Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach
Tom II
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
DZIEŁA DRAMATYCZNE
WILLIAMA SHAKESPEARE
(SZEKSPIRA)
W DWUNASTU TOMACH
PRZEKŁAD
L.  ULRICHA
Z OBJAŚNIENIAMI J. I. KRASZEWSKIEGO




WYDANIE NOWE
Z RYCINAMI TYTUŁOWEMI



KRAKÓW
NAKŁAD G. GEBETHNERA I SPÓŁKI
WARSZAWA — GEBETHNER I WOLFF
1895



Kraków. – Druk Wł. L. Anczyca i Spółki, pod zarz. J. Gadowskiego.

Selous - Król Henryk Piąty.jpg

KRÓL HENRYK PIĄTY.



KRÓL HENRYK V.

P

Poprzedzające dramata możnaby uważać za wstęp i przygotowanie do Henryka V. Poeta ukazawszy nam w Henryku IV płochą młodość bohatera z pod Agincourt, stopniowo go podnosi, uzacnia, daje mu dojrzeć i z tej natury ognistej, na którą nic cugli nałożyć nie mogło, tworzy rycerza, jakiego tu w nim widzimy.

Czujemy w nim przecie tego samego zawsze człowieka, rycerza, który nie pozbył się ani dawnej swobody ducha, ani wesołości i rubaszności pewnej, a zdobył do nich energię i powagę. Charakter Henryka V, we wszystkich tych trzech dramatach, jest jedną z najkunsztowniej i najlogiczniej przeprowadzonych kreacyi Szekspira.
Dramat ten pisał poeta w roku 1598; widać to z prologu do piątego aktu, w którym wspomina o nieszczęśliwej wyprawie Essexa przeciwko Irlandczykom; wyprawie, która poprzedziła upadek jego i była przyczyną tragicznego końca ulubieńca Elżbiety. Kilka tych słów prologu ciekawe są i z tego względu, że utwierdzają w przekonaniu, iż poeta, który szczycił się przyjaźnią Lorda Southampton, razem z nim trzymał stronę Essexa i życzył mu, a pragnął dlań zwycięstwa.
Upadek Essexa, wpłynął zapewne na życie i losy poety.
Henryka V wydano bez wiedzy autora, (jak niemal wszystkie jego dramata), w roku 1600, błędnie, niedbale, z opuszczeniami, omyłkami, zmianami, tak ohydnie, iż nad to pierwsze wydanie, gorsze być nie może; poprawniejszy tekst przyniosła dopiero edycya folio z roku 1623. Pierwszy druk nosi tytuł:
„Kronika historyi Henryka V, z bitwą jego odbytą pod Agincourt we Francyi. Razem i chorąży Pistol i t. d.“[1]
Niektóre sceny i część jakąś osnowy wziął Szekspir ze wspomnianej przez nas w poprzedzającem objaśnieniu części drugiej Henryka IV, lichej ramoty, w której występuje Oldcastle, drukowanej pod tytułem: „The famous Victories of King Henry the Fifth“.
Jak Henryk IV różni się wielce tokiem i układem, scenami komicznemi, formą całą, od Ryszarda II, tak Henryk V, chociaż z Henrykiem IV całość tworzy, ma pewne właściwości nadające mu fizyognomię odmienną. Poeta musiał podnieść się wyżej, ton nastroić do epopei zwycięstwa pod Agincourt, którego wspomnienie łechtało miłość własną Anglii. Ten heroiczny nastrój dają dramatowi Chóry poprzedzające i kończące akty, które dopowiadając, tłómaczą, objaśniają to, czego ramy jednego dramatu objąć nie mogły. Chóry te są wprowadzone niby na wzór starożytnych, chociaż nie mogły być w warunkach formy przyjętej czem innem nad rodzaj prologów i epilogów, pozostających za ramami dramatu i nie mających z nim koniecznego związku. Mówi w nich poeta a nie lud, ale poeta jest w nich tłómaczem uczuć i pojęć narodu. Z innych względów zbliża się charakterem i formą Henryk V do Henryka IV i tak w tym jak w tamtym sceny komiczne przeplatają akcyę poważną. Lecz Falstaff już był zużyty; odepchnięty przez Henryka V, po jego wstąpieniu na tron, znika ze sceny, a Pistol i Fluellen, naszem zdaniem, nie dorównywający mu siłą komiczną, miejsce jego zastępują.
Z epilogu części drugiej Henryka IV wnosićby poniekąd można, że Szekspir zamierzał Falstaffa i do tego wprowadzić dramatu, ale uczuł później, że ta postać, pogrzebiona w ostatnich scenach części drugiej, stawała się niemożliwą. Śmierć Falstaffa, umierającego na „potnicę,“ którą miał wystawić na scenie, przeszła tylko w dosyć komiczne opowiadanie. Cała też owa szajka Falstaffa, nie zmieniając charakteru, zaciągnęła tu do regularnego wojska, służy pod królewskim sztandarem.
Pistol, jakkolwiek przedziwny ze swą zamaszystą deklamacyą, którą ludzi straszyć usiłuje, Falstaffa nieboszczyka zastąpić nie może.
Bardzo prosty jest układ sztuki. Autor, który pracował około tych dramatów historycznych na tle dawniejszych prób, od których treści nie mógł odstąpić, na oryginalność budowy nie silił się wcale. Widzowie tych historyi dopominali się u niego osób, scen, rozwinięcia takiego, do jakiego byli nawykli, i poeta niewolniczo trzymać się go musiał. Widzimy to w „The famous Victories“. Całe więc rusztowanie sztuki, cała dramatyzowana kronika, była mu z góry narzuconą, praca jego ograniczać się musiała na stworzeniu z danych elementów rzeczy nowej, żywej, tchnącej prawdą, na charakterach, które uwydatniał, na świeżych barwach, w które przyoblekał swe dzieło.
Henryk V, jakkolwiek Anglia nie odniosła rzeczywistych korzyści ze zwycięstwa jego nad Francyą, był uosobieniem chwały narodowej, tryumfu nad dawnym, zawziętym współzawodnikiem, był podbójcą całego państwa. Dlatego też i dramat opiewający i przedstawiający przygotowania do walki stanowczej, dla Anglików miał i ma wyższą wartość nad inne, był wspomnieniem epoki chwały, heroicznego w dziejach momentu; Szekspir opiewa w nim czynu wielkiego nieśmiertelną pamiątkę.
Jako moralista wskazuje w nim cnoty, które dają zwycięstwo, przywary i błędy ciągnące za sobą klęski. Na dworze i w obozie Francuzów panują: duma, pycha i zaufanie w swej sile, lekkomyślność i nieład; w angielskim powaga, spokój, pokora, niewiara w siebie, a gotowość do poświęcenia bez granic. Francuzi nie wziąwszy jeszcze za oręż, urągają Henrykowi.
Bitwa ta cała, poselstwo przynoszące mu piłki, przypomina starcie Krzyżaków z Jagiełłą pod Grünwaldem, posłańców od Mistrza z mieczami. Henryk V, jak Władysław Jagiełło, ufa Bogu tylko, sprawiedliwości swej sprawy, męstwu tych, co go otaczają. Wojsko jego stanowi jedną spójną całość, on sam jak prosty żołnierz, nie dając się poznać swoim, zowie się ziomkiem jednego z walijskich rycerzy, poufale miesza się z tłumem, brata z nim, tak jak dawniej chętnie zasiadał do jednego stołu z Falstaffem i Pistolem. Do samego końca, do rozmowy z Kasią, swoją narzeczoną, Henryk V jest zawsze sobą, zawsze tym rubasznym, wesołym kmotrem, jakim się nam ukazał w początku. Wiek tylko i dostojność zakreślają mu miarę, której przejść nie powinien.
Szekspir i w tym dramacie ściśle się historyi nie trzyma, ale niewłaściwemby było sądzić go ze stanowiska krytyki historycznej. Główne wypadki, około których się dramat obraca, z dziejów są wzięte; więcej od poety dramatycznego wymagać nie można. Nie będziemy też zapuszczać się w komentarze nad przyczynami wojny, ani ją usprawiedliwiać wykładem praw, jakie do korony mógł rościć Henryk V. Chwila, w której kraj sąsiedni, zamykający w granicach swych lenna angielskie, zostawał w rozterce i niemocy, gdy Karol VI, chory na umyśle, wypuścił z rąk władzę, a nieład panował w miejscu jego, pora ta zbyt była dogodna dla chciwego podboju sąsiada, aby się na usprawiedliwienie napaści nie znalazły stosowne wywody.
Henryk V w roku 1415 gotów już był z wojskiem i flotą wyruszyć przeciwko Francyi, gdy odkryto spisek uknowany na niego. Ryszard Cambridge drugi syn księcia Yorku, stryjeczny brat króla i lord Scroop, najbliżsi Henryka V, największem jego zaszczyceni zaufaniem, stali na czele sprzysiężonych. Szekspir ma ich, wedle kroniki, za przekupionych przez Francyę, chociaż w nich odzywały się też same żądze i warcholstwo, co w poprzednich buntach za Henryka IV. Dom Yorków pragnął obalić Lancastrów, ażeby sam zajął miejsce jego. Podpierano się wywodami genealogicznymi, prawami krwi i rodu.
Chwila, gdy Henryk z przedniejszem rycerstwem wybierał się do Francyi, zdawała się spiskowym najdogodniejszą dla ich zamiarów. Ale sprzysiężenie zostało odkryte w porę, a winowajcy niezwłocznie ukarani.
W sierpniu tysiąc pięćset statków wiozły angielskich rycerzy, strzelców, łuczników, na podbicie Francyi. Po kilkodniowem oblężeniu Hartleur zdobyto, ale mór i choroby wybuchły w obozie i zniszczyły więcej niż francuskie pociski.
Reszty miały już powracać nic nie sprawiwszy, gdy Henryk postanowił stawić wszystko, aby nie odejść ze sromotą. Odesławszy znaczną liczbę chorych do Anglii, sam z resztką, która nie przechodziła 12,000 ludzi, wprost poszedł na nieprzyjaciela.
Znużony żołnierz wdarł się z rozpaczliwem męstwem w sam środek kraju, zguba zdawała się nieuchronną, gdy dwa nierówne zastępy stanęły przed sobą. Heroldowie francuscy zjawili się w obozie, wyzywając do odwrotu lub bitwy.
— Powiedźcie panom waszym — rzekł król — że na ten raz ja ich napastować nie będę, ale jeśli mnie który z nich napadnie, z Bożą pomocą pola mu dostoję. Życzyłbym wam jednak, aby żaden z was nie zmuszał mnie szarej ziemi waszej czerwoną krwią waszą farbować.
W wigilię św. Kryspina, dnia 24 października, wojska się nareszcie spotkały; jedno wycieńczone i znękane, drugie świeże i nieskończenie je liczbą przewyższające.
Pięćdziesiąt tysięcy głów, a w tej liczbie 14,000 rycerzy, stało po francuskiej stronie. W obozie nikt nie wątpił o zwycięstwie, cieszono się niem zawczasu i biesiadowano wesoło. Henryk przyjmował bitwę, ważąc los swój po szalonemu, ale przygotowywał się do niej z rozwagą. Rozstawiono szyki, obrachowawszy się z położeniem; w obozie jego panowało usposobienie rycerskie i zapał spokojny. Wielu spowiadało się i przystępowało do komunii, poczęto od mszy i modlitwy i Bóg dał zwycięstwo tym, co nie swym siłom ufali, ale wielkiej sprawie i potędze ofiary. Król w świecącej zbroi, z hełmem ukoronowanym na głowie, sam ustawił swoich rycerzy w długą linię, nie głębszą nad cztery szeregi.
Z jednej strony stali obszarpani i obłoceni Anglicy, wyglądający na ciurów, z drugiej świetny i świeży, połyskujący zastęp francuski. Ktoś z orszaku Henryka się odezwał:
— A! gdyby tu stanąć dziś mogli wszyscy Anglicy, co oręż dźwignąć są w stanie.
— Ja nie żądam ani jednym więcej nad tych, których mam — odparł król — Bóg i garstce dać może zwycięstwo.
Francuskim wojskom rozkisłe drogi, nieład, zbyt ciężkie uzbrojenie, brak karności odbierały siły. Około jedenastej, pisze kronikarz, król Henryk zawołał:
— Święty Jerzy! Naprzód! — Hetman stary Erpingham w górę wyrzucił buławę i z okrzykiem szeregi posunęły się przeciwko środkowej linii nieprzyjaciela. Na skrzydła działa siały kulami gęstemi. Wśród zgiełku pierwszego starcia, strzelcy piesi, z czem kto miał, popędzili na Francuzów. Lud ten zrobił pierwszy wyłom, którym król z towarzyszącą mu konnicą się wcisnął i padł tak gwałtownie na nieprzyjaciela, iż co żyło, w popłochu, w trwodze, rzuciło się w rozsypkę.
Zamiast się obciążać jeńcami, nie rachując już na okup ich, kazano wszystkich zabijać, aby dalszej nie wstrzymywali walki mnodzy pobrani w niewolę. Pierwsze to złamanie nieprzyjaciela rozstrzygnęło zwycięstwo. Mnóstwo ofiar zostało na pobojowisku, wielu najznakomitszych dostało się do niewoli. Strata Anglików była stosunkowo mało znaczącą, chociaż zapewne nie tak drobną, jak ją Szekspir podaje (25). Jeden książe York (w Ryszardzie II Aumerle) padł ze znakomitszych angielskich rycerzy. Przybycie heroldów po bitwie, nazwisko dane jej od sąsiedniego zamku Agincourt, wszystko to zaczerpnięte z kroniki. Opisuje ona przybycie zwycięzców z łupem do Londynu, wjazd tryumfalny króla witanego przez lud radośnie i skromność mężnego wodza, który nie sobie, ani szczęściu własnemu, ale Bogu przypisywał zwycięstwo, i z niego się nie wynosił.
W dramacie zaraz po tej bitwie następuje pokój i traktat, który został zawarty dopiero po wojnie, ciągnącej się przez lat cztery.
Poeta omija zupełnie powody istotne, dla których dziwny ten układ przyszedł do skutku, niezgody w rodzinie panującej i zemsty za zamordowanego Jana księcia Burgundyi.
Henryk V panował jako rejent we Francyi przez lat dwa, a kronikarze współcześni rozum jego, szlachetność i męstwo wynoszą. Zmarł w roku 1422, w dziewięć miesięcy po narodzeniu mu się dziedzica tronu. Ciało jego przewieziono do Westminsteru, a lud w tradycyach swych o bohaterskim zwycięzcy z pod Agincourt zachował mu rysy te rycerskie, rubaszne, wesołość i przystępność, z jakiemi Henryk występuje od pierwszej młodości.
W kilku scenach Henryka V Szekspir kładzie w usta osób działających całe ustępy francuskie, niekoniecznie poprawne i foremne. Nic nie było łatwiejszego nad oczyszczenie ich z błędów, które wszakże wszyscy wydawcy i tłómacze zachowują jako charakterystykę wieku i pisarza. Tłómacz nasz też nie mógł sobie postąpić inaczej. Szekspira ad usum Delphini oczyszczać, modernizować, łagodzić, czynić go salonowym, byłoby to odjąć cały charakter jego, świadectwo obyczajów wieku, w którym pisał, jednem słowem byłoby to postąpić sobie z nim, jak dawny rząd Neapolu z Pompeją, gdzie wszystkie swobodne wybryki pozalepiano. Cóż stąd wynikło? Oto największa pono krzywda dla epoki chrześcijańskiej, której wybitną cechę, jej czystość i skromność zatarto razem, pogaństwo czyniąc skromnem jak ona. Szekspira też nie umielibyśmy ocenić, ani jego współczesnych, gdybyśmy go w nasz język i wyrażenia przebrali.
W starej sztuce „The famous Victories“ wiele scen, acz niedołężnie, osnutych jest na tej samej treści, zaczerpniętej z Holingsheda.


Upominek - ozdobnik str. 73g.png



OSOBY:

Król Henryk V.

Książe Gloucester (Gloster),  bracia królewscy.
Książe Bedford,

Książe Exeter, stryj króla.
Książe York, kuzyn króla.
Hrabiowie: Salisbury, Westmoreland i Warwick.
Arcybiskup Canterbury (Kanterburski).
Biskup Ely.

Hrabia Cambridge (Kembrydż),  spiskowi przeciw królowi.
Lord Scroop (Skrup),
Sir Tomasz Grey,

Sir Tomasz Erpingham, Gower, Fluellen, Macmorris, Jamy (Dżemy), oficerowie armii królewskiej.
Bates, Court, Williams, żołnierze armii królewskiej.
Nym, Bardolf, Pistol, dawniej w służbie Falstaffa, teraz żołnierze armii królewskiej.
Chłopiec, ich sługa.
Herold.
Chór.
Karol VI, król francuski.
Ludwik, delfin.
Książęta: Burgundyi, Orleanu i Bourbon.
Konetabl Francuski.
Rambures i Grandpré, panowie francuscy.
Gubernator Harfleur.
Montjoye (Monżoa), herold francuski.
Ambasadorowie francuscy do króla angielskiego.
Izabella, królowa francuska.
Katarzyna, córka Karola i Izabelli.
Alicya, dama Katarzyny.
Żwawińska, żona Pistola, karczmarka.
Panowie, Panie, Oficerowie, Żołnierze angielscy i francuscy, Posłańcy, Służba.




KRÓL HENRYK V.

AKT PIERWSZY.
(Wchodzi Chór).

Chór.  Kto mi ognistą muzę da, bym wzleciał
Do empirejskiej wyżyny twórczości!
Aktorów książąt, królestwo na teatr,
Królów na widzów bohaterskiej sceny!
Król Henryk wtedy w swej własnej postaci,
Jak Marsby stanął, przy jegoby stopach
Trzy psy na sforze: głód, miecz i pożoga
Czołgiem na jego czekały rozkazy.
Przebaczcie teraz, dostojni słuchacze,
Jeśli zuchwały ale płytki dowcip
Śmie wam przed oczy przedmiot wielkiej treści
Na tak nikczemnem stawić rusztowaniu.
Jakże ten kurnik potrafi pomieścić
Szerokie łany królestwa Francuzów?
To O drewniane byłoby za ciasne[2]
Na same hełmy, które swych piór szumem
Rzuciły postrach na pola Agincourt.
Przebaczcie jednak, bo gdy krzywy znaczek
Na małym świstku, może milion znaczyć,
Niech i my, zero w tym wielkim rachunku,
Wzniesiem się waszej siłą wyobraźni.
Przypuśćcie, że w tym ciasnych murów pasie
Dwa się potężne zmieściły królestwa,

Których dwa czoła dumne i zuchwałe
Rozdziela tylko wązki morza rękaw.
Wy brak zastąpcie myśli waszych siłą,
Jednego męża podzielcie na tysiąc,
I dajcie życie wojskom urojonym.
Gdy wspomnę konie, patrzcie okiem myśli
Na ich kopyta ziemię orające,
Bo wasza tylko może wyobraźnia
Królów tych ubrać, lotem ich przenosić,
Szerokie lądy i czas przeskakiwać,
Lat długich sprawy w godzinie pomieścić.
Ja, Chór, przy chętnej woli waszej łasce
Wypełnię wszystkie historyi tej przerwy.
Teraz, jak Prolog, kończę moje słowo:
Nie sądźcie sztuki naszej zbyt surowo.

SCENA I.
Londyn. Przedpokój w pałacu królewskim.
(Wchodzą: arcybiskup Canterbury i biskup Ely).

Canterb.  Czy wiesz, milordzie, że znowu bil wnoszą,
Co w jedynastym roku panowania
Zeszłego króla, Henryka czwartego,
Byłby przyjęty w izbach parlamentu,
Gdyby go czasów burzliwych wypadki
Nie wymazały z myśli i pamięci?
Ely.  Ale jak opór możemy mu stawić?
Canterb.  Trzeba pomyśleć. Jeśli bil ten przejdzie,
Lepszą połowę naszych włości stracim,
Bo nam zabierze wszystkie posiadłości,
Które pobożni w upłynionych latach
Na rzecz kościoła dali testamentem.
Bil, naszym kosztem, dla króla honoru,
Piętnastu hrabiów każe utrzymywać,
Rycerzy tysiąc pięćset, sześć tysięcy
I dwieście giermków dobrze uzbrojonych;
Na utrzymanie starców i ubogich

Niezdolnych pracą własnych rąk się żywić,
Sto nam szpitalów zaleca opatrzyć;
A do królewskiej corocznie skarbony
Wnieść funtów tysiąc: taka jest treść bilu.
Ely.  Toby nasz puhar do dna wychyliło.
Canterb.  A razem z winem połknęło i puhar.
Ely.  Lecz jaka rada?
Canterb.  Nasz król jest pobożny.
Ely.  I pełny względów dla matki Kościoła.
Canterb.  Inaczej młodość jego nam wróżyła.
Lecz ledwo ojciec jego ducha oddał,
Razem i księcia umarła rozpusta.
Bo od tej chwili, jak niebieski anioł,
Do jego duszy zstąpiła roztropność,
Zatarła ślady grzesznego Adama,
Osobę jego na raj przemieniła,
Niebieskich duchów szczęśliwą siedzibę.
Nigdy się mędrcem nikt tak prędko nie stał;
Nigdy poprawy potok szybszym prądem
Młodości błędów w swej nie uniósł fali;
Nigdy ze smoczą głową zatwardziałość
Swojego tronu prędzej nie straciła,
Jak w naszym królu.
Ely.  Błoga nam przemiana.
Canterb.  Teologicznych rozpraw jego słuchaj,
A zadziwiony w sercubyś twem pragnął,
Żeby monarcha nasz prałatem został;
Słuchaj, jak radzi o publicznej sprawie,
Powiesz, że o niej tylko ciągle myślał;
To znów, gdy wojnę za swój przedmiot weźmie,
Wojenną wrzawę usłyszysz w muzyce;
O polityce jak chcesz go zagadnij,
On ci gordyjski węzeł jej rozwiąże
Jak swą podwiązkę; gdy otworzy usta,
Rozpustny wietrzyk swój lot zatrzymuje,
A niemy podziw w ludzkich siada uszach,
Aby łakomo słów jego pił miody.
Praktyka tylko z doświadczeniem życia

Takiej nauczyć mogła go teoryi.
Pytam zdziwiony, gdzie naukę czerpał,
Gdy w bałamuctwie młode strwonił lata;
W gronie prostaczem, niećwiczonem, płytkiem,
Za bankietami i zabawą gonił;
Nikt go nie widział, w samotnem ustroniu,
Zdala od tłumów pospolitej rzeszy,
Poświęconego książkom i nauce.
Ely.  Wonna poziomka pod pokrzywą rośnie;
Najlepszy owoc dojrzewa najlepiej
W sąsiedztwie roślin podlejszej natury;
Tak i nasz książę swoje rozmyślania
Przykrył zasłoną szalonej rozpusty,
A rozum jego, jako trawa letnia,
Rósł niewidomy śród nocy najrychlej,
Wewnętrznej siły tajemną potęgą.
Canterb.  Tak być musiało, bo dziś cudów niema;
Musim w naturze tłómaczenia szukać
Zjawisk natury.
Ely.  Lecz, dobry milordzie,
Jakby złagodzić ten bil przez gmin izbę
Forytowany? Czy król mu przychylny?
Canterb.  Król zda się sprawie tej być obojętnym,
Na naszą raczej przechylać się stronę,
Niż przeciwników naszych plan popierać.
Gdyż przedstawienia pewne poczyniłem
Królewskiej mości co do konwokacyi
Naszych duchownych i spraw dzisiaj ważnych,
Którem obszernie skreślił, względem Francyi.
Wnieść obiecałem do króla skarbony
Subsydium większe niźli kiedykolwiek
Poprzednim królom dało duchowieństwo.
Ely.  Jakże ofiarę zdawał się przyjmować?
Canterb.  Bardzo łaskawie; lecz brakło mu czasu
Z bacznością, jakiej znaki w nim widziałem,
Słuchać jasnego praw jego wykładu
Do księstw niektórych i do Francyi całej,
Spadłych na niego po dziadku Edwardzie.

Ely.  Jakie przeszkody wykład ten przerwały?
Canterb.  O posłuchanie wówczas właśnie prosił
Francuski poseł, a jak mi się zdaje,
Już wyznaczona nadchodzi godzina.
Czy biła czwarta?
Ely.  Przed chwilą.
Canterb.  Więc idźmy
Tego poselstwa dowiedzieć się treści,
Choć ją, nim Francuz swe otworzy usta,
Mógłbym z domysłu bez trudności orzec.
Ely.  Idźmy; ciekawy jestem posłuchania.

(Wychodzą).
SCENA II.
Londyn. Tronowa sala w zamku królewskim.
(Wchodzą: król Henryk, Gloucester, Bedford, Exeter, Warwick, Westmoreland, służba).

Król Henr.  Gdzie jest dostojny milord Canterbury?
Exeter.  Niema go tutaj.
Król Henr.  Poślij poń, mój stryju.
Westmor.  Czy francuskiego posła mam wprowadzić?
Król Henr.  Jeszcze nie; nim mu damy posłuchanie,
Pragniemy pewne trudności rozwiązać,
Co nas kłopoczą względem nas a Francyi.

(Wchodzą: arcybiskup Canterbury i biskup Ely).

Canterb.  Niech Bóg i jego aniołów zastępy
Twojego strzegą tronu, panie, długo
Ozdobą tronu tego cię zostawią!
Król Henr.  Dzięki wam. — Teraz uczony milordzie
Rzecz prowadź dalej; wyłóż nam sumiennie
I sprawiedliwie, czy prawo Salickie
W francuskich ziemiach obowiązujące,
Mym wymaganiom szkodzi lub pomaga.
Uchowaj Boże, drogi, wierny lordzie,
Byś miał fałszować sąd twój, lub nakręcać,
Albo sumienie twe obarczać grzechem

Na podrobionym fundując tytule
Prawa, niezgodne z czystą, świętą prawdą.
Bo Bóg wie jeden, ilu dzielnych mężów
Krew swą przeleje w obronie zamiarów
Dziś przez wielebność waszą mi natchniętych.
Dobrze się namyśl, zanim nam poradzisz
Miecz wojny zbudzić w pochwie naszej śpiący.
W imię cię Boga zaklinam, bądź baczny!
Bo nigdy dwa tak potężne królestwa
Bez krwi potoków nie starły się w boju;
Każda jej kropla niewinnie wylana,
To jęk o pomstę do nieba krzyczący
Na grzesznym sprawcy, który miecz zaostrzył,
Śmierć śród znikomej siejący ludzkości.
Mów teraz, lordzie, pod takiem zaklęciem,
A ja cię słucham, bo w mem sercu wierzę,
Że słowa twoje w twojem są sumieniu
Jak grzech obmyte w świętego chrztu wodzie.
Canterb.  Więc słuchaj, królu, słuchajcie panowie,
Których poświęcić życie powinnością
Na tronu służbę. Prawom twym do Francyi
Ten jeden tylko zarzut jest zaporą,
Który wywodzą z czasów Faramonda:
„In terram Salicam mulieres ne succedant“,
„Ziem nie dziedziczy Salickich niewiasta“.
Francuzi błędnie tłómaczą, że Francya
Salicką ziemią, że Faramond twórcą
Prawa niewiasty usuwającego
Od wszelkiej ziemi. Właśni ich pisarze
Dowodzą jednak, że Salicka ziemia
Pomiędzy Salą a Elbą jest w Niemczech.
Tam Karol Wielki, pobiwszy Saksonów,
Zostawił część swych Franków na osadę;
Ci, przez pogardę dla germańskich niewiast,
Wskutek nieskromnych u nich obyczajów,
To utwierdzili prawo, że niewiasta
Salickiej ziemi nie może dziedziczyć.
Więc, jak mówiłem, ta Salicka ziemia

Pomiędzy Salą a Elbą leżąca
Po dziś dzień w Niemczech Miśnią się nazywa.
Stąd dowód jasny, że Salickie prawo
Nie dla królestwa Franków napisane.
Francuz Salickiej ziemi nie posiadał,
Jak lat czterysta dwadzieścia i jeden
Po śmierci tego króla Faramonda,
Którego błędnie twórcą prawa mienią;
Faramond bowiem umarł w czterechsetnym
Dwudziestym szóstym roku odkupienia,
A Karol Wielki podbił Saksończyków
I swoich Franków nad Salą posadził
Dopiero w roku osiemsetnym piątym.
Prócz tego, świadczą pisarze francuscy,
Że Pipin, który złożył Childeryka,
Fundował prawa swoje do korony
Jako potomek i dziedzic Blithildy,
A córki króla Franków Klotaryusza
I Hugo Capet, który tron przywłaszczył
Z krzywdą Karola, księcia Lotaryngii,
A jedynego po mieczu następcy
Z rodu cesarza Karola Wielkiego,
By swym tytułom prawne dać pozory,
(Bo rzeczywiście czcze były i puste)
Głosił się księżny Lingary dziedzicem,
Której był ojcem Karloman, a dziadem
Był cesarz Ludwik, a nakoniec Ludwik
Był jednym z synów Karola Wielkiego.
Z tych samych przyczyn, król Ludwik dziesiąty,
Chociaż jedyny, chociaż prawy dziedzic
Przywłaszczyciela Hugona Capeta,
Póty z spokojnem nie nosił sumieniem
Korony Franków, dopóki nie sprawdził,
Że jego babka, piękna Izabella,
Szła w prostej linii z księżny Irmengardy,
Córki Karola, księcia Lotaryngii,
Wzwyż wspomionego; ta przez swe małżeństwo
Znów połączyła z francuską koroną

Ród niewygasły Karola Wielkiego.
Jest więc rzecz jasna jako słońce w lecie,
Że tytuł królów Pipina, Capeta,
Uspokojone skrupuły Ludwika,
Były na prawach kobiet fundowane,
Jak wszystkich królów francuskich do dzisiaj,
Którzy chcą teraz tem Salickiem prawem
Waszej królewskiej mości praw zaprzeczyć
Odziedziczonych w spadku po kobietach.
Wolą w sprzecznościach bez końca się wikłać,
Niż prawnie dowieść swych praw przywłaszczonych
Na tobie, królu i na twoich przodkach.
Król Henr.  Mogęż praw moich bez grzechu dochodzić?
Canterb.  Niech grzech ten, panie, na głowę mą spadnie!
Bo napisane jest w księdze Numeri:
Jeśli syn umrze, niech córka dziedziczy.
O twoją własność upomnij się, królu,
Krwawą chorągiew na wojsk rozwiń czele,
Wywołaj pamięć przodków twych potężnych,
Idź do grobowca twojego pradziada,
Po którym spadło na ciebie dziedzictwo,
Weź w pomoc duszę jego bohaterską,
I duszę twego prastryja Edwarda,
Czarnego księcia, co na Franków ziemi
Roztrącił wszystkie zastępy Francuzów,
Gdy rodzic jego potężny, z pagórka
Patrzył z uśmiechem, jak lwię jego młode
We krwi francuskiej szlachty się kąpało.
Szlachetny rodzie angielski, coś gromił
Twych sił połową całej Francyi dumę,
Gdy druga stała śmiejąc się, bezczynnie,
I obojętnie patrząc na bój krwawy!
Ely.  Wywołaj pamięć tych dzielnych umarłych,
Czyny ich odnów dłonią twą potężną!
Jako ich dziedzic siedzisz na ich tronie;
Krew i odwaga, którą zasłynęli,
W twych płynie żyłach; mój pan wszechpotężny
Jest w swej młodości majowym poranku,

I do rycerskich przedsięwzięć dojrzały.
Exeter.  Wszyscy królowie ziemi, bracia twoi,
Dnia wyglądają, w którym się podniesiesz
Jak lwy krwi twojej, twoi poprzednicy.
Westmor.  Bo wiedzą, że masz prawo, środki, siłę;
I masz je; żaden nie miał król angielski
Bogatszej szlachty, wierniejszego ludu;
Serca ich, tutaj zostawiwszy ciała,
Tam na francuskich polach obozują.
Canterb.  Drogi nasz królu, prowadź tam i ciało,
By krew, miecz, ogień, dały ci, co twoje,
By dobrą sprawę poprzeć, duchowieństwo
Złoży w twe ręce, królu, taką sumę,
Jakiej żadnemu z twoich poprzedników
Nie dało jeszcze nigdy na raz jeden.
Król Henr.  Nie dość się zbroić na francuską wojnę,
Musim i w domu zostawić załogę
Naprzeciw Szkotom, którym się nadarza
Nowych zagonów pomyślna sposobność.
Canterb.  Ludność na kresach, królu mój i panie,
Dość silnym murem dla naszej jest ziemi
Przeciw rabusiom północnej granicy.
Król Henr.  Nie myślę tylko o samych opryszkach,
Lecz się obawiam całej armii Szkotów,
Naszych sąsiadów zawsze niebezpiecznych.
Możecie czytać, że nigdy mój pradziad
Nie ruszył z wojskiem na francuską ziemię,
Żeby na jego bezbronne królestwo
Szkot się nie wylał, jak przez grobli wyłom
Morska się fala całym leje pędem,
Po naszych łanach nie rozniósł pożogi,
Nie groził naszym miastom oblężeniem.
Anglia, z żołnierzy swych ogołocona,
Drżała na złego sąsiada zbliżenie.
Canterb.  Od krzywd zadanych większa była trwoga.
Bo oto przykład z jej dziejów wyjęty:
Gdy jej rycerstwo do Francyi ruszyło,
Gdy owdowiała po wszystkiej swej szlachcie,

Nietylko mogła swe obronić łany,
Lecz króla Szkotów wzięła w samołówkę,
Jak dzikie zwierzę, do Francyi wysłała,
Ażeby sławę Edwarda podwoić
Królewskim jeńcem, a nasze kroniki
Zbogacić skarbem, jako dno jest morskie
Bogate w łupy rozbitych okrętów.
Westmor.  Jest jednak stare prawdziwe przysłowie:
Chcesz Francyę pobić? Łatwiejsza robota
Zacząć od Szkota.
Gdy orzeł Anglia za łupem się uniósł,
Szkocka łasica do gniazda się skrada,
Królewskie jaja wysysa bezpiecznie,
Przykładem myszy, gdy się kot oddali,
Pustoszy więcej niźli połknąć może.
Exeter.  Stąd wniosek: w domu kot powinien zostać.
Nie jest to przecie niezbędna konieczność,
Boć mamy zamki na zamknięcie rzeczy,
A piękne łapki na małych złodziei.
Gdy zbrojne dłonie walczą zagranicą,
Mądra się głowa sama w domu broni,
Bo członki państwa, wielkie, średnie, małe,
Jak instrumenta jednego koncertu,
W jedną harmonię zlewają się razem.
Canterb.  Dlatego niebo człowieka organom
Porozdzielało różne powinności,
A wszystkich praca w ruchu nieustannym
Do wspólnej dąży mety — posłuszeństwa.
Podobnem prawem natury i pszczoły
Dają królestwom naukę porządku,
Bo mają króla i różne urzędy:
Te, niby sędzie, karbów strzegą w domu,
Tamte, jak kupcy, za domem handlują,
Inne, jak żołnierz, uzbrojone żądłem,
Szukają skarbów w pączkach aksamitnych,
Ciężkie zdobyczą, z wesołą muzyką,
Do cesarskiego niosą łup namiotu,
A cesarz, skrzętny w swoim majestacie,

Dogląda swoich brzęczących mularzy
Złote sklepienia w ulu budujących,
Poważnych mieszczan kształtujących miody,
Biednych tragarzy, cisnących się tłumnie
Do ciasnej bramy z kosztownym ładunkiem;
Tymczasem sędzia, z surowem spojrzeniem,
Z złowróżbym brzękiem, bladym każe katom
Na śmierć prowadzić tłum leniwych trutni.
Stąd ciągnę wniosek, że mnogie narzędzia,
Wszystkie mierzące do jednego celu,
Mogą odmienną dosięgnąć go drogą;
Jak strzały, w różnych puszczone kierunkach,
W punkt jeden biją; jak mnogie gościńce
W jednem się spólnie mieście spotykają;
Wszystkie promienie w jednym grzęzną środku;
Tak sił tysiące, różnie działających,
Jedyny mogą osięgnąć wypadek,
Nie szkodząc sobie odmiennem działaniem.
Więc, bez wahania, śpiesz do Francyi, królu,
Na cztery hufce podziel szczęsną Anglię,
Jeden z tych hufców weź z sobą do Francyi,
Na jego widok cała Galia zadrży.
Jeśli my w domu, z trzykroć większą siłą,
Nie potrafimy psa od drzwi odgonić,
To niech nas pożre, niech nasza ojczyzna
Utraci sławę męstwa i mądrości.
Król Henr.  Wprowadźcie teraz poselstwo Delfina.

(Wychodzi dworzanin; Król zasiada na tronie).

Pewni naszego, przy Bożej pomocy
I waszej, członki naszych sił szlachetne,
Lub naszą Francyę zmusim do pokory,
Lub nieposłuszną na proch roztrzaskamy;
Lub tron zasiądziem potężnej monarchii
I księstw jej równych potęgą królestwom,
Lub kości nasze w podłej złożym urnie,
Żadnym pomnikiem w grobie nieuczczone.
Lub czyny nasze rozgłoszą kroniki,
Lub nasz grobowiec, jak Turek niemowa.

Nie będzie w swoich ustach miał języka,
Ani napisu nawet woskowego.

(Wchodzą Ambasadorowie francuscy).

Jesteśmy teraz gotowi wysłuchać
Życzeń naszego kuzyna Delfina,
Bo jak nam mówią, nie w króla imieniu
Lecz w jego, wasze niesiecie poselstwo.
Ambasad.  Czy raczysz, królu, całą nam dać wolność
Do wysłowienia danych nam poruczeń,
Albo czy mamy z daleka napomknąć
Delfina myśli i poselstwo nasze?
Król Henr.  Nie jestem tyran lecz król chrześcijański;
Namiętność moja jest w mej woli więzach
Jak w mych więzieniach zamknięci nędzarze.
Więc mi bez żadnej objawcie ogródki
Delfina myśli.
Ambasad.  Oto treść ich, panie:
Twoje ostatnie do Francyi poselstwo,
Prawem wielkiego twego poprzednika,
Króla Edwarda trzeciego, żądało
Zwrotu księstw pewnych; za całą odpowiedź
Pan nasz polecił oświadczyć ci, królu,
Że zbytnio jeszcze zdradzasz swą młodzieńczość;
Więc przyjacielską daje ci przestrogę,
Że w całej Francyi niema piędzi ziemi,
Którąby można galiardą wyskakać.
Trudno tam, panie, księstwami się raczyć.
Jak stosowniejszy dar do twego smaku,
Tę beczkę skarbów za księstwa ci daje,
Którym uprasza, byś pokój dać raczył.
Te są Delfina francuskiego słowa.
Król Henr.  Co to za skarby, stryju?
Exeter.  Beczka piłek.
Król Henr.  Za krotofilny prezent Delfinowi,
Jak wam, za wasze dziękuję poselstwo.
Gdy do tych piłek przyrządzim rakiety,
Zagramy w Francyi, przy Bożej pomocy,
Grę zdolną berło z króla rąk wytrącić.

Takiego wyzwał do gry przeciwnika,
Że piłki jego podskoki zatrwożą
Francuską ziemię. Łatwo ja pojmuję,
Że się młodości mej urąga szałom,
Nieświadom, jakąm wyciągnął z nich korzyść.
Nigdym biednego angielskiego tronu
Nie cenił zbytnie, zdala też od niego
Całym się oddał szalonej rozpuście,
Boć zwykle ludziom najweselej wtedy,
Gdy są za domem. Niechaj dziś wie Delfin,
Że myślą moją: królem być na prawdę.
Gdy na mym tronie francuskim zasiędę,
Wszystkie wielkości mej rozwinę żagle.
W tym celu na bok majestat złożyłem,
Niby wyrobnik ciężko pracowałem;
Ale tam, w takiej pokażę się chwale,
Że Francya blasku mego nie wytrzyma,
A na mój widok sam Delfin oślepnie.
Krotofilnemu powiedzcie też księciu,
Że ten żart piłki na kule przemienił,
Że na swą duszę straszny włożył ciężar
Mściwych spustoszeń, co z niemi polecą.
Drwiny te wydrwią mężów wdów tysiącom,
A matkom synów; mury zamków skruszą;
Nieurodzone jeszcze pokolenia
Przeklinać będą ten żarcik Delfina.
Lecz wszystko będzie wedle Bożej woli,
Ja też do Boga sądu apeluję.
Powiedzcie w Boże imię Delfinowi,
Że idę mścić się wedle sił mych miary,
I podnieść rękę w praw moich obronie.
Idźcie w pokoju; to jeszcze dodajcie,
Że żart ten znakiem płytkiego dowcipu,
Który łez więcej niż śmiechu wywołał. —
Dać im bezpieczny konwój. Bądźcie zdrowi!

(Wychodzą posłowie).

Exeter.  Poselstwo było wesołe.
Król Henr.  Ten co je posłał, zrumieni się za nie.

A więc, panowie, nie traćmy godziny,
Lecz do wyprawy gotujmy się naszej;
Bo Bóg jest teraz pierwszą moją myślą,
A Francya drugą. Zbierajmy więc siły,
Nic nie pomińmy, coby mogło dodać
Skrzydłom zamiarów naszych więcej pierza,
A da Bóg, wkrótce wybije godzina,
U ojca jego drzwi skarcę Delfina;
Niechże dziś każdy, co mą krzywdę czuje,
Do tego celu myśli swe skieruje.

(Wychodzą).



AKT DRUGI.
(Wchodzi Chór).

Chór.  Wszystka angielska młodzież w ogniu teraz,
W skrzyniach zamknięte jedwabne rozkosze;
To czas płatnerzy; w piersiach wszystkich mężów
Jedyną panią myśl teraz honoru;
Przedają łany, by kupić rumaka.
Idąc śladami wszech królów zwierciadła,
Każdy ma Anglik skrzydła jak Merkury;
Nadzieja bowiem nad głową nam leci,
Miecz jej owity, od szpicy do gardy,
Wiankiem królewskich koron, mitr książęcych
Przyobiecanej nagrody królowi
I jego mężom. Francuz uprzedzony
O wszystkich groźnej wyprawy przyborach,
Drży cały w strachu, bladą polityką
Chciałby odwrócić angielskie zamachy.
Anglio, wewnętrznej wielkości twej wzorze,
Jak drobne ciało z wielką w piersiach duszą,
Co na honoru głos mogłabyś spełnić,
Gdybyś wyrodnych nie spłodziła dzieci!

Ale patrz, Francya w twem znalazła łonie
Gniazdo serc pustych, które zdrady złotem
Napełnia skrzętnie; trzech ludzi zepsutych,
Pierwszy z nich Ryszard hrabia Cambridge, drugi
Lord Scroop of Masham, sir Thomas Grey trzeci
Z Northumberlandu, za francuskie złoto
Zawarli układ z przelękłym Francuzem,
Że z rąk ich król nasz (jeżeli potrafią
Zdrada i piekło obietnic dotrzymać)
Zginie w Southampton, nim na okręt wsiądzie.
Bądźcie cierpliwi, a czas i odległość
W śpiesznym pochodzie sztuka nasza skróci.
Już odebrali złoto, dali słowo,
Król już opuścił stolicę, a scenę
Musimy teraz do Southampton przenieść,
I tam, słuchacze, zasiądziecie ławy.
Stamtąd bezpiecznie popłyniecie z nami
Do brzegów Francyi, i z nami wrócicie.
By wam spokojną zapewnić żeglugę,
Zaczarujemy ciasne mórz rękawy,
Zrobim, co można, by nikt z naszych gości
Morskiej choroby nie uczuł tu mdłości;
Lecz was w Southampton nie wprzód powitamy,
Aż król stolicy swej opuści bramy.

SCENA I.
Eastcheap.
(Wchodzą: Nym i Bardolf).

Bardolf.  Kapralu Nym, szczęśliwe spotkanie.
Nym.  Dzień dobry, poruczniku Bardolfie.
Bardolf.  No, jakże? Czy chorąży Pistol zawsze twoim przyjacielem?
Nym.  Co do mnie, nie dbam o to. Niewiele ja mówię, ale jak się nadarzy pora, to pogadamy. Ale będzie, co będzie. Nie śmiem bić się, ale przymrużę oczy, a nadstawię moje żelazo; zwyczajna to klinga, ale cóż z tego? Dość jeszcze dobra, żeby upiec na niej kawałek sera, a wytrzyma zimno tak dobrze, jak szabla innego żołnierza, i na tem koniec.
Bardolf.  Zapłacę wam śniadanie, żeby was pogodzić, i jak trzej ślubni bracia popłyniemy do Francyi. Zgódź się na to, dobry kapralu Nymie.
Nym.  Na uczciwość, będę żył, jak będę mógł długo, o tem niema wątpliwości, a jak nie będę mógł żyć dłużej, zrobię, co będzie można; to moje ostatnie słowo i kwita.
Bardolf.  Rzecz to pewna, kapralu, że wziął za żonę Elżbietkę Żwawińską; a i to pewna, że cię dziewka pokrzywdziła, boć byliście zaręczeni.
Nym.  Nie wiem, co powiedzieć; rzeczy być muszą, jak mogą; ludzie mogą też spać, a spiąc mieć gardła przy sobie; ale, jak to powiadają, noże mają ostrza. Być musi, jak być może; choć cierpliwość zmęczoną jest szkapą, jeszcze pokłusuje. Musi się to jednak skończyć, tylko jak, nie mogę powiedzieć.

(Wchodzą: Pistol i pani Żwawińska).

Bardolf.  Oto zbliża się chorąży Pistol ze swoją żoną. Dobry kapralu, bądź cierpliwy. — Jakże zdrowie, mości gospodarzu Pistolu?
Pistol.  Ha, podły kądlu, zwiesz mnie gospodarzem?
Klnę się na dłoń tę, gardzę tem nazwiskiem;
I lokatorów trzymać już nie będzie
Moja Elżbietka.
Żwawińska.  Nie, na uczciwość, nie będzie już dłużej; boć nie możemy dać stołu i mieszkania jakiemu tuzinowi lub mendlowi szlachcianek, które zarabiają uczciwie na chleb igiełkami, żeby zaraz nie pomyślano, że trzymamy zamtuz. (Nym dobywa szabli). Matko Przenajświętsza, kogóż to widzę? Toć wnet zobaczymy rozmyślne cudzołóztwo i mężobójstwo.
Bardolf.  Dobry poruczniku! dobry kapralu! tylko tu zachowajcie się spokojnie.
Nym.  Figa!
Pistol.  Figa dla ciebie, psie islandzki; ty ze stojącemi uszyma kądlu islandzki.
Żwaw.  Dobry kapralu Nymie, pokaż swoje męstwo i schowaj oręż do pochwy.
Nym.  Wynoś mi się stąd natychmiast; chciałbym pogadać z tobą solus. (Wkłada oręż do pochwy).
Pistol.  Co? solus, kądlu? O żmijo nikczemna!
To twoje solus na twarz ci odpluwam,
Solus w twe zęby, solus w twoje gardło,
W twe brzydkie płuca i solus w twój kałdun,
Co gorsza nawet w twoją brudną gębę!
Twe solus w własne twe odsyłam trzewia.
Kurek Pistola już jest odwiedziony,
Łysk jego strzału niedługo zobaczysz.
Nym.  Nie jestem ja Barbasonem[3], nie potrafisz mnie zakląć. Mam chętkę łupnąć cię, jak należy. Byleś grubsze słowo przebąknął, wyczeszę cię moim rapirem aż miło. Jeśli chcesz przespacerować się ze mną, jestem gotów podłechtać ci trochę kiszki, żeby się przyzwoicie wyrazić, i to jest sens moralny mojej historyi.
Pistol.  Nędzny junaku, szalony pachołku,
Grób się otwiera, śmierć zbliża się chciwa,
Więc giń! (Pistol i Nym dobywają szabel).
Bardolf.  Słuchajcie mnie, słuchajcie! Kto pierwszy cios zada, naszpikuję go moją szablą po samą gardę, jakem żołnierz (dobywa szabli).
Pistol.  Zaklęcie zdolne furyę ułagodzić.
Daj mi pięść twoją, daj mi przednią łapę,
Bo duch twój wielki.
Nym.  Poderżnę ci gardło prędzej albo później, żeby się jasno wytłómaczyć, i to jest sens moralny mojej historyi.
Pistol.  Coupe de gorge, mówisz? Więc znów cię wyzywam,
O psie kreteński! chcesz mi żonę zabrać?
Idź do szpitala i z tej beczki hańby
Z rodu Kressydy parszywą weź kanię;
To twoja żona, imię jej Teresa
Drzej-Prześcieradło; ja chcę i mieć muszę
Quondam Żwawińską za moją samicę.
Pauca, dość na tem; ruszaj! nogi za pas.

(Wchodzi Paź).

Paź.  Mości gospodarzu Pistolu, śpiesz co prędzej do mojego pana z twoją gospodynią; bardzo on chory i chciałby się położyć. Dobry Bardolfie, wsuń twoją facyatę między jego prześcieradła i zastąp szkandelę, bo na uczciwość bardzo on chory.
Bardolf.  Precz stąd, hultaju!
Żwaw.  Daję słowo, lada dzień będzie z niego pudyng dla wron; król rozdarł mu serce. Dobry gospodarzu, śpieszmy do domu. (Wychodzą: pani Żwawińska i Paź).
Bardolf.  No, dalej, czy uda mi się was pogodzić? Musimy razem płynąć do Francyi. Co u dyabła, czy mamy sobie z nożami siedzieć na gardle?
Pistol.  Niech fale ryczą, dyabli na żer wyją.
Nym.  Czy mi zapłacisz ośm szylingów, które w zakład do mnie przegrałeś?
Pistol.  Podły niewolnik tylko płaci długi.
Nym.  Ja jednak mieć muszę, co moje, i to jest sens moralny mojej historyi.
Pistol.  Niech bój rozstrzygnie; dobądź twojej szabli.
Bardolf.  Na ten oręż, który z was pierwszy cios zada, z mojej ręki zginie; na ten oręż, z mojej ręki.
Pistol.  Rzecz wielkiej wagi, przysięga na oręż
Spełnić się musi.
Bardolf.  Kapralu Nymie, jeśli chcesz być jego przyjacielem, bądź jego przyjacielem; jeśli nie chcesz, to bądź i moim także nieprzyjacielem. A teraz, proszę cię, włóż szablę do pochwy.
Pistol.  Imperyała dostaniesz natychmiast,
Dam ci w dodatku butelkę likworu;
Niech nas jednoczy przyjaźń i braterstwo;
Ja żyć przez Nyma, Nym przeze mnie będzie.
Czy dobry projekt? Będę markietanem,
Nasze dochody urosną w obozie.
Daj rękę.
Nym.  A będę miał mojego imperyała?
Pistol.  Brzęczącą monetą uczciwie zapłaconego.
Nym.  To i dobrze, i to jest sens moralny mojej historyi.

(Podają sobie ręce. — Wchodzi pani Żwawińska).

Żwaw.  Jeśli was kobiety rodziły, idźcie prędzej do sir Johna. Ach, biedne serduszko! Tak go wytrzęsła codzienna zimnica, że aż patrzeć na niego smutno. Kochani ludzie, śpieszcie do niego.
Nym.  Król wylał cały swój zły humor na rycerza, to cały sekret.
Pistol.  Tak, Nymie, szczytną powiedziałeś prawdę:
Złamane jego serce i wzmocnione.
Nym.  Król nasz, król to dobry; ale ludzie są, jak być mogą; każdy ma swoje humory i wybryki.
Pistol.  Ponieśmy nasze kondolencye rycerzowi, bo nam, moje jagniątka, jeszcze się nie chce umierać. (Wychodzą).

SCENA II.
Southampton. Izba radna.
(Wchodzą: Exeter, Bedford, Westmoreland).

Bedford.  Król zbyt jest śmiały, ufając tym zdrajcom.
Exeter.  Za chwilę będą przyaresztowani.
Westmor.  Jaka pogoda i spokój w ich twarzy!
Rzekłbyś, że wierność w piersiach ich zasiadła,
Koronowana lojalności wieńcem.
Bedford.  Król zna ich plany z przejętego listu,
O czem żadnemu ani się marzyło.
Exeter.  Żeby mąż, co z nim w jednem łożu sypiał,
Którego strawą swoich łask przesycił,
Żeby mąż taki za francuskie złoto
Swego monarchy życie zdradnie przedał!

(Przy odgłosie trąb wchodzą: król Henryk, Scroop, Cambridge, Grey, Lordowie, Służba).

Król Henr.  Wiatry ucichły, czas na okręt siadać.
Dobry mój lordzie Masham, lordzie Cambridge
I ty, rycerzu dajcie mi swe zdanie,

Czy waszym sądem zdołają me siły
Wyrąbać drogę przez zastęp francuski,
Dokonać dzieła, które im przeznaczam?
Scroop.  Byle mąż każdy swą powinność spełnił.
Król Henr.  O tem nie wątpię; jestem bowiem pewny,
Że niema serca na moich okrętach,
Coby nie biło jednem ze mną czuciem:
Że nie zostawiam jednego za sobą,
Które tryumfu nie życzy mej sprawie.
Cambr.  Nigdy bojaźnią większą i miłością
Król żaden swoich nie natchnął poddanych;
Mojem też zdaniem, niema na tej ziemi
Jednego męża, coby w niepokoju
Pod cieniem berła twojego spoczywał.
Grey.  To prawda. Wszystkie twego ojca wrogi
Żółć utopiły w miodzie, by ci służyć
Sercem lepionem z wiary i zapału.
Król Henr.  Mamy też słuszne wdzięczności powody.
Dłoń wprzódy moja służby swej zabędzie,
Nim ja zapomnę zasługom wypłacić,
Com wedle miary i wagi im winien.
Scroop.  Mąż każdy stali da hart swoim żyłom,
Nadzieja będzie mozołów ochłodą.
Ciągłą podnietą do gorliwej służby.
Król Henr.  I ja tak myślę. Stryju Exeterze,
Wypuść żołnierza aresztowanego
Wczora za słowa dla mnie obelżywe.
Chwila rozwagi zmusza mnie przypuścić,
Że zbytek wina rozpasał mu język:
Więc mu przebaczam.
Scroop.  Wielka to łaskawość,
Ale zarazem ufność nieroztropna.
Ukarz go królu, bo jego bezkarność
Łatwo wywoła nowych naśladowców.
Król Henr.  O nie, pozwólcie być mi miłosiernym.
Cambr.  Będziesz nim, królu, karząc winowajcę.
Grey.  Dasz wielkiej łaski dowód, dając życie
Po wymierzeniu zasłużonej kary.

Król Henr.  Wasza troskliwość o me bezpieczeństwo
Zbyt ciężko tłoczy biednego nędznika.
Jeśli przymrużyć nie wolno mi powiek
Na błąd pijaństwem tylko wywołany,
Jak muszę oczy otworzyć szeroko,
Gdzie wielka zbrodnia, długo przeżuwana
Stanie przede mną! — Przebaczam mu jednak,
Choć Scroop, Grey, Cambridge przez zbytek miłości
I troskliwości o naszą osobę,
Kary chcą jego. — Co do spraw francuskich,
Gdzie są wybrani przez nas komisarze?
Cambr.  Ja pierwszy, królu; dałeś mi rozkazy
Zgłosić się dzisiaj po moje instrukcye.
Scroop.  Mnie także, panie.
Grey.  I mnie, mój monarcho.
Król Henr.  Ryszardzie, hrabio Cambridge, to są twoje;
A to są twoje, Scroopie, lordzie Masham;
I ty rycerzu Greyu z Northumberland,
Weź także swoje. Czytajcie je, proszę,
A zobaczycie, że znam waszą wartość. —
Westmorelandzie, stryju Exeterze,
Płyniem tej nocy. — Cóż to jest, panowie?
Cóż to w instrukcyach waszych znaleźliście,
Żeście pobledli? Patrzcie na ich twarze!
Patrzcie! ich lica w papier się zmieniły.
Co w piśmie stoi, że was tak przeraża,
I krew z waszego wygania oblicza?
Cambr.  Wyznaję błąd mój i na twoją łaskę
Zdaję się, królu.
Grey.  Scroop.My o nią błagamy.
Król Henr.  Przed krótką jeszcze chwilą miłosierdzie
W mych piersiach żyło; wyście je zabili.
O miłosierdziu mówić wstyd wam broni,
Bo wasze słowa ciskają się na was,
Jak wściekły brytan na własnego pana.
Patrzcie, książęta, szlachetni panowie,
Na te potwory angielskie. To Cambridge;
Wiecie, jak była chętną miłość nasza

Sypać na niego dostojeństw honory,
A on, za kilka sztuk złota bez wagi
Francuskim wrogom przysiągł nierozważnie
Zabić nas w Hampton: tą samą przysięgą
Rycerz ten, równie łask naszych uczestnik,
Związał się także. Lecz ach, co ci powiem
Ty, lordzie Scroopie, nieludzka istoto,
Potworna, dzika, okrutna, niewdzięczna!
Tyś klucze nosił mych wszystkich zamiarów,
Duszy mej znałeś najgłębsze tajniki,
Prawie, że mogłeś na złoto mnie przekuć,
Gdybyś z osoby mej chciał zyski ciągnąć;
I mógłże pieniądz, obcą dany ręką,
Wydobyć z ciebie jedną złości iskrę
Choćby mój jeden palec zdolną sparzyć?
To tak potworne, że choć jasna prawda
Tak w oczy bije, jak na bieli czarność,
Ledwo, że moje widzą to źrenice.
Zdrada z morderstwem zawsze idą parą,
Jak jarzmo dyabłów, pod spólną przysięgą
Do tak pewnego celu zmierzających,
Że zadziwienie krzyku nie wydało;
Lecz ty, na przekór rachubom rozumu,
Zmusiłeś pierwszy zdumienie i podziw
Iść za śladami zdrady i morderstwa.
Ten dyabeł chytry, który cię opętał,
Pierwszeństwa palmę w piekle on osięgnął,
Bo inne dyabły do zdrady wiodące
Latają skrzętnie potępienia szatę
Z szmat i gałganków, noszących na sobie
I jasną farbę i pozory cnoty;
Lecz ten, co ciebie w tę sprawę uwikłał,
Do zdrady popchnął, za jedyny powód
Dał ci chęć zyskać niecny tytuł zdrajcy.
Gdyby ten szatan, który cię odurzył,
Lwim krokiem ziemię obiegł tę szeroką,
Mógłby do pustyń Tartaryi powrócić
I pułkom dyabłów powiedzieć: nie, nigdy,

Nigdy mi jeszcze tak łatwo nie było
Duszę zwieść ludzką jak tego Anglika.
Jakżeś zaraził ufności słodycze
Jadem podejrzeń! Ten wiernym się zdaje?
I tyś się zdawał; ten mądrym, poważnym?
I tyś się zdawał; tego ród szlachetny?
Twój był nim równie; ten zda się pobożny?
I tyś się zdawał; ten jest wstrzemięźliwy,
Jest panem swego gniewu i radości,
W myślach niezgięty, głuchy na krwi krzyki,
Cały odziany skromnej cnoty płaszczem,
Ócz nie biorący za świadków bez ucha,
A nie wierzący żadnemu bez próby?
Tys miał tych wszystkich cnót wszystkie pozory.
Twój też upadek plamę tu zostawia,
Która wybije piętno podejrzenia
Na wszystkich ludzkich przymiotów dziedzicu.
Płakać po tobie będę, bunt twój bowiem
Zda mi się drugim człowieka upadkiem. —
Zbrodnia ich jawna, oddajcie ich strażom,
Niech zdadzą liczbę z swych czynów przed prawem,
A ich zamachom niechaj Bóg przebaczy!
Exeter.  Aresztuję cię, jako winnego zbrodni stanu, Ryszardzie hrabio Cambridge.
Aresztuję cię, jako winnego zbrodni stanu, Henryku lordzie Scroop of Masham.
Aresztuję cię, jako winnego zbrodni stanu, Grey rycerzu z Northumberland.
Scroop.  Bóg sprawiedliwy odsłonił nasz spisek;
Zbrodnia mnie moja więcej niż śmierć boli,
A jeśli gardłem płacę moją winę,
Racz mi przebaczyć, królu mój i panie.
Cambr.  Co do mnie, pieniądz Francyi mnie nie uwiódł;
Jeślim go przyjął, to tylko jak środek
Do łatwiejszego celów mych dopięcia.
Dzięki jednakże Bogu, że zmarniały;
Cieszyć się z tego będę śród męczarni.
Niech mi przebaczy Bóg i ty, mój królu!

Grey.  Nigdy z odkrycia niebezpiecznej zdrady
Wierny poddany nie cieszył szczerzej,
Jak ja się cieszę, że myśl ma występna
Do zamierzonej nie dobiegła mety.
Nie głowie, królu, lecz zbrodni mej przebacz!
Król Henr.  Bóg w miłosierdziu swem niech wam przebaczy!
Oto wasz wyrok: knowaliście spiski
Przeciwko naszej królewskiej osobie,
Z nieprzyjacielem zawarli przymierze,
I śmierci naszej przyjęli zadatek,
Waszego króla chcieliście zaprzedać,
Książąt i panów jego dać w niewolę,
Poddanych jego na łup i pogardę,
Jego królestwo wydać na rabunek.
Za krzywdy nasze zemsty nie szukamy,
Lecz powinnością naszą pilnie czuwać
Nad bezpieczeństwem naszego królestwa,
Które rozwalić było waszą myślą;
Więc was oddaję pod praw jego wyrok.
Pod miecz katowski idźcie stąd, nędzniki!
Niech wam udzieli Bóg w swem miłosierdziu
Na gorycz śmierci pokorną cierpliwość,
A skruchę szczerą za knowaną zbrodnię!
Wiedźcie ich, straże. (Wychodzą spiskowi pod strażą).
A teraz, panowie,
Czas już do Francyi. Da Bóg, ta wyprawa
Dla mnie i dla was będzie chwały źródłem.
Zwycięstwa mamy nadzieje niepłonne,
Gdy bożą łaską niebezpieczna zdrada,
Która przy drodze czatowała na nas,
Aby kwiat chwały naszej w pączku zwarzyć,
Tak na jaw wyszła; teraz, nie wątpimy,
Że na gościńcu naszym zawad niema.
Naprzód więc, moi kochani rodacy!
Zastępy nasze bożej zdajmy pieczy
I płyńmy, jednej nie zwlekając chwili.
Naprzód! Na tronie francuskim zasiędę
Albo i królem Anglii też nie będę. (Wychodzą).

SCENA III.
Londyn. Gospoda pani Żwawińskiej w Eastcheap.
(Wchodzą: Pistol, pani Żwawińska, Nym, Bardolf i Paź).

Żwaw.  Pozwól mi, słudziuchny mój mężulku, do Staines cię odprowadzić.
Pistol.  Nie, bo me męskie boleje dziś serce.
Krzep się, Bardolfie! Nym, zbudź twą chełpliwość!
A i ty, paziu, nastrzęp twoje męstwo!
Bo Falstart umarł i musim go płakać.
Bardolf.  Chciałbym mu towarzyszyć, gdziekolwiek on poszedł, do nieba czy do piekła.
Żwaw.  O, nie, niema wątpliwości, nie do piekła. On jest na łonie Artura, jeśli kiedykolwiek człowiek dostał się na łono Artura. Prześliczny miał koniec, i świat tak opuścił, jak dziecko dopiero co ochrzczone. Skonał akurat między dwunastą a pierwszą, właśnie gdy morze opadać zaczynało; bo jak go zobaczyłam zbierającego koło siebie prześcieradła i bawiącego się kwiatami, i uśmiechającego się do kończyn swoich palców, wiedziałam, że jedna mu tylko została droga, bo nos jego był ostry jak pióro, a mamrotał coś tam o zielonych polach. Jakże ci, sir Johnie? mówię, człowieku, nabierz trochę serca. Ale on zawołał: Boże! Boże! Boże! trzy albo cztery razy. Ja więc, żeby go pokrzepić, radzę mu, żeby nie myślał o Bogu, bo, zdaniem mojem, nie przyszła jeszcze chwila, aby podobnemi kłopotać się rzeczami; więc on zażądał, aby mu więcej kołder położyć na nogi; wsunęłam rękę do łóżka, pomacałam je, były zimne jak kamień; więc pomacałam kolana, i wyżej, i coraz wyżej, ale wszystko było zimne jak kamień.
Nym.  Powiadają, że krzyczał coś o winie.
Żwaw.  To prawda.
Bardolf.  I o kobietach.
Żwaw.  Nie, tego nie słyszałam.
Paź.  A krzyczał jednak, i powiedział, że wszystkie były wcielonemi dyablicami.
Żwaw.  Nie lubiał on cielistego koloru; kolor ten był mu przeciwny.
Paź.  Powiedział jednego razu, że go dyabli porwą za kobiety.
Żwaw.  To prawda, że czasami był szorstki dla kobiet, ale tylko kiedy był rumatyczny, a wtedy gadał o babilońskiej wszetecznicy.
Paź.  A czy pamiętacie, jak widząc pchłę siedzącą na nosie Bardolfa, powiedział, że to była czarna dusza w piekle gorejąca?
Bardolf.  Dobrze, dobrze; wypaliło się już drzewo, które ten ogień podsycało; i pomyśleć, że to jest całe bogactwo, które na jego służbie zebrałem.
Nym.  Czy ruszamy w drogę? Król wypłynie z Southampton.
Pistol.  Idźmy! — Kochanko, daj mi twoje usta;
Strzeż ruchomości i nieruchomości;
Rządź się rozsądkiem; niech twem będzie hasłem:
„Pij, lecz wprzód zapiać;“ nie ufaj nikomu,
Słomą przysięgi ludzkie, a opłatkiem
Ludzka jest wiara; moja gołąbeczko,
Pies to najlepszy, co się wabi Łapaj;
A więc caveto niech twym będzie rajcą.
Teraz idź z Bogiem! Rozjaśń twe kryształy.
A my, do Francyi, towarzysze broni!
Bądźmy, koledzy, jak końskie pijawki:
Ssać, do ostatniej ssać ich krwi kropelki.
Paź.  Ale to niezdrowy pokarm, jak powiadają.
Pistol.  Dotknijcie delikatnych jej ustek, i marsz!
Bardolf.  Bądź zdrowa gospodyni! (całuje ją).
Nym.  Ja pocałować nie mogę, i to jest sens moralny mojej historyi; ale bądź zdrowa!
Pistol.  Pokaż się dobrą gospodynią; miej oko na wszystko, to ci nakazuję.
Żwaw.  Szczęśliwa droga! Bądźcie zdrowi!

(Wychodzą).
SCENA IV.
Francya. Sala w pałacu króla francuskiego.
(Wchodzą: Król Francuski z orszakiem, Delfin, książe Burgundyi, Konetabl i inni).

Król Fr.  Anglik więc z całą ciągnie na nas siłą,
Toć powinnością jest moją królewską
Wystąpić dzielnie w obronie mej ziemi.
Książęta Berry, Bretanii, Brabantu
I Orleanu, i ty, mój Delfinie,
Śpieszcie co prędzej, naszych miast granicznych
Wzmocnijcie mury, opatrzcie załogi,
Bo Anglik wściekły zbliża się jak woda
Kręgami wiru potężnego ssana.
Opatrzną pilność nakazuje trwoga,
Niedawny przykład na pustkowiach naszych
Przez zaniedbane zostawiony pułki
Króla Anglików.
Delfin.  Potężny mój ojcze,
Słuszna się zbroić przeciw napastnikom,
Boć gdyby nawet nie było zaczepki,
Kraj niepowinien ociężeć pokojem;
Jego fortece, składy i zaciągi
Należy zawsze w gotowości trzymać,
Jakby wybuchnąć jutro miała wojna.
Słuszna, powtarzam, byśmy wszyscy biegli
Obejrzeć chore, słabe strony Francyi;
Tylko niech trwoga z ócz nam nie wygląda;
Idźmy, jakgdyby dobiegły nas wieści,
Że Anglia cała na Zielone Świątki
Tańczy moreskę; wiem bowiem, mój królu,
Iż jej dziś berło tak dziwacznie trzyma
Pusty, szalony, roztrzepany młodzik,
Że swem zjawieniem nie może siać trwogi.
Konetabl.  Stój, stój Delfinie, mylnie o nim sądzisz.
Zapytaj posłów niedawno przybyłych,
Z jaką powagą mowy ich wysłuchał,

Jakich go radzców koło otaczało;
Jak w odpowiedziach skromny, ale razem
Jak nieugięty w swem postanowieniu.
A przyznasz książę, że dawna pustota
Była zewnętrzną Brutusa postacią,
Płaszczem szaleństwa słoniącego mądrość,
Jak gnojem kryje korzonki ogrodnik,
Co mają pierwsze kiełkować i kwitnąć.
Delfin.  Nie, Konetablu, błędne twoje zdanie;
Lecz mniejsza o to, jaki sąd masz o nim.
Gdzie sprawa idzie o kraju obronę,
Lepiej przesadzać siły nieprzyjaciół,
Żeby w potęgę urosła obrona.
Skąpstwo w tej sprawie jest głupotą sknery,
Co płaszcz zmarnował, szczędząc piędzi sukna.
Król Fr.  Tak jest, przypuśćmy, że Henryk jest silny,
I do odporu zbrójmy się potężnie.
Ród jego naszem karmił się już ciałem,
Z tego samego i on idzie rodu,
Który nas dosiągł na najskrytszych drogach,
Czego jest świadkiem hańba ta pamiętna,
Kiedy w fatalnem pod Crécy spotkaniu
Nasi książęta w czarne wpadli ręce
Edwarda Walii, Czarnego książęcia.
Gdy ojciec jego, stojący na wzgórzu,
Jasnego słońca otoczony wiankiem,
Na swe nasienie patrzał bohaterskie,
Widział z uśmiechem, jak trzaskał prawicą
Natury dzieła i kształty lepione
Od lat dwudziestu przez Boga i ojców
Swoich francuskich. Zwycięskiego szczepu
Jest to latorośl, wolno się jest lękać
Jego przeznaczeń i wrodzonej siły. (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Króla Anglików Henryka posłowie
O posłuchanie proszą.
Król Fr.  Niechaj wejdą,
Swe wypowiedzą zlecenia natychmiast.

(Wychodzi posłaniec i kilku panów).

Wartko, widzicie, polowanie idzie.
Delfin.  Odwróć się tylko, a zatrzymasz pogoń.
Najgłośniej bowiem psy tchórzliwe grają,
Gdy zwierz, któremu niby grożą śmiercią,
Zmyka przed nimi. Królu mój, Anglików
Odpraw co prędzej; niechaj się dowiedzą
Jakiej monarchii jesteś przewodnikiem.
Mniej godnym wzgardy grzechem miłość własna,
Niż zaniedbanie własne.

(Wchodzą panowie z Exeterem i jego orszakiem).

Król Fr.  Czy przychodzisz
Od króla Anglii, a naszego brata?
Exeter.  Tak jest; on takie śle ci pozdrowienie:
Wzywa cię, panie, w imię Wszechmocnego,
Abyś zdjął z siebie pożyczaną chwałę,
Która natury i narodów prawem,
I łaską nieba jemu i następcom
Jego należy, francuską koronę
I przywiązane czasu poświęceniem
Do tej korony prawa i honory.
Żeby ci dowieść, że jego żądanie
Nie jest wątpliwych przypuszczeń następstwem
W robaczych dziurkach czasu wyszukanych,
Lub znalezionych w prochu zapomnienia,
Śle ci to drzewo genealogiczne,
W gałązkach wszystkich dowodami wsparte;

(oddaje papier)

Żąda, byś pilnie przejrzał ten rodowód,
A gdy dowody znajdziesz tam niezbite,
Że w prostej linii idzie od monarchy
Sławnego z sławnych, Edwarda trzeciego,
Wzywa cię, żebyś twą koronę złożył,
Oddał królestwo dzisiaj przywłaszczone
Prawemu tronu Francyi dziedzicowi.
Król Fr.  A co nastąpi, jeśli nie usłucham?
Exeter.  Co? krwawy przymus; bo choć na dno serca
Koronę schowasz, i stamtąd ją wyrwie.
Dlatego zbliża się król Henryk piąty

Wśród burz, piorunów i trzęsienia ziemi,
Jak drugi Jowisz, przymusić gotowy,
Jeśli wezwanie będzie bezskuteczne.
Na miłość Boga raz cię jeszcze wzywa:
Oddaj koronę, ulituj się, panie,
Nad biednym ludem; śmierć bowiem łakoma
Swoje otwiera już ogromne paszcze;
Na twą on głowę ciska i łzy wdowie,
I sierot jęki, potok krwi poległych,
I dziewic łkania; spór ten bowiem połknie
Mężów, kochanków i ojców tysiące.
Te są żądania, te są groźby jego,
I to jest koniec mojego poselstwa.
Jeżeli jednak Delfin jest przytomny,
Mam dlań osobne jeszcze pozdrowienie.
Król Fr.  Co do nas, weźmiem rzecz tę na rozwagę
I jutro naszą damy ci odpowiedź,
Abyś ją poniósł angielskiemu bratu.
Delfin.  Co do Delfina, stoję tu za niego;
Co mu przynosisz?
Exeter.  Wzgardę i wyzwanie,
Wszystkie obelgi, byleby przystały
Wielkiemu panu, który je przesyła,
Boś wszystkich godzien; jeżeli twój ojciec,
Wymagań naszych śpiesznem wykonaniem
Goryczy twoich szyderstw nie osłodzi,
Pan mój zażąda tak surowej liczby,
Że wszystkie Francyi jaskinie i sklepy
Na obelg twoich odpowiedzą brzmienia
Naszych dział mściwych piorunowym grzmotem.
Delfin.  Powiedz, że jeśli ojciec mój ustąpi,
Krok jego będzie przeciwny mej woli.
Ja myślę tylko, jak przyjść do gry z Anglią;
Dlatego właśnie twojemu królowi,
Pomnąc na jego młodość i pustotę,
Paryskie piłki w prezencie posłałem.
Exeter.  A za to przed nim Louvre zadrży paryski,
Choćby Europy główną był stolicą.

