bodaj cię zabito! Tyś niegodzien między nami siedzieć, boś ty zdrajca, ciebie kiedy obwieszą!“ Żołądkowicz nic nie mówił, ale wkońcu rzekł: „Mogą i ciebie obwiesić, nie tylko mnie!“ Ciosek zaś podskoczył, uderzył go w gębę i wołał: „Kija mi też dajcie na tego nieprawego syna, ja go tu nauczę Tarnowianom pomagać!“ Grube i cienkie głosy sąsiadów wtórowały Cioskowi, a Marynia Śliwińska nie ostanie miejsce zajmowała w tym nieharmonijnym chórze. Łokcie i kije migały się w powietrzu, a sławetny Żołądkowicz, ulegając przemocy, cofał się ku kramom tarnowskim. Kramarze nie mogli iść w pogoń, bo nie wypadało odejść od swego towaru i kramu. Ale jedna z pań, sławetna Wojciechowa Skowronkowa, rymarka, puściła się za nim i swej wymowie kramarskiej puściła wolne cugle.
Była to niewiasta młoda i nieszpetna: że to zaś pancerni w Sączu wszędzie umizgali się do młodych mieszczek, więc też i ona miała swojego towarzysza, chociaż jeszcze nie pancernego, jednak takiego, co się pod chorągiew miał wkrótce zaciągnąć, a był nim szlachetnie urodzony Miłkowski. Wiedzieli o tem ludzie, wiedział i Żołądkowicz. Widząc więc Skowronkową, niby osę zajadłą w prześladowaniu, rzekł jej: „Wolałbyś raczej pójść do domu, bo tam twój towarzysz tęskni za tobą“. Skowronkowa zarumieniła się, jakby ukropem owarzona, a kupcy tarnowscy w głośny śmiech i pytają: „A cóż to zacz?“ Miłkowski zaś stał niedaleko z inną szlachtą i rozmawiali o przyborach wojennych, któreby radzi kupowali. Słysząc, że o nim mowa, przybliża się i pyta Skowronkowej, o co chodzi?
Mieszczka mu powiedziała, że o niego, więc też niewiele myśląc, dobył szabli i skoczył ku kramarzom konno i zbrojno, a ona mu jeszcze ducha dodaje, aby się pomścił na Tarnowianach. Jeden z nich, Kasper Walson Szkot, rzecze mu: „Co Waszmość czynisz? Teraz kaptur[958] i nie ma żartów naruszyć spokój podczas bezkrólewia!“
— „Bodaj cię zabito! ty taki a taki!... Ja się kaptura nie boję! Ludwik Sławiński, obrażony od kata, zabił go kilofem (1644 r.), a nic mu nie robią[959]; ja was porąbię, pójdę do wojska i nic mi nie będzie!“, rzekł Miłkowski i natarł na kramarzy[960]. A działo się to na podcieniu przed domem burmistrza, Floryana Benedyktowicza. Tarnowianin, kryjąc się za stragan, rzekł: „Co Waszmość robisz? wszak tu pan burmistrz mieszka!“
— „Błazeństwo to u mnie!“
Skoczyli ludzie między niego i kramarzy i rozejmowali ich. Wyszła i pani burmistrzowa i mówi do Skowronkowej: „Żal się Boże na Waćpani! żeby zaś kogo na ludzi cudzoziemskich naprowadzać!“
— „Siedź sobie cicho ty marnio!“, usłyszała w odpowiedzi i cofnęła się do sieni.
Miłkowski zaś rwał się do kramarzy, którzy go łagodzili, że jeżeli mu Walson co winien, to gotowi dać zastaw za niego. „Jak ja go zastawię, to wam go sto tysięcy nie wykupią!“, zawołał Miłkowski, wyrwał się i z dobytą szablą pobiegł do sieni burmistrza za Walsonem i Żołądkowiczem. Ale ci już byli bezpieczni w izbie zamkniętej.
Kiedy się uspokoiło, instygator królewski zaskarżył Wojciecha Skowrona i żonę jego Elżbietę, iż się poważyli zakłócić pokój kapturowy, mianowicie ta ostatnia, naprowadzając szlachtę na cudzoziemskich kupców, także o zniewagę burmistrza i żony jego. Kupiec Walson z swej strony zaskarżył ich o gwałt i niepokojenie na jarmarku. Rada więc zasiadłszy, zawyrokowała na panią Elżbietę Skowronkową:
Ponieważ często w mieście i gdziebądź poswarki i kłótnie wszczyna, obecnie zaś spokój zakłóciła i burmistrza obraziła, aby zato odsiedziała miesiąc wieży; wychodząc aby złożyła winy 20 grzywien, i uczciwie przeprosiła sławetnego pana burmistrza i małżonkę jego przez ludzi godnych. Tak samo Walsona, za którego miała 3 dni za kratą odsiedzieć[961]. Najwinniejszemu zaś, panu Miłkowskiemu, jako szlachcicowi, nic się nie stało.

