Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach
Tom I
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

DZIEŁA DRAMATYCZNE
WILLIAMA SHAKESPEARE
(SZEKSPIRA)
W DWUNASTU TOMACH
PRZEKŁAD
L.  ULRICHA
Z OBJAŚNIENIAMI J. I. KRASZEWSKIEGO




WYDANIE NOWE
Z RYCINAMI TYTUŁOWEMI



KRAKÓW
NAKŁAD G. GEBETHNERA I SPÓŁKI
WARSZAWA — GEBETHNER I WOLFF
1895




Kraków. – Druk Wł. L. Anczyca i Spółki, pod zarz. J. Gadowskiego.

Selous - Król Jan.jpg

KRÓL JAN.



KRÓL JAN.

Z

Zanim szczegółowo o dramatach historycznych Szekspira mówić będziemy, musimy wspomnieć najprzód nieco o ich genezie i źródłach.

Poeta, który się urodził, aby był wieku swojego genialnym przedstawicielem, znalazł wszystko gotowem, co mu do spełnienia posłannictwa jego posługiwać mogło. Dramat historyczny był w zarodku, brakło mu tylko tego rozwinięcia i wykończenia, jakie geniusz sam nadać może, wskazując talentom drogę. Arystokratyczna młodzież rycerska owego wieku miała upodobanie w historyi własnego kraju obrazowo przedstawionej w dramatach, które główne dziejowe wypadki i postacie odtwarzały, nadając im barwę często do teraźniejszości zastosowywaną. Przez usta tych bohaterów przeszłości mówił poeta uczuciami i myślami, które się w sercach odbijały, budziły do czynów wielkich, wskazywały niegodziwych następstwa. Częstokroć charaktery współczesne, które wyśmiać pragnął lub uwydatnić, występowały okryte imionami umarłych. Teraźniejszość w żywym związku szła z przeszłością razem.
Dramata historyczne poprzedników Szekspira, były to wszakże lub rymowane kroniki, albo dyalogowane powieści, w scenach luźnych, nie zawsze szczęśliwie powiązanych z sobą, wystawujące jakiś dziejowy odłamek. Same ich tytuły, opowiadające treść dramatu, dają o niej niejakie wyobrażenie. Sztuki w tem było tyle, ile w nie włożył instynkt pisarza, lub przypadek dostarczający wątku. Z teoryi dramatu nikt sobie nie zdawał sprawy; jedność czasu, miejsca, czynu nie była warunkiem ani przeszkodą żadną. W jednym akcie poeta przenosił osoby działające z końca w koniec świata, mieniał je dowolnie, wprowadzał i usuwał. Wybór treści i osób, wypadki wielkie, jakie pospolicie wybierano za wątek do dramatów, zmuszały dramaturgów do świetnej, napuszystej, wyszukanej mowy.
Smak wieku wymagał błyskotek, kochano się w połysku słowa, w grze wyrazów, w myślach misternie snutych i dźwięczących głośno. Więcej też szło pisarzom o te szczegóły, o tę rzeźbę kunsztowną, niż o silną podstawę budowy i linie jej szlachetne a wielkie.
Zarówno z dziejami Anglii, historya Rzymu, bajeczne powieści w ówczesnych kronikach mieszczące się, a tym więcej cenione, im w nich żywioł dramatyczny, tragiczny, namiętny, a dziwaczne losu igraszki jaskrawiej występowały, służyły dramaturgom za treść do ich pośpiesznie, pobieżnie, więcej dla sceny, niż do druku składanych utworów.
Sposób, w jaki Szekspir pracował dla sceny, powszechnie dzisiaj jest znany; rzadko siląc się na wymysł własny, na powieść utkaną sztucznie, najczęściej biorąc dawne dramata, które przerabiał i poprawiał, przetapiał i piętnował geniuszu swojego cechą. Stosuje się to i do dramatów historycznych, całkiem przez niego na tle dawnem osnowywanych, lub z kronikarskich czerpanych powieści.
Nadzwyczajny dar dozwalał mu prawie niedostrzeżonem dotknięciem, drobnymi na pozór rysy, na ostatek wyrabianiem szczegółów, uwydatnieniem charakterów, nadawać najsłabszemu utworowi cechę nową i genialną. W niektórych czuć to rusztowanie ubogie i pogięte, na którem królewska purpura poety w cudne się fałdy wygina. Szekspir w początkach ograniczający się może takiemi poprawy i dodatkami, w miarę powodzenia i nabytej w siebie wiary, poznając kunsztu warunki, nabierał odwagi i stawał się coraz samoistniejszym. Zawsze jednak głównem dlań zadaniem nie była osnowa i scenario, ale charaktery i dyalogi, gra namiętności, wieczna prawda serca ludzkiego i dusza, która się wszędzie odbić, uwydatnić, uprzytomnić mogła. Tą prawdą, zaczerpniętą z wiedzy człowieka, ze znajomości natury jego, okupuje poeta często najniebezpieczniejsze położenia, najśmielsze pomysły. Instynkt wskazuje mu, gdzie rys tragiczny, aby wystąpił tym mocniej, wymaga koniecznego rysu, który go dźwiga i podnosi.
Wszystkie żywioły życia, wszelkie sprężyny jego są w ruchu, barwy wszystkie na nieprzebranej leżą palecie, cudowna siła rozporządza niemi i włada.
Dramata historyczne Szekspira, zaczerpnięte są z kroniki Holinshed’a, naiwnie i żywo opowiadającej dzieje, tak właśnie jak je chciał mieć przedstawionemi poeta raczej, niż historyk krytyką zbrojny. Do króla Jana jednakże poeta nie użył kroniki, ale gotowego już dramatu, na którego prawie niezmienionej osnowie, oparł całą swą pracę.
Historya Jana dostarczyła już była treści do tendencyjnego dramatu, w duchu protestanckim napisanego przez pierwszego protestanckiego biskupa Ossory, ks. John Ball. Szekspir zaś posłużył się innym, wydanym w roku 1591 dramatem we dwóch częściach, które zlał w jedną całość, i wycisnął na nim piętno własne, genialnem jego obrobieniem. Wedle zwyczaju owej epoki, dramat ma tytuł następujący:
„Pierwsza i druga część zamieszek pełnego panowania Jana, króla Anglii. Z odkryciem króla Ryszarda Lwie-Serce nieprawego syna (zwykle zwanego Bękartem Faulconbridge). Także śmierć króla Jana w opactwie Swinstead. Tak jak to różnymi czasy granem było przez J. Królowej Mości aktorów w przezacnem mieście Londynie“.[1]
Później, w roku 1611 lichy ten dramat wydany był z oznaczeniem autora głoskami: W. Sh., aby mógł uchodzić za dzieło Szekspira, i niektórzy dawniejsi krytycy przypisywali mu go nawet, jako dzieło jego młodości. Wnosząc z niektórych aluzyi mogących się odnosić do roku 1597, Chalmers i Malone, oznaczają dramatowy Szekspira rok 1598. Wspomnienie o nim znajduje się już w Meres’a „Palladis Tamia“, drukowanej w roku 1598, i prawdopodobniej odnieść go należy do lat między 1596 a 98, to jest do okresu średniego działalności poety w pełni sił i życia. Drukowanym osobno nie był, jak się zdaje, i wyszedł dopiero w wydaniu zbiorowem arkuszowego formatu z r. 1623. Korzystając z tego zapewne, podstawiano ułomny dramat wyżej przywiedziony, jako dzieło Szekspira.
Pomiędzy dwoma tymi utworami, z których pierwszy jest nieforemną scen wiązanką, a drugi jednem ze znakomitszych dzieł poety, różnice są tak wielkie, jak między miernością a geniuszem. Wybitne charaktery, najpiękniejsze sceny, albo są słabo tylko oznaczone lub całkiem w pierwowzorze nie istnieją. Szekspir wedle zwyczaju swego, przetworzył go zupełnie i uczynił swą własnością, nadając mu barwy prawdy i życia pełne blasku.
W opowiadaniu Holinshed’a, które nieznanemu autorowi pierwotnemu za wskazówkę służyło, brzmi ta historya, mniej więcej jak następuje: „W roku 1191 panuje w Anglii król Jan, chociaż korona należała nie jemu, ale Artiurowi Plantagenetowi, synowi Godfryda, brata starszego Jana. Artiur był małoletnim, stryj przywłaszcza sobie władzę, podniecony ku temu przez swą matkę, królowę Eleonorę, zazdrosną i nienawidzącą piękną Konstancyę, matkę Artiura, a wdowę Godfryda. Konstancyi należała rejencya w czasie małoletniości syna; nie chcąc jej dopuścić, Eleonora namawia syna, aby tron opanował. Artiurowi pozostało tylko księstwo Bretanii. Matka jego, broniąc praw syna, udała się z prośbą o pomoc do Filipa Augusta, króla Francyi, a ten zgodził się bronić praw jego, z warunkiem, aby mu z francuskich swych krajów był hołdownikiem.
Po ośmiomiesięcznej wojnie, król Francyi zdobył kraje należące Artiurowi, ale wskutek układu w roku 1200 odstąpił je Janowi pod warunkiem, że po śmierci jego do Francyi zostaną wcielone. Układ ten ukrzepiono małżeństwem między synem króla Francyi, a siostrzenicą króla Jana, Blanką.
Śmierć Konstancyi, matki Artiura, zdawała się układy te i wydziedziczenie czynić nieodwołalnem. Eleonora tryumfowała. Tymczasem wybuchła druga wojna między Filipem Augustem a Janem, o Izabellę Angoulemską, porwaną mężowi jej i zaślubioną przez niego. Filip król Francyi, podniósł więc sprawę Artiura, naówczas piętnastoletniego i już czynnego w tej wojnie. Artiur dostał się w ręce stryja, wzięty w niewolę pod Mirebeau.
Naglony przez niego, aby się wyrzekł praw swych do korony, Artiur odparł dumnie dopominając się o nie. Osadzony w więzieniu w Falaise, pod strażą Huberta du Bourg, średniowiecznym obyczajem, miał mieć oczy wypalone; lecz bronił się tak zajadle oprawcom i tak ich poruszył słowami swemi, że Hubert nie targnął się nań, obiecując sobie wyrobić dlań u króla przebaczenie.
Tymczasem rozsiano wiadomość po kraju, że Artiur umarł w więzieniu, co do wściekłości pobudziło Bretończyków, tak, że musiano odwołać tę wieść i zapewnić, że żył i był zdrowym. Król Jan zadowolonym być miał z tego, że jego rozkazów nie spełniono, bo się obawiał pomsty. Artiur wszakże usiłując ujść z więzienia, skoczywszy z murów zamku, w którym był zamknięty, zabił się czy utopił w rzece. Inni utrzymują, że potajemnie, z rozkazu Jana został zabity.
Król Jan więc tryumfował, pozbywszy się współzawodnika; ale w pięć lat później Innocenty III, za wypędzenie arcybiskupa Laugtona, rzuca interdykt na Anglię, wyklina króla i koronę przekazuje Filipowi Augustowi królowi Francyi. Już się gotowano na wyprawę przeciw Anglii, gdy król Jan z całemi siłami wystąpił z rozpaczliwą obroną.
Wśród wojny, ukazuje się tu pustelnik Piotr, przepowiadający, że Jan dobrowolnie złoży koronę; znaki złowrogie zjawiają się na niebie; Jan przerażony upokarza się przed papieżem i królestwo Anglii w hołdzie mu oddaje. Zmienia to usposobienie Innocentego III, który Anglię przyjmuje dla siebie, a odbiera od króla Francyi.
Filip August, nie zważając na to, przedłuża wojnę i zwycięża pod Bouvines. Baronowie angielscy odstępują Jana i tron ofiarują synowi zwycięzcy. Jan uchodząc przed wojskami francuskiemi, ścigany przez pomstę niebios, chroni się do opactwa Swinstead, w hrabstwie Lincoln i tu otruty przez mnicha, w czarze piwa (ale), umiera.
Taką jest treść opowiadania Holinshed’a i pierwszego dramatu; wszystko to, związane w całość, powtarza się w Szekspirze. U niego tylko każda z wprowadzonych postaci nabiera charakteru, barwy i życia.
Cały dramat jest w najściślejszem wyrazu tego znaczeniu ludowym, przeznaczonym do dobitnego działania na umysły; Szekspir nadaje mu dążność moralną i cechę patryotyczną, historya nie jest ściśle zachowana, ale duch jej pochwycony i wcielony; tradycye poszanowane, zużytkowane najdrobniejsze szczegóły, które obrazowi charakteru dodać mogły. Dążność patryotyczna dramatu, pobudzająca do utrzymania niepodległości Anglii od Rzymu i Francyi, przeszła doń z pierwszego utworu biskupa Balla; ale Szekspir uwydatnił ją w kilku ustępach bardzo wyraziście i silnie.
Nie będziemy się zastanawiali nad budową dramatu, dosyć luźną i niespokojną, z epizodów złożoną, i kilku tylko wybitnymi charakterami związaną. Jest ona, z małemi przemiany, dramatem swojego czasu, a raczej na sceny rozbitem opowiadaniem historycznem. Słuszną czyni uwagę Gildemeister, iż Szekspir był zmuszonym osnowę dramatu znanego, popularnego, grywanego wielekroć na scenie, zachować bez zmiany; słuchacze bowiem wymagali tego i niejako dopominali się sytuacyi, które nawykli byli widzieć na scenie. Dlatego w królu Janie pozostał ten naiwny pokrój ludowego, średniowiecznego dramatu, cały i nietknięty. Działające postacie i nadane im przez poetę cechy, głównie zwracają uwagę. Król Jan winienby być najtroskliwiej odmalowanym, poeta jednak wahał się uwydatnić charakter i przedstawił go nie tak ohydnym, jak jego czyny. Zdaje się, iż wspomnienie patryotycznego oporu przeciw Francyi i Rzymowi, może cześć dla tego, który nadał Anglii Magna Charta, wstrzymały od nacechowania króla, występującego w charakterze dosyć nieoznaczonym i zamało dobitnie. Zresztą historya niejako upoważniała poetę. Jan nie miał ani dosyć odwagi do otwartego i jawnego popełnienia zbrodni, ani dosyć stałości, by w złem wytrwał.
Wyraziściej występują inne figury dramatu, a szczególniej raźny, dzielny, ochoczy Faulconbridge, który nadaje życie dramatowi, i z pogardzonego bękarta wybija się swem męstwem i wiernością dla króla, na bohatera. Bohater to nie klasycznych rysów, ale z ciałem i kośćmi Anglik, nie tracący głowy ani humoru w niebezpieczeństwie, mający w pogotowiu i miecz i słowo rżnące. Możnaby powiedzieć, że w sztuce zastępuje, jako ręka prawa, samego króla Jana i wypełnia sobą, czego tamtemu braknie.
Dwa charaktery kobiece, zazdrosnej babki, która przez dumę własnej krwi nie przebacza, i czułej matki, potężnymi, wielkimi rysy są oddane. Niemniej wdzięczną jest postać Blanki Kastylskiej. Prawdziwe współczucie obudza piękny, miły, w kwiecie wieku uśmiechający się do życia, Artiur, szczególniej w znakomitej scenie z oprawcą.
W scenach pojedynczych cała piękność tego dramatu spoczywa, którego budowy nie mógł dotknąć poeta, ale cudownie umiał zużytkować sytuacye dane i podnieść, barwą je krasząc poetyczną.
Nazwaliśmy dramat ten ludowym, chociaż w wieku Szekspira to, co my ludem zowiemy, jeszcze do życia powołanem nie było. Poeta pisał dla tego ludu wybranego, jakim była szlachta, dworacy, wojskowi, to co otaczało tron i nadawało życie stolicy. Jak w innych tak i w tym dramacie odbija się niejako publiczność, dla której pisano, w kolorycie sztuki. Potrzebowała ona patryotycznych aluzyi, chwały angielskiego rycerstwa i oręża, dźwięcznych słów o niepodległości narodu i podnoszenia cnoty a ideału szlacheckiego, który czczono. Młodzież arystokratyczna, zalegająca scenę, stanowiąca kwiat publiki, lubowała się w słowie wykwintnem, w igraszkach wyrazów, w błyskotkach stylu, w tej swego rodzaju tężyźnie, jaką naprzykład Faulconbridge uosabia. Szekspir zmuszonym był często, dla pozyskania sobie względów słuchaczy, narzucać barwy wyszukane i jaskrawe, ale nigdy lekkomyślności ich nie poświęcił moralnej dążności dramatu, która wszędzie góruje i daje klucz do pojęcia ludzkich losów.

Ozdobnik-3kropki2trójkąty.png



OSOBY:

Król Jan.
Książę Henryk, syn jego, później Henryk III.
Artur, książę Bretanii, syn Godfryda, zmarłego księcia Bretanii, starszego brata króla Jana.
Wilhelm Mareshall (Marszal), hrabia Pembroke.
Godfryd Fitz-Peter, hrabia Essex, wielki sędzia Anglii.
Wilhelm Longsword, hrabia Salisbury.
Robert Bigot, hrabia Norfolk.
Hubert de Burgh, szambelan królewski.
Robert Faulconbridge (Fokonbrydż), syn sir Roberta Faulconbridge’a.
Filip Faulconbridge, jego brat przyrodni, syn nieprawy (bękart) króla Ryszarda I.
Jakób Gurney, sługa lady Faulconbridge.
Piotr z Pomfret, prorok.
Filip, król francuski.
Ludwik, delfin.
Arcyksiążę Austryacki.
Kardynał Pandulf, legat papieski.
Melun, par francuski.
Chatillon (Szatilion), poseł francuski do króla Jana.
Eleonora, wdowa króla Henryka II, matka króla Jana.
Konstancya, matka Artura.
Blanka, córka Alfonsa, króla Kastylii, siostrzenica króla Jana.
Lady Faulconbridge, matka Bękarta i Roberta Faulconbridge.

Panowie, Panie, Obywatele miasta Angers, szeryf, heroldowie, oficerowie, żołnierze, posłańcy i inna służba.


KRÓL JAN.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Northampton. Sala w Pałacu.
(Wchodzą: król Jan, królowa Eleonora, Pembroke, Essex, Salisbury i inni lordowie, Chatillon).

Król Jan.  Powiedz, Chatillon, czego żąda Francya?
Chatillon.  Po pozdrowieniach, tak przez moje usta
Król Francyi mówi do pożyczanego,
Pożyczanego majestatu Anglii.
Eleonora.  Pożyczanego majestatu Anglii!
Dziwny początek.
Król Jan.  Cicho, dobra matko.
Słuchaj poselstwa.
Chatillon.  Filip, król francuski,
W imię prawego dziedzica Artura
Plantageneta, a syna Godfryda,
Twojego brata, domaga się zwrotu
Tej pięknej wyspy i ziem jej uległych,
Irlandyi, Anjou, Touraine, Maine, Poitiers;
Wzywa cię razem, abyś miecz odpasał,
Którym tytułów bronisz przywłaszczonych,
Oddał go w ręce twojego synowca,
Prawego króla, młodego Artura.
Król Jan.  A co, jeżeli odrzucę wezwanie?
Chatillon.  Surowy przymus strasznej, krwawej wojny
Do szanowania praw dziś przywłaszczonych.
Król Jan.  Wojna za wojnę, krew za krew, i przymus
Za przymus: oto moja jest odpowiedź.

Chatillon.  Więc króla mego z mych ust przyjm wyzwanie.
Na tem się kończy moje tu poselstwo.
Król Jan.  Ponieś mu moje, i wracaj w pokoju.
Jak błyskawica bądź dla oczów Francyi,
Bo nim zapowiesz moją tam wyprawę;
O mem przybyciu mych dział grzmot wam powie.
Wracaj więc, trąbą naszego bądź gniewu,
Bądź smutnym waszej zagłady heroldem!
Straż mu uczciwą dajcie; ty, Pembroku,
Dopatrz tej sprawy. Bądź nam zdrów, Chatillon.

(Wychodzą Chatillon i Pembroke).

Eleonora.  Widzisz, mój synu, wszak przepowiedziałam,
Że ta ambitna nie spocznie Konstancya,
Aż króla Francyi, świat podburzy cały
Do popierania praw swojego syna.
Nie trudno było wszystkiemu zaradzić
Słowem miłości w porę wymówionem.
Dziś miecz dać musi krwawe rozwiązanie,
Gdy dwa królestwa podjęły tę sprawę.
Król Jan.  Przy nas jest prawo i moc posiadania.
Eleonora.  Moc posiadania więcej niźli prawo;
Bez niej, mój synu, biada mnie i tobie!
To ci sumienie me szepce do ucha,
Gdy nikt prócz ciebie i Boga nie słucha.

(Wchodzi Szeryf hrabstwa Northampton i rozmawia po cichu z Essexem).

Essex.  Spór najdziwniejszy, o jakim słyszałem,
Twojego sądu domaga się, panie.
Czy każesz strony przywołać?
Król Jan.  Niech wejdą.

(Wychodzi Szeryf).

Opactwa nasze i nasze przeorstwa
Wszystkie wyprawy tej zapłacą koszta.

(Wchodzi Szeryf z Robertem Faulconbridge i jego bratem z nieprawego łoża).

Kto wy jesteście?
Bękart.  Wierny ci poddany,
Ja, urodzony w tem hrabstwie Northampton,
Jestem szlachcicem, ile mogę sądzić,

Najstarszym synem Roberta Faulconbridge,
A na rycerza w bitwie pasowanym
Króla Ryszarda Lwiego Serca ręką.
Król Jan.  A ty kto jesteś?
Robert.  Synem i dziedzicem
Tego samego Faulconbridge’a.
Król Jan.  Ten starszym bratem, a tyś jest dziedzicem?
A więc nie jedna rodziła was matka?
Bękart.  Potężny królu, jedna, niewątpliwie,
I ojca mamy jednego, jak myślę.
Ale w tej sprawie całą wykryć prawdę
Bóg tylko jeden z matką moją może;
Ja, jak i wszyscy śmiertelnych synowie,
Mam wątpliwości.
Eleonora.  Człowieku bez wstydu!
Powątpiewaniem matki krzywdzisz honor.
Bękart.  Ja? Żadnych nie mam do tego powodów.
To przypuszczenie mojego jest brata,
I byle zdołał sądownie go dowieść,
Zdmuchnie mi jakie pięćset funtów rocznie.
Niech Bóg ratuje honor mojej matki
I moją ziemię!
Król Jan.  Mówi bez ogródek.
Czemu, choć młodszy, zabrać chce dziedzictwo?
Bękart.  Nie wiem; zapewne żeby zabrać ziemię,
Pewnego razu nazwał mnie bękartem.
Czylim tak prawnie jak on na świat przyszedł,
Wolę mej matce zostawić odpowiedź;
Lecz czym tak dobrze jak on ulepiony,
(Pokój tym kościom, których to jest sprawą!)
Nasze porównaj twarze i bądź sędzią.
Jeśli sir Robert jest obu nas ojcem,
A ten syn ojcu swemu jest podobny,
Dzięki ci, Boże, na kolanach składam,
Że nic mojego ojca nie posiadam.
Król Jan.  Takiegoż Bóg nam nasłał postrzeleńca?
Eleonora.  Ma w rysach twarzy ślady Lwiego Serca,
I w mowie swojej głosu jego dźwięki.

Czy i ty w silnej człowieka budowie
Nie wyczytujesz znamion mego syna?
Król Jan.  Bacznie zmierzyłem wszystkie jego członki:
To żywy Ryszard. Dla jakich powodów
Z bratem się twoim o dziedzictwo spierasz?
Bękart.  Gdy ojca mego pół tylko ma twarzy,
Za tę pół twarzy chce wziąć całą ziemię:
Za pół szeląga pięćset funtów rocznie!
Robert.  Łaskawy królu, kiedy żył mój ojciec,
Twój brat do częstych używał go posług.
Bękart.  Do mojej ziemi praw ci to nie daje.
Powiedz nam raczej, do czego mej matki
Ryszard używał.
Robert.  Raz w ważnej go sprawie
Do niemieckiego wyprawił cesarza,
A przez ciąg cały poselstwa zamieszkał
Na jego zamku. Wstyd mi jest powiedzieć,
Jak tryumfował w swojem przedsięwzięciu;
Lecz prawda prawdą; i morza i lądy
Ojca od mojej rozdzielały matki,
(Jak nieraz z ojca mego ust słyszałem)
Gdy był poczęty dziarski ten jegomość.
Mnie testamentem wszystkie swoje ziemie
Ojciec przekazał i przysiągł konając,
Że syn mej matki synem jego nie był,
Albo inaczej na światby ten przyszedł
Za wcześnie całe czternaście tygodni.
Daj mi więc, panie, co mi się należy:
Ojcowską ziemię po ojcowskiej woli.
Król Jan.  Twój brat jest prawnie urodzonym synem;
Po ślubie matka twoja go powiła,
Jej było winą, jeśli w tem był figiel;
Każdego męża, co pojmuje żonę,
Równy przypadek łatwo może spotkać.
Przypuść, że brat mój, który jak powiadasz,
Nad tego syna poczęciem pracował,
Chciałby go ojcu jak swojego zabrać.
Twój ojciec miałby prawo go zatrzymać,

Jak cielę z swojej urodzone krowy,
Prawo zupełne. Chociażby go spłodził,
Brat go mój nie mógł jak swojego zabrać;
Twój go też ojciec nie może odrzucić,
Choć nie jest jego. Stąd wywodzę wniosek:
Brat mój dziedzica ojcu twemu spłodził,
A dziedzic ojca — ojca weźmie ziemię.
Robert.  Jak to? „Więc ojca wola nie ma mocy
Nie swego syna z dóbr swych wydziedziczyć?
Bękart.  Nie więcej, myślę, z dóbr mnie wydziedziczyć
Niźli jej miała, ażeby mnie począć.
Eleonora.  Co chcesz? Wybieraj: zostać Faulconbridgem,
Podobnym bratu ziemi posiadaczem,
Czy też bez piędzi ziemi panem siebie,
Uznanym przez nas synem Lwiego Serca?
Bękart.  Gdyby miał postać moją brat mój, pani,
A ja miał jego, postać sir Roberta,
Gdybym miał takie nogi, dwa badyle,
Gdybym wypchane dwie skóry węgorze
Zamiast rąk nosił, tak chude oblicze,
Żebym za ucho róży nie śmiał zatknąć,
By kto nie krzyknął: „Patrzcie, trzy farthingi!“[2]
Gdybym miał całą Anglię z tą figurą,
Bodajem z togo nie ruszył się miejsca.
Jeślibym całej nie dał za twarz moją;
Bo za nic nie chcę zostać sir Głowaczem.
Eleonora.  Lubię cię. Chceszże zrzec się swej fortuny,
Oddać mu ziemie, w moim pójść orszaku?
Bękart.  Jestem żołnierzem i do Francyi śpieszę.
Bracie, weź ziemie, ja biorę mój hazard.
Prawda, twarz twoja pięćset funtów da ci,
Lecz kto ci za nią pięć da groszy, straci.
Za tobą, pani, choćby na śmierć pójdę.
Eleonora.  Ja wolę, żebyś przede mną tam poszedł.
Bękart.  Grzeczność ustąpić każe kroku wyższym.

Król Jan.  Jak się nazywasz?
Król Jan.  Filip byłem chrzczony,
Filip, syn starszy sir Roberta żony.
Król Jan.  Weź tego imię, któregoś obrazem.
Klęknij, Filipie, ale powstań większym,
Wstań sir Ryszardem i Plantagenetem.
Król Jan.  Daj mi dłoń, bracie po matce kochany,
Mnie ojciec honor, tobie twój dał łany.
Błogosławiony dzień ten i godzina,
Gdy nieobecny Robert spłodził syna.
Eleonora.  Plantagenetów jak żywy to obraz!
Babką, mnie odtąd nazywaj, Ryszardzie.
Bękart.  Babką z przypadku, ale i cóż z tego?
Nie całkiem prostą, bitą prawa drogą,
Tylko przez okno zamiast przez podwoje.
W nocy wędrują ci co w dzień nie mogą;
Jak bądź złapałeś, co złapałeś, twoje.
Każdy strzał dobry, byle celu dobił:
Jestem kim jestem, mniejsza kto mnie zrobił.
Król Jan.  Idź, Faulconbridgeu, proces twój wygrany,
Rycerz bez ziemi oddaje ci łany.
Matko, Ryszardzie, i nas sprawa nagli,
Dalej, bez zwłoki, do Francyi, do żagli!
Bękart.  Bądź zdrów! bodajeś zawrze był szczęśliwym,
Boś na świat traktem przyjechał uczciwym.

(Wychodzą wszyscy prócz Bękarta).

Wyżej niż przody honorem o stopę,
Niżej niż przody o kilka stóp ziemi.
Dziś mogę zrobić panią lada Kaśkę.
Ktoś mówi: „Dobry wieczór, sir Ryszardzie!“
— „Dziękuję aści“. — A jeśli, na przykład,
Zowię się Jerzy, ja go nazwę Piotrem,
Bo nowy honor nazwisk zapomina.
Byłoby nazbyt grzecznie, zbyt uprzejmie,
Śród takiej zmiany nazwiska pamiętać.
Gość przybył jakiś; więc go z dłubizębem
Proszę do mego dostojnego stołu,
A gdy rycerski mój napcham żołądek,

Ssąc sobie zęby, do mego fircyka
W ten mówię sposób: — „Mości dobrodzieju,
(Przody wygodnie opierając łokcie)
Chciałbym zapytać...“ — tu kładę pytanie.
Za niem odpowiedź, jakby z katechizmu:
„O panie, jestem na twoje rozkazy,
Bo jestem twoim uniżonym sługą“.
— „Nie, mości panie, jam jest raczej twoim“.
I znów odpowiedź nim przyszło pytanie;
Komplementami przecina rozmowę,
Prawi o Alpach i o Apeninach,
O Pireneach i o rzece Padzie,
Aż i wieczerzy nadeszła godzina.
To ja nazywam dobrem towarzystwem,
Wysokolotnej duszy mojej godnem,
A ten jest tylko bękartem swych czasów,
(Którym ja wiecznie chcąc nie chcąc zostanę),
Który nie idzie za swych czasów modą,
Nie tylko w ruchach i przyzwyczajeniach,
W zewnętrznych formach i kroju odzienia,
Lecz z głębi serca nie jest sączyć zdolny
Słodkiej dla zębów obecnego czasu
Trucizny kłamstwa. Chcę się jej nauczyć,
Nie żeby zwodzić, lecz ujść oszukaństwa,
Co mnie na szczeblach drabiny tej czeka,
Po której myślę drapać się do góry. —
Cóż to za pani w podróżnej odzieży
Tak śpiesznie pędzi? Czyliż nie ma męża,
Któryby przed nią w róg podjął się dmuchać.

(Wchodzą: Lady Faulconbridge i Jakób Gurney).

To moja matka! — Cóż to, dobra pani,
Z takim pośpiechem na dwór cię sprowadza?
Lady Faul.  Gdzie ten niewolnik, powiedz, gdzie jest brat twój,
Co na mój honor zażarcie poluje?
Bękart.  Syn sir Roberta starego, brat Robert?
Potężny człowiek, drugi olbrzym Kolbrand?
Więc tak za synem sir Roberta gonisz?
Lady Faul.  Syn sir Roberta! ha, dziecko wyrodne,

Syn sir Roberta! skąd ci to szyderstwo?
Toć i ty jesteś synem sir Roberta.
Bękart.  Zostaw nas samych na chwilę, Gurneju.
Gurney.  Chętnie, Filipie.
Bękart.  Filipie? więc wróblu.[3]
Mam ja nowiny — ale później o tem.

(Wychodzi Gurney).

Pani, nie byłem sir Roberta synem.
Sir Robert mógłby spożyć w wielki piątek,
Nie łamiąc postu, co jest jego we mnie.
Sir Robert, prawda, niezgorszym był majstrem;
Mógłże mnie spłodzić? Nie, sir Robert nie mógł;
Znam jego towar; a więc, dobra matko,
Komu za członki moje mam dziękować?
Bo majstrem nogi tej nie był sir Robert.
Lady Faul.  Czy i ty z bratem swoim się sprzysiągłeś,
Gdy ci honoru mego bronić każe
Własny interes? Wszystkie te szyderstwa
Co mają znaczyć, bezczelny hultaju?
Bękart.  Rycerzem, matko, jak sir Basilisco,[4]
(Jeszcze ból czuję) byłem pasowany.
Ale nie jestem sir Roberta synem.
Ja sir Roberta i ziemi się zrzekłem:
Prawość, nazwisko, wszystko z dymem poszło.
Więc, dobra matko, daj mi poznać ojca:
Coś uczciwego, nie prawda? Kto, matko?
Lady Faul.  Więc Faulconbridgeów zrzekłeś się nazwiska?
Bękart.  Tak szczerze, jak się wyrzekam szatana.
Lady Faul.  Słuchaj, twym ojcem był Ryszard Lwie Serce.
Długich nalegań zwyciężoną siłą,
Dałam mu miejsce w łożu mego męża.
Ty mnie przynajmniej o grzech nie skarż, drogi,
Któremu swoje winien jesteś życie.
Bękart.  Gdybym raz drugi miał rodzić się, matko,

Wierzaj, lepszego nie pragnąłbym ojca.
Są grzechy, którym świat łatwo przebacza;
Takim jest grzech twój; błąd nie był szaleństwem.
Musiałaś serce swoje oddać temu,
(Jak hołd należny miłości poddanki),
Z którego gniewem, siłą niezrównaną
Mierzyć się nie mógł lew nieustraszony,
Nie mógł obronić królewskiego serca
Od jego ręki. Kto lwa serce wydarł,
Łatwo mógł zabrać i kobiety serce.
Za mego ojca dziękuję ci, matko;
A kto pomówi o grzech cię w tej sprawie,
Własną go ręką do piekła wyprawię.
Teraz cię mojej przedstawię rodzinie;
Tam ci powiedzą, że w onej godzinie
Byłoby grzechem rzec „nie“ Ryszardowi:
Wierutnie kłamie, kto inaczej powie. (Wychodzą).




AKT DRUGI.
SCENA I.
Pod murami Angers.
(Wchodzą: z jednej strony Arcyksiążę Austryi, z drugiej Filip, król Francyi; obadwaj na czele armii; Ludwik; Konstancya, Artur, Orszak).

Ludwik.  Witaj nam, książę, pod murami Angers!
Ryszard, co serce lwa swą dłonią wyrwał,
Twojego tronu poprzednik, Arturze,
Świętego boju żołnierz w Palestynie,
Skonał przedwcześnie sprawą tego księcia;
By złe naprawić choć w jego potomstwie,
Przybywa książę na me nalegania,
By w twej obronie chorągiew rozwinąć,
A wyrodnego stryja przywłaszczenia

Skarcić surowo. Kochaj go, Arturze,
Pocałowaniem śród nas go powitaj.
Artur.  Śmierć Lwiego Serca Pan Bóg ci przebaczy,
Gdy dziś potomstwu jego życie dajesz,
Wojny twej skrzydłem prawa jego słonisz.
Witam cię, książę, bezsilną prawicą,
Ale miłości czystej pełnem sercem.
Witaj nam, książę, pod murami Angers!
Ludwik.  Szlachetne dziecię, któżby cię nie bronił?
Ks. Austr.  Ten pocałunek niech będzie pieczęcią
Mojej przysięgi, że do mej ojczyzny
Nie wrócę przódy, aż to miasto Angers,
Wszystkie francuskie twoje posiadłości,
I tamte blade, tamte białe brzegi,
Odpychające ryczących fal wściekłość,
Swoich wyspiarzy dzielące od świata,
Póki ta Anglia morzem okolona,
Twierdza, wodnistym otoczona murem,
Od wszystkich obcych bezpieczna zamachów,
Póki ostatni ten zachodu cypel
Swoim cię królem i panem nie uzna, —
Póty nie złożę broni, piękne dziecię,
I nie pomyślę póty o powrocie.
Konstanc.  O przyjmij matki, przyjmij wdowy dzięki,
Nim dłoń twa silna powróci mu siły,
By ci sam lepiej miłość twą zapłacił!
Ks. Austr.  Niebieski pokój tych czeka, co oręż
W tak świętej sprawy podnoszą obronie.
Król Filip.  A więc do czynu! Dział obróćmy paszcze
Na mury tego upornego miasta.
Niech najbieglejsi naszej armii męże
Najkorzystniejsze wskażą stanowiska;
Zostawim kości nasze na tem polu,
We krwi francuskiej do rynku przebrodzim,
Lecz miasto dziecku temu powrócimy.
Konstan.  Czekajmy jeszcze na powrót poselstwa,
By nierozważnie szabli krwią nie broczyć.
Chatillon może przyniesie z pokojem

Prawa, o które chcemy wojnę toczyć,
Wtedyby gorzko przyszło nam opłakać
Krwi każdej kropli daremnie wylanej.

(Wchodzi Chatillon).

Król Filip.  Cud, pani; spojrzyj! Na twoje żądanie
Wraca Chatillon, poseł nasz do Anglii.
Jaką nam z Anglii przynosisz odpowiedź?
Mów, niecierpliwie słów twoich czekamy.
Chatillon.  A więc porzućcie liche oblężenie,
Do spraw ważniejszych zwróćcie wasze myśli.
Jan wasze słuszne odpycha żądania,
Siły gromadzi; przeciwne mi wiatry
Tak mnie spóźniły, że jego zastępy
Do brzegów naszych wraz ze mną przybiły.
Na czele hufców liczbą ośmielonych
Ku miastu temu ciągnie bez oporu.
Z nim matka jego, jak piekielna furya,
Do krwi i mordów słowem go podżega.
W jej towarzystwie jest bękart Ryszarda,
I synowicą jej Blanka z Hiszpanii,
I wszystkie głowy narodu gorące,
Tłumy ognistych, śmiałych ochotników,
Z obliczem dziewic, ale smoków sercem.
Przedali w Anglii swoje ojcowizny,
Z dumą na grzbietach całe niosąc mienie,
Śpieszą nowego szukać tutaj szczęścia.
Nigdy dzielniejszych wybór wojowników
Nie przebył morza na angielskich nawach,
By nieść pożogę ziemiom chrześcijańskim.

(Słychać bębny w odległości).

Odgłos ich bębnów nie daje mi kończyć:
Przychodzą szukać układów lub wojny;
Bądźmy gotowi.
Król Filip.  Jak niespodziewana
Ta ich wyprawa!
Ks. Austr.  Im niespodziewańsza,
Tym większych od nas wymaga wysileń,
Bo męstwo rośnie z niebezpieczeństwami.

Niech więc przybędą; jesteśmy gotowi.

(Wchodzą: Król Jan, Eleonora, Blanka, Bękart, Pembroke i wojsko)

Król Jan.  Pokój Francuzom, jeśli nam w pokoju
Do dziedzicznego wkroczyć dadzą miasta;
Gdy opór stawią, niech krew płynie Francyi,
A słodki pokój do nieba uleci,
Gdy my, bicz boży, skarcimy ich dumę,
Wyganiającą boży pokój z ziemi.
Król Filip.  Pokój Anglikom, jeżeli Anglicy
Wrócą do Anglii, by tam żyć w pokoju.
Kochamy Anglię, dla miłości Anglii
Pod ciężkim hełmem pot skronie nam wilży.
Nasze mozoły twoją były rzeczą,
Lecz miłość Anglii tak obcą twej duszy,
Żeś jej prawego wydziedziczył króla,
Przeciął nić tronu prawego następstwa,
Pokrzywdził króla-dziecię i pogwałcił
Dziewiczą cnotę monarszej korony.
Spójrz na ten brata twego wizerunek,
Oczy te, czoło, na kształt jego lane;
W tym małym wszystko odżyło obrazku,
Co z bratem w wielkich skonało rozmiarach;
Lecz ręka czasu drobny ten rysunek
Zwolna podniesie do wielkiego wzoru.
Wszak twoim starszym bratem był ten Godfryd,
A to syn jego; Anglia na Godfryda
Spadała prawnie; wedle ustaw bożych,
Godfryda prawa na syna przechodzą.
Skądże do króla przyszedłeś tytułu,
Gdy jeszcze tętni krew żywa w tych skroniach,
Którym należną wydarłeś koronę?
Król Jan.  Kto Francyi wielkie dał upoważnienie
Kłaść mi pytania, odpowiedzi żądać?
Król Filip.  Ten Sędzia, który do monarchów duszy
Szle myśl cnotliwą bacznem okiem czuwać
Nad pokrzywdzonem i zgwałconem prawem.
On nad tem dzieckiem zwierzył mi opiekę,
Z Jego rozkazu o zbrodnię cię skarżę;

Z Jego pomocą skarcić ją zamierzam.
Król Jan.  Chcesz sobie władzę nieprawną przywłaszczyć.
Król Filip.  Przywłaściciela chcę tylko obalić.
Eleonora.  Kogoż to, Francyo, zwiesz przywłaścicielem?
Konstan.  (Do Filipa) Pozwól mi odrzec, królu. Twego syna.
Eleonora.  Swego bękarta chcesz ukoronować,
Nad światem w jego zawładnąć imieniu.
Konstan.  Tak byłam wierną twojemu synowi,
Jak jego ojcu ty byłaś; to dziecię
Ojca Godfryda podobniejsze rysom,
Niźli Jan twoim, choć duszą podobny,
Jak deszcz jest wodzie, jak dyabeł swej maci.
Syn mój bękartem! Nigdy jego ojciec,
Bóg widzi, nie był uczciwiej poczęty,
Być nie mógł: wszakże byłaś jego matką.
Eleonora.  Dobrą masz matkę; ojca twego kala.
Konstan.  Dobrą masz babkę; chce ciebie pokalać.
Ks. Austr.  Zgoda i pokój!
Bękart.  Słuchajcie woźnego.
Ks. Austr.  Cóż to za dyabeł?
Bękart.  Dyabeł, co cię porwie,
Byle samego z twą cię potkał skórą.
Bo zając z ciebie, co, jak bajka uczy,
Przyszedł zdechłego lwa za brodę targać.
Ja ci tę skórę przysmalę, licz na to,
Bylem cię złapał; miej się na baczności.
Blanka.  Pięknie lwią skórę nieść temu przystało,
Co lwa z niej odrzeć odważył się śmiało.
Bękart.  Tak łup ten jego przystoi grzbietowi,
Jak nogom osła sandały Alcyda.
Ten ciężar z grzbietu zdejmie ci to ramię,
Lub nowy doda, który ci go złamie.
Ks. Austr.  Cóż to za junak, co nas przyszedł głuszyć
Słów niepotrzebnych wrzaskliwym potokiem? —
Królu, Ludwiku, słucham waszych żądań.
Ludwik.  Skończcie te spory, kobiety i błazny.
Treść naszych żądań ta jest, królu Janie:
Prawem Artura domagam się zwrotu

Anglii, Iriandyi, Anjou, Maine i Touraine;
Czy chcesz je zwrócić? czy chcesz złożyć oręż?
Król Jan.  Raczej me życie. Wyzywam cię, Francyo!
Sam się, Arturze, w moje oddaj ręce,
A zyskasz więcej od mojej miłości,
Niż dłoń tchórzliwa Francyi może podbić.
Poddaj się, chłopcze.
Eleonora.  Wróć do swojej babki.
Konstan.  O tak jest, dziecię, wróć do swojej babki,
Daj jej koronę, a babka ci twoja
Da za królestwo śliwkę, wiśnię, figę;
Ach, dobra babka!
Artur.  O skończ, droga matko!
Ach, czemuż w cichym grobie nie spoczywam!
Nie godnym sporów, które wywołałem.
Eleonora.  Matki się wstydzi biedny chłopiec, płacze.
Konstan.  Czy się jej wstydzi czy nie, hańba tobie!
O, nie wstyd matki, ale babki srogość
Z biednych ócz jego perły te wyciska,
Które do nieba wołają o pomstę.
Niebo je przyjmie jak czystą ofiarę,
I tym z kryształów kupione różańcem,
Kaźń sprawiedliwą na głowę twą zeszle.
Eleonora.  Nieba i ziemi hydna potwarczyni!
Konstan.  Nieba i ziemi hydna krzywdzicielko,
Próżno mi dajesz potwarczyni miano,
Bo ty i syn twój grzesznie przywłaszczacie
Pokrzywdzonego chłopięcia koronę,
Prawa i ziemie. Czyż dziecię to nie jest
Twojego syna najstarszego synem?
W tobie jedynie jego jest nieszczęście,
Na biednem dziecku Bóg twe karci grzechy;
Na niego spadła surowość zakonu,
Bo w drugiem tylko idzie pokoleniu
Od twego łona grzechem skalanego.
Król Jan.  Skończ, skończ, szalona!
Konstan.  Jedno jeszcze słowo.
To nie dość, że jest za grzech jej chłostany,

Lecz ją i grzech jej Bóg na chłostę wybrał
Tego potomka za nią chłostanego,
A przez jej chłostę, przez jej grzech jedynie.
Jego przestępstwa jej są przestępstwami,
A siepaczami pomsty za jej grzechy.
Na biedne dziecię cała kara spada,
A wszystko za nią; niechaj marnie zginie!
Eleonora.  Świegotko, mogę testament pokazać,
Który twojego syna znosi prawa.
Konstan.  Kto o tem wątpi? Zbrodniczy testament,
Zgangrenowanej babki grzeszne dzieło.
Król Filip.  Skończ, pani, albo miarkuj twoje słowa,
Bo nie przystoi naszą obecnością
Podobnym sporom dodawać otuchy.
Niech teraz trąba przywoła mieszkańców
Na mury Angers, niechaj nam powiedzą,
Kogo uznają: Artura czy Jana?

(Odgłos trąby. Pokazują się mieszkańcy na murach Angers).

Obywatel.  Na mury miasta kto nas przywołuje?
Król Filip.  Francya za Anglią.
Król Jan.  A Anglia za siebie.
Mieszkańcy Angers, wierni nam poddani...
Król Filip.  Ja to was, wierni poddani Artura,
Do przyjacielskiej wyzwałem rozmowy.
Król Jan.  Mnie przód słuchajcie dla waszego dobra.
Sztandar francuski, który tu powiewa
Pod waszem okiem, pod murami miasta,
Tylko na zgubę przyciągnął tu waszą.
Dział tych wnętrzności pełne są piorunów;
Już są gotowe na wasze okopy
Zionąć żelazne swoje oburzenie;
Już oblężenia krwawego przybory,
I cała srogość mściwości francuskiej
Przez bram szczeliny patrzą miastu w oczy.
Bez nas już murów tych śpiące kamienie,
Co bezpieczeństwa ściskają was pasem,
Jużby ze swego wapiennego łoża
Wypadły gromem dział tych postrącane,

I otworzyły na zemsty gościniec
Szeroki wyłom dla wojsk rozjuszonych.
Ja, król wasz prawy, z niemałym mozołem
Spieszną wam odsiecz pod mury przywodzę,
Od draśnień bronić lica waszych murów.
I patrzcie, Francuz rokowania żąda,
Ciska wam, zamiast kul w ogień owitych,
Co miały febrą mury wasze wstrząsnąć,
Słówka pokoju w kłąb dymu zawite,
By błąd zdradziecki do uszu wam wcisnąć.
Dajcie mu przeto zasłużoną wiarę,
Dajcie nam przystęp. Wasz król, dobrzy ludzie,
Długich pochodów wycieńczony znojem,
W waszych się murach domaga spoczynku.
Król Filip.  Nim odpowiecie, słuchajcie mnie przody.
Patrzcie, prawicą moją trzymam dziecko,
Którego świętych praw przysiągłem bronić,
Plantageneta młodego, on synem
Starszego brata tego tu człowieka,
I królem jego i ziem, które dzierży.
Za te zdeptane prawa, na wojsk czele,
Depcemy dzisiaj łąk waszych zieloność.
My wrogiem waszym o tyle jesteśmy,
O ile święta gorliwość nas zmusza
W obronie tego skrzywdzonego dziecka.
Oddajcie służby komu przynależy,
Waszemu panu, młodemu książęciu,
A nasz miecz, niedźwiedź jak okagańczony,
Tylko pozorną objawi wam groźbę.
Mych dział złośliwość wyczerpie się cała
Na chmury nieba ze swych ran szydzące.
Z nieposiekaną szablą i przyłbicą
Poniesiem chętnie wrzącą krew do domów,
Którąśmy przyszli mury te pokropić.
Odchodząc, w świętym zostawim pokoju
Was, żony wasze, wasze niemowlęta.
Jeśli ofiary moje odrzucicie,
Tych starych murów spróchniałe kamienie

Nie zasłonią was przed posłami wojny,
Choćby te wszystkie angielskie zastępy
W ich twardem kole z wami się zamknęły.
Czy chcecie teraz uznać mnie za pana
W imieniu króla waszego, Artura,
Lub czy mam gniewu mego hasło wydać,
I w krwi potokach praw moich dochodzić?
Obywatel.  Jesteśmy króla Anglii poddanymi,
Dla króla Anglii murów tych strzeżemy.
Król Jan.  Więc go uznajcie, otwórzcie mi bramy.
Obywatel.  To być nie może. Nasz hołd się należy
Temu, co stwierdzi swój królewski tytuł.
Nim to nastąpi, bramy naszych murów
Przed światem całym zatarasujemy.
Król Jan.  Czyliż korona króla nie dowodzi?
Gdy to za mało, na świadków przywodzę
Walecznych mężów trzydzieści tysięcy
Czystej krwi Anglów.
Bękart.  Bękartów i innych.
Król Jan.  Gotowych życiem prawa moje stwierdzić.
Król Filip.  Równi im liczbą i krwi równie czystej...
Bękart.  Między którymi nie brak też bękartów.
Król Filip.  Gotowi jego roszczeniom się oprzeć.
Obywatel.  Nim rozstrzygniecie czyje prawo lepsze,
Murów tych strzeżem dla lepszego prawa.
Król Jan.  Niechże Bóg duszom tym odpuści grzechy,
Które do wiecznej ulecą siedziby,
Nim spadnie rosa na ziemię wieczorna,
W obronie króla naszego królestwa!
Król Filip.  Amen! — Rycerze, do broni! do broni!
Bękart.  O święty Jerzy, coś smoka wychłostał,
I od dnia tego, dosiadłszy mu grzbietu,
Na szyldzie mojej cwałujesz karczmarki,
Jakiego cięcia nowego nas naucz! (Do Księcia Austr.)
Braciszku, gdybym w twej jaskini siedział,
Przy twojej lwicy, do twojej lwiej skóry
Przyszyłbym głowę rogatego zwierza,
W potwór cię zmienił.

W potwór cię zmienił.
Ks. Austr.  Cicho! dość już tego.
Bękart.  Drżyjcie! Czy ryki lwa tego słyszycie?
Król Jan.  Śpieszmy się teraz na wejściu doliny
Nasze do boju pułki uszykować.
Bękart.  Lećmy korzystne zająć stanowisko.
Król Filip.  Idźmy, czas drogi. (Do Ludwika:) Ty staniesz z odwodem
Na tamtem wzgórzu. Bóg i prawo nasze! (wychodzą)

SCENA II.
Pod murami Angers.
(Alarm; utarczki, potem odwrót. Wchodzi Herold francuski z trębaczami i podstępuje pod mury).

Herold fr.  Otwórzcie bramy, Andegaweńczycy,
Przyjmijcie króla waszego, Artura,
Dziś on potężną Francyi dał prawicą
Angielskim matkom gorzkich łez powody,
Siejąc ich synów trupy na tem polu.
Niejednej wdowy jęczącej mąż chwyta
Ziębnącą ręką zakrwawioną ziemię.
Niewielką stratą kupione zwycięstwo
Igra z tańczącym sztandarem Francuzów,
Którzy nadchodzą w tryumfalnym marszu
Ogłosić królem i Anglii i waszym
Młodego księcia Bretanii, Artura.

(Wchodzi Herold angielski z trębaczami).

Her. ang.  Uderzcie w dzwony, Andegaweńczycy,
Jan, wasz i Anglii nadciąga monarcha,
Pan placu boju po krwawych zapasach.
Srebrem błyszczące wojsk jego kirysy,
Krwią pozłacane francuską, wracają.
Ni jedno pióro z angielskiego hełmu
Francuzów lancą nie spadło draśnięte;
W tych samych rękach wracają chorągwie,
Co je do bitwy idąc rozwinęły.
Jak grono strzelców wracają Anglicy
Z pofarbowaną krwią Francuzów dłonią.
Otwórzcie bramy, witajcie zwycięzcę!

I. Obyw.  Z naszych wież szczytu nie trudno nam było
Dwóch armii ścigać atak i odwroty:
Nie przechyliła się zwycięstwa szala.
Cios za cios padał, krew za krew płynęła;
Dłoń dłoni, siła sile się równała.
Równo sprzyjamy równym zapaśnikom;
Póki jednego szala nie przeważy,
Obom strzeżemy miasta, nie żadnemu.

(Wchodzą z jednej strony: król Jan na czele wojska, Eleonora, Blanka i Bękart; z drugiej: król Filip, Ludwik, książę Austryi, wojsko).

Król Jan.  Francyo, czy jeszcze masz co krwi do straty?
Powiedz: czy pragniesz, by naszych praw potok,
Gniewny stawianą przez ciebie zawadą,
Wystąpił z granic rodzinnego łoża,
Twoje sąsiednie zalał nawet brzegi,
Jeśli przeszkodzisz srebrnej jego fali
Do oceanu spokojnie się toczyć?
Król Filip.  W gorącej próbie ni jednej krwi kropli
Mniej od krwi naszej nie wylała Anglia,
Ba! nawet więcej. Na dłoń tę przysięgam,
Władnącą tego klimatu ziemiami,
Nim sprawiedliwie dobytą broń złożym,
Lub cię zwyciężym, lub w poległych liczbę
Jednego więcej króla zapiszemy,
Aby tej wojny dziejom blasku dodać
Śmiercią monarchy wielkiego narodu.
Bękart.  O majestacie, jaką świecisz chwałą,
Gdy gniew zapala krew bogatą królów!
Śmierć teraz stali swą żelazną paszczę,
Szable przemienia w swe kły i pazury,
Ucztuje sobie na trupach poległych
W wątpliwym boju królewskich zatargów.
Czemu zdumieni stoją monarchowie?
Z krzykiem: „Do broni!“ wróćcie na plac krwawy,
Równe potęgą duchy rozognione!
Niech śmierć jednego drugiemu da pokój;
Krew, śmierć i rany niech będą wam hasłem!
Król Jan.  Po czyjej stronie miasta są mieszkańcy?

Król Filip.  Kto królem waszym, Andegaweńczycy?
I. Obyw.  Król Anglii, skoro rozpoznamy króla.
Król Filip.  W nas go uznajcie, praw jego obrońcach.
Król Jan.  W nas, naszych własnych praw przedstawicielu,
W nas, co prowadzim do was osobiście
Waszego pana, jak pana tej ziemi.
I. Obyw.  Silniejsza od nas przeczy temu władza.
Wiedzeni trwogą, w murach zamykamy
Nasze skrupuły, póki naszej trwodze
Król niewątpliwy końca nie położy.
Bękart.  Przez Boga, szydzą z was nędzne mieszczuchy,
Skryci bezpiecznie za murów blankami,
Skąd, jak na scenie, patrzą obojętnie
Na waszych sporów krwawe widowisko.
Radzę wam przeto, potężni królowie,
Jerozolimskim wzorem buntowników,
Na chwilę węzłem przyjaźni się związać
I na te mury wspólny gniew wymierzyć.
Niech działa wasze, po czeluść nabite,
Otoczą miasto od wschodu na zachód,
Aż piorunowym grzmotem w proch zamienią
Kamienne żebra zuchwałego miasta.
Niech deszcz ognisty leje na tych łotrów,
Aż się na gruzach domów rozwalonych
Nagimi jak to powietrze obaczą.
Rozdzielcie potem zjednoczone siły
I pomieszane na chwilę sztandary,
Twarz na twarz, oręż obróćcie na oręż:
Niechaj fortuna wybierze kochanka,
Któremu na swej miłości zadatek
Da w pocałunku chwałę i zwycięstwo.
Jak wam do smaku ta rada, królowie?
Czy nie zaprawna solą polityki?
Król Jan.  Na te niebieskie nad głowami sklepy,
Pochwalam wniosek. Powiedz, Francyi królu,
Czy wspólnie miasto obrócim w perzynę,
Potem rozstrzygniem, kto ma w niem królować?
Bękart.  Jeśli masz w sobie królewskiego ducha.

Przez harde miasto jak my pokrzywdzony,
Jak my, zwróć na nie dział twoich czeluście,
A kiedy cale na proch się rozleci,
Na siebie potem broń obróćcie wściekłą,
Aby zaludnić niebiosa i piekło.
Król Filip.  Niech i tak będzie. Powiedz, gdzie chcesz stanąć?
Król Jan.  My od zachodu ciśniemy zagładę
Na łono miasta.
Ks. Austr.  A ja od północy.
Król Filip.  Nasze pioruny luną od południa
Na harde miasto gradem kul ognistych.
Bękart  na stronie). Z jaką mądrością biorą stanowiska!
Jeden drugiemu kule w oczy ciska.
(Głośno) Trzeba im dodać ducha. Dalej! Naprzód!
I. Obyw.  Raczcie mnie słuchać potężni królowie,
A ja wam pięknej zgody wskażę drogę.
Bez krwi rozlewu podbijcie to miasto,
Wykupcie tłumy te od nagłej śmierci.
Co jak ofiary na plac ten przychodzą.
Wstrzymajcie zapęd, słuchajcie mej rady!
Król Jan.  Więc mów, ochotnych znajdziesz w nas słuchaczów.
I. Obyw.  Hiszpanii córka, Blanka, synowicą
Anglii jest króla; Delfina Ludwika
I tej dziewicy obrachujcie lata;
Jeśli gorąca miłość chce urody,
Któż się pięknością z Blanką może równać?
Jeśli pobożna miłość szuka cnoty,
Gdzie czystszą cnotę niż w Blance odkryje?
Gdy dumna miłość równych szuka związków,
W czyichże żyłach bogatsza krew płynie?
Pięknością, cnotą i świetnością rodu
Równie jest młody Delfin doskonały,
Lub, jeśli nie jest, to stąd, że nią nie jest;
I ona wszystkie ma doskonałości,
Jeżeli nie jest wadą, że nim nie jest.
On jest połową szczęśliwego męża,
Na dopełnienie jej mu tylko braknie
Ona piękności jedną jest połową,

On na dar ślubny przyniesie jej drugą.
Dwa te strumienie srebrne połączone,
Błogosławieństwem brzegów swoich będą.
Dwoma brzegami złączonych strumieni,
Ich opiekuńczą wy będziecie tamą,
Gdy je małżeńskim połączycie ślubem.
Od kul i armat silniejszy ten związek,
Śpieszniej od prochu bramy wam otworzy;
Bez tego związku morze rozdąsane
Mniej od nas głuche, lew mniej nieugięty,
I podwaliny skał mniej niezachwiane,
Śmierć nawet sama mniej wściekła w swym gniewie,
Niż my w obronie murów będziem naszych.
Bękart.  By was zatrzymać, patrzcie, jak z łachmanów
Wytrząsa starej śmierci zgniły kadłub!
A to mi gęba! na raz jeden pluje
Śmiercią, górami, skałami i morzem!
O lwie ryczącym mówi tak spokojnie,
Jak o szczenięciu młode prawi dziewczę!
Cóż to za puszkarz zucha tego spłodził?
Dym, ogień, kule w każdem jego słowie;
Swoim językiem daje bastonadę.
Chłosta nam uszy; każde jego słowo
Cios daje twardszy od francuskiej pięści.
Od czasu, jakem po raz pierwszy nazwał
Ojca mojego brata moim tatą,
Jeszczem słów takiej chłosty nie odebrał.
Eleonora.  Słuchaj go, synu, zwiąż ten zgody węzeł,
Daj synowicy bogatą wyprawę,
Tym bowiem węzłem utwierdzisz na zawsze
Koronę, na twej chwiejącą się głowie,
Zagasisz słońce, na któremby mogła
Potęgi owoc wydać ta latorośl.
Widzę wahanie w oczach króla Francyi;
Widzisz, jak szepczą? Nie trać sposobności,
Póki ich duszą ambitna myśl włada,
By ich gorliwość, roztopiona teraz,
Nie skrzepła znowu pod chłodnym powiewem

Prośby, litości i zgryzot sumienia.
I. Obyw.  Jakie przyjęcie znalazła u królów
Zagrożonego miasta myśl przymierza?
Król Filip.  Pierwszy do miasta przemówiłeś, Anglio,
Bądźże i teraz pierwszy z odpowiedzią.
Król Jan.  Jeżeli Delfin w tej księdze piękności
To słowo: „kocham“, wyczytać jest zdolny,
Godne królowej odbierze z nią wiano.
Anjou, Maine, Touraine, Poitiers, kraj wszystek
Z tej strony morza przez nas posiadany,
(Prócz tego miasta dziś oblężonego)
Na małżeńskiego łoża dam pozłotę,
By równą była najpierwszym księżniczkom
Blaskiem honorów, świetnością tytułów,
Jak im jest równą pięknością i rodem.
Król Filip.  Co mówisz, synu? Spójrz na jej oblicze.
Ludwik.  Patrzę, mój ojcze, i w oku jej widzę
Cud nad cudami, ojcze, cień mój własny,
Cień mój na słońcu! Przysięgam, że jeszcze
Nigdym samego siebie tak nie kochał,
Jak dziś, gdym ujrzał własny wizerunek
Na tle pochlebnem oka jej skreślony.

(Rozmawia po cichu z Blanką).

Bękart.  Na tle pochlebnem oka jej skreślony!
Na gniewnym marszczku brwi jej powieszony,
A ćwiertowany w jej sercu! Sam czuje,
Że miłość zdradził, na kaźń zasługuje.
Szkoda, że chłystek tak sponiewierany
W tak pięknem miejscu wisi ćwiertowany.
Blanka.  Wolą jest moją mego stryja wola:
Jeśli co w tobie widzi po swej myśli,
Przymioty, które do serca mu idą,
Na jego wolę łatwo moją zmieniam,
Lub, żeby myśl mą wyrazić dokładniej,
Do posłuszeństwa łatwo zmuszę serce.
Nie chcę cię zwodzić pochlebstwem, że wszystko
Co widzę w tobie, miłości jest godne,
Ale wyznaję, że nic tam nie widzę,

I najsurowszej myśli nawet sądem,
Coby obudzić mogło wstręt do ciebie.
Król Jan.  Co synowicą moja na to mówi?
Blanka.  Że powinnością jest jej świętą słuchać,
Co w twej mądrości raczysz postanowić.
Król Jan.  Więc mów, Delfinie, czy możesz ją kochać?
Ludwik.  Pytaj mnie raczej, czy mogę nie kochać;
Kocham ją bowiem z wszystkich sił mej duszy.
Król Jan.  Więc ci ją daję, z nią daję w posagu
Pięć ziem: Maine, Touraine, Vexin, Poitiers, Angers,
I srebrnych grzywien trzydzieści tysięcy.
Jeżeli z twoją zgadza się to wolą,
Rozkaż, Filipie, synowi i córce,
By sobie rękę podali wzajemnie.
Król Filip.  Przystaję chętnie. Dajcie sobie rękę.
Ks. Austr.  A z ręką usta, jestem bowiem pewny,
Żem ja tak zrobił w dniu moich zaręczyn.
Król Filip.  Otwórzcie bramy, Andegaweńczycy,
By zgodę przyjąć, co waszem jest dziełem,
Bo ślubny obrzęd, bez najmniejszej zwłoki,
W kaplicy Panny Maryi odprawimy. —
Czy jest w tem kole królowa Konstancya?
Wiem, że jej niema, jej bowiem obecność
Tej zgody wielką byłaby przeszkodą.
Kto wie, niech powie gdzie z swoim jest synem?
Ludwik.  W twoim namiocie, królu, w ciężkim żalu.
Król Filip.  A to przymierze przez nas dziś zawarte
Nie będzie na jej boleści lekarstwem.
Bracie, jak możem wdowę tę pocieszyć?
Przybyłem tutaj, aby praw jej bronić,
A drogą własnej poszedłem korzyści.
Król Jan.  Potrafim jeszcze wszystkiemu zaradzić,
Gdy hrabią Richmond i księciem Bretanii
Oglosim wspólnie syna jej, Artura,
Z dodatkiem tego bogatego miasta.
Niech kto pospieszy, na tę uroczystość
W naszem imieniu zaprosić Konstancyę.
Jeśli nie wszystkie spełnim jej życzenia,

Potrafim chociaż tyle ją ukoić,
Że ją od głośnych wstrzymamy lamentów.
Idźmy, z przepychem, jaki pośpiech zdarzy,
Niespodziewanych dopełnić obrzędów.

(Wychodzą wszyscy prócz Bękarta; obywatele oddalają się z murów).

Bękart.  Zgoda, królowie, świat, wszystko szalone!
Jan, by dziedzictwo zabrać Arturowi.
Część posiadłości chętnie odstępuje;
Filip, któremu zbroję własną ręką
Wdziało sumienie, który miecza dobył,
Jak boży żołnierz, w sprawie pokrzywdzonych,
Dał się uwikłać, gdy mu słowo szepnął
Ten zdań odmieniacz, chytry dyabeł, rajfur,
Który kark skręcał zawsze honorowi,
Łamał przysięgi i ciągnął za sobą
Królów, żebraków, starców i młokosów;
Dziewce, co niema prócz swego dziewictwa
Nic do stracenia, dziewictwo to kradnie
Ten gładkolicy szlachcic: własna korzyść,
Własny interes, ku nim świat się chyli.
Świat ten się kiedyś dobrze równoważył,
Po równym gruncie spokojnie się toczył,
Aż na pochyłość interesu wkroczył.
One to z pierwszej odbiły go drogi,
Przez nią o pierwszym zapomniał swym celu.
Ten to sam rajfur, ten sam wiarołomca,
Interes, zmiennej Francyi olśnił oczy,
Od zamierzonych odwrócił ją celów,
I wojnę w świętej rozpoczętą sprawie
Skończył pokojem zawartym nikczemnie.
Ja sam, dlaczegóż interes tak smagam?
Nie raczył dotąd umizgnąć się do mnie.
Nie ja z pogardą rękę bym mu zamknął,
Gdyby w nią złote swe anioły[5] wciskał;
Ale tej ręki nie pokusił jeszcze.
Jak żebrak przeciw bogaczom powstaję,

I pókim żebrak, będę głośno wołał:
Niema większego nad bogactwa grzechu;
Gdy się zbogacę, cnotą moją będzie
Wołać, że niema grzechu nad żebractwo.
Gdy dla korzyści król słowo fałszuje,
I ja w mem sercu ołtarz jej zbuduję (wychodzi).




AKT TRZECI.
SCENA I.
Namiot króla francuskiego.
(Wchodzą: Konstancya, Artur, Salisbury).

Konstan.  Poszli na gody! poszli pokój przysiądz!
Ze krwią fałszywą, fałszywą krew złączyć!
Ludwik ma Blankę, a Blanka te ziemie?
To być nie może; ty się przesłyszałeś.
Namyśl się, proszę, i rzecz powtórz całą.
To być nie może, to tylko czcze słowa;
Zwodzisz mnie tylko, a twe są wyrazy
Pospolitego tchem marnym człowieka.
Wierzaj mi, człeku, nie mogę ci wierzyć;
Przeciw twym wieściom króla mam przysięgę.
Kara cię czeka, żeś mnie tak przestraszył,
Bo jestem słabą, do strachu pochopną,
Ciężko skrzywdzoną, a więc strachu pełną,
Samotną wdową, więc podległą strachom,
Jestem kobietą zrodzoną do strachu.
Choć wyznasz teraz, że to były żarty,
Nie zdołam ducha mego ukołysać,
I przez dzień cały drżeć będę strwożona.
Dlaczegóż głową tak smutno potrząsasz,
Tak smutno patrzysz na mojego syna?
Dlaczegóż rękę na twem sercu kładziesz?

Co łzy te znaczą, które z twoich źrenic
Płyną jak wzdęty potok ze swych brzegów?
Znakże to smutny słów twych prawdziwości?
Więc powtórz jeszcze, nie całą twą powieść,
Lecz jedno słowo, że powieść jest prawdą.
Salisbury.  Tak jest prawdziwą, jak są fałszywymi
Ci, którzy powieść mą zmienili w prawdę.
Konstan.  Jeśli mnie wierzyć w ten smutek nauczysz,
Naucz zarazem smutek, jak mnie zabić.
Wiara i życie niechaj się spotkają
Jak rozpaczliwych dwóch szermierzy wściekłość,
Co w pierwszem pada spotkaniu i kona.
Ludwik wziął Blankę! O synu, gdzież jesteś?
Zawarty pokój! Cóż się ze mną stanie?
Odejdź! nie mogę znieść twego widoku;
Wieść ta cię robi najszpetniejszym mężem.
Salisbury.  Jakąż ci krzywdę wyrządziłem, pani?
Tylkom powtórzył krzywdę, innych dzieło.
Konstan.  Ta innych krzywda tak mi nienawistna,
Że ten mnie krzywdzi, który o niej mówi.
Artur.  Miarkuj się, matko!
Konstan.  O drogi mój radco,
Gdybyś był szpetny, gdybyś był niekształtny,
Gdybyś na potwarz łona twojej matki
Na twarzy nosił odraźliwe plamy,
Był czarny, głupi, krzywy i koślawy,
Pokryty znamion i brodawek trądem,
Jakby mi łatwo miarkować się było!
Bobym cię wtedy nie kochała, synu,
I tybyś także tronu nie był godny.
Lecz ty tak piękny! Przy twem urodzeniu
Naturze rękę podała Fortuna,
By ci dać wielkość. Przez natury łaskę
Możesz się mierzyć z blaskiem róż i lilij;
Ale Fortuna dała się przekupić,
I dziś z twym stryjem Janem cudzołoży;
Złotą swą ręką nakłoniła Francyę
Podeptać piękną wszechwładztwa powagę,

Króla w rajfura miłostek ich zmienić.
Francya rajfurką Fortuny i Jana!
Złej nierządnicy i przywłaszczyciela!
Krzywoprzysiężcą nie jestże król Francyi?
Zatruj go słowem, lub precz z moich oczu!
Osamotnione zostaw tu boleści,
Które samotnie sama muszę znosić.
Salisbury.  Przebacz mi pani, lecz wedle rozkazów
Nie mogę wrócić do królów bez ciebie.
Konstan.  Możesz i musisz, bo nie pójdę z tobą!
Mą boleść dumy nauczę, bo boleść
Podnosi duszę, chociaż łamie ciało.
Przy mnie, przy smutków moich majestacie
Niech króle staną. Mój smutek tak wielki,
Że jedna tylko wielka może ziemia
Być mi podporą. Tu z mym siadam smutkiem,
Tu mój tron, niechaj królowie się zbliżą,
I przed tym tronem czoła swe uniżą.

(Rzuca się na ziemię).
Wchodzą: król Jan, król Filip, Ludwik, Blanka, Eleonora, Bękart, książę Austryi i służba.

Król Filip.  Dzień, piękna córko, ten błogosławiony
Na zawsze będzie dniem dla Francyi świętym.
Aby go uczcić, jasne w biegu słońce
Staje, przybiera alchimisty rolę,
Przemienia blaskiem jasnego spojrzenia
Garść chudej ziemi na złoto błyszczące.
Gdy w rocznym biegu dzień nam ten powróci,
Zawsze go znajdzie świętem uroczystem.
Konstan.  Dzień znajdzie grzechu nie uroczystości (wstaje).
Co dzień ten zrobił? Czem na to zasłużył,
By go wpisano złotemi głoskami
Do uroczystych epok kalendarza?
O, raczej dzień ten wykreśl z dni tygodnia,
Dzień hańby, krzywdy i krzywoprzysięstwa;
Lub, gdy na swojem zostać musi miejscu,
Niechaj ciężarne modlą się kobiety,
By w dniu tym płód ich światła nie obaczył,

Srogo nie zawiódł wszystkich ich nadziei.
W dniu tym jedynie niech się lęka żeglarz
Rozbicia nawy; niech będą zgwałcone
W dniu tym jedynie zawarte układy.
Wszystko poczęte w dniu tym źle się skończy,
I wierność nawet w czczy fałsz się przemieni!
Król Filip.  Przez Boga, pani, nie znajdziesz powodów
Błogim wypadkom dnia tego złorzeczyć:
Czyż ci nie dałem, pani, mego słowa?
Konstan.  Pozornym blaskiem zwiodłeś mnie korony,
Której probierczy kamień wykrył nicość.
Krzywoprzysięzco, zbrojny tu przybyłeś,
Aby krew moich wylać nieprzyjaciół,
A krwią twą teraz krwi tej wzmacniasz siłę.
Brwi pomarszczone gniewem mściwej wojny
Fałszywy pokój na uśmiech wymuskał;
Przymierze naszą zapłaciłeś krzywdą.
Uzbrój się, Boże, na krzywoprzysięzców!
Usłuchaj wdowy, bądź moim małżonkiem!
Niech bezbożnego dnia tego godziny
Nie skończą biegu w zgodzie; przed zachodem
Rzuć waśnie między dwóch krzywoprzysięzców!
O panie, prośby racz mojej wysłuchać!
Ks. Austr.  Pokój, Konstancyo!
Konstan.  Nie pokój, lecz wojna!
Pokój mi wojną. O Limoges, o Austryo,
Zawstydzasz krwawy ten łup na twych barkach.
Ty niewolniku podły i tchórzliwy,
Mały w odwadze, wielki w nikczemności,
Ty, mocny zawsze po mocniejszej stronie,
Ty się nie bijesz, rycerzu fortuny,
Tylko pod strażą tej kapryśnej pani,
By ci wskazała bezpieczeństwa drogę.
Krzywoprzysięzco, schlebiasz dziś wielkości.
Jak wzgardliwego robisz z siebie błazna!
Wrzeszczałeś, kląłeś, tupałeś nogami
Za moją sprawą; twoje grzmiały słowa
Niby pioruny, nędzny niewolniku.