Możesz mi wierzyć, różnicę w nim znajdziesz,
Jak z dziwem jego znaleźli poddani
Między młodości jego obietnicą,
A czem dziś został. Czas on bowiem dzisiaj
Do ostatniego waży nawet grana.
Tę prawdę w waszych wyczytacie stratach,
Byle swój pobyt we Francyi przedłużył.
Król Fr.  Moją odpowiedź jutro odbierzecie.
Exeter.  Odpraw nas śpiesznie królu, bo inaczej
Sam przyjdzie pytać o zwłoki powody;
Już bowiem przybił do ziemi tej brzegów.
Król Fr.  Dam wam odprawę wkrótce; me warunki
Będą korzystne. Długość jednej nocy,
Krótka to chwila i krótkie wytchnienie,
Gdzie się tej wagi rozstrzygają sprawy. (Wychodzą).
Chór.  Tak nasza scena, wyobraźni skrzydłem
Z miejsca na miejsce jak myśl szybka leci.
A więc przypuśćcie, żeście już widzieli
Zbrojny majestat króla na pokładzie,
A jego flotę, jedwabną banderą
Młodego Feba lica wachlującą;
Niech wyobraźnia pokaże wam teraz
Pnących się majtków po konopnych szczeblach,
Do usz wam wwieje świst ostrej piszczałki
Ład przynoszącej pomieszanym dźwiękom;
Patrzcie, jak żagle wiatrów niewidomych
Wydęte tchnieniem, niosą ciężkie nawy
Po morskich bruzdach z falą się pasując.
Stańcie nad brzegiem, ścigajcie źrenicą
Miasta tańczące na wodzie niestałej,
Ta flota bowiem miastem się wydaje
Majestatycznie do Harfleur płynącem.
Za nią więc, za nią! Przyczepiajcie myśli
Do naw tych steru, a zostawcie Anglię,
Cichą jak północ, pod bezpieczną strażą
Pradziadów, niewiast starych i niemowląt,
Z siłą uwiędłą albo nie rozwitą;
Bo gdzież jest młokos, na którego brodzie

Jeden wyskoczył włosek, coby nie chciał
Iść z tym rycerzy wyborem do Francyi?
Natężcie myśli! patrzcie: oblężenie;
Już działa stoją na swoich lawetach,
Fatalną paszczą ku Harfleur zwrócone.
Otóż i poseł wraca od Francuza,
I wieść przynosi, że król Henrykowi
Daje za żonę córkę Katarzynę,
A z nią, w posagu, księstw kilka mizernych:
Ale ofiara jego odrzucona.
Bombardyer lontem tknął dyabelskie działo;

(Alarm, huk dział).

Wszystko się wali. Niech lot waszej myśli,
Czego nie może scena dać, nakreśli (wychodzi).




AKT TRZECI.
SCENA I.
Francya. — Pod murami Harfleur. — Alarm.
(Wchodzą: król Henryk, Exeter, Bedford, Gloucester, żołnierze z drabinami do szturmu).

Król Henr.  Raz, przyjaciele, jeszcze do wyłomu,
Lub go zatkajmy trupami Anglików!
Nic tak w pokoju mężom nie przystoi
Jak skromna cichość, milcząca pokora;
Lecz gdy wojenna zagrzmi w uszach trąba,
Niechaj przykładem waszym tygrys będzie.
Natężcie żyły, w sercu krew zapalcie,
Ukryjcie dobroć pod wściekłości maską;
Niech nasze oczy zaiskrzą się gniewem,
Z tych głowy strzelnic, jakby z dział spiżowych,
Niechaj śmierć leci; niech je brew ocienia,
Jak przepaścista skała groźnem czołem,
Na podmulonej wisząca podstawie,

Szalonej fali siekana bryzgami.
Ściśnijcie zęby, a otwórzcie nozdrza,
Wstrzymajcie oddech do ostatnich granic,
Wysilcie duchy! Naprzód! szlachto Anglii,
Których krew tryska z żył walecznych ojców!
Wszak z nich był każdy nowym Aleksandrem,
Walczył tu niegdyś od rana do nocy,
I miecza wprzódy do pochwy nie włożył,
Póki ostatni przeciwnik nie zginął.
Na honor matek nie rzucajcie plamy,
Dowiedźcie światu, że ci was spłodzili,
Których ojcami z dumą nazywacie.
Bądźcie przykładem dla krwi pośledniejszej,
Jak walczyć trzeba nauczcie ją teraz!
A wy, żołnierze, których członki były
Lepione w Anglii, pokażcie nam tutaj,
Jaki lud rośnie na angielskiej roli,
Bym przysiągł, żeście ziemi waszej godni.
Nadzieje nasze zawodu nie znajdą,
Bo w ostatniego nawet ciury oczach
Widzę połyski szlachetnego ognia.
Każdy z was stoi niby chart na smyczy,
Rwie się na pole; już zwierz jest ruszony,
Więc naprzód! Idźcie, gdzie was zapał ciągnie,
A waszem hasłem: Bóg jest przy Henryku!
Anglia i święty Jerzy!

(Wychodzą. Alarm, odgłos dział).
SCENA II.
Tamże.
(Wojska przechodzą scenę; później wchodzą: Nym, Bardolf, Pistol, Paź).

Bardolf.  Naprzód! naprzód! naprzód! do wyłomu! do wyłomu!

Nym.  Proszę cię, kapralu, poczekaj; trochę tam za gorąco; co do mnie, nie mam drugiego życia w zapasie, bolące tam żarty; to moja piosenka.

Pistol.  Piosnka ma racyę; żarty się tam sypią,
I cios cios płaci, lud jak muchy pada:
Szable błyskające
Na czerwonej łące
Koszą wieczną chwałę.
Paź.  Jakbym chciał siedzieć w londyńskiej szynkowni!
Chętniebym oddał całą moją chwałę
Za kufel piwa i za bezpieczeństwo.
Pistol.  I ja też.
Gdyby życzenie moje się spełniło,
I mnieby także na chęciach nie zbyło,
Polecieć tam.
Paź.  Mniej uczciwy lecz gorący,
Jak ptak w lesie śpiewający. (Wchodzi Fluellen).
Fluellen  Dalej! do fylomu, kądle! naprzód huncfoty! (pędzi ich przed sobą).
Pistol.  Litość dla ludzi z gliny, wielki książę!
Miarkuj twą wściekłość, twoją męską wściekłość,
O, miarkuj wściekłość, waleczny kogucie!
Słodkie kurczątko, traktuj mnie łagodniej.

Nym.  To mi się nazywa dobry humor. Wasza dostojność wpada czasami w zły humor.

(Wychodzą: Nym, Pistol, Bardolf, za nimi Fluellen).

Paź.  Choć młody, odgadłem tych trzech junaków. Jestem wszystkich trzech paziem; ale choćby wszyscy trzej razem służyć mi chcieli, nie skleiliby dla mnie człowieka, bo, na uczciwość, trzech takich figlarzy nie robi jednego człowieka. Bardolf naprzykład, białą ma wątrobę, a czerwone policzki, dlatego też indyczy się, ale nie bije. Pistol znowu morderczy ma język, ale potulną szablę; dlatego też kaleczy język ale nie szczerbi klingi. Nym nakoniec słyszał, że małomówni najwięcej warci, dlatego też nie odmawia nawet pacierza, żeby go za tchórza nie wzięto; ale od złych jego słów, nie liczniejsze jego dobre uczynki; przez całe życie nie strzaskał on jednej czaszki prócz własnej, gdy po pijanemu o słup się potrącił. Kradną, co się nadarzy i nazywają to kupnem. Bardolf zwędził futerał na lutnię, dwanaście mil go poniósł i przedał za trzy grosze. Nym i Bardolf, to bracia ślubni w złodziejstwie. W Calais skradli siodełko; poznałem zaraz, że bezkarnie można po nich jeździć. Pragną, żebym i ja też tak się spoufalił z ludzkiemi kieszeniami, jak schowane tam rękawiczki albo chustki. Ale byłoby krzywdą mojej męskości wyciągać z cudzych kieszeni, a wkładać w moją; byłoby to oczywiście chować krzywdy do kieszeni. Muszę ich porzucić, a szukać lepszej służby; ich hultajstwo za niestrawne dla mojego słabego żołądka; muszę je zwymiotować. (Wychodzi. — Wchodzi Fluellen, za nim Gower).
Gower.  Kapitanie Fluellen, musisz natychmiast udać się do podkopu; książę Gloucester chce z tobą mówić.
Fluellen.  Do podkopu! Pofiedz księciu, że to fcale nie doprze do podkopu się sbliżać, bo fidzisz, podkopy nie są wcale fedle regul fojennej sztuki; ich glępokość niedostateczna; bo fidzisz, adfersarz (możesz to fytlomaczyść księciu, jak fidzisz), podkopal się cztery sążnie przecifpodkopami, i, na Jeszusza, fszystkich nas w pofietrze fysadzi, jeśli nie pędzie lepszej dyrekcyi.
Gower.  Książe Gloucester, któremu oddano kierunek oblężenia, słucha we wszystkiem rady Irlandczyka, walecznego, na uczciwość, szlachcica.
Fluellen.  Kapitana Macmorris, czy nie prafda?
Gower.  Tak myślę.
Fluellen.  Na Chrystusa, niema większego ośla pod slońcem; powiem mu to w oczy, nie owijając rzeczy w pafelnę; po fidzisz, nie ćficzeńszy on f prafdziwej dyscyplinie fojennej, szymskiej dyscyplinie od malego szczenięcia. (Pokazuje się w odległości Macmorris i Jamy).
Gower.  Zbliża się właśnie, a z nim szkocki kapitan Jamy.
Fluellen.  Kapitan Jamy jest to szlachcic fielkiego animuszu, ani fątplifości; żolniesz obrotny i oczytany w starożytnych fojnach, jak to fiem z osopistej znajomości jego rozporządzeń; na Jeszusa, on potrafi pronić sfego argumentu o dyscyplinie starożytnych fojen szymskich jak najlepszy żolnierz pod slońcem.
Jamy.  Dzień dobry, kapitanie Fluellen.
Fluellen.  Dzień dobry faszej dostojności, dobry kapitanie Jamy.
Gower.  Co tam nowego, kapitanie Macmorris? opuściliśmy podkopy? Czy pionierzy odstąpili od roboty?
Macmorr.  Na Chryszta, wszystko szle zrobione; opuszczona robota; trąbka daje znak odwrotu. Na tę rękę przysięgam i na duszę mojego ojca, robota szle zrobiona; opuszczono ją; byłbym wysadził miasto, tak zbaw mnie Chryszte, nie pószniej jak w godzinę. O, robota szle zrobiona, na tę rękę, szle zrobiona.
Fluellen.  Kapitanie Macmorris, czy chcialpyś przyjąć ze mną krótką dysputę, czy fidzisz, częścią o fojennej dyscyplinie, szymskich fojnach, drogą argumentu, czy fidzisz, i przyjacielskiego porozumienia, częścią żeby zaspokoić moje pofątpiewania, a częścią nakoniec dla satysfakcyi, jak fidzisz, mojego zdania o praktyce fojskowej dyscypliny; i to cala kfestya.
Jamy.  Byłaby to rzecz bardzo piękna, na uczciwość, dwójko kapitanów, a i ja tes, z wasem pozwoleniem, wścibię moje słówko, jeśli się zdarzy okazya, wścibię na uczciwość.
Macmorr.  Nie pora teraz na dyskusye, tak zbaw mnie Chryszte; dzień to gorący, i czas i wojny, i król i książęta, nie pora teraz na dyskusye. Miasto jest oblężone i trąba wzywa nas do wyłomu, a my tu bańdurzemy, i, na Chryszta, próżnujemy. To wsztyd dla nas wszystkich, tak zbaw mnie Boże, to wsztyd stać z założonemi rękami, to wsztyd, na tę rękę, gdy się nadarza pora rzezać gardziele i pełnić rycerskie czyny; a my tu próżnujemy, tak zbaw mnie Chryszte, la.
Jamy.  Na msę świętą, nim te moje ocy do snu się zamkną, dokonam ucciwej słuzby, albo mnie zakopią, tak jest, albo umrę. Sprawię się, jak będę mógł najwalecniej, sprawię się, mozecie mi wiezyć, i na tem kwita. Ale mimo tego radbym psysłuchać się wasej dyspucie.
Fluellen.  Kapitanie Macmorris, zdaje mi się, czy fidzisz, z przeproszeniem, nie wielu jest w tfoim narodzie —
Macmorr.  W moim narodzie? Co to jeszt w moim narodzie? Co to jeszt moj naród? Kto mówi o moim narodzie, jeszt łajdak i bękart i hultaj i urwisz.
Fluellen.  Czy fidzisz, jeśli tłómaczysz moje słofa inaczej, jak je myślałem, kapitanie Macmorris, będę zmuszony przypuścić, że nie traktujesz mnie z uprzejmością, z jakąby nakazyfała dyskrecya traktofać człofieka tak jak ty dobrego, czyto pod fzględem dyscypliny fojennej, czyto pod fzględem urodzenia i innych konsyderacyi.
Macmorr.  Nie usznaję, abyś był tak dobrym jak ja człowiekiem; tak zbaw mnie Chryszte, utnę ci głowę.
Gower.  Mości panowie, widzę, że zaszło między wami jakieś nieporozumienie.
Jamy.  Paskudna omyłka. (Słychać parlamentarską trąbkę).
Gower.  Miasto chce parlamentować.
Fluellen.  Kapitanie Macmorris, jak się nadarzy lepsza sposobność, czy fidzisz, pozfolę sobie pofiedzieć ci, że znam się na dyscyplinie fojskowej, i na tem koniec.

(Wychodzą).
SCENA III.
Tamże. Pod bramami Harfleur.
(Komendant i kilku obywateli na murach, wojsko angielskie pod murami; wchodzi król Henryk i orszak).

Król Henr.  Jakież komendant wziął postanowienie;
Tę wam ostatnią daję chwilę zwłoki;
Śpiesznie więc zdajcie się na naszą łaskę;
Chyba na własną ruinę łakomi
Chcecie mnie zmusić do ostateczności.
Bo jakem żołnierz (imię to, mym sądem,
Mojej osobie przystoi najlepiej),
Jeżeli ogień raz jeszcze rozpocznę,
Na pół ruinach Harfleur nie przestanę,
Lecz miasto całe w popiołach zagrzebię.
Zamkną się wszystkie miłosierdzia bramy,
Zajadły żołnierz, krwawy i okrutny

Będzie z sumieniem jak piekło przestronem
Nielitościwą kosił u was ręką
Świeże dziewice i dzieci kwitnące.
I co mi znaczy, że bezbożna wojna,
W płomień ubrana jak szatanów książe,
Czarną się dłonią okrucieństw dopuści
Towarzyszących szturmom i rabunkom?
I co mi znaczy, jeśli z waszej woli
Czyste dziewice wasze będą łupem
Rozpasanego na gwałty żołdactwa?
Kto wstrzymać zdoła złośliwą rozpustę
Na spadzistościach wściekłego jej biegu?
Równie bezsilne wodza są rozkazy
Rozjuszonemu rabunkiem żołnierstwu,
Jak rozkaz dany Lewiatanowi,
By na ląd wyszedł. Więc, Harfleur mieszkańcy,
Miejcie dla samych siebie miłosierdzie,
Dopóki jestem wojska mego panem,
Póki łagodny i świeży wiatr łaski
Rozgania czarne, zaraźliwe chmury
Mordów, grabieży i szalonych gwałtów;
Albo, za krótką zobaczycie chwilę,
Jak ślepy żołnierz, zakrwawioną ręką
Splami krzyczących córek waszych sploty,
Będzie za srebrną brodę ciągnął ojców,
Święte ich głowy o mury rozbijał,
Wbijał na dzidy nagie niemowlęta,
Kiedy szalone matki dzikie wycia
Będą daremno do chmur wysyłały,
Jak przed wiekami żydowskie niewiasty
Na widok katów krwawego Heroda.
Więc wybierajcie: poddać się w pokorze,
Albo tak zginąć w występnym uporze.
Komend.  Oczekiwania dziś kończą się nasze.
Delfin na prośby nasze o posiłki
Przysłał odpowiedź, że jeszcze nie zebrał
Sił dostatecznych, by na odsiecz śpieszyć.
Więc, królu wielki, oddajemy miasto

I życia nasze twemu miłosierdziu.
Wejdź, rozporządzaj nami, naszem mieniem;
Oporu dłużej nie możemy stawiać.
Król Henr.  Otwórzcie bramy. Stryju Exeterze,
Staniesz załogą w Harfleur; uzbrój miasto,
Przygotuj wszystko na atak Francuzów,
Bądź miłosierny dla wszystkich. Co do nas,
Gdy się już zima zbliża, gdy choroby
Coraz gwałtowniej wojska trapią nasze,
My pociągniemy bez zwłoki do Calais.
Dziś w Harfleur, stryju, twym gościem będziemy,
Z jutrzejszym świtem do Calais ciągniemy.

(Przy odgłosie trąb Król i t. d. wchodzą do miasta).
SCENA IV.
Rouen. Sala w pałacu.
(Wchodzą: Katarzyna, Alicya).

Katarz.  Alice, tu as ésté en Angleterre, et tu parles bien le language.
Alicya.  Un peu, madame.
Katarz.  Je te prie, m’enseignez: il faut que j’apprenne à parler. Comment appelez vous la main en Anglois?
Alicya.  La main? elle est appellée, de hand.
Katarz.  De hand. Et les doigts?
Alicya.  Les doigts? ma foy, je oublie les doigts; mais je me souviendray. Les doigts? je pense, qu’ils sont appellés de fingres; ouy, de fingres.
Katarz.  La main, de hand; les doigts, de fingres. Je pense, que je suis le bon escolier. J’ay gagné deux mots d’Anglois vistement. Comment appelez vous les ongles?
Alicya.  Les ongles? les appelions, de nails.
Katarz.  De nails. Escoutez; dites moy, si je parle bien: de hand, de fingres, de nails.
Alicya.  C’est bien dit, madame; il est fort bon anglois.
Katarz.  Dites moy l’Anglois pour le bras.
Alicya.  De arm madame.
Katarz.  Et le coude?
Alicya.  De elbow.
Katarz.  De elbow. Je m’en fais la répétition de tous les mots que vous m’avez appris dès à present.
Alicya.  Il est trop difficile, madame, comme je pense.
Katarz.  Excusez moy, Alice; escoutez: de hand, de fingres, de nails, de arm, de bilbow.
Alicya.  De elbow, madame.
Katarz.  Seigneur Dieu! je m’en oublie; de elbow. Comment appelez vous le col?
Alicya.  De neck, madame.
Katarz.  De neck; et le menton?
Alicya.  De chin.
Katarz.  De sin. Le col, de neck: le menton, de sin.
Alicya.  Ouy. Sauf vostre honneur, en verité, vous prononcez les mots aussi droict que les natifs d’Angleterre.
Katarz.  Je ne doute point d’apprendre par la grâce de Dieu; et en peu de temps.
Alicya.  N’avez vous pas deja oublié ce que je vous ay enseigné?
Katarz.  Non, je reciteray à vous promptement: de hand, de fingres de mails
Alicya.  De nails, madame.
Katarz.  De nails, de arme, de ilbow.
Alicya.  Sauf votre honneur, de elbow.
Katarz.  Ainsi dis je: de elbow, de nick et de sin. Comment appelez vous le pied et la robe?
Alicya.  De foot, madame; de coun.
Katarz.  De foot et de coun? O Seigneur Dieu! ces sont mots de son mauvais, corruptible, gros et impudique, et non pour les dames d’honneur d’user: je ne voudrois prononcer ces mots devant les seigneurs de France, pour tout le monde. Il faut de foot, et de coun, néanmoins. Je reciterai une autre fois ma leçon ensemble: de hand, de fingres, de nails, de arm, de elbow, de nick, de sin, de foot, de coun.
Alicya.  Excellent, madame!
Katarz.  C’est assez pour une fois; allons nous à diner.

(Wychodzą).
SCENA V.
Rouen. Inna sala Pałacu.
(Wchodzą: Król francuski, Delfin, książe Burbon, Konetabl Francyi i inni).

Król Fr.  Już przeszli Sommę; to wiadomość pewna.
Konetabl.  Jeśli natychmiast bitwy nie stoczymy,
Opuśćmy Francyę, a nasze winnice
Na łup oddajmy ludom barbarzyńskim.
Delfin.  O Dieu vivant! kilka latorośli,
Puszczonych zbytkiem przodków naszych soku,
Wszczepionych w dziką, ladajaką płonkę,
Mająż tak nagle wystrzelić do nieba
I cień na drzewo swe rodzinne rzucić?
Bourbon.  Normandzi, prawda, lecz tylko bękarty!
Mort de ma vie! jeźli im pozwolim
W kraj się nasz wdzierać bez krwawej potyczki,
Przedam me księstwo, brudny folwark kupię
W tej gdzieś na morzu zagubionej wyspie.
Konetabl.  Dieu de batailles! Skąd im ducha tyle?
Wszak mglisty, ciężki, surowy ich klimat,
Z ukosa patrzy blade na nich słońce,
Gniewne, owoce ich w zarodku warzy.
Ich wodny wrzątek, ich dekokt jęczmienny,
Ledwo dla chudych szkap dobry napitek,
Maż taki ogień we krwi ich rozpalać,
Gdy nasza, winem palona szlachetnym,
Zmarzłą się zdaje? Dla honoru Francyi,
Nie bądźmy ściętym dachów naszych soplem,
Gdy lud zimniejszy swej dzielnej młodzieży
Potem polewa te bogate pola,
Ubogie tylko panów swoich duchem.
Delfin.  Na honor, nasze damy z nas się śmieją,
I głośno mówią, gdy nasz ogień wystygł,
W angielskiej młodzi rzucą się objęcia,
By rycerskimi znowu bękartami
Zaludnić Francyę.

Bourbon.  Wszystkie nam też radzą
Iść, w szkole tańców angielskiej nauczać
Szczytnych lawoltów i lotnych kurantów,
Mówiąc, że cnota nasza w piętach leży,
Że lotni tylko jesteśmy w drapaku.
Król Fr.  Gdzie herold Montjoye? Niech śpieszy co prędzej
Ostrem wyzwaniem pozdrowić Anglika.
Na koń, książęta! w honor się uzbrójcie
Od mieczy waszych ostrzejszy i naprzód!
Karolu De la Bret, Francyi konetablu,
Książęta Berry, Burbon, Orleanu,
Alençon, Brabant, Baru i Burgundyi,
I wy, Chatillon, Rambures i Vaudemont
Beaumont, Fauconberg, Grandpré, Foix, Roussi,
Lestrale, Bouciqualt, Charolois; książęta
I baronowie, panowie, rycerze,
Wielkości waszej pomni, z tarcz herbowych
Krwią zmyjcie wrogów hańby czarną plamę;
Henryka Anglii w biegu zatrzymajcie,
Co dziś zamiata kraj nasz chorągwiami
Malowanemi krwią Harfleur czerwoną.
Na pułki jego rzućcie się z wściekłością
Potoku śniegów roztopem wzdętego,
Gdy pianą Alpy plują na doliny,
Co się czołgają u stóp ich w pokorze.
Idźcie, przeważną uderzcie nań siłą,
Na tryumfalnym przyprowadźcie wozie
Jeńca do Rouen.
Konetabl.  Rozkaz króla godny.
Szkoda, że pułki jego tak nieliczne,
A żołnierz głodem i chorobą nędzny;
Bo jestem pewny, że na sam nasz widok
W kałużę strachu jego serce wpadnie,
I zamiast mężnych czynów da nam okup.
Król Fr.  Wyślij więc Montjoye, konetablu Francyi,
Niech powie Anglii, że przyszedł zapytać,
Jaki nam okup gotów jest zapłacić. —
Delfinie, z nami w Rouen pozostaniesz.

Delfin.  Pozwól mi, królu, armii towarzyszyć.
Król Fr.  Zostaniesz z nami; uzbrój się w cierpliwość.
Naprzód, panowie! Czekam tu spokojny
Na jeńca Anglii i na koniec wojny. (Wychodzą).

SCENA VI.
Obóz angielski w Pikardyi.
(Wchodzą: Gower i Fluellen).

Gower.  Co tam nowego, kapitanie Fluellen? Czy wracasz od mostu?
Fluellen.  Mogę cię zapefnić, że toskonale idzie służpa na moście.
Gower.  Czy książę Exeter cały?
Fluellen.  Książe Exeter to pan fielkotuszny jak Agamemnon; to mąż, którego kocham i pofażam z całej tuszy i czci i serca i życia i ze fszystkich sił moich; dzięki i chfała Pogu nietknięty, a proni mostu falecznie i z toskonałą tyscypliną. Jest tam także na moście chorąży, sumiennie myślę tak faleczny jak Marek Antoniusz; jest to człofiek pez żadnego znaczenia na śfiecie, ale fidziałem go pełniącego służpę falecznie.
Gower.  Jak się nazywa?
Fluellen.  Nasywa się chorąży Pistol.
Gower.  Nie znam go. (Wchodzi Pistol).
Fluellen.  To on.
Pistol.  Wyświadcz mi wielką łaskę, kapitanie;
Książe Exeter kocha cię, jak mówią.
Fluellen.  To prafda, dzięki Pogu, zasłużyłem sobie na trochę jego przyjaśni.
Pistol.  Bardolf, waleczny i sierdzisty żołnierz,
A karny przytem, okrucieństwem losów,
Obrotem koła kapryśnej fortuny,
Ślepej bogini, końcami paluszków
Na potoczystym stojącej kamieniu —
Fluellen.  Pozfól, chorąży Pistol. Malarze przedstafiąją fortunę ślepą, z zafiązką na oczach, żeby ci dać do zrozumienia, że fortuna jest ślepą; przedstafiają ją także z kołem, żeby ci dać do zrozumienia, a w tem leży cała moralność, że jest smiennością i fiarołomnością a jej noga, ufażaj proszę, opiera się na okrągłym kamieniu, który się toczy i toczy i toczy. Trzeba przyznać, że poeta daje fyborny jej opraz, fortuna jest prześlicznym morałem.
Pistol.  Lecz na Bardolfa brwi swoje zmarszczyła;
Skradł on monstrancyę, musi za to dyndać.
Śmierć obrzydliwa! Stawiaj szubienice
Dla psów, lecz ludzi zostaw mi w pokoju,
Konopną chustką gardła im nie ściskaj.
Exeter jednak wydał śmierci wyrok
Za tę monstrancyę, rzecz lichej wartości.
Więc przemów za nim; książę cię wysłucha;
Nie pozwól, aby nić jego żywotną
Przeciął postronek, bo to śmierć haniebna.
O! wstaw się za nim, ja ci to odpłacę.
Fluellen.  Chorąży Pistol, rozumiem po części myśl tfoją.
Pistol.  Cieszy mnie to nieskończenie.
Fluellen.  Ale po fidzisz, chorąży, niema się tu z czego cieszyć, po chociażby, ufażaj, rodzonym pył moim bratem, pragnąłbym, żeby książę zupełną miał folność w sfoich rozkazach i posłał go na szupienicę, po tyscyplina to rzecz głófna.
Pistol.  Giń i gorz w piekle! figa twej przyjaźni!
Fluellen.  To doprze.
Pistol.  Hiszpańska figa! (Wychodzi).
Fluellen.  To pardzo toprze.
Gower.  Toć to jest łotr wierutny; przypominam go sobie teraz; to rajfur i rzezimieszek.
Fluellen.  Zapefniam cię jednak, że na moście pofiedział faleczne słofa, jakie możesz zopaczyć tylko w dzień letni. Ale to pardzo toprze; co mi pofiedział to doprze, zaręczam, i jeśli sposopność się nadarzy —
Gower.  To paliwoda, błazen i hultaj. Od czasu do czasu idzie na wojnę, żeby za powrotem do Londynu kokoszyć się swoją żołnierką. Takiego rodzaju hultaje znają na palcach nazwiska wszystkich naczelników; uczą ci się na pamięć, gdzie się kto sprawił uczciwie, przy jakim okopie, przy jakim wyłomie, przy jakim konwoju; kto wyszedł z honorem, kto był rozstrzelany, kto degradowany; jakie warunki przyjął nieprzyjaciel; opiszą ci to wszystko wojennym stylem, który ci w dodatku zaprawią nowego wynalazku klęciami. Ani możesz sobie wyobrazić, jaki robi efekt broda na generalską modę strzyżona i mundur po obozach wyszarzany między pieniącymi kuflami, a mózgownicami piwem zalanemi. Musisz nauczyć się, kapitanie, odgadywać takich ichmościów, hańby naszego wieku; albo inaczej dziwnych doznasz zawodów.
Fluellen.  Słuchaj kapitanie Gower, fidzę, że nie jest to człofiek, za jakiego ratby uchodzić przed śfiatem; bylem znalazł dziurę f jego mundurze, pofiem mu co o nim myślę. (Słychać bęben). Czy słyszysz? Król się zbliża; muszę zdać mu raport o sprafach na moście. (Wchodzi: król Henryk, Gloucester, żołnierze). Płogosłaf Boże faszej królefskiej mości!
Król Henr.  Co tam nowego, Fluellen? Czy wracasz od mostu?
Fluellen.  Tak jest, najjaśniejszy panie. Książe Exeter utrzymał się falecznie na moście; Francuz odstąpił, fidzisz, najjaśniejszy panie; piękne teraz a folne tam jest przejście. Adfersarz most sajął, ale musiał się cofnąć i książę Exeter jest teraz panem mostu. Muszę pofiedzieć faszej królewskiej mości, że książę jest falecznym żołnierzem.
Król Henr.  Ilu straciliście ludzi, kapitanie Fluellen?
Fluellen.  Straty adfersarza fielkie, przyzfoicie fielkie, a co do mnie, myślę, że książę nie stracił jednego człofieka, fyjąwszy jednego, który, jak się zdaje, pójdzie na stryczek za okradzenie kościoła, niejakiego Pardolfa, jeśli fasza królefska mość zna tego człofieka; twarz jego cała składa się z krost, pęcherzykóf i fysypek i ognistych płomieni; jego fargi goreją mu pod nosem, który zdaje się fęglem żarzącym, czasami niebieskim, czerfonym czasami; ale nos jego pójdzie na szupienicę i ogień ten zgaśnie.
Król Henr.  Chciałbym, żeby wszyscy tego rodzaju przestępcy taki sam mieli koniec. Wyraźny też daję rozkaz, żeby w naszym pochodzie w głąb tej ziemi nic po wsiach nie wymuszano, nie brano nic bez zapłaty; żeby żaden Francuz nie był znieważony lub pokrzywdzony wzgardliwem słowem; bo gdzie z okrucieństwem łagodność gra o królestwo, tam łagodniejszy gracz wygrywa. (Odgłos trąbki, wchodzi Montjoye).
Montjoye.  Znacie mnie po ubiorze.
Król Henr.  Tak jest, poznaję cię. Czego się dowiem od ciebie?
Montjoye.  Myśli mojego pana.
Król Henr.  Powiedz je.
Montjoye.  Król mój tak mówi: Powiedz Henrykowi Anglii: choć zdawaliśmy się być umarłymi, spaliśmy tylko: zwłoka lepszym jest żołnierzem od porywczości. Powiedz mu, że mogliśmy go skarcić pod Harfleur, lecz nie uznaliśmy za dobre zgnieść krzywdę, nim dojrzała. Na nas teraz kolej mówić, a głos nasz jest wszechwładny. Anglia pożałuje swego szaleństwa, zobaczy swoją słabość, zdumie się nad naszem pobłażaniem. Więc mu powiedz, aby myślał o swoim okupie, który musi być w stosunku do strat, które ponieśliśmy, do poddanych, których straciliśmy, do zniewag, które wycierpieliśmy. Gdyby miał za wszystko na wagę odpowiedzieć, jego maluczkość ugięłaby się pod ciężarem. Na straty nasze skarb jego za ubogi; na wylaną krew naszą cała ludność jego królestwa za nieliczna, a za nasze zniewagi, własna jego osoba u stóp naszych klęcząca byłaby zbyt tylko słabem i lichem zadośćuczynieniem. Dodaj do tego wyzwanie. Powiedz mu na zakończenie, że wydał na łup swoich towarzyszy, na których zapadł już wyrok. Tak król mój i pan mówi; takie jest moje poselstwo.
Król Henr.  Znam twój charakter, powiedz mi twoje nazwisko.
Montjoye.  Montjoye.
Król Henr.  Wracaj. Powinność twą spełniłeś dobrze,
Powiedz królowi: Nie szukam go teraz,

Pragnę do Calais bez przeszkody ciągnąć,

Wyznaję bowiem (choć to nie jest mądrze
Robić podobne wyznanie otwarcie
Wrogom z wszystkiego korzystać gotowym),
Że chorobami lud mój wycieńczony
I liczbą słaby. Żołnierz co mi został,
Prawie nie lepszy jak tyluż Francuzów,
Chociaż, powiedzieć muszę ci, heroldzie,
Że póki zdrowie w całej miał czerstwości,
Na jednej parze nóg moich Anglików
Trzech szło Francuzów. Lecz przebacz mi Boże,
Chełpliwe słowa! boć wasz wiatr francuski
Grzech mi ten przywiał: muszę się poprawić.
Idź, powiedz panu twemu, że tu jestem;
Moim okupem kadłub ten ubogi,
Ma armia słabą i schorzałą strażą;
Powiedz mu jednak, że z bożą pomocą
Pójdziemy naprzód, choćby król francuski,
I drugi sąsiad potęgą mu równy
Drogę mi zaniknął. Przyjm to za fatygę.
Powiedz, niech pan twój dobrze się namyśli.
Jeśli nam wolne przejście da, pójdziemy,
Gdy opór stawi, żółtą waszą glinę
Pomalujemy krwią waszą czerwoną.
I na tem kończę. Bądź mi zdrów, Montjoye.
Oto treść cała mojej odpowiedzi:
W obecnym stanie nie szukam rozprawy,
Lecz nie unikam. Powiedz to królowi.
Montjoye.  Dzięki ci panie, powtórzę twe słowa

(Wychodzi).

Gloucest.  Nie myślę, żeby uderzyli na nas.
Król Henr.  Nie w ich, lecz w bożej jesteśmy prawicy.
Śpieszmy do mostu; noc już niedaleka;
Na drugim brzegu staniemy obozem,
Ze świtem w dalszy wyruszymy pochód.

(Wychodzą).
SCENA VII.
Obóz francuski pod Agincourt.
(Wchodzą: Konetabl Francyi, Rambures, książe Orleański, Delfin i inni).

Konetabl.  Ba! mam najlepszą w świecie zbroję. Chciałbym, żeby już dzień zaświtał.
Orleans.  Doskonałą masz zbroję; ale mojemu też rumakowi oddaj sprawiedliwość.
Konetabl.  To najlepszy koń w Europie.
Orleans.  Czy nigdy nie przyjdzie rano?
Delfin.  Mości książę Orleański i panie wysoki Konetablu, mówicie o rumaku i o zbroi.
Orleans.  Pod obu względami nie ustępujecie żadnemu księciu na ziemi.
Delfin.  Jakże to noc długa! Nie dałbym mojego rumaka za żadnego konia, co stąpa na czterech tylko pęcinach. Ah! ça! Odskakuje od ziemi, jakby miał trzewia z włosienia; le cheval volant, Pegaz, qui a les narines de feu! Ledwo go dosiędę, wzlatuje, zmienia się w sokoła; kłusuje po powietrzu; ziemia śpiewa, gdy jej tknie; ostatni róg jego kopyta muzykalniejszy od piszczałki Hermesa.
Orleans.  Ma maść muszkatowej gałki.
Delfin.  A ogień imbiru. To bestya stworzona dla Perseusza; czyste powietrze i ogień; ciężkich żywiołów ziemi i wody ani w nim śladu, chyba w cierpliwej spokojności, gdy go jeździec dosiada, to koń całą gębą; wszystkie inne bestye możesz śmiało nazywać szkapami.
Konetabl.  Prawda, mości książę, to koń najdoskonalszy, najwyborniejszy.
Delfin.  To książę rumaków; jego rżenie jest jak rozkaz monarchy, a jego postać hołd nakazuje.
Orleans.  Dość tego, kuzynie.
Delfin.  Nie; człowiek ten nie ma dowcipu, co niezdolny od zbudzenia się skowronka do zaśnienia jagnięcia, urozmaicać pochwał należnych mojemu rumakowi: to temat płynący jak ocean; zmień piaski na wymowne języki, a koń mój dostarczy wszystkim przedmiotów: bo to przedmiot, o którym rozprawiać jest rzeczą króla, a którego dosiąść jest rzeczą króla królów, gdy reszta mieszkańców świata, znanych czy nieznanych, powinna zawiesić wszystkie swoje zatrudnienia i dziwić się jego doskonałości. Napisałem niedawno sonet na jego pochwałę, który tak się zaczyna: „Cudzie natury!“
Orleans.  Słyszałem taki sam początek sonetu do kochanki.
Delfin.  To autor naśladował sonet, który skomponowałem dla mojego bieguna, bo koń mój jest moją kochanką.
Orleans.  To twoja kochanka lekko nosi.
Delfin.  Mnie przynajmniej, co jest koniecznym przymiotem i doskonałością dobrej a osobliwej kochanki.
Konetabl.  Zdaje mi się jednak, że wczoraj twoja kochanka podstępnie z siodła cię wysadziła.
Delfin.  Może tak zrobiła twoja.
Konetabl.  Moja nie była okiełznaną.
Delfin.  Była zapewne stara i ogłaskana; jechałeś na niej jak kern irlandzki, bez francuskich rajtuzów, tylko w gatkach.
Konetabl.  Znasz się, widzę, na berejterstwie.
Delfin.  Słuchaj więc mojej rady; kto tak jeździ, a nie ma się na ostrożności, w paskudne wpada bajora. Wolę mieć mojego konia za kochankę.
Konetabl.  Równiebym chętnie pragnął, żeby moja kochanka była kobyłą.
Delfin.  Mogę ci zaręczyć, Konetablu, że moja kochanka nosi naturalne włosy.
Konetabl.  Miałbym równe prawo chełpić się z tego, gdybym miał maciorę za kochankę.
Delfin.  Le chien est retourné a son propre vomissement, et la truie lavée, au bourbier; wszystko dla ciebie dobre.
Konetabl.  Nie biorę jednak konia za kochankę i nie cytuję przysłów tak mało do rzeczy.
Rambur.  Panie Konetablu, widziałem zbroję w twoim namiocie, czy to gwiazdy na niej czy słońca?
Konetabl.  Gwiazdy.
Delfin.  Zdaje mi się, że jutro kilka z nich spadnie.
Konetabl.  A przecie nie zabraknie ich mojemu niebu.
Delfin.  Być może, że masz ich do zbytku; większy byłby honor ująć ich trochę.
Konetabl.  Właśnie jak pochwał, któremi przeładowałeś twojego konia; pokłusowałby równie dobrze, gdybyś zsadził parę przechwałek.
Delfin.  Ach, gdybym tylko potrafił obładować go należnemi mu pochwałami! Czy dzień nigdy się nie pokaże? Zamierzam kłusować jutro milę, a droga moja będzie brukowana twarzami Anglików.
Konetabl.  Ja tego nie powiem, bo się boję, żebym przypadkiem na jakie złe oko nie trafił; chciałbym jednak, żeby już było rano, bo swędzą mnie palce do uszów angielskich.
Rambur.  Kto chce pójść ze mną o zakład, że zabiorę dwudziestu jeńców?
Konetabl.  Nim wygrasz stawkę, musisz nadstawić przód głowy.
Delfin.  Już północ, idę się zbroić (wychodzi).
Orleans.  Delfin chciałby, żeby już było rano.
Rambur.  Ma apetyt na Anglików.
Konetabl.  Myślę też, że zje wszystkich, których zabije.
Orleans.  Na białą rękę mojej damy, waleczny to książę.
Konetabl.  Przysięgnij raczej na jej nogę, żeby zatarła przysięgę.
Orleans.  Mówiąc po prostu, to najczynniejszy pan we Francyi.
Konetabl.  Że czynny, to prawda, bo ciągle zaczyna.
Orleans.  Nie słyszałem, żeby kogo pokrzywdził.
Konetabl.  I nie pokrzywdzi nikogo jutro; nie straci swojej dobrej w tym względzie reputacyi.
Orleans.  Wiem, że jest nieustraszony.
Konetabl.  Powiedziała mi to samo osoba, która zna go od was lepiej.
Orleans.  Kto taki?
Konetabl.  On sam, naturalnie, a dodał, że się nie troszczy, czy wie kto o tom, czy nie wie.
Orleans.  Nie potrzebuje się troszczyć, nie skryta to w nim cnota.
Konetabl.  I bardzo, na uczciwość; nikt jej nie widział prócz jego lokaja; zakapturzone to męstwo; odkapturzone uleci.
Orleans.  Złe oko wszędzie złe widzi.
Konetabl.  Przysłowiem zapłacę przysłowie: kto kogo miłuje, wad jego nie czuje.
Orleans.  A ja na to: oddaj dyabłu co dyabelskie.
Konetabl.  Doskonale! Tu stoi przyjaciel twój za dyabła; w odpowiedzi powiem: figa dyabłu!
Orleans.  Mocniejszy jesteś ode mnie w gadkach, i nic dziwnego: głupi prędko strzela.
Konetabl.  Przeniosłeś.
Orleans.  Nie pierwszy poszedłem nad tobą górą.

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Wysoki Konetablu, Anglicy obozują o tysiąc pięćset kroków od twego namiotu.
Konetabl.  Kto mierzył odległość?
Posłaniec.  Grandpré.
Konetabl.  Waleczny i doświadczony to oficer. Ach, gdyby już dzień zaświtał! Niestety, biedny Henryk Angielski! Nie tak mu tęskno, jak nam za świtem.
Orleans.  Co za nieszczęśliwy oryginał ten król angielski! Tak głupio się zaplątać z swoimi zakutymi towarzyszami!
Konetabl.  Gdyby Anglikom została odrobina zdrowego rozsądku, co tchuby drapnęli.
Orleans.  Ale na tem właśnie im zbywa; gdyby ich mózgownice były choć lekko w rozum zbrojne, nie byłyby w stanie nosić tak ciężkich przyłbic.
Rambur.  Ta wyspa angielska produkuje waleczne stworzenia; ich brytany przechodzą wszystko odwagą.
Orleans.  Biedne kądle! Na oślep lecą w paszczę moskiewskiego niedźwiedzia, który płata ich czaszki jak zgniłe jabłka. Równe miałbyś prawo powiedzieć: pchła to waleczna, która się waży śniadać na lwiej wardze.
Konetabl.  Prawda, prawda! Jej mieszkańcy sympatyzują z jej brytanami siłą i brutalstwem ataku, zostawiając cały swój dowcip przy żonach. Byleś im dał porządne racye wołowiny, stal i żelazo, będą pożerać mięso jak wilki, a bić się jak dyabły.
Orleans.  Tylko że teraz tym Anglikom okrutny brak wołowiny.
Konetabl.  Zobaczymy też jutro, że chętniejby się rzucili do miski niż do boju. Lecz czas się uzbroić, czy nie prawda? Idźmy!

Orleans.  Wybiła druga, nim dziesiąta minie,
Z każdego ręki stu Anglików zginie. (Wychodzą).
Chór.  Pomyślcie teraz, że to jest godzina,
W której szum głuchy i ciemności fale
Powoli niebios zalewają sklepy.
Cichnącą wrzawę dwóch wojsk w łonie nocy
Wiatr od obozu do obozu niesie,
Iżby się zdało, że straże podchwycą
Hasła szeptane przez wrogów patrole.
Przy słabym blasku ognisk gorejących
Cień przeciwników każdy obóz widzi.
Rumaki wzajem grożą sobie rżeniem
Przenikającem głuche nocy ucho,
A po namiotach płatnerskich szczęk młotów,
Rycerskich kolczug nitujących siatkę,
Daje świadectwo groźnych przygotowań.
Pianie kogutów i zegarów tętno
Sennego rana trzecią głoszą dobę.
Z duszą spokojną, liczbą swoją dumni,
O przyszłych jeńców mało cenne głowy
Miotają kostki francuscy panowie,
Na noc się skarżą, że kulawą nogą
Jak czarownica wlecze się obrzydła;
Anglik, jak biedna, skazana ofiara,
Cierpliwie siedzi przy mdławych ogniskach,
Niebezpieczeństwa rozmyśla jutrzejsze;
Smętna postawa, policzki zapadłe,
Podarta odzież, przy księżyca blasku,
Dają mu widma przeraźliwą postać.
Ktoby zobaczył królewskiego wodza,
Gdy zwiedza straże, przebiega namioty,
Niech krzyknie: chwała i cześć głowie jego!

Czy widzisz? wszystkie swe przechodząc pułki,
Z uśmiechem skromnym dzień dobry im życzy,
Zwie ich: rodacy, bracia, przyjaciele.
Z królewskiej twarzy niktby nie wyczytał,
Że wróg potężną otoczył go armią;
Ni czarna troska, ani noc bezsenna
Lic mu bladością swoją nie powlekła,
Ale z powagą słodką majestatu,
Z jasnym uśmiechem na wypadki czeka.
To też ostatni ciura, drżący wprzódy,
W jego spojrzeniach nowe czerpie męstwo;
Bo króla oko, jak słońce na niebie,
Ożywne ciepło na wszystkich rozlewa,
Strach topi zimny. Oto macie obraz,
Choć niedołężną ręką nakreślony,
Henryka w nocy. A teraz, słuchacze,
Musimy scenę na plac boju przenieść.
Przebaczcie, jeśli pięć lub sześć floretów
Rdzą przejedzonych, w śmiesznym pojedynku,
Wielkie Agincourt imię sprofanuje.
Niech wielkie czyny w myśli wam odkwitną,
Myśl niech małpiarstwo w prawdę zmieni szczytną.

(Wychodzi).



AKT CZWARTY.
SCENA I.
Obóz angielski pod Agincourt.
(Wchodzą: król Henryk, Bedford i Gloucester).

Król Henr.  Niebezpieczeństwo wielkie nam zagraża.
Prawda, Gloucesterze, tem dzielniejszy opór
Musim mu stawić. — Dzień dobry Bedfordzie!
Wszechmocny Boże! i w najgorszych rzeczach
Jest dobroczynny olejek zamknięty,

Byle go człowiek umiał dystylować.
Rano powstawać zły nas sąsiad uczy;
Przyzwyczajenie zdrowe, gospodarskie;
Wróg jest nam także widomem sumieniem,
Jest kaznodzieją, który nam zaleca
W pokucie ducha na śmierć się gotować.
Możem więc z chwastów słodki miód wycisnąć,
Z samego dyabła wyciągąć moralność.

(Wchodzi Erpingham).

Stary Tomaszu Erpingham, dzień dobry!
Miękka poduszka przystałaby lepiej
Twym siwym włosom, niż ta twarda ziemia.
Erpingh.  Nie, panie, łoże to nad wszystko cenię,
Bo mogę mówić: jak sam król śpię teraz.
Król Henr.  Szczęście, że przykład daje ludziom siłę
Znosić wesoło obecne cierpienia;
Ich duch się krzepi, a z ducha krzepkością
Wszystkie organa, choć umarłe wprzódy,
Łamią grobowiec, świeże się podnoszą,
Gdy się starego łupieżu pozbyły. —
Pożycz mi twego płaszcza, Erpinghamie.
Wy, bracia moi, nieście do obozu
Me pozdrowienia, powiedzcie książętom,
Że czekam na nich w moim pawilonie.
Gloucest.  Śpieszymy, królu. (Wychodzą Gloucester i Bedford).
Erpingh.  A ja, czy mam zostać?
Król Henr.  Nie, mój rycerzu, idź z moimi braćmi.
Z mojem sumieniem naradzić się pragnę,
A towarzystwa nie trzeba mi na to.
Erpingh.  Bóg z tobą zawsze szlachetny Henryku! (wychodzi).
Król Henr.  Z serca dziękuję, stary przyjacielu,
Twoje mi słowa dodają otuchy. (Wchodzi Pistol).
Pistol.  Qui va là?
Król Henr.  Przyjaciel.
Pistol.  Tłómacz się jaśniej; czyś jest oficerem?
Czy tylko podłym i chudym gemajną?
Król Henr.  Jestem szlachcicem i dowodzę kompanią.
Pistol.  A nosisz potężną pikę?

Król Henr.  Zgadłeś. A ty kto jesteś?
Pistol.  Jestem szlachcicem jak sam cesarz dobrym.
Król Henr.  Jesteś więc lepszym od króla.
Pistol.  Tęgi to kogut, nasz król, złote serce,
Latorośl chwały, wie też, co jest życie;
Ród jego dobry, pięść nie od parady;
Całuję buty jego zabłocone,
A z serca kocham kochanego zucha.
Jak się nazywasz?
Król Henr.  Henryk Le Roy.
Pistol.  Le Roy? jest to kornwalijskie imię.
Czyś stamtąd rodem?
Król Henr.  Nie, jestem Walijczyk.
Pistol.  Czy znasz Fluellena?
Król Henr.  Bardzo dobrze.
Pistol.  A więc mu powiedz, że na święty Dawid
Jego mu czosnek na łbie jego zetrę.

Król Henr.  Nie radzę ci tego dnia nosić sztyletu na kapeluszu, bo ci go potrzaska na twojej czuprynie.
Pistol.  Czy jesteś jego przyjacielem?
Król Henr.  A w dodatku jego krewnym.
Pistol.  To figa i tobie.
Król Henr.  Dziękuję. Bóg z tobą!
Pistol.  Nazywam się Pistol, kto chce wiedzieć. (Wychodzi).
Król Henr.  Godne nazwisko twojej zapalczywości.

(Wchodzą Gower i Fluellen z dwóch stron przeciwnych).

Gower.  Kapitanie Fluellen!
Fluellen.  Na imię Jeszusa Chrysztusa, móf ciszej! Najfiększy to cud na świecie, że nikt już dziś nie obserfuje prafdziwych a starych prerogatyf i praf fojny. Gdybyś chciał sobie zadać pracę fyeksaminofać fojny Fielkiego Pompejusza, znalazłbyś, na moje słofo, że nie pyło tam ani gadu gadu ani tere psdere f opozie Pompejusza; zaręczam ci, iż znajdziesz, że i ceremonie fojny i jej ostrożności i jej formy i jej trzeźfość, i jej skromność zupełnie pyły inne.
Gower.  Jednakże głośny jest nieprzyjaciel; słyszałeś go przez noc całą.
Fluellen.  Jeśli nieprzyjaciel jest osłem i dudkiem i frzasklifym junakiem, czy myślisz, że i my także mamy się zropić osłami, dudkami i frzasklifymi junakami? czy sumiennie tak myślisz?
Gower.  Będę mówił ciszej.
Fluellen.  Proszę cię i płagam cię, zróp tak.

(Wychodzą Gower i Fluellen).

Król Henr.  Choć ten Walijczyk za modą nie idzie,
Na przezorności i męstwie mu nie brak.

(Wchodzi trzech żołnierzy: Jan Bates, Aleksander Court i Michał Williams).

Court.  Bracie Janie Bates, czy to nie ranek tam bieleje?
Bates.  Tak mi się zdaje; ale nie mamy powodów niecierpliwie dnia wyglądać.
Williams.  Widzimy tam dnia początek, ale zdaje mi się, że nie zobaczymy nigdy jego końca. — Kto idzie?
Król Henr.  Przyjaciel.
Williams.  Pod którym służysz kapitanem?
Król Henr.  Pod sir Tomaszem Erpingham.
Williams.  Dobry to stary generał, a dobrego serca szlachcic. Powiedz mi, proszę, co on myśli o naszem położeniu?
Król Henr.  Widzi w nas rozbitków na piasku, czekających na przypływ morza, które ich pochwyci.
Bates.  Czy nie powiedział swojego zdania królowi?
Król Henr.  Nie, i źleby zrobił, gdyby powiedział. Bo mówiąc otwarcie, myślę, że król jest takim jak ja człowiekiem; fijołek ma taki sam dla niego zapach co i dla mnie; żywioły mu się jak mnie objawiają; wszystkie jego zmysły ludzkim odpowiadają warunkom; zdejm mu purpurę, a w swej nagości pokaże się takim jak ja człowiekiem; choć jego uczucia wzbijają się wyżej od naszych, spadając, spadają podobnem naszemu skrzydłem; jeśli więc widzi powód strachu, jak my widzimy, strach jego, bez wątpienia, ma gorycz naszego; słuszna też, żeby nikt nie budził w nim pozorów strachu, bo ich widok odjąłby serce całej armii.
Bates.  Niech sobie pokazuje, jakie chce pozory męstwa, mnie się jednak zdaje, że choć noc to zimna, wolałby teraz siedzieć po szyję w Tamizie, a i ja też wolałbym, bądźcobądź, dotrzymać mu kompanii, byle nas tu nie było.
Król Henr.  Na uczciwość, jeśli mam powiedzieć wam sumiennie, co myślę o królu, sądzę, żeby nie chciał być gdzieindziej jak tam, gdzie jest teraz.
Bates.  To chciałbym, żeby był sam jeden, bo byłby pewny swego okupu, a niejeden biedaczyna uratowałby życie.
Król Henr.  Śmiem przypuścić, że nie jesteś do tego stopnia mu niechętnym, abyś mu życzył, żeby tu był sam jeden; mówisz to tylko, żeby wypróbować myśli innych. Co do mnie, zdaje mi się, że nigdzie chętniej umrzećbym nie mógł jak w towarzystwie króla, bo sprawa jego słuszna a spór honorowy.
Williams.  To więcej, niż wiemy.
Bates.  Albo jak wywiadywać się nam godzi. Dość dla nas wiedzieć, że jesteśmy króla poddanymi; jeśli zła jego sprawa, nasze posłuszeństwo królowi należne z grzechu nas obmywa.
Williams.  Jeśli sprawa nie jest dobra, sam król zda ciężki rachunek, gdy wszystkie nogi i ręce i głowy śród bitwy odcięte skleją się znowu w dzień ostatecznego sądu i wszystkie wykrzykną: Polegliśmy w tem a tem miejscu, jedni klnąc, inni wołając o doktora, ci zostawiając na ziemi biedne wdowy, tamci długi, inni znowu dzieci bez opatrzenia. Lękam się, że mała tylko liczba umierających na placu boju umiera dobrze, bo jak tam myśleć o zbawieniu, gdzie tylko krew jest na myśli? Otóż, jeśli ci ludzie źle umierają, ciężka to będzie sprawa dla króla, który ich tam poprowadził, bo nieposłuszeństwo jego rozkazom byłoby przeciw wszystkim obowiązkom poddaństwa.
Król Henr.  Więc i grzechy syna wyprawionego przez ojca z towarami, a tonącego na morzu w stanie grzechu, wedle waszej reguły, musiałyby iść na karb ojca, który go wyprawił; lub jeśli sługa niosący worek pieniędzy na rozkaz pana, napadnięty przez rozbójników, umiera w stanie grzechu bez pokuty, moglibyście powiedzieć, że sprawa pana jest winną potępienia sługi. Ale tak nie jest. Król nie jest obowiązany odpowiadać za osobiste postępki żołnierzy, ani ojciec za postępki syna, ani pan za grzechy sługi, nie mieli bowiem na myśli ich śmierci, nakazując im spełnienie obowiązku. Prócz tego, niema króla, jakkolwiek czysta jego sprawa, który gdy przyjdzie mieczem spór rozstrzygnąć, mógłby wyprowadzić w pole samych żołnierzy bez skazy. Jedni mają na sumieniu grzech rozmyślnie dokonanego morderstwa, inni uwiedzionych dziewic krzywoprzysięstwem; inni pobiegli szukać w obozie schronienia, zakrwawiwszy poprzednio niewinne łono pokoju grabieżą i rabunkiem. Jeśli ci wszyscy potrafili oszukać prawo, ujść zasłużonej kary, choć wymknęli się ludziom, nie mają skrzydeł, aby uciec przed Bogiem; wojna jest jego woźnym, wojna jego zemstą. Tak więc ci ludzie ponoszą karę za dawniejsze pogwałcenie praw królewskich w obecnym królewskim sporze. Gdzie się lękali śmierci, uszli z życiem; tam gdzie poszli szukać ocalenia, giną. Jeśli umierają bez pokuty, król nie więcej jest winny ich potępienia, niż wprzód był winny ich bezbożności, za którą są teraz nawiedzeni. Służba każdego poddanego do króla należy, ale każdego poddanego dusza jest jego tylko własnością. Każdy przeto żołnierz na wojnie powinien naśladować przykład chorego na łożu boleści, omyć każdą plamkę ze swojego sumienia. Jeśli tak umrze, śmierć będzie dla niego dobrodziejstwem; jeśli nie zginie, czas to był szczęśliwie stracony, w którym takie zyskał przygotowanie. Gdy wyjdzie cały, może bez grzechu pomyśleć, że Bóg, któremu zrobił zupełną z siebie ofiarę, dozwolił mu dzień ten przeżyć, aby wielkość jego widział, a drugich nauczał, jak się na śmierć gotować.
Williams.  To pewna, że jeśli człowiek umiera w grzechu, grzech na jego spada głowę; król nie może za niego odpowiadać.
Bates.  Nie pragnę też, żeby za mnie odpowiadał, choć postanowiłem bić się za niego z całego serca.
Król Henr.  Na własne uszy słyszałem z ust królewskich, że nie zapłaci okupu.
Williams.  Ba, powiedział to, żeby nam dodać ochoty do boju, ale jak nam popłatają czaszki, będzie miał czas na zapłacenie okupu, gdy dla nas zapadnie już klamka.
Król Henr.  Jeśli tego dożyję, nigdy już nie dam wiary jego słowu.
Williams.  A to mu dopiero dokuczysz! Gniew biednego chudeusza na potężnego monarchę, to rzecz niebezpieczna jak strzał ze starej rusznicy: równieby ci łatwo było słońce w lód obrócić, wachlując je pawiem piórem. Nigdy już nie dam wiary jego słowu! Przyznaj, że sławne powiedziałeś głupstwo.
Król Henr.  Za ostra twoja wymówka: gniewałbym się, gdyby czas był po temu.
Williams.  To odłóż spór na później, jeśli wyjdziesz cały.
Król Henr.  Zgoda.
Williams.  A po czem cię poznam?
Król Henr.  Daj mi jaki zakład; przypnę go do kapelusza; jeśli będziesz śmiał się przyznać do niego, znajdziesz mnie gotowym.
Williams.  Weź tę rękawiczkę, a daj mi w zamian twoją.
Król Henr.  Masz.
Williams.  Ja także do kapelusza ją przypnę. Jeśli mnie spotkasz pojutrze a powiesz: „to moja rękawiczka“, na tę rękę, dostaniesz ode mnie dobrego kułaka.
Król Henr.  Bylem dnia tego dożył, upomnę się o swoje.
Williams.   Tak ci się tego będzie chciało jak dyndać na gałęzi.
Król Henr.  Zrobię to, choćbym cię spotkał w towarzystwie samego króla.
Williams.  Dotrzymaj tylko słowa; bądź zdrów tymczasem.
Bates.  Zgoda, angielskie dudki, zgoda! Dość nam na kłótni z Francuzem, byleśmy i z nim tylko obrachować się mogli!
Król Henr.  Prawda, Francuzi mogą postawić dwadzieścia grzywien przeciw jednej, że nas pobiją, bo są niemi obłożeni; ale nie jest dla Anglika zdradą obrzynać francuzkie grzywny; jutro też sam król będzie obrzynaczem. (Wychodzą żołnierze).

Dalej na króla! i życia i dusze,
I wasze długi i stroskane żony,
Dzieci i grzechy, zwalcie je na króla;
Wszystkim za wszystko musi odpowiadać.
Ciężka powinność, wielkości bliźniaczka,
Na skargi lada głupca odpowiadać,
Swe tylko własne czującego troski.
Iluż rozkoszy musi się król wyrzec,
Których spokojnie prywatny używa!
Co ma król, czego nie ma i prywatny,
Prócz jednej pompy, zewnętrznego blasku?
Czemże ty jesteś bożku, marna pompo?
Cóż ty za bożek, co smutków śmiertelnych
Więcej od twoich doznajesz czcicieli?
Jakie dochody, jakie twoje zyski?
O, pompo, pokaż, pokaż mi twą cechę,
Treść całą pokaż twego uwielbienia!
Jest-żeś czem innem jak formą i stopniem
Budzącym w ludziach trwogę i pokorę?
Lecz twoja groźność mniej ci szczęścia daje,
Niż im ich trwoga.
Jak często pijem miast hołdu słodyczy
Truciznę pochlebstw! O wielka wielkości,
Zaniemóż tylko, a twym ceremoniom
Nakaż, by dawne zdrowie ci wróciły!
Alboż gorączki odstąpi cię ogień
Przed pochlebstwami nadętym tytułem,
Przed czołobitnią i przed pokłonami?
Dajesz rozkazy kolanom żebraków,
Lecz czy ich zdrowiu możesz rozkazywać?
Nie, nie, śnie dumny, który tak podstępnie
Ze spokojności króla się urągasz!
Ja król, ja twoją nicość przeniknąłem:
Wiem, że nie chryzmo, nie berło, nie kula,
Nie miecz, buława, cesarska korona,

Nie płaszcz perłami, złotem haftowany,
Nie tłum świecących przed królem heroldów,
Nie tron złocisty, ni fale przepychu
Bijące świata wysokie wybrzeża,
Nie, dumna pompo, wszystkie te mamidła
W majestatycznem spowijane łożu
Snem niewolnika nędznego nie zasną,
Co z pustą myślą a ciałem napchanem
Niedoli chlebem na spoczynek idzie.
On nie zna strasznej nocy, córki piekła,
Ale do wschodu do zachodu słońca,
Pod Feba okiem poci się mozolnie,
A śpi na polach Elizejskich w nocy,
Ze świtem sadza na koń Hyperyona,
I tak przeciąga swoją pracę płodną
Z dnia na dzień, z roku na rok, aż do grobu.
Gdyby nie pompa, nędzarz ten, któremu
Dzień na mozołach, noc na śnie upływa,
Swojąby dolą prześcignął monarchę.
Niewolnik, ziemi spokojny mieszkaniec,
Wczasu używa; płytki jego rozum
Nie wie, jak czujną straż musi król trzymać,
By kwitnął pokój, którego godziny
W chatce wieśniaka najsłodziej spływają.

(Wchodzi Erpingham).

Erpingh.  Nieobecnością twoją niespokojna
Szlachta cię, królu, szuka po obozie.
Król Henr.  Dobry rycerzu, zbierz ją w mym namiocie;
Pierwszy tam będę.
Erpingh.  Śpieszę ją uprzedzić (wychodzi).
Król Henr.  Wszystkich żołnierzy moich ostal serca
O, bitew Boże! oddal od nich trwogę!
Liczenia wrogów możność im odejmij,
Jeśli ich liczba przerazić ich zdolna!
Nie dziś, o Panie! wywołaj wspomnienie,
Jak grzesznie ojciec mój koronę posiadł!
Ryszarda ciało jam złożył w grobowcu,
I więcej nad nim żalu łez wylałem,

Niźli gwałt z niego kropli krwi wytoczył.
Pięćset ubogich z roku na rok żywię,
Wywiędłe ręce każdy z nich do nieba
Dwa razy na dzień podnosi z modlitwą,
Abyś wylanej krwi przebaczyć raczył;
W dwóch zbudowanych przeze mnie klasztorach
Pieśń uroczystą śpiewają kapłani
Za pokój duszy Ryszarda Drugiego.
Lecz zrobię więcej, lecz wszystko co zrobię,
Nie ma wartości, aż moja pokuta
Złączy się z nimi żebrać przebaczenia.

(Wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Królu!
Król Henr.  Głos brata mojego Gloucestera.
Wiem, czego żądasz; idę z tobą, bracie.
Dzień, przyjaciele, wszystko na mnie czeka.

(Wychodzą).
SCENA II.
Obóz francuski.
(Wchodzą: Delfin, Orleans, Rambures i inni).

Orleans.  Słońce nam złoci pancerze, więc naprzód!
Delfin.  Montez á cheval! giermku, daj mi konia!
Orleans.  O, duszo waleczna!
Delfin.  En avant! les eaux et la terre.
Orleans.  Rien puis? l’air et le feu.
Delfin.  Ciel! kuzynie Orleański! (Wchodzi Konetabl).
Co nowego, Konetablu?
Konetabl.  Słyszycie rżenia niecierpliwych koni?
Delfin.  Na koń! Ostrogą boki im zakrwawmy,
Aby krew oczy Anglików zalała
I przygasiła zbytek ich odwagi.
Rambur.  Chcesz, by płakali krwią naszych rumaków?
Jakże poznamy łzy ich naturalne? (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Parowie Francyi, Anglik w szyku stanął.
Konetabl.  Więc na koń, na koń, waleczni książęta!

Na tłum ten spójrzcie ubogi, wychudły;
Toć sam nasz widok dusze z nich wystraszy,
Tylko łupinę ludzką im zostawi.
Dla rąk tu wszystkich roboty nie starczy;
W ich zwiędłych żyłach ledwo krwi jest dosyć,
Aby naznaczyć plamką kordelasy,
Które dobędą z pochw francuskie zuchy,
A muszą schować dla braku zwierzyny.
Chuchnijmy tylko na te wątłe szyki,
Naszej odwagi para ich powali.
Ktoby śmiał wątpić, że nasze sługusy,
Ciury i tłumy chłopstwa niepotrzebne,
Wkoło szwadronów naszych się wijące,
Z pól naszych mogą wymieść tę hołotę,
A nam, u wzgórzy tych stóp rozwiniętym,
Na polowanie dość byłoby patrzeć?
Lecz honor broni; cóż nam pozostaje?
Raz podnieść rękę — i wszystko się skończy.
A więc na pierwsze rogu zawołanie,
Strzelcy, wyruszyć czas na polowanie;
Ledwo się nasze pokażą szwadrony,
Warować będzie Anglik przestraszony.

(Wchodzi Grandpré).

Grandpré.  Parowie Francyi, co znaczy ta zwłoka?
To ścierwo morskie, o kości swych całość
Rozpaczające, szpeci nasze pola.
Ich poszarpanych sztandarów gałganki
Drżą pod wzgardliwem tchnieniem naszych wiatr
W żebraków armii Mars zda się bankrutem,
Trwożnie patrzącym z pod rdzawej przyłbicy;
Jeźdźcy na koniach siedzą jak świeczniki,
Których ramiona trzymają pochodnie;
Szkapy wychudłe pospuszczały głowy,
Z ich ócz zagasłych cieknie śluz kroplami,
Munsztuki żutą poszpecone trawą
Wiszą im z ciężkich pysków nieruchome;
Górą nad nimi, oprawcy ich, kruki
Krążą, czekając na godzinę uczty.

Lecz słowo żadne nie zdoła opisać
Nieżyjącego życia tych szeregów,
Jak pokazują się na polach naszych.
Konetabl.  Zmówili pacierz i na śmierć czekają.
Delfin.  Jak się wam zdaje, czy nie lepiej będzie
Posłać im obiad i świeże ubranie,
Ich koniom obrok, potem bić się z nimi?
Konetabl.  Tylko na straż mą czekam. Ale naprzód!
Z pośpiechu wezmę chorągiew trębacza.
Naprzód, panowie! Słońce już dopieka,
Naprzód, panowie! czas drogi ucieka. (Wychodzą).

SCENA III.
Obóz angielski.
(Wchodzi: Armia angielska, Gloucester, Bedford, Exeter, Salisbury i Westmoreland).

Gloucest.  Gdzie król?
Bedford.  Objeżdża szyk armii bojowej.
Westmor.  Mają walczących sześćdziesiąt tysięcy.
Exeter.  A żołnierz świeży; pięciu na jednego.
Salisbury.  Przemoc ogromna. Ty, Boże, walcz z nami!
Bóg z wami! Idę na me stanowisko.
Jeśli się w niebie tylko mamy spotkać,
To się z wesołem pożegnajmy sercem.
Drogi Gloucesterze, szlachetny Bedfordzie,
I ty mój dobry lordzie Exeterze,
I ty, mój dobry kuzynie, i wszyscy
Dzielni rycerze, bywajcie mi zdrowi!
Bedford.  Bądź zdrów! Bóg z tobą, lordzie Salisbury!
Exeter.  Bądź zdrów, milordzie! Spraw się dziś walecznie;
Ale cię krzywdzę, mówiąc ci o męstwie,
Boś lepion z męstwa najczyściejszej gliny.

(Wychodzi Salisbury).

Bedford.  Królewska jego dobroć i odwaga. (Wchodzi Henryk).
Westmor.  Gdybyśmy mieli choć dziesięć tysięcy

Tych, co bezczynnie w Anglii dzisiaj siedzą!
Król Henr.  Kto tego pragnie? Kuzyn Westmoreland?
Nie, mój kuzynie, jeśli mamy zginąć,
Dość nas jest tutaj na stratę ojczyzny;
Jeśli zwyciężym, im mniejsza nas liczba,
Tem większa cząstka honoru dla wszystkich.
Jednego więcej nie żądaj żołnierza.
Bóg wie, na złoto nie jestem łakomy,
Ani się pytam, kto mym żyje kosztem,
Żal mój nie wielki, że ktoś płaszcz mój nosi,
Wszystko to duszy mojej obojętne;
Lecz jeśli grzech jest za honorem gonić.
Jestem największym na ziemi grzesznikiem.
Nie, nie, kuzynie, na Boga, nie żądaj,
By jeden więcej Anglik był tu z nami;
Za wszystkie moje nie chciałbym nadzieje
Stracić tej cząstki jasnego honoru,
Którąby jeden ukradł nam walczący.
Jednego więcej nie żądaj, kuzynie;
Idź raczej ogłoś po wszystkich szeregach:
Kto do potrzeby tej ochoty nie ma,
Wolno mu odejść; paszport mu wydamy,
Pieniądz na drogę włożym mu do kieski;
Nie chcemy ginąć w towarzystwie człeka,
Co nie chce w śmierci naszym być kolegą.
Dzisiaj jest święto świętego Kryspina;
Kto dziś przeżyje, a do domu wróci,
W górę podrośnie na dnia tego wzmiankę,
Podniesie głowę na imię Kryspina.
Kto dziś przeżyje i dojdzie starości,
Co rok sąsiadów swoich w wilię racząc,
Powie: Świętego dzień jutro Kryspina,
Zawinie rękaw, swe pokaże rany.
Z starością pamięć gaśnie, on jednakże,
Choćby o wszystkiem zapomniał, spamięta
Swoje rycerskie w potrzebie tej czyny.
Nasze nazwiska starym jego ustom
Jak familijne słowa poufałe,

Król Henryk, Bedford, Warwick, Salisbury,
Talbot, Exeter, corocznie odżyją
Przy brzęku szklanek swą pianą szumiących;
Synowi starzec pamięć tę przekaże,
I dzień świętego Kryspina nie minie,
Od dzisiejszego dnia do końca świata,
By imię nasze z ust do ust nie brzmiało,
Nas, małej ale szczęsnej garstki braci;
Bo kto dziś ze mną kroplę krwi wyleje,
Mym będzie bratem, dzień go ten uszlachci,
Jakkolwiek nizkie jego pochodzenie.
Szlachta dziś w Anglii w miękkiem śpiąca łożu
Przekleństwem swoją nazwie nieobecność,
A mało będzie herby swoje cenić,
Kiedy usłyszy szczęśliwego męża,
Co w dniu świętego Kryspina tu walczył.

(Wchodzi Salisbury).

Salisbury.  Królu i panie, miej się w pogotowiu,
Już się francuskie wojsko rozwinęło
I do ataku dumnie się posuwa.
Król Henr.  Gotowe wszystko, gdy serca gotowe.
Westmor.  Niech zginie, czyja słabnie teraz dusza!
Król Henr.  Więc nie chcesz więcej Anglików, kuzynie?
Westmor.  Na Boga, królu, chciałbym samodrugi
Przy tobie stoczyć królewską tę bitwę.
Król Henr.  Mniej pięć tysięcy ludzi teraz pragniesz,
Co milsze dla mnie niż jednego więcej.
Na miejsca teraz; niech was Bóg prowadzi!

(Odgłos trąbki; wchodzi Montjoye).

Montjoye.  Raz jeszcze pytam cię, królu Henryku,
Czy chcesz układy rozpocząć o okup,
Nim przyjdzie chwila niewątpliwej zguby?
Bo już stanąłeś nad straszną przepaścią,
Która cię połknie. Przytem z miłosierdzia
Konetabl radzi, abyś towarzyszy
Do skruchy wezwał, żeby choć ich dusze
W pokoju z tego uleciały placu,
Na którym nędzne ich spróchnieją kości.

Król Henr.  Kto cię tu przysłał?
Montjoye.  Konetabl francuski.
Król Henr.  Ponieś mu proszę, pierwszą mą odpowiedź;
Niech przód me kości zabierze, nim sprzeda.
Przez Boga! czemu biednym się urągać?
Sprzedał raz strzelec lwią skórę, gdy jeszcze
Lew siedział w borze, i lew ten zjadł strzelca.
Wielu z nas znajdzie grób na własnej ziemi,
Na którym, Bóg da, śpiżowe pamiątki
Dnia tego czynów dzieci ich wyryją;
Ci, co swe dzielne zostawią tu kości,
Jak męże ginąc, choćby dla nich grobem
Był gnój francuski, na wieki zasłyną,
Bo słońce jasnem spojrzy na nich okiem,
Chciwie ich honor dymiący wypije,
A ziemskie tylko zostawi tu cząstki,
By wasz zatruły klimat, wyziewami
Rozsiały dżumę po francuskich siołach.
Patrz, jaka dzielność angielskiego męstwa,
Po śmierci nawet, jak rdzenny strzał działa,
Zaczyna drugą spustoszenia kolej,
I rykoszetem znów śmierć niesie wrogom.
Konetablowi nieś dumną odpowiedź:
Na dzień roboczy jesteśmy rycerstwem;
Śród trudnych marszów złoto i galony
Już wypłowiały od deszczu i błota;
Nie znajdziesz pióra w całej naszej armii,
(Dowód jak myślę, że nie odlecimy),
Na szmaty podarł czas nasze mundury,
Lecz serca nasze w niedzielnych są szatach,
A biedni moi mówią mi żołnierze,
Że przed wieczorem świeże wdzieją suknie,
Byle ściągając z francuskiego grzbietu
Świecące płaszcze, na drobne ich szmaty
Nie poszarpali. Jeśli tak się sprawią,
(A tak się sprawią przy bożej pomocy),
Nie trudno będzie okup mój uciułać.
Dobry heroldzie, nie trudź się daremno,

Żądać okupu, więcej już nie wracaj,
Bo Bóg mi świadkiem, że innego nie dam
Jak te me członki, a gdy je zabierze,
W takim się stanie dostaną mu w ręce,
Że mu niewiele przysporzą bogactwa.
Konetablowi ponieś tę odpowiedź.
Montjoye.  Poniosę, królu, a żegnam cię teraz.
Odtąd herolda głosu nie usłyszysz (Wychodzi).
Król Henr.  Myślę, że wrócisz mówić o okupie.