To stanowisko mieszczan wobec szlachty, to ich wzajemne między sobą pożycie, to ostatni rys obyczajowy naszego mieszczaństwa. Stosunkowi temu, i ile dotyczył się spraw politycznych i społecznych, poświęciłem rozdział osobny. Inne rozdziały podały nam aż nadto sposobności poznać znowu stosunek ze strony prywatnej i towarzyskiej. I widzieliśmy wielekrotnie, że szlachta okoliczna bynajmniej nie usuwała się od mieszczaństwa Nowego Sącza, lecz owszem utrzymywała z niem stosunki towarzyskie, nawet niekiedy przyjazne. Stąd to przyjmowali mieszczan w gościnę i nawzajem bywali u nich na weselach i chrzcinach, pożyczali im pieniędzy, a nawet wchodzili z nimi w spółki handlowe, i naodwrót brali od nich towary na kredyt lub zastaw — wogóle stosunki te były wcale poufałe i nieraz serdeczne. Mimo to szlachta nigdy nie zapomniała swego wyłącznego i uprzywilejowanego stanowiska! Przy różnych okolicznościach, zwłaszcza w rozdrażnieniu lub uniesieniu, dawała mieszczanom uczuć swą wyższość społeczną — okazywała im lekceważenie i wzgardę — poniewierała ich prawami i samorządem — wywoływała burdy i wszczynała bójki lub dopuszczała się wprost gwałtów, które stawały się powodem namiętnych skarg po sądach i coraz większej obopólnej goryczy i niechęci. Kilka poniżej podanych takich charakterystycznych wypadków maluje jaskrawo te stosunki.
12) Matyasz Wlazło, miecznik i mieszczanin kaliski, obraziwszy urodzonego Jana Sławińskiego i Hieronima Żakowskiego, ściągnął na siebie wyrok karny, przed którym zbiegł do Nowego Sącza. Bracia kowale, miecznicy i złotnicy przyjęli go do swego wspólnego cechu, pomimo niechęci Pawła Użewskiego, złotnika. Kaliszanie nie mogli go zrazu odszukać, więc sobie spokojnie siedział w Sączu, zarabiając na życie i miłość ludzką aż do roku 1631. Wkońcu jednak wyśledzono tam jego pobyt, a Ichmość panowie: Sławiński i Żakowski, otrzymali polecenie od urzędu miejskiego kaliskiego, aby wydali zbiega, ich sądowi podległego. Poprosili też wielmożnego Stanisława Doruchowskiego Wierzbiętę, podwojewodzego kaliskiego, o piśmienne przyczynienie się do rajców sandeckich. Zjechawszy zatem znienacka do Nowego Sącza, pochwycili Wlazłę, i okazując pismo rady miejskiej kaliskiej, żądali wydania go sobie w celu odstawienia pod sąd wójtowski w Kaliszu.
Właśnie burmistrzował Paweł Użewski. Przeczytawszy pismo podwojewodzego kaliskiego, nie namyślał się długo i posłał pod Wlazłę, który robił za czeladnika u Grygla Zaręby, miecznika. Nieborak Wlazło wiedział, co go czeka. Smutno więc żegnając Zarębów, pobudził ich do gorzkiego żalu i płaczu, że z ich domu idzie prawdopodobnie w ręce kata.
Wlazło powoływał się, iż jest przyjętym do cechu sandeckiego: Użewski odparł, że nie przyjęty w poczet mieszczan. Wlazło okazał list królewski, prosząc o zwłokę: Użewski odparłszy, iż list żelazny królewski nie stwierdzony w tutejszym grodzie, nie zważał na dalsze wymówki i prośby, lecz odstawiwszy go do grodu, wydał go pomienionym panom z Kalisza i wziął od nich poświadczenie, iż nadal nie urząd miejski, ale oni odpowiadają za bezpieczeństwo jego życia.
Wielkie oburzenie w mieście wywołał ten postępek Użewskiego. Bo według praw i przywilejów miasto nie podlegało sądownictwu grodowemu, a każdy, którego miasto do swego grona przyjęło, miał prawo być sądzonym od sądów miejskich, a nie od szlacheckich. Długie i uparte stąd bywały od dawna zatargi z starostami, a Nowy Sącz, mianowicie osobnymi wyrokami królów, od tego narzuconego samowładztwa kilkakrotnie był zabezpieczony[962]. A tu nierozważny burmistrz sam się grodowi niepotrzebnie poddawał.
Żakowski, pachołek pana Sławińskiego, odebrawszy więźnia z rąk woźnego grodzkiego, pochwycił go za kołnierz ferezyi i wiódł do kowala, Wojciecha Wyrostka, aby go dać zakuć w kajdany. Wyrostek wcale nie miał ochoty kuć biedaka, a tu szlachta: Sławiński i Żakowski rozkazują, i grożąc zemstą, każą mu go trzymać i kować. Kowal, wskazując na wielkie zbiegowisko ludu, rzecze: „Cóż go mam trzymać, jak ceklarz[963] jaki, i kować na pośmiewisko ludzkie! Zaprowadźcie go Waszmościowie do gospody, a jam gotów robotę zrobić: tak zaś nie będę kował!“ Rzekł, i opuściwszy ręce, patrzył litościwie na biedaka.
Żakowski chciał więc Wlazłę prowadzić do gospody, ale ten jął mu się wyrywać na schodku kuźni. Żakowski tem mocniej chwycił go za ferezyę i trzyma, odgrażając się surowo: ludzie zaś poczęli wywoływać na obydwóch szlachtę, mianowicie niewiasty, których się dużo zbiegło na płacz Zarębów małżonków, że czeladnika ich burmistrz wydał i że go powiedli do okowania do kowala. Wlazło, korzystając z zamieszania, przez głowę spuścił z siebie ferezyą, wyrwał się i ucieka. Niewiasty rozstąpiły się i wołają: „Uciekaj nieboże, uciekaj!“ On też, co mu tchu stało, ucieka na cmentarz kollegiaty, tuż obok rynku. Za nim wskok pędzi Żakowski z siekierą w dłoni, a lud tłumnie towarzyszy. W furcie cmentarza była ostra krata, jak zwykle w Polsce, dla ochrony od trzody i bydła. Na tej krecia upadł Wlazło. Żakowski dopadł i uderzył go obuchem w plecy. Lecz Wlazło zdołał przecie wtoczyć się na cmentarz, a litość mieszczan towarzyszyła mu.
Kowal Wyrostek z żalem patrzył za uciekającym, a widząc go w bronce cmentarza, zawołał radośnie: „Uciekł!“, i zwracając się do ludzi, mówił: „Chwała Panu Bogu, żem się go nie tknął do kowania! A kazali mi go gwałtem kować i trzymać, jakby ceklarzowi“. Zaręba też, widząc uciekającego, wzniósł ręce do Boga i z płaczem rzekł do ludzi w rynku: „Panie Boże! wyswobodź ludzi niewinnych! A chwała Bogu, żem tu nie był przytem, ja ubogi człowiek“.
Adam Łukowiecki, organista, stał sobie spokojnie przy kollegiacie, trzymając ręce w kieszeniach kożucha. Skoro zaś Wlazło wtoczył się na cmentarz a Żakowski okładał go obuchem, wystąpił organista, i wstrzymując go, rzecze: „Pani bracie! hamuj się, bo to cmentarz, nie czyń gwałtu domowi Bożemu!“
Lecz Żakowski, czerwono ubrany, nie zważając na to, bił Wlazłę. Wybiegł też ksiądz Marcin Ćwikliński, podkustoszy kollegiaty, i mówi: „A czemu to bracie gwałt czynisz kościołowi? azali nie wiesz, że to szyją pachnie?“ Żakowski coś się księdzu przymówił. Na to przypadają drudzy księża i zakonnicy Franciszkani i biorą Wlazłę między siebie. Żakowski chciał przeszkodzić i coś odpowiedział. Na to przyskoczył jakiś Franciszkanin i uderzył go w gębę. Żakowski chciał oddać wet za wet, ale ludzie skoczyli, mianowicie Joachim Raszkowicz, garncarz: więc trzeba był zmykać, a ludzie bili i gonili.
Urodzony Sławiński, widząc jak księża Wlazłę prowadzą do pomieszkania swego, zwraca się do organisty i rzecze: „Tyś mi to przyczyną wszystkiego!“ Łukowiecki zaś świadczył się ludźmi, iż mu źle zadaje Sławiński.
Nazajutrz okazywał Żakowski blizny i rany: na wierzchu głowy nad lewem uchem guz, jak orzech laskowy: na prawym boku nad krzyżami raz zsiniały, jak grosz; na członku lewej ręki raz zdraśniony; na lewej ręce nad łokciem raz zsiniały i drugi poniżej i trzeci zdraśniony. Zeznał i za świeżej pamięci uskarżył się urzędowi miejskiemu.
Mieszczanie z swej strony zaprotestowali przeciwko wydaniu mieszczanina grodowi. Gród, zasłaniając się wyrokiem Użewskiego, nie przyjął protestacyi. Więc rajcy i ławnicy, zawezwawszy woźnego grodzkiego, spisali jak najuroczystszą protestacyę, głosując kolejno wszyscy.
Panowie szlachta zaś zaskarżyli Łukowieckiego, Wyrostka i Zarębę, iż gwałtem odbili więźnia i pokaleczyli Żakowskiego. Gród żądał uwięzienia obwinionych, a Użewski musiał ich uwięzić, ulegając parciu szlachty. Urodzony bowiem Sławiński okazał rejestra magnatów, którym służył, a odwołując się na przywileje szlacheckie, żądał spiesznej sprawiedliwości w sprawie, jak mniemał gwałtu publicznego. Wójt zaś wysłuchał kilkunastu wiarogodnych świadków, a okazawszy niewinność uwięzionych, uwolnił ich za rękojmią, iż każdej chwili staną do prawa[964].
13) W r. 1637 nadszedł czas tak zwanych „kwerel“, czyli sądów grodzkich starościńskich. Zjechała się szlachta okoliczna, prawowała i gościła się wzajemnie. Nie obeszło się bez wina, a za winem ochota idzie, kwerele bowiem szlacheckie to żniwo dla prawników. Pan Maciej Żmijowski, szlachcic, żołnierz i prawnik, nie był zapomnian od panów braci: dopomagał w sprawie, dopomagał i w ochocie. Kiedy głowa wzbierze, zbiera i serce, więc pan Żmijowski wylewał uczucie swego zgorszenia na krętarstwa niektórych podłych mieszczan, stronników wójta: Macieja Pleszykowicza. Szlachta mu wtórowała, dzieląc zdanie jego i objawiając wzgardę swoją, a kończąc groźbą ostrej szabli. Najbardziej wykrzykiwał Żmijowski, iż on nauczy tych frantów! iż on ich pojednemu szablą swoją przerzedzi! Tak grożąc, idzie podchmielony i zdybuje Jana Kotczego, szychtarza. Kilka białogłów stało na podcieniu i Jędrzej Nagłowicz, rzeźnik.
— „Patrzcieno, jako ja tych frantów będę po jednemu przerzedzał!“, rzekł Żmijowski do niewiast, i dobywszy szabli, poskoczył ku szychtarzowi, wiedząc, że doń Walenty Wargulec kilkanaście razy chodził względem podpisu skargi na ławicę i podwójciego. Szychtarz nie spodziewał się napaści, i wołając, aby mu dał spokój, bierze się też do szabli; lecz nim jej dobył, zaciął go Żmijowski w lewą rękę. Kotczy, chociaż ranny, wydobył szablę, boć szychtarzowi nie nowina bronią władać, kiedy sam oręż wyrabia. Lecz Żmijowski, podchmielony, tnie gdyby w Turka lub Tatara, aż przecie Nagłowicz skoczył i uchwycił szalonego, poczem ich rozdzielono.
Nagłowicz czem prędzej obwiązał i opatrzył rannego, poczem wrócił na podcienie, gdzie Żmijowski jeszcze stał, grożąc, iż tak będzie frantów przerzedzał.
Kotczy, krwawo obrażony, zapozwał Żmijowskiego. Lecz sami ławnicy i rajcy wdali się w to, boć pan Żmijowski chciał tylko poskromić ich przeciwników. Stanęła więc zgoda przyjacielska: Żmijowski zapłacił, przeprosił i odpuszczono sobie wzajem. Była jeszcze inna przyczyna ich pogodzenia. Żmijowski był to szlachcic, a miasto miało jakąś sprawę u wojewody krakowskiego, Jana Tęczyńskiego, na którego szlachta wiele wpłynąć mogła swojem zdaniem. Tak to szlachta mieszczan za nic miała i o byle co zaczepiała[965].
14) W tymże roku (1637) urodzony Leńczewski, sługa Przecława Marcinkowskiego, podstolego krakowskiego, podpiwszy sobie, siadł na ławce na podcieniu przed domem Wawrzyńca Sławińskiego. A było to wieczór. Straż nocna pod dowództwem dziesiętnika swego, Mikołaja Wysogrodzkiego, wyszła z ratusza na obchódkę po mieście, uzbrojona w rusznice, szable lub kostury, a zaopatrzona latarnią. Na czele szedł dziesiętnik, niosąc latarnię, dalej szła uzbrojona czeladź ratusza.
Wysogrodzki, obaczywszy kogoś siedzącego przed domem Sławińskiego, zbliżył się z latarnią, a widząc jakiegoś szlachcica, pozdrowił go, mówiąc: „Boże daj dobry wieczór!“ Pan Leńczewski w odpowiedzi kopnął nogą w latarnię, aż się dziesiętnik obalił, poczem dobył szabli i chciał zaciąć jednego z nadchodzącej czeladzi, lecz ten, obaczywszy to, rzucił się pod ławę, a cięcie ponad niego świsnęło w powietrzu. Wysunął się naprzód trzeci, a Leńczewski zaciął go w rękę. Obrażony zawołał: „Obciął mnie ten zdrajca w rękę! muszę się rozprawić z nim!...“ A jeden z czeladzi krzyknął: „Strzelaj!“ — „Nie strzelaj! na miłość Boga!“ zawołała, wybiegłszy na ten hałas Katarzyna Grybowska, „bo nie wiecie, gdzie kto stoi!“
Wtem pachołek zacięty podniósł kostur i tak się z sobą ścierali. Pachołek dobrze kijem robił, dostał Leńczewskiego kilka razy, odbił szablę, poskoczył i pochwycił go za rękę, poczem zaprowadzono go na straż, lecz rychło stamtąd wypuszczono. Śmiali się z niego towarzysze, więc zaskarżył stróżów nocnych, iż go napadli i pobili. Ale zaprzysięgli, jak się stało, i załagodzono sprawę[966].
