Strona:Jan Sygański - Historya Nowego Sącza.djvu/549

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kolędę niby nie, w której drzewa Bogu chwałę dają, wyliczając swoje zasługi, n. p. że brzoza różdżkami, leszczyna prętem w cnotach ludzi utwierdza. Dalej zaś śpiewał o złodziejach, a wkońcu dodał: „Sosna w borze a dąb w lesie — kto przykrada a nie robi, to go podniesie, podniesie!“
Śpiewając tak, spoglądał na pisarza prowentowego grodzkiego, na którego zwróciły się obecne wszystkich oczy. Na panu pisarzu sprawdziło się tutaj przysłowie: na złodzieju czapka gore! Zerwał się bowiem jak oparzony, a poskoczywszy ku Cyrusowi, zawołał: „Do kogo Waszmość śpiewacie?“ Cyrus, udając franta, odrzekł: „Do kogożbym miał śpiewać? stara pieśń tak niesie, więc tak ją śpiewam“. Od słowa do słowa powstał kłótnia. Obecni, nie chcąc psuć gościnnej zgody, łagodzili umysły i wymawiali Cyrusa, który ciągle franta udając, pytał: „O co panu pisarzowi chodzi?“ Rzekli mu więc, że pisarz myśli, jakoby on tę piosnkę na jego pohańbienie śpiewał. Cyrus wypierał się, powtarzając: „broń Boże! broń Boże!“
— „Więc idźcie, przeproście pana pisarza!“
— „Dobrze! chętnie! rzecze, i to mówiąc: „Przepraszam uniżenie! jam to nie śpiewał na despekt (pogardę) Waszmości, ale tak jak stara pieśń niesie,“ idzie i chce pana pisarza objąć za szyję. Ale ten, usunąwszy się, dał mu w gębę, aż się Cyrus zatoczył, i jeszcze chwyciszy obuszek, chciał go uderzyć. Gospodarz domu i drudzy skoczyli między nich; jedni hamując zapęd ręki, drudzy łagodząc słowem. Cyrus nie chciał ustąpić, lecz wołając: „Co mnie ty bijesz? co ja ci winien?“, cisnął się ku niemu. Pisarz zaś rozjuszony, rwał się z obuchem i wołał: „Zabiję cię ty chłopie, zabiję, i dam za ciebie 100 grzywien!“ Z wielką biedą wyprowadzono Cyrusa do drugiej izby, gdzie go niewiasty wzięły między siebie. Wójt zaś Czyrzyczka i sławetny Obłąk wynieśli się cichaczem podczas tego zajścia.
Urodzony pisarz wytoczył żal przeciwko Cyrusowi, żądając ukarania. Rada jednak nie uznała winy i owszem przyznała krzywdę policzkiem wyrządzoną. Chruślicki odszedł z groźbą, a mieszczanie długo drwili sobie z niego[1].

9) Nawet kościoły nie chroniły przed wybuchem zapalczywości i brutalności ówczesnej. Uczciwa Maryanna, żona sławetnego Jana Marcowicza, rajcy sandeckiego, wsławionego później burmi-

  1. Act. Consul. T. 58. b. p. 273, 278.