(Wchodzi książę York).

York.  Przychodzę, królu, na kolanach prosić,
Żebyś mi przedniej straży dał dowództwo.
Król Henr.  Weź je. Rycerze, naprzód! szczęsna dola!
Niech się twa święta, Boże, spełni wola! (Wychodzą).

SCENA IV.
Plac boju.
(Alarm. Ruchy wojsk. Wchodzą: francuski Żołnierz, Pistol i Paź).

Pistol.  Poddaj się, kądlu!
Żołn. fr.  Je pense que vous estes le gentilhomme de bonne qualité!

Pistol.  Kaletę, mówisz? To moją jest rzeczą pytać cię o kaletę. Czy ty szlachcic? Jak się nazywasz? Odpowiadaj.

Żołn. fr.  O, seigneur Dieu!
Pistol.  O, sinior Dieu, musi być szlachcicem.
Zważaj na moje słowa, sinior Dieu;
O, sinior Dieu, zginiesz od mej szpadki,
Jeśli mi nie dasz tłustego okupu.
Żołn. fr.  O, prennez misericorde! ayez pitié de moy!
Pistol.  Moy jeden? Żądam czterdzieści moydorów,
Albo z gardziela wyciągnę ci okup,
Z kropel czerwonej krwi twojej, hultaju.
Żołn. fr.  Est-il impossible d’eschapper la force de ton bras?
Pistol.  Tombak, hultaju?
A ty przeklęty, ty lubieżny koźle,
Tombak mi dajesz?

Żołn. fr.  O, pardonnez moy!

Pistol.  Hę, co? więc tunę moyów ofiarujesz?
Zapytaj, paziu, tego niewolnika,
Jak się nazywa?
Paź.  Escouter; comment estez vous appellé?
Żołn. fr.  Monsieur le Fer.
Paź.  Powiada, że się nazywa pan Fer.
Pistol.  Pan Fer? To ja go tu wysferuję, wyfeferuję, że aż mu w pięty pójdzie. Powiedz mu to po francusku.
Paź.  Nie wiem, jak po francusku wysferować i wyfeferować.
Pistol.  To mu powiedz, żeby się przygotował, bo mu poderżnę gardło.
Żołn. fr.  Que dit-il, monsieur?
Paź.  Il me commande de vous dire, que vous faites vous prest, car ce soldat icy est disposé tout a cette heure de couper vostre george.
Pistol.  Ouy, couper gorge, chamie, par ma foy,
Chyba, że dasz mi koron pełny kubeł,
Lub cię tym mieczem posiekam w kawałki.
Żołn. fr.  O, je vous supplie pour l’amour de Dieu, me pardonner! Je suis gentilhomme do bonne maison; gardez ma vie, et je vous donneray deux cent écus.
Pistol.  Co on mówi?
Paź.  Prosi, żebyś mu darował życie, powiada, że jest szlachcicem z uczciwego domu, a na okup da ci dwieście koron.
Pistol.  Powiedz, że wściekłość moja łagodnieje; korony wezmę.
Żołn. fr.  Petit monsieur, que dit-il?
Paź.  Encore qu’il est contre son jurement, de pardonner aucun prisonnier; neantmoins, pour les escus, que vous l’avez promis, il est content de vous donner la liberté, le franchissement.
Żołn. fr.  Sur mes genoux je vous donne mille remerciemens: et je m’estime heureux, que je suis tombé entre les mains d’un chevalier, je pense, le plus brave, valiant, et tres distingué seigneur d’Angleterre.
Pistol.  Wytłómacz mi, co powiedział.
Paź.  Składa ci na kolanach tysiączne dzięki, i uważa się za szczęśliwego, że dostał się w ręce pana, jak myśli, najdzielniejszego, najwaleczniejszego, najdostojniejszego rycerza Anglii.
Pistol.  Ssąc mu krew, będę także miłosierny. Idź za mną.

(Wychodzą).

Paź.  Suivez vous le grand capitaine. (Wychodzi francuski żołnierz). Nigdy jeszcze nie słyszałem tak pełnego głosu z tak pustego serca. Ale dobre to przysłowie: Krowa, co dużo ryczy, mało mleka daje. Bardolf, Nym mieli dziesięć razy więcej męstwa od tego ryczącego dyabła starej komedyi, któremu kto chciał obrzynał pazury drewnianym pałasikiem, a jednak powieszono obu; i z nimby tak się skończyło, gdyby się przypadkiem zwędzić co odważył. Muszę zostać z ciurami i bagażami obozowymi; łatwym bylibyśmy dla Francuza łupem, gdyby się o tem dowiedział, bo jedyną tam strażą są dzieci. (Wychodzi).

SCENA V.
Inna część placu boju.
(Alarm. Wchodzą: Delfin, Orleans, Bourbon, Konetabl, Rambures i inni).

Konetabl.  O, dyable!
Orleans.  O, seigneur! le jour est perdu! tout est perdu!
Delfin.  Mort de ma vie! wszystko się przewraca!
Na kitach naszych wieczna siadła hańba.
O meschante fortune! — Ha, nie uciekajcie!

(Krótki alarm).

Konetabl.  Wszystkie szeregi nasze połamane.
Delfin.  O, wstydzie wieczny! Zabijmy się sami.
Toż są nędzniki, o których przed chwilą
Graliśmy w kostki?
Orleans.  Toż król, od którego
Wymagaliśmy okupu?

Bourbon.  O, hańbo!
O wieczna hańbo! hańbo nieskończona!
Gińmy z honorem! Wróćmy na plac boju!
Ten, co nie pójdzie teraz za Bourbonem,
Niechaj ucieka, niechaj, z czapką w ręku,
Jak podły rajfur strzeże drzwi komory,
W której niewolnik, od mego psa gorszy,
Będzie mu gwałcił córkę najkraśniejszą.
Konetabl.  Nieład nas zgubił, niech nieład nas zbawi,
Nieśmy gromadą wrogom życia nasze.
Orleans.  Jeszcze nas dosyć zostało żyjących,
By w naszym tłumie zadusić Anglików,
Gdyby nam tylko można ład przywrócić.
Burbon.  Do dyabła z ładem! — Gińmy w wieku kwiecie,
Lub długa hańba w żywot się nasz wplecie.

(Wychodzą).
SCENA VI.
Inna część placu boju.
(Alarm. Wchodzą: Król Henryk i wojsko; Exeter i inni, z jeńcami).

Król Henr.  Dobrze się, bracia moi, sprawiliśmy,
Ale się jeszcze nie skończyło wszystko,
Jeszcze nie wszyscy pierzchnęli Francuzi.
Exeter.  York królewskim poleca się względom.
Król Henr.  Stryju, czy żyje? Trzykroć w tej godzinie
Jak padł, widziałem i jak wstał, by walczyć,
Czerwony cały od hełmu do ostróg.
Exeter.  I tak waleczny żołnierz martwem ciałem
Pola te gniecie, a przy jego boku
Wierny towarzysz i ran i honoru,
Szlachetny także hrabia Suffolk leży.
Hrabia legł pierwszy; York porąbany,
Przybiegł, gdzie Suffolk w własnej krwi się kąpał,
Wziął go za brodę, ucałował rany,
Co się na jego rumieniły twarzy,
I krzyknął: „Czekaj, kuzynie Suffolku,

Ma dusza z twoją do nieba uleci;
Szlachetna duszo, czekaj jeszcze chwilę,
A duchy nasze uniosą się razem,
Jak na tem polu zwycięstwa i chwały
Razem trzymało nas rycerstwo nasze“.
Jam wtedy nadszedł, chciałem go pocieszyć,
Lecz on, z uśmiechem, podał mi swą rękę,
Ścisnął mnie lekko i rzekł: „Drogi lordzie,
Poleć me służby mojemu królowi“.
Potem się zwrócił, na Suffolka szyję
Rzucił ramiona i twarz mu całował;
Tak śmierci ślubny, krwią przypieczętował
Testament swojej szlachetnej miłości.
Widok ten piękny z moich ócz wycisnął
Strugę łez rzewnych; chciałem je zatrzymać,
Lecz nie starczyło męskiej na to siły,
Do ócz mi weszła cała matka moja
Łzom mię oddając.
Król Henr.  Nie mogę cię ganić;
Słysząc twą powieść, gwałt muszę zadawać
Mgle ćmiącej oczy, bo w łzachby spłynęła. (Alarm).
Co nam ten nowy alarm zapowiada?
Zebrał znów Francuz swe rozbite pułki;
Ponieś więc rozkaz, aby każdy żołnierz
Swych zabił jeńców. (Wychodzą).

SCENA VII.
Inna część placu boju.
(Alarm. Wchodzą: Fluellen i Gower).

Fluellen.  Sabijać dzieci i pagaże! To fyraźnie przecif prafom fojny, to czyn fierutnego łotrostfa, ufażaj, jakiego się można dopuścić. Sumiennie pofiedz, czy nie prafda?
Gower.  To prawda, że ani jeden dzieciuch przy życiu nie został; tchórzliwe łajdaki, co uciekły z placu bitwy, dopuściły się tego rozboju. Spalili prócz tego lub unieśli wszystko, co się znajdowało w królewskim namiocie; król też bardzo sprawiedliwie rozkazał, aby każdy żołnierz poderżnął gardziel swoim jeńcom. O, król to waleczny!
Fluellen.  To prafda; rodził się też f Monmouth, kapitanie Gower. Jak się nazyfa miasto, w którem się rodził Alexander Krupy?
Gower.  Alexander Wielki?
Fluellen.  Alboż krupy to nie fielki? Krupy lup fielki, potężny lup ogromny, lup fielkoduszny, fszystko to na jedno fychodzi, tylko że frazes jest trochę odmienny.
Gower.  Zdaje mi się, że Alexander Wielki urodził się w Macedonii; ojciec jego nazywał się Filip Macedoński, o ile sobie przypominam.
Fluellen.  I ja też myślę, że to f Macedonii, gdzie się Alexander urodził. Pofiem ci, kapitanie, jeśli spojrzysz na kartę świata, snajdziesz, zaręczam, porófnywając Macedonię i Monmouth, że położeniem, ufażaj, są opa potopne. F Macedonii jest rzeka, i f Monmouth także jest rzeka, a nazywa się Wye f Monmouth, ale fypiegło mi z mózgofnicy imię tamtej rzeki, ale mniejsza o to, tak są do siebie potopne, jak moje palce do moich palcóf; a są łososie f opu. Jeśli rozfaszysz toprze życie Alexandra, życie Henryka z Monmouth potopne do niego kupek w kupek, po są figury fe fszystkiem. Alexander (fie Bóg i ty także) f swojem szaleństfie i sfoich furyach, i sfoich fściekłościach i sfoich gniefach, i sfoich humorach, i sfoich nieukontentofaniach, i sfoich opurzeniach, a także gdy zalał sobie trochę czuprynę, f swoim chmielu i złości, ufażaj, zapił sfojego najlepszego przyjaciela Klitusa.
Gower.  Król nasz niepodobny w tem do niego; nigdy nie zabił żadnego ze swoich przyjaciół.
Fluellen.  To pardzo nie toprze, ufażaj, fyrywać pofieść z mojej kępy jeszcze niedomófioną i nieskończoną. Mófię tylko pod figurą i porófnaniem. Jak Alexander zapił przyjaciela Klitusa, gdy pył podchmielony, tak Henryk Monmouth, mając cały sfój rozum i rozsądek, fypędził tłustego rycerza z fielkim przuchem, a pył to człek pełny żartóf, konceptóf i hultajstf i szyderstf! sapomniałem jak się nazyfał.
Gower.  Sir John Falstaff.
Fluellen.  On fłaśnie. Mogę ci powiedzieć, że się toprzy ludzie w Monmouth rodzili.
Gower.  Jego królewska mość nadchodzi.

(Alarm. Wchodzą; król Henryk z częścią armii angielskiej, Warwick, Gloucester, Exeter i inni).

Król Henr.  Od czasu mego przybycia do Francyi
Pierwszy raz gniewem zawrzałem. Heroldzie,
Śpiesz do tej jazdy na górze z trębaczem,
Jeśli chce walczyć, niechaj się przybliży,
Lub niech ustąpi, bo oczy me razi.
Jeśli nie zechcą, my do nich pójdziemy,
A wnet polecą z szybkością kamieni
Ciśniętych starą asyryjską procą,
A gardłem każdy przypłaci nam jeniec,
Żaden nie znajdzie u nas miłosierdzia.
Idź im to powiedz. (Wchodzi Montjoye).
Exeter.  Królu mój i panie,
Francuski herold przybliża się do nas.
Gloucest.  A pokorniejsza teraz jego mina.
Król Henr.  Po co przychodzisz? Alboż nie pamiętasz,
Żem dał te kości na jedyny okup?
Czyli powracasz okupu znów żądać?
Montjoye.  Nie, wielki królu, przychodzę do ciebie,
Byś miłosiernie pozwolić nam raczył
Poległych zebrać na tem krwawem polu,
I chrześcijańskie dać im pogrzebanie,
Oddzielić szlachtę od drobnego ludu;
Bo, ach! niejeden z książąt naszych leży
W krwi najemniczej utopiony rzeszy,
Gdy chłop niejeden swoje kąpie członki
We krwi książęcej; ranne ich rumaki
We krwi pokuty, boleścią szalone,
Wierzgają w panów żelazną podkową,
Jakgdyby chciały zabić ich powtórnie.
Daj nam bezpieczne królu pozwolenie

Naszych poległych z placu boju unieść.
Król Henr.  Powiem ci szczerze, heroldzie, że nie wiem,
Czyli zwycięstwo po naszej jest stronie,
Szwadrony bowiem liczne jazdy waszej
Kłębią się jeszcze po pobojowisku.
Montjoye.  Przy was zwycięstwo.
Król Henr.  Dzięki Bogu za to
Nie sile naszej! Powiedz mi, heroldzie,
Jak się nazywa ten zamek w pobliżu?
Montjoye.  Agincourt, panie.
Król Henr.  Niechaj że ta bitwa,
Stoczona w święto świętego Kryspina,
Nosi nazwisko bitwy pod Agincourt.

Fluellen.  Dziat tfój, królu, słafnej pamięci, i tfój prastryj Edfart Czarny, książę Falii, jak to czytałem f kronikach, staczali pardzo słafne patalie tu fe Francyi.
Król Henr.  Wiem o tem, Fluellen.
Fluellen.  Fasza królefska mość fielką pofiedziała prafdę. Jeśli sobie fasza królefska mość przypomina, Falijczycy toprą zrobili służpę f ogrodzie, f którym tostatkiem było czosnku, fszyscy też przypięli sopie czosnek do sfoich czapek monmauskich, i czosnek, jak to fie fasza królefska mość, jest to tej godziny honorofym znakiem służpy, a jak mi się zdaje, i fasza królewska mość nie kardzi nosić na kapeluszu ząpka czosnku w dzień świętego Tavita.
Król Henr.  Jak honorową noszę go pamiątkę;
Wiesz, żem Walijczyk i dobry współrodak.
Fluellen.  Fszystka woda z Wye nie zmyje falijskiej krwi faszej królefskiej mości z faszej królefskiej mości ciała, mogę to śmiało pofiedzieć, a płogosłaf mu i zachofaj je Poże, jak tługo tfoja Fola i faszej królefskiej mości.
Król Henr.  Dziękuję ci, dobry mój rodaku.
Fluellen.  Na Jezusa, jestem faszej królefskiej mości rotakiem, i z tem się nie taję; pofiem to całemu światu. Nie potrzebuję fstydzić się faszej królefskiej mości, dzięki Pogu, topóki fasza królefska mość uczcifym jest człofiekiem.
Król Henr.  Daj Boże, abym na zawsze nim został.

(Wskazując Montjoye).

Niech się z nim nasi udadzą heroldzi,
Niechaj dokładną przyniosą nam liczbę
Poległych w boju dwóch walczących armii.

(Wychodzą Montjoye i inni. — Wskazując Williamsa).

Zawołaj tu togo człowieka.
Exeter.  Żołnierzu, król chce z tobą mówić.
Król Henr.  Dlaczego nosisz tę rękawiczkę przy kapeluszu?
Williams.  Z przeproszeniem waszej królewskiej mości, to zakład człowieka, z którym mam bić się, jeśli jeszcze nie zabity.
Król Henr.  Z Anglikiem?
Williams.  Z przeproszeniem waszej królewskiej mości, to hultaj, co się kokoszył ze mną ostatniej nocy. Jeśli jeszcze żyje, a odważy się upomnieć o swoją rękawiczkę, obiecałem mu dobrego kułaka; albo też, jeśli zobaczę moją rękawiczkę u jego kapelusza (a przyrzekł mi ją nosić pod słowem żołnierskiem, jeśli nie zginie) oderwę mu ją, aż mu w pięty pójdzie.
Król Henr.  Jak ci się zdaje, kapitanie Fluellen, czy żołnierz powinien przysięgi dochować?
Fluellen.  Pyłby inaczej podlcem i nikczemnikiem, z przeproszeniem faszej królefskiej mości, na moje sumienie.
Król Henr.  Jego nieprzyjaciel może być szlachcicem wysokiego rodu, niezdolnym dać mu satysfakcyi.
Fluellen.  Choćpy tak toprym pył szlachcicem jak sam dyabeł, jak sam Lucyper i Pelzebup, koniecznością jest, fidzisz najjaśniejszy panie, żepy dochował ślupu i przysięgi. Jeśli się dopuści krzywoprzysięstw, fidzisz najjaśniejszy panie, to będzie uchodził przed śfiatem za nikczemnego kpa i turnego Maćka, co kietykolwiek czarną poteszwą stąpał po śfiętem pożem polu i jego ziemi, na sumienie, tak.
Król Henr.  A więc dotrzymaj słowa, wiarusie, gdy spotkasz twego przeciwnika.
Williams.  Dotrzymam, najjaśniejszy panie, bylem tego dożył.
Król Henr.  Pod kim służysz?
Williams.  Pod kapitanem Gower, najjaśniejszy panie.
Fluellen.  Gower jest topry kapitan, i zna toprze sztukę i literaturę fojenną.
Król Henr.  Zawołaj go tu żołnierzu.
Williams.  Idę, najjaśniejszy panie (wychodzi).
Król Henr.  Słuchaj, kapitanie Fluellen, noś za mnie ten zakład i przypnij go do kapelusza. Ścierając się z Alençonem, zerwałem tę rękawiczkę z jego hełmu; ktokolwiek się o nią upomni, pokaże się przyjacielem Alençona, a nieprzyjacielem naszej osoby; gdziekolwiek go spotkasz, przytrzymaj go, a dasz mi dowód miłości.
Fluellen.  Fasza królefska mość ropi mi najfiększy honor, to jakiego fstychać może serce jego pottanych. Chciałpym zopaczyć człofieka, co ma tfie tylko nogi, któregoby opruszył fidok tej rękaficzki; nic fięcej nie pofiem, ale chciałpym zopaczyć tego człofieka; taj mi Poże w twojej łasce, apym go zopaczył.
Król Henr.  Czy znasz Gowera?
Fluellen.  To mój najlepszy przyjaciel, z przeproszeniem faszej królefskiej mości.
Król Henr.  Wyszukaj go, proszę, i przyprowadź do mojego namiotu.
Fluellen.  Przyprofadzę, najjaśniejszy panie (wychodzi).
Król Henr.  Lordzie Warwicku i bracie Gloucesterze,
Nie straćcie chwili z oczu Fluellena,
Bo zakład, który jak łaskę mu dałem,
Może przypadkiem kupić mu kułaka.
To rękawiczka żołnierza; właściwie
Sambym do hełmu przypiąć ją powinien.
Idź za nim, dobry kuzynie Warwicku;
Jeśli go żołnierz potrąci, a wnoszę
Z jego dziarskości, że dotrzyma słowa
Może stąd powstać jaka awantura,
Bo i Fluellen waleczne ma serce,
A rozgniewany to czysta saletra,
Krzywdą za krzywdę bez wahania płaci.
Dojrzyj, by sobie krzywdy nie zrobili.
A ty, chodź ze mną, stryju Exeterze. (Wychodzą).

SCENA VIII.
Przed pawilonem króla Henryka.
(Wchodzą: Gower i Williams).

Williams.  Zaręczam, kapitanie, chce cię pasować na rycerza.

(Wchodzi Fluellen).

Fluellen.  Na miłość poską, kapitanie, płagam cię, śpiesz do króla, może się tam co kłuje dla ciebie lepszego, niż ci się śniło kietykolfiek.
Williams.  Mości panie, czy znasz tę rękawiczkę?
Fluellen.  Czy znam rękaficzkę? Jużci fiem, że rękaficzka jest to rękaficzka.
Williams.  I ja znam ją także i tak się o nią upominam (uderza go).
Fluellen.  To kroćset tyapłów, fierutny ztrajca, jakiego świat nie fidział, ani Francya, ani Anglia.
Gower.  Co się to znaczy, hultaju?
Williams.  Czy chciałbyś, kapitanie, żebym nie dotrzymał przysięgi?
Fluellen.  Zostaf nas, kapitanie Gower, zapłacę mu zdratę chłostą, możesz mi fierzyć.
Williams.  Nie jestem zdrajcą.
Fluellen.  Szczekasz jak pies. Fzywam cię f imię jego królefskiej mości, aresztuj go, to przyjaciel Alençona.

(Wchodzi: Warwick i Gloucester).

Warwick.  Co to znaczy? o co wam idzie?
Fluellen.  Milordzie Warwick, najzaraźliwsza zdrata, dzięki Pogu na jaf fyszła, jakąbyś pragnął fidzieć w dzień letni. Otóż i król jegomość. (Wchodzi król Henryk i Exeter).
Król Henr.  Co się to znaczy? o co wam idzie?
Fluellen.  Oto łotr, najjaśniejszy panie, i sdrajca, który, patrz tylko najjaśniejszy panie, porfał rękaficzkę, którą fasza królefska mość zdjęła z hełmu Alençona.
Wiliams.  To była moja rękawiczka, najjaśniejszy panie, oto jest druga; ten, któremu dałem ją w zamian za jego, przyrzekł mi nosić ją u kapelusza, a ja obiecałem mu kułaka, jeśli to zrobi. Spotkałem tego człowieka z moją rękawiczką u kapelusza i dotrzymałem mu słowa.
Fluellen.  Słyszysz, najjaśniejszy panie, (z przeproszeniem męstfa faszej królefskiej mości) co to za fierutny, szelmofski, żepracki, fszafy łajtak. Spodziefam się, że fasza królefska mość da mi testymonium i śfiatectwo, i pędzie rękojmią, że to jest rękaficzka Alençona, którą mi tała fasza królefska mość, na sumienie.
Król Henr.  Daj rękawiczkę, żołnierzu. Czy widzisz?
Oto jest druga; mnieś przyrzekł uderzyć,
Na mnie miotałeś słowa obelżywe.
Fluellen.  Jeśli taka fola faszej królefskiej mości, niech sa to gardłem zapłaci, chypa, że już niema fojennych praf na śfiecie.
Król Henr.  Jak możesz dać mi zadośćuczynienie?
Wiliams.  Wszystkie obrazy, najjaśniejszy panie, idą z serca, a nic z mojego nie wyszło, coby mogło waszą królewską mość obrazić.
Król Henr.  Mnieś przecie słowem zelżywem znieważył.
Wiliams.  Nie byłeś wtedy królem, najjaśniejszy panie; zdawałeś mi się prostym żołnierzem, biorę na świadka noc, twój ubiór i twoje niedumne zachowanie się; co w tej postaci wasza królewska mość ucierpiała, niech to na swój, nie na mój karb policzy. Gdybyś był królu tym, za którego cię wziąłem, nie byłoby obrazy, racz mi więc przebaczyć, najjaśniejszy panie.
Król Henr.  Tę rękawiczkę napełń koronami
I daj ją temu żołnierzowi, stryju.
Ty, póki o nią znów się nie upomnę,
Noś ją na czapce, jak honoru godło.
Daj mu pieniądze. Ty zaś, kapitanie,
Musisz z nim na mą pogodzić się prośbę.
Fluellen.  Na ten dzień i na to śfiatło, hultaj ten nie fodę ma f żyłach. Przyjmij to, taje ci dwanaście pensóf, a proszę cię, służ Pogu, unikaj i purd i pójek i kłótni i niezgody, a możesz mi fierzyć, że ci to na złe nie fyjdzie.
Wiliams.  Nie potrzebuję twoich pieniędzy.
Fluellen.  Taję ci je przecie z toprej chęci, a totam, że pędziesz mógł za nie tać to połatania tfoje chotaki. Pierz śmiało; czemu masz pyć tak fstydlifym? Tfoje chotaki pić chcą, a to szyling nie fałszyfy: zresztą jestem gotóf tać ci inny. (Wchodzi herold angielski).
Król Henr.  Heroldzie, czyś już obliczył poległych?
Herold.  Oto jest liczba zabitych Francuzów (oddaje papier).
Król Henr.  Ilu jest jeńców wysokiego rodu?
Exeter.  Synowiec króla, Karol Orleański,
I sir Bouciqualt i Jan książę Bourbon,
I tysiąc pięćset lordów i baronów,
Rycerzy, giermków, nie licząc pospólstwa.
Król Henr.  A tutaj czytam, że leży na placu
Dziesięć tysięcy zabitych Francuzów;
W tej liczbie, książąt, panów chorągiewnych
Narachowano stu dwudziestu sześciu,
A całe osiem tysięcy czterysta
Rycerzy, giermków i walecznej szlachty;
Pięciuset było wczora pasowanych.
Tak więc z dziesięciu tysięcy poległych, Jest tylko tysiąc sześćset jurgieltników,
Reszta książęta, panowie, rycerze,
Giermki i szlachta starodawnych domów.
Czytam nazwiska poległych magnatów:
Karol De la Bret, konetabl francuski;
Jakób Chatillon, francuski admirał;
Rambures, dowódzca korpusu łuczników;
Wielki mistrz Francyi, dzielny Guichard Dauphin;
Brat Burgundzkiego książęcia, Antoni
Książę Brabantu, Jan książę Alençon;
I Edward książę Baru; z liczby hrabiów
Legł: Marle i Beaumont, Vaudemont i Lestrale.
Co za królewska drużyna umarłych!
A gdzie jest liczba poległych Anglików?

(Herold daje mu inny papier).

Książę Yorku, Edward hrabia Suffolk,
Sir Ryszard Ketly i Davy Gam, giermek,
I na tem koniec, innego zaś ludu
Dwudziestu pięciu! Wszechmogący Boże!
Twoje w tem ramię, i tobie jedynie,
Nie nam zwycięstwa należy się chwała!
Kiedyż kto widział, nie żadnym fortelem,
Lecz w równej bitwie, na otwartem polu,
Po jednej stronie tak wielkie, po drugiej
Tak małe straty? Boże, twe to dzieło,
I tobie cała należy się chwała!
Exeter.  To cud.
Król Henr.  Do sioła pociągniem ordynkiem.
Śmierć tego czeka, który się odważy
Chluby w tem szukać i sobie przywłaszczać
Cześć, Bogu za to jedynie należną.

Fluellen.  Czy nie folno także, z przeproszeniem faszej królefskiej mości pofiedzieć, ilu jest zapitych?
Król Henr.  Wolno z dodatkiem tylko, kapitanie,
Że w miłosierdziu swem Bóg bił się za nas.
Fluellen.  Prafda, na sumienie, fielkie przyśfiadczył nam toprodziejstwo.

Król Henr.  Teraz więc, święte spełniając obrzędy,
Idźmy, Non nobis i Te Deum śpiewać,
A chrześcijański pogrzeb dać umarłym.
Stamtąd do Calais, a do Anglii potem:
Nikt tam szczęśliwszym nie przybił powrotem.

(Wychodzą).

Chór.  Tym, co tej wojny nie czytali dziejów,
Podszepnę słowo; ci, którzy czytali,
Niech mi przebaczą, jeśli na tej scenie
Nie mogę w całej przedstawić wielkości
Czasów, ni liczby, ni biegu wypadków.
Idźmy więc z królem do Calais; już przybył;
Niechaj na myśli waszych teraz skrzydle
Przeleci fale; na angielskim brzegu
Tysiące mężów i niewiast i dzieci
Radości krzykiem szum morza zgłuszyły,

Które jak groźny, zda się, króla herold
Drogę mu ściele. Patrzcie: wylądował,
I uroczyście do Londynu ciągnie.
Wasza myśl może tak lotną iść nogą,
Że go widzicie, jak na Blackheath stanął.
Panowie proszą, by kazał przed sobą
Nieść hełm strzaskany i oręż pogięty;
On nie chce tego, serce jego bowiem
Nie zna próżności, czczej obce jest dumie,
Odpycha wszystkie tryumfu oznaki,
A Bogu tylko za wszystko dziękuje.
Zobaczcie teraz w kuźni waszych myśli,
Jak Londyn swoich wylewa mieszkańców;
Lord Major z rady swej świetnym orszakiem,
Jak rzymski senat, ciśnięty dokoła
Pospólstwa rojem, wysuwa się naprzód,
Aby powitać zwycięzcę Cezara.
Tak, mniej wysoki, ale sercom drogi,
Gdyby namiestnik wdzięcznej pani naszej
Z Irlandyi wrócił, (a da Bóg, że wróci)
Na szabli ostrzu niosąc bunt przebity,
Ileż tysięcy ze spokojnych ulic
Biegłoby witać drogiego zwycięzcę?
Dla większych przyczyn większy tłum się ciśnie
Witać Henryka. Zasiadł już w Londynie.
Kiedy Francuzów głośny krzyk boleści
Dłużej mu w Anglii pozostać dozwala;
Gdy cesarz sprawie francuskiej przychylny,
Zbliża się, pragnąc pojednać walczących,
Mińmy te wszystkie wypadki i sprawy,
Póki do Francyi król Henryk nie wrócił;
Tam go prowadźmy; ja tylko przelotem
Wszystkie poprzednie wspomniałem zdarzenia.
Teraz obróćcie i myśli i oczy
Na ziemię Franków; tam scena się toczy.

(Wychodzi).



AKT PIĄTY.
SCENA I.
Francya. Angielski odwach.
(Wchodzą: Fluellen, Gower).

Gower.  To prawda. Ale dlaczego nosisz dziś ząbek czosnku? Wszak już po świętym Dawidzie.
Fluellen.  Są okazye i przyczyny, czemu i tlaczego fe fszystkiem; fięc ci pofiem, jak przyjacielofi, kapitanie Gower. Ten parszyfy łajtak, ten fszafy szeprak i palifota Pistol którego ty sam znasz, jak zna śfiat cały, jako chłystka pez żatnej zasługi, przychodzi to mnie fczora z chlepem i solą, czy fidzisz, i prosi, żepym zjatł mój czosnek. Działo się to f miejscu, gdzie nie mogłem rozpoczynać z nim kłótni, ale pozfolę sopie nosić mój czosnek dopóki się z nim nie spotkam, a ftety pofiem mu otropinę moich żądań. (Wchodzi Pistol).
Gower.  A właśnie też on nadchodzi, nadęty jak indyk.
Fluellen.  Mniejsza o jego natęcia i intyki. Płogosłaf ci Poże, poruczniku Pistol, ty parszyfy, fszafy nicponiu, płogosłaf ci Poże!
Pistol.  Czyś z Bedlam uciekł! Podły Trojańczyku,
Także ci pilno, bym nitkę Park przeciął?
Precz, bo mi zapach czosnku sprawia mdłości.
Fluellen.  Płagam cię sertecznie, parszyfy, fszafy nicponiu, apyś na moje żątanie, na moją prośpę i na moją suplikę, zjatł, czy fidzisz, ten czosnek, po fidzisz, skoro go nie lubisz, skoro nie przypata ani to tfojego smaku, ani to tfojego apetytu, ani to tfojego żołątka, a fięc pragnąłpym, żepyś zjatł go.
Pistol.  Nigdy! Choćbyś mi Cadwallader dawał,
Z jego kozami.
Fluellen.  Oto jetna dla ciebie koza (uderza go). Czy raczysz, parszyfy łajtaku, zjeść go?
Pistol.  Umrzesz, nikczemny Trojańczyku, umrzesz.
Fluellen.  Fielką pofiedziałeś praftę, jeśli się tak Panu Pogu spotopa; ale tymczasem pragnąłpym, żepyś żył i jatł tfoje fiktuały; no, talej! tam ci jeszcze trochę sosu (uderza go) to tfojej potrafy. Nazfałeś mnie fczora górskim szlachcicem, to ja zropię cię dziś tolnym szlachcicem. Proszę cię tylko, zajataj, jeśli możesz śmiać się z czosnku, to możesz i jeść czosnek.
Gower.  Dość tego, kapitanie, widzisz, że stoi jak odurzony.
Fluellen.  Nie, musi zjeść część mego czosnku, alpo pętę go tłukł po łpie przez cztery topy. Gryź, proszę, to pardzo rzecz topra na tfoje śfieże rany i twoje krfafe junactfo.
Pistol.  I muszę zjeść naprawdę?
Fluellen.  Pez żadnej fątplifości, i pez żatnych pytań, i bez żatnej tfójznaczności.
Pistol.  Na ten czosnek! krwawo się pomszczę. Jem — jem — przysięgam.
Fluellen.  Jedz, pardzo proszę. Czy chcesz fięcej sosu to tfojego czosnku, żepy na niego przysięgać.
Pistol.  Daj pokój twojej pałce, toć przecie widzisz, że jem.
Fluellen.  A niech ci pędzie na zdrofie, parszyfy hultaju, życzę ci z serca. Tylko proszę cię, nic nie rzucaj na stronę; i łupina jest topra na kontuzye junaka. A jak ci się zdarzy kiety okazya zopaczyć czosnek, śmiej się z niego i na tem koniec.
Pistol.  Dobrze.
Fluellen.  O pez fątpienia; czosnek, rzecz to topra. Feź teraz grosz ten na smarowidło dla tfojej chorej pałki.
Pistol.  Ja, grosz?
Fluellen.  Ty, pez fątpienia, i feźmiesz go, alpo mam jeszcze czosnek f kieszeni, który także zjeść będziesz musiał.
Pistol.  Biorę więc grosz jak zadatek zemsty.
Fluellen.  Jeślim ci jeszcze co winien, zapłacę kijami. Pędziesz kupcem trzefa, a będziesz tylko kije u mnie kupofał. Póg z topą! Szanuj się i fylecz tfój łep potłuczony.

(Wychodzi).

Pistol.  Piekło całe poruszę.
Gower.  Daj sobie pokój; tchórzliwy z ciebie komedyant. Szydzisz ze starej tradycyi, gruntowanej na zaszczytnych wspomnieniach, a przekazanej jako znak starożytnego przodków męstwa, a nie masz serca czynem słów swoich poprzeć? Widziałem, jak dwa lub trzy razy stroiłeś żarty i dopiekałeś temu szlachcicowi. Zdawało ci się, że ponieważ nie mówi po angielsku angielskim akcentem, nie potrafi też wywijać angielskim kijem; pokazało się inaczej; niechże na przyszłość walijskie to skarcenie nauczy cię lepszych manier angielskich. Bądź zdrów! (wychodzi).
Pistol.  Co? czy fortuna chce żartować ze mnie?
Odbieram listy, że moja Elżbietka
Zmarła w szpitalu z francuskiej choroby;
Tak więc zamknięta główna ma kwatera.
Już się starzeję; z mych znużonych członków
Honor, wygnany kijami, ucieka;
Jeszcze rajfura zostało rzemiosło,
I ręka zdolna jeszcze mieszki rzezać;
Więc się do Anglii skradnę i kraść będę;
Te kijów znaki obłożę plastrami,
Klnąc się, aż w piekle śmiać się będą dyabli,
Że to pamiątki francuskich są szabli (wychodzi).

SCENA II.
Troyes w Szampanii. Sala w pałacu króla francuskiego.
(Wchodzą: jednemi drzwiami: król Henryk, Bedford, Gloucester, Exeter, Warwick, Westmoreland i inni panowie angielscy; drugiemi: król francuski, królowa Izabella, Katarzyna, panowie, panie i t. d. książę Burgundyi i jego drużyna)

Król Henr.  Pokój zebranym w zamiarach pokoju!
Naszemu bratu Francyi, naszej siostrze,
Pokój i zdrowie! a naszej kuzynce
Szczęście i radość pięknej Katarzynie!
Książę Burgundyi, i ciebie pozdrawiam
Jako gałązkę królewskiego domu,

Co urządziłeś wielkie to zebranie.
I wam, panowie Francyi, życzę zdrowia!
Król Fr.  Z radością twoje widzimy oblicze,
Dostojny bracie Anglii, w naszem kole,
I was z radością książęta angielscy.
Kr. Izab.  Bodaj spotkania tego był wypadek
Równie szczęśliwy, jak wielka jest radość,
Którą w nas budzi widok waszych oczu,
Oczu, co dotąd ciskały Francuzom
Mordercze ognie spojrzeń bazyliszka.
Da Bóg, że odtąd swą potęgę stracą
Źrenic tych jady, że dzień ten szczęśliwy
Przemieni smutki na zgodę i radość.
Król Henr.  Przyszliśmy tutaj: amen tylko dodać.
Kr. Izab.  Witam was wszystkich, angielscy książęta.
Ks. Burg.  Potężni Francyi i Anglii królowie,
Obu wam składam hołd mojej miłości.
Żem wszystkie moje zdolności natężył.
Aby królewski majestat wasz skłonić
Do tego zejścia na drodze układów,
Świadkiem mi będą wasze dostojności.
Gdy me zabiegi tyle dokazały,
Że twarz w twarz, oko spotkało się z okiem
Potężnych panów, przebaczcie mi, proszę,
Jeśli w królewskiej spytam obecności,
Co jeszcze może na zawadzie stanąć,
By pokój nagi, biedny, zakrwawiony,
Ten drogi ojciec sztuk, bogactw, miłości,
Znów nie pokazał wdzięcznego oblicza
W tej płodnej Fracyi, tym świata ogrodzie?
Zbyt tylko długo wygnany był z Francyi;
Jej gospodarstwo leży dziś stosami,
Gnijące zbytkiem swej własnej bujności;
Pocieszycielka serc ludzkich, winnica,
Nieokrzesana umiera; płot żywy,
Jak więzień w dzikim czochrów swych nieładzie,
Rozciąga w koło pręty pasożytne;
Na jej ugorach zapuszcza korzenie

Kąkol i szalej i gorzka dymica.
Gdy lemiesz, co miał dzikie chwasty ścinać,
Rdzą czerwienieje; łąki niegdyś wonne
Złotą pierwiosnką, zieloną miodunką,
Biedrzeńcem, teraz kosą niedotknięte
Wyjałowiały i tylko się strzępią
Szczawiem, łopuchem, ostem i blekotem:
Pożywna płodność uciekła z pięknością.
A jak winnica, pola, łąki, płoty
Zdziczały, dawnej postradały cnoty.
Tak domy nasze, my i nasze dzieci,
Przez winę czasu, lub zapomnieliśmy,
Lub nie mogliśmy nauki tej nabyć,
Co ziemi naszej miała być ozdobą.
Umiemy tylko jak dzicy, jak żołnierz,
Co bez ustanku o krwi tylko marzy,
Kląć i brwi marszczyć i dziwnie się stroić,
Gonić za wszystkiem, co złe i potworne.
Błogosławieństwa powróćcie nam stare:
To cel, królowie, waszego zebrania.
Powiedzcie, błagam, dla jakiej zawady
Przekleństw tych wdzięczny nie potrafi pokój
Z sioł naszych wygnać, zbiegłych czasów wrócić?
Król Henr.  Jeżeli, książę, za pokojem wzdychasz,
Co uciekając, zostawił na ziemi
Klęsk tyle strasznych, to musisz go kupić
Przyjęciem wszystkich słusznych żądań naszych,
Których w twem ręku trzymasz spis dokładny.
Ks. Burg.  Król wie już o nich, ale odpowiedzi
Nie dał nam jeszcze.
Król Henr.  Od tej odpowiedzi
Zależy pokój, którego tak pragniesz.
Król Fr.  Pobieżne tylko rzuciłem spojrzenie
Na artykuły; zechciej teraz, królu,
Wyznaczyć kilku panów swojej Rady,
Bym z nimi razem pilnie je rozważył;
A damy naszą bezzwłoczną odpowiedź.
Król Henr.  Chętnie, mój bracie. Stryju Exeterze,

Ty, bracie Clarence i bracie Gloucesterze,
Warwick, Huntington, odejdźcie rokować.
Pełnomocnictwo daję wam zupełne
Odjąć, lub dodać, lub zmienić warunki,
O ile w waszej uznacie mądrości,
Że to naszego nie skrzywdzi honoru.
Co wy przyjmiecie, i my przyjmujemy. —
Ty, piękna siostro, czy chcesz z nami zostać,
Czy towarzyszyć przenosisz książętom?
Kr. Izab.  Dobry mój bracie, oddalę się z nimi,
Może niewiasty głos na co się przyda,
Gdy zbyt surowe żądania obrońców
Zbyt twardych znajdą.
Król Henr.  To racz nam zostawić
Kuzynkę naszą, piękną Katarzynę;
Ona najpierwszem naszem jest żądaniem,
Głównym warunkiem naszych artykułów.
Kr. Izab.  Niechaj zostanie.

(Wychodzą wszyscy prócz Henryka, Katarzyny i jej damy).

Król Henr.  Najpiękniejsza z dziewic
Naucz, o, naucz żołnierza wyrazów
Zdolnych się wcisnąć do kobiety ucha,
W tkliwem jej sercu podjąć się obrony
Jego miłości.

Katarz.  Wasza k. m. szydzi ze mnie; ja nie umiem po angielsku.
Król Henr.  O, piękna Katarzyno, byleś tylko chciała szczerze mnie kochać twojem francuskiem sercem, z radością będę słuchał twojego wyznania w pokaleczonej angielszczyznie. Jak ci się zdaje, Kasiu, czy będziesz mnie kochać?
Katarz.  Pardonnez-moy, nie rozumiem: „jak ci się zdaje“.
Król Henr.  Zdajesz mi się aniołem, Kasiu, a anioł zdałby mi się tobą.
Katarz.  Que dit-il? que je suis semblable à les anges?
Alicya.  Ouy, vrayment (sauf vostre grace), ainsi dit-il.
Król Henr.  Tak powiedziałem, droga Kasiu, a twierdząc to, nie mam przyczyny się rumienić.
Katarz.  O bon Dieu! les langues des hommes sont pleines de tromperie.
Król Henr.  Co mówi moja piękna? że języki mężczyzn są pełne zwodnictwa?
Alicya.  Ouy, że języki mężczyznów jest być pełne zwodnictwa; to mówi księżniczka.
Król Henr.  Księżniczka jest lepszą angielką. Prawdziwie, Kasiu, moje zaloty godne są twojej umiejętności, i cieszę się, że nie możesz lepiej mówić po angielsku, bo gdybyś mogła, znalazłabyś mnie tak prostym królem, iżbyś pomyślała, żem sprzedał mój folwark, aby kupić moją koronę. Nie umiem wdzięczyć się w miłości, ale wręcz mówię: kocham cię; a jeśli gwałtem wymagasz, abym co więcej dodał jak: a ty, czy kochasz mnie także? zerwie mi się wątek. Odpowiedz mi, a szczerze; daj mi rękę i dobijmy targu. Co mówisz, pani?
Katarz.  Sauf vostre honneur, ja dobrze rozumieć.
Król Henr.  Bo widzisz, Kasiu, gdybyś żądała, abym pisał wiersze lub tańczył dla twojej miłości, zginąłbym. Do pierwszych brak mi i słów i miary, a do tańca nie jestem dość silny w miarze, choć mam niezgorszą miarę w sile. Gdybym mógł zyskać serce damy, wywijając kominki lub skacząc na siodło ze zbroją na grzbiecie, mówiąc bez samochwalstwa, nie długobym gonił za żoną. Albo gdybym mógł zyskać kochankę kułakami, albo harcować na koniu, żeby zarobić na jej łaski, gotówbym bić się na pięści jak rzeźnik, a trzymać się na koniu jak małpa i nie spaść; ale Bóg widzi, Kasiu, nie umiem smalić cholewek, ni wzdychać wymownie, ni oświadczać się chytrze; całą moją umiejętnością jest słowo bez ogródki, którego nie daję jak tylko na żądanie, ale którego nie łamię na żądanie. Jeśli możesz kochać gaszka takiej natury, którego twarz nie warta ogorzenia, który nigdy nie zagląda do zwierciadła przez miłość tego, coby tam zobaczył, to niech ci oko będzie kucharzem. Mówię ci z żołnierską otwartością: jeśli możesz mnie tak kochać, to weź mnie, jeśli nie, gdybym powiedział, że umrę, powiedziałbym prawdę, ale że to z miłości dla ciebie, na Boga, to nie, a kocham cię jednak. O, póki żyjesz, droga Kasiu, bierz za męża chłopaka z prostą, nie fałszowaną stałością; będzie on musiał zostać ci wiernym, nie posiadając daru smalić cholewek gdzieindziej; ale co do tych ichmościów z potężnym językiem, którzy mogą wrymować się w łaski damskie, ci potrafią zawsze z nich się wyrymować. Toć mówca jest tylko gadułą, a rymy tylko balladą. Piękna noga osłabnie, prosty grzbiet się pochyli, czarna broda zbieleje, kędzierzawa czupryna ołysieje, rumiana twarz zwiędnie, pełne oko zapadnie; ale dobre serce, Kasiu, to słońce i księżyc, albo raczej to słońce a nie księżyc, bo świeci jasno, a nigdy się nie zmienia, zawsze drodze swojej wierne. Jeśli chcesz takiego męża, weź mnie; mnie biorąc, weźmiesz żołnierza, a biorąc żołnierza, weźmiesz króla. Co mówisz teraz o mojej miłości? Odpowiedz, moja piękna, błagam a szczerze.
Katarz.  Byćże może, abym kochała nieprzyjaciela Francyi?
Król Henr.  Nie, być nie może, abyś kochała nieprzyjaciela Francyi, Kasiu; ale kochając mnie, będziesz kochała przyjaciela Francyi, bo ja tak kocham Francyę, że nie chcę się rozstać z jedną jej wioską, chcę całą zatrzymać, a, Kasiu, gdy Francya jest moją a ja twoim, twoją będzie Francya, a ty moją.
Katarz.  Nie mogę powiedzieć, co to znaczy.
Król Henr.  Nie możesz powiedzieć, Kasiu? To ja ci powiem francuszczyzną, która, ani wątpię, zawiśnie na moim języku, jak nowo zamężna kobieta na szyi swojego męża, że ani sposobu jej strząsnąć. Quand j’ay la possession de France, et quand vous avez la possession de moy (a co dalej? Święty Dyonizy, przybądź mi na pomoc!) — donc vostre est France, et vous estes mienne. Równie byłoby mi łatwo podbić królestwo, jak powiedzieć drugie tyle po francusku. Nigdy też nie potrafię obudzić w tobie po francusku co innego jak śmiech ze mnie.
Katarz.  Sauf vostre honneur, le français que vous parlez, est meilleur que l’Anglois lequel je parle.
Król Henr.  Nie, na uczciwość, nie, Kasiu; ty mówisz moim językiem jak ja twoim, z równie nieomylną błędnością; możemy sobie przyznać, że wart jeden drugiego. Ah, Kasiu, czy rozumiesz choć tyle po angielsku: możesz li mnie kochać?
Katarz.  Nie wiem.
Król Henr.  Czy może mi to powiedzieć który z twoich sąsiadów, Kasiu? Zapytam ich. Ale nie, wiem, że mnie kochasz; a w wieczór, Kasiu, gdy wrócisz do swojej komnaty, wypytywać się będziesz o mnie tej szlachcianki, i będziesz przed nią czerniła to właśnie, co we mnie z całego serca kochasz. Ale, dobra Kasiu, szydź ze mnie miłosiernie, bo, słodka księżniczko, kocham cię okrutnie. Jeśli kiedykolwiek będziesz moją, Kasiu, (a mam zbawczą wiarę, która mi szepce, że nią będziesz), zyskam cię zbrojną ręką, musisz więc koniecznie walecznych rodzić żołnierzy. Czybyśmy nie mogli we dwoje, między świętym Dyonizym a świętym Jerzym, ulepić chłopca, pół Francuza, pół Anglika, który pociągnie do Konstantynopola i chwyci wielkiego Turka za brodę? Jak ci się zdaje? Co mówisz na to, piękna moja lilio?
Katarz.  Nie wiem.
Król Henr.  Nie wiesz? Dowiesz się o tem później, ale przyrzecz mi teraz. Twoją będzie rzeczą, Kasiu, zająć się francuską połową tego chłopca, co do mojej angielskiej połowy, moje królewskie i kawalerskie słowo. Co mi odpowiesz, la plus belle Catharine du monde, mon très chere et divine déesse.
Katarz.  Wasza majesté posiada dosyć fausse francuszczyzny, aby uwieść la plus sage damoiselle, która jest en France.
Król Henr.  Do licha z moją fałszywą francuszczyzną! Na honor, w dobrej angielszczyznie kocham cię Kasiu, ale nie śmiem na honor ten przysiądz, że i ty mnie kochasz, choć krew moja zaczyna mi pochlebiać, że kochasz, mimo ubogich i lichych wdzięków mojej twarzy. Przeklęta ambicyo mojego ojca! myślał o domowych wojnach, gdy mnie spłodził, urodziłem się też z niepozorną postacią, z żelazną fizyognomią, tak, że kiedy się do dam w zaloty zbliżę, strachem je przejmuję. Ale, prawdziwie, Kasiu, im starszym będę, tem lepszym się wydam; pocieszam się też myślą, że starość, ta piękności niszczycielka, nic już na mojej twarzy do spustoszenia nie znajdzie. Weźmiesz mnie, jeśli weźmiesz, w najgorszym już moim stanie, a żyjąc ze mną, jeśli pożyjesz, znajdziesz mnie coraz lepszym. Więc powiedz mi, najpiękniejsza Kasiu, czy chcesz mnie? Odrzuć twój dziewiczy rumieniec, objaw myśli twojego serca z cesarzowej spojrzeniem, weź mnie za rękę i powiedz: Henryku Angielski, jestem twoją; a ledwo tem słowem ucho moje pobłogosławisz, ja głośno ci powiem: Anglia jest twoją, Irlandya jest twoją, Francya jest twoją, i Henryk Plantagenet jest twoim, który, mogę mu to w oczy powiedzieć, jeśli nie jest kamratem najlepszych królów, jest, jak się sama przekonasz, najlepszym królem dobrych kamratów. Więc dalej, odpowiedz mi w twojej fałszywej muzyce, bo głos twój jest muzyką, a twoja angielszczyzna fałszywą. Dalej, królowo wszystkich, Kasiu, pokaż mi twoje myśli w niepokaźnej angielszczyznie, czy chcesz mnie?
Katarz.  To będzie, jak się spodoba au roy mon pere.
Król Henr.  O, będzie mu się to podobało, Kasiu, będzie mu się to podobało, Kasiu.
Katarz.  To i ja się temu nie sprzeciwić.
Król Henr.  A więc całuję ci rękę i nazywam cię moją królową.
Katarz.  Laissez, mon seigneur, laissez, laissez; ma foy, je ne veux point que vous abbaissiez vostre grandeur, en baisant la main d’une vostre indigne serviteure; excusez moy, je vous supplie, mon tres puissant seigneur.
Król Henr.  A więc pocałuję twoje usta, Kasiu.
Katarz.  Les dames et damoiselles, pour estre baisées devans leurs nopces, il n’est pas de coûtume de France.
Król Henr.  Moja pani tłómaczko, co ona mówi?
Alicya.  Że to nie moda, pour les dames francuskie — nie wiem, co znaczy po angielsku baiser.
Król Henr.  Całować.
Alicya.  W. k. mość entendre lepiej que moy.
Król Henr.  Więc to nie moda między damami we Francyi całować przed ślubem, jak mówi?
Alicya.  Ouy, vrayement.
Król Henr.  O Kasiu, delikatne zwyczaje klonią się wielkim królom. Droga Kasiu, ty i ja nie możemy się zamknąć w ciasnych szrankach zwyczajów jednego kraju. Jesteśmy mód twórcami, Kasiu, a wolność przywiązana do naszej godności zamyka usta cenzorom, jak ja zamknę twoje, że śmiały utrzymywać wykwintny zwyczaj twojego kraju i odmówić mi pocałunku. Cierpliwość więc i uległość. (Całuje ją). Są czary w twoich ustach, Kasiu; więcej jest wymowy w cukrowem ich dotknięciu niż w językach francuskiej Rady, i łatwiej przekonają Henryka Angielskiego niż prośby wszystkich monarchów. Ach, otóż i twój ojciec.

(Wchodzą: król francuski, królowa, książę Burgundyi, Bedford, Gloucester, Exeter, Westmoreland i inni panowie francuscy i angielscy).

Ks. Burg.  Szczęść Boże waszej królewskiej mości! Król, mój kuzyn, uczy po angielsku naszą księżniczkę?
Król Henr.  Chciałbym ją nauczyć, piękny mój kuzynie, jak serdecznie ją kocham, bo to jest doskonałą angielszczyzną.
Ks. Burg.  Czy nie ma zdolności?
Król Henr.  Język nasz chropowaty, kuzynie, a i moja natura nie gładka; tak więc nie posiadając ani głosu ani talentu do pochlebstwa, nie mogę tak zakląć w niej ducha miłości, aby się pokazał w swojej prawdziwej postaci.
Ks. Burg.  Przebacz mi, królu, otwartość mojego humoru, jeśli ci na to odpowiem: jeżeli chcesz w niej zakląć, musisz zrobić wprzódy koło, jeżeli chcesz wywołać z niej ducha miłości w prawdziwej jego postaci, to musiałby się pokazać nagi i ślepy. Czy możesz więc ganić dziewicę, jeszcze rumianą purpurą dziewiczej skromności, jeśli nie chce pokazać nagiego, ślepego chłopca w jego własnej nagości? Byłby to, mój królu, twardy warunek dla dziewicy.
Król Henr.  Ba, wszystkie one jednak przymrużając oczy, poddają się, bo miłość jest ślepa i potężna.
Ks. Burg.  W takim razie należy im przebaczyć, mój królu, skoro nie widzą tego, co robią.
Król Henr.  Naucz więc, dobry kuzynie, twoją kuzynkę przymrużyć oczy i poddać się.
Ks. Burg.  Mrugnę na nią, aby się poddała, byleś ją nauczył, królu, moją myśl zrozumieć; bo dziewice należycie ogrzane letniem słońcem a trzymane gorąco, są jak muchy na święty Bartłomiej, ślepe, choć mają oczy; znoszą wtedy cierpliwie dotknięcia, gdy wprzódy nie mogły znieść spojrzeń.
Król Henr.  Przypowieść ta każe mi czekać gorącego lata, złapię wtedy nakoniec muchę, twoją kuzynkę, a i ona musi być ślepą.
Ks. Burg.  Jak miłość, królu, nim kocha.
Król Henr.  To prawda. I z was niejeden musi podziękować miłości za moją ślepotę; nie mogę dojrzeć tylu pięknych miast francuskich, bo jedna piękna francuska dziewka stoi mi na drodze.
Król Fr.  Nie, królu, widzisz je w perspektywie; miasta wydają ci się dziewicami, bo otoczone są dziewiczymi murami, których nigdy nie przekroczyła wojna.
Król Henr.  Czy Kasia będzie moją żoną?
Król Fr.  Jeśli takie wasze życzenie.
Król Henr.  Zgoda, byle dziewicze miasta o których mówisz, były jej towarzyszkami; tym sposobem dziewica, która stała na drodze moich pragnień, pokaże mi drogę do mojej woli.
Król Fr.  Przystaliśmy na wszystkie sprawiedliwe warunki.
Król Henr.  Czy tak jest, panowie angielscy?
Westmor.  Król się do wszystkich warunków przychylił;
Dał naprzód córkę, a następnie wszystko
Co do litery naszych artykułów.
Exeter.  Jedyny warunek, którego jeszcze nie podpisał, jest ten, w którym w. k. mość wymaga, aby król francuski, ilekroć zdarzy mu się sposobność przesłania jakich żądań listownie, mówiąc o w. k. mości, wyraził się po francusku: Notre tres cher fils Henry roy d’Angleterre, héritier de France; a po łacinie: Praeclurissimus filius noster Henricus, rex Angliae, et haeres Franciae.
Król Fr.  Nie odmówiłem tego tak stanowczo, bym nie ustąpił, bracie, twym życzeniom.

Król Henr.  Jak sprzymierzeńca proszę cię uprzejmie
I ten artykuł przyjmij wraz z innymi,
A w końcu, daj mi córkę twą za żonę.
Król Fr.  Weź ją, mój synu, a daj mi potomstwo
Z jej krwi, by odtąd, niezgodne królestwa,
Których wybrzeża nawet same bladły
Na widok szczęścia sąsiedniego kraju,
O nienawiści przeszłej zapomniały.
Niechaj ten węzeł ustali w ich łonie
Sąsiednią zgodę, miłość chrześcijańską;
Niech między Francyą a Anglią na przyszłość
Krwawego miecza wojna nie dobywa!
Wszyscy.  Amen!
Król Henr.  A teraz, witaj, Katarzyno!
Bądźcie świadkami, że ją tu całuję,
Jak odtąd moją wszechwładną królowę. (Odgłos trąb).
Kr. Izab.  Niech Bóg, najlepszy małżeństw kojarzyciel,
Zjednoczy serca wasze i królestwa!
Jak mąż i żona jedną mają duszę,
Tak niech się wasze skojarzą królestwa,
By nigdy zwada, nigdy szpetna zazdrość,
Nieraz chmurząca pogodę małżeństwa,
Nigdy pokoju królestw nie zmąciła,
Rozwodem związków nie stargała świętych!
Niech Anglia będzie Francuzem we Francyi,
A w Anglii Francuz Anglikiem. O, Boże,
Do mej modlitwy dodaj: amen!
Wszyscy.  Amen!
Król Henr.  Do naszych ślubów wszystko przygotujem;

Gdy dzień ten przyjdzie, odbiorę przysięgę
Od wszystkich panów i księcia Burgundyi
Na poręczenie naszego przymierza,
A gdy ślub nasze uświęci zamężcie,
Niech Bóg nam raczy długie zesłać szczęście!

(Wychodzą).

Chór.  Twarde pióro autora, w daremnym mozole,
Dotąd wielkich wypadków kreśliło wam dzieło,
W małej przestrzeni mężów potężnych zamknęło,
Ich chwały nieskończone zacieśniło pole.

Gwiazda Anglii świeciła nie długo lecz jasno;
Ostrzem ręką fortuny kutego bułata
Podbił francuską ziemię, raj naszego świata,
Zostawił ją synowi w dziedzictwie jak własną.

W kolebce Henryk Szósty dwie korony nosił;
Lecz nieład mnogich rządców, co kraj ten zamącił,
I berło mu francuskie z słabych rąk wytrącił,

I angielskie dzielnice krwią angielską zrosił.
Obraz ten widzieliście nieraz na tej scenie,
Dla dzieła też naszego miejcie uwzględnienie.



Upominek - ozdobnik str. 73d.png



Selous - Król Henryk VI cz.1.jpg

KRÓL HENRYK VI. CZĘŚĆ I.



KRÓL HENRYK VI.
CZĘŚĆ I.

M

Mówiliśmy już o genezie historycznego dramatu Szekspira. Poeta wziął myśl jego od swoich poprzedników, zastał tkankę i treść gotową, na niej tylko, mniej lub więcej ją zmieniając i przerabiając, wyciskał piętno swoje. Tak samo i w tragedyach; w komedyach nawet posługiwał się częstokroć starymi dramatami; ale tam mógł sobie postąpić swobodniej, gdy historye, do których scen, już niemal uświęconych, nawykli słuchacze, mało się przerabiać dawały; częstokroć zmiany, jakie czyni poeta, są na pozór małe, lecz siła w nich leży wielka, która jednem słowem przetwarza całkowicie, nową nadaje postać osobom działającym, nowy charakter scenom.

Treść historyczna, którą poprzednicy Szekspira wzięli z kronik i podań, trzymała poetę w żelaznych okowach; słuchacze wymagali scen znanych im, jako rzeczy należnej; poprawiający autor stare nieforemne dramata, musiał się trzymać z góry mu narzuconego wątku, gdyż odstępując od niego słuchaczomby się naraził. Chcieli mieć tę historyę przeszłości chlubnej i nieszczęśliwej, całą w tych luźnych i źle spojonych scenach przedstawioną i uobecnioną. W historyach Szekspir był tylko korektorem bezimiennych po większej części pisarzy, co pierwsi te widowiska dziejowe wyprowadzili na scenę.
Gdyby sama natura sztuk, o których mowa, nie dowodziła tego, co twierdzimy, świadectwo piszącego w roku 1592 Tomasza Nashe, poparłoby domysły komentatorów. Duchowieństwo w pierwszych początkach rozwijania się teatru angielskiego, gdy ten zaczął ściągać tłumy i stał się powszechnie ulubioną rozrywką, oskarżało scenę o demoralizacyę, płochość i nieobyczajność. Aby się z tego zarzutu oczyścić, ówcześni poeci postanowili scenie nadać powagę i użyteczność, wyprowadzając na nią całą niemal kraju przeszłość i dramatyzując kroniki. Nashe pisze: „Większa część sztuk naszych, wyjęta jest z kronik krajowych; w sztukach tych czyny ojców, oddawna pogrzebione w zardzewiałym bronzie, w zbutwiałych księgach, zmartwychpowstają, i powołane są z grobu zapomnienia, aby same broniły swojej czci prastarej. W nich wszelkie szalbierstwa, wszystkie łotrowstwa zewnątrz świętością pozłacane, wszystkie robactwo gryzące, co żyje rdzą pokoju (sic), żywcem się ćwiertują. Pokazuje się w nich, jak złe następstwa prowadzi za sobą zdrada, jak padają ambitni, kwapiący się zbytnio do celu, jak nędznie kończą przywłaszczyciele, jakie klęski sprowadzają rozterki domowa, jak surowo zawsze Bóg morderców karze“.
Taki był cel moralny i narodowy, który teatr sobie założył przed zjawieniem się Szekspira, a narzekania Green’a na tych, co przywłaszczają sobie treść cudzą, co się w obce pióra stroją, dowodzi także, iż Szekspir przerabiał dla swojego teatru i poprawiał popularne dramata.
Zastał on już owe nieforemne na sceny przybrane kroniki gotowemi: króla Jana przez nieznanego autora, Edwarda I przez Peele, Edwarda II przez Christoph: Marlowe, Edwarda III żywot i śmierć Jakóba Straw (epizod za panowania Ryszarda II), sławne zwycięstwa Henryka V, panowanie Henryka VI i tragedyę Ryszarda III przez nieznanych pisarzy.
W owych czasach dramat, który teatr nabywał u autora, stawał się jego własnością, dyrekcya miała nad nim prawo życia i śmierci: obcinała, dodawała i skracała, przedłużała nowymi epizodami sztukę; artyści improwizowali całe ustępy, jak dziś częstokroć kuplety; nikt się nie upominał o to. Dramat przeszedłszy tak przez rąk kilka, jak pieśń ludowa, stawał się utworem zbiorowym. Nikt do ojcostwa nad nim przyznać się nie miał prawa. W rejestrach teatru Henslowe spotykają się często wzmianki podobne: Dnia 7 sierpnia 1602 roku 40 szylingów zapłacono Tomaszowi Dekker za poprawianie Sir Johna Oldcastle. Temuż, później, za Faetona, za Tassa. Wspomniano podobnie o zapłacie Williamowi Barde i Tom. Rowley za przerobienie Fausta Marlowa, Tom. Heywood’owi za dodatki do Cutting Dick’a i t. p.
Istnienie sztuki, której bohaterem był Henryk VI, przed Szekspirem, stwierdza znaleziony w Dulwich dziennik teatralnego towarzystwa FIlipa Henslow’a, w którym zapisano, że w roku 1591 od dnia 3 marca, komedyanci lorda Strange, przedstawiali trzynaście razy w teatrze „Róży“ historyę Henryka VI.
Artyści ci, domownicy lorda Strange od lat kilkunastu byli współzawodnikami teatru na Blackfriars. Dla Henslowa właśnie pracowali owi mistrze za klasycznych uchodzący, Greene i Marlowe, z których pierwszy oskarżał umierając Szekspira (Shake-scene) o przyswajanie sobie cudzej własności.
Nashe w roku 1591 pisał o tej sztuce Henryka VI: „Jakażby to radość była dla tego mężnego Talbota, tej trwogi Francyi, gdyby pomyśleć mógł, że po dwustu latach spoczynku w grobie, będzie tryumfował na scenie a kości jego zabalsamują znowu łzy najmniej dziesięciu tysięcy widzów, którzy tylekroć razy zdają się patrzeć na krwawe jego rany w osobie tragika, co go przedstawia“[4].
Nashe mówi tu niechybnie o sztuce, którą Szekspir później przerobił. Malone już zauważał, że wyrażenie: the terror of the French (o Talbocie) jest wyjęte dosłownie ze sceny III Henryka VI. Nashe, przyjaciel Green’a i Marlowa, nie byłby chwalił ich współzawodnika Szekspira, lecz mówi tu o pierwotnym tekscie, który, jak z całego widać toku, mało został zmieniony.
Na tej pierwszej części Henryka VI, ślady jej pochodzenia i pierwotnej nieforemności są najwidoczniejsze, tak dalece, że wielu jej nawet Szekspirowi przyznać nie chce. W istocie budowa, prowadzenie rozmów język, same formy, gęste porównania mitologiczne, niezwyczajne u Szekspira, archaizmy pewne w wierszowaniu, nadają temu dramatowi odrębną fizyognomię.
Nie można zaprzeczyć, że argumenta za i przeciw autorstwu Szekspira są prawie równie silne, lecz, według nas, wszystkie sprzeczności godzi i tłómaczy ta znana i dowiedziona okoliczność, iż poeta opracował mniej więcej rzecz dawną, nie wszędzie równe na niej zostawiając ślady swej ręki. Jest to dramat-historya poprawiona przez poetę, w istocie mniej opracowana, gdzieniegdzie tylko dotknięta, i dlatego od innych mniej doskonała, słabsza jednem słowem.
Szekspir tak mało przyłożył ręki do gotowego już Henryka VI (część I), że w niej pozostawił sprzeczności jawne z własnymi dramatami Henryka IV i Henryka V, wcale nie troszcząc się o to. Krytycy użyli ich jako argumentu przeciwko autorstwu Szekspira.
Sprzeczności te uderzają w charakterze Mortimera, który w części I Henryka VI występuje w postaci poważnej i szanownej, obudzającej współczucie, gdy w Henryku IV jest pretendentem chciwym tylko cząstki łupu i zawczasu dzielącym się zdobyczą, wstrętliwym i oburzającym. W Henryku VI, hrabia Cambridge wspomniany jest jako poległy na polu sławy, w obronie sprawy szwagra swojego Mortimera, gdy w Henryku V ten sam Cambridge ginie na rusztowaniu, przekonany o zdradę kraju.
Wszystko to pozornie zdaje się mówić za tem, że Szekspir nie jest autorem Henryka VI. Ale wydawcy pierwszej całkowitej edycyi dzieł jego, artyści, którzy razem z nim należeli do składu towarzystwa teatru Globus, drukując w r. 1623 pośmiertny spadek poety, włączyli doń Henryka VI.
„Przyznajemy — mówią w przedmowie — iż rzeczą byłoby wielce pożądaną, ażeby autor dożył był do tego czasu i sam mógł pisma własne wydać i przepatrzeć. Lecz gdy inaczej zrządziło przeznaczenie, a śmierć wydarła mu to prawo, prosimy was, abyście przyjaciołom jego starania ich i trudu za złe nie brali, iż się czuli w obowiązku zebrać pisma te i ogłosić, i że je tak, jak są, ogłosili, gdy przedtem oszukiwano was różnymi powykradanymi, podchwyconymi drukami, popsutymi i poprzekręcanymi przez fałszerstwa i grabieże szkodliwych oszustów, co je wydawali. Teraz i te sztuki poprawione, w całości mieć będziecie przed oczyma i wszystkie inne, w pełnej liczbie tak jak on je stworzył, on, który szczęśliwszym będąc natury naśladowcą, szlachetnym też jej był tłómaczem“.
Opierając się na tak stanowczem świadectwie Heminga i Condell’a, należy Henryka VI, przynajmniej w znacznej części, przyjąć za dzieło przez Szekspira przerobione, które zamieszczono w zbiorze dzieł jego, aby nic nie uronić ze spadku.
Jakoż, obok wielu miejsc słabych, obok często mdłych i bezbarwnych ustępów, są też takie, co niewątpliwie noszą Szekspira geniuszu piętno. Godzą się na to komentatorowie, iż czuć go w samym początku dramatu, w pogrzebie Henryka V, w scenie w ogrodzie klasztoru Templaryuszów o czerwone i białe róże, w scenach między ojcem i synem Talbotem przed zgonem obu, w spotkaniu Suffolka z Małgorzatą Andegaweńską, w ostatniej naradzie, gdy słaby król przyjmuje za żonę córkę króla Reignier’a.
W Henryku VI tkanina z kawałków zszywana, nieustanne przerzucanie się z miejsca na miejsce, sceny bez żadnego z sobą związku, rażą i niecierpliwią; ale zawsze pamiętać potrzeba, iż to jest kanwą, którą Szekspir wziął w spadku i zmieniać jej nie mógł, bo do niej widzowie byli nawykli. Z powodów wyżej wymienionych Malone pierwszy zaprotestował, aby w części tej był choć najmniejszy ślad udziału Szekspira. Opierał się też i na tem zapewne, że ta część pierwsza wcale za życia Szekspira drukowaną nie była i ukazała się dopiero w wydaniu Heminga i Condella, po śmierci jego.
Pierwsza ta część Henryka VI stanowiąca wstęp do obrazu krwawej i straszliwej epoki w dziejach Anglii — walki o tron i upadek Plantagenetów — łączy się niemal z poprzedzającym ją Henrykiem V. Zwycięzca z pod Agincourt umiera, z trumny jego rodzą się zaraz do tronu pretendenci, którzy z małoletności spadkobiercy chcą korzystać. Wierna drużyna Henryka V osłania kolebkę dziecięcia. Lecz spory i niezgody, które zakłóciły Anglię, dozwalają się wyzwolić Francyi. Następuje wojna Dwu Róż, upadek Lancastrów domu, krótkie Yorków panowanie, naostatek wstąpienie na tron dynastyi Tudorów, której potomkowie rządzili Anglią za czasów Szekspira.
Dynastyczne spory różnych gałęzi jednego rozrosłego drzewa nie zdają się nam wymagać szczegółowych objaśnień, które czytelnik znajdzie łatwo w pierwszej lepszej historyi Anglii; w dramatach poety widzimy raczej dzieła sztuki, niż właściwe dzieje. Szekspir i tu idzie za Holinshedem, którego malowniczą kronikę zużytkowali jego poprzednicy, dopełniając ją tylko podaniami, zbliżając ku sobie, i łącząc wypadki, dla teatralnej perspektywy. Dramat nie liczy się ściśle z latami, skraca zbyt długie czasu przeciągi, wiek czasem osobom działającym nadaje nie godzący się ściśle z chronologią. Teatr wymagał i nakazywał te licencye. Henryk VI, który w chwili zgonu ojca miał zaledwie dziewięć miesięcy, tu występuje jako dorastający już młodzian; wojna z Francyą trzyletnia tu się ogranicza jedną szybką wyprawą. Oswobodzenie Orleanu przez Joannę d’Arc, ujęcie jej w niewolę, spalenie, koronacya Henryka w Paryżu, pojednanie z księciem Burgundyi, śmierć ks. Bedforda, niezgody magnatów, Suffolka pośrednictwo w zawarciu małżeństwa z Małgorzatą Andegaweńską, utrata Bordeaux, śmierć Talbotów, wszystko tu szybko i dość bezładnie przeplata się, następuje po sobie... Cała budowa zdaje się być raczej dziełem przypadku niż kunsztu. Chronologia nie wiąże bynajmniej dramaturga, który śmierć Orleańskiej Dziewicy, wcześniej przypadłą, dla scenicznego efektu odkłada na później, poprzedzając ją bitwą pod Pathay, — zgonem Talbota, który przypada we dwadzieścia dwa lata po spaleniu Joanny. Tak samo charakterystyka Gloucestera i kardynała Beaufort z prawdą historyczną nie jest zgodna.
Przykro i boleśnie rażąca jest rola i charakter Dziewicy Orleańskiej, który dzieje przedstawiają w takim blasku, a dramat w kolorach tak poczwarnych i brudnych. Nadaje to całej tej części znamię odrażające, stronnicze, namiętne; ale w przekonaniu Anglików, nawet epoki Szekspira, Dziewica Orleańska, której bohaterskich dzieł zaprzeczyć nie mogli, przedstawia się wszędzie jako opętana od szatana i cuda sprawiająca z pomocą jego. Czynów jej przechodzących siły ludzkie, niepodobna nie widzieć i nie uznać było; musiano się więc po wykład ich udać do tego wybiegu. Angielskie kroniki mówią, że szatan zmienił się w anioła światłości, ażeby ją podejść i opętać. Za nim idzie nieznany autor dramatu poprawionego przez Szekspira[5].
Wypadek Talbota na zamku hrabiny Auwergnii, przeciągnięcie księcia Burgundyi na stronę Francyi przez Joannę d’Arc, scena w ogrodzie Templaryuszów, nie znajdują się wcale w Holinshedzie. Skąd je zaczerpnął pisarz dramatyczny, niewiadomo; niewątpliwie jednak są to sceny nie zmyślone, ale na jakiemś podaniu historycznem oparte.
Nawrócenie ks. Burgundyi, list Dziewicy Orleańskiej do niego, są historycznymi faktami. Wszystkie inne szczegóły są napomknięte w kronice Holinsheda.
Godna uwagi, iż charakter Suffolka w scenie niewątpliwie Szekspirowskiej, z Małgorzatą Andegaweńską, jest już tu tak narysowany, aby rozwinięcie się jego w następującej części przygotować. Miłosna ta scena na pobojowisku, walka z budzącą się nagle namiętnością, — przechodzą już ramy pierwszej części, wciągnięte tu są, dla powiązania jej z następującą, w której Suffolk tak znaczną ma grać rolę. Układ ten o małżeństwo z Małgorzatą, przymierze z Francyą, inaczej się przedstawia u Holinsheda. Tu do wymagań sceny nagiąć się musiały dzieje. W kronice stoi, że Suffolk miał sobie tylko poleconem zawarcie zawieszenia broni i skorzystał z tego, by nie pytając o rozkazy, zawrzeć z Henrykiem układ o pokój i zaślubienie piętnastoletniej Małgorzaty, córki Reigniera Andegaweńskiego, który nosił czczy tytuł króla Neapolu, Sycylii i Jerozolimy, ale nie miał nic nad księstwa Andegaweńskie i Maine, zajęte przez Anglików. U Holinsheda, udział Suffolka w tej sprawie, gorliwość jego w pośrednictwie, nie bardzo jest zrozumiałą. Pisze on:
„Nie umiem powiedzieć, czy hr. Suffolk dał się pozyskać podarkami czy zbytkiem gorliwości dla tego niekorzystnego małżeństwa; ale zgodził się na to, ażeby księstwa Andegawy i Maine ojcu narzeczonej zwrócone zostały, nie żądał ani szeląga, ani feniga posagu, jakgdyby to nowe pokrewieństwo wszelkie przenosiło skarby, droższe być miało nad złoto i kosztowne kamienie. Jakkolwiek małżeństwo to królowi i niektórym z rady jego przypadło do smaku, jednakże Humphrey ks. Gloucester, protektor państwa, był bardzo mu przeciwnym; mówił, że się przeciwiło prawom Bożym, a wstydliwem było dla panującego, ażeby łamał swe przyrzeczenia i kontrakty małżeńskie, zawarte przez umocowanego posła hr. Armagnac, z jego córką, na korzystnych i uczciwych warunkach. Ale słowa księcia nie zostały wysłuchane, gdyż hrabiego tylko czynności zyskiwały poklask i zgodę. Suffolk został mianowany margrabią i z żoną swą i wielu znacznemi osobami, mężczyznami i kobietami, popłynął do Francyi, aby wybraną królowę do Anglii sprowadzić“.