15) Nader uprzykrzone sąsiedztwo miał Nowy Sącz z wielmożnym Piotrem z Rożnowa Rożnem, dziedzicem wsie Mogilna i Koniuszowej, który od r. 1626 ciągle wrębywał się w miejskie lasy w Paszynie i ustawicznie miedze swoje rozszerzał. Z tego powodu zanoszono nieraz przeciwko niemu żałobę, jużto do grodu sandeckiego[967], jużto do sądu ziemskiego w Czchowie, a nawet do trybunału w Lublinie. Nieczuły na te wszystkie protesty i żale pan Rożen, jakby w odpowiedzi na nie, kazał po dawnemu poddanym swoim najeżdżać miejskie lasy i wyrębywać w nich drzewo. Ale i miasto pamiętało o sobie. Wójtowie wsi miejskich: Paszyna i Piątkowej nie dla pozoru tylko odprawiali rok rocznie prawo rugowe i ćwiczenia wojenne z parobkami obu gmin. A skoro panowie rajcy rozkazali strzedz lasu, to obaj wójtowie, zwoławszy co śmielszych, obskoczyli mogilskich najezdników i jak niepysznych razem z wozami i wołami przywodzili do miasta. Panowie zaś rajcy odstawiali ich do grodu, jako corpus delicti, protestowali uroczyście, a gród wysyłał woźnego na miejsce w celu oglądania i sprawdzenia poczynionych szkód. Pan Rożen oczywiście nie stawał na pozwy, więc podpadał kontumayi[968], dalej, jak przedtem, wycinał las, a rajcy z mieszczanami znowu musieli po staremu bronić swej sprawy.
Gdy w r. 1633 siłą i przemocą miedze miejskie zaorać rozkazał, gród wytoczył śledztwo na miejscu. W tym celu kazano stanąć poddanym miejskim, gród zesłał woźnego i kilku z pomiędzy szlachty, miasto zaś rajców i mieszczan. Tym razem wielmożny Rożen stanął z zbrojną czeladzią, chcąc gwałtem swego dokazać. Jakoż rozpoczął ustną walkę z mieszczanami, a potem rwał się do korda. Lecz szlachta grodzka, widząc niesłuszność uroszczeń jego, mocno stali przy mieszczanach a nawet oświadczyli, iż oręż orężem odeprą i byli na to przygotowani. Tak więc, rad nie rad, musiał pan Rożen na razie ustąpić. Ale niedługo trwała owa pozorna ugoda, bo to już taka była nieszczęśliwa przywara tych panów Rożnów, że od czasów Zygmunta Augusta prawowali się ustawicznie o miedze to z miastem, to z opactwem sandeckiem. Nie dziw przeto, że i obecny spór graniczny powtarzał się jeszcze nie jednokrotnie w następnych latach aż do śmierci starego Rożna 1647 r.
Sprzykrzył się wreszcie jego spadkobiercom te spory i zatargi z miastem. Za pośrednictwem starosty grodowego, Konstantego Lubomirskiego, tudzież za wdaniem się okolicznej szlachty stanęło piśmienne pojednanie, jak Bóg przykazał, na rozum i sumienie, przepisane na czysto ręką chłopca aplikanta[969], który dostał zato 10 gr. na orzechy.
Skoro więc stanęła ugoda z panami Rożnami, Stanisław Kopeć dał najprzód na wotywę i ubogim jałmużnę, co razem wynosiło 2 złp. Poczem z lekkiem już sercem zdał Marcinowi Frankowiczowi swoje burmistrzowskie urzędowanie i wyprawił go do Paszyna na ostateczną ugodę. Wraz z nim pojechało kilku panów przyjaciół rycerskiego stanu, zaproszonych umyślnie do tej sprawy i ugody granicznej, tudzież kilku mieszczan, obok Jegomości księdza proboszcza, Szymona Jaroszowskiego, pisarza grodzkiego, oraz regenta kancelaryi grodzkiej, Walentego Włockiego.
Ugodziwszy się o granicę, sypano nowe kopce. Przytomny woźny sądowy obwieszczał światu i gromadom zebranym granice nowe, a każdy kopiec oblewano, t. j. panowie rajcy pili na zdrowie swoje i trwałość sąsiedzkiej granicy i zgody, a skoro wypróżnili jaki gąsior, to go stłukli, a czerepy szkła wedle starego obyczaju zagrzebywali w sam rdzeń kopca jako „signum metallicum“ wraz z kawałkami żelaza, jak świadczy o tem transakcyjny dokument sądowy. Poczem małych chłopców bez wszelkiej ceremonii kładziono na kopcu, i aby pamiętali w późne lata, gdzie granica między Paszynem a Mogilnem, sypano im po kilka serdecznych batów, a na basarunek[970] dawano miodowniki na osuszenie łez, bo taki był poważny staropolski sposób sypania kopców i batów kopcowych.
Po skończonej ugodzie nastąpiła suta biesiada; samych ryb słonych: śledzi i wyziny, tudzież świeżych: karpi, szczupaków i śliżyków spożyto za 24 złp. 26 gr., wina zaś wypito 15 garncy za 40 złp. Prócz tych wydatków na wspólną biesiadę, popłaciło miasto także honorarya i opłaty sądowe: Jegomości księdzu proboszczowi darowano pięknego łososia za 7 złp. 18 gr.: pisarzowi grodzkiemu za trud i drogę wyliczono talerów kopowych 10 czyli 18 złp.: a regentowi kancelaryi grodzkiej kontentacyi 30 złp. Wszystkie zaś poszczególne wydatki owej ugody granicznej, wynoszące wraz z biesiadą ogółem 173 złp. 13 gr., wpisano do księgi[971].
16) Joachim Raszkowicz, po owym wyroku wydanym przez sąd radziecki[972], zbadawszy należycie, że urodzony Piotr z Bilska Wierzbięta, starszy dworzanin nowego starosty, Konstantego Lubomirskiego, dość jest przystępnym talerom bitym, a sam pan starosta podszeptom dworzan, udał się tą drogą i dokonał swego. W poufnej rozmowie dworzanie opowiedzieli staroście całą scenę z katem w izbie sądowej, wyrażając swe ubolewanie nad biednym Raszkowiczem, który z tego powodu cierpi wiele poniżenia i zhańbienia: gdyż i współobywatele od niego stronią i niechętnie z nim przestają, uliczna zaś gawiedź, w zaułkach ukryta, sromoci go przezwiskiem mistrza lub kata. Te podszepty wzruszały żywy umysł młodego starosty, pragnącego odznaczyć się w nowo objętem urzędowaniu, widział bowiem przed sobą otwierające się pole popisów swej urzędowej sprężystości i dziwił się tylko, czemu Raszkowicz nie udaje się do niego.
Na to tylko czekał sławetny Raszkowicz, a widząc czas swój, zapomocą biegłych prawników, jakich podówczas miasto znaczną posiadało liczbę[973], wypisał pozew na Poławińskiego, Wilkowskiego, Koszwica, na sługę: Jakóba Szymkowicza i kata, i rozwodząc się nad krzywdą i hańbą doznaną, odnosił się do wyższego sądu wielmożnego starosty, poddając pod jego wielmożne stopy swoją krzywdę i honor. Poławiński zaś, tymczasem wybrany rajcą i wójtem, zasiadł ławicę sprawiedliwości i sprawy karne toczyły się przed nim tak długo, dopóki pozew i nakaz stawienia się oblicznie przed wielmożnym starostą nie powstrzymały toku spraw.
Stanęły strony przed obliczem pańskiem, a burgrabia sandecki, urodzony Jan Strzałka, prowadził wątek sprawy, do której woźny koronny, Wawrzyniec Marchacz z Wielopola, zapozwał obżałowanych. Stanął Poławiński, Wilkowski, sługa Jakób i kat, tylko Koszwic nie stanął, bo nie dowierzał. Starosta był mocno rozgniewany na Poławińskiego i bardzo względem niego uprzedzony, dzięki niedaremnym zabiegom Raszkowicza. Burgrabia zaś wiedząc, jak się brać do rzeczy, najprzód kata groźnie zapytał, kto go namawiał do tej całej sprawki. Kat wyznał, że sługa Jakób chodził do niego i podmawiał, ręcząc za bezpieczeństwo zupełne, a nawet obiecując podarunek. „Gdyby nie to“, dodał, „nie byłbym nawet wiedział o niczem, jakom i nie wiedział“.
Sługa Jakób przyznał się także natychmiast, iż to z rozkazania pana Poławińskiego uczynił, któremu, jako zastępcy wówczas burmistrza, we wszystkiem ulegać musiał. Poławiński wystąpił śmiało: „Prawda!“, rzekł, „posyłałem do kata, aby zapozwał Raszkowicza i uczyniłem to dlatego, aby zbrodnia tak złośliwa nie uszła bezkarnie“.
Raszkowicz z swej strony zarzucał, że pokrzywdzony sam nie skarży, więc i krzywdy nie chce wetować, a gdzie nikt nie skarży, prawo nie sądzi. Dalej schlebiając starości, zarzucał, iż mu nie dozwolono odnieść się do wyższego sądu poprzedniego starosty, i że najniesłuszniej dwie kary ponosił: więzienie za kratami i grzywny tak znaczne.
Rajca Wilkowski nie mógł przyjść nawet do słowa, a po nieobecnego Koszwica posłano drugiego woźnego, sławetnego Marcina Czajkę, który jednak z niczem powrócił.
Niedoświadczony starosta nie wiedział, co czynić. Nie tak burgrabia, winem Raszkowicza ujęty. Duma Poławińskiego ubodła go, postanowił poskromić ją koniecznie. Podbechtał zatem starostę, iż ci mieszczanie chcą górę brać nad grodową powagą; opowiedział dawne miasta z starostami zatargi; przedstawił ławicę miejską w jak najgorszem świetle, więc Lubomirski, nie zgłębiając rzeczy i ufny przedstawieniom swego burgrabiego, przystał na jego zdanie i podpisał wyrok. Wskutek czego Wawszyniec Marchacz z Wielopola, woźny koronny (ministerialis regini generalis), poroznosił pozwy w opieczętowanych cyrografach: jeden na ratusz, drugi w dom Poławińskiego, trzeci w dom Wilkowskiego, czwarty w dom Koszwica, a piąty w dom wspomnianego kata. Pozwy te wedle przepisów prawa ogłosił wszędzie przytomnym ich rodzinom, aby się osobiście stawili w oznaczonym terminie na zamek przed wielmożnego starostę, dla wysłuchania i wykonania zapadłego wyroku. Wyrok ten tak brzmiał w streszczeniu:
Konstanty hrabia na Wiśniczu i Jarosławiu Lubomirski, sandecki, białocerkiewski starosta.
Zapadły na sławetnego Joachmia Raszkowicza wyrok urzędu radzieckiego, względem pokrzywdzenia Mateusza Wilka, który ani się skarży ani sprawy swej popiera, jako nie wedle prawa wyrzeczony, wielmożny starosta cofa i tego Joachmia od wszelkiej w tej sprawie zaczepki wolnym czyni i wyrokuje, aby cała ta sprawa i zarzuty wszelkie dobrej jego sławie w niczem nie szkodziły.
Ponieważ zaś, tak z obrony obu stron, jako też z zeznań i świadectwa sługi radzieckiego jasno widać, że sławetny Jakób Poławiński, wówczas urząd burmistrza piastujący, z nienawiści i zawziętości przeciw Raszkowiczowi dawno powziętej, kata przez sługę Jakóba na wytoczenie sprawy naprowadził, przez co sławetnego Joachima zhańbił i przeciw urzędowej powadze i przysiędze swej ogromnie zgrzeszył. Przeto wielmożny starosta za takowy występek Jakóba Poławińskiego z urzędu radzieckiego, równie jak ze wszystkich godności i urzędów na wieczne czasy wyzuwa, a na jego miejsce Joachima Raszkowicza rajcą mianuje. Niesłusznie zaś i marnie wybrane od Raszkowicza pieniężne kary i grzywny, ma tenże Poławiński zaraz nazajutrz onemuż wrócić, pod karą podobnej ilości grzywien, mocą niniejszego wyroku.
Sławetnego Stanisława Wilkowskiego, jako w urzędzie z Jakóbem Poławińskim pospołem zasiadającego, skazuje wielmożny starosta na więzienie ratuszowe sześciotygodniowe, które zaraz jutrzejszego dnia ma zasiąść i bez przerwy odsiedzieć, pod karą wywołania i wydalenia z miasta.
Na kata zaś, jako stronnika tegoż urzędu radzieckiego i pomienionej sprawy wnosiciela, wydał wielmożny starosta wyrok: Aby tenże kat w każdy targowy dzień z tym samym mieczem czy toporem w ręku, który Raszkowiczowi, próg izby sądowej przekraczającemu, pod nogi podesłał, od piątej godziny z rana aż do południa u pręgierza stał, od jutra począwszy aż do piątej niedzieli, pod karą ucięcia głowy. Która to kara, w razie niewypełnienia wyroku, zaraz niniejszem się orzeka i urzędowi radzieckiemu do wykonania porucza.
Wkońcu co do sławetnego Jana Koszwica, sprawy bieżącej sędziego i w sporze udział mającego, ponieważ ani sam ani przez pełnomocnika swego na pozew nie stanął, wielmożny starosta mocą niniejszego wyroku orzeka: wyzucie z wszelkich urzędów i godności miasta i wywołanie z niego, tudzież odsiadywanie pod pręgierzem, w rynku miasta Nowego Sącza wystawionym, przez cały rok co piątek i targ od rana aż do południa.
Dan na zamku sandeckim w piątek najbliższy po niedzieli głuchej (29. marca) 1647 r.
Zaraz nazajutrz urodzony Piotr z Bilska Wierzbięta, dworzanin pana starosty, przyszedł z zamku na ratusz i pozbawił Jakóba Poławińskiego urzędu i godności radzieckiej, w przytomności rajców tak nowych jako i starych. Ponieważ zaś był też niedawno obrany wójtem, przeto wskutek wyroku nań zapadłego, nie śmiał dłużej piastować godności wójtowskiej. Miejsce jego zajął podwójci, sławetny Jędrzej Nagłowicz, któremu nadano moc pełną urzędowania wótowskiego, dopókiby nie nastąpiły przyszłe wybory. Całe to urządowe przeprowadzenie wpisano do akt miejskich, jak tego wymagała formalność prawa[974].