Czy nie przysiągłeś moim być żołnierzem?
Czy nie wzywałeś, abym się spuściła
Na twoje gwiazdy, fortunę i siły?
A teraz zwiększasz wrogów moich liczbę!
Lwią skórę nosisz! przez wstyd, zrzuć ją z ramion,
Cielęcą skórą podłe okryj członki.
Ks. Austr.  Ha, gdybym słyszał z ust męża te słowa!
Bękart.  Cielęcą skórą podłe okryj członki.
Ks. Austr.  Powtórz te słowa, a zginiesz, nędzniku.
Bękart.  Cielęcą skórą podłe okryj członki.
Król Jan.  Tego nie lubię; zbyt się zapominasz.

(Wchodzi Pandulf).

Król Filip.  Święty papieża przybliża się legat.
Pandulf.  Cześć pomazanym nieba namiestnikom!
Do ciebie, królu Janie, me poselstwo.
Pandulf, kardynał, biskup Medyolanu,
Innocentego papieża tu legat,
W jego imieniu pobożnie cię pytam,
Czemu zuchwale, przeciw Kościołowi,
Tej świętej matce, jawny bunt podniosłeś,
Gdy z Cantorbury wygnałeś przemocą
Arcybiskupa Stefana Langtona?
O to cię w ojca świętego imieniu,
Inocentego papieża, dziś pytam.
Król Jan.  Jakiż to ziemski tytuł daje prawo
Pytać o liczbę niebios pomazańca?
Trudno ci było znaleść, kardynale,
Tytuł śmieszniejszy, lichszy i podlejszy,
Aby mnie badać, niż tytuł papieża.
Powtórz mu słowa te z ust króla Anglii,
A potem dodaj, że nigdy w mych ziemiach
Dziesięcin zbierać ksiądz nie będzie włoski.
Jak sam, po Bogu, jestem tutaj panem,
Tak sam, pod jego potężną zwierzchnością,
Bez żadnej ręki śmiertelnej pomocy
Zachowam dzielnic moich niepodległość.
Powtórz to, nie miej względu na osobę,
Ani na władzę jego przywłaszczoną.

Król Filip.  Bracie Angielski, wyrzekłeś bluźnierstwo.
Król Jan.  Choć ty i wszyscy chrześcijaństwa króle
Chytrego księdza słuchacie w pokorze,
Drżąc przed przekleństwem, które można kupić;
Choć przez zasługę podłego metalu
Popsuty odpust bierzcie od człeka,
Który wam własny swój sprzedaje odpust;
Choć ty i inni skarbów własnych kosztem
Utrzymujecie czary te kuglarskie,
To ja sam opór stawię papieżowi,
Przyjaciół jego za mych trzymam wrogów.
Pandulf.  Więc prawem mojej duchownej powagi
Rzucam na ciebie klątwę, królu Janie.
Błogosławiony każdy twój poddany,
Co bunt podniesie przeciw kacerzowi;
Ta ręka będzie kanonizowaną,
I będzie świętą, która tajną drogą
Twoją obrzydłą z piersi wygna duszę.
Konstan.  O niechże teraz i mnie będzie wolno
Do klątwy Rzymu klątwę mą przyrzucić.
O, dodaj: amen, ojcze kardynale,
Do moich przekleństw! bo bez krzywdy mojej
Kląć go nie może słusznie język żaden.
Pandulf.  Na prawie stoi klątwa moja, pani.
Konstan.  I moja także. Gdzie sprawiedliwości
Prawo nie daje, niechaj będzie prawem,
Że nieprawości dróg nie zamknie prawo.
Prawo nie może synowi dać tronu,
Bo trzyma prawo kto na tronie siedzi;
Skoro więc prawo wielkiem jest bezprawiem,
Jak może prawo przekleństwo me wstrzymać?
Pandulf.  Pod karą klątwy wzywam cię, Filipie,
Odepchnij rękę arcyheretyka,
Na głowę jego podnieś Francyi rękę,
Jeśli przed Rzymem czoła nie uchyli.
Eleonora.  Bledniesz, Filipie? Nie usuwaj ręki.
Konstan.  Daj baczność, dyable; jak się upamięta,
Usunie rękę; jednę stracisz duszę.

Ks. Austr.  Królu Filipie, słuchaj kardynała.
Bękart.  Cielęcą skórą podłe okryj członki.
Ks. Austr.  Dziś twoje słowa chowam do kieszeni,
Bo —
Bękart.  W twej kieszeni najlepsze im gniazdo.
Król Jan.  Kardynałowi co Filip odpowie?
Konstan.  Co? kardynała podda się wyrokom,
Ludwik.  Namyśl się, ojcze; trzeba ci wybierać
Albo pomiędzy ciężką Rzymu klątwą,
Lub lekką stratą przyjaźni angielskiej;
Wybierz mniej groźne.
Blanka.  A więc klątwę Rzymu.
Konstan.  Baczność, Ludwiku, dyabeł cię tu kusi
W oblubienicy młodej pięknym kształcie.
Blanka.  Słów twych, Konstancyo, nie natchnęła wiara,
Ale potrzeba.
Konstan.  Uznając potrzebę,
Która jedynie żyje śmiercią wiary,
Musisz zarazem uznać tę zasadę,
Że wiara z śmiercią potrzeby ożyje.
Zdepcz mą potrzebę, a podniesiesz wiarę
Podnieś potrzebę, a wiarę podepczesz.
Król Jan.  Król milczy; dusza jego w niepewności.
Konstan.  Opuść go, opuść, dobrą daj odpowiedź.
Ks. Austr.  Słuchaj jej, połóż koniec zawieszeniu.
Bękart.  Zwieś mu cielęcą skórę na ramieniu.
Król Filip.  Waham się, nie wiem co mam odpowiedzieć.
Pandulf.  Wahasz się? Mniejszeż twe będzie wahanie,
Jeśli na głowę spadnie twą przekleństwo?
Król Filip.  Wielebny ojcze, staw się na mem miejscu,
I powiedz, cobyś zrobić postanowił.
Przed chwilą dłonie związały się nasze,
Dusz naszych śluby przed chwilą zawarte
Religia świętą stwierdziła przysięgą,
Ostatnie słowa nasze były: wiara,
Pokój i przyjaźń i niezmienna miłość
Naszych królewskich osób i ziem naszych.
Żeby na zgodę podać sobie ręce

Ledwośmy mieli czas ze krwi je omyć,
A Bóg jest świadkiem, że wojna swym pędzlem
Grubą im dala krwi naszej powłokę,
Straszne świadectwo dwóch królestw niezgody.
Mamyż znów ręce, ledwo że omyte,
Ledwo uściskiem miłości związane
Rozdzielić znowu? błogi zerwać pokój?
Z przysięgi szydzić, niebu się urągać?
Jak płoche dzieci przysięgę odprzysiądz?
Na ślubne łoże słodkiego pokoju
Krwawe pchnąć hordy? Na pogodnem czole
Uczciwej zgody burz zawiesić chmury?
O święty ojcze nie wymagaj tego!
W swojej dobroci łaskawszy daj rozkaz,
A wykonamy wszystko chętnem sercem,
Byle się nasza nie zerwała przyjaźń.
Pandulf.  Kształt jest bezkształtny, wszelki ład bezładny,
Jeśli przyjaźni z Anglią nie rozrywa.
Bądź więc rycerzem Kościoła; do broni!
Niech macierzyńskie przekleństwo na syna
Zbuntowanego rzuci matka: Kościół.
Bezpieczniej język wężabyś uchwycił,
Bezpieczniej łapę lwa rozjuszonego,
Bezpieczniej zęby głodnego tygrysa,
Niż rękę, którą w zgodzie teraz trzymasz.
Król Filip.  Dłoń mogę cofnąć, lecz nie mogę wiary.
Pandulf.  Nieprzyjacielem wiary robisz wiarę,
Własny swój język własnego języka.
Dokonaj naprzód co przysiągłeś niebu,
Że będziesz wiernym Kościoła rycerzem;
Coś potem przysiągł, to przeciwko sobie
Przysiągłeś, tego nie możesz dotrzymać,
Bo kto grzesznego dotrzymuje słowa,
Dobrowolnego dopuszcza się grzechu.
Najlepszym czynem jest nie spełnić czynu,
Który spełniony prowadzi do złego,
Jak błądzącego najlepszym uczynkiem
Powtórnie zbłądzić; zboczenie zboczenia

Na prostą drogę wiedzie błądzącego.
Fałsz fałszem leczą, tak jak ogniem ogień,
Gdy krew zewnętrznem studzi się paleniem.
Religia każe wiernym być przysiędze;
Ale ty przeciw religii przysiągłeś;
Gdy przysięgałeś przeciw twej przysiędze,
Przeciw przysiędze ręczyłeś przysięgą.
Przysięgą, którą dałeś nierozważnie,
Krzywoprzysięstwa tylko się wyrzekłeś,
Albo przysięga byłaby szyderstwem.
Dzisiaj przysiągłeś, aby krzywoprzysiądz;
Tem występniejszy, im wierniejszy słowu.
Ślub więc ostatni przeciw pierwszym ślubom,
Przeciw samemu sobie twym jest buntem.
Nie możesz odnieść większego zwycięstwa
Jak zbrojąc cząstkę duszy szlachetniejszą
Przeciw szalonym i grzesznym podszeptom.
Jeśli usłuchasz dobrej mojej rady,
Modlitwy nasze na pomoc ci przyjdą,
Inaczej cały ogrom naszych przekleństw
Spadnie na ciebie z taką gwałtownością,
Że umrzesz pod ich ciężarem w rozpaczy.
Ks. Austr.  To bunt, bunt jawny.
Bękart.  Czy nigdy nie skończysz
Czy ust cielęca nie zamknie ci skóra?
Ludwik.  Ojcze, do broni!
Blanka.  W dniu mego zamęźcia?
Przeciw krwi, z którą dziś się skojarzyłeś?
Trupy świadkami ślubów naszych będą?
Ryczące trąby, bębny łoskotliwe
Będą muzyką naszego wesela?
O mężu, słuchaj! jak w ustach mych nowy
Ten wyraz: mężu! Więc przez to nazwisko,
Dotąd przez język mój nie wymienione,
Na klęczkach błagam nie podnoś oręża
Na mego wuja!
Konstan.  Ja cię także błagam
Na mych kolanach od klęczenia twardych,

Dobry Delfinie, nie zmieniaj przeznaczeń
W niebie pisanych.
Blanka.  Miłości twej dowiedź;
Cóż ci być może świętszego od żony?
Konstan.  To co jest jego, co twoją podporą —
Honor; twój honor, Ludwiku, twój honor!
Ludwik.  Twoja mnie, królu, zadziwia oziębłość,
Kiedy tak ważna sprawa cię naciska.
Pandulf.  Na głowę jego straszną klątwę rzucę.
Król Filip.  Niema potrzeby. Anglio, zrywam z tobą.
Konstan.  Jak piękny powrót wygnanej godności!
Eleonora.  Co za bunt szpetny francuskiej zmienności!
Król Jan.  Chwili tej, Francyo, w chwili pożałujesz.
Bękart.  Jeśli zegarmistrz stary, grabarz łysy,
Czas, tej jest myśli, Francya pożałuje.
Blanka.  Słońce krwią zaszło; bywaj zdrów, dniu jasny!
Po której stronie stanąć mi należy?
Drogie mi obie; z każdą jedna ręka,
I kiedy wściekle szarpać mnie rozpoczną,
Każda trzymaną rękę mi oderwie.
Mężu, nie mogę prosić byś zwyciężył;
O twą przegraną, wuju, muszę prosie;
Ojcze, nie mogę fortuny ci życzyć;
Babko, twych życzeń lękam się spełnienia.
Gdziebądź zwycięstwo, tam strata jest moja;
Przed gry początkiem pewnam jest przegranej.
Ludwik.  Idź ze mną, pani, ze mną twoje losy.
Blanka.  Gdzie los mój żyje, tam życie me kona.
Król Jan.  (do Bękarta). Spiesz się, kuzynie, zgromadź nasze pułki.

(Wychodzi Bękart).

Ogień wściekłości pali mnie, Filipie,
I tylko jedna krew go może zgasić,
Krew, krew najdroższa przez Francyę wylana.
Król Filip.  Twoja cię wściekłość strawi, w popioł zmieni,
Zanim krew nasza ogień ten przygasi.
Strzeż się, bo grożą ci niebezpieczeństwa.
Król Jan.  Od twych nie większe. Spieszmy do oręża!

(Wychodzą).
SCENA II.
Pola w blizkości Angers.
(Alarm; utarczki. Wchodzi Bękart z głową księcia Austryi).

Bękart.  Na honor, dzień ten co chwila gorętszy;
Powietrzny dyabeł nad głową nam lata
Siejąc zagładę. Póki nie wypocznę,
Tam austryacka legnij sobie głowo.

(Wchodzą: Król Jan, Artur i Hubert).

Król Jan.  Strzeż tego dziecka, Hubercie. Filipie,
Spiesz się, bo może matka teraz moja,
W naszym namiocie, przez wrogów pojmana.
Bękart.  Nie troszcz się, królu, jam ją uratował,
Niebezpieczeństwo nie grozi jej żadne.
Spieszmy się przecie; jeszcze chwila trudów,
A prace nasze skończą się szczęśliwie (wychodził).

SCENA III.
Tamże.
(Alarm; utarczki; odwrót. Wchodzą: król Jan, Eleonora, Artur, Bękart, Hubert i Panowie).

Król Jan  (do Eleonory). Tak lepiej będzie; tu zostaniesz, matko,
Pod silną strażą. (Do Artura) Łzy otrzyj, synowcze,
Twoja cię babka kocha, a u stryja
Zawsze ojcowskie znajdziesz przywiązanie.
Artur.  Na wieść tę smutek matkę mą zabije.
Król Jan  (do Bękarta). Dobry kuzynie, wyprzedź nas do Anglii;
Potrząś workami bogatych opatów,
Wypuść na wolność więzionych aniołów.
Niech teraz tłuste połcie głodnych żywią;
Użyj praw naszych w całej rozciągłości.
Bękart.  Gromnica, brewiarz, dzwon, mnie nie odstraszy,
Gdy na mnie złoto albo srebro kiwnie.

Żegnam cię, babko; jeźli pobożności
W drodze nie zgubię, nie omieszkam w Anglii
Za twoje piękne zdrowie Boga prosić.
A teraz jadę całując twą rękę.
Eleonora.  Dobry kuzynie, bądź zdrów!
Król Jan.  Płyń szczęśliwie!

(Wychodzi Bękart).

Eleonora.  Przybliż się, wnuczku, mam ci coś powiedzieć.

(Odchodzi z Arturem na stronę).

Król Jan.  Zbliż się, Hubercie; drogi mój Hubercie,
Wielem ci winien; w tym cielesnym murze
Jest dusza, której jesteś wierzycielem,
A która wszystko z lichwą ci zapłaci.
Twa dobrowolna przysięga, mój drogi,
W sercu tem żyje wiernie zapisana.
Daj mi twą rękę. Miałem coś powiedzieć,
Ale do lepszej odkładam to chwili.
Wstydzę się prawie powiedzieć, Hubercie,
Jak mam głęboki dla ciebie szacunek.
Hubert.  Przyjmij me dzięki, miłościwy panie.
Król Jan.  Jeszczem ci nie dał powodów wdzięczności,
Mój przyjacielu, ale dam je wkrótce.
Choćby czas nogą wlókł się najleniwszą,
Dzień przyjdzie, w którym przyjaźń moją poznasz.
Chciałem powiedzieć — ale dajmy pokój;
Słońce na niebie; dzień ten w całym blasku,
W pełnym orszaku światowych rozkoszy,
Zbyt wystrojony, zbyt jest roztrzepany
Aby mnie słuchać; gdyby dzwon północy
Spiżową gębą, żelaznym językiem
Tętniał w drzymiącem uchu czarnej nocy;
Gdyby to miejsce, gdzie stoim, był cmentarz,
A twoje serce tysiąc krzywd szarpało,
Lub melancholii gdyby duch ponury
Krew twą przepalił, przeciążył i zgęścił,
Która inaczej, łaskotając żyły,
Niesie do oczu głupowaty uśmiech,
I lica pustem rozjaśnia weselem,

(Uczucie myślom moim nienawistne,)
Albo bez oczu gdybyś mógł mnie widzieć,
Słyszeć bez uszu, i mógł bez języka
Dać mi odpowiedź myśli samej siłą.
Bez oczu, uszu, zgubnego słów dźwięku, —
O wtedy, mimo czujnego dnia źrenic,
W sercebym twoje myśli moje wylał.
Ale nie, nie chcę; a kocham cię przecie,
I ani wątpię, że i ty mnie kochasz.
Hubert.  A tak głęboko, że cobądź rozkażesz,
Choćby śmierć stała u mety spełnienia,
Bóg widzi, chwili nie będę się wahał.
Król Jan.  Nigdym nie wątpił. Dobry mój Hubercie,
Zwróć twoje oczy na to młode chłopię;
By ci powiedzieć prawdę, przyjacielu,
To wąż na mojej rozciągnięty drodze;
Gdzie nogę stawię, on leży przede mną.
Czy mnie rozumiesz? Jesteś jego stróżem.
Hubert.  Bacznie też będę pilnował go, panie,
By ci wyrządzić żadnej nie mógł krzywdy.
Król Jan.  Śmierć.
Hubert.  Królu?
Król Jan.  Trumna.
Hubert.  Umrze.
Król Jan.  Dosyć na tem.
Teraz się mógłbym śmiać. Dobry Hubercie,
Jakże cię kocham! Nie powiem ci teraz,
Co ci zamierzam wyświadczyć. Pamiętaj!
Żegnam cię, matko; żądane posiłki
Bez zwłoki przyszlę.
Eleonora.  Bóg z tobą, mój synu!
Król Jan.  Do Anglii płyniesz z Hubertem, synowcze,
Znajdziesz w nim zawsze wiernego ci sługę;
Możesz nań liczyć. — My spieszmy do Calais!

( Wychodzą).
SCENA IV.
Tamże. Namiot króla francuskiego.
(Wchodzą: król Filip, Ludwik, Pandulf i służba).

Król Filip.  Tak siłą burzy ryczącej na falach
Całej armady zwyciężone żagle
Na wszystkie strony rozbiegły się trwożne.
Pandulf.  Nie trać nadziei, wszystko się naprawi.
Król Filip.  Co się naprawi, gdy wszystko popsute?
Jesteśmy zbici, straciliśmy Angers,
Artur pojmany, niejeden przyjaciel
Poległ śród boju, a krwawy zwycięzca
Wrócił do Anglii, szydząc z naszych zawad.
Ludwik.  Wszystko co podbił, załogami wzmocnił;
Takiej mądrości w tak gorącym biegu,
Takiego ładu w sprawie tak burzliwej
Niema przykładu; kto czytał lub słyszał
O wydarzeniach wojnie tej podobnych?
Król Filip.  Zniósłbym cierpliwie te Anglii pochwały,
Gdybym mógł przykład hańby naszej znaleźć.

(Wchodzi Konstancya z rozpuszczonemi włosami).

Lecz kto się zbliża? Grób duszy; przemocą
Nieśmiertelnego trzymający ducha
W podłem więzieniu smutku i boleści.
Racz pani, błagam, oddalić się ze mną.
Konstan.  Patrz, patrz na skutek waszego pokoju!
Król Filip.  Szlachetna pani, cierpliwość! nadzieja!
Konstan.  Szydzę z rad wszelkich, z wszelkiego ratunku,
Oprócz ratunku, który wszystko leczy.
O śmierci! droga, ukochana śmierci!
Ty wonny smrodzie! ty czerstwa zgnilizno!
Podnieś się z łoża nocy nieskończonej,
Ty straszne szczęściu wszelkiemu zjawisko!
A ucałuję twoje hydne kości,
Oczy me włożę w twego czoła jamy,
Twoje robaki na pierścienie wezmę,
Gardło obrzydłym twoim zatkam prochem,

Aby podobnym zostać ci straszydłem.
Przyjdź! wyszczerz zęby, za uśmiech to wezmę,
Pieścić się z tobą jak żona twa będę!
Kochanko nędzy, przybądź!
Król Filip.  Ukój żale,
Piękna rozpaczy!
Konstan.  Nie, nie, nie ukoję
Póki oddycham. Bodaj mój był język
W piorunu gębie! Światembym wstrząsnęła,
Ze snu zbudziła szkielet ten okrutny
Nie zdolny słyszeć jęczenia kobiety,
Gardzący matki i wdowy wezwaniem.
Pandulf.  Pani, to krzyk jest szaleństwa, nie smutku.
Konstan.  Nie jesteś świętym, gdy mnie tak szkalujesz.
Nie ja szalona: to mój włos wydzieram;
Jestem Konstancya, wdowa po Gotfrydzie,
Matka Artura, którego straciłam.
Nie ja szalona; ach, gdybym nią była!
Możebym wtedy siebie zapomniała;
Ileżbym smutków zapomniała razem!
Ucz mnie mądrości, jak szaloną zostać,
A będziesz za to kanonizowany!
Póki mam rozum, póki smutek czuję,
Zdrowy mój rozum podsuwa mi myśli,
Jak się wyzwolić z moich mogę smutków,
I wszystko skończyć żelazem lub stryczkiem.
Szalona, mego zabiłabym syna,
Albo myślała, że tylko był lalką.
Ja nie szalona, ach, zbyt tylko dobrze
Wszystkich utrapień moich czuję żądło.
Król Filip.  Podwiąż twe sploty. Jaką miłość widzę
W tym jasnych włosów jej bogatym pęku!
Gdziekolwiek srebrna jej łez padnie kropla,
Dziesięć tysięcy lgnie do niej przyjaciół,
Aby z nią razem gorzkie dzielić smutki;
Jak nierozdzielni, wierni kochankowie
Silniej związani łańcuchem nieszczęścia.

Konstancya  (rzucając wyrwane włosy).
Lećcie do Anglii!
Król Filip.  Podwiąż twoje sploty.
Konstan.  Chętnie podwiążę; lecz na co i po co?
Gdym je rozwiła ręką mą, wołałam:
Gdyby ta ręka tak memu synowi
Jak moim włosom wrócić mogła wolność!
Lecz teraz włosom zazdroszczę wolności,
I znów do dawnych powracam je więzów.
Bo biedne dziecko moje więźniem teraz.
O kardynale, z ust twoich słyszałam,
Że w niebie naszych odnajdziem przyjaciół;
Jeśli to prawda, obaczę znów syna,
Bo od dnia, w któryrm Kain, pierwszy chłopiec,
Na ziemię przyszedł, do tego co wczora
Oddychać zaczął, nie było na ziemi
Równego jemu pięknością stworzenia.
Lecz teraz robak ukąsi mój pączek,
Zmiecie mu z twarzy blask jego rumieńca,
I da mu postać wychudłego ducha,
Przepalonego ogniami gorączki,
I gdy tak umrze, gdy tak zmartwychwstanie,
Gdy tak go spotkam w niebieskich podwojach,
Ja go nie poznam, i nigdy już, nigdy
Mego pięknego nie ujrzę Artura!
Pandulf.  Nazbyt się smutku poddajesz natchnieniom.
Konstan.  Tak mówi człowiek, który nie miał syna.
Król Filip.  Boleść twą kochasz jak kochałaś dziecię.
Konstan.  Bo boleść miejsce jego puste wzięła,
Wkoło mnie skacze, w jego spi łóżeczku,
Powtarza słowa, jego okiem patrzy,
Wszystkie mi jego przypomina wdzięki,
Bierze na siebie pusty jego ubiór;
Jakże boleści mej bym nie kochała?
Gdybyście równą mej ponieśli stratę,
Lepszą pociechę daćbym wam umiała.

(Rzucając czepiec)

Nie chcę na głowie ozdoby tej nosić,

Gdy taki nieład w moim jest rozumie.
O Boże, Boże! O piękny mój synu!
Moje ty życie, pokarmie, mój świecie!
Moja pociecho! smutków mych lekarstwo! (wychodzi)
Król Filip.  Pospieszę za nią; lękam się nieszczęścia (wychodzi).
Ludwik.  Nic mi na ziemi radości już nie da;
Życie jest nudne jak bajka, dwa razy
Opowiadana drzymiącemu dziecku.
Słodycze świata wstyd goryczą zatruł,
I wszędzie widzę wstyd tylko i gorycz.
Pandulf.  W ciężkiej chorobie najsilniejszy napad
Zazwyczaj powrót do zdrowia poprzedza;
Wszelkie złe, właśnie gdy nas ma opuścić,
Na pożegnanie najzłośliwiej bodzie.
Cóż utraciłeś z rozprawy tej stratą?
Ludwik.  Wszystkich dni moich chwałę, radość, szczęście.
Pandulf.  Byłbyś je pewno stracił, gdybyś wygrał.
Wierzaj, Fortuna, gdy nam chce usłużyć,
Pogląda na nas najgroźniejszem okiem.
Dziwna pomyśleć, jak wiele Jan stracił
W tem, co mu dzisiaj wygraną się zdaje.
Czy cię nie smuci, że Artura pojmał?
Ludwik.  Równie serdecznie jak jego to cieszy.
Pandulf.  Umysł twój równie jak krew twoja młody.
Posłuchaj teraz moich słów proroczych,
Bo samo tchnienie słów, które wypowiem
Odwieje każdą słomkę, każdy pyłek
Z gościńca, który powiedzie cię prosto
Do angielskiego tronu; a więc słuchaj:
Król Jan Artura pojmał, być nie może,
Aby, dopóki bije serce dziecka,
Jan przywłaszczyciel znalazł choć godzinę,
Choćby minutę, choćby okamgnienie
Od ciężkiej troski wolnego wytchnienia.
Berło wydarte gwałtem, pośród burzy,
Śród burz i gwałtów musi być dzierżone.
Na śliskiej drodze kto postawił nogę,
Chwyta podporę jakkolwiek wzgardliwą.

By Jan się ostał, Artur musi upaść:
Niechże tak będzie, skoro tak być musi.
Ludwik.  Lecz cóż ja zyskam na śmierci Artura?
Pandulf.  Wszystkich Artura praw możesz dochodzić
Jako dziedzictwa żony twojej, Blanki.
Ludwik.  I życie stracić, jak Artur, i wszystko.
Pandulf.  Jakżeś ty młody na tym starym świecie!
Tobie czas służy i Jan knuje spiski.
Kto w krwi niewinnej bezpieczeństwa szuka,
Krwawe i zwodne znajdzie bezpieczeństwo.
Ten czyn oziębi serca jego ludów,
Zmrozi ich zapał; z radością też przyjmą
Wszystko, co jego zagrozi koronie.
Wszystkie zwyczajne na niebie wyziewy,
Wszystkie powszednie zjawiska natury,
Burze i wiatry, codzienne wypadki,
Wszystkie obedrą z naturalnych przyczyn,
Dadzą im nazwę cudów, meteorów,
Potwornych znaków, niebieskich języków
Głośno mówiących o pomście na Janie.
Ludwik.  Lecz jeśli życie Artura oszczędzi,
W jego więzieniu znajdzie bezpieczeństwo?
Pandulf.  Na pierwsze wieści o twojem zbliżeniu,
Gdyby żył Artur, umrze niezawodnie.
Jan straci serce wiernego dziś ludu,
Który w nieznanej pokocha się zmianie,
A z palców Jana skrwawionych wyciśnie
Silną truciznę buntu i wściekłości.
Już mi się zdaje, że ten zamęt widzę.
Lecz jak się lepiej od słów mych dla ciebie
Sprawa ta składa! Teraz właśnie w Anglii
Bękart Faulconbridge kościoły odziera
Bezbożną ręką; gdyby się tam zjawił
Tuzin Francuzów, jak wab’by przyciągnął
Dziesięć tysięcy orężnych Anglików;
Jak mała śniegu tocząca się bryłka
Wkrótce w olbrzymią zmieniłby się górę.
Idźmy do króla, szlachetny Delfinie.

Cuda wydobyć można z ich urazy,
Z ich dusz, obecnie przepełnionych gniewem.
A więc do Anglii! Ja króla zaostrzę.
Silna przyczyna dziwne czyny rodzi:
Król niewątpliwie z twą się wolą zgodzi (wychodzą).




AKT CZWARTY.
SCENA I.
Northampton. Sala w Zamku.
(Wchodzi: Hubert i dwaj słudzy).

Hubert.  Rozpal żelazo; czekaj za obiciem;
Skoro mej nogi usłyszysz tupnięcie,
Wpadnij i chłopię, które przy mnie znajdziesz
Przywiąż do krzesła. Idź teraz, a baczność!
I Sługa.  Czy mój czyn, panie, zasłoni twój rozkaz?
Hubert.  Głupie skrupuły! Zrób, a bądź spokojny.

(Wychodzą słudzy).

Wejdź, młody chłopcze, mam ci coś powiedzieć.

(Wchodzi Artur).

Artur.  Witaj Hubercie.
Hubert.  Witaj, mały książę.
Artur.  Tak mały książę, jak tylko być może,
Mimo tytułów, by wielkim być księciem.
Tyś smutny.
Hubert.  Prawda, byłem przód weselszy.
Artur.  Ah, dobry Boże, mnie się zawsze zdaje,
Ze prócz mnie smutnym nikt być nie powinien.
Pamiętam jednak, że kiedym był w Francyi,
Młodzi panicze jak noc byli smutni,
Tylko z fantazyi. Na mój chrzest przysięgam,
Gdybym był wolny, a pilnował owiec,
Byłbym wesoły od rana do nocy,

I tubym nawet był, gdyby nie trwoga,
Że mój stryj większą chce mi krzywdę zrobić;
On się mnie boi, ja się jego boję.
Mojaż to wina, żem Godfryda synem?
Ah, nie, nie moja. Bógby dał, Hubercie,
Żebym był synem twym, tybyś mnie kochał.
Hubert   (na stronie) Gdybym z nim dłużej mówił, jego szczebiot
Umarłą litość w sercu mojem wskrzesi.
Lepiej więc wszystko coprędzej ukończyć.
Artur.  Czyś słaby dzisiaj? Bo wyglądasz blado.
Przyznam się, chciałbym żebyś trochę cierpiał,
Abym noc całą mógł przy tobie czuwać.
Ty mnie nie kochasz, jak ja kocham ciebie.
Hubert.  Serce me jego słowa podbijają (daje mu papier).
Czytaj, Arturze. (Na stronie) Precz stąd, głupie krople,
Czyżbyście srogość chciały stąd wygonić?
Czas wszystko skończyć, lub postanowienie
We łzach niewieścich z ócz moich wypłynie.
(Głośno) Nie możesz czytać? Czy pismo nie piękne?
Artur.  Zbyt tylko piękne dla tak szpetnej treści.
Musisz mi oczy wypalić żelazem?
Hubert.  Muszę, mój chłopcze.
Artur.  I zrobisz?
Hubert.  I zrobię.
Artur.  Miałżebyś serce? Gdyś na głowę cierpiał,
Ścisnąłem twoje skronie moją chustką
Księżniczki ręką dla mnie haftowaną,
I nigdym o jej zwrot się nie dopomniał.
W nocy trzymałem twą głowę na ręku,
A wierny, jak są godzinie minuty,
Rozweselałem długie cierpień chwile.
Co ci? pytałem; gdzie największa boleść?
Powiedz mi, czem ci ulgę przynieść mogę?
Gdzie syn żebraka zasnąłby spokojnie,
Jednego słowa miłości nie wyrzekł,
Książęce dziecko ty miałeś za stróża.
Lecz może myślisz, że to chytrość była,
Że była tylko udaniem ta miłość;

Niech i tak będzie; gdy to boża wola,
Żebyś mnie skrzywdził, darmo się opierać.
Więc chcesz mi wydrzeć oczy te, Hubercie,
Te oczy, które dla ciebie nie miały
I mieć nie będą krzywego spojrzenia?
Hubert.  Przysiągłem na to, i oczy twe teraz
Muszę gorącem wypalić żelazem.
Artur.  Tylko w tym wieku żelaznym są ludzie
Zdolni do tego. Toć samo żelazo,
Choć rozpalone, gdyby się zbliżyło
Do moich źrenic, łzy by me wypiło,
I przygasiło swą ognistą wściekłość,
W tych niemych świadkach mojej niewinności,
A potem własną rdzą by się strawiło
Za to, że miało ogień na mą krzywdę.
Byłżebyś twardszym niż twarde żelazo?
Gdyby niebieski anioł do mnie zleciał
I mówił, że mi Hubert wydrze oczy,
Nie dałbym wiary. Sam Huberta język —
Hubert  (tupie) Do mnie! (wchodzą słudzy z postronkami, żelazem i t. d.)
Rozkazy moje wykonajcie.
Artur.  Ratuj, Hubercie! Samo już spojrzenie
Tych krwawych ludzi oczy mi wydziera.
Hubert.  Przywiąż go tutaj, a podaj żelazo.
Artur.  Ah, mój Hubercie, na co ta surowość?
Będę spokojny, oporu nie stawię,
Tylko przez Boga! nie wiąż mnie, Hubercie.
Tylko mnie słuchaj; każ odejść tym ludziom,
A będę siedział spokojny jak jagnię;
Nie rzeknę słowa, nie mrugnę powieką,
Nie rzucę gniewnych spojrzeń na żelazo.
Ich tylko oddal, a ja ci przebaczę,
Jakiebądź chcesz mi wyrządzić męczarnie.
Hubert.  Odejdźcie teraz; zostawcie nas samych.
I Sługa.  Chętnie od takiej usuwam się służby (wychodzą słudzy).
Artur.  Ah, toż wygnałem mego przyjaciela!
Wzrok ma okrutny ale czułe serce.

Niech wróci, może jego miłosierdzie
Rozbudzi twoje.
Hubert.  Przygotuj się, chłopcze.
Artur.  Niemaż lekarstwa?
Hubert.  Nic, prócz twych ócz straty.
Artur.  Ah, gdyby w twoich jeden tylko pyłek,
Ziarnko, lub muszka, lub jeden był włosek,
Jakabądź zmysłu drogiego obraza!
Czując jak strasznym wszystko tam jest bólem,
Poznałbyś srogość twoich złych zamiarów.
Hubert.  Wszak mi przyrzekłeś? Dalej! Wstrzymaj język.
Artur.  Hubercie, dwóch mi trzebaby języków,
Ażeby dwoje oczu mych obronić.
Nie każ mi milczeć, nie każ mi, Hubercie,
Lub raczej utnij Hubercie mój język,
A ocal oczy; o, zostaw mi oczy
Choć tylko żebym mógł patrzeć na ciebie!
Ale spójrz teraz, ostygło żelazo,
Nie chce mnie krzywdzić.
Hubert.  Mogę je rozpalić.
Artur.  Nie, nie, nie możesz; ogień z smutku umarł,
Że, gdy stworzony ludziom na pociechę,
Niezasłużoną krzywdę miał wykonać.
Patrz, niema złości w tym przygasłym węglu,
Niebieski powiew ducha z niego wywiał,
Popiołem żalu głowę mu posypał.
Hubert.  Lecz mojem tchnieniem mogę go ożywić.
Artur.  Gdybyś to zrobił, za twój go uczynek
Rumieniec wstydu pokryłby, Hubercie,
A może nawet w oczyby ci prysnął,
Jak przymuszony do walczenia brytan
Kąsa dłoń pana, który go podszczuwa.
Wszystko, co chciałeś użyć na mą krzywdę,
Nie chce ci służyć, tobie tylko zbywa
Na tej litości, którą objawiły
Ogień z żelazem, dwa srogie stworzenia
Z dawna przywykłe do okrutnej służby.
Hubert.  Więc patrz, żyj szczęsny! Ócz twoich nie dotknę

Nawet za wszystkie stryja twego skarby.
Przysiągłem jednak i postanowiłem
Twe tem żelazem wypalić źrenice.
Artur.  Teraz dopiero wyglądasz jak Hubert,
A dotąd byłeś przebrany.
Hubert.  Dość tego.
Bądź zdrów! Stryj musi myśleć że nie żyjesz;
Fałszywy raport szpiegom tym wymyślę.
Idź, piękne dziecko i uśnij w pokoju,
Bo Hubert krzywdy nie zrobi ci żadnej
Za skarby świata.
Artur.  Dzięki ci, Hubercie!
Hubert.  Ni słowa więcej. Oddalmy się skrycie:
Za oczy twoje narażam me życie (wychodzą).

SCENA II.
Tamże. Wielka sala w pałacu.
(Wchodzą: Król Jan, w koronie, Pembroke, Salisbury i inni panowie. Król zasiada na tronie).

Król Jan.  Koronowani powtórnie, powtórnie
Tron zasiadamy, z radością, jak myślę
Naszych poddanych.
Pembroke.  Najjaśniejszy panie,
Jedno za wiele było to „powtórnie“.
Koronowany byłeś już poprzednio;
Nikt ci królewskiej nie wydarł godności,
Nic nie zachwiało wierności twych ludów,
Nic nie zmąciło ziem twoich pokoju
Nadzieją zmiany lub lepszego bytu.
Salisbury.  Tak więc podwójną otaczać się pompą,
Zbogacać tytuł już przedtem bogaty,
Pozłacać złoto lub lilię pobielać,
Albo fiołek polewać pachnidłem,
Lub tęczę nowym uświetniać kolorem,
Pięknemu oku niebieskiego sklepu
Dodawać blasku płonącą pochodnią,

Jest marnotrawstwem, śmiechu godnym zbytkiem.
Pembroke.  Wola twa, królu, musiała się spełnić.
Jest to powieści starej powtórzenie,
Co w niestosownej odnowione porze,
Zaczyna nudzić chętnych przód słuchaczy.
Salisbury.  Ten czyn przekształcił dobrze znane światu
Starych zwyczajów dobre stare formy,
I jak wiatr zmienny wiejący na żagle,
Na wszystkie strony miota biegiem myśli,
A niepokoi i trwoży rozwagę,
Zdrowy sąd skręca, a wątpliwość budzi
O prawie, w nową przystrojonem odzież.
Pembroke.  Gdy sztukmistrz lepiej jak dobrze chce zrobić,
Marnuje talent przez zbytek ambicyi;
Często kto pragnie mały błąd tłomaczyć,
Przez tłomaczenie błąd tylko powiększa.
Jak łata małe kryjąca rozdarcie
Wzrok więcej razi chcąc wadę zasłonić,
Niż sama wada raziła przed łatą.
Salisbury.  Przed koronacyą nową sąd nasz, królu,
Był ci wiadomy, lecz go odrzuciłeś;
Twym się rozkazom poddaliśmy chętnie,
Bo wszystkie nasze myśli i życzenia
Przed twoją wolą muszą się uchylić.
Król Jan.  Już wam odkryłem część ważnych powodów,
Co mnie do tego skłoniły obrzędu,
Lecz są ważniejsze, które wam objawię
W stosownej porze. Tymczasem powiedzcie,
Jakiej naprawy, jakich zmian pragniecie?
A obaczycie, jak chętnie was słucham,
Chętnie do waszych przychylam się życzeń.
Pembroke.  A więc ja, królu, wybrany pośrednik
Do objawienia serc ich tajemnicy,
W imieniu wszystkich, ale, przedewszystkiem
Dla bezpieczeństwa twej świętej osoby,
Która jest pierwszym myśli naszych celem,
Błagam cię, panie, o Artura wolność.
Ludziom złej woli jego uwięzienie

Ten niebezpieczny podsuwa argument:
Jeśli co dzierżysz, dzierżysz mocą prawa,
Dlaczegóż trwoga, która, jak to mówią,
Występek ściga, podsuwa ci radę,
Byś w wieży zamknął młodego synowca,
Dnie mu przydusił w surowem nieuctwie,
Okrutnie jego odmówił młodości
Złotych owoców dobrego ćwiczenia?
By wrogom twoim wydrzeć te pozory,
O wolność jego pozwól nam cię prosić.
Wolność ta dla nas o tyle korzystna,
O ile twoje szczęście szczęściem naszem,
A wolność jego twoją jest korzyścią.
Król Jan.  Niech więc tak będzie. Twej polecam pieczy
Młodość Artura. (Wchodzi Hubert).
Jaką wieść przynosisz?

(Idzie na stronę z Hubertem).

Pembroke.  To człek, co krwawej dokonać miał zbrodni;
Jeden z przyjaciół moich widział rozkaz.
Obraz grzesznego, szkaradnego czynu
Z ócz mu wygląda; tajemnicza postać
Zdradza uczucia niespokojnej duszy.
Z trwogą też myślę, że czyn już spełniony,
Który dokonać odebrał zlecenie.
Salisbury.  Patrz, kolor twarzy króla przelatuje
Między zamiarem zbrodni a sumieniem,
Jak między dwoma szykami heroldzi.
Jego namiętność dojrzała i pęknie.
Pembroke.  A skoro pęknie, wyleje na zewnątrz
Zgniliznę śmierci niewinnego dziecka.
Król Jan.  Nie w naszej mocy wstrzymać śmierci rękę.
Zawsze chęć żyje prośbę waszą spełnić,
Lecz przedmiot prośby waszej już umarły:
Tej nocy Artur, jak ten mówi, skonał.
Salisbury.  Śmiertelną była, boję się, choroba.
Pembroke.  Wiemy jak dziecko blizkie było śmierci,
Nim się spostrzegło, że śmiertelnie chore.
Zdać z tego liczbę będzie kiedyś trzeba

Tu, lub gdzieindziej.
Król Jan.  Co znaczą spojrzenia
Tak uroczyste? Myślicież panowie,
Że w ręku trzymam nożyce przeznaczeń?
Mogęż żywotnym pulsom rozkazywać?
Salisbury.  To jawna zbrodnia, a hańba, że wielkość
Tak się niezdarnie mogła jej dopuścić.
Szczęścia grze twojej! Więc żegnam cię teraz.
Pembroke.  Stój, Salisbury, i ja pójdę z tobą
Szukać dziedzictwa biednego chłopięcia,
Małego państwa przedwczesnej mogiły.
Krwi, co być miała panią całej wyspy
Trzy stóp dziś dosyć! Zły to świat tymczasem!
Trudno to znosić, wkrótce też, jak myślę,
Ta wieść wywoła bunt i klęsk tysiące.

(Wychodzą panowie).

Król Jan.  Żal mi uczynku. Płoną oburzeniem.
Niema stałego na krwi fundamentu:
Nigdy śmierć innych życia nie zapewnia.

(Wchodzi posłaniec).

Straszne twe oczy. Gdzie się krew podziała,
Którą na licach twych widziałem dawniej?
Tak czarne niebo burzę zapowiada;
Luń więc potopem: co słychać we Francyi?
Poseł.  Francya tu spieszy. Tak wielkich zaciągów,
By w obcej ziemi rozpuścić zagony,
Kraj jeden nigdy nie porobił jeszcze.
Ty ich pośpiechu, królu, nauczyłeś:
Nim usłyszałeś, że przybory czynią,
Już wieść nadbiega, że wylądowali.
Król Jan.  I gdzież to nasze upiły się straże?
Gdzie to usnęła czujność naszej matki,
Że nie słyszała jak Francya gromadzi
Potężne armie?
Poseł.  Prochem zasypane
Uszy jej, panie. Pierwszego dnia kwietnia
Szlachetna matka twa zamknęła oczy,
A trzy dni przody królowa Konstancya

Oddała ducha w paroksyzmie szału;
Przynajmniej takie posłuchy mnie doszły:
Fałsz to, czy prawda, nie mogę powiedzieć.
Król Jan.  Wstrzymaj twój pośpiech, groźna sposobności!
Bądź ze mną w związku, póki zagniewanych
Nie ułagodzę panów mojej ziemi.
Matka umarła! Jak moja się władza
Chwieje we Francyi! — Kto wojskiem dowodzi,
Które, jak twierdzisz, już wylądowało?
Poseł.  Delfin.
Król Jan.  W mej głowie twoje złe nowiny
Sprawiają zawrót. (Wchodzi Bękart i Piotr z Pomfretu).
No, i cóż świat mówi
Na twe postępki? Tylko mojej głowy
Złemi wieściami nie napychaj więcej,
I tak już pełna.
Bękart.  Jeśli co najgorsze
Lękasz się słyszeć, niech na twoją głowę
Niedosłyszane najgorsze to spadnie.
Król Jan.  Przebacz kuzynie, byłem odurzony
Falami prądu, lecz podniosłem głowę,
I nad falami wolno znów oddycham,
Gotowy słuchać choć najgorszych wieści.
Bękart.  Jak się sprawiłem między duchowieństwem,
Zebrane sumy dowodzą najlepiej.
Ale wracając, wszędzie spotykałem
Naród pod wpływem dziwnego złudzenia,
Potwornych wieści i marzeń opacznych,
Trwożny, nie wiedząc co trwogi powodem.
A oto prorok, którego prowadzę
Z ulic Pomfretu, gdzie go napotkałem,
Jak przepowiadał w niekunsztownych rymach
Tłumnie cisnącej za nim się gawiedzi,
Że nie przeminie południe przyszłego
Wniebowstąpienia, siłą konieczności
Wasza królewska mość złoży koronę.
Król Jan.  Czemuś tak wróżył, pusty marzycielu?
Piotr.  Bom wiedział, że me spełni się proroctwo.

Król Jan.  Weź go, Hubercie i zamknij go w wieży,
A o południu dnia, w którym, jak mówi,
Złożę koronę, rozkaż go powiesić.
Zamknij go, wracaj; jesteś mi potrzebny.

(Wychodzi Hubert z Piotrem).

Czy już słyszałeś, kuzynie, kto przybył?
Bękart.  Francuzi; o tem tylko wszyscy mówią.
Prócz tego Bigot i lord Salisbury,
I wielu innych, których napotkałem
Z źrenicą jakby pochodnia płonącą,
Spieszyli szukać Artura mogiły,
Który, jak głoszą wszędzie, tej był nocy
Wskutek rozkazów twych zamordowany.
Król Jan.  Dobry kuzynie, udaj się za nimi.
Wiem jeszcze sposób, jak miłość ich zyskać;
Przywiedź ich do mnie.
Bękart.  Śpieszę ich wyszukać.
Król Jan.  O śpiesz się tylko! Pędź na jednej nodze!
Nie dozwól, abym w poddanych miał wrogów,
Gdy cudzoziemiec miasta moje trwoży
Groźnym przepychem swojego napadu.
Zrób się Merkurym, przypnij sobie skrzydła,
Jak myśl leć do nich i powracaj do mnie.
Bękart.  Pośpiechu duch mnie tych czasów nauczy (wychodzi).
Król Jan.  Mówił jak szlachcic prawdziwy i dzielny.
Idź za nim, może będzie mu potrzeba
Między panami a mną pośrednika.
Poseł.  Z całego serca. (Wychodzi).
Król Jan.  Matka ma umarła! (Wchodzi Hubert)
Hubert.  Nocy tej, mówią, pięć było księżyców;
Cztery niezmienne, a wkoło nich piąty
Z nieopisaną wirował szybkością.
Król Jan.  Co? pięć księżyców?
Hubert.  Z tego starzy ludzie
Po mieście dziwne wyciągają wróżby.
Śmierć jest Artura na wszystkich językach.
Gdy o nim mówią, kiwają głowami,
I coś tajemnie szepcą sobie w ucho;

Mówca słuchacza swego rękę chwyta,
Słuchacz brwi marszczy, zawraca oczyma,
Potrząsa głową w sposób przeraźliwy.
Widziałem, jak się kowal z młotem wstrzymał,
Dał na kowadle wystygnąć żelazu,
Aby z otwartą gębą słuchać krawca,
Co z nożycami i łokciem pod pachą,
W pantoflach, które z wielkiego pośpiechu
Na niewłaściwe ponaciągał nogi,
Prawił, że krocie walecznych Francuzów
Bojowym szykiem w Kencie już stanęły.
Wtem nadbiegł chudy i brudny czeladnik,
Uciął mu powieść, o śmierci Artura
Sam zaczął prawić.
Król Jan.  Dlaczego, Hubercie,
Chcesz mnie strachami tymi niepokoić,
Wciąż napomykasz o śmierci Artura?
Wszak tyś go zabił; ja miałem powody
Śmierci tej pragnąć, ty nie miałeś żadnych,
Aby go zabić.
Hubert.  Ja nie miałem żadnych?
Czyś mnie do tego, królu, nie podniecił?
Król Jan.  Klątwą to królów, że mają pod ręką
Tłum niewolników, gotowych ich kaprys
Brać za rozkazy, aby krwawą ręką
Wyłamać bramy w domostwie żywota,
Mrugnięcie władzy za prawo uważać,
Złe wnioski ciągnąć, gdy pan ich brwi marszczy
Z kaprysu raczej jak rozmyślnej chęci.
Hubert.  Oto twa pieczęć, królu, i twój podpis.
Król Jan.  O, gdy dzień przyjdzie wielkiego rachunku,
Pieczęć i podpis wystąpią przed Bogiem
Na potępienia naszego świadectwo!
Jak często widok środków złego czynu
Spełnienie złego czynu wywołuje!
Gdybyś tam nie był, do czynów podobnych
Jasno natury palcem naznaczony,
Do spraw haniebnych dzieła piętnowany,

O tem morderstwie myślby mi nie przyszła;
Ale gdym postrzegł wstrętne twe oblicze,
Pewne narzędzie krwawej nikczemności,
Do niebezpiecznych przedsięwzięć pochopne,
Zrobiłem wzmiankę o śmierci Artura,
A ty, by zyskać króla swego łaskę,
Miałeś sumienie księcia zamordować.
Hubert.  Królu —
Król Jan.  Bo gdybyś głową tylko wstrząsnął,
Chwilę się wahał, gdy w ciemnych wyrazach
Napomykałem ci o mojej chęci,
Gdybyś wzrok na mnie wątpliwy obrócił,
Albo jaśniejszych zażądał wyrazów,
Wstydby głęboki usta moje zamknął,
I twoja trwoga moją rozbudziła.
Lecz ty po znakach myśl mą zrozumiałeś,
Odpowiedziałeś znakami na zbrodnię;
Twe serce chętne dało przyzwolenie,
A ręka służbę do czynu, którego
Nasze języki wymówić nie śmiały.
Precz stąd! Niech nigdy już cię nie zobaczę!
Od panów moich jestem opuszczony,
A me królestwo, u bram moich własnych,
Ważą się kalać bandy cudzoziemców;
We wnętrzach tego cielesnego państwa,
W granicach krwi tej i tego oddechu,
Wojna domowa między mem sumieniem
A śmiercią mego synowca się toczy.
Hubert.  Zbrój się więc, królu, przeciw innym wrogom,
Ja duszy twojej wrócę błogi pokój,
Bo Artur żyje, i te moje ręce
Jeszcze dziewicze, jeszcze są niewinne,
Krwi ich czerwone plamy nie kalają,
Nigdy do łona mojego nie wbiegły
Morderczej myśli drgania przeraźliwe.
Oszkalowałeś naturę w mej formie,
Która, jakkolwiek surowa zewnętrznie,
Piękniejszą kryje w głębiach swoich duszę,

Niźli rzeźnika niewinnego dziecka.
Król Jan.  Co? Artur żyje? O, śpiesz więc do panów,
Rzuć tę wiadomość na ich gniew płonący,
Do posłuszeństwa myśli ich przywołaj!
Przebacz uwagom, dziełu namiętności,
Nad twem obliczem, bo gniew mój był ślepy,
A krew dojrzana okiem wyobraźni
Szpetniejszym niźli jesteś cię robiła.
Nie odpowiadaj; bez zwłoki przywołaj
Do mej komnaty zagniewanych lordów;
Bądź od powolnych moich próśb śpieszniejszy.

(Wychodzi).
SCENA III.
Tamże. Przed zamkiem.
(Pokazuje się Artur na murach).

Artur.  Mur jest wysoki, skoczę jednak na dół.
O dobra ziemio, bądź mi miłosierną!
Nikt mnie tu nie zna; gdyby znał kto nawet,
Ten ubiór majtka zmienił moją postać.
Strach mi, a jednak na skok się odważę.
Byłem padając, nóg sobie nie złamał,
Wynajdę tysiąc sposobów ucieczki.
Ta sama końca przedstawia się postać:
Skoczyć i umrzeć, lub umrzeć i zostać (skacze).
O, w tych kamieniach stryjowski duch gości!
Boże, przyjm duszę! Anglio, strzeż mych kości! (umiera)

(Wchodzą: Pembroke, Salisbury i Bigot).

Salisbury.  W Saint Edmund’s Bury spotkam go, panowie;
To nasz ratunek w czasach niebezpiecznych;
Przyjąć nam trzeba łaskawą ofiarę.
Pembroke.  Kto do nas przyniósł ten list kardynała?
Salisbury.  Szlachetny hrabia Melun, par francuski.
W tajnych rozmowach, nad list ten dobitniej,
Mówił o dobrych uczuciach Delfina.
Bigot.  Więc idźmy jutro rano z nim się spotkać.

Salisbury.  Śpieszmy natychmiast, bo nim go spotkamy,
Dwa dni długiego potrzeba nam marszu.

(Wchodzi Bękart).

Bękart.  Rad was spotykam powtórnie, panowie.
Król przez me usta wzywa was do siebie.
Salisbury.  Król z nas się wyzuł, nie mamy też chęci
Podszywać jego poplamionej sukni
Czystym honorem naszym, iść za stopą
Zostawiającą krwawe wszędzie ślady.
Idź mu to powiedz; wiemy co najgorsze.
Bękart.  Co bądź myślicie, zawsze dobre słowo
Byłoby lepsze.
Salisbury.  Boleść tylko nasza,
Nie nasza grzeczność rozumuje teraz.
Bękart.  W boleści waszej mało jest rozumu;
Trochę grzeczności byłoby rozumem.
Pembroke.  Ma swoje prawa niecierpliwość, panie.
Bękart.  To prawda — krzywdzić swego posiadacza.
Salisbury.  Oto więzienie. (Spostrzega Artura).
Kto leży na ziemi?
Pembroke.  O śmierci, dumna książęcą pięknością!
Skryć czyn podobny ziemia niema lochu.
Salisbury.  Mord, jakby własną brzydzący się zbrodnią,
Nie zatarł śladu, by zemstę wywołać.
Bigot.  Lub przeznaczając piękność tę do grobu,
Znalazł ją nazbyt dla grobu kosztowną.
Salisbury  (do Bękarta). Co myślisz, panie? Czyś widział, czyś czytał,
Czyś słyszał? albo czy mogłeś pomyśleć?
Lub widząc nawet, czy wierzysz, że widzisz?
Czyja myśl zdolna, bez tego widoku,
Stworzyć podobny? To szczyt, to wierzchołek,
To czub jest czuba na herbie morderstwa.
Hańba najkrwawsza, srogość to najdziksza,
Czyn najpodlejszy, który kiedykolwiek
Wściekłość, z obłędną od szału źrenicą,
Ofiarowała łzom czułego żalu.
Pembroke.  Wszystkie poprzednie mord ten uniewinnia;
Mord ten jedyny, mord nieporównany,

Świętej czystości napiętnuje znakiem
Grzechy przyszłości jeszcze nie poczęte;
Śmiertelny rozlew krwi żartem się wyda
Przy tym ohydnym stawiony widoku.
Bękart.  Krwawa to, godna potępienia sprawa,
Grzeszny uczynek okrutnej prawicy,
Jeśli to ludzkiej prawicy jest dziełem?
Salisbury.  Jeśli to ludzkiej prawicy jest dziełem?
Mieliśmy tego uczynku zapowiedź:
Ręki Huberta zbrodnicza to sprawa,
A pierwszy pomysł do króla należy.
Od służby jego duszę mą wyzwalam;
Klęcząc przy życia słodkiego ruinach,
Przy niemych zwłokach ślub wyziewam głośny,
Ślub święty, świata wyrzec się próżności,
Nigdy nie uledz pokusom rozkoszy,
Nigdy nie zaznać wczasu i wygody,
Póki tej ręce nie zapewnię chwały,
Dając jej zemsty należną ofiarę.
Pembroke.  Bigot. I duch nasz twoją powtarza przysięgę.

(Wchodzi Hubert).

Hubert.  Panowie, pośpiech oddech mi tamuje;
Artur nie umarł; król po was przysyła.
Salisbury.  O, człek to śmiały! śmierć go nie rumieni.
Precz stąd, obrzydły, podły nikczemniku!
Hubert.  Nie jestem podły.
Salisbury  (dobywając szabli). Mamże okraść prawo?
Bękart.  Oręż twój jasny, lecz włóż go do pochwy.
Salisbury.  Nie, chyba w skórze mordercy go schowam,
Hubert.  Cofnij się, lordzie Salisbury, cofnij!
Bóg widzi, szabla ma jak twoja ostra;
Nie chciałbym, żebyś zapomniał się lordzie,
Do osobistej znaglił mnie obrony,
Zmuszając myśleć o twojej wściekłości,
Kazał zapomnieć o twoich zasługach,
O twem szlachectwie.
Bigot.  Precz stąd, kupo gnoju!
Dostojnikowi jak śmiesz stawiać czoło?

Hubert.  Zamilkłbym, gdyby szło tylko o życie,
Lecz niewinności mej gotowym bronić
Przeciw cesarzom.
Salisbury.  Ty jesteś mordercą.
Hubert.  Nie jestem dotąd, nie zmuś mnie nim zostać.
Czyjkolwiek język fałsz głosi, jest kłamcą.
Pembrok.  Rąb go w kawałki.
Bękart.  Daj pokój, powtarzam.
Salisbury.  Ustąp, Faulconbridge, albo cię zadrasnę.
Bękart.  Lepiejbyś zrobił, gdybyś dyabła drasnął.
Rusz tylko nogą, zmarszcz tylko brwi na mnie,
W zapędzie gniewu choć słowem mnie obraź,
A padniesz trupem. Schowaj miecz, gdy pora,
Lub tak cię z twoim uraczę rożenkiem,
Że powiesz: dyabeł z piekła przywędrował.
Bigot.  Jaka myśl twoja, dzielny Faulconbridge’u?
Chcesz być obrońcą podłego mordercy?
Hubert.  Lordzie Bigocie, mordercą nie jestem.
Bigot.  Któż zabił księcia?
Hubert.  Niema i godziny,
Jak go przy pełnem zdrowiu zostawiłem.
Miałem dlań tylko miłość i szacunek;
Do dni mych końca płakać po nim będę.
Salisbury.  Nie wierz kłamliwej oczu jego wodzie;
Podobne krople podłość ma na rozkaz;
On, mistrz w tej sztuce, potrafi z nich zrobić
Swej niewinności i skruchy strumienie.
Za mną więc wszyscy, których czyste dusze
Brzydzą się jatek smrodem zaraźliwym;
Zapach ten grzechu dusić mnie zaczyna.
Bigot.  W drogę do Bury! łączmy się z Delfinem!
Pembroke.  Powiedz królowi niechaj tam nas szuka.

(Wychodzą panowie).

Bękart.  To mi świat dobry! — Czy znasz wykonawcę
Tej pięknej sprawy? Jeśli to rzecz twoja,
Choć nieskończone Boże miłosierdzie,
Jesteś potępion.
Hubert.  Wysłuchaj mnie tylko —

Bękart.  Słuchaj, Hubercie, jesteś potępieńcem
Tak czarnym — czarnym — nic nie jest tak czarne;
Od Lucypera głębiej będziesz w piekle;
Niema od ciebie szpetniejszego dyabła,
Jeśliś to dziecko zabił.
Hubert.  Na mą duszę —
Bękart.  Jeżeliś tylko na ten czyn przyzwolił;
Rozpaczaj teraz; jeżeli chcesz stryczka,
Najcieńsza nitka, którą pająk z łona
Swojego wysnuł, za stryczek ci stanie;
Na źdźble sitowia możesz się powiesić;
Albo, jeżeli utopić się wolisz,
Kropelkę tylko wody wpuść do łyżki,
A jak ocean starczy nieskończony
Na uduszenie nikczemnego zbójcy. —
W wielkiem, Hubercie, mam cię podejrzeniu.
Hubert.  Jeśli uczynkiem, przyzwoleniem, myślą,
Stałem się winnym wydarcia oddechu
W tej pięknej glinie niegdyś zamkniętego,
Niech piekło nie ma dość dla mnie męczarni!
Gdym go opuścił, zdrów był.
Bękart.  Weź te zwłoki.
Zda się, żem drogę stracił odurzony
Śród niebezpieczeństw i śród cierniów świata.
Jak łatwo całąś Anglię podniósł z ziemi!
Z tych niemych resztek zmarłej królewskości
Życie i prawo całego królestwa,
I wiara spoinie do nieba uciekły.
Zostało Anglii kłócić się i walczyć,
Szarpać zębami wielkiego królestwa,
Bez pana teraz, dumne niegdyś resztki.
O ogryzioną kość dziś majestatu
sy wojny gniewne najeżają kudły,
Warczą w oblicze słodkiego pokoju,
Dziś moc zewnętrzna i wewnętrzne kłótnie
W jedno się zlały, a zamęt bez końca,
Jak stado kruków nad upadłem zwierzem,

Na śmierć wydartej czekają potęgi.
Szczęśliwy teraz czyj płaszcz i pas mogą
Przetrwać tę burzę! — Nieś za mną to dziecko,
A idźmy spiesznie z królem się połączyć,
Tam czeka na nas spraw tysiącznych brzemię,
Bo niebo gniewnie patrzy na tę ziemię (wychodzą).




AKT PIĄTY.
SCENA I.
Tamże. Sala w Pałacu.
(Wchodzą: król Jan, Pandulf z koroną, służba).

Król Jan.  Wieniec mej chwały w twe złożyłem ręce.
Pandulf.  Przyjm go z mej ręki teraz, nie zapomnij,
Że tylko z łaski papieża dostajesz
Twoją monarszą wielkość i powagę.
Król Jan.  Świętego teraz dotrzymaj mi słowa:
Idź do Francuzów, pochód ich zatrzymaj
Mocą przez Ojca świętego ci daną,
Zanim nas wszystkich pożre ogień wojny.
Nasi panowie gniewny bunt podnieśli;
Lud nasz w otwartym sporze z posłuszeństwem
Wierność i miłość krwi obcej przysięga.
Ty jeden swojem możesz wstrzymać słowem
Wylew kipiących i gniewnych humorów.
Nie trać więc czasu; obecna choroba
Bezpośredniego wymaga lekarstwa,
By się w śmiertelną chorobę nie zmienić.
Pandulf.  Burzę tę moje wywołało tchnienie
Za twój uparty papieżowi opór,
Lecz gdyś pokornym został pokutnikiem,
Burzę tę znowu język mój uciszy,
Wróci pogodę chmurnej twojej ziemi.

Pomnij, w dzisiejszym dniu Wniebowstąpienia,
Gdyś przysiągł wierną służbę papieżowi,
Skłonię Francuzów do złożenia broni (wychodzi).
Król Jan.  To dzisiaj święto jest Wniebowstąpienia?
Czyliż mi prorok tego nie wywróżył,
Że przed południem dnia Wniebowstąpienia
Złożę koronę? Złożyłem jak wróżył.
Myślałem, że to zrobię przymuszony,
Lecz, dzięki Bogu, robię dobrowolnie (wchodzi Bękart).
Bękart.  Kent się już poddał, zamek tylko Dover
Trzyma się jeszcze; Londyn w swoje mury
Przyjął jak gościa Delfina i wojsko;
Twoi panowie i słuchać cię nie chcą;
Ponieśli służbę twojemu wrogowi;
Szalony przestrach na wsze miota strony
Drobny wątpliwych przyjaciół twych zastęp.
Król Jan.  Nie chcieli do mnie powrócić lordowie,
Choć usłyszeli, że Artur był żywy?
Bękart.  Znaleźli trupa jego na ulicy,
Drogą szkatułkę, z której życia klejnot
Wykradła jakaś potępiona ręka.
Król Jan.  Hubert mi jednak powiedział, że żyje.
Bękart.  Hubert powiedział tylko to, w co wierzył.
Lecz czemu spuszczasz głowę? Skąd ten smutek?
Bądź wielki czynem, jak myślą nim byłeś;
Niech świat nie widzi trwogi i wahania
Królewskich źrenic ruchem kierujących.
Bądź ogniem z ogniem; bądź jak czas ruchliwy;
Odgróź grożącym i śmiałe staw czoło
Bezczelnym śmiałkom, a podwładnych oczy
Zwykłe od panów pożyczać spojrzenia,
Za twym przykładem do wielkości wzrosną,
A sercom dadzą hart niezwyciężony.
Naprzód! Bądź jasny jak sam bożek wojny,
Kiedy zamierza na pole wystąpić;
Pokaż odwagę i ufność bez granic.
Czy chcesz, by przyszli lwa szukać w jaskini,
I tam go trwożnem napełnili drżeniem?

Uchowaj Boże! Pierwszy rzuć się śmiało
Na buntownicze roty, chwyć je przódy,
Nim do bram twoich przybliżyć się zdążą.
Król Jan.  Papieski legat był ze mną przed chwilą,
A gdy szczęśliwy pokój z nim zawarłem,
Przyrzekł rozpuścić pod wodzą Delfina
Ciągnące wojska.
Bękart.  Haniebne przymierze!
Jak to? Na naszej własnej mamy ziemi
Wchodzić w układy, lękliwie traktować,
Z najezdnikami podły przyjąć rozejm
I ich przepraszać? Toż chłopię bez brody,
Wykołysany w jedwabiach pyszałek
Bezkarnie naszym urąga się polom,
W męstwie się ćwiczy na wojennej ziemi,
I z urąganiem sztandar rozwijając
Na wiatry nasze, oporu nie znajdzie?
Do broni, królu! Może i kardynał
Nie będzie w stanie otrzymać pokoju;
Lub, gdy otrzyma, niech świat choć zobaczy,
Żeśmy gotowi wrogom stawić czoło.
Król Jan.  Sprawę tę całą powierzam twej pieczy.
Bękart.  Więc śmiało naprzód! Wiem, że siły nasze
I śmielszych wrogów strzaskają pałasze (wychodzą).

SCENA II.
Płaszczyzna w bliskości Saint-Edmunds-Bury.
(Wchodzą zbrojno: Ludwik, Salisbury, Melun, Pembroke, Bigot, wojsko).

Ludwik.  Weź, hrabio Melun, kopię tego aktu,
Skrzętnie ją w naszych zachowaj archiwach,
A oryginał wręcz angielskim panom;
Tak, obie strony, mając przed oczyma
Spólnych układów wszystkie artykuły,
Wiedząc do czego wiąże ich przysięga,
Potrafią łatwiej dotrwać w danem słowie.

Salisbury.  Co do nas, nigdy nie złamiemy wiary.
Choć przyrzekamy, szlachetny Delfinie,
Służbę i wierność z dobrej naszej woli,
Wierzaj mi jednak, bolejem głęboko,
Że ciężkie czasy zmusiły nas szukać
Lekarstwa na złe w buncie pogardliwym,
I żeby jednę rozjątrzoną ranę
Zamknąć, tysiące krwawych ran zadawać.
Dusza ma cierpi gdy własnym orężem
Na tej tu ziemi wdowy muszę robić,
Po której słychać imię Salisbury
Na czci i mienia wzywane obronę.
Lecz takie czasów naszych jest zepsucie,
Że na lekarstwo i zdrowie praw naszych
Możemy działać tylko pogwałceniem
Surowem prawa i prawicą krzywdy.
Ach, jaka boleść, smutni przyjaciele,
Że my, tej wyspy dzieci, dożyliśmy
Smutnej godziny, aby po jej łonie
Deptać za śladem stóp nieprzyjacielskich,
Mnożyć jej wrogów, (łzę muszę uronić
Nad hańbą naszej ciężkiej konieczności)
Przyjmować panów odległej krainy,
I pod chorągwią walczyć nieznajomą!
Co? Tu? O ziemio, gdyby dłoń Neptuna,
Która cię w swoich trzyma tu uściskach,
Mogła ze znanych wyrwać cię podwalin,
Ponieść ku brzegom dalekim pogaństwa!
Tamby dwie armie chrześcijańskie mogły
W żyłach przymierza gniewną krew połączyć,
Zamiast, jak tutaj, srogo ją przelewać!
Ludwik.  Twe słowa, duszy wielkiej są znamieniem.
W twych piersiach walcząc, wysokie uczucia
Zatrzęsły całem szlachectwem twej duszy.
O, jak szlachetną w łonie twojem walkę
Toczy konieczność z zacnością pobudek!
Pozwól mi otrzeć tę zaszczytną rosę,
Co po twych licach w srebrnych płynie kroplach.

Na łzy niewieście serce moje miękło,
Choć to powszedni i zwykły jest potop;
Lecz ten deszcz, ale tych męskich łez krople,
Do ócz ciśnięte przez duszy uragan,
Wzrok mi olśniły i silniej mnie durzą.
Niż gdybym ujrzał cały sklep niebieski
Zapłomieniony ogniem meteorów.
Lecz podnieś czoło, dzielny Salisbury,
Spędź burzę serca wielkiego westchnieniem,
Zostaw łzy oczom dziecka, które nigdy
Olbrzyma świata nie widziały w gniewie,
I spotykały się z fortuną tylko
W świątecznych godach, śród żartów i śmiechu.
Dalej! Swą rękę w trzosie pomyślności
Równie głęboko jak sam Ludwik schowasz,
Jak i wy wszyscy, szlachetni panowie,
Którzy mej sile przydajecie waszą.

(Wchodzi Pandulf z orszakiem).

Że anioł mówi, myślałem przed chwilą,
A patrzcie, oto święty legat wchodzi,
By niebios ręką dać nam utwierdzenie,
Na czynach naszych świętem wyryć słowem
Nazwisko prawa.
Pandulf.  Witaj, książę Francyi!
Król Jan nakoniec pogodził się z Rzymem
I ugiął duszę, co długo, uporna,
Przeciw świętemu wojnę Kościołowi
I apostolskiej stolicy podniosła.
Zwiń przeto, książę, groźne swe chorągwie,
A ducha wojny dzikiego ugłaskaj,
By jak lew, stróża ręką wykarmiony,
Łagodnie przyległ u pokoju stopy,
I ludziom tylko postawą był groźny.
Ludwik.  Daruj mi, ojcze, lecz kroku nie cofnę.
Nie w niewolnika rodziłem się domu,
Abym rozkazom pokornie ulegał,
Za użyteczne służyć chciał narzędzie
Jakiemu świata tego mocarzowi.

Dech twój rozniecił wojny zgasły węgiel
Między mną, a tem chłostanem królestwem,
I nagromadził pokarm dla płomienia;
Ogień zbyt teraz wielki, by go zgasił
Słaby ten wietrzyk, który go rozpalił.
Poznałem prawdę dzięki twej nauce;
Ty mi do ziemi tej odkryłeś prawo,
Myślą tej wojny serce me natchnąłeś.
Przychodzisz teraz, aby mi powiedzieć:
Jan w zgodzie z Rzymem. Czem dla mnie ta zgoda?
Prawem małżeństwa, po Artura śmierci,
Jestem tej ziemi dziedzicem i panem;
Mamże się cofnąć, gdym ją na pół podbił,
Bo Jan, jak mówisz, z Rzymem pokój zawarł?
Alboż ja jestem niewolnikiem Rzymu?
Czy na poparcie mojej dał wyprawy
Rzym choć grosz jeden, jednego żołnierza?
Czy nie sam wszystkie ciężary poniosłem?
Czy nie sam, z moich lenników drużyną,
Wojny tej wszystkie ponosiłem trudy?
Czy nie słyszałem krzyku tych wyspiarzy:
Niech król nasz żyje! gdym tu wylądował?
Czy kart najlepszych nie trzymam już w ręku,
By wygrać w łatwej grze tej o koronę?
Miałżebym teraz mych zrzec się korzyści?
Nie, na mą duszę, nikt tego nie powie.
Pandulf.  Sprawy tej, książę, tylko wierzch dojrzałeś.
Ludwik.  Wierzch lub spód, mniejsza, lecz kroku nie cofnę,
Póki wyprawie mej chwały nie zjednam,
Wielkim nadziejom moim zapewnionej,
Nim te zastępy waleczne zebrałem,
Ogniste dusze z wszystkich krańców ziemi,
Aby zwycięstwa szukać na ich czele
W paszczach przygody, śmierci nawet samej.

(Słychać trąbkę za sceną).

Co nam ten odgłos trąby zapowiada?

(Wchodzi Bękart z orszakiem).

Bękart.  Wedle praw wojny, żądam posłuchania.