Upominek - ozdobnik str. 63.png



OSOBY:

Król Henryk VI.
Książe Gloucester (Gloster), stryj króla i protektor.
Książe Bedford, stryj króla, regent Francyi.
Tomasz Beaufort (Bofor), Książe Exeter, prastryj króla.
Henryk Beaufort (Bofor), prastryj króla, biskup Winchester, później kardynał.
Jan Beaufort (Bofor), Hrabia Somerset, później książe.
Ryszard Plantagenet, najstarszy syn Ryszarda hrabiego Cambridge (Kembrydż), później książe Yorku.
Hrabia Warwick.
Hrabia Salisbury.
Hrabia Suffolk.
Lord Talbot, później hrabia Shrewsbury (Szrewsbury).
Jan Talbot, jego syn.
Edmund Mortimer, hrabia Marchii.
Sir John Fastolfe.
Sir William Lucy.
Sir William Glandsdale.
Sir Tomasz Gargrave.
Lord Mer Londynu.
Woodvile (Wudwil), gubernator Toweru.
Vernon, stronnik białej róży, czyli Yorków.
Basset, stronnik czerwonej róży, czyli Lancastrów.
Karol Delfin, później król francuski.
Reignier, książę d’Anjou (d’Anżu), nominalny król Neapolu.
Książe Burgundyi.
Książe Alençon.
Gubernator Paryża.
Bękart, książę Orleanu.
Puszkarz w Orleanie i jego syn.
Dowódzca wojska francuskiego w Bourdeaux.
Sierżant francuski.
Odźwierny.
Stary Pasterz, ojciec Joanny d’Arc.
Małgorzata, córka Reignier’a, później żona króla Henryka.
Hrabina d’Auvergne (d’Owern).
Joanna d'Arc.
Dyabły pokazujące się Joannie.
Panowie, Straż Toweru, Heroldzi, Oficerowie, Żołnierze, Posłańcy, Służba królów Anglii i Francyi.

Scena częścią w Anglii, częścią we Francyi.


KRÓL HENRYK VI.
CZĘŚĆ I.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Opactwo Westminsterskie.
(Marsz pogrzebowy. Ciało Henryka V leży odkryte, przy nim książęta: Bedford, Gloucester, Exeter, hrabia Warwick, biskup Winchester; heroldzi i t. d.)

Bedford.  Niechaj niebiosa wdzieją kir żałoby!
Komety, ludów wróżące upadek,
Roztoczcie w górze warkocz kryształowy,
Chłoszczcie nim gniewno zbuntowane gwiazdy,
Które sprzysięgły się na zgon Henryka!
Zbyt on był sławny, aby żyć mógł długo;
Anglia nie miała równego mu króla.
Gloucest.  Raczej nie miała Anglia przed nim króla.
Cnota do władzy dawała mu prawo;
Błysk jego miecza ludzkie ślepił oczy,
A ramię większą ocieniało przestrzeń
Niż skrzydła smoka; jasne jego oczy,
Gdy groźne gniewu ciskały płomienie.
Silniej od słońca odpychały wrogów,
Gdy południowych promieni strugami
Twarz im paliło. Co więcej powiedzieć?
Nad wszelką mowę czynów jego wielkość;
Ręki nie podniósł, żeby nie zwyciężył.

Exeter.  Z kiru żałobę, czemu nie z krwi nosim?
Henryk nasz umarł i nie zmartwychwstanie.
Stoim boleśnie przy drewnianej trumnie
I obecnością naszą podnosimy
Zwycięstwo śmierci upokarzające,
Jak do zwycięzcy przywiązani wozu
Jeńcy. Czy mamy przeklinać planety,
Że chwała nasza sprawą ich zagasła?
Czy myśleć mamy, że od strachu drżąca
Czarnoksiężników francuskich czereda
Magicznych wierszy zabiła go siłą?
Winchest.  Król królów czynom jego błogosławił;
Sąd ostateczny nie będzie tak straszny,
Jak widok jego francuskim rycerzom.
Pana zastępów Henryk zwodził bitwy,
Tryumf mu dały kościoła modlitwy.
Gloucest.  Kościoła? Gdyby nie modły kościoła,
Nie takby prędko dni jego nić pękła.
Wam drogi tylko zniewieściały książę,
Którym pomiatać możecie jak dzieckiem.
Winchest.  Cobądź nam drogie, tyś jest protektorem,
I pragniesz rządzić królem i królestwem.
Dumna twa żona, silniej tobą rządzi,
Niż Bóg i święte jego duchowieństwo.
Gloucest.  Nie mów o świętych, bo ty ciało kochasz,
A do kościoła tylko wtedy śpieszysz,
Kiedy chcesz błagać o twych wrogów zgubę.
Bedford.  Zgoda i pokój! Zakończcie te swary!
Naprzód, heroldzi! Idźmy do ołtarza,
Broń zamiast złota w ofierze złożymy,
Bo na co broń nam po Henryka śmierci?
Gotuj się, Anglio, na lata utrapień!
Gdy niemowlęta pić będą łzy matek,
Które tę wyspę zmienią w słone morze,
I same tylko zostaną niewiasty
Płakać umarłych. O, Henryku Piąty,
Niech twój duch broni od domowych waśni
Tę biedną ziemię! Niechaj opór stawi

Zawistnych planet wpływowi na niebie!
Dusza twa będzie potężniejszą gwiazdą,
Niż Juliusz Cezar, lub jasna — (Wchodzi Posłaniec).
Posłaniec.  Panowie,
Smutne wam z Francyi przynoszę nowiny
O stratach, rzezi i krwawych potyczkach.
Reims i Orlean, Gwienna, Szampania,
Paryż, Poitiers i Guysors stracone.
Bedford.  Ha, coś powiedział przy trupie Henryka?
Mów ciszej, albo na wieść o tych stratach
Strzaska swą trumnę i zmartwychpowstanie.
Gloucest.  Stracony Paryż? Rouen się poddało?
Gdyby do życia Henryk Piąty wrócił,
Na takie wieści powtórnieby skonał.
Exeter.  Strat tych przyczyną jaka była zdrada?
Posłaniec.  Nie zdrada, ale brak ludzi i złota;
Po naszem wojsku głuche krążą wieści,
Że was stronnicze podzieliły waśnie;
Gdy należało słać ludzi i walczyć,
Wy się swarzycie o dowódzców wybór.
Jeden chce przewlec wojnę małym kosztem;
Inny chce lecieć, lecz skrzydeł mu braknie;
Inny znów myśli, że pokój otrzyma
Podstępnem słowem, bez straty szeląga.
Obudź się, obudź, o, szlachto angielska!
Nie plam ospalstwem świeżej twojej chwały!
Już z herbów waszych wykoszone lilie;
Angielskiej tarczy odcięta połowa.
Exeter.  Gdyby łez na ten nie stało nam pogrzeb,
Ta wieść potoki ichby wywołała.
Bedford.  To moja sprawa; jam jest Francyi rządcą;
Dajcie mi zbroję, śpieszę za nią walczyć.
Precz ty niewieście żałobne ubranie!
Nie ócz swych łzami ale krwią ran swoich
Zapłacze Francuz nad swoją niedolą
Chwilę przerwaną. (Wchodzi inny Posłaniec).
2 Posłan.  Przejrzyjcie, panowie,
To pismo pełne bolesnych powieści:

Bunt cała Francya przeciw nam podnosi,
Z wyjątkiem kilku bez znaczenia mieścin.
Już Karol w Reims się królem koronował,
Już się z nim złączył bękart Orleanu,
Po jego stronie stanął Reignier d’Anjou,
Książe Alençon leci mu na pomoc.
Exeter.  Już Karol królem i wszystko doń leci!
Gdzież my polecim przed taką ohydą?
Gloucest.  Gdzie my polecim? Na kark nieprzyjaciół,
Bedfordzie, jeśli dłużej będziesz zwlekał,
Ja biegnę walczyć.
Bedford.  Dlaczego, Gloucesterze,
O pochopności mojej powątpiewasz?
Już zgromadziłem w myśli mej zastępy,
Które francuskie zaleją dzielnice.

(Wchodzi trzeci Posłaniec).

3 Posłan.  Do łez, któremi, dostojni panowie,
Rosicie trumnę Henryka Piątego,
Nowy przynoszę powód, gdy opowiem
Morderczą bitwę, którą z Francuzami
Stoczył lord Talbot, wódz nieustraszony.
Winchest.  A w której Talbot zwyciężył, nie prawda?
3 Posłan.  O nie, lecz w której Talbot był pobity.
Wszystkie szczegóły obszerniej wyłożę:
Na dniu dziesiątym sierpnia, lord waleczny
Z pod Orleanu cofając się murów,
Z armią liczącą ledwo ośm tysięcy,
Był przez francuską nagle obskoczony
Dwadzieścia i trzy tysiące liczącą.
Nie było czasu szykować żołnierza;
Gdy włóczni brakło, przed łuczników czołem
W nieładzie ostre zabijano koły
Powyrywane z sąsiednich opłotków,
By się nie mogła jazda na nich rzucić.
Bój trwał zacięty przeszło trzy godziny;
Talbot, nadludzką natchnięty odwagą,
Mieczem i włócznią dokazywał cudów,
Setkami wrogów do piekła wyprawiał,

Tu i tam, wszędzie jak szalony rąbał.
To dyabeł walczy! krzyczeli Francuzi,
I z zadziwieniem stanęli jak wryci,
Gdy nasi, wodza ożywieni duchem,
Z okrzykiem: Talbot! Talbot! w zamęt boju,
Nie licząc wroga, rzucili się pędem.
Na szablach naszych zwycięstwoby siadło,
Lecz sir John Fastolfe, który z tylną strażą
Miał przyjść nam w pomoc, serce nagle stracił
I pierzchnął, ciosu nie dając jednego.
To było hasłem porażki i rzezi:
Francuz otoczył garstkę naszych mężów;
Żeby na łaskę Delfina zarobić,
Podły Wallończyk, dzielnego Talbota,
Skradłszy się, w plecy uderzył swą lancą;
Bo Francuz, z całą zastępów swych siłą,
W oczy mu spojrzeć nie znalazł odwagi.
Bedford.  Więc zginął Talbot? To ja się zabiję,
Gdy tu w przepychu i próżniactwie żyłem,
A tam, waleczny nasz wódz opuszczony,
Zdradzony, wrogów nikczemnych był pastwą.
3 Posłan.  Nie, Talbot żyje, ale w jassyr poszedł,
A z nim lordowie Scales i Hungerford;
Reszta zginęła lub była zabrana.
Bedford.  Więc ja Francuzom okup jego spłacę,
Delfina z tronu własną ściągnę ręką,
Koroną jego okupię Talbota,
Ich czterech panów dam im za jednego.
Żegnam was; lecę powinność mą spełnić,
Zapalić ogień na francuskiej ziemi,
Aby dzień uczcić świętego Jerzego.
Dziesięć tysięcy biorę z sobą luda,
A świat zatrwożą odwagi ich cuda.
3 Posłan.  Czas już, bo Francuz Orlean oblega;
Angielska armia na duchu upada;
O pomoc woła hrabia Salisbury,
Bo ledwo trzyma w karbach posłuszeństwa
Garstkę walczącą z tysiącami wrogów.

Exeter.  Pomnijcie teraz na waszą przysięgę,
Że albo Delfin z waszej zginie ręki,
Albo pod wasze jarzmo kark uchyli.
Bedford.  Nie zapomniałem; bywajcie mi zdrowi!
Przygotowania moje śpieszę naglić (wychodzi).
Gloucest.  Ja też co prędzej do Tower się udam
Lustrować cały rynsztunek wojenny,
A potem królem Henryka ogłosić (wychodzi).
Exeter.  Ja, mianowany króla opiekunem,
Idę do Eltham, gdzie teraz przebywa,
By tam nad jego czuwać bezpieczeństwem (wychodzi).
Winchest.  Każdy z nich godność ma i stanowisko,
A mnie jednemu nic już nie zostało;
Niedługo będę Jankiem bez posady;
Potrafię z Eltham króla uprowadzić,
I silną ręką ster rządów uchwycić (wychodzi).

SCENA II.
Francya. Pod murami Orleanu.
(Wchodzą: Karol na czele armii, Alençon, Reignier i inni).

Karol.  Jak bieg prawdziwy Marsa na niebiosach
Tak i na ziemi do dziś jest nieznany:
Niedawno świecił pomyślnie Anglikom,
Dziś na nas spojrzał i dał nam zwycięstwo.
Gdzie ważne miasto, co nie w naszych ręku?
Pod Orleanem koczujem bezpiecznie,
Gdy nas godzinę na miesiąc oblega
Zgłodniały Anglik, niby duchy blady.
Alençon.  Bo im brak zupy, tłustej wołowiny;
Albo ich tuczyć jak muły potrzeba,
Ciągle do pysków obrok przywiązywać,
Lub wyglądają jak mysz utopiona.
Reignier.  Czemu tak długo bezczynnie tu stoim?
Od oblężenia zmuśmy ich odstąpić.
Wróg najgroźniejszy: Talbot, naszym jeńcem,
Został szalony tylko Salisbury;

W bezsilnym gniewie niech sobie żółć psuje,
Bo mu do wojny brak ludzi i złota.
Karol.  Daj znak ataku. Rzućmy się więc na nich,
Pomścijmy honor Francyi poniżony.
Kto mnie zobaczy krok cofającego
Może bezkarnie odebrać mi życie. (Wychodzą).

(Alarm. Odparci są z wielką stratą przez Anglików. Wchodzą: Karol, Alençon, Reignier i inni).

Karol.  Czy widział kiedy kto coś podobnego?
Cóż to za wojsko? Psy, tchórze, zające.
Gdyby mnie pośród wrogów nie odbiegli,
Nie jabym pierzchnął.
Reignier.  Ich lord Salisbury,
Zbój to rozpaczny; on walczy jak człowiek,
Któremu życie zdaje się ciężarem.
Inni lordowie, niby lwy zgłodniałe,
Jak na swą pastwę rzucili się na nas.
Alençon.  Froissart mówi, że Anglia płodziła
Za panowania Edwarda Trzeciego
Tylko Rolandów, tylko Oliwerów;
Za naszych czasów lepiej się to sprawdza,
Bo śle na wojnę tylko Goliatów,
Tylko Samsonów. Jeden na dziesięciu!
Ktoby przypuścił w tych chudych hultajach
Tyle odwagi, tyle poświęcenia?
Karol.  Opuśćmy miasto; szalone te pułki
Z głodu na wszystko gotowe się ważyć.
Znam ich od dawna, wprzódy też zębami
Mury te zwalą, niż od nich odstąpią.
Reignier.  Myślę, że jakaś ukryta sprężyna,
Jak zegar w biegu, ramiona ich tęży,
Inaczej takby wytrzymać nie mogli.
Radziłbym tu ich w pokoju zostawić.
Alençon.  Zgoda. (Wchodzi Bękart Orleański).
Bękart.  Gdzie Delfin? Przynoszę mu wieści.
Karol.  Witaj, Bękarcie Orleański, witaj!
Bękart.  Lica twe blade, smutne twe spojrzenia;
Czy to ostatniej skutek jest przegranej?

Więc rozjaśń czoło, bo zbliża się pomoc.
Świętą Dziewicę przyprowadzam z sobą,
Która widzeniem przez niebo zesłanem
Przychodzi długie skończyć oblężenie,
Z francuskich granic wypędzić Anglików.
Duch jej proroczy potęgą prześciga
Starożytnego Rzymu dziewięć Sybil:
Przeszłość i przyszłość równie są jej znane.
Czy ją wprowadzić? Wierzaj memu słowu,
Bo ci zwiastuję prawdę nieomylną.
Karol.  Niech wejdzie. (Wychodzi Bękart).
Wprzódy, na wiedzy jej próbę,
Reignier, na mojem miejscu bądź Delfinem,
Mów do niej dumnie, poglądaj surowo;
Z jej odpowiedzi osądzim jej wiedzę.

(Odchodzi na stronę).
(Wchodzą: Bękart Orleański, Dziewica i inni).

Reignier.  Czy ty, Dziewico, masz te cuda spełnić?
Dziewica.  Czy myślisz, Reignier, że mnie zwieść potrafisz?
Gdzie Delfin? Wystąp z twojego ukrycia;
Znam cię, choć nigdy wprzódy nie widziałam.
Nie dziw się, nie ma dla mnie tajemnicy.
Tobie jednemu pragnę coś powiedzieć:
Panowie, chwilę zostawcie nas samych.
Reignier.  Jak na wstęp, śmiało sobie rozpoczyna.
Dziewica.  Jestem pasterza córką, o Delfinie,
A nie ćwiczony w naukach mój umysł;
Lecz okiem łaski Przenajświętsza Panna
Na stan wzgardzony mój raczyła spojrzeć.
Bo gdym owieczek moich pasła trzodę,
Mą twarz paliło słońce południowe,
Zstąpiła do mnie Boga Rodzicielka,
I w objawieniu pełnem majestatu
Mój stan mi podły rzucić nakazała,
A od klęsk moją ziemię wyswobodzić;
Przyrzekła pomoc, zapewniła tryumf.
W całej ją chwale widziałam na jawie.
Gdy opalone były wprzód me lica,

Ledwo jej blasku upadł na mnie promień,
Dał mi tę piękność, którą teraz widzisz.
Jakie chcesz tylko zadaj mi pytanie,
A bez namysłu na każde odpowiem.
Jeśli śmiesz, męstwo moje weź na próbę,
A ujrzysz, że me siły nad płeć moją;
Za towarzyszkę przyjmij mnie, Delfinie,
A na sztandary twe zwycięstwo spłynie.
Karol.  Dumne twe słowa przejmują mnie dziwem.
Twe męstwo stawię na jedyną próbę;
Zmierzysz się ze mną w pojedynczej bitwie;
Jeśli zwyciężysz, prawdą słowa twoje,
Lecz zwyciężonej nie mogę zaufać.
Dziewica.  Jestem gotowa; to miecz mój, okryty
Na każdej stronie pięciu liliami,
Wybrany w stosie starego żelastwa
W Touraine, gdzie cmentarz Świętej Katarzyny.
Karol.  Więc w imię boże! Nie drżę przed niewiastą.
Dziewica.  Ja, póki żyję, nie pierzchnę przed mężem.

(Walczą. Dziewica zwycięża).

Karol.  Stój! wstrzymaj rękę! Jesteś Amazonka,
Debory mieczem walczysz.
Dziewica.  Matka Boska
Moją pomocą; bez niej jestem słabą.
Karol.  Ktobądź cię wspiera, ty bądź mą podporą.
Miłości żądzą goreję ku tobie;
Jak moją rękę, tak podbiłaś serce.
Dzielna Dziewico, gdy takie twe miano,
Pozwól mi sługą twoim być nie królem,
O to francuski Delfin cię uprasza.
Dziewica.  W sercu na miłość miejsca nie zostało,
Niebo mi święte posłannictwo dało;
Niechaj ostatni wróg twój zginie wprzódy,
Potem ci powiem, jakiej chcę nagrody.
Karol.  Spójrz wprzód łaskawie na twojego sługę.
Reignier.  Delfin zbyt długo, zda mi się, rozmawia.
Alençon.  Na wskroś zapewne spowiada Dziewicę,
Bo nie wiem, coby tak długo z nią szeptał.

Reignier.  Czasby już przerwać długi ich rozhowór.
Alençon.  Może on teraz więcej ma na myśli,
Niż się nam biednym zdawać może ludziom.
Niewiasty język, chytry to kusiciel.
Reignier.  Co myślisz, książę? jakie twe zamiary?
Czyś postanowił opuścić Orlean?
Dziewica.  Nie, nie, powtarzam. Nędzniki bez wiary,
Tu walczyć trzeba póki tchu wam stanie;
Ja tarczą waszą.
Karol.  Potwierdzam jej słowa.
Dziewica.  Mem przeznaczeniem być Anglików biczem;
Od murów miasta dzisiaj ich odpędzę.
Liczcie na lato Świętego Marcina,
Dnie halcyońskie, gdy ja z wami trzymam.
Chwała podobna jest kołu na wodzie
Co coraz większym fałdzi się promieniem,
I ginie zbytkiem własnego przestworu;
Z Henryka śmiercią koniec koła Anglii;
Dziś ginie cała zamknięta w niem chwała.
Jam teraz barką zuchwałą i dumną,
Cezara z jego fortuną niosącą.
Karol.  Jeśli gołąbek natchnął Mahometa,
Toś ty jest orłem natchnięta, Dziewico.
Ni ci Helena, matka Konstantyna,
Ni równe córki świętego Filipa.
Wenery gwiazdo, na ziemię tę spadła,
Jakże cię mogę uczcić dość pobożnie?
Alençon.  Odpędźmy wroga od murów bez zwłoki.
Reignier.  Ocal nasz honor, uratuj Orlean,
Na nieśmiertelną zarób sobie chwałę.
Karol.  Naprzód! Jeżeli ona mnie zawiedzie,
Żaden nie znajdzie prorok u mnie wiary.

(Wychodzą).
SCENA III.
Londyn. Wzgórze przed Tower.
(Wchodzi, zbliżając się do bramy, Książe Gloucester i jego służba w niebieskiej barwie).

Gloucest.  Przychodzę Toweru lustrować rynsztunek;
Od śmierci króla lękam się kradzieży.
Lecz gdzie są straże? Nikogo nie widzę.
Otwórzcie bramy, Gloucester rozkazuje.

(Sługa stuka).

1 Stróż  (za sceną). Kto tak natrętnie szturmuje do bramy?
1 Sługa.  Szlachetny książę Gloucester.
2 Stróż  (za sceną).Ktobądźkolwiek,
Wejść tu nie może.
1 Sługa.  Taką odpowiedzią
Śmiesz zbywać rozkaz lorda protektora?
1 Stróż.  Niech protektora pan Bóg proteguje:
My tylko dane pełnimy rozkazy.
Gloucest.  Czyje rozkazy? Jeden ja tu panem,
Jeden ja Anglii jestem protektorem.
Wysadźcie bramę; ja za was odpowiem;
Banda fagasów żartować chce ze mną?

(Służba Gloucestera rzuca się ku bramie; z drugiej strony porucznik Toweru Woodvile zbliża się do bramy).

Woodvile  (za sceną). Co to za wrzawa? Co to są za zdrajcy?
Gloucest.  Twójże głos słyszę, poruczniku w Tower?
Otwórz, bo tego książę Gloucester żąda.
Woodvile  (za sceną). Przebacz mi, książę, nie mogę otworzyć.
Rozkaz mi przysłał kardynał Winchester,
Abym pod żadnym nie wpuścił pozorem
Ni ciebie, książę, ni żadnego z twoich.
Gloucest.  Tchórzliwy sługo, toż nad moją wolę
Przenosisz rozkaz dumnego prałata,
Którego nie mógł ścierpieć Henryk Piąty?
Ni Boga, ni ty króla przyjacielem;
Otwórz, lub wkrótce wyrzucę cię z Tower.

1 Sługa.  Wykonaj rozkaz lorda protektora,
Inaczej bramy wysadzimy gwałtem.

(Wchodzi Winchester, otoczony służbą w żółtej barwie).

Winchest.  Co się to znaczy, ambitny Humphreyu?
Gloucest.  Strzyżony mnichu, czyś to ty rozkazał,
Aby przede mną bramy te zamknięto?
Winchest.  Ja rozkazałem, okrutny tyranie
Nie protektorze króla lub królestwa.
Gloucest.  Precz stąd, nędzniku, co jawnie knowałeś
Spiski na życie naszego monarchy,
Jawnogrzesznicom dawałeś odpusty.
Z twym kardynalskim wielkim kapeluszem,
Mym domownikom wychuśtać cię każę,
Jeśli się uprzesz stać przy twem zuchwalstwie.
Winchest.  Ty raczej ustąp, ja kroku nie cofnę.
Miejsce to nowym niech będzie Damaszkiem,
Ty bądź Kainem, zabij brata Abla,
Jeśli chcesz.
Gloucest.  Nie mam chęci cię zabijać,
Spłoszę cię tylko; jak dziecko w pieluchach
W twym purpurowym wyniosę cię płaszczu.
Winchest.  Rób, co chcesz sobie; drwię z twoich pogróżek.
Gloucest.  Ja mam cierpliwie twe znosić zuchwalstwo?
Do szabli! Mimo przywilejów miejsca,
Dalej niebieskie mundury na żółte!

(Gloucester i jego ludzie atakują biskupa).

Radzę ci, mnichu, pilnuj twojej brody,
Bo ją porządnie wytargać zamierzam.
Twój kardynalski podepczę kapelusz;
Mimo papieża, kościelnych godności,
Tu i natychmiast wytargam ci uszy.
Winchest.  Zdasz przed papieżem, Gloucesterze, rachunek,
Gloucest.  Gąsię z Winchester! Przynieście postronek!
Łotrów tych w żółtym wypłoszcie mundurze.
Precz z moich oczu, wilku w owczej skórze!
Precz, purpurowy, precz mi obłudniku!

(Zgiełk. Wchodzi lord mer Londynu i oficerowie).

Mer.  Wstyd wam, narodu pierwsi dostojnicy,
Że tak publiczny zakłócacie pokój!
Gloucest.  Nie takbyś mówił, gdybyś znał me krzywdy.
Patrz, Beaufort, szydząc i z Boga i z króla,
Na swój użytek Tower skonfiskował.
Winchest.  Patrz, to jest Gloucester, wróg obywateli,
Co zawsze wojny niepokoju szukał,
Co ogromnemi wycieńczał strofami
Wasze sakiewki wolne, a chce teraz,
W to ufny, że jest kraju protektorem,
Religię w naszem królestwie obalić,
Wyciągnąć z Toweru wojenne rynsztunki,
Zrobić się królem, zamordować księcia.
Gloucest.  Nie słowem na to, lecz szablą odpowiem.

(Walczą znowu).

Mer.  Śród tych rozterek nic mi nie zostaje,
Jak proklamacyę publicznie ogłosić.
Wystąp, heroldzie, głos natęż, jak możesz.

Herold.  Wszelkiego rodzaju ludzie, zbrojnie tu dziś zgromadzeni, gwałcący boski i królewski pokój, wzywam was i rozkazuję wam, w imię jego książęcej mości, abyście się rozeszli natychmiast do waszych domów, abyście odtąd nie nosili, ani dobywali, ani używali żadnej szabli, żadnej szpady, żadnego sztyletu, pod karą gardła.

Gloucest.  Nie chcę praw naszych gwałcić, kardynale,
Lecz się spotkamy jeszcze, a otwarcie
Myśl ci mą powiem.
Winchest.  Spotkamy, Gloucesterze,
A to spotkanie drogo mi zapłacisz.
Wszystką krwią serca twojego obmyję
Ohydę, którą dziś mi wyrządziłeś.
Mer.  Jeśli natychmiast się nie rozbiegniecie,
Halabardników zwołam. Ten kardynał
Od Lucypera samego dumniejszy.
Gloucest.  Bądź zdrów, majorze, zrobiłeś, co mogłeś.
Winchest.  Pilnuj twej głowy, obrzydły Gloucesterze,
Z bark bowiem twoich zdejmę ją niebawem. (Wychodzą).

Mer.  Nie odejdziemy, aż się tłum rozproszy.
Że też w tych panach tyle gniewu żyje!
Ja na czterdzieści lat raz się nie biję. (Wychodzą).

SCENA IV.
Francya. Pod Orleanem.
(Pokazują się na wałach: Puszkarz i jego syn).

Puszkarz.  Wiesz, jak Orlean nasz jest oblężony,
I jak przedmieścia zajęli Anglicy.
Syn.  Wiem, ojcze, nieraz strzelałem już do nich,
Lecz wciąż na moje chybiałem nieszczęście.
Puszkarz.  Nie chybisz teraz; słuchaj mojej rady:
Naczelnym miasta jestem ja puszkarzem,
Więc dobrym muszę odznaczyć się strzałem.
Właśnie książęce szpiegi mi doniosły,
Że Angielczycy, silnie na przedmieściu
Oszańcowani, zwykle z tamtej wieży
Patrzą na miasto, jakby to najlepiej
Prażyć nas ogniem, albo szturm przypuścić.
By to szpiegostwo przerwać raz na zawsze,
Działo naprzeciw wieży postawiłem,
I dzień już trzeci czatuję tu na nich.
Na mojem miejscu zajmij posterunek,
Bo już na nogach trzymać się nie mogę;
Jeśli ich ujrzysz, co tchu mnie zawołaj;
W gubernatora domu idę spocząć. (Wychodzi).
Syn.  O, bądź spokojny, ojcze. Bylem tylko
Dojrzeć ich zdołał, nie będę cię trudził.

(Wchodzą do izby na szczycie wieży lordowie Salisbury i Talbot, sir William Glansdale, sir Tomasz Gargrave i inni).

Salisbury.  Talbot, me życie, radość moja, wrócił!
Jak cię w niewoli twojej traktowano?
Jakim sposobem wolność odzyskałeś?
Opowiedz wszystko na wieży tej szczycie.
Talbot.  Miał książę Bedford jeńca w swoich ręku
Którego imię sir Ponton de Santrailles,

Jego wolnością książę kupił moją.
Już i poprzednio chcieli mnie wymienić,
Jak na pogardę, za nędznego giermka,
Lecz tę wymianę z dumą odrzuciłem,
Bo umrzeć raczej wolę, niż zezwolić,
By mnie w tak nizkiej trzymać kto miał cenie.
Wkońcu, jak chciałem, byłem wykupiony.
Ten zdrajca Fastolfe serce mi zakrwawia;
Gdybym go teraz w mojej trzymał mocy,
Sam, własną ręką, byłbym jego katem.
Salisbury.  Ale nie mówisz, jak cię traktowano?
Talbot.  Z ciągłem szyderstwem, wzgardą, przygryzkami.
Na plac publiczny byłem powleczony,
Na widowisko pospolitej rzeszy.
Patrzcie, wołano, to postrach Francuzów,
To dzieci waszych zwyczajne straszydło.
Z rąk moich stróżów wyrwałem się wściekły,
Kamienie z bruku paznogciami rwałem,
Aby je miotać na hańby mej widzów.
Na widok twarzy mej gniewnej pierzchnęli,
I nikt przybliżyć do mnie się nie ważył.
Żelazne mury nie dość były silne;
Taką w nich trwogę moje siało imię,
Iż przypuszczali, że ręki mej siłą
Stalowe kraty potrzaskam jak próchno,
Dyamentowe powyrywam słupy.
Zawsze też wybór strzelców mnie pilnował,
Oczu ode mnie straż nie odwracała,
Gotowa kulę w moje posłać serce,
Bylem się z łoża mojego śmiał ruszyć.
Salisbury.  Twoje cierpienia łzy mi wyciskają;
Ale nie długo pomsty będziesz czekał.
Jest teraz w mieście godzina wieczerzy,
A przez tę kratę łatwo nam policzyć
Nad okopami pracujące tłumy;
Spójrz tylko, widok może cię zabawić.
Tomaszu Gargrave, Wilhelmie Glansdalu,

Jak wam się zdaje, w którą stronę miasta
Skierować ogień najkorzystniej będzie?
Gargrave.  Na tę północną bramę, moim sądem;
Tam są panowie.
Glansdale.  Jabym jednak radził,
Obrócić działa na mostowy bulwark.
Talbot.  Najlepiej będzie miasto wprzód ogłodzić,
A utarczkami osłabić załogę.

(Strzał z miasta; Salisbury i sir Tomasz Gargrave upadają).

Salisbury.  Panie! grzesznikom pokaż miłosierdzie!
Gargrave.  Wszechmocny Boże, zlituj się nade mną!
Talbot.  Co za nieszczęście krzyżuje nam plany!
Mów, Salisbury, mów, jeżeli możesz;
Co ci jest, cnoty żołnierskiej zwierciadło?
Kula wyrwała oko i pół twarzy!
Przeklęta wieża i ręka przeklęta,
Co dokonała tej krwawej tragedyi!
Trzynaście bitew wygrał Salisbury,
Do wojny wprawiał Henryka Piątego;
Gdzie zagrzmiał bęben, trąbka się ozwała,
Tam oręż jego postrach i śmierć rzucał.
Czy żyjesz jeszcze? Choć straciłeś mowę,
Masz oko jedno, by je wznieść do nieba:
Słońce świat cały jednem widzi okiem.
Niech nikt nie znajdzie miłosierdzia w niebie,
Jeśli nie znajdzie go tam Salisbury!
Wynieście ciało; ja pogrzeb mu sprawię.
Tomaszu Gargrave, czyli żyjesz jeszcze?
Mów do Talbota, lub spojrzej choć na mnie.
Duszę twą pociesz myślą. Salisbury,
Że wprzód nie umżesz, nim —
Znak daje ręką, uśmiecha się do mnie,
Jakby chciał mówić: „Gdy już mnie nie będzie,
Śmierć mą, Talbocie, pomścij na Francuzach!“
Plantagenecie, przysięgam tę pomstę;
Jak drugi Neron grać będę na lutni,
W płomieniach widząc miasta ich i sioła.
Me imię będzie ruiną Francuzów.

(Słychać grzmot piorunu i alarm).

Co to za wrzawa? Co znaczy ten piorun?
Co mi ten alarm, te krzyki zwiastują?

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Milordzie, Francuz wszystkie siły zebrał,
Delfin z niejaką Joanną Dziewicą,
Świeżo zjawioną świętą prorokinią,
Od murów miasta odpędzić nas przybył.

(Salisbury wydaje jęk).

Talbot.  Jak konający jęknął Salisbury!
Cierpi, bo pomścić nie może swej śmierci.
Francuzi, będę dla was Salisburym.
Dziewka, dziewica — delfin czy tam rekin,
Mniejsza; ja serca wasze napiętnuję
Podkową mego rumaka, kopytem
Rozdepczę wasze mózgi na garść błota.
Ponieście jego zwłoki do namiotu;
Zobaczym potem, na co się odważą
Francuskie tchórze przeciw naszym mężom.

(Wychodzą, wynosząc ciała poległych).
SCENA V.
Pod bramami Orleanu.
(Alarm. Utarczki. Talbot przebiega scenę, ścigając uciekającego Delfina. Wbiega Joanna, pędząc przed sobą Anglików. Wchodzi Talbot).

Talbot.  Gdzie siła moja? gdzie męstwo i dzielność?
Wstrzymać nie mogę naszych pierzchających;
Kobieta w zbroi z placu ich spłoszyła.

(Wchodzi Dziewica).

To ona; teraz zmierzyć się z nią muszę.
Ja cię zażegnam, dyable, czy dyablico,
Krwi ci utoczę; jesteś czarownicą;
Do twego pana duszę twoją poślę.
Dziewica.  Ja jedna dumę twoją upokorzę. (Walczą).
Talbot.  Pozwoliż niebo piekłu tryumfować?
Niech pierś ma pęknie męstwa wysileniem,

Niechaj ze stawów me wyskoczy ramię,
Bylem szurgota tego tylko skarcił.
Dziewica.  Bądź zdrów! Nie przyszła twa jeszcze godzina;
Muszę Orlean w żywność zaopatrzyć;
Jeżeli możesz, puść się za mną w pogoń;
Szydzę z twej siły. Leczbym ci radziła
Twoich zgłodniałych pokrzepić żołnierzy,
Salisburemu pomódz, by co prędzej
Testament pisał. Przy nas dziś zwycięstwo,
Jak i na przyszłość długo jeszcze będzie.

(Wchodzi do miasta z wojskiem).

Talbot.  Myśl się ma kręci jak koło garncarza;
Nie wiem, gdzie jestem i nie wiem, co robię.
Nie siłą ale strachem czarownica,
Drugi Annibal, wojsko me rozpędza:
Tak pszczoły dymem z ulów wypędzają
A gołębice smrodem z gołębnika.
Dla zaciekłości dogami nas zwano,
Dziś, jak szczenięta, skomląc, uciekamy.

(Krótki alarm).

Lub bój na nowo zacznijcie, rodacy,
Lub na angielskim herbie lwy zatrzyjcie,
A na ich miejsce wyryjcie jagnięta.
Jagnię przed wilkiem nie pierzcha tak trwożnie,
Ni koń, ni woły na widok lamparta,
Jak wy na widok waszych niewolników,
Których tak często gromiliście wprzódy.

(Alarm. Utarczki).

Tak być nie może. Schrońcie się do szańców.
Za waszą zgodą zginął Salisbury,
Skoro nie chcecie śmierci jego pomścić.
Dziewica w mury Orleanu weszła
Mimo oporu i naszych wysileń.
Ach, z Salisburym czemuż nie zginąłem!
Od wstydu chciałbym głowę skryć przed światem.

(Alarm. Odwrót. Wychodzą: Talbot i jego żołnierze).
SCENA VI.
Orlean.
(Pokazują się na wałach: Dziewica, Karol, Alençon, Reignier i żołnierze).

Dziewica.  Na murach sztandar zatknijcie powiewny —
Angielskie wilki od miasta odparte:
Joanna swego dotrzymała słowa.
Karol.  Boska istoto, ty córko Astrei,
Jak zdołam godnie uczcić twe zwycięstwo?
Twe przyrzeczenie to sad Adonisa,
Dziś kwieciem, jutro już strojny owocem.
Tryumfuj, Francyo, w twojej prorokini!
Uratowany jest przez nią Orlean;
Nigdy szczęśliwszych dni kraj ten nie widział.
Reignier.  Czemu się jeszcze dzwony nie ozwały?
Radosne ognie niech mieszkańcy palą,
Niech na ulicach uczty zastawiają
Na znak wesela, które Bóg nam zesłał.
Alençon.  Francya się cała radością napełni,
Gdy o dzielności swych usłyszy synów.
Karol.  Joanny dziełem zwycięstwo nie naszem,
Z nią się też moją podzielę koroną;
Królestwa mego kapłany i mnichy
Będą jej chwałę na procesyach śpiewać.
Szczytniejszą dla niej wzniosę piramidę
Od piramidy Rodopy i Memfis.
Na jej pamiątkę, gdy ją śmierć zabierze,
Święty jej popiół, w urnie kosztowniejszej
Od Daryusza szkatułki, zamknięty,
W dniach uroczystych będzie obnoszony
Przed królem Francyi i Francyi królową.
Nie Dyonizy święty naszem hasłem,
Naszą patronką Joanna Dziewica.
Idźmy, niech bankiet zastawią wspaniały,
By dzień czcić złoty zwycięstwa i chwały.

(Wychodzą przy odgłosie trąb).



AKT DRUGI.
SCENA I.
Orlean.
(Pokazują się w bramie: francuski sierżant i dwóch szyldwachów).

Sierżant.  Tu wasze miejsce, a czujność, koledzy!
Gdy się do murów żołnierz jaki zbliży,
Dajcie natychmiast znaki odwachowi.
1 Szyldw.  Dobrze, sierżancie. (Wychodzi sierżant).
Zawsze biedny ludek,
Kiedy w wygodnych chrapią inni łożach,
Straż musi trzymać na słocie i mrozie.

(Wchodzą: Talbot, Bedford, książę Burgundyi z drabinami szturmowemi; ich bębny biją marsz głuchy).

Talbot.  Lordzie regencie i książę Burgundyi,
Z którym przymierze zapewnia nam przyjaźń
Ziemi Wallońskiej, Artois i Pikardyi,
Francuz używa sobie teraz wczasu,
Bo pił i hulał cały dzień poprzedni.
Z przyjaznej pory trzeba nam korzystać,
Aby ich dumę skarcić ze zwycięstwa
Odniesionego sztuką i czarami.
Bedford.  Tchórzliwy Francuz! jak swej szkodzi chwale,
Gdy rozpaczając o sile swej ręki,
Z czarownicami, z piekłem się sojuszy.
Ks. Burg.  Zwykli to wszystkich zdrajców sprzymierzeńcy.
Lecz ta Dziewica, o której czystości
Tyle nam prawią, kto ona prawdziwie?
Talbot.  Dziewka, jak mówią.
Bedford.  Dziewka, a tak bitna?
Ks. Burg.  Bodaj nie była tylko dla nas mężem,
Jeżeli zbrojna i później jak teraz
Będzie pod Franków służyła sztandarem.
Talbot.  Niech z piekielnymi łączą się duchami;
Bóg naszą twierdzą; w jego święte imię

Po szczeblach drabin na mur się ich drapmy.
Ks. Burg.  Bądź pierwszym, pójdziem za tobą, Talbocie.
Talbot.  Nie wszyscy razem i nie w jednem miejscu.
Lepiej próbować losu w różnych stronach;
Jeśli jednego zawiedzie fortuna,
Drugi, szczęśliwszy na karki im wpadnie.
Bedford.  Zgoda. Ja w tamten pójdę kąt.
Ks. Burg.  Ja w tamten.
Talbot.  A tutaj Talbot na mur się ich wdrapie,
Lub grób swój znajdzie. Teraz, Salisbury,
Walczę za ciebie, za prawa Henryka;
Z bożą pomocą pokażę tej nocy,
Jak mi są drodzy: król mój i przyjaciel.

(Anglicy wdzierają się na mury z okrzykami: Święty Jerzy! Talbot i wszyscy wbiegają do miasta).

Szyldwach  (za sceną). Do broni! Anglik szturmuje do miasta!

(Francuzi przeskakują mury w koszulach. Wbiegają z różnych stron: Bękart, Alençon, Reignier, na pół ubrani).

Alençon.  Jak to, panowie wszyscy rozebrani?
Bękart.  Radzi, że mogli i tak się ratować.
Reignier.  Zbudzić się czas był i opuścić łoże,
Gdy słyszeliśmy u drzwi naszych alarm.
Alençon.  Jeszcze, jak oręż noszę, nie słyszałem
O przedsięwzięciu tak jak to zuchwałem.
Bękart.  Ten Talbot musi być dyabłem z dna piekieł.
Reignier.  Jeśli nie z piekła, to niebo z nim trzyma.
Alençon.  To Karol! Patrzcie tylko, jak on pędzi.

(Wchodzą: Karol i Dziewica).

Bękart.  Święta Joanna była jego stróżem.
Karol.  Toż sztuki twoje, zdradliwa niewiasto?
Najprzód schlebiałaś małą nam wygraną,
Ażeby teraz strata nasza była
Dziesięćkroć większa?
Dziewica.  Dlaczego się Karol
Na przyjaciołkę swoją niecierpliwi?
Zawszeż jednaką ma być ma potęga?
Mamże zwyciężać i śpiąc i czuwając?
Mamże za wszystkich błędy odpowiadać?

Gdyby czujniejszą straż trzymało wojsko,
Nagła ta klęska nie spadłaby na nas.
Karol.  Książe Alençon, odpowiesz mi za to,
Że będąc straży dowódzcą tej nocy,
Twoich szyldwachów nie dojrzałeś pilniej.
Alençon.  Gdyby tak wszystkie były posterunki,
Jak mój strzeżone, hańbiący ten napad
Nigdy Anglikom nie byłby się udał.
Bękart.  Mój był bezpieczny.
Reignier.  I mój, mości książę.
Karol.  Co do mnie, większą nocy tej połowę,
Między Dziewicy a mem stanowiskiem,
Obchodząc wartę po warcie, spędziłem.
Jakąż więc drogą wdarli się do miasta?
Dziewica.  Jak, jaką drogą, nie pytajcie teraz,
Dosyć wam wiedzieć, że znaleźli miejsce
Słabo strzeżone i wbiegli do miasta.
Dla nas jedyne zostaje zbawienie:
Zebrać co prędzej rozproszone wojsko,
O nowym planie ataku pomyśleć.

(Alarm. Wchodzi jeden angielski żołnierz wołając: Talbot! Talbot! Francuzi uciekają, zostawiając odzież).

Żołnierz.  Pozwolę sobie wziąć, co zostawili.
To imię Talbot, za oręż mi służy;
Zostałem panem bogatego łupu,
Za broń jedyną mając jego imię (wychodzi).

SCENA II.
Orlean. W mieście.
(Wchodzą: Talbot, Bedford, książę Burgundyi, kapitan i inni).

Bedford.  Zaczyna świtać, a noc już ucieka,
Co czarnym płaszczem ziemię otuliła.
Wstrzymajmy pogoń, dajmy znak odwrotu.

(Trąbią na odwrót).

Talbot.  Salisburego przynieście tu zwłoki,
Złóżcie je w środku przeklętego miasta,

Na jego rynku. Dopełniłem teraz
Ślubów złożonych wielkiej jego duszy:
Za każdą kroplę krwi z niego wylanej
Pięciu przynajmniej poległo Francuzów;
Ażeby wiekom potomnym przekazać,
Jaką ruiną śmierć jego pomściłem,
W ich katedralnym wystawię kościele
Grobowiec, w którym ciało jego złożę,
A jego napis czasom najpóźniejszym
Opowie grabież miasta Orleanu,
Zdradziecki sposób gorzkiej jego śmierci,
I jak był groźnym Francuzów postrachem.
Ale, panowie, dziwna, że wśród rzezi
Ni się Delfina zdarzyło nam spotkać,
Ni nowej jego cnotliwej rycerki,
Ni wiarołomnych jego sprzymierzeńców.
Bedford.  Mówią, że ledwo poczęła się bitwa,
Z sennego łoża nagle rozbudzeni,
Z tłumem żołnierstwa, by ratunek znaleźć,
Przez mury skacząc uciekli na pole.
Ks. Burg.  Ja sam, o ile zdołałem rozpoznać
Pośród mgły gęstej i śród kłębów dymu,
Delfina z kumą jego wypłoszyłem,
Właśnie gdy, ręka w ręce, nadbiegali,
Niby turkawek zakochanych para
Nierozłączonych i we dnie i w nocy.
Jak tylko w mieście wszystko urządzimy,
W pogoń za nimi z całą pójdziem siłą.

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Pozdrawiam panów. W tem książęcem kole,
Którego dzielnym zowiecie Talbotem,
Przez wielkie czyny w całej słynnym Francyi?
Talbot.  Oto jest Talbot; co mu chcesz powiedzieć?
Posłaniec.  Cnotliwa dama, hrabina Auvergne’i,
Ze skromnem chwały twojej uwielbieniem,
Przez moje usta prosi, byś ją raczył
W biednym jej zamku nawiedzić, milordzie,
By się poszczycić mogła, że widziała

Wielkiego męża, który swoją sławą
Cały świat jasnym napełnia rozblaskiem.
Ks. Burg.  Czy tak? To widzę, że się nasze wojny
Wkrótce w spokojne zmienią krotofile,
Gdy na spotkanie zapraszają damy.
Nie możesz, lordzie, grzeczną wzgardzić prośbą.
Talbot.  Ani też myślę. Czegoby wymową
Świat cały mężczyzn nie wymógł ode mnie,
Uprzejmość jednej każe mi niewiasty.
W mem też imieniu złóż jej naprzód dzięki,
Powiedz, że będę woli jej posłuszny.
Czy towarzyszyć chcecie mi panowie?
Bedford.  Nie, to jest więcej, niż zwyczaj pozwala.
Wszak powiadają, że gość nieproszony
Najmilszy wtedy, gdy się z nami żegna.
Talbot.  Skoro więc niema już na to ratunku,
Sam grzeczność damy tej na próbę stawię.
Mam ci powiedzieć słowo, kapitanie.

(Rozmawia z nim na stronie).

Pojmujesz?
Kapitan.  Całkiem, i co trzeba, zrobię. (Wychodzą).

SCENA III.
Auvergne. Dziedziniec zamku.
(Wchodzi: Hrabina i jej Odźwierny).

Hrabina.  Odźwierny, pomnij wykonać rozkazy,
A gdy wykonasz przyniesiesz mi klucze.
Odźwier.  Przyniosę, pani (wychodzi).
Hrabina.  Zrobiona zasadzka.
Jeżeli wszystko po mej pójdzie woli,
Tak sławną będę, jak przez śmierć Cyrusa
Była scytyjska królowa Thomyris.
Wielkie ma imię straszliwy ten rycerz,
I równie wielka czynów jego sława.
Świadectwo uszu okiem pragnę stwierdzić,
I dziwne wieści własnym sprawdzić sądem.

(Wchodzą: Posłaniec i Talbot).

Posłaniec.  Pani, powolny twemu zaproszeniu,
Lord Talbot przybył.
Hrabina.  Z radością go witam.
To on?
Posłaniec.  Tak, pani.
Hrabina.  Toż jest bicz Francuzów?
Toż jest ów Talbot którego imieniem
Francuskie matki dzieci swoje straszą?
Widzę, że błędną, bajeczną wieść była.
Myślałam ujrzeć surowe oblicze
Alcyda, albo drugiego Hektora,
W ogromnych ciała i członków rozmiarach,
A tu ja widzę małego karzełka.
Nie, pomarszczony i słaby łokietek
Nie mógł siać trwogi w szykach nieprzyjaciół.
Talbot  Daruj mi, pani, natrętną wizytę;
Gdy do rozmowy wczasu teraz nie masz,
Pozwolę sobie powrócić w czas lepszy.
Hrabina.  Co on zamierza? Idź, spytaj, gdzie idzie?
Posłaniec.  Lordzie Talbocie, pani moja pyta,
Co do nagłego skłania cię odejścia?
Talbot  Gdy się twa pani tak w swych myli sądach,
Idę jej dowieść, że Talbot jest w zamku.

(Wchodzi odźwierny z kluczami).

Hrabina.  Jeśli nim jesteś, to wiedz, żeś jest jeńcem.
Talbot  Jeńcem? A czyim?
Hrabina.  Moim, krwawy lordzie,
Do mego zamku na to cię zwabiłam.
Cień twój oddawna w mojej już był mocy,
Twój bowiem portret w mej galeryi wisi:
Los cienia teraz podzieli istota.
W kajdany ujmę nogi te i ręce,
Co tak okrutnie, przez tak długie lata,
Kraj mój niszczyły, mordowały ludzi,
Mężów i dzieci nasze w jassyr słały.
Talbot  Ha! ha! ha!
Hrabina.  Jak to? Śmiejesz się, milordzie?

Śmiech twój niedługo na jęk się przemieni.
Talbot.  Twoja mnie, pani, rozśmiesza prostota,
Jeśli przypuszczasz, że co więcej trzymasz,
Niż cień Talbota, by się nad nim pastwić.
Hrabina.  Czyż nim nie jesteś?
Talbot.  Jestem niewątpliwie.
Hrabina.  Więc oprócz cienia trzymam i istotę.
Talbot.  Nie, nie, ja tylko cieniem moim jestem;
Lecz wierzaj niema tu mojej istoty,
Bo co tu widzisz, najmniejszą jest cząstką,
Drobnym jest tylko człowieka ułomkiem.
Gdybym tu stanął w całej mej postaci,
W takbym olbrzymich zjawił się rozmiarach,
Że zamek cały objąćby mnie nie mógł.
Hrabina.  U ciebie, widać, zagadek jak w sklepie:
Jest tu i nie jest; jakże to pogodzić?
Talbot.  Natychmiast, pani, wszystko wytłómaczę.

(Uderza w róg. Słychać bębny, a następnie odgłos działa. Przez wysadzone bramy wchodzą żołnierze).

Co mówisz, pani? Czy wierzysz mi teraz,
Że Talbot cieniem samego był siebie?
Oto istota, żyły, dłonie, siły,
Któremi zgina buntownicze karki,
Pali i z ziemią miasta wasze równa,
I spustoszenie na około sieje.
Hrabina.  Przebacz obeldze, zwycięski Talbocie;
Czuję, że sławie twojej jesteś równy,
A wyższy nad twej postaci świadectwo.
Nie karć surowo mej zarozumiałości,
Bo płaczę nad tem, że cię nie przyjęłam
Z poszanowaniem, jakie ci należy.
Talbot.  Nie trwóż się, pani, i nie sądź tak mylnie
Duszy Talbota, jak sądziłaś ciało.
W uczynku twoim nie widzę obrazy.
A na odpłatę wymagam jedynie,
Żebyśmy mogli z twojem pozwoleniem,
Win twych skosztować i twoich łakoci,
Bo zawsze głodny żołnierski żołądek.

Hrabina.  Z całego serca. Honorem jest dla mnie,
Gościa takiego w mym częstować domu.

SCENA IV.
Londyn. Ogród Templaryuszów.
(Wchodzą: hrabiowie Somerset, Suffolk i Warwick; Ryszard Plantagenet, Vernon i inny prawnik).

Plantag.  Co to milczenie znaczyć ma, panowie?
Nikt serca nie ma prawdzie dać świadectwo?
Suffolk.  Zbyt wrzawy było w Templaryuszów sali;
Ogród ten zda się na to dogodniejszy,
Plantag.  Powiedzcie śmiało, czy mówiłem prawdę,
Czy nie był w błędzie kłótnik ten Somerset?
Suffolk.  Nigdy ja w prawie zbyt nie byłem mocny,
Nigdym do niego woli nie mógł ugiąć,
Do mej też woli uginałem prawo.
Somerset.  Lordzie Warwicku, bądź więc naszym sędzią.
Warwick.  Może mam dosyć rozumu, by sądzić,
Który z sokołów dwóch wzbija się wyżej,
Który z ogarów dwóch lepiej cukruje,
Która z dwóch szabli hart lepszy posiada,
Który z dwóch koni jeźdźca lepiej nosi,
Która z dwóch dziewczyn wzrok ma swawolniejszy
Lecz w prawnych kruczkach wyznaję, panowie,
Gawron wam lepiej ode mnie odpowie.
Plantag.  Ba, ba, chcesz tylko zręcznie się wywinąć,
Bo tak mej sprawy słuszność oczywista,
Że i krótkowidz musi ją zobaczyć.
Somerset.  Z mojej jest strony prawda tak dowodna,
Tak czysta, jasna i tak wyrazista,
Że blask jej nawet ślepego uderzy.
Plantag.  Skoro wam usta tak trudno otworzyć,
To niemym znakiem myśl waszą objawcie;
Niech każdy, który prawym jest szlachcicem,
A dba o honor swego urodzenia,
Jeśli uznaje, że przy mnie jest prawda,

Niech ze mną razem białą uszczknie różę.
Somerset.  Kto tchórzem albo pochlebcą być nie chce,
Dosyć ma serca, aby prawdy bronić,
Czerwoną różę niech uszczknie wraz ze mną.
Warwick.  Nie lubię wcale rzeczy farbowanych,
A więc baz farby podłego pochlebstwa
Z Plantagenetem białą zrywam różę.
Suffolk.  A ja czerwoną z młodym Somersetem,
Uznając głośno sprawy jego słuszność.
Vernon.  Stójcie, panowie, nim rzecz pójdzie dalej,
Zgódźmy się wprzódy, że po czyjej stronie
Mniej róż się znajdzie, ustąpi drugiemu.
Somerset.  Mości Vernonie, przyjmuję twój wniosek,
Z róż mniejszą liczbą ustąpię w milczeniu.
Plantag.  I ja.
Vernon.  Więc w imię szczerości i prawdy
Zrywam ten kwiatek dziewiczy i blady,
I sąd wydaję na rzecz białej róży.
Somerset.  Tylko zrywając nie ukłuj się w palec,
Bo krwią zamienisz białą na czerwoną,
I mimowoli będziesz mym stronnikiem.
Vernon.  Jeśli wyleję krew dla mych przekonań,
Me przekonania będą mi lekarzem,
Przy mej mnie stronie wiernie utrzymają.
Somerset.  No, dobrze, dobrze; rwij różę. Kto więcej?
Prawnik.  Jeśli mnie sąd mój, książki me nie mylą,

(Do Somerseta).

Twój mi argument słabym się wydaje,
I białą różę wybieram na dowód.
Plantag.  A gdzie są teraz twoje argumenta?
Somerset.  Tu, w mojej pochwie; z dobrą ich pomocą
Czerwoną różę biało pomaluję.
Plantag.  Tymczasem kwiat mój na twych nosisz licach;
Zbladły od strachu, jakby chciały świadczyć
Za moją stroną.
Somerset.  Nie, Plantagenecie,
Gniew to nie trwoga. Lecz twoje oblicze
Od wstydu płonie, jest jak moja róża,

Chociaż twój język błędu nie chce wyznać.
Plantag.  Czy niema na dnie róży twej robaka?
Somerset.  A na twej kolca?
Plantag.  O! jest ostry kolec,
Który potrafi słuszności mej dowieść,
Kiedy twój robak własne toczy kłamstwo!
Somerset.  Znajdę przyjaciół mojej krwawej róży
Gotowych czynem prawdę słów mych poprzeć
Tam, gdzie fałszywy nigdy Plantagenet
Stanąć nie zechce.
Plantag.  Na ten kwiat dziewiczy,
Gardzę, dzieciuchu opryskliwy, tobą
I twą czeredą.
Suffolk.  Ku tej tylko stronie
Nie zwracaj wzgardy twej, Plantagenecie.
Plantag.  Zwrócę, Suffolku dumny, a w dodatku
I tobą gardzę.
Suffolk.  Moją część pogardy
W twe gardło wtłoczę.
Somerset.  Skończ, dobry Wilhelmie,
Zbytkiem honoru dla tego jest chłystka
Rozmowa z nami.
Warwick.  Nie, nie, Somersecie,
Krzywdzisz go; wszakże jego jest pradziadem
Lionel, książę Klarencyi, syn trzeci
Naszego króla, Trzeciego Edwarda;
Jakże z nasienia takiej dostojności
Mógł wykiełkować chłystek nie herbowy?
Plantag.  Gdyby nie ufność w przywileje miejsca,
Zajęcze jego serceby nie śmiało
Słów tych wymówić.
Somerset.  Jak jest Bóg na niebie,
Słów moich prawdę gotów jestem poprzeć,
W jakim chcesz kącie chrześcijańskiej ziemi.
Czyliż twój ojciec, Ryszard hrabia Cambridge,
Zdrad swych i spisków gardłem nie zapłacił?
A jego zdrada czy twej krwi nie kala,
Czy nie odziera z szlachectwa honorów?

W twojej krwi dotąd zbrodnia jego żyje;
Nim ci cześć zwróci rehabilitacya,
Zostaniesz chłystkiem.
Plantag.  Ojciec mój o zdradę
Był oskarżony, lecz nie przekonany;
Nie był też zdrajcą, choć jak zdrajca zginął.
Tego dowiodę, skoro czas dojrzeje,
Lepszym od ciebie mężom, Somersecie.
Ciebie zaś, z twoim sprzymierzeńcem Polem,
Do mej pamięci zaciągam tu księgi,
By za dzisiejszą skarać was obelgę.
Więc ostrzeżeni miejcie się na pieczy.
Somerset.  Nie trwóż się, zawsze znajdziesz nas gotowych,
Po tej nas farbie rozpoznasz jak wrogów,
Którą na przekór tobie będziem nosić.
Plantag.  I ja też różę tę, od gniewu bladą,
Na nienawiści mej znak krwi łaknącej,
Dopóty będę z przyjaciołmi nosił,
Dopóki ze mną w mym nie uschnie grobie,
Lub nie wybuja do mej wysokości.
Suffolk.  Pnij się, aż twoja zdusi cię ambicya.
A do pierwszego bywaj zdrów spotkania (wychodzi).
Somerset.  I ja cię żegnam, ambitny Ryszardzie (wychodzi).
Plantag.  Co za zuchwalstwo! i ja muszę znosić
Takie przechwałki.
Warwick.  Plamę twego domu
Zmaże parlament zwołany, by stwierdzić
Zgodę Gloucestera z biskupem Winchester.
Jeśli nie będziesz razem kreowany
Księciem Yorku, nie jestem Warwickem.
Tymczasem, jako miłości mej dowód,
Wróg Somerseta i Wilhelma Pola,
Znak twych przyjaciół, różę tę przypinam;
A przepowiadam, że spory w tej chwili
W Templaryuszów poczęte ogrodzie
Pomiędzy różą białą a czerwoną,
Tysiące ofiar rycerskich pochłoną.
Plantag.  Mości Vernonie, szczerze ci dziękuję,

Żeś uszczknął kwiatek na rzecz mojej sprawy.
Vernon.  I na rzecz sprawy twej nosić go będę.
Prawnik.  Jak ja.
Plantag.  Dziękuję, dostojny mój panie.
Czas już na obiad. Nie minie czas długi,
A spór ten ludzkiej krwi wypije strugi. (Wychodzą).

SCENA V.
Londyn. Pokój w Tower.
(Dwaj stróże wnoszą Mortimera na krześle).

Mortimer.  Starości mojej stróże litościwi,
Konającemu spocząć tu dozwólcie.
Długie więzienie sparaliżowało
Członki me, niby bolesne tortury;
Zwiastuny śmierci, siwe moje włosy,
Przepowiadają koniec Mortimera,
Co w troskach przeżył lata Nestorowe.
Jak lampa resztą oliwy płonąca
Już oczy moje ciemnieją i gasną;
Ramiona słabną pod smutków brzemieniem;
Ręce bezsilne, są jakby winograd
Uschłe gałązki chylący ku ziemi.
Nogi me jednak, chociaż odrętwiałe,
Tej garstki gliny utrzymać nie zdolne,
Skrzydlatą żądzą do mogiły lecą,
Jakby wiedziały, że tylko tam spoczną.
Lecz powiedz, stróżu, przyjdzież mój synowiec?
1 Stróż.  Przyjdzie, milordzie, Ryszard Plantagenet,
Właśnie mi przyniósł odpowiedź posłaniec,
Że cię nawiedzi.
Mortimer.  To jest dla mnie dosyć;
Uspokojenie dusza moja znajdzie.
Biedny synowiec! Wszak i jego krzywdy
Moim są równe: od dnia tego bowiem,
W którym koronę włożył Henryk Monmouth,
Ja, com wojenną chwałą przed nim jaśniał,

Za dom więzienie mam to obrzydliwe.
W dniu tym i Ryszard spadł z swej wysokości,
Swoje dziedzictwo, swe honory stracił,
Ale nakoniec, ten rozpaczy lekarz,
Śmierć dobroczynna, wyswobodzicielka,
Więzienia mego otwiera mi wrota.
Bodaj i jego skończyły się smutki!
Bodaj odzyskał wszystko co utracił!

(Wchodzi Ryszard Plantagenet).

1 Stróż.  Twój przywiązany zbliża się synowiec.
Mortimer.  Przyszedł mój drogi Ryszard Plantagenet?
Plantag.  Tak jest, mój stryju, przyszedł twój synowiec,
Ryszard, przed chwilą ciężko pokrzywdzony.
Mortimer.  Przyjdź w me objęcia, niechaj cię uścisnę,
Niechaj wyzionę ducha na twych piersiach.
Powiedz, gdy usta moje lic twych dotkną,
Bym ci ostatni dać mógł pocałunek.
Wielkiego szczepu Yorków gałązko,
Coś mi powiedział przed chwilą? że byłeś
Ciężko skrzywdzony?
Plantag.  Na mem wprzód ramieniu
Ciało twe oprzej, potem ci opowiem
Moje strapienie. Dziś w prawnej dyskusyi
Ostro się ze mną przemówił Somerset,
Pośród tysiąca wyrzeczonych obelg
I śmierć mojego ojca mi wyrzucał;
To oskarżenie zamknęło mi usta,
Wzbroniło obelg obelgą odpłacić.
A więc przez pamięć na mojego ojca,
Na pokrewieństwo nasze i na honor
Plantagenetów, opowiedz mi, stryju,
Z jakich powodów na pień swą dał głowę
Ojciec mój, hrabia Cambridge?
Mortimer.  Mój synowcze.
Tenże sam powód, który mnie tu wtrącił
W lat moich kwiecie, w tem czarnem więzieniu
Kazał usychać w troskach i boleści,
Przeklętą śmierci jego był przyczyną.

Plantag.  Mów jaśniej, stryju, powodów tych nie wiem,
Ani domyślić się ich jestem w stanie.
Mortimer.  Opowiem wszystko, jeśli ręka śmierci
Ust mi nie zamknie przed powieści końcem.
Dziad dzisiejszego króla, Henryk Czwarty,
Wytrącił berło z rąk swego synowca
Ryszarda, który najstarszym był synem
Księcia Edwarda, a prawym następcą
Swojego dziada, Edwarda Trzeciego.
Lordowie Percy, w sumiennej pewności,
Że Henryk grzesznym był przywłaszczycielem,
Na jego tronie chcieli mnie posadzić.
Walecznych lordów to było podnietą,
Że skoro Ryszard, występnie strącony,
Nie pozostawił żadnego dziedzica,
Ja byłem jemu najbliżej pokrewnym;
Bo przez mą matkę ród mój wywodziłem
Od Lionela, książęcia Klarencyi,
Trzeciego syna Edwarda Trzeciego,
Gdy on pochodził od Jana z Gandawy,
Czwartego syna króla bohatera.
Ale, gdy w śmiałem chcieli przedsięwzięciu
Berło prawemu wrócić dziedzicowi,
Ja wolność, oni utracili życie.
Długi czas potem, kiedy Henryk Piąty
Rządził po ojcu swoim, Bolingbroku,
Ojciec twój, hrabia Cambridge, pochodzący
Od księcia Yorku, Edmunda Langleya,
Gdy siostrę moją, a matkę twą pojął,
Nad moim twardym litując się losem,
Miecz znowu podniósł w moich praw obronie,
I chciał znów berło w ręce moje złożyć,
Lecz gardłem zamiar szlachetny opłacił.
Z nim zgasnął tronu dziedzic prawowity,
Dom Mortimerów.
Plantag.  Z którego, milordzie,
Jesteś ostatnim.
Mortimer.  Tak jest, a jak widzisz,

Nie mam potomstwa. Mój głos konający
Blizką mi śmierci zwiastuje godzinę.
Ty mym dziedzicem — a domyśl się reszty,
Lecz bądź ostrożny w trudnem przedsięwzięciu.
Plantag.  Twoje przestrogi nie zmarnieją u mnie.
Ale mym sądem, śmierć mojego ojca
Tyranii tylko krwawej była czynem.
Mortimer.  Mądrze, ze skrytą działaj polityką,
Bo dom Lancastrów na silnej podstawie
Stoi jak skała niczem niewzruszona.
Lecz twój stryj teraz w inne idzie strony,
Jak monarchowie, gdy ich zacznie nudzić
Na jednem miejscu przedłużony pobyt.
Plantag.  Ach, stryju, gdybym młodych lat mych cząstką
Mógł twej starości przedłużyć godziny!
Mortimer.  Nie bądź okrutnym jak rzeźnik, co ciosy
Zadaje mnogie, gdy mógł jednym zabić.
Jeśli cię dobro me nie smuci, nie płacz;
Pogrzebu tylko mego wydaj rozkaz.
Bywaj zdrów teraz! Niech Bóg błogosławi
Twym przedsięwzięciom w pokoju i wojnie! (Umiera).
Plantag.  A duszy twojej da pokój nie wojnę!
Twoją pielgrzymkę w więzieniu odbyłeś,
Dnie twoje zbiegły, jak dnie pustelnika.
W głębinach piersi rady jego zamknę,
Jak myśli moje i moje marzenia. (Do stróżów)
Wynieście ciało, a ja mu wyprawię
Pogrzeb świetniejszy od jego żywota.

(Stróże wynoszą ciało Mortimera).

Tu zgasła blada Mortimera lampa
Nizkiej ambicyi przygaszona wpływem.
Lecz ja, za krzywdy, za gorzkie obelgi,
Przez Somerseta na mój dom rzucone,
Potrafię jeszcze z honorem się pomścić.
Do parlamentu co najprędzej śpieszę,
By, lub krew moją oczyścić od plamy,
Lub na mej krzywdzie wielkość mą gruntować.

(Wychodzi).



AKT TRZECI.
SCENA I.
Londyn. Parlament.
(Przy odgłosie trąb wchodzą: król Henryk, Exeter, Gloucester, Warwick, Somerset i Suffolk; biskup Winchester, Ryszard Plantagenet i inni. Gloucester chce złożyć bil oskarżenia, Winchester wyrywa mu go z rąk i drze w kawałki).

Winchest.  Z pismem głęboko obmyślonem wchodzisz,
Z paszkwilem długą wyrobionym pracą,
Humphreyu Gloucester? Chceszli mnie oskarżać?
Chceszli publiczne robić mi zarzuty?
Przemów z natchnienia, bez przygotowania,
Jak ja zamierzam twe zbijać zarzuty.
Gloucest.  Cierpliwość miejsce mi to nakazuje,
Zarozumiały księże, bo inaczej
Uczułbyś skutki słów twych obelżywych.
Nie myśl, że chociaż na piśmie przyniosłem
Długi rachunek twoich czarnych zbrodni,
Że są zmyślone, lub żem nie jest zdolny
Powtórzyć ustnie pióra mego dzieło.
O, nie, prałacie, bo o twej rozpuście,
Twej złośliwości, jad szerzących sprawkach,
O twojej dumie i dzieci szczebiocą.
Twoje lichwiarstwo zgubiło tysiące,
Wrogiem pokoju jesteś przez swój upór,
A twa lubieżność krwawą jest satyrą
Twojego stanu i godności twojej.
A co jawniejsze jak są twoje zdrady?
Czyś na me życie nie godził podstępem
W londyńskiej Wieży, na londyńskim moście?
A gdyby można twoje myśli zbadać,
Nie wiem, czy nawet król twój jest bezpieczny
Przed złośliwego serca twego dumą.
Winchest.  Z twoich skarg szydzę. Dostojni panowie,

Raczcie wysłuchać mojej odpowiedzi.
Jeślim tak chciwy, tak dumny, przewrotny,
Jak mnie malujesz, dlaczegom tak biedny?
Dlaczego, wierny memu powołaniu,
O wyniesieniu mojem nie myślałem?
Ja pokój burzę? ja, co święty pokój
Kocham nad wszystko, jeślim nie wyzwany?
Nie to, panowie, nie to go obraża,
Nie to książęcia do gniewu zapala;
Ale on jeden chciałby wszystkiem rządzić,
On jeden zostać przy króla osobie:
To w piersiach jego wywołało grzmoty,
Swe oskarżenia dlatego wyryczał,
Lecz wkrótce pozna, żem jest jak on dobry.
Gloucest.  Jak ja? ty dziada mojego bękarcie!
Winchest.  Jak ty, mój panku; bo czemżeś jest, proszę,
Jeśli nie królem nie na swoim tronie?
Gloucest.  Czyż protektorem nie jestem, zuchwalcze?
Winchest.  A jaż nie jestem prałatem kościoła?
Gloucest.  Jak za murami fortecy bandyta,
W których pilnuje skarbów ukradzionych.
Winchest.  Także szanujesz godność mą, Gloucesterze?
Gloucest.  Twoja duchowna godność jest szanowną,
Nie twoje życie.
Winchest.  Rzym temu zaradzi.
Gloucest.  Idź się tam zżymać.
Somerset.  Twoją powinnością
Byłoby, lordzie, miarkować się trochę.
Warwick.  Niechże i biskup nie przechodzi miary.
Somerset.  Milord religię winienby szanować,
I co religia nakazuje, pełnić.
Warwick.  Wielebny biskup winien być skromniejszy:
Spór nie przystoi godności prałatów.
Somerset.  Czemu nie, jeśli święty ich charakter
Jest pokrzywdzony?
Warwick.  Święty czy przeklęty,
Co nam to znaczy? Czyż Jego Łaskawość
Nie jest królestwa tego protektorem?