Wyrok powyższy, owoc samowoli magnackiej, jest zarazem dobitnym przykładem poniewierania i deptania praw i swobód miejskich. Jest też jednym z licznych dowodów tych usiłowań szlacheckich, które, jak owe zgubne ustawy, podkopujące wolny rozwój przemysłu[975] i dobrobyt materyalny miast, dążyły do zniweczenia ich wolnych instytucyi, przywilejami królewskimi zagwarantowanego samorządu i niepodległości od rządów szlacheckich. Ten ideał szlachecki: zubożenie i upadek miast, urzeczywistnił już wiek XVIII. prawie zupełnie...






UZUPEŁNIENIA.

Do str. 4.Zamek Sądecz w r. 1616. Ten zamek leży nad Dunajem[976] i Kamienicą, rzekami przy bramie miejskiej krakowskiej, który za Jego Mci pana starosty sendomierskiego teraźniejszego[977] murem wkoło jest obwiedziony. Do którego od miasta wchodząc, jest brama w murze. Wrota do niej drzewiane z furtą na zawiasach. Wchodząc na zamek po lewej stronie, jest izdebka z komnatą, piec prosty, okien 2. Idąc dalej w zamek, schód na górne gmachy, gidze wszedłszy jest sionka, z niej ganeczek. Z tejże sionki na południe izdebka, okien 2, piec polewany[978]. Z niej komnata, okno 1. Przy tej komnacie jest druga komnata, komin murowany. Nad izbą wyżej opisaną jest bania, w której jest zegar drewniany. Podle tego budowania jest dom o jednym wierzch, za pana starosty sendomierskiego zbudowany, do którego wchodząc sień. W niej dwie izby przeciw sobie, komnata przy jednej, w obu izbach pod 2 okna szklane, piece zielone. Od tego domu idąc podwórzem, jest stajnia przez teraźniejszego pana starostę[979] dobudowana, do której wrota dwoje na zawiasach z skoblami, wrzeciądzami. Nad tą stajnią izba wielka na filarach murowanych, przez Jegomości pana starostę sendomierskiego zbudowana, do którego wchód z dołu okrągły, z niego sionka mała przed izbą. W izbie okien 11 po trzech stronach, piec polewany, drzwi dwoje, z jednych wyjście gankiem do izby górnej murowanej, w której okno, piec, komin. Z niej komnata, z niej izba stołowa, okna, piec malowany. I druga komnata na północy, okno 1. Z tejże komnata ciemna drewniana, a przy niej izdebka, okien 3, piec, sień, w której okien 2. Z niej sala, potem izba, okien 6, piec polewany. Z tej izby izdebka murowana, drzwi malowane, okien 2, piec. W bok izdebki komnata, sień, w której okien 2, k’temu drzwi do izby na wschód słońca, a z tej izby drzwi do komnaty, okien 3, komin murowany. Z tejże sieni jest drugi wchodek do sklepiku[980], u którego drzwi żelazne, okno jedno z kratą, a potem przejście do sieni przez kancelaryą. U dołu zaś budowany jest sklep, który przeszły starosta wywiódł, z teraźniejszy dał go potynkować, drzwi żelazem obkowane. Izba murowana, w której okna szklane 2, piec, drzwi malowane. Z niej komnata zamczysta. Pod tem murowaniem piwnice dwie zamczyste. Wyszedłszy z piwnicy komora, druga komora takaż. Furtka w murze, drzwi do niej żelazne. Dalej idąc jest sień, okno 1, w której jest sklep, okien 2 z kratami, drzwi żelazne, naprzeciwko kancelarya. W niej okien 3, piec, komnata murowana zamczysta, komin murowany. Z niej sionka i izdebka zamczysta z oknem, piecem, kominkiem i z komnatą. W tejże sieni drugi sklep, także zamczysty do chowania ksiąg grodzkich, okno 1 z kratą. Pod tymi gmachami murowanymi są dwie piwnice sklepiste, między niemi sionka. Na górze jest komnata, okien 2. W bok górnej komnaty jest wieża szlachecka w murze, w której siedzenie wierzchnie i ziemne[981], drzwi żelazne, piekarnia, w której piec czarny, okien 2, drzwi na zawiasach. Z niej komora i druga, na niej kuchnia przy murze. Z jednej strony izba, z drugiej komora, przed nią studnia. U tych wszystkich wzwyż opisanych gmachów są drzwi na zawiasach z skoblami, wrzeciądzami, a w niektórych zamki. (Lustracya wojwództwa krakowskiego z r. 1616 przechowana w jednem z archiwów warszawskich).
Do str. 24. — Przemianki, czyli uczciwe przezwiska, otrzymywane przy wyzwoleniu, stawały się zwykle nierozłącznymi towarzyszami przez całe życie. Tak między innymi znajduję w aktach: Tatar alias Groszek, Darmochód al. Skroniowski, Marcin Cieluszek al. Niedźwiedź, Jan Paszyński al. Gruca, Szydłowski al. Kurek, Gądek al. Siedlecki, Stan. Frankowicz al. Chuchro, Krosner al. Medoński, Wojciechowski al. Popek, Cholewicz al. Niedbałek, Halenowicz al. Trębaczyk, Pobrzecki al. Kośmikiel, Olejarz al. Rabsztyński, Kobierski al. Fliśnik, Joachim Raszkowicz al. Woleński, Jan Raszkowicz al. Kołodziejczyk, Klimczyk al. Grabski, Ptaszkowic al. Wrona i t. p., i t. p.
Do str. 59. — Dr. Piekosiński, znany heraldyk polski, opisuje ową pieczęć Nowego Sącza z r. 1343 daleko dokładniej, niż Rzyszczewski. Pieczęć przedstawia św. Małgorzatę siedzącą na smoku, zwróconym w prawo. W prawej ręce trzyma ona chorągiew o trzech strefach, z krzyżem u góry, w lewej kościół o jednej wieży, wrócony w prawo, na którego dachu ptak. Po prawym boku chorągwi również ptak, ale na gałązce. Tło z rzadka zarzucone różyczkami. W otoku napis: Sigillum Advocati Et Civium In Novo Sandecz. (Pieczęcie polskie, część I. str. 196).
Do str. 121—127. — W obszernej ustawie rzeczy strawnych i robót rzemieślniczych z r. 1630 opuściłem kilka ustępów, które dla kompletu tutaj zamieszczam.
Winni szynkarze. Żaden z szynkarzów aby się nie ważył wina także małmazyi i miodu berować[982] bez wiadomości i ustawy i zapieczętowania od urzędu Jegomości pana wojewody, także i sprzedawać pod winą 14 grzywien. A dla wielkiego oszukania wolno będzie Jegomości pana wojewody urzędowi i miejskiemu do piwnic zawsze na rewizyą chodzić, aby żadnej mieszaniny nie czyniono i drożej nad ustawę nie przedawano. A ktokolwiek wina nakupi na szynk, nie powinien go spuszczać do piwnicy bez zapieczętowania pana podwojewodzego, ani go na szynk dawać.
Wiertele. Aby żaden piekarz, szynkarz i każdy kupujący, nie ważył się kupować zboża wszelakiego, tylko w wiertele cechowane i sprawiedliwe. Pod winą 14 grzyw. tak na kupującego, jako i na przedającego.
Świece łojowe nie mają bydź jeno babczane a szelągowe według dawnego zwyczaju, pod winą 14 grzyw. A gdzieby się to pokazało, żeby która z uporu nie chciała robić świec jeno po szelągu, tedy one wolno będzie zabrać.
Krochmalnicy. Uważając większą cenę, ma bydź funt krochmalu po 2 gr., pod winą 14 grzyw.
Przekupnie żelaźni. Ci, co żelazem kupczą, nie mają więcej brać na cetnarze tylko 15 gr., gdy któremu kowalowi albo komukolwiek przedadzą, pod winą 14 grzyw.
Bednarze. Achtel smolny 20 gr., półachtelek smolny 12 gr., achtel niesmolny 15 gr., półachtelek prosty niesmolny 10 gr.; faska prosta niesmolna 6 gr., szaflik na mięso o jednem uchu 2 gr., kadź wielka jodłowa piwa 14 złp., obręcz na taką kadź 14 gr., kadź do solenia słodu 2 złp. 15 gr., obręcz na taką kadź 6 gr. Za ceber piwny 8 gr., konew wodna 3 gr., nalewka do piwa 2 gr. Za obręcz na półachtel winny 1 szeląg i kwartanik, bądź też na achtel. Za faskę maślaną 3 gr., za dwie obręcze półachtelowe ½ gr., za cebrzyk o dwu uchach 4 gr., za wannę do kąpania 1 złp., za skopiec do dojenia krów półtorak. Za maślnicę wielką z wierzchem i krągiem 8 gr., za mniejszą 7 gr., obręczy dwie do takowego naczynia szeląg. Kadź na kapustę 1 złp. 15 gr., mniejsza taka 1 złp. 10 gr., jeszcze mniejsza 1 złp. 6 gr. Wanienka jodłowa 7 gr., na kąpanie dzieci mniejsza 6 gr., wiaderko do łaźni 2 gr., do rząpia[983] 2 gr., za wiadro dębowe 12 gr., beczka jodłowa na kapustę 10 gr., a mniejsza 7 gr. Co wszystko mają trzymać bednarze i przedawać pod winą 14 grzyw.
Garncarze. Kafel jeden zielony szklany[984] 2 gr., a prosty 1 gr. Donica wielka 2 gr., mniejsza 1 gr., garncy para prostych, co w nich po cztery kwarty, 1 gr., a taki, co w nim dwie kwarty, 1 szel. Garniec na żniwa, co w nim garncy 6 wody, 6 gr.; mlecznik, co w nim garncy 3 wody, 3 gr. Misa prosta wielka 2 gr., mniejsza 1 gr., misa białego szkła 3 gr., mniejsza 2 gr., jeszcze mniejsza 1 gr. Kufel białego szkła[985], co w nim garniec, 2 gr., mniejszy kufel taki 1½ gr., jeszcze mniejszy 1 gr. Garneczki małe takiejże roboty po kwartniku, a większe po szelągu. Co mają trzymać pod winą 14 grzyw. i tabliczkę tej ustawy wywieszać i według niej przedawać pod takąż winą 14 grzyw.
Malarze. Malarz od malowania izby, która jest na 12 łokci, nie ma brać więcej tylko 10 złp. Od stołu malowanego 10 gr., od mniejszego 8 gr., od zydla do takowego stołu 7 gr., od stołka 6 gr., od okna malowanego 8 gr., od drzwi malowanych 15 gr. Koltryna na ścianę na płótnie jakąkolwiek proporcyą albo farbą, nie ma bydź przedawana drożej tylko łokieć pod 9 gr., a co półtora brytu[986] takaż koltryna łokieć po 13 gr. Listwa jakakolwiek na ścianę malowana łokieć po 2 gr., także od zasłony jakąkolwiek farbą malowanej od łokcia po 2 gr.
Maziarze. Achtel mazi 7 złp., półachtelek mazi 4 złp., kwarta mazi 1 gr.
Murarze. Od Wielkiejnocy do św. Michała mistrzowie murarze mają brać na dzień tylko po 12 gr., towarzysz, co kamień ciesze i muruje, po 10 gr., towarzysz, który tylko muruje, po 8 gr. Na krótszym zaś dniu od św. Michała do Wielkiejnocy mistrz ma brać zapłatę dzienną po 10 gr., towarzysz, co kamień ciesze i muruje, po 8 gr., towarzysz, co tylko muruje, po 6 gr. A mają na robotę wstawać ze świtem. A na obiad tylko godzinę odpoczywać, a od roboty o godzinie 23 schodzić. Mistrz żaden nie ma przyjmować więcej robót nad dwie pod winą 14 grzyw.
Powroźnicy. Postronek konopny drótowy 1½ gr., a prosty 1 gr. Stryczek konopny ½ gr., powróz zgrzebny 1 gr. Za sążeń sznura ½ gr. Co trzymać powinni pod winą 14 grzyw.
Kramarze. Towary cudzoziemskie wszelakie, które tu w Sąndczu przedawane a w Krakowie kupowane bywają. Gdy będą pytani kramarze od kogokolwiek po czemu kupili, tedy powinni pod sumieniem powiedzieć; wszelkie jedwabie i sznurki, gdy będą pytani po czemu kupili, pod sumieniem powinni powiedzieć. Tuzin haftek po 1 gr., papieru libra po 6 gr. Pasamony różne przedawane kupujący, gdy będą pytani po czemu kupili, powinni pod sumieniem powiedzieć. Także i płótna wszelakie według sumienia przedawać mają. I o cokolwiek pytani będą, podług sumienia powiedzieć powinni i przedawać pod winą 14 grzyw.