Król mnie przysyła, święty kardynale,
O skutek twego poselstwa zapytać;
A wiem, stosownie do twej odpowiedzi,
W jakich granicach język mój utrzymać.
Pandulf.  Delfin odmowną daje mi odpowiedź.
Mimo próśb moich i moich nalegań
Upornie woła, że broni nie złoży.
Bękart.  Na krew przysięgam, którą kiedykolwiek
Przelała wojna, młodzik dobrze mówi.
Słuchaj więc teraz angielskiego króla,
Który przez moje tak przemawia usta:
Już jest gotowy; ma do tego powód.
Na ten brutalny, na ten małpi atak,
Na tę szaloną zbrojną maskaradę,
Bezbrodną śmiałość i dziecinne wojska,
Z śmiechem król patrzy, i już jest gotowy
Wymieść za swego królestwa granice
Tę karlą wojnę, pigmejskie oręże.
Ręka dość silna, by w twym własnym domu
Dać ci po skórze, zmusić cię ze strachu
Jak wiadro w studni nurzać się głębinach,
Pod własnych bydląt grzebać się podściółką,
Jak fanty w szafach, kufrach się zamykać,
Z wieprzem się bratać, szukać bezpieczeństwa
W lochach więzienia, a trząść się i blednąc
Na ojczystego nawet śpiew koguta,
Za krzyk zbrojnego biorąc go Anglika;
Ta dłoń zwycięska, zdolna dać ci chłostę
W twej własnej ziemi, słabsząż będzie tutaj?
Nie; niechże król mój, z dobytą już szablą,
Jak orzeł nad swych wież gniazdem szybuje,
By spaść na wrogów chcących się doń zbliżyć.
A wy, wyrodki, niewdzięczni synowie,
Krwawe Nerony, drogiej matki Anglii
Szarpiące łono, zapłońcie się wstydem,
Bo żony wasze, blade córki wasze
Biegną za bębnem niby amazonki,
Na rękawice zmieniają naparstki,

Igły na lance, a serc swoich słodycz
Na wściekłość szału krwawej nienawiści.
Ludwik.  Tu skończ twój zapał i wracaj w pokoju;
Wyznajem, żeś nas przeszkalować zdolny.
Bądź zdrów; zbyt drogim czas się nam wydaje,
Aby z podobnym tracić go krzykaczem.
Pandulf.  Pozwól mi mówić.
Bękart.  Jeszcze nie skończyłem.
Ludwik.  Nie chcę jednego ni drugiego słuchać.
Uderzcie w bębny! Niechaj wojny język
Praw naszych broni i pochód nasz głosi.
Bękart.  Jak twoje bębny pod pałek ciosami,
Pod naszych szabel tak zaryczysz gradem.
Zbudź tylko echo głosem twoich bębnów,
A już gotowy bęben czeka tylko,
By równie głośną przynieść ci odpowiedź;
Zbudź je powtórnie, powtórna odpowiedź
Do chmur poleci z równą mu potęgą,
By tam piorunów urągać się grzmotom,
Bo Jan waleczny, nie rachując wiele
Na kulawego legata poselstwo,
Którego użył na żart nie z potrzeby,
Wisi nad tobą, a na jego czole
Śmierć blada siedzi, której przeznaczeniem
Ucztować dzisiaj na trupach Francuzów.
Ludwik.  Więc naprzód! idźmy szukać tego wroga.
Bękart.  Wierz mi, Delfinie, nie długa to droga (wychodzą).

SCENA III.
Tamże. Plac boju.
(Alarm. Wchodzą: król Jan i Hubert).

Król Jan.  Jak stoi bitwa? O, powiedz, Hubercie.
Hubert.  Boję się, licho. A zdrowie twe, królu?
Król Jan.  Gorączka z dawna krew moją paląca
Trawi mnie ciągle. O, serce me słabe (wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Brat twój, Faulconbridge, uprasza cię, królu,

Byś plac opuścił, a raczył mu donieść,
Gdzie się obrócisz.
Król Jan.  Do opactwa Swinstead.
Posłaniec.  Bądź dobrej myśli, bo wielkie posiłki,
Na które Delfin czekał niecierpliwie,
Przed trzema dniami pogrzebała burza
W piaskach Godwina: Ryszard tę nowinę
Odebrał w chwili mojego odjazdu.
Cofać się zaczął Francuz zniechęcony.
Król Jan.  Tyran gorączka pali me wnętrzności,
Z szczęśliwej wieści cieszyć mi się broni.
Do Swinstead teraz! gdzie moja lektyka?
Niemoc się wzmaga, siła mnie odbiega (wychodzą).

SCENA IV.
Tamże. Inna strona placu boju.
(Wchodzą: Salisbury, Pembroke, Bigot i inni).

Salisbury.  Nie przypuszczałem, by stronnictwo króla
Tak liczne było.
Pembroke.  Raz jeszcze do boju!
Dodajmy ducha omdlałym Francuzom,
Bo z ich upadkiem i my upadamy.
Salisbury.  Ha, ten dyabelski bękart, ten Faulconbridge
Sam bój przeciąga na przekór przekorze.
Pembroke.  Król Jan, jak mówią, słaby, plac opuścił.

(Wprowadzają żołnierze rannego Meluna).

Melun.  Do zbuntowanych wiedźcie mnie Anglików.
Salisbury.  Przy szczęściu inne mieliśmy nazwisko.
Pembroke.  To hrabia Melun.
Salisbury.  Śmiertelnie raniony.
Melun.  W ucieczce wasze zbawienie, panowie;
Kupione wasze głowy i sprzedane;
Z buntu iglanych uch się wywikłajcie:
Wygnaną wierność przyzwijcie do domu,
Rzućcie się znowu do nóg króla Jana,
Bo jeśli Francuz odniesie zwycięstwo,

Zamiarem jego, w nagrodę prac waszych,
Ściąć wasze głowy; na to przysiągł Delfin,
Za nim ja, liczne dworskich panów koło,
W Saint-Edmund’s-Bury, klęcząc przy ołtarzu,
Na którym chwilę pierwej przysięgliśmy
Przyjaźń i wieczną miłość dla was chować.
Salisbury.  Czy to być może? Jak temu uwierzyć?
Melun.  Czy hydnej śmierci nie mam przed oczyma?
Z krwią mego życia ucieka ostatek.
Jestem jak z wosku lepiona figura,
Pod wpływem ognia szybko topniejąca.
Na cóżbym z wami używał obłudy,
Gdy mi już na nic przydać się nie może?
Na cobym kłamał, skoro to jest prawdą,
Że umrzeć muszę, by żyć potem prawdą?
Powtarzam jeszcze, jeśli Ludwik wygra,
Krzywoprzysięzcą będzie, jeśli jutro
Źrenice wasze wschód słońca zobaczą.
Ale tej nocy, której mglisty oddech
Już się nad tarczą dymi gorejącą
Dzienną podróżą znużonego słońca,
Tej nocy, zdradą wydartym żywotem
Występnej zdrady zapłacicie karę,
Byle z pomocą waszą wygrał Ludwik.
Pozdrówcie w mojem imieniu Huberta;
Moja dlań przyjaźń i myśl, że w mych żyłach
Płynie angielska krew mego pradziada,
Moje sumienie do wyznań tych skłania.
Wy, za nagrodę, raczcie mnie stąd unieść,
Od bitwy zgiełku i wrzawy opodal,
Bym mógł w pokoju zebrać resztki myśli,
I wśród pobożnych rozmyślań i modlitw
Wyzionąć duszę z śmiertelnego ciała.
Salisbury.  Wierzę ci. Niechaj zginę, jeśli teraz
Nie chwycę chętnie dobrej sposobności,
By się wycofać z występnej ucieczki,
A zostawiając, jak morze w odpływie,
Gwałtowne ruchy fali rozdąsanej,

Do przekroczonych wrócić znowu brzegów,
I w posłuszeństwie złączyć się spokojnem
Z naszym monarchą, naszym oceanem.
Dłoń moja chętną będzie ci podporą,
Bo w oku twojem czytam niewątpliwie
Konania boleść. — Dalej, przyjaciele!
Nowa ucieczka! Nowość to szczęśliwa,
Co do starego prawa nas przyzywa!

(Wychodzą uprowadzając Meluna).
SCENA V.
Tamże. Obóz francuski.
(Wchodzi: Ludwik i orszak).

Ludwik.  Zda mi się, słońce nie chciało się schować;
Stojąc, zachodnie rumieniło niebo,
Kiedy Anglicy, w powolnym odwrocie
Plac swej potyczki powtórnie mierzyli.
Piękny był koniec, gdy po krwawym boju,
Jak na dobranoc, armat naszych paszcze
Nieużytecznym lunęły kul gradem,
A poszarpane zwijając sztandary,
Prawie panami zostaliśmy pola. (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Gdzie Delfin?
Ludwik.  Jakie przynosisz mi wieści?
Posłaniec.  Melun zabity; angielscy panowie
Za jego radą, znów nas opuścili;
Oczekiwane tak długo posiłki
W Godwina piaskach leżą pogrzebane.
Ludwik.  Bodajeś przepadł za tak szpetne wieści!
Tak smutnej nocy nie przewidywałem,
Jakąś mi przyniósł. Któż mi to powiadał.
Że król Jan pierzchnął dwie przody godziny
Nim noc znużone rozdzieliła wojska?
Posłaniec.  Ktobądź powiedział, powiedział ci prawdę.
Ludwik.  Pod czujną strażą noc tę przepędzimy,

A ledwo zejdzie biały dzień na wschodzie,
Pójdziemy szczęścia powtórnie próbować (wychodzą).

SCENA VI.
Pole w sąsiedztwie Swinstead Abbey.
(Spotykają się Bękart i Hubert).

Hubert.  Kto tam? Odpowiedz lub strzelę.
Bękart.  Przyjaciel.
A ty kto jesteś?
Hubert.  Żołnierz króla Jana.
Bękart.  Gdzie się tak śpieszysz?
Hubert.  A co ci do tego?
Równe mam prawo do spraw się twych mięszać
Jak ty do moich.
Bękart.  Jak wnoszę, to Hubert.
Hubert.  Zgadłeś. Uwierzę, na wszelki przypadek,
Że to przyjaciel, skoro głos mój poznał.
A ty, kto jesteś?
Bękart.  Kto chcesz. Jeśli łaska,
Bądź tak uprzejmy i przypuść, że idę
Po jednej stronie od Plantagenetów.
Hubert.  O zło pamięci i ty, ślepa nocy,
Wstyd mi robicie. Waleczny żołnierzu,
Przebacz, jeżeli twoich ust wyrazy
Do moich uszu wbiegły niepoznane.
Bękart.  Bez komplementów. Co nowego słychać?
Hubert.  Śród cieniów nocy właśniem ciebie szukał.
Bękart.  Więc krótko powiedz, jakie niesiesz wieści?
Hubert.  O, drogi panie, nocy tej podobne,
Czarne, okrutne, nad wszelką pociechę.
Bękart.  Mów bez ogródki, nie jestem kobieta,
I nie zemdleję, gdy mi wieść tę powiesz.
Hubert.  Mnich, jak się zdaje, otruł króla Jana;
Mowę już stracił, gdy go opuściłem,
Chcąc tę bolesną ponieść ci wiadomość,
Byś się na wszystko lepiej przygotował.

Bękart.  Kto mu jad zadał? Kto napój kosztował?
Hubert.  Mnich, jak mówiłem, hultaj rezolutny,
Któremu zaraz przepękły wnętrzności.
Król jeszcze żyje, może wyzdrowieje.
Bękart.  Pod czyją strażą zostawiłeś króla?
Hubert.  Czy nie wiesz, panie? Wrócili lordowie,
I książę Henryk przybył z nimi razem.
Na jego prośbę król przebaczył wszystkim;
Pod ich bezpieczną strażąm go zostawił.
Bękart.  O wstrzymaj gniew twój, wszechmogący Boże,
Nad siły nasze nie daj nam ciężaru!
Słuchaj, Hubercie, połowę mej armii
Na tych mieliznach pożarł przystęp morza,
W Lincolnskich piaskach leżą pogrzebani;
Mnie ledwo dzielny uratował rumak.
Nie traćmy czasu, prowadź mnie do króla,
Kto wie, czy zdążę, by go żywym znaleźć (wychodzą).

SCENA VII.
Sad w Swinstead-Abbey.
(Wchodzą: książę Henryk, Salisbury, Bigot).

Ks. Henr.  Wszystko napróżno. Już krew jego życia
Wszystka popsuta, a mózg jego jasny,
To kruche duszy, jak mówią, mieszkanie,
Mętnym potokiem powikłanych myśli
Bliski żywota koniec zapowiada (wchodzi Pembroke).
Pembroke.  Król jeszcze mówi, a jest przekonany,
Że gdyby wolnem odetchnął powietrzem,
Zwolniałby ogień piekielnej trucizny,
Który okrutnie wnętrzności mu trawi.
Ks. Henr.  Niechże go tutaj do sadu przyniosą.
Zawsze w malignie? (wychodzi Bigot).
Pembroke.  Spokojniejszy teraz.
Przed chwilą śpiewał.
Ks. Henr.  Marności choroby!
Zbytek cierpienia, byle przedłużony,

Traci uczucie. Śmierć, gdy spustoszyła
Zwątlone ciało, nie zważa nań więcej,
Całą potęgę przeciw myśli zwraca,
I dziwnych marzeń walczy ją półkami,
Co do tej twierdzy szturmując ostatniej
W dzikim zamęcie niszczą się wzajemnie.
Ach, jak rzecz dziwna, aby śmierć śpiewała!
Ja łabędzikiem tegom jest łabędzia,
Który pieśń smutną nuci własnej śmierci,
Konającego gardła cichą pieśnią
Do snu wiecznego ciało swe kołysze.
Salisbury.  Pociesz się, książę, bo ty się rodziłeś,
By nadać formę chaotycznej masie,
Którą w dziedzictwie król ci ten zostawia.

(Wchodzą: Bigot i słudzy, którzy niosą króla Jana na krześle).

Król Jan.  Teraz przynajmniej swobodna ma dusza;
Przez drzwi i okna nie chciała ulecieć.
W moich wnętrznościach tak gorące lato,
Że przepalone, na pyłek się kruszą;
Jestem postacią piórem nakreśloną
Na pergaminie, co w blizkości ognia
Coraz się kurczy.
Ks. Henr.  Jak czujesz się, królu?
Król Jan.  O źle! otruty, martwy, opuszczony!
A nikt z was zimie nie każe przylecieć,
W me usta palce włożyć lodowate;
Nikt nie chce zwrócić rzek mego królestwa,
By przez płonącą pierś mą popłynęły;
Nikt z was nie błaga, by wiatry północne
Pocałowały spiekłe moje lica,
Swem chłodnem tchnieniem ulgę mi przyniosły.
O mało proszę, o zimną pociechę,
A wy, niewdzięczni, dać mi jej nie chcecie!
Ks. Henr.  Gdyby łzy moje ulgą ci być mogły!
Król Jan.  Nie, nie! w łez twoich soli jest gorąco.
We mnie jest piekło, w piekle tem zamknięta,
Jak szatan jaki, trucizna, by dręczyć
Krew mą skazaną na męki bez końca. (Wchodzi Bękart).

Bękart.  Pędzony żądzą widzenia cię, królu,
Ledwo oddycham.
Król Jan.  Na czas, mój kuzynie,
Przybyłeś, aby oczy moje zamknąć.
Dni moich liny strzaskane, spalone.
Żagle, co miały me unosić życie,
Na nić się zeschły, na malutki włosek;
Serce w mem łonie jedna trzyma nitka,
A i ta pęknie, nim skończysz swą powieść,
I to co widzisz, będzie garstką prochu,
I majestatu zgasłego obrazem.
Bękart.  Delfin tu ciągnie na swoich wojsk czele,
A jak mu stawić czoło, Bóg wie jeden,
Nocy tej bowiem zastępów mych wybór,
Który z potyczki mogłem uprowadzić,
Niespodziewanym zaskoczon przystępem,
W przepaściach morza swój grób znalazł mokry.

(Król kona).

Salisbury.  Umarłym uszom śmierci prawisz dzieje.
Królu mój, panie! Przed chwilą król, teraz —
Ks. Henr.  I moim losem tak biedz i tak stanąć.
Jakąż świat daje pewność i nadzieję,
Gdy to co było królem, prochem teraz!
Bękart.  Więc nas rzuciłeś? Ja jeszcze zostanę,
Aby za twoje pomścić cię tu krzywdy,
Potem do nieba dusza ma uleci,
By ci tam służyć, jak niegdyś na ziemi. (Do panów)
Wy, gwiazdy, znowu do swych sfer wrócone,
Gdzie wasze siły? Stwierdźcie waszą wierność,
I idźcie ze mną odepchnąć zagładę,
I wieczną hańbę od słabych bram naszych.
Szukajmy wroga albo on nas znajdzie:
Delfin za moim ciągnie tutaj śladem.
Salisbury.  My tu od ciebie więcej trochę wiemy.
Kardynał Pandulf, pół godziny temu,
Przybył w imieniu Delfina Ludwika,
A przyniósł takie warunki pokoju,
Że bez niesławy możemy je przyjąć.

On gotów wojnę natychmiast zakończyć.
Bękart.  A tem ją chętniej skończy, gdy zobaczy,
Że do odporu dłoń mamy gotową.
Salisbury.  Możem powiedzieć, że pokój już stanął.
Już liczne wozy ku morzu wyprawił;
Sprawę swą złożył w ręce kardynała,
Z którym, jeżeli chcesz się z nami złączyć,
Dziś popołudniu zawrzemy układy,
Bez straty czasu wszystko zakończymy.
Bękart.  Niech i tak będzie. Ty, szlachetny książę,
Z panami, którzy oddalić się mogą,
Zajmij się ojca twojego pogrzebem.
Ks. Henr.  Wolą jest ojca, aby jego zwłoki
W Worcester złożyć.
Bękart.  Więc je tam złożymy.
A potem, książę, bodajeś szczęśliwie
Dziedziczne berło z chwałą wziął do ręki!
Tobie w pokorze składam na kolanach
Wierne me służby i wieczne poddaństwo.
Salisbury.  I my ci naszą ofiarujem miłość,
Którą bez plamy przysięgam zachować.
Ks. Henr.  Czułą mam duszę, chciałbym wam dziękować,
Teraz nie mogę, jak łzami wam płacić.
Bękart.  Konieczny tylko czasom płaćmy smutek,
Bo już niemało daliśmy zadatku.
Nigdy nie padła i nigdy nie padnie
Anglia do dumnych nóg swego zwycięzcy,
Póki mu sama na pomoc nie przyjdzie.
Dziś, gdy wrócili znów jej naczelnicy,
Niech z czterech krańców ziemi przyjdą wrogi,
Z ich gróźb i mieczów śmiejem się z pogardą:
Anglia zwycięży i zawsze i wszędzie,
Dopóki sama wierną sobie będzie.

(Wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 35.png



Selous - Król Ryszard II.jpg

KRÓL RYSZARD II.



KRÓL RYSZARD II.

D

Dzieje domu Lancastrów rozpoczynają się tym dramatem i stanowią jeden wielki poemat, razem z historyą Henryka IV i V-go.

Dramat ten (Historie) napisanym był, jak się zdaje, wkrótce po Królu Janie, zapewne około r. 1596, a drukowany po raz pierwszy w 1597, pod tytułem: „Tragedya o Królu Ryszardzie drugim, tak jak ją publicznie przedstawiali Lorda kanclerza słudzy“[6].
W pierwszem wydaniu nie podano imienia autora, dopiero w drugiem stoi na tytule: Shakespeare. Za życia królowej Elżbiety niektóre sceny, złożenie z tronu, posiedzenie parlamentu, były opuszczone w druku i nie pozwolono ich przedstawiać na teatrze. Dopiero za panowania Jakóba I weszły do dramatu i jeszcze za życia Szekspira w r. 1615, pomieszczono je, uzupełniając nowe wydanie.
Wypadki tego panowania i tragiczna historya Ryszarda II dostarczyły treści innym pisarzom dramatycznym, oprócz Szekspira. Jeden z tych dramatów jest nam znany z tego, że historycznie odegrał pewną rolę. W chwili, gdy spisek Essex’a miał wybuchnąć, przyjaciele jego, dla podburzenia i przygotowania umysłów ludu, dramat krwawy i roznamiętniający, o złożeniu z tronu i śmierci Ryszarda, kazali grać po teatrach i domach. Była to sztuka „przestarzała“, która nie bardzo pociągała widzów, a ze wzmianki o niej jawnem jest, iż różną od dramatu Szekspira być musiała, bo ten raczej litość dla Ryszarda niż namiętność obudza. O drugim dramacie obejmującym całe panowanie tego króla, grywanym w teatrze Szekspira: „Globus“ wspomina stary dziennik Dra Formana, ale z tego, co mówi o nim, nie zdaje się to też i nie może być Ryszard Szekspira. Z tych wzmianek przekonywamy się tylko, jak te dawne, krwawe dzieje przeszłości, silnie zajmowały umysły, gdy je ciągle dramatyzowano i przedstawiano w coraz nowej szacie.
W Ryszardzie drugim, z nader mało znaczącemi zmianami, idzie poeta za kroniką Holinsheda. Historya tak mu dobrze służyła do rozwinięcia dramatu, że jej ani przerabiać, ani ściskać w ciaśniejsze ramy, ani zmieniać nie potrzebował. Dostarczyła ona obfitego wątku, wśród którego tylko niektóre chwile i charaktery podnieść potrzeba było. Dramat obejmuje krótki przeciąg czasu od 1398 do 1400.
Po Edwardzie III, który wsławił się rycerskimi czyny i podbiciem części Francyi, w r. 1377 nastąpił jedenastoletni Ryszard, syn mężnego bohatera, zwanego „Czarnym Księciem“ (The Black Prince), zmarłego na rok przed królem. Ryszard przynosił z sobą na tron sławę, którą wziął po ojcu, ale nie jego przymioty. Był to młodzieniec dziwnie pięknej urody, miły, ale płochy i lekkomyślny, lubiący przepych i rozrywki w gronie młodzieży, równie rozpuszczonej i chciwej życia. Jeden ze stryjów Ryszarda, książe Lancaster, najstarszy z synów żyjących Edwarda III, sprawiał rządy w czasie małoletności i miał w opiece synowca. Mąż to był dzielny, pełen ambicyi i rozumny — taki prawie w historyi, jakim go Szekspir maluje w dramacie.
Dwaj stryjowie Lancaster i Gloucester zawczasu obudzili nieufność w Ryszardzie, który się z pod ich opieki wyzwolił. Trzeci stryj książe Yorku, słabszego charakteru, powolniejszy, był mu milszym, ale też nie miał nań żadnego wpływu.
Ulubieńcy i pochlebcy, otaczający młodego króla, rządzili nim, jak chcieli, Ryszard cały był im oddany, rozrzutny, obsypywał ich dobrodziejstwy i trwonił skarb na wystawność, zbytki i płoche zabawy.
Rycerski duch ojca odzywał się w nim wprawdzie niekiedy, ale naówczas tylko, gdy — jak buntem groźnym Wat Tylera, został rozbudzony gwałtownie. Życie wesołe, swawole faworytów, marnotrawstwo, poczęły w końcu w kraju obudzać szemranie i powszechną niechęć do króla. Malkontenci z orężem w ręku, zaczęli się dopominać, pod wodzą ks. Gloucester, młodego Bolingbroka, Mowbray’a (późniejszego księcia Norfolk), o karę na faworytów rozpuszczonych, o wysadzenie komissyi, któraby skarb państwa kontrolowała... Zburzonemu gminowi i szlachcie musiał nareszcie uledz Ryszard, ale poprzysiągł im zemstę w duszy. Chcąc tym pewniej dosięgnąć Gloucestera, który przewodził powstaniu, przejednał się król z innymi, starając ich przychylność pozyskać. Wkrótce potem czując się silniejszym, rozkazał uwięzić Gloucestera i jego przyjaciół; zabito go z rozkazu Ryszarda, a parlament zmuszony został odwołać swoje wyroki. Pomocnicy dali głowę na rusztowaniach, poszli na wygnanie lub wtrąceni do więzienia.
Wszystko to działo się przed rozpoczęciem dramatu, który jest dalszym ciągiem walki Ryszarda przeciwko upominającym się o prawa swoje i państwa. Po stronie króla stoją książe Yorku, Bolingbroke i Rutland. Król nagradzając wiernych swych pomocników, nadaje im książęce tytuły, którymi dwór swój i otoczenie chce uświetnić. Uśmierzony bunt, ale namiętności nim wzburzone, wrą jeszcze. Mściwy charakter Ryszarda, jego okrucieństwo, samowola niepohamowana, niepokoją księcia Norfolka, któy zaczyna się lękać o samego siebie. On także należał do buntowników; ten sam los, który spotkał innych, może być i jego udziałem. Bolingbroke jest w podobnem położeniu. Jadąc raz z nim sam na sam do Londynu, Norfolk w drodze wynurza mu obawy swoje, namawiając go do wspólnej przeciw Ryszardowi obrony. Tak zawiązek dramatu opowiada kronika. Bolingbroke wysłuchawszy Norfolka, z powodu tej rozmowy oskarża go o zdradę.
To oskarżenie otwiera akcyę i odrazu jesteśmy rzuceni we wrzącą walkę. Norfolk zapiera się zdrady knowanej, Bolingbroke stoi przy swojem. Świadków postawić nie mogą, — król naznacza, jako Sąd Boży, osobistą walkę, obyczajem wieku. W tej chwili, gdy się ona ma rozpocząć, Ryszard po namyśle, nie dopuszcza jej i obu zapaśników skazuje na wygnanie z kraju. Bolingbroke ma się oddalić na lat dziesięć, Norfolk oskarżony o przywłaszczenie sobie powierzonych mu pieniędzy, na całe życie. Obaj żegnają Anglję. Norfolk udaje się do Jerozolimy i powracając z Ziemi Świętej, umiera w Wenecyi w roku 1399, z żalu i tęsknoty za krajem.
Wygnanie Bolingbroka, który był niewinnym, nastąpiło wskutek nieufności i obawy. Król rad się go był pozbyć — groźne dlań były przymioty, jakimi się odznaczał, rozum, odwaga, ambicya i pozyskanie wziętości u ludzi. W chwili gdy Bolingbroke kraj opuszcza, wszyscy mu dają dowody współczucia, żegnają go i przeprowadzają mieszczanie Londynu; żal po nim powszechny w kraju.
W roku 1399 umiera stary Lancaster ojciec wygnańca. Król, pomimo przyrzeczenia swojego, iż synowi dziedzictwa nie odbierze, zagarnia spadek po nim, łamiąc dane słowo.
W tym czasie właśnie, Roger Mortimer, namiestnik królewski w Irlandyi, w walce ze zbuntowanymi Irlandczykami ginie. Król sam chce się pomścić jego śmierci i postanawia wyprawę przeciw buntownikom. Zaślepiony nie widzi, iż w całej Anglii i w Londynie, gdzie na swojem miejscu zostawił stryja, księcia Yorku, umysły są przeciwko niemu zburzone i powstanie, którego zarody tlały od dawna, blizkiem jest wybuchu.
Bolingbroke uwiadomiony o tem, korzysta z usposobienia kraju i oddalenia się króla, gromadzi szlachtę zniechęconą, zyskuje licznych zwolenników i wylądowuje na ich czele. Lud wita go jako zbawcę, zamki i miasta otwierają mu bramy, wojska królewskie powracające z Irlandyi opuszczają Ryszarda, niewielu krewnych i mała garstka przyjaciół przy nim zostaje.
Ryszard widząc się bezsilnym, zmuszony jest do układów z Bolingbrokiem, który obchodzi się z nim z pozornem poszanowaniem, ale narzuca swą pomoc do rządzenia państwem i zabiera go w niewolę. Parlament zebrany ogłasza króla wyzutym z tronu. Ryszard abdykuje, i Lancaster zostaje obwołany królem.
Wstępuje na tron Henryk IV — lecz dawni przyjaciele i zwolennicy złożonego z tronu króla pracują potajemnie nad przywróceniem mu władzy, — gwałtowne sceny wybuchają w parlamencie, przyszłość Henryka staje się groźną — dopóki Ryszard żyje. Możni spiskują przeciw nowemu królowi i zmawiają się zabić go w czasie turnieju, lecz sprzysiężenie zostaje odkryte. Tymczasem Ryszard umiera, a śmierć jego obudza podejrzenia. Pogrzeb odbywa się z honorami królewskiemu dostojeństwu należnymi, a sam Henryk jest obrzędowi przytomny. Pomimo to ciąży na nim posądzenie, iż więzień z jego rozkazu został zabity.
Przebieg tych wypadków, obrazowo, żywo, dramatycznie jest opisany w kronice Holinsheda, skąd autor zaczerpnął treść całą, bardzo mało czyniąc w niej zmiany.
Pomimo to, Ryszard drugi jest jednym z historycznych dramatów Szekspira, zbudowanych najkunsztowniej, z największą wstrzemięźliwością i obrachowaniem prowadzonym, odznaczającym się najdobitniejszą charakterystyką, obfitym w sceny pełne powagi i siły. Ażeby go należycie ocenić, potrzeba jednak nie odrywać go od tej wielkiej całości, jaką z następnymi dwoma stanowi. Tu zaledwie narysowane i w cieniu pozostawione charaktery, rozwijają się w nich i uzupełniają.
Charakter i postać głównego bohatera dramatu króla Ryszarda, który gdzieindziej Szekspir sam maluje daleko wyraziściej (Henryk IV, Cz. I, akt 3, scena 2), tu zdaje się być jakby umyślnie pozostawiony w półcieniu, ażeby mógł zajęcie obudzać do końca. Historya przedstawia go nam w istocie daleko lekkomyślniejszym, mściwszym, okrutniejszym razem, — gdy w dramacie jest słabym tylko. Ale ta słabość, tak umiejętnie zebranymi rysy odmalowana w ostatnim akcie szczególniej, bezsilnemi narzekaniami, nieskończonymi jęki, płaczem prawie niewieścim nad sobą, zrzucaniem winy na ludzi — ta słabość, która stanowi tu jedną stronę charakteru, zamyka w sobie cały.
Wiedział poeta, że człowiek tak bezsilny, mając władzę w ręku, dopuścić się musi wszystkiego, co wyrzucają Ryszardowi, że będzie na przemiany okrutnym, rozpasanym, z bojaźni mściwym, z bezsilności niewolnikiem własnych namiętności i wyzyskujących je ludzi. Takim się maluje ów jęczący król na końcu, dopóki go ostatnia wzgarda do rozpaczy i szału nie przyprowadziła. Wszystko to głębokiej znajomości natury ludzkiej dowodzi.
Całe światło przyświeca mężowi czynu, Bolingbrokowi. Otoczenie króla, na które spada część winy jego, pomocnicy swawoli i doradcy — stoją na drugim planie, tych autor nie potrzebował energiczniej charakteryzować. Jest to tłum kłaniający się blaskom, których część nań spada.
Cechą całego dramatu jest nadzwyczajne umiarkowanie, panowanie poety nad sobą, wstrzemięźliwość dojrzała w malowaniu charakterów, nadająca dramatowi dziwną powagę, majestat i cechę prawdy dziejowej. W życiu nigdy się nie obnaża człowiek cały; czuł to poeta, że zło się zawsze osłonić usiłuje, przebrać i unika cynicznego objawienia. Samo znaczenie wypadków najlepiej tu charakteryzuje osoby działające.
Prawdziwie historycznej powagi i blasku są sceny rycerskie, posiedzenie parlamentu, szczególniej abdykacya. Ryszarda los obudza politowanie, lecz zarazem niemęska rzewność jakaś, z którą przyjmuje swój los, usprawiedliwia jego upadek. Czujemy konieczność jego. Dramat cały rozwija się powolnie, jako nieubłagany skutek i następstwo zarodów, które w nim leżały. Nie rozbudza on namiętnego zajęcia, ale nie daj mu ostygnąć do końca.
W dramacie tym poeta okazuje się razem dziejopisem w całem znaczeniu tego wyrazu; nie bierze on strony ani skaranego własnemi winy króla, ani śmiałego przywłaszczyciela — ukazuje nam szereg wypadków koniecznych, stojąc wyżej nad powszednie ziemskie sprawy. Jako poeta korzysta tylko z każdego szczegółu, ażeby w postaciach wyprowadzonych na scenę odtworzył żywych ludzi. Równie troskliwie maluje uczucia wygnańców opuszczających ziemię rodzinną, jak boleści zwyciężonego króla, któremu wydarto koronę. Nieubłagane losy porywają, gniotą i kruszą w pochodzie ludzi, padają ofiary — ponad tem wszystkiem rozwija się historya Anglii, wiodąca ją ku opatrzniościowemu jej przeznaczeniu.
Zgodność dramatu z opowiadaniem Holinsheda aż do najdrobniejszych szczegółów — jest, jak sądzimy, najlepszym dowodem genialności poety. Bierze on treść nietkniętą, dość by na niej położył swe piętno, by w nią tchnął ducha, aby stworzył arcydzieło. Nie potrzebuje dla kunsztu poświęcać prawdy, umiejąc je pogodzić z sobą.
Jak dramat stary o Ryszardzie w roku 1601 przygotowywał do wybuchu spisek Essex’a, tak Szekspirowski w roku 1744, gdy kupiectwo i mieszczanie domagali się wypowiedzenia wojny Hiszpanii, a Walpole się temu opierał — posługiwał także za narzędzie polityce. Lud niechętny ministrowi przyklaskiwał wrzawliwie wszystkim scenom, które się dały do położenia króla zastosować.


Ozdobnik-3romby.png



OSOBY:

Król Ryszard drugi.

Edmund Langley, książę York,  stryjowie króla.
Jan Gaunt (z Gandawy), książę Lancaster,

Henryk Bolingbroke (Bolinbrok), książę Hereford, syn Jana z Gandawy, później król Henryk IV.
Książe Aumerle (Omerl), syn księcia York.
Mowbray (Mowbrey), książę Norfolk.
Książe Surrey.
Hrabia Salisbury (Solsbury).
Hrabia Berkeley (Berkley).

Bushy (Buszy),  powiernicy króla Ryszarda.
Bagot,
Green (Gryn),

Hrabia Northumberland. Henryk Percy (Persy), jego syn.
Lord Ross.
Lord Willoughby (Willoby).
Lord Fitzwater.
Biskup Carlisle (Karlajlski).
Opat Westminsterski.
Lord Marszałek i inni lordowie.
Sir Pierce (Pirs) Exton.
Sir Stefan Scroop (Skrup).
Kapitan Oddziału Walijskiego.
Królowa, żona Ryszarda.
Księżna Gloucester (Gloster).
Księżna York.
Dama dworska królowej.
Panowie, Heroldzi, Oficerowie, Żołnierze, Dwaj Ogrodnicy, Stróż więzienia, Posłańcy, Koniuszy i reszta służby.

Scena częścią w Anglii, częścią w Księstwie Walii.


KRÓL RYSZARD II.


AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: król Ryszard z Orszakiem, Jan z Gandawy i inni panowie).

Król Rysz.  Janie z Gandawy, dojrzałych lat książę,
Czy wierny słowu i danej przysiędze
Przywiodłeś syna, dzielnego Henryka,
Aby powtórzył groźne oskarżenie
Przeciw książęciu Norfolk, Mowbrayowi,
Którego dotąd wysłuchać nie mogłem
Dla spraw nawału?
Jan z Gand.  Przywiodłem, mój królu.
Król Rysz.  Czyś się przekonał, że to oskarżenie
Nie jest owocem dawnych jego uraz,
Lecz jest wiernego poddanego krokiem,
Przynoszącego jawny dowód zdrady?
Jan z Gand.  Ile go mogłem w sprawie tej przeniknąć,
Niebezpieczeństwo grożące ci, panie,
Nie osobista zemsta go natchnęła.
Król Rysz.  Więc niech się oba twarz w twarz tu spotkają,
Niechaj się spólnie groźnem zmierzą okiem:
Wysłucham wolnej skargi i obrony.

(Wychodzi kilku dworzan).

Oba są dumni, a w gniewu zapale
Głusi jak morze a jak ogień szybcy.

(Wracają dworzanie z Bolingbrokiem i Norfolkiem).

Boling.  Mojemu panu, drogiemu królowi,
Niech niebo ześle długie lata szczęścia!
Norfolk.  Niech zawsze jutro od dziś będzie lepsze,

Aż niebo, szczęściu ziemi tej zazdrosne
Do twej korony wieczny doda tytuł!
Król Rysz.  Dzięki! Lecz jeden z was schlebia mi tylko;
Dowodem sprawa, co was tu przywiodła,
Wzajemne zdrady stanu oskarżenie.
Co masz zarzucić, kuzynie Hereford,
Książęciu Norfolk, Tomaszowi Mowbray?
Boling.  Naprzód, (niech niebo słowa me zapisze),
Zagrzany ogniem poddańczej wierności,
O drogi żywot pana mego dbały,
Wolny od wszelkiej grzesznej nienawiści,
Jak oskarżyciel stawiam się tu, królu.
Teraz do ciebie zwracam się, Mowbrayu,
Słuchaj mnie bacznie, bo za to co powiem,
Tu na tej ziemi, ciałem mojem stanę,
W niebie odpowiem duszą nieśmiertelną:
Mowbrayu, jesteś zdrajcą wiarołomnym.
Ród twój za dobry na podobne czyny,
A zbyt zły czyn twój, abyś mógł żyć dłużej.
Im jaśniej kryształ firmamentu świeci,
Tym brzydsza chmura, która po nim leci.
By większej wagi memu dodać słowu,
Nazwisko zdrajcy w twarz ci pluję znowu,
A pozwól, królu, nim z tej wyjdę sali,
Co język wyrzekł, ostrzem dowieść stali.
Norfolk.  Za brak zapału nie bierz mych słów chłodnych;
Nie oręż bowiem niewieścich rozterek,
Nie krzyk piskliwy dwóch ostrych języków,
Potrafi spór nasz stanowczo rozstrzygnąć;
Ten ogień musi krew zgasić gorąca.
Lecz niecierpliwość ma nie dosyć chłodna,
By słowa takie odeprzeć milczeniem.
Poszanowanie zabrania mi, królu,
Dodać ostrogi, puścić słowom cugle,
Które inaczej, zdrady oskarżenie
W gardło mu jego z lichwąby wróciły.
Niechaj odrzuci krwi swojej dostojność,
Króla mojego niech nie będzie krewnym,

A w twarz mu plunę, wyzwę go do boju,
Nazwę go tchórzem i podłym potwarcą,
Jakie chce boju warunki podpiszę,
Byle go spotkać, chętnie pójdę pieszo
Choćby do zmarzłych alpejskich wierzchołków,
Choćby do krain pustych i nieznanych.
W których angielska noga nie postała.
Dziś, w mej wierności obronie, przysięgam
Na duszy mojej zbawienie: on skłamał.
Boling.  Rzucam ci, drżący tchórzu, rękawicę,
I krwi się mojej królewskiej wyrzekam,
Pod którą teraz, nie poszanowanie,
Ale się trwoga chce twoja utulić.
Jeśli ci jeszcze dość sił zostawiło
Grzeszne sumienie, podnieś rękawicę,
A ja ci w szrankach, rycerskim zwyczajem
Pierś przeciw piersi, orężem dowiodę
Słów moich prawdy, a twych oszczerstw kłamstwa.
Norfolk.  Przyjmuję wyzew. Na miecz ten przysięgam,
Który rycerstwo na me złożył ramię,
Żem ci jest gotów w szrankach odpowiedzieć
Bożego sądu krwawym pojedynkiem.
A w boju trupem ciało niech zostawię,
Jeślim jest zdrajcą i w złej walczę sprawie.
Król Rysz.  Co Mowbrayowi kuzyn nasz zarzuca?
Wielka to musi zbrodnia być, co zdoła
Grzesznej w nim myśli dać nam podejrzenie.
Boling.  Słów moich prawdy mem życiem dowiodę.
Mowbray ten osiem tysięcy dukatów
Na jurgielt twoich, królu, wojsk odebrał,
Ale w występnych zatrzymał je celach,
Jak podły zdrajca, fałszywy nikczemnik.
Teraz dodaję, a szablą dowiodę,
Tu, lub na ziemi chociażby najdalszej,
Którą angielskie widzieć mogło oko,
Że wszystkie zdrady, przez te lat ośmnaście
W twoich dzielnicach występnie knowane,
Swe źródło miały w fałszywym Mowbrayu.

Lecz nie dość na tem, a skarg moich prawdy
Na jego grzesznym żywocie dowiodę,
On się na życie księcia Gloucester[7] sprzysiągł,
On wrogów jego uwiódł łatwowierność,
I, podle, duszę jego on niewinną
Z potokiem jego krwi czystej wytoczył.
Krew ta dziś woła, jak niegdyś krew Abla,
I z niemych pieczar podziemnych mnie wzywa,
Bym sprawiedliwość i karę wymierzył.
Klnę się też na mych przodków chwałę jasną,
Że lub go pomszczę, lub duszę dam własną.
Król Rysz.  Do jakich szczytów sięga jego zapał!
Tomaszu Norfolk, co na to odpowiesz?
Norfolk.  Odwróć oblicze, królu mój i panie,
Twym uszom rozkaż głuchotę na chwilę,
Aż powiem temu własnej krwi potwarcy,
Jak Bóg i ludzie poczciwi się brzydzą
Podobnym kłamcą.
Król Rysz.  Wiesz o tem, Mowbrayu,
Że są bezstronne oczy me i uszy.
Chociażby moim bratem, choćby nawet
Mego królestwa prawym był dziedzicem,
(Gdy tylko synem mojego jest stryja),
Na berła mego przysięgam powagę.
Najbliższe świętej krwi powinowactwo
Nie dałoby mu wyższości nad tobą,
Ani na jego pociągnęło stronę
Niezłomną stałość mojej prawej duszy.
On mym poddanym tak jak ty, Mowbrayu;
Masz prawo mówić wolno i bez trwogi.
Norfolk.  Więc, Bolingbroku, z głębin twego serca
Kłamiesz, przez gardło twe fałszywe kłamiesz!
Trzy części sumy, którą miałem w ręku,
Zaciągom w Calais wiernie wypłaciłem,
Czwartą zatrzymać król mnie upoważnił
Na umorzenie należnej mi sumy,

Za wszystkie koszta podjęte we Francyi,
Gdym szedł królowej jego towarzyszyć.
Połknij to kłamstwo. — Nie ja też Gloucestera
Zabiłem, chociaż w sprawie tej, wyznaję,
Nie dopełniłem mojej powinności.
Lordzie Lancaster, wroga mego ojcze,
Raz przeciw tobie knowałem zasadzkę;
Za grzech ten ciężkom w duszy mojej cierpiał,
Lecz go wyznałem przy świętej spowiedzi
Nim raz ostatni komunikowałem,
Pokorniem błagał o twe przebaczenie,
I mam nadzieję, że je otrzymałem.
Oto me grzechy; wszystkie inne skargi
Są zawziętości nikczemnika płodem,
Bisurmanina, wyrodnego zdrajcy.
W mych słów obronie walczyć jestem gotów,
I z mojej strony rzucam rękawicę
Pod tego zdrajcy zuchwałego nogi,
Aby prawości mojej dowód spisać
Czerwoną strugą jego krwi najlepszej.
Łaknąc tej chwili, błagam cię, racz panie
Oznaczyć szranki, nakazać spotkanie.
Król Rysz.  Wściekli rycerze, słuchajcie mej rady,
Bez krwi rozlewu zakończmy te zwady;
Chociaż nie lekarz ten wam przepis daję:
Gniew zbyt głęboki, zbyt głęboko kraje.
Przebaczcie sobie, bo zdaniem doktora
Na krwi puszczenie nie dobra to pora.
Stryju mój, zgaśmy ogień co tak bucha:
Mnie książę Norfolk, ciebie syn usłucha.
Jan z Gand.  Szukać pokoju, mych lat radzi brzemię:
Zakład Mowbraya rzuć synu o ziemię.
Król Rysz.  Zwróć zakład, książę.
Jan z Gand.  Usłuchaj odrazu
Ojcowskiej rady i króla rozkazu.
Król Rysz.  Zwróć go, Norfolku, taka moja wola.
Norfolk.  Głowę mą składam u stóp mego króla.
Umrzeć za ciebie powinność mi każe,

Ale mój honor nad żywot, mój ważę,
On na mym grobie bez skazy zostanie,
Shańbić go nie dam tobie nawet, panie.
Gdy miecz potwarzy duszę mą przeszywa,
Dobre me imię niesławą okrywa,
Jedyny balsam na śmiertelną bliznę
Krew tego serca, co daje truciznę.
Król Rysz.  Oddaj mu zakład jego, nie bądź głuchy:
Lwy mogą stłumić lamparta wybuchy.[8]
Norfolk.  Ale zamazać jego plam nie mogą.
Zdejm ze mnie hańbę, wróć mi sławę drogą,
A w dłoń twą chętnie zakład jego złożę.
Najdroższym skarbem co ziemia dać może,
Czysta jest sława; z sławą utraconą
Człowiek jest garścią błota ozłoconą.
Jako w żelaznej skrzyni klejnot drogi
Tak w prawej piersi jest dusza bez trwogi.
Tak się me życie z mym honorem sprzęga,
Że cios na honor i życia dosięga.
Za honor walczyć chętnie w szranki biegnę,
Żyłem honorem i za honor legnę.
Król Rysz.  (do Boling.) Rzuć jego zakład, daj przykład gdzie trzeba.
Boling.  Od grzechu tego niech mnie strzegą nieba!
W obliczu ojca, przed zuchwalstwem zdrajcy
Mam kroku cofnąć z trwogą winowajcy?
Zanim mój język tak honor mój splami,
Przody własnemi wyrwę go zębami,
Przód z krwią narzędzie plunę niewolnicze
Na tron podłości — Mowbraya oblicze.

(Wychodzi Jan z Gandawy).

Król Rysz.  Nie zwykłem prosić, ale rozkazywać.
Skoro daremnie chciałem was pogodzić,
Pod karą gardła bądźcie więc gotowi
Na dzień świętego Lamberta w Coventry.
Niech tam krwi waszej przygasi krynica
Ogień, co waszą nienawiść podsyca.

Słowem was godzić na nic się nie przyda,
Niechże zwycięstwa wyrok swój Bóg wyda.
Niech więc marszałek lord bitwę zapowie,
Przyrządzą szranki moi heroldowie (wychodzą).

SCENA II.
Sala w Pałacu księcia Lancaster.
(Wchodzą: Jan z Gandawy i księżna Gloucester).

Jan z Gand.  Co w żyłach moich płynie krwi Gloucestera,
Groźniej od twoich podnieca mnie krzyków
Przeciw rzeźnikom krwawym jego życia,
Ale gdy kara w tego leży ręku,
Który był pierwszym czynu tego sprawcą,
Sąd naszej skargi zostawmy niebiosom,
A Bóg, gdy kary godzina dojrzeje,
Na grzeszną głowę ciśnie piorun zemsty.
Księżna.  Braterstwo w sercu twem tak słabo gore?
Miłość nie znajdzież ognia w krwi twej starej?
Jednym z Edwarda siedmiu jesteś synów,
Tych siedmiu naczyń jego krwi kosztownej,
Siedmiu gałązek na pniu jednym wzrosłych.
Kilka z nich prawem natury już uschło,
Nóż przeznaczenia już kilka z nich uciął,
Ale mój Tomasz, życie me, mój Gloucester,
Jedno naczynie krwi Edwarda pełne,
Pękło i wszystek drogi płyn zeń wyciekł.
Na pniu królewskim kwitnąca gałązka
Odcięta, liście jej zielone uschły
Zazdrości ręką, morderców toporem.
Krew wasza spólna i w tem samem łonie,
W którem się twoje kształtowały członki,
On życie dostał: choć żyjesz, oddychasz,
W nimeś zabity i w niemałej części
Na śmierć ojcowską dajesz przyzwolenie,
Gdy na śmierć brata patrzysz obojętnie,
Który był żywym ojca wizerunkiem.

To nie cierpliwość, Janie, ale rozpacz.
Znosząc pokornie mord twojego brata,
Wskazujesz drogę do własnego życia,
Uczysz morderców, jak cię mają zarznąć.
Co u pospólstwa cierpliwością zwiemy,
W szlachetnych piersiach bladem jest tchórzostwem.
Cóż jeszcze dodam? By siebie ocalić,
Jeden masz środek: śmierć Gloucestera pomścić.
Jan z Gand.  Niebios to sprawa, bo nieba namiestnik,
Bo pomazaniec boży czyn nakazał.
Jeśli to grzech jest, niech niebo go pomści;
Ja gniewnej ręki podnieść nie potrafię
Przeciw bożemu pełnomocnikowi.
Księżna.  Gdzież więc, niestety! skargi me zaniosę?
Jan z Gand.  Do tronu Boga, słabych wdów obrońcy.
Księżna.  Więc tam je złożę. Bądź zdrów, stary Janie!
Ty do Coventry śpieszysz, by być świadkiem
Boju Hereforda z okrutnym Mowbrayem.
O, bodaj wszystkie męża mego krzywdy
Siadły na włóczni naszego kuzyna
I pierś przeszyły rzeźnika Mowbraya!
Lub, gdy bez skutku pierwsze będzie starcie,
Grzechy Mowbraya niech tak na nim ciążą,
Ze spienionego złamią grzbiet rumaka,
Rzucą go w szrankach pod nogi Hereforda,
Na łup mu dadzą nędznego zbrodniarza.
Bądź zdrów! twojego brata niegdyś żona,
W smutków i zgryzot towarzystwie skona.
Jan z Gand.  Bądź zdrowa, siostro! Śpieszę do Coventry.
Tak mnie, jak ciebie, niechaj Bóg pocieszy!
Księżna.  Czekaj; gdzie padnie żal, tam podskakuje,
Nie dla lekkości, lecz przez zbytek wagi.
Żegnam się z tobą nim zaczęłam mówić,
Bo się nie kończy smutek, choć się zdaje
Już wyczerpany. Poleć mnie pamięci
Edmunda Yorka. Tak — otóż i wszystko —
Ale nie, czekaj, nie odjeżdżaj, błagam,
Chociaż to wszystko, nie śpiesz się tak przecie,

Bo może sobie jeszcze co przypomnę.
Proś go — ach! o co? Proś go, by mnie raczył
Samotną w Plashy co prędzej odwiedzić.
Ale cóż biedny starzec tam zobaczy?
Puste pokoje, mury bez obicia,
Chwasty na dworcu, bez służby przedsienia,
Na powitanie tylko me westchnienia.
Więc mnie pamięci tylko jego poleć;
Niech nie przyjeżdża na jęk i szlochania,
Jedyną czeladź mojego mieszkania.
Samotna umrę w samotnej komnacie.
Po raz ostatni żegnam cię, mój bracie (wychodzą).

SCENA III.
Równina w blizkości Coventry.
(Szranki i tron, heroldzi, służba i t. d. Wchodzą: Lord Marszałek i Aumerle).

Marsz.  Milordzie Aumerle, czy Hereford już zbrojny?
Aumerle.  Już niecierpliwy wstąpić pragnie w szranki.
Marsz.  I książę Norfolk śmiały a gorący
Czeka na odgłos trąby przeciwnika.
Aumerle.  Obaj rycerze zbrojni i gotowi
Czekają tylko na przybycie króla.

(Przy odgłosie trąb wchodzi król Ryszard i zasiada, na tronie. Jan z Gandawy i kilku lordów zajmują swoje miejsca. Odzywa się trąbka, której odpowiada inna za sceną. Wchodzi Norfolk w zbroi, poprzedzony przez Herolda).

Król Rysz.  Zapytaj tego rycerza marszałku,
Z jakich powodów przybywa tu zbrojny.
Spytaj o imię, a potem przysięgą
Niech sprawy swojej stwierdzi sprawiedliwość.
Marsz.  Mów w imię Boga i króla kto jesteś?
Dlaczego w zbroi przybywasz rycerskiej?
Z kim spór twój? jaki kłótni waszej powód?
Jak prawdę wyznasz pod rycerskiem słowem,
Tak Bóg i twoja dzielność niech cię strzegą!

Norfolk.  Me imię Tomasz Mowbray, książę Norfolk;
Przychodzę tutaj przysiędze mej wierny,
(Którą strzeż Boże, by rycerz pogwałcił!)
Aby wierności bronić mej i prawdy,
Przed Bogiem, królem i mojem potomstwem,
Przez potwarz księcia Hereford oskarżony.
Przy bożej łasce, tą moją prawicą
W mego honoru obronie dowiodę,
Że on jest mego Boga, mego króla
I moim zdrajcą; jak za prawdę walczę,
Niech mnie tak niebo swym puklerzem słoni (siada).

(Przy odgłosie trąbki wchodzi Bolingbroke zbrojny, poprzedzony przez herolda).

Król Rysz.  Rycerza tego zapytaj, marszałku,
Kto on? Dlaczego w szranki te przybywa
Cały żelazną przyodziany blachą?
I wedle prawa naszego przepisów
Sprawy niech swojej świadczy sprawiedliwość.
Marsz.  Jakie twe imię? Dlaczego przybywasz
W królewskie szranki, przed króla Ryszarda?
Z kim, w jakim sporze przychodzisz tu walczyć?
Jak prawdę powiesz, niech Bóg tak cię strzeże!
Boling.  Jestem Hereford, Lancaster i Derby;
W szranki te wchodzę zbrojny, aby dowieść
Przez moją dzielność, przy bożej pomocy,
Książęciu Norfolk, Tomaszowi Mowbray,
Że niebezpiecznym, nikczemnym jest zdrajcą
Boga na niebie i króla Ryszarda
I moim, a jak za prawdę chcę walczyć,
Niech mnie tak niebo swym puklerzem słoni!
Marsz.  Pod karą gardła niech nikt się nie waży
Zuchwałą ręką tych dotknąć się szranków,
Oprócz marszałka i innych urzędów,
Z prawa strzegących porządku w tym boju.
Boling.  Lordzie marszałku, pozwól mi królewską
Dłoń ucałować, zgiąć przed nim kolano,
Bom jest z Mowbrayem jako dwaj pielgrzymi
Związani ślubem do dalekiej ziemi;

Niechże nam będzie wolno uroczyste
Dać przyjaciołom naszym pożegnanie.
Marsz.  Hołd swemu panu oskarżyciel składa,
Chce go pożegnać, dłoń jego całując.
Król Rysz.  Sam zejdę, by go do serca przycisnąć.
Kuzynie, jaka słuszność twojej sprawy,
Taki los waszej niech będzie rozprawy!
Żegnaj krwi moja! Jeśli dziś wypłynie,
Mogę jej płakać, lecz pomścić nie mogę.
Boling.  Niech twej źrenicy łza żalu nie mroczy,
Jeśli krew moją Mowbray dziś wytoczy.
By się z nim mierzyć, ja tak lecę śmiało,
Jak orzeł spada na ptaszynę małą.
Żegnam cię teraz, milordzie Marszałku,
I ciebie, drogi kuzynie Aumerle’u.
Choć się ze śmiercią idę mierzyć, przecie
Idę do boju wesoły jak dziecię.

(Do Jana z Gandawy).

Jak na angielskiej uczcie zachowałem
Przysmak najdroższy na koniec biesiady.
Ojcze, któremu ziemski byt winienem,
Duch twej młodości odrodzony we mnie
Podwójną siłą w górę mnie podnosi,
Bym dosiągł wieńca ponad moją głową.
Mej zbroi dodaj hartu swą modlitwą,
Błogosławieństwem zaostrz moją lancę,
By wiotki puklerz Mowbraya przeszyła,
By chwałą syna, w młodem pokoleniu,
Jana z Gandawy zakwitło znów imię.
Jan z Gan.  Niech Bóg twej dobrej dopomoże sprawie!
Jak błyskawica niech twe będzie ramię,
A ciosy twoje zdwojone podwójnie,
Niechaj się sypią, jak piorun śmiertelne,
Na szyszak zdrajcy twego przeciwnika!
Walcz, żyj zwycięzcą!
Boling.  Mą najlepszą zbroją
Jest święty Jerzy z niewinnością moją (siada).
Norfolk  (wstając). Jaki mi kolwiek los przeznacza niebo,

Żyjąc czy ginąc, jak byłem, tak będę
Wiernym poddanym królewskiego tronu.
Nigdy niewolnik z radośniejszem sercem
Kajdan nie zrzucał, a złotej wolności
Nigdy gorętszem nie witał uczuciem,
Z jaką rozkoszą dusza moja wita
To święto boju z moim przeciwnikiem.
Potężny królu, i wy, przyjaciele,
Bóg wam daj długie życie i wesele!
Jakbym na ucztę szedł, śpieszę do boju:
Uczciwe serce nie zna niepokoju.
Król Rysz.  Bądź zdrów, milordzie! Na dnie twego oka
Cnotę i męstwo czytam niewątpliwie.
Daj znak, Marszałku, niech się sąd ten zacznie.

(Król i lordowie wracają na swoje miejsca).

Marsz.  Henryku Hereford, Lancaster i Derby,
Weź twoją lancę; niech Bóg broni prawa!
Boling.  Jak mur nadzieją silny, mówię: Amen.
Marszałek  (do jednego ze służby). Ponieś tę lancę Tomaszowi Norfolk.
1. Herold.  Henryk Hereford, Lankaster i Derby
Staje za Boga, za króla i siebie
Dowieść pod ciężką karą wiarołomstwa
Książęciu Norfolk, Tomaszowi Mowbray,
Że Boga, króla i jego jest zdrajcą.
Do pojedynku wyzywa go teraz.
2. Herold.  Tu staje Tomasz Mowbray, książę Norfolk,
Dowieść pod ciężką karą wiarołomstwa,
Że książę Hereford, Lancaster i Derby
Jest wiarołomcą przed Bogiem, przed królem,
I przed nim samym; w niewinność swą ufny,
Z spokojnem męstwem znaku tylko czeka,
Aby rozpocząć krwawy pojedynek.
Marsz.  Zagrzmijcie trąby! i naprzód, rycerze! (odgłos trąb)
Stójcie! Monarcha buławę swą rzucił.
Król Rysz.  Każ im zdjąć hełmy, wziąć lance do toku,
Na miejsca wrócić. Zbliżcie się, panowie.
Niechaj grzmią trąby, dopóki walczącym
Naszej ostatniej nie ogłosim woli. (Długi odgłos trąb).

(Do walczących) Przystąpcie.
Słuchajcie naszej Rady postanowień.
Skoro tej ziemi nie powinna broczyć
Krew ta kosztowna, którą wykarmiła;
Gdy oczy nasze brzydzą się widokiem
Ran, bratnim mieczem zadanych sąsiadom;
Pewni, że duma do chmur wzlatująca
Na orlich skrzydłach niespokojnej myśli
Żądłem zazdrości podnieca was obu
Obudzić pokój, który, jak niemowlę,
Spi snem spokojnym w kolebce mej ziemi;
Trwożni, ażeby głos bębnów chrapliwy,
By szorstkie dźwięki trąb przerażających,
Zgrzytania mieczów, z cichych naszych dzielnic
Nie wystraszyły słodkiego pokoju,
A nam w krwi bratniej nie kazały broczyć,
Na wywołanie obu wskazujemy.
Kuzynie Hereford, ty, pod karą gardła,
Dopóki dziesięć żniw nas nie zbogaci,
Tej pięknej ziemi nie możesz powitać,
Błądząc samotny po wygnania ścieżkach.
Boling.  Bądź wola twoja! Gdzie mnie los powieje,
Świecić mi będzie słońce co was grzeje;
I was grzejący słońca promień złoty
Mnie też wygnania ozłoci tęsknoty.
Król Rysz.  Ciebie, Norfolku, cięższy wyrok czeka,
Który z głębokim ogłaszam ci żalem.
Leniwych godzin bieg nieoznaczony
Smutkom wygnania nie położy końca;
Nie wrócisz nigdy; słowa bez nadziei
Pod karą śmierci ogłaszam ci, książę.
Norfolk.  Okrutny wyrok, królu mój i panie,
Niespodziewany z twoich ust wypływa.
Na lepszą płacę nie na los okrutny,
Który na świata rzuca mnie pustynie,
Wierną mą służbą zarobiłem sobie.
W której czterdzieści już lat się ćwiczyłem,
Muszę ojczystej zapomnieć dziś mowy!

Język mój teraz tak nieużyteczny,
Jak harfa, albo lutnia z strun odarta,
Jak w futerale zamknięty instrument,
Lub niećwiczonej powierzony ręce,
Nie zdolnej dźwięcznej wywołać zeń pieśni.
W ust mych więzieniu język mój zamknąłeś
Podwójnym murem warg moich i zębów;
Nieumiejętność jałowa, nieczuła,
Gdziekolwiek pójdę, stróżem moim będzie.
Już ja za stary, by się z mamką pieścić,
Już za podeszły, aby uczniem zostać;
Niemą więc śmiercią każesz mi usychać,
Broniąc ojczystem powietrzem oddychać.
Król Rysz.  Na nic twe skargi nie zdadzą się wcale,
Już wyrok zapadł, za późne już żale.
Norfolk.  Rzucam więc światło ojczystego słońca,
By zapaść w nocy ciemnościach bez końca.

(Chce wychodzić).

Król Rysz.  Czekaj, byś zabrał swoją stąd przysięgę.
Na mieczu króla złóżcie dłoń wygnańczą.
Na wierność, którą niebu powinniście,
(Bo mnie należną z wami wywołuję)
Przysiężcie oba — a niech Bóg was strzeże
Jak dotrzymacie złożonej przysięgi —
Przysiężcie nigdy, na ziemi wygnania,
Nigdy przyjaznej nie dać sobie ręki,
Nigdy i nigdzie twarz w twarz się nie spotkać,
Nie ukołysać słowem albo pismem
Zbudzonej w domu burzy nienawiści,
Nigdy nie szukać potajemnych schadzek,
By na nich knować intrygi i spiski
Przeciw nam, ziemi naszej i poddanym.
Boling.  Przysięgam.
Norfolk.  Wiernie dotrzymam przysięgi.
Boling.  Mowbrayu, dotąd jak wróg twój mówiłem,
Słuchaj mnie teraz jako przyjaciela:
W tej chwili, gdyby król nam był pozwolił,
Jednego dusza w przestrzeniach błądząca

Z cielesnych więzów byłaby wygnaną,
Jak ciała nasze wygnane z tych dzielnic.
Wyznaj twą zdradę nim ziemię tę rzucisz;
W daleką podróż, która na cię czeka,
Śmiertelnym grzechem nie obciążaj duszy.
Norfolk.  Jeślim był zdrajcą, niechaj imię moje
Z żyjących księgi będzie wymazane,
Niech będę nieba jak ziemi wygnańcem!
Lecz czem ty jesteś, Bóg, ty i ja wiemy,
I król zbyt prędko swym dowie się kosztem. —
Żegnam cię, królu! Nie zbłądzę w podróży:
Za drogę cały świat prócz Anglii służy (wychodzi).
Król Rysz.  Stryju mój, widzę w twych oczu zwierciadle
Ból twego serca; widok tej boleści
Odtrącił cztery z lat jego banicyi.
Po szóstej zimie smutnego tułania
Wracaj szczęśliwy z twojego wygnania.
Boling.  Ile dni długich w małem jednem słowie!
Zim czterech lody, wiosen czterech róże
W tchu jednym króla pomieścić się może.
Jan z Gan.  Dzięki ci, panie, że przez wzgląd na żal mój
Wygnaniu syna cztery lat odjąłeś;
Lecz dla mnie mala korzyść stąd urośnie,
Bo zanim księżyc skończy swe przemiany,
Nim upragniony siódmy rok nam zdąży,
Dni moich lampa w nocy się pogrąży,
I przódy moje śmierć zamknie powieki:
Mojego syna żegnam dziś na wieki!
Król Rysz.  Długi dni wątek jeszcze na cię czeka.
Jan z Gand.  Ni jedna chwila, dana z mocy człeka.
W twej mocy, królu, dni me smutkiem skrócić;
Możesz im odjąć, nie możesz przyrzucić;
Możesz przysporzyć zmarszczków mego czoła,
Zatrzeć jednego żaden król nie zdoła.
Jedno mnie twoje zabić może słowo,
Tronu mnie kosztem nie wskrzesisz na nowo.
Król Rysz.  Twój syn wygnany sądem naszej Rady;
Sam swoim głosem wyrok potwierdziłeś,

A teraz skarżysz sprawiedliwość naszą?
Jan z Gan.  Słodkie pokarmy w trawieniu się kwaszą.
Tam sędzią byłem; jakże chętnie przecie
Ojciec by pragnął obronić swe dziecię!
Gdybym obcego sądzić miał, nie syna,
Jakby mi lekką wydała się wina!
Żeby stronnością honoru nie zmazać,
Wolałem na śmierć siebie także skazać.
Czemuż z was żaden nie wyrzekł, żem zbłądził,
Żem krew mą własną zbyt surowo sądził!
Milczenie wasze język mój zmusiło
Wymówić słowo, które mnie zabiło.
Król Rysz.  Pożegnaj syna. Bądź mi zdrów, kuzynie!
Jesteś wygnańcem, aż lat sześć przeminie.

(Trąby. Wychodzi król Ryszard i orszak).

Aumerle.  Bądź zdrów! Gdy ciała ocean rozdzieli,
Niech list połączy dusze przyjacieli.
Marsz.  Chwilę przeciągnę smutne pożegnanie,
Pójdę za tobą, póki lądu stanie.
Jan z Gan.  Synu, na zapas czemu chowasz słowa?
Czemu milczeniem zbywasz żegnających?
Boling.  W chwili rozstania słów nie mogę znaleźć,
Gdy marnotrawcą język być powinien,
By całą boleść serca mego wylać.
Jan z Gan.  Twym smutkiem będzie tylko nieobecność.
Boling.  Gdzie nieobecna radość, tam jest smutek.
Jan z Gan.  Cóż to jest sześć zim? Prędko one zbiegną.
Boling.  Szszęsnym. Żal zmienia godzinę na dziesięć.
Jan z Gan.  Zwij to podróżą dla swej przyjemności.
Boling.  Serce w zmuszonej odpowie pielgrzymce
Ciężkiem westchnieniem na kłamliwą nazwę.
Jan z Gan.  Pomyśl, że trudy gorzkiego tułactwa
Będą osadą, w którą później wprawisz
Kosztowny klejnot twojego powrotu.
Boling.  Krok raczej każdy śród obcych stawiony
Będzie mi szeptał, żem o krok jest dalej
Od drogich sercu mojemu klejnotów.
Czyż się na długi nie zaciągam termin

Po obcych ziemiach? Gdy się wyzwolenia
Doczekam, czemże będę mógł się chełpić?
Tylko, że smutku byłem wyrobnikiem.
Jan z Gan.  Każdy kąt niebios źrenicą dojrzany
Jest dla mądrego szczęśliwą przystanią;
Niechaj cię tego konieczność nauczy,
A niema cnoty nad twardą konieczność.
Nie myśl, że król cię wygnał, lecz ty króla.
Niedola gniecie tym silniej człowieka.
Im pod ciężarem bardziej się ugina.
Głoś, że cię ojciec wyprawił po honor,
Nie król ze swego wywołał królestwa;
Lub mów, że dżuma ziemię tę pustoszy,
A ty za czystszem wybiegłeś powietrzem.
Przypuść, że wszystko, co ci drogie, leży
Tam, dokąd idziesz, nie tam skąd przychodzisz.
Trawę za dywan, ptaki za minstrelów,
Kwiaty za damy, a kroki bierz swoje
Za skoczne pląsy rozkosznego tańca;
Bo mniej zajadłym zębem smutek kąsa,
Gdzie lekkiem sercem mąż się zeń natrząsa.
Boling.  Ach, któż potrafi ogień w dłoniach trzymać
Na myśl przywodząc lodowce Kaukazu?
Kto może głodu ukoić łaknienia
Myślą o zbytkach sutego bankietu?
Tarzać się nago po grudniowym śniegu,
Marząc o lata ogniu urojonym?
O nigdy, nigdy! Bo myśl o radości
Dodaje tylko ostrza smutku cierniom.
Smutku ząb serce najboleśniej zjada,
Gdy tylko kąsa, a rany nie zada.
Jan z Gan.  Gdybym twą sprawę i twoje miał lata,
Sambym się chętnie na kraj rzucił świata.
Boling.  Więc żegnaj, Anglio! słodka żegnaj ziemio!
Powtórzę z dumą i za ziemi krańcem,
Żem jest Anglikiem, choć jestem wygnańcem.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Pokój w pałacu królewskim.
(Wchodzą: król Ryszard, Bagot i Green, drugiemi drzwiami Aumerle).

Król Rysz.  Widziałem dobrze. — Dokądże, kuzynie
Odprowadziłeś dumnego Hereforda?
Aumerle.  Odprowadziłem dumnego Hereforda,
Skoro mu taką dajesz nazwę, królu,
Do pierwszej drogi i tam pożegnałem.
Król Rysz.  Łez przy rozstaniu ileż popłynęło?
Aumerle.  Co do mnie, żadnej; wiatr tylko północny
W twarz mi dmuchając lodowatem tchnieniem,
Obudził śpiące na dnie oczu krople,
I łzą pozdrowił zimne pożegnanie.
Król Rysz.  Jakież ostatnie było jego słowo?
Aumerle.  Bądź zdrów, kuzynie! A że moje serce
Zbyt dumne było, ażeby pozwolić
Tak sprofanować wyraz językowi,
Fortelem boleść udałem głęboką,
I wyraz zdał się w smutku pogrzebany.
Ha, gdyby słowo: bądź zdrów! było zdolne
Lat kilka dodać krótkiemu wygnaniu,
Tom cały: bądź zdrów! dałbym mu na drogę;
Gdym tego nie mógł, nie dałem żadnego.
Król Rysz.  Mym on kuzynem, kuzynie Aumerle’u,
Wątpię jednakże, czy z wygnania końcem
Krewny mój swoich zobaczy przyjaciół.
Nie ja sam jeden, lecz Bushy, Green, Bagot,
Zważali jak się pospólstwu przymilał,
Jak się do serc ich pragnął wśliznąć głębi
Zbytkiem pokory i poufałości,
Ile pokłonów ciskał niewolnikom,
Chytrym uśmiechem biedną łowił czeladź,
Jakby cierpliwem zdaniem się na losy
Serca ich z sobą chciał nieść na wygnanie.
Przed biedną ostryg przekupką czapkował;
Sfora furmanów za „szczęść Boże!“ w zamian

Dostała haracz giętkich jego kolan,
Z „dzięki, rodacy, dobrzy przyjaciele!“
Jakby doń Anglia spadkiem należała,
I był mych ludów najbliższą nadzieją.
Green.  Lecz już go niema i nic z jego planów. —
Czas teraz myśleć o irlandzkim buncie,
Czas już rozpocząć, królu, śpieszne kroki,
Bo dzień im każdy sił dodaje nowych,
A twoją, panie, osłabia potęgę.
Król Rysz.  Na tę wyprawę ruszym osobiście.
Gdy skarb nasz, dworu zbyteczną świetnością,
Zbytkiem szczodroty naszej się wyczerpał,
Koronne dobra musim wydzierżawić;
Suma pokryje bieżące wydatki;
Gdy to za mało, naszym namiestnikom
Zostawim w domu gotowe blankiety;
Wpisując znanych bogaczów nazwiska,
Potrafią ściągnąć znaczne sumy złota
I przysłać nam je na nasze potrzeby.
My do Irlandyi ciągniemy bez zwłoki.

(Wchodzi Bushy)

Jakie nowiny, Bushy?
Bushy.  Jan z Gandawy
W ciężką chorobę zapadł nagle, królu,
Wysłał mnie z prośbą, byś raczył co prędzej
Odwiedzić starca tkniętego niemocą.
Król Rysz.  Gdzie leży?
Bushy.  W Ely.
Król Rysz.  Bodaj dobre niebo
Myśl tę natchnęło jego doktorowi,
By mu ułatwił podróż do mogiły!
Podszewka kufrów jego by się zdała
Na armii naszej irlandzkiej mundury.
Idźmy, panowie, odwiedzić chorego;
Bodajem przybył, śpiesząc się, za późno! (wychodzą).






AKT DRUGI.
SCENA I.
Pokój w Ely-house.
(Jan z Gandawy na łożu, wkoło niego książę York i inni).

Jan z Gan.  Czy król przybędzie? bym ducha wyzionął
Śród rad zbawiennych płochym jego latom.
York.  Nie kłopocz darmo myśli niespokojnej:
Próżne dla niego wszystkie dobre rady.
Jan z Gan.  Mówią, że język konających ludzi
Zmusza uwagę jak pieśń uroczysta.
Rzadko bez skutku ostatnie są słowa,
Prawdą oddycha konających mowa.
Ust, które śmierci zimna ręka studzi,
Pilniejszą baczność głos w słuchaczu budzi,
Niż co rozpustna, płocha młodość gwarzy;
Więcej niż życie zgon człowieka waży.
Zachodzącego ostatni błysk słońca,
I ton ostatni rzewnej pieśni końca,
W pamięć się naszą z większą wpaja siłą
Niż wszystko razem co je poprzedziło;
Ostatnia słodycz jest dla nas najsłodszą.
Gdym żył, na rady me król nie miał ucha,
Konającego może dziś usłucha.
York.  Nigdy. Pochlebstwa głos zatkał mu uszy,
Wieczne pochwały, rozpustne piosenki,
Których truciznę młodość chciwie pije,
I przyniesione z Włoch dziwaczne mody,
Które nasz naród, nędzny naśladowca,
Koślawym krokiem za późno małpuje.
Gdzie świat wymyśli jaką próżność głupią,
Byleby nową, jakkolwiek wzgardliwą,
Którejby zaraz ktoś mu nie podszepnął?
Nigdy tam rada dobra nie dosięga,
Gdzie się rozpusta na rozum sprzysięga.