Plantag.  (na stronie). Milczeć, jak widzę, musi Plantagenet,
By kto nie krzyknął: Mów, gdyś zapytany,
Czy śmiesz do lordów mięszać się rozmowy?
Inaczej, miałbym słówko dla biskupa.
Król Henr.  Stryju Gloucesterze, stryju Winchesterze,
Wybrani stróże publicznego dobra,
Jeśli co moje prośby mogą wskórać,
Połączcie serca miłością i zgodą.
Jakiem zgorszeniem dla mojej korony
Swary dwóch panów waszej dostojności!
Wierzcie, panowie, mym niewinnym ustom:
Wojna domowa zjadliwą jest żmiją,
Toczącą kraju naszego wnętrzności.

(Krzyk za sceną: Precz z żółtymi mundurami!).

Co to za wrzawa?
Warwick.  Bójka, jestem pewny,
Złością biskupa dworzan wywołana.

(Krzyki za sceną: Kamieni! kamieni! — Wchodzi lord mer Londynu z orszakiem).

Mer.  Dobrzy panowie, cnotliwy Henryku,
Okażcie litość dla nas, dla Londynu!
Ludzie biskupa i księcia Gloucestera,
Gdy im wzbroniono wychodzić orężnie,
Z pełnym kamieni zapasem w kieszeniach,
Na dwie się bandy groźne rozdzielili,
Teraz się z taką prażą zaciekłością,
Że mózg niejeden szalony już prysnął;
Rozbite szyby na wszystkich ulicach,
I strach nas sklepy przymusza zamykać.

(Wchodzą, ucierając się, domownicy księcia Gloucester i biskupa Winchester, zakrwawieni).

Król Henr.  Na wierność naszej osobie należną,
Szanujcie pokój, dłoń wstrzymajcie krwawą.
Stryju Gloucesterze, uśmierz te zatargi.
1 Sługa.  W braku kamieni zostaną nam zęby.
2 Sługa.  Róbcie co chcecie, dotrzymamy placu. (Utarczka).
Gloucest.  Dworzanie moi, skończcie bój ten śmieszny,
I osobliwszą tę odroczcie wojnę.

3 Sługa.  Wiemy, milordzie, żeś pan sprawiedliwy,
Że przez królewskie twoje pochodzenie
Prócz króla nie znasz od siebie wyższego,
Nim też zezwolim, aby taki książe
Miał być zelżony przez jakiegoś żaka,
Wprzód za broń chwycim z dziećmi i żonami,
Wprzód na kawałki damy się posiekać.
1 Sługa.  A jeśli zginiem, to nasze paznogcie
Będą plac boju z zaciekłością ryły. (Utarczka).
Gloucest.  Stójcie! powtarzam. Jeśli, jak mówicie,
Do mej osoby macie przywiązanie,
Bądźcie posłuszni, wstrzymajcie się chwilę.
Król Henr.  Jak ta niezgoda zasmuca mi duszę!
Lordzie biskupie, czyż na me westchnienia,
Na me łzy patrzeć możesz obojętnie?
Gdzież litość znajdę, jeśli nie u ciebie?
Kto będzie szukał zgody i pokoju,
Jeśli tak kocha wojnę święty kapłan?
Warwick.  Ustąp, biskupie; ustąp, protektorze,
Chyba, że chcecie uporną odmową
Zburzyć królestwo, zamordować króla.
Czyż nie widzicie, jakie mordy, klęski
Waszej niezgody gorzkim są owocem?
Pokój! jeśliście na krew nie łakomi.
Winchest.  Niech on się podda, bo ja nie ustąpię.
Gloucest.  Litość dla króla ugiąć mi się każe,
Inaczej, księdza tego wprzódbym serce
Widział wydarte, niżby na mnie wymógł
Takie ustępstwo.
Warwick.  Patrz, lordzie biskupie,
Książe wściekłości burzę wygnał z piersi,
Na czoło jego wróciła pogoda,
Czemu na twojem chmury jeszcze wiszą?
Gloucest.  Biskupie, rękę moją ci podaję.
Król Henr.  Wstydź się, mój stryju. Częstoś mnie z ambony
Uczył, że grzechem śmiertelnym nienawiść,
A teraz nie chcesz pełnić twej nauki,
Chcesz jej upornym zostać gwałcicielem.

Warwick.  Jaka łaskawość w króla upomnieniach!
Ustąp, biskupie, czy ci nie wstyd jeszcze,
Że powinności dziecko cię naucza?
Winchest.  Niech i tak będzie; oddaję ci, książę,
Miłość za miłość i rękę za rękę.
Gloucest.  Bodajby tylko z serca to płynęło!
Patrzcie, rodacy, oto jest zadatek
Naszej i naszych drużyn świętej zgody.
Jak mówię szczerze, tak pomóż mi Boże!
Winchest.  (na stronie). A mnie tak pomóż, jak nie mam zamiaru
Słowa dotrzymać!
Król Henr.  Stryju mój, Gloucesterze,
Jaką pociechą zgoda dla mnie wasza!
I wy, dworzanie, zapomnijcie swarów,
Idźcie w pokoju, jak wasi panowie.
1 Sługa.  Zgoda! A teraz biegnę do doktora.
2 Sługa.  Ja pójdę z tobą.
3 Sługa.  Ja wolę próbować,
Czyli nie znajdę w szynkowni lekarstwa.

(Wychodzą dworzanie, lord mer i t. d.)

Warwick.  Łaskawy królu, racz przyjąć suplikę,
Którą składamy u stóp twego tronu
W Plantageneta Ryszarda imieniu.
Gloucest.  Lordzie Warwicku, słusznej sprawy bronisz.
Dobry mój królu, byleś chciał rozważyć
Okoliczności, przyznasz, że należy
Stracone prawa wrócić Ryszardowi,
Dla przyczyn, które w Eltham już poprzednio
Waszej królewskiej mości wyłożyłem.
Król Henr.  Całą ich słuszność uznaję, mój stryju;
Jest przeto wolą naszą, aby Ryszard
Do praw straconych swojej krwi powrócił.
Warwick.  Powrót Ryszarda do krwi praw straconych
Płaci mu wszystkie ojca jego krzywdy.
Winchest.  Co przyjmą inni, podpisze Winchester.
Król Henr.  Niech Ryszard wiernym będzie mi wasalem,
A całe domu Yorków dziedzictwo,
Z którego ród swój w prostej wiedzie linii,

Chętnie mu wrócę.
Plantag.  A za to do śmierci
Pokorny sługa wierność ci ślubuje.
Król Henr.  Schyl się więc, ugnij przede mną kolano:
Za ten znak hołdu, królowi złożony,
Miecz ci Yorków groźny przypasuję.
Wstań jak prawdziwy teraz Plantagenet,
Wstań teraz, książę Yorku, Ryszardzie.
Plantag.  Niechaj na wrogów upadku twych rosnę!
Niechaj z rosnącą wiernością mą ginie,
Kto złą myśl jedną przeciw tobie chowa!
Wszyscy.  Witaj nam, księże Yorku potężny!
Somerset  (na stronie). Przepadnij, książę Yorku nikczemny!
Gloucest.  Czas nagli teraz, królu, przebyć morze,
Włożyć na głowę koronę francuską;
Obecność króla zwykła budzić miłość
W sercach poddanych i wiernych przyjaciół,
Nieprzyjaciołom odbierać otuchę.
Król Henr.  Henryk tam pójdzie, gdzie Gloucester prowadzi,
Bo wróg tam ginie, gdzie przyjaciel radzi.
Gloucest.  Twoje okręty gotowe czekają,

(Przy odgłosie trąb wychodzą wszyscy prócz Exetera).

Exeter.  Możem do Francyi iść, czy w Anglii zostać,
Niepewni losu, jaki na nas czeka.
Niezgoda panów świeżo zapalona
Tli pod popiołem fałszywej miłości,
I lada chwila płomieniem wybuchnie.
Jak zwolna gniją członki gangreniste,
Aż ciało, kości i żyły opadną,
Tak się ich zawiść zwolna będzie wzmagać.
Daj Boże, by się nie sprawdziło teraz
Proroctwo w czasach Henryka Piątego
Przez niemowlęta nawet powtarzane!
Henryk, zrodzony w Monmouth, zyska wszystko,
Henryk, zrodzony w Windsor, wszystko straci;
Oby Exeter oczy wprzódy zamknął,
Nim ten fatalny dzień zaświta Anglii! (wychodzi).

SCENA II.
Francya. Pod murami Rouen.
(Wchodzi: Dziewica przebrana i żołnierze w ubiorze wieśniaków, z workami na barkach).

Dziewica.  Oto są bramy miasta, bramy Rouen,
Które nam dowcip nasz musi wyłomać.
Na każde słowo wasze bądźcie baczni,
Mówcie językiem zwyczajnych przekupni,
Na targ niosących zboże swe na sprzedaż.
Jeśli, jak myślę, wolny znajdziem przystęp,
A straż niedbała będzie i nieliczna,
Dam znak ukrytym naszym przyjaciołom,
By Delfin Karol wpadł na nią znienacka.
1 Żołnierz.  Worków tych sprawą zworoszymy miasto,
Będziem panami i władcami Rouen.
Lecz czas zastukać (stuka).
Straż  (za sceną). Qui est la?
Dziewica.  Paisans, pauvres gens de France:
Biedny lud zboże na targ przynoszący.
Straż  (otwiera bramę). Śpieszcie się tylko, już dzwon dał znak targu.
Dziewica.  Rouen, murami wstrząsnę teraz twymi.

(Wchodzi z orszakiem. — Wchodzą: Karol, Bękart Orleański, Alençon, wojsko).

Karol.  Pomóż fortelom, święty Dyonizy!
Znów będziem mogli spać w Rouen bezpiecznie
Bękart.  Tędy Dziewica z swym orszakiem weszła.
Już w mieście teraz. Jak nam wskaże drogę,
Gdzie najłatwiejszy przystęp dla nas będzie?
Alençon.  Jeśli pochodnię z tamtej rzuci wieży,
To będzie znakiem, że najmniej strzeżoną
Jest brama, która i jej dała przystęp.

(Pokazuje się Dziewica na wieży z gorejącą pochodnią).

Dziewica.  Oto szczęśliwa ślubna jest pochodnia,
Która kojarzy Rouen z rodakami,
Ogniem i mieczem grozi Talbotystom.
Bękart.  Patrz, patrz Karolu! To znak przyjaciołki,

Na tamtej wieży płonąca pochodnia.
Karol.  Świeci nam teraz jak kometa zemsty,
Prorok upadku naszych nieprzyjaciół.
Alençon.  Więc naprzód! Każda zwłoka niebezpieczna.
Naprzód! do miasta! naszem hasłem „Delfin!“
Lecz przedewszystkiem w pień wytnijmy straże.

(Wchodzą. Alarm. Wchodzi Talbot z oddziałem Anglików).

Talbot.  Francyo, tę zdradę zapłacisz mi łzami,
Byle twe przeżył wiarołomstwo Talbot.
Ta czarownica, przeklęta guślarka,
Tak nas podeszła swą piekielną sztuką,
Żeśmy zaledwo uszli dumie Francyi.

(Wchodzą do miasta. Alarm. Utarczki. Wychodzą z miasta Bedford, niesiony na krześle, Talbot, książę Burgundyi, wojsko angielskie; pokazują się na murach: Dziewica, Karol, Bękart, Alençon i inni).

Dziewica.  Dzień dobry! Czy wam na chleb trzeba zboża?
Książe Burgundyi będzie musiał pościć,
Nim je po takiej znowu kupi cenie.
Pełne kąkolu było; jak smakuje?
Ks. Burg.  Szydź, kortezano bezwstydna, dyablico;
Niedługo tak cię twem zadławię zbożem,
Że będziesz jego przeklinała żniwo.
Karol.  Wprzód może z głodu umrzesz, mości książe.
Bedford.  Czynem nie słowem zdrady się tej pomścim.
Dziewica.  Czy chcesz na ostre gonić, siwa brodo?
Chcesz lance trzaskać przykuty do krzesła?
Talbot.  Szpetna dyablico, przeklęta guślarko,
Rozpustnych gachów otoczona kołem,
Tobież przystoi urągać starcowi,
Pół umarłemu wyrzucać tchórzostwo?
Jeśli się z tobą, raz jeszcze, panienko,
Nie zetrę w boju, niech zginę wzgardzony.
Dziewica.  Czyś tak gorący? Lecz cicho, Dziewico,
Skoro grzmi Talbot, deszcz niedługo spadnie.

(Talbot i inni naradzają się).

Sejm! szczęść mu Boże! Kto będzie marszałkiem?
Talbot.  Czy śmiecie z murów na pole wystąpić?
Dziewica.  Czy my szaleni dowodzić na nowo,

Że to, co w ręku jest naszem, jest nasze?
Talbot.  Nie do szydzącej mówię tej Hekaty,
Ale do ciebie, Alençon, lecz do was
Panowie Francyi, chcecież, jak żołnierze
Pod sąd oręża sprawę oddać naszą?
Alençon.  Nie myślę, signior.
Talbot.  Nie myślisz, wisielcze?
Ha, te przeklęte francuskie mulniki!
Jak banda chłopów za murami siedzą,
Zamiast, jak szlachta, szablą się rozprawiać.
Dziewica.  Czas już panowie, opuścić nam szańce,
Bo wzrok Talbota złego nam coś wróży.
Bóg z wami! Tylko potośmy tu przyszli,
By wam powiedzieć, że jesteśmy w Rouen.

(Schodzą z murów: Dziewica i t. d.).

Talbot.  I my za krótką będziemy tam chwilę,
Lub niech Talbota chwałą będzie hańba!
Przez honor domu twojego, Burgundyo,
Przez krzywd we Francy i wycierpianych pamięć,
Ślubuj lub zginąć, albo zdobyć miasto;
Bo jak jest pewna, że król Henryk żyje,
Że ojciec jego był tutaj zdobywcą,
Jak pewną, że w tych zdradą wziętych murach
Spoczywa serce wielkiego Lwie-Serce,
Lub zginę, albo miasta będę panem.
Ks. Burg.  Ślub twój, Talbocie, i moim jest ślubem.
Talbot.  Lecz spojrzyj wprzódy na konającego
Książęcia Bedford. Dostojny mój książe,
Na bezpieczniejsze poniesiem cię miejsce,
Twemu wiekowi i siłom właściwsze.
Bedford.  Lordzie Talbocie, nie rób mi tej krzywdy,
Pozwól mi zostać pod Rouen murami,
Zwycięstwo z wami dzielić lub przegraną.
Ks. Burg.  Waleczny książę, słuchaj naszej rady.
Bedford.  Stąd się oddalić? Nie, nigdy, panowie;
Czytałem kiedyś, że wielki Pendragon[6]

Chory, na noszach na plac boju przyszedł,
I wrogów pobił. Tak i mnie się zdaje,
Że dodam życia sercom mych żołnierzy,
Bo zawsze zgodnie z sercem mojem biły.
Talbot.  Duch nieugięty w konającej piersi!
Niech i tak będzie. Strzeż Boże Bedforda!
Więc dzielny książę Burgundyi, bez zwłoki
Zgromadźmy nasze siły rozprószone,
Na nieprzyjaciół uderzmy chełpliwych.

(Wychodzą: książę Burgundyi, Talbot i wojsko, zostawiając Bedforda i innych. Alarm. Utarczki. Wchodzą sir John Fastolfe i Kapitan).

Kapitan.  Sir John Fastolfie, gdzie pędzisz tak spiesznie?
Fastolfe.  Gdzie pędzę? Szukam w ucieczce ratunku,
Widzę, że znowu grozi nam przegrana.
Kapitan.  Chcesz, uciekając, Talbota opuścić?
Fastlfe.  Opuścić wszystkich Talbotów na świecie,
Ratować życie (wychodzi).
Kapitan.  Tchórzliwy rycerzu,
Bodaj nieszczęście za tobą goniło! (wychodzi).

(Odwrót. Utarczki. Wychodzą z miasta: Dziewica, Alençon, Karol i t. d. uciekając).

Bedford.  Uleć do nieba teraz duszo moja,
Gdy oczy wrogów widziały porażkę!
Co jest szalonych ludzi moc i dufność?
Ci, co przed chwilą nam się urągali,
W ucieczce teraz szukają zbawienia.

(Umiera. Straż wynosi go na krześle. Alarm. Wchodzą: Talbot, książę Burgundyi i inni).

Talbot.  Stracone w jednym dniu i odzyskane!
Książe Burgundyi, honor to podwójny.
Lecz Bogu tylko sława z tej wygranej!
Ks. Burg.  W me cię oprawiam serce, dzielny lordzie!
Tam z czynów twoich buduję monument
Chwały i męstwa.
Talbot.  Dziękuję ci, książę,
Lecz gdzie Dziewica? Wszystko mi się zdaje,
Że jej przyjaciel dyabeł sobie zaspał.
Gdzie się podziały Bękarta przechwałki?

Karola żarty? Jak to, wszystko ścichło?
Rouen ze smutku głowę obwiesiło,
Że takich zuchów uciekła czereda.
Zostawim w mieście uczciwą załogę
Pod oficerów doświadczonych wodzą,
Sami w Paryżu z królem się połączym,
Bo tam się udał Henryk z całym dworem.
Ks. Burg.  Z wolą Talbota we wszystkiem się zgadzam.
Talbot.  Nie zapomnijmy jednak przed wymarszem
O zmarłym księciu, szlachetnym Bedfordzie,
I w Rouen pogrzeb należny mu sprawmy.
Nigdy dzielniejszy mąż nie składał kopii,
Piękniejsze serce dworu nie zdobiło.
Lecz i na świata panów trumna czeka:
Wspólny to koniec utrapień człowieka. (Wychodzą).

SCENA III.
Równina pod murami Rouen.
(Wchodzą: Karol, Bękart, Alençon, Dziewica, wojsko).

Dziewica.  Nie traćcie serca, ani rozpaczajcie,
Żeśmy na nowo Rouen utracili;
Troska nie leczy, lecz tylko rozjątrza
Chorobę, której nie można wyleczyć.
Niechaj do czasu Talbot tryumfuje,
Jak paw’ swój ogon roztacza w szaleństwie,
Niebawem dumne pióra mu wyrwiemy,
Byle chciał Delfin dobrej słuchać rady.
Karol.  Byłaś mi dotąd wiernym przewodnikiem,
I zawsze twojej ufam przezorności;
Chwilowa klęska uczuć mych nie zmieni.
Bękart.  Tajnych fortelów w twym szukaj dowcipie,
A my twą sławę po świecie rozsiejem.
Alençon.  Na świętem miejscu twój wzniesiemy posąg,
Cześć ci oddamy należną niebianom.
Szukaj więc dla nas ratunku, Dziewico!
Dziewica.  A więc słuchajcie, co Joanna radzi:

Słów cukrowanych ujmującą siłą
Burgundyi księcia skłońmy, by odstąpił
Talbota sprawy, a złączył się z nami.
Karol.  Gdyby ten zamiar udał się nam, droga,
Pierzchłoby z Francyi rycerstwo Henryka,
Na ziemi naszej lud dotąd zuchwały
Marnieby zginął.
Alençon.  Byłby niewątpliwie
Z francuskich dzielnic na wieki wygnany,
Jednego hrabstwa u nasby nie dzierżył.
Dziewica.  Wnet zobaczycie, dostojni książęta,
Upragnionego jak dobiegniem celu. (Słychać bębny).
Słyszycie? Bębnów odgłos zapowiada,
Że do Paryża zastępy ich ciągną.

(Marsz angielski. Przeciąga przez scenę w odległości Talbot na czele armii).

To rozwinięte Talbota chorągwie;
Ciągnie na czele swoich sił angielskich.

(Marsz francuski. Wchodzi książę Burgundyi na czele swej armii).

Książe Burgundyi posuwa się za nim;
Dzięki fortunie, w tylnej został straży.
Uderzcie w trąbkę; wejdźmy z nim w rozmowę.

(Odgłos trąbki).

Karol.  Wzywam Burgundyi księcia na rozhowor.
Ks. Burg.  Kto rozhoworu domaga się ze mną?
Karol.  Karol, francuski Delfin, a twój rodak.
Ks. Burg.  Czego chcesz? powiedz; lecz śpiesz się, czas nagli.
Karol.  Przemów, Dziewico, zachwyć go twem słowem.
Dziewica.  Książe, nadziejo Francyi niewątpliwa,
Stań, służebnica twa chce mówić z tobą.
Ks. Burg.  Mów, tylko nie bądź w słowach zbyt przewlekłą.
Dziewica.  Spójrz na twą ziemię, na tę żyzną Francyę,
Patrz na jej miasta i sioła zburzone
Okrutną ręką srogich nieprzyjaciół!
Jak matka patrzy na drogie niemowlę,
Gdy mu gasnące oczy śmierć zamyka,
Tak ty na Francyę spójrz cierpieniem bladą,
Przeciw naturze wszystkie policz rany,

Które jej łonu ręka twa zadała!
O, szabli ostrze ku innej zwróć stronie!
Bij napastników, nie rań jej obrońców!
Jedna krwi kropla z żył matki ojczyzny
Więcej powinna na sercu twem ciążyć,
Niźli posoki nieprzyjaciół rzeka.
Powróć więc, książę, z potokiem łez żalu,
Powróć i obmyj rany twej ojczyzny.
Ks. Burg.  Albo mnie słowem swem zaczarowała,
Lub nagle serce me natura miękczy.
Dziewica.  Francya na ciebie z oburzeniem patrzy,
Wątpi o rodu twojego prawości.
Z kimżeś się złączył? Z ludem pełnym buty,
Który ci ufa, pókiś mu potrzebny,
Lecz gdy się Talbot w Francyi usadowi,
Kto będzie panem? Henryk, król angielski,
A ciebie czeka hańba i wygnanie.
Nie chcesz mi wierzyć? Pomyśl o przeszłości;
Wrogiem był twoim książę Orleanu;
Czy nie był jeńcem na angielskiej ziemi?
A gdy w nim wroga twojego poznali,
Na przekór tobie i twym przyjaciołom,
Czy bez okupu nie wrócił do Francyi?
Przeciw rodakom twoim broń podniosłeś,
I walczysz w sprawie twoich przyszłych katów.
Wróć, wróć do swoich, zabłąkany książę!
Karol i wszyscy podadzą ci rękę.
Ks. Burg.  Jestem pobity. Ogniste jej słowa
Jak grzmiące działa gniew mój potrzaskały;
Ze skruchą prawie na kolana padam,
Przebaczcie, bracia! przebacz mi, ojczyzno!
A wy przyjmijcie uścisk mój serdeczny.
Do was należą wszystkie moje siły.
Żegnaj, Talbocie! nie ufam ci dłużej.
Dziewica.  Co dzień inakszy; Francuz to prawdziwy.
Karol.  Twoja nas przyjaźń ożywiła, książę.
Bękart.  I nowe męstwo do serc naszych wlewa.
Alençon.  Jak dobrze swoją rolę odegrała!

Dziewica złotej warta jest korony.
Karol.  Do naszych teraz pośpieszmy zastępów,
Myślmy, jak wrogom śmiertelny cios zadać.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Paryż. Sala w pałacu.
(Wchodzą: król Henryk, Gloucester i inni lordowie; Vernon, Basset i t. d., za nimi Talbot z kilku oficerami).

Talbot.  Łaskawy książę, dostojni panowie,
Na wieść o waszem do Francyi przybyciu,
Na chwilę prace wojny zawiesiłem,
Aby hołd złożyć mojemu monarsze;
Na znak, to ramię, które powróciło
Pięćdziesiąt zamków pod władzy twej jarzmo,
Dwanaście grodów, siedem miast obronnych,
Pięciuset jeńców wysokiego rodu,
Teraz pod stopy twoje miecz swój rzuca,
I z poddańczością wiernego ci serca
Całą podbojów swych przynosi chwałę
Bogu najpierwej, potem tobie, królu.
Król Henr.  Stryju Gloucesterze, czy to jest lord Talbot,
Co czas tak długi we Francyi przebywał?
Gloucest.  Tak jest.
Król Henr.  Więc witaj o! dowódzco dzielny!
Pamiętam, kiedy dzieckiem jeszcze byłem,
Jak mawiał ojciec, że nigdy na ziemi
Dzielniejszy rycerz nie władał orężem.
Od dawna twoje służby oceniałem,
Twą długą wierność i prace wojenne;
Jednak wdzięczności mej nie skosztowałeś,
Nie usłyszałeś nawet mych dziękczynień,
Bom dotąd twego nie widział oblicza.
Wstań teraz; w usług twych dobrych nagrodę
Daję ci tytuł hrabiego Shrewsbury:
Na koronacyi mej jak hrabia staniesz.

(Wychodzą: król Henryk, Gloucester, Talbot i lordowie)

Vernon.  Teraz, mopanku, coś z takim przekąsem,
Na morzu o tych przemawiał kolorach,
Które na honor księcia Yorku noszę,
Czy śmiesz obstawać jeszcze przy twem słowie?
Basset.  W całości, jeśli i ty śmiesz popierać
Twego języka złośliwe szczekanie
Przeciw Somerset księciu, memu panu.
Vernon.  Czczę pana twego wedle jego zasług.
Basset.  Równie on jednak dobry jak twój książę.
Vernon.  Kłamiesz! na dowód, przyjmij co ci daję (uderza go).
Basset.  Nędzniku, dobrze znane ci jest prawo,
Że gardłem płaci, kto szabli dobywa,
Inaczej, krwiąbyś swoją ten raz omył.
O pozwolenie spieszę króla błagać,
Abym mą krzywdę pomścić mógł na tobie.
Niedługo z lichwą wszystko mi zapłacisz.
Vernon.  Nędzniku, długo nie będziesz mnie czekał;
Będę przy tobie prędzej, niżbyś pragnął.

(Wychodzą).



AKT CZWARTY.
SCENA I.
Paryż. Sala koronacyjna.
(Wchodzą: król Henryk, Gloucester, Exeter, York, Suffolk, Somerset, Winchester, Warwick, Talbot, gubernator Paryża i inni).

Gloucest.  Biskupie, włóż mu na głowę koronę.
Winchest.  Boże, zachowaj nam króla Henryka
Tego imienia Szóstego!
Gloucest.  Złóż teraz,
Gubernatorze Paryża, przysięgę, (Gubernator klęka)
Że on jest tylko twym panem i królem,

Jego przyjaciel twoim przyjacielem,
A wrogiem twoim, ktobądź się poważy
Przeciw potędze jego knować spiski.
A jak dotrzymasz złożonej przysięgi,
Niech sprawiedliwy Bóg ci tak pomoże!

(Wychodzą gubernator i jego orszak. — Wchodzi sir John Fastolfe).

Fastolfe.  Królu mój, kiedy z Calais pośpieszałem,
Aby być świadkiem twojej koronacyi,
List mi wręczono, przez księcia Burgundyi
Waszej królewskiej mości przeznaczony.
Talbot.  Hańba książęciu Burgundyi i tobie!
Nędzny rycerzu, dawno ślubowałem,
Że gdziebądź pierwszy raz spotkam się z tobą,
Zerwę podwiązkę z twej tchórzliwej nogi.

(Zrywa mu ją).

I widzisz, mego dotrzymuję słowa,
Boś nie był godny takiej dostojności.
Przebacz mi, królu, przebaczcie lordowie.
W bitwie pod Patay tchórz ten obrzydliwy,
Gdy ledwo miałem wojska sześć tysięcy,
Francuz dziesięciu na jednego liczył,
Zanim się jeszcze nasze starły szyki,
Uciekł, jak chłopię, jak giermek lękliwy.
W tej bitwie naszych tysiąc dwieście legło,
Ja, z licznem gronem walecznych rycerzy,
W nieprzyjacielskie dostałem się ręce.
Sądź teraz, panie, czy źle postąpiłem,
Lub czy podobni tchórze mają prawo
Nosić zaszczytne znamię to rycerstwa.
Gloucest.  Musimy wyznać, czyn ten był haniebny,
Pospolitego niegodny człowieka,
A nie dopiero rycerza i wodza.
Talbot.  Kiedy ten order był ustanowiony,
Kawalerami pierwszymi podwiązki
Byli panowie cnotliwi i dzielni,
Na placu boju wsławieni orężem;
Żaden z nich kroku przed śmiercią nie cofnął,
Żaden nie zadrżał przed niebezpieczeństwem.

Kto ich przykładu nie jest naśladowcą,
Ten profanuje order honorowy,
Nieprawnie tytuł kawalera nosi,
Degradowany być musi, mym sądem,
Jak chłop pod wiejskim urodzony płotem,
Gdy krwią szlachecką chełpić się poważy.
Król Henr.  Ziemi twej hańbo, słyszałeś twój wyrok
Precz z moich oczu, niegodny rycerzu!
Pod karą gardła, nie waż się tu wracać.

(Wychodzi Fastolfe).

List teraz zobacz, lordzie protektorze,
Który Burgundyi książę do nas pisze.
Gloucest.  (patrząc na adres). Czemuż to książę tak swój styl odmienił?
Za cały napis, po prostu: „Do króla“.
Alboż zapomniał, że to król jest jego?
Lub czy ten adres zuchwały ma znaczyć,
Że się uczucia jego odmieniły?
Ale zobaczmy (czyta). „Dla ważnych powodów,
Tknięty litością nad ojczyzny losem,
Nad cierpieniami ubogich tysięcy
Twojem Żelaznem przyciśnionych berłem,
Krwawe stronnictwo twoje opuściłem,
A z prawym Francyi złączyłem się królem“.
Przeklęta zdrada! Ach, czyliż być może,
Aby przymierze, przyjaźń i przysięgi
Tyle osłaniać mogły przeniewierstwa?
Król Henr.  Mój stryj, Burgundyi książe się zbuntował?
Gloucest.  Tak jest, mój królu, twoim został wrogiem.
Król Henr.  Czy nic gorszego pismo nie zawiera?
Gloucest.  To wieść najgorsza, to cała treść listu.
Król Henr.  Niechże lord Talbot z zdrajcą się rozmówi,
Niech zasłużoną wymierzy mu chłostę.
Co mówisz na to, milordzie, czy zgoda?
Talbot.  Czy zgoda, królu? Zgoda, niewątpliwie,
I gdyby rozkaz twój mnie nie uprzedził,
Byłbym się pierwszy łaski tej domagał.
Król Henr.  Więc zgromadź siły; niech pozna co prędzej,
Z jakiem tę zdradę widzę oburzeniem,

Jaką jest zbrodnią z swych przyjaciół szydzić.
Talbot.  Idę, mój królu, z całej pragnąc duszy,
Byś ujrzał wrogów twych upokorzenie (wychodzi).

(Wchodzą: Vernon i Basset).

Vernon.  Łaskawy panie, błagam cię o szranki.
Basset.  I mnie gonitwę ostrą pozwól, królu.
York.  To jest mój sługa, wysłuchaj go, panie.
Somerset.  To mój, Henryku, bądź na niego względny.
Król Henr.  Tylko cierpliwość; niech się wytłómaczą.
Objawcie, proszę, jasno wasze myśli,
Z kim i dlaczego o szranki prosicie?
Vernon.  On mnie pokrzywdził, z nim chcę pojedynku.
Basset.  A ja z nim, królu, bo on mnie pokrzywdził.
Król Henr.  Na jakie krzywdy skargę zanosicie?
Nim wam odpowiem, wprzód wiedzieć je muszę.
Basset.  W czasie przeprawy morskiej ten pachołek,
Śmiał uszczypliwym kąsać mnie językiem
Z powodu róży, którą tutaj noszę,
Mówiąc, że krwawa kwiatka tego farba
Była obrazem wstydu mego pana.
Gdy oczywistej prawdy nie chciał przyznać
W sporze o pewne artykuły prawa
Między nim wszczętym a księciem Yorku;
W innych obelgach nie był także skąpy;
By go więc skarcić za to grubijaństwo,
W obronie pana mojego honoru,
Pozwól mi, królu, gonić z nim na ostre.
Vernon.  I ja tej samej domagam, się łaski,
Bo choć zmyśloną chce ubarwić mową
Cały brzydotę swojego zuchwalstwa,
Pierwszy mnie wyzwał słowem uczczypliwem,
Pierwszy z przekąsem o tym znaku mówił,
Że blady kolor róży tej obrazem
Małoduszności mojego jest pana.
York.  Czy się nie skończy nigdy, Somersecie,
Złośliwość twoja?
Somerset.  Zawsze na jaw wyjdzie,
Chociaż obłudy przyodziany płaszczem

Gniew twój, Yorku.
Król Henr.  Wszechmogący Boże!
Ileż szaleństwa w słabym ludzkim mózgu,
Gdy dla powodów tak lichych, tak błahych,
Tyle zajadłych zapala się sporów!
Drodzy mi krewni, Yorku, Somersecie,
Zawrzyjcie zgodę, bądźcie przyjaciółmi.
York.  Niech spór ten wprzódy w szrankach się rozstrzygnie,
A potem, królu, pokój nam nakażesz.
Somerset.  Dwóch nas jedynie kłótnia ta dotyczy,
Niechże ją bitwa między nami skończy.
York.  A więc mój zakład przyjmij, Sommersecie.
Vernon.  Niech spór zostanie, gdzie się spór rozpoczął.
Basset.  Łaskawy królu, potwierdź to żądanie.
Gloucest.  Potwierdź żądanie! Niech wasz spór przepadnie,
I wy z nim razem, z waszą gadaniną!
Nie macież wstydu, zuchwali wasale,
I nas i króla nieprzystojnym krzykiem
Nudzić daremnie? Mojem także zdaniem
I wy, lordowie, źle postępujecie,
Ich waśń powagą podpierając waszą,
Co gorsza, z ust ich czerpając powody
Do osobistej między wami wojny.
Zmieńcie zamiary; słuchajcie mej rady.
Exeter.  Króla to boli, zgoda więc, panowie!
Król Henr.  Zbliżcie się do mnie wy, co walczyć chcecie:
Jeżeli droga wam jest łaska moja,
Puśćcie w niepamięć spór i jego powód,
A wy, lordowie, miejcie na pamięci,
Że wśród zmiennego Francyi ludu stoim.
Jeśli nam z oczu poznają niezgodę,
Jaką podnietą do buntu im będą
Nasze niesnaski i wojna domowa!
Jaka nam hańba, gdy się wieść rozbiegnie
Po obcych dworach, że dla nędznych cacek,
Króla Henryka szlachta i panowie
Stracili Francyę, mordując się wzajem!
Na mego ojca pomnijcie podboje,

Na moją młodość, a co krew kupiła,
Niechaj dla fraszki z rąk nam nie wypadnie.
Za sporów waszych weźcie mnie rozjemcę.
Nie wiem, dlaczego miałby kto przypuścić,

(przypinając czerwoną różę).

Że gdy tę różę przypinam, me serce
Dla Somerseta przychylniejsze będzie.
Obaj są krewni moi, obu kocham.
Równieby słuszny robił mi kto wyrzut,
Że mam koronę, skoro i król Szkocyi
Nosi koronę. Lecz własna rozwaga
Lepiej od moich przekona was nauk.
Więc jak w pokoju przybyliśmy tutaj,
Tak i na przyszłość w świętej żyjmy zgodzie.
York, w twe ręce składam namiestnictwo
Mojej królewskiej godności we Francyi;
A ty, mój dobry lordzie Somersecie,
Z jego piechotą twoją połącz jazdę,
I jak rycerze przodków waszych godni,
Jak wierni króla waszego poddani,
Pracujcie społem, a na wrogów głowy
Waszego gniewu niechaj spadnie ciężar.
Dwór nasz, my sami z lordem protektorem
Po krótkiej chwili do Calais wyruszym,
Stamtąd do Anglii, gdzie, jak mam nadzieję,
Niedługo wasze przyślą mi zwycięztwa
Karola z całą buntowników bandą.

(Przy odgłosie trąb wychodzą: król Henryk, Gloucester, Somerset, Winchester, Suffolk i Basset).

Warwick.  Lordzie Yorku, na honor, mem zdaniem
Król rolę mówcy wybornie odegrał.
York.  Nie przeczę, tylko to mi nie po myśli,
Że sobie przypiął godło Somerseta.
Warwick.  Ba, rzecz fantazyi; nie gniewaj się książę,
Bo jestem pewny, że nie miał złej myśli.
York.  A gdyby miał ją — lecz nie myślmy o tem;
Inną się teraz zająć musim sprawą.

(Wychodzą: York, Warwick, Vernon).

Exeter.  Dobrze zrobiłeś, Ryszardzie, żeś zamilkł;
Bo gdyby wybuchł ogień twego serca,
Więcej podobno zdradziłbyś zawiści,
Wściekłego gniewu, zawziętej urazy,
Niż wyobraźnia ludzka może stworzyć.
Bądźcobądź, każdy prostak nawet, widząc
Niezgodę szlachty i dworskie kabały,
I faworytów związki i stronnictwa,
Musi jedynie klęski przewidywać.
Źle tam, gdzie berło ręka dziecka trzyma,
Ale tam gorzej, gdzie zazdrość jest panią:
Upadek śpiesznym krokiem bieży za nią (wychodzi).

SCENA II.
Francya. Pod Bordeaux.
(Wchodzi Talbot z wojskiem).

Talbot.  Do bramy Bordeaux przybliż się, trębaczu,
Gubernatora wywołaj na mury.

(Trębacz trąbi, pokazuje się na murach francuski Generał z orszakiem).

Talbot, Henryka, króla Anglii, sługa
Tak do was w jego przemawia imieniu:
Otwórzcie bramy, korne schylcie czoła,
Nazwijcie króla mego waszym królem,
I hołd winnego złóżcie mu poddaństwa,
A ja z mem krwawem oddalę się wojskiem.
Jeżeli moją wzgardzicie ofiarą,
Wnet rozkiełznana wściekłość trzech sług moich,
Chudego głodu, wszystkosiecznej stali,
I żarłocznego ognia, w jednej chwili
Z ziemią zrównają dumne wasze baszty,
Za odrzucenie zgody i pokoju.
Generał.  Złowróżbna sowo ruiny i śmierci,
Strachu mej ziemi i biczu jej krwawy!
Twojej tyranii przybliża się koniec,
Tylko przez wrota śmierci do nas wejdziesz,

Bo siły nasze zdolne opór stawić,
Mierzyć się z tobą na otwartem polu.
Jeśli się cofniesz, Delfin już gotowy
W sidła wojennych ująć cię forteli.
Po każdej stronie wiją się szwadrony,
Wszelką ucieczki zamykają drogę.
W którąbądź stronę twoje zwrócisz kroki,
Śmierć na cię paszczę łakomą otwiera,
Blada zagłada w oczy ci zagląda.
Dziesięć tysięcy Francuzów przysięgło,
Że głowa tylko jednego Talbota
Będzie ich groźnej artyleryi celem.
Stoisz przede mną, mąż nieustraszony,
Niezwyciężony, nieugiętej duszy,
Ten hołd ostatni, choć twój nieprzyjaciel,
Chętnie ci składam, jako ci należny;
Lecz nim klepsydra, co teraz zaczyna,
Swoją godzinną dopełni przesypkę,
Oczy, co widzą twoich lic rumianość,
Ujrzą je zwiędłe, blade i umarłe.

(Odgłos bębnów za sceną).

Słyszysz? Delfina bęben znak ci daje,
Śmierć blizką twojej zapowiada duszy.
Pieśń ci tę samą powtórzą me bębny.

(Wychodzi Generał i t. d.).

Talbot.  Nie skłamał; trąbkę nieprzyjaciół słyszę;
Niech lekka jazda liczbę ich wyczyta.
Jak nierozważny manewr i niedbały!
Lękliwe stado angielskich danieli
Owiła psiarnia francuskich ogarów!
Bądźmyż przynajmniej rasową zwierzyną,
Nie chudą sarną, szczypnięciem zabitą,
Lecz wściekłym raczej rozpaczą jeleniem,
Psów krwawą zgraję trzymającym w dali
Groźnym połyskiem stalowego wieńca.
Niech każdy sprzeda drogo, jak ja, życie.
A drogo swoją zapłacą dziczyznę;

Kto w dobrej sprawie dobywa oręża,
Z bożą pomocą, choć słaby, zwycięża (wychodzi).

SCENA III.
Płaszczyzna w Gaskonii.
(Wchodzi York z wojskiem, z przeciwnej strony posłaniec).

York.  Czy już wróciły wyprawione zwiady
W trop za Delfina potężnym zastępem?
Posłaniec.  Wróciły, książę, i przyniosły wieści,
Że Delfin z wojskiem ku Bordeaux wyruszył,
Aby uderzyć na lorda Talbota.
Widziały także, że Delfin w pochodzie
Złączył swe siły z dwoma korpusami
Potężniejszymi od swego zastępu,
I ciągnie z całą potęgą do Bordeaux.
York.  Niechaj przepadnie nikczemny Somerset,
Tak zwlekający pomoc przyrzeczoną
Na tę wyprawę zaciągniętej jazdy!
Talbot wygląda mojego przybycia,
A tu mnie durzy ten zdrajca przeklęty.
Dopomóż, Boże, w tej ciężkiej potrzebie
Opuszczonemu przez nas rycerzowi!
Żegnaj, francuska wojno! gdy on zginie.

(Wchodzi Sir William Lucy).

Lucy.  Obecność twoja na francuskiej ziemi
Nie była nigdy, wodzu, potrzebniejszą.
Leć Talbotowi na pomoc, leć, książę!
Bo go żelazny pas w koło owinął,
I ze stron wszystkich grozi mu zagłada.
Do Bordeaux, książę! lub żegnaj Talbota,
I żegnaj Francyę i honor angielski!
York.  Czemuż, o Boże! na Talbota miejscu
Nie jest Somerset, który w dumie serca
Na miejscu trzyma wojsko me przykute!
Zginąłby tylko tchórz jeden i zdrajca,
A wyszedł cały rycerz nieulękły.

Ze źrenic moich łzy wściekłości płyną,
Gdy zdrajca drzemie, a waleczni giną,
Lucy.  O, nieś mu pomoc!
York.  Talbot legnie w grobie,
Ja słowo łamię, Anglia jest w żałobie,
Francya z uśmiechem wznosi głowę krwawą,
A wszystko zdrajcy Somerseta sprawą!
Lucy.  Więc się ulituj nad duszą Talbota,
Wszechmocny Boże, i nad jego synem,
Któregom widział, dwie temu godziny,
Jak biegł z walecznym połączyć się ojcem!
Raz pierwszy syna przyciśnie do łona,
Po siedmiu latach, i razem z nim skona.
York.  Ach, jak bolesna dla ojca godzina
Na wspólnym grobie ucałować syna!
Jak smutno myśleć, że tylko przy zgonie
Dwaj przyjaciele ścisną sobie dłonie!
Niezdolny pomódz, w gorzkiej mogę męce
Kląć tylko zdrajcę, że mi związał ręce.
Maine, Tours, Poitiers, jakie tracim włości
Somersetowej sprawą ospałości! (wychodzi).
Lucy.  Gdy sęp niezgody toczy wodzów serca,
Z rąk nam wytrąca drzemiące lenistwo
Podboje króla ledwo ostygłego,
Wiecznej pamięci Piątego Henryka,
I kiedy oni krzyżują się wzajem,
Ziemie i honor, wszystko wrogom dajem (wychodzi).

SCENA IV.
Inna płaszczyzna gaskońska.
(Wchodzi Somerset z wojskiem, z nim oficer Talbota).

Somerset.  Za późno! Wysłać nie mogę ich teraz.
Plan ten wyprawy nazbyt nieroztropnie
Z Talbotem książę Yorku ułożył.
Jedna wycieczka z miasta była w stanie
Obsaczyć wszystkie siły nasze razem.

Tym rozpaczliwym, tym szalonym krokiem
Blask swojej przeszłej chwały przyćmił Talbot;
York go posłał, by w niesławie zginął,
A z śmiercią jego on jeden zasłynął.

(Wchodzi sir William Lucy).

Oficer.  Sir William Lucy, który ze mną razem
Opuścił obóz, by szukać pomocy.
Somerset.  Skąd wracasz? jakie przynosisz nowiny?
Lucy.  Przynoszę wieści, że Talbot sprzedany,
Talbot, co zewsząd zagrożony śmiercią,
Woła, by książę York, by Somerset
Przybyli w pomoc słabym jego pułkom.
Lecz gdy znużone bohatera członki
Pot krwawy sączą w nierównych zapasach,
Gdy was w zawodnej swej czeka nadziei,
Wy, dziś honoru angielskiego stróże,
Przez grzeszną zazdrość w dali się trzymacie.
O, niech niezgoda wasza osobista,
Niech mu należnej nie zwleka pomocy,
Gdy on poświęca bohaterskie życie
W boju z przeważną siłą nieprzyjaciół!
Alençon, Reignier, bękart Orleański,
Karol i cała moc księcia Burgundyi
Gniotą go zewsząd, i przez waszą winę
Nieustraszony Talbot marnie zginie.
Somerset.  York go popchnął, niech York ocali.
Lucy.  York, z swej strony, ciebie skarży, książę,
Na ciebie zwala wymarsz opóźniony
Na tę wyprawę zaciągniętych pułków,
Somerset.  Kłamie! miał jazdę, byle jej zażądał;
Małom mu winien względów, mniej miłości,
I nikczemnością z mej byłoby strony
Z pochlebstwa jego zgadywać życzenia.
Lucy.  Zdrada angielska nie francuskie siły
W sidła dzielnego uwikłały męża.
Już on do Anglii żywy nie powróci,
Bo w grób go wasza dziś niezgoda rzuci.
Somerset.  Nie troszcz się, jazdę natychmiast wysyłam,

Stanie mu w pomoc nim sześć minie godzin.
Lucy.  Za późno! On już jeńcem jest lub zginął,
Bo uciec nie mógł, choćby uciec pragnął,
A Talbot, mogąc, nie chciałby uciekać.
Somerset.  Żegnaj, Talbocie, jeśliś stracił życie!
Lucy.  Świat chwałę jego, wy wstyd dziedziczycie.

(Wychodzą).
SCENA V.
Obóz angielski pod Bordeaux.
(Wchodzą: Talbot i Jan, syn jego).

Talbot.  Synu mój młody, jam cię tu przywołał,
Aby w wojennych ćwiczyć cię fortelach,
By w tobie imię Talbota odżyło,
Gdy wiek żywotne wyczerpawszy soki,
Członki me rzuci na boleści łoże.
Ale, okrutnych gwiazd złowrogim wpływem,
Na święto śmierci przybywasz, mój synu,
Nieuniknionej, niewątpliwej śmierci.
Dosiądź więc mego najszybszego konia,
A ja ci powiem, jak z rąk nieprzyjaciół
Śpieszną ucieczką możesz się ratować.
Nie trać więc czasu, Janie, drogi synu!
Jan.  Czym jest twym synem? czy me imię Talbot?
Ja mam uciekać? Jeżeli, mój ojcze,
Matkę mą kochasz, plamy tej nie rzucaj
Na honor dotąd jej niepokalany;
Nie rób bękarta, niewolnika ze mnie.
Nie krew Talbota w żyłach tego płynie,
Co śmie uciekać, kiedy Talbot ginie.
Talbot.  By śmierć mą pomścić, dziś synu uciekaj.
Jan.  Kto raz śmiał pierzchnąć, tego już nie czekaj.
Talbot.  Jeśli zostaniesz, obu śmierć nie minie.
Jan.  Więc ty się ratuj, a twój syn niech ginie.
Twe wielkie imię postrachem jest świata,
Mnie Anglia nie zna, niczem jej ma strata.

Zgon mój Francuzów nie podniesie ducha,
Z tobą angielska umiera otucha.
Ucieczka starej twej nie przyćmi chwały,
Mój honor splami, bom zbyt jeszcze mały.
Świat, w twej ucieczce mądry plan zobaczy,
A moją, trwogi imieniem zaznaczy.
Do serca tego dzielność już nie wróci,
Co w pierwszej próbie plac boju porzuci.
Na klęczkach błagam, pozwól mi, Talbocie,
Ginąć z honorem, a nie żyć w sromocie.
Talbot.  Więc na raz matki twej nadzieja skona?
Jan.  Lepiej niż honor pokalać jej łona.
Talbot.  Jeśli mej nie chcesz klątwy, idź mój Janie.
Jan.  Idę, mój ojcze, na wroga spotkanie.
Talbot.  Część twego ojca ocali się z tobą.
Jan.  Lecz hańby wiecznej okryta żałobą.
Talbot.  Nie możesz stracić chwały, bo nie miałeś.
Jan.  Lecz mogę shańbić imię, co mi dałeś.
Talbot.  Ojcowski rozkaz obroną ci będzie.
Jan.  Czy wstaniesz z grobu na moje orędzie?
Gdy śmierć tak pewna, uciekajmy razem.
Talbot.  A ma drużyna zginie pod żelazem?
Hańby tej nie zna stare czoło moje.
Jan.  A jaż w tę hańbę młodość mą ustroję?
Nic mnie od ciebie rozdzielić nie może,
Bo z tobą razem jedno ciało tworzę.
Razem ja z tobą jak twój cień popłynę,
Żyć będę z tobą, albo z tobą zginę.
Talbot.  Więc cię ostatni raz cisnę do łona
Gwiazdo przy wschodzie zgasnąć przeznaczona
Żyć będziem razem, lub, jeśli potrzeba,
Razem dwie dusze ulecą do nieba.

(Wychodzą).
SCENA VI.
Plac boju.
(Alarm. Utarczki. Talbot ratuje syna otoczonego przez nieprzyjaciół).

Talbot.  Śmiało żołnierze! z nami święty Jerzy!
Regent mi daną gwałci dzisiaj wiarę;
Francuskim mieczom dał nas na ofiarę.
Wytchnij, mój synu, boś się dzielnie sprawił;
Jam ci dał życie, jam śmierci cię zbawił.
Jan.  Dwakroć, mój ojcze, synem twoim byłem;
Już pierwsze moje życie zakończyłem;
Ty mieczem twoim, mimo przeznaczenia,
Kres nowy znaczysz mojego istnienia.
Talbot.  Gdyś iskry z hełmu posypał Delfina,
Ojcowskie serce zagrzał ogień syna,
Jakby owiany młodości znów szałem
Od dumy Gallów cię uratowałem,
Na widok bowiem połysków mej stali
Książęta Francyi kroku nie dostali.
Bękart zakrwawił pierwszy twoje ciało,
Jemu dziewictwo bitw się twych dostało;
Lecz go wnet szabla moja mściwa karci,
Wytacza strugi jego krwi bękarciej;
Z gniewem doń wołam: Wylewam potoki
Twojej nieczystej, twej podłej posoki
Za czyste krople żył mojego syna.
Z mych go rąk liczna wyrwała drużyna. —
Jakże się czujesz, synu mój kochany?
Czy twych sił twoje nie zmniejszyły rany?
Czy chcesz uciekać, gdy już w tej potrzebie
Sam na rycerza pasowałeś siebie?
Uciekaj! Będziesz mścicielem rodzica;
Jedna mnie więcej nie zbawi prawica,
O, zbytku tylko szaleństwa dowodzi
Dwa życia nasze jednej zwierzać łodzi;
Jeśli francuski miecz dziś mnie oszczędzi,
To jutro starość do grobu mnie wpędzi.

Co zyska Francuz, jeśli dzisiaj legnę?
Dniem tylko wprzódy do mety dobiegnę.
Z tobą twa matka, imię nasze kona,
Przyszły mój mściciel i Anglii obrona.
Zostań, a krwawy Anglii los gotujesz;
Ratuj się, jeszcze wszystko uratujesz.
Jan.  Miecz Orleana drasnął tylko ciało,
Twe słowo duszę zakrwawia mi całą.
Nie takim kosztem zysk taki zapłacę:
Za chwilę życia honoru nie stracę;
Nim Talbot młody rodzica odbiegnie,
Niechaj tchórzliwy koń mój wprzódy legnie,
Niech wprzód jak nędzarz zrodzony pod płotem
Będę pogardy i śmiechu przedmiotem.
Cofając kroku, przed światem ogłoszę,
Żem nie twym synem, choć twe imię noszę;
Lecz jeśli w żyłach mych krew twoja płynie:
U stóp Talbota syn Talbota zginie.
Talbot.  Idźmy więc razem, młody mój Ikarze,
Na śmierć rycerską, kiedy honor każe,
Lub sobie drogę wyrąbiem żelazem,
Lub z dumą chwały polegniemy razem. (Wychodzą).

SCENA VII.
Inna część placu boju.
(Alarm. Utarczki. Wchodzi Talbot ranny, oparty na słudze).

Talbot.  Moje już zgasło, gdzie me drugie życie?
Gdzie jest Jan Talbot, waleczne me dziecię?
Dzielności syna ogrzany widokiem,
Uśmiechającem na śmierć patrzę okiem.
Kiedy kolana osłabione giąłem,
On mi zaświecił szablą swą nad czołem,
I jak lew głodny, szaloną prawicą,
Siał śmierć do koła szabli błyskawicą.
Gdy wszystko pierzchło, gdy mu nikt nie sprostał,
Przy konającym ojcu gdy sam został,

Jakgdyby nagłą chwycony wściekłością,
Odbiegł ode mnie z piorunu szybkością,
W odmęt się rzucił, i w krwi wrogów rzece
Szukał ochłody duszy swojej spiece,
I tam, na stosach francuskich rycerzy,
Mój kwiat, mój Ikar, w chwale swojej leży.

(Wchodzą żołnierze niosący ciało Jana Talbota).

Sługa.  To ciało syna twego, drogi panie.
Talbot.  O, śmierci! marne twoje urąganie:
Za chwilę, z twojej mocy wyzwoleni,
Wieczności węzłem na wieki złączeni.
Szybując błękit niebios przeźroczysty,
Nad śmiertelności wzlecim padół mglisty.
Przystojnych śmierci ran odzian tysiącem,
Przemów do ojca słowem konającem,
Urągaj śmierci, synu, pomyśl sobie,
Że stoi w wroga Francuza osobie.
Twój uśmiech zda się mówić: gdyby była
Dziś śmierć Francuzem, jużby śmierć nie żyła.
W moje objęcia złóżcie jego ciało...
Sił na klęsk tyle duszy mej nie stało,
Ale szczęśliwy stary Talbot kona,
Gdy syna grobem, jego są ramiona (umiera).

(Alarm. Wychodzą żołnierze i słudzy, zostawiając dwa ciała. Wchodzą: Karol, Alençon, książę Burgundyi, Bękart, Dziewica, Wojsko).

Karol.  Gdyby Somerset i York nadbiegli,
Krwawoby dla nas dzień się ten zakończył.
Bękart.  Z jaką wściekłością to Talbota szczenię
Siało szabelką śród naszych zniszczenie!
Dziewica.  Spotkał mnie, rzekłam: „Śmierć tu cię nie minie,
Dziewiczy rycerz z Dziewicy rąk zginie“.
A on z pogardy odrzekł mi spojrzeniem:
„Nie, nie, Talbota nie jest przeznaczeniem,
Aby od pustej dziewki ginął stali“.
Rzekł, i utonął w pułków naszych fali,
Mnie, jak niegodną walczyć z nim pominął.
Ks. Burg.  Wielki to rycerz w pączku samym zginął.
Patrz, jak w rodzica śpi teraz objęciach,

Który go w krwawych ćwiczył przedsięwzięciach.
Bękart.  Posieczmy ciała, które żyjąc, siały
Nam strachu żniwo, a Anglikom chwały.
Karol.  Nie, nie, po śmierci nie krzywdźmy zwłok męża,
Co żyjąc, błyskiem płoszył nas oręża.

(Wchodzi sir Wiliam Lucy, z pocztem, poprzedzony przez francuskiego herolda).

Lucy.  Heroldzie, pokaż namiot mi Delfina,
Niech wiem, kto palmę zwycięstwa otrzymał.
Karol.  Jakie poddaństwa niesiesz mi poselstwo?
Lucy.  Poddaństwa, książę? To wyraz francuski,
Niezrozumiały angielskim rycerzom.
Przychodzę pytać o jeńców nazwiska,
I ciała naszych poległych rozeznać.
Karol.  Pytasz o jeńców? Piekło naszą turmą.
Powiedz mi jednak, kogo chcesz odszukać?
Lucy.  Lecz gdzie jest wielki potyczek Alcydes,
Hrabia Shrewsbury, waleczny lord Talbot?
W nagrodę licznych mianowany zwycięstw
Hrabią Waterford, Washford i Walencyi,
Lordem Talbotem z Goodrig i Urchinfield,
Lordem Strange z Blackmere, lordem Verdun z Alton,
Lordem Furnival z Sheffield, Cromwel z Wingfield,
Trzykroć zwycięski, gdzie jest lord Falconbridge,
Rycerz orderu świętego Jerzego,
Złotego runa, świętego Michała,
Wielki marszałek Henryka Szóstego,
Wódz jego armii w królestwie francuskiem?
Dziewica.  Cóż to za język śmiesznie napuszony!
Turek, pan królestw dwóch i pięćdziesięciu,
Tak nudnym stylem nie pisze o sobie.
Mąż, co go tylu zdobisz tytułami,
U nóg nam śmierdzi jedzony przez muchy.
Lucy.  Więc zginął Talbot? zginął bicz Francuzów,
Groźna Nemezys waszego królestwa?
Czemuż źrenice me nie są kulami,
Bym je z wściekłością w oblicza wam cisnął!
Gdybym umarłych mógł tylko tych wskrzesić,

Dośćby to było na strach całej Francyi,
Sam jego obraz śród was postawiony
I najdumniejszych trwogąby przeniknął.
Dajcie mi zwłoki, abym mógł im sprawić
Pogrzeb wielkości i chwały ich godny.
Dziewica.  Zuchwalec musi być Talbota duchem,
Gdy prosi jakby rozkazy wydawał.
Dajcie mu jednak trupy, by nie truły
Dłużej powietrza smrodem swej zgnilizny.
Karol.  Idź, weź ich ciała.
Lucy.  Uniosę je z sobą,
Ale z popiołów Fenix ich wyleci,
Który przestraszy znowu wasze dzieci.
Karol.  Rób, co chcesz z nimi, byleś je stąd zabrał:
Zwycięstwo zbiegnie na nasze sztandary,
Nasz będzie Paryż, bo legł Talbot stary. (Wychodzą).




AKT PIĄTY.
SCENA I.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: król Henryk, Gloucester, Exeter).

Król Henr.  Czy już papieskie czytaliście listy,
Listy cesarza i hrabi Armagnac?
Gloucest.  Czytałem, królu, a treść ich jest taka:
Proszą, pokornie, abyś raczył, panie,
Z królestwem Francyi święty pokój zawrzeć.
Król Henr.  Sam o tym wniosku co myślisz, milordzie?
Gloucest.  Pochwalam z serca; jedyny to środek
By chrześcijańskiej wylew krwi zatrzymać,
Dać dwom królestwom słodki wypoczynek.
Król Henr.  Prawda, mój stryju, zawsze ja myślałem,
Że bezbożnością było to wyrodną,

Gdy tak okrutne, tak krwawe zapasy
Tej samej wiary dzieliły wyznawców.
Gloucest.  Prócz tego, królu, aby spieszniej związać,
Potężniej ścisnąć ten węzeł przyjaźni,
Hrabia Armagnac, pokrewny Karola,
Mąż niepośledniej we Francyi powagi,
Swoją ci córkę jedynaczkę daje
Z wielką wyprawą.
Król Henr.  Małżeństwo, mój stryju?
Ach, ja tak młody! Mnie lepiej przystoją
Moje papiery, książki i nauka,
Niż czułe z piękną kochanką zabawy.
Przywołaj jednak posłów, daj każdemu
Do twojej myśli stosowną odpowiedź;
Chętnie potwierdzę wszystko, co ma służyć
Bogu na chwalę, mym ludom na szczęście.

(Wchodzą: legat papieski i dwóch posłów, z nimi Winchester, w ubiorze kardynała).

Exeter.  Co? w kardynalskiej purpurze Winchester?
Więc przepowiednie Henryka Piątego
Sprawdzą się, widzę; król ten prorokował:
„Jeśli zostanie kiedy kardynałem,
Swój on kapelusz z koroną porówna“.
Król Henr.  Żądania wasze, dostojni panowie,
Były przedmiotem narad i rozwagi;
Równie nam dobre jak słuszne się zdają;
Naszem niezmiennem jest postanowieniem
Skojarzyć pokój na słusznych warunkach,
Które bez zwłoki poniesie do Francyi
Nasz ambasador, kardynał Winchester.
Gloucest.  A co do pana waszego ofiary,
Wszystkom królowi przedstawił obszernie,
A on, ujęty dziewicy pięknością,
I jej cnotami, blaskiem jej posagu,
Chce ją na tronie angielskim posadzić.
Król Henr.  Na potwierdzenie słów mojego stryja (do posła)
Nieś jej ten klejnot, mej zakład miłości.
Teraz dopilnuj, lordzie protektorze,

By się do Dover bezpiecznie dostali,
Bez opóźnienia wybiegli na morze.

(Wychodzą: król Henryk i jego poczet, Gloucester, Exeter i posłowie).

Winchest.  Lordzie legacie, zatrzymaj się chwilę,
Odbierz wprzód summę, którą obiecałem
Przesłać do Ojca świętego szkatuły
Za mej godności poważne oznaki.
Legat.  Chętnie do waszej przychylam się woli.
Winchest.  Teraz Winchester nie uchyli czoła,
I będzie równy parom najdumniejszym.
Humphreyu Gloucester, wkrótce się przekonasz,
Że ni godnością, ani rodu chwałą
Nie będziesz dłużej kardynała panem;
Albo mnie zgiętem powitasz kolanem,
Lub buntem ziemię zamącę tę całą. (Wychodzą).

SCENA II.
Francya. Płaszczyzny Anjou.
(Wchodzą: Karol książę Burgundyi, Alençon, Dziewica, wojsko w marszu).

Karol.  Wieść ta w nas wszystkich ducha może podnieść,
Powstali bowiem dzielni Paryżanie,
I na francuską przeszli znowu stronę.
Alençon.  Więc śpiesz co prędzej do Paryża, książę,
Nie trzymaj armii w zgubnej bezczynności.
Dziewica.  Pokój im, jeśli do nas wrócą znowu,
Lub ich pałace niech w gruzy upadną!

(Wchodzi Posłaniec).

Posłaniec.  Szczęście naszemu dzielnemu wodzowi,
Pomyślność wszystkim jego towarzyszom!
Karol.  Jakie nam wieści przednia straż nadsyła?
Posłaniec.  Dwa sił angielskich oddzielne korpusy
Znowu się w jeden wielki zlały zastęp,
I lada chwila chcą na was uderzyć.
Karol.  Trochę za późne twoje ostrzeżenie;
Gotowych jednak znajdzie nieprzyjaciel.

Ks. Burg.  Toć duch Talbota z siłą tą nie ciągnie,
A niema trwogi, gdzie niema Talbota.
Dziewica.  Strach z wszystkich ludzkich uczuć najpodlejszy.
Rozkaż zwycięstwu, zwycięstwo usłucha
Na postrach światu, na złość Henrykowi.
Karol.  Naprzód, panowie! a szczęść Francyi, Boże!

(Wychodzą).
SCENA III.
Francya. Pod murami Angers.
(Alarm. Utarczki. Wchodzi Dziewica).

Dziewica.  Regent zwycięża, pierzchają Francuzi.
Pomóżcie teraz czary, amulety,
I dzielne duchy, których głos proroczy
Daje mi znaki i przyszłość objawia! (Grzmot).
Wy, szybkie sługi, posłuszne rozkazom
Waszego pana, monarchy Północy,
Przybądźcie w pomoc moim przedsięwzięciom!

(Pokazują się dyabły).

Wasze zjawienie nowym jest dowodem
Waszej na służbę moją gotowości.
Teraz więc, moje sprzymierzone duchy,
Z podziemnych sklepów na głos mój przybądźcie,
Raz jeszcze dajcie zwycięstwo Francuzom!

(Duchy przechodzą się w milczeniu).

Dłużej mnie waszem nie dręczcie milczeniem!
Krwią moją własną żywić was przywykłam,
Jestem gotowa rękę moją uciąć,
Dać ją wam w przyszłej nagrody zadatek,
Tylko pomocą bądźcie mi w tej sprawie!

(Spuszczają głowy).

Żadnej nadziei? Usłuchajcie prośby,
A dam w zapłatę całe moje ciało. (Potrząsają głową).
Więc ciało moje, krwi mojej ofiara
Zwykłej pomocy od was nie otrzyma?
Weźcie więc duszę; ciało, duszę, wszystko,
Tylko niech Anglik zwycięzcą nie będzie! (Znikają).

Patrzcie, zniknęli! Zbliżają się czasy,
Francuz uchylić dumną musi kitę,
Na łono Anglii korną złożyć głowę.
Straciły dawną siłę me zaklęcia,
Piekło za silne, bym walczyć z niem mogła;
W prochu się, Francyo, chwała twoja tarza!

(Wychodzi. — Alarm. Wchodzą Francuzi i Anglicy ucierając się, Dziewica i York walczą, ręka na rękę. Dziewica pojmana, Francuzi uciekają).

York.  Panienko Francyi, trzymam cię nakoniec;
Wywołaj teraz czarami twe duchy,
Spróbuj, czy wolność zdołają ci wrócić.
Przepyszna zdobycz, dyabłów godna łaski!
Patrz, jak się marszczy szpetna czarownica,
Jak druga Cyrce chciałaby mnie zmienić.
Dziewica.  Na coś brzydszego zmienić cię nie można.
York.  O, Karol Delfin młodzik to nadobny,
On jeden przystał twym oczom wybrednym.
Dziewica.  Bodaj ten Karol przepadł z tobą razem!
Bodaj uśpionych podeszła was obu
Krwawa mordercy ręka ze sztyletem!
York.  Wstrzymaj bluźnierczy język, czarownico!
Dziewica.  Dozwól mi, proszę, na chwilę przeklinać.
York.  Na stosie będziesz klęła, bisurmanko. (Wychodzą).

(Alarm. Wchodzi Suffolk, prowadząc Małgorzatę).

Suffolk.  Bądź, kim chcesz sobie, jesteś moją branką.

(Patrzy na nią).

Piękności cudzie! nie drżyj, nie uciekaj,
Bo tylko dłonią dotknę cię pokorną.
Na wieczny pokój całuję te palce,
I lekko składam je na twoim boku.
Kto jesteś? powiedz, abym cześć ci oddał.
Małgorz.  Wiedz, że nazwisko moje Małgorzata,
Że jestem córką króla Neapolu.
Suffolk.  A jam jest hrabią, imię moje Suffolk.
Cudzie natury, nie gniewaj się, proszę,
Branką być moją twem jest przeznaczeniem:
Tak łabędź broni piskląt swych puszystych,

Gdy je pod skrzydłem jak w więzieniu trzyma.
Lub jeźliś branką zostać nie jest zdolną,
Idź, przyjaciółką bądź Suffolka wolną.

(Małgorzata odwraca się, jakby chciała odejść).

Stój! Nie, nie mogę z mej puścić cię dłoni:
Dłoń chce dać wolność, ale serce broni.
Słońce igrając na morza zwierciadle,
Odbija obraz swych jasnych promieni;
Tak się jej piękność w mych odbija oczach.
Chciałbym w zaloty iść, lecz mówić nie śmiem.
Mamże wziąć pióro, myśl jej mą wypisać?
Wstydź się, Suffolku! Nie rób sobie krzywdy,
Masz przecie język, wszak to branka twoja,
Dasz się zwyciężyć niewiasty spojrzeniom?
Tak jest; piękności potężny majestat
Zmysły me mąci i krępuje język.
Małgorz.  Hrabio Suffolku, gdy takie twe imię,
Jakiego żądasz ode mnie okupu?
Postrzegam bowiem, żem branką jest twoją.
Suffolk  (na stronie). Skąd wiesz, że twoje odrzuci zaloty,
Zanim na próbę miłość jej stawiłeś?
Małgorz.  Dlaczego milczysz? Jaki mam dać okup?
Suffolk  (na stronie). Jest piękną, a więc zalotów jest godną,
A jest niewiastą, więc i kochać może.
Małgorz.  Przyjmujesz okup? tak czy nie? odpowiedz.
Suffolk  (na stronie). Pomnij szaleńcze, żeś zostawił żonę;
Możeż kochanką twą być Małgorzata?
Małgorz.  Najlepiej milczeć, gdy słuchać mnie nie chce.
Suffolk  (na stronie). To wszystko psuje; to karta nieszczęścia.
Małgorz.  Mówi od rzeczy, musi być szalony.
Suffolk  (na stronie). A przecie mogę dyspensę otrzymać.
Małgorz.  A przecie pragnę, byś mi odpowiedział.
Suffolk  (na stronie). Wygrać ją jednak muszę, lecz dla kogo?
Dla mego króla. Drewniana to sprawa.
Małgorz.  Mówi o drewnie; pewno jaki cieśla.
Suffolk  (na stronie). A tak i miłość moją uspokoję,
I dwom narodom błogi wrócę pokój.
Lecz i w tem przecie trudności niemało;

Bo choć jej ojciec królem Neapolu,
Księciem jest Anjou i Maine, jest ubogim;
Związek ten szlachta odrzuci z pogardą.
Małgorz.  Nie chcesz mnie ani słuchać, kapitanie?
Suffolk  (na stronie). Ale tak będzie, mimo ich pogardy:
Henryk jest młody, więc łatwo ustąpi.
(Głośno) Wielką ci powiem tajemnicę, pani.
Małg.  (na str.). Cóż stąd, żem branką? W twarzy jego czytam,
Że jest rycerzem, a więc mnie nie skrzywdzi.
Suffolk.  Racz mnie, o pani, krótką chwilę słuchać.
Małgorz.  (na stronie). Może Francuzi zdołają mnie odbić,
I względów jego nie będzie mi trzeba.
Suffolk.  Racz, piękna pani, wysłuchać mnie w sprawie —
Małgorz.  (na stronie). Ba, wszakże były branki i przede mną.
Suffolk.  Dlaczego, pani, mówisz sama z sobą?
Małgorz.  Racz mi to, proszę, qui pro quo przebaczyć.
Suffolk.  Czy ci niewola nie wyda się słodką,
Jeśli w niewoli zostaniesz królową?
Małgorz.  Stokroć nędzniejszą królowa w niewoli,
Niż najnędzniejszy w łańcuchach niewolnik.
Król być powinien wolnym.
Suffolk.  Wolną będziesz,
Jeśli szczęśliwy król Anglii jest wolnym.
Małgorz.  Co może dla mnie wolność jego znaczyć?
Suffolk.  Zrobię cię króla Henryka królową,
I złote berło w twoją złożę rękę,
I głowę twoją koroną ozdobię,
Byleś raczyła być moją —
Małgorz.  Kim, twoją?
Suffolk.  Jego kochanką.
Małgorz.  Jestem niegodną być żoną Henryka.
Suffolk.  O nie, nie, pani! Jam to jest niegodny
Tak piękną damę za żonę mu swatać,
A w tym wyborze żadnej cząstki nie mieć.
Czyli ofiarę przyjmujesz mą, pani?
Małgorz.  Jeśli się zgadza z ojca mego wolą.
Suffolk.  Więc naprzód nasze posuniem chorągwie,
A pod murami zamku twego ojca

Trąbką go wezwiem na rozhowor z nami.

(Słychać parlamentarską trąbkę; Reignier pokazuje się na murach).

Patrz, o, patrz, Regnier, córka twoja branką.
Reignier.  A czyją?
Suffolk.  Moją.
Reignier.  Suffolku, co począć?
Jestem żołnierzem i nie mogę płakać,
Albo na zmienność żalić się fortuny.
Suffolk.  Jest przecie na to lekarstwo nie trudne;
Przychyl się choćby dla własnej swej chwały,
Do ślubnych związków córki twej z mym królem.
Jej pozwolenie z trudnościąm otrzymał,
Daj teraz twoje, a ta jej niewola
Wkrótce książęcą stanie się wolnością.
Reignier.  Czy Suffolk mówi, to co ma na myśli?
Suffolk.  Piękna twa córka powie ci, że Suffolk
Nie może kłamać, łudzić lub pochlebiać.
Reignier.  W twe ufny słowo, idę z mego zamku
Na twe żądanie słuszne odpowiedzieć (schodzi z murów).
Suffolk.  A ja na twoje czekam tu przybycie.

(Przy odgłosie trąb wchodzi Reignier).

Reignier.  Witaj mi, hrabio, na moich dzielnicach,
I w Anjou wedle twej rozkazuj woli.
Suffolk.  Dzięki ci, szczęsny ojcze takiej córki,
Godnej być króla mego towarzyszką.
Co odpowiadasz książę na mą prośbę?
Reignier.  Skoro jej lichą swatać raczysz wartość
Na tak wielkiego pana narzeczoną,
Byłem przy mojem dziedzictwie pozostał,
Byle na przyszłość hrabstwa Maine i Anjou
Wolne od gwałtów, od klęsk wojny były,
Jeśli chce, Henryk może wziąć mą córkę.
Suffolk.  A za ten okup ja wolność jej wracam.
W dwóch hrabstw spokojnem, pewnem posiadaniu,
Mą będzie sprawą zostawić cię, książę.
Reignier.  Ja znowu w króla Henryka imieniu,
Jak potężnego monarchy namiestnik,
Na znak jej wiary rękę ci jej daję.

