Strona:Jan Sygański - Historya Nowego Sącza.djvu/560

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


aż przecie Nagłowicz skoczył i uchwycił szalonego, poczem ich rozdzielono.
Nagłowicz czem prędzej obwiązał i opatrzył rannego, poczem wrócił na podcienie, gdzie Żmijowski jeszcze stał, grożąc, iż tak będzie frantów przerzedzał.
Kotczy, krwawo obrażony, zapozwał Żmijowskiego. Lecz sami ławnicy i rajcy wdali się w to, boć pan Żmijowski chciał tylko poskromić ich przeciwników. Stanęła więc zgoda przyjacielska: Żmijowski zapłacił, przeprosił i odpuszczono sobie wzajem. Była jeszcze inna przyczyna ich pogodzenia. Żmijowski był to szlachcic, a miasto miało jakąś sprawę u wojewody krakowskiego, Jana Tęczyńskiego, na którego szlachta wiele wpłynąć mogła swojem zdaniem. Tak to szlachta mieszczan za nic miała i o byle co zaczepiała[1].
14) W tymże roku (1637) urodzony Leńczewski, sługa Przecława Marcinkowskiego, podstolego krakowskiego, podpiwszy sobie, siadł na ławce na podcieniu przed domem Wawrzyńca Sławińskiego. A było to wieczór. Straż nocna pod dowództwem dziesiętnika swego, Mikołaja Wysogrodzkiego, wyszła z ratusza na obchódkę po mieście, uzbrojona w rusznice, szable lub kostury, a zaopatrzona latarnią. Na czele szedł dziesiętnik, niosąc latarnię, dalej szła uzbrojona czeladź ratusza.
Wysogrodzki, obaczywszy kogoś siedzącego przed domem Sławińskiego, zbliżył się z latarnią, a widząc jakiegoś szlachcica, pozdrowił go, mówiąc: „Boże daj dobry wieczór!“ Pan Leńczewski w odpowiedzi kopnął nogą w latarnię, aż się dziesiętnik obalił, poczem dobył szabli i chciał zaciąć jednego z nadchodzącej czeladzi, lecz ten, obaczywszy to, rzucił się pod ławę, a cięcie ponad niego świsnęło w powietrzu. Wysunął się naprzód trzeci, a Leńczewski zaciął go w rękę. Obrażony zawołał: „Obciął mnie ten zdrajca w rękę! muszę się rozprawić z nim!...“ A jeden z czeladzi krzyknął: „Strzelaj!“ — „Nie strzelaj! na miłość Boga!“ zawołała, wybiegłszy na ten hałas Katarzyna Grybowska, „bo nie wiecie, gdzie kto stoi!“

Wtem pachołek zacięty podniósł kostur i tak się z sobą ścierali. Pachołek dobrze kijem robił, dostał Leńczewskiego kilka razy, odbił szablę, poskoczył i pochwycił go za rękę, poczem zaprowadzono go na straż, lecz rychło stamtąd wypuszczono. Śmiali się z niego towarzysze, więc zaskarżył stróżów nocnych, iż go

  1. Act. Consul. T. 53. p. 339—340.