Nie radź tym, co się sami chcą kierować:
Tchu ci nie staje, a chcesz go marnować.
Jan z Gan.  Zda się, że jestem natchnionym prorokiem,
Przyszłość mu jego przepowiem, konając:
Rozpusty jego krótki płomień będzie,
Bo sam gwałtowny pożera się ogień;
Deszczyk trwa długo, burza nagle mija;
Ciągłym galopem koń prędko się męczy,
I żarłok własnym dusi się pokarmem.
Jakby kruk morski, próżność lekkomyślna
Gdy wszystko połknie, pożera się sama.
Ten tron monarchów, wyspa berłowładna,
Królewska wyspa, ta Marsa siedziba,
Ton drugi Eden, ta raju połowa,
Twierdza, natury postawiona ręką
Przeciw napaściom, przeciw dłoniom wojny;
Ten lud szczęśliwy, sam w sobie świat mały,
Ten klejnot w srebrne oprawiony morze,
Które mu stoi za sypane wały,
I za przekopy obronnego zamku,
Przeciw zazdrości mniej szczęśliwych krain;
Błogosławione królestwo, ta Anglia,
Ta mamka, łono to w mocarzy płodne,
Wielkich potęgą, swoim rodem słynnych
Przez swą rycerskość w służbie chrześcijaństw
Przez czyny swoje tak znanych daleko
Jak grób odległy Zbawiciela świata,
Błogosławionej Maryi Panny syna;
Dusz ziemia drogich, droga, droga ziemia,
Droga dla chwały po świecie rozsianej.
W dzierżawie teraz, (mówiąc to, umieram,)
Jak podła lenność, albo lichy folwark.
Anglia, owita w tryumfalne morze,
Odpychająca swych brzegów granitem
Zazdrosne fale mściwego Neptuna,
Teraz owita w plamy atramentu,
I przegniłego hańbę pergaminu.
Anglia, sąsiadów przywykła podbijać,

Nikczemnie teraz podbiła się sama.
Ach! gdyby wstyd ten z mem się życiem skończył,
Jakbym szczęśliwy zstąpił do mogiły!

(Wchodzą: król Ryszard i Królowa, Aumerle, Bushy, Green, Bagot, Ross i Willoughby).

York.  To król. Oszczędzaj młodość jego, bracie:
Drażnione źrebię gwałtowniej szaleje.
Królowa.  Jak zdrowie stryja naszego, Lancastra?
Król Rysz.  Stary Gandawo, jakże twoje zdrowie?[9]
Jan z Gan.  Ach, jak to imię przystoi mi teraz!
Stary Gandawa, wychudły starością;
Boleść na długie wskazała mnie posty;
Któż pozbawiony pokarmu nie chudnie?
Nad śpiącą Anglią długo ja czuwałem,
A bezsenności towarzyszką chudość.
Żywotny pokarm starego rodzica
Mnie był odjęty — widok moich dzieci:
Ten post do reszty ciało me wysuszył.
Wyschły do grobu, jak grób jestem chudy,
Co w pustem łonie kości tylko chowa.
Król Rysz.  Czy może chory tak z swem mianem igrać?
Jan z Gan.  Boleść się łudzi sama szydząc z siebie;
A gdy me imię chcesz ze mną pogrzebać,
Szydzę z imienia, aby ci pochlebiać.
Król Rysz.  Maż konający pochlebiać żyjącym?
Jan z Gan.  Nie, konającym żyjący pochlebia.
Król Rysz.  Konając, przecie mówisz, że mi schlebiasz.
Jan z Gan.  Nie ja, choć chorszy, ale ty umierasz.
Król Rysz.  Ja zdrów oddycham i twą słabość widzę.
Jan z Gan.  Bóg mi jest świadkiem, że twą słabość widzę,
I chory jestem, twą widząc chorobę.
Królestwo całe twem śmiertelnem łożem,
Na którem kona twoje dobre imię,
A ty, zbyt tylko lekkomyślny pacyent,
Oddajesz w pieczę namaszczone ciało

Doktorom, co ci zadali truciznę.
Tysiąc pochlebców w twej siedzi koronie,
Choć tylko głowy ma twojej przestronność,
I choć w tak ciasnej zamknięci są klatce,
Twoje rozległe pustoszą królestwo.
O, gdyby dziad twój proroczem mógł okiem
Widzieć, jak synów jego wnuk wytępia,
Twoją niesławę z rąkby twoich wydarł,
Nim tron posiadłeś, z tronuby cię strącił,
Na którym siadłeś, aby sam się strącić.
Gdybyś i świata całego był panem,
Byłoby hańbą kraj ten wydzierżawiać,
A ty, gdy ziemię tę masz za świat cały,
Gdy ją tak hańbisz, to hańba nad hańby.
Nie królem Anglii, lecz jesteś dzierżawcą,
Kontraktu jesteś teraz niewolnikiem,
A —
Król Rysz.  Ty szalonym, głupim lunatykiem,
Co na gorączki licząc przywileje,
Zmarzłą nauką śmiesz na twarzy mojej
Rozlewać bladość, moją krew królewską
Z rodzimych siedlisk wściekłością wyganiać.
Na tronu mego majestat przysięgam,
Syna Edwarda gdybyś bratem nie był,
Język, co w głowie twej tak potoczysty,
Z zuchwałych ramion głowęby twą stoczył.
Jan z Gan.  Synu Edwarda, nie szczędź mnie dlatego,
Żem ojca jego Edwarda jest synem.
Już, jak pelikan, krwi tej utoczyłeś,
I już szalałeś krwią tą upojony.
Wszak brat mój, Gloucester, to poczciwe serce,
(Świeć jego duszy Boże miłosierny!)
Już dostatecznym jest dla nas przykładem,
Że ci nie trudno Edwarda krew przelać.
Mej więc choroby zostań pomocnikiem,
Twoją srogością zaostrz kosę czasu
I naraz zetnij kwiat oddawna zwiędły.
Żyj w hańbie, lecz niech hańba cię przeżyje!

Te słowa odtąd niech katem twym będą. —
Złóżcie mnie teraz w grobowe owicie:
Kto cześć i miłość ma, niech kocha życie.

(Wynoszą go).

Król Rysz.  Którym zostały tylko złość i lata,
Jak tobie, czas tym wynosić się z świata.
York.  Błagam cię, panie, przypisz jego słowa
Długim cierpieniom i starczej zrzędności;
Przysięgam, królu, on cię zawsze kochał,
Jak Henryk Hereford, gdyby był przytomny.
Król Rysz.  Miłość ich dla mnie równa, nikt nie przeczy;
Równą im płacę. Zostawmy tak rzeczy.

(Wchodzi Northumberland)

Northumb.  Królu i panie, stary Jan z Gandawy
Twoim królewskim poleca się względom.
Król Rysz.  Co mówi?
Northumb.  Wszystko powiedział już, panie.
Język już jego lutnią jest bez struny:
Bieg jego życia i słów zakończony.
York.  Niech York teraz tak jak on umiera:
Śmierć, choć uboga, łzy życia ociera.
Król Rysz.  Najpierwej owoc najdojrzalszy ścieka:
Czas jego ubiegł, nas pielgrzymka czeka.
Dość na tem. Teraz do irlandzkiej wojny.
Musim wytępić tych kudłatych zbójców,
Co jak trucizna lęgną się na ziemi
Prócz nich, niezdolnej płodzić innych jadów.[10]
Gdy na wyprawę trzeba nam sum wielkich,
Na rzecz naszego skarbu zabieramy
Srebra, dochody, pieniądz, ruchomości
Które miał niegdyś stryj Jan w posiadaniu.
York.  Dokąd mi jeszcze cierpliwości stanie?
Maż wierność znosić wszystkie nieprawości?
Ni śmierć Gloucestera, Hereforda wygnanie,
Jana zniewagi, ciężkie krzywdy Anglii,

Ni Bolingbroka biednego małżeństwu
Stawiany opór, ni me poniżenie,
Nie zachmurzyły lic moich pogody,
Na króla mego brwi mych nie zmarszczyły.
Z Edwarda synów ja jestem ostatni,
Jak książę Walii, ojciec twój, był pierwszym.
Nigdy lew w boju zapalczywszym nie był,
A nigdy cichszem jagniątko w pokoju,
Jak był ten młody, szlachetny ten książę.
Ty jesteś żywym jego wizerunkiem,
On tak wyglądał, gdy dnie twoje liczył.
Lecz gdy on marszczył brew, to na Francuzów,
Nie na przyjaciół; dłoń jego szlachetna
Swoim nabytkiem tylko szafowała,
Ale nie tknęła skarbów zgromadzonych
Zwycięzką ręką naszego rodzica.
Krwią swego rodu rąk on swych nie kalał,
Ale krwią rodu swego nieprzyjaciół.
Ryszardzie, boleść uniosła Yorka —
Inaczej robić nie chciałby porównań.
Król Rysz.  Co chcesz powiedzieć, stryju?
York.  O mój królu,
Racz mi przebaczyć; jeśli nie przebaczysz,
Przygotowany jestem gniew twój znosić.
Jestże twą myślą wygnańca Hereforda
Prawa i włości na twą rzecz zagrabić?
Gandawa umarł, czy Hereford nie żyje?
Czy syn i ojciec wierni ci nie byli?
Czy nie zasłużył pierwszy mieć dziedzica,
Czy dziedzic ojca godnym nie jest synem?
Gwałcąc Hereforda prawa, zgwałćże razem
Prawa od wieków czasowi zwyczajne,
Zabrońże jutru po dziś następować,
Samego siebie zrzeknij się, bo jakże
Zostałeś królem, jeśli nie dziedzictwem?
Bóg widzi, (chciałbym mylnym być prorokiem),
Że jeśli prawa Hereforda zagrabisz,
Odwołasz dyplom, którego powagą,

Choć nieobecny, przez pełnomocnika
Może dziedzicznych domagać się włości,
Nie przyjmiesz hołdu, który chce ci złożyć,
Ściągasz na siebie tysiąc niebezpieczeństw,
I serc tysiąca przywiązanie tracisz,
A cierpliwości mej podsuwasz myśli,
Których jej broni wierność i mój honor.
Król Rysz.  Myśl co chcesz, myśl twa nie zwiąże mej woli
Zaboru jego sreber, skarbów, roli.
York.  Nie będę świadkiem gwałtów. Bądź zdrów, panie!
Kto dziś przepowie, co się jutro stanie?
Dziś tylko wszyscy przepowiedzieć mogą,
Że do dobrego nie zajdziesz złą drogą (wychodzi).
Król Rysz.  Śpiesz teraz, Bushy, do hrabiego Wiltshire,
Powiedz mu, że go czekam w Ely-house,
Aby się w sprawie tej z nim porozumieć.
My do Irlandyi pojutrze; czas nagli.
W nieobecności naszej, namiestnikiem
Naszego stryja York zostawiamy,
Bo to mąż prawy, a zawsze nas kochał.
Królowo, jutro musimy się rozstać;
Użyjmy czasu, bo krótki nasz pobyt.

(Przy odgłosie trąb wychodzi Król, Królowa, Bushy, Aumerle, Green i Bagot).

Northumb.  Umarł więc książę Lancaster, panowie.
Ross.  I żyje także; dziś syn jego księciem.
Willough.  Księciem z tytułu ale nie z dochodów.
Northumb.  Jedno i drugie, jeśli sprawiedliwość
Na ziemi żyje.
Ross.  Serce moje pełne
Pęknie z boleści, nim mu będzie wolno
Swą pełność wylać językiem swobodnym.
Northumb.  Mów śmiało. Niech ten zamilknie na wieki,
Co na twą krzywdę twe powtórzy słowa!
Willough.  Czy chciałbyś mówić o księciu Hereford?
Gdy tak, mów śmiało, bo chętnie me ucho
Usłyszy dobre o panu tym słowo.
Ross.  Ach, nic dobrego zrobić dlań nie mogę,

Chyba, że dobrem nazwiecie mą litość
Nad chciwą jego dziedzictwa grabieżą.
Northumb.  Wstyd znosić krzywdy spełnione okrutnie
Na krwi królewskiej i na mnogich panach
W naszem królestwie grożącem ruiną.
Król nie jest królem lecz podłem narzędziem
Nędznych pochlebców; jakąkolwiek skargę
Natchnie im zemsta przeciw z nas któremu,
Król zaraz gotów srogi sąd nakazać
Na nas, na dzieci nasze i dziedziców.
Ross.  Lud podatkami ciężkimi zrabował,
I stracił jego miłość, ciężkie kary
Za przedawnione ponakładał spory
Na swoją szlachtę i miłość jej stracił.
Willough.  Codziennie nowe wymyślają zdzierstwa:
Składki, ofiary, nie wiem co tam jeszcze;
Ale przez Boga, co robi z pieniądzmi?
Northumb.  Nie brał na wojnę, bo jej nie prowadził,
Lecz przez nikczemną ustąpił ugodę,
Co krwią swą jego nabyli przodkowie.
Pokój dziś droższy niż były przód wojny.
Ross.  W dzierżawie hrabia Wiltshire ma królestwo.
Willough.  A król bankrutem został jak zły handlarz.
Northumb.  Już nad nim wiszą hańba i ruina.
Ross.  Nie miałby grosza na irlandzką wojnę,
Mimo podatków, gdyby nie zagrabił
Włości i sreber wygnanego księcia.
Northumb.  Swego krewnego. O królu wyrodny!
Ale, panowie, słyszymy świst burzy,
A nie szukamy spokojnej przystani;
Widzim, jak wicher wydyma nam żagle,
Zamiast je zwijać, giniemy bezpiecznie.
Ross.  Widzim rozbicie, które i nam grozi,
Nieuniknione dziś niebezpieczeństwo,
Gdy jego przyczyn nie chcemy usunąć.
Northumb.  Nie, nie; przez puste oko śmierci, widzę,
Wygląda życie; lecz nie śmiem powiedzieć,
Jak wyzwolenia bliską jest godzina.

Willough.  Dziel z nami myśli, jak my dzielim z tobą.
Ross.  Northumberlandzie, mów do nas z ufnością;
My trzej jesteśmy tobą, mówiąc do nas,
To jakbyś z sobą rozmyślał; mów śmiało.
Northumb.  A więc słuchajcie: właśnie odebrałem
Listy z Port le Blanc, bretońskiej zatoki,
Że Henryk Hereford i Reinold lord Cobham,
Co się z rąk księcia Exeteru wymknął,
I brat Rejnolda niegdyś w Canterbury
Arcybiskupią ozdobiony mitrą,
I sir John Ramston, sir Thomas Erpingham,
Sir John Norbery, sir Robert Waterton,
I Francis Quoint, wszyscy uzbrojeni
Księcia Bretanii przyjacielską ręką,
Na ośmiu statkach, z armią trzechtysięczną
Już wypłynęli i bez straty czasu
Żeglują ku nam; na północnych brzegach
Możeby nawet już wylądowali,
Ale czekają na królewski odjazd.
Jeśli więc chcemy zrzucić podłe jarzmo,
Odarte skrzydło ojczyzny opierzyć,
Wyrwać z zastawu splamioną koronę,
I pył odmuchnąć ze złotego berła,
Majestatowi dawną godność wrócić,
Do Ravenspurgha czas już nam pośpieszyć.
Strach wam? Sam pójdę; zostańcie w stolicy;
Lecz dochowajcie, proszę, tajemnicy.
Ross.  Na koń! Niech zwleka, kto odwagi niema.
Willough.  Pierwszy tam stanę, jeśli koń dotrzyma (wychodzą).

SCENA II.
Londyn. Pokój w pałacu.
(Wchodzą: Królowa, Bushy, Bagot).

Bushy.  Zbyt jesteś smutną, królowo i pani,
Przyrzekłaś jednak, rozstając się z królem,
Odrzucić z serca melancholii ciężar,

A myśl wesołą do duszy przywołać.
Królowa.  Przyrzekłam, by się podobać królowi,
Lecz, by się sobie podobać, nie mogę,
Choć nie wiem, jaki przymusza mnie powód
Takiego przyjąć gościa jak jest smutek;
Ten chyba tylko, że się rozłączyłam
Z tak słodkim gościem, jak mój słodki Ryszard.
Lecz mimo tego, ciągle mi się zdaje,
Że smutek jakiś, jeszcze nie powity,
Lecz w łonie matki fortuny dojrzały,
Zbliża się do mnie; cała moja dusza
Drży w swych głębinach, choć nie wie dlaczego.
Coś groźniejszego w boleściach ją nurza
Niż moje gorzkie z królem rozłączenie.
Bushy.  Każdy nasz smutek tysiące ma cieniów,
Z których się każdy smutkiem zda, choć nie jest;
Bo oko smutku, strugą łez olśnione,
Rzecz każdą dzieli na cząstek tysiące,
Jak te obrazy, co naprost widziane
Zdają się tylko linii mięszaniną,
Ale z ukosa kształt biorą i formę;
Tak i ty, pani, gdy patrzysz z ukosa
Na odjazd króla, widzisz smutku formy,
Które ci żalem przepełniają serce,
Chociaż to tylko cień tego, co nie jest.
Odjazdu króla płacz więc tylko, pani;
Nie widzisz innych boleści powodów,
Lub widzisz tylko zwodnem smutku okiem,
I płaczesz, jakby nad rzeczywistością,
Nad wyobraźni swojej mamidłami.
Królowa.  Być może; jednak, w duszy mojej czuję,
Że to tak nie jest; lecz niech co chce będzie,
Smutną hyc muszę, głęboko być smutną,
Choć kształtów myśli mej nie mogę schwycić;
Na nic bolesne wzdryga się ma dusza.
Bushy.  Wierzaj mi, pani, to są przywidzenia.
Królowa.  Nie, nie, bo zwykłym przywidzeń jest ojcem
Miniony smutek, a ze mną tak nie jest,

Bo nic poczęło boleść mą, a przecie
Jest coś w tem niczem, co mnie w smutku nurza.
Łez moich źródło w przyszłości się chowa;
Co to, nikt nie wie, lecz serce mi ściska,
Dziś, jest to dla mnie boleść bez nazwiska.

(Wchodzi Green).

Green.  Bóg z tobą, pani! Witam was, panowie!
Król, mam nadzieję, nie odpłynął jeszcze.
Królowa.  Że jest w Irlandyi, spodziewaj się raczej.
W pośpiechu cała jego jest nadzieja;
Czemu więc pragniesz, by jeszcze nie odbił?
Green.  By zwrócił wojsko, on, nasza nadzieja,
Na rozpacz wroga nadzieję przemienił,
Który na brzeg nasz zbrojno wylądował.
Sam się odwołał wygnany Bolingbroke,
I w Ravenspurghu, na sił swoich czele,
Stanął bezpiecznie.
Królowa.  Nie daj tego, Boże!
Green.  To prawda tylko zbyt pewna; co gorsza,
Lord Northumberland i syn jego, Percy,
Lordowie: Beaumond i Ross i Willoughby,
Zbiegli do niego z hufcami przyjaciół.
Bushy.  Czemu natychmiast zbiegów przeniewierczych
Buntownikami nie ogłosiliście?
Green.  Ogłosiliśmy, i wnet lord Worcester
Strzaskał swą laskę, marszałkostwo złożył,
Do Bolingbroka z całą pierzchnął służbą.
Królowa.  Ty smutku mego jesteś położnikiem,
Bolingbroke strasznym boleści mych dzieckiem.
Dusza ma potwór spowiła nakoniec,
A ja, zbolała nowa położnica,
Ból bólom, smutek przyrzucam smutkowi.
Bushy.  O, nie rozpaczaj, pani!
Królowa.  Kto mi wzbroni?
Ja chcę rozpaczać, wypowiedzieć wojnę
Zwodnej nadziei, bo to jest pochlebca,
Pasożyt, przyjście śmierci zwlekający,
Coby łagodną rozwiązała ręką

Węzeł żywota; kłamliwa nadzieja
Tylko przedłuża konania boleści.

(Wchodzi York).

Green.  To książę York.
Królowa.  Na swym starym karku
Znak wojny niesie, a jego spojrzenie
Jak niepokoju i trosk czarnych pełne!
O stryju, rzeknij mi pociechy słowo.
York.  Gdybym je wyrzekł, myślibym mej kłamał.
Pociecha w niebie; my żyjem na ziemi,
Gdzie krzyże, troski i boleści same.
Król gdzieś daleko broni swej korony,
Którą mu inny przybył w domu wydrzeć;
Tu mnie zostawił podporą swych dzielnic,
Gdy pod ciężarem lat sam ledwo stoję.
Przyszła choroba, zbytków jego skutek;
Doświadczy teraz przyjaźni pochlebców.

(Wchodzi sługa).

Sługa.  Przed mem przybyciem syn się twój oddalił.
York.  Oddalił! Niechże co chce już się dzieje!
Szlachta uciekła, lud jest obojętny,
Drżę, by nie stanął po stronie Hereforda.
Leć mi do Plashy, do siostry mej Gloucester,
Niech tysiąc funtów przyśle mi natychmiast.
Śpiesz; weź mój pierścień.
Sługa.  Zapomniałem dodać,
Że dziś, w przejeździe, wstąpiłem do Plashy —
Lecz cię zasmucę, panie, kończąc powieść.
York.  Kończ mi ją zaraz.
Sługa.  Godzinę, milordzie,
Przed mem przybyciem księżna pani zmarła.
York.  Wszechmocny Boże! jaka powódź nieszczęść
Na raz to biedne zalała królestwo!
Nie wiem co począć. Czemuż, bez mej winy,
Król mi nie uciął głowy z mymi braćmi!
Czy do Irlandyi gońce wyprawieni?
Gdzie znaleźć pieniądz na potrzeby wojny?
Lecz idźmy, siostro-kuzynko, chcę mówić,

Przebacz mi, proszę. (Do Sługi)
Śpiesz do mego domu,
Zbierz wozy, przywieź broń, którą tam znajdziesz.

(Wychodzi Sługa).

Idźcie, panowie, hufce wasze zebrać.
Jeśli wiem, jakby można ład wprowadzić
W bezładne sprawy złożone w me ręce,
Niech zginę. Oba mymi są krewnymi;
Jeden jest królem moim, a przysięga
I obowiązek bronić mi go każą;
Drugi jest także mym krewnym, przez króla
Ciężko skrzywdzonym, a krew i sumienie
O sprawiedliwość dla niego wołają.
Bądźcobądź, trzeba nam coś postanowić.
Idźmy kuzynko; pierwszą myślą moją
W jakiem bezpiecznem zostawić cię miejscu.
Zbierzcie co prędzej, panowie, swe hufce,
A w zamku Berkeley połączcie się ze mną.
Chciałbym do Plashy, lecz czas nie pozwala.
Źle idą sprawy, bo pomiędzy nami
Wszystko stanęło do góry nogami.

(Wychodzą York i Królowa).

Bushy.  Wiatr niesie chyżo wieści do Irlandyi,
Lecz z nich nie wraca żadna. Zebrać siły,
Mogące czoło stawić przeciwnikom,
My nie zdołamy.
Green.  Przy tem, miłość nasza
Dla króla ku nam zbudziła nienawiść
W tych wszystkich, którzy króla nie kochają.
Bagot.  To jest całego ludu, chcesz powiedzieć,
Bo jego miłość w jego worku leży;
Ten nienawiścią napełnia śmiertelną
Serca ich, kto chce worek ten wypróżnić.
Bushy.  Głos też powszechny monarchę potępia.
Bagot.  I my, ich sądem, potępienia godni
Za przywiązanie nasze do Ryszarda.
Green.  Do Bristolskiego śpieszę teraz zamku,
Bo tam i hrabia Wiltshire się już schronił.

Bushy.  Pociągnę z tobą, bo wściekłe pospólstwo
Jak pies gotowe w kawałki nas szarpać.
Czy chcesz być naszym trzecim towarzyszem?
Bagot.  Nie, ja do króla, do Irlandyi płynę.
Jeśli przeczuciom moim wierzyć mamy,
Już to ostatni raz my się żegnamy.
Bushy.  Wszystko od tego zależy, czy York
Zdoła odeprzeć siły Bolingbroka.
Green.  Widzę, niestety! że książę zamierza
Policzyć piasek, lub ocean wypić.
Za jedno ramię wiernego człowieka,
Już tysiąc zdrajców do wroga ucieka.
Bushy.  Żegnam was teraz w smutku i żałobie!
Green.  Może was spotkam jeszcze.
Bagot.  Chyba w grobie.

(Wychodzą).
SCENA III.
Góry w Gloucestershire.
(Wchodzą: Bolingbroke i Northumberland na czele armii).

Boling.  Do zamku Berkeley czy daleko jeszcze?
Northumb.  Hrabstwo Gloucesterskie obce mi jest, panie.
Te dzikie góry, przepaściste drogi,
Marsz utrudniają, przeciągają mile;
Lecz twa rozmowa cukrem dla mnie była,
Słodzącym gorycz długiego pochodu.
Lecz z Ravenspurgha droga do Cotswoldu
Jak się mozolną zdawać musi lordom
Ross i Willoughby, daleko od ciebie,
Którego słowa nie dały mi czasu
Myśleć o trudach i nudach pochodu.
Osłodą jednak będzie im nadzieja
Szczęścia, którego używam obecnie;
Bo równą prawie samemu jest szczęściu
Nadzieja szczęścia; ta nadzieja skróci
Znużonym lordom długie marszu trudy,

Jak twa obecność i twoje rozmowy,
Szlachetny panie, dla mnie je skróciły.
Boling.  Mniejszą ma cenę moje towarzystwo
Niż twoje dobre słowa. Kto się zbliża?

(Wchodzi Henryk Percy).

Northumb.  To syn mój, panie, młody Henryk Percy,
Przez mego brata Worcester wyprawiony.
Jak zdrowie stryja twojego, Henryku?
Percy.  Od was się o nim myślałem dowiedzieć.
Northumb.  Jak to? Czy brat mój nie jest przy królowej?
Percy.  Nie, dobry panie, nagle dwór porzucił,
Strzaskał swą laskę, rozpuścił dom króla.
Northumb.  Z jakich powodów? Gdy się z nim żegnałem,
Nie myślał o tem.
Percy.  Dlatego, mój ojcze,
Że cię za zdrajcę kraju ogłoszono.
On sam pośpieszył już do Ravenspurgha
Służby swe księciu Hereford ofiarować,
Mnie zaś na Berkeley wyprawił, by zbadać,
Jakie tam siły York nagromadził,
Do Ravenspurgha potem iść mi kazał.
Northumb.  Czy zapomniałeś, synu, księcia Hereford?
Percy.  Nie, trudno bowiem było mi zapomnieć,
Czego nie znałem; a jak mi się zdaje,
Nigdy go w mojem życiu nie widziałem.
Northumb.  Poznaj go teraz: to jest książę Hereford.
Percy.  Dostojny panie, przyjm służbę młokosa,
Dziś surowego i bez doświadczenia,
Lecz który zczasem dojrzeje i będzie
Zdolniejszym lepsze oddać ci usługi.
Boling.  Dzięki ci, Percy; mogę cię zapewnić,
Że skarb najdroższy od nieba dostałem —
Duszę pamiętną na dobrych przyjaciół.
Gdy z twą miłością szczęście me dojrzeje,
Wiernej przyjaźni nie braknie nagrody.
Ten kontrakt serca stwierdzam moją ręką.
Northumb.  Jak stąd daleko do Berkeley? Z swym wojskiem
Co myśli począć stary, dobry York?

Percy.  Za tą drzew kępą stoi zamek Berkeley,
Jak słychać, z ludźmi trzystoma załogi.
Wyjąwszy lordów York, Berkeley, Seymour,
Niema żadnego w zamku dostojnika.

(Wchodzą Boss i Willoughby).

Northumb.  Patrz, nadbiegają lord Ross i Willoughby,
Z twarzą w płomieniach, z skrwawioną ostrogą.
Boling.  Witam, panowie; wasza widzę miłość
Goni za zdrajcą wygnanym z ojczyzny.
Skarbem dziś moim bezsilna jest wdzięczność,
Lecz niech ją tylko zbogaci bieg czasu,
Zapłaci wasze mozoły i przyjaźń.
Ross.  Twoja obecność skarbem naszym, panie.
Willough.  I z lichwą nasze płaci nam mozoły.
Boling.  Przyjmcie me dzięki — pieniądz to ubogich,
Mój skarb, dopóki dziecię, ma fortuna,
Pełnoletności nie dojdzie. — Kto idzie?

(Wchodzi Berkeley).

Northumb.  To milord Berkeley, jeśli się nie mylę.
Berkley.  Milordzie Hereford, niosę ci poselstwo.
Boling.  Nie znam Hereforda; jest tutaj Lancaster;
Szukać nazwiska tego tu przybyłem,
I na twych ustach znaleźć je przód muszę,
Nim ci odpowiem na twoje poselstwo.
Berkley.  Nie tłomacz mylnie słów moich, milordzie;
Nie mam zamiaru tytułów twych skrobać.
Przybywam, lordzie — lordzie — jak sam zechcesz,
Wierny rozkazom księcia namiestnika,
Zapytać, lordzie, co mogło cię skłonić
Z nieobecności monarchy korzystać,
Domowy pokój powstaniem zamącić.

(Wchodzi York z orszakiem).

Boling.  Nie potrzebuję twego pośrednictwa
Na mą odpowiedź; oto sam namiestnik.
Dostojny stryju! (klęka)
York.  Pokaż mi pokorę
Twojego serca raczej niż kolana,
Bo to fałszywe bywa i obłudne.

Boling.  Łaskawy stryju —
York.  Ba, ba, skończmy, proszę,
Nie łaskuj łaską, nie stryjaj mi stryjem;
Nie jestem stryjem zdrajcy; słowo łaska
W ustach bez łaski jest mi świętokradztwem.
Powiedz, jak śmiały twe nogi wygnane
Dotknąć się prochu tej angielskiej ziemi?
Jak w jej spokojne zapuścić się łono,
Zagrażać wojną bledniejącym siołom,
I godnym wzgardy grozić jej orężem?
Czyżeś dla tego przybył, że monarcha,
Że pomazaniec boży nieobecny?
Szalony chłopcze, król zawsze jest w Anglii,
W mej wiernej piersi jego władza leży.
Ach, gdybym dzisiaj lat tamtych miał ogień,
W których, z walecznym ojcem twym Gandawą,
Czarnegom Księcia, tego wojny boga,
Z roju tysiąca Francuzów wyzwolił,
Ach, jakże prędko, tą moją prawicą,
Dziś paraliżu związaną niemocą,
Twoje występne skarciłbym zuchwalstwo!
Boling.  Racz mi powiedzieć, łaskawy mój stryju,
Jaki występek, kiedy popełniłem!
York.  Któremu niema równego na ziemi,
Występek buntu i obrzydłej zdrady.
Jesteś wygnańcem, wróciłeś tu przecie,
Nim czas twojego upłynął wygnania,
Przeciw królowi twemu broń podniosłeś.
Boling.  Byłem Herefordem, gdy byłem wygnany,
Dzisiaj do Anglii powrócił Lancaster.
Dostojny stryju, racz na moje krzywdy
Chwilę bezstronnem tylko spojrzeć okiem.
Jesteś mi ojcem, bo twarz mi jest twoja
Żywym obrazem starego Gandawy,
Ach, więc mój ojcze, czy zechcesz pozwolić,
Bym się jak żebrak po ziemi wałęsał,
By prawa moje, aby moje włości
Niesprawiedliwie, gwałtem mi wydarte

Dorobkiewiczów płaciły rozpustę?
Po com się rodził? Jeśli król, mój kuzyn,
Jest Anglii królem, kto śmiałby zaprzeczyć,
Że jestem księciem Lancastru dziedzicznym?
Masz syna, mego krewnego, Aumerlea,
Gdybyś ty pierwszy do mogiły zstąpił.
On ojca w stryju Gandawieby znalazł,
Któryby skarcił jego krzywdzicieli.
Mnie dziś nie wolno mych szukać lenności,
Choć mi do tego dyplom prawo daje.
Ojcowskie dobra zabrane, sprzedane,
Pieniądz użyty na najgorsze cele.
Cóż miałem robić? Prawam się domagał,
Bom jest poddany; gdy mi zabroniono
Praw poszukiwać przez pełnomocników,
Musiałem przybyć, osobiście żądać
Zwrotu dziedzictwa po ojcach spadłego.
Northumb.  Szlachetny książę ciężkiej doznał krzywdy.
Ross.  A ty ją, panie, dziś musisz naprawić.
Willough.  Nikczemni rosną kosztem jego włości.
York.  Lordowie Anglii słuchajcie mnie, proszę:
Krzywdy synowca, jak wy czułem silnie,
I byłem zawsze jego praw obrońcą,
Lecz dziś, gdy z mieczem do ziemi tej przybył,
Gdy sobie drogę mieczem chce wyrąbać,
I prawa swoje bezprawiem odzyskać,
Nie, nigdy, nigdy na to nie przyzwolę,
I kto w tej sprawie jego trzyma stronę,
Jest podżegaczem buntu, buntownikiem.
Northumb.  Książę nam przysiągł, że do Anglii przybył
Po swoją własność, myśmy mu przysięgli
Dać wierną pomoc w praw jego obronie,
A niech ten szczęścia nie znajdzie na ziemi,
Kto swej przysięgi nie zechce dotrzymać.
York.  Wiem, jaki będzie zatargów tych koniec,
Ale wypadków biegu nie zatrzymam,
Bo siły moje niepewne i słabe.
Bóg mi jest świadkiem, że gdybym był w stanie,

Zgiąłbym wam karki i zmusił w pokorze
U stóp królewskich błagać przebaczenia.
Dziś, koniecznością zmuszony, oświadczam,
Że w tych zatargach będę neutralnym.
Bądźcie więc zdrowi! chyba że zechcecie
W zamku tym przyjąć na tę noc gościnność.
Boling.  Z ofiary, stryju, chętniebym korzystał;
Lecz muszę raczej prosić, abyś zechciał
Do Bristolskiego ciągnąć ze mną zamku,
W którym, jak mówią, jest Bushy i Bagot
Ze sprzymierzeńców swoich całą szajką,
A ja przysiągłem rozgnieść bez litości
Te gąsiennice rzeczypospolitej.
York.  I to być może, że z wami pociągnę,
Ale mi dajcie do namysłu chwilę,
Bo wstręt uczuwam gwałcić prawa Anglii. —
Witam was teraz jak widz obojętny;
Troski me grzebię w nadziei mogile. (Wychodzą).

SCENA IV.
Obóz w Walii.
(Wchodzą: Salisbury i Kapitan).

Kapitan.  Przez te dni dziesięć, lordzie Salisbury,
Z niemałą tylko mogliśmy trudnością
Spółziomków naszych pod bronią utrzymać;
A gdy od króla nie nadeszły wieści,
Rozpuszczam wojsko. Żegnam cię, milordzie!
Salisbury.  Jeszcze dzień czekaj, wierny Walijczyku;
Całą swą ufność król w tobie pokłada.
Kapitan.  Nie możem czekać. Jak mówią, król umarł.
Wszystkie wawrzyny ziemi naszej uschły,
Stałych gwiazd rojom grożą meteory,
Księżyc na ziemię patrzy zakrwawiony.
Wyschli prorocy wielkie wróżą zmiany,
W smutku bogacze, a hultaje tańczą,
Tamci się boją bogactw swych postradać,

Ci na zażartej wojny liczą łupy:
Śmierć i upadek królów to rokuje.
Strwożone wojsko za chwilę broń rzuci,
Pewne, że król nasz, Ryszard, już nie wróci.

(Wychodzi).

Salisbury.  Ryszardzie, widzę z boleści łzą w oku
Twą chwałę, jakby gwiazdę spadającą
Ze sklepu niebios na tę podłą ziemię!
Słońce twe łzawe do morza zapada,
Nam burze, klęski, rozpacz zapowiada;
Do wroga śpieszą twoi przyjaciele,
I wszystko na twą zagładę się ściele (wychodzi).




AKT TRZECI.
SCENA I.
Obóz Bolingbroka w Bristolu.
(Wchodzą: Bolingbroke, York, Northumberland, Percy, Willoughby, Ross, za nimi oficerowie, Bushy i Green jako więźniowie).

Boling.  Przywiedź tych ludzi bliżej.
Bushy i Greenie, dusz wam nie chcę dręczyć,
(Które się wkrótce z ciałem muszą rozstać)
Długim wywodem waszej złej przeszłości,
Boby to było brakiem miłosierdzia.
Lecz żeby waszą krew z rąk moich obmyć,
Tu, wobec wszystkich, pokrótce wyłożę
Przyczyny śmierci waszej najgłówniejsze:
Wyście waszego króla obłąkali;
Królewską postać z krwi i twarzy rysów
Szpetnie pokalał wpływ wasz opłakany;
Waszych to grzesznych zabaw był następstwem
Poniekąd rozwód króla i królowej,
Osamotnienie królewskiej łożnicy;

Przez wasze krzywdy piękna twarz królowej
Pobladła, gorzkich łez wilżona strugą;
I ja sam, książę rodem i fortuną,
Ja, króla bliski tak krwią jak miłością,
Zanim nas potwarz powaśniła wasza,
Szyję mą ugiąć przed wami musiałem,
Słać mój angielski oddech do chmur obcych,
I jeść śród obcych gorzki chleb wygnania,
Gdyście na moich tuczyli się łanach,
Rąbali dęby parków mych i lasów,
Z własnych mych okien herby me zdzierali,
Skrobali moje dewizy po murach,
By ślad nie został po mnie, prócz pamięci
Uczciwych ludzi i krwi w moich żyłach,
By światu moje poświadczyć szlachectwo.
Te, i tysiące większych nad te zbrodni
Wasz wyrok piszą; wiedźcie ich natychmiast
Na rusztowanie, w śmierci dłoń oddajcie.
Bushy.  Cios mi topora milszy niż Bolingbroke
Angielskiej ziemi. Żegnam was, panowie.
Green.  Moją pociechą myśl, że dusze nasze
Do nieba wzlecą, gdy niesprawiedliwość
W piekielnych mękach znajdzie swą zapłatę.
Boling.  Northumberlandzie, dojrzej egzekucyi.

(Wychodzą: Northuberland i straż z więźniami).

Królowa, mówisz stryju, w tym jest domu;
Przez Boga, daj jej przyjęcie uczciwe,
I mnie też poleć względom jej łaskawym.
Nie zaśpij moich przesłać jej pozdrowień.
York.  Już wyprawiłem jednego z mych ludzi
Z zapewnieniami książęcej przyjaźni.
Boling.  Dzięki ci, stryju. Śpieszmy się, panowie,
Na Glendowera i na jego szajkę.
Chwila mozołów, a potem, zapusty.

(Wychodzą).
SCENA II.
Wybrzeża Walii; w głębi Zamek.
(Przy odgłosie trąb i bębnów wchodzi król Ryszard, biskup Carlisle, Aumerle i żołnierze).

Król Rysz.  Ten zamek, mówisz, zowie się Barkloughly?
Aumerle.  Tak jest. Jak, królu, znajdujesz powietrze
Tak dtugo morską kołatany falą?
Król Rysz.  Jak go nie kochać? Ja z radości płaczę,
Na mem królestwie stawiając znów nogę.
O droga ziemio! ręką cię tą witam,
Choć buntowników ranią cię kopyta.
Jak matka dziecko, po długiem rozstaniu
Do łona tuląc, śmieje się i płacze,
Ja cię, ma ziemio, witam łzą i śmiechem,
Pieszczę się z tobą mą królewską ręką.
Ziemio ma, nie karm swego pana wrogów,
Skryj przed ich wilczem żarłoctwem swe skarby,
A po ich drodze siej swoje pająki,
I ssące jad twój leniwe ropuchy
Niechaj kąsają buntownicze nogi,
Śmiące po twojem świętem łonie stąpać;
Tylko parzące wydaj im pokrzywy,
A jeśli z piersi twojej uszczkną kwiatek,
Na dnie kielicha jego śpiąca żmija
Niech rozsochatym dotknie ich językiem,
Powali trupem króla twego wrogów.
Z zaklęć się moich nie śmiejcie, panowie;
Przody ożyje ziemia, przód jej głazy
Na hufce zbrojnych zmienią się żołnierzy,
Zanim jej prawy król uchyli czoło
Przed buntowników uzbrojoną rzeszą.
Biskup.  Siła, co królem zrobiła cię, panie,
Na przekor wszystkim zachowa cię królem,
Środków łaskawie przez niebo stręczonych
Należy użyć, a nie zaniedbywać.
Gdy niebo chce nam pomódz, chce nas zbawić,

A my nie chcemy, gardzim niebios łaską.
Aumerle.  On mniema, królu, żeśmy zbyt leniwi,
I że Bolingbroke przez niedbalstwo nasze
Rośnie w potęgę, wielkość i przyjaciół.
Król Rysz.  Mój rozpaczliwy kuzynie, czy nie wiesz,
Że kiedy oko niebios przenikliwe
Zagasłe dla nas, świeci antypodom,
Bezpiecznie krążą zbójcy i złodzieje.
Pełnią w ciemnościach gwałty i morderstwa;
Ale zaledwo z głębin morza wstanie,
Ledwo zapali wschodnich sosen szczyty,
W wszystkich jaskiniach zbrodni dzień rozleje,
Wnet mordy, zdrada i obrzydłe grzechy,
Kiedy płaszcz nocy opadnie im z grzbietu,
Stoją na własny widok drżące, nagie;
Tak i ten złodziej, ten zdrajca Bolingbroke,
Który śród nocy po Anglii hultaił,
Gdy my mierzyli niebo antypodów,
Gdy nas na wschodzie, tronie naszym ujrzy,
Na twarz mu zdrada zawstydzona siądzie,
A dnia widoku nie zdolna wytrzymać,
Sama się siebie przelęknie i zadrży.
Nie zmyją wszystkie fale oceanu
Balsamu z czoła króla pomazańca;
Dech ziemskich ludzi nie zdoła obalić,
Kogo Bóg swoim wybrał namiestnikiem.
Za Bolingbrokea każdego żołnierza,
Na mą koronę miecz podnoszącego,
Niebo, w obronie swojego Ryszarda,
Z ognistym mieczem wyśle archanioła.
Gdzie archaniołów hufce prawo słonią,
Co nędzny człowiek grzeszną zrobi bronią?

( Wchodzi Salisbury).

Witaj, milordzie, gdzie stoją twe pułki?
Salisbury.  Królu i panie, ni bliżej, ni dalej,
Jak sięga długość słabej mojej ręki.
Moim językiem czarny żal kieruje,

I każe mówić tylko o rozpaczy.
Lękam się, ale jeden dzień spóźnienia
Wszystkie dnie twoje na ziemi zachmurzył.
Przywołaj wczora, każ wrócić czasowi,
Będziesz miał zbrojnych dwanaście tysięcy.
Dziś, dziś, nieszczęsny dzień ten opóźnienia
Wszystko ci wydarł, losy Anglii zmienia.
Śmierci twej pewna walijska załoga
Pierzchła do domu lub do twego wroga.
Aumerle.  Nie trać odwagi, królu; skąd ta bladość?
Król Rysz.  Krew, chwila temu, dwudziestu tysięcy
Żywym płonęła ogniem na mej twarzy;
Dziś pierzchli; zanim krwi mi wróci więcej,
Bladym być muszę jak trup śród cmentarzy.
Kto ginąć nie chce, niech do wroga śpieszy,
Bo czas mą dumę napiętnował plamą.
Aumerle.  Bądź mężny, królu, pamiętaj kim jesteś.
Król Rysz.  Jam się zapomniał; czyż nie jestem królem?
Ze snu leniwy zbudź się majestacie!
Imię: król waży czterdzieści tysięcy;
Zbrój się, me imię! bo nędzny poddany
Na twoją chwałę podniósł zbrojną rękę.
Więc, przyjaciele, wdół nie spoglądajcie;
Stoim wysoko, niech i myśli nasze
Wysoko lecą. Wiem, że stryj mój, York,
Dość ma sił, aby tryumf nam zapewnić.
Lecz kto się zbliża? (wchodzi Scroop)

Scroop.  Niech Bóg miłosierny
Więcej da zdrowia i więcej da szczęścia,
Niż ci złowróżby język mój przynosi.
Król Rysz.  Otwarte ucho, serce mam gotowe
Na klęsk przyjęcie jakbądź rozpaczliwych.
Czy chcesz powiedzieć, żem stracił królestwo?
Królestwo było trosk wszystkich mych źródłem,
A cóż za strata wszystkich trosk się pozbyć?
Bolingbroke pragnie jak my wielkim zostać?
Większym nie będzie; jeśli Bogu służy,
I my mu będziem służyć; będziem równi.

Czy się poddani buntują? Cóż robić:
Gwałcą należną Bogu i mnie wierność.
Mów co chcesz: klęski, ruinę, katusze,
Wymów śmierć samą — wiem, że umrzeć muszę.
Scroop.  Cieszę się, królu, żeś tak uzbrojony
Na moich nowin bolesnych przyjęcie,
Jak w dniu burzliwym srebrne rzeki fale
Brzegi swe topią, w ogólnym zamęcie
Świat niby cały chce w łzy się rozpłynąć,
Tak się dziś wzdyma wściekłość Bolingbroka
Nad swe granice, i twój kraj przelękły
Zalewa twardą stalą i sercami
Nad stal twardszemi. Siwobrode starce,
Łyse swe czaszki pokrywają hełmem
Na twą potęgę i na twój majestat;
Dzieciuchy z głosem kobiety piskliwym
Grubią ton, członki niewieście kaleczą
Ciężką przyłbicą i twardym puklerzem,
Byleby walczyć przeciw twej koronie;
Ksiądz nawet uczy się jak łuk natężać
Z gałęzi cisów podwójnie śmiertelnych;[11]
Ba, prządki same dziś zamiast wrzeciona
Rdzawe siekiery na twój tron podnoszą;
Wszędzie bunt, zbrojne powstanie dokoła,
Gorzej jest, niż mój język skreślić zdoła.
Król Rysz.  Złą powieść nazbyt dobrze opowiadasz.
Gdzie hrabia Wiltshire, gdzie Bagot, Green, Bushy?
Czemu tak groźnym pozwolili wrogom
Me ziemie krokiem przebiegać spokojnym?
Jeśli zwyciężę, gardłem to zapłacą.
Pewno zawarli pokój z Bolingbrokiem.
Scroop.  Prawda jest, królu, zawarli z nim pokój.
Król Rysz.  Ha, podlcy, żmije, wieczni potępieńcy!
Psy lada komu łasić się przywykłe!
Węże, mojego serca krwią ogrzane,

A teraz moje serce kąsające!
O od Judasza gorsi trzej Judasze!
Zawarli pokój! Niech za grzech ten piekło
Z szpetną ich duszą na wieki wojuje!
Scroop.  Najtkliwsza miłość zmieniając naturę,
W najśmiertelniejszą zmienia się nienawiść.
Odwołaj, królu, przekleństwo; ich pokój
Głowy, nie ręki zawarty podaniem.
Ci, których kląłeś, gorycz śmierci czuli,
Teraz mogiła w pokoju ich tuli.
Aumerle.  Co? Hrabia Wiltshire, Bush i Green umarli?
Scroop.  Wszyscy w Bristolu pod toporem legli.
Aumerle.  A gdzie jest wojsko księcia, mego ojca?
Król Rysz.  Nie pytaj o to; nie mów o nadziei;
Mówmy o trumnach, robakach, nagrobkach;
Niech pył nam będzie papierem, a łzami
Piszmy na łonie ziemi smutne dzieje;
Egzekutorów niech każdy wybierze,
O testamentach mówi — ale na co?
I cóż z nas każdy przekazem dać może
Prócz ciała swego nędznego mogile?
Bolingbroke zabrał nam kraj, życie, wszystko,
Jednę śmierć tylko naszą zwać możemy,
I tę garść lichą niepłodnego piasku,
Dla kości naszych ostatni przytułek.
Przez Boga, siądźmy, panowie, na ziemi,
Królewskich śmierci prawmy smutne dzieje,
Jak jedni z tronów swych byli strąceni,
Inni polegli w boju, inni znowu
Straszeni byli przez tych królów duchy,
Których strącili; tych otruły żony,
Tamtych zabito we śnie, ale wszyscy
Zamordowani; bo w korony wnętrzu,
Która śmiertelną królów skroń otacza,
Śmierć dwór swój chowa; tam siedzi psotnica,
Króla się władzy i pompie urąga;
Na chwilę daje mu mały teatrzyk,
Gdzie on gra władcę, spojrzeniem zabija,

W zarozumiałość i sobkostwo rośnie,
Jakby to ciało, w którem duch zamknięty,
Z niespożytego lane było śpiżu;
Lecz gdy się dosyć ubawi aktorem,
Wychodzi sama i koniuszkiem śpilki
Na wskroś przekłuwa zamku tego mury,
I — bądź zdrów, królu! — Nakryjcie więc głowy,
Uroczystemi hołdu oznakami,
Nie urągajcie krwi mojej i ciału;
Zwyczaje, formy, pokłony odrzućcie,
Bo sąd wasz o mnie mylny był do dzisiaj.
Jak wy ból czuję, jak wy żyję chlebem,
I tak przyjaciół, jak wy potrzebuję;
Równego potrzeb wszystkich niewolnika
Możecież jeszcze królem mnie nazywać?
Biskup.  Mądry nie płacze obecnych boleści,
Lecz myśli, jakby boleściom zaradzić.
Bać się, gdy bojaźń ubezwładnia siły,
Jest to słabością swoją wroga wzmacniać,
Własnem szaleństwem przeciw sobie walczyć.
Drżąc, zginiesz; walcząc, co gorszego znajdziesz?
Kto walcząc ginie, ten śmierć śmiercią traci,
Kto drżąc, ten haracz niewolnika płaci.
Aumerle.  Wojsko mojego ojca ci zostało;
Z żywego członka uklej znowu ciało.
Król Rysz.  Słuszne wyrzuty. Idę, Bolingbroku,
Nasz los rozstrzygnąć w krwi naszej potoku.
Chwilowej trwogi uczucie minęło:
Odzyskać swoje, jak łatwe to dzieło!
Gdzie stryj mój, Scroopie? choć chmurne twe czoło,
Daj mi odpowiedź pogodną, wesołą.
Scroop.  Gdy człowiek spojrzy na nieba sklepienia,
Ze stanu nieba stan czasu odgadnie;
Tak poznasz z mego chmurnego spojrzenia,
Ze tylko boleść z moich ust wypadnie.
Jestem oprawcą; powoli, powoli,
Odkładam chwilę mych najgorszych wieści.
Twój się stryj, królu, złączył z Bolingbrokiem;

Twoje północne zamki się poddały,
A południowa szlachta na koń siadła
Po jego stronie.
Król Rysz.  Dosyć powiedziałeś.
(Do Aumerla) Biada, kuzynie, żeś z słodkiej mnie drogi
Odwiódł, po której do rozpaczy biegłem!
Co powiesz teraz? Gdzie nasze nadzieje?
Na wieki będę męża nienawidził,
Który mi słowo o nadziei rzeknie.
Ja do Flint śpieszę. Niewolnik cierpienia
Jak król je zniosę — z pogardą milczenia.
Rozpuśćcie wojsko. Niechaj każdy orze
Pole, na ktorem plon zakwitnąć może;
Ja nic już nie mam. — Tylko ani słowa;
Mych postanowień nie zmieni wymowa.
Aumerle.  Królu —
Król Rysz.  Podwójną krzywdą mnie dotyka
Kto pochlebstwami rani mnie języka.
Rozpuśćcie wojsko; niechaj każdy leci
Z nocy Ryszarda, gdzie Bolingbroke świeci.

(Wychodzą).
SCENA III.
Walia. Pod zamkiem Flint.
(Wchodzą, przy odgłosie bębnów, z rozwiniętemi chorągwiami Bolingbroke, na czele wojska, York, Northumberland i inni).

Boling.  Więc niewątpliwe odbieramy wieści,
Ze Walijczycy pierzchli; Salisbury
Złączył się z królem, który wylądował
Na czele małej przyjaciół drużyny.
Northumb.  Jeszcze piękniejsza nadeszła wiadomość:
Ryszard w bliskości głowę swoją ukrył.
York.  Jak lepiej ustom przystałoby lorda
Northumberlanda powiedzieć: król Ryszard.
Dniu opłakany! w którym, na swej ziemi,
Król pomazany chować musi głowę!

Northumb.  Wierzaj mi, książę, tylkom dla krótkości
Opuścił tytuł.
York.  Był czas, w którym, lordzie,
Gdyby tak krótkim być ci się zachciało,
On by też krótko się sprawił, i skrócił
Ciebie o głowę za skrócony tytuł.
Boling.  Nie przechodź miary w sądach swoich, stryju.
York.  I ty, kuzynie, nic nad miarę nie bierz;
Możesz się zawieść. Bóg jest nad twą głową.
Boling.  Wiem o tem, stryju, na jego wyroki
Chętnie się zdaję. Ale kto nadchodzi?

(Wchodzi Percy).

Witaj, Henryku! I cóż? Czy ten zamek
Nie chce się poddać?
Percy.  Ten zamek, milordzie,
Jest po królewsku do oporu zbrojny.
Boling.  Co? po królewsku? Lecz niema w nim króla?
Percy.  Jest król, milordzie. W tej kamiennej twierdzy
Król Ryszard zasiadł, z nim lord Salisbury,
Lord Aumerle i sir Stefan Scroop i jakiś
Wielebny biskup, lecz nie wiem nazwiska.
Northumb.  Zapewne biskup Carlisle.
Boling.  (Do Northumberlanda) Idź, milordzie,
Pod twarde żebra tej starej warowni,
Miedzianą trąbą, przez murów szczeliny
Zatrąb rozhowor i te powiedz słowa:
Henryk Bolingbroke kornie, na kolanach,
Królewską rękę Ryszarda całuje,
Jego królewskiej przesyła osobie
Hołd i należną od lennika wierność.
Przybyłem, aby u stóp jego złożyć
Broń i potęgę; o to błagam tylko,
By me wygnanie było odwołane,
A moje ziemie były mi wrócone;
W przeciwnym razie, na sił moich czele,
Pokropię letnie pyły krwi deszczami
Z ran wytoczonej zabitych Anglików.
Od Bolingbroka jak daleko myśli

Tą purpurową zaczerwienić burzą
Świeżą zieloność ziem króla Ryszarda,
Świadczy to moje korne uniżenie.
Idź z tem poselstwem, a my nasze wojsko
Po traw kobiercu naprzód posuniemy.

(Northumberland posuwa się ku zamkowi z trębaczem).

Idźmy bez bębnów groźnego łoskotu,
Ażeby z zamku walących się blanków
Nasze uczciwe usłyszano wnioski.
Mym sądem, moje z Ryszardem spotkanie
Nie mniej powinno groźne być jak starcia
Ognia i wody, co z piorunu grzmotem
Chmurne oblicze nieba rozdzierają.
On ogniem, wodą ja będę ustępną;
Dla niego wściekłość; wody moje spadną
Jak deszcz, na ziemię ale nie na niego.
Idźmy, Ryszarda uważajmy postać.

(Odgłos trąbki, na którą słychać odpowiedź za sceną. Przy odgłosie trąb pokazuje się na murach król Ryszard, biskup Carlisle, Aumerle, Scroop i Salisbury).

York.  Patrz, patrz, król Ryszard sam się pokazuje
Jak gniewne słońce z ognistych bram wschodu,
Gdy chmur zazdrosnych czarne widzi kłęby,
Pragnących czystą chwałę jego zaćmić,
Poplamić szlaki jasnego pochodu.
Królewska postać jego, z jego oczu
Jak z orła źrenic blask płynie królewski.
O biada, biada, że nieszczęścia chmury
Swój cień rzucają na taki majestat!
Król Rysz.  (do Northumb.). Z niemałym dziwem długośmy czekali Na kolan twoich pokorne ugięcie,
Bośmy twym prawym sądzili się królem.
Jeśli jesteśmy, jak śmiałeś zapomnieć
Hołd złożyć winny mojej obecności?
Gdy nie jesteśmy, pokaż palec boży,
Który nam odjął nasze namiestnictwo,
Żadna albowiem dłoń ze krwi i kości
Naszego berła nie może pochwycić

Bez profanacyi, kradzieży i zdrady.
A choć myślicie, że, jak wy, lud cały
Występną duszę swą od nas odwrócił,
Żeśmy samotni, z przyjaciół odarci,
Wiedzcie, że pan mój, że Bóg wszechmogący
W swych zbiera chmurach ku mojej obronie
Klęsk mnogie pułki, co się kiedyś zwalą
Na wasze dzieci jeszcze nie poczęte,
Jeśli lenniczą śmiecie podnieść rękę,
Śmiecie mej głowie i koronie grozić.
Bolingbrokowi (którego tam widzę),
Powiedz, że każdy krok jego stawiony,
Jest na mej ziemi zdradą niebezpieczną.
Czerwoną księgę wojny chce otworzyć;
Lecz nim na głowę swą koronę włoży,
Do której wzdycha, głów dziesięć tysięcy
Po naszych łanów potoczy się kwiatach;
Dziewicza bladość cichego pokoju
Szkarłatem gniewu powlecze się cała,
I krew z angielskich wiernych żył toczona
Porosi trawę na naszych pastwiskach.
Northumb.  Uchowaj Boże, by oręż poddanych
Świętej królewskiej zagrażał osobie.
Trzykroć szlachetny kuzyn twój Bolingbroke
Pokornie rękę twą całuje, królu,
Na grób przysięga, który gniecie kości
Waszego dziada, i na krew królewską
Z jednego źródła w obu was płynącą,
Na pogrzebaną dłoń Jana z Gandawy,
Na chwałę, honor swojego imienia,
(Przysięga świętsza nad wszystkie przysięgi)
Że przybył tylko po swoje dziedzictwo,
Że cię chce tylko na kolanach błagać
O odwołanie swojego wygnania.
Byle od ciebie łaskę tę otrzymał,
Rdzy odda szablę swoją dziś błyszczącą,
Do stajni zbrojne odeśle rumaki,
A serce służbie twej poświęci wiernej.

Na to przysięga jak uczciwy książe;
Ja, jakem szlachcic, słowu jego wierzę.
Król Rysz.  Northumberlandzie, to króla odpowiedź:
Chętnie synowca swego w Anglii wita;
Wszystkim żądaniom jego sprawiedliwym
Daje dziś chętnie swoje przyzwolenie.
Z całą wymową, jakiej jesteś panem,
Nasze królewskie daj mu pozdrowienie.

(Oddala się Northumberland).

(Do Aumerla) Nieprawdaż, sam się upadlam, kuzynie?
Z taką pokorą takie śląc poselstwo.
Mamże odwołać lorda Northumberland,
Posłać wyzwanie zdrajcy, i tak zginąć?
Aumerle.  Nie, królu, walczmy na piękne dziś słowa,
Aż czas przyjaciół da nam i oręże.
Król Rysz.  O Boże, Boże! że dziś ten sam język,
Co na wygnanie wskazał niegdyś twarde
Dumnego męża, dziś je odwołuje
Łagodnem słowem! O gdybym był wielkim,
Jak boleść moja, lub mniejszym niż imię!
O gdybym zdołał zapomnieć czem byłem,
Lub niepamiętać czem teraz być muszę!
Wzdymasz się, dumne serce moje w piersiach?
O bij, bij wolno, skoro wrogom naszym
Wolno bezkarnie dziś bić mnie i ciebie!
Aumerle.  Od Bolingbroka wraca Northumberland.
Król Rysz.  Co teraz musi król zrobić? Poddać się?
To się król podda. Z tronu być strąconym?
I na to gotów. Imię króla stracić?
To w imię boże, niechaj i tak będzie.
Klejnoty moje oddam za różaniec,
Pyszne pałace moje za pustelnię,
Płaszcz mój królewski za łachman żebraka,
Rznięte puhary za drewniany kubek,
Złote me berło za pielgrzyma kostur,
Mój lud za kilka świętych wizerunków,
Wielkie królestwo moje za grób mały,
Grób mały, mały, grób ciemny i cichy;

Lub niech mnie grzebią na królewskiej drodze,
Bitym gościńcu, by nogi poddanych
Mogły po króla swego głowie deptać;
Gdy depcą po mem sercu za żywota,
Czemuż po mojej śmierci nie po głowie?
Płaczesz, Aumerlu, czuły mój kuzynie?
Z naszych wzgardzonych łez burza się zbierze,
Nasze westchnienia plon powalą letni,
I głód sprowadzą na kraj zbuntowany.
Lub czy z boleścią naszą igrać mamy,
Łzy lejąc nasze o piękny pójść zakład?
Wciąż je, naprzykład, w jedno miejsce sączyć,
Póki dwóch sobie grobów nie wyżłobim,
A na nich napis: Dwóch spoczywa krewnych
W tych grobach, łzami ócz ich wykopanych?
Czyby to złe nam nie na dobre wyszło?
Lecz widzę, że w mych słowach niema ładu,
A ty, kuzynie, szydzisz sobie ze mnie. —
Potężny książę, lordzie Northumberland,
Jakąż odpowiedź daje król Bolingbroke?
Zechcesz królewska jego mość pozwolić
Żyć Ryszardowi, dopóki nie umrze?
Dajesz mi pokłon — Bolingbroke przyzwala.
Northumb.  Milord cię czeka, królu, w niższym dworcu,
Chce mówić z tobą; czy raczysz doń zstąpić?
Król Rysz.  O! lecę na dół jak niegdyś Faeton
Szkap znarowionych niezdolny hamować.

(Northumberland wraca do Bolingbroka).

Na niższym dworcu; król tam spadnie nisko,
Na sług swych sługę, zdrajców pośmiewisko!
Na dół więc, królu! skoro puszczyk huka,
Tam, gdzie skowronka oko darmo szuka!

(Schodzą z murów).

Boling.  Co król powiedział?
Northumb.  Żal i boleść serca
Szalone słowa do ust mu podają;
Przyjdzie jednakże.

(Schodzą na dół król Ryszard i orszak).

Przyjdzie jednakże.
Boling.  Ustąpcie na stronę,
I cześć należną oddajcie królowi. —
Łaskawy panie — (klęka)
Król Rysz.  Piękny mój kuzynie,
Upadlasz swoje książęce kolano,
Gdy podłej ziemi całować je dajesz.
Jabym też wolał w sercu czuć twą miłość,
Niż widzieć hołdy mym oczom niemile.
Wstań, wstań kuzynie, bo wiem, że twe serce
Do tej przynajmniej wstało wysokości,

(dotyka ręką swej głowy)

Jakkolwiek nisko jest twoje kolano.
Boling.  Po moją tylko przybyłem tu własność.
Król Rysz.  Twoją twa własność, jak ja, jak jest wszystko.
Boling.  Niech będą moje, miłościwy panie,
Ile zarobię na to wierną służbą.
Król Rysz.  Już zarobiłeś: zarobił na własność,
Kto znalazł do niej najpewniejszą drogę. —
Daj rękę, stryju, łzy twe tylko osusz:
Łzy miłość znaczą, lecz nie są lekarstwem.
Za młodym, lordzie, by twym być rodzicem,
Choć ty dość stary, by mym być dziedzicem.
Wszystko co żądasz, w chętnym niosę darze,
Bo musim pełnić co nam przemoc każe.
Teraz, kuzynie, do Londynu w drogę.
Czy tak?
Boling.  Tak, królu.
Król Rysz.  Oprzeć się nie mogę.

(Przy odgłosie trąb wychodzą).
SCENA IV.
Langley. Ogród księcia York.
(Wchodzą: Królowa i dwie damy).

Królowa.  Jaką zabawę w ogrodzie tym znajdziem,
Aby odegnać czarne myśli nasze?
I Dama.  Zagrajmy w kręgle,

Królowa.  To myśleć mi każe,
Że na tym świecie tak pełno jest zawad,
Że los mój toczy się wbrew mej skłonności.
I Dama.  Więc tańczmy, pani.
Królowa.  O nie, moje nogi
Nie zachowają miary śród zabawy,
Gdy serce w żalu nie może zachować.
Nie, nie chcę tańca; wymyśl co innego.
I Dama.  To prawmy bajki.
Królowa.  Smutne czy wesołe?
I Dama.  Jedne i drugie.
Królowa.  Nie, ja żadnych nie chcę;
Jeśli wesołe, dusza bez wesela
Tym rzewniej myśli o swoich boleściach;
Jeżeli smutne, zasmuconej duszy
Tylko przynoszą nowy smutku ciężar;
Smutków cierpianych nie pragnę powtarzać,
A na co szukać smutków, których nie mam?
I Dama.  Zaśpiewam, pani.
Królowa.  Jak jesteś szczęśliwa,
Że jeszcze powód znajdujesz do śpiewu!
Ale ja chętniej łzybym twe widziała.
I Dama.  Gdyby cię moje łzy pocieszyć mogły,
Mogłabym płakać.
Królowa.  A jabym płakała,
Gdyby łzy na co mogły mi się przydać.
Nie pożyczając jednej łzy od ciebie.
Lecz cicho! widzę, wchodzą ogrodnicy;
W drzew się tych cieniu przed okiem ich skryjmy.

Wchodzi Ogrodnik z dwoma, Ogrodniczkami).

Stawiani me wszystkie smutki przeciw śpilce,
Że o publicznej mówić będą sprawie.
Wszyscy tam radzą, gdzie się naród burzy,
A nieszczęśliwy znak nieszczęście wróży.

(Oddalają się: Królowa i Damy).

Ogrodnik.  Idź, te morele przywiąż dyndające,
Które, jak dzieci nieposłuszne, ojca
Pod rozrzutności swojej gną ciężarem;

Zgiętym gałęziom daj także podporki.
Ty jak kat pójdziesz, poucinasz głowy
Nazbyt raptownie płonkom wybujałym,
Zbyt górnym w naszej rzeczypospolitej:
Wszystko być musi równe pod mym rządem.
Ja z mojej strony pójdę chwasty plewić,
Darmo ciągnące płodnej ziemi soki,
Kradnące pokarm kwiatom użytecznym.
I Ogrodn.  Dlaczegóż mamy w tym szczupłym ogrojcu
Chować porządek, ład, uczciwe prawa,
I dawać przykład rządnego narodu,
Kiedy nasz ogród opasany morzem,
Cała ta ziemia chwastów teraz pełna,
Jej najpiękniejsze przyduszone kwiaty,
Jej owocowe drzewa nie obcięte,
Zwalone płoty, zdeptane kwatery,
A najpiękniejsze jej zioła, jedzone
Zębem gąsiennic?
Ogrodnik.  Skończ próżne gadanie.
Ten, który cierpiał tę bezrządną wiosnę,
Sam teraz dobiegł do swojej jesieni.
Chwasty bronione liści jego cieniem,
Co się go zdały tocząc podtrzymywać,
Przez Bolingbroka wyrwane z korzeniem:
Chcę mówić hrabia Wiltshire, Green i Bushy.
I Ogrodn.  Co? już nie żyją?
Ogrodnik.  Przepadli. Bolingbroke
Zabrał w niewolę króla rozrzutnika.
Ach, co za szkoda, że swego królestwa,
Jak my ogrodu, w porządku nie trzymał!
My, w swoim czasie, korę drzew ranimy,
By drzewa, nazbyt w sok i krew bogate,
Same się własnym nie zabiły zbytkiem.
Gdyby to samo i on w czasie zrobił
Z panami nazbyt w pychę rosnącymi,
I oni piękny posłuszeństwa owoc
W poręby dali, i onby go użył.
Bezużyteczne tniemy latorośle,

Owoconośne by gałęzie żyły;
Gdyby za naszym i on szedł przykładem,
Jeszcze koronę nosiłby na czole,
Którą mu zdarły zbytki i swawole.
I Ogrodn.  Więc myślisz z tronu król będzie złożony?
Ogrodnik.  Już wzięty, pewno będzie i złożony.
Jeden z przyjaciół książęcia Yorku
Ostatniej nocy list z Londynu dostał,
W którym się czarne znajdują nowiny.
Królowa.  Ha! muszę mówić; milczenie mnie dusi.

(Wychodzi z ukrycia).

Ty wizerunku starego Adama,
Którego pieczy oddany ten ogród,
Jak śmiesz tak straszne rozsiewać nowiny?
Jaka ci Ewa, jaki wąż podszepnął
Wznawiać upadek grzesznego człowieka?
Dlaczego mówisz, że Ryszard złożony?
Jak śmiesz, podlejszy od garści tej ziemi,
Upadek króla twego prorokować?
Gdzie, kiedy złe te słyszałeś nowiny?
Mów, mów nędzniku.
Ogrodnik.  Przebacz mi, o pani!
Smutne co mówię, ale jest prawdziwe.
Król Ryszard w moc się Bolingbroka dostał;
Obu ich losy na wagę stawiono;
Na jednej szali król stoi samotny,
I, przez co lżejszy, marnych rzeczy trochę,
Lecz na wielkiego szali Bolingbroka,
Prócz niego, wszyscy Anglii są panowie,
I z tym dodatkiem przeważa Ryszarda.
Mówię, co wszyscy mówią tu poddani;
W Londynie słów mych prawdę stwierdzisz, pani.
Królowa.  Nieszczęście, szybką latające nogą,
Twoje poselstwo mnie głównie dotyczy,
Czemuż dolatasz usz mych na ostatku?
Dlatego pewno słyszę je ostatnia,
Bym w sercu boleść najdłużej chowała.
Więc idźmy, panie, powitać w Londynie

Króla Londynu, w utrapień godzinie.
Ach, czyż nieszczęsna na tom się rodziła,
Bym Bolingbroka tryumf ozdobiła?
Bodaj w ogrodzie twym za twe nowiny
Nigdy nie dały ziarna twe rośliny!

(Wychodzą: Królowa i Damy).

Ogrodnik.  Gdyby to mogło twoje zmniejszyć smutki,
Chętniebym poniósł przekleństw twoich skutki.
Tu łza jej padła, tu rutę posieję,
W gorzki kwiat smutku niech gorycz swą zieje:
Na łzą królowej pokropionej grzędzie
Smutku kwiat blady, ruta kwitnąć będzie.

(Wychodzą).



AKT CZWARTY.
SCENA I.
Londyn. Westminster-hall.
(Lordowie duchowni po prawej stronie tronu, lordowie świeccy po lewej, deputowani ludu niżej).
(Wchodzą: Bolingbroke, Aumerle, Surrey, Northumberland, Percy, Fitzwater, inny lord, Biskup Carlise, Opat Westministerski i orszak, w głębi oficerowie z Bagotem).

Boling.  Gdzie Bagot? Niechaj stawi się przed nami.
Opowiedz teraz śmiało i otwarcie,
Co ci wiadome o Gloucestera śmierci.
Kto z królem knował, kto później wykonał
Krwawe rozkazy przedwczesnego zgonu?
Bagot.  Racz więc przedemną lorda Aumerle stawie.
Boling.  Wystąp, kuzynie, i w twarz jego spojrzej.
Bagot.  Wiem, że twój język zbyt śmiały, milordzie,
Byś słowom kiedyś wymówionym przeczył.
W strasznym dniu knowań na Gloucestera życie

Mówiłeś: ramię moje czy nie długie,
Gdy może z dworu spokojnego Anglii
Dosięgnąć głowy stryja mego w Calais?
Słyszałem także, panie, jak mówiłeś,
Żebyś odrzucił koron sto tysięcy
Za Bolingbroka powrót do ojczyzny,
Dodałeś nawet, że błogosławieństwem
Byłby dla Anglii zgon twego kuzyna.
Aumerle.  Książęta i wy, dostojni panowie,
Co odpowiedzieć temu nędznikowi?
Mamże upodlić rodu mego wielkość,
Stać mu się równym, ażeby go skarcić?
Albo to muszę zrobić, lub mój honor
Skalany będzie potwarczych słów jadem.
Oto mój zakład, ręczna śmierci pieczęć,
Która na piekła stępluje cię własność.
Kłamiesz, a kłamstwa twoich słów dowiodę
Krwią twego serca, choć nazbyt jest podła,
By stal rycerskiej szabli mojej splamić.
Boling.  Stój, nie pozwalam, byś ten zakład podjął.
Aumerle.  Ach, jakbym pragnął, by z wszystkich przytomnych
On był najpierwszym, z wyjątkiem jednego!
Fitzwater.  Skoro twe męstwo równego ci pragnie,
Za twój ci zakład mój rzucam, Aumerlu.
Ja na to światło słoneczne przysięgam,
Żem słyszał twoje przechwałki, iż byłeś
Sprawcą Gloucestera szlachetnego śmierci.
Jeśli zaprzeczysz, to sto razy skłamiesz,
A ja twe kłamstwo szabli mojej końcem
Do twego serca wtłoczę, skąd wyrosło.
Aumerle.  Nie chciałbyś, tchórzu, dnia tego doczekać.
Fitzwater.  Na duszę, chciałbym tej jeszcze godziny.
Aumerle.  Fitzwater, w piekle będziesz za to gorzał.
Percy.  Kłamiesz, Aumerlu, honor jego czysty,
A winowajcą w tej sprawie, ty jeden.
Że prawdę mówię, ten zakład mój rzucam,
I na śmiertelną wyzywam cię bitwę.
Gdy śmiesz, chwyć zakład.