Suffolk.  Podziękowanie składam ci królewskie,
Bo działam w sprawie mojego monarchy.
(Na str.). Choć mi się zdaje, że chętniebym przystał
Moim tu własnym być pełnomocnikiem.
(Głośno). Śpieszę do Angli z wielką wiadomością,
Idę przyśpieszyć ślubną uroczystość,
Bywaj zdrów, Reignier! a wedle wartości
Klejnot ten w złotych chowaj nam pałacach.
Reignier.  Przyjmij ten uścisk, który daćbym pragnął
Chrześcijańskiemu panu, Henrykowi,
Gdyby był tutaj.
Małgorz.  (odchodząc). Bywaj zdrów, milordzie!
Życzenia, modły, wdzięczność Małgorzaty
Będą ci zawsze, wszędzie towarzyszyć.
Suffolk.  Żegnam cię, pani! Ale, Małgorzato,
Żadnych pozdrowień dla mojego króla?
Małgorz.  Pozdrów go słowem, jakie może przystać
Młodej dziewicy, jego służebnicy.
Suffolk.  Uroczy rozkaz, natchniony skromnością.
Ale raz jeszcze kłopotać cię muszę;
Czy nie poniosę mojemu królowi
Żadnego twojej miłości zadatku?
Małgorz.  I owszem, serce czyste i bez plamy,
I obce dotąd miłości.
Suffolk  (całuje ją).To przytem.
Małgorz.  To jest dla ciebie; nie jestem dość śmiałą,
Tak lichy datek królowi przesyłać.

(Wychodzą: Reignier i Małgorzata).

Suffolk.  O, gdyby była moją! — Stój, Suffolku!
W tym labiryncie myśli twoich nie gub,
Gdzie Minotaur i ohydne zdrady
Czyhają skryte. Sprawą twoją teraz
Wdzięków jej blaskiem króla oczarować.
Marz pośród drogi o cnót jej potędze,
O przyrodzonych wdziękach, którym sztuka
Niegdy nie sprosta, abyś za powrotem,
Kiedy przed królem Henrykiem uklękniesz,
Twoją powieścią rozum mu odurzył (wychodzi).

SCENA IV.
Obóz księcia York w Anjou.
(Wchodzą: York, Warwick i inni).

York.  Na stos skazaną wprowadź czarownicę.

(Wchodzi: Dziewica i Pasterz).

Pasterz.  To ojca twego dobije, Joanno!
Na toż po tylu szukałem cię ziemiach,
Abym cię znalazł i tylko był świadkiem
Twojej okrutnej, twej przedwczesnej śmierci?
Ach, umrę z tobą, słodka moja córko!
Dziewica.  Precz, podły starcze, nikczemny nędzarzu!
Krew szlachetniejsza w moich płynie żyłach,
Ni ojcem moim, ni mym jesteś krewnym.
Pasterz.  Nie, nie, panowie, nie wierzcie jej słowom.
Że to me dziecko, cała wie parafia.
Matka jej żyje i może powiedzieć,
Że była naszą córką pierworodną.
Warwick.  Nędznica, ojca swego się wypiera!
York.  To nam dowodzi, jaki był jej żywot:
Podły i grzeszny, końca tego godny.
Pasterz.  Wstydź się, Joanno! Wstydź twego uporu.
Bóg wie, że jesteś cząstką mego ciała;
Łzę ja niejedną dla ciebie wylałem,
Twego się ojca nie wypieraj córko.
Dziewica.  Precz stąd! wy chłopa tego przekupili,
Ażeby rodu mojego blask przyćmić.
Pasterz.  To prawda, dałem błyszczącą monetę
W dzień mego ślubu memu plebanowi.
Uklęknij, moje przyjm błogosławieństwo.
Nie chcesz się schylić? Niech będzie przeklęty
Dzień opłakany twego urodzenia!
Ach, czemu mleko, które z piersi matki
Ssałaś, nie było dla ciebie trucizną!
Czemuż, gdy jagniąt moich pasłaś trzodę,
Wilk cię żarłoczny na pastwę nie pożarł!
Ojca się wstydzisz, przeklęta włóczęgo?

Spalcie ją, nie dość dla niej szubienica (wychodzi).
York.  Na stos ją wiedźcie, zbyt długo już żyła,
Świat napełniając swoją złośliwością.
Dziewica.  Słuchajcie, kogo na stos skazujecie:
Nie jestem córką biednego pasterza,
Jestem gałązką królewskiego szczepu,
Świętą, cnotliwą, darem bożej łaski
Na wielkich cudów spełnienie wybraną.
Lecz wy, rozpustą waszą pokalani,
Krwią niewiniątek bezgrzesznych zbroczeni,
Tysiącznych przywar popsuci zgnilizną,
Że łask nie macie innym udzielonych,
Sądzicie zaraz, że kto cuda robi,
Tylko z dyabelską robi je pomocą.
Lecz sąd wasz mylny, Joanna d’Arc bowiem
Była dziewicą od lat niemowlęcych,
I w myślach nawet jest niepokalaną,
A krew jej czysta, okrutnie wylana,
O pomstę będzie do bram niebios wołać.
York.  To bardzo pięknie. Na stos ją prowadźcie.
Warwick.  A pamiętajcie, skoro jest dziewicą,
Nie szczędzić drzewa; na fatalnym stosie
Polejcie smołę, by jej męki skrócić.
Dziewica.  Nicże okrutnych serc waszych nie wzruszy?
A więc, Joanno, wyjaw twoją słabość,
Która ci prawa zapewni przywilej.
Jestem ciężarną. Krwawi rozbójnicy,
Jeśli na straszną śmierć mnie posyłacie,
Nie zabijajcie dziecka w mojem łonie.
York.  Broń Boże! Święta Dziewica ciężarną?
Warwick.  To cud największy z wszystkich twoich cudów;
Na toż surowej twojej przyszło cnocie?
York.  Znając jej figle z Delfinem, wiedziałem,
Że to jej będzie ostatnią ucieczką.
Warwick.  Lecz my nie chcemy bękartów, a zwłaszcza
Gdy tych bękartów Karol ma być ojcem.
Dziewica.  Nie Karol mego dziecięcia jest ojcem;
Alençon umiał zyskać moją miłość.

York.  Alençon? Jawny Francyi Machiawel?
Choćby żyć tysiąc miało, dziecko umrze.
Dziewica.  Czekajcie chwilę! Zwodziłam was dotąd,
Bo ani Karol, ni książę Alençon,
Lecz Neapolu król Reignier jest ojcem.
Warwick.  Człowiek żonaty! Grzech nieprzebaczony.
York.  A to mi dziewka! Zda się sama nie wie,
Kogo oskarżyć z wielkiej liczby winnych.
Warwick.  Wielki to znak jest jej szczodrobliwości.
York.  A mimo tego czystą jest dziewicą.
Własnem wyznaniem siebie i bachora
Swego potępiasz. Skończ twoje błagania,
Wszystko na próżno.
Dziewica.  Na stos mnie prowadźcie!
Moje przekleństwo w spuściznie wam daję!
Niech nigdy słońce jasnych ócz nie zwróci
Na ziemię, która waszem jest mieszkaniem!
Niech was noc wieczna, cień śmierci owinie,
Aż samobójczy skręci wam postronek
Szalona rozpacz po tysiącznych klęskach!

(Wychodzi pod strażą).

York.  Niechaj płomienie na proch cię przepalą
Grzeszna, przeklęta piekieł wysłanniczko.

(Wchodzi kardynał Beaufort z orszakiem).

Kardynał.  Lordzie regencie, przyjmij pozdrowienie
I listy, które przynoszę od króla.
Wiedzcie, że wszystkie państwa chrześcijańskie,
Tknięte litością na sporów tych widok,
O wspólny pokój błagają natrętnie
Pomiędzy nami, a Francyą ambitną.
Zbliża się Delfin z całym swoim dworem,
By się naradzić z nami o warunki.
York.  Takiżto owoc wszystkich trudów naszych?
Za krew przelaną tylu parów Anglii,
Tylu żołnierzy, szlachty, kapitanów,
Poległych w boju dla dobra swej ziemi,
Mamy dziś przyjąć pokój zniewieściały!
Ileż to grodów już utraciliśmy

Przez zdradę, podstęp i chytre knowania!
O Warwick, Warwick! z boleścią już widzę
Królestwa Francyi stratę nieodzowną.
Warwick.  Cierpliwość, książę! Jeśli zawrzem pokój,
To na warunkach tak ścisłych i twardych,
Że małe zyski Francya z nich wyciągnie.

(Wchodzą: Karol z orszakiem, Alençon, Bękart, Reignier i inni).

Karol.  Lordowie Anglii, gdy na tem stanęło,
Że dwa narody pokój znów skojarzy,
Przychodzę pytać, na jakich warunkach
Zawrzeć przymierze jesteście gotowi.
York.  Mów, kardynale, gniew mi ścisnął gardło
I zamknął przejście słowom uwięzionym.
Kardynał.  A więc słuchajcie, co u nas zapadło:
Skoro król Henryk zgadza się łaskawie
W swem miłosierdziu, aby ziemię waszą
Od krwawej wojny spustoszeń wyzwolić,
I dać jej wytchnąć w swobodach pokoju,
Będziecie berła jego lennikami;
A ty, Karolu, jeśli mu przysiężesz
I roczny haracz i twe posłuszeństwo,
Będziesz we Francyi jego namiestnikiem,
Z przywilejami królewskiej godności.
Alençon.  Więc ma samego siebie cieniem zostać?
Ma skronie swoje ozdobić koroną,
A gdy o władzy idzie rzeczywistość,
Pozostać w szrankach prywatnego męża?
To niedorzeczny, bezrozumny wniosek.
Karol.  Alboż nie wiecie, że jestem już panem
Większej połowy francuskiego kraju
Z prawego króla władzą i powagą?
I żeby posiąść resztki nie podbite,
Mam już nabytych zrzec się przywilejów
I być królestwa tylko namiestnikiem?
Nie, kardynale, wolę trzymać raczej
Co już posiadam, niż na więcej chciwy,
Stracić nadzieję zdobycia wszystkiego.
York.  Zuchwały książę, tajnemi drogami

Orędowników szukałeś przymierza,
Teraz, gdy wszystko chyli się do zgody,
Szukasz wybiegów w błędnych porównaniach?
Lub przyjmij tytuł, dzisiaj przywłaszczony,
Jak dar łaskawy naszego monarchy,
Nie jak następstwo praw ci przynależnych,
Albo się gotuj na nowe zapasy.
Reignier.  Źle robisz, książę, jeśli chcesz upornie
Subtylizować warunki pokoju:
Bo sto na jeden, że nie znajdziesz później,
Gdy tę z rąk puścisz, lepszej sposobności.
Alençon.  (na str. do Karola). I mojem zdaniem, radzi polityka
Twoich poddanych od klęsk uratować,
Od krwawych mordów, rabunków i rzezi,
Na które wojna codzień ich naraża.
Przyjm więc, choć twarde pokoju warunki,
W stosownej porze zerwać je gotowy.
Warwick.  Czy te przyjmujesz warunki, Karolu?
Karol.  Zgoda. Jedynie to sobie zastrzegam,
Że do miast, w których stoją me załogi,
Żadnych praw sobie rościć nie będziecie.
A teraz hołdu wykonaj przysięgę,
Jak prawy rycerz przysiąż posłuszeństwo,
Przysiąż, że nigdy ni ty ni twa szlachta
Na króla Anglii szabli nie wzniesiecie.

(Karol i inni pełnią akt hołdu).

Teraz możecie pułki wasze zwinąć,
Uciszyć bębny, zawiesić sztandary,
Bo uroczysty zawarliśmy pokój. (Wychodzą).

SCENA V.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: król Henryk rozmawiając z Suffolkiem, za nimi Gloucester i Exeter).

Król Henr.  Powieść o cudach wdzięków Małgorzaty,
Szlachetny hrabio, w zdumienie mnie wprawia.

Cnota jej, kwiatem piękności wieńczona,
Serce me ogniem miłości zapala;
A jak gwałtownych wichrów silne tchnienie
Wspak przypływowi wielkie niesie nawy,
Tak i ja, tchnieniem sławy jej porwany,
Albo rozbity pośród skał utonę,
Albo owoce miłości jej uszczknę.
Suffolk.  Łaskawy królu, powieść ta pobieżna
Jest tylko lichą pochwał jej przedmową;
Bo niezrównane jej doskonałości
(Gdybym potrafił ująć je w wyrazy)
Byłyby księgą czarujących wierszy,
Zdolnych zachwycić najtępsze umysły.
Lecz nie dość na tem: przy bóstwa urodzie,
Przy całej pełni wdzięków i ułudy,
Z całą skromnością dziewiczej pokory
Twoich rozkazów słuchać jest gotową,
Rozkazów w myśli uczciwej wydanych,
Kochać Henryka i czcić jak małżonka.
Król Henr.  Innych też Henryk nie przypuszcza myśli.
Pozwól więc, lordzie, aby Małgorzata
Była mą żoną a królową Anglii.
Gloucest.  Ja mam przyzwolić na grzeszne zachcianki?
Wszakże wiesz, królu, żeś już zaręczony
Innej dziewicy wysokiego rodu;
Możemyż teraz dane słowo łamać
Bez czarnej plamy na twoim honorze?
Suffolk.  Możem, jak władca nieprawną przysięgę,
Lub jak zapaśnik, który na turniejach,
Ślubował w szrankach próbować swej siły,
Cofa się widząc przeciwnika wyższość;
Z córką biednego hrabi ślub nierówny
Możemy jeszcze bez hańby odrzucić.
Gloucest.  Czem, proszę, od niej wyższa Małgorzata?
Alboż jej ojciec lepszy od hrabiego
Mimo całego blasku swych tytułów?
Suffolk.  Lepszy, milordzie. Ojciec jej jest królem
Jerozolimy, królem Neapolu,

A wielka jego we Francyi przewaga
Ustali pokój i Francyę utrzyma
W wiernem przysięgi hołdu zachowaniu.
Gloucest.  To nam i hrabia Armagnac wyświadczy,
Bo i on blizkim Karola jest krewnym.
Exeter.  A jego skarby świetny ręczą posag,
Gdy Reignier chętniej brałby, niźli dawał.
Suffolk.  Posag! Nie krzywdźcie tak waszego króla,
Tak go nikczemnym, tak nędznym nie róbcie,
By skarbów w związku nie miłości szukał.
Henryk zbogacić może swą królowę
A nie królowej złotem się bogacić.
Niech się chłop nędzny targuje o żonę
Jak o barana, o konia lub krowę.
Za nadto świętą sprawą jest małżeństwo,
By w niem meklera brać za pośrednika.
Nie nasza wola ale serce króla
Oznaczy wybór jego towarzyszki;
Skoro więc król nasz Małgorzatę kocha,
Czy to nie dosyć, by i naszem zdaniem
Nad wszystkie inne przenieść Małgorzatę?
Alboż nie piekłem zmuszone małżeństwo,
Nie długim ciągiem sporów i zgryzoty?
Gdy wolne stadło źródłem błogosławieństw
I niebieskiego wzorem jest pokoju.
Kogóż za żonę Henrykowi damy,
Jeśli nie córkę króla Małgorzatę?
Przez swoją piękność, swoje urodzenie
Jest godną króla tylko być małżonką.
Wielkie jej serce, duch nieustraszony,
Obce słabościom zwyczajnej niewiasty,
Wróżą nam godnych monarchy dziedziców;
Bo król nasz Henryk, syn króla zdobywcy,
Łatwiej i synów zdobywców da Anglii,
Jeśli łańcuchem zwiąże się miłości
Z panią wielkiego ducha Małgorzatą.
A więc się wszyscy na me zgódźcie zdanie,
Że ona żoną Henryka zostanie.

Król Henr.  Czy to powieści twej skutek, Suffolku,
Czy to dlatego, że młode me serce
Ogniem miłości dotąd nie płonęło,
Nie wiem; wiem tylko, że całą mą duszą
Miota dziś burza niepohamowana,
I myśli moje to drżą, to się cieszą
Kolejnym wpływem trwogi i nadziei.
Więc płyń do Francyi co prędzej, milordzie,
Podpisz, co zechcesz, byle Małgorzata
Przebyła morze i raczyła zostać
Henryka żoną wierną, namaszczoną;
A na pokrycie twych wszystkich wydatków
Zbierz między ludem moim dziesięcinę.
Leć, leć, powtarzam, do twego powrotu
Będę igraszką mnogich niepokojów.
Ty zaś, mój stryju, nie gniewaj się, proszę,
Sądź mnie nie wedle tego, czem dziś jesteś,
Lecz wedle tego, czem byłeś przed laty,
A łatwo moim przebaczysz rozkazom.
Wiedźcie mnie teraz na ciche ustronie,
Gdziebym mógł cały mym oddać się troskom (wychodzi).
Gloucest.  Lękam się, żeby troski dziś poczęte
Do końca twego nie trwały żywota.

(Wychodzą, Gloucester i Exeter).

Suffolk.  Suffolk wziął górę i płynie, jak niegdyś
Do brzegów Grecyi młody płynął Parys,
Z nadzieją równych tryumfów w miłości
A lepszą dolą w niej od Trojańczyka.
Gdy królem rządzić będzie Małgorzata,
Ja będę rządził nią, królem i Anglią (wychodzi).



Upominek - ozdobnik str. 50.png



Selous - Król Henryk VI cz.2.jpg

KRÓL HENRYK VI. CZĘŚĆ II.



KRÓL HENRYK VI.
CZĘŚĆ II.

W

W dwu ostatnich częściach Henryka VI znać już dobitniej daleko rękę Szekspira, a choć one też raczej ze scen luźnych niż z obmyślanego następstwa wypadków się składają, choć konieczność historyczna więcej panuje nad niemi niż dramatyczna rachuba, czuć już tu mistrza, co myślą jedną przesnuł najróżnorodniejsze wypadki i charakterami je powiązał.

Za życia jeszcze poety, część druga i trzecia wydane zostały osobno, bez pierwszej, i zwały się częścią pierwszą i drugą dramatu króla Henryka VI. — Ale wydanie to wykradzione, bez wiedzy autora wykonane, popsute, zmienione niegodziwie, dziś się może cenić chyba jako ciekawy dowód, czem się naówczas czytająca publiczność i teatra zadawalniały.
Połączone te dwie części wydał Tomasz Millington, w roku 1594, jak się domyślają, z rękopismu spisanego ze słuchania przedstawień na scenie, dopełnionego nieudolnie. Współzawodnicy teatru Globus, nie mogąc dostać oryginału, nasyłali pisarzy na przedstawienia, którzy spisywali niedokładnie ustępy, jakie pochwycić mogli, i z notat tych, jako tako polepionych, drukowano sztuki dla małych teatrów. Millingtona wydania powtarzały się w latach 1600 i 1619, z dodaniem na tytule imienia Szekspira. Poprawniejszy text, z rękopismu autora ukazał się dopiero w wydaniu arkuszowem Heminga i Condella.
Pierwotna edycya nosi tytuł: „Pierwsza część walki pomiędzy dwoma sławnemi domami Yorków i Lancastrów, ze śmiercią dobrego księcia Humphreya, (wygnanie a zgon księcia Suffolka, i tragiczny koniec dumnego kardynała Winchester, z pamiętnym buntem Jack’a Cade), księcia Yorku pierwsze pokuszenie się o koronę“[7].
Co do wewnętrznej wartości, część ta tak niezmiernie przechodzi poprzedzającą, iż ich z sobą porównać, ani zestawiać niepodobna. Jak pierwsza tak i ta, jest bezwątpienia przerobioną z dawniejszego dramatu, ale poeta dojrzalszym był, gdy nad nią pracował i daleko śmielej sobie postąpił z pierwowzorem. Malon, którego popiera Hallam, oryginał ów pierwotny części drugiej przypisuje Marlowowi. Kollier sądzi że jest Greena.
Narzekania te na plagiatorów, na przywłaszczycieli, które umierający w nędzy Green, jako testament po sobie zostawił, mogłyby się właśnie stosować głównie do przerobienia śmiałego przez Szekspira tej części drugiej Henryka VI. Kollier opiera się na jednym szczególe, który poniekąd usprawiedliwia przypuszczenie jego, iż Green był autorem dramatu. W wydaniu Millingtona 1595 roku wspomniony jest „Abradas książe macedoński“, którego Szekspir w wydaniu 1623 roku zmienił na „Bargulus’a, potężnego zbójcę morskiego, Illiryjczyka“. O tym zaś Abradasie nie słychać nigdzie więcej, oprócz dramatu „Płótno Penelopy“, w którym go Green wyprowadza na scenę.
Czyimkolwiekbądź był ten Henryk VI, Greena czy Marlowa, pod ręką Szekspira przetworzył się on na dramat pełen życia i scen po mistrzowsku pojętych; król Henryk VI ze swą dobrocią, słodyczą, pobożnością i niedołęstwem; Małgorzata Andegaweńska ze swym charakterem namiętnym, gwałtownym, nieoględnym, występują tu w takich barwach, jakie im intuicya wielkiego poety nadać mogła. Twórcza tylko siła umie z drobnego rysu wysnuć całą a żywą postać, wskrzesić ją i spotęgować w kilku momentach całe jej życie. Nie mówiąc o innych pięknościach dramatu, z jakąż trafnością maluje Szekspir powstanie Cade’a i lud ów, któremu on przewodził. Po trzechset latach jeszcze się dziś w tem zwierciedle przeglądać mogą niedojrzałe tłumy. Jest to historya wiecznie prawdziwa! niestety! Nie byliżeśmy świadkami podobnych planów i programów za dni niedawnych?
Dzieje zamknięte w tej części drugiej, ciągną się od roku 1445 do 1455; od wylądowania Małgorzaty Andegaweńskiej, do bitwy pod St. Alban’s. Była to pierwsza Lancastrów klęska, pierwsze Yorków zwycięstwo. Poeta dla odmalowania tem dobitniej całej okropności losu Gloucesterów, wciągnął ten, jako potrzebny mu dla dramatu, dawniejszy wypadek, obwinienie o czary i wyrok na księżnę Gloucester. Sąd na nią w istocie o lat cztery wyprzedził przybycie nowej królowej. Upadek zaś samego owego „dobrego księcia Humphrey’a“, jak go zowie tradycya ludowa, nastąpił później daleko. Obwinionego o zdradę stanu, parlament nakazał uwięzić. Później znaleziono go w łóżku umarłym czy też uduszonym poduszkami.
Ten rodzaj śmierci naówczas dosyć był zwyczajnym, gdy chciano dopełnić morderstwa bez krwi rozlewu; Szekspir gdzieindziej się niemi posłużył. Tak samo uduszono Edwarda dzieci. O udziale w zabójstwie Gloucestera kardynała Beaufort wspomina tylko kronika Hall’a. Charakterystyka też jego zaczerpnięta z tego samego źródła.
Niektórzy krytycy ustępowi z kroniki Halla przypisują, że poddał myśl do przedśmiertnego monologu kardynała; chociaż jest on innej treści. — Książe Suffolk, faworyt królowej Małgorzaty, po Gloucesterze opanował władzę całą, ściągając na siebie taką nienawiść, iż się ona przyczynić mogła do wyrobienia u ludu Gloucesterowi przydomku „dobrego“. Utrata francuskich zdobyczy, oddanie księstw Andegaweńskiego i Maine, łaski królowej uczyniły go znienawidzonym... Przypisywano mu wszystkie klęski, począwszy od samego królewskiego małżeństwa.
Cała ta część jest jakby pasowaniem się z mściwą ręką nieuniknionego losu; klęski przychodzą jedna po drugiej, coraz nowe, coraz groźniejsze. Henryk VI przeciwko nim stawi tylko łzy, rezygnacyę i modlitwy; królestwo jego mącą u góry stronnictwa magnatów niespokojnych i władzy chciwych, dołem podmywają je fale buntu chłopskiego, który Szekspir odwzorował tak przewybornie, ze wszystkiemi zachciankami, rodzącemi się ze zbytniej niewoli. Malując Cade’a, Szekspir odgadł wszystkich jego potomków, komunistów i socyalistów, usiłujących świat odtworzyć tym niezmiernie prostym sposobem, ażeby wszyscy robili jak najmniej, a jak najwięcej używali.
Dziedzic zwycięzcy pod Agincourt wiedzie żywot złożony z pasma utrapień i niedoli, traci posiadłości we Francyi, odpadają prowincye lenne, Normandya cała, w roku 1450 jedno Calais zostaje w ręku Anglików. Suffolk jest u władzy, jemu przypisuje Anglia klęski swe i straty, obwiniają go o zdradę, oskarżają o przedajność; królowa chcąc jego życie ocalić, łagodzi karę na pięcioletnie wygnanie. Ale na morzu chwytają go królewskie okręty i Suffolk pada ofiarą powszechnej nienawiści. Kilku majtków sądzi go i wyrok wykonywa.
Śmierć Suffolka przyśpiesza gotowy już wybuch buntu chłopskiego pod wodzą Johna Cade’a, odegrywającego rolę Samozwańca. Cade udaje i przezywa się Mortimer’em, usiłując w ten sposób ściągnąć ku sobie mnogich rodu tego przyjaciół. W owej epoce cywilizacya nie kładła jeszcze tak wybitnych różnic pomiędzy klasami społeczeństwa; przebiegły i śmiały Cade, prosty rzemieślnik, mógł uchodzić za Mortimer’a. To powstanie ludu szczegółowo opisuje kronika Halla.
Cade przyobiecywał ludowi uwolnienie od wszelkich podatków i danin, zupełną swobodę i t. p. Zebrane przez niego tłumy w początkach tryumfowały nad wojskami królewskiemi, pobiły wysłanego przeciw nim Stafford’a, a kraj cały taki paniczny strach opanował, iż król z dworem uciekł z Londynu do Kenilworth, a dla układania się z buntownikami wysłał arcybiskupa Canterbury i księcia Buckingham.
Hall pisze: „Posłowie znaleźli Johna Cade’a w rozmowie trzeźwym, rozumnym w rozprawach, w sercu umiarkowanym, w przekonaniach niewzruszonym i namówić go nie mogli do rozpuszczenia swych wojsk, pókiby król osobą swą do nich nie przybył i na ich wymagania się nie zgodził“.
Cade po ucieczce króla, wpadł do Londynu bezbronnego, gdyż w Tower tylko zostawiono załogę, i w zbroję Stafforda ubrany nazajutrz wjechał do City. Tu uderzył mieczem w stary kamień miejski[8], który na pamiątkę lat dawnych przechowywano i zawołał: „Mortimer jest miasta panem“. Padli ofiarą: Lord Sny ścięty bez sądu i Kromer. O ich dwu głowach wetkniętych na piki i zmuszonych całować się z sobą, wspomina kronika.
Zwycięstwo tego motłochu pociągnęło za sobą rabunek i okrucieństwa. Cade ścinał i wieszał wszystkich, co mu się opierać śmieli. Mieszczanie londyńscy przywiedzeni do rozpaczy, rzucili się wreszcie do oręża, ale dany im za dowódcę z Tower, niejaki Gough, padł w potyczce na moście londyńskim i ledwie się udało dalszy pochód Cade’a powstrzymać, ograniczając go na zajętym południowym Tamizy brzegu. City ocalała. Tymczasem nadeszło przebaczenie królewskie wszystkim, którzy opuszczą Cade’a, i wojsko, jakby cudem, rozpraszać się zaczęło. Nałożono cenę na głowę buntownika, którego błąkającego się w ucieczce zabił szlachcic z hrabstwa Kent, Iden.
Zaledwie to powstanie chłopskie uśmierzone zostało, gdy nowe skargi i narzekania wybuchły przeciwko faworytom królowej. Król się modlił — Małgorzata środkami surowymi usiłowała grożące odwrócić niebezpieczeństwo. Mianowanie naczelnym dowódzcą Somerset’a, który powrócił z Francyi, i znany był jako przyjaciel i pomocnik Suffolka, było hasłem nowego niepokoju. York, namiestnik irlandzki, skorzystał z tego usposobienia i chwili dla siebie przyjaznej, występując przeciwko rządom Somerseta i królowej, a w istocie jako pretendent do korony.
Z nim szli najpotężniejsi panowie, magnaci, wassalowie, rodzina Nevilów, z którą York przez małżeństwo był połączony. Królowej wojska były słabe i nie przygotowane do stawienia im czoła; chociaż walka nie poszła w istocie tak szybko i łatwo jak w dramacie poety.
Historya opowiada to nieco odmiennie; zwycięstwo Yorków przychodzi po dłuższym oporze królowej i jej stronnictwa, po upadku i podźwignięciu się Somerseta. Ta bitwa pod St. Alban’s, zbliżona została dla wymagań scenicznych, a poeta musiał jej nadać większe niż miała znaczenie, łącząc ją z bitwą pod Northampton o pięć lat późniejszą, gdzie ostatecznie dopiero rozbito wojska królowej. Pod St. Alban’s walczyło 2000 ludzi ze strony Lancastrów, Somerset, Buckingham, Northumberland, Clifford przeciwko 3000 ludziom Yorków i Nevilów. Gwałtowny napad Warwicka, po długiej walce, rozstrzygnął o zwycięstwie.
Nadzwyczaj ciekawe jest porównanie wydania pierwotnego tej części Henryka VI, z późniejszem poprawionem przez Szekspira.
Całe ustępy są powykreślane, zmienione, poprzerabiane, i Malone wyrachował, że z pierwszego textu w poprawnem zostało tylko 1771 wierszy, zmieniono 2373, dodano nowych 1899. Każde tu dotknięcie widoczną nosi cechę kunsztmistrza.
W pierwszej edycyi, wygnany Suffolk kilku słowami zimnemi się żegna; w drugiej są one zupełnie zmienione, gorętsze i natchnione uczuciem głębokiem. Tam stoi tylko:
„Więc biedny Suffolk dziesięćkroć wygnany:
Raz jest przez króla, a dziewięć przez ciebie“.
Sławna scena zgonu kardynała Beaufort tak się naprzód zarysowuje w kronice Halla:
Kardynał woła na łożu śmierci:
„Dlaczegóż mam umierać? ja, co tyle bogactw posiadam? Gdyby królestwo całe życie mi uratować mogło, jestem w stanie albo je przez politykę zdobyć, lub kupić za skarby moje. Pfe! Śmierć nie daż się przekupić?
Czyż złoto już nic nie może?“
W pierwszem wydaniu:
„Jak to? czyż (Gloucester) nie umarł w łóżku? a cóżem ja miał na to radzić? alboż to w mojej mocy, bym ludzi zmuszał do życia?... Przyjacielu! pójdź przynieś truciznę, którą mi przysłał aptekarz... A! patrzcie! widmo ks. Humphreya wstaje... patrzy mi w oczy... patrzcie! patrzcie! Przygładźcie mu włosy... Otóż znikło znowu... O! o! —“
W drugiem wydaniu:

„Wszak w swojem łożu umarł, gdzież miał umrzeć?
Mogęż nakazać konającym życie?

Nie męcz mnie dłużej, całą wyznam prawdę.
Co? żyje znowu? prowadź mnie do niego.
By raz nań spojrzeć, tysiąc dam ci funtów.
On źrenic nie ma, żwir wyjadł mu oczy.
Przyczesz mu włosy, patrz tylko, jak wstają,
Niby gałązki lepem namazane,
Aby skrzydlatą moją schwycić duszę...
Daj mi pić, rozkaż też aptekarzowi...
Przynieść kupioną u niego truciznę...“

Gdy Warwick na polu bitwy ranny kona, zaklinają go, aby uchodził, ręcząc, iż zwycięzcą powróci; należy porównać, co odpowiada w dramacie Szekspira, a jak nieforemnie się tłómaczy w pierwszem wydaniu:

„Choćby tak było, nie uszedłbym przecie,
Jak nie uchodzę teraz. Wszak Herkules
Upaśćby musiał pod wrogów natłokiem.
Te razy liczne, które we mnie biły,
Liczniejsze jeszcze, któremim im płacił,
Silnym mym członkom wszelką moc wydarły...
I mimo wszystko śmierci uledz muszę“.

Podobnych zmian jest bardzo wiele, w scenie lady Gloucester z tłumem, Bolingbroka i Jourdain, w scenie gdy Gloucester żegna żonę, dla której nierównie jest surowszym, w końcu sceny wyświecenia lady Eleonory i t. p. W pierwszem wydaniu Gloucester jest zabity na scenie; przerobiona też bardzo pięknie scena, w której król omdlewa i t. p.
Wszystkie te zmiany, ustępy całe, tok dramatu podnoszą go nierównie wyżej nad część poprzedzającą i w tej już udział Szekspira, a raczej autorstwo jego, żadnej nie ulega wątpliwości.


Ozdobnik-5kropek.png



OSOBY:

Król Henryk VI.
Humphrey książę Gloucester (Gloster), jego stryj.
Kardynał Beaufort (Bofor), Biskup Winchester, prastryj króla.
Ryszard Plantagenet, książę Yorku.

Edward,   jego synowie.
Ryszard,
Książe Somerset,   ze stronnictwa króla.
Książe Suffolk,
Książe Buckingham,
Lord Clifford,
Młody Clifford, jego syn.
Hrabia Salisbury,   ze stronnictwa Yorków.
Hrabia Warwick,

Lord Scales (Skals), gubernator Toweru.
Lord Say.
Humphrey Stafford i jego brat Wilhelm.
Sir John Stanley.
Kapitan okrętu, Sternik, Majtek.
Walter Whitmore (Huajtmor).
Dwaj Szlachcice, uwięzieni z Suffolkiem.
Herold Vaux (Wo).
Hume (Hium) i Southwell (Susuell), księża.
Bolingbroke, czarownik i Duch przez niego wywołany.
Tomasz Horner, płatnerz i Piotr, jego czeladnik.
Pisarz z Chatham.
Mer z Saint Alban’s.
Simpcox, oszust.
Dwaj mordercy.
Jack Cade (Ked), buntownik.

Jerzy,  z jego bandy.
John,
Dick,
Smith (Smiz), tkacz,
Michał,

Aleksander Iden, szlachcic z Kent.
Małgorzata, żona Henryka VI.
Eleonora, księżna Gloucester.
Margery Jourdain (Żurdę), czarownica.
Żona Simpcoxa.
Panowie, Panie, Służba, Petycyonaryusze, Aldermani, Bedel, Szeryf, Oficerowie, Obywatele, Czeladnicy, Sokolnicy, Straż, Żołnierze, Posłańcy i t. d.




KRÓL HENRYK VI.
CZĘŚĆ II.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Londyn. Uroczysta sala w Pałacu.
(Odgłos trąb, później obojów. Wchodzą z jednej strony: król Henryk, książę Gloucester, Salisbury, Warwick i kardynał Beaufort; z drugiej; królowa Małgorzata prowadzona przez księcia Suffolka; York, Somerset, Buckingham i inni).

Suffolk.  Królu, posłuszny danym mi rozkazom
W chwili mojego do Francyi odjazdu,
Abym poślubił księżnę Małgorzatę
Jak pełnomocnik królewskiej osoby,
W murach Tours, sławnem mieście starożytnem,
W obec monarchów Francyi i Sycylii,
Książąt Kalabryi, Burgundyi, Alençon
I Orleanu, dwunastu baronów,
I siedmiu hrabiów, trzydziestu biskupów,
Danych mi zleceń wiernie dopełniłem.
Teraz, pokorne zginając kolana,
W obliczu Anglii, dostojnych jej parów,
Przychodzę prawa moje do królowej
W Waszej Królewskiej Mości złożyć ręce,
Która jedyną jest rzeczywistością,
Gdy ja jej wielkim byłem tylko cieniem.
Równego daru nigdy markiz nie dał,

Ni król piękniejszej nie przyjął królowej.
Król Henr.  Powstań, Suffolku. Witaj nam królowo,
Dać ci nie mogę czulszego zadatku
Mojej miłości jak ten pocałunek.
O, wielki Boże, co mi życie dałeś,
Daj mi i serce wdzięcznością brzemienne!
Dałeś mi bowiem z tem pięknem obliczem
Świat błogosławieństw ziemskich duszy mojej,
Jeśli sympatya złączy nasze myśli.
Małgorz.  Dobry mój panie, wielki królu Anglii,
Długie rozmowy moje w wyobraźni,
We dnie i w nocy, na jawie i we śnie,
Przy mych modlitwach, na dworskich zebraniach,
Z tobą, nad życie droższy mi monarcho,
Dają mi śmiałość, aby cię pozdrowić
Słowami, jakie mogę w mym dowcipie
I w sercu szczęściem przepełnionem znaleźć.
Król Henr.  Jej blask zachwycił, lecz urok jej mowy,
Słowa ubrane w majestat mądrości,
Me oczy łzami szczęścia zalewają,
Tak przepełnione serce me radością.
Panowie, głosem wszyscy jednozgodnym
Pozdrówcie miłość moją.
Wszyscy  (klękając).Niechaj żyje,
Królowa, szczęście Anglii, Małgorzata!
Małgorz.  Dzięki wam za to. (Trąby).
Suffolk.  Lordzie protektorze,
Oto przyjęte warunki pokoju
Między monarchą naszym a Karolem
Królem Francuzów, obowiązujące
Na ośmnaście miesięcy następnych.

Gloucest.  (czyta). Imprimis, stanęła umowa między królem Francyi, Karolem a Wilhelmem de la Pole, posłem Henryka króla Anglii, że tenże Henryk pojmie za żonę damę Małgorzatę, córkę Reigniego, króla Neapolu, Sycylii i Jerozolimy, i ukoronuje ją królową Anglii przed dniem trzynastym miesiąca maja. — Item, że księstwo Anjou i hrabstwo Maine będą opuszczone przez angielskie załogi a oddane królowi jej ojcu —

Król Henr.  Co ci jest, stryju?
Gloucest.  Przebacz mi, mój królu,
Lecz jakieś mdłości nagle mnie porwały,
Ćmi mi się w oczach i nie mogę czytać!
Król Henr.  Więc skończ czytanie stryju Winchesterze.

Kardynał  (czyta). Item, stanęła następnie umowa między nimi, że księstwa Anjou i Maine będą opuszczone przez angielskie załogi a oddane królowi jej ojcu; ona zaś sama odbędzie podróż kosztem króla Anglii bez żadnego posagu.

Król Henr.  Zgoda na wszystko. — Uklęknij markizie,
Pierwszym cię księciem, Suffolku, mianuję,
Ten miecz do twego przypasuję boku.
Kuzynie York, uwalniam cię teraz
Od obowiązków namiestnika Francyi,
Aż minie termin ośmnastomiesięczny.
Składam wam dzięki, stryju Winchesterze,
Gloucesterze, Yorku, Somerset, Buckingham
I Salisbury, i wszystkim wam razem
Za mej królowej przyjęcie uprzejme.
A teraz idźmy, i bez straty czasu
Jej koronacyi przygotujmy święto.

(Wychodzą: król, królowa i Suffolk).

Gloucest.  Parowie Anglii, ziemi tej filary,
Przed wami całą mą wyleję boleść,
I waszą boleść, boleść całej Anglii.
Na toż poświęcił brat mój Henryk młodość,
Odwagę, skarby i krew swoich ludów,
Na toż za łoże twardą wybrał ziemię,
Wśród mrozów zimy i wśród lata skwarów,
Aby dziedzictwo swoje, Francyę podbić?
Na toż poświęcił mądrość swą brat Bedford,
Aby zachować podboje Henryka?
Na toż wy także: Somerset, Buckingham,
York, Salisbury, zwycięski Warwicku,
Normandzkie pola krwią zlaliście waszą?
Lub na toż stryj mój Beaufort, ja nakoniec,

Z całą królestwa tego radą mądrą,
We dnie i w nocy, długiem rozmyślaniem,
Ciągiem szperaniem szukaliśmy środków,
Jak w posłuszeństwie kraj trzymać francuski?
Na toż niemowlę Henryk był w Paryżu
Koronowany, wrogom na przekorę,
Aby prac naszych zmarniał dzisiaj owoc?
Jakto? Więc wszystkie podboje Henryka,
Czujność Bedforda, wasze bohaterstwo,
I nasze rady przepaść dzisiaj mają?
Parowie Anglii, hańbą jest ten pokój!
Ślub ten fatalny! on waszą ćmi chwałę,
Z ksiąg wymazuje pamięci imiona,
Waszej dzielności zaciera napisy,
Podboju Francyi rozwala pomniki,
I wszystko niszczy, jakby nic nie było!
Kardynał.  Jakie znaczenie tej namiętnej mowy,
Takiej goryczy w twojem domówieniu?
Francya jest naszą i naszą zostanie.
Gloucest.  Byleśmy mogli w ręku ją utrzymać,
Co mi się teraz zdaje niepodobnem.
Nasz pan obecnie, Suffolk, nowy książę,
Dał dobrowolnie księstwa Maine i Anjou
Biednemu Reignier, którego tytuły
Z chudą nie bardzo kwadrują kaletą.
Salisbury.  Na mękę Tego, co za wszystkich umarł,
Kluczem Normandyi dwa te były księstwa —
Lecz czemu płacze syn mój dzielny Warwick?
Warwick.  Płaczę po stracie niepowetowanej.
Gdyby nadzieja była odzyskania,
Krewby lał miecz mój, a nie łzy me oczy.
Toć ja dwa piękne księstwa Maine i Anjou
Tą moją niegdyś podbiłem prawicą,
A dzisiaj, miasta krwią moją kupione
Z pokoju słowem do wroga wracają!
York.  Bodaj ten Suffolk sufokacyą zginął,
Gdy splamił honor wyspy tej rycerskiej!
Francyaby wprzódy serce me wydarła,

Nimbym podobne podpisał przymierze.
Czytałem w dziejach, że królowie Anglii
Zawsze w posagu wielkie brali summy,
A król nasz Henryk własne daje ziemie,
By pojąć żonę, co nic nie przynosi.
Gloucest.  Żart doskonały, jeszcze niesłychany,
Całej piętnastej domaga się Suffolk
Na jej podróży koszta i wydatki!
Alboż nie mogła we Francyi pozostać
I z głodu umrzeć, nim —
Kardynał.  Lordzie Gloucesterze,
Zbyt w zapał wpadasz; taka była wola
Króla i Pana.
Gloucest.  Lordzie kardynale,
Myśl twą przenikam; nie moje to słowa
Niechęć twą budzą, lecz moja obecność
Miesza ci szyki. Skryty gniew wybucha,
Dumny prałacie, na twojem obliczu
Wściekłość twą czytam; gdybym dłużej został
Znówbyśmy dawne odnowili kłótnie.
Żegnam, parowie; dajcie mi świadectwo,
Gdy mnie nie będzie, iż prorokowałem,
Że w krótkim czasie postradamy Francyę (Wychodzi).
Kardynał.  I tak protektor z wściekłością odchodzi.
Wiecie, panowie, że moim jest wrogiem,
Co więcej, wszystkich was nieprzyjacielem,
A niezbyt wielkim przyjacielem króla.
Rozważcie teraz, że krwi swojej prawem
Jest domniemanym korony dziedzicem.
Gdyby w posagu Henryk wziął cesarstwo,
Wszystkie bogate zachodu królestwa,
I takby jeszcze znalazł powód żalu.
Bądźcie więc baczni; nie dajcie się zwodzić
Cukrowym słówkom; powtarzam: ostrożność!
Bo choć mu motłoch sprzyja, choć mu daje
Nazwisko „Humphrey, dobry książę Gloucester“,
Choć klaszcząc w ręce wniebogłosy wrzeszczy;
„Waszą książęcą mość zachowaj Chryste!

Dobrego księcia w opiekę weź, Boże!“
Mimo tych pochlebstw, wkrótce się pokaże,
Jak niebezpieczny dla nas to protektor.
Bucking.  Mażli się dłużej królem opiekować,
Gdy król już dojrzał, by sam sobą rządził?
Połącz się ze mną, kuzynie Somerset,
A wszyscy razem z Suffolka pomocą,
Łatwo Humphreya z siodła wysadzimy.
Kardynał.  Tak ważna sprawa nie cierpi odwłoki:
Idę natychmiast do księcia Suffolka (Wychodzi).
Somerset.  Chociaż nam duma Humphreya dolega
I jego wielkość, kuzynie Buckingham,
I kardynała z oka nie spuszczajmy.
Bo nieznośniejsze jest jego zuchwalstwo
Od pychy wszystkich książąt naszej ziemi.
On protektorem będzie po Gloucesterze.
Bucking.  Ty, Somersecie, albo ja nim będę,
Mimo Humphreya, mimo kardynała.

(Wychodzą: Buckingham i Somerset).

Salisbury.  Za śladem dumy wychodzi ambicya.
Gdy oni gonią za własną wielkością,
To my pracujmy dla publicznej sprawy.
Nigdym nie dostrzegł, aby książę Gloucester
Z drogi honoru szlacheckiego zboczył,
Lecz częstom słyszał, jak dumny kardynał
(Raczej rajtara wzorem nie kapłana,
Tonem jakgdyby wszystkiego był panem),
Klął jak poganin, a rządził się w sposób
Niegodny władcy wielkiego narodu.
Starego ojca podporo, Warwicku!
Twe czyny, szczerość, twe domowe cnoty,
Wszelkiego ludu zjednały ci miłość,
Jesteś w ich sercach pierwszym po Humphreyu;
Bracie Yorku, twe prace w Irlandyi,
By tam ustalić porządek i prawo,
Twoja waleczność na francuskiej ziemi,
Gdy tam królewskim byłeś namiestnikiem,
Dały ci w Anglii honor i powagę:

Dla publicznego połączmy się dobra,
Wedle sił naszych zarzućmy wędzidło
Na kardynała i Suffolka dumę,
A na ambicyę księcia Somerseta
I Buckinghama; wspierajmy Humphreya,
Póki dla dobra kraju działać będzie.
Warwick.  Niechaj Warwicka tak Bóg wspierać raczy,
Jak on ojczyzny swojej szczęścia pragnie!
York.  York dla ważnych potwierdza to przyczyn.
Salisbury.  A dobrej sprawie pomóż, Boże! Amen.
Warwick.  Amen, mój ojcze? Już Maine straciliśmy,
Maine, które niegdyś Warwick szablą zdobył,
Gotów był bronić, póki krwi mu stanie.
Twe: amen, ojcze, Maine mi przypomniało,
Które odzyskam, albo legnę z chwałą.

(Wychodzą: Warwick i Salisbury).

York.  I Maine i Anjou oddane Francuzom,
Stracony Paryż, a po tylu klęskach
Na słabej nitce i Normandya wisi.
Co przyjął Suffolk, dzisiaj potwierdzili
Parowie Anglii; Henryk oddał chętnie
Dwa piękne księstwa za piękną księżniczkę.
Trudno ich ganić, bo cóż im to znaczy?
Moje to ziemie trwonią a nie swoje.
Jak łatwo szastać zdobyczą piratom,
Kochanki albo przyjaciół kupować,
Do ostatniego po pańsku żyć grosza!
A niechaj głupi tymczasem właściciel
Krwawe łzy leje, załamuje ręce,
I głową kiwa i drży na ustroniu.
Gdy oni jego dzielą się włościami,
On woli umrzeć z głodu, niż wziąć swoje.
Tak York siedzi i w język się kąsa,
Gdy oni jego frymarczą królestwem.
Zda mi się Anglia, Francya i Irlandya
Tak są z mem życiem i krwią skojarzone,
Jak z Meleagra niegdyś była sercem
Fatalna głownia Altei płonąca.

I Maine i Anjou oddane Francuzom!
Gorzka wiadomość, bom na Francyę liczył,
Jak się spodziewam żyznych łanów Anglii.
O swoje kiedyś York się upomni.
Dziś się z Nevilów stronnictwem połączę,
Zwiodę Humphreya udaną miłością,
A gdy sposobna pora się nadarzy,
Po moją własność, po koronę sięgnę,
Bo to cel złoty, do którego strzelam.
Praw mych Lancaster sobie nie przywłaszczy,
W dziecinnej ręce berła nie utrzyma,
Ani na głowie korony, do której
Popie narowy niezdolnym go robią.
Milcz więc, Yorku, aż godzina przyjdzie;
Gdy inni drzemią, ty nie śpij, ty czuwaj,
Ty myśl, jak stanu tajemnice zbadać,
Czekaj, aż Henryk, swej miłości syty,
Z młodą a drogo kupioną królową,
Humphrey z parami Anglii się poróżni;
Wtedy ja mleczną mą podniosę różę,
Słodką jej wonią zaleję powietrze,
Na mych chorągwiach wzniosę herb Yorków,
Z domem Lancastrów bój na śmierć rozpocznę,
By wyrwać berło z ręki bakałarza,
Co popim rządem Anglię upokarza (wychodzi).

SCENA II.
Londyn. Sala w pałacu księcia Gloucester.
(Wchodzą: Gloucester i Księżna).

Księżna.  Czemu tak zgięty jak kłos zbyt dojrzały
Gnie się pod darów Cerery ciężarem,
Czemu potężny książę czoło marszczy,
Jakgdyby świata łaskami pogardzał?
Czemu wzrok spuszczasz, w to utkwiwszy oczy,
Co twe spojrzenie zdaje się zachmurzać?
Coś tam zobaczył? Czy Henryka berło

Wszystkiemi świata honorami strojne?
Jeśli tak, ciągle chyl ku ziemi głowę,
Dopóki na nią korony nie włożysz.
Wyciągnij rękę, chwyć to chlubne złoto,
Jeśli za krótka, moja ją przedłuży,
A gdy ją wspólną uchwycimy pracą,
Wtedy ku niebu podniesiemy czoła,
I nigdy źrenic nie spuścim tak nizko,
By ziemię jednem zaszczycić spojrzeniem.
Gloucest.  O Nelly, Nelly! jeśli kochasz męża,
Raka ambicyi wygnaj z twoich myśli!
Niech zła myśl pierwsza, która mnie podszczuje
Na mego króla, mojego synowca,
Będzie zarazem myślą mą ostatnią!
Sen niespokojny wywołał mój smutek.
Księżna.  O czem marzyłeś? powiedz; ja nawzajem
Moich cię marzeń pocieszę weselem.
Gloucest.  Laskę tę, znamię mej dworskiej godności,
Widziałem we śnie na dwoje złamaną,
Przez kogo, nie wiem; ale mi się zdaje,
Przez kardynała; na dwóch tych ułamkach
Widziałem głowy Edmunda Somerset
I księcia Suffolk, Wilhelma de la Pole.
Co sen ten znaczy, Bóg wie chyba jeden.
Księżna.  Znaczy wyraźnie, że kto się odważy
W Gloucestera gaju uciąć sobie laskę,
Głową za swoje zuchwalstwo zapłaci.
Snu teraz mego słuchaj, drogi książe:
Ja w westminsterskiej zasiadłam katedrze
W koronacyjnem królów Anglii krześle,
A Henryk, klęcząc z żoną Małgorzatą,
Złotą koronę na głowę mi wkładał.
Gloucest.  Eleonoro, strofować cię muszę,
Eleonoro, wyrodna niewiasto!
Czyś nie jest drugą w królestwie kobietą,
A ukochaną protektora żoną?
Masz na rozkazy więcej świata uciech,
Niźli ich możesz w wyobraźni znaleźć,

A przecież zdradę w myślach twoich kujesz;
Czyliż chcesz siebie i małżonka strącić
Z honorów szczytu w upodlenia przepaść?
Precz stąd! Niech więcej twoich słów nie słyszę.
Księżna.  Jakto, mój mężu, możeszli się gniewać
Za to, że moje sny ci opowiadam?
Odtąd sny moje dla siebie zachowam,
By sobie takich oszczędzić wyrzutów.
Gloucest.  Gniew mój już minął i ty się nie gniewaj.

(Wchodzi Posłaniec).

Posłaniec.  Jego królewskiej mości jest życzeniem,
Abyś pośpieszył, lordzie, do Saint Alban’s,
Gdzie iść z sokołem na pole zamierza.
Gloucest.  Śpieszę. Czy chcesz mi, żono, towarzyszyć?
Księżna.  Chętnie i wkrótce pośpieszę za tobą.

(Wychodzą: Gloucester i Posłaniec).

Za tobą! pierwsza bowiem iść nie mogę,
Póki się twoja myśl tak nizko czołga.
Ach! gdybym była księciem, krwią najbliższym,
Znieśćbym umiała wszystkie te zawady,
Moją wyrównać drogę ich głowami.
Lecz choć niewiasta, na fortuny harcach
Myślę odegrać należną mi rolę.
Sir John! gdzie jesteś? możesz wejść bez trwogi,
Jesteśmy sami i nikt nas nie słyszy. (Wchodzi Hume).
Hume.  Waszej królewskiej mości niech Bóg strzeże!
Księżna.  Co mówisz? tylkom książęcą jest mością.
Hume.  Lecz bożą łaską a Huma radami
Książęcy tytuł w królewski urośnie.
Księżna.  Co mówisz, człeku? Czyś się już naradził
Z Margery Jourdain, chytrą czarownicą,
I czarodziejem Rogerem Bolingbroke?
Czy mi usługę zechcą tę wyświadczyć?
Hume.  W twej obecności przyrzekli mi, pani,
Wywołać ducha z ziemi bezdenności,
Co na twe wszystkie odpowie pytania.
Księżna.  To dobrze; moje pytania ułożę,
A za powrotem z Saint Alban’s, bez zwłoki,

Pomyślim, jakby rzecz tę uskutecznić.
Weź tę nagrodę, ze sprzymierzeńcami
W tej ważnej sprawie uciesz się, mój księże.

(Wychodzi).

Hume.  Księżniczki złotem Hume się ma ucieszyć?
Więc hulaj duszo! Lecz baczność, sir Johnie!
Niech z ust twych nic się oprócz cyt! nie wymknie,
Bo tajemnica potrzebna tej sprawie.
Płaci, bym do niej przywiódł czarownicę:
Złoto jej dobre, choćby dyabłem była.
Lecz złoto jeszcze z innych płynie brzegów;
Nie śmiem powiedzieć, że z rąk kardynała
I potężnego książęcia Suffolka.
Jednak to prawda; bo podejrzywając
Eleonory ambitne zachcenia
Płacą mi drogo, żeby ją podkopać,
I czarów szałem głowę jej zamącić.
Mówią, że hultaj obrotny faktora
Nie potrzebuje, ja przecie Suffolka
I kardynała zostałem faktorem.
Humie, ostrożność! boś gotów powiedzieć,
Że to jest para obrotnych hultajów.
Tak stoją rzeczy, i bardzo się lękam,
Że księżna Huma utonie hultajstwem,
A z jej upadkiem Humphrey także zginie:
Cobądż wypadnie, mnie złoto nie minie (wychodzi).

SCENA III.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: Piotr i inni, z prośbami).

1 Suplik.  Mości panowie, trzymajmy się w gotowości, milord protektor wejdzie za chwilę, będziemy mu mogli wręczyć nasze supliki.
2 Suplik.  Niechże go Bóg proteguje! bo dobry to człowiek. Błogosław mu, Chryste Panie!

(Wchodzą: Suffolk i królowa Małgorzata).
1 Suplik.  Zdaje mi się, że to on nadchodzi, a z nim królowa: będę pierwszy, to pewna.

2 Suplik.  Cofnij się, waryacie, to książe Suffolk a nie lord protektor.
Suffolk.  Co tam nowego, przyjacielu? czy masz mi co do powiedzenia?
1 Suplik.  Przebacz mi, milordzie, wziąłem cię za lorda protektora.
Małgorz.  (czytając adres). „Do lorda Protektora“. Zanosicie prośby do lorda protektora? Zobaczmy, o co idzie w twojej?
1 Suplik.  Moja suplika, z przeproszeniem waszej królewskiej mości, jest to skarga na Jana Poczciwca, sługę kardynała, który mi zabrał dom, ziemię, żonę i wszystko.
Suffolk.  I żonę także? Jest się o co skarżyć, nie przeczę. — A twoja? (czyta). Cóż to? „Skarga na księcia Suffolka za ogrodzenie gminnych pastwisk w Melford“. Co się to znaczy, hultaju?
2 Suplik.  Ach, jaśnie panie, jestem tylko biednym suplikantem w imieniu całej gminy.
Piotr  (oddając swoją suplikę). Skarga na mojego majstra, Tomasza Hornera za to, iż powiedział, że książę York jest prawym dziedzicem tronu?
Małgorz.  Co mówisz? Książe York powiedział, że on był prawym dziedzicem tronu?
Piotr.  Że był mój majster? Nie, tego nie powiedział. Mój majster powiedział, że on był prawym dziedzicem tronu, a że król był przywłaszczycielem.
Suffolk.  Hola! (wchodzą słudzy). Weźcie tego człowieka, a wyślijcie natychmiast sierżanta po jego majstra. Rozpatrzymy się dokładniej w tej sprawie w obecności króla. (Wychodzą słudzy z Piotrem).

Małgorz.  Wy, co pod skrzydłem lorda protektora
Przyśliście szukać opieki, na nowo
Nieście mu wasze pisane supliki (drze je).
Precz stąd, urwisze! Odpraw ich, Suffolku.
Wszyscy.  Zmykajmy! (wychodzą).
Małgorz.  Lordzie Suffolku, powiedz, toż jest zwyczaj,
Toż jest bieg rzeczy na angielskim dworze?

Toż się nazywa rządem Wysp Brytańskich?
To panowaniem króla Albionu?
Zawszeż król Henryk zostanie studentem
Pod surowego Gloucestera dozorem?
Ja tylko będę królową z nazwiska,
W rzeczywistości poddanką książęcia?
Słuchaj, Suffolku, gdym cię w Tours widziała,
Dla mej miłości w szrankach walczącego
I dam francuskich kradnącego serca,
Myślałam sobie, że podobnym tobie
Był Henryk męstwem, grzecznością i duchem;
On tylko myśli o świątobliwości,
O swej koronce, swoich Zdrowaś Marya;
Apostołowie jego rycerzami,
A mieczem pisma świętego maksymy;
Jego szrankami kaplica, kochanką
Posągi świętych kanonizowanych.
Niech go co prędzej wybierze konklawe
I na papieża powoła do Rzymu,
Ukoronuje potrójną koroną:
To pobożności jego tytuł godny.
Suffolk.  Cierpliwość, pani! Jak byłem przyczyną,
Że na angielską przyjść raczyłaś ziemię,
Tak moją sprawą na tej znajdziesz ziemi
Zaspokojenie wszystkich twoich życzeń.
Małgorz.  Prócz protektora, Somerset, Buckingham,
Dumny kardynał York w ciągłych dąsach,
Rządzą tu nami; najmniejszy z tych panków
Większą od króla Anglii ma tu władzę.
Suffolk.  Najpotężniejszy z nich jednak nie może
Przewodzić w Anglii więcej od Nevilów.
Nie zwyczajnymi są parami Warwick
I Salisbury.
Małgorz.  Ale wszyscy razem
O pół mi tyle nie są dokuczliwi,
Co dumna pani, żona protektora.
W dam swoich kole na dwór występuje
Nie jak księżniczka lecz jak cesarzowa;

Każdy ją obcy za królowę bierze,
Bo na swym grzbiecie księstw nosi dochody,
W sercu naszemu urąga ubóstwu:
Czyliż się nigdy zemsty nie doczekam?
Toć ta łajdaczka nikczemnego rodu
W swych faworytów śmiała wyrzec kole,
Że jeden ogon jej najgorszej sukni
Droższy od wszystkich ziem był mego ojca,
Nim mu za córkę dał Suffolk dwa księstwa.
Suffolk.  Już na nią rózgę lepem namazałem,
A nasadziłem takiego wabika,
Że sama spadnie, a nigdy nie wzleci,
Aby cię dłużej, pani, niepokoić.
Zostaw ją tylko na chwilę, a teraz
Usłuchaj rady, którą dać się ważę;
Do kardynała choć nie mamy serca,
Z nim i z lordami musim się połączyć,
Aż się nam uda obalić Humphreya.
Ostatnia skarga nie wielką przysługę
Księciu Yorku na dworze tym odda;
A tak, kolejno, wszystkich wyplewimy,
Aż ster szczęśliwy w twoje wpadnie ręce.

(Wchodzą: król Henryk, rozmawiając z Yorkiem i Somersetem; książę i księżna Gloucester, kardynał Beaufort, Buckingham, Salisbury i Warwick).

Król Henr.  Rzecz to jest dla mnie bardzo obojętna,
Wszystko mi jedno York czy Somerset.
York.  Jeśli we Francyi York źle się sprawił,
To namiestniczej odmów mu godności.
Somerset.  Jeśli Somerset nie wart jej dostąpić,
Chętnie uchyli czoło przed Yorkiem.
Warwick.  Nie o to idzie, książę, czyś jej godny
Czyli niegodny, lecz York godniejszy.
Kardynał.  Lepszym od siebie zostaw głos, Warwicku.
Warwick.  W boju nie lepszy ode mnie kardynał.
Bucking.  Warwicku, wszyscy lepsi tu od ciebie.
Warwick.  Może się Warwick czasów tych doczeka,
W których najlepszym ze wszystkich tu będzie.

Salisbury.  Skończ, synu. Powiedz, proszę, Buckinghamie,
Czemu pierwszeństwa Somerset godniejszy?
Małgorz.  Czemu? Bo taka królewska jest wola.
Gloucest.  Król dość jest stary, by sam sąd swój wyrzekł.
Nie rzecz kobieca sprawa tej natury.
Małgorz.  Jeśli dość stary, z jakichże powodów,
Jeszcześ jest, książę, jego protektorem?
Gloucest.  Królestwa tylko jestem protektorem;
Urząd mój złożę na jego rozkazy.
Suffolk.  Więc złóż; zuchwalstwu twemu połóż koniec.
Od pierwszej chwili twego panowania
(Bo któż jest królem tutaj oprócz ciebie?)
Publiczna sprawa do upadku dąży.
Delfin zwyciężył na francuskiej ziemi,
A tu, parowie i angielska szlachta
Niewolnikami władzy twojej byli.
Kardynał.  Lud zubożyłeś, a przez twoje zdzierstwa
Schudła, ścieńczała kapłańska skarbona.
Somerset.  Ubiór twej żony, pyszne twe pałace
Do dna publiczny skarb już wyczerpały.
Bucking.  Wszelkie granice prawa przekroczyło
Twe okrucieństwo w karaniu występnych,
I ciebie teraz pod sąd daje prawa.
Małgorz.  Sprzedaż urzędów, sprzedaż miast we Francyi,
Jeśli się sprawdzą nasze podejrzenia,
Wnet ci bez głowy skakaćby kazała.

(Wychodzi Gloucester; królowa upuszcza wachlarz).

Podaj mi wachlarz; nie możesz, kochanko?

(Daje policzek księżnie).

Ah, to ty, pani? o, przebacz mi, proszę.
Księżna.  To ja, ja byłam, ja, dumna Francuzko.
Gdybym twych wdzięków memi paznokciami
Mogła dosięgnąć, na twojejbym twarzy
Dziesięć przykazań moich wypisała.
Król Henr.  Przebacz jej, ciotko, czyn to mimowolny.
Księżna.  Czyn mimowolny? Póki czas, daj baczność!
Ona i ciebie jak dziecko spowija.
Choć na tym dworze pan w spódnicy chodzi,

To uderzenie płazem jej nie ujdzie (wychodzi).

(Wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Teraz, panowie, gdym z gniewu ochłonął
W krótkiej przechadzce po zamkowym placu,
Przychodzę radzić o publicznej sprawie.
Co do fałszywych, potwarczych zarzutów,
Złóżcie dowody, a skarci mnie prawo;
Lecz niechaj duszę moją Bóg tak sądzi,
Jak kocham króla mego i mą ziemię!
Teraz do rzeczy; powtarzam więc, panie,
Że York wszystkie posiada przymioty,
By namiestnikiem twoim być we Francyi.
Suffolk.  Nim padnie wybór, niech mi będzie wolno
Złożyć dowody niepośledniej wagi,
Że to najgorszy z wszystkich kandydatów.
York.  A ja ci powiem, dlaczego najgorszy:
Naprzód, nie umiem dumie twojej schlebiać,
Powtóre, jeśli godność tę otrzymam,
Tak mnie tam długo zostawi Somerset
Bez amunicyi, wojska i pieniędzy,
Aż Delfin panem całej będzie Francyi.
Wszak już poprzednio, jego tylko sprawą,
Poddać się musiał Paryż ogłodzony.
Warwick.  I ja to stwierdzam; haniebniejszej zbrodni
Nigdy się zdrajca kraju nie dopuścił.
Suffolk.  Hardy Warwicku, radziłbym ci milczeć.
Warwick.  Czemu mam milczeć, ty obrazie dumy?

(Wchodzą słudzy Suffolka prowadząc Hornera i Piotra).

Suffolk.  Bo tu o zdradę jest ktoś oskarżony;
Bodaj się York mógł usprawiedliwić!
York.  Czy kto o zdradę Yorka oskarża?
Król Henr.  Co chcesz powiedzieć? Co to są za ludzie?
Suffolk.  Oto jest człowiek, miłościwy panie.
Co swego majstra oskarża o zdradę.
Miał on powiedzieć: Ryszard, książę York,
To prawy dziedzic angielskiej korony;
Ty, królu, tylkoś jest przywłaszczycielem.
Król Henr.  Wyznaj, człowieku, czy to powiedziałeś?

Horner.  Najjaśniejszy panie, nigdy nic takiego ani powiedziałem, ani pomyślałem. Bóg mi jest świadkiem, że jestem fałszywie oskarżony przez tego łotra.

Piotr.  (podnosząc ręce). Na te dziesięć kości przysięgam, najjaśniejszy panie, że mi to powiedział jednej nocy, gdyśmy na poddaszu szorowali pancerz księcia Yorku.

York.  Nikczemny łotrze, głową mi zapłacisz
Za twoje słowa zdradą przepełnione!
Niech wedle całej prawa surowości
Odpowie za to, błagam, rozkaż, królu.

Horner.  Ach, najjaśniejszy panie, powieś mnie, jeśli kiedykolwiek słowa te wyrzekłem. Mój oskarżyciel jest moim czeladnikiem. Kiedym go ostatnią razą chłostał za jakieś przewinienie, klęknął i ślubował, że mi odda wet za wet. Postawię na to wiarogodnych świadków. Proszę cię więc, królu, nie chciej gubić uczciwego człowieka na oskarżenie łotra.

Król Henr.  Jak tę rzecz prawo rozstrzyga, mój stryju?
Gloucest.  Oto jest wyrok: Niech książę Somerset
Będzie we Francyi króla namiestnikiem,
Gdy podejrzenie na Yorka padło.
Tym dwom wyznaczyć dzień i miejsce trzeba,
Gdzie pojedynek sprawę ich rozstrzygnie,
Skoro ma świadków przeciw swemu słudze
Tak prawo mówi i tak Humphrey sądzi.
Somerset.  Waszej królewskiej mości składam dzięki.
Horner.  A ja przyjmuję chętnie pojedynek.

Piotr.  Ach, najjaśniejszy panie! bić się nie mogę. Przez miłość Boga ulituj się nade mną! Zawziętość tego człowieka przemogła. O, panie, bądź mi miłosierny! Nie potrafię nigdy jednego dać ciosu. O panie! moje serce!

Gloucest.  Bij się, hultaju, albo będziesz wisiał.
Król Henr.  Zamknąć ich w Tower, aż bój się odbędzie
Na dniu ostatnim przyszłego miesiąca.
Chodź, Somersecie, podróż twoja nagli.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Londyn. Ogród księcia Gloucester.
(Wchodzą: Margery Jourdain, Hume, Southwell, Bolinghroke).

Hume.  Dalej, panowie, księżna czeka na spełnienie waszych obietnic.
Bolingbr.  Jesteśmy gotowi. Czy księżna chce widzieć i słyszeć nasze zaklęcia?
Hume.  Bez wątpienia; czemu nie? Nie trwóżcie się o jej męstwo.
Bolingbr.  Słyszałem, że ma to być pani nieustraszonego ducha. Byłoby jednak dobrze, mości Hume, żebyś był przy niej tam na górze, gdy my będziemy zajęci tu na dole. Proszę cie więc, idź z Bogiem, a zostaw tu nas samych. (Wychodzi Hume). Matko Jourdain, padnij jak długa i tarzaj się po ziemi, a ty Janie Southwell, czytaj; czas już wziąć się do roboty. (Pokazuje się Księżna w oknie na górze).

Księżna.  Bardzo dobrze, mości panowie, witajcie mi wszyscy!
Teraz do rzeczy; im prędzej tem lepiej.
Bolingbr.  Cierpliwość! Czas swój znają czarownicy:
Noc ciemna, czarna, noc głucha, milcząca,
Godzina, w której podpalono Troję,
W której psy wyją, a hukają sowy,
W której upiory ze swych wstają grobów,
Do czarów naszych najlepsza to pora.
Nie trwóż się, pani, bo duch wywołany
Nie wyjdzie z koła zaczarowanego.

(Zakreślają koło i dopełniają zwykłych obrzędów: Bolingbroke lub Southwell czyta „Conjuro te“ i t. d. Straszne grzmoty i błyskawice, pokazuje się Duch).

Duch.  Adsum.
Jourdain.  Asmath.
Przez tego Boga, na którego imię
Drżysz, odpowiadaj na moje pytania,
Bo cię nie puszczę, póki nie odpowiesz.
Duch.  O co chcesz, pytaj, bylem prędzej skończył.

Bolingbr.  (czyta). „Naprzód o królu: Jaki los go czeka?“
Duch.  Książe ten żyje, co Henryka strąci,
Który gwałtowną zginie potem śmiercią.

(W miarę jak mówi Duch, Southwell notuje odpowiedzi).

Bolingbr.  „Księcia Suffolka jaka będzie przyszłość?“
Duch.  Przez wodę zginie, w niej koniec go czeka.
Bolingbr.  „A z Somersetem księciem co się stanie?“
Duch.  Niechaj się strzeże zamków; bezpieczniejsze
Będą dla niego piaszczyste równiny
Od miejsc basztami zamków najeżonych.
Skończ! bom już dłużej niezdolny wytrzymać.
Bolingbr.  Stąd do ciemności i jezior ognistych,
Fałszywy dyable, precz stąd!

(Grzmoty i błyskawice. Duch znika. — Wbiegają York i Buckingham ze strażą i inni).

York.  Trzymajcie zdrajców, zabierzcie ich graty.
Dobrze na oku miałem cię, kumoszko.
I ty tu, pani? Król i cała Anglia
Będą ci wdzięczni za te twoje trudy,
A lord protektor pewno twe zasługi
Wedle ich całej wartości zapłaci.
Księżna.  Mniej one straszne od czynów twych, książe,
Co mi śmiesz grozić, gdzie niema powodów.
Bucking.  To prawda, żadnych. (Pokazując papiery).
A to, jak nazywasz.
Do turmy z nimi, zamknąć ich osobno,
I ty nam, pani, musisz towarzyszyć.
Wiedź ją, Staffordzie, do twego pałacu.

(Księżna oddala się z okna).

Wasze tu wszystkie przetrząśniem rupiecie;
Do turmy z nimi. (Wychodzi straż z Bolingbrokiem i t. d.).
York.  Lordzie Buckingham, dobrze czatowałeś;
Wyborny spisek, jest na czem budować.
Zobaczmy teraz dyabelskie pisanie.
(Czyta). „Książe ten żyje, co Henryka strąci,
Który gwałtowną zginie potem śmiercią“.
Odpowiedź jasna; prawie słowo w słowo:
Aio te, Aeacida, Romanos vincere posse.

Co potem idzie?
„Księcia Suffolka jaka będzie przyszłość?
Przez wodę zginie, w niej koniec go czeka. —
A z Somersetem księciem co się stanie?
Niechaj się strzeże zamków; bezpieczniejsze
Będą dla niego piaszczyste równiny
Od miejsc basztami zamków najeżonych“.
Idźmy, panowie, bo te odpowiedzi
Trudny sens mają, choć trudno nabyte.
Król do Saint Alban’s właśnie teraz dąży
Razem z małżonkiem tej miluchnej damy;
Wieść tę galopem trzeba im wyprawić;
Dla protektora liche to śniadanie.
Bucking.  Pozwól mi, książe, grać rolę posłańca,
Bo drogo takie płacą się nowiny.
York.  Zrób, jak chcesz. Hola! (Wchodzi sługa).
Lordów Salisbury
I Warwick zaproś jutro na wieczerzę. (Wychodzą).




AKT DRUGI.
SCENA I.
Saint Alban’s.
(Wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata, Gloucester, Kardynał i Suffolk, z nimi sokolnicy nawołując).

Małgorz.  Lat siedm przynajmniej jak mnie polowanie
Na wodne ptactwo tak nie ubawiło.
Lecz trzeba wyznać, że wiatr był gwałtowny;
Dziesięć za jeden, że stara Joanna,
Przy takim czasie, wzbićby się nie chciała.
Król Henr.  (do Gloucestera). Ale twój sokół, lordzie, jak wystrzelił!
Jak nieskończenie nad inne wybujał!
W wszystkich stworzeniach Bóg działa jednako:

Tak ptak jak człowiek chętnie pnie się w górę.
Suffolk.  Nic w tem dziwnego, najjaśniejszy panie,
Że tak góruje sokół protektora,
Wie, że pan jego lubi szczytnie bujać,
I nad sokoła wybiega swą myślą.
Gloucest.  Podły to umysł, milordzie Suffolku,
Co nie potrafi nad ptaka wylecieć.
Kardynał.  Wiem, żeby pragnął nad chmurami pływać.
Gloucest.  Zapewne; a ty, lordzie kardynale,
Czybyś nie pragnął do nieba zalecieć?
Król Henr.  Do tej skarbnicy wiecznego wesela!
Kardynał.  Na ziemi twoje niebo; oczy twoje
I twoje myśli krążą bez ustanku
Koło korony, skarbu twego serca,
Ty niebezpieczny, zgubny protektorze,
Co króla twego i kraj twój tak zwodzisz.
Gloucest.  Jakże kardynał nasz się zacietrzewił!
Tantane animis coelestibus ira?
Ksiądz tak gorący? Skryj lepiej złość twoją,
Z tylą świętości łatwo ci to będzie.
Suffolk.  Niema tu więcej złości, jak przystoi
Tak dobrej sprawie, tak złemu parowi.
Gloucest.  Jak kto, milordzie?
Suffolk.  Jak ty, protektorze,
Jeśli pozwolisz prawdę mi powiedzieć.
Gloucest.  Twoje zuchwalstwo całej znane Anglii.
Małgorz.  Jak i Gloucestera znana jest ambicya.
Król Henr.  Dobra królowo, nie podniecaj, proszę,
Ognia niezgody w moich wściekłych parach:
Błogosławiony, kto przynosi pokój.
Kardynał.  Niechajże będę ja błogosławiony
Za pokój, który z dumnym protektorem
Pragnę skojarzyć ostrzem mego miecza.
Glouc.  (na str. do Kard.). Na honor, święty stryju, jakże pragnę,
Aby do tego przyszło!
Kardynał  (na stronie).Kiedy zechcesz.
Gloucest.  (na stronie). Tylko nie szukaj mnogich popleczników,
Lecz sam za swoje odpowiedz zuchwalstwo.