Tandem personaliter supramemorati mercatores ratione mercium suarum variarum solemniter protestati sunt contra Dominum Vicepalatinum. Ideo, że on żadnym sposobmem nie może rzeczy naszych ustawiać, gdyż to sejmowi należy. Do tego potrzebaby wprzód porządek tak uczynić w Krakowie, abyśmy też towary pobożniej kupowali, a potem też one pobożnie przedawali. Co uczynił Pan Podwojewodzy contra consuetudinem et in absentia Officii Castrensis Capitanealis Sandecensis. Contra quem ratione praemissorum iterum atque iterum protestantur.
Stolarze. Stół lipowy stolarskiej roboty na trzy łokcie wzdłuż a na dwa wszerz jakąkolwiek farbą malowany 2 złp. 20 gr., zydel do niego takąż farbą malowany 24 gr., stołek malowany jakąkolwiek farbą 15 gr. Łóżko na sześciu nogach toczonych z poprągami 2 złp. 10 gr. Drzwi do izby stolarską robotą malowane i z futrowaniem 2 złp. 10 gr. A ktoby sobie dał na wymysł zrobić, tedy powinien zapłacić jako mówi. Łoże z firanką i z szufladami 6 złp. Skrzynia trzyłokciowa malowana 3 złp. Skrzynia łokciowa malowana 1 złp. Szafka kątnia trzyłokciowa 2 złp. Łokieć listwy malowanej robotą piękną 10 gr. Służba[987] na łokci pięć do góry, a wszerz na trzy jakąkolwiek robotą chędogą malowaną 6 złp. Szafa prosta do chowania cyny o trzech komorach 3 złp. Kałamarz chędogą robotą 3 gr. Szkatuła łokciowa i z szufladami farbista robotą piękną okowana i z zamkiem 6 złp. Szkatuła półłokciowa takąż robotą 4 złp. Łokieć ławy stolarskiej do izby robionej rzezany, łokieć po 6 gr., a malowanej łokieć po 8 gr. Stolik łokciowy malowany z skrzynką 1 złp. Kolebka zawiesista malowana z skrzynią 1 złp. 15 gr., a potoczysta malowana 1 złp. A kto sobie na wymysł da zrobić podług ztargowania zapłacić powinien. A to pod winą 14 grzyw. trzymać powinni, o co forum w urzędzie tutecznym mieć będą. Ramy do błon dębowe: łokieć takowej ramy 10 gr., nie rachując jej wszerz.
Czapnicy. Szynkarze winni i każdy nie mają drożej przedawać lagru czapnikom winnego cebra jednego za 1 złp. Barwicy miodowej ceber za 15 gr. Ałunu kamień 4 złp. Brezylii kamień 6 złp. Grempel tuzin 2 złp. Łoju szmelcowanego kamień 6 złp. Beczka sluffy 2 złp. W czem się mają rachować pod winą 14 grzyw. Czapnicy też magierkę z najprzedniejszej wełny na większą głowę według preszburskiej roboty nie mają przedawać drożej nad 1 złp. 6 gr. Magierkę także piękną z najprzedniejszej wełny mniejsza 26 gr. Magierkę od pierwszej podlejszą 24 gr. Magierkę wielką z grubej wełny 18 gr. Magierkę mniejszą chłopską 12 gr. Magierkę grubą na chłopa 8 gr., a mniejsza 6 gr. Czapka największa do futra z najprzedniejszej wełny 1 złp. 10 gr. Czapka przednia z tejże wełny 1 złp. Czapka mniejsza także do futra 18 gr. Czapka z grubej wełny największa na chłopa do podszycia 15 gr. Czapka mniejsza także grubsza 10 gr., jeszcze mniejsza 8 gr. To mają trzymać pod winą 14 grzyw.
Stelmachy. Kolasa z kołami na parę koni nieokowana 7 złp. Skarbny wóz także z kołami nieokowany 7 złp. Oś do wielkiego wozu z nasadem 8 gr. Oś do mniejszego wozu z nasadem 6 gr. Za dyszel z śniczami i z dyszlem do wielkiego wozu 1 złp., do mniejszego wozu 28 gr. Za wszystek skręt stelmaszej roboty 1 złp. 20 gr. Za karetę bez kół z skrętem 8 złp. Za sanie białe na cztery konie 4 złp. Za sanie na dwa konie 2 złp. Za sanie na jednego konia 1 złp. 10 gr.
Kołodzieje. Za cztery koła do kotczego 2 złp., do mniejszego 18 gr., do kolasy 1 złp. 10 gr., do wozu furmańskiego 3 złp. 6 gr. Od wprawienia dzwona do furmańskiego koła 4 gr., do kotczego 2 gr., do kolasy 1½ gr. Od sprychy do furmańskiego wozu 3 gr., do kotczego i do kolasy 1½ gr. Za bose koła cztery 1 złp. 18 gr.
Błoniarze. Błona w okno zrobiona z pięknych szyb, które są na kształt weneckich w ołów prosto zrobiona bez rzezania, ma bydź takiego szkła szyba jedna po 1 gr. A ktoby wyśmieniciej dał sobie zrobić, tedy jako ztarguje, zapłacić powinien. A prosta szyba po ½ gr. Szklanica kwartowa z takiegoż szkła na kształt weneckiego 1½ gr. Kieliszek z takowegoż szkła, co w nim kwaterka, 1½ gr., mniejszy 1 gr. Większa szklanica 2 gr., jeszcze większa 4 gr.
Sukiennicy. Rachując wełny kamień po 6 złp., rachując też i nakłady ich, ma bydź z takowej wełny wszerz postaw łokci półtora a wzdłuż trzydzieści, łokieć po 14 gr. Czego pod winą 14 grzyw. powinni przestrzegać. O co formu w urzędzie niniejszym mieć będą.
Kowale. Za podkowę nową z przybiciem pod wielkiego konia 4 gr., za podkowę takąż pod mniejszego konia 3 gr., od przybicia podkowy starej 1 gr. Za siekierę drwalną wielką 22 gr., za mniejszą 18 gr., jeszcze za mniejsza 12 gr., od ustalenia siekiery starej 8 gr. Za kopę gontowych gwoździ 4 gr., za kopę łatnych gwoździ 13 gr., za kopę szynali do furmańskiego wozu i do kotczego 20 gr., za kopę szynali do kolasy 15 gr. Od nałożenia żelaz płużnych i z trzosłem 16 gr. Wyrwant do furmańskiego wozu 6 gr., wyrwant do kolasy albo do kotczego 4 gr. Od okowania koła jednego z buksami z żelaza ludzkiego 24 gr. Od zrobienia jednej szyny z przyniesionego żelaza na cokolwiek kto sobie każe zrobić 4 gr. Od luśni do osi, od okowania wag obojga i stynwagi za robotę 3 złp. Co trzymać powinni pod winą 14 grzyw. Kowale też albo ślusarze ci, co podkówki robią, nie mają brać na podkówki ordyńskie więcej tylko 2 gr., a za proste 1½ gr., pod winą 14 grzyw.
Kotlarze. Miedź wszelaka robiona nowa bez żelaza funt 20 gr., a starej miedzi robionej także bez żelaza 8 gr. Na każdem naczyniu swem każdy cechę swoją wybić ma, żeby każdego po jego cesze poznać było. Co zachować mają pod winą 14 grzyw. A gdzieby się to trafiło, że dla większego wziątku albo uporu kto robić zabraniał się, tedy takowąż winą 14 grzyw. ma bydź karan.
Ślusarze. Kłódka mała piłowana 6 gr., kłódka większa piłowana 10 gr., kłódka we swoje składana 12 gr., kłódka o dwu ryglach 12 gr., za klucz do kłódki 2 gr. Zamek większy o jednym ryglu z kluczem 24 gr., zamek o dwu ryglach z ingrychtem i dwoma kluczami 3 złp., zameczek prosty do skrzynki albo do olmaryiki 15 gr. a to z antabą i zawiaskami. Antaba z klamką i z różyczkami pobielane 24 gr., a niepobielane 12 gr. Para zawias pobielanych nowych z hakami 2 złp. 15 gr., a para prostych pobielanych z hakami 24 gr. Para zawias niepobielanych prostych szmelcowanych 20 gr. Klucz prosty do zamku 5 gr., klucz do zamku z ingrychtem 16 gr. Grzebła proste dwoiste niepobielane 8 gr., grzebło troiste pobielane 15 gr., grzebło czworzyste pobielane 18 gr. Strzemiona chędogie do kulbaki 1 złp., podlejsze strzemiona takież 20 gr. Co wszystko mają trzymać pod winą 14 grzyw. (Act. Consul. T. 52. p. 64—83).
Do str. 141.Z inwentarza sandeckiego złotnika. W inwentarzu Joachima Matuszowica, złotnika † 1631, wymienione są rozmaite ubiory i starodawna broń... Z kosztowności znajduję: „Pierścionków złotych małych dwa. — Obrączka srebrna ogniw białych dziesięć, złocistych dziesięć, z zamklami i łańcuszek srebrny, ogniwek dziewięć, i lewek złocisty przy tej obrączce. — Korali czerwonych trzydzieści i cztery, srebrnych między nimi jedynaście. — Jana Świętego pieniążków między nimi cztery, i tabliczek srebrnych trzy. — Srebra pospolitego sześć skojcy i grzywna. — Dwa guzy grutowe srebrne i szpilka złocista dęta. — Ząbek oprawny srebrem. — Item drobiazgu srebra zważonego półsiodma skojca. — Cąnik srebra lanego siedmnaście skojcy. — Krzysztalik oprawny w srebro złocisty. — Półtalarek zły, przy którym srebra trzy skojce zważonego w papierku. — Item w woreczku różnego srebra ośm skojcy. — Agnusek żółty srebrem powleczony, na którym Imię Jezus. — Łyżeczka srebra Jegomości pana podstarościego. — Srebra w mecherzynie półtrzecia skojca. — W szufladce starych pieniędzy jedynaście skojcy. — Kubeczek drutowy do gorzałki srebrny valoris pięć skojcy. — W puszce prostych kamyczków do pierścionków jest kilkanaście i nadto parę sygnetów mosiądzowych starych złocistych. — Różnych metalów, mosiądzowych siedm i krzyżyk“.
Naczynie wszystko jest do rzemiosła złotniczego: „Młotków czternaście. — Cerytynów ośm. — Cycank jeden. — Lefelajzyn jeden. — Trzy kluwty i trzy ingusy. — Anka mosiądzowa jedna. — Gwicht dwufuntowy i szale średnie, małe i mniejsze. — Żywego srebra dziesięć skojcy. — Buxtabów dwie kropeczce (oznacza to zapewne: liter dwie krobeczki t. j. dwie puszeczki). — Knapstertlików trzy puszeczki. — Kopusele miedziane cztery. — Rymzelka jedna miedziana i gliwanka. — Straistyn do próbowania srebra. — Ambusy dwa. — Sperak jeden. — Miechów dwa“. (Act. Scab. T. 51. p. 206).
Przyczynek do historyi handlu w XVII. w. — Jak daleko rozciągał się handel sandecki i w jakich rozmiarach, świadczy najlepiej „Spis dłużników Sebastyana Piotrkowicza z r. 1631“, który tutaj w całości podaję:
„Najprzód mam w Farbierza w Białej złp. 250 pieniędzy gotowych z ręki do ręki policzonych. U tego mam z płótna bielone, które ode mnie wziął, złp. 180. Za którą sumę ma mi stawić wina według porachowania, albo pieniądze oddać, gdyby w czasie nie stawił. U Erazma Gutta w Bystrzycy mam długu talerów węg. 12. W Szytniku u Jakóba Kirania snop klinia zapłacony. W Nowejwsi u Jachmana klinia snopów 2 niezapłacone. W Lublinie, u Mośka i Icka żydów, mam klinia snopów 13, o których wie pan Wojciech Grabicki. U Pałka Meboszta, trycatnika w Rożnowie, talerów węg. 6. U Antoniego Kromera mam rekognicyą, na złp. 400 zapłaconą, którą od niego wziąć potrzeba i protestować się nań, że słowa nie dotrzymał; że mnie hamował w pieniądzach u Ferencza Chmielarza. U puszkarza w Lublinie mam złp. 30. U Stanisława Chołdakowskiego i Turkiewicza, kotlarzów w Sendomierzu, mam złp. 374 za miedź. Z panem Grabickim ze strony spólnego zarobku za wina do porachowania dług zachowuję sobie. U Peterczaka w Leoczy mam złp. 80, reszty z sumy złp. 180 za ryby lwowskie. U Zacharyasza Światłowicza, konwisarza w Nowym Sączu, cyny starej 30 funt. Także złp. 16. U pana Kozłowskiego we Lwowie za półcetnarek miedzi złp. 12.
Na to winienem: Panu blacharzowi na górę złp. 150. A proszę, żeby miał baczenie na żonę moję, nie czyniąc jej cierpkości, bom utracił w Lublinie na jego towarze po trzykroć więcej niż sto złotych, o czem wiedzą panowie sąsiedzi. Imci panu Stadnickiemu winienem złp. 400. Panu Pawlikowicowi złp. 400“. (Act. Scab. T. 51. p. 334).