Aumerle.  Jeśli go nie chwycę,
Niech mi natychmiast ręce moje uschną,
Bym nigdy nie mógł mściwą błysnąć stalą
Nad jasnym hełmem mego przeciwnika!
Inny Lord.  Krzywoprzysięzco, i ja cię wyzywam,
I kłamstw ci tyle, Aumerlu, zarzucam,
Ile ich tylko, od słońca do słońca,
W zdradzieckie ucho twe można nawołać.
Oto mój zakład, gdy śmiesz, przyjm wyzwanie.
Aumerle.  Czy jest kto jeszcze? Wszystkim zakład rzucam;
Tysiąc mam duchów w mojej jednej piersi,
By odpowiedzieć dwudziestu tysiącom
Wam równych ludzi.
Surrey.  Milordzie Fitzwater,
Pamiętam twoją z Aumerlem rozmowę.
Fitzwater.  To prawda; byłeś, milordzie, przytomny,
Możesz więc prawdę słów moich potwierdzić.
Surrey.  Są tak fałszywe, jak jest Bóg prawdziwy.
Fitzwater.  Kłamiesz, Surreyu.
Surrey.  Nikczemny młokosie,
To: kłamiesz, moją szablę tak zaostrzy,
Że z lichwą zemsty mej żądzę nasyci;
Zarzucicielu kłamstwa, z twojem kłamstwem
Ucichniesz w grobie jak ojców twych czaszki.
Oto mój zakład; gdy chcesz, przyjm wyzwanie.
Fitzwater.  Szalony! bodziesz dzikiego rumaka!
Jeśli oddychać, jeść, pić, żyć się ważę,
Z Surreyem spotkać ważę się na puszczy,
Na twarz mu plunąć, powtarzając: kłamiesz!
Kłamiesz i kłamiesz! Ten zakład mnie wiąże
Należną chłostą kłamstwo twoje skarcić.
Jak pragnę szczęścia na tym nowym świecie,
Świętą jest prawdą moje oskarżenie.
Słyszałem także, jak wygnany Norfolk
Mówił, Aumerlu, żeś dwóch ludzi wysłał
Do Calais, księcia szlachetnego zabić.
Aumerle.  Niech mi pożyczy jaki chrześcijanin
Swego zakładu, bo Norfolk ten kłamie.

Rzucam go; swego niech broni honoru,
Jeżeli może wrócić do ojczyzny.
Boling.  Wszystkie wyzwania pod zakładem stoją,
Dopoki Norfolk do Anglii nie wróci;
A wróci; choć jest mym nieprzyjacielem,
Wszystkie mu włości i zamki oddaję:
Ten spór z Aumerlem rozstrzygniem pod ów czas.
Biskup.  Dzień ten szczęśliwy nigdy nam nie zejdzie.
Wygnany Norfolk za Chrystusa walczył;
Nie raz na świętych polach chrześcijańskich
Sztandary Krzyża odważnie rozwijał
Przeciw poganom, czarnym Saracenom.
Znużony wojną do Wenecyi przybył,
Tej pięknej ziemi ciało swoje oddał,
Gdy jego czysta uleciała dusza
Do swego wodza, do Chrystusa Pana,
Pod sztandarami którego walczyła.
Boling.  Jakto, biskupie, mówisz: Norfolk umarł?
Biskup.  Umarł tak pewno, jak to, że ja żyję.
Boling.  Niech słodki pokój słodką jego duszę
Na Abrahama łono poprowadzi! —
Wyzwania wasze stoją pod zakładem,
Póki wam sądu dnia nie wyznaczymy.

(Wchodzi York z orszakiem).

York.  Książe Lancastru, przychodzę do ciebie
W pognębionego imieniu Ryszarda,
Który cię chętnie za dziedzica bierze
I berło składa w królewskie twe ręce.
Zasiądź na tronie, z którego zstępuje:
Niechaj nam długo żyje Henryk czwarty!
Boling.  Królewskie berło w imię boże biorę.
Biskup.  Uchowaj Boże! Chociaż moje słowa
Szorstkie się zdadzą królewskiemu uchu,
Prawdę powiedzieć jest mą powinnością.
Gdyby w szlachetnym zborze tym był jeden
Mąż dość szlachetny, aby wedle prawa
Mógł szlachetnego Ryszarda być sędzią,
Szczera szlachetność by go nauczyła

Od tak czarnego wstrzymać się przestępstwa.
Możeż poddany króla swego sądzić?
A kto Ryszarda poddanym tu nie jest?
Bez wysłuchania złodziei nie sądzim,
Choć ich występek jawny jest i pewny;
A majestatu Boga wizerunek,
Jego wybrany rządca i namiestnik,
Koronowany od lat pomazaniec,
Choć nieobecny ma być tu sądzony
Przez własnych swoich poddanych drużynę?
Nie dopuść Boże, aby w chrześcijaństwie,
W twoich wyznawcach znalazły się dusze
Tak czarny, hydny zdolne czyn popełnić!
Do spółpoddanych poddany tak mówi,
Natchniony męstwem w króla swego sprawie.
Hereford, którego nazywacie królem,
Jest zdrajcą króla dumnego Hereforda;
Zróbcie go królem, a ja prorokuję,
Że krew angielska ziemię tę użyźni;
Za czyn wasz przyszłe jęczeć będą wieki;
Pokój spać pójdzie do niewiernych Turków,
A na tem pięknem siedlisku pokoju
Brat przeciw bratu krwawy oręż wzniesie;
Nieład i przestrach, trwoga i bunt szpetny
Śród nas zasiędą, kraj dostanie nazwę
Pola Golgoty i czaszek umarłych.
Przeciw domowi temu dom ten wznosząc,
Na tę przeklętą sprowadzicie ziemię
Niezgodę, jakiej nie widziała ziemia.
O, odepchnijcie te podszepty czarta!
Albo was własne przeklną wnuki wasze.
Northumb.  Pięknie prawiłeś, biskupie, za trud ten
Areszt na ciebie, jak na zdrajcę, kładę.
Lordzie Westminster, trzymaj go pod strażą,
Dopóki sądu dzień jego nie przyjdzie. —
Czy z wolą ludu zgodzą się lordowie?
Boling.  Niechaj sam Ryszard przed nami się stawi,
W obliczu wszystkich niechaj abdykuje,

By podejrzeniom wszelkie odjąć prawo.
York.  Idę, sam będę jego przewodnikiem (wychodzi).
Boling.  Aresztowani lordowie niech dadzą
Rękojmie, że się na dzień sądu stawią.
(Do Biskupa) Mało miłości twej jesteśmy winni,
Mało też na twą liczyliśmy pomoc.

(Wchodzi: York z królem Ryszardem i oficerami niosącymi koronę i t. d.)

Król Rysz.  Niestety! czemuż wiodą mnie przed króla,
Nim się z królewskich otrząsnąłem myśli,
Z któremim rządził? Jeszczem nie dość biegły
W dworaków sztuce, jak kolana zginać,
Łasić się, schlebiać, wybijać pokłony.
O, dajcie smutkom więcej trochę czasu,
By tej pokory mogły mnie nauczyć. —
Lecz wszystkich ludzi tych pamiętam rysy;
Nie byliż moi? Czyż mnie przy spotkaniu
Głośnym okrzykiem: witaj! nie witali?
Tak niegdyś Judasz powitał Chrystusa;
Lecz on w dwunastu jednego miał zdrajcę,
A ja jednego z dwunastu tysięcy
Nie mam wiernego! — Boże, zbaw nam króla!
Czy nawet jeden nie zawoła: amen?
Samże więc będę księdzem i klerykiem?
Więc dobrze: amen. Boże, zbaw nam króla!
Choć nim nie jestem; powiem jednak: amen,
Jeżeli niebo myśli, że nim jestem. —
Do jakiej służby jestem przywołany?
York.  Abyś dopełnił to, co dobrowolnie
Przyrzekł majestat spełnić twój znużony:
Korony i swej godności odstąpić
Bolingbrokowi.
Król Rysz.  Dajcie mi koronę;
Zbliż się, kuzynie, uchwyć tę koronę;
Tu, moja ręka, tam, twoja, kuzynie.
Głęboką studnią ta złota korona,
Która kolejno dwa napełnia wiadra;
Próżniejsze tańczy wiecznie na powietrzu,
Pełniejsze w głębiach kryje się przed okiem.

Jam jest tem wiadrem, co na dnie w łzach tonie,
Ty w górę idziesz, gdzie jasny dzień płonie.
Boling.  Jam myślał, że się zrzekasz z dobrej woli.
Król Rysz.  Mojej korony, lecz nie moich boli.
Możesz mi zabrać mój tron i mą chwałę,
Królestwo smutków mnie należy całe.
Boling.  Z koroną dajesz mi twe niepokoje.
Król Rysz.  Z twoich trosk wzrostem nie zmniejszą się moje;
Trosk dawnych strata dziś troską jest moją,
A trosk przybytek nową troską twoją;
Dając ci troski, trosk swych nie odgonię,
Zostaną przy mnie, choć są przy koronie.
Boling.  Czy dobrowolnie korony się zrzekasz?
Król Rysz.  Tak — nie — nie — tak, bo niczem muszę zostać;
Więc nie, nie, bo się dla ciebie jej zrzekam. —
A teraz patrzcie, jak się sam odzieram:
Z mej głowy ciężką zdejmuję koronę,
I ciężkie berło z mej wypuszczam ręki;
Z mej duszy dumę wytrącam królewską.
Łzą własną balsam namaszczenia zmywam;
Własną mą ręką oddaję koronę,
Własnym językiem praw się zrzekam świętych,
Sam rozwięzuję przysiężone węzły,
Zrzekam się wszelkiej pompy majestatu,
Moich ziem, zamków moich i dochodów;
Akta, statuta moje odwołuję.
Niech Bóg przebaczy złamanej mi wierze!
Niech tobie danych przysiąg lepiej strzeże!
Mnie, co nic nie mam, niech da pokój ducha,
Ciebie, co wszystko masz, we wszystkiem słucha!
Żyj szczęsny długo na Ryszarda tronie!
Ryszard co prędzej niech śpi w ziemi łonie!
Króla Henryka zachowaj nam Boże!
Strącony Ryszard błaga cię w pokorze,
Daj mu dnie długie pogody i słońca! —
Co jeszcze zrobić mam, by dojść do końca?
Northumb.  Odczytać tylko ten spis ciężkich zbrodni,

(daje mu papier).

Przez ciebie i twych przyjaciół spełnionych
Na twem królestwie i na twych poddanych,
By ludzkie dusze, przez twoje wyznanie,
Uznały słuszność twojego strącenia.
Król Rysz.  Czy muszę? Jak to? Muszę sam odmotać
Minionych szaleństw moich zwity kłębek?
O, powiedz, dobry mój Northumberlandzie,
Gdyby kto przyniósł spis twoich przewinień,
Czybyś potrafił czytać go bez wstydu
W tak świetnem kole tylu dostojników?
Gdybyś potrafił, znalazłbyś grzech szpetny
Strącenia z tronu swojego monarchy,
Zgwałcenia wiary przysięgą stwierdzonej,
Grzech potępieniem w niebie piętnowany.
I wy też wszyscy, co na mnie patrzycie,
Gdy pod niedoli ciężarem się wiję,
Chociaż niektórzy z udaną litością,
Jak Piłat wasze umywacie ręce;
Wy, wy Piłaci, wyście mnie przybili
Do tego krzyża mych ciężkich utrapień,
A żadna woda plamy tego grzechu
Zmyć nie potrafi z waszego sumienia.
Northumb.  Śpiesz się, milordzie, czytaj artykuły.
Król Rysz.  Nie mogę widzieć, oczy me łez pełne.
Łzy jednak gorzkie nie ślepią mnie tyle,
Ażebym zdrajców bandy tu nie widział.
Ba, kiedy spojrzę na samego siebie,
Równie jak w innych, w sobie zdrajcę widzę
Bo dałem mojej duszy pozwolenie
Na zdarcie płaszcza z królewskiego ciała,
Spodliłem chwałę, wszechwładztwo monarchy
W niewolę dałem, a dumny majestat
Splamiłem piętnem poddańczej pokory.
Northumb.  Panie —
Król Rysz.  Nie jestem twym panem, zuchwalcze,
Niczyim panem; jestem bez tytułu,
Nie mam nazwiska, tego nawet nie mam,
Które mi kiedyś dano na chrzcie świętym,

Wszystko wydarte. O dniu opłakany!
Zim przeżyć tyle, a jeszcze nie wiedzieć,
Jakiem się teraz nazywać imieniem!
O, gdybym królem był zrobionym z śniegu
I w Bolingbroka słońcu się roztopił!
O dobry królu, o wielki mój królu,
Chociaż nie wielce dobry, jeśli w Anglii
Jeszcze me słowa jaką wagę mają,
Rozkaż zwierciadło przynieść tu bez zwłoki,
Niechaj zobaczę jaka moja postać,
Gdy majestatu swego postradała.
Boling.  Niechaj kto idzie, przyniesie zwierciadło.

(Wychodzi sługa).

Northumb.  Nim je przyniosą, odczytaj to pismo.
Król Rysz.  Dręczysz mnie, dyable, nim wpadłem do piekła.
Boling.  Northumberlandzie, nie nalegaj dłużej.
Northumb.  Izbie się gminnej zadosyć nie stanie.
Król Rysz.  Nie troszcz się, stanie; dość dla nich przeczytam,
Kiedy zobaczę księgę, w której stoją
Wszystkie me grzechy — własną moją postać.

(Wchodzi sługa ze zwierciadłem).

Daj mi zwierciadło, na niem będę czytał.
Nie głębsze zmarszczki? Gdy okrutna boleść
Na twarz mą tyle wymierzyła ciosów,
Ran przecie głębszych na niej nie wyryła?
Zwodzisz mnie tylko, pochlebne zwierciadło,
Jak w pomyślności tłum moich dworaków!
Toż jest ta sama twarz, co w mym pałacu
Codziennie dziesięć karmiła tysięcy?
Toż jest ta sama twarz, która jak słonce
Ślepiła oczy śmiące na nią spojrzeć?
Słońce, co tylu świeciło szaleństwom,
Przed Bolingbrokiem zagasło nakoniec.
O, krucha błyszczy na twarzy tej chwała,
I twarz ta równie, jak chwała jest krucha.

(Rzuca o ziemię zwierciadło).

Patrzcie na tysiąc skorup się strzaskało.
Pojm widowiska sens, milczący królu:

Jak prędko boleść twarz moją strzaskała!
Boling.  Cień twej boleści strzaskał cień twej twarzy.
Król Rysz.  Powtórz twe słowa. Cień mojej boleści?
Prawda, mój cały smutek w głębiach leży,
A te zewnętrzne boleści oznaki
Są tylko cieniem smutków niewidzialnych,
W milczeniu duszę mękami szarpiących.
Tam treść jest cała. O, dzięki ci, królu,
Za twoją dobroć. Nietylko mi dałeś
Do płaczu powód, lecz mnie nauczyłeś,
Jak go opłakać. O jednę cię jeszcze
Upraszam łaskę, oddalę się potem,
Nigdy cię więcej kłopotać nie będę.
Czy ją otrzymam?
Boling.  Mów, piękny kuzynie.
Król Rysz.  Piękny kuzynie? Większym jest od króla,
Bo gdym był królem, miałem za pochlebców
Tylko poddanych, dziś, będąc poddanym,
W osobie króla znajduję pochlebcę.
Nie potrzebuję błagać, gdym tak wielki.
Boling.  Powiedz przecie, czego żądasz.
Król Rysz.  A czy otrzymam?
Boling.  Otrzymasz.
Król Rysz.  Więc pozwól mi się oddalić.
Boling.  Gdzie?
Król Rysz.  Gdzie chcesz, bylebym nie widział cię więcej.
Boling.  Niech go z was który do Tower zawiedzie.
Król Rysz.  Zawiedzie! Wszyscy wy zawodziciele,
Coście urośli na króla upadku.

(Wychodzą: król Ryszard, kilku lordów i straż).

Boling.  Dzień uroczysty naszej koronacyi
W przyszłą jest środę; bądźcie więc gotowi.

(Wychodzą wszyscy prócz: Opata, biskupa Carlisle i księcia Aumerle).

Opat.  Bolesnej sceny byliśmy świadkami.
Biskup.  Ból przyjdzie później; dzieci niezrodzone
Dzień ten uczują, jak z cierni koronę.
Aumerle.  Święty kapłanie, nicże już nie zdoła
Hańby tej zetrzeć z angielskiego czoła?

Opat.  Nim wam otwarcie plany me objawię,
Przódy musicie związać się przysięgą
Do zachowania słów mych w tajemnicy,
I do spełnienia podanej wam myśli.
Na waszych czołach widzę oburzenie,
Łzy waszych źrenic smutek serca świadczą,
Chodźcie więc ze mną, a ja wam wyłożę
Myśl, co nam radość wrócić znowu może.

(Wychodzą).



AKT PIĄTY.
SCENA I.
Londyn. Ulica prowadząca do Tower.
(Wchodzą: Królowa i Damy).

Królowa.  Tu król nadejdzie, bo tędy jest droga
Do tej przeklętej cezarowej Wieży,
W której kamiennem łonie ma być więźniem,
Przez Bolingbroka dumnego wyroki.
Tu stańmy, jeśli buntownicza ziemia
Swej prawowitej spocząć da królowej.

(Wchodzą: król Ryszard i straż).

Lecz cicho!patrzcie! lub nie patrzcie raczej
Na moją piękną różę więdniejącą.
Patrzcie! Niech litość w rosę was przetopi,
A łzy miłości świeżość jej przywrócą.
O gruzów Troi starej wizerunku!
Honoru karto! Nie królu Ryszardzie,
Ale Ryszarda, króla niegdyś, grobie.
Piękny pałacu, czemu boleść szpetna
Ma w tobie mieszkać, kiedy od niedawna
Tryumf w szynkowni przemienił się gościa?
Król Rysz.  Piękna niewiasto, nie łącz się z boleścią,

Aby z nią razem koniec mój przyśpieszyć.
Naucz się, dobra duszo, dziś ode mnie,
Że stan nasz przeszły, to sen był szczęśliwy;
Dziś, rozbudzeni, widzim rzeczywistość.
Ja jestem ślubnym bratam przeznaczenia,
A mój z nim sojusz jedna śmierć rozwiąże.
Śpiesz się do Francyi, zamknij się w klasztorze;
Zaróbmy skruchą na koronę w niebie,
Gdy ją nam grzechy wydarły na ziemi.
Królowa.  Jakto? mój Ryszard zmienił się i upadł
Równie na duszy jak ciele? Bolingbroke
Wziął ci i rozum? serce twe opętał?
Lew konający wyciąga pazury
I rani ziemię, gdy wroga nie może,
Wściekły, że upadł pod pogromcy ciosem;
A ty przyjmujesz chłostę jak pacholę?
Całujesz rózgę, łasisz się zwycięzcy
W podłej pokorze, ty lwie, zwierząt królu?
Król Rysz.  O, prawda, byłem zwierząt tylko królem;
Bo gdybym zwierząt za poddanych nie miał,
Byłbym szczęśliwym ludzi jeszcze królem.
Droga królowo niegdyś, śpiesz do Francyi.
Myśl, że umarłem; że w tej właśnie chwili
Żegnam się z tobą na śmiertelnem łożu.
Środ długich, smutnych wieczorów zimowych
Siądź przy ognisku, w starych łudzi kole,
Niech ci nieszczęścia zbiegłych wieków prawią,
A na dobranoc odpłać im powieścią
O smutnych dziejach mojego upadku,
I ślij do łoża płaczących słuchaczy.
Boć głownie nawet nieczułe zrozumią
Bolesne dźwięki twojego języka,
Tknięte litością ogień swój wypłaczą,
Odzieją węglem, popiołem posypią
Na znak żałoby po króla upadku.

(Wchodzi Northwuberland z orszakiem).

Northumb.  Milordzie, myśli swe Bolingbroke zmienił:
Pomfret nie Tower twem będzie mieszkaniem.

Tobie też, pani, przynoszę rozkazy:
Musisz bez zwłoki do Francyi odpłynąć.
Król Rysz.  Northumberlandzie, drabino, po której
Na tron mój chciwy drapał się Bolingbroke,
Ledwo czas kilka postarzeje godzin,
Szpetny grzech wzbierze i zgnilizną pęknie;
Pomyślisz, choćby dał ci pół królestwa,
Że to nie dosyć, boś ty mu dał całe;
On znów pomyśli, że ten, co zna sposób,
Jak się nieprawych na tron sadza królów,
Znajdzie go równie, za lada podnietą,
Przywłaszczyciela z tronu znów obalić.
Przyjaźń występnych jest bojaźni matką,
A bojaźń w krotce zmienia się w nienawiść,
Wiedzie jednego lub obu do czynów,
Do zasłużonej prowadzących śmierci.
Northumb.  Mój grzech na moją niechaj spadnie głowę,
I na tem koniec. Żegnajcie się teraz,
Bo się natychmiast musicie rozłączyć.
Król Rysz.  Podwójny rozwód. Ludzie bez sumienia,
Wy me podwójne zrywacie małżeństwo
Z moją koroną i moją królową.
(Do Królowej) Pozwól niech śluby nasze odcałuję,
Jak je skojarzył niegdyś pocałunek.
Rozdziel nas teraz; prowadź mnie na północ,
W posępny klimat zimy i choroby;
Królowa moja niech do Francyi śpieszy,
Skąd jak dzień Maja przybyła ponętna,
Gdzie jak Zaduszny Dzień powróci smętna.
Królowa.  Jakto? Więc z tobą rozłączyć się muszę?
Król Rysz.  Dłoń z dłoni wyrwać i od duszy duszę.
Królowa.  Zróbcie go mego spólnikiem wygnania.
Northumb.  Tak litość radzi, lecz roztropność wzbrania.
Królowa.  To niech z nim jego podzielę więzienie.
Król Rysz.  Z dwóch cierpień jedno splecie się cierpienie.
Ty płacz tam po mnie, ja tutaj po tobie;
Lepsze rozstanie na nadziei grobie.
Idźmy więc, mierzmy drogę na westchnienia.

Królowa.  Gdzie droga dłuższa, liczniejsze jęczenia.
Król Rysz.  To krok mój każdy dwa jęki zaznaczą;
Krótkość mej drogi przedłużę rozpaczą.
Skróćmy zaloty do smutku, gdy wiemy,
Że na tak długo smutek poślubimy!
W niemym całunku z tobą się rozstanę;
Daj mi twe serce, moje weź w zamianę (całuje ją).
Królowa.  Oddaj mi moje; w mych piersiach twe serce
W moich boleściach miałoby mordercę (całuje go).
Bądź zdrów! Mam moje, nic mi już nie broni
Zabić je smutkiem w dalekiej ustroni.
Król Rysz.  Zwłoką dusz naszych pomnażamy męki;
Bądź zdrowa! resztę niech powiedzą jęki (wychodzą).

SCENA II.
Londyn. Sala w pałacu księcia York.
(Wchodzą: książę York, Księżna).

Księżna.  Przyrzekłeś, książę, dokończyć powieści
Przerwanej płaczem, o naszych kuzynów
Do tej stolicy wjeździe uroczystym.
York.  A gdzie stanąłem?
Księżna.  Na bolesnej chwili,
Jak z okien ręce miotały okrutne
Śmiecie na głowę królewską Ryszarda.
York.  Wtedy Bolingbroke, jak już powiedziałem,
Na ognistego poskoczył rumaka,
Co zdał się swego dumnego znać jeźdźca,
Majestatycznym, wolnym stąpał krokiem,
Gdy ze stron wszystkich tysiące języków
Boże, zachowaj Bolingbroka! grzmiały.
Zda się, że same przemawiały okna,
Tak twarze młodych i starych, spiętrzone,
Ciekawe oczy przez ramy ciskały
Na jego postać, tak dokoła mury
Ludem nabite, wołały bez końca:
Chowaj cię Jezu! witaj Bolingbroku!

On, tocząc koniem to w prawo, to w lewo,
Z odkrytą głową niżej końskiej szyi,
Dzięki, powtarzał, dzięki wam, rodacy!
I tak się zwolna posuwał ulicą.
Księżna.  A biedny Ryszard gdzie pod tę był porę?
York.  Jak na teatrze wszystkich widzów oczy,
Gdy ulubiony oddali się aktor,
Na wchodzącego obojętnie patrzą,
Pewni, że zacznie nudne paplać słowa,
Z równą, a może i większą pogardą
Tłum na Ryszarda z ukosa spoglądał.
Nikt nie wykrzyknął: zachowaj go Boże!
Nikt go uczciwem nie powitał słowem;
Na świętą głowę rzucano mu śmiecie,
Które on z cichą otrząsał boleścią.
Uśmiech na twarzy jego ze łzą walczył,
Znak cierpliwości jego i strapienia;
I gdyby pan Bóg, w sądach niezgłębionych,
Na twardy kamień ludzkich serc nie zmienił,
Na łzyby wszystkie musiały się stopić,
I barbarzyńca nad nimby zapłakał.
Lecz niepojęte ludziom sądy boże,
I w cichej musim przyjąć je pokorze.
Dzisiaj Bolingbroke królem mym i panem,
Przysiągłem, będę wiernym mu poddanym.

(Wchodzi Aumerle).

Księżna.  To syn mój Aumerle.
York.  Był kiedyś Aumerlem,
Ale za wierną dla Ryszarda przyjaźń
Tytuł ten stracił, i od dzisiaj, pani,
Tylko Rutlandem musisz go nazywać.
Jestem rękojmią jego w parlamencie
Za wierną służbę nowemu królowi.
Księżna.  Witaj, mój synu! Jakie dziś fijołki
Zielone wiosny nowej stroją łono?
Aumerle.  Ani wiem, pani, ani wiedzieć pragnę;
Bóg widzi, wszystko jest mi obojętne.
York.  W tej nowej wiośnie roztropność ci radzę,

By Cię przed czasem nie podcięła kosa.
Co słychać w Oxford? Czy ciągle turnieje?
Aumerle.  Ile wiem, ciągle.
York.  Wiem, że się tam udasz.
Aumerle.  To moją myślą, jeśli Bóg pozwoli.
York.  Co to za pieczęć z zanadrza ci wisi?
Cóż to? bledniejesz? pokaż mi to pismo.
Aumerle.  To nic.
York.  Więc mniejsza w czyje wpadnie oczy.
Jestem ciekawy; pokaż mi to pismo.
Aumerle.  Przebacz mi, panie, nie mogę pokazać;
I chociaż małej pismo to jest wagi,
Dla pewnych przyczyn pokazać go nie chcę.
York.  A ja dla pewnych przyczyn chcę je widzieć.
Lękam się — lękam —
Księżna.  I czegóż się lękasz?
To nic, zapewne oblig podpisany
Za piękne szaty na dzień uroczysty.
York.  Oblig dla siebie? Dla siebie, na siebie
Wystawił oblig? Kobieto, szalejesz.
Chłopcze, natychmiast pismo mi to pokaż.
Aumerle.  Przebacz mi, panie, przebacz, lecz nie mogę.
York.  Muszę je widzieć, raz jeszcze powtarzam.

(Wydziera mu pismo i czyta).

Obrzydła zdrada! Podły niewolniku!
Księżna.  Co to jest, książę? przez Boga.
York.  Hej! służba!

(Wchodzi sługa)

Siodłaj mi konia. Miłosierny Boże!
Ha, co za zdrada!
Księżna.  I cóż to jest, książę?
York.  Przynieś mi buty, każ osiodłać konia.
Sam, na mój honor, sam, na moje życie,
Idę zbrodniarza przed królem oskarżyć.

(Wychodzi sługa).

Księżna.  Co to jest?
York.  Cicho, — szalona niewiasto.
Księżna.  Nie będę cicho; cóż to jest, mój synu?

Aumerle.  Ukój się matko, to tylko jest sprawa,
Za którą biedne me odpowie życie.
Księżna.  Życie? (wchodzi sługa z butami).
York.  Daj buty. Muszę króla widzieć.
Księżna.  Zabij go, Aumerle. Stoisz odurzony,
Biedny mój synu! (Do sługi) Precz stąd, nikczemniku,
Niech cię me oczy więcej nie zobaczą!
York.  Daj buty, mówię.
Księżna.  Książe, co chcesz zrobić?
Własnego dziecka błędów nie chcesz taić?
Mamyż, możemyż więcej synów spłodzić?
Czy czas płodności mojej nie wysuszył?
Chcesz mej starości piękne dziecko wydrzeć,
Pragniesz mi wykraść szczęsne matki imię?
Czy to nie syn twój? nie obraz twój żywy?
York.  Szalona miłość odjęła ci rozum.
Jakto? ten czarny spisek chcesz utaić?
Tuzin ich straszną związał się przysięgą,
Każdy przysięgę swym podpisem stwierdził,
Że króla w Oxford zabiją.
Księżna.  Cóż z tego?
On tam nie będzie, tu go zatrzymamy.
York.  Precz obłąkana! Choćby mym był synem
Dwadzieścia razy, pójdę go oskarżyć.
Księżna.  Gdybyś dla niego to, co ja wycierpiał,
W twem sercu więcej znalazłbyś litości.
Lecz cię przenikam; myśl twa podejrzywa,
Że ja niewierną byłam twemu łożu,
Że on nie synem twoim, lecz bękartem.
O odpędź, odpędź myśl tę, drogi mężu!
On wizerunkiem twoim jest, nie moim,
Ni mej rodziny, a kochani go przecie.
York.  Ustąp mi z drogi, niesforna kobieto (wychodzi).
Księżna.  Leć, synu, pierwszy konia jego dosiądź,
Nie szczędź ostrogi, pierwszy stan przed królem,
Nim cię oskarży, proś o przebaczenie.
I ja nie zaśpię, choć złamana wiekiem,
I wiem, że księciu nie dam się wyscignąć;

Póty kolana z ziemi nie podniosę,
Póki Bolingbroke nie da przebaczenia.
O, nie trać czasu, spiesz się, drogi synu! (wychodzą).

SCENA III.
Windsor. Pokój w zamku.
(Wchodzą: Bolingbroke, jako król, Percy i inni Panowie).

Boling.  O marnotrawnym kto powie mi synu?
Trzy już miesiące jak go nie widziałem:
On życia mego najcięższą jest plagą.
Daj Boże, byśmy odkryć go zdołali!
Idźcie go szukać po londyńskich szynkach,
Bo tam, jak mówią, codzień bankietuje
W kole przyjaciół zepsutych, rozpustnych,
Co nieraz w nocy, po zaułkach miasta,
Straż biją moją, rabują przechodniów,
A on, jak dzieciuch, pusty, zniewieściały,
Za punkt honoru uważa popierać
Łotrów tych bandę.
Percy.  Jakie dwa dni temu
Przypadkiem, panie, spotkałem książęcia,
Przy sposobności zrobiłem mu wzmiankę
O tych turniejach w Oxford.
Boling.  Cóż on na to?
Percy.  Że do zamtuza idzie, że zabierze
Najrozpustniejszej dziewki rękawiczkę,
Że pod tem godłem zapaśników czeka,
I najdzielniejszych z konia w szrankach zsadzi.
Boling.  Śmiały jak pusty; a przecie, dostrzegam
Iskrę nadziei lepszej w jego wadach,
Którą czas może na płomień rozdmuchać.
Lecz kto się zbliża? (wbiega Aumerle)
Aumerle.  Gdzie król?
Boling.  Mój kuzynie,
Co znaczy spojrzeń twoich obłąkanie?
Aumerle.  Boże, strzeż króla! Upraszam cię, panie,

O jednę chwilę rozmowy sam na sam.
Boling.  Odejdźcie, proszę, zostawcie nas samych.

(Wychodzą: Percy i panowie).

Mów teraz, co cię sprowadza, kuzynie?
Aumerle.  (klęka). Niech me kolana do ziemi przyrosną,
Do podniebienia język w moich ustach,
Jeżeli wstanę lub wyrzeknę słowo,
Nim przebaczenie królewskie otrzymam.
Boling.  Za pomyślany czyn lub dokonany?
Jeśli myśl tylko, jakkolwiek występna,
Aby na przyszłość twą miłość pozyskać,
Przebaczam chętnie.
Aumerle.  Więc pozwól mi, królu,
Drzwi na klucz zamknąć, aby nikt wejść nie mógł,
Dopóki mojej nie skończę powieści.
Boling.  Zrób jak chcesz. (Aumerle zamyka drzwi.)
York.  (za sceną). Królu, miej się na baczności!
Strzeż się! bo zdrajca przy twoim jest boku.
Bolingbroke.  (dobywając oręża).
Nędzniku, miecz ten da mi bezpieczeństwo.
Aumerle.  Wstrzymaj miecz mściwy, królu, bądź bez trwogi.
York.  (za sceną). Otwórz drzwi, królu, do szaleństwa ufny.
Mamże z miłości rzucać ci obelgi?
Otwórz drzwi, królu, albo je wysadzę.

(Bolingbroke otwiera drzwi, wchodzi York).

Boling.  Wytłomacz, stryju, co się to ma znaczyć?
Lecz wytchnij przody. Powiedz, jak jest blisko
Niebezpieczeństwo, abym się mógł bronić.
York.  Czytaj, a z pisma dowiesz się o zdradzie,
Bo pośpiech knebel na me usta włożył.
Aumerle.  Czytając, królu, pomnij na twe słowo.
Żałuję! Mego nie czytaj nazwiska;
Serce nie było w spisku z moją ręką.
York.  Było, nędzniku, zanim podpisałeś.
Z zanadrza zdrajcy pismo to wydarłem.
Trwoga, nie miłość skruchę wywołała.
Strzeż się litości, królu, litość twoja
Serce ci żądłem przebije zatrutem.

Boling.  O czarny, straszny, o spisku ohydny!
O prawy ojcze syna przeniewiercy!
Ty czyste, srebrne, nieskalane źródło,
Z którego strumień ten trysnął, co w biegu
Tylko na mętną zmienił się kałużę!
Zbytek dobroci twej na złe się zmienia.
Nadmiar ten jednak dobroci zamaże
Śmiertelną plamę występnego syna.
York.  Ma cnota będzie wad jego rajfurką?
A jego hańba mój honor roztrwoni
Jak złoto ojca skąpego rozrzutnik?
Mój honor hańby jego śmiercią żyje,
Lub hańba jego honor mój zabije.
Kto życie jemu daje, mnie odbiera:
Gdzie zdrada żyje, tam wierność umiera.
Księżna  (za sceną). Królu mój, panie, otwórz mi, przez Boga!
Boling.  Kto przeraźliwym tak głosem mnie wzywa?
Księżna  (za sceną). Kobieta, twoja nieszczęsna stryjenka.
Otwórz, przez litość dla żebraczki, panie,
Co po raz pierwszy wyszła na żebranie.
Boling.  Tragedya w farsę zmienia się w tej chwili,
„Król i Żebraczka“ tytuł krotofili.
Otwórz drzwi matce, bo ją tu sprowadza
Grzech syna, który króla swego zdradza.
York.  Jeśli przebaczysz łzą matki wzruszony,
Twa litość zbrodni wyda nowych plony.
Zgangrenowany członek utnij, panie,
A reszta ciała przy zdrowiu zostanie.

(Wchodzi Księżna).

Księżna.  Nie daj się kusić okrutnej potworze:
Sam się nie kocha, jak kochać cię może?
York.  Po coś tu przyszła, kobieto szalona?
Zdrajcę starego mlekiem karmić łona?
Księżna.  Cierpliwość, mężu! — królu miłościwy — (klęka).
Boling.  Wstań, wstań, stryjenko.
Księżna.  O nie, jak Bóg żywy,
Póty się czołgać na kolanach będę,
Na dziennem świetle przy szczęsnych nie siędę,

Póki radosnych słów król mi nie powie:
Przebaczam winę twojemu synowi.
Aumerle  (klęka). Z matką mą klękam u stóp mego pana.
York  (klęka). Ja przeciw obu wierne gnę kolana.
Bądź głuchy, królu, na modły zwodnicze.
Księżna.  On tylko szydzi; spójrz w jego oblicze,
Łzy nie ma w oku; prośba cię nie wzruszy,
Co z ust mu spada, a nie płynie z duszy:
On prosi, pragnąc by się tak nie stało;
My prosim całem sercem, duszą całą;
Jego znużone wstać już chce kolano,
Nasze do ziemi przyrosną nim wstaną;
Jego modlitwa obłudą natchnięta,
Modlitwy naszej matką wiara święta;
Niech dziś, jak zawsze, prośba szczerej duszy
Do miłosierdzia serce twe poruszy.
Boling.  Wstań przód, stryjenko.
Księżna.  Nie mów: wstań stryjenko
Przód przebacz, potem powiedz: wstań stryjenko!
Gdybym twą była mamką, pierwsze brzmienie
Ustby twych było słowo: przebaczenie.
Wyraz nad wszystkie wyrazy to święty;
Powiedz: przebaczam, litością nachnięty.
Krótkie to słowo wieczną radość rodzi,
W królewskich ustach żadne nie brzmi słodziej.
York.  Mów po francusku, królu: pardonnez moi.
Księżna.  Chcesz przebaczeniem przebaczenie zabić?
Szyderczy mężu a okrutny razem,
Kadzisz mu wyraz zbić samym wyrazem.
Wymów: przebaczam, wyraz tu przyjęty,
Gwar słów francuskich dla nas niepojęty.
Niech język powie, co już mówią oczy.
Lub niech ci litość ucho w serce wtłoczy,
By miłosierdzie, modłów tknięte siłą,
Słowo: przebaczam w usta ci włożyło.
Boling.  Lecz wstań, stryjenko.
Księżna.  Nie proszę o wstanie,
O przebaczenie błagam tylko, panie.

Boling.  Jak mu przebaczam, tak przebacz mi Boże!
Księżna.  O czegóż zgięte kolano nie może!
Ale drżę jeszcze; powtórz jeszcze słowo,
Bo powtórzenie nie łaską jest nową,
Lecz jej stwierdzeniem.
Boling.  Przebaczam.
Księżna.  O dzięki!
Ty jesteś Bogiem nie królem na ziemi.
Boling.  Lecz co do mego szwagra[12] i opata,
I co do całej kliki ich spólników,
Zniszczenie w ślady pogoni za nimi.
Dobry mój stryju, wypraw silny oddział
Do Oxford, albo gdziekolwiek ich znajdziesz,
Przysięgam bowiem, że żaden z zbrodniarzy
Drugiego słońca nie zobaczy twarzy.
Bądź zdrów, mój stryju; żegnam cię, kuzynie;
Bądź odtąd wierny, stwierdź matki twej słowo.
Księżna.  Chodź, synu, niech ci Bóg duszę da nową! (wychodzą)

SCENA IV.
Windsor.
(Wchodzą: Exton i Sługa).

Exton.  Czyś słyszał, jakie króla były słowa?
„Toż więc jednego nie mam przyjaciela,
Co z tej żyjącej wyrwałby mnie trwogi?“
Czy nie tak mówił?
Sługa.  Własne jego słowa.
Exton.  „Toż więc jednego nie mam przyjaciela?“
Dwakroć te same powtórzył wyrazy.
Czy prawda?
Sługa.  Prawda.
Exton.  A kiedy to mówił,
Wzrok we mnie wlepił, jakby chciał powiedzieć:
Jakżebym pragnął, byś tym był człowiekiem,

Który z tą trwogą serce me rozwiedzie!
A miał na myśli króla w zamku Pomfret.
Ja przyjacielem króla, a więc muszę
Do nieba posiać wroga jego duszę (wychodzą).

SCENA V.
Pomfret. Więzienie zamkowe.
(Wchodzi król Ryszard).

Król Rysz.  Szukałem dotąd, jakby można było
Ze światem moje porównać więzienie;
Lecz próżnom szukał, bo świat ludu pełny,
A ja jedyną żywą tu istotą.
Spróbuję jednak porównanie ukuć;
Więc wyobraźnia będzie ducha żoną,
A duch mój ojcem, i z takich rodziców
Mnogi rój dzieci myśli na świat wyjdzie;
Myśli te mały światek ten zaludnią,
Do świata tego mieszkańców podobne,
Bo wszystkie pełne smutków są i troski.
Najlepsze myśli, jak o rzeczach bożych,
Są wątpliwości pełne i stawiają
Jeden tekst przeciw drugiemu tekstowi.
Jak: chodźcie do mnie małe niemowlęta;
A znów: do nieba tak dostać się trudno,
Jak wielbłądowi przejść przez ucho igły.
Myśli ambitne tworzą cudne plany —
Niewykonalne: jak słaby paznokieć
Zdołałby przebić świata mur kamienny,
Twardego świata — mojego więzienia;
A że nie mogą, w swej konają dumie.
Myśl rezygnacyi w tem pociechy szuka,
Żem nie jest pierwszym losu niewolnikiem
I nie ostatnim; niby durny żebrak,
Co w dybach siedząc, swą hańbę tem cieszy,
Że jak nie jeden przed nim w dybach siedział,
Tak i nie jeden po nim siedzieć będzie,

I jakby znalazł ulgę w takiej myśli,
Własną niedolę przenosi na grzbiety
Tych, którzy przed nim gorycz jej uczuli.
Ja też odgrywam różnych ludzi role,
Zadowolnienia nie znajdując w żadnej.
To królem jestem, a poddanych zdrada
Zostać żebrakiem żądzę we mnie rodzi;
Jestem żebrakiem, lecz nędza mi szepce,
Żem był szczęśliwszy, kiedy byłem królem;
Znów jestem królem a po chwili myślę,
Że mnie Bolingbroke z mego tronu strącił,
Że jestem niczem; lecz czemkolwiek jestem,
Ni ja, ni żaden na ziemi tej człowiek
W niczem nie znajdzie pociechy, dopóki
W nicości ulgi nie znajdzie strapieniom. (Muzyka).
Słyszę muzykę. Ha, trzymajcie miarę!
Jak szorstką słodka muzyka dla ucha,
Gdy łamie akord i z taktu wychodzi!
Tak i w muzyce ludzkiego żywota.
Tu, ucho moje na dźwięk dość jest czułe,
Gdy miarę gwałci nieposłuszna struna;
Ale nie miałem ucha, żeby poznać
Złamany akord mojego królestwa.
Trwoniłem czas mój, czas mnie teraz trwoni,
Bo czas mnie teraz zrobił swym zegarem;
Myśli są moje jego minutami,
Tyk-tak mych westchnień notuje sekundy
Na cyferblacie zegara — mych oczach,
Po których ciągle, jak jaka skazówka,
Palec mój krąży, by go z łez ocierał;
Dźwiękiem głoszącym, która jest godzina,
Są jęki moje bijące w dzwon — serce.
Tak więc westchnienia moje, łzy i jęki
Liczą minuty, sekundy, godziny.
Czas mój na dumną Bolingbroka radość,
Na skrzydłach leci; gdy ja, biedny głupiec,
Jestem na jego zegarze kukułką.
Rozum mi mąci ta muzyka; skończcie!

Bo jeśli czasem obłąkanych leczy,
We mnie, zdrowego obłąkać jest zdolna.
Bóg jednak zapłać kto ją tu sprowadził!
Znak to miłości; miłość dla Ryszarda
Rzadki dziś klejnot na tym twardym świecie.

(Wchodzi Masztalerz).

Masztal.  Witaj, królewski książę!
Król Rysz.  Dzięki, lordzie!
Kto z nas najtańszy, szeląg jest za drogi.
Powiedz kto jesteś? Co cię tu sprowadza,
Gdzie nigdy żaden nie przychodzi człowiek
Prócz swarliwego psa, który codziennie
Przynosi żywność, by nędzę mą przewlec?
Masztal.  W twych stajniach byłem biednym masztalerzem,
Gdy byłeś królem. W drodze do Yorku
Ledwo zdołałem dostać pozwolenie
Ujrzeć oblicze mego niegdyś pana.
Ah, com wycierpiał, gdy w dzień koronacyi
Na barbaryjskim widziałem dereszu
Harcującego w mieście Bolingbroka!
Tak często konia tego dosiadałeś,
Jam go z tak ciężką utresował pracą!
Król Rysz.  Jakto? Więc moim toczył on dereszem?
Koń jak wyglądał? Powiedz przyjacielu.
Masztal.  W swojej się dumie ziemią zdawał gardzić.
Król Rysz.  Pyszny był swoim jeźdzcem, Bolingbrokiem?
Szkapa ten z ręki mej chleb zwykł był jadać,
Pysznił się, gdy go ręką tą klepałem.
I nie potknął się? I czemuż nie upadł,
(Skoro upadek dumy zwykłym losem)
Nie złamał karku dumnego człowieka,
Co się odważył grzbiet jego przywłaszczyć?
Przebacz mi, koniu! Czemuż cię obwiniam?
Byłeś stworzony na człowieka służbę,
Nosić go musisz; ja koniem nie jestem,
A dźwigam ciężar jak osieł, orany
Krwawą ostrogą króla Bolingbroka.

(Wchodzi Stróż z półmiskiem).

Stróż.  Wynoś się, bracie, bawiłeś zbyt długo.
Król Rysz.  Jeśli mnie kochasz, czas ci się oddalić.
Masztal.  Serce me powie, czego język nie śmie (wychodzi).
Stróż.  Czy raczysz, panie, zabrać się do jadła?
Król Rysz.  Pokosztuj pierwszy, jak to zwykłeś robić.
Stróż.  Nie śmiem, bo właśnie od króla przybywa
Sir Pierce of Exton, który mi zabronił.
Król Rysz.  Idź z twym Henrykiem Lancastrem do dyabła!
Mej cierpliwości przebrała się miarka (bije go).
Stróż.  Rozbój! ratujcie!

(Wchodzi: Exton i słudzy zbrojni).

Król Rysz.  A to co się znaczy?
Co śmierć zamierza w tem zuchwałem najściu?

(Wydziera jednemu oręż i zabija go).

Sam mi przyniosłeś śmierci twej narzędzie.
Idź, piekło czeka na ciebie, nędzniku!

(Zabija drugiego. Exton uderza go i powala na ziemię).

Ręka twa w wiecznym gorzeć będzie ogniu.
Exton, okrutna dłoń twa mię obala,
Krwią króla własną jego ziemię kala.
Leć w górę duszo! Siedziba twa w niebie,
Gdy martwe ciało ziemia ta pogrzebie (umiera).
Exton.  Król z krwi i męstwa, a ja go zabiłem!
Ale czy dobry uczynek spełniłem?
Dyabeł, co wprzódy kusił mnie pochwałą,
Szepcze, że piekło czyn mój zapisało.
Żywemu niosę monarchę bez duszy;
Tych innych niechaj proch ziemi przypruszy (wychodzą).

SCENA VI.
Windsor. Sala w Zamku.
(Przy odgłosie trąb wchodzą: Bolingbroke, York, Panowie i Służba).

Boling.  Stryju Yorku, ostatnie nowiny
Mówią, że tłuszcza buntowników ogniem
Zniszczyła miasto Cicester w Gloucestershire;
Lecz czy zabici, czyli ich pojmano

Nie wiemy jeszcze (wchodzi Northumberland).
Lordzie, co przynosisz?
Northumb.  Życzenia wszystkich pomyślności, królu,
Potem wiadomość, żem już do Londynu
Wyprawił głowy lorda Salisbury,
Spencera, Blunta; jak wpadli nam w ręce,
Pismo to lepiej w szczegółach opowie (oddaje papier).
Boling.  Dzięki ci, Percy, za wszystkie kłopoty;
Praca ci twoja owoc wyda złoty (wchodzi Fitzwater).
Fitzwater.  Wysłałem, panie z Oxford do Londynu
Głowy Brocasa i Benneta Seely,
Dwóch zdrajców, którzy w powierników kole
Knowali w Oxford niebezpieczne spiski.
Boling.  W niepamięć twoje nie pójdą zasługi,
W regestr wdzięczności mej wciągnę ją długi.

(Wchodzi Percy z Biskupem Carlisle).

Percy.  Wielki buntownik, opat Westminsterski,
Złego sumienia targany zębami,
Do grobu zstąpił. Ale biskup Carlisle
Stoi tu żywy i czeka na karę,
Której jest godzien za złamaną wiarę.
Boling.  Biskupie, taki wyrok na cię piszę;
Sam sobie wybierz klasztorne zacisze,
Żyj tam w pokoju; skrucha cię osłoni
Od mściwych ciosów sprawiedliwej dłoni,
Bo choć mym wrogiem w każdej byłeś dobie,
Iskrę honoru widzę jeszcze w tobie.

( Wchodzi Exton z ludźmi niosącymi trumnę).

Exton.  Królu, w tej trumnie trwoga twa zamknięta;
Na wiekuiste spoczywa w niej spanie
Najpotężniejszy z wrogów twoich, panie:
W trumnie tej leży Ryszard z Burdygali.
Boling.  Nigdy król twego czynu nie pochwali;
Występną dłonią na mnie i tę ziemię
Wiecznej ohydy sprowadziłeś brzemię.
Exton.  Twym słowom były posłuszne me dłonie.
Boling.  Kto potrzebuje trucizny, Estonie,
Gardzi trucizną; morderstwem się brzydzę;

Pragnąłem mordu, zbójcy nienawidzę.
Weź za twą płacę zgryzoty sumienia,
Lecz na królewskie nie licz dziękczynienia.
Jak drugi Kain błąkaj się bez końca,
Kryj się przed ludźmi i unikaj słońca.
Dusza dziś moja boleje żałośnie,
Że krwią podlana wielkość moja rośnie.
Płaczcie więc ze mną spólnie naszej straty;
Na znak żałoby czarne wdziejmy szaty.
Pójdę do świętej ziemi Palestyny,
Aby tam dłonie me z tej obmyć winy.
Za tą przedwczesną trumną teraz razem
Idźmy, panowie, z boleści wyrazem (wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 64g.png



Selous - Król Henryk IV cz.1.jpg

KRÓL HENRYK IV. CZĘŚĆ I.



KRÓL HENRYK IV.
CZĘŚĆ I.

D

Dramat-historya Henryka IV jest dalszym ciągiem Ryszarda II. Całkowita myśl poety, który w ciągu dziejów widzi nieuchronne czynów skutki, rozwijające się prawem konieczności z zasianego w nich ziarna, wyjaśnia się dopiero, gdy pełną tę trilogię Ryszarda II, Henryka IV, Henryka V, a nawet tę trilogię z Henrykiem VI, mamy przed oczyma; wszystko płynie z jednego źródła; co było orężem przeciwko jednemu z królów upadłych, obraca się mściwie na jego następcę. Ambicya rodzi ambicyę, nieład powstaje z nieładu, jeden bunt jest ojcem drugiego.

Poeta wiążąc z sobą ściśle te dramata, tak jak je znalazł narysowane przez poprzedników swoich, w wyrobieniu ich, mniej lub więcej starannem, w nadaniu im formy, nie wszędzie idzie równym krokiem.
Ryszard II jest pełną powagi kartą dziejową, z końca na koniec jednolitą: w obrazie tym Szekspir wyrzekł się nawet całkiem żywiołu komicznego, aby nie wprowadzać żadnej nuty dysharmonijnej do tego majestatycznego prologu historyi Lancastrów domu.
Wcale inaczej przedstawia się nam król Henryk IV, pisany, jak się zdaje, wkrótce po Ryszardzie II, ale pojęty daleko swobodniej i ożywiony, a przeplatany scenami komicznemi, w których z innej strony duch czasu się odbija, jakby echem przedrzeźniającem.
Autor i tu czerpał z kroniki Holinsheda głównie, ale za nim nie szedł niewolniczo jak w Ryszardzie II, uzupełniał go intuicyą; charaktery, zaledwo słabo oznaczone w kronice, wypełnił, odgadł, ubarwił. Prawdopodobnie służyły mu do pojęcia ich tradycye narodowe i wspomnienia, które się w powieściach i pieśniach ludowych zachowały. Pierwsza ta część Henryka IV powstała, jakeśmy powiedzieli, wkrótce po Ryszardzie II, drukowanym w roku 1597. W początku roku 1598 wniesiono w rejestra księgarskie część pierwszą Henryka IV, która się ukazała już pod tytułem: „Historya o Henryku IV, z opisem bitwy pod Shrewsbury, między królem a lordem Henrykiem Percy, przezwanym Henrykiem Hotspur of North. Z dowcipnemi konceptami sir Johna Falstaffe“[13]
W roku 1599 wyszło drugie wydanie z dopisem: „Nowo poprawne przez Willama Szekspira“. Pomimo tego dodatku drugie wydanie daleko jest błędniejsze od pierwszego. Za życia poety ukazały się jeszcze trzy inne wydania.
Wypadki, służące za treść króla Henryka IV części pierwszej, należą do trzeciego i czwartego roku jego panowania. Taż sama buta i namiętności ogółu, dopominającego się praw i swobód, niezadowolonego z władzy panującego, która obaliła Ryszarda II, powstaje do walki z jego następcą, jak skoro odzierżoną władzę chce silniejszą utrzymać dłonią. Szlachta, pragnąca się dobić większych przywilejów kosztem władzy królewskiej, podnosi się przeciwko Henrykowi.
Na czele jej staje rodzina Percy, którą przedstawia głównie Henryk Hotspur, bohater wielu pieśni ludowych, zwycięzca Szkotów pod wodzą Douglasa, których na głowę pobił pod Nesbit. Król zażądał od niego wydania mu znaczniejszych jeńców; rodzina Percych oburzyła się przeciwko temu. Nawzajem zaczęli się domagać od króla uwolnienia trzymanego w więzieniu Edmunda Mortimera, hrabiego March, jakby mu chcieli przez to zagrozić, że go za pretendenta do tronu postawią. Król łatwo odgadując znaczenie tych wymagań, odmówił uwolnienia Mortimera. Percy usunęli się, nie tając już, iż go za prawego dziedzica tronu poczytują.
Mortimer ten był synem Rogera, hrabiego March, syna lady Filipiny, córki Lionela, księcia Clarence, trzeciego syna króla Edwarda III. Edmunda Mortimera, gdy Ryszard II do Irlandyi pociągnął na uśmierzenie buntu, obwołano dziedzicem korony. Ciotkę Mortimera Eleonorę Henryk Percy miał za żonę. Tak pisze Holinshed.
O Owenie Glendowerze jest w nim także ciekawa wiadomość, która Szekspirowi za skazówkę do nakreślenia charakteru jego posłużyła. Glendower był niemajętnym szlachcicem, synem Griffitha Vichan, z północnej Walii, z hrabstwa Merioneth. Owen rozpoczął zawód, kształcąc się na prawnika, uczył się zrazu u adwokata i pełnił jakąś służbę na dworze Ryszarda i Henryka. Później w zajściu o granicę z sąsiadem, powołany do walki z możniejszymi posiadaczami ziemi, wystąpił w obronie celtyckich swych współziomków i w sporze z magnatami umiał sobie wyrobić sławę taką, że go aż za czarnoksiężnika miano. Chodziły o nim wieści, że umiał zaklęciami burze, słoty i grady sprowadzać. Owen ten ze swymi rabusiami plądrując po Herefordskiem hrabstwie, gdy Mortimer wystąpił przeciwko niemu, pobił go i ujął w niewolę; awanturnik ten jednak wkrótce się ze swym więźniem pojednał i spokrewnił z nim, dając mu córkę za żonę. Oba oni i Percy związali się razem przeciwko Henrykowi w zamiarze zdobycia i podzielenia Anglii między siebie. Układ nawet o ten podział został spisany między nimi i pieczęciami obwarowany. Sprzysiężeni ufali jakiejś przepowiedni, która im wróżyła nad Henrykiem zwycięstwo.
Wszyscy trzej ogłosili potem odezwę do ludu, zarzucając królowi to, co w sztuce Szekspir kładzie w usta Worcester‘a. Wystąpiono z obu stron do boju. Król lepiej i wcześniej przygotowanym był do walki, i nim się powstańcy zebrać i obwołać czas mieli, napadł na nich niespodzianie pod Shrewsbury. Tu próbowano jeszcze, ażaliby się układem skończyć nie mogło; ale próby spełzły na niczem i wojska rzuciły się na siebie. W tejto walce, według poety, młody syn króla Henryka, który dotąd więcej rozpustował i dokazywał z wesołymi towarzyszami, niż rycerskiem dziełem się bawił, wystąpił z wielkiem męstwem, potykał się dzielnie i dzielną ręką zabił Hotspura. O tem jednak Holinshed nic nie wspomina, a z historyi wiadomo, iż był zaledwie szesnastoletnim. Kronikarz powiada tylko, że się mężnie sprawiał, w twarz był raniony, i nie zważając na to, z placu nie chciał ustąpić.
Bitwa trwała całe trzy godziny z różnem szczęściem ze stron obu, aż król, na czele swoich hufców, przełamał nieprzyjaciela. Sam ręką swoją miał położyć trupem trzydziestu kilku rycerzy. Spiskowi pierzchnęli. Douglas w ucieczce pochwycony, okazanemu męstwu winien był, że go udarowano życiem. Tyle jest w kronikarzu o tych wypadkach. Wszystko, co się na tem tle rozwija, dopełnione i stworzone przez poetę, z pomocą podań zapewne. Charaktery wszystkie występują nacechowane wyraziście, dobitnie, silnymi rysy, które je odróżniają od siebie. Dramat szczególnie zajmuje tym szeregiem postaci, z taką siłą oznaczonych, stających z obu stron do walki. Każdy przynosi z sobą indywidualną fizyognomię. Wszyscy ci buntownicy: Worcester, nie cofający się przed żadnym środkiem, który go może prowadzić do celu, przebiegły Northumberland, czarnoksiężnik Glendower, wierzący w swą nieczystą siłę, dziki Douglas, rozpasany w swem zuchwałem męstwie i nienasycony nigdy walką Hotspur, składają ten obóz i radę spiskowych. Wszyscy mają tego awanturniczego ducha, który się gotów ważyć na najtrudniejsze przedsięwzięcia, ale się własną gwałtownością zaślepia.
Z drugiej strony stoi ten, którego dzielność poznaliśmy w Ryszardzie, król, mąż czynu i rozwagi, nie trwożący się groźbą i umiejący z chwili przyjaznej korzystać. Obok niego wielce oryginalna, ale wielce prawdziwa, pełna życia postać młodego syna królewskiego, księcia Henryka, w którym to życie kipi i za brzegi się wylewa. Jest to młodzian hulaka, rozpasany na wszystko, dowcipny, wesół, nie przebierający w zabawach, otaczający się najnikczemniejszą hałastrą, z której drwić może bezkarnie, i wśród niej puszcza wodze nieokiełznanym namiętnościom.
Charakter to rycerski i szlachetny w sobie, ale zarazem nie cierpiący więzów, jakie wkłada etykieta, dwór, obowiązki stanu, nie umiejący się zmusić do kłamstwa i fałszu. Prawdziwy to charakter młodego Anglika, co jeszcze nie miał czasu wyszumieć, młode piwo, jak u nas mówiono. Takim go Szekspir znalazł w podaniach angielskich, a współczesny kronikarz Elwsham świadczy, że po najburzliwszej młodości, książe dopiero u łoża umierającego ojca stał się nowym człowiekiem.
Poeta, nie czekając tej chwili, poprawę rozpoczyna od bitwy, a charakter zwycięzcy z pod Azincourt rozwija później z nadzwyczajnym artyzmem, stopniowo, zostawując mu do końca, nawet gdy spoważniał dostojnością królewską, coś z pierwotnej tej bujności, swobody i wesołości młodzieńczej.
Tradycye o pierwszych wybrykach młodego księcia Henryka wspominały o jakimś wypadku napaści na gościńcu na poborców królewskich, o pochwyceniu jednego z towarzyszów na uczynku i wzięciu do więzienia. O tego gdy się u sędziego Gascoyne dopominał książe, aby go koniecznie wypuszczono, a sędzia odmówił, zniecierpliwiony młodzieniec miał mu wyciąć policzek, za co go nieustraszony sędzia uwięzić rozkazał. Historyę tę bardzo zręcznie umiał Szekspir zużytkować.
Charakter taki następcy tronu, walecznego i rozpasanego, zbytek sił i energii wylewającego na hulanki dzikie, wymagał koniecznie wizerunku odpowiadających mu towarzyszów rozpusty.
Dało to zręczność poecie do skupienia przy nim najkomiczniejszych charakterów, wziętych z tych warstw społeczeństwa, które między ludem a szlachtą środkują i tykają się z obiema.
Kontrast powagi otaczającej dwór i wypadków wielkiego znaczenia z tą karczemną hulanką, języka dostojników z językiem z ust ludu wziętym, nadawał dramatowi mieniącą się, dwoistą fizyonomię, w której jedna barwa uwydatniała drugą. Z jednej strony co najświetniejszego i co najpotężniejszego, z drugiej życie powszednie, ze wszystkimi swymi typami powykrzywianymi opojów, trutniów i ciurów obozowych. Cały ten świat, na którego tle pstrem występuje z młodzieńczą fantazyą syn królewski, z niezmierną potęgą i siłą komiczną stworzony jest przez Szekspira. Najgłówniejszym typem w nim jest sir John Falstaff. W swoim rodzaju postać to niezrównanie narysowana, w poczwarności swej idealna, w karykaturalności prawdziwa. Pijak, tchórz, rozpustnik, wydrwigrosz, łajdaczyna, zadłużony po uszy, myślący tylko skąd co wydrzeć, aby przehulać, byłby najnikczemniejszą postacią, gdyby nie ów dowcip cyniczny i lekceważenie zarówno świata jak siebie, które go czyni oryginalnym i komicznym. Wszyscy jego towarzysze równie są plastycznie wyrzeźbieni: Pistol, Paź, Bardolf, każdy ma swą fizyognomię, a gosposia jest żywcem pochwyconą z natury. Po Falstaffie jednak pierwsze miejsce należy Pistolowi, pokrewnemu z nim z wielu względów, a przecie odmiennej wcale fizyognomii ciurowi.
Gdy Szekspir tworzył tę pierwszą część Henryka IV, na scenie angielskiej oddawna grywaną była licha sztuka pod tytułem: „The famous Victories of Henry the Fifth“, która pomimo swej nędzoty od 1585 roku ciągle nie schodziła ze sceny. W ramocie tej autor wystawił szajkę hultajów nieco podobną do tej, która w Henryku IV otacza Falstaffa, a na czele jej postawił niewinną ofiarę, niejakiego John’a Oldcastle.
Historya tego nieszczęśliwego człowieka jest dosyć ciekawą. Szlacheckiego pochodzenia, rycerskiego charakteru, wsławiony w wojnach z Francyą za Henryka IV, przyjaciel księcia Henryka, ten baron John Oldcastle, którym się on opiekował, popadł był w religijne reformatorstwo, owego Wiclefa, poprzednika Lutra, o którym i u nas w Polsce chodziły piosenki. Oldcastle chwycił się namiętnie tych nowostek i począł usilnie krzewić kacerstwo; ale wkrótce został odkryty, oskarżony o herezyę, stawiony przed Synodem biskupim i skazany obyczajem ówczesnym na karę kacerzy, to jest na stos. Działo się to w roku 1415. Książe Walii nie mógł go obronić, ale ułatwiono mu ucieczkę z Tower, gdzie siedział zamknięty. Oldcastle lat parę kryjąc się, tułał po kraju, aż w roku 1417 w styczniu pochwycony w Walii, sądzony powtórnie, został na stosie publicznie spalony w Londynie. Tego to męczennika przekonań chcąc oczernić, wystawiono jako łotra i tchórza w sztuce „The Famous Victories“. Szekspir, jak zwykle, posługując się starymi dramatami i podaniami, pierwotnie dał go na pośmiewisko w pierwszej części Henryka IV. Jednakże rozpatrzywszy się później, kim był Oldcastle w istocie, zmienił to nazwisko na Falstaffa. Cały dwór Oldcastla mniemanego pozostał zresztą jak był pierwotnie. Szekspir chciał widocznie uniknąć tego, aby Falstaffa za Oldcastla nie brano, gdyż w epilogu drugiej części Henryka IV powiada: „Umrze Falstaff na potnicę, jeśli go jeszcze surowe wasze uprzedzenie nie zabiło; bo Oldcastle umarł męczennikiem, a to nie jest tego rodzaju człowiek“.[14]
Że stara owa sztuka „The famous Victories“, służyła poecie za skazówkę do stworzenia tej szajki Falstaffa, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Taż sama tu gospoda Eastcheap, ten sam Edzio i pełno zarysów nieforemnych scen, które Szekspir umiał genialnie przerobić i ożywić siłą komiczną. Zaprawdę, cały dramat ten osobliwym jest co do budowy; daje on pojęcie, co najwięcej bawiło widzów ówczesnych, czego wymagała publika. Patryotyzm i wzniosłe patetyczne sceny mieniają się ciągle z najprozaiczniejszą rzeczywistością karczemną; najpiękniejszy język poetyczny ociera się o energiczny, cyniczny, z całą swobodą tego wieku zowiący wszystko po imieniu, bez ogródki i upiększania. Z jednej strony koturn historyczny, z drugiej obok zabłocona stopa naga, kroczą na równi; tu królowie, senatorowie, parlament, tam Falstaff, łotrzyki obozowe, złodziejska szajka i czopowe sprawy. Jedno przedrzeźnia drugie; lecz nawzajem podnoszą się te dwie barwy tak różne. Kluczem do pojęcia tej budowy oryginalnej, która nie wymagała żadnej zawikłanej intrygi, żadnego kunsztownie osnutego planu, żadnej niemal ciągłej akcyi dramatycznej, tak jak my ją dziś pojmujemy, jest naprzód nadzwyczajna piękność jej szaty, języka, myśli złocistych, oblekających proste sceny urokiem wielkim, potem tysiączne aluzye i przygrywki do czasów, dla których sztuka była pisaną. Mnóstwo tych miejsc, które za czasów królowej Elżbiety znajdowały żywe zastosowanie, w których się poznawali ludzie, przy których deklamacyi patrzali sobie w oczy dworacy, dla nas straciły swe znaczenie. Nieśmiertelna prawda tylko, którą czuł poeta, została tak świeżą, jak była za jego czasów.
Że teatr Szekspirowski miał dążność moralizującą, patryotyczną, szlachetną, tego dowodzić nie potrzebujemy; wszystko tu zmierza do tego celu, czuć ją w każdem słowie. Poeta uczy, ostrzega, wskazuje przykłady, okrywa śmiesznością łotrowstwo, rozpustę, lekkomyślność, i zohydza je w oczach słuchaczów.
Sceny komiczne najżywiej może w tej części pierwszej są skreślone.


Ozdobnik-2kropki4trójkąty.png



OSOBY:

Król Henryk IV.

Henryk, książę Walii,  synowie króla.
Książę Jan Lancaster,
Hrabia Westmoreland,  przyjaciele króla.
Sir Walter Blunt,

Tomasz Percy (Persy), hrabia Worcester.
Henryk Percy (Persy), hrabia Northumberland.
Henryk Percy (Persy), przezwiskiem Hotspur, jego syn.
Edward Mortimer, hrabia Marchii.
Scroop (Skrup), arcybiskup Yorku.
Sir Michael, przyjaciel arcybiskupa.
Archibald hrabia Douglas.
Owen Glendower.
Sir Ryszard Vernon.
Sir John Falstaff.
Poins.
Gadshill.
Peto.
Bardolf.
Lady Percy (Persy), żona Hotspura, siostra Mortimera.
Lady Mortimer, córka Glendowera, żona Mortimera.
Pani Żwawińska, gospodyni oberży w Eastcheap.

Panowie, Oficerowie, Szeryf, Winiarz, Szambelan, Posługacz oberży, Dwóch furmanów, Podróżni i Służba.

Scena w Anglii.


KRÓL HENRYK IV.
CZĘŚĆ I.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Londyn. Sala w Pałacu.
(Król Henryk, Westmoreland, Sir Walter Blunt i inni).

Król Henr.  Słabi, z trosk bledzi, pozwólmy na chwilę
Przestraszonemu wytchnąć pokojowi,
I zebrać siły do nowych zapasów,
Co na dalekich czekają nas brzegach.
Nie będzie dłużej ta spragniona ziemia
Swych ust farbować krwią swych własnych dzieci;
Już wojna łanów jej nie będzie orać,
Ani jej kwiatów rozgniatać kopyto.
Czoła, niedawno, jak groźne komety,
Choć wszystkie z jednej ulepione gliny,
Spotykające się w domowej rzezi,
Puszczą się teraz wszystkie jedną drogą,
Zgodnie w tych samych ściśnięte szeregach,
I brat przestanie na brata nastawać,
Ostrze pałasza, jak nóż źle zamknięty,
Własnego pana nie będzie kaleczyć.
Więc, przyjaciele, myślą jest dziś naszą
Prowadzić hufce do Chrystusa grobu,
Pod krzyża jego zaciągnąć się sztandar.
W łonach już matek były wasze dłonie
Ukształtowane, by wygnać pohańców

Ze Świętej Ziemi, po której stąpały
Błogosławione nogi, które za nas,
Tysiąc czterysta lat temu ubiegło,
Przybite były do gorzkiego krzyża.
Ślub ten przed rokiem zrobiony że spełnię,
Na co powtarzać? Nie po tom was zwołał.
Westmorelandzie, co postanowiono
Na Rady naszej wczorajszem zebraniu,
Aby tak drogą przyspieszyć wyprawę?
Westmor.  Królu mój, kiedy śród gorących rozpraw
Obrachowano część kosztów wyprawy,
Niemiłe wieści, przyniesione z Walii,
Wstrzymały nagle dalszy sprawy postęp.
Tam, gdy Mortimer herfordzki wiódł zaciąg
Na okrutnego zdrajcę Glendowera,
Dostał się w dzikie przeciwnika ręce,
Po krwawej rzezi ludzi swych tysiąca.
Co rozbestwione walijskie niewiasty
Na biednych trupach naszych dokonały,
Bez wstydu o tem niepodobna mówić.
Król Henr.  I, jak się zdaje, wieść o tej porażce
Przerwała sprawę naszej krucyaty.
Westmor.  Ta wieść i inne podobnej osnowy;
Bo i z północy złe przyszły nowiny.
Tam, w dzień świętego Krzyża, młody Percy
Starł się z walecznym Szkotem Archibaldem
Pod Holmedonem. Przez długie godziny
Wrzała potyczka krwawa i zażarta,
Jak z armat grzmotu wypadało wnosić,
Posłaniec bowiem skoczył na rumaka
Jeszcze w największej walki gorącości,
Niepewny, gdzie się zwycięstwo przechyli.
Król Henr.  Oto sir Walter Blunt, wierny przyjaciel,
Przybywa błotem wszystkich dróg zbryzgany
Które Holmedon od nas przedzielają,
Przybywa z wieścią wesołą i dobrą;
Douglas pobity. Sir Walter sam widział
We krwi się własnej kąpiących na placu

Dziesięć tysięcy Szkotów, a rycerzy
Dwudziestu i dwóch; młody Percy pojmał
Hrabiego Mordake, najstarszego z synów
Zwyciężonego Douglasa, a nadto
Hrabiów Atholu, Angus, Murray, Menteith,
Powiedz, kuzynie, czy łup to nie piękny?
Czy to nie pełne honoru zwycięstwo?
Westmor.  Niejeden książę mógłby się niem szczycić.
Król Henr.  Ach, mnie twe słowo zasmuca, i robi
Grzesznym zazdrości, że takim się synem
Lord Northumberland może dzisiaj szczycić,
Którego chwałę język każdy głosi;
To dąb nad całym panujący lasem,
Słodkiej fortuny duma i kochanek;
Gdy ja, na jego poglądając honor,
Widzę na czole mojego Henryka
Plamę niesławy, szaleństw i rozpusty.
Ach, gdyby można dowieść, że śród nocy
W kolebkach wróżka zmieniła nam dzieci,
Nazwała syna jego Plantagenet,
A mego Percy! byłbym wtedy ojcem
Jego Henryka, on ojcem mojego.
Lecz precz z tą myślą. — Co myślisz kuzynie
O dumie tego młokosa zuchwałej?
Toć on pojmanych w tej rozprawie jeńców
Dla siebie chowa; mnie kazał oświadczyć,
Że mi jednego daje, hrabię Mordake.
Westmor.  To skutek nauk jego stryja, królu;
Worcester zawsze, wszędzie nieprzychylny,
Wciąż go podszczuwa, by młodości grzebień
Podniósł zuchwale na króla majestat.
Król Henr.  Już go wezwałem, aby zdał mi liczbę;
Dlatego musim zawiesić na chwilę
Świętą wyprawę do Jerozolimy.
Na przyszłą środę zamiarem jest naszym
Zwołać, kuzynie, Radę naszą w Windsor;
Daj o tem, komu należy wiadomość,
Ale co prędzej sam do nas powracaj,

Bo co mi mówić i działać zostaje,
Gniew mi objawić teraz nie dozwala.
Westmor.  Pośpieszę, królu. (Wychodzą).

SCENA II.
Londyn. Inna sala w pałacu.
(Wchodzą: Henryk, książę Walii i Falstaff).