Kardynał.  (na str.). Wiem, żeś ubogi w serce; gdy śmiesz jednak,
Na wschodniej lasu krawędzi, dziś w wieczór.
Król Henr.  Cóż to za sekret?
Kardynał  (głośno).Gdyby twój sokolnik,
Lordzie Gloucesterze, nie był ptaka zwabił,
Nasza zabawa potrwałaby dłużej.
(Na str.) A przyjdź z dwuręcznym mieczem.
Gloucest.  (na stronie).Jak chcesz, stryju.
Kardynał  (na stronie). Tylko pamiętaj, wschodnia lasu krawędź.
Gloucest.  (na str.). Nie trwóż się; znajdziesz mnie tam, kardynale.
Król Henr.  O czem na stronie mówisz z nim, Gloucesterze?
Gloucest.  Tylko o moim sokole, mój królu.
(Na stronie) Chyba, żem mojej zapomniał szermierki,
Jeśli ci za to głowy nie postrzygę.
Kardynał  (na stronie). Medice, te ipsum;
Sam się proteguj, lordzie protektorze.
Król Henr.  Jak namiętności wasze, wiatr się wzmaga;
Sercu to memu niemiła muzyka,
Gdzie taki rozstrój, jak harmonię znaleźć?
Zróbcie mnie waszym rozjemcą, panowie.
Człowiek  (wbiega wołając): Cud! cud!
Gloucest.  Co znaczą te głośne okrzyki?
O jakim cudzie mówić chcesz, człowieku?
Człowiek.  Cud! cud!
Suffolk.  Więc zbliż się do króla i powiedz,
Co za cud?
Człowiek.  Panie, pół godziny temu,
Od urodzenia ślepy człowiek przejrzał
Sprawą relikwii świętego Albana.
Król Henr.  Dzięki ci, Boże, żeś dał wiernym duszom
Światło w ciemnościach, pociechę w rozpaczy!

(Wchodzą: Mer Saint Alban’s i jego bracia, za nim Simpcox niesiony przez dwóch ludzi na krześle, za nim jego żona i tłum ludzi).

Kardynał.  Procesyonalnie nadchodzą mieszczanie
Aby ci, królu, przedstawić człowieka.
Król Henr.  Wielka jest jego na ziemi pociecha,
Choć grzechy jego wzrok może rozmnożyć.
Gloucest.  Otwórzcie drogę, zbliżcie go do króla,

Który z nim pragnie mówić osobiście.
Król Henr.  Dobry człowieku, opowiedz nam wszystko,
Byśmy za ciebie chwalić mogli Pana.
Więc byłeś ślepy, dziś wzrok odzyskałeś?
Simpcox.  Urodziłem się ślepy, z przeproszeniem waszej królewskiej mości.
Żona.  Oj, że ślepy, to prawda.
Suffolk.  Co to za kobieta?
Żona.  Jego żona, wielmożny panie.
Gloucest.  Godniejsze wiary byłoby świadectwo,
Gdyby nie żoną lecz matką mu była.
Król Henr.  Gdzie się rodziłeś?
Simpcox.  W Berwick, na północy.
Król Henr.  Wielkie okazał Bóg ci miłosierdzie;
Niechże pamięci twej będzie przytomne,
We dnie i w nocy, Pańskie zmiłowanie.
Małgorz.  Powiedz mi teraz, czyś przybył przypadkiem,
Czy na pielgrzymkę do świętego grobu?
Simpcox.  O, na pielgrzymkę, Pan Bóg mi jest świadkiem,
Bo święty Alban ze sto razy we śnie
Wzywał mnie, mówiąc: „Przybywaj Simpcoxie,
W moich relikwiach znajdziesz pokrzepienie“.
Żona.  To czysta prawda, bo nieraz ja także
Słyszałam w nocy głos ten wołający.
Kardynał.  Czyś i kulawy?
Simpcox.  Tak, pomóż mi, Boże!
Suffolk.  Skąd ta ułomność?
Simpcox.  Spadłem z drzewa, panie.
Żona.  Ze śliwy zleciał.
Gloucest.  Od jak dawnaś ślepy?
Simpcox.  Od urodzenia.
Gloucest.  A wlazłeś na drzewo?
Simpcox.  Raz w mojem życiu, kiedym był wyrostkiem.
Żona.  To prawda, drogo też za to zapłacił.
Gloucest.  Nie lada byłeś śliwek miłośnikiem,
Gdyś śmiał to zrobić.
Simpcox.  Ach, wielmożny panie,
Żonie się mojej zachciało węgierek;

Z niebezpieczeństwem życia się wdrapałem.
Gloucest.  Subtelny hultaj: lecz próżne wybiegi.
Pokaż mi oczy; zmruż je; otwórz teraz;
Mem zdaniem, jeszcze niezbyt dobrze widzisz.
Simpcox.  O, jak dzień jasno, dzięki panu Bogu
I Albanowi świętemu.
Gloucest.  Tak mówisz?
Więc powiedz, jaki płaszcza tego kolor?
Simpcox.  Czerwony, panie, jakby krew czerwony.
Gloucest.  To prawda. Jakiż kolor mojej sukni?
Simpcox.  Czarny, o, czarny jak węgiel lub gagat.
Król Henr.  A więc wiesz, jaki jest gagatu kolor?
Suffolk.  Nigdy go przecie, jak myślę, nie widział.
Gloucest.  Lecz widział sukni i płaszczów niemało.
Żona.  Nigdy do dzisiaj w całem swojem życiu.
Gloucest.  Powiedz mi, hultaju, jak się nazywam?
Simpcox.  Ach, wielmożny panie, nie wiem.
Gloucest.  A ten pan jak się nazywa?
Simpcox.  Nie wiem.
Gloucest.  A tamten?
Simpcox.  I tego nie wiem, wielmożny panie.
Gloucest.  A ty sam jak się nazywasz?
Simpcox.  Saunder Simpcox, z przeproszeniem wielmożnego pana.

Gloucest.  Więc siadaj tu, Saundersie, ty najkłamliwszy łotrze w całem chrześcijaństwie. Gdybyś się urodził ślepym, byłoby ci równie łatwo wiedzieć wszystkich nas imiona, jak znać różne kolory naszych sukni. Wzrok może rozeznać kolory, ale znać odrazu wszystkie ich nazwiska, to niepodobna. Panowie, święty Alban cud ten tu zrobił, ale co myślicie, czy nie wielka byłaby potęga, któraby przywróciła nogi temu chromemu?
Simpcox.  O wielmożny panie, gdyby to było w twojej mocy.
Gloucest.  Panowie rajcy Saint Albańscy, czy niema w waszem mieście bedela i instrumentu zwanego batogiem?
Mer.  I owszem, milordzie.
Gloucest.  Więc poślijcie po niego natychmiast.
Mer.  Ruszaj po bedela i wracaj z nim co prędzej.

(Wychodzi sługa).
Gloucest.  Przynieście mi tu ławę. (Przynoszą ławę). Słuchaj hultaju, jeśli chcesz uniknąć batogów, przeskocz mi przez tę ławę i zmiataj.

Simpcox.  Ach, wielmożny panie, nie mogę utrzymać się na nogach o własnych siłach; chcesz męczyć mnie na próżno. (Wchodzi sługa z Bedelem).
Gloucest.  Musim jednak znaleźć lekarstwo na twe kalectwo. Bedelu, ćwicz mi tego łotra, póki przez tę ławę nie przeskoczy.
Bedel.  Zaraz, milordzie. No, mopanku, zdejm mi natychmiast twoją katankę.
Simpcox.  Co ja mam tu począć, wielmożny panie? Nie mogę stać o własnych siłach. (Po pierwszem razie Bedela skacze przez ławę i ucieka. Lud za nim biegnie wołając: Cud!)
Król Henr.  Widzisz to, Boże, a cierpisz tak długo!
Małgorz.  Śmiech było widzieć, jak hultaj ten zmykał.
Gloucest.  Schwytajcie łotra; trzymajcie tę dziewkę.
Żona.  Ach, panie, zrobiliśmy to z okrutnej biedy.
Gloucest.  Dać im chłostę na rynku każdego miasteczka po drodze do Berwick, skąd przyszli.

(Wychodzą: Mer, Bedel, Żona i t. d.).

Kardynał  Nasz książę Humphrey zrobił cud widomy.
Suffolk.  Za jego sprawą uleciał nam chromy.
Gloucest.  Przy twoich cudach, lordzie, cud to mały,
Boć twoją sprawą miasta uleciały.

(Wchodzi Buckingham).

Król Henr.  Jakie nam wieści Buckingham przynosi?
Bucking.  Które objawić serce się me lęka.
Banda hultajów w zbrodni zatwardziałych,
W ścisłem przymierzu z żoną protektora,
Eleonorą, i pod jej opieką,
(Bo ona głową w całej była sprawie)
W zgubne dla państwa wdała się praktyki,
Z grzeszną pomocą czarownic, guślarzy.
Myśmy ich zeszli na gorącym razie,
Wywołujących z pod ziemi złe duchy,
By im wróżyły o śmierci Henryka,
I innych panów z tajnej króla Rady,

Jak się to później w szczegółach pokaże.
Kard.  (na str. do Glouc.). Tak więc twa żona, lordzie protektorze,
O tej godzinie więźniem jest w Londynie:
Wieść ta zapewne wyszczerbi twój oręż,
Na umówionem wzbroni stanąć miejscu.
Gloucest.  Ambitny mnichu, nie dręcz mojej duszy!
Głęboka boleść odbiera mi siły,
Więc ci ustąpić muszę zwyciężony,
Jakbym ustąpił ostatniemu ciurze.
Król Henr.  Jakich się grzesznik dopuszcza sprosności,
By sam sprowadził piorun na swą głowę!
Małgorz.  Patrz, jakie plamy gniazdo twe skalały;
Dajże sam baczność, abyś wyszedł biały.
Gloucest.  Co do mnie, pani, Boga świadkiem miałem,
Jak mego króla, jak kraj mój kochałem;
Co do mej żony, nie rozumiem sprawy,
Boleję tylko nad tem, co słyszałem.
Mimo jej rodu całej szlachetności,
Jeśli nie pomna honoru i cnoty,
Knowała z ludźmi, których towarzystwo
Wszelką szlachetność niby smoła kala,
Z mego ją łoża i domu wypędzam.
Dotknięta mieczem prawa, niech umiera
Za hańbę sławy uczciwej Gloucestera.
Król Henr.  Dość na tem. Noc tę przepędzim w Saint Alban’s,
Jutro ze świtem do Londynu wrócim,
Aby w tej sprawie pilnie się rozpatrzyć;
Po wysłuchaniu tych szpetnych przestępców,
Sprawiedliwości wszystko zważy szala,
Bo prawo tylko gubi lub ocala.

(Wychodzą przy odgłosie trąb).
SCENA II.
Londyn. Ogród księcia Yorku.
(Wchodzą: York, Salisbury i Warwick).

York.  Dostojni goście, Salisbury, Warwick,
Po skromnej uczcie, pozwólcie mi, proszę,

Śród tej samotnej spytać was przechadzki,
Jakie o prawach moich niewątpliwych
Do tronu Anglii wasze jest też zdanie.
Warwick.  Racz nam je, książę, wyłożyć dokładnie,
A jeśli słuszność jest ich niewątpliwa,
Rachuj na wierność i pomoc Nevilów.
York.  A więc słuchajcie: siedmiu spłodził synów
Król Edward Trzeci; Edward, Czarny książe,
Był z nich najstarszym; drugim Wilhelm z Hatfield,
A trzecim książe Klarencyi, Lionel;
Po nim Lancastru książe, Jan z Gandawy;
Piątym był Edmund Langley, książe York;
Szóstym był Tomasz z Woodstock, książe Gloucester,
A Wilhelm z Windsor siódmym i ostatnim.
Przed ojcem umarł Edward, książę Czarny,
Lecz dziedzic jego, Ryszard, syn jedyny,
Po śmierci króla Edwarda panował,
Kiedy najstarszy syn Jana z Gandawy,
Henryk Bolingbroke, książe Lancasteru,
Koronowany jako Henryk Czwarty,
Berło z prawego króla wydarł ręki,
Królową wysłał do Francyi, skąd przyszła,
A króla zamknął w Pomfret, gdzie, jak wiecie,
Niewinny Ryszard był zamordowany.
Warwick.  Ojcze, co mówi książe, wszystko prawda,
Tak dom Lancastrów do korony przyszedł.
York.  Którą dziś dzierży gwałtem, a nie prawem:
Bo po dziedzicu najstarszego syna,
Ryszardzie, syna drugiego potomkom
Korona Anglii prawem należała.
Salisbury.  Lecz Wilhelm z Hatfield umarł bezpotomnie.
York.  Ale syn trzeci, Lionel z Klarencyi,
(Którego wszystkie prawa na mnie spadły)
Zostawił córkę Filippę; tę córkę
Edmund Mortimer, hrabia Marchii, pojął,
A z nich się rodzi Roger, hrabia Marchii;
Roger zostawił syna i dwie córki:
Edmunda, Annę i Eleonorę.

Salisbury  Edmund, jak w naszych czytałem kronikach,
Za Bolingbroka rządów, o swe prawa
Chciał się upomnieć i królemby został,
Gdyby go Owen Glendower nie trzymał
W ścisłem więzieniu aż do jego śmierci.
Lecz słucham końca.
York.  Starsza jego siostra,
A matka moja, Anna, prawem spadku
Dziedziczka tronu, pojęła za męża
Ryszarda hrabię Cambridge, co się rodził
Z Edmunda Langley, Edwarda Trzeciego
Piątego syna. Jam jest jej dziedzicem,
Jak ona była dziedziczką Rogera
Hrabiego Marchii, którego był ojcem
Edmund Mortimer, córki Lionela
Księcia Klarencyi, Filippy, małżonek.
Jeśli więc lepsze prawo do korony
Dzieci starszego syna przed młodszymi,
Ja królem jestem.
Warwick.  Wywód jak dzień jasny.
Henryk gruntuje na Janie z Gandawy,
Czwartym potomku, wszystkie swoje prawa,
York wywodzi swoje od trzeciego.
Jak długo gałąź Lionela kwitnie,
Henryk praw nie ma; ty z twymi synami
Jesteście szczepu tego latoroślą.
Ugnijmy przeto kolano przed prawem,
I pierwsi króla prawego pozdrówmy
Na tem ustroniu, ojcze Salisbury.
Salisbury.  Warwick. Niech długo żyje Ryszard, król Angielski!
York.  Dzięki wam składam. Lecz królem nie jestem,
Póki na głowę korony nie włożę,
Miecza nie skąpię w krwi domu Lancastrów;
A dzieło takie nie nagłych wybuchów,
Ale milczącej wymaga rozwagi.
Za mym przykładem, w dniach tych niebezpiecznych,
Przymrużcie oczy na pychę Suffolka,
Dumę Beauforta, jak na Somerseta

Ambitne myśli, jak na Buckinghama,
I jak na całej kliki tej zamachy,
Póki pasterza trzody nie uszczują,
Księcia Humphreya, cnotliwego pana,
Bo to ich celem; ja im prorokuję,
Że śmierć u swoich życzeń znajdą mety.
Salisbury.  Dość na tem dzisiaj: znamy twoje myśli.
Warwick.  Serce mi mówi, że Warwicka sprawą
Na króla książę York się przemieni.
York.  A ja znów wróżę, Nevilu, że Ryszard
Dni tych dożyje, w których hrabia Warwick
Pierwszym po królu w Anglii będzie panem.

(Wychodzą).
SCENA III.
Londyn. Sala Sądowa.
(Przy odgłosie trąb wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata, Gloucester, York, Suffolk, Salisbury. — Księżna Gloucester, Margery Jourdain, Southwell, Hume i Bolingbroke pod strażą).

Król Henr.  Eleonoro Cobham, a Gloucestera
Zbliż się, małżonko. Wielkie twoje zbrodnie
I wedle boskich i wedle praw naszych;
Słuchaj wyroku za śmiertelne grzechy
Śmiercią karane bożem przykazaniem.

(Do Jourdainy i t. d.).

Wy czworo wróćcie natychmiast do Tower,
A stamtąd prosto na plac egzekucyi.
Na Smithfield płomień pożre czarownicę,
A pozostałych trzech, stryczek zadusi.
Ty, jako domu szlachetnego córka,
Na całe życie z honorów odarta,
Z końcem trzydniowej publicznej pokuty,
Resztę żywota spędzisz na wygnaniu,
W swoim rodzinnym na wyspie Man domu,
Pod ścisłą strażą sir Johna Stanleya.
Księżna.  Dobre wygnanie, śmierć byłaby lepszą.

Gloucest.  Eleonoro, prawo cię tak sądzi,
Usprawiedliwić nie mogę sądzonej.

(Wychodzą: Księżna i inni więźniowie pod strażą).

Łzy są w mych oczach, a boleść w mem sercu.
W twojej starości hańba ta, Humphreyu,
Do ziemi schyli głowę twą strapioną!
Pozwól mi królu odejść, bo mój smutek
Pociechy czeka, a wiek mój spoczynku.
Król Henr.  Nim się oddalisz oddaj mi twą laskę;
Henryk sam będzie swoim protektorem,
A Bóg mi będzie nadzieją, podporą,
Mym przewodnikiem i stóp mych latarnią.
Idź więc w pokoju, niemniej ukochany,
Jak kiedy byłeś króla protektorem.
Małgorz.  Nie wiem, dlaczego, jak dziecię, pod strażą
Król pełnoletni ma być protektora.
Niech Bóg i Henryk sterem Anglii rządzą:
Oddaj królowi laskę i królestwo.
Gloucest.  Mą laskę? królu, oto laska moja,
A w tak ją dobrej oddaję ci chęci,
Jak mi dał ojciec twój świętej pamięci;
U stóp ją twoich tak radośnie złożę,
Jakby ją inny chciał uchwycić może.
Żegnam cię królu! gdy mnie grób pochłonie,
Niech pokój, honor, przy twym stoją tronie. (Wychodzi).
Małgorz.  Teraz nakoniec Henryk królem został,
A Małgorzata została królową.
Już nie jest sobą Humphrey, książę Gloucester,
Po strasznym ciosie; naraz dwa zwycięstwa:
Wygnana księżna, ręka jego prawa,
Wydarta laska, niech wróci, przez dzięki,
Gdzie jest jej miejsce — do Henryka ręki.
Suffolk.  Tak dąb ten upadł, opuścił ramiona;
Eleonory duma w kwiecie kona.
York.  Pokój z nim teraz. Najjaśniejszy panie,
Dziś wyznaczony dzień jest pojedynku,
Gotowe strony obie w szranki wstąpić,
Płatnerz ze swoim walczyć czeladnikiem.

Więc pojedynku racz świadkiem być, królu.
Małgorz.  I ja dlatego dwór mój opuściłam,
Aby bożego sądu widzieć koniec.
Król Henr.  Przyrządźcie szranki, a niech bożą sprawą,
Gdzie sprawiedliwość, będzie i zwycięstwo.
York.  Nigdym płaczliwszej nie widział figury,
Z większym przestrachem idącej do boju,
Jak ten płatnerza czeladnik, panowie.

(Wchodzą; z jednej strony Horner, na pół pijany, w kole sąsiadów pijących do niego; Horner niesie w ręku kij z przywiązanym do niego workiem piasku, przed nim bęben; z drugiej strony Piotr z bębnem i takim samym kijem, w towarzystwie pijących do niego czeladników).

1 Sąsiad.  Tylko śmiało, sąsiedzie Horner; piję za twoje zdrowie ten kielich kseresu. Nie bój się, sąsiedzie, wyjdziesz z tej sprawy z honorem.
2 Sąsiad.  A tu masz, sąsiedzie, puhar Charneca.[9]
3 Sąsiad.  A tu kwartę dobrego dubeltowego piwa, sąsiedzie. Pij, a nie bój się twego czeladnika.
Horner.  Niech tylko zacznie się bójka. Piję wszystkich zdrowie, a figa Piotrowi!
1 Czeladn.  Piję za twoje zdrowie, Piotrze! tylko śmiało!
2 Czeladn.  Nie trać ducha, Piotrze! Nie bój się twojego majstra, bij się za honor czeladników.
Piotr.  Dziękuję wam wszystkim; pijcie, proszę, a módlcie się za mną, bo mi się wszystko zdaje, że to mój ostatni łyk na ziemi. Słuchaj, Robinie, jeśli zginę, zostawiam ci mój fartuch, a tobie, Wilhelmie, młot mój; ty, Tomku, zabierz wszystko, co mam w gotowiźnie. Błogosław mi, Panie Boże. Nigdy ja nie potrafię się ostać przeciw mojemu majstrowi; on się tak długo ćwiczył w szermierce!
Salisbury.  Dość już tego; skończcie wasze zdrowia, a weźcie się do razów. Jak się nazywasz, hultaju?
Piotr.  A juści Piotr, panie.
Salisbury.  Piotr, co więcej?
Piotr.  Tłuk.
Salisbury.  Tłuk! starajże się dobrze utłuc twojego majstra.
Horner.  Mości panowie, przychodzę tu, że tak powiem, na podżeganie mojego czeladnika, aby mu dowieść, że jest hultajem a ja uczciwym człowiekiem. Co się tyczy księcia Yorku, niech zginę, jeśli kiedykolwiek miałem względem niego złe myśli, lub względem króla, lub względem królowej. A więc, Piotrze, spodziewaj się zamaszystego razu, jaki Bevis z Southampton zadał Ascapartowi.
York.  Język hultaja plątać się zaczyna.
Wielki czas w trąby na sygnał uderzyć.

(Trąby. Biją się. Piotr powala swojego majstra).

Horner.  Stój, o, stój, Piotrze! zdradę mą wyznaję (umiera).
York.  Broń mu odbierzcie. Dziękuj Panu Bogu
I winu za twe nad majstrem zwycięstwo.
Piotr.  O, Boże! jaż to zwyciężyłem moich nieprzyjaciół w takiej obecności? O Piotrze! przemogłeś po sprawiedliwości.
Król Henr.  Wynieście tego zdrajcę z naszych oczu,
Bo w jego śmierci grzech jego widzimy.
W sprawiedliwości swej Bóg nam objawił
Biedaka tego szczerość i niewinność;
A on go zabić w swej chciał nieprawości!
Chodź teraz ze mną po twoją nagrodę. (Wychodzą).

SCENA IV.
Londyn. Ulica.
(Wchodzi Gloucester i jego służba, w żałobie).

Gloucest.  Tak nieraz chmura jasny dzień zasępia,
Jałowa zima po lecie przychodzi
Z swemi burzami i szczypiącym wiatrem.
Łza goni uśmiech tak jak zima lato.
Która godzina?

Służba.  Dziesiąta milordzie.
Gloucest.  Właśnie godzina, o której mam czekać
Przybycia mojej księżnej ukaranej.
Jak ostrą będzie dla nóg delikatnych
Krzemiennych ulic kamienna posadzka!
Moja Nell droga, jak gorzkie ci będą
Wzgardliwych tłumów ciekawe spojrzenia
Na twe oblicze z szyderstwem zwrócone!
Uśmiechy ludzi na twe poniżenie,
Którzy przed chwilą za twym biegli wozem
Przelatującym w tryumfie ulice!
To ona! Czas już przygotować oczy,
Łzami przyćmione na cierpień jej widok.

(Wchodzi księżna Gloucester w białej osłonie, z papierem przypiętym na plecach, bosą nogą, z płonącą pochodnią w ręku, z nią sir John Stanley, szeryf i oficerowie).

Służba.  Chcesz, panie? Z rąk ją szeryfa wyrwiemy.
Gloucest.  Uchowaj Boże! Niech w pokoju przejdzie.
Księżna.  Czyś przyszedł, mężu, na hańbę mą patrzeć?
Ah, i dla ciebie jest to czas pokuty!
Tłum odurzony palcem cię wytyka,
Kiwając głową, mierzy cię oczyma.
Przed nienawistnem skryj się ich spojrzeniem,
W twojej komnacie płacz nad twoją hańbą,
Przeklinaj wspólnych naszych nieprzyjaciół!
Gloucest.  Cierpliwość, droga! Zapomnij tych smutków.
Księżna.  Ah, samej siebie naucz mnie zapomnieć,
Bo gdy pomyślę, żem żoną jest twoją,
Żeś ty jest księciem, Anglii protektorem,
Jak nie mam myśleć, że nie należało
Z taką mnie hańbą po ulicach wodzić,
Z kartą na plecach, wśród tłumów pospólstwa,
Które z radością na łzy moje patrzą,
I moich westchnień słuchają z przekąsem.
Krzemień me nogi rani delikatne,
A gdy się wzdrygnę, lud śmiejąc się woła,
Abym ostrożniej stąpała po bruku.
Ah, mogęż dźwigać, hańbiące to jarzmo?

Na świat ten mogęż oczy me obrócić,
Szczęśliwym mienić, kto na słońce patrzy?
Nie, ciemność światłem, noc dniem moim będzie,
A piekłem mojem myśl o mej wielkości.
Czasami powiem: Byłam kiedyś żoną
Księcia Gloucestera, co tym rządził krajem,
Ale tak rządził i takim był księciem,
Że ja, księżniczka jego opłakana,
Pod jego okiem, byłam pośmiewiskiem
Wszystkich urwiszów i włóczęgów miasta.
Lecz bądź spokojny, hańby się mej nie wstydź,
O nic się nie troszcz, aż śmiertelny topór
Nad twoją głową zawiśnie, niedługo,
Bo Suffolk, który wszystko u tej może,
Co ciebie, co nas wszystkich nienawidzi,
York, bezbożny Beaufort, ksiądz fałszywy,
Na twoje skrzydła rózgę namazali;
Próżno się będziesz szamotał odlecieć,
W swój lep cię schwycą; ty nie trwóż się przecie,
Nie myśl, jak swoich uprzedziłbyś wrogów,
Póki ich sidła nóg ci nie splątają.
Gloucest.  Ach, skończ, skończ, żono! Mylne twoje sądy;
Wprzód zgrzeszyć muszę, zanim mnie potępią.
Choćbym miał stokroć więcej nieprzyjaciół,
Każdy z nich stokroć więcej miał potęgi,
Wszyscy mi razem nie zdołają szkodzić,
Póki niewinnym, póki wiernym będę.
Chcesz, bym cię z tego wyrwał poniżenia?
Nie starłbym plamy z twojego honoru,
A sam się zgubił prawa pogwałceniem.
Twym zbawcą będzie tylko rezygnacya,
Ugnij więc serce, Nell, do cierpliwości;
Dnie poniżenia ubiegną niedługo.

(Wchodzi herold).

Herold.  Wzywam waszą łaskawość na parlament jego królewskiej mości, mający się otworzyć w Bury, dnia pierwszego przyszłego miesiąca.
Gloucest.  A nikt nie pytał o me pozwolenie!
To skryte spiski. Powiedz, że się stawię.

(Wychodzi herold).

Nell, bądź mi zdrowa! Proszę cię, szeryfie,
Nie bądź surowszy od królewskich zleceń.
Szeryf.  Mój obowiązek, książę, tu się kończy,
A sir John Stanley ma, wedle rozkazów,
Zabrać ją teraz na wyspę Man z sobą.
Gloucest.  A tam pod twoją, sir John ma być strażą?
Stanley.  Tak jest mój książę; to królewska wola.
Gloucest.  Niech moja prośba, byś był dla niej względny,
Nie będzie większej surowości źródłem.
Świat jeszcze może uśmiechnąć się do mnie,
I mogę jeszcze dnia tego doczekać,
W którym dobrocią dobroć twą zapłacę.
A teraz przyjmij moje pozdrowienie.
Księżna.  Czy dla mnie nie masz słowa pożegnania?
Gloucest.  Łzy moje świadkiem, że nie mogę mówić.

(Wychodzi Gloucester i służba).

Księżna.  Ach, z tobą moja odbiegła pociecha!
Odtąd nadzieją moją śmierć jest tylko,
Na której wzmiankę wprzód mnie dreszcz przejmował,
Bom świata tego pragnęła wieczności.
Błagam, Stanleyu, prowadź mnie co prędzej,
Gdzie, nie dbam wcale, bo nie żądam łaski;
Prowadź mnie tylko, gdzie ci nakazano.
Stanley.  Wyspa Man, pani, twoim będzie domem,
Tam, wedle stanu, czeka cię przyjęcie.
Księżna.  |A więc okrutne, bo jestem shańbioną;
Czy mnie haniebne przyjęcie tam czeka?
Stanley.  Nie, pani, wszystkie znajdziesz tam honory
Księcia Humphreya żonie przynależne.
Księżna.  Bądź zdrów, szeryfie! a z serca ci życzę
Lepszej niż moja doli, chociaż byłeś
Narzędziem mego tutaj poniżenia.
Szeryf.  Przebacz mi, pani, to moja powinność.
Księżna.  Wiem, powinności tylko dopełniłeś.
Bądź zdrów! — Stanleyu, czy wszystko gotowe?

Stanley.  Z końcem pokuty odrzuć te osłony,
A przywdziej, pani, suknie do podróży.
Księżna.  Z osłoną mojej nie odrzucę hańby,
Na mych najdroższych widna będzie szatach,
Żadne przebranie ukryć jej nie zdoła.
Lecz idźmy; pragnę ujrzeć me wygnanie.




AKT TRZECI.
SCENA I.
Opactwo w Bury.
(Wchodzą: Parlament, król Henryk, królowa Małgorzata, kardynał Beaufort, Suffolk, Buckingham i inni).

Król Henr.  Dziwna, że jeszcze lord Gloucester nie przybył,
Nie jego było zwyczajem się późnić;
Jakiż to powód zatrzymał go teraz?
Małgorz.  Alboż nie widzisz, czy nie mogłeś dostrzedz,
Jak dziwnie jego zmienił się charakter?
Jaki majestat w każdym jego ruchu,
Jaka zuchwałość od pewnego czasu,
Jaka w obejściu duma i stanowczość?
Był czas, pamiętam, gdy skromny i cichy,
Na każde króla lub moje spojrzenie
Zginał kolana, tak że dwór nasz cały
Z dziwem na jego spoglądał uległość;
Spotkaj go teraz, choćby o poranku,
Gdy każdy chętne daje pozdrowienie,
On brwi swe marszczy, gniewne toczy oko,
Milcząc, kolanem wymija nas sztywnem,
Przynależnego nie oddając hołdu.
Nikt nie uważa na warczenie kądla;
Lecz gdy lew ryknie, i wielcy drżą ludzie,
A Humphrey nie jest małym w Anglii mężem,

Pomnij, że krewnym jest twoim najbliższym,
Że z twym upadkiem on pierwszy się wzniesie.
Mem zdaniem, krok to jest niepolityczny,
Na złość nie bacząc w jego piersi skrytą,
Na zyski, które śmierć mu twa zapewnia,
Do twej królewskiej przyzywać go Rady,
Do twej królewskiej przypuszczać osoby.
Pochlebstwem ludu zjednał sobie serca,
I byle zechciał rozruchy wywołać,
Lud za nim pójdzie na pierwsze skinienie.
To wiosna jeszcze, chwast się nie wkorzenił;
Zostaw go tylko, ogród ci zarośnie,
Przez twe niedbalstwo twe przygłuszy kwiaty.
Czujna troskliwość o mojego pana
Te mi natchnęła o Gloucesterze myśli;
Niewieścią trwogą nazwij je, gdy błądzę.
Jeżeli moje zbijesz podejrzenia,
Poddam się, powiem: pokrzywdziłam księcia.
Niechaj więc Suffolk, Buckingham, niech York
Me podejrzenia zwalą, jeśli mogą,
Lub gdy nie mogą, niech słowa me stwierdzą.
Suffolk.  Dobrze Gloucestera przeniknęłaś, pani,
I gdybym pierwszy me objawił myśli,
Zapewne twoją powtórzyłbym powieść.
Myślę, że z jego to pobudki księżna
Swoje dyabelskie zaczęła praktyki,
Lub, gdy jej zbrodni nie był uczestnikiem,
O pochodzeniu swojem przechwałkami,
(Które dziedzicem tronu go robiło)
O wielkiej rodu swego szlachetności
Tak rozpalony mózg księżny podrażnił,
Że chciała króla zgubić dyabłów sprawą.
Głębokie wody cichym płyną prądem;
Ta skromna postać zdradę chowa na dnie.
Lis, kiedy jagnię chce ukraść, nie szczeka.
Nie, nie, nikt jeszcze Gloucestera nie zgłębił,
Nie widział zdrady, którą w duszy chowa.

Kardynał.  Czy nie wymyślił, wbrew przepisom prawa,
Okrutnych kaźni na błahe występki?
York.  Czy nie rozpisał ogromnych podatków
Na Anglię całą, niby na żołd wojska,
Którego nigdy do Francyi nie posłał?
Co ciągłych buntów dało miastom powód.
Bucking.  Ba, ba, powszednie wszystko to są grzechy,
Przeciw nieznanym, które czas wyświeci
W tej cichej księcia Humphreya figurze.
Król Henr.  Troskliwość, z jaką cierń chcecie karczować,
Ażeby naszej nie obraził nogi,
Pochwały godna, lecz mamże, panowie,
Mówić, jak moje szepcze mi sumienie?
Gloucester tak wszelkiej zdrady jest niewinny
Jak gołębica albo ssące jagnię.
Zbyt dobre jego serce i niewinne,
By o złem marzył lub mej szukał zguby.
Małgorz.  Jak niebezpieczna ta szalona ufność!
Jeśli ci Gloucester gołębiem się zdaje,
To piór pożyczył, bo krucze ma myśli;
Jeśli to jagnię, to nie w swojej skórze,
Bo wszystkie jego skłonności są wilcze;
Kto chce oszukać, łatwo znajdzie maskę.
Bądź baczny, królu! Wszystkich nas zbawienie
Od tego zdrajcy upadku zależy. (Wchodzi Somerset).
Somerset.  Szczęście i zdrowie mojemu królowi!
Król Henr.  Jakie nowiny z Francyi, Somersecie?
Somerset.  Wszystkie francuskie twoje posiadłości
W ręku są wroga; wszystko tam stracone.
Król Henr.  Złe to nowiny, lordzie Somersecie;
Lecz niech się stanie wedle woli bożej.
York  (na stronie). Złe są i dla mnie; bo równie liczyłem
Na kraj francuski jak na żyzną Anglię.
Tak więc me kwiaty zwarzyły się w pączku,
Liść mój zielony zjadły gąsiennice.
Ale niedługo wszystkiemu zaradzę,
Lub me tytuły za grób świetny sprzedam.

(Wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Szczęście i pokój mojemu królowi!
Przebacz mi, jeśli tak późno przychodzę.
Suffolk.  Zbyt tylko wcześnie przychodzisz, Gloucesterze,
Lub byłbyś lepszym poddanym, niż jesteś.
W areszt cię biorę jako zdrajcę kraju.
Gloucest.  Na moich licach nie ujrzysz rumieńca,
Aresztowany, nie zblednę, Suffolku;
Niewinne serce nie łatwo się trwoży.
W najczystszem źródle mniej nie znajdziesz mętów,
Jak zdrady kraju w mojej czystej duszy.
Kto mnie oskarża? jaka moja wina?
York.  Francyi się dałeś przekupić, milordzie,
Żołd przynależny wojskom zatrzymałeś,
A wskutek tego król nasz Francyę stracił.
Gloucest.  A kto przynosi takie zaskarżenie?
Z żołnierskiej płacy groszam nie zatrzymał,
Jak od Francuzów nie dostałem grosza.
Bóg mi jest świadkiem, że we dnie i w nocy
Tylko o szczęściu Anglii rozmyślałem.
Niech każdy szeląg z królewskiego skarbu
Do mej szkatuły przeze mnie wniesiony,
W dniu mego sądu przeciwko mnie świadczy!
O! nie, niejeden funt z własnej fortuny,
By podatkami ludu nie ubożyć,
Posłałem naszym we Francyi załogom,
Nigdy żadnego nie żądając zwrotu.
Kardynał.  Wszystko to łatwo powiedzieć, milordzie.
Gloucest.  Bóg widzi, prawdę tylko powiedziałem.
York.  Za twoich rządów straszne, niesłychane
Przeciw występnym wymyślałeś kary,
Shańbiłeś Anglię okrucieństwa plamą.
Gloucest.  Wie świat, że kiedy byłem protektorem,
Zbyteczna litość wadą była moją:
Łzy potępionych miękczyły mi serce,
I skrucha była występku okupem.
Nigdym surowej nie wymierzył kaźni,
Chyba na krwawych tylko rozbójnikach,
Lub na złodziejach łupiących wędrowców.

Nie myślę przeczyć, że krwawy grzech mordu
Ciężej nad wszystkie występki karciłem.
Suffolk.  Na te zarzuty łatwa jest odpowiedź;
Ale ci większe zbrodnie zarzucają,
Z których ci trudniej będzie się oczyścić.
Więc cię w imieniu króla aresztuję,
Pod straż oddaję lorda kardynała
Aż do dnia sądu.
Król Henr.  Milordzie Gloucesterze,
Mam ja niepłonną nadzieję, że zdołasz
Zwycięsko wszystkie podejrzenia zwalić,
Bo me sumienie woła, żeś niewinny.
Gloucest.  Łaskawy panie, czas to niebezpieczny;
Szpetna ambicya głos cnoty przygłusza;
Miłość wygnana ręką nienawiści;
Hydne zepsucie dumną wznosi głowę,
A sprawiedliwość wygnanką w tej ziemi.
Wiem, że na moje spiknęli się życie.
Gdyby śmierć moja szczęście dała Anglii,
A ich przemocy była razem metą,
Chętnie ostatnią krwibym oddał kroplę;
Lecz ma śmierć tylko sztuki ich prologiem,
Przed której końcem tysiąc innych padnie,
Co dzisiaj nie śnią o niebezpieczeństwach;
Beauforta oko czerwone, ogniste,
Złośliwość serca jego wypowiada;
Na chmurnem czole burza nienawiści
Lorda Suffolka; język Buckinghama
Miota zjadliwie ten ciężar zazdrości,
Co jego serce gniecie swym ogromem;
Swarliwy York, co chce księżyc schwycić,
Któregom ramię wstrzymał zbyt ambitne,
Fałszywą skargą na me godzi życie;
A i ty, pani, bez żadnych powodów,
Na głowę moją zwaliłaś niełaskę,
I ze sił wszystkich pragnęłaś przemienić
Na mego wroga najdroższego króla.
Wszyscy gonicie do jednego celu;

Ni mi tajemne wasze były schadzki,
Ni na niewinne życie me zamachy;
Pewno wam świadków nie braknie fałszywych,
Ni winy moje zdrad powiększających.
Stare przysłowie i na mnie się sprawdzi:
Łatwo kij znajdzie, kto chce psa uderzyć.
Kardynał  Nieznośne, królu, jego są obelgi.
Gdy ci, co życie pragną twe ratować
Od noża zdrady i zdrajców wściekłości,
Mogą szkalowań takich być przedmiotem,
A winny może tak bezkarnie mówić,
W swej gorliwości niejeden ostygnie.
Suffolk.  Czyliż w hańbiących chociaż zręcznych słowach
Na panią naszą podejrzeń nie rzucił,
Że za jej sprawą, na jego ruinę,
Krzywoprzysięzców zjawi się gromada?
Małgorz.  Ale przebaczam przegrywającemu.
Gloucest.  Więcej w tem prawdy, pani, jak myślałaś:
Przegrałem, prawda, ale biada także
Wygrywającym, bo w grze szachrowali,
A kto tak przegrał, wolno może mówić.
Bucking.  On gotów prawić od rzeczy dzień cały,
Wszak to twój więzień, lordzie kardynale.
Kardynał.  Pod dobrą strażą wyprowadźcie księcia.
Gloucest.  Tak więc król Henryk swą odrzuca kulę,
Nim się na własnych może ostać nogach;
Pasterz od twego odegnany boku,
A o krew twoją już się wilki swarzą.
Bodaj obawa moja była próżną!
Lecz przewiduję, królu, twój upadek.

(Wychodzi służba z Gloucesterem).

Król Henr.  Wedle rad waszej mądrości, panowie,
Zmieniajcie stare, nowe piszcie prawa,
Jakbym obecny był tu osobiście.
Małgorz.  Jakto? Chcesz, królu, opuścić parlament?
Król Henr.  Chcę, Małgorzato. Serce smutku pełne,
Do ócz wysyła zbytek swej goryczy.
Istność ma cała w nędzę owinięta,

Bo nad strapienie cóż jest nędzniejszego?
Stryju Humphreyu, na twej widzę twarzy
Obraz honoru, prawdy, lojalności,
I nigdym jeszcze, dobry mój Humphreyu,
W twojej wierności nie znalazł zawodu.
Jakaż to gwiazda sprawiła zawistna,
Że tylu panów, że moja królowa
Wydrzeć niewinne chcą ci twoje życie?
Nigdy ich, nigdyś nie skrzywdził nikogo.
Jak rzeźnik cielę zabiera związane,
Do jatek pędzi, a bije okrutnie,
Jeśli mu z prostej drogi na piędź zboczy,
Tak go okrutnie stąd uprowadzili.
Jak matka wkoło rozpaczliwie biega,
Pogląda w stronę, gdzie znikło biedniątko,
Po drogiej stracie ryczeć tylko może,
Tak ja bezsilny lać tylko łzy mogę
Nad nieszczęściami dobrego Gloucestera,
I tylko okiem mogę zaciemnionem
Poglądać za nim, pomódz mu niezdolny,
Bo zbyt potężnych znalazł nieprzyjaciół.
Lecz przy mem każdem westchnieniu powtórzę:
Nie wiem, kto zdrajcą, Gloucester być nie może.

(Wychodzi).

Małgorz.  Zimny lód topnie na promieniach słońca.
Na wielkie sprawy król Henryk zbyt zimny,
Zbyt przepełniony mlekiem miłosierdzia.
Gloucester go uwiódł pozorami cnoty,
Jak litosnego zwodzi wędrownika
Krokodyl jęków udanych sidłami,
Lub jak na kwiatów zwinięty pościeli
Wąż wabi dziecko swoją pstrą odzieżą,
A swą pięknością przywabione kąsa.
Gdyby mędrszego nie było ode mnie,
(A mój w tej sprawie dobry zda się rozum)
Wkrótce Gloucestera ten światby się pozbył,
I nas od ciągłej wyzwolił obawy.
Kardynał.  Myśl to natchnięta dobrą polityką,

Zbywa nam tylko na dobrych pozorach,
Bo drogą prawną zgładzić nam go trzeba.
Suffolk.  Niepolityczny podobny jest zamiar;
Król będzie pragnął życie mu ocalić,
Lud może powstać na jego ratunek,
A my nie mamy lepszych argumentów
Na jego zgubę jak naszą nieufność.
York.  A więc tem samem nie chcesz jego śmierci?
Suffolk.  Nikt jej ode mnie nie pragnie goręcej.
York.  York ważniejsze ma tego powody.
Lecz, kardynale, i ty, lordzie Suffolk,
Powiedzcie szczerze, ręka na sumieniu,
Czy to nie jedno, zgłodniałemu orłu
Dać przeciw kani obronę kurczęcia,
Co Humphreyowi dać króla opiekę?
Małgorz.  Śmierćby kurczęcia była niewątpliwą.
Suffolk.  To prawda, pani. Nie jestże szaleństwem
Pieczę nad trzodą lisowi powierzyć?
A gdy go skarżą o mordercze myśli,
Zamknąć na wszystko oczy obojętne,
Bo jeszcze swoich nie spełnił zamiarów?
Nie, nie, niech ginie, bo to lis jest chytry,
Zanim ubroczy swój pysk krwią czerwoną
Ten urodzony trzody nieprzyjaciel,
Jak Humphrey króla jest nieprzyjacielem.
Jak go zaś zgładzić, troska niepotrzebna,
Sidłem, żelazem albo też podstępem;
Gdy śpi lub czuwa, rzecz to obojętna,
Byleby zginął, bo wolny od winy,
Kto pierwszy zdrady użył przeciw zdrajcy.
Małgorz.  Lordzie Suffolku, głos to rezolutny.
Suffolk.  Gdzie niema czynu, niema rezolucyi,
Bo nieraz słowom myśl nie towarzyszy.
Lecz serce moje z mym zgodne językiem;
By mego króla życie uratować,
Zasługą będzie podobny uczynek.
Dajcie znak tylko, księdzem jego będę.
Kardynał.  Hrabio Suffolku, jabym go chciał zgładzić,

Nim poświęcenie na księdza otrzymasz.
Dajcie mi tylko wasze przyzwolenie,
Mą będzie sprawą wynaleźć oprawcę,
Tak mi jest drogie króla bezpieczeństwo.
Suffolk.  Masz moją rękę; czyn godny spełnienia.
Małgorz.  I ja tak mówię.
York.  I ja to potwierdzam;
A tam, gdzie nasze zgodne są trzy zdania,
Mniejsza, kto nasze potępi wyroki. (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Z Irlandyi śpieszę, dostojni panowie,
Aby wam donieść, że bunt głowę podniósł,
I srogo naszych morduje Anglików.
Wyprawcie wojska, by wściekłość zatrzymać,
Zanim śmiertelna rozjątrzy się rana;
Dzisiaj jest jeszcze nadzieja ratunku.
Kardynał.  Wyłom śpiesznego wymaga zatkania.
W tej ważnej sprawie jaka wasza rada?
York.  Na wielkorządcę ślijmy Somerseta;
Słuszna szczęśliwym powierzać dowództwo,
A swego szczęścia we Francy i nam dowiódł.
Somerset.  Gdyby z mądrością swoją York całą
Na mojem miejscu był tam namiestnikiem,
Nigdy by w Francyi tak długo nie ostał.
York.  To prawda, nimbym, jak ty wszystko stracił,
Wprzódybym poległ; nigdybym nie wrócił
Z niesławy plamą na moim honorze,
Zwlekając, póki wszystko nie przepadnie;
Pokaż nam jedno draśnięcie oręża:
Wódz tak roztropny nie często zwycięża.
Małgorz.  Na wielki pożar iskra się ta zmieni,
Byle jej stało wiatru i pokarmu.
Dobry Yorku, drogi Somersecie,
Błagam was, skończcie. Może twa fortuna,
Gdybyś na jego miejscu był, Yorku,
Od losów jego byłaby smutniejszą.
York.  Jak nic smutniejszą? A więc hańba wszystkim!
Somerset.  Pierwszemu tobie, skoro jej tak pragniesz.
Kardynał.  Lordzie Yorku, spróbuj twej fortuny.

Kerny irlandzkie za oręż chwyciły
I krwią angielską roszą swoją ziemię;
Czy chcesz prowadzić wojsko doborowe
Na tę wyprawę po hrabstwach zebrane,
Próbować szczęścia przeciw Irlandczykom?
York.  Jeśli to wola króla jegomości.
Suffolk.  Nasz wybór znakiem woli jest królewskiej;
Bo król potwierdzi, co my stanowimy.
Więc na twą rękę weź tę rzecz, Yorku.
York.  Zgoda. Zbierajcie potrzebne zaciągi,
Gdy ja załatwię prywatne me sprawy.
Suffolk.  Sam dopilnuję wszystkiego, milordzie,
Lecz wróćmy teraz do zdrajcy Humphreya.
Kardynał.  Nie mówmy o nim; dołożę starania,
By nas na przyszłość nie kłopotał więcej.
Czas teraz odejść, bo już dzień się chyli;
Pomówim o tem w stosowniejszej chwili.
York.  Lordzie Suffolku, z końcem dwóch tygodni
Czekam w Bristolu na wasze zaciągi,
Bo stamtąd myślę do Irlandyi płynąć.
Suffolk.  Rachuj, milordzie, na moją gorliwość.

(Wychodzą wszyscy prócz Yorka).

York.  Teraz lub nigdy przyszedł dzień, Yorku,
W stal odziać twardą twoje trwożne myśli,
I koniec wszystkim położyć wahaniom.
Bądź, czem nadzieję masz być, albo śmierci
Oddaj, czem jesteś, jak troski nie warte.
Zostaw strach blady duszom pospolitym,
A twe królewskie zamknij przed nim serce.
Jak deszcz wiosenny myśl po myśli cieknie,
A na dnie każdej myśli jest korona.
Mózg pracowitszy niźli skrzętny pająk
Snuje nić długą na mych nieprzyjaciół.
Dobrze, panowie, myśl to polityczna
Na czele silnej wyprawiać mnie armii;
W waszem zanadrzu głodny wąż ogrzany,
Zatrute zęby w sercach wam utopi.
Nie miałem armii, wyście mi ją dali;

Wdzięcznie przyjmuję, wierzajcie mi tylko,
Miecz włożyliście w szalonego rękę.
Walcząc w Irlandyi na mych hufców czele,
W Anglii potrafię czarną wzniecić burzę,
Posłać tysiące do nieba lub piekła.
Ta zawierucha nie wprzód się uciszy,
Aż na mej skroni królewska korona,
Niby jasnego słońca złoty promień,
Szalonych wichrów wściekłość ukołysze.
Już wykonawcę planów mych znalazłem:
Jan Cade z Ashfordu, zuchwały Kentyjczyk,
Wywoła rozruch, na pole wystąpi
Jak Jan Mortimer, prawy tronu dziedzic.
Już ja go dawniej w Irlandyi widziałem,
Jak się pasował z liczną Kernów bandą,
A nie ustąpił, aż od dzid mu uda
Jak skóra jeża stały się kolczaste.
Uratowany, jak Maurytańczyk
W górę podskoczył, jak tancerz dzwonkami,
Krwawych dzid lasem wesoło potrząsał.
Często w ubraniu kudłatego Kerna
W nieprzyjacielskie wciskał się obozy,
A niepoznany, przynosił z powrotem
Obrzydłych planów wszystkie tajemnice;
Ten dyabeł będzie mym tu namiestnikiem,
Bo twarzą, ruchem i głosem podobny
Do Mortimera dziś nieżyjącego.
To mi da możność ludu zbadać myśli
O prawach domu York do korony.
Jeśli go schwycą, wiem, że na torturach
Mimo boleści, nie wyrzeknie słowa,
Czyjem natchnieniem za oręż uchwycił;
Jeśli zwycięży, co bliższe jest prawdy,
Ja, z mą irlandzką przybywając armią,
Przez tego łotra siane zbiorę żniwo.
Z śmiercią Humphreya, a jest niedaleka,
Z strąceniem króla, na mnie kolej czeka.

(Wychodzi).
SCENA II.
Bury. Sala w pałacu.
(Wbiega kilku morderców).

1 Mord.  Biegnij do lorda Suffolk z tą nowiną,
Że jak rozkazał, zgładziliśmy księcia.
2 Mord.  Gdyby to jeszcze było do zrobienia!
Cośmy zrobili? Czy słyszałeś kiedy
Taką pobożną przed śmiercią pokutę? (Wchodzi Suffolk).
1 Mord.  Sam lord przychodzi.
Suffolk.  Jakże stoi sprawa?
1 Mord.  Nie żyje, lordzie.
Suffolk.  Uczciwa odpowiedź.
Śpieszcie więc teraz do mojego domu,
Gdzie zasłużoną znajdziecie nagrodę.
Król i parowie stąd są niedaleko.
Czyście przystojnie narządzili łoże,
I wszystko wedle danych wam rozkazów?
1 Mord.  Wszystko, milordzie.
Suffolk.  To dobrze. Odejdźcie.

(Wychodzą mordercy. — Wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata, Kardynał Beaufort, Somerset i inni).

Król Henr.  Idź, mego stryja przywołaj natychmiast,
Powiedz, że naszym zamiarem jest dzisiaj
Osądzić skargi na niego wniesione.
Suffolk.  Śpieszę wykonać rozkaz mego pana (wychodzi).
Król Henr.  Zabierzcie miejsca, dostojni panowie.
Proszę was tylko, nie bądźcie surowsi
W waszych wyrokach na mojego stryja
Nad to, co stwierdzą dowody niezbite
O winie knowań jego podejrzanych.
Małgorz.  Uchowaj Boże, by ludzka nienawiść
Mogła potępić niewinnego pana!
Bodaj się tylko mógł usprawiedliwić!
Król Henr.  Dzięki za dobre słowo, Małgorzato! (Wchodzi Suffolk).
Cóż to? Co znaczy ta bladość? to drżenie?
Cóż to? Gdzie stryj mój? odpowiedz Suffolku.

Suffolk.  Umarły w łożu. Gloucester umarł, panie.
Małgorz.  Uchowaj Boże!
Kardynał.  Tajne sądy Boże.
Dziś mi się śniło, że książę był niemy,
Że próżno słowo wymówić się silił. (Król mdleje).
Małgorz.  Co ci jest panie? Ratujcie! król skonał.
Somerset.  Podnieście ciało; w nos go uszczypnijcie.
Małgorz.  Ratujcie! Otwórz oczy, mój Henryku!
Suffolk.  Wraca do zmysłów. Uspokój się, pani.
Król Henr.  O, wielki Boże!
Małgorz.  Jak ci jest, mój królu?
Suffolk.  Pociesz się, królu, pociesz się, mój panie!
Król Henr.  Co? Lord mi Suffolk o pociesze mówi,
Gdy krucze jego przed chwilą krakanie
Nutą pogrzebną krew w żyłach mi ścięło;
On myśli teraz, że świegot czyżyka
Z pustego serca: pociesz się! wołając,
Słów pierwszych pamięć z duszy mej wygoni?
Nie kryj trucizny pod tych słów słodyczą;
Rąk na mnie nie kładź, oddal się, powtarzam;
Jak żądło węża twe tknięcie mnie trwoży.
Pośle nieszczęścia, precz, precz z moich oczu!
Na twych źrenicach, w groźnym majestacie
Morderstwo siedzi, na świat postrach rzuca.
O, nie patrz na mnie! bo oczy twe ranią.
Ale nie, zostań, zbliż się, bazyliszku,
Zabij spojrzeniem niewinnego świadka,
Bo tylko w cieniu śmierci znajdę radość:
Życie me śmiercią od śmierci Gloucestera.
Małgorz.  Czemu Suffolka gromisz tak surowo?
Choć książe wrogiem był jego, to przecie
Po chrześcijańsku płacze po umarłym.
Co do mnie, chociaż mój to nieprzyjaciel,
Gdyby łzy, gdyby serdeczne westchnienia,
Gdyby me łkania wrócić mogły życie,
Od łkańbym zbladła jak blady pierwiosnek,
Od łez oślepła, od westchnień omdlała,
Byleby wskrzesić szlachetnego księcia.

Nie wiem, co o mnie świat może pomyśleć,
Bo przyjaźń nasza nie była gorąca.
Me imię także potwarz ranić może,
Śmierć jego moim przypisać knowaniom,
Po wszystkich dworach honor mój osławić:
Oto co w zysku śmierć mi jego niesie.
Ja nieszczęśliwa! Być Anglii królową
A tylko hańbę za koronę nosić!
Król Henr.  Biada ci, Gloucester, nieszczęśliwy mężu!
Małgorz.  A raczej biada mnie, mnie nieszczęśliwej!
Czemu twarz kryjesz? czemu się odwracasz?
Spójrz na mnie! Twarzy mej trąd nie osypał.
Głuchyś jak żmija? bądźże i zjadliwy,
Zabij twem żądłem biedną twą królowę!
Twa radość w grobie Gloucestera zamknięta?
Więc nigdy twoją nie byłam pociechą?
Wystaw mu posąg i bij mu pokłony,
A na szyld wywieś obraz mój przed karczmą.
Potoż mi w drodze groziło rozbicie,
Wiatr mnie dwa razy od brzegów tych uniósł,
Pędził z powrotem do ojczystych brzegów?
Pojmuję teraz; wiatr ten miłosierny
Zdał mi się mówić: Strzeż się tamtej ziemi!
W gnieździe niedźwiadka nogi twej nie stawiaj!
A ja litosne przeklinałam wiatry
I tego, co je z ciemnych wysłał jaskiń;
Wiejcie, wołałam, ku angielskim brzegom,
Lub rzućcie nawę na podwodne skały!
Lecz nie chciał Eol moim być mordercą,
Tobie to smutne zostawił rzemiosło;
Morze spiętrzone połknąć mnie nie chciało,
Wiedząc, że ty mnie okrutniej utopisz
W łez moich fali, gorzkich jak mórz wody.
Podwodne skały w piaskach się schowały,
Aby mojego ciała nie rozdzierać,
By od krzemienia twardsze twoje serce
W twym mnie pałacu mogło poćwiertować.
Gdy nas od brzegów odpędzała burza,

Pókim kredziaste mogła widzieć skały,
Śród świstu wiatrów, stałam na pokładzie;
A kiedy wieczór swoim czarnym płaszczem
Przed chciwym wzrokiem ziemię tę otulił,
Zdjęłam kosztowny klejnot z mojej szyi —
Było to serce w dyamentów wianku —
I sama ku tej rzuciłam go stronie;
Jak morze klejnot, tak pragnęłam wtedy,
By twoje ciało przyjęło me serce.
Gdy pięknej Anglii straciłam już widok,
Kazałam oczom iść w tropy za sercem,
Zwałam je parą ciemnych okularów,
Bo drogiej ziemi dojrzeć nie umiały.
Jak często język wzywałam Suffolka,
(Twej niestałości złego pośrednika)
By mnie czarował, jak niegdyś Askaniusz
Rozpowiadając szalonej Dydonie
Przygody ojca po spalonej Troi.
I jam jak Dydo jest zaczarowaną,
A ty fałszywy jesteś jak Eneasz.
Biada mi, biada! Konaj Małgorzato!
Bo Henryk płacze, że zbyt długo żyjesz!

(Wrzawa za sceną. Wchodzą: Warwick i Salisbury. Lud się ciśnie do drzwi).

Warwick.  Potężny królu, rozeszły się wieści,
Że książę Humphrey zdradziecko zabity
Przez kardynała Beaufort i Suffolka.
Lud się rozleciał niby rój pszczół gniewny,
Po stracie wodza, szalony nie pyta,
Kogo na pomstę żądłem swem dosięgnie.
Ledwom na chwilę wybuch zdołał wstrzymać,
By się o zgonu wywiedzieć szczegółach.
Król Henr.  Dobry Warwicku, prawda jest, że umarł;
Ale jak umarł, Bóg to wie nie Henryk.
Wejdź do komnaty, przypatrz się trupowi
I szukaj przyczyn nagłej jego śmierci!
Warwick.  Zrobię tak, królu, a ty Salisbury,
Hamuj lud groźny do mego powrotu.

(Warwick oddala się do bocznej sali. Salisbury wychodzi).

Król Henr.  Wszechmocny Sędzio! wstrzymaj moje myśli,
Myśli, co ciągle mojej szepcą duszy,
Że zbrodnia życie Humphreya wydarła.
Jeśli się mylę, przebacz mi, o Boże!
Bo sąd do ciebie należy jedynie.
Ach, jakbym pragnął zimne jego usta
Ogrzać tysiącem moich pocałowań,
Twarz jego obmyć łez mych oceanem,
Głuchemu ciału miłość moją wyznać,
Z uczuciem ścisnąć dłoń jego nieczułą!
Ale daremne wszystkie te oznaki!
Widok martwego ciała tylko może
I tak już wielką boleść mą powiększyć!

(Otwierają się drzwi bocznej komnaty; widać na łożu ciało umarłego Gloucestera, przy niem Warwick i inni).

Warwick.  Przybliż się, królu, spojrzyj na to ciało!
Król Henr.  Bym zmierzył grobu mojego głębokość?
Ziemską mą radość z duszą swoją zabrał;
Patrząc nań, w śmierci widzę moje życie.
Warwick.  Tak pewno, jak ma spodziewa się dusza
Żyć z wielkim królem, który w ciało nasze
Oblec się raczył, ażeby nas zbawić
Od gniewu Ojca i jego przekleństwa,
Gwałt wydarł życie księciu Gloucesterowi.
Suffolk.  Wielka przysięga, a ton uroczysty!
Na czem opiera Warwick swą przysięgę?
Warwick.  Patrz, jak na twarzy jego krew zastygła.
Nieraz ja trupa widziałem oblicze
Sine, wychudłe, blade, bo krew wszystka
Zbiegła do serca umierającego,
Które na swoją wezwało ją pomoc
W swoim ostatnim z śmiercią pojedynku;
Ta krew zastyga, do twarzy nie wraca,
Aby ją znowu rumieńcem przystroić.
Patrz, twarz jest jego czarna, krwią zabiegła,
Oczy w niezwykły sposób wytrzeszczone
Stoją mu kołem, jak u zaduszonych;

Włos najeżony, a nozdrza wydęte
Jak w wysileniu, wyciągnięte ręce,
Jak walczącego o życie człowieka
Zwyciężonego przemocą w zapasach.
Patrz, przylepiony włos do prześcieradeł,
A piękna broda jego rozczochrana
Jak zboże tchnieniem burzy powalone.
Ktoby chciał jeszcze wątpić o morderstwie,
Które najmniejsza z tych poszlak potwierdza?
Suffolk.  Któżby, Warwicku, księcia tego zabił?
Wszak pod Beauforta i mą był opieką,
A sądzę, że nas nie bierzesz za zbójców.
Warwick.  Obaście byli Humphreya wrogami,
I waszej, prawda, powierzon był straży;
Pewno przyjaznych nie znalazł tam przyjęć,
Nieprzyjaciela że znalazł, to pewna.
Małgorz.  Więc podejrzywasz panów tych jak sprawców
Przedwczesnej śmierci książęcia Humphreya?
Warwick.  Kto jałowicę zabitą zobaczy,
A przy jej boku rzeźnika z toporem,
Czy nie przypuści, że w nim zbójcę widzi?
Kto kuropatwę znajdzie w gnieździe kani,
Czy się powodów śmierci nie domyśli,
Choć krwi na dzióbie kani nie dostrzeże?
Równie tragedya ta jest podejrzaną.
Małgorz.  Jesteś rzeźnikiem, Suffolku, gdzie nóż twój,
Beaufort jest kanią, gdzie są jego szpony?
Suffolk.  Nie mam ja noża, by śpiących zarzynać,
Lecz mam miecz mściwy, zrdzewiały w pokoju,
Który w zjadliwem odszoruję sercu,
Co mnie morderstwa krwawem znaczy piętnem.
Jeśli śmiesz, powiedz, dumny lordzie Warwick,
Że jestem winny śmierci księcia Humphrey.

(Wychodzą: Kardynał, Somerset i inni).

Warwick.  Na przewrotnego Suffolka wezwanie
Czegożbym nie śmiał?
Małgorz.  Nie śmiałbyś hamować
Obraźliwego ducha, ani przestać

Wytykań tchnących duchem zuchwałości,
Choćby cię Suffolk tysiąc razy wzywał?
Warwick.  Z pokorą, pani, milczenie ci radzę,
Bo każde słowo twoje w jego sprawie
Jest twej królewskiej godności potwarzą.
Suffolk.  Poziomej duszy, tępej głowy lordzie,
Jeśli kobieta mogła kiedykolwiek
Do tyla męża swojego pokrzywdzić,
To w matki twojej pokalanem łożu
Dziczkę zaszczepił gbur nieokrzesany
Na pniu szlachetnym, a ty jej owocem,
A nie potomkiem Nevilów rodziny.
Warwick.  Gdyby morderstwo tarczą ci nie było,
Gdybym chciał kata z jego praw obedrzeć,
A od tysiąca hańb ciebie wyzwolić,
Gdyby nie króla mojego obecność,
Tchórzliwy zbójco, za twebym cię słowa
O przebaczenie na kolanach błagać
I wyznać zmusił, że miałeś na myśli
Własną twą matkę, że jesteś bękartem;
A po tem duszy lękliwej wyznaniu,
Po twą nagrodę do piekłabym wysłał
Ciebie, uśpionych krew ssący upiorze.
Suffolk.  Nie we śnie twąbym wytoczył posokę,
Gdybyś śmiał ze mną tę salę opuścić.
Warwick.  Więc chodź, lub gwałtem sam cię stąd wywlokę;
Chociaż z niegodnym, orężem się zmierzę,
I ducha księcia Humphreya ukoję.

(Wychodzą: Suffolk i Warwick).

Król Henr.  Gdzie lepsza zbroja od czystego serca!
Trzykroć pancerny, z kim jest sprawiedliwość,
A nago walczy, choć stalą odziany,
Kogo sumienie dręczy niespokojne. (Wrzawa za sceną).
Małgorz.  Co wrzask ten znaczy?

(Wchodzą: Suffolk i Warwick z odkrytemi szablami).

Król Henr.  W szalonej wściekłości
Śmiecie z dobytym przychodzić tu mieczem?
Skąd wam ta śmiałość? Lecz co to za wrzawa

Suffolk.  Zdrajca ten Warwick i pospólstwo z Bury
Napadli na mnie, potężny mój panie.

(Wrzawa za sceną. Wchodzi Salisbury).

Salisbury  (do ludu za sceną). Przez Boga, tylko spokojność, panowie!
Żądania wasze przełożę królowi.
Lud, przez me usta, oświadcza ci, panie,
Że jeśli Suffolk nie będzie natychmiast
Na śmierć posłany lub wygnany z Anglii,
Sam go stąd porwie i powolną śmiercią
Pośród męczarni mściwie go zamęczy.
Mówi: dobrego on zabił książęcia,
On także, mówi, na twe życie czycha;
I tylko miłość i gorliwość wierna,
Wolna od wszelkiej buntowniczej myśli,
Od wszelkiej chęci oporu twej woli,
Jego wygnania domaga się teraz.
Lud, w troskliwości o twoją osobę,
Mówi, że gdybyś, panie, snem ujęty,
Twego spoczynku przerywać zabronił
Pod karą gniewu twego albo śmierci,
To przecie mimo surowych nakazów,
Gdyby do twojej królewskiej osoby
Wąż z rozsochatym czołgał się językiem,
Wierny poddany musiałby cię zbudzić,
Lub gad zjadliwy twójby sen spokojny
Zatrutym zębem na wieczny sen zmienił.
Tak dziś, lud wierny, mimo twych zakazów,
Mimo twej woli, pragnie cię obronić
Od tego gadu, od zdrajcy Suffolka,
Który zatrutem, fatalnem swem żądłem
Zabił nikczemnie drogiego ci stryja,
Przechodzącego stokroć jego wartość.
Lud  (za sceną). Odpowiedź króla, lordzie Salisbury!
Suffolk.  Może być bardzo, że zgraja parobków
Do pana swego śle takie poselstwo;
Lecz ty, milordzie, chętnieś go się podjął,
By blask wymowy twej cały okazać.
Ale za wszystek honor stąd wyniesiesz

Sławę u ludzi, że był Salisbury
Posłem do króla od bandy kotlarzów.
Lud  (za sceną). Odpowiedź króla, lub bramy wysadzim!
Król Henr.  Idź Salisbury, oświadcz im ode mnie,
Że im dziękuję za ten znak miłości.
Myślą mą było bez żadnych nalegań
Właśnie postąpić, jak lud tego pragnie;
Bo nie od dzisiaj dręczy mnie przeczucie,
Że Suffolk knuje niebezpieczne plany.
A więc przysięgam na Tego majestat,
Którego jestem niegodnym zastępcą,
Że trzy dni dłużej nie będzie zatruwał
Pod karą śmierci naszego powietrza

(Wychodzi Salisbury).

Małgorz.  Pozwól mi za nim wstawić się, Henryku.
Król Henr.  Nie, nie, występnie nie broń występnego.
Wszystko daremne, a twoja obrona
Tylko powiększyć gniew mój będzie zdolna.
Gdybym dał słowo, słowabym dotrzymał,
A ja przysiągłem — to nieodwołalne:
Gdy po trzech dobach jeszcze twoja noga
Dzielnice moje odważy się deptać,
Świat cały życia twego nie okupi.
A teraz, dobry Warwicku, choć ze mną,
Bo mam o ważnych mówić z tobą sprawach.

(Wychodzą: król Henryk, Warwick, Panowie i t. d.).

Małgorz.  Niech z wami idą smutki i nieszczęścia,
Boleści serca, utrapień gorycze
Niech wam na zawsze, wszędzie towarzyszą!
Jest dwóch was, dyabeł niechaj będzie trzeci!
Potrójna zemsta niechaj was dopędzi!
Suffolk.  Droga królowo skończ twoje przekleństwa,
Pozwól, niech Suffolk z tobą się pożegna.
Małgorz.  Wstydź się, niewiasto lękliwego serca,
Czy brak ci męstwa twych przeklinać wrogów?
Suffolk.  Bodaj przepadli! Lecz na co przekleństwa?
Gdyby przekleństwa, jak krzyk mandragory,
Zabijać mogły, umiałbym wymyślić

Tak groźne, twarde, dla ucha okrutne,
Przez me zacięte wymówione zęby,
Z tym samym wiecznej nienawiści znakiem,
Który na wyschłej zazdrość nosi twarzy,
W swojej plugawej ukryta jaskini;
Mójby się język od wściekłości plątał,
Oczy iskrzyły, jak krzemień pod stalą,
Włosy na głowie wstałyby od gniewu,
Każdy mój muszkuł zdałby się przeklinać.
Boć teraz nawet, gdybym nie przeklinał,
W piersiachby moich serce się przepękło.
Bodaj trucizna była ich ich napojem!
A żółć potrawą ich najwykwintniejszą!
Najmilszym cieniem gaje cyprysowe!
Ócz najpiękniejszem widmem bazyliszki!
Żądło jaszczurki najmiększem dotknięciem!
Sykanie węża jedyną muzyką
Złowieszczym sowy hukiem wtórowane!
Niech wszystkie strachy z piekieł bezdenności —
Małgorz.  Dość, dość, Suffolku, bo sam siebie dręczysz.
Jak od zwierciadła słońca blask odbity,
Lub jak armaty strzał przeładowanej
Twych przekleństw groza na ciebie się zwraca.
Suffolk.  Żądałaś przekleństw, hamujesz je teraz?
Ha, na tę ziemię, którą rzucić muszę,
Kląć mógłbym teraz długą noc zimową,
Choć nagi stojąc na wierzchołku skały,
Gdzie zimny wicher każdą warzy trawkę,
Myśląc, żem chwilę spędził wśród rozkoszy.
Małgorz.  O! przestań, błagam, daj mi twoją rękę,
Abym ją mogła łzą boleści zrosić;
Strzeż tego miejsca od niebieskich deszczów,
By mej boleści śladów nie obmyły! (Całuje go w rękę).
Niech pocałunek ten na twojej ręce
Będzie pieczęcią, która w twoich myślach,
Gdziekolwiek będziesz, wywoła wspomnienie
Ust, ślących westchnień za tobą tysiące!
Idź! niechaj poznam ogrom mych boleści;

Póki cię widzę, przeczuwam je tylko,
Jak przesycony, gdy o głodzie myśli.
Wierzaj mi, wkrótce twój wybłagam powrót,
Albo zarobię sama na wygnanie;
Jestem wygnaną, gdy ciebie tu niema.
Idź! nie mów do mnie; oddal się natychmiast.
O, nie, nie, zostań! Tak dwaj przyjaciele,
Okrutnym sądu wyrokiem skazani,
Tysiąc się razy żegnając całują,
Stokroć przenosząc śmierć nad rozłączenie.
Żegnaj mi przecie! żegnaj z tobą życie!
Suffolk.  Tak biedny Suffolk dziesięćkroć wygnany,
Raz przez monarchę, dziewięćkroć przez ciebie.
O kraj ten nie dbam, byleś ze mną była;
Najdziksza puszcza byłaby mi rajem,
Gdybym niebieskie twe miał towarzystwo;
Gdzie ciebie niema, tam puszcza jest dla mnie.
Nie mogę więcej, ty żyj, żyj szczęśliwa,
Bo szczęściem mojem jedynem twe życie.

(Wchodzi Vaux).

Małgorz.  Gdzie Vaux tak spieszy? cóż to za nowiny?
Vaux.  Spieszę do króla, by go uwiadomić,
Że na skonaniu jest kardynał Beaufort.
Nagle dotknięty, próżno oddech chwyta,
Wzrok mu osłupiał, panu Bogu bluźni,
Przeklina ludzi, czasem głos podnosi,
Jakby mu książę Humphrey stał przy boku,
To króla woła i do swej poduszki,
Jakby do niego, cicho wyszeptuje
Swej grzesznej duszy straszne tajemnice.
Idę z rozkazu królowi powiedzieć,
Że właśnie teraz głośno go przyzywa.
Małgorz.  Ponieś to smutne królowi poselstwo.

(Wychodzi Vaux).

Biada! czem świat ten! co to za nowiny!
Lecz co mi płakać po chwilowej stracie,
Wytrącać z myśli Suffolka wygnanie,
Mojego skarbu? Nie prawdaż Suffolku,

Po tobie tylko nosić mam żałobę,
Na łzy się mierzyć z południa chmurami,
Płakać nad tobą, jak one nad ziemią?
Oddal się teraz, król wkrótce przybędzie,
A śmierć cię czeka, gdy mnie z tobą znajdzie.
Suffolk.  Ja żyć nie mogę z daleka od ciebie.
Umrzeć przy tobie czy mi się nie wyda
Słodkiem zaśnięciem na twem drogiem łonie?
Tu dusza moja z mych uleci piersi
Z nie większym bólem jak duch niemowlęcia
Konającego przy łonie swej matki.
Zdala od ciebie, w szaleństwie rozpaczy,
Będę cię wołał, by me oczy zamknąć,
Ust twych dotknięciem usta me zacisnąć,
Ulatującą duszę mą przywołać,
Lub ją z oddechem do twych piersi wcisnąć,
Aby tam znowu jak w swem żyła niebie.
Umrzeć przy tobie byłoby rozkoszą,
Opuścić ciebie, to nad śmierć męczarnia:
Więc pozwól zostać, cobądź mnie tu czeka.
Małgorz.  Odejdź! Jakkolwiek rozstanie dolega,
Jest to lekarstwo na ranę śmiertelną.
Schroń się do Francyi, daj wieści o sobie;
Gdziekolwiek będziesz, znajdę ja Irydę,
Która potrafi ten kąt świata znaleźć.
Suffolk.  Więc idę.
Małgorz.  Zabierz z sobą serce moje.
Suffolk.  Klejnot ten zamknę w najsmutniejszej skrzyni,
Co kiedykolwiek skarb chowała drogi.
Tu się rozstajem jak strzaskany okręt.
Tędy do śmierci mej spieszę.
Suffolk.  Ja tędy.