ZBIÓR RYCIN

Najdawniejsze Pieczęcie Miejskie i Godła Cechowe, Okazy
Wyrobów Złotniczych, Konwisarskich i Rzeźbiarskich.




Pieczęć Nowego Sącza z wizerunkiem św. Małgorzaty,
podług dokumentu z r. 1323.

Pieczęć Nowego Sącza,
podług dokumentu z roku 1323, ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.


Pieczęć ławników sandeckich,
podług dokumentu z roku 1583.

Pieczęć sądu komisarskiego sześciu miast: Krakowa, Nowego Sącza, Kazimierza, Wieliczki, Bochni i Olkusza, podług dokumentu z r. 1632 z napisem w otoku:
Sigillum Dominorum Comissariorum Sex Civitatum.
Ze zbiorów Wiadom. numiz.-archeolog. w Krakowie.


Pieczęć sądu leńskiego sandeckiej ziemi z XIV. w. Wyobraża orła jednogłowego z rozpostartemi skrzydłami, bez korony, zwróconego w prawo. W otoku napis:
† S. Judicii Fedalis Terre Sande.
Ze zbiorów Akademii Umiejętności w Krakowie.

Gmerki bednarzy sandeckich z roku 1624,
podług rysunku w księdze cechowej.

Pieczęć srebrna szewców sandeckich z r. 1628.


Otok powyższej pieczęci.
Z Muzeum hr. Czapskiego w Krakowie.

Cecha mosiężna szewców sandeckich z r. 1687.
Z Muzeum hr. Czapskiego w Krakowie.

Cecha mosiężna siodlarzy i rymarzy sandeckich z r. 1687.
Z Muzeum hr. Czapskiego w Krakowie.

Cecha płócienników sandeckich z r. 1710,
podług rysunku w księdze cechowej.

Moździerz mosiężny kuchenny z roku 1551,
wykopany w Nowym Sączu 1870 r.
Z Muzeum Lubomirskich we Lwowie.

Płaskorzeźba na domu w Nowym Sączu z początku XVII. w.
Ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.

Płaskorzeźba na czerwonym marmurze z XVII. w.,
znaleziona w gruzach kamienicy w Nowym Sączu 1863 r.

Płaskorzeźba na domu w Nowym Sączu z r. 1505.
Ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.