Falstaff.  No, Henryczku, powiedz mi teraz, która godzina, mój chłopaczku?
Ks. Henr.  Tak dowcip twój ociężał przez picie starego kseresu, rozpinanie się po wieczerzy, a spanie na ławach popołudniu, żeś zapomniał o to się pytać, cobyś na prawdę chciał wiedzieć. Bo co u dyabła masz do czynienia z godziną? Chyba, że się godziny przemieniły w kufle kseresu, minuty w kapłony, zegary w języki rajfurek, skazówki w szyldy zamtuzów, a samo błogosławione słońce w piękną, gorącą dziewkę w kitajce ognistego koloru, bo inaczej ani pojmuję, skąd ci przyszło to niewczesne pytanie: która teraz godzina?
Falstaff.  Zaczynasz mnie teraz pojmować, Henryczku; bo to widzisz, my rzezimieszki, kierujemy się biegiem księżyca i siedmiu gwiazd, a nie Feba, tego pięknego błędnego rycerza. Proszę cię więc, słodki figlarzu, jak skoro zostaniesz królem — Boże zachowaj twoją łaskawość — twój majestat, należało mi powiedzieć, bo co do łaski, mieć jej nie będziesz.
Ks. Henr.  Co? nic wcale?
Falstaff.  Nic, na uczciwość; ani tyle nawet, coby wystarczyło na pobłogosławienie jaja i kromki chleba z masłem.
Ks. Henr.  Dobrze, cóż tedy dalej? mów bez ogródki.
Falstaff.  Otóż więc, słodki figlarzu, jak skoro zostaniesz królem, nie pozwól aby nas, przyboczną straż nocy, złodziejami skarbów dnia nazywano; ogłoś nas gajowymi Diany, kawalerami cienia, pieszczoszkami księżyca, pod którego opieką kradniemy.
Ks. Henr.  Masz zupełną racyę; nic prawdziwszego, jak co powiedziałeś, bo nasza fortuna, nas, ludzi księżyca, ma odpływ i przypływ, jak morze, gdy jak morze po księżycu się kieruje. A oto dowody: sakiewka pełna złota w poniedziałek w nocy najszlachetniej skradziona, a najbutniej przehulana we wtorek rano; zyskana krzykiem: stój! przehulana z krzykiem: lej! to ma odpływ nizki jak stopień drabiny, to znowu przypływ wysoki jak szczyt szubienicy.
Falstaff.  Co mówisz, wszystko prawda, mój chłopaczku. A gospodyni naszej gospody czy nie słodziuchna dziewucha?
Ks. Henr.  Jak miód Hybli, stary mój chłopcze do butów. A kaftan z bawolej skóry, czy nie rozkoszne ubranie?[15]
Falstaff.  A to co znowu? a to co znowu? szalony figlarzu. Co znaczą twoje koncepta i żarty? Co mam u dyabła do czynienia z kaftanami z bawolej skóry?
Ks. Henr.  A ja co u dyabła z gospodynią naszej gospody?
Falstaff.  Nie raz ją przecie i nie dwa razy wołałeś do uregulowania rachunków.
Ks. Henr.  A czy wołałem i ciebie kiedykolwiek, żebyś twoją część zapłacił?
Falstaff.  Nie, muszę ci oddać tę sprawiedliwość, że sam zapłaciłeś tam wszystko.
Ks. Henr.  Tam i gdzieindziej, o ile mi starczyło gotowizny; a gdy mi jej nie starczyło, użyłem mojego kredytu.
Falstaff.  To prawda, i tak go używałeś, że gdyby nie domniemanie, że jesteś domniemanym następcą — ale, powiedz mi proszę, słodki figlarzu, czy się ostoją w Anglii szubienice, skoro królem zostaniesz? Czy śmiałość będzie, jak dzisiaj, szarpana zardzewiałem wędzidłem starego facetusa prawa? Jak zostaniesz królem, zmiłuj się, nie wieszaj złodziei.
Ks. Henr.  Nie, zostawię to tobie.
Falstaff.  Czy tylko na prawdę? Cudownie! Co to będzie ze mnie za sędzia!
Ks. Henr.  Już fałszywy sąd wydałeś. Chciałem powiedzieć, że ty będziesz wieszał złodziei, a tak zostaniesz rzadkim oprawcą.
Falstaff.  Niechże i tak będzie, Henrysiu, niechże i tak będzie: bo pod pewnym względem przystaje to do mojego humoru tak dobrze, jak wisieć przy dworze, mogę ci to powiedzieć.
Ks. Henr.  I doczekać się tam ciepłego płaszcza.
Falstaff.  Tak jest, doczekać się ciepłego płaszcza, a to rzecz, na której nigdy jeszcze nie brakło oprawcy. Jestem melancholiczny jak stary kot albo szczwany niedźwiedź.
Ks. Henr.  Albo jak zgrzybiały lew, albo jak zakochanego lutnia.
Falstaff.  Tak jest, albo jak bąkania na linkolnskich dudach.
Ks. Henr.  A cobyś powiedział: albo jak zając, albo jak melancholiczne błoto Moorditch?[16]
Falstaff.  Najniesmaczniejsze masz porównania, i jesteś, żeby powiedzieć prawdę, najdowcipniejsze, najhultajsze, najrozkoszniejsze młode książątko. Ale Henrysiu, przestań mnie, proszę, kłopotać fraszkami. Jakbym pragnął, żebyśmy oba wiedzieli, gdzie jest do nabycia towar dobrego imienia! Stary lord królewskiej Rady dobrze mi wytarł niedawnymi czasy na ulicy kapitułę z twojego powodu, paniczu, ale ja nie zważałem na niego, choć mówił bardzo mądrze, ale ja go nie słuchałem, choć mówił mądrze, a do tego na ulicy.
Ks. Henr.  I dobrześ zrobił, boć mądrość krzyczy po ulicach, a nikt jej nie słucha.
Falstaff.  Masz dyabelski sposób powtarzania, i na uczciwość, zdolny jesteś popsuć świętego. Nie mało już narobiłeś złego, Henrysiu, i niech ci Bóg tego nie pamięta! Nim cię poznałem, Henrysiu, niczego nie znałem, a teraz, jeżeli mam powiedzieć prawdę, nie wiele jestem lepszy od jawnogrzeszników. Muszę się wyrzec takiego życia, i wyrzeknę się, a jeśli tego nie zrobię, jestem łajdak; nie myślę iść do piekła z miłości dla syna jakiegobądź chrześcijańskiego monarchy.
Ks. Henr.  A gdzie pójdziem szukać jutro sakiewki, Janeczku?
Falstaff.  Gdzie zechcesz, braciszku; ja wszędzie z tobą; a jeśli cię opuszczę, nazwij mnie łajdakiem i śmiej się ze mnie.
Ks. Henr.  Widzę, że już zaczynasz poprawę: od modlitwy do mieszka.

(Wchodzi Poins i zatrzymuje się w głębi).

Falstaff.  Bo widzisz, Henrysiu, to moja wokacya, Henrysiu; a ten nie grzeszy, który pracuje wierny swojej wokacyi. — Poins! Teraz się dowiemy, czy Gadshill nastawił czaty. O, gdyby zbawienie ludzi zależało od ich zasług, jaka dziura w piekle byłaby dosyć gorąca dla niego? To najwszechpotężniejszy hultaj, co kiedykolwiek: stój! zawołał do uczciwego człowieka.
Ks. Henr.  Dzień dobry Edziu.
Poins.  Dzień dobry, słodki Henrysiu. A co mówi Monsieur Zgryzota? Co mówi Sir John Z cukrem wino? Jak stoją twoje kontrakta z dyabłem, Jasiu, o twoją duszę, którą mu przedałeś w ostatni wielki piątek za kufel madery i udko zimnego kapłona?
Ks. Henr.  Sir John dotrzyma słowa, dyabeł dostanie co kupił bo nie jego zwyczajem gwałcić przysłowia, odda dyabłu co dyabelskie.
Poins.  To pójdziesz do piekła za dotrzymanie słowa dyabłu.
Ks. Henr.  W przeciwnym razie, poszedłby tam za oszwabienie dyabła.
Poins.  Ale moje chłopaki, moje chłopaki, jutro, o czwartej rano, trzeba nam stanąć w Gadshill. Ciągną tamtędy do Canterbury pielgrzymi z bogatemi ofiarami i przejeżdżają kupcy z opasłemi sakiewkami. Mam dla was wszystkich gotowe maski; wy macie swoje konie; Gadshill śpi tej nocy w Rochester; sam zamówiłem na jutro wieczerzę w Eastcheap; cała ta sprawa tak łatwa jak pójść do łóżka. Jeśli chcecie ruszyć ze mną; wyładuję wam mieszki koronami, jeśli nie chcecie, zostańcie w domu i czekajcie na szubienicę.
Falstaff.  Słuchajno, Jedwardku, jeśli zostanę w domu, a nie pójdę, powieszę cię za to, że sam tam poszedłeś.
Poins.  Więc ze mną, zuchy?
Falstaff.  Henrysiu, czy i ty z nami?
Ks. Henr.  Co? ja rabować? ja złodziejem? Nie, nigdy, daję słowo.
Falstaff.  Niema w tobie ani kropli uczciwości, męstwa i koleżeństwa; nie pochodzisz ty z krwi królewskiej, skoro nie masz serca bić się za imperyała.
Ks. Henr.  Więc dobrze, choć raz w życiu będę wartogłowem.
Falstaff.  To mi się nazywa pięknie mówić.
Ks. Henr.  Ale nie, niech się co chce dzieje, zostanę w domu.
Falstaff.  To ja zostanę zdrajcą, gdy ty zostaniesz królem.
Ks. Henr.  Mniejsza o to.
Poins.  Sir John, zostaw mnie sam na sam z księciem, a takie mu przedstawię powody do tej wyprawy, że pójdzie z nami bez wahania.
Falstaff.  Daj ci Boże ducha perswazyi, a jemu uszy chętne korzystać z dobrej rady, aby, co powiesz, potrafiło go wzruszyć, a co usłyszy, potrafiło go przekonać, aby prawdziwy książę, dla rozrywki, został fałszywym złodziejem, biedne bowiem nadużycia naszego czasu potrzebują zachęty. Bądźcie zdrowi! Znajdziecie mnie w Eastcheap.
Ks. Henr.  Bądź zdrów, moja ty spóźniona wiosno! Bądź zdrów, moje ty lato świętego Marcina.

(Wychodzi Falstaff.)

Poins.  Mój dobry, jak miód słodziuchny książę, jedź z nami jutro. Mam w głowie figla, którego sam jeden wypłatać nie mogę. Falstaff, Bardolf, Peto i Gadshill obedrą ludzi, na których zastawiliśmy już łapki; nas dwóch tam nie będzie, a jeśli, gdy już łup posiędą, my ich znowu nie obedrzemy, to mi zdejmiesz z ramion tę głowę.
Ks. Henr.  Ale jak się od nich w drodze odłączyć?
Poins.  Przed nimi lub po nich wyruszymy, wyznaczając miejsce zboru, gdzie łatwo nam będzie nie przybyć; tak więc sami ruszą na wyprawę; ledwo dokonają dzieła, wpadniem im na karki.
Ks. Henr.  Trudno żeby nas nie poznali po koniach, ubraniu i tylu innych poszlakach.
Poins.  Ba, nie będą widzieli naszych koni, bo je uwiążę w lesie; zmienimy maski po rozłączeniu się z nimi, a, braciszku, mam już drelichowe opończe na pokrycie naszego zwyczajnego ubrania.
Ks. Henr.  Bodaj tylko nie byli dla nas przytwardzi.
Poins.  Co do dwóch, wiem, że nigdy dwóch wierutniejszych tchórzów nie dało drapaka; co do trzeciego, jeśli się będzie dłużej opierał niż radzi roztropność, wyrzekam się na zawsze żołnierki. Zaprawą naszego figla będą niepojęte łgarstwa, które nam tłusty ten hultaj będzie prawił, gdy się zejdziemy przy wieczerzy: jak bił się najmniej z trzydziestoma; jak się zastawiał; jakie odebrał cięcia; w jakiej znajdował się ostateczności; a w końcu przekonanie go o łgarstwie, będzie naszą uciechą.
Ks. Henr.   Więc dobrze, pojadę z tobą. Przygotuj wszystko co potrzebne i przyjdź po mnie do Eastcheap, gdzie będę wieczerzał. Bądź zdrów, tymczasem.

Poins.  Bądź zdrów, mój książę (wychodzi).
Ks. Henr.  Znam ja was wszystkich; ulegam na chwilę
Wszystkim szaleństwom waszego próżniactwa;
Będę w tem słońca tylko naśladowcą,
Które pozwala zaraźliwym chmurom
Gasić przed światem swe piękne oblicze,
Dlatego tylko, żeby, kiedy zechce,
Szarpiąc mgły brudną i szpetną oponę,
Co się zdawała blaski jego tłumić,
Wypłynąć znowu w swej całej jasności
I większe dziwy w śmiertelnikach budzie.
Gdyby dnie wszystkie roku były świętem,
Zabawa nudną byłaby jak praca;
Lecz że jest rzadkie, jest też upragnione,
Bo tylko miłe, co nie jest powszednie.
I ja! gdy rzucę rozpustny ten żywot,
Gdy dług zapłacę choć nie obiecany,
Im wyższy będę nad me obietnice,

Tym będę większym dla ludzi podziwem.
Jak jasny metal na tle pobrukanem,
Poprawa moja błyszcząc na mych błędach,
Potężniej ludzkie ciągnąć będzie oczy,
Niźli jaśniejsza cnota bez kontrastu.
Błądzę, lecz błąd mój zasługą się stanie,
Gdy go odkupię, a niespodziewanie (wychodzi).

SCENA III.
Londyn. Inna sala w pałacu.
(Wchodzą: król Henryk, Northumberland, Worcester, Hotspur, Walter Blunt i inni).

Król Henr.  Krew ma zbyt zimna, zbyt była spokojna
Na obelg tyle niezdolna się wzburzyć;
Wy to odgadli, dlatego z ufnością
Nadużywacie cierpliwości mojej;
Ale, wierzajcie, królem odtąd będę,
Potężnym, groźnym, nie jak przód, łaskawym,
Jak puchy miękki, gładki jak oliwa,
Straciłem prawo do poszanowania,
Które oddaje dumny dumnym tylko.
Worcest.  Dom nasz, mój królu, mało zasługuje
Na twej potęgi chłostę, tej potęgi,
Której naszemi pomogliśmy dłońmi
Tak w górę strzelić.
Northumb.  Królu —
Król Henr.  Worcesterze,
Odejdź, bo z twego spojrzenia wygląda
Niebezpieczeństwo i nieposłuszeństwo,
Śmiałość postawy twej nazbyt stanowcza,
Aby majestat znosić mógł cierpliwie
Swojego sługi zuchwałe wejrzenia.
Odejdź; gdy twojej rady albo ręki
Będzie nam trzeba, poślemy po ciebie.

(Wychodzi Worcester).

(Do Northumb.) Chciałeś coś mówić,

Northumb.  Tak jest, dobry panie.
Jeńców w królewskiem żądanych imieniu,
Których mój Henryk pod Holmedon pojmał,
Nie tak stanowczo odmówił, jak mylnie
Waszej królewskiej mości doniesiono.
Nie syn mój, królu, złość tylko lub zazdrość
Winne się stały tego uchybienia.
Hotspur.  Nie odmówiłem żadnych jeńców, panie;
Lecz pomnę, kiedy po skończeniu bitwy,
Gdym się spragniony wściekłością i trudem
Na mieczu oparł, bez sił, bez tchu prawie,
Przybywa panek, świeży, wymuskany,
Czysty pan młody; broda podstrzyżona
Jakby po żniwach rżysko wyglądała;
A jak modniarka wyperfumowany,
W dwóch palcach trzymał puszkę z wonnym proszkiem.
Którą czasami do nosa przysuwał,
Odsuwał czasem, a nos, jakby z gniewu,
Zaczynał kichać przy każdem zbliżeniu.
Wciąż się uśmiechał i wciąż coś szczebiotał.
Kiedy żołnierze trupów przenosili,
Nieokrzesanych gburów dał im nazwę,
Że się ważyli brudne, brzydkie cielska
Nieść między jego szlachectwem a wiatrem.
W świątecznych słowach, z damską wybrednością
O to i owo pytał, w końcu żądał
Mych jeńców w imię króla Jegomości.
Ja, od ran oschłych cały rozbolały,
Męką i tego fircyka paplaniem
Odarty z resztek mojej cierpliwości,
Niedbale niewiem co odpowiedziałem,
Że dam lub nie dam; bom prawie oszalał
Na widok tego pachnącego gaszka,
Co prawił jakby dama z fraucymeru
O działach, bębnach, ranach — Boże odpuść!
Mówił, że pierwszem na świecie lekarstwem
Jest spermaceta na wnętrzne obrazy;
Że wielka, bardzo wielka była szkoda,

Iż ludzie z ziemi wnętrzności niewinnych
Umieli dobyć tę brzydką saletrę,
Co tyle pięknych zabiła wyrostków
Nikczemną zdradą; na dobitkę dodał,
Że gdyby nie te paskudne armaty,
I on sam nawet żołnierzemby został.
Na to paplanie bez sensu i szyku,
Jak już mówiłem, królu, wybąknąłem
Jakąś wątpliwą, niepewną odpowiedź;
A teraz błagam, niech ten raport jego
Nie staje, jako groźne oskarżenie,
Między mą wiarą, a twym majestatem.
Blunt.  Okoliczności biorąc na uwagę,
Co Henryk Percy mógł wtedy powiedzieć
Takiej osobie, w tem miejscu i czasie,
Słusznie pogrzebać można w zapomnieniu.
Nie chciej więc, królu, pamięci tej budzić
Na jego krzywdę, gdy dziś odwołuje,
Co w uniesieniu mógł wtedy powiedzieć.
Król Henr.  On jednak zawsze jeńców mi odmawia,
Kładzie warunek, że z naszej szkatuły
Okup za jego szalonego szwagra,
Za Mortimera na stół wyliczymy,
Który, przysięgam, z umysłu prowadził
Na rzeź swe hufce w bitwie z Grlendowerem,
Tym czarownikiem groźnym, a przeklętym,
Którego córkę, jak nam doniesiono,
Niedawno hrabia Marchii wziął za żonę.
Na wykup zdrajcy mamże skarb wypróżniać?
Za zdradę płacić? traktować z lennikiem,
Który przez zbrodnię z swoich praw się wyzuł?
Niech z głodu ginie na jałowych górach.
Mym przyjacielem nigdy ten nie będzie,
Czyj język grosza jednego zażąda
Na buntownika, Mortimera, wykup.
Hotspur.  Na buntownika! Nie, mościwy królu,
Nigdy Mortimer buntownikiem nie był;
W dłoń nieprzyjaciół los wojny go wydał.

Że prawdę mówię, niech poświadczą rany,
Wymowne rany, które w boju odniósł
Nad trzciniastymi Sewerny brzegami,
Kiedy sam na sam, szabla przeciw szabli,
Całą godzinę walecznie się mierzył
Z swym zapaśnikiem, wielkim Glendowerom.
Za spólną zgodą trzykroć spoczywali,
Trzykroć się wodą chłodzili Sewerny,
Która ich krwawym widokiem przelękła,
Z trwogą uciekła między trzciny drżące,
I pływające ukryła swe sploty
W jaskiniach brzegu uczerwienionego
Krwią nieulękłych dwóch dzielnych szermierzy.
Nigdy przegniła, nikczemna obłuda
Sztuk swych śmiertelną nie osłania raną,
Nigdy Mortimer zdrajca, dobrowolnie
Tylu śmiertelnych nie odniósłby ciosów:
Niechże dziś o bunt nikt go nie potwarza.
Król Henr.  Percy, kłamliwe powieści mi prawisz.
On z Glendowerem nigdy się nie mierzył;
Ja ci to mówię; szedłby równie chętnie
Z dyabłem na rękę jak z nieprzyjacielem
Tak niebezpiecznym jak Owen Glendower.
Wstydź się, wstydź, Percy. Niechże odtąd więcej
Nie słyszę twoich słów za Mortimerem.
Pojmanych jeńców przyślij mi co prędzej,
Jeżeli nie chcesz odebrać ode mnie
Wieści niemiłych. — Lordzie Northumberland,
Razem ci z synem odjechać pozwalam. —
Przyślij mi jeńców, lub usłyszysz o mnie.

(Wychodzą: król Henryk, Blunt i orszak).

Hotspur.  Nie wydam, choćby i sam dyabeł przyszedł
I ryczał o nich. W trop za nim pobiegnę,
I to mu powiem; ulżyć muszę sercu,
Chociażby nawet kosztem mojej głowy.
Northumb.  Pijanyś gniewem? Zatrzymaj się chwilę;
Twój stryj przychodzi (wchodzi Worcestcr).

Hotspur.  Co? nie mówić więcej
O Mortimerze? Będę o nim mówił.
Niech miłosierdzia dusza ma nie znajdzie,
Jeśli natychmiast nie pójdę go spotkać;
Z mych żył ostatnią krwi wyleję kroplę,
By Mortimera podnieść zdeptanego,
Wznieść tak wysoko jak ten król niewdzięczny,
Usług nie pomny, przegniły Bolingbroke.
Northumb.  Król synowcowi twemu zmysły odjął.
Worcest.  Kto go tak ubódł w mej nieobecności?
Hotspur.  Mych wszystkich jeńców wymaga odemnie;
A gdym raz jeszcze o wykupie wspomniał
Mojego szwagra, twarz jego pobladła,
Zabójczem okiem spojrzał w me oblicze,
Drżący na samą wzmiankę Mortimera.
Worcest.  Ganić go trudno: wszakże Mortimera
Najbliższym tronu dziedzicem ogłosił
Zmarły król Ryszard.
Northumb.  Jego proklamacyą
I ja słyszałem, gdy król nieszczęśliwy
(Odpuść nam Boże krzywdy jego wszystkie!)
Na tę wyprawę Irlandzką wyruszył,
Z której wracając, z swojego był tronu
Strącony naprzód, wnet zamordowany.
Worcest.  Za śmierć tę imię nasze, jak świat wielki,
Jest celem gorzkich wyrzutów i hańby.
Hotspur.  Poczekaj; mówisz, że wówczas król Ryszard
Ogłosił brata mego Mortimera
Tronu dziedzicem?
Northumb.  Tak jest, sam słyszałem.
Hotspur.  To króla, jego kuzyna, nie ganię,
Że go na pustych zamorzyć chciał górach;
Lecz wy, co własną ubraliście ręką
W złotą koronę głowę niewdzięcznika,
Coście splamili czyste wasze imię
Znakiem morderstwa dla jego miłości,
Jak świata znosić możecie przekleństwo,
Za jego podłe uchodzić narzędzie,

Za szubienicę, stryczek, kata nawet?
Przebaczcie, jeśli tak nisko zstępuję,
By wam pokazać, jaką teraz godność
Pod tym przewrotnym piastujecie królem.
O hańbo! mająż szeptać dzisiaj ludzie,
Mająż kroniki czasom głosić przyszłym,
Że męże waszej zacności, potęgi,
Jak wy, obadwa, do tak grzesznej sprawy
Wciągnąć się dali? (Odpuść wam to Boże)!
Żeby Ryszarda, wonną różę, wyrwać,
A cierń zaszczepić — tego Bolingbroka?
Dodadząż ludzie, na większą ohydę,
Że oszukanych z pogardą odepchnął
Ten, dla którego srom ten podjęliście?
Nie! jest czas jeszcze, by grzechy okupić,
By wasz wygnany przywołać znów honor,
Stracony świata odzyskać szacunek,
Pomścić szyderstwa, obelgi i wzgardę
Na dumnym królu, który dniem i nocą
Rozmyśla, jakby dług wam przynależny
Mógł wam najczystszą krwią zapłacić waszą.
Mojem więc zdaniem —
Worcest.  Dość tego, kuzynie.
Teraz tajemną otworzę wam księgę,
A waszej bystrej odczytam niechęci
Rzecz wielkiej wagi, niebezpieczeństw pełną,
A hazardowną, jak przejście potoku,
Wezbraną falą ryczącego w głębiach,
Po wiotkim moście przerzuconej dzidy.
Hotspur.  Jeśli most pęknie — tońmy lub przepłyńmy!
Z wschodu na zachód ślej niebezpieczeństwa,
Byle im drogę z południa na północ
Krzyżował honor, niech w zapasy idą;
Krew wre goręcej gdy lwa rozbudzimy,
Niż kiedy w krzakach ruszymy zająca.
Northumb.  Wielkich przedsięwzięć lotna wyobraźnia
Za cierpliwości granice go pędzi.
Hotspur.  Przez Boga, myślę, że skok to nie trudny

Z księżyca rogów, jasny uszczknąć honor,
Lub w głębokościach zanurzyć się morza,
Do których żadna nie dosięgła sonda,
Za włosy honor wyciągnąć tonący,
Byleby zbawca, jeden, bez rywala,
Sam mógł się ubrać w czynu swego chwałę.
Precz! precz mi tylko z chwałą połowiczną!
Worcest.  Roje przywidzeń snują mu się w głowie,
Nie widzi tylko, co widzieć należy. —
Dobry kuzynie, posłuchaj mnie chwilę.
Hotspur.  Przebacz.
Worcest.  Ci sami jeńcy twoi, Szkoci —
Hotspur.  Zatrzymam wszystkich, jak Bóg jest na niebie!
Jednego nawet nie dostanie Szkota,
Choć jeden mógłby duszę jego zbawić.
Zatrzymam wszystkich, na dłoń tę przysięgam.
Worcest.  Gniew cię unosi, nie chcesz mnie wysłuchać.
Jeńców zatrzymasz —
Hotspur.  To jak słońce jasne.
Tak więc wykupić nie chce Mortimera,
O Mortimerze mówić mi zabrania;
Ale go znajdę w śnie pogrążonego,
I wrzasnę w uszy śpiącego: Mortimer!
Nauczę szpaka jedynego słowa:
Mortimer! petem poślę mu go w darze,
Aby mu ciągle gniew jego odświeżał.
Worcest.  Kuzynie, słuchaj, jedno tylko słowo.
Hotspur.  Odtąd jedyną myślą moją będzie
Dręczyć i męczyć tego Bolingbroka,
I księcia Walii, pysznego junaka.
Gdybym nie myślał, że nie miły ojcu,
Któryby chętnie szkodę jego widział,
Sambym go otruł w jakim kuflu piwa.
Worcest.  Bądź zdrów, kuzynie, będę z tobą mówił,
Gdy będziesz w lepszym humorze słuchania.
Northumb.  Z językiem osy, głupcze niecierpliwy,
Niewieścich gniewów buchasz uniesieniem,
Głuchy na słowa, jeśli nie są twoje.

Hotspur.  Bo widzisz jestem, jak rózgą chłostany,
Bity pokrzywą, mrówek kłuty rojem,
Gdy słyszę o tym nędznym polityku,
O Bolingbroku. Za Ryszarda czasów —
Jak zwiecie miejsce? — niech dyabeł je bierze
Gdzieś tam w Gloucestershire, gdzie siedział ten dudek,
Stryj jego York, gdzie moje kolano
Przed Bolingbrokiem zgiąłem po raz pierwszy,
Gdy razem z wami wrócił z Ravenspurgha.
Northumb.  W zamku Berklejskim.
Hotspur.  Tak jest, prawda, w Berkley.
Jak cukrowane, jak mnogie pokłony
Ten pies łaszący bił wtedy przede mną!
„Gdy dziecko, jego fortuna, wyrośnie“;
„Miły Henryku i drogi kuzynie“;
Niech dyabeł porwie takie kuzynostwo!
Odpuść mi Boże! — Teraz, dobry stryju
Praw mi twą powieść, ja moją skończyłem.
Northumb.  Jeśliś nie skończył, rozpocznij na nowo,
Mamy czas czekać.
Hotspur.  Skończyłem, na honor.
Worcest.  Więc znowu wracam do twych jeńców szkockich.
Puść ich natychmiast wolno, bez okupu;
Syna Douglasa użyj za narzędzie
Zaciągów w Szkocyi; mam powody myśleć,
Że rzecz ta żadnych nie dozna trudności,
I te niebawem na piśmie ci prześlę. (Do North.).
Gdy syn twój w Szkocyi sprawą się tą zajmie,
Staraj się wcisnąć tajemnie do serca
Ukochanego przez wszystkich prałata,
Arcybiskupa —
Hotspur.  Yorku, nie prawda?
Worcest.  Zgadłeś. Głęboką zbudziła w nim żałość
Śmierć jego brata, lorda Scroop, w Bristolu.
Wszystko co mówię nie czczym jest domysłem,
Nie przywidzeniem; wszystko, jestem pewny,
Ukartowane, dobrze obmyślone,
Czeka jedynie na dobrą sposobność,

Aby wybuchnąć.
Hotspur.  Ha, na trop już wpadłem.
Na honor, wszystko cudownie się plecie.
Northumb.  Zawsze ty charty spuszczasz, nim zwierz ruszy.
Hotspur.  Trudno wymyśleć coś doskonalszego.
A więc zastępy z Yorku i Szkocyi
Do Mortimera pociągną, nie prawda?
Worcest.  Tak jest.
Hotspur.  Przysięgam, plan rzadkiej mądrości.
Worcest.  Ważne powody pośpiech nakazują.
By głowę podnieść, nim głowy nam spadną.
Pomimo wszelkiej potulności naszej
Zawsze król naszym dłużnikiem się czuje,
Przypuszcza, że się sądzim pokrzywdzeni,
Czeka też pory, by nas pokwitować.
Patrzcie, już zaczął swej łaski oblicze
Odwracać od nas.
Hotspur.  Prawda, zaczął, zaczął,
Musim się pomścić.
Worcest.  Żegnam cię kuzynie.
Nim co rozpoczniesz, na listy me czekaj;
Doniosę, kiedy chwila czynu przyjdzie,
A przyjdzie wkrótce. Tajemnie się udam
Do Glendowera i lorda Mortimer,
Tam ty i Douglas i nasze zaciągi,
Wedle mych planów, szczęsnie się zejdziecie,
By silną dłonią naszą wznieść fortunę,
Która się dzisiaj chwieje niebezpiecznie.
Northumb.  Bądź zdrów! Mam ufność, że rzecz pójdzie dobrze.
Hotspur.  Żegnam cię stryju. Wzdycham do godziny,
Gdy bojem zagrzmią góry i doliny (wychodzą).




AKT DRUGI.
SCENA I.
Rochester. Podworzec karczmy.
(Wchodzi furman z latarnią w ręku).

1 Furman.  Hola! he! Niech wiszę, jeśli to nie czwarta rano. Wóz Dawidowy już nad nowym kominem, a nasz koń jeszcze nie wyładowany. Hej tam, masztalerzu!
Masztalerz  (za sceną). Zaraz, zaraz.
1 Furman.  Proszę cię, Tomaszu, osiodłaj kucyka, a pod łęk włóż trochę siana, bo biedne szkapsko okrutnie odsednione. (Wchodzi drugi furman).
2 Furman.  Groch i bób jak pies tu przemokłe, a to szkapom najkrótsza droga do rupi. Karczma ta przewróciła się do góry nogami od śmierci masztalerza Robina.
1 Furman.  Nieboraczek! Nie miał wesołej godziny od czasu, jak owies podskoczył. To go też zabiło.
2 Furman.  Zdaje mi cię, że na całym londyńskim trakcie nie ma karczmy w pchły bogatszej: tak mnie pokąsały, że jak lin wyglądam.
1 Furman.  Jak lin? Niema w chrześcijaństwie króla lepiej ode mnie pokąsanego od pierwszych kurów.
2 Furman.  Co ty chcesz; nie dają nocników, musi człowiek w komin odlewać; a woda w kominie to czysta pchla ikra.
1 Furman.  Hola, masztalerzu! wyleź na koniec, przybywaj!
2 Furman.  Mam zawieść aż na Charing Cross szynkę i dwa imbierowe korzenie.
1 Furman.  Tam do dyabla! Indyki w moim koszu prawie z głodu pozdychały. Hola, masztalerzu! a bodaj zaraza na cię padła! Czy ty nie masz w głowie oczu? czy słyszeć nie możesz? Jestem huncfot, jeśli to nie równie dobry uczynek głowę ci rozpłatać, jak kufel wychylić. Przybywaj, wisielcze! Czy nie masz sumienia? (Wchodzi Gadshill).
Gadshill.  Dzień dobry, furmani. Która godzina?
1 Furman.  Druga, jak myślę.
Gadshill.  Pożycz mi, proszę, twojej latami, żebym dojrzał w stajni mojego wałacha.
1 Furman.  Powoli, powoli; znam ja figiel co dwóch twoich wart.
Gadshill.  To proszę cię, ty mi pożycz twojej.
2 Furman.  Hę? co? Czy nie mógłbyś mi powiedzieć kiedy? Pożycz mi twojej latarni, mówisz? Na uczciwość, przód cię na gałęzi zobaczę.
Gadshill.  Mości furmanie, o której myślisz stanąć w Londynie?
2 Furman.  Na czas jeszcze, aby się przy świecy spać położyć, zaręczam. — Bracie Mugs, idźmy panów obudzić; chcą razem podróżować, bo mają ładowane juki. (Wychodzą furmani).
Gadshill.  Hola, stróżu!
Stróż  (za sceną). Zaraz, zaraz, mówi rzezimieszek.
Gadshill.  Co na jedno wychodzi jak zaraz, zaraz, mówi stróż, bo się nie więcej różnisz od rzezimieszka, jak kierownik od robotnika. Wszak to ty układasz plany. (Wchodzi Stróż).
Stróż.  Co powiedziałem wczora i dziś prawda. Jest tu osadnik z puszcz Kentskich, co z sobą przywiózł trzysta grzywien w złocie. Słyszałem, jak się z tem zwierzał wczora przy wieczerzy jednemu ze swych towarzyszy, który wygląda mi coś na prowentowego pisarza, a ma także nie lada juki, w których Bóg wie co się znajduje. Już wstali i wołają o jaja i masło. Za chwilę wyruszą.
Gadshill.  A jeśli nie spotkają na drodze wyznawców świętego Mikołaja,[17] dam ci w prezencie tę szyję.
Stróż.  A co mi po niej? Zachowaj ją raczej dla oprawcy, bo wiem, że czcisz świętego Mikołaja tak pobożnie, jak jakibądź pachołek bez czci i wiary.
Gadshill.  Co mi tam pleciesz o oprawcy. Jeżeli mnie powieszą, to będą dwie tłuste szubienice, bo gdzie ja podyndam, będzie tam i sir John dyndał, a wiesz, że to nie suchotnik. Ba, są tam jeszcze i inni Trojanie, o których ci się nawet nie marzyło, a którzy dla rozrywki raczyli nasze rzemiosło obecnością swoją zaszczycić! Gdyby się komu zachciało bliżej w tę sprawę zajrzeć, potrafią, dla własnego kredytu, wszystkiemu kark skręcić. Nie jestem ja kolegą obszarpańców, pałkonoszy, co dla dytka zastępują ludziom drogę, ani tych wąsatych wartogłowów, czerwonych suszykufli, ale urodzonej szlachty, burmistrzów i magnatów, u których szerokie plecy, a którzy wolą bić się niż gadać, a gadać niż pić, a pić niż się modlić. Ale nie prawda, bo oni wiecznie się modlą do swojej świętej rzeczypospolitej, ale i to nie prawda, bp to ona raczej do nich się modli[18], wciąż ją bowiem i z tylu i zprzodu skubią, a buty sobie z niej szyją.
Stróż.  Co, z rzeczypospolitej szyją sobie buty? Boję się, żeby nie przemokły na słocie.
Gadshill.  Bądź spokojny; sprawiedliwość dobrze je wysmarowała. Kradniem bezpiecznie jak w cytadeli; znaleźliśmy paprocie nasienie, jesteśmy niewidzialni.
Stróż.  Na uczczciwość, jabym raczej myślał, że więcej winniście nocy, niż paprociemu nasieniu, jeśli spacerujecie niewidzialni.
Gadshill.  Daj rękę; będziesz miał twoją część w naszem kupnie, jakem uczciwy.
Stróż.  Zaręcz mi to lepiej słowem nieuczciwego złodzieja.

Gadshill.  Dobrze, dobrze. Homo jest ogólne nazwisko wszystkich ludzi. Powiedz masztalerzowi, żeby wyprowadził ze stajni mojego wałacha. Bądź zdrów, mądry hultaju. (Wychodzą).
SCENA II.
Droga przy Gadshill.
(Wchodzą: Książe Henryk i Poins; w odległości Bardolf i Peto).

Poins.  Skryj się, skryj się co prędzej. Uprowadziłem konia Falstaffa; kręci się teraz jak gumowany aksamit.
Ks. Henr.  Odejdź na stronę. (Wchodzi Falstaff).
Falstaff.  Poins! Poins! a ty wisielcze! Poins!
Ks. Henr.  Cicho, opasły hultaju; czemu tak wrzeszczysz?
Falstaff.  Gdzie Poins, Henrysiu?
Ks. Henr.  Poszedł na wierzchołek pagórka; pójdę go szukać (udaje, że szuka Poinsa).
Falstaff.  Za karę za moje grzechy muszę kraść w towarzystwie tego złodzieja. Sprowadził łajdak mojego konia i ani wiem, gdzie go przywiązał. Jeśli przyjdzie mi jeszcze pójść piechotą cztery stopy kwadratowe, dostanę dychawicy. No, jestem pewny, że umrę uczciwą śmiercią we własnem łóżku, jeśli nie pójdę na stryczek za morderstwo tego urwisza. Od dwudziestu dwóch lat wyprzysięgam się co godzina jego towarzystwa, a zawsze jakieś czary trzymają mnie przy jego boku. Jeżeli ten łajdak nie zadał mi na miłość ku sobie, dam się powiesić; to być nie może inaczej, wypiłem eliksyr. — Poins! Henrysiu! A bodaj zaraza na was padła. Bardolf! Peto! Wolę z głodu umrzeć, niż jeden krok kraść dłużej. Jeżeli uczciwym zostać człowiekiem i opuścić tych huncfotów nie tak dobrym jest uczynkiem, jak kufel wychylić, to jestem największym ze wszystkich łajdaków, co kiedykolwiek żuli zębami. Ośm sążni nierównej drogi piechotą, to jest dla mnie mil siedmdziesiąt, a wiedzą o tem dobrze te kamiennego serca łotry. Złe to już czasy, kiedy złodzieje nie mogą sobie dotrzymać wiary. (Słychać świst). Fiu! Bodaj was wszystkich zjadła zaraza! Oddajcie mi konia, łajdaki; oddajcie mi konia, szubieniczniki.
Ks. Henr.  Cicho! opasłeflaki. Połóż się, przyłóż ucho do ziemi i słuchaj, czy cię nie doleci tentent podróżnych.
Falstaff.  A czy macie lewary, żeby mnie podważyć jak się raz powalę? Do kroćset beczek nie poniosę piechotą drugi raz tak daleko mojego mięsa za wszystką brzęczącą monetę w skarbnicy twojego ojca. Co za dyabeł wlazł wam do głowy, że tak po mnie jeździcie?
Ks. Henr.  Kłamiesz, nie jeździm po tobie, tylko tobie nie pozwalamy jeździć.
Falstaff.  Proszę cię, dobry Henrysiu, pomóż mi odszukać mojego konia, dobry królewiczu.
Ks. Henr.  A to znowu! czy chcesz, hultaju, żebym został twoim masztalerzem?
Falstaff.  A bodajeś wisiał na twojej własnej podwiązce domniemanego następcy! Jeśli mnie złapią, zadenuncyuję was wszystkich, a jeśli nie najmą wierszokletów, żeby składali o was ballady na jaką wszeteczną nutę, bodajem się otruł kuflem kseresu! Brzydzę się śmierdzącymi żartami a do tego jeszcze na piechotę. (Wchodzi Gudshill).
Gadshill.  Stój!
Falstaff.  Stoję na nieszczęście, a mimowoli.
Poins.  A, to nasz wyżeł; poznaję go po głosie.
(Wchodzi Bardolf).
Bardolf.  Co za nowiny?
Gadshill.  Dalej! czem prędzej do masek! do masek! Królewskie pieniądze schodzą z góry, idą do królewskiej skarbnicy
Falstaff.  Łżesz, hultaju, bo idą do królewskiego szynku.
Gadshill.  Jest tam dosyć dla nas wszystkich.
Falstaff.  Na stryczki!
Ks. Henr.  Wy czterech stawicie im czoło w wąwozie; Ja i Edzio zbiegniemy niżej; jeśli wam się wyślizgną, na nas wpadną.
Peto.  A ilu ich tam?
Gadshill.  Może ośmiu, może dziesięciu.
Falstaff.  Tam do dyabła! Czy tylko czasem oni nas nie okradną?
Ks. Henr.  Hę? Czy zaczynasz już tchórzyć, Sir John Kaldunie?
Falstaff.  Prawdę mówiąc, nie jestem ja Janem z Gandawy, twoim dziadkiem, ale nie jestem też i tchórzem, Henrysiu.
Ks. Henr.  Przekonamy się o tem przy sposobności.
Poins.  Mości Jasiu, koń twój stoi za płotem; jeśli go będziesz potrzebował, tam go znajdziesz. Bądź zdrów, a dotrzymaj kroku?
Falstaff.  Ach, gdybym mógł dać mu kułaka, choćby pójść potem na szubienicę!
Ks. Henr.  Edziu, gdzie nasze przebranie?
Poins.  Nie daleko stąd; idźmy (Wychodzą: książę Henryk i Poins).
Falstaff.  A teraz, mości panowie, szczęść Boże! Każdy na swoje stanowisko. (Wchodzą podróżni).
I Podróżn.  Chodź ze mną sąsiedzie; parobek sprowadzi z góry nasze konie, a my pójdziemy chwilkę naprzód piechotą, żeby sobie nogi wyprostować.
Złodzieje.  Stójcie!
Podróżni.  Chryste Jezu, zmiłuj się nad nami!
Falstaff.  Bij, kłój, siecz tych huncfotów! ho, skurwysyny gąsiennice! słoninojady łajdaki! Oni nienawidzą nas, młodzieży: bij ich, drzej ich ze skóry!
I Podróżn.  O, zginęliśmy, i my i wszystko co nasze, na wieki!
Falstaff.  Na szubienicę z wami, brzuchate huncfoty. Zginęliście, mówisz? Nie, nie, opaśli brzuchacze; at, jakbym pragnął, żeby tu były wszystkie wasze spiżarnie! Dalej, sperki, dalej! Ha, co, wy łajdaki? Toć przecie żyć musi młodzież. Wszak to wy należycie do wielkich jurów, nie prawda? My wam tu teraz jury pokażemy. (Wybiegają Falstaff i inni, pędząc przed sobą podróżnych; po chwili wchodzą: książę Henryk i Poins).
Ks. Henr.  Złodzieje powiązali uczciwych ludzi. Gdyby nam się teraz udało okraść złodziei i wrócić wesoło do Londynu, byłoby na tydzień rozmowy, śmiechu na miesiąc, a dobry żart na zawsze.
Poins.  Usuńmy się, wracają. (Wchodzą złodzieje).
Falstaff.  Dalej, mości panowie, podzielmy się, a potem na koń przed świtem. Jeżeli książę i Poins nie dwaj wierutni tchórze, to niema sprawiedliwości na ziemi. Ten Poins nie odważniejszy od dzikiej kaczki. (Gdy się dzielą Książę i Poins wpadają na nich).
Ks. Henr.  Oddajcie pieniądze!
Poins.  Hultaje! (Falstaff po jednem lub dwóch cięciach ucieka razem z innymi, zostawiając łupy).
Ks. Henr.  Łatwe zwycięztwo; więc na koń wesoło!
Strach tak rozgonił przelękłych złodziei,
Że jeden z drugim spotkać się nie waży,
Bo mu kolega żandarmem się zdaje.
Jedźmy! Na śmierć się teraz Falstaff poci,
I uciekając chudą ziemię tłuści.
Gdybym od śmiechu nie pękał, prawdziwie
Żalby mi było biedaka.
Poins.  A jak hultaj ryczał. ( Wychodzą).

SCENA III.
Sala w Zamku Warkworth.
(Wchodzi Hotspur czytając list).

Hotspur.  „Ale co do mnie, milordzie, radbym się tam znajdować dla miłości, którą chowam w sercu ku waszemu domowi“. — Radby! czemuż się nie znajduje? Dla miłości, którą chowa w sercu ku naszemu domowi — pokazuje przez to, że kocha swoją stodołę goręcej, niż dom nasz. Zobaczmy dalej. „Dzieło, które zamierzacie, jest niebezpieczne“. — Co do tego, to rzecz niewątpliwa. Toć zakatarzyć się i spać i pić jest niebezpiecznie; ale ci powiadam, lordzie dudku, że na tej pokrzywie — niebezpieczeństwo, uszczkniemy kwiat — bezpieczeństwo. „Dzieło, które zamierzacie jest niebezpieczne; przyjaciele, których wymieniasz, niepewni; sam czas nawet źle wybrany, a plan cały na lekki, żeby zrównoważył tak ogromne przeszkody“. — Tak mówisz? A ja ci znów powiadam, że płytki i tchórzliwy z ciebie pachołek, że kłamiesz. Cóż to za pusta pałka! A ja utrzymuję, że nigdy nikt lepszego planu nie wymyślił; że nasi przyjaciele są wierni i stali; dobry plan, dobrzy przyjaciele i pełni dobrej nadziei; wyborny plan, przyjaciele najlepsi. A cóż to za mroźnoduszny hultaj! Jakto? Wszak milord York pochwala plan i cały tok sprawy. Na tę prawicę, gdybym miał teraz pod ręką tego lorda, gotówbym mu mózgownicę rozpłatać wachlarzem własnej jego żony. Alboż tam niema mojego ojca, mojego stryja i mnie samego? A lord Edmund Mortimer, milord York i Owen Glendower? Czy niema tam oprócz tego Douglasa? Czy nie mam ich piśmiennego zaręczenia, że połączą się ze mną na czele swoich hufców około dziewiątego przyszłego miesiąca? Czy niektórzy z nich już nie w marszu? A cóż to za hultaj poganin, co za niewierny! Zobaczycie teraz, że z całą szczerością trwogi i zimnego serca pobieży do króla i wyjawi mu wszystkie nasze zamachy. Gotówbym własną ręką na kawałki się posiekać, że takiemu talerzowi zbieranego mleka zaproponowałem czyn tak honorowy. Szubienicznik! Niech sobie wszystko wypapla królowi; jesteśmy gotowi; wyruszę tej nocy. (Wchodzi lady Percy).
Za dwie cię godzin rzucić muszę, Kasiu.

Lady P.  Dlaczego, mężu, zawsześ tak samotny?
Com przewiniła, że od dwóch tygodni
Jestem wygnanką łożnicy Henryka?
Powiedz, mój drogi, co ci odebrało
Złoty sen, radość dawną i apetyt?
Czemu wlepione twoje oczy w ziemię,
A gdyś samotny co dgrania twe znaczą?
Czemu rumieniec z twojej uciekł twarzy?
Czemuś me skarby, me do ciebie prawa,
Przeklętym smutkom i marzeniom oddał?
W śnie twoim lekkim czuwałam nad tobą;
O wojnie krwawej w marzeniu mruczałeś,
Rozhulanego zataczałeś konia,
Wołałeś: śmiało! naprzód! rozprawiałeś
O oblężeniach, wycieczkach, odwrocie,
O palisadach, twierdzach, parapetach,

O bazyliszkach,[19] działach, szmigownicach,
Wykupie jeńców, ginących rycerzach,
O wszystkich bitwy zażartej przygodach.
Tak dusza twoja zaciekła się w boju,
Tak we śnie twoją miotała istnością,
Że pot wystąpił kroplami na czoło
Jak bańki wody na wezbrane fale.
Twoje oblicze dziwnie się kurczyło,
Jak twarz człowieka, co oddech wstrzymuje
W zbytnim pośpiechu. Co wszystko to znaczy?
Mąż mój wyplątany w ważną jakąś sprawę;
Muszę ją wiedzieć, lub już mnie nie kocha.
Hotspur.  Hola! (Wchodzi sługa).
Czy Gilliams wyjechał z pakietem?
Sługa.  Wyjechał panie, godzina już temu.
Hotspur.  Czy Butler z końmi wrócił od szeryfa?
Sługa.  Właśnie jednego przyprowadził konia.
Hotspur.  Z podstrzyżonemi uszami deresza?
Sługa.  Tak jest.
Hotspur.  Ten deresz tronem moim będzie.
Wraz go dosiędę. Naprzód! Esperance![20]
Niech go do parku Butler przyprowadzi.

(Wychodzi sługa).

Lady P.  Słuchaj mnie, mężu.
Hotspur.  Co mówić chcesz, żono?
Lady P.  Co cię z własnego domu tak unosi?
Hotspur.  Mój koń, kochanie.
Lady P.  Drogi postrzeleńcze,
Łasica mniej ma od ciebie kaprysów.
Lecz muszę, muszę sprawę twoją wiedzieć,
Muszę. Henryku. Bardzo się obawiam,
Że brat mój swoich praw chce poszukiwać,
I pewno teraz wzywa cię na pomoc.
Jeśli tam pójdziesz —

Hotspur.  Piechotą, kochanie,
Daleka podróż zbytby mnie zmęczyła.
Lady P.  No, no, papużko, dość tego, a teraz
Odpowiedz jasno na moje pytania.
Jeśli mi całej nie wyjawisz prawdy,
Małym ci palec gotowa jest złamać.
Hotspur.  Skończmy, figlarko. Ja, kochać cię, Kasiu?
Ja cię nie kocham, ja nie dbam o ciebie,
Bo to nie pora w lalki się dziś bawić,
Albo harcować na pocałowania;
Krwi dzisiaj trzeba, czaszek potrzaskanych.
O Boże, koń mój! — Co chciałaś powiedzieć?
Lady P.  Więc mnie nie kochasz? nie kochasz, na prawdę?
To i nie kochaj. Odkąd mnie nie kochasz,
I ja też nie chcę samej siebie kochać.
Więc mnie nie kochasz? Powiedz mi, Henryku,
Czy mi to mówisz na prawdę, czy żartem?
Hotspur.  Chodź, jeśli chcesz mnie na koniu zobaczyć,
A raz na koniu, przysięgnę ci, Kasiu,
Że nieskończenie kocham cię. Lecz słuchaj:
Nie chcę na przyszłość, abyś mnie pytała,
Dokąd wyruszam i dlaczego jadę.
Gdzie muszę, muszę. Aby raz rzecz skończyć,
Dziś, dobra Kasiu opuścić cię muszę.
Wiem, żeś roztropna, lecz nie roztropniejsza
Od żony Percy Henryka; wytrwała,
Kobieta jednak; co do tajemnicy,
Wiem, że od ciebie skrytszej znaleźć trudno.
I o tem silnie jestem przekonany,
Że czego nie wiesz, tego nie wygadasz,
I, dobra Kasiu, o tyle ci ufam.
Lady P.  O tyle tylko?
Hotspur.  Ani na cal więcej.
Lecz słuchaj Kasiu, gdzie ja, ty pojedziesz;
Ja, dzisiaj wieczór, a ty, jutro rano;
Czy dość ci na tem?
Lady P.  Gdzie mus, trudny opór.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Eastcheap. Izba w oberży pod Głową Odyńca.
(Wchodzą: książę Henryk i Poins).

Ks. Henr.  Proszę cię, Edziu, wyjdź z tej zatłuszczonej izby i pomóż mi trochę śmiać się.
Poins.  Gdzie byłeś, Henrysiu?
Ks. Henr.  Z trzema lub czterema antałkowiczami śród sześćdziesięciu antałków. Trąciłem w najniższą stronę uniżoności. Przyjacielu, jestem ślubnym bratem sfory szynkarczyków i mogę nazywać każdego po chrzestnem imieniu, jak: Tom, Dik lub Franciszek. Już mi przysięgają na swoje zbawienie, że choć jestem jeszcze tylko księciem Walii, jestem już królem uprzejmości; wręcz mi powiadają, że nie jestem dumnym Jaśkiem, jak Falstaff, ale Koryntczykiem, chłopakiem serdecznym, uczciwcem; skoro też zostanę królem Anglii, będę miał na rozkazy wszystkich wiarusów w Eastcheap. U nich wypić do dna nazywa się: szkarłacić, a gdy pijąc, zatrzymam się, aby odetchnąć, he! wołają i proszą, żebym się nie żenował. Słowem, przez kwadrans takie zrobiłem postępy, że z lada kotlarzem mógłbym w jego własnym języku pić całe życie. Wierzaj mi, Edziu, wiele straciłeś na honorze, że nie byłeś ze mną w tej potrzebie. Ach, słodki Edziu, żeby osłodzić to imię Edziu, daję ci tę groszową trąbkę cukru, którą właśnie wścibił mi do ręki podszynkarczyk, co w życiu całem innych słów nie wymówił, jak: złotych ośm, groszy pietnaście, lub: witamy! z wrzaskliwym dodatkiem: zaraz! zaraz! Utocz kwartę maślaku do półksiężyca — lub coś podobnego. Ale Edziu, żeby zabić czas do powrotu Falstaffa, schowaj się do jakiej bocznej izby, a gdy zacznę się wypytywać mojego podszynkarczyka, na co dał mi cukier, wołaj bez ustanku: Franciszku! żeby cała jego odpowiedź zredukowała się do: zaraz! zaraz! Odejdź na stronę, a naucz się jak masz robić.
Poins.  Franciszku!
Ks. Henr.  Doskonale.
Poins.  Franciszku! (wychodzi Poins, wchodzi Franciszek).
Francisz.  Zaraz, zaraz panie. Zajrzyj do granatowej izby, Ralfio.
Ks. Henr.  Słuchaj, Franciszku.
Francisz.  Jaśnie panie.
Ks. Henr.  Jak długo jeszcze masz służyć, Franciszku
Francisz.  Pięć lat jeszcze, a co do —
Poins   (za sceną). Franciszku!
Francisz.  Zaraz, zaraz, panie.
Ks. Henr.  Pięć lat jeszcze? Najświętsza Panno! długi to kontrakt na dzwonienie cyną. Ale Franciszku, czy miałbyś dosyć serca stchórzyć przed twoim kontraktem, pokazać mu pięt parę i drapnąć od niego?
Francisz.  O panie, gotów jestem przysiądz na wszystkie biblie w Anglii, że potrafiłbym znaleźć w mojem sercu —
Poins   (za sceną). Franciszku!
Francisz.  Zaraz, zaraz panie.
Ks. Henr.  Ile masz lat, Franciszku?
Francisz.  Obaczmy. Na świętego Michała będę miał —
Poins   (za sceną). Franciszku!
Francisz.  Zaraz, panie. Proszę jaśnie pana poczekać chwilę.
Ks. Henr.  Ale nie. Słuchaj tylko, Franciszku; co do cukru, który mi dałeś — było go tam za grosz, czy nie prawda?
Francisz.  O panie, jakbym pragnął, żeby go tam było za dwa grosze!
Ks. Henr.  Za ten cukier dam ci tysiąc funtów; dopomnij się kiedy zechcesz, będą ci wypłacone.
Poins   (za sceną). Franciszku!
Francisz.  Zaraz, zaraz.
Ks. Henr.  Zaraz, Franciszku? Nie, Franciszku, ale jutro, Franciszku, albo, Franciszku, we czwartek, albo zresztą, Franciszku, kiedy zechcesz. Ale, Franciszku —
Francisz.  Jaśnie panie?
Ks. Henr.  Czy chciałbyś okraść tego jegomościa w skórzanym kaftanie, z kryształowymi guzikami, ostrzyżoną czupryną, pierścieniem z agatu, w szarych pończochach z nicianemi podwiązkami, ze słodziuchnym językiem a hiszpańskim kapciuchem?
Francisz.  O panie, kogo masz na myśli?
Ks. Henr.  Postrzegam, że wasza mętna lura jest twoim jedynym napojem; bo widzisz, Franciszku, twój kaftan z białego płótna zbruka się, a w Barbaryi przyjacielu, rzeczy nie zachodzą tak daleko.
Francisz.  Hę, jaśnie panie?
Poins   (za sceną). Franciszku!
Ks. Henr.  Ruszaj, hultaju, czy nie słyszysz, że cię wołają?

(Tu obaj wołają go razem, Franciszek stoi odurzony, nie wiedząc w którą iść stronę. — Wchodzi Winiarz).

Winiarz.  Czemu stoisz jak drąg, głuchy na takie wołanie? Ruszaj mi zaraz służyć gościom. (Wychodzi Franciszek). Stary sir John z pół tuzinem towarzyszy stuka do drzwi; czy mam ich wpuścić?
Ks. Henr.  Zostaw ich tam jeszcze chwilę, a otwórz im potem. (Wychodzi Winiarz). Poins! (Wchodzi Poins).
Poins.  Zaraz, zaraz, panie.
Ks. Henr.  Falstaff i reszta złodziei są już przy bramie. Toż będziem weseli!
Poins.  Jak świerszcze polne, braciszku. Ale słuchaj, co znaczy ten żart z szynkarczykiem? co z tego ci przyszło?
Ks. Henr.  Czuję w sobie teraz chętkę do płatania wszystkich figli, które uchodziły za krotofile od starych czasów Adama aż do tej nowo narodzonej godziny dwunastej z północy. (Wchodzi Franciszek z winem). Która godzina, Franciszku?
Francisz.  Zaraz, zaraz, panie.
Ks. Henr.  Że też ten nicpoń mniej umie słów od papugi, a jest przecie synem niewiasty! Cały jego przemysł iść na piętro i schodzić na dół; cała jego wymowa wyrecytować rachunek. Nie mam jeszcze humoru lorda Percy, tej gorącej ostrogi północy, co mi to zabija sześć lub siedm tuzinów Szkotów na śniadanie, umywa ręce i mówi do żony: „Fe, cóż to za nudne, spokojne życie! Nie mam nic do roboty“. A ona mu na to: „O słodki mój Henryku, iluż tam ich dziś zabiłeś?“ — „Napójcie mojego deresza“ naprzód woła, potem odpowiada: „Jakich czternastu“; a godzina później: „bagatela, bagatela“. — A teraz, proszę cię, zawołaj Falstaffa, będę grał rolę lorda Percy, a ten kawał wieprzowiny rolę lady Mortimer, jego żony. Rivo![21] jak mówią pijacy. Zawołaj mi tego brzuchacza, tę kupę łoju.

(Wchodzą: Falstaff, Bardolf, Gadshill i Peto).

Poins.  Witaj nam, Jasiu, gdzież to bywałeś?
Falstaff.  Bodaj zaraza padła na wszystkich tchórzów! bodaj ich dyabli porwali! co daj Boże, amen. Daj mi szklankę kseresu, pachołku. Niż takie życie dłużej prowadzić, wolę robić pończochy, wolę je cerować, zarabiać nawet im pięty. Zaraza na wszystkich tchórzów! Daj mi szklankę kseresu, hultaju. Toć niema już cnoty na ziemi? (pije).
Ks. Henr.  Czyś widział kiedy Tytana, miłosnego Tytana, całującego osełkę masła, która roztopiła się w tkliwym uścisku słońca? Jeśli jeszcze nie widziałeś, to patrz teraz na tę bryłę tłustości.
Falstaff.  A łotrze! czuję wapno w tym kseresie. Trudno znaleźć w łotrze co innego jak łotrostwo. Ale tchórz gorszy od szklanki wapnistego wina; tchórz, rzecz to paskudna. Idź sobie swoją drogą, stary Jasiu, umieraj kiedy zechcesz, bo jeśli męstwo, uczciwe męstwo, nie zapomniane na powierzchni tej ziemi, to ja jestem śledź wyikrzony. Nie znajdziesz w Anglii trzech uczciwych ludzi nie powieszonych, a jeden z nich utył i starzeje. Dopomóż nam panie! zły to świat, powtarzam. Bodajem się był tkaczem urodził! śpiewałbym psalmy lub co innego. Zaraza na wszystkich tchórzów! raz jeszcze.
Ks. Henr.  Co tam, worku wypchany wełną, co tam mruczysz sobie pod nosem?
Falstaff.  Królewski syn! Jeśli cię nie wypędzę z twojego królestwa drewnianą szabelką, a nie pogonię przed tobą wszystkich twoich poddanych jak stada dzikich gęsi, to nie pozwolę jednemu włoskowi puścić się na mojej twarzy. Ty, książę Walii!
Ks. Henr.  A ty skurwysynie, okrągły człowieku, o co tu idzie?
Falstaff.  Czy ty nie tchórz? Odpowiedz mi na to pytanie, i niech mi na nie i ten tu Poins odpowie.
Poins.  Do kroćset beczek, tłusty kałdunie, jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie tchórzem, zakolę cię.
Falstaff.  Ja tchórzem cię nazywać? Przód cię na dnie piekła zobaczę, nim cię tchórzem nazwę; ale dałbym tysiąc funtów, gdybym mógł tak szybko jak ty zmiatać. Dość prosto trzymacie ramiona i nie dbacie, kto widzi wasze plecy; i wy to nazywacie stać po plecach waszego przyjaciela? Niech dyabeł bierze takich popleczników! Daj mi takich, co się nie zlękną w twarz mi spojrzeć. Daj mi szklankę kseresu; jestem łajdak, jeślim dziś kroplę wpuścił do gęby.
Ks. Henr.  A hultaju, ledwoś sobie usta otarł po ostatniej szklenicy.
Falstaff.  Mniejsza o to. Zaraza na wszystkich tchórzów! mówię zawsze (pije).
Ks. Henr.  Dlaczego to mówisz?
Falstaff.  Dlaczego to mówię? My czterej zarobiliśmy tysiąc funtów dziś rano.
Ks. Henr.  Gdzie są, Jasiu, gdzie są?
Falstaff.  Gdzie są? są nam wydarte. Stu łotrów wpadło na czterech nas biedaków.
Ks. Henr.  Co, stu? człowieku
Falstaff.  Jestem łajdak, jeśli nie byłem przez dwie godziny na pół szabli od tuzina tych opryszków. Cudem tylko wyszedłem cały. Ośm razy byłem pchnięty przez kaftan; cztery razy przez szarawary; tarcza moja podziurawiona, a szabla posiekana, wygląda jak piła: ecce signum[22]. Nie sprawiłem się dzielniej od czasu jak wyrosłem na męża; ale wszystko na nic się nie przydało. Zaraza na wszystkich tchórzów! — Niech mówią; ale jeśli powiedzą więcej lub mniej jak prawdę, nazwij ich łajdakami i synami ciemności. Ks. Henr.  Mówcie, jak się to stało?
Gadshill.  My czterej wpadliśmy na jaki tuzin —
Falstaff.  Na szesnastu najmniej, milordzie.
Gadshill.  I związaliśmy ich.
Peto.  Nie, nie, nie byli związani.
Falstaff.  Byli, hultaju, byli związani, wszyscy od pierwszego do ostatniego, albo jestem żydem, hebrajczykiem żydem.
Gadshill.  Gdyśmy się dzielili, jakich sześciu lub siedmiu świeżych łotrów wpada na nas —
Falstaff.  Rozwięzuje resztę; a w tem nadbiegają inni.
Ks. Henr.  A wy biliście się ze wszystkimi?
Falstaff.  Ze wszystkimi? Nie wiem co nazywasz: wszystkimi? lecz jeśli się nie biłem z jaką pięćdziesiątką, to jestem wiązką rzodkiewek; jeśli nie było ich dwóch lub trzech i pięćdziesięciu na jednego biednego, starego Jasia, to nie jestem dwunożnem stworzeniem.
Poins.  Daj tylko Boże, żebyś kilku z nich nie zamordował.
Falstaff.  Ha, temu nie poradzi już modlitwa. Dwóch z nich opieprzyłem; dwom, jestem pewny, zapłaciłem, co im się należało, dwom hultajom w drelichowych sukmanach. Słuchaj, Henryczku, jeśli łżę, pluń mi w twarz i nazwij mnie koniem. Znasz moje stare zastawienie; otóż ja tu stoję, a tam daję takie pchnięcia. Aż tu podchodzi mnie czterech urwiszów w drelichu —
Ks. Henr.  Co? czterech? Toż dopieroco dwóch powiedziałeś.
Falstaff.  Czterech, Henrysiu, powiedziałem ci czterech.
Poins.  Tak jest, prawda, powiedział czterech.
Falstaff.  Otóż ci czterej posuwają się ku mnie frontem i strasznem wymierzyli na mnie pchnięciem, ale ja, bez żadnych tam korowodów, wszystkie ich siedm szpic w tarczę przygarnąłem — tak.
Ks. Henr.  Siedm? Przed chwilą było ich czterech.
Falstaff.  W drelichowych sukmanach.
Poins.  Tak jest, czterech w drelichowych sukmanach.
Falstaff.  Siedmiu, na tę rękojeść, albo jestem łajdak.
Ks. Henr.  Daj mu pokój, proszę, niedługo będzie ich więcej.
Falstaff.  Czy słuchasz mnie, Henrysiu?
Ks. Henr.  Słucham i uważam.
Falstaff.  Dobrze robisz, bo rzecz godna słuchania. Otóż tych dziewięciu w drelichu, o których ci mówiłem —
Ks. Henr.  Tak jest, już dwóch więcej.
Falstaff.  Widząc złamane swoje szpice —
Poins.   Zaczęli sami łamane sztuki.
Falstaff.  Zaczęli mi ustępować, ale ja krok w krok za nimi, dopędziłem, zwarłem się na ostre, i w mgnieniu oka siedmiu z owych jedynastu, zapłaciłem, co im się należało.
Ks. Henr.  O dziwy! siedmiu drabów w drelichu z dwóch wyrosło!
Falstaff.  Ale jakimś dyabelskiem zrządzeniem, trzech przeklętych urwiszów w zielonych kendalskich[23] kapotach, zachodzi mi z tyłu i rzuca się na mnie, — bo tak było ciemno, Henrysiu, żebyś własnej ręki nie zobaczył.
Ks. Henr.  Łgarstwa te są jak ojciec, który je począł, ogromne jak góra, bezczelne, dotykalne. A ty kiszko z glinianym mózgiem, zakuty głupcze, skurwysynie, sprosna, tłusta beczko łoju —
Falstaff.  A to co znowu? Czy oszalałeś? czy oszalałes? Czy prawda nie jest prawdą?
Ks. Henr.  Jakżeś mógł poznać tych drabów w zielonych kendalskich kapotach, jeśli tak było ciemno, że nie mogłeś własnej widzieć ręki? Wytłómacz to nam.
Poins.  Tak jest, wytłómacz to nam, wytłómacz to nam.
Falstaff.  Co? przymuszony? nie, choćbyście mnie w koło wplatali, choćbyście mnie na najstraszniejsze brali tortury, nie odpowiem wam ani słowa przymuszony. Wytłómaczyć wam to przymuszony? Choćby mi tłómaczenia rosły tak obficie jak jarzyny, żadnemu człowiekowi na świecie nie dam tłómaczenia z przymusu, nie, nigdy!
Ks. Henr.  Nie chcę być dłużej winnym tego grzechu. Tłusty ten tchórz, ten gnieciłóżko, ten łamigrzbiet koński, ta ogromna góra mięsa —
Falstaff.  Precz mi stąd ty wychudku, ty chochlicza skóro, ty wędzony ozorze, bykowcze, ty stokfiszu — o bodaj mi tchu stało do wyliczenia wszystkiego, co do ciebie podobne! Ty łokciu krawiecki, ty pochwo, ty kołczanie, ty nędzne szydełko —
Ks. Henr.  Wytchnij trochę a potem prowadź rzecz dalej, a kiedy się już zmęczysz wyliczaniem podłych porównań, pozwolisz mi parę słów ci powiedzieć.
Poins.  Słuchaj go, Jasiu.
Ks. Henr.   My dwaj widzieliśmy, jak we czterech wpadliście na czterech, związaliście ich i zabraliście im pieniądze. Zważaj teraz, jak cię prosta powieść skonfunduje. Natychmiast my dwaj wpadamy na was czterech, i, żeby się długo nie rozwodzić, odegnaliśmy was od waszego łupu, który mamy i który możemy wam pokazać tu, w tym domu, a ty, Falstaffie, uniosłeś twoje bebechy tak rzeźko, tak zwinnie i szybko! a tak ryczałeś o miłosierdzie, tak zmiatałeś ciągle rycząc, że nigdy lepiej żadne nie ryczało cielę. Co za pohaniec! z ciebie, że tak posiekałeś twoją szablę, a utrzymywałeś potem, że to w rozprawie! Jaki figiel, jaki wybieg, jaką mysią dziurę znajdziesz teraz, aby się schować przed tą oczywistą, wyraźną hańbą?
Poins.  Słuchamy, Jasiu, jaki masz teraz figiel na rozkazy?
Falstaff.  Klnę się na wszystko, że tak dobrze was poznałem, jak ten, który was zrobił. Posłuchajcie tylko, mości panowie. Czy to moją było rzeczą zabić domniemanego następcę tronu? Miałżem wymierzyć szablę na prawdziwego księcia? Toć wiesz przecie, że jestem waleczny jak Herkules, ale zważaj na to, co to jest instynkt. Lew nigdy się nie tknie prawdziwego księcia. Instynkt, rzecz to wielka; stchórzyłem przez instynkt. Odtąd aż do śmierci będę lepiej myślał tak o sobie jak i o tobie; o sobie, że jestem lwem walecznym, a o tobie, że jesteś prawdziwym księciem. Ale, moje chłopaki, rad jestem, że macie pieniądze. Gospodyni! drzwi zarygluj! Czuwaj tej nocy, módl się jutro. Zuchy, dzieci, chłopaki, złote serduszka, wszystkie tytuły dobrego koleżeństwa z prawa wam się należą. Co, czy mamy się bawić? czy mamy zaimprowizować jaką komedyę?
Ks. Henr.  Zgoda, a jej treścią będzie twoje drapnięcie.
Falstaff.  Ach, ani słowa więcej o tem, Henrysiu, jeśli mnie kochasz. (Wchodzi gospodyni).
Gospod.  Mości książę —
Ks. Henr.  Co tam nowego, mościa gospodyni? Co masz mi powiedzieć?
Gospod.  Mam powiedzieć, mości książę, że stuka do bramy pan od dworu i chce z tobą mówić; powiada, że przychodzi od twego ojca.
Ks. Henr.  Daj temu panu koronę, żeby go zrobić królem i odeślij go znowu do mojej matki.
Falstaff.  Co to za człowiek?
Gospod.  Stary człowiek.
Falstaff.  Co robi powaga nie w łóżku o północy? Czy mam mu ponieść odpowiedź?
Ks. Henr.  Proszę cię, Jasiu.
Falstaff.  Bądź spokojny; dam odprawę, jak należy (wychodzi).
Ks. Henr.  Niema co mówić, mości panowie, biliście się walecznie; walecznie i ty, Peto, i ty, Bardolfie; i z was lwy także; umykaliście przez instynkt, nie chcieliście dotknąć prawdziwego księcia; nie broń Boże!
Bardolf.  Na uczciwość, zmykałem, gdym widział innych zmykających.
Ks. Henr.  Powiedz mi teraz szczerze, skąd te szczerby na szabli Falstaffa?
Peto.  Nasiekał ją własnym sztyletem i mówił, że albo z Anglii wyklnie prawdę, albo cię zmusi uwierzyć, że szabla była w bitwie wyszczerbiona. I nam poradził zrobić to samo.
Bardolf.  Tak jest, i nosy sobie łechtać perzem aż krew popłynie, krwią tą pomazać nasze ubranie i przysięgać, że to krew naszych przeciwników. Zdarzyło mi się też, czego od lat siedmiu nie doświadczyłem: zarumieniłem się, słuchając jego potwornych wymysłów.
Ks. Henr.  A hultaju, ukradłeś kielich pełny kseresu ośmnaście lat temu i schwytany byłeś na uczynku, odtąd rumieniłeś się ex tempore[24]. Miałeś ogień i żelazo na rozkazy a drapnąłeś jednak. Jaki instynkt ci to poradził?
Bardolf   (pokazując swój czerwony nos). Milordzie, czy widzisz te meteory? czy spostrzegasz te wyziewy?
Ks. Henr.  Widzę.
Bardolf.  Co one twojem zdaniem przepowiadają?
Ks. Henr.  Gorące wątroby a zimne sakiewki.
Bardolf.  Żółć, milordzie, na dobre zrozumienie.
Ks. Henr.  Nie, na dobre zrozumienie, stryczek. (Wchodzi Falstaff). Ale otóż wraca chudy Jasiek, wraca szkielet. Co tam nowego, słodkie moje nadęte stworzenie? Ile temu jak widziałeś, Jasiu, własne kolano?
Falstaff.  Własne kolano? Kiedy miałem twoje lata, Henrysiu, miałem stanik jak orla szpona; mogłem się prześlizgnąć przez pierścień z wielkiego palca każdego aldermana. Ale czego nie mogą westchnienia i smutek! Wydymają człowieka jak pęcherz. — Paskudne biegają po ulicach wieści. Był tu sir John Bracy od twojego ojca, musisz na dwór pośpieszyć jutro rano. Ten sam wartogłów z północy, Percy, i ten Walijczyk, co to dał kije Amaimonowi, a Lucyperowi rogi przyprawił, zmusił dyabła do przysiężenia mu lennego hołdu na krzyż walijskiej halabardy — jak go tam u licha nazywasz?
Poins.  Glendower.
Falstaff.  Owen, Owen, on właśnie; i zięć jego Mortimer i stary Northumberland, i ten zuch, Szkot nad Szkoty, Douglas, co ci to mknie konno na wierzchołek prostopadłej góry.
Ks. Henr.  Co galopując z pistoletu zabija wróbla w locie.
Falstaff.  Trafiłeś.
Ks. Henr.  Lepiej niż on wróbla.
Falstaff.  Hultaj ten jednak ma ducha, nie zemknie.
Ks. Henr.  A dlaczegóż, hultaju, dopieroco go przechwalałeś, że mknie doskonale?
Falstaff.  Konno, kukułko, bo na piechotę piędzi ci nie ustąpi.
Ks. Henr.  Tak jest, Jasiu, z instynktu.
Falstaff.  Przystaję, z instynktu. Otóż i on jest tam także, i niejaki Mordake, a w dodatku jaki tysiąc niebieskich czapeczek. Worcester wymknął się tej nocy; broda twojego ojca zbielała tej nocy; możesz teraz kupić grunt tanio, jak śmierdzącą makrelę.
Ks. Henr.  To prawdopodobnie, jeśli czerwiec będzie gorący, a przeciągną się te domowe targańce, będziemy kupowali prawiczeństwo jak hufnale — na kopy.
Falstaff.  Na mszę świętą, prawdę mówisz, mój chłopaku. Jest wielkie podobieństwo, że niezgorszy będzie handelek tym towarem. — Ale powiedz mi, Henrysiu, czy strach cię nie bierze? Boć jesteś domniemanym następcą; czy mógłby ci świat wynaleźć trzech jeszcze takich nieprzyjaciół, jak ten szatan Douglas, ten upiór Percy i ten dyabeł Glendower? Czy ci nie strach okrutny? Czy na myśl o tem krew ci się nie ścina?
Ks. Henr.  Bynajmniej, na uczciwość; brak mi twojego instynktu.
Falstaff.  Tym lepiej. Ale będziesz okrutnie wyłajany jutro, gdy wrócisz do ojca. Jeśli mnie kochasz, przygotuj odpowiedź.
Ks. Henr.  Podejmij się więc roli mojego ojca i wypytuj mnie o szczegóły mojego życia.
Falstaff.  Ja? chętnie. To krzesło będzie moim tronem, ten sztylet mojem berłem, a ta poduszka moją koroną.
Ks. Henr.  Twój tron wezmą ludzie za stolec, twoje złote berło za ołowiany sztylet, a twoją drogą, kosztowną koronę za nędzną łysą pałkę.
Falstaff.  Mniejsza o to. Jeśli ogień łaski nie wygasł w tobie do iskierki, teraz będziesz wzruszony. Dajcie mi szklankę kseresu, bo trzeba, żeby moje oczy były czerwone, aby myślano, żem płakał; powinnością moją mówić namiętnie, a wywiążę się z niej jak drugi król Kambizes.
Ks. Henr.  Więc dobrze, oto mój pokłon.
Falstaff.  A to moja przemowa; szlachetni panowie, odstąpcie.
Gospod.  Na uczciwość, prześliczna krotofila.
Falstaff.  Nie płacz, słodka królowo, bo cedzenie łez daremne.
Gospod.  O, co za ojciec! jak umie godność zachować!
Falstaff.  Przez Boga, szlachto, wywiedźcie królowę,
Bo Izy jej oczu zapierają śluzy.
Gospod.  O prześlicznie! Na uczciwość, udaje jakby jeden z tych wszetecznych komedyantów, których widzieć mi się zdarzyło.
Falstaff.  Cicho, dobra kwaterko, cicho dobra okowito. — Henryku, nietylko miejsce mnie dziwi, w którem czas trawisz, ale i twoje towarzystwo. Bo jeśli rumianek im więcej deptany tym bujniej rośnie, to młodość, im więcej marnowana, tym prędzej się zużywa. Że jesteś moim synem, mam na to w części słowo twojej matki, w części moje własne przekonanie, ale głównie to twoje paskudne mruganie oka i ta śmiesznie wisząca dolna warga utwierdzają mnie w tem mniemaniu. Jeśli więc jesteś moim synem, słuchaj o co tu rzecz idzie. Dlaczego, będąc moim synem, pozwalasz, aby cię tak palcami wytykano? Czy błogosławione słońce ma niebo opuścić, aby się lampartować i na jeżyny chodzić? Nie podobne pytanie. Czy syn króla angielskiego ma zostać złodziejem i rzezimieszkiem? Pytanie bardzo możebne. Jest rzecz Henryku, o której często słyszałeś, a która jest znaną niejednemu w naszym kraju pod nazwiskiem smoły; smoła ta, jak starożytni nauczają nas pisarze, brudzi; tak robi i towarzystwo, w którem żyjesz, bo, Henryku, nie mówię teraz do ciebie po pijanemu, ale ze łzami; nie w radości, ale w gniewie; nie w słowach tylko, ale i w głębokiem utrapieniu. Jest jednak cnotliwy mąż, którego często widuję w twojem towarzystwie, tylko nie wiem jego nazwiska.
Ks. Henr.  Co za człowiek? jeśli mogę zapytać waszej królewskiej mości.
Falstaff.  Urodziwy, pokaźny mężczyzna, bez zaprzeczenia, dobrej tuszy; wesoła mina, mile oko, a najszlachetniejsza postawa. O ile się zdaje może liczyć jakie lat pięćdziesiąt, albo, na Najświętszą Pannę chyli się ku sześćdziesiątce. Przypominam sobie teraz, nazywa się Falstaff. Jeśli człowiek ten ma wszeteczne skłonności, to mnie oszukał, bo, Henryku, czytam cnotę w jego spojrzeniu. Jeśli można poznać drzewo po jego owocu, a owoc po drzewie, to i ja utrzymuję stanowczo, że jest cnota w tym Falstaffie. Zatrzymaj go przy sobie, ale odpędź resztę. Powiedz mi teraz ty nicponiu, gdzie byłeś przez cały ten miesiąc?
Ks. Henr.  I to nazywasz mówić po królewsku? Zajmij teraz moje miejsce, a ja odegram rolę mojego ojca.
Falstaff.  Detronizujesz mnie? Jeśli pokażesz pół mojej powagi, mojego majestatu, tak w słowach jak ich treści, to pozwolę się za nogi powiesić u handlarza zwierzyny, jak królika lub zająca.
Ks. Henr.  Zobaczymy. Zasiadam.
Falstaff.  A ja tu staję. Będziecie sędziami, mości panowie.
Ks. Henr.  Henryku, skąd przychodzisz?
Falstaff.  Z Eastcheap, miłościwy panie.
Ks. Henr.  Skargi na ciebie mnogie są i ciężkie.
Falstaff.  Do kroćset beczek, wszystkie fałszywe, najjaśniejszy panie. — Poczekaj, połechtam ja cię jak na młodego księcia przystoi.
Ks. Henr.  Klniesz, Henryku, bezbożne dziecko? Nie pokazuj mi się więcej na oczy. Odwodzą cię gwałtem z drogi łaski. Jak ten dyabeł, który cię nawiedza w postaci tłustego starca; człowiek-beczka jest twoim towarzyszem. Dlaczego przestajesz z tym antałem humorów, z tą dzieżą bestyalstwa, z tą nadętą paką wodnej puchliny, tem ogromnem beczyskiem kseresu, tym mantelzakiem napchanym bebechami, tym pieczonym tłustym wołem z pudyngiem w brzuchu, z tą przewielebną ułomnością, tą siwowłosą niegodziwością, tym ojcem hultajem, tą podstarzałą próżnością? Do czego on dobry, jeśli nie do smakowania kseresu i piwa? W czem on biegły i zręczny, jeśli nie w rozbieraniu kapłona i żarciu? w czem on szczwany, jeśli nie w chytrości? w czem ćwiczony, jeśli nie w hultajstwie? w czem hultaj, jeśli nie we wszystkiem? w czem zacny, jeśli nie w niczem?
Falstaff.  Chciałbym, żeby wasza królewska mość raczyła mnie wyprowadzić z manowców; kogo wasza miłościwość ma na myśli?
Ks. Henr.  Tego paskudnego, obrzydłego uwodziciela młodzieży Falstaffa; starego, z białą brodą szatana.
Falstaff.  Najjaśniejszy panie, człeka tego znam.
Ks. Henr.  Wiem, że go znasz.
Falstaff.  Ale gdybym powiedział, że w nim odkryłem więcej wad niż w sobie samym, powiedziałbym więcej niż wiem. Że jest stary — tym większa szkoda — o tem biały włos jego świadczy; ale żeby miał być — z przeproszeniem waszej wielebności — kurewnikiem, temu stanowczo przeczę. Jeśli kseres i cukier są grzechem, zmiłuj się panie nad grzesznikami! Jeśli być starym a wesołym jest grzechem, to niejeden stary a dobrze mi znany gospodarz będzie w piekle się smażył; jeśli być tłustym, jest na nienawiść zasługiwać, to chude krowy Faraona godne są miłości. Nie, dobry mój panie, wygnaj Peta, wygnaj Bardolfa, wygnaj Poinsa; ale co do słodkiego Jasia Falstaffa, dobrego Jasia Falstaffa, wiernego Jasia Falstaffa, walecznego Jasia Falstaffa, a tym waleczniejszego, że to mój stary Jasiek Falstaff, nie wyganiaj go z towarzystwa twojego Henryka; wygnaj tłuścioszka Jasia, to jakbyś świat cały wygnał.
Ks. Henr.  Wyganiam go, taka moja wola.