(Wychodzą w przeciwne strony).
SCENA III.
Londyn. Sypialna komnata kardynała Beauforta.
(Wchodzą: król Henryk, Salisbury, Warwick i inni; kardynał w łożu, przy nim służba).

Król Henr.  Jakże jest zdrowie lorda kardynała?
Przemów do króla twojego, Beauforcie.
Kardynał.  Jeśliś jest śmiercią, dam ci Anglii skarby,
Starczą na kupno drugiej takiej wyspy,
Pozwól mi tylko żyć a bólów nie czuć.
Król Henr.  Ah, to znak pewny grzesznego żywota,
Gdy mu tak straszne śmierci przybliżenie.
Warwick.  Twój król, Beauforcie, przemawia do ciebie.
Kardynał.  A więc mnie oddaj pod sąd, kiedy zechcesz.
Wszak w swojem łożu umarł; gdzież miał umrzeć?
Mogęż nakazać życie konającym?
Nie męcz mnie dłużej; całą wyznam prawdę.
Co? Żyje znowu? Prowadź mnie do niego,
By raz nań spojrzeć, tysiąc dam ci funtów.
On źrenic nie ma; zwir wyjadł mu oczy.
Przyczesz mu włosy; patrz tylko jak wstają,
Niby gałązki lepem namazane,
Aby skrzydlatą moją schwycić duszę.
Daj mi pić; rozkaż też aptekarzowi
Przynieść kupioną u niego truciznę.
Król Henr.  Racz spojrzeć, niebios wiekuisty Panie,
Litosnem okiem na tego nędznika!
Odpędź szatanów ruchliwe zastępy,
Oblegające nędzną jego duszę!
A serce jego oczyść z tej rozpaczy!
Warwick.  Słyszysz jak zgrzyta w konania boleściach,
Salisbury.  Darmo go trudzić; niech spokojnie zgaśnie.
Król Henr.  Jeśli tak Bóg chce, pokój jego duszy!
Gdy o zbawieniu myślisz kardynale,
Podnieś twą rękę jako znak nadziei.
Bez znaku skonał. Przebacz mu, o Boże!
Warwick.  Śmierć tak zła, życia potwornego znakiem.

Król Henr.  Nie sądź; jesteśmy wszyscy grzesznikami.
Zamknij mu oczy; zasuń te firanki.
Rozpamiętywać idźmy teraz wspólnie. (Wychodzą).




AKT CZWARTY.
SCENA I.
Kent. Wybrzeże niedaleko Dover.
(Słychać strzały na morzu. Wchodzą ze statku: kapitan, sternik, jego pomocnik Walter Whitemore i inni; z nimi Suffolk i inni panowie jako jeńcy).

Kapitan.  Jasny, wrzaskliwy dzień i niespokojny
Już się do morskich zaczołgał przepaści,
A teraz wilki głośnem budzą wyciem
Smoki ciągnące rydwan nocy czarny,
Które leniwem, śpiącem biją skrzydłem
Umarłych groby, z paszczy ich wilgotnej
Zatrutą ciemność wieją na powietrze.
Wielki czas naszych wprowadzić już jeńców,
A gdy nasz okręt stoi na kotwicy,
Tu się o okup swój muszą ugodzić,
Lub swą krwią piasek nadbrzeżny zrumienić.
Tobie, sterniku, jeńca tego daję,
Pomocnikowi twojemu tamtego,
A ten, (wskazując na Suffolka)
Walterze Whitemore, jest dla ciebie.
1 Szlach.  Powiedz, sterniku, jaki mam dać okup?
Sternik.  Dasz tysiąc koron, lub położysz głowę.
Pomocnik.  Ty dasz to samo, albo koniec z tobą.
Kapitan.  Co? dwa tysiące koron jest za wiele,
A chcecie jednak za szlachtę uchodzić?
Więc gińcie; gardła łotrom poderżnijcie.
Czy życia naszych w tym boju poległych

Może tak drobna wynagrodzić summa?
1 Szlach.  Zostaw mi życie, dam ci, czego żądasz.
2 Szlach.  I ja natychmiast o mój okup piszę.
Whitem.  (do Suffolka). Przy nawy szturmie oko utraciłem,
A ty mi za nie twą zapłacisz głową,
Jak tamci, gdyby to w mej było mocy.
Kapitan.  Nie bądź tak żartki, przestań na okupie.
Suffolk.  Ja szlachcic, spojrzej na mego Jerzego;
Zapłacę okup, jaki sam oznaczysz.
Whitem.  I ja nim jestem; zwię się Walter Whitemore.
Czemu się wzdrygasz? czy się śmierci boisz?
Suffolk  Twoje mnie straszy imię; śmierć w niem słyszę.
Mądry astrolog mój skreślił horoskop,
Wróżył, że Walter moją będzie zgubą[10].
Nie bądź jednakże okrutny dlatego,
Bo imię twoje dobrze wymówione
Jest Gualtier.
Whitem.  Mniejsza, Gualtier czyli Walter.
Mój ród honoru każdą dotąd plamę
Ostrzem swojego zacierał pałasza;
Gdybym jak kramarz zemstą mą frymarczył,
Złam moją szablę, zamaż moje herby,
A mnie po całej ziemi ogłoś tchórzem (chwyta Suffolka).
Suffolk.  Stój, stój, Whitemorze! jeniec twój jest księciem,
Księciem Suffolku, Wilhelmem de la Pole.
Whitem.  Co? książę Suffolk w łachmany owity?
Suffolk.  Lecz te łachmany nie są księcia cząstką.
Jowisz czasami przebrany wędrował,
A jabym nie mógł?
Kapitan.  Ale Jowisz nigdy
Zabitym nie był, kiedy ty nim będziesz.
Suffolk.  Chłystku, krew króla twojego Henryka,
Czysta Lancastrów krew się nie wytoczy
Przez podobnego tobie masztelarza.

Albożeś mego nie trzymał strzemienia,
Nie galopował pieszo przy mym koniu,
Uszczęśliwiony głowy mojej ruchem?
Ileż mi razy puhar napełniałeś?
Jadłeś me resztki, na kolanach służył,
Gdym z Małgorzatą królową ucztował?
Niech cię wspomnienie tego upokorzy,
Niech twoją dumę niewczesną przydusi.
Czy zapomniałeś, jak w mym przedpokoju
Na wyjście moje czekałeś cierpliwie?
Ręka, co nieraz w twej pisała sprawie,
I dziś twój język śmiały zaczaruje.
Whitem.  (do kapitana). Czy każesz zakłuć tego opętańca?
Kapitan.  Niech moje słowa wprzódy go zakłują.
Suffolk.  Tępe twe słowa jak ty sam, nędzniku.
Kapitan.  Wiedź go na okręt a tam na pokładzie
Utnij mu głowę.
Suffolk.  Nie będziesz śmiał tego.
Kapitan.  Zobaczysz, Polu.
Suffolk.  Polu?
Kapitan.  Tak jest, Polu,
Sir Polu[11], lordzie, kale i rynsztoku
Mącący błotem swojem srebrne źródło,
Z którego Anglia gasi swe pragnienie.
Zamknę ci teraz twą rozwartą paszczę,
Która połknęła skarby naszej ziemi;
Te usta, które niegdyś całowały
Królowę Anglii, lizać będą ziemię.
Śmiałeś się, słysząc o śmierci Humphreya,
W daremnej teraz zgrzytać będziesz złości
Na wiatr nieczuły, który ci z pogardą
Świstem na twoje odpowie, zgrzytania.
Idź czarownice piekielne poślubić
Za to, że śmiałeś potężnemu panu
Wyswatać córkę niegodnego króla,

Bez skarbów, berła, ziemi i poddanych.
Dyabelską sztuką do wielkości wzrósłeś,
Twej własnej matki zakrwawione serce
Chciwie pożarłeś, jak ambitny Sylla.
Sprzedałeś Francy i księstwa Maine i Anjou,
Za twą przyczyną fałszywy Normandczyk
Podniósł bunt, nasze zwierzchnictwo odrzucił,
Wymordowała Pikardya swych rządców,
Rannych żołnierzy wygnała w łachmanach.
Książęcy Warwick i wszyscy Nevile,
Których miecz nigdy na próżno nie błyszczał,
Przez wstręt ku tobie zbrojno się podnieśli,
A dom Yorków, odarty z korony
Przez niewinnego króla śmierć okrutną,
I przywłaszczenie dumnego tyrana,
Zemstą goreje; już jego sztandary
Zwycięstwo wróżą słońcem na pół mglistem
Pod którem stoi; Invitis nubibus[12].
Cały lud Kentu do rokoszu stanął,
Gdy hańba, nędza na domiar wszystkiego
Do królewskiego wczołgały się zamku;
Wszystko przez ciebie. Precz z nim! niechaj ginie.
Suffolk.  Gdybym piorunem jak Bóg mógł wystrzelić
Na tych nikczemnych, podłych niewolników!
Nędzników lada pomyślność nadyma:
I on, że lichej dowódcą jest szkuty,
Przemawia do mnie groźniej niż Bargulus[13],
Potężny niegdyś korsarz Iliryjski.
Truteń miód kradnie, lecz orlej krwi nie ssie.
Nie, być nie może, abym tu miał zginąć
Z ręki nizkiego tak jak ty wasala.
Nie strach twe słowa lecz wściekłość mą budzą.
Do Francyi płynę z poselstwem królowej;
Rozkaz ci daję, byś mnie wolno puścił.
Kapitan.  Walterze —

Whitem.  Idźmy, gdzie śmierć na cię czeka.
Suffolk.  Pene gelidus timor occupat artus
Ciebie się boję.
Whitem.  Że słusznie się boisz,
Dam ci dowody, nim się rozstaniemy.
Zmięknąłeś teraz; czy się upokorzysz?
1 Szlach.  Błagaj go, panie; przemów doń uprzejmie.
Suffolk.  Język Suffolka twardy jest i dumny,
Nie do próśb przywykł ale do rozkazów.
Nie myślę prośbą pokorną zaszczycać
Podobnych jemu; niech głowę mą raczej
Na pień poniosę, nim ugnę kolano
Chyba przed Bogiem jednym i mym królem.
Niech wprzód ta głowa na palu zawiśnie,
Nim ją odkryję przed mym masztelarzem.
Prawdziwy szlachcic śmierci się nie boi:
Więcej ja mogę znieść, niż ty wykonać.
Kapitan.  Weź go co prędzej i zamknij mu gębę.
Suffolk.  Pokażcie całe wasze okrucieństwo,
By śmierć ma była na wieki pamiętną.
Wielki mąż nieraz z ręki ciury zginął:
Rzymski bandyta i junak nikczemny
Zamordowali słodkiego Tuliusza;
Bękarcia ręka Brutusa przebiła
Cezara serce; od dzikich wyspiarzy
Zginął Pompejusz Wielki; niechże teraz
I książę Suffolk z rąk korsarzy ginie.

(Wychodzą: Suffolk, Whitemore i inni).

Kapitan.  Wolą jest naszą, by puścić jednego
Z tych panów, których przyjęliśmy okup.
Więc spiesz się; inni zostaną tu z nami.

(Wychodzą wszyscy prócz pierwszego szlachcica).
(Wchodzi Whitemore z ciałem Suffolka).

Whitem.  Niech głowa jego i kadłub tu leżą,
Aż je kochanka królowa pogrzebie (wychodzi).
1 Szlach.  O, jak okrutne, krwawe widowisko!
Ja ciało jego poniosę do króla;

On go, lub jego pomszczą przyjaciele,
Albo królowa, której tak był drogim (wychodzi z ciałem).

SCENA II.
Blackheath.
(Wchodzą: Jerzy Bevis i Jan Holland).

Jerzy.  Śpiesz się! Uzbrój się w cokolwiek, choćby w kawałek żerdzi; już dwa dni, jak powstali.
Jan.  To tem bardziej snu dziś potrzebują.
Jerzy.  Powiadam ci, że Jack Cade, sukiennik, postanowił ustroić królestwo, przenicować je, i nową dać mu barwę.
Jan.  I dobrze zrobi, bo bardzo już przechodzone. Moje to zdanie, że radość uciekła z Anglii od czasu, jak szlachta wzięła górę.
Jerzy.  O, czasy opłakane! Nikt nie zważa na cnotę w rzemieślniku.
Jan.  Panom zdaje się hańbą chodzić w skórzanych fartuchach.
Jerzy.  A ja ci powiem więcej: niema w królewskiej Radzie jednego dobrego rzemieślnika.
Jan.  To prawda. Powiedziano jednak: Pracuj w twojem powołaniu, co się znaczy: niech rajcy będą robotnikami, a stąd wypada, że my rzemieślnicy powinniśmy zostać rajcami.
Jerzy.  Trafiłeś w sedno; bo niema lepszego znaku dobrej głowy, jak twarda ręka.
Jan.  Widzę ich! widzę ich! Patrz, to syn Besta garbarza z Wingham.
Jerzy.  Damy mu skóry naszych nieprzyjaciół, żeby je na psie skóry wygarbował.
Jan.  I Dick, rzeźnik.
Jerzy.  To grzech będzie jak wół zabity, a niesprawiedliwość zarżnięta jak cielę.
Jan.  I Smith, tkacz.
Jerzy.  Ergo, nić ich żywota wysnuta.
Jan.  Żwawo, żwawo! przyłączmy się do kupy.

(Przy odgłosie bębna wchodzą: Cade, Dick rzeźnik, Smith tkacz, i inni w wielkiej liczbie).

Cade.  My, Jan Cade, tak nazwani po naszym domniemanym ojcu —
Dick  (na stronie). A raczej po ukradzionej kadzi śledzi.
Cade.  Zważywszy, że nasi nieprzyjaciele powalą się przed nami, powołani natchnieniem bożem do wytępienia królów i książąt — nakazujemy milczenie.
Dick.  Milczenie!
Cade.  Moim ojcem był Mortimer.
Dick  (na stronie). Był to uczciwy człowiek i doskonały strycharz.
Cade.  Moja matka Plantagenet.
Dick  (na stronie). Znałem ją dobrze, była akuszerką.
Cade.  Żona moja wiodła ród z domu Lacies.
Dick  (na stronie). To prawda, bo była córką siciarza i sprzedawała lasy.
Smith  (na stronie). Ale od pewnego czasu nie zdolna wędrować, siedzi w domu i ługuje.
Cade.  Tak więc z uczciwego wychodzę domu.
Dick  (na stronie). Zgoda. Pole, rzecz to uczciwa, a tam się urodził pod płotem, bo ojciec nigdy nie miał innego domu jak ciupę.
Cade.  Jestem waleczny.
Smith  (na stronie). Ktoby wątpił; głodny kija się nie boi.
Cade.  Mogę wytrzymać wiele.
Dick  (na stronie). Byłem tego świadkiem; widziałem, jak go przez trzy dni targowe chłostano.
Cade.  Nie boję się ani żelaza ani ognia.
Smith  (na stronie). Czemużby miał bać się żelaza, gdy ma dobrze wygarbowaną skórę.
Dick  (na stronie). Powinienby jednak bać się ognia, boć mu ogniem piętnowano rękę za skradzione barany.
Cade.  Bądźcie przeto waleczni, bo waleczny wódz wasz, a ślubuje wam reformę. Odtąd dostaniesz w Anglii za grosz siedm półgroszowych kukiełek; kwartowa miara będzie mierzyła garniec, a wedle praw moich, gardłem odpowie, kto się odważy pić półpiwek. Całe królestwo będzie wspólną wszystkich własnością, a na Cheapside będzie się pasł mój rumak. Skoro zostanę królem — a królem zostanę —
Wszyscy.  Boże, zachowaj nam króla!
Cade.  Dziękuję wam, dobrzy ludzie — w mojem królestwie nie będzie pieniędzy; wszyscy będą jedli i pili na mój rachunek; wszystkich ustroję w jedną barwę, aby wszyscy żyli zgodnie jak bracia, a czcili mnie, swojego pana.
Dick.  Na początek zabijmy wszystkich prawników.
Cade.  To moją myślą. Czy to rzecz nie opłakana, że ze skóry niewinnego jagnięcia fabrykują pergamin? że ten pergamin zabazgrany może zrujnować człowieka? Powiadają ludzie, że pszczoła kłuje, ale ja powiadam, że to wosk pszczoły, bo tylko raz jeden przyłożyłem pieczęć, a nigdy już odtąd sam do siebie nie należałem. (Wchodzi kilku, prowadząc pisarza z Chatham). A co tam nowego?
Smith.  To pisarz z Chatham, który umie czytać, pisać i rachować.
Cade.  O, zgrozo!
Smith.  Zeszliśmy go, jak pisał wzory dla dzieci.
Cade.  A to mi łajdak.
Smith.  Miał w kieszeni książkę z czerwonemi literami.
Cade.  To niezawodnie czarownik.
Dick.  Umie prócz tego układać kontrakty i kopiować wyroki.
Cade.  Bardzo mnie to smuci. Człowiek ten dobrą ma minę, na uczciwość, i bylem nie znalazł go winnym, nie zginie. Zbliż się tu, mopanku, niech cię wyegzaminuję. Jak się nazywasz?
Pisarz.  Emmanuel.
Dick.  Zwykle piszą to ludzie na nagłówkach listów. Krucho z tobą.
Cade.  Nie przerywaj. Czy masz zwyczaj sam pisać swoje nazwisko, czy też masz znak sobie właściwy jak prosty a uczciwy człowiek?
Pisarz.  Byłem, panie, dzięki Bogu, dość dobrze wychowany, abym mógł sam moje nazwisko podpisać.
Wszyscy.  Sam wyznał; precz z nim! To hultaj i zdrajca.
Cade.  Precz z nim! i ja tak mówię. Powieście go z piórem i kałamarzem u szyi.

(Wyprowadzają pisarza. — Wchodzi Michał).

Michał.  Gdzie nasz wódz?
Cade.  Jestem. Co za nowiny mi przynosisz, mój zuchu?
Michał.  Uciekaj! uciekaj! uciekaj! Sir Humphrey Stafford i brat jego o kilka stąd kroków z królewskiem wojskiem.
Cade.  Stój, łotrze, stój! albo cię zakolę. Spotka się on tu z mężem jak on dobrym. Wszak on tylko jest rycerzem, czy nie prawda?
Michał.  Prawda.
Cade.  Aby mu zostać równym, będę się natychmiast sam na rycerza pasował. Wstań, sir John Mortimer! A teraz, hejże na niego!

(Wchodzą: sir Humphrey Stafford i brat jego Wilhelm przy odgłosie bębnów na czele wojska).

H. Staff.  Złóż broń, motłochu, buntownicza zgrajo,
Na szubienicę tłuszczo piętnowana;
Wracaj do domu, opuść tego łotra,
A król się jeszcze zlituje nad tobą.
W. Staff.  Ale w upornych krwi kąpać się będzie.
Więc się poddajcie, lub zginiecie marnie.
Cade.  O tych bławatnych nie troszczę się panków,
Do ciebie, zacny przemawiam narodzie,
Nad którym będę niebawem królował,
Bo jestem prawym korony dziedzicem.
W. Staff.  Nędzniku, ojciec twój był wapiennikiem,
A ty, czyś nie był prostym postrzygaczem?
Cade.  Jak ogrodnikiem Adam.
W. Staff.  A co potem?
Cade.  Słuchaj: Mortimer Edmund, hrabia Marchii,
Księcia Klarencyi córkę wziął za żonę,
Czy prawda?
W. Staff.  Prawda.
Cade.  Miał z niej dwóch bliźniaków.
W. Staff.  Wierutne kłamstwo.
Cade.  To właśnie pytanie;

Ty mówisz: kłamstwo, a ja mówię: prawda.
Starszy z tych synów, na mamki oddany,
Był ukradziony przez starą żebraczkę,
A nieświadomy swego pochodzenia
Został strycharzem, gdy wyrósł na męża:
Ja synem jego; zaprzecz, jeśli możesz.
Dick.  To święta prawda, i królem też będzie.

Smith.  Wybudował, panie, komin w chałupie mojego ojca, a cegły do dziś dnia żyją i mogą poświadczyć; nie przecz więc daremnie.
W. Staff.  I wy wierzycie temu nicponiowi,
Który sam nie wie, co wam rozpowiada?
Wszyscy.  Wierzymy wszyscy; idźże sobie z Bogiem.
W. Staff.  Jacku Cade, książe York tego cię nauczył.
Cade  (na stronie). Kłamie, bo sam to wszystko wymyśliłem. (Głośno). Wracaj więc, mopanku, a powiedz ode mnie królowi, że przez pamięć na jego ojca Henryka Piątego, za którego czasów chłopięta grywały w dołki francuskiemi koronami, pozwolę mu panować, ale będę jego protektorem.
Dick.  A prócz tego domagamy się głowy lorda Say za to, że sprzedał księstwo Maine.
Cade.  I macie racyę, bo to jest powodem, że Anglia ochromiała i musiałaby chodzić o kulach, gdyby jej nie podpierała moja potęga. Bracia królowie, powiadam wam, że lord Say wytrzebił rzeczpospolitą i zrobił z niej rzezańca. Ale co jeszcze ważniejsza, lord Say mówi po francusku, a więc jest zdrajcą.
H. Staff.  Co za gruba, co za opłakana ciemnota!
Cade.  Więc mi odpowiedz, jeśli możesz: Francuzi są naszymi nieprzyjaciółmi, pytam się przeto, czy ten, co mówi językiem naszych nieprzyjaciół, może być dobrym rajcą? Może, czy nie może?
Wszyscy.  Nie może! nie może! Musimy też mieć jego głowę.
W. Staff.  Gdy dobre słowa nic nie mogą wskórać,
Z królewskiem wojskiem czas na nich uderzyć.
H. Staff.  A ty, heroldzie, idź po wszystkich miastach

Stronników Cade’a ogłosić zdrajcami.

Choć który umknie przed końcem rozprawy,
W oczach swej żony, swoich własnych dzieci,
Na szubienicę pójdzie dla przykładu.
A teraz, za mną, kto króla przyjaciel!

(Wychodzą dwaj Staffordowie i wojsko).

Cade.  A za mną, każdy narodu przyjaciel!
Pokażcie męstwo, tu o wolność sprawa.
Nie zostawimy jednego szlachcica;
Nie szczędźcie, tylko tych, co noszą łapcie,
Bo to uczciwy lud i gospodarny,
I przez strach tylko z nami się nie łączy.

Dick.  Już wszyscy stanęli do porządku i posuwają się ku nam.
Cade.  My wtedy tylko w najlepszym porządku, gdyśmy w największym nieporządku. Więc dalej! naprzód!

(Wychodzą).
SCENA III.
Inna część Blackheath.
(Alarm. Wchodzą dwie armie walczące. Oba Staffordowie giną).

Cade.  Gdzie Dick, rzeźnik z Ashford?
Dick.  Jestem, panie.
Cade.  Padali przed tobą jak barany albo woły, a ty sprawiłeś się, jakbyś we własnym był szlachtuzie, za to więc tak cię wynagrodzę: Post będzie dwa razy dłuższy niż teraz, a ty będziesz miał wyłączny przywilej rzezania bydła na lat sto mniej jeden.
Dick.  Nie żądam więcej.
Cade.  A prawdę mówiąc nie zasłużyłeś na mniej. To będę nosił na pamiątkę mojego zwycięstwa (przywdziewa zbroję Stafforda). Trupy zaś te powlokę za moim koniem aż do Londynu, gdzie każemy nieść przed sobą miecz lorda mera.
Dick.  Jeżeli chcemy, aby się dobrze działo, zróbmy sami dobry uczynek, otwórzmy więzienia i puśćmy na wolność uwięzionych.

Cade.  Nie troszcz się o to; rachuj na mnie. A teraz dalej ku Londynowi. (Wychodzą).
SCENA IV.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: król Henryk, czytając suplikę, z nim książe Buckingham i lord Say, a w odległości królowa Małgorzata, płacząc na widok głowy Suffolka).

Małgorz.  Słyszałam nieraz, że zbytek boleści
Łagodzi duszę i hart jej odbiera;
Myśl więc o zemście, a skończ próżne żale.
Lecz patrząc na to, kto płakaćby przestał?
Głowa ta może na mem spocząć łonie,
Lecz gdzie jest ciało, bym je uścisnęła?

Bucking.  Jaka jest odpowiedź waszej królewskiej mości na suplikę buntowników?

Król Henr.  Wyprawię do nich świętego biskupa,
By ich miarkował, bo uchowaj Boże,
By miecz prostaczków tylu miał wytępić!
Sam raczej wolę z Jackiem Cade traktować,
Niż ich zagładę widzieć w krwawym boju.
Ale raz jeszcze odczytam suplikę.
Małgorz.  Ha, krwawi zbójcy! to piękne oblicze
Mogło mną rządzić jak błędna planeta,
A nie zbudziło litości w nędznikach
I spojrzeć na nie raz jeden niegodnych!
Król Henr.  Cade się twej głowy, lordzie Say, domaga.
Lord Say.  Myślę, że wprzódy swoją ci da, panie.
Król Henr.  Jakto, królowo? Ciągłe narzekania,
Ciągła żałoba po śmierci Suffolka?
Lękam się, droga, by po moim zgonie
Nie tak głęboką twoja była żałość.
Małgorz.  Bo nie łzy moje, lecz krewbym wylała.

(Wchodzi posłaniec).

Król Henr.  Co mi przynosisz? co pośpiech ten znaczy?
Posłaniec.  Uciekaj, królu! Cade już w Southwark stanął
I Mortimerem lordem się ogłasza,
Prawym książęcia Klarencyi dziedzicem;

Przywłaszczycielem publicznie cię zowie,
A zapowiada, że na swoje skronie
Idzie koronę włożyć w Westminsterze.
Armia się jego składa z obszarpańców,
Z nieokrzesanych i srogich parobków.
Śmierć dwóch Staffordów dodała im serca;
Cała też banda śmiało się posuwa,
By mądrych, szlachtę, prawników i dworzan
Jak gąsienice pod nogami zdeptać.
Król Henr.  O, grzeszni ludzie! nie wiedzą co robią.
Bucking.  Łaskawy panie, schroń się do Killingworth,
Póki potrzebnej siły nie zgromadzim.
Małgorz.  Gdyby żył Suffolk, z jakąby łatwością
Ten ruch kentyjskich buntowników stłumił!
Król Henr.  Lordzie Say, śpiesz się ze mną do Killingworth,
Bo jesteś zdrajców nienawiści celem.
Lord Say.  Widok mój, królu, buntownikom wstrętny
Mógłby powiększyć twe niebezpieczeństwo.
Tu wolę zostać, i w jakiem ukryciu
Szukać schronienia zagrożonej głowie.

(Wchodzi drugi posłaniec).

2 Posłan.  Już i londyński most Jack Cade zajmuje,
Trwożni mieszczanie z domów uciekają,
Gdy na rabunek łakome pospólstwo
Do zdrajców ciągnie i z nimi przysięga
Rabować miasto i pałac królewski.
Bucking.  Bez straty czasu, królu, na koń siadaj.
Król Henr.  Bóg mą nadzieją. Idźmy Małgorzato.
Małgorz.  Dla mnie już niema nadziei, on umarł.
Król Henr.  (do lorda Say). Bądź zdrów. Nie ufaj kentyjskim powstańcom.
Bucking.  Lękaj się zdrajców, nie ufaj nikomu.
Lord Say.  W mej niewinności ufność moja leży,
Jestem więc śmiały i gotów na wszystko.

(Wychodzą).
SCENA V.
Londyn. — Tower.
(Wchodzą: lord Scales i inni na murach; na dole kilku mieszczan).

Scales.  Jakie przynosicie nowiny? Czy Jack Cade zabity?
Obywat.  Nie, milordzie, i daleko mu do tego, bo tłum most opanował, wyciął w pień stawiających opór. Lord mer błaga o pomoc z Tower, aby miasto od buntowników ratować.
Scales.  Co będzie można, poślę mu natychmiast,
Chociaż sam w wielkim jestem tu kłopocie,
Bo się o Toweru kusili zdobycie.
Idźcie na Smithfield, zbierajcie orężnych,
A tam się z wami Mateusz Grough złączy.
Walczcie za króla, ojczyznę i siebie.
Żegnam was teraz, bo chwile są drogie. (Wychodzą).

SCENA VI.
Londyn. — Cannon-Street.
(Wchodzi Jack Cade na czele buntowników. Uderza buławą w słup londyński).

Cade.  Mortimer jest teraz panem tego miasta, i tu, zasiadając na londyńskim słupie, polecam i rozkazuję, aby kosztem miasta wszystkie pompy płynęły francuskiem winem przez cały rok pierwszy naszego panowania. Od tej chwili będzie zdrajcą, kto się poważy nazywać mnie inaczej jak lordem Mortimer.

(Wbiega żołnierz).

Żołnierz.  Jacku Cade! Jacku Cade!
Cade.  Zakłujcie mi go natychmiast. (Zabijają go).
Smith.  Jeśli ten hultaj ma choć trochę sensu w głowie, nie nazwie cię Jackiem Cade raz drugi; zdaje mi się, że dobrą dostał przestrogę.
Dick.  Milordzie, zebrało się wojsko na Smithfield.
Cade.  Więc idźmy je atakować, ale wprzódy śpiesz i spal most londyński, a jeśli możesz, spal także i Tower. Naprzód! (Wychodzą).

SCENA VII.
Londyn. — Smithfield.
(Alarm. Wchodzą: z jednej strony Cade na czele swoich, z drugiej mieszczanie i wojsko królewskie pod dowództwem Mateusza Gough. Bitwa. Mieszczanie pierzchają. Gough ginie).

Cade.  Tak, mości panowie. Teraz niech jedni idą burzyć dom Sabaudzki, a drudzy szkołę prawa; nie zostawcie kamienia na kamieniu.
Dick.  Mam prośbę do waszej książęcej mości.
Cade.  Choćbyś prosił o księstwo, będziesz je miał za takie słowo.
Dick.  Tylko o to proszę, żeby angielskie prawa wychodziły z waszej gęby.
Jan  (na stronie). To na uczciwość, zajątrzone będą prawa, bo dostał dzidą w gębę, a rana jeszcze się jątrzy.
Smith  (na stronie). Nie Janie, to będą śmierdzące prawa, bo oddech jego śmierdzi od pieczonego sera.
Cade.  Myślałem już o tem i tak będzie. Więc dalej! Spalcie wszystkie archiwa królestwa; moja gęba będzie parlamentem Anglii.
Jan  (na stronie). To będziemy mieli kąsające statuta; chyba, że mu powyrywają zęby.
Cade.  Odtąd wszystko będzie wspólne. (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Jeniec, jeniec milordzie! Oto lord Say, który sprzedał miasta we Francyi, który nałożył na nas podatek dwudziestu pięciu piętnastych i szyling od funta.

(Wchodzi Jerzy Bevis, prowadząc lorda Say).

Cade.  Będzie za to dziesięć razy ścięty. A ty sajowy, ty szarżowy, ba, ty drelichowy lordzie, dostałeś się nakoniec pod naszą królewską juryzdykcyę. Co możesz odpowiedzieć naszej królewskiej mości za wydanie Normandyi panu Basimekiu, Delfinowi Francyi? Dowiedz się w tej dostojnej obecności, w obecności samego lorda Mortimera, że jestem miotłą, która oczyści dwór ze wszystkich podobnych tobie śmieci. Jak najobrzydliwszy zdrajca popsułeś młodzież królestwa, budując szkoły; a gdy za starych czasów przodkowie nasi nie znali innych książek jak karby i nacięcia, ty zaprowadziłeś drukarnie, i z krzywdą króla, jego korony i godności wystawiłeś papiernię. Będzie ci w oczy dowiedzione, że otoczyłeś się ludźmi, którzy bez ustanku prawią o rzeczownikach i słowach i innych równie sprośnych rzeczach, których żadne chrześcijańskie ucho nie może słuchać bez zgrozy. Poustanawiałeś sędziów pokoju, aby wołali przed siebie biednych ludzi w sprawach, za które nie byli w stanie odpowiedzieć. Co większa, zamykałeś ich po turmach, a że nie umieli czytać, wieszałeś ich, choć dlatego właśnie byli żyć najgodniejsi. Wszak jeździsz na czapraku? czy nie prawda?
Lord Say.  Cóż stąd?
Cade.  Co stąd? Nie powinieneś odziewać konia płaszczem, gdy uczciwsi od ciebie chodzą tylko w hajdawerach i sukmanach?
Dick.  A dotego pracują w koszulach, jak ja naprzykład, co jestem rzeźnikiem.
Lord Say.  Wy, ludzie Kentu —
Dick.  Co mówisz o Kencie?
Lord Say.  Nic, jak że to bona terra, mala gens.
Dick.  Precz z nim! precz z nim! on mówi po łacinie.
Lord Say.  Słuchajcie wprzódy, zabijcie mnie potem.
Cezar nazywa Kent w swych komentarzach
Najokrzesańszą całej wyspy częścią.
Kraj to rozkoszny, w bogactwa obfity,
Lud pracowity, dzielny i szlachetny.
Więc i litości nie może być obcy.
Nie ja Maine sprzedał, lub Normandyę stracił,
Choć dałbym życie, aby je odzyskać.
Zawszem sumiennie sprawiedliwość mierzył,
Czuły na prośby i łzy, nie na dary.
Jeżelim kiedy z waszych skarbon czerpał,
To na obronę króla i ojczyzny.
Dla mądrych ludzi grosza nie szczędziłem,
Bom sam nauką króla względy zyskał.
Bom się przekonał, że nieumiejętność
Jest Bożą klątwą, a nauka skrzydłem,
Które do nieba człowieka unosi.
Jeśli dyabelski duch was nie opętał,
Żaden z was ręki nie podniesie na mnie.
Język ten nieraz waszej sławy bronił
Po obcych dworach.
Cade.  Ba, a kiedyż to choć jeden dałeś sztych na placu boju!
Lord Say.  Daleko sięga dłoń wielkiego męża:
Nieraz ja trupem człowieka położył,
Choć go me oczy nigdy nie widziały.
Jerzy.  A ty tchórzu obrzydliwy! Z tyłu ludzi napadać?
Lord Say.  Twarz ta pobladła czuwając nad wami.
Cade.  Daj mu policzek, a wróci mu rumieniec.
Lord Say.  W sprawach biednego ludu długie roki
Przed czasem moje skołatały zdrowie.
Cade.  Dostaniesz za to konopny ulepek i siekierzaną papkę.
Dick.  Cóż to? Drżysz, człowieku?
Lord Say.  Nie trwogi ale paraliżu skutkiem.
Cade.  Kiwa na nas głową, jakby chciał powiedzieć: jeszcze my się obrachujemy. Zobaczę, czy głowa jego będzie się prościej trzymała na palu. Wyprowadźcie go i utnijcie mu głowę.
Lord Say.  Powiedzcie, proszę, w czem mój grzech największy?
Czym do honorów, czym do bogactw wzdychał?
Czym kufry moje łupieżą napełnił?
Patrzcie, czy ubiór mój od złota kapie?
Kogom pokrzywdził, by śmierci mej pragnął?
Krwią się niewinną dłoń ma nie splamiła,
Ani to serce myślą nieuczciwą.
Żyć mi pozwólcie.
Cade.  Jego słowa budzą we mnie litość: lecz ją okiełznam; umrze, choćby tylko za to, że tak dobrze swojego bronił życia. Precz z nim! Ma pod językiem złego ducha, bo nie mówi: w imię Boże. Precz z nim! powtarzam. Utnijcie mu głowę natychmiast, a potem wpadnijcie do domu jego zięcia, sir Johna Cromera, utnijcie mu także głowę i przynieście mi tu obie na dwóch palach.
Wszyscy.  Stanie się po twojej woli.
Lord Say.  Rodacy, gdyby na wasze modlitwy
Bóg tak był głuchy, jak wy na me prośby,
Jaki los będzie dusz waszych po śmierci?
Miejcie więc litość, darujcie mi życie.
Cade.  Precz z nim! i wykonajcie moje rozkazy. (Wychodzi lord Say pod strażą). Najdumniejszy par królestwa nie upilnuje głowy na barkach, jeśli mi nie zapłaci haraczu; żadna dziewka nie pójdzie za mąż, jeśli mi wprzódy nie zapłaci pozwolenia dziewictwem; mężowie mają mi podlegać in capite, a polecam i rozkazuję, żeby ich żony były tak wolne, jak może serce zapragnąć, a język wypowiedzieć.
Dick.  A kiedy, milordzie, pójdziemy na Cheapside brać towary na rachunek?
Cade.  Rozumie się, natychmiast.
Wszyscy.  Prześlicznie!

(Wchodzą buntownicy z głowami lorda Saya i jego zięcia).

Cade.  A to czy nie prześliczniej? Niech się pocałują; wszak się kochali za życia. Rozłączcie ich teraz, żeby się nie porozumieli względem wydania reszty miast we Francyi. Żołnierze, odłóżcie rabunek miasta do nocy, bo myślą jest naszą objechać ulice z temi głowami na czele zamiast buław; a niech się na każdym rogu całują. Naprzód! (Wychodzą).

SCENA VIII.
Southwark.
(Alarm. Wchodzi Cade z całą swoją zgrają).

Cade.  Przez Fish-street, do rogu Świętego Magnusa! Bić, mordować wszystko! trupy do Tamizy! (Słychać trąbkę parlamentarską, potem sygnał odwrotu). Co się to znaczy? Kto się waży dawać znak traktowania lub odwrotu, kiedy ja mordować rozkazuję?

(Wchodzą: Buckingham i stary Clifford na czele wojska).

Bucking.  Są jeszcze ludzie, co słuchać cię nie chcą.
Wiedz, że przychodzim w królewskiem imieniu
Do ludu, który podstępem uwiodłeś,
Wszystkim zupełne niosąc przebaczenie,
Byle do domów wrócili spokojnie.
Clifford.  Rodacy, czas się jeszcze upamiętać,
Ofiarowaną przyjmujecież łaskę?
Czy z buntownikiem przenosicie ginąć?
Kto króla kocha, a łaskę przyjmuje
Niech czapkę rzuci w górę, niech zawoła:
Boże, zachowaj nam naszego króla!
Kto nienawidzi, nie czci jego ojca,
Swojego króla Henryka Piątego,
Który siał postrach na francuskiej ziemi,
Niech szablę wzniesie, na stronę odejdzie.
Wszyscy.  Boże, zachowaj króla! Boże, zachowaj króla!
Cade.  Jak to, Buckinghamie i Cliffordzie, skąd wam tyle odwagi? A wy, nikczemne chłopy, wy im wierzycie? Czy gwałtem chcecie wisieć z waszym pardonem na szyi? Czy na to miecz mój wyrąbał sobie drogę przez bramy londyńskie, żebyście mnie opuścili pod Białym Jeleniem w Southwark? Myślałem, że nie złożycie broni, póki nie odzyskacie waszej starej wolności, ale widzę, że jesteście tylko bandą bisurmanów i tchórzy, że wam miło być niewolnikami szlachty. Niechże łamią wam krzyże pod ciężarami, niech z waszych własnych wypędzają was domów, zabierają wam żony i córki pod waszym nosem; co do mnie, wiem, jak się ratować, a tak, niech boże przekleństwo na was spadnie!
Wszyscy.  Pójdziem wszyscy za Cadem! pójdziem wszyscy za Cadem!
Clifford.  Czy Cade Henryka Piątego jest synem,
Że wszyscy chcecie za wodza go przyjąć?

Czy was na ziemię francuską powiedzie,

By najbiedniejszym hrabstwa dać i księstwa?
Ach, on sam nie ma głowy gdzie przytulić,
On z tego tylko żyje, co przemocą
Nam albo waszym wydrze przyjaciołom.
Co za wstyd, jeśli wśród waszych rosterek
Francuz, co niegdyś drżał na wasze imię,
Przeskoczy morza, by was tu zwyciężyć!
Zda się, że jego widzę już zastępy
Rozpanoszone na naszych ulicach,
Chamem każdego z was nazywające.
Niech raczej tysiąc nędznych zginie Cade’ów,
Niżbyście mieli przed Francuzem klęknąć.
Do Francyi, raczej, do Francyi! odzyskać,
Coście w domowej utracili wojnie!
Ach, nad ojczystą zlitujcie się ziemią!
Henryk ma skarby, a wy macie serca,
Bóg z nami trzyma, zwycięstwo jest pewne.
Wszyscy.  Niech żyje Clifford! pójdziemy za królem i Cliffordem!

Cade.  Czy widział kto puch tak łatwo na wszystkie strony pomiatany jak to pospólstwo? Imię Henryka Piątego wabi ich do tysiąca nieszczęść, skłania ich do opuszczenia mnie tu w utrapieniu. Widzę już, jak się naradzają, aby mnie podejść; ale szabla moja otworzy mi drogę, bo chwili dłużej nie mogę tu zostać. Na przekór dyabłom i piekłu przez sam środek wasz przejdę, a niebo i honor biorę na świadków, że nie brak rezolucyi z mojej strony, ale moich towarzyszów podła i haniebna zdrada do ucieczki mnie zmusza.

(Wychodzi).

Bucking.  Uciekł? Niech za nim część w pogoń się puści;
Kto głowę jego przyniesie królowi,
Ten tysiąc koron dostanie w nagrodę.

(Wychodzi część ludu).

Za mną żołnierze! Znajdziemy sposoby,
Jak was pojednać z królem jegomością.

(Wychodzą).
SCENA IX.
Zamek Kenilworth.
(Wchodzą na taras zamkowy: król Henryk, królowa Małgorzata i Somerset).

Król Henr.  Byłże król kiedy, co na tronie zasiadł,
A mniej ode mnie szczęścia miał na rozkaz?
W dziesiątym mego żywota miesiącu
Jeszcze w kolebce przywdziałem koronę.
Nigdy poddany tronu tak nie pragnął,
Jak ja dziś wzdycham, by poddanym zostać.

(Wchodzą: Buckingham i Clifford).

Bucking.  Błogie ci, królu, przynosim nowiny.
Król Henr.  Co? Buckinghamie, czy Cade jest pojmany?
Lub czy się cofnął, by sił nowych szukać?

(Pokazuje się u stóp tarasu wielka liczba stronników Cade’a, ze stryczkami na szyjach).

Clifford.  Uciekł, stronnicy jego broń złożyli,
Z stryczkiem na szyi, w pokornej postawie,
Na twe skinienie żyć będą, lub zginą.
Król Henr.  Otwórz więc, niebo, twoje wieczne bramy,
Ażeby moje przyjąć dziękczynienia!
Życie wam dzisiaj ocalił ten dowód
Waszej miłości dla króla i Anglii.
Wytrwajcie tylko w tem postanowieniu,
A Henryk, chociaż niedolą gnieciony,
Wierzajcie, nigdy niewdzięcznym nie będzie.
Przebaczam wszystkim, i wszystkim dziękując,
Do waszych domów wrócić wam pozwalam.
Wszyscy.  Boże, naszego zachowaj nam króla!

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Przybywam, królu, by cię uwiadomić,
Że książę York z Irlandyi powrócił;
Na czele silnej armii Galloglasów
I dzielnych Kernów spiesznie się posuwa;
Po miastach, które przechodzi, ogłasza,
Że zbrojno żąda tylko oddalenia

Księcia Somerset, zdrajcą go mianując.
Król Henr.  Cade albo York, oto moja dola;
Jak okręt, który wśród burzy ocalał,
Pirata w nagiej atakuje ciszy.
Ledwo Cade pierzchnął, jego tłum się rozbiegł,
A już na jego miejscu stanął York.
Idź, Buckinghamie, i zapytaj księcia,
Jaki mu powód oręż podał w rękę.
Powiedz, że poślę Edmunda do Tower;
Tam, Somersecie, będziesz moim więźniem,
Póki zaciągów swoich nie rozpuści.
Somerset.  Chętnie, mój królu, do murów więzienia,
I na śmierć pójdę dla dobra mej ziemi.
Król Henr.  Lecz w każdym razie słowa swoje miarkuj,
Bo dumny ostrych nie zniesie wymówek.
Bucking.  Bądź pewny, królu, że za moją sprawą
Wszystko na twoją obróci się korzyść.
Król Henr.  Królowo, lepiej musimy się rządzić,
Bo nieszczęśliwe moje panowanie
Przeklinać tylko dotąd może Anglia. (Wychodzą).

SCENA X.
Kent. Ogród Idena.
(Wchodzi Cade).

Cade.  Wstyd ambicyi i wstyd mnie samemu, co mam oręż, a przecie z głodu umieram! Ostatnie dni pięć kryłem się w tych lasach, i nie śmiałem wytknąć głowy, bo cały powiat na mnie czatuje. Ale teraz tak jestem głodny, że choćby mi ofiarowano tysiącletnią dzierżawę mojego życia, nie mógłbym dłużej tam zostać. Więc przez mur wdrapałem się do tego ogrodu spróbować, czy nie potrafię jeść trawy, czy nie znajdę jakiego liścia sałaty: przednia to jarzyna na ochłodzenie ludzkiego żołądka w takim upale. Myślę, że sałata urodziła się głównie dla mojego dobra. Gdyby nie sałata[14], już dawno halabarda byłaby mi czuprynę rozstrzaskała; nieraz znużonemu spiesznym pochodem sałata służyła za dzbanek, teraz musi mi służyć za pokarm. (Wchodzi Iden ze sługami).
Iden.  Ktoby na królów chciał dręczyć się dworze,
Mając na rozkaz tak wdzięczne chłodniki,
Mały ten kącik, dziedzictwo po ojcu,
Dla mego serca stoi za królestwo.
Nie pragnę rosnąć na drugich ruinie,
Ni skarbów zbierać pod zazdrości okiem;
Żyć tu uczciwie z tem możem, co mamy,
I nie odpędzić biednego od bramy.
Cade.  To właściciel gruntu; przychodzi mnie aresztować jako wagabundę, który śmiał stanąć na jego ziemi bez pozwolenia. Ha, łotrze, chcesz mnie zdradzić i zarobić tysiąc koron u króla, niosąc mu moją głowę. Ale ja cię nauczę, nim się rozstaniemy, jeść żelazo jak struś, a połykać mój pałasz jak szpilkę.
Iden.  Nie znam cię wcale, surowy mopanku,
Nie wiem, kto jesteś, czemużbym cię zdradzał?
Czy ci już niedość, żeś mój ogród naszedł,
Przez moje mury jak złodziej się wdrapał
Zapewne, żeby me grzędy rabować,
Jeszcze śmiesz do mnie przemawiać tak hardo?
Cade.  Czy śmiem? Śmiem, klnę się na najlepszą krew, co była kiedykolwiek wytoczona, nie tylko śmiem mówić, ale śmiem i wyzwać. Przyjrzyj mi się dobrze; nie włożyłem do ust kawałka mięsa od dni pięciu, a przecie, zbliż się tylko z twojemi pięcioma pachołkami, a jeśli nie zostawię was tu wszystkich umarłych jak ćwieki, to niech mi Bóg nigdy już więcej nie da jeść trawy.
Iden.  Nie, póki Anglia stoi, nikt nie powie,
Że Alexander Iden, szlachcic z Kentu,
Nie śmiał na równo z głodnym walczyć człekiem.
Spróbuj, czy zdołasz wlepioną źrenicą
Zmnusić mnie, oczy me do ziemi spuścić;
Porównaj członki nasze; jesteś słabszy;
Twa ręka ledwo palcem jest mej pięści;
Twe nogi kijkiem przy takiej maczudze;
Siła mej stopy równa twojej wszystkiej;
A bylem ramię to podniósł do góry,
Już grób dla ciebie stoi wykopany.
Ale słów dosyć; niecb teraz ten oręż
Dopowie, czego słowom moim braknie.
Cade.  Na moje męstwo, nie słyszałem jeszcze doskonalszego rycerza. Stali, jeźli twoje ostrze zwichniesz, a nie posiekasz tego kościstego chłopa na płatki wołowiny, nim wrócisz spać do pochwy, proszę Jowisza na kolanach, żebyś się zmieniła na hufnale. (Walczą; Cade pada). Zginąłem! Głód mnie zabił nie co innego. Niech dziesięć tysięcy dyabłów przeciw mnie stanie, daj mi tylko dziesięć jedzeń, których byłem pozbawiony, a wyzwę wszystkich na rękę. Uschnij, ogrodzie! bądź odtąd cmentarzem dla wszystkich mieszkańców tego domu, bo niezwyciężona dusza Cade’a uleciała.
Iden.  Zabiłem Cade’a, potwornego zdrajcę?
Będziesz mi odtąd świętą moja szablo,
Na moim grobie zawiesić cię każę.
Tej krwi nie otrę nigdy z twego ostrza,
Będziesz ją nosić niby płaszcz herolda
Twojego pana honor głoszącego.
Cade.  Idenie, bądź zdrów! Pysznij się z twojego zwycięstwa! Powiedz Kentowi w mojem imieniu, że stracił swojego najlepszego męża; radź wszystkim zostać tchórzami, bo ja, co nigdy nikogo się nie zląkłem, byłem zwyciężony przez głód nie przez męstwo.

(Umiera).

Iden.  Jak mię skrzywdziłeś, niechaj Bóg osądzi.
Konaj, nędzniku, klątwo twojej matki!
Jak miecz w wnętrznościach twoich utopiłem,
Takbym chciał duszę twą utopić w piekle!
Za nogi stąd cię wyciągnę i rzucę

Na gnojowisko, co twym grobem będzie,
Tam twoją głowę utnę obrzydliwą,
Do mego króla w tryumfie poniosę,
A na żer krukom tułub twój zostawię.

(Wychodzi, ciągnąc za sobą trupa).



AKT PIĄTY.
SCENA I.
Pola między Dartford a Blackheath.
(Z jednej strony obóz króla, z drugiej wchodzi York z eskortą, przy odgłosie bębnów z rozwiniętymi sztandarami; armia jego pokazuje się w odległości).

York.  Wracam o moje dopomnieć się prawa,
I berło wydrzeć z słabych rąk Henryka.
Uderzcie w dzwony, zapalajcie ognie,
Aby prawego przyjąć godnie króla.
Korono, ktoby drogo cię nie kupił?
Kto rozkazywać nie umie, niech słucha.
Tylko do złota dłoń się ta rodziła;
Nie mogę słowom mym nadać znaczenia,
Gdy miecz lub berło nie doda im wagi.
Jeśli mam duszę, i berło mieć będę,
Na którem lilie zawieszę francuskie.

(Wchodzi Buckingham).

Kto to? Buckingham: król go pewno wysłał,
By mnie skrzyżować; skrytym z nim być muszę.
Bucking.  Witaj, Yorku! jeśli cel twój dobry.
York.  Twe pozdrowienie przyjmuję, Humphreyu.
Czyś jak przyjaciel, czy jak poseł przybył?
Bucking.  Jak poseł króla naszego Henryka,
Pytać o powód twych zbrojeń w pokoju,
Pytać, dlaczego, tak jak ja poddany,

Wbrew twym przysięgom, tak wielkie zaciągi
Bez królewskiego robisz pozwolenia,
I śmiesz tak blizko dworu je prowadzić?
York  (na stronie). Głos mnie odbiega, gniew mi gardło ścisnął;
Jakby szalony, na te jego słowa,
Skałybym rąbał, z kamieniami walczył,
Albo jak wściekły Ajax Telamończyk
Gniew mój utopił w krwi owiec i wołów.
Jestem szlachetniej niż król urodzony,
Godniejszy tronu postawą i myślą,
Na chwilę jednak ucichnąć mi trzeba,
Dopóki siłą nie przejdę Henryka.
(Głośno). Racz mi przebaczyć me długie milczenie;
Lecz czarny smutek duszę mi zamącił.
Celem mojego zbrojnego pochodu
Jest oddalenie księcia Somerseta,
Który kraj zdradza i swojego króla.
Bucking.  Zbytnia ze strony twej zarozumiałość:
Lecz jeśli broń twa innych nie ma celów,
Już się do twoich żądań król przychylił:
Książe Somerset zamknięty jest w Tower.
York.  Mówisz mi na twój honor, że jest więźniem?
Bucking.  Tak jest, na honor mój mówię, jest więźniem.
York.  Więc, Buckinghamie, wojska me rozpuszczam.
Dzięki wam, wiara! Wracajcie do domów.
Jutro, na polu Świętego Jerzego
Żołd wam wypłacę, dam wszystko, co chcecie.
Niech król mój Henryk, jako zakładnika
Mojej wierności, mego przywiązania,
Zażąda mego najstarszego syna,
Ba, wszystkich synów, chętnie mu ich poślę;
Me ziemie, konie, zbroje, moje wszystko
Na rozkaz jego, gdy Somerset zginie.
Bucking.  Pochwalam twoją uprzejmą uległość;
Do królewskiego idźmy więc namiotu.

(Wchodzi Henryk z orszakiem).

Król Henr.  Czy York nie ma złych względem nas myśli,
Że jak przyjaciel dłoń w dłoni z nim idziesz?

York.  Z całą pokorą, z całą powolnością
York przed swoim monarchą się stawia.
Król Henr.  Na cóż więc siły, któreś z sobą przywiódł?
York.  By Somerseta zdrajcę stąd oddalić,
Na buntownika ciągnąć potem Cade’a,
Który, jak słyszę, zniknął już pobity.

(Wchodzi Iden z głową Cade’a).

Iden.  Jeśli tak nizki, prosty jak ja człowiek
Może przed króla stawić się obliczem,
Przynoszę panu memu zdrajcy głowę,
Cade’a, któregom zabił w pojedynku.
Król Henr.  Jak sprawiedliwe sądy twoje, Boże!
Niech się po śmierci twarzy tej przypatrzę,
Co mi za życia trosk tyle sprawiła.
Powiedz, czyś ty go zabił, przyjacielu?
Iden.  Tak jest, ja, królu.
Król Henr.  Jakie twe nazwisko?
Twój stan?
Iden.  Me imię Alexander Iden,
Ubogi giermek, króla kochający.
Bucking.  Słuszna jest, byś go, najjaśniejszy panie,
Za tę usługę pasował rycerzem.
Król Henr.  Klęknij Idenie (Iden klęka). Wstań teraz rycerzem.
Tysiąc ci grzywien dajemy w nagrodę,
I chcemy, abyś przy nas odtąd został.
Iden.  Bodaj mógł Iden łaski tej być godnym,
I żyć i umrzeć wiernym swemu panu!
Król Henr.  Patrz, Buckinghamie, Somerset z królową;
Powiedz jej, by go ukryła przed księciem.

(Wchodzą: królowa Małgorzata i Somerset).

Małgorz.  Nie skryje głowy dla tysiąc Yorków,
Lecz się z nim śmiało oko w oko spotka.
York.  Co widzę? Jakto? Somerset swobodny?
Długo więzionym dam wolny bieg myślom,
A niech dorówna język memu sercu!
Zniosęż spokojnie widok Somerseta? —
Fałszywy królu, czemuś słowo złamał,
Wiedząc, jak ciężko znieść mi jest obrazę?

Królem cię zowię? Nie, nie jesteś królem;
Nie jest ten zdolny panem być milionów,
Co nie śmie panem jednego być zdrajcy.
Korona twojej nie przystoi głowie,
Dłoń twa stworzona do kija pątnika
Nie do groźnego monarszego berła.
Złoto opasać musi skronie moje,
Bo me spojrzenie, jak dzida Achilla,
Zdolne jest zabić i zdolne uleczyć.
Ręka ta równie nosić może berło
Jak pisać prawa i strzedz ich spełnienia.
Ustąp; nie możesz dłużej nad tym władać,
Którego niebo twym władcą stworzyło.
Somerset.  Potworny zdrajco! areszt na cię kładę
Jako na zdrajcę króla i korony.
Ugnij kolana, proś o przebaczenie.
York.  Ja zgiąć kolana? Niech ci[15] wprzód powiedzą,
Czy chcą, by York klęknął przed człowiekiem.
Przyzwij mych synów, dam mu ich na zakład;

(Wychodzi Sługa).

Zanim pozwolą rodzica uwięzić,
Wprzód w mej obronie strzaskają swe szable.
Małgorz.  Idź, niech się Clifford natychmiast tu stawi,

(Wychodzi Buckingham).

Niech powie, czyli bękarty Yorka
Mogą być zdrajcy ojca zastawcami.
York.  O, krwi nieczystej Neapolitanko,
Ziemi tej biczu, a własnej wyrzutku,
Lepsze od ciebie rodem moje syny
Zakładnikami ojca swego będą,
A biada, komu zastaw ten nie starczy!

(Wchodzą: z jednej strony Edward i Ryszard Plantageneci, z wojskiem, a z drugiej, równie na czele armii stary Clifford i jego syn).

Przychodzą spełnić, co zapowiedziałem.
Małgorz.  A razem Clifford, zakład ten odrzucić.
Clifford  (klęka). Zdrowie i szczęście mojemu królowi!

York.  Dzięki, Cliffordzie; jakie niesiesz wieści?
Nie groź mi tylko surowem spojrzeniem;
Ja królem twoim, klęknij więc powtórnie,
Twojej pomyłce na ten raz przebaczam.
Clifford.  To król mój, książe, pomyłki nie było;
Tylko ty w twem się mylisz przypuszczeniu.
Precz z nim do Bedlam; człowiek ten oszalał.
Król Henr.  Prawda, Cliffordzie, w szalonej ambicyi
Przeciw swojemu śmiał powstać królowi.
Clifford.  To zdrajca; niech go prowadzą do Tower,
I buntowniczą utną mu tam pałkę.
Małgorz.  Aresztowany, rozkazów nie słucha,
Daje za siebie synów swoich słowo.
York.  Czy go nie dacie?
Edward.  O, damy, mój ojcze,
Jeżeli starczy.
Ryszard.  Jak nie starczy słowo,
To miecze nasze wystarczą zapewne.
Clifford.  Cóż to za gniazdo zdrajców mamy tutaj?
York.  Spojrzyj w zwierciadło, zdrajcą zwij swój obraz;
Bom ja twym królem, a ty jesteś zdrajcą.
Przywołaj tutaj dwóch moich niedźwiedzi[16],
Aby łańcuchów swoich samym brzękiem
Serca tych kądlów napełniły strachem.
Niech Salisbury i Warwick się zbliżą.

(Bębny. Wchodzą: Salisbury i Warwick na czele wojska).

Clifford.  To twe niedźwiedzie? Na śmierć je zaszczujem,
A w ich łańcuchy zwiążem niedźwiednika,
Byleś do szczwalni śmiał je wyprowadzić.
Ryszard.  Widziałem nieraz zuchwałego kądla,
Jak kąsał rękę, co go chciała wstrzymać,
Lecz jak go niedźwiedź raz trzasnął łopatą,
Przytulił ogon i skowycząc zmiatał.
Was ten los czeka, jeżeli zuchwale
Z lordem Warwickiem zechcecie się mierzyć.

Clifford.  Precz, kuczko złości, niezdarny kikucie,
Tak krzywy duchem jak krzywy postacią!
York.  Poczekaj tylko, wkrótce cię rozgrzejem.
Clifford.  Patrz, abyś w własnem nie zgorzał gorącu.
Król Henr.  Jak to, Warwicku, czy już zapomniałeś
Zginać kolana? Stary Salisbury,
Wstyd twoim srebrnym włosom! ty szalony
Uwodzicielu szalonego syna!
Chcesz na śmiertelnem łożu zbójcą zostać?
Chcesz w okularach utrapienia szukać?
Gdzież się podziały wiara i uległość?
Jeżeli zimna wygania je głowa,
W jakim zakątku ziemi znajdą przystań?
Czy chcesz grób kopać, by wygrzebać wojnę?
Twoją uczciwą starość krwią pokalać?
Czy w twoim wieku brak ci doświadczenia?
Lub jeśli masz je, chcesz go nadużywać?
Wstydź się! W pokorze schyl przede mną czoło,
Jak od starości chylisz się ku ziemi.
Salisbury.  Milordzie, pilnie sam w sobie ważyłem
Pretensye tego wsławionego księcia,
I po rozwadze sumienie mi rzekło,
Że on jest prawym korony dziedzicem.
Król Henr.  Czyś mi nie przysiągł na wierność?
Salisbury.  Przysiągłem.
Król Henr.  A dziś przed Bogiem chcesz przysięgę złamać?
Salisbury.  Wielkim jest grzechem na grzechy przysięgać,
Lecz większym, grzesznej dotrzymać przysięgi.
Kto może ślubem być zobowiązany
Okraść człowieka lub go zamordować,
Czystość niewinnej pokalać dziewicy,
Biednej sierocie wydrzeć ojcowiznę,
Lub wdowie dane prawem opatrzenie,
A za jedyną krzywdy mieć wymówkę,
Że się do tego związał przysięgami?
Małgorz.  Przewrotnym zdrajcom nie trzeba sofisty.
Król Henr.  Idź, powiedz, niechaj zbroi się Buckingham.
York.  I on i wszyscy twoi przyjaciele,

Bo hasłem mojem: śmierć albo korona!
Clifford.  Więc śmierć, jeżeli sny moje się sprawdzą.
Warwick.  Wracaj do łóżka lepiej i śnij znowu,
Byś od burz boju głowę twą uchronił.
Clifford.  Większem jest gotów przetrwać huragany,
Niż te co dzisiaj zdolnyś jest wywołać,
I to na twojej przyłbicy wypiszę,
Byłem cię poznał po rodzinnym znaku.
Warwick.  Więc ci przysięgam na herb mego ojca,
Że na mym hełmie, w dniu tym, znak Nevilów,
Niedźwiedź przykuty do pnia sękatego,
Jak cedr zabłyśnie na wierzchołku skały,
Co konarami z wszystkich burz się śmieje,
Swoim widokiem strach w twej zbudzi duszy.
Clifford.  Niedźwiedzia tego z twej zedrę przyłbicy,
Z całą pogardą pod me rzucę nogi
Mimo obrońcy jego, niedźwiadnika.
Młody Clif.  Więc do oręża, ojcze mój zwycięski,
Bunt ten utopmy we krwi buntowników!
Ryszard.  Miast słów zjadliwych mów lepiej pacierze,
Bo dziś z Chrystusem jeść będziesz wieczerzę.
Młody Clif.  Jeszcze proroczy duch nie siadł z garbusem.
Ryszard.  To zjesz ją z dyabłem, gdy nie chcesz z Chrystusem.

(Wychodzą w różne strony).
SCENA II.
Saint Alban’s.
(Alarm. Utarczki. Wchodzi Warwick).

Warwick.  Warwick cię wzywa, Cliffordzie z Cumberland!
Jeżeli kryć się nie chcesz przed niedźwiedziem,
Gdy gniewna trąbka alarmu znak daje,
A z wiatrem lecą konających krzyki,
Wystąp, Cliffordzie, wystąp i walcz ze mną!
Lordzie północy, Cliffordzie z Cumberland,
Warwick ochrypnął, próżno cię wołając.

(Wchodzi York).

Cóż to, milordzie? czy pieszo chcesz walczyć?
York.  Clifford mojego powalił rumaka;
Lecz mu tą samą spłaciłem monetą,
Bo koń ognisty, co tak mu był drogim,
Leży tam krukom i sępom na pastwę.

(Wchodzi Clifford).

Warwick.  Przyszła godzina obu lub jednemu.
York.  Za innym zwierzem idź w pogoń, Warwicku,
Bo mej się szabli jeleń ten należy.
Warwick.  Niech i tak będzie; o koronę walczysz.
Wierz mi, Cliffordzie, jak zwycięstwa pragnę,
Żal mi, że z tobą mierzyć się nie mogę (wychodzi).
Clifford.  Co widzisz we mnie? czemu wryty stoisz?
York.  W twojej postawie mógłbym się zakochać,
Gdybyś śmiertelnym wrogiem moim nie był.
Clifford.  I twej dzielności hołdby się należał,
Gdybyś nikczemną nie kalał jej zdradą.
York.  Niech nad twą szablą tryumf mój dowiedzie,
Że w praw mych tylko powstałem obronie.
Clifford.  Duszę i ciało stawiam tu na kartę.
York.  Groźna to stawka! Więc miej się do broni!

(Walczą; Clifford upada).

Clifford.  La fin couronne les oeuvres (umiera).
York.  Tak wojna dała pokój twemu ciału,
Niechaj go raczy Bóg twojej dać duszy! (wychodzi).

(Wchodzi młody Clifford).

Mł. Clif.  Wstydzie i hańbo! wszystko jest w rozsypce;
Strach zrodził nieład, a nieład zabija
Tych, co w nieładzie szukali ratunku.
O, córko piekieł, wojno! na ród ludzki
Gniewnego nieba wybrany mścicielu,
Rzuć ogień zemsty w zimne naszych serca!
Nie dozwól, aby jeden pierzchnął żołnierz!
Kto całą duszą wojnie się poświęcił,
Zrzekł się sam siebie; kto siebie się nie zrzekł,
Tylko przypadkiem męstwa zyskał palmę.

(Spostrzegając zabitego ojca).

Niechże nikczemny dziś świat się ten skończy!

Niechaj sądnego dnia dzisiaj płomienie
Niebo i ziemię w jedno nic obrócą!
Niech się odezwie trąba Archanioła,
I wszystkie drobne dźwięki niech zagłuszy!
Twojemże było, ojcze, przeznaczeniem
W pokoju młode przepędzić swe lata,
Starości barwy doczekać się srebrnej,
By w dniach powagi twojej senatorskiej
W szalonym boju legnąć od oręża?
Me serce na ten kamienieje widok,
Do dni mych końca zostanie kamieniem,
Jak bez litości York był dla starca,
Tak dla ich dzieci będę bez litości.
Łzy dziewic będą, czem rosa dla ognia;
Piękność, co nieraz tyrana łagodzi,
Olejem będzie dla żarów mej zemsty.
Odtąd na wieki żegnam się z litością!
Gdzie spotkam domu Yorków niemowlę,
Na tyle drobnych posiekam je cząstek,
Na ile wściekła Medea Absyrta.
Mej chwały będę w okrucieństwie szukał.

(Biorąc ciało zabitego).

Ty, nowa domu starego ruino,
Na moich męskich uniosę cię barkach
Jak Anchizesa z płomieni Eneasz.
Ale Eneasz żywy uniósł ciężar,
Tysiąckroć lżejszy od martwego trupa.

(Wchodzą: Ryszard Plantagenet i Somerset, walcząc. Somerset pada zabity).

Ryszard.  Leż tu; pod szyldem mizernym szynkowni;
Zamkiem Saint Alban’s, śmierć ta Somerseta
Unieśmiertelni wróżbę czarownicy[17].
Szablo ma, nie trać hartu! ognia serce!
Niech ksiądz za wrogów modli się w kościele,
Książe pod nogi szablą ich swą ściele (wychodzi).

(Alarm. Utarczki. Wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata i inni, w odwrocie).

Małgorz.  Przez Boga, królu, uciekaj! czas drogi!
Król Henr.  Kto wolę niebios prześcignie? Czekajmy.
Małgorz.  Z jakiejże gliny jesteś ulepiony?
I bić się nie chcesz i nie chcesz uciekać.
Cofać się radzą roztropność i męstwo;
W ucieczce tylko nasze ocalenie. (Alarm w odległości).
Z twojem pojmaniem wszystko się skończyło.
Jeśli szczęśliwie pogoni ujdziemy,
(A ujść nie trudno, byle nie twój opór),
W Londynie znajdziem niemało przyjaciół,
Przy ich pomocy zdołamy naprawić
Naszej fortuny dzisiejsze wyłomy.

(Wchodzi młody Clifford).

Mł. Clif.  Gdybym nie myślał o zemście na przyszłość,
Wolałbym bluźnić niż ucieczkę radzić;
A jednak musisz uciekać, bo teraz
W naszych żołnierzy sercach siadła rozpacz.
Idźmy sił szukać, a dzień ten zaświeci,
W którym na wrogów klęska równa zleci.
Uciekaj, królu! (Wychodzą).

SCENA III.
Pola w blizkości Saint Alban’s.
(Alarm. Odwrót. Przy odgłosie trąb wchodzą: York, Ryszard Plantagenet, Warwick; za nimi żołnierze z biciem w bębny i rozwiniętemi chorągwiami).

York.  Kto nam dać może wieść o Salisburym,
Lwie osiwiałym, który w gniewu szale
O spustoszeniach starości zapomniał;
Jak młody rycerz w samej lat swych wiośnie
W zamęcie boju na nowo rozkwitnął?
Dzień ten szczęśliwy dniem szczęśliwym nie jest,
Jeśli go życiem Salisbury kupił.
Ryszard.  Dostojny ojcze, trzy razy, wśród boju,

Rumaka dosiąść przybyłem mu w pomoc;
Trzy razy piersią go mą osłoniłem,
Uprowadzając z zamętu, błagałem,
By na tem skończył, lecz zawszem go spotkał
Tam, gdzie na placu bój wrzał najgorętszy.
Jak w skromnym domu bogate obicie,
Błyszczała wola w słabem jego ciele.
Lecz patrz, szlachetny przybliża się rycerz.

(Wchodzi Salisbury).

Salisbury.  Na moją szablę, dobrześ się dziś sprawił,
Jak się dziś wszyscy sprawiliśmy dobrze.
Dzięki, Ryszardzie! Bóg wie tylko jeden,
Jak długo jeszcze na ziemi mam zostać;
Za jego wolą trzykroć w tej potrzebie
Śmierć odstraszyłeś wiszącą nade mną.
Ale co mamy, nie jest jeszcze nasze;
Nie dość że z pola pierzchnął nieprzyjaciel,
Bo mu nie trudno nowe zebrać siły.
York.  W pogoni nasze leży bezpieczeństwo,
Bo do Londynu król śpieszy, jak mówią,
Ażeby zwołać parlament co prędzej.
Śpieszmy, nim wici potrafi rozesłać.
Lordzie Warwicku, jakie twoje zdanie?
Warwick.  Za nim, lub przed nim, jeśli wydołamy,
Dzień to był świetny, na moją prawicę!
Bitwa Saint Alban’s przyszłym pokoleniom
O chwale księcia York będzie świadczyć.
Więc do Londynu co sił starczyć może;
Więcej dni takich daj nam Panie Boże!

(Wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 64g.png



Przypisy

  1. The Chronick History of Henry the Fifth. With his battell fought at Agin Court in France. Together with auntient Pistoll. As it hath been sundry times playd by the Right honourable the Lord Chamberlaine his servants. London. Printed by Thomas Creede for Thomas Millington and John Busly, and are to by sold at is house in Carter Lane next the Powle head.
  2. Teatr »Globus«, na którym grywali aktorowie Szekspira.
  3. Barbason, nazwisko jednego ze złych duchów w demologii.
  4. Pierce Pernilesse, his suplication to the Devil. 1591.
  5. W teatrze hiszpańskim występuje także Joanna d’Arc, wprawdzie nie z taką złośliwością odmalowana, i owszem w apoteozie, ale w równie fałszywem świetle jak na scenie angielskiej. W spisie dzieł dramatycznych Lope de Vega przez niego samego sporządzonym, w chwili gdy nie więcej napisał był dramatów nad tysiąc ośmset (!), znajduje się niedrukowana komedya: »Joanna z Francyi«. Zdaje się, że jak kilka innych, rękopism Lope de Vega, został przerobiony przez Zamorę i Canizaresa i wydany w r. 1721 pod tytułem: La poucella de Orleans. Komedya ta we trzech dniach, wedle obyczaju sceny hiszpańskiej, pod względem historycznym jest utworem najbałamutniejszym w świecie. Występują w niej osoby umarłe jako żywe, a ledwie narodzone jako dorosłe. Sam charakter Dziewicy słabo i nieudolnie narysowany, wypadki dla wymagań sceny poprzekręcane. Wspominamy tu o dramacie tym dlatego tylko, że w nim także występuje Talbot dowódzca angielski. Ostatni dzień kończy się męczeństwem na stosie. Karol VII chcąc zapobiedz spaleniu Joanny, napada na Anglików, zdobywa plac boju; ale Joanna kona na jego ręku, i od ognia ocaloną już być nie może.
  6. Ojciec króla Artura.
  7. The first Part of the contention betwixt the two famous houses of York and Lancaster, with the death of the good Duke Humphryi; And the bannishment and death of the Duke of Suffolke, and the Tragicall end of the proud Cardinall of Winchester, with the notable Rebellion of Jack Cade; And the Duke of Yorkes first claime unt the Crowne. London. Printed by Thomas Creed, for Thomas Millington, and are to be sold at his shop under Saint Peters Church in Cornwall. 1594.
  8. Kamień ten, prawdopodobnie z rzymskich czasów, leżał na Cannon-street długo, póki go do któregoś z kościołów nie zabrano. Ma się dotąd podobno tam znajdować.
  9. Charneca, wieś w okolicach Lisbony. Wino Charneca było słynne za czasów Szekspira.
  10. W akcie pierwszym, duch zapytany: Księcia Suffolka jaka będzie przyszłość? Odpowiedział: Przez wodę zginie, tam koniec go czeka. Widać że za czasów Szekspira Walter wymawiało się Water (woda), stąd igraszka stów, której niepodobna wytłómaczyć.
  11. Nowa igraszka słów z Pole i Poole (Pul) (kałuża) nie podobna do wytłumaczenia.
  12. Alluzya do dewizy Edwarda III, słońca z chmur się wymykającego.
  13. Bergulus, Illyrius latro. Cic. de Off. II, 11.
  14. Sallet, znaczy: sałata i szyszak, z hiszpańskiego (celada), igraszka słów naturalnie niepodobna do wytłómaczenia.
  15. Może wskazując synów albo armię w odległości.
  16. Niedźwiedź przykuty do sękatego pnia był godłem Nevilów.
  17. W akcie I przepowiednia ducha względem Somerseta: Niechaj się strzeże zamków! Szyld szynkowni przedstawiał zamek Saint Alban’s.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.