Pieczęć gwardyi narodowej sandeckiej z r. 1848.
Z Muzeum histor. przy archiwum miejsk. we Lwowie.



Przypisy

  1. O pochodzeniu i składzie chemicznym gleby w dolinie sądeckiej, Dr. Kazim. Miczyński. Spraw. komis. fizyogr. t. 29. Kraków 1894, str. 192—215.
  2. W pierwszej połowie XVII. wieku często uderzały pioruny w baszty i wieże miejskie, niosąc na niszcząc na nich dachy. I tak w sierpniu 1603 r. uderzył piorun w basztę krawiecką; we wrześniu 1610 roku w basztę węgierską; w lutym tegoż roku gwałtowny wicher zerwał dach w bronie krakowskiej; w r. 1630 uderzył piorun w wieżę kollegiaty i uszkodził ją znacznie.
  3. Wszystkie te nazwy ulic występują już w XV. wieku: platea polonicalis, hospitalis, sancti Spiritus, molendinalis, lignalis, vectoralis seu hungaricalis, rosarum.
  4. Wielogłowskich, Strońskich, Marków, Tabaszowskich, Jordanów i Jaklińskich.
  5. Andrzej Kaszowski, łowczy wołyński (1646—1653). Był on bratem Henryka, miecznika wołyńskiego, następnie kasztel. inflanc. (od 1647) — tudzież Jana, miecznika wołyńskiego (od 1647). Zob. Kossakowski: Monografie t. III. str. 166—170.
  6. Józef Wolf: Senatorowie i dygnitarze wiel. księstwa litwe. 1386—1795, Kraków 1885, str. 137, pisze go miecznikiem wołyńskim.
  7. Rejestr miasta Nowego Sandcza z przedmieściami 1704 r.
  8. Okopy, otaczające wokoło miasto, wielkim kosztem usypane były, dlatego to komisye królewskie z r. 1543 i 1615 orzekły, ażeby nikt nie ważył się paść bydła, koni lub trzody po wałach miejskich, gdyż miastu pogranicznemu bardzo są potrzebne, a przez pasienie roztaczają się i psują. Nie pierwsza to zresztą wzmianka o warowni sandeckiej. Już bowiem Władysław Jagiełło nadał przywilej, datowany w Niepołomicach 16. marca 1405 r., mocą którego cło Czchowskie od towarów, przypadające królowi, przekazuje Sączowi, wszelako z warunkiem, aby je obracano na naprawę murów, baszt i rowów obronnych. Akta grodzkie T. IX. str. 16. Lwów 1883.
  9. Act. Consul. T. 61. p. 189.
  10. Z sporu, powstałego między garncarzami a woźnicami, dowiadujemy się, że „sculptor Adam Reyk fabrieavit statuam ligneam, in summitate turris seu propugnaculi expositam, pro summa 50 flor.“ Actum in praetorio sandecensi feria II. ipso die Praesentationis B. Virg Mariae. Anno Domini 1678.
  11. Przy tej baszcie znajduje się wzdłuż muru podobny ganek z kamienia, na który wiodą schody kamienne.
  12. Brama młyńska już w XIV. wieku istnieć musiała, skoro Kazimierz Wielki na moc przywileju, wydanego w Krakowie 1. listop. 1368 r., pozwolił Sandeczanom rozszerzyć tę bramę. Dr. Piekosiński: Kod. dypl. małop. T. III. p. 357.
  13. Act. Castr. Rel. T. 114. p. 744. anno 1618.
  14. Od Kamienicy aż do Dunajca rozciągał się podwójny mur, z których wewnętrzny był grubości przeszło metr, zewnętrzny zaś co najmniej 2½ metra, a cała przestrzeń między obydwoma murami, wynosząca 7 metrów, była napełniona ziemią aż do samego wierzchu, tak iż (jak się utrzymała jeszcze dotąd tradycya) kilka wozów mogło obok siebie swobodnie jechać.
  15. Brama węgierska odległej sięga starożytności, już bowiem w r. 1488 znajduję wyraźną o niej wzmiankę. Act. Scab. T. 1. p. 21.
  16. Forszt — dyl, deska, tarcica.
  17. O budowie baszty węgierskiej przechował się długi i szczegółowy rejestr w archiwum miejskiem: „Incipitur regestrum fortalicii per famatos dominos consules protunc residentes: Bartholomeum Gruczka proconsulem, Felicem Strasz artium bacalaureum et notarium antiquum. Josephum Milner, Nicolaum Librant, Petrum Piwniczny, Simonem pannitonsorem comparatum. Qui ex Sancti Spiritus gratia inflammati atque illustrati, unanimi consensu veteranorum consulum tociusque communitatis ad id accedente, cupientes itaque defensioni maiori huius civitatis providere, eandemque bene munitam suis posteris relinquere, et ut fama memoriaque suorum posterorum longe lateque per orbem commendabiliter diffunderetur, valeatque uberius per posteros nostros muniri, edificari atque celebrius predicari, fortalicium penes portam hungaricalem novum cepimus edificari. Quod per magistrum Albertum de Libusza feria II. post festum sanctorum Apostolorum Petri et Pauli inchoatum edificari fundamentaque iacere eiuscem fortalicii incepit anno Cristiane Salutis 1555. Quorum Deus omnipotens sua clementissima gratia principum adiuvare consilioque ad finem perducere dignetur.“ Z powyższego zapisku i dalszego szczegółowego rejestru widzimy, że budowa tej baszty z cisowego kamienia trwała od 1. lipca 1555 do 6. marca 1557 r. Rysunek baszty wykonał Szymon Kozielski, pisarz miejski, który dostał zato 36 gr. Kamieni dostarczano z Jamnicy i Kunowa, wsi poblizkich Sącza. Wapno łamano w Paszynie i wypalano tamże: w r. 1556 wypalono go w dwóch piecach na jeden raz 66 korcy. Głównemu majstrowi, Wojciechowi z Libuszy, płacono tygodniowo po 30 gr.; kamieniarzom tygodniowo po 24 gr.; pisarzowi miejskiemu, który doglądał ustawicznie robót, tygodniowo także po 24 gr. Okna na baszcie zaopatrzono żelaznemi okiennicami; dach pokryto gontem i pomalowano olejną farbą. Ogólne wydatki wynosiły 177 grzywien 11 groszy 12 denarów, czyli 283 złp. 17 gr. 12 denar. (Regestrum provent. et distribut. civitatis Neosandec. an. 1555—1580. T. 101. p. 1—17). Aż do regulacyi dzisiejszej ulicy wałowej w jesieni 1895 r. sterczały jeszcze potężne szczątki fundamentów tej bramy i baszty.
  18. W latach 1640 i 1647 znajduję 7 domków pod murem miejskim, z których płacono po 1 złp. czynszu rocznego.
  19. Blanki — rodzaj wystawy w murach, czyli gzymsu.
  20. Porówn. Dodatki na końcu tomu I. nr I. i III.
  21. Domum. wydany na sejmie w Piotrkowie 10. maja 1567.
  22. Na sejmie warszawskim 12. marca 1631 r. Volum. Leg. III. 335.
  23. Distributa f. 335.
  24. Por. Annexa na końcu rozdziału.
  25. Acta Consul. T. 53. p. 466.
  26. Regestr poborowy na piechotę hetmańską, ułożony przez Jakóba Mogilańskiego i Ambrożego Jachimowicza, mieszczan sandeckich 6. kwietnia 1652.
  27. Pod tym wyrazem rozumiano ogólnie wszelką broń palną, tak ręczną jako i wałową. Zob. rzadkie dziś dzieło — Diega Uffana: Archelia t. j. nauka o strzelbie. Leszno 1643, in folio z 60 rycinami. — Diego Uffan był kapitanem artyleryi w Antwerpii. Dzieło jego najprzód po hiszpańsku wydane, później z niemieckiego na polskie przełożone.
  28. Szyszak — hełm, wysoka przyłbica żelazna.
  29. Obojczyk — część zbroi żelaznej okrywającej szyję.
  30. Pancerz — blacha żelazna na piersi.
  31. Halabarda — siekiera na długim drzewcu osadzona, kopia z okszą, bardysz.
  32. Rożen — szpada, narzędzie do pchnięcia, przebicia.
  33. Forma do rusznic — do odlewania kul.
  34. Zbroja biała, światła — polerowana, błyszcząca.
  35. Zbroja czarna, szmelcowana — czarno pociągnięta.
  36. Glewia — dzida, włócznia.
  37. Rohatyna — włócznia z szerokiem ostrzem, na długiem drzewcu osadzona.
  38. Szefelin — włócznia, oszczep.
  39. Kusza czyli samostrzał — przyrząd do rzucania strzał i wogóle pocisków, naciągany hewarem (z niem. Heber) lub lewarem. Już starym Grekom i Rzymianom znaną była kusza, catapulta, palintona, onager, tormentum, ballista.
  40. Krzos — krzesiwo, zapomocą którego wzniecano ogień do podpału rusznic.
  41. Miartuch — miareczka do prochu strzelniczego.
  42. Kapelusz — przykrycie głowy z blachy.
  43. Sulica — dzida długa.
  44. W dawnych aktach miast polskich XVI. i XVII. w. przechowało się nie mało zapisków o ówczesnej zbroi. W zbrojowni miejskiej w Tarnowie, tak ratusznej jako i cechowej, znajdowało się w r. 1555 między innymi rynsztunkami: Działo wielkie, hakownic wielkich 23, mniejszych 25, kul żelaznych do hakownic kóp. 27, kul ołowianych kóp 20, form do kul żelaznych 15, prochu kamieni 20, flaszek na proch 21, harkabuz (strzelb) 3, rusznic 8, mieczów 9, kapalinów (hełmów) 17, przyłbic 10, tarcz rackich (husarskich) 12, halabardów 17, oszczepów 19, drzewców osadzonych z proporcami 20, kos spiżowych 8, żelaznych 4, chorągwi 5, bębnów miedzianych 4, zbroi pancerzowej (z miskami czyli misiurkami, obojczykami, napierśnikami, szorcami i nakolankami) na 32 pachołków... Z aktów miasta Tarnowa.
  45. Szychtarz, syftarz, sychtarz, od niem. Schaft, wyrabiał łoża czyli osady do broni palnej, tudzież wszelką przynależytość do niej.
  46. Lubryka albo rubryka, z łać. ruber — ciesielska glinka, substancya z ziemi czerwonej.