(Słychać stukanie za sceną. — Wychodzą: Gospodyni, Franciszek i Bardolf; za chwilę wbiega Bardolf).

Bardolf.  O milordzie, milordzie, szeryf z chmarą straży do bramy stuka.
Falstaff.  Precz mi stąd, hultaju! Prowadźmy dalej naszą sztukę: wiele mam jeszcze do powiedzenia na obronę Falstaffa. (Wbiega Gospodyni).
Gospod.  Jezus, Marya! milordzie, milordzie —
Falstaff.  Hę, hę? dyabeł jedzie na łopacie? co tam takiego?
Gospod.  Szeryf z całą żandarmeryą stoi u bramy; przychodzą dom rewidować; czy mam ich wpuścić?
Falstaff.  Czy słyszysz, Henrysiu? Nie nazywaj nigdy fałszywej prawdziwą sztuką złota. Jesteś prawdziwym waryatem, choć się nie zdajesz.
Ks. Henr.  A ty naturalnym tchórzem bez instynktu.
Falstaff.  Przeczę twojemu terminus major; jeśli i ty zaprzeczysz żądaniom szeryfa, bardzo dobrze; jeśli nie, niech sobie przyjdzie. Jeśli nie tak dobrze będę figurował na wozie, jak ktokolwiek inny, to niech dyabeł bierze moją edukacyę. Spodziewam się, że stryczek tak mnie prędko zadusi jak i innego.
Ks. Henr.  Idź, schowaj się za obicie; reszta niech idzie na górę. Teraz, mości panowie, wszystko zależy od uczciwej miny i spokojnego sumienia.
Falstaff.  Miałem jednę i drugie, ale minęły ich czasy; dlatego się chowam.

(Wychodzą wszyscy, prócz Księcia i Poinsa).

Ks. Henr.  Zawołaj szeryfa. (Wchodzą szeryf i furmani).
Mości szeryfie, czego chcesz odemnie?
Szeryf.  O przebaczenie błagam naprzód, książę.
Pogonny oddział tropem pewnych ludzi
Do drzwi tych dotarł.
Ks. Henr.  Tropem jakich ludzi?
Szeryf.  Jeden z nich, książę, dobrze jest znajomy,
Gruby, otyły.
1 Furman.  A tłusty jak masło.
Ks. Henr.  Zaręczam, że tu człeka tego niema;
Sam, w interesie własnym go użyłem;
Ale, szeryfie, daję ci me słowo,
Że w obiadową jutro ci godzinę
Przyślę go, aby tobie lub innemu
Na zaniesione skargi odpowiedział.
Teraz cię proszę, opuść tę gospodę.
Szeryf.  Odchodzę, książę. W tym samym rozboju
Dwóch panów trzysta grzywien utraciło.
Ks. Henr.   Wszystko być może; człowiek ten zda liczbę,
Jeśli się winnym rozboju pokaże.
A teraz, żegnam.
Szeryf.  Dobra noc, mój książę.
Ks. Henr.  Myślę, że raczej dzień dobry, nieprawda?
Szeryf.  Tak jest, mój książę, druga już wybiła.

(Wychodzą: szeryf i furmani).

Ks. Henr.  Olejny ten hultaj znany jest jak kościół świętego Pawła. Zawołaj go.
Poins.  Falstaff! Spi twardo za obiciem, a chrapie jak koń.
Ks. Henr.  Słuchaj, jak ciężko oddycha. Przetrząś mu kieszenie. (Poins przetrząsa). Co znalazłeś?
Poins.  Same papiery, książę.
Ks. Henr.  Co za papiery? Czytaj.
Poins  (czyta). Item, kapłon ........4 zł. 10 gr.
(czyta). Item, sos ......... —  „ 16  „
(czyta). Item, kseres, dwa garnce ...  21  „   2  „
(czyta). Item, sardelki i kseres po wieczerzy   4  „  24 „
(czyta). Item, chleb ........ grosz jeden
Ks. Henr.  O potwornie! Za grosz chleba do tak nieznośnej masy wina! Co tam jest więcej, zachowaj, przeczytamy w wolniejszej chwili. Zostaw go tam, niech śpi aż do dnia. Jutro rano na dwór się udam; wszyscy musim na wojnę wyruszyć; znajdzie się tam dla ciebie miejsce honorowe. Otrzymam dla tego tłustego hultaja jaką komendę w piechocie, a wiem, że śmierć go czeka na końcu trzechsetnego sążnia marszu. Pieniądze będą zwrócone z procentem. Bądź jutro wcześnie gotowy i czekaj na mnie, a tymczasem, dzień dobry.
Poins.  Dzień dobry, dobry mój książę. (Wychodzą).




AKT TRZECI.
SCENA I.
Bangor. Pokój w domu Archidiakona.
(Hotspur, Worcester, Mortimer, Glendower).

Mortimer.  To przyrzeczenia piękne, ludzie pewni;
Taki początek piękną wróży przyszłość.

Hotspur.  Lordzie Mortimer, kuzynie Glendower,
Zasiądźcie, proszę.
A ty, mój stryju — a tam do szatana,
Mapym zapomniał.
Glendow.  Nie, mam ją pod ręką.
Siądź, Percy, dobry kuzynie Hotspurze;
Ilekroć imię to Lancaster wspomni,
Twarz jego blednie, i z ciężkiem westchnieniem
Życzy ci, żebyś w niebie teraz siedział.
Hotspur.  A ty znów w piekle, ilekroć usłyszy
Groźne nazwisko Owena Glendower.
Glendow.  Ganić go trudno; kiedy się rodziłem,
Cały firmament był jakby w płomieniach,
A ziemi nawet silne podwaliny,
Jakby tchórz jaki, ze strachu się trzęsły.
Hotspur.  Jakby się trzęsły, gdyby o tej porze
Kocica matki twojej się kociła,
Nie ty się rodził.
Glendow.  Mówię, ziemia drżała,
Gdym na świat przyszedł.
Hotspur.  A więc ja ci powiem:
Nie była ziemia jednej ze mną myśli,
Skoro przypuszczasz, że drżała ze strachu.
Glendow.  Gorzało niebo, a ziemia się trzęsła.
Hotspur.  To ziemia drżała przed nieba ogniami,
A nie dlatego, że ty się rodziłeś.
Chora natura nieraz dziwnie bucha;
Ciężarna ziemia, jak kolkami sparta,
W swoich wnętrznościach wiatr trzyma zamknięty,
Co się szamocząc i szukając wyjścia,
Ziemią, tą biedną staruszką, potrząsa,
Wali dzwonnice i mchem kryte wieże.
W dzień twych urodzin ziemia, nasza babka,
Trzęsła się w takiej choroby napadzie.
Glendow.  Mało jest ludzi, których sprzeciwianie
Znosić przywykłem; pozwól więc, kuzynie,
Że ci powtórzę, iż w dniu mych urodzin
Cały firmament był jakby w płomieniach,

Z gór uciekały kozy, przeraźliwie
Ryczały trzody na przelękłych polach:
To były znaki mej nadzwyczajności,
A mego życia świadczy bieg, żem nie jest
Wpisany w rejestr ludzi pospolitych.
Gdzie żyje człowiek otoczony falą
Bijącą brzegi Anglii, Szkocyi, Walii,
Który mnie uczniem nazwać swoim może?
A jednak syna niewiasty mi pokaż
Zdolnego sprostać mi na trudnej drodze
Głębokich nauk i sztuk tajemniczych?
Hotspur.  O wiem, wiem, lepiej od ciebie nie mówi
Nikt po walijsku. Lecz czas już na obiad.
Mortimer.  Daj pokój, Percy, on gotów oszaleć.
Glendow.  Z głębin otchłani duchy mogę wołać.
Hotspur.  I ja to mogę, i lada kto może;
Ale czy przyjdą na twoje wołanie?
Glendow.  Mogę cię nawet nauczyć, kuzynie,
Jak rozkazywać dyabłu.
Hotspur.  A ja ciebie,
Jak upokorzyć dyabła mówiąc prawdę:
Więc mów, mów prawdę i dyabła upokorz.
Jeśli posiadasz moc dyabła wywołać,
Niechże tu przyjdzie, a ja ci przysięgam,
Że mam moc stąd go wypędzić ze wstydem.
O, póki żyjesz mów prawdę, wstydź dyabła.
Mortimer.  Skończcie, już dosyć tej czczej gadaniny.
Glendow.  Trzykroć Bolingbroke chciał czoło mi stawić,
Trzykroć u brzegów piasczystej Sewerny
Musiał swe buty spalić i uciekać
Przez grad i słotę.
Hotspur.  Przez słotę bez butów?
Jakże u dyabła febry tam nie dostał?
Glendow.  Spojrzcie na mapę; czy mamy te ziemie
Wedle układów na troje rozdzielić?
Mortimer.  Archidiakon skreślił już na karcie
Trzy równe działy: dla mnie, tę część Anglii
Od Trent i Sewern na wschód i południe;

Walia, na zachód od Sewerny brzegów,
I cały żyzny rozłóg w tych granicach
Będzie własnością Owena Glendower;
Wszystko nakoniec co od Trent na północ,
Do ciebie, drogi kuzynie, należy.
Wygotowany już w trzech kopiach kontrakt
Mamy nawzajem opatrzyć w pieczęcie,
Co nam nie trudno dzisiaj wieczór skończyć.
Jutro ze świtem ja i ty, kuzynie,
I lord Worcester wyruszamy razem,
Aby, stosownie do dawnej umowy,
Spotkać w Shrewsbury i Szkotów zaciągi,
I twego ojca. Jeszcze dziś nie gotów
Mój teść Glendower, jego też nam pomoc
Przed tygodniami dwoma nie potrzebna. (Do Glend.)
Tymczasem, ojcze, będziesz mógł zgromadzić
Twoich lenników, przyjaciół, sąsiadów.
Glendow.  Prędzej ja do was przyciągnę, panowie,
I żony wasze pod moją eskortą,
Które ukradkiem musicie dziś rzucić,
Jeśli nie chcecie, żeby przy rozstaniu
Łez słonych morze z ich ócz popłynęło.
Hotspur.  Mnie się wydaje, że mniejszą od waszych
Jest ta część moja na północ od Burton.
Patrzcie, jak rzeka w mą się glebę wgryza,
Mych ziem najlepszych ogromny półksiężyc
Na szkodę moją swem odkrawa zgięciem.
Tu rzucę tamę, by nowym kanałem
Lały się prosto srebrne wody Trentu,
Wić się przestały jak wąż pośród granic,
Gruntów mi moich nie kradły bogatych.
Glendow.  Wić się przestały? Widzisz, że się wiją,
I wić się muszą.
Mortimer.  Tak jest, zważaj tylko,
Jak się tu ku mnie zwraca na mą szkodę,
I z tej tu strony tyle mi zabiera,
Co z tamtej twoim odjęła dzielnicom.
Worcest.  Tama nie wielkim rzucona tu kosztem,

Cały północny odzyskuje cypel,
A rzece daje bieg prosty i równy.
Hotspur.  Tak chcę, tak będzie, a koszta są małe.
Glendow.  Nie, tak nie będzie.
Hotspur.  A kto mi przeszkodzi?
Glendow.  Ja.
Hotspur.  Więc mów, proszę, bym cię nie zrozumiał,
Mów po walijsku.
Glendow.  Równie jak ty dobrze
I po angielsku mogę się wysłowić,
Bo na angielskim dworze się chowałem,
I tam niejednę piosneczkę angielską
Z towarzyszeniem harfy ułożyłem,
Dodając nowych wdzięków językowi:
Przymiot, którego w tobie nie dojrzano.
Hotspur.  A za to dzięki panu Bogu składam.
Wolałbym kotem zostać i miauczeć
Raczej niż jednym z owych bańdurzystów.
Milsze mi brzęki lichtarzy miedzianych,
I milsze koło skrzypiące na osi.
Nic mię nieznośniej po uszach nie drapie,
Jak te mizdrzenia pieśni rymowanych:
To chód nierówny kulawego szkapy.
Glendow.  Odwróćże sobie, skoro chcesz, bieg Trentu.
Hotspur.  Czy ja dbam o to? Trzykroć tyle ziemi
Zasłużonemu dam przyjacielowi;
Ale pamiętaj, że gdzie o targ chodzi,
Dziewiątej części włoska nie ustąpię.
Czy akt gotowy? Kiedy odjeżdżamy?
Glendow.  W pełni jest księżyc; możecie tej nocy.
Pośpiech nakazać idę pisarzowi,
Napomknąć żonom waszym o odjeździe.
Trochę się lękam o córki mej rozum,
Tak zakochana w swoim Mortimerze (wychodzi).
Mortimer.  Wstydź się, kuzynie Percy, jak też możesz
Tak się mojemu sprzeciwiać teściowi!
Hotspur.   Ha, trudna rada. Często mnie oburza,
Prawiąc historye o krecie i mrówce,

O drzymiącego Merlina proroctwach,
O smoku, rybie bez płetw i o gryfie
Z obciętem skrzydłem, pierzącym się kruku,
Skaczącym kocie, lwie spoczywającym,
I tym podobnych bez sensu andronach,
Co mi cierpliwość z wiarą odejmują.
Czy mi uwierzysz? toć ostatniej nocy
Przez jakie dziewięć godzin mi wyliczał
Nazwiska dyabłów, co mu pachołkują.
Hm, hm, wołałem, dobrze, ciągnij dalej,
Choć nie słuchałem jednego wyrazu.
Nudny to człowiek, jak rumak zmęczony,
Jak zrzędna żona, a gorszy daleko
Niż dymna izba. Wolę żyć samotny
W jakim wiatraku o serze i czosnku,
Niż jeść łakocie w rozkosznej altanie,
A przysłuchiwać jego się powieściom.
Mortimer.  Szlachcic to jednak poważania godny,
Nauki pełny, a wtajemniczony
W dziwne sekreta, jako lew waleczny,
Wdzięczny, uprzejmy, a pełen szczodroty,
Jak w Indyach miny. Mamże ci powiedzieć?
On twój charakter tak ceni wysoko,
Że gwałt swej własnej naturze zadaje,
Gdy się sprzeciwiasz jego humorowi.
Wierzaj mi, niema na ziemi człowieka,
Coby go drażnić jak ty się odważył,
A nie skosztował gniewu jego skutków.
Często z nim, błagam, nie chciej tak poczynać.
Worcest.  To prawda, Percy, zbyt jesteś swawolny.
Odkąd tu jesteś, zrobiłeś już dosyć,
Aby mu wszelką odebrać cierpliwość.
Lecz musisz z tego błędu się poprawić,
Który, choć często znaczy wielkość, męstwo,
I krwi szlachetność, jak w twojej osobie,
To częściej zdradza szorstką popędliwość,
Brak wychowania i władzy nad sobą,
Dumę, wzgardliwość i zarozumienie.

Z wad tych najmniejsza, w szlachcicu odkryta,
Miłość mu ludzką wykrada, a plamę
Na wszystkich jego wyciska przymiotach,
Która im cały urok ich odbiera.
Hotspur.  Toż wziąłem lekcyę! daj wam Boże zdrowie!
To żony nasze; czas się z nimi żegnać.

(Wchodzi Glendower z paniami).

Mortimer.  Jakaż to męka, że ja po walijsku,
A po angielsku ma nie mówi żona!
Glendow.  Ma córka płacze, nie chce cię opuścić,
Chce być żołnierzem, na wojnę iść z tobą.
Mortimer.  Powiedz jej ojcze, że z ciotką mą, Percy,
Pośpieszy za mną pod twoją eskortą.

(Glendower mówi do córki po walijsku, która mu odpowiada w tym samym języku).

Giendow.  Uparta dziewka, ani chce ustąpić;
Żadna perswazya nic u niej nie wskóra.

(Lady Mortimer mówi do męża po walijsku).

Mortimer.  Rozumiem piękny spojrzeń twoich język,
Z tych wzdętych niebios płynące wyrazy
Rozumiem dobrze, gdybym się nie wstydził,
W tymże języku dałbym ci odpowiedź.

(Lady Mortimer mówi)

Rozumiem także twe pocałowania,
Tak jak ty moje; tkliwa to rozmowa;
Lecz nie dam sobie chwili wypoczynku.
Póki się twojej nie nauczę mowy;
Twój język bowiem tym walijskim dźwiękom
Daje piosneczek harmonijnych urok,
W letniej altanie, przez piękną królowę,
Nuconych wdzięcznie przy odgłosie lutni.
Glendow.  Jeśli ty miękniesz, ona oszaleje.

(Lady Mortimer znowu mówi.)

Mortimer.  Ach, na to jestem wcielonym nieukiem.
Glendow.  Chce, żebyś usiadł na miękkiem sitowiu,
Twe drogie czoło na łonie jej złożył,
Ona zanuci pieśń, ci ulubioną,
Na twe powieki boga snu przywoła,

Rozkoszną ciężkość po krwi twej rozleje,
I tak czuwanie ze snem ci popląta,
Jak poplątana ciemność jest ze światłem
Godziną przody, nim u wschodu bramy,
W złotych przyborach, ogniste rumaki
Podróż rozpoczną po niebieskich szlakach.
Mortimer.  Z całego serca, siądę, będę słuchał;
Tymczasem, myślę, akt będzie spisany.
Glendow.  Siądź, a muzyka co ma ci przygrywać,
Wisi w powietrzu stąd o mil tysiące,
Lecz wraz przybędzie; siadaj więc i słuchaj.

Hotspur.  Chodź tu, Kasiu; niema ci równej, gdzie idzie o leżenie; śpiesz się tylko, śpiesz się, żebym mógł położyć głowę na twojem łonie.
Lady P.  Cicho, ty roztrzepana gąsko.

(Glendower wymawia kilka słów walijskich; odzywa się muzyka).

Hotspur.  Rozumie, widzę, dyabeł po walijsku,
Nic też dziwnego, że tak jest kapryśny;
Lecz doskonały jest z niego muzykant.
Lady P.  To ty powinienbyś z kościami być muzykantem, bo kaprys jest twoim wszechwładnym panem. Leż spokojnie, ty złodzieju, a słuchaj damy śpiewającej po walijsku.
Hotspur.  Wolałbym raczej słuchać Damy, mej wyżlicy, wyjącej po irlandzku.
Lady P.  Czy chcesz żebym ci kark skręciła?
Hotspur.  Bynajmniej.
Lady P.  To leż cicho.
Hotspur.  Ani myślę; to niewieścia przywara.
Lady P.  Więc idź z Bogiem!
Hotspur.  Do łożnicy walijskiej damy?
Lady P.  A to co znowu?
Hotspur.  Cicho! zaczyna. (Lady Mortimer śpiewa pieśń walijską.) Dalej, Kasiu, na ciebie kolej; musisz mi zaśpiewać.
Lady P.  Nie, daję słowo.
Hotspur.  Nie, dajesz słowo? Moje serduszko, przysięgasz jak żona cukiernika. Nie, daję słowo; tak, to prawda jak żyję; tak mi dopomóż Boże, i: bo to tak pewne jak dzień;
Przysięga twoja tak z jedwabiu szyta,
Jakbyś nie wyszła nigdy za Finsbury;[25]
Przysięgaj, Kasiu, jak damie przystoi,
Dobrą przysięgą co gębę napełnia;
A „daję słowo“ i owe przysięgi
Co się z piernika zdają ulepione,
Zostaw kupcowym w aksamitnych, bramach,
I kupcom w szatach niedzielnych. No, śpiewaj.
Lady P.  Nie chcę.
Hotspur.  To najpewniejszy sposób, żeby uchodzić za krawca lub wychowywacza gilów. — Byle akta były gotowe, za dwie godziny wyruszam; kto chce, proszę za mną.

( Wychodzi).

Glendow.  Idźmy. Mój zięciu, tak jesteś leniwy,
Jak jest gorący Percy do wymarszu.
W tej chwili pewno gotowe są akta;
Przyłożym pieczęć, i na koń co prędzej.
Mortimer.  Z całego serca. (Wychodzą).

SCENA II.
Londyn. Sala w Pałacu.
(Wchodzą: król Henryk, książe Walii, panowie).

Król Henr.  Ustąpcie teraz, bo z książęciem Walii
Chwilę prywatnej rozmowy mieć pragnę;
Nie opuszczajcie jednak murów zamku,
Bo was niedługo będę potrzebował.

(Wychodzą panowie).

Nie wiem, za jakie ciężkie moje grzechy
Bóg w tajemniczych rozrządził wyrokach,
Że z krwi się mojej zrodziła ma chłosta.
Bieg twego życia wierzyć mnie przymusza,

Że cię jedynie niebo naznaczyło
Na zemsty rózgę za me przewinienia;
Inaczej bowiem nizkie namiętności,
Nikczemne, podłe, rozpustne zachcianki,
Marne rozkosze i nieokrzesanych
Koło przyjaciół, w które sam się wplotłeś,
Z twej krwi wielkością mogłyżby iść w parze,
Stawać do równi z książęcem twem sercem?
Ks. Henr.  Jakżebym pragnął, miłościwy panie,
Tak wszystkie wady me usprawiedliwić,
Jak mi nie trudno będzie się oczyścić
Z mnogich oskarżeń na mnie zaniesionych.
Pozwól mi tylko na względność twą liczyć,
Gdy fałsz niejednej wykażę powieści,
Którą w królewskie szepce nieraz ucho
Podły nowiniarz, z lizusa uśmiechem,
Pozwól rachować na twe przebaczenie,
Gdy szczerym żalem pewne błędy wyznam,
W które się młodość moja zabłąkała.
Król Henr.  Odpuść ci Boże! lecz dziwić się muszę,
Jak twe zapędy mogły się odstrychnąć
Od przodków twoich szczytnego polotu.
Twe miejsce w Radzie straciłeś prostactwem,
I brat twój młodszy zastąpić cię musiał.
Wszystkie już prawie postradałeś serca
Mojego dworu i krwi mojej książąt;
Wszystkie nadzieje o twojej przyszłości
Zmarniały dawno; każdy mój poddany
Proroczym duchem upadek twój widzi.
Gdybym tak szczodry był w mej zażyłości,
Tak ludzkim oczom się pospolitował,
Tak się sromocił gminnem towarzystwem,
Opinia, co mi do tronu pomogła,
Posiadaczowi zostałaby wierną,
W cieniach wygnania do dziś zostawiła
Mężem bez wpływu, blasku i znaczenia.
Rzadko widziany, każdym moim ruchem
Budziłem ludzki podziw jak kometa;

„To on“, wołały matki do swych dzieci;
Wszyscy pytali: „kto? gdzie jest Bolingbroke?“
Potem uprzejmość wszelką niebum wykradł,
Takiej pokory płaszczem się odziałem,
Że hołdy wszystkie składały mi serca,
Z wszystkich ust głośne witały okrzyki
W monarchy nawet mego obecności,
To też mój urok świeżość swą zachował,
Moja obecność, jak kapłańska szata,
Budziła podziw gdzie się pojawiła;
Widok mój rzadki, lecz świetny, był świętem,
Rzadkością zyskał swoją uroczystość.
Z miejsca na miejsce król się wałęsając
W kole trefnisiów, których pusty dowcip,
Jak chrustu wiązka, gasł zaledwo błysnął,
Zużywał swego majestatu dzielność,
Godność królewską w błaznów błocie nurzał,
Swe wielkie imię szyderstwem ich kalał,
Swoją dostojność wydał dobrowolnie
Na pastwę żartom i śmiechom swych paziów,
Lada wyrostka urągań był celem,
A po ulicach wciąż się wałęsając,
Ulicznych tłumów stał się też lennikiem,
Codzień ich oczy swym widokiem karmił,
Wszystkie też miały tego miodu przesyt,
Wszystkie uczuły wstręt do tej słodyczy,
Której najmniejszy nad mało dodatek
Dla podniebienia więcej jest niż wiele.
Gdy też miał kiedy potrzebę wystąpić
Był jak kukułka w czerwcu, choć ją słyszy,
Nikt o nią nie dba: naród nań poglądał
Z przyzwyczajenia okiem przytępionem,
Bez ciekawości natrętnej, bez dziwu,
Z jakiem na słońce majestatu patrzy,
Co wielbicieli rzadko świeci oczom;
Lud nań poglądał źrenicą uśpioną,
Na pół zamkniętą, pół senną powieką,
Z wyrazem twarzy, z jakim rozgniewany

Na przeciwnika swojego pogląda,
Widokiem jego syty, przepełniony.
I ty, Henryku, na tę wbiegłeś drogę,
Twe przywileje straciłeś książęce
W motłochu śmieciach; nie znajdziesz też oka
Nie znudzonego twym ciągłym widokiem,
Tylko me częściej pragnie cię oglądać,
Bo i dziś nawet, mimo mojej woli,
Przez głupią czułość, ślepe na twe wady.
Ks. Henr.  Na przyszłość, trzykroć miłościwy panie,
Wierzaj mi, będę więcej samym sobą.
Król Henr.  Jakim dziś jesteś, był podówczas Ryszard,
Gdym w Ravenspurghu z Francyi wylądował;
Jakim ja wtedy, takim Percy dzisiaj;
A na me berło, na moje zbawienie,
Do tronu Anglii lepszy on ma tytuł
Niźli ty, cieniu dziedzica korony;
Bo on, bez prawa, bez pozoru prawa,
Tłumami zbrojnych zalał nasze pola,
Lwiej paszczy stawia nieulękłe czoło,
A choć nie więcej jak ty latom dłużny,
Podeszłych lordów, wielebnych biskupów
Na plac morderczych prowadzi zapasów.
Jakiejże chwały nieśmiertelne żniwo
Zebrał już w boju przeciw Douglasowi,
Którego czyny, gorące napady,
Którego imię w stu bitwach wsławione
Pierwszym go z wszystkich zrobiły żołnierzy,
Dały mu tytuł pierwszego rycerza
Po wszystkich ziemiach wiary chrześcijańskiej.
Trzykroć ten Hotspur, nowy Mars w pieluchach,
To dziecię-żołnierz, wielkiego Douglasa
Na głowę pobił, raz w niewolę pojmał,
Wolność mu wrócił, skojarzył z nim przyjaźń,
Tak, że zuchwałym dziś wyzwania głosem,
Tronu mojego wstrząsa podwaliny.
A ty, co na to? Percy, Northumberland,
I arcybiskup wielebny Yorku,

Douglas, Mortimer przymierzem związani,
Powstali na mnie; ale co dla ciebie,
Podobne wieści? Na co mi się przyda
O wrogach mówić do ciebie, Henryku,
Który najbliższym moim jesteś wrogiem?
Co może pierwszy, w trwodze niewolniczej,
W nizkości uczuć, w wybuchach kaprysu,
Uderzysz na mnie, jurgieltnik Percego,
U stóp się jego czołgając jak kądel,
Każdemu jego posłuszny skinieniu,
Aby twą całą wyrodność objawić.
Ks. Henr.  Nie myśl tak, ojcze; nie, nie, tak nie będzie.
Niech Bóg przebaczy tym, co potrafili
Do tego stopnia odwrócić ode mnie
Twoją przychylność, miłościwy panie!
Odkupię wszystko na głowie Percego.
Pierwszy bój krwawy da mi moje prawo
Śmiało powiedzieć, żem twoim jest synem,
Gdy odzież moja krwią się pomaluje,
Kiedy twarz moja krwawą maskę włoży,
Która omyta hańbę moją zmyje.
Dzień mi ten zejdzie, w którym po raz pierwszy,
To chwały dziecię, ten Hotspur waleczny,
Ten pierwszy rycerz ze wszystkich rycerzy,
Z twym zapoznanym Henrykiem się spotka.
Na hełmie jego bodaj każdy honor
Stokroć się zmnożył! bodaj na mej głowie
Każda ohyda w dwójnasób się wzmogła!
Bo przyjdą czasy, w których ten północy
Zuchwały młodzik całą swoją chwałę
Dać musi w zamian za moją niegodność.
Panie mój, Percy tylko jest oraczem,
Co dla mnie zbiera czynów świetnych plony;
Tak ścisłej liczby od niego zarządam,
Że każdą chwałę będzie musiał zwrócić,
Ludzkich uwielbień choć najmniejszą szczyptę.
To, w imię Boga, przyrzekam ci, ojcze;
Gdy on w swej łasce da mi się uiścić,

Niech twej dobroci balsam zgoi rany
Mej zastarzałej niewstrzemięźliwości;
Gdy nie, żywota koniec zrywa wszystko;
Jam gotów raczej tysiąc razy umrzeć,
Niż śluby moje zgwałcić choć na jotę.
Król Henr.  To wyrok śmierci buntowników kroci.
Hufce ci moje z ufnością powierzam. (Wchodzi Blunt).
Co tam nowego? z twych oczu znać pośpiech.
Blunt.  Pośpiechu żąda sprawa, którą niosę.
Mortimer z Szkocyi przysyła nowiny,
Że Douglas już się połączył w Shrewsbury,
Jedynastego dnia tego miesiąca,
Z buntownikami; nigdy większy zastęp,
Byle z nich każdy w przedsięwzięciu dotrwał,
Ziemi tej burzą nie groził straszniejszą.
Król Henr.  Dzisiaj wyruszył hrabia Westmoreland,
A z nim pociągnął syn mój, Jan z Lancaster,
Bo te nowiny są już pięć dni stare.
Ty, mój Henryku, w przyszłą środę ruszysz,
Ja sam we czwartek; Bridgenorth miejsce zejścia.
Henryku, weźmiesz drogę na Gloucestershire.
Biorąc na wagę wszystkie nasze sprawy,
Upłynie jeszcze jakich dni dwanaście,
Nim w Bridgenorth wszystkie skoncentrujem siły.
Idźmy! spraw ważność pośpiechu nas uczy,
A każda zwłoka wrogów naszych tuczy. ( Wychodzą).

SCENA III.
Eastcheap. Izba w oberży pod Głową Odyńca.
(Wchodzą: Falstaff i Bardolf).

Falstaff.  Bardolfie, czy nie podupadłem nikczemnie od tej ostatniej rozprawy? Czy się widocznie nie topię, czy nie niknę? Patrz tylko, moja skóra wisi na mnie, jak starej pani przestrona suknia; pomarszczyłem się, jak zwiędła reneta. Co robić! Wezmę się do pokuty czemprędzej, póki jeszcze zostało mi trochę mięsa; niedługo stracę serce, a wtedy sił już mi nie stanie do pokuty. Jeślim do szczętu nie zapomniał jak wygląda wnętrze kościoła, to jestem ziarnkiem pieprzu, koniem piwowara. Wnętrze kościoła! Towarzystwo, złe towarzystwo przyprawiło mnie o zgubę.
Bardolf.  Sir John, tak się frasujesz, że trudno abyś żył długo.
Falstaff.  To moje zdanie. Więc zanuć mi jaką piosenkę rozpustną, rozwesel mnie trochę. Miałem ja niegdyś cnotliwe skłonności, jak to na szlachcica przystoi; dość byłem cnotliwy, kląłem niewiele, w kostki nie grałem więcej, jak siedm razy na tydzień, nie chodziłem do zamtuza częściej, jak raz na ćwierć — godziny, oddałem com pożyczył jakie trzy lub czery razy, żyłem uczciwie i w miarę, gdy teraz żyję nierządnie i nad wszelką miarę.
Bardolf.  Bo widzisz, sir John, tak jesteś tłusty, że trudno abyś nie żył nad miarę, nad wszelką rozumną miarę, sir John.
Falstaff.  Napraw ty twoją twarz, a ja naprawię mój żywot. Jesteś naszym admirałem, zawiesiłeś latarnię na rufie, to jest na własnym nosie; jesteś rycerzem gorejącej lampy.
Bardolf.  Twarz moja, sir John, nie robi ci żadnej krzywdy.
Falstaff.  Żadnej, przysięgam. Obracam ją na tak dobry uczynek, jak kto inny trupią głowę; to moje memento mori. Ile razy na twarz twoją spojrzę, myślę o piekielnym ogniu, o złym bogaczu, który żył w purpurze, i widzę go tam w jego szatach, jak gore, gore, gore. Gdybyś choć trochę hołdował cnocie, na twoją twarzbym przysięgał, a moja przysięga byłaby tej treści: na ten ogień, który jest bożym aniołem. Ale jesteś bez ratunku zgubiony, i gdyby nie to światło na twojej twarzy, byłbyś synem najgłębszej ciemności. Kiedy pędziłeś na wierzchołek Gadshill w nocy po mojego konia, jeśli nie myślałem, że byłeś ignis fatum, albo ognistą kulą, to za pieniądze nic nie dostanie. O, ty jesteś wiecznym tryumfem, nieustającym fajerwerkiem radości. Oszczędziłeś mi tysiąc grzywien na kagańce i pochodnie, towarzysząc mi po nocach od szynkowni do szynkowni, tylko, że za wino, które mi wypiłeś, mógłbym kupić sobie światło u najdroższego mydlarza w Europie. Tę twoją salamandrę karmiłem ogniem bez przestanku przez te ostatnie trzydzieści dwa lata; niech ci za to Bóg zapłaci!
Bardolf.  Do kroćset beczek, bodaj twarz moja była w twoim brzuchu!
Falstaff.  Chryste Jezu! Dostałbym niewątpliwie zapalenia kiszek. (Wchodzi gospodyni). Co tam nowego, pani kuro kwoczko? Czy się dowiedziałaś, kto mi wypróżnił kieszenie?
Gospod.  A to co znowu, sir John; co ty sobie myślisz, sir John; czy myślisz, że ja trzymam złodziei w moim domu? Szukałam, pytałam; mąż mój ze swojej strony szukał i pytał człowieka po człowieku, chłopca po chłopcu, sługę po słudze; dziesiąta część włoska jeszcze nie zginęła w moim domu.
Falstaff.  Łżesz, mościa gospodyni; Bardolf kazał się tu golić i stracił więcej niż włos jeden. Co do mnie, jestem gotów przysiądz, że moje kieszenie były wypróżnione. Daj sobie pokój, jesteś kobietą, daj sobie pokój.
Gospod.  Kto? ja? Nigdy! Nigdy jeszcze tak mnie nie nazywano we własnym moim domu.
Falstaff.  Daj sobie pokój, znam ja cię dobrze.
Gospod.  Nie, sir John, nie znasz mnie dobrze, sir John, ale ja cię znam dobrze, sir John; jesteś mi dłużny, sir John, a teraz szukasz zaczepki, żeby mnie skwitować. Kupiłam ci na grzbiet tuzin koszul.
Falstaff.  Ze zgrzebnego płótna, paskudnego zgrzebnego płótna; rozdałem je między piekarki, które z nich porobiły pytle.
Gospod.  Jak jestem uczciwa niewiasta, z prawdziwego holenderskiego płótna, na ośm szylingów łokieć. Winieneś tu prócz tego, sir John, za stół i za napitek extra, a prócz tego pożyczyłam ci gotowizną dwadzieścia i cztery funty.
Falstaff.  I on z nich korzystał, niech ci zapłaci.
Gospod.  On? Niestety! to biedaczyna, nie ma szeląga.
Falstaff.  Co? Biedaczyna? Na twarz mu tylko spojrzej. Co ty nazywasz bogatym? Niech przebiją na monetę nos jego, niech przebiją na monetę jego policzki; nie zapłacę jednego grosza. Co, czy mnie bierzesz za dudka? Toć mi nie wolno wygodzić sobie w mojej własnej gospodzie, żeby mi zaraz nie wypróżniono kieszeni? Straciłem sygnet mojego dziada, czterdzieści grzywien wartający.
Gospod.  Słyszałam księcia powtarzającego nie wiem już ile razy, że sygnet był tombakowy.
Falstaff.  Co, książę? To hołysz, to nicpoń, i gdybym go miał tu pod ręką, obłożyłbym go jak psa kijami, gdyby mi to powiedział. (Wchodzi: książę Henryk i Poins, krokiem marszowym, Falstaff idzie na ich spotkanie udając laską, że gra na piszczałce). Hę? jak to, mój chłopcze, czy na prawdę w tę stronę wiatr wieje? Czy musim wszyscy wymaszerować?
Bardolf.  Tak jest, a dwójkami, zupełnie jak w Newgate.
Gospod.  Racz mi dać posłuchanie, książę.
Ks. Henr.  Co masz mi do powiedzenia, moja pani Żwawińska? Jakże zdrowie twojego męża? Serdecznie go kocham, bo to uczciwy człowiek.
Gospod.  Dobry mój książę, racz mnie wysłuchać.
Falstaff.  Nie zważaj na nią, proszę, słuchaj mnie raczej.
Ks. Henr.  Co chcesz powiedzieć, Jasiu?
Falstaff.  Gdy ostatniej nocy zasnąłem, tu za obiciem wypróżniono mi kieszenie. Dom ten zmienił się na zamtuz, na kwaterę rzezimieszków.
Ks. Henr.  Co straciłeś, Jasiu?
Falstaff.  Czy uwierzysz, Henrysiu? Trzy lub cztery bilety na pięćdziesiąt funtów każdy, prócz tego sygnet mojego dziada.
Ks. Henr.  Bagatela, rzecz nie warta ośmiu groszy.
Gospod.  Właśnie mu to powiedziałam, mości książę, dodając, żem to słyszała z własnych ust waszej dostojności, ale on, mości książę, mówił o tobie w najnieuczciwszych wyrazach, jak się spodziewać należało po człowieku z tak niewyparzoną gębą, dodał nawet, że cię kijami obłoży.
Ks. Henr.  Nie, to być nie może.
Gospod.  Jeśli to nie prawda, powiedz, że nie ma we mnie ani wiary, ani uczciwości, ani białogłowstwa.
Falstaff.  Nie więcej w tobie wiary, jak w gotowanej śliwce, i nie więcej prawdy, jak w wykurzonym lisie, a co do twojego białogłowstwa, panna Maryanna[26] mogłaby prędzej od ciebie zostać żoną konstablowego porucznika. Daj sobie pokój, ty stworzenie, daj sobie pokój.
Gospod.  Co za stworzenie? powiedz, co za stworzenie?
Falstaff.  Co za stworzenie? a jużci boże stworzenie.
Gospod.  Nie jestem wcale bożem stworzeniem, wiedz o tem; jestem żoną uczciwego człowieka, a ty, mimo twego rycerstwa, jesteś gburem, tak mnie nazywając.
Falstaff.  Mimo twojego białogłowstwa, jesteś bydlęciem, mówiąc inaczej.
Gospod.  Powiedz, jakiem bydlęciem, ty hultaju.
Falstaff.  Jakiem bydlęciem? wydrą.
Ks. Henr.  Wydrą, sir John? Dlaczego wydrą?
Falstaff.  Dlaczego? bo to ani ryba, ani mięso; ani wie człowiek gdzie ją złapać.
Gospod.  Nie masz sumienia, gdy tak mówisz; jak ty, tak każdy inny wie dobrze, gdzie mnie złapać, ty hultaju!
Ks. Henr.  To prawda, gospodyni, najnieuczciwiej cię potwarza.
Gospod.  Jak i ciebie, mój książę. Toć on niedawno mi powiedział, że mu winieneś tysiąc funtów.
Ks. Henr.  Co, mopanku, czy ci winienem tysiąc fuutów?
Falstaff.  Tysiąc funtów, Henrysiu? Winieneś mi milion. Miłość twoja warta milion, a winieneś mi twoją miłość.
Gospod.  A do tego, mości książę, nazwał cię hołyszem i powiedział, że cię obłoży kijami.
Falstaff.  Czy powiedziałem, Bardolfie?
Bardolf.  Tak jest, sir John, powiedziałeś.
Falstaff.  Prawda, na przypadek, gdyby utrzymywał, że mój sygnet był tombakowy.
Ks. Henr.  Utrzymuję, że twój sygnet był tombakowy. Czy będziesz śmiał dotrzymać teraz słowa?
Falstaff.  Słuchaj, Henrysiu, wiesz, że o ile jesteś człowiekiem, śmiałbym, ale o ile jesteś księciem, boję ci się, jak się boję ryku lwięcia.
Ks. Henr.  A czemu nie lwa?
Falstaff.  Króla tylko jak lwa bać się należy. Czy myślisz, że ci się bać będę, jak się boję twojego ojca? Bynajmniej, jeśli ci się tak boję, bodaj mi się pas mój przepękł!
Ks. Henr.  A gdyby się przepękł, tożby dopiero twoje bebechy na kolana ci zleciały! Ale, mopanku, w twoich piersiach niema miejsca na wiarę, prawdę i uczciwość; wszystko zajęły bebechy i osierdzie. Oskarżać uczciwą niewiastę, że ci wypróżniła kieszenie! A ty skurwysynie, bezczelniku, wydęty hultaju, jeśli w twojej kieszeni było co więcej jak szynkowne rachunki, zamtuzowe notatki i za grosz lodowatego cukru na twoją dychawicę, jeśli twoje kieszenie były bogate w jakie inne jeszcze śmiecie, to jestem ostatnim człowiekiem. Upierasz się jednak przy swojem, nie chcesz schować do kieszeni afrontu. Czy nie masz wstydu?
Falstaff.  Słuchaj, Henrysiu, wszak wiesz, że w stanie niewinności upadł Adam, a cóż miał robić biedny Jasiek Falstaff w czasach niegodziwości? Wszak widzisz, że więcej mam ciała od innych ludzi a zatem i więcej ułomności. Wyznajesz więc, że mi wypróżniłeś kieszenie?
Ks. Henr.  Tak się pokazuje z powieści.
Falstaff.  Gospodyni, przebaczam ci. Idź teraz, przyrządź nam śniadanie, kochaj twojego męża, doglądaj sług, a pielęgnuj gości; znajdziesz mnie zawsze, o ile być może, wyrozumiałym; widzisz, że się uspokoiłem. Czy nie dość ci na tem? Tylko cię proszę idź sobie z Bogiem. (Wychodzi Gospodyni). A teraz Henrysiu, przystąpmy do nowin od dworu. Naprzód co do rabunku, mój chłopaku, załatwiłeś tę sprawę?
Ks. Henr.  Moja ty słodka wołowino, zawsze być muszę twoim dobrym aniołem: zwrócone już są pieniądze.
Falstaff.  Wcale mi nie do smaku to zwrócenie: to praca podwójna.
Ks. Henr.  Pogodziłem się z moim ojcem; mogę dziś wszystko co zechcę.
Falstaff.  A więc na pierwszą próbę zrabuj mi skarb publiczny, a zrabuj rąk nie myjąc.
Bardolf.  Usłuchaj go, mości książę.
Ks. Henr.  Otrzymałem dla ciebie, Jasiu, miejsce w piechocie.
Falstaff.  Wolałbym w konnicy. Gdzie ja znajdę dobrego złodzieja? Cobym nie dał za ćwiczonego złodzieja, mniej więcej dwadzieścia dwa lat liczącego! Strasznie koło mnie krucho! Co robić! Dzięki Bogu, że ci buntownicy tylko na uczciwych ludzi się zawzięli; pochwalam ich, wielbię ich za to.
Ks. Henr.  Bardolf!
Bardolf.  Mości książę?
Ks. Henr.  List ten poniesiesz do Jana z Lancaster,
Mojego brata; ten wręczysz lordowi
Westmorelandu. — A my na koń, Poins!
Bo nim wybije godzina obiadu,
Mamy trzydzieści mil przegalopować.
Jasiu, o drugiej jutro popołudniu
Nie zaśpij tylko w Temple-hall na mnie czekać,
Tam moje dalsze odbierzesz rozkazy,
I na kompanii twej zaciąg fundusze.
Kraj w ogniu; Percy ciągnie na swych czele,
Jeden z nas padnie, dwóch nas tu za wiele.

(Wychodzą: książę, Poins, Bardolf).

Falstaff.  Prześliczne słowa! Teraz, gospodyni,
Daj mi śniadanie; ach, co to za szkoda,
Że bębnem moim ta nie jest gospoda!

( Wychodzi).



AKT CZWARTY.
SCENA I.
Oboz buntowników, niedaleko Shrewsbury.
(Wchodzą: Worcester, Hotspur, Douglas).

Hotspur.  Dobrześ rzeki, Szkocie, i gdyby słów prawdy
Wiek nasz wykwintny nie brał za pochlebstwo,
Takie świadectwo Douglasby odebrał,
Że żaden żołnierz w naszych bity czasach
Równego jemu obieguby nie miał.
Bóg mi jest świadkiem, pochlebiać nie umiem,
Z duszy się brzydzę lizusa językiem,
Ale nikt w serca mojego głębinach
Lepszego miejsca niż ty nie zajmuje;
Jeśli chcesz, słowa moje weź na próbę.
Douglas.  O wiem, tyś królem honoru. Co do mnie,
Tak potężnego świat ten nie zna męża,
Któremu kroku dotrzymaćbym nie śmiał.
Hotspur.  Dotrzymaj, lordzie, a wnet sprawa nasza
Skończy się dobrze. (Wchodzi posłaniec z listami.)
Cóż to są za listy?
(Do Douglasa) Na teraz tylko dziękować ci mogę.
Posłaniec.  Przynoszę listy od twojego ojca.
Hotspur.  Listy od ojca? Czemuż sam nie przyszedł?
Posłaniec.  Bo sam przyjść nie mógł; w ciężką popadł niemoc.
Hotspur.  Do kata! jak on czas na niemoc znalazł
W tej zawierusze? A kto go zastąpił?
Pod czyją wodzą hufce jego ciągną?
Posłaniec.  Nie ja, lecz list ten myśli jego niesie.
Worcest.  Czy go o łoże powaliła niemoc?
Posłaniec.  Nim wyruszyłem, dni już cztery leżał,
A w samej chwili mojego odjazdu
Źle o nim jego tuszyli lekarze.
Worcest.  Wolałbym, żeby wyzdrowiały sprawy
Przód nim on zapadł. Nigdy jego zdrowie

Nie było dla nas tak drogie jak dzisiaj.
Hotspur.  Chory! omdlały! Ta jego choroba
Naszych przedsięwzięć krew najlepszą warzy,
I do obozu naszego przesiąka.
Pisze mi, że to wewnętrzne cierpienia;
Że wszystkich na czas pościągać przyjaciół
Przez posłanników było niepodobna,
Że mu stosowną nie zdało się rzeczą
Sprawę tak wielką, ważną, niebezpieczną,
Z rąk swych wypuszczać, innemu powierzyć;
Jednakże śmiałą przesyła nam radę,
Aby próbować szczęścia z naszą garstką,
Bo niepodobna, mówi, cofnąć kroku,
Gdy niewątpliwie już król wie o wszystkiem.
Co mówisz na to?
Worcest.  Ojca twego słabość
Jest paraliżem dla nas.
Hotspur.  Ciężką raną,
Jakby nam rękę uciął nieprzyjaciel.
Lecz nie, na honor, jego nieobecność
Nie jest tak zgubna jakby się zdawało.
Bo rozważ tylko, byłożby roztropnie
Na jednę kartę skarb nasz cały stawić,
I ryzykować całe nasze mienie
Na hazard jednej, wątpliwej godziny?
Tożbyśmy wrogom naszym pokazali
Naszych nadziei treść całą i duszę,
I kresy naszej fortuny ostatnie.
Douglas.  I ja zupełnie twe podzielam zdanie.
Skoro nam odwód zostaje potężny,
Śmiało możemy tem co tu szafować
W nadziei tego, co nam przyszłość chowa.
Hotspur.  Tam pewny dla nas odwrót i posiłek,
Plac zboru, twierdza, bezpieczne schronienie,
Jeśli na naszych przedsięwzięć dziewictwo
Nieszczęście jakie z dyabłem się sprzysięże.
Worcest.  Wolałbym jednak, by tu był twój ojciec.
Nasz plan subtelny nie cierpi rozdziału;

Pomyślą bowiem ludzie nieświadomi
Powodów jego tu nieobecności,
Że hrabia nasze potępia działania
Przez swoją mądrość i wierność królowi.
Rozważ, jak zdolne takie przypuszczenie
Ostudzić zapał naszego stronnictwa,
W powątpiewanie sprawę naszą poddać.
Wiecie, że pierwsi biorąc się do szabli,
Strzedz się musimy od zbytku rozwagi,
I szczelnie wszystkie pozatykać szpary,
Któremi oko mogłoby rozumu
Rzucić ciekawe swe na nas spojrzenie.
Teraz, twojego ojca nieobecność
Zdziera zasłonę, i w całej nagości
Niebezpieczeństwo stawia nieświadomym,
O którem przody ani się im śniło.
Hotspur.  Nazbyt głęboko twoich szukasz wniosków;
Ja znów inaczej tłómaczę tę sprawę:
Widzę, że ojca mego nieobecność
Blask rzuca większy na śmiały nasz zamach,
Lepsze mniemanie u świata nam jedna,
Bo ludzie będą zmuszeni przypuścić,
Że jeśli możem bez jego pomocy
Całej monarchii śmiałe stawić czoło,
To połączeni z jego hufców siłą,
Przewrócim wszystko do góry nogami.
Wszystko więc jeszcze bezpieczne i całe.
Douglas.  Jak pragnie serce. Zresztą, w naszej Szkocyi
Nikt jeszcze słowa: trwoga, nie wymówił.

(Wchodzi sir Ryszard Vernon).

Hotspur.  Mój kuzyn, Vernon! Witamy cię z duszy.
Vernon.  Daj Boże, aby godne powitania
Wieści me były! Hrabia Westmoreland
Z siedmiotysięczną armią na nas ciągnie,
Z nim Jan Lancaster.
Hotspur.  Nic złego; co więcej?
Vernon.  Słyszałem także, że i król wyruszył,
Że forsownymi śpieszy tu marszami

Na czele hufców licznych i potężnych.
Hotspur.  I jego także z radością zobaczym.
A szybkonogi wartogłów, syn jego,
Gdzie Walii książę z swych przyjaciół kołem,
Co to drwią z świata?
Vernon.  Wszyscy wdziali zbroje,
A wymuskani jak sokół, gdy z wiatrem
Za łupem goni, jak orzeł, co skrzydła
Świeżo w potoku jasnej wody skąpał;
Złote ich zbroje jak obrazy świecą,
Jak dzień majowy ich duch pełny ognia,
A ich spojrzenia jak lipcowe słońce;
Jak stado koźląt swawolnych weseli,
Jak młode byki zuchwali i dzicy.
Na własne oczy widziałem Henryka,
Z hełmem na skroniach, z blachami na nogach,
Z błyszczącą szablą w ręku, jak od ziemi
Niby skrzydlaty podskoczył Merkury,
I dosiadł z taką snadnością rumaka,
Jakgdyby anioł z chmur na ziemię zleciał,
By na ognistym harcować Pegazie,
I świat uczonem zachwycać toczeniem.
Hotspur.  Skończ, skończ, bo gorsza niż marcowe słońce
Pochwała twoja febrę z sobą niesie.
Niech przyjdą! Przyjdą jak strojne ofiary,
Które poświęcim, gorące i krwawe,
Ognistookiej dziewicy Palladzie;
Na swym ołtarzu zbrojny Mars zasiędzie
We krwi po uszy. Idę konia dosiąść.
Polecę na nim i jak piorun spadnę
Na księcia Walii, Henryk na Henryka,
I koń na konia, z rąk nie puszczę stali,
Póki się jeden trupem nie powali.
Ach, gdzie Glendower!
Vernon.  Jeszcze nie skończyłem.
W moim przejeździe słyszałem w Worcester,
Ze mu potrzebne dwa jeszcze tygodnie,
By siły ściągnął.

Douglas.  To wieść jest najgorsza
Z wszystkich poprzednich.
Worcest.  Prawda, dźwięk ma zimny.
Hotspur.  Ile królewskie może liczyć wojsko?
Worcest.  Jakie trzydzieści tysięcy.
Hotspur.  Przypuśćmy,
Ze ma czterdzieści; choć na mego ojca,
Na Glendowera choć już nie czekamy,
Dość sił na wielką potrzebę tu mamy.
Dzień sądny blizko; czas stawić im czoło;
Gdy ginąć trzeba, to gińmy wesoło.
Douglas.  Nie mów o śmierci, bo przez sześć miesięcy
Z jej się pogróżek śmieję i nic więcej. (Wychodzą).

SCENA II.
Publiczny gościniec niedaleko Coventry.
(Wchodzą: Falslaff i Bardolf).

Falstaff.  Pobiegnij przodem do Coventry i kup mi tam butelkę kseresu. Żołnierze nasi przeciągną przez miasto; musimy tej nocy stanąć w Sutton-Colfield.
Bardolf.  Proszę o pieniądze, kapitanie.
Falstaff.  Załóż za mnie, załóż za mnie.
Bardolf.  Butelka kosztuje anioła.
Falstaff.  Jeśli kosztuje anioła, to weź go za fatygę; a jeśli kosztuje dwadzieścia, zabierz wszystkie dwadzieścia; odpowiadam za pieniądze. Powiedz mojemu porucznikowi Peto, żeby się ze mną zeszedł na przedmieściu.
Bardolf.  Nie omieszkam, kapitanie. Bądźcie zdrowi (wychodzi).
Falstaff.  Jeśli mnie nie wstyd moich żołnierzy, to jestem marynowaną płotką. Piekielniem nadużył królewskiej branki. Za stu pięćdziesięciu żołnierzy dostałem trzysta i coś funtów. Nie brałem, jak uczciwych gospodarzy i gospodarskich synów; wywiady wałem się o zaręczonych kawalerach, którym już wyszło dwie zapowiedzi, o ciepłych tchórzach, którym tak się chce słuchać bębna jak ryków dyabła, których odgłos karabina bardziej trwoży niż ranną kurę lub przestrzeloną dziką kaczkę; nie brałem tylko takich chleb z masłem, u których w brzuchu nie większe serce od szpilczanej główki; wykupili się też od służby, a moja kompania składa się z chorążych, kaprali, poruczników, oficerów gołych jak Łazarz na obrazie, któremu psy obżartucha liżą rany; z hultajów, którzy nigdy nie byli żołnierzami; z wypędzonych za złodziejstwo lokajów; z młodszych synów młodszych braci; ze zbuntowanych szynkarczyków, zrujnowanych masztalerzy; z robactwa spokojnego świata i długiego pokoju, z urwiszów dziesięć razy obszarpańszych od starej, połatanej chorągwi. Takich mam zastępców na miejsce tych, którzy się wykupili, iżbyś powiedział, że w mojej kompanii znajduje się stu pięćdziesięciu obdartych marnotrawnych synów, dopieroco od stada wieprzów wracających, od swojej uczty z pomyj i łupin. Jakiś krotofilnik spotkał mnie na gościńcu i powiedział mi, żem zrabował wszystkie szubienice i zarekrutował wszystkich wisielców. Ludzkie oczy nie widziały jeszcze takich straszydeł. Ani myślę maszerować z nimi przez Coventry, to rzecz zdecydowana. Urwisze te maszerują rozkraczając nogi, jakby każdy miał na nich dyby; boć to i prawda, że większa część wychodzi prosto z więzienia. Cała kompania posiada półtory koszuli, a ów półkoszulek, to dwie serwety związane i zarzucone na ramiona jak heroldzki ornat bez rękawów; koszula zaś, jeśli mam powiedzieć prawdę, skradziona karczmarzowi w Saint-Alban, albo czerwononosemu szynkarzowi w Daventry. Ale mniejsza o to; znajdą dostatkiem bielizny na każdym płocie.

(Wchodzą: książe Henryk i Westmoreland).

Ks. Henr.  Jak się masz, wydęty Jasiu? jak się masz, piernacie?
Falstaff.  To ty, Henrysiu? to ty, wartogłowie? Co u dyabła robisz w Warwickshire? — Dobry mój lordzie Westmoreland, racz mi przebaczyć; myślałem, że wasza dostojność od dawna już w Shrewsbury.
Westmor.  Masz racyę, sir John, wielki czas, żebyśmy się tam już obaj znajdowali. Ale moje hufce już tam dociągnęły; król, mogę cię zapewnić, wygląda nas niecierpliwie; musim całą noc maszerować.
Falstaff.  Ba, bądź o mnie spokojny; jestem czujny jak kot skradający się do śmietany.
Ks. Henr.  Sądzę, że się już kot do śmietany dobrał, bo się jego kradzież w masło już przemieniła. Ale powiedz mi, Jasiu, czyi to ludzie ciągną za nami?
Falstaff.  To moi, Henrysiu, to moi ludzie.
Ks. Henr.  Nigdy jeszcze nie widziałem tak nędznych obszarpańców.
Falstaff.  Ba, ba, dość są dobrzy, aby na ostrzach pik tańcować; karm’ dla prochu, karm’ dla prochu; tak dobrze rów zapełnią jak od nich lepsi; ba, człowieku, śmiertelni ludzie! śmiertelni ludzie!
Westmor.  Bardzo to dobrze, sir John, ale zdaje mi się, że zbyt są biedni i wyschli, zbyt wyglądają na żebraków.
Falstaff.  Co do ich biedy, nie wiem gdzie ją znaleźli; a co do ich wyschłości, jestem pewny, że się jej nie nauczyli odemnie.
Ks. Henr.  Nie, przysięgam, chyba, że nazwiesz wyschłością trzy cale słoniny na żebrach. Ale śpiesz się, przyjacielu, już Percy wyruszył w pole.
Falstaff.  Co? czy król stanął już obozem?
Westmor.  Od dawna; boję się, żebyśmy nie przybyli za późno.
Falstaff.  Idźmy!
Bo przyjść na koniec bitwy, początek wieczerzy,
Gorących znaczy gości, a zimnych żołnierzy.

(Wychodzą).
SCENA III.
Obóz buntowników, niedaleko Shrewsbury.
(Wchodzą: Hotspur, Worcester, Douglas i Vernon).

Hotspur.  Atakujemy tej nocy.
Worcest.  Nie można.
Douglas.  To mu zapewni wyższość.
Worcest.  Żadnej wcale.

Hotspur.  Żadnej? Czy nie wiesz, na posiłki czeka.
Worcest.  Jak my.
Hotspur.  Lecz nasze bardzo są wątpliwe,
A jego pewne.
Worcest.  Dobry mój kuzynie,
Usłuchaj rady, jeszcze noc tę czekaj.
Vernon.  To moje zdanie.
Douglas.  Złą dajecie radę:
Zimne ją serce i trwoga dyktuje.
Vernon.   osztem żywota dowieść jestem gotów,
Że to są słowa potwarcze, Douglasie.
Tam, gdzie prawdziwy woła na mnie honor,
Tak jestem głuchy na trwogi podszepty
Jak ty, lub inny Szkot dzisiaj żyjący.
Kto z nas jest tchórzem, pokaże się, lordzie,
Jutro, śród boju.
Douglas.  Lub tej jeszcze nocy.
Vernon.  Zgoda.
Hotspur.  Tej nocy, tej nocy, powtarzam.
Vernon.  To być nie może. Nie pojmuję wcale,
Jak doświadczeni tak jak wy rycerze
Nie widzą przeszkód wiążących nam dłonie.
Część jazdy mego kuzyna Vernona
Jest w drodze, ledwo co dzisiaj przybyła
Jazda twojego stryja Worcestera;
Jej ogień, zapał, na pół teraz śpiące,
Jej męstwo długim osłabione marszem:
Żaden koń nie ma pół swojej dzielności.
Hotspur.  Konnica wrogów nie w lepszym jest stanie,
Ciężką zwątlona drogą prawie cała;
Naszej część większa dobrze wypoczęta.
Worcest.  Królewskie hufce przechodzą nas liczbą.
Przez Boga, czekaj aż nadciągnie reszta.

(Słychać trąbkę parlamentarską; wchodzi sir Walter Blunt).

Blunt.  Od króla wnioski przynoszę łaskawe:
Raczcie poselstwa wysłuchać cierpliwie.
Hotspur.   Witaj nam, panie! Boga o to proszę,
Aby sir Walter stał po naszej stronie!

Niejeden z naszych w swem chowa cię sercu,
Lecz i ten nawet z zazdrością pogląda
Na twe zasługi, twoje dobre imię,
Widząc, że jego uczuć nie podzielasz,
Że z wrogów jego stanąłeś drużyną.
Blunt.  Uchowaj Boże, bym ją miał opuścić,
Póki, wychodząc za prawości szranki,
Na pomazańca głowę broń wznosicie. —
Teraz z mojego iszczę się poselstwa:
Król się was pyta o skarg waszych powód;
Co was skłoniło, że z łona pokoju
Wywołujecie niezgody straszydło,
A wiernej ziemi dajecie przykłady
Krwawej swawoli? Jeśli kiedykolwiek
Król pan o waszych zapomniał zasługach,
Które, przyznaje, wielkie są i mnogie,
Chce, byście wasze objawili żale,
A wszystko z lichwą spłaci wam natychmiast;
Przytem zupełne ręczy przebaczenie
Wam, i zbłąkanym przez wasze podszepty.
Hotspur.  Król zbyt jest dobry i wie, dobrze wiemy,
Kiedy przyrzekać, kiedy trzeba płacić.
Ojciec mój, stryj mój i ja, na skroń jego
Koronę, którą nosi, włożyliśmy.
Kiedy dwadzieścia sześć lat ledwo liczył,
Nieznany światu, wzgardzony wygnaniec,
Gdy do ojczyzny chyłkiem się przekradał,
Ojciec mój dał mu uczciwe przyjęcie,
Gdy mu się zaklął, że wraca jedynie
O swe się księstwo Lancaster upomnieć,
O swe dziedzictwo i błagać o pokój,
W uczciwych słowach, ze łzą niewinności.
Do głębin serca ojciec mój wzruszony
Pomoc mu przyrzekł i słowa dotrzymał.
Ledwo ujrzeli państwa baronowie,
Że stronę jego trzyma Northumberland,
Mały czy wielki, czapkując pokornie,
Po wsiach i miastach drogę mu zabiegał,

Czekał na mostach, witał na gościńcach,
Składał ofiary, a przysiąg nie szczędził,
Swoich dziedziców dawał mu na paziów,
Świetnym mu tłumem wszędzie towarzyszył.
Wkrótce, gdy poznał swoich sił potęgę,
Krok poszedł wyżej nad to, co obiecał
Mojemu ojcu w krwi swojej ubóstwie,
Na pustych, nagich brzegach Ravenspurghu.
Niedługo, tak jest! poczyna reformę
Pewnych edyktów, surowych dekretów,
Zbyt uciążliwych dla biednego ludu;
Krzyczy na gwałty i płakać się zdaje
Nad nieszczęściami swej biednej ojczyzny.
Tak owinięty w płaszcz sprawiedliwości,
Pochwyta! serca, które chciał ułowić,
I poszedł dalej; wszystkim faworytom
Pościnał głowy, których król zostawił
Jak namiestników w swej nieobecności,
Gdy na irlandzką sam pociągnął wojnę.
Blunt.  Nie po tom przyszedł, bym się przysłuchiwał
Takim powieściom.
Hotspur.  Idę więc do rzeczy;
Niedługo potem króla z tronu złożył,
Niedługo potem życie mu odebrał;
Wnet podatkami przeciążył kraj cały;
Co gorsza, okiem patrzył obojętnem
Gdy hrabia Marchii (co byłby mu królem,
Gdyby właściciel każdy swoje posiadł)
Pojmany jeniec, od dawnego czasu,
W Walii daremno na swój czeka wykup;
Mnie, śród szczęśliwych zwycięstw upokorzył,
Chciał mnie w podstępów swoich chwycić matnię;
Mojego stryja z ław Rady swej spędził;
Gniewnie mojego ojca z dworu wygnał;
Nowe przysięgi po przysięgach łamał,
Złe złem naprawiał, na wszystkiego domiar
Zmusił nas szukać naszego zbawienia
W zbrojnem powstaniu, i przyjrzeć się bliżej

Wartości jego praw, które się zdają
Zbyt nam wątpliwe, by mogły być trwałe.
Blunt.  Czy mam królowi ponieść tę odpowiedź?
Hotspur.  Nie, nie w tych słowach. Naradzim się przody;
Ty wróć do króla; jeśli nam zaręczy
Bezpieczny powrót dla naszego posła,
Nasz stryj ze świtem pójdzie mu objawić
Żądania nasze. Teraz, bądź nam zdrowy.
Blunt.  Radzę wam przyjąć, co wam ofiaruje
Łaska i dobroć.
Hotspur.  Może też przyjmiemy.
Blunt.  Spraw wielki Boże, by się to ziściło! (Wychodzą).