  47. Distributa extraordinaria an. 1626 f. 91.
  48. Refa, ryfa, rechwa — obręcz.
  49. O budowie puszkarni przechowały się szczegółowe zapiski w księdze wydatków 1623 r. Pod r. zaś 1635 zanotowano: „Za obręcz do puszkarni na wał i czop, kiedy daliśmy prochy robić, 1 złp. 18 gr.“ Niestety nigdzie nie ma wzmianki, gdzie stała owa puszkarnia.
  50. Dyaryusz kupiecki Jerzego Tymowskiego, o którym bliżej w rozdz. VII. i VIII.
  51. Pod rokiem 1644 zanotowano: „Za lnianki na knoty do strzelby 1 złp. — powroźnikowi od robienia tych knotów 18 gr.“
  52. Huczek — radosny albo swawolny okrzyk.
  53. Distributa f. 113, 138.
  54. Morowe powietrze grasujące na Węgrzech.
  55. Proporzec — chorągiew, sztandar.
  56. Troki — rzemienie.
  57. Distributa f. 201.
  58. Distributa f. 219.
  59. Diese Stadt war vor alten mit Mauern umgeben, die aber an der Seite des Dunajec Flusses gegen Untergang gänzlich eingefallen, überhaupt aber gar sehr beschädigt und baufällig sind. Denen Bürgern sind Kraft Privilegii so viele Gründe udn Dörfer bloss zur Unterhaltung dieser mauern zugegeben worden, von welchen Einkünften aber sichbarlich nicht das mündeste hierauf verwendet worden. (Inventarium oder Hauptverzeichniss aller hier kreissigen so wohl zur Emporhebung geeignet, als nicht geeigneten Städten und Märkten, nebst ihren Bemerkungen vom 29. December 1786).
  60. Owa baszta domaga się koniecznej naprawy. Rada miejska 8. listop. 1881 i ponownie 23. lut. 1884 uznała potrzebę ochronienia starożytnej baszty przy zamku starościńskim przez odpowiednią renowacyę, naco plan i kosztorys miał być wypracowany. Dotąd jednak ów zamiar nie przyszedł do skutku. (!)
  61. Dokum. erekcyjny Nowego Sącza podaje w całości Rzyszczewski: Codex dipl. Polon. T. III. p. 155. Warszawa 1858.
  62. Na testamencie Stan. Puczkowskiego, pisanym w Nowym Sączu 14. czerwca 1521 r., figuruje między świadkami wikary kollegiaty, ks. Jan z Kesmarku: concionator theutonicalis. Tak samo w księdze wydatków miejskich pod r. 1562 znajduję osobną rubrykę: praedicatori Alemanorum et praedicatori Polonorum.
  63. Grabowski: Starożyt. wiadom. o Krakowie str. 32.
  64. Maraczewski: Dzieje Rzpl. T. IV. str. 10.
  65. Napływ Szkotów do Polski datuje się od drugiej połowy XVI. wieku, t. j. od wystąpienia w Szkocyi Jana Knoxa (ur. 1505, † 1572) i zwycięstwa kalwinizmu w tym kraju, wskutek czego prześladowani katolicy opuszczali swoją ojczyznę, i wtedy to nie mało kupców i rzemieślników szkockich osiedliło się nawet w miasteczkach mało i wielkopolskich.
  66. Liber susceptionis in eivitatem Neosandecensem ab anno 1613—1636. — W wymienionych latach znajduje ogółem 177 najrozmaitszych rękodzielników, którzy przybyli z różnych stron Polski do Nowego Sącza i tutaj przyjęli prawo miejskie. Zważywszy jednak na to, że w wielu przypadkach miejsce urodzenia wcale nie jest podane, można bez przesady liczbę owych przybyszów przyjąć na 300 z górą.
  67. Coroczny wybór cechmistrzów szewskich w Sączu kończono powyższą formułką.
  68. Opieram się tutaj wyłącznie na zapiskach sandeckich. Kto chce poznać gruntownie organizacyę dawnych cechów polskich, niech czyta Wł. Stesłowicza: Cechy krakowskie w okresie powstania i wzrostu. Kwartal. hist. rocznik VI. str. 277—333. — Bogata treścią jest również praca dra Klem. Koehlera: Dawne cechy i bractwa strzeleckie. Roczniki Towarz. Przyj. Nauk. T. XXV. Poznań 1899.
  69. W statutach cechów krakowskich znajdujemy niewątpliwie wyjaśnienie tego zwyczaju: „novumque nomen alias przemianek indere“ — „agnomina, quae przemianek dicuntur“. Acta historica T. VIII. 414 §. 2. — 554 §. 5. — 490 §. 9. — 521 §. 9. — 607 §. 6.
  70. Marta = kupiec; uz = człowiek: po turecku. Martahuz, martauz = ludokrajca, ludokradca, ludzioprzedawca. Sebastyan Klonowicz pisze w „Worku Judaszowym“ (1600 r.): „Ludokrajce w Węgrzech martahuzami zowią“. Tacy ludokrajcy z Węgier nawiedzali w dawnych czasach Polskę, kradli małych chłopców i uwodzili dziewczęta na sprzedaż Tatarom i Turkom.
  71. Eger, Erlau.
  72. Wskutek zwycięstwa pod Mohaczem w r. 1526, większa część Węgier stała się prowincyą turecką aż do 1686 r., dopiero pokojem karłowieckim w r. 1699 zrzekła się Porta Siedmiogrodu i Węgier.
  73. Glejt od niem. Geleit — list żelazny, salvus conductus. Glejty były zabytkiem prawodawstw średniowiecznych w całej Europie. Wydawano je nie tylko przestępcom i obwinionym, ale i jako karty bezpieczeństwa podróżnym. — W księdze wydatków miejskich pod r. 1641 czytam: „Czeladzi wędrownej szewskiego rzemiosła kontentacyi według zwyczaju dało się 12 gr.“ Distributa f. 57.
  74. Z niem. Wochenlohn — zapłata tygodniowa.
  75. Trybować od niem. treiben — pędzić, gonić.
  76. Cecha z niemieckiego Zeche, Zeichen — znak, znamię, zapomocą którego zwoływano pojedynczych członków na gromadę czyli zebranie.
  77. Oto dosłowne brzmienie tej uchwały podług ówczesnych zapisków: „Za tych czechmystrzow uchfała: zchodzka we styrzy nyedzyele w ponyedzyałkowy dzyeny; kiedy ktory mystrz za czechą nye przydzye albo sye czechmystrzowy nye opowye, tedy gros winy; kiedy kto na załomszy nye bedzye, tedy gros winy.“
  78. Smoły bednarzom dostarczali z poblizkich wiosek smolarze (picariatores); węgli zaś cechowi kowalskiemu węglarze (carbonistae).
  79. Kabat — więzienie lżejsze w ratuszu.
  80. Firowie od niem. Führer, wódz.
  81. Deka — nakrycie z czarnego sukna, którem okrywano trumnę zmarłego lub katafalk na mszy żałobnej. Taka deka bywałą nieraz z drogiej materyi. I tak n. p. szewcy w r. 1599 kupili na dekę aksamitu 15 łokci za 35 złp., do tego muchairu za 6 złp. 6 gr.
  82. Act. Castr. Rel. T. 110. p. 519.
  83. Na każdem naczyniu świeżo zrobionem wybijano gmerk.
  84. Księgi cechu bednarskiego z lat 1548—1684. — Bednarze doleatores, stolarze mensifices, stelmachy currifices, kołodzieje rotifices, tokarze tornatores, snycerze sculptores, szklarze vitreatores, kopijnicy hastarii, cieśle carpentarii.
  85. Rzeźnicy z wiosek poblizkich, zwani kijakami (advenientes laniones alias kijaki), bo na kijach sprzedawali mięso.
  86. Marlice, marlina — zdechlina, skóra z zdechlaka. — W roku 1626 obwoływano w Sączu, „aby kijacy nie wozili marliny do miasta na targi, jedno żywcem wodzili, bo bydło miejscami odchodziło“ (zdychało).
  87. Po dziś dzień kuśnierki w niektórych miastach biorą czynny udział w rzemiośle, barwisto wyszywając kożuchy, lub przewłóczając barwistymi rzemykami. Za ten trud, zdaje się, miały dawniej prawo uczestniczyć w braterskich biesiadach.
  88. Wolnica (liberum forum) była na korzyść pospólstwa, czyli wolno było obcym przybywać i sprzedawać towary, zwłaszcza mięso, skóry itp. Stąd to wyrażenie: jarmark z wolnicą czyli sprzedażą przez obcych. W Krakowie dotąd miejsce takiej sprzedaży zwie się: „na wolnicy“.
  89. Act. Scabin. T. 55. p. 723.
  90. Brama, bramka — listwa u szaty, obłoga, galon.
  91. Ziele białe — czosnek.
  92. Lwowska ryba — wyzina i szczupaki.
  93. Miodownik — ciasto miodem przyprawne, piernik.
  94. Zwyczaje te cechowe kuśnierze w Starym Sączu jeszcze po dziś dzień w części zachowują, a brackie piwo każda kuśnierka przenosi nad wszelkie zabawy — taka tam wesołość i ochota.
  95. Księgi cechu kuśnierskiego z lat 1570—1697.
  96. Dąb — tak nazywano korę z drzewa, używaną do butów, wkładaną w napiętki.
  97. Bykowe — pierwotnie opłata do dworu za uwiedzenie dziewki, tu kara za przebywanie w bezżeństwie. Wzmiankę o podobnej karze napotykam także w ustawach cechów tarnowskich, kościańskich, a nawet poddanych włości tucholskiej.
  98. Laudum totius contubernii artis sutoriae die 20. maji 1602.
  99. Dzień św. Kryspina i Kryspiniana obchodzi Kościół rzymski 25. października i czci ich jako patronów szewskich.
  100. Księga cechu szewskiego z lat 1592—1693 in folio. — Szewcy sutores, rymarze corrigiatores, siodlarze sellatores.
  101. Liber actorum contubernii artis sartorum ab an. 1601—1700.
  102. Act. Scabin. T. 55. p. 453.
  103. Judicium necessario bannitum celebratum fer. II. post domin. exaudi proxima A. D. 1683.
  104. Kicz — węzeł związanych z sobą rokicin, gałązek gibkich.
  105. Regiel — zasówka w zamku.
  106. Szper — skryta sprężyna.
  107. Dreidorn — potrójne wyrznięcie, wycięcie w zębie klucza.