SCENA IV.
York. Sala w pałacu Arcybiskupa.
(Wchodzą: Arcybiskup Yorku i Dworzanin).

Arcybisk.  W drogę, Michale; z skrzydlatym pośpiechem
List ten poniesiesz do lorda Marszałka,
Ten do mojego kuzyna, a resztę
Wręczysz każdemu wedle ich adresu.
Gdybyś mógł wiedzieć, jak treść ich jest ważna,
Jednejbyś chwili czasu nie zmarnował.
Dworz.  Treści ich, panie, domyślam się w części.
Arcybisk.  Bardzo być może. Jutro, mój Michale,
Los wojowników’ dziesięciu tysięcy
Pójdzie na próbę; jutro, pod Shrewsbury,
Jak niewątpliwe dochodzą mnie wieści,
Król, z silną armią w pośpiechu ściągniętą,
Lorda Henryka hufce atakuje.
Lękam się bardzo, kochany Michale,
Bacząc na niemoc hrabi Northumberland,
Którego siły jądrem były związku,
Na Glendowera bacząc nieobecność,
Którego jakieś wstrzymały proroctwa
Z zastępem, wielkiej dla powstańców wagi,
Lękam się, żeby do rozprawy z królem
Siły Percego nie były za słabe.

Dworz.  Nie masz powodów lękać się, mój panie,
Wszak jest tam Douglas, jest i lord Mortimer.
Arcybisk.  Mylisz się bardzo, niema Mortimera.
Dworz.  Ale jest Mordake, Vernon, Henryk Percy,
Jest lord Worcester i tłum dzielnej szlachty.
Arcybisk.  Wszystko to prawda, lecz i król z swej strony
Wybór całego zgromadził królestwa;
Z nim książę Walii, z nim jest Jan z Lancaster,
Lord Westmoreland, Blunt nieustraszony,
Współzawodników dzielnych wielka liczba,
Pełnych odwagi, pełnych doświadczenia.
Dworz.  Bądź pewny, panie, znajdą z kim się mierzyć.
Arcybisk.  Tak się spodziewam; lecz wolno się trwożyć,
I na najgorszy przypadek, pośpieszaj.
Jeśli Percemu pośliźnie się noga,
Król nie rozpuści wszystkich swych zaciągów,
Przody nas tutaj odwiedzić zamierza,
O związku bowiem naszym ma wiadomość.
Prosta roztropność wzmocnić się nam radzi.
Więc śpiesz się. Ja też, bez najmniejszej zwłoki,
Rozpiszę listy do innych przyjaciół.
Bądź mi zdrów! Śpiesz się, kochany Michale.

(Wychodzą).



AKT PIĄTY.
SCENA I.
Obóz królewski w blizkości Shrewsbury.
(Wchodzą: król Henryk, książe Henryk, hsiąże Jan z Lancaster, sir Walter Blunt i sir John Falstaff).

Król Henr.  Jak krwawe czoło, z za lesistej góry,
Podnosi słońce! Na te gniewu znaki
Dzień zda się blednąc.

Ks. Henr.  Wicher południowy
Zawył jak straszna gniewu tego trąba,
A świszcząc głucho po drżących drzew liściach,
Dzień zapowiada groźny i burzliwy.
Król Henr.  To niechaj płacze nad zwyciężonymi,
Bo dla zwycięzców niema dnia żałoby.

(Słychać odgłos trąbki; wchodzą: Worcester i Vernon).

To lord Worcester. Smutno mi, milordzie,
Że się w tak cierpkich schodzimy warunkach.
Zawiodłeś moje najdroższe nadzieje,
Zmusiłeś rzucić miękki płaszcz pokoju,
A twardą stalą stare członki ścisnąć:
To źle, milordzie, to źle z twojej strony.
Co mi przynosisz? Czy myślą jest twoją
Rozwiązać znowu węzeł szpetnej wojny,
I krążyć znowu po ładu orbicie,
Z której tak czyste rzucałeś przód światło,
Nie być, jak teraz, mglistym meteorem,
Zwiastunem trwogi i klęsk przyszłych czasów?
Worcest.  Słuchaj mnie, panie. Co do mnie, wyznaję,
Chętniebym wieczór mojego żywota
W domowej ciszy spokojnie chciał spędzić;
Nie ja szukałem dnia tego rozterek.
Król Henr.  Nie ty szukałeś? Skądże nam zaświtał?
Falstaff.  Bunt był na drodze, znalazł go w przejeździe.
Ks. Henr.  Cicho, papugo.
Worcest.  Spodobało ci się
Odwrócić twojej łaskawości oczy
Ode mnie, panie, i od mego domu,
Choć, niech mi będzie przypomnieć ci wolno,
Pierwszych, najdroższych miałeś w nas przyjaciół.
Dla ciebie, królu, za czasów Ryszarda,
Laskę urzędu mego potrzaskałem,
Dzień i noc biegłem, by się z tobą spotkać,
Ażeby twoją ucałować rękę,
Choć jeszcze wtedy nie byłeś mi równy
Ani fortuną, ni siłą, ni wpływem.
Ja cię powiodłem, mój brat i syn jego

Do twego domu, na burzliwych czasów
Niebezpieczeństwa wystawiając piersi.
Ty nam przysiągłeś — było to w Doncaster —
Że nie chcesz walić władzy istniejącej,
Lecz się domagać o swoje dziedzictwo,
Księstwo Lancaster, po Janie z Gandawy,
I na to pomoc przyrzekliśmy naszą.
Lecz wkrótce szczęścia deszcz spadł na twą głowę,
Spadła ulewa siły i wielkości.
Nasze zabiegi, króla nieobecność,
Rozpustnych czasów mnogie nadużycia,
Pamięć na krzywdy, które wycierpiałeś,
Przeciwne wiatry, co tak długo króla
W nieszczęsnej wojnie irlandzkiej trzymały,
Że cała Anglia w śmierć jego wierzyła,
Rój ten pomyślnych dla ciebie wypadków
Myśl ci podsunął, abyś dał się prosić
O sterów rządu schwycenie w twą rękę;
Z myśli ci wyszła przysięga w Doncaster.
Karmiony przez nas tak nam zapłaciłeś,
Jak płód niewdzięczny kukułki wróblowi,
Zburzyłeś gniazdo nasze; karm’ cię nasza
Tak utuczyła, iż wkrótce do ciebie
Miłość się nasza zbliżyć nie ważyła
Z obawy, abyś nas także nie połknął.
Żeby nie zginąć, zmusiłeś nas, królu,
Śpiesznem ulecieć skrzydłem z przed twych oczu,
I opór stawić, tą wzmocnionym bronią.
Którą ukułeś sam na siebie, panie,
Przez twoje groźby, twą niesprawiedliwość,
Przez pogwałcenie wszystkich twoich przysiąg,
Danych w poranku twego przedsięwzięcia.
Król Henr.  Wiem dobrze, wszystkie te spisane żale
Po rogach ulic kazaliście głosić,
I z ambon czytać, by pięknym lampasem
Ozdobić waszą buntowniczą szatę,
Schlebiać chwiejności biednych malkontentów,
Którzy z radością zacierają ręce,

Gdy ich doleci wieść jakich zaburzeń.
Nigdy żadnemu nie brakło buntowi
Na farbach pstrzących spraw jego brudotę,
Ni na żebrakach przymuszonych głodem
Wzdychać do chwili nieładu i wojny.
Ks. Henr.  Jeżeli oręż sprawę tę ma sądzić,
Niejedna dusza z dwóch walecznych armij
Drogo zapłaci za nasze rozterki.
W mojem imieniu powiedz synowcowi,
Że książę Walii, jak świat cały, wielbi
Henryka Percy. Na moje nadzieje!
(Obecną tylko wyłączając sprawę)
Dziś nie oddycha na szerokiej ziemi
Szlachcic dzielniejszy, śmielszy, lub ognistszy,
Zdolniejszy chwałę swych pomnożyć czasów.
Co do mnie znowu, ze wstydem wyznaję,
Byłem niewierny rycerstwa nakazom,
I wiem, że taki sąd jego jest o mnie.
W obliczu jednak króla, mego ojca,
Szczęśliwy, sławą że on mię przewyższa,
Aby oszczędzić krwi drogiej dwóch armij,
Oświadczam moją wolę i gotowość
Do pojedyńczej w szrankach z nim rozprawy.
Król Henr.  I jam gotowy na ten los cię stawić,
Choć tego wzbrania względów nieskończoność. —
Lecz nie, Worcester, nie; ja lud mój kocham,
Tych nawet kocham, którzy ułudzeni
W sprawie synowca twego broń chwycili.
Jeśli chcą przyjąć łaski mej ofiarę,
Tak on, jak oni, jak ty i jak każdy,
Będziecie znowu mymi przyjaciółmi,
Ja waszym będę. Więc bez zwłoki czasu,
Idź, słowa moje powtórz synowcowi,
Jego ostatnią przynieś mi odpowiedź.
Jeśli uparty nie myśli ustąpić,
Zemsta i kara są na me rozkazy,
I powinności, gdy trzeba, dopełnią.

Idź, odpowiedzią nie kłopocz mnie teraz:
Piękną ofiarę przyjmcie z roztropnością.

(Wychodzą: Worcester i Vernon).

Ks. Henr.  Lecz jej nie przyjmą, głowę za to stawiam.
Douglas i Henryk z dobytym orężem
Z ziemią się całą gotowi są mierzyć.
Król Henr.  Niech każdy zajmie swoje stanowisko,
Bo gdy odmówią, uderzym natychmiast,
A dobrej sprawie niech Bóg błogosławi!

(Wychodzą: Król, Blunt i książę Jan).

Falstaff.  Henrysiu, jeśli mnie zobaczysz powalonego śród boju, okracz mnie w ten sposób; to obowiązek przyjaciela.
Ks. Henr.  Kolos tylko mógłby ci oddać tę przyjacielską usługę. Zmów pacierz i bądź zdrów.
Falstaff.  Chciałbym, żeby to był czas do łóżka i żeby już wszystko było na dobre skończone.
Ks. Henr.  Ba, toć jesteś niebu śmierć dłużny (wychodzi).

Falstaff.  Jeszcze jej nie winienem, a markotnoby mi było zapłacić przed terminem. Dlaczegóżbym miał być tak pochopny z zapłatą, kiedy się nikt nie upomina? Ale mniejsza o to: honor gna mnie naprzód. Ale jeśli honor wygna mnie z tego świata, gdy ja gonię naprzód? co wtedy będzie? Czy honor potrafi przyprawić nogę? Bynajmniej. Czy ramię? Także nie. Czy odjąć ból rany? Ani tego. Więc honor nie zna się na chirurgii? Ani trochę. Cóż to jest honor? Wyraz. Co to jest ten wyraz honor? Dech. A to mi piękny rachunek! Któż to go posiada ten honor? Ten co zginął we środę. Czy on to czuje? Bynajmniej. Czy słyszy? Także nie. Więc to rzecz nieczuła? Bez wątpienia, dla umarłego. Ale czy czasem nie żyje z żyjącymi? Wcale nie. Dlaczego? Bo zazdrość znieść tego nie może. Jeśli tak, to nie chcę go wcale. Honor jest tylko herbową tarczą: i tak się kończy mój katechizm. (Wychodzi).
SCENA II.
Obóz buntowników.
(Wchodzą: Worcester i Vernon).

Worcest.  Nie, synowcowi nie możem powtórzyć
Wspaniałomyślnych królewskich przyrzeczeń.
Vernon.  Trzebaby jednak.
Worcest.  To będzie nam zgubą.
Podobnaż, aby król słowa dotrzymał,
W sercu nam chował miłości uczucie?
W ciągłem nas będzie trzymał podejrzeniu,
I stare grzechy skarci w nowym błędzie.
Nieufność jego ócz mu doda tysiąc,
Bo zdradzie człowiek ufa jak lisowi,
Co choć pieszczony, choć ułaskawiony,
Swoich pradziadów chytrości nie zabył.
Oblicza wyraz smutny czy wesoły
Zawsze nam na złe wytłómaczą widze;
Będziem jak woły na tuczy w oborze,
Tym śmierci bliższe, im lepiej karmione.
Błędów synowca może być wymówką
Młodości ogień, krwi jego gorącość,
Przezwiska nawet jego sam przywilej,
Szalony Hotspur, sługa swych kaprysów.
Wszystkie więc jego spadną przewinienia
Na ojca jego i na moją głowę;
My go chowali, z nas przewrotność czerpał;
Wszystkiego twórcy, zapłacim za wszystko.
Tak więc, kuzynie, na wszelki przypadek,
Niech Henryk nie wie o króla ofiarach.
Vernon.  Powiedz co zechcesz, ja wszystko potwierdzę.
Właśnie nadchodzi.

(Wchodzą: Hotspur, Douglas, za nimi oficerowie i żołnierze).

Hotspur.  Mój stryj widzę wrócił.
Puśćcie swobodnie lorda Westmoreland.
Co za nowiny?
Worcest.  Król nam bitwą grozi.

Douglas.  Poślijmy wyzew przez Westmorelanda.
Hotspur.  Lordzie Douglasie, daj mu to zlecenie.
Douglas.  Chętnie podobne przyjmuję poselstwo (wychodzi).
Worcest.  W królewskiem sercu nie ma miłosierdzia.
Hotspur.  Czyś prosił o nie? Uchowaj cię Boże!
Worcest.  Nasze mu krzywdy, jego wiarołomstwo
Skromniem wyłożył, on przed nami bronił
Krzywoprzysięstwem swe krzywoprzysięstwo.
Buntownikami, zdrajcami nas mieni,
I ostrzem miecza hydne to nazwisko
Skarcić przyrzeka. (Wraca Douglas).
Douglas.  Do broni! do broni!
Groźnem wyzwanie w twarz Henryka rzucił,
Które mu poniósł hrabia Westmoreland:
Trudno, by teraz zwlekał jeszcze atak.
Worcest.  W obliczu króla, młody książę Walii
Do pojedynku wyzwał cię, synowcze.
Hotspur.  Bodaj na głowach naszych spór ten leżał!
O gdyby dzisiaj nikt się nie zadyszał
Prócz mnie jednego i Henryka z Monmouth!
Powiedz mi, powiedz treść jego wyzwania;
Czy tchnęło wzgardą?
Worcest.  Nie, na moją duszę.
Nigdy do boju na śmierć albo życie
W skromniejszej mowie nie słyszałem wyzwań.
Mógłbyś pomyśleć, że brat brata wołał
Na próbę szabli, rycerską zabawę.
Dzielności twojej sprawiedliwość oddał,
Chwałę twą głosił książęcym językiem,
Twe rozpowiadał czyny jak kronika,
Wyżej cię stawił nad swoje pochwały,
Które nie mogły zrównać twej dzielności.
Potem, z prawdziwie książęcą godnością,
Z rumieńcem wstydu sam mówił o sobie,
Swą pustą młodość z taką gromił sztuką,
Że zdał się razem uczniem być i mistrzem.
Tu się zatrzymał. Ja zaś dodać muszę:
Jeśli on zazdrość tego dnia przeżyje,

Nigdy świetniejszej nie miała nadziei
Anglia w rozpusty jego skrytej fałdach.
Hotspur.  Widzę, kuzynie, że się rozkochałeś
W jego szaleństwach. Co do mnie, w mem życiu
O rozpustniejszym nie słyszałem księciu.
Niech jak chce będzie; zanim noc zapadnie,
Tak go żołnierskiem mem ścisnę ramieniem,
Że od uścisku w oczach mu się zaćmi.
Do broni teraz! A was, przyjaciele,
A was, żołnierze, silniej do potrzeby
Niech powinności zapali uczucie,
Niż słowa moje, w których niećwiczony
Darmobym pragnął krew waszą rozognić.

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Z tym listem, panie, wysłany przybyłem.
Hotspur.  Nie mogę teraz czytać tego listu. —
Panowie, krótkie żywota są chwile,
Ale je spędzić w gnuśnej bezczynności,
Krótkość ta tylko zbyt byłaby długą,
Chociażby żywot na skazówce siedział,
I dobiegł kresów swych z godziny końcem.
Jeśli przeżyjem, królów będziem deptać;
Jeśli zginiemy, możnaż piękniej ginąć
Jak w książąt gronie? nasze też sumienie
Zgryzoty nie zna, bo świętą jest wojna,
Gdy sprawiedliwość broń daje do ręki.

(Wchodzi inny posłaniec).

Posłaniec.  Gotowość! król się z pośpiechem posuwa.
Hotspur.  Dzięki mu, że mi przeciął w środku mowy,
Bo nie jest mojem wymowa rzemiosłem.
Lecz jeszcze słowo: niech każdy z nas walczy
Co mu sił stanie. Ja szabli dobywam.
A hart jej ostrza dzisiaj pomaluję
Krwią bohatera najszlachetniejszego,
Którego spotkam śród groźnych hazardów
Wściekłej rozprawy. — Percy! Esperance!
Naprzód! — Niech trąby ozwą się krzykliwe,
Przy ich odgłosie dajmy sobie uścisk,

Bo niebo mogę przeciw ziemi stawić,
Że z nas niejeden po raz już ostatni
Swej uprzejmości dowód nam ten daje.

(Odzywają się trąby; uścisnąwszy się wychodzą).
SCENA III.
Płaszczyzna w blizkości Shrewsbury.
(Bitwa; utarczki, alarm. Spotykają się Douglas i Blunt).

Blunt.  Jakie twe imię? Dlaczego mi w boju
Drogę zabiegasz? Jakiej chwały szukasz
Na mojej głowie?
Douglas.  Wiedz, zowię się Douglas,
A tak za tobą gonię śród potyczki,
Słyszałem bowiem, że ty królem jesteś.
Blunt.  Słyszałeś prawdę.
Douglas.  Twoje podobieństwo
Drogo już dzisiaj lord Stafford zapłacił,
Ta szabla moja za ciebie, Henryku,
Jego skarciła; ten los ciebie czeka,
Jeżeli jeńcem nie uznasz się moim.
Blunt.  Nie na to, dumny rodziłem się Szkocie,
Bym się poddawał; znajdziesz we mnie króla,
Zdolnego pomścić śmierć lorda Stafforda.

(Walczą; Blunt pada zabity. Wchodzi Hotspur).

Hotspur.  Douglasie, gdybyś pod Holmedon walczył
Z taką dzielnością, nie mój byłby tryumf.
Douglas.  Skończone wszystko i wszystko wygrane;
Widzisz, król Henryk bez życia tam leży.
Hotspur.  Gdzie?
Douglas.  Tu.
Hotspur.  To Henryk? Mylisz się Douglasie,
Twarz tę znam dobrze, dzielny to był rycerz,
Blunt jego imię, a jak król był zbrojny.
Douglas.  Gdziekolwiek poszła, duszy twojej wszędzie
Niech głupiec wiecznym będzie towarzyszem:
Drogo kupiłeś tytuł pożyczony,

Czemuś powiedział mi, że byłeś królem?
Hotspur.  Niejeden nosi królewską dziś zbroję.
Douglas.  To miecz ten wszystkie zbroje te pozmiata;
Sztuka po sztuce, jego garderobę
Będę mordował, aż samego spotkam.
Hotspur.  Rzućmy się w odmęt; hufców naszych męstwo
Na stronę naszą przechyli zwycięstwo. (Wychodzą).

(Alarm: wchodzi Falstaff).

Falstaff.  Choć w Londynie mogłem nie wielkim kosztem niejeden pokwitować rachunek, boję się, żeby mi tu nie przyszło wszystkie zaległości zapłacić, bo tu karbują tylko na skórze. — Cicho! Kto ty? Sir Walter Blunt; a to mi honor dla ciebie! To widzę nie żarty? Jestem gorący jak roztopiony ołów, a równie i ciężki. Panie ratuj mnie od ołowiu! Nie trzeba mi cięższego ładunku nad moje własne kiszki. Poprowadziłem moich urwiszów, gdzie ich dobrze opieprzono; nie zostało trzech żyjących z moich stu pięćdziesięciu, a i ci nie zdadzą się do końca życia jak na żebraków przy rogatkach. Ale któż to nadbiega? (Wchodzi książę Henryk).
Ks. Henr.  Stoisz bezczynny? pożycz mi twej szabli;
Niejeden rycerz leży otrętwiały
Pod kopytami dumnych nieprzyjaciół,
A krew ich jeszcze na mściciela czeka.
Czas nagli, błagam pożycz mi twej szabli.
Falstaff.  Proszę cię, Henrysiu, pozwól mi wytchnąć na chwilę. Turek Grzegorz[27] nigdy tego nie dokazał szablą, co ja w dzisiejszej potrzebie. Zapłaciłem należność Percemu. Bezpiecznie mu z mojej łaski.
Ks. Henr.  Wielka prawda; żyje też, żeby cię zabić. Proszę cię pożycz mi twojej szabli.
Falstaff.  Nie, Henrysiu, jeśli Percy żyje, nie dam ci szabli, ale jeśli chcesz, weź mój pistolet.
Ks. Henr.  Daj go. Co? jeszcze w olstrze?
Falstaff.  Tak jest Henrysiu, a gorący, gorący; jest tam dosyć na wysadzenie całego miasta. (Książe wyciąga butelkę kseresu).
Ks. Henr.  Jestże to pora do żartów i swawoli? (Rzuca na niego butelkę i wychodzi).
Falstaff.  Jeśli Percy żyje, zakłuję go jak persaka[28], byle mi drogę zabiegł, tak, bo jeśli ja pierwszy dobrowolnie mu drogę zabiegnę, to pozwolę się na kotlet usmażyć. Nie w moim guście ten wyszczerzony honor, który widzę na twarzy Sir Waltera. Daruj mi życie! potrafię je uratować, tym lepiej; jeśli nie, to przyjdzie honor nie szukany i na tem koniec (wychodzi).

SCENA IV.
Inna część placu boju.
(Alarm, utarczki; wchodzą: Król, książę Henryk, książę Jan i Westmoreland).

Król Henr.  Odejdź, Henryku, twa krew płynie strugą.
Janie z Lancaster, bądź mu towarzyszem.
Ks. Jan.  I ja przód muszę krwi mej trochę wylać.
Ks. Henr.  Pokaż się królu, twoja nieobecność
Przyjaciół twoich może niepokoić.
Król Henr.  Wracam do boju. Lordzie Westmoreland,
Prowadź Henryka do jego namiotu.
Westmor.  Więc pozwól, książę, niech cię odprowadzę.
Ks. Henr.  Mnie? Twej pomocy nie trzeba mi wcale.
Uchowaj Boże, by małe draśnięcie
Wygnało księcia Walii z placu boju,
Gdzie szlachtę naszą w krwi depczą kopyta,
A buntownicy w mordach tryumfują!
Ks. Jan.  Westmorelandzie, czas darmo tracimy;
Idźmy, gdzie nasza wzywa nas powinność.

(Wychodzą: książę Jan i Westmoreland).

Ks. Henr.  Bóg świadkiem, żeś mnie oszukał, Lancastrze,
Nie przypuszczałem w tobie tej dzielności.

Przódy jak brata kochałem cię, Janie,
Teraz cię kocham jak mą własną duszę.
Król Henr.  Widziałem, jak się starł na szablę z Percym;
Ani myślałem, że taki wyrostek
W takiej rozprawie tak dzielnie się sprawi.
Ks. Henr.  Wszystkim nam dzieciuch ten dodaje męstwa.

(Wychodzi. — Alarm. Wbiega Douglas).

Douglas.  Nowy król! Rosną niby hydry głowy.
Ja jestem Douglas dla wszystkich fatalny,
Którzy na zbroi noszą te kolory.
Kto jesteś, króla co przyjąłeś rolę?
Król Henr.  Jestem król Henryk; boleję Douglasie,
Że tyle cieniów króla napotkałeś
A nie samego króla. Dwóch mam synów,
Którzy szukają ciebie i Percego;
Lecz gdy szczęśliwy los cię tu sprowadził,
Zmierzę się z tobą; miej się ku obronie.
Douglas.  Boję się, żebyś nowym nie był cieniem,
Chociaż, wyznaję, królewską masz postać.
Ktokolwiek jesteś, wiem, że jesteś moim;
A to jest sposób, w jaki cię zwyciężę.

(Walczą; król jest w niebezpieczeństwie; wbiega książę Henryk).

Ks. Henr.  Nikczemny Szkocie, podnieś teraz głowę,
Albo jej nigdy więcej nie podniesiesz!
Męstwo Stafforda, Blunta i Shirleya
Dłoń mą natęża. Jestem książę Walii,
Co nigdy jeszcze daremno nie groził,
Nie obiecywał bez chęci wypłaty.

(Walczą. Douglas ucieka).

Śmiało, mój królu! W jakim jesteś stanie?
Posiłków żąda sir Mikołaj Gawsey,
Żąda ich Clifton; lecę do Cliftona.
Król Henr.  Czekaj, Henryku, choć na chwilę wytchnij.
Stracone dobre imię odzyskałeś,
A w taką porę przynosząc mi pomoc,
Dowiodłeś, że ci drogie jest me życie.
Ks. Henr.  Kto ci powiedział, żem twej śmierci pragnął,
Bóg widzi, czarną kalał mnie potwarzą.

Gdyby tak było, nie mógłżem zostawić
Ręki Douglasa wzniesionej nad tobą?
Wszak to był sposób równie niewątpliwy,
Jak wszystkie świata całego trucizny,
A syna twego od zdrady uwalniał.
Król Henr.  Śpiesz do Cliftona, ja poniosę pomoc
Mikołajowi Gawsey.

(Wychodzi król Henryk. Wchodzi Hotspur).

Hotspur.  Jeśli nie błądzę, jesteś Harry Monmouth.
Ks. Henr.  Mówisz, jakgdybym chciał me imię taić.
Hotspur.  Ja jestem Harry Percy.
Ks. Henr.  To przed sobą
Widzę dzielnego herszta buntowników.
Ja jestem książę Walii; nie myśl, Percy,
Byś dłużej chwalą mógł się ze mną dzielić:
Dwie gwiazd nie mogą jedną krążyć sferą,
I Anglii trudno dwa znieść królowania:
Henryka Percy i książęcia Walii.
Hotspur.  Znosić je wkrótce ustanie potrzeba:
Śmierci jednego wybiła godzina.
Dalby Bóg, aby twoje teraz imię
Tak głośne było śród bojów jak moje!
Ks. Henr.  Nim się rozstaniem głośniejszem je zrobię.
Wszystkie honoru pączki z twego hełmu
Zbiorę na wieniec dla mojego czoła.
Hotspur.  Nie mogę dłużej przechwałek tych słuchać. (Walczą).

(Wchodzi Falstaff).

Falstaff.  Dobra odpowiedź, Henrysiu. Dalejże go! Henrysiu.
To nie przelewki, możesz mi wierzyć.

(Wchodzi Douglas; walczy z Falstaffem, który upada jakby zabity. Douglas wychodzi. — Hotspur ranny upada).

Hotspur.  Henryku, młodość wydarłeś mi moją!
Łatwiej kruchego zniósłbym życia stratę,
Niż chwałę twoją na mnie zarobioną;
Myśl ta boleśniej duszę moją rani,
Niż oręż ciało: ale ludzkie myśli
Niewolnicami są ludzkiego życia,
A ludzkie życie igraszką jest czasu,

I czas, pan świata, koniec swój mieć musi.
Mógłbym prorocze słowa teraz wyrzec,
Lecz zimna śmierci dłoń język mi wiąże.
Nie, Percy, jesteś tylko prochu garstką,
Strawą — (umiera).
Ks. Henr.  Robaków, mój waleczny Percy.
Żegnam cię wielkie bohatera serce!
Jak się ściągnęłaś dumo źle utkana!
Dopóki dusza w tem mieszkała ciele,
Królestwo ciasną było mu siedzibą,
Dwa teraz kroki najpodlejszej ziemi
Dosyć dla niego. Ziemia ta co dźwiga
Twe ciało, nie ma żyjącego męża
Twojej dzielności. Percy, gdybyś jeszcze
Na mych uwielbień czuły był oznaki,
W swoich uczuciach mniej byłbym wylany.
Twarz porąbaną pozwól mi osłonić;
Przez wzgląd na ciebie sam sobie dziękuję
Za tę oddaną usługę przyjaźni.
Bądź zdrów! Do nieba chwałę twoją zabierz!
Hańba niech twoja w grobie twym śpi z tobą,
Ale nagrobek twój niech o niej milczy!

(Spostrzegając Falstaffa).

Stara znajomość! Toż wszystko to ciało
Trochę żywota nie mogło utrzymać?
Bądź zdrów, mój Jasiu! Łatwiejby mi było
Stracić lepszego od ciebie człowieka.
Twoja utrata ciężkąby mi była,
Gdybym się szczerze w pustocie zakochał.
Śmierć dziś tłustszego nie zwaliła zwierza,
Choć niejednego lepszego rycerza.
Nim cię w grób złożę balsamowanego,
Śpij na krwi łożu, przy boku Percego (wychodzi).

Falstaff  (podnosząc się powoli). Balsamowanego! Jeśli mnie nabalsamujesz dzisiaj, to pozwalam ci posolić i zjeść mnie jutro. Do kroćset beczek! wielki był czas zabitego udawać; inaczej ten gorący smok szkocki byłby mi rachunek mój uregulował. Udawać? kłamię; nie jestem udaniem; umrzeć jest być udaniem, bo tylko udaniem jest człowiek nie mający życia człowieka, ale udawać umarłego, żeby przez to ocalić życie, to nie jest być udaniem, to jest prawdziwy, doskonały obraz życia. Najlepszą połową męstwa jest dyskrecya; właśnie tą połową uratowałem całe moje życie. Na uczciwość, ten saletra Percy, choć umarły, strachem mnie przejmuje. A nużby i on udawał i powstał. Boję się, żeby z dwóch udawyań jego nie było lepsze. Dam mu więc zupełną pewność i przysięgnę, że ja go zabiłem. Bo i dlaczegóż nie miałby powstać tak dobrze jak ja? Naoczny tylko świadek mógłby o kłamstwo mnie posądzić, a nikt mnie nie widzi. A więc mopanku (daje mu pchnięcie w udo). Chodź ze mną! (Bierze go na plecy). (Wchodzą: książę Henryk i książę Jan).
Ks. Henr.  Chodź, bracie Janie; krwią nieprzyjaciela
Dobrze dziewiczą pokropiłeś szablę.
Ks. Jan.  Cicho! co widzę? Czy mi nie mówiłeś,
Że ten otyły człowiek był zabity?
Ks. Henr.  Sam go widziałem bez ducha w krwi kale.
Człeku, czy żyjesz? Czy to widmo jakie
Naszym się oczom w chwili tej urąga?
Przemów! Nie chcemy oczom naszym wierzyć,
Na świadków jeszcze przyzywamy uszy.
Nie, ty nie jesteś, czem się być wydajesz.
Falstaff.  Nie, niewątpliwie, nie jestem podwójnym człowiekiem. Ale jeśli nie jestem Jasiem Falstaffem, to jestem Maćkiem. Oto jest Percy. (Rzuca trupa na ziemię). Jeśli twój ojciec chce mi za to tytuł jaki udzielić, to dobrze; jeśli nie, to niech sobie sam zabije następnego Percego. Spodziewam się zostać hrabią lub księciem, daję słowo.
Ks. Henr.  Co? Wszak to ja sam zabiłem Percego, a ciebie widziałem bez ducha na ziemi.
Falstaff.  Ty? Panie! Panie! Jakże świat ten kłamstwu oddany! Przyznaję, że leżałem na ziemi i bez tchu, jak on właśnie; ale porwaliśmy się obadwa i biliśmy się dobrą godzinę wedle shrewsburskiego zegaru. Jeśli mi uwierzą, to dobrze; jeśli nie, niech grzech ten spadnie na ludzi, których powinnością nagradzać męstwo. Będę do upadłego utrzymywał, że tę ranę w udo ja mu zadałem, i gdyby żył, a chciał temu przeczyć, do kroćset beczek! dałbym mu do zjedzenia kawałek mojej szabli.
Ks. Jan.  Nigdym dziwniejszej powieści nie słyszał.
Ks. Henr.  Boć to i człowiek najdziwniejszy, bracie.
Więc weź na barki szlachetne to brzemię;
Jeśli to kłamstwo może ci posłużyć,
Dam mu pozłotę jak zdołam najlepszą.

(Słychać sygnał odwrotu).

To znak odwrotu: zwycięstwo jest nasze.
Chodź ze mną, bracie, policzyć na placu
Przyjaciół naszych żywych i poległych.

(Wychodzą: książę Henryk i książę Jan).

Falstaff.  I ja pociągnę za nimi, po nagrodę, jak powiadają. Kto mnie nagrodzi, niech mu to Pan Bóg wynagrodzi! Jak zostanę wielkim, zrobię się cieńszym, bo wezmę na purgans, wyrzeknę się kseresu i zacznę uczciwe życie, jak na magnata przystoi. (Wychodzi unosząc trupa).

SCENA V.
Inna część placu boju.
(Przy odgłosie trąb wchodzą: król Henryk, książę Henryk, książę Jan, Westmoreland i inni; Worcester i Vernon jako jeńcy).

Król Henr.  Taka to zawsze na bunt spada kara.
Lordzie Worcester, pośle przeniewierczy,
Przez twoje usta wszystkim wam posłałem
Me przebaczenie, łaskę, miłość moją,
A tyś słów moich przekręcił znaczenie,
Twego synowca ufność oszukałeś.
Trzech z mojej strony zabitych rycerzy,
I hrabia jeden, i tysiące innych
Tejby godziny cieszyło się życiem,
Gdybyś jak dobry poniósł chrześcijanin
Poselstwo moje armii buntowników.

Worcest.  Szedłem za radą mego bezpieczeństwa,
A jestem gotów znieść wszystko cierpliwie,
Co na mnie spadnie konieczności prawem.
Król Henr.  Niech zaraz giną Vernon i Worcester;
O losie innych później postanowim.

(Wychodzą: Worcester i Vernon pod strażą).

Jaki stan boju?
Ks. Henr.  Szlachetny Szkot Douglas,
Widząc zwycięstwo na naszych sztandarach,
Gdy Percy poległ, gdy jego żołnierze
Na skrzydłach trwogi z placu uchodzili,
Odwrócił konia i w śpiesznej ucieczce
Spadając z góry tak ciężko się potłukł,
Że się w pogoni naszych dostał ręce.
Teraz w namiocie moim jeńcem leży,
A ja cię błagam o łaskę tę, królu,
Bym mógł osobą jego rozporządzić.
Król Henr.  Z całego serca.
Ks. Henr.  Idź, bracie mój Janie,
Bądź szlachetnego poselstwa heroldem,
Śpiesz, Douglasowi w mem powiedz imieniu,
Że bez okupu wolność mu powracam.
Dzielności jego ślad na hełmach naszych
Dał mi naukę, jak szanować męstwo
Żyjące w piersiach wrogów nawet naszych.
Król Henr.  Teraz rozdzielić hufce nam wypadnie:
Z Westmorelandem ty, synu mój Janie,
Ku Yorkowi co śpieszniej pociągniesz,
Gdzie Northumberland i Scroop arcybiskup
Zbierają siły i bronić się myślą.
Z tobą, Henryku, do Walii pociągnę,
Na Glendowera i hrabiego Marchii.
Daj Bóg podobne zwycięstwo nad nimi,
A bunt ucichnie na całej tej ziemi;
Niech przód do pochew nie wrócą pałasze,
Póki z rąk wrogów nie wydrzem co nasze. (Wychodzą).


Upominek - ozdobnik str. 77.png



Selous - Król Henryk IV cz.2.jpg

KRÓL HENRYK IV. CZĘŚĆ II.



KRÓL HENRYK IV.
CZĘŚĆ II.

K

Króla Henryka IV część druga łączy się bezpośrednio z pierwszą i jest dalszym jej tylko ciągiem i dokonaniem. Płochy książe Henryk, przyjaciel Falstaffa, który już w bitwie pod Shrewsbury męstwem swem podniósł się i oczyścił w oczach ojca i widzów, w którym poeta powoli przygotowuje nam rycerskiego Henryka V, jeszcze się całkowicie rozstać nie może z nałogami i obyczajem rozpasanej młodości. Wraca i tu do dawnych swych rozrywek, mniej się im wszakże oddając i raczej przypatrując, niż czynnie w nich uczestnicząc.

Henryk IV występuje tu jako zwycięzca umocniony na tronie dzielnem wystąpieniem przeciw wichrzycielom, pewien, że dziedzictwo przekaże następcy. W historyi Holinshed’a, wypadki te, które poeta natychmiast po zwycięstwie zestawia z opisanymi w pierwszej części — oddzielone są od niego kilku latami. Historya powiada, że stary książe Northumberland po zwycięstwie króla, ocalając życie i dobra swoje, poddał się losowi i przejednał. Nierychło zaś potem, korzystając z wyprawy na Francyę, do nowego porwał się powstania, usiłując klęskę powetować — i strącić z tronu Lancastra.
Pretendentem do korony był dlań zawsze ten Edmund Mortimer hr. Marchii, którego w Windsor strzeżono. Do tego nowego spisku należeli, wedle kroniki, Lord Hastings, Bardolph, Tomasz Mowbray (syn księcia Norfolk) i Ryszard Scroop Arcybiskup Yorku, człowiek, który u ludu angielskiego miał wielką wziętość i przewagę, i czczonym był niemal jak święty. Tomasz Mowbray żal miał do króla za zabrane mu dobra, Arcybiskup Yorku za ściętego brata i za pozbawionego tronu Mortimera. Powstańcy ogłosili odezwę do ludu, którą z rozkazu Arcybiskupa Yorku poprzybijano na drzwiach kościołów. Lud na głos arcypasterza płynął doń tłumami; miasto York ogłosiło się za nim.
Pomimo tych potężnych zasobów, jakimi rozporządzali spiskowi, nie mieli jednak odwagi wyjść w pole i ociągali się z rozpoczęciem walki stanowczej. Arcybiskup na pierwsze wezwanie do pojednania i zgody okazał się skłonnym przyjąć warunki, przez hrabiego Westmoreland w imieniu króla podane. Oświadczył natychmiast, że nie przeciwko królowi walczył, ale przeciw nadużyciom, jakich się dopuszczano. Westmoreland ze swej strony warunki podane przyjąć się oświadczył i przyrzekł reformy żądane. Wszyscy, idąc za przykładem arcybiskupa, woleli zgodę i układy, niżeli wojnę domową. Jeden tylko Tomasz Mowbray nie dowierzał przyrzeczeniom, — chociaż większość była za ich przyjęciem. Gdy wskutek układu wojska powstańcze rozpuszczone zostały, hr. Westmoreland kazał natychmiast uwięzić spiskowych, a wojska królewskie puściły się w pogoń za rozpuszczonymi oddziałami, które ścigały, rozpraszały i niszczyły. Nie pomogły przywileje parów i prałatów, Mowbraya i Arcybiskupa osądzono na śmierć i ścięto. Król poszedł na zamki obronne Percych, na zbuntowane prowincye i przywiódł je orężem do posłuszeństwa.
Książe Henryk brał udział w tej wojnie. Historya opowiada jeszcze o długiej a uporczywej obronie czarnoksiężnika owego Glendower’a, który w przeciągu lat prawie czterech trzymał się w górach i bronił nim go pokonano.
Hr. Northumberland i Bardolph zbiegli do Szkocyi, aby zbierać nowe siły przeciwko przywłaszczycielowi Henrykowi IV. Northumberland w r. 1408 powrócił do hrabstwa swego, powołując je do buntu, który w istocie wybuchnął i skończył się bitwą pod Bramhan, w której on poległ, a wkrótce po nim i Bardolph z ran w potyczce odniesionych. Głowy obu na pal wbite wystawiono na moście londyńskim.
Szekspir ani mógł, ani chciał malować całego panowania Henryka IV i czynności jego po uśmierzeniu powstania. W dramacie umiera on zaraz po zwycięstwie odniesionem, a sceny ostatnie, w których występuje następca tronu, rozwijają charakter jego, podnoszą go, przygotowując dramat następny.
Kronika Holinsheda, główne źródło, którem posługiwał się Szekspir i jego poprzednicy, opisując zgon króla, mieści niektóre rysy, wzięte z niej przez poetę do dramatu:
„Nazajutrz po Bożem Narodzeniu — pisze kronikarz — otwartym by miał parlament, który król zwołał do Londynu; ale życie swe skończył, nim posiedzenie zamknięto... W czasie ostaniej swej choroby rozkazał, jak utrzymują niektórzy, koronę swą położyć na poduszce w głowach łoża swego, gdy wtem napadły go boleści tak srogie, iż leżał martwy, jakby już duch opuścił ciało jego. Ci, co przy nim byli, sądzili w istocie, iż już życie zakończył i oblicze jego zasłonili całunem. Książe syn jego, gdy mu o tem doniesiono, udał się do komnaty, zabrał koronę i odszedł z nią. Gdy potem ojciec znowu, ochłonąwszy z boleści, przyszedł do siebie, spostrzegł zaraz, iż korony brakło, a gdy się dowiedział, że ją syn zabrał, kazał go zawołać do siebie, pytając, coby to znaczyć miało, iż się tak z nim źle obchodził? Książe odparł, nie tracąc przytomności — „panie, wedle mojego i wszystkich przekonania, zdawaliście się umarłym, dlategom ja, jako wasz najbliższy spadkobierca wziął to jako swoje, nie jako Wasze. — A, miły synu — rzekł król z westchnieniem głębokiem, jeślim ja do niej jakie prawo miał — Bóg jeden wie.
— Lecz, odparł syn, umieracie jako król, przeto koronę po was biorę i mam nadzieję ją, mieczem, jako i wy, od nieprzyjaciół obronić. — A więc — rzekł król — polecam to Bogu; ty zaś pomnij, abyś doprowadził do końca. I obróciwszy się na łóżku, oddał ducha“.
Szekspir w drugiej, jak w pierwszej części, nie idzie niewolniczo za Holinshedem, nie nagle zmienia Henryka V, przygotowuje widzów do tej metamorfozy; ale przeobrażenie rozpuszczonego młodzieńca na króla czującego obowiązki swego położenia, umiejącego powagę majestatu utrzymać — usuwa się z przed oczów widza.
Przyjaciel Falstaff, który i w tej części gra rolę niepoślednią, cieszy się niesłychanie, dowiadując o wstąpieniu na tron swojego druha, wiernego towarzysza płochych zabaw i figlów trefnych. Jest pewnym, że teraz doszedł do szczytu szczęścia, podawnemu myśląc z królem być na stopie poufałości — tymczasem spotyka go zawód okropny. Henryk V rozpoczyna panowanie, zrywając dawne stosunki, a wynagradzając cnotliwą surowość sędziego, który niegdyś, gdy jeszcze był księciem, uwięzić go kazał. Piękną tą sceną uwydatniającą charakter przyszły Henryka V kończy się ta część druga.
Dramat ten (część II-ga) zdaje się być zaraz po pierwszej części napisany, jako ciąg jej dalszy. Układ, sposób prowadzenia, styl tego dowodzi. W roku 1599 grano już tę część na scenie; lecz, gdy część pierwsza po kilkakroć była drukowaną, druga wyszła osobno raz tylko, pod tytułem: „Druga część Henryka IV, ciągnąca się dalej do jego śmierci i koronacyi Henryka V. Z dowcipami Sir Johna Falstaffa i górnomownego Pistola“[29].


Ozdobnik-5kropek.png



OSOBY:

Król Henryk IV.

Henryk, książę Walii, później Henryk V,  synowie króla.
Tomasz, książę Klarencyi,
Książę Jan z Lancastru, później książę Bedford,
Humphrey (Humfry) książę Gloucester (Gloster),
Hrabia Warwick (Warwik)  z partyi królewskiej.
Hrabia Westmoreland,
Gower,
Harcourt (Harkur),

Lord wielki sędzia. Dworzanin z jego służby.

Hrabia Northumberland, Brace segment, right, end-top.svg
Scroop (Skrup), arcybiskup Yorku Brace segment, right, span.svg
Lord Mowbray, Brace segment, right, mid.svg  nieprzyjaciele króla.
Lord Hastings, Brace segment, right, span.svg
Lord Bardolph (Bardolf), Brace segment, right, span.svg
Sir John Colevile (Dżon Kolwil), Brace segment, right, end-bot.svg
Travers,  domownicy Northumberlanda.
Morton,

Falstaff, Bardolf, Pistol, Paź.

Poins,  ze służby księcia Henryka.
Peto,
Płytek,  sędziowie pokoju
Wilczek,

Davy, sługa Płytka.
Butwiak, Cień, Brodawka, Słabiak, Cielak, rekruci.
Kruczek, Sidełko, słudzy sądowi.
Wieść, Odźwierny, Tancerz.
Lady Northumberland.
Lady Percy (Persy).
Pani Żwawińska, karczmarka.
Dorota Drzej-prześcieradło.



KRÓL HENRYK IV.
CZĘŚĆ II.

PROLOG.
Warkworth. Przed zamkiem hrabiego Northumberlanda.
(Wchodzi: Wieść, w ubiorze pomalowanym w języki).

Wieść.  Otwórzcie uszy; kto chciałby je zatkać,
Kiedy Wieść głośna zaczyna swą powieść?
Ja to od wschodu do zachodu kresów
Na koniu moim, na wiatrach niesiona,
Głoszę zaczęte na kuli tej czyny.
Na mych językach wieczna jedzie potwarz,
Którą we wszystkich ogłaszam narzeczach,
Fałszem słuchaczów przepełniając uszy.
Pokój oznajmiam, gdy skryta nienawiść
Świat z bezpieczeństwa uśmiechami rani.
Czyż nie ja sama, nie Wieść, zbiera wojska,
Gotuje opór, kiedy rok ciężarny
Innych, nieznanych płodem przeciwności
Zdaje się w łonie swem kryć wojny brzemię?
Wieść, jest to fletnia, w którą dmucha zazdrość,
Lub podejrzenie, albo przypuszczenia;
Instrument prosty, z tak łatwem zadęciem,
Że hydny potwór o głowach tysiącu,
Chwiejne pospólstwo, zagrać na nim może.
Lecz potrzebujęż anatomizować
Znane me ciało pośród mej drużyny?
Spytacie teraz, co mnie tu sprowadza?
Lecę przed króla Henryka zwycięstwem,

Który na krwawem polu pod Shrewsbury
Z wodzem posiekał Hotspura zaciągi,
W krwi buntowników pożar buntu zgasił.
Lecz co ja robię, prawdę rozgłaszając?
Sprawą jest moją roztrąbić po ziemi,
Że Henryk Monmouth zwyciężony poległ
Od krwawej szabli dzielnego Hotspura;
Że król, pod wściekłą prawicą Douglasa,
Do grobu schylił głowę pomazaną.
To rozgłosiłam po wsiach i miasteczkach
Od pola zwycięstw króla pod Shrewsbury
Do tych toczonych przez robactwo murów,
W których Hotspura ojciec, Northumberland,
Czeka, udaną złożony chorobą.
Poseł za posłem biegnie zadyszany,
A każdy niesie tę samą wiadomość,
Bo się odemnie każdy jej dowiedział;
Każdy mu kłamstwa przynosi słodycze,
Stokroć zgubniejsze niż prawdy gorycze.

(Wychodzi).



AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Warkworth. Przed zamkiem hrabiego Northumberlanda.
(Odźwierny przed bramą; wchodzi Lord Bardolph).

Lord Bard.  Kto bramy strzeże? hola! gdzie jest hrabia?
Odźw.  Kogoż mam panu memu zameldować?
Lord Bard.  Powiedz: lord Bardolph czeka tu na niego.
Odźw.  Hrabia do sadu na przechadzkę wyszedł;
Bacz tylko, panie, w bramę zakołatać,
Sam ci odpowie. (Wchodzi Northumberland).
Lord Bard.  Hrabia się przybliża.

Northumb.  Co za nowiny? Każda chwila teraz
Matką być może stanowczych wypadków.
Groźne to czasy; wojna, jak koń dziki,
Porwała pęta, i wiatrem niesiona
Wszystko po drodze kopytem rozbija.
Lord Bard.  Pewne ci wieści przynoszę z Shrewsbury.
Northumb.  Dobre? Daj Boże!
Lord Bard.  Nie mogą być lepsze.
Sam król śmiertelną w boju odniósł ranę;
Twojego syna miecz powalił trupem
Książęcia Walii; Douglas własną ręką
Dwóch Bluntów zabił; książę Jan nakoniec
I Westmoreland i Stafford w popłochu
Pierzchnęli z placu; tłusty wieprz Monmoutha,
Sir John, twojego syna został jeńcem.
O, świat nie widział walki uporczywszej,
I o świetniejszem nie słyszał zwycięstwie
Od dni Cezara.
Northumb.  Skąd ta wieść pochodzi?
Czy byłeś w boju? Czy wracasz z Shrewsbury?
Lord Bard.  Mówiłem z mężem, który stamtąd wracał;
Szlachcic stateczny, z uczciwego domu,
Który mi ręczył za wieści tych prawdę.
Northumb.  Właśnie powraca dworzanin mój, Travers,
Któregom z zamku wyprawił we wtorek
Powziąć języka.
Lord Bard.  Minąłem go w drodze,
A więc prócz tego, co odemnie słyszał,
Nic on pewnego z sobą nie przynosi.

(Wchodzi Travers).

Northumb.  Jakież mi dobre nowiny przynosisz?
Travers.  Sir John Umfrevile nawrócił mnie z drogi
I kazał śpieszyć z wesołą nowiną,
A że na lepszym niż ja jechał koniu,
Wnet mnie wyprzedził; aż tu w tropy za nim,
Bez tchu od pędu, nadlatuje szlachcic,
I staje przy mnie, aby dać na chwilę
Zakrwawionemu wytchnąć rumakowi.

Pytał o drogę do Chester, ja znowu
Pytałem, jakie wieści są z Shrewsbury,
Rzekł, iż powstańców odbiegła fortuna,
I że ostroga młodego Henryka
Percy, jest zimna; ledwo to powiedział,
Puścił galopem szybkiego rumaka;
Schylił się naprzód, uzbrojone pięty
Wcisnął w robiące boki biednej bestyi
Po samo kółko, nie słuchając dłużej,
Zdał mi się drogę w swym pożerać pędzie.
Northumb.  Powtórz: ostroga młodego Henryka
Percy jest zimna? Hotspura jest zimna?
Rzekł, iż powstańców odbiegła fortuna?
Lord Bard.  Słuchaj mnie, hrabio; jeśli syn twój młody
Nie wygrał bitwy na polach Shrewsbury,
To ja dam w zamian za jedwabny sznurek
Moją baronię; nie mówmy już o tem.
Northumb.  Skądże mógł jednak ów szlachcic na drodze
O naszej klęsce dać mu te szczegóły?
Lord Bard.  Skąd? pytasz, hrabio; to był jakiś chłystek
Uciekający na skradzonym koniu;
Plótł, co mu ślina przyniosła do gęby.
Lecz nowy poseł nowe niesie wieści.

(Wchodzi Morton).

Northumb.  Tak, czoło jego jak książki okładka
Tragiczną dzieła treść nam zapowiada[30].
Tak brzeg wygląda, na którym mórz fale
Okrucieństw swoich zostawiły ślady.
Powiedz, Mortonie, czy wracasz z Shrewsbury?
Morton.  Tak jest; uszedłem z Shrewsbury, milordzie,
Gdzie śmierć przywdziała najhydniejszą maskę,
Ażeby naszych przerazić stronników.
Northumb.  A syn mój? brat mój? — Ha, ty drżysz, Mortonie;
Lic twoich bladość twoje mi poselstwo
Lepiej od twego tłómaczy języka.
Mąż jak ty. drżący, żalem przygnieciony,

Ze śmiercią w oczach, z boleścią na twarzy,
Odchylił w nocy Pryama firanki,
By mu powiedzieć, że w płomieniach Troja;
Lecz nim rzek! słowo, Pryam płomień widział,
Tak i ja teraz widzę śmierć Percego,
Nim powieść o niej zacząłeś; chcesz mówić:
Tak a tak, syn twój, a brat twój tak walczył,
Na wrogów naszych tak dzielny wpadł Douglas;
Łakome ucho chcesz męstwem ich sycić,
By mi nakoniec śmiertelny cios zadać,
Jednem westchnieniem blask ten zgasić cały,
Ostatniem słowem: syn, brat, wszystko legło.
Morton.  Brat twój i Douglas, panie, jeszcze żyją,
Ale lord, syn twój —
Northumb.  Ale syn mój poległ.
Ach, jak ma szybki język podejrzenie!
Kto się obawia, czego wiedzieć nie chce,
Jakby instynktem w cudzem oku czyta,
Że się już stało, czego się obawiał.
Przemów jednakże, powiedz mi, Mortonie,
Że hrabi twego domysły są kłamstwem;
Twoja obelga będzie mi słodyczą.
Za tę obelgę złotem cię obsypię.
Morton.  Zbyt wielkim jesteś, bym ci zadał kłamstwo:
W twych się przeczuciach nie zmyliłeś, panie.
Northumb.  Nie mów mi jednak, że Percy zabity.
Dziwne wyznanie w oczach twoich czytam;
Potrząsasz głową, jakby prawdę wyznać
Niebezpieczeństwem albo grzechem było.
Jeśli zabity, powiedz, że zabity;
Głosząc śmierć jego, język nie obraża;
Ten grzeszy tylko, co potwarza zmarłych,
Nie ten, co mówi, że zmarły nie żyje.
A jednak pierwszy złych wieści posłaniec
Niewdzięcznej służby dla siebie dopełnia;
Głos jego odtąd, jakby dzwon pogrzebny,
Zgon drogich osób wciąż nam przypomina.
Lord Bard.  Nie mogę wierzyć, aby syn twój poległ.

Morton.  Smutno mi, panie, zmuszać cię do wiary
W to, co widziałem, a czego, Bóg świadkiem,
Nie chciałem widzieć; lecz te oczy moje
Były świadkami, jak cały krwią zlany
Odpierał ciosy, omdlałą prawicą,
Henryka Monmouth, który, w gniewie wściekłym,
Nieulękłego na ziemię powalił,
Skąd Percy żywy nie podniósł się więcej.
Gdy mąż, co ogniem duszy swej zapalał
Ostatnich ciurów naszego obozu,
Poległ, a wieść ta rozbiegła się wszędzie,
Z nim razem naszych najlepszych rycerzy
Skonała dzielność; bo stal jego serca
Powstańczej armii twardą była zbroją;
Bez niego, wszystko zostawione sobie
Jak ciężki ołów’ bezwładne upadło.
Jak pocisk leci tym chyżej, im cięższy,
Gdy raz potężną wypchnięty jest siłą,
Tak lud, Hotspura śmiercią ociężały,
Trwogą ciężkości takie skrzydła przypiął,
Że strzała szybciej do celu nie leci
Jak nasi, niegdyś waleczni żołnierze.
Teraz w ucieczce szukający życia.
Wtedy Worcester dostał się w niewolę,
A krwawy Douglas, którego miecz wściekły
Trzykroć królewskie obalił widziadło,
Pierzchł i przykładem swym osłonił hańbę
Uciekających w popłochu powstańców.
Trwoga w ucieczce zwichnęła mu nogi,
Padł i zbolały wrogom poszedł w jassyr.
Słowem, zwycięstwo król stanowcze odniósł,
A Westmoreland i młody Lancaster
Ciągną z pośpiechem przeciw tobie, panie.
Na tem się kończy wierna moja powieść.
Northumb.  Starczy mi czasu, aby płakać po nich.
Jest lek w truciźnie; te gorzkie nowiny,
Które zdrowemu niemocby przyniosły,
Choremu w części przywróciły zdrowie.

Łazarz, którego członki febrą słabe
Gną się pod życiem jak wiotkie zawiasy,
Nagle, jak ogień, rwie się w paroksyzmie
Z rąk swoich stróżów; tak i moje członki
Słabe cierpieniem, w paroksyzmie żalu
W trójnasób dawne odzyskują siły.
Precz więc odemnie, kulo niedołężna!
Stalowe dzisiaj trzeba rękawice
Na dłoń tę wsunąć; precz, chorych zawoje!
Zbyt słabą głowy jesteście obroną,
W którą zwycięstwem syty godzi książę.
Żelazem teraz uwieńczcie mi skronie!
Niech przyjdą teraz najstraszniejsze chwile,
Jakie wymyśleć mogą czas i zemsta,
Z Northumberlanda mierzyć się wściekłością!
Niech teraz niebo pocałuje ziemię!
Ręka natury niechaj nie wstrzymuje
Śluz potopowych! niech skona porządek!
Niechaj przestanie świat ten być teatrem,
Na którym wojna wlecze się powoli;
Ale niech wszystkie serca jedno czucie
Pierworodnego owładnie Kaina!
By tam, gdzie wszyscy krwi zarówno łakną,
Mordercza scena prędzej się skończyła,
A ciemność wszystkich spólnym była grobem!
Travers.  Zbytnia namiętność zabija cię, panie.
Lord Bard.  Nie rób rozbratu, hrabio, z roztropnością.
Morton.  Zdrowie twe, panie, jedyną jest tarczą
Stronników, sprawie twojej poświęconych,
A zdrowie twoje nie zdoła wytrzymać
Tak gwałtownego uniesień wybuchu.
Obrachowałeś wprzód wojny hazardy,
Zliczyłeś wprzódy wszystkie jej następstwa,
Nim rzekłeś, panie: dobądźmy oręża!
Przewidywałeś, że w ciosów podziale
Syn twój szlachetny mógł poledz śród boju,
Że nad przepaścią szedł po ostrzu miecza,
Gdzie upaść łatwiej, niż brzegu dosięgnąć;

Wiedziałeś, panie, że i jego ciało
Podległe ranom; że go wielka dusza
W odmęt największych pogna niebezpieczeństw;
Wyrzekłeś jednak: idź naprzód, mój synu!
Żadna z tych wielkich nie zdołała obaw
Na chwilę ugiąć twoich postanowień.
Co się więc stało, co wojna spłodziła.
Jestże czem więcej, niż co stać się mogło?
Lord Bard.  I nam zarówno, twych planów stronnikom
Nie było tajno, żeśmy się puścili
Na niebezpieczeństw rozhukane morze,
Gdzie było dziesięć razy łatwiej zginąć,
Niż wyjść bez skazy; to nas nie wstrzymało,
Bo wszystkie względy na niebezpieczeństwo
Tłumiły w sercach tryumfu korzyści.
I dziś raz jeszcze, fortuny rozbitki,
Próbujmy szczęścia; stawmy, bez wahania,
Na jedną kartę majątki i życie.
Morton.  A czas już wielki. Prócz tego, słyszałem,
(A za nowiny śmiem ręczyć prawdziwość)
Że arcybiskup Yorku już wyruszył
Z potężną armią; a on, dobry panie,
Podwójnym węzłem stronników swych trzyma.
Twój syn jedynie wiódł do boju ciała,
Jakby cień tylko i pozory mężów;
Słowo: bunt bowiem swym wpływem złowrogim
Od czynów ciała dzieliło ich dusze;
Bili się wprawdzie, lecz z musu, niechętni,
Jak chory pije niemiłe lekarstwo;
Po naszej stronie tylko szable były;
Ale ich dusze słowo: bunt zmroziło
Jak ryby w stawie; teraz arcybiskup,
Co było buntem, na religię zmienia,
Bo zdaniem ludzi, w myślach swoich święty,
Ciągnie za sobą dusze ich i ciała,
Bunt swój uświęca krwią króla Ryszarda
Z kamieni zamku Pomfret zeskrobaną;
Swą sprawę z nieba na ziemię sprowadza;

Mówi, że stanął w wyspy tej obronie,
Krwią obryzganej, prawie konającej
Pod Bolingbroka żelazną prawicą;
Biegną też za nim potężni i słabi.
Northumb.  Wiedziałem o tem, lecz obecna boleść
Myśl o tem w mojej zatarła pamięci.
Lecz idźmy teraz wspólnie się naradzić
O naszych środkach zbawienia i zemsty.
Wyprawmy gońców, gdzie są przyjaciele:
Tak ich jest mało, a trzeba tak wiele! (Wychodzą).

SCENA II.
Ulica w Londynie.
(Wchodzi: Sir John Falstaff i Paź, który niesie jego oręż i tarczę).

Falstaff.  Pójdź tu sam, olbrzymie; co mówi doktór na moją wodę?
Paź.  Doktór powiedział, panie, że woda, sama w sobie, była dobrą i zdrową wodą; ale że instrument, z którego wyszła, może mieć więcej chorób, niż byłby w stanie wyliczyć.
Falstaff.  Ludzie wszystkich stanów uważają za honor stroić ze mnie żarty. Mózg tej głupio ulepionej gliny-człowieka nie zdolny nic wymyślić; co więcej do śmiechu pobudza, niż to, co ja wymyśliłem, lub co o mnie wymyślono. Nietylko sam jestem dowcipny, ale i drugim daję dowcip. Idąc tu przed tobą, mam minę maciory, która zagniotła wszystkie swoje prosięta prócz jednego. Jeśli książę dał mi cię na służbę w innym celu, jak żeby mnie uwydatnić, to nie mam za grosz sensu. Ty bękarcie pokrzyku, lepiejbyś wyglądał na moim kapeluszu niż za mojemi piętami. Nie miałem jeszcze agatu za pachołka do dziś dnia; nie oprawię cię jednak ani w złoto ani w srebro, ale w liche odzienie i odeślę cię do twojego pana jak klejnot, do młodzieniaszka, do księcia twojego pana, którego broda jeszcze w puch nie porosła. Prędzej puści mi broda na dłoni, niż jemu na policzkach, a przecie nie zakrztusi się, mówiąc, że twarz jego jest królewską; twarzą; Bóg ją skończy, kiedy zechce; ale dotąd niema na niej jednego włoska za wiele. Niech sobie myśli, że to twarz królewska; ale balwierz nie zarobi na niej sześciu groszy; mimo tego jednak, on piać gotów, jakby nosił napis: to mąż! od czasu, w którym ojciec jego był kawalerem. Wolno mu pysznić się ze swojej Łaskawości, ale może być tego pewny, że stracił tak dobrze jak całą moją łaskę. Co powiedział jegomość Dombledon względem atłasu na mój spencer i rajtuzy?
Paź.  Powiedział, panie, że musisz mu lepszą dać rękojmię od zaręczenia Bardolfa. Nie chce przyjąć ani twojego ani jego biletu; nie po myśli mu taka rękojmia.
Falstaff.  Bodaj się w piekle smażył jak obżartuch! bodaj język jego jeszcze był gorętszy! sk.....yn Architofel! bezczelny łajdak! mieć szlachcica słowo, a domagać się rękojmi! Te gładkowłose bękarty noszą teraz tylko o wysokich obcasach trzewiki i pęki kluczów za pasem, a kiedy uczciwy człowiek chce u nich kupić co na kredyt, trzeba im pytać o rękojmię! Wszystko mi jedno, czyby chciał włożyć mi do gęby kawał trutki na szczury, czy mi ją zamknąć swoją rękojmią. Ja czekam, żeby mi przysłał dwadzieścia dwa łokcie atłasu, a on mi tu przysyła rękojmię. Niechże sobie śpi spokojnie, bo ma róg obfitości, przez który świeci lekkomyślność jego żony; on przecie nic nie widzi, choć sobie własną przyświeca latarnią. Gdzie Bardolf?
Paź.  Poszedł na Smithfield kupić konia dla waszej dostojności.

Falstaff.  Ja go kupiłem przy kościele świętego Pawła, a on chce mi kupić konia na Smithfield, gdybym jeszcze znalazł żonę w zamtuzie, miałbym sługę, konia i żonę jednego kalibru[31].
(Wchodzi Lord Wielki Sędzia i jego Dworzanin).

Paź.  Widzę, panie, zbliżającego się lorda, który posłał do więzienia księcia za to, że go uderzył z przyczyny Bardolfa.
Falstaff.  Idź za mną w trop, nie chcę go widzieć.
W. Sędzia.  Co to za człowiek tam idzie?
Dworz.  Falstaff, milordzie.
W. Sędzia.  Czy ten, co był wplątany w sprawę kradzieży?
Dworz.  Ten sam, milordzie, ale później dobrze się sprawił pod Shrewsbury, i jak słyszałem, idzie teraz ze zleceniami do lorda Jana z Lancastru.
W. Sędzia.  Co? Do Yorku? Przywołaj go do mnie.
Dworz.  Sir John Falstaff!
Falstaff.  Powiedz mu, paziu, że jestem głuchy.
Paź.  Mów głośniej; mój pan jest głuchy.
W. Sędzia.  Ani wątpię; na wszystko, co uczciwe. Idź uszczypnij go w łokieć, muszę z nim mówić.
Dworz.  Sir John! —
Falstaff.  Co? tak młody hultaj, a już żebrze? Alboż to niema wojny? alboż to braknie roboty? Czy król nie potrzebuje poddanych? czy buntownikom nie trzeba żołnierzy? Choć honor po jednej tylko jest stronie, większą jest hańbą żebrać, niż trzymać z gorszą nawet stroną, gorszą nawet, niż nazwisko: bunt zrobić ją może.
Dworz.  Mylisz się, panie, w twoim o mnie sądzie.
Falstaff.  Jak to, mopanku? Alboż powiedziałem, że jesteś uczciwym człowiekiem? Odkładając na bok moje rycerstwo i moją żołnierkę, powiedziałem wierutne kłamstwo, jeśli to powiedziałem.
Dworz.  Więc proszę cię, panie, odłóż na bok twoje rycerstwo i twoją żołnierkę, a pozwól sobie powiedzieć, że wierutne powiedziałeś kłamstwo, jeśli mówisz, że nie jestem uczciwym człowiekiem.
Falstaff.  Ja pozwolę powiedzieć to sobie? Ja odłożyć na bok to, co wzrosło ze mną? Jeśli dostaniesz ode mnie to pozwolenie, powieś mnie, a jeśli dasz je sam sobie, lepiej byłoby dla ciebie wisieć. W piętkę gonisz, mój ogarze; precz mi stąd! ruszaj!
Dworz.  Lord wielki sędzia chciałby się z tobą rozmówić, panie.
W. Sędzia.  Sir John Falstaff, jedno słowo.
Falstaff.  Dobry mój panie, niech ci Pan Bóg da dzień dobry! Z radością widzę waszą dostojność na ulicy; słyszałem o chorobie waszej dostojności; spodziewam się, że wasza dostojność wyszła z domu za poradą doktora. Wasza dostojność choć jeszcze niezupełnie za granicami młodości, czuje pewne podmuchy wieku, mały smaczek soli czasu; pozwalam też sobie prosić pokornie waszą dostojność, aby raczyła mieć należny wzgląd na swoje kosztowne zdrowie.
W. Sędzia.  Sir John, posłałem po ciebie przed twoją wyprawą do Shrewsbury.
Falstaff.  Z przeproszeniem waszej dostojności, ale słyszałem, że J. K. Mość wróciła z Walii niezupełnie, jakbyśmy pragnęli.
W. Sędzia.  Nie mówię o J. K. Mości. Nie stawiłeś się mimo mojego rozkazu.
Falstaff.  Słyszałem prócz tego, że J. K. Mość miała znów atak tego sk......a apopleksyi.
W. Sędzia.  Niech mu Bóg wróci zdrowie! Pozwól teraz, abym ci parę słów powiedział.
Falstaff.  Ta apopleksya, mojem zdaniem, jest rodzajem letargu, snem krwi, sk.......em odurzeniem.
W. Sędzia.  Co mi tam o tem prawisz? Niech sobie czem chce będzie.
Falstaff.  Jej źródłem jest zwykle zbytek alteracyi, pracy, natężenia umysłu; czytałem o przyczynach jej skutków w Galenie, ma to być rodzaj głuchoty.
W. Sędzia.  Zdaje mi się, że i ty dostałeś tej choroby, bo nie słyszysz, co ci mówię.
Falstaff.  Bardzo dobrze, milordzie, bardzo dobrze; albo raczej z przeproszeniem, jest to choroba niesłuchania, niemoc niebaczenia, która mi dokucza.
W. Sędzia.  Lekarstwo dane w pięty uleczyłoby chorobę niebaczenia twoich uszu; nie jestem od tego, żebym się nie podjął być twoim doktorem.
Falstaff.  Choć jestem jak Job biedny, milordzie, nie jestem jak on cierpliwy. Wasza dostojność może mi przepisać miksturę więzienia przez wzgląd na moje ubóstwo; ale jakbym mógł zostać waszej dostojności pacyentem i stosować się do jej recepty, to jest pytanie, które mogłoby zadać niejednemu mędrkowi gran skrupułu, a może skrupuł cały.
W. Sędzia.  Posłałem po ciebie, gdy się toczyła sprawa, w której szło o twoje gardło, abyś przyszedł rozmówić się ze mną.
Falstaff.  Ale ja za radą uczonego konsyliarza, ćwiczonego w prawach lądowej służby, nie stawiłem się.
W. Sędzia.  To dobrze; ale żeby ci tak powiedzieć prawdę, sir John, w wielkiej żyjesz infamii.
Falstaff.  Kto się pasem moim ściska, nie może żyć w mniejszej.
W. Sędzia.  Dochody twoje są szczupłe, a wydatki nad stan ogromne.
Falstaff.  Pragnąłbym, żeby było odwrotnie; żeby moje dochody były ogromne, a stan mój szczuplejszy.
W. Sędzia.  Sprowadziłeś z dobrej drogi młodego księcia.
Falstaff.  Mnie raczej młody książę z drogi sprowadził; ja jestem ślepym a wielkiem brzuchem, a on psem moim.
W. Sędzia.  Zresztą, nie chciałbym odnawiać świeżo zagojonej rany; twoja dzienna służba pod Shrewsbury ozłociła trochę twoje nocne sprawki w Gadshill. Możesz podziękować burzliwym dzisiejszym czasom, że ci płazem uszła ta sprawka.
Falstaff.  Milordzie?
W. Sędzia.  Ale skoro wszystko skończyło się szczęśliwie, zostaw rzeczy, jak są, nie budź śpiącego wilka.
Falstaff.  Budzić wilka równie jest źle, jak trącić lisem.
W. Sędzia.  Zresztą, jesteś jak świeca, której najlepsza połowa już spłonęła.
Falstaff.  Łojowa to świeca, milordzie, sam tylko łój; choć gdybym powiedział jarząca, miałbym do tego prawo, boć jestem jary.
W. Sędzia.  Każdy biały włosek na twojej twarzy powinienby ci dodawać powagi.
Falstaff.  Wagi, wagi wagi.
W. Sędzia.  Na krok nie odstępujesz księcia, jak jego zły anioł.
Falstaff.  Bynajmniej, milordzie. Zły anioł[32] jest lekki, a dość na mnie spojrzeć, aby mnie wziąć bez ważenia. Jednakże, pod pewnym względem muszę wyznać, że nie mam dziś obiegu. Cnota w tak małej cenie w dzisiejszych kramarskich czasach, że prawdziwa zasługa musiała się zrobić niedźwiednikiem; wszystkie inne przymioty właściwe mężowi, dzięki przewrotności wieku, nie warte są ziarnka agrestu. Ty, milordzie, co jesteś stary, nie masz na względzie popędów, nas, co jesteśmy młodzi, mierzysz gorącość naszej śledziony goryczą własnej żółci, gdy my, co jesteśmy w samem zarzewiu młodości, muszę wyznać, lubimy krotofile.
W. Sędzia.  Jak to? Ty wciągasz twoje imię na rejestr młodzieniaszków, gdy wszystkie charaktery wieku zapisują cię do starców? Czy oko twoje nie wilgotne? czy ręka nie sucha? nie żółte policzki? nie biała broda? Czy nie ubywa ci łydek, a nie przybywa brzucha? Czy głos twój nie głuchy? czy nie krótki oddech? nie podwójny podbródek, a nie prostaczy rozum? czy każdy zmysł twój nie przytępiony starością? A chcesz się jeszcze nazywać młodzieniaszkiem? Fe, fe, fe, sir John, wstydź się!
Falstaff.  Milordzie, przybyłem na świat około trzeciej popołudniu z siwą głową i niezgorzej zaokrąglonym brzuchem. Co do mojego głosu, straciłem go, śpiewając w niebogłosy kantyczki. Dowodzić dłużej mojej młodości nie widzę potrzeby. To tylko prawda, że jestem stary sądem i rozumem. Kto chce przewracać ze mną koziołki o tysiąc grzywien, niech mi tylko zaforszusuje tę sumę, a radzę mu mieć się na baczności. Co do kułaka, którego ci dał książę, dał ci go jak nieokrzesany książę, a ty go wziąłeś jak lord pełny roztropności. Dobrą mu dałem za to burę, a młode książątko pokutuje teraz, tylko nie w popiele i włosiennicy, ale w nowym jedwabiu, przy starego wina szklenicy.
W. Sędzia.  Daj Boże księciu lepszego towarzysza!
Falstaff.  Daj Boże towarzyszowi lepszego księcia! Nie mogę się od niego odczepić.
W. Sędzia.  Na szczęście król cię odczepił od księcia Henryka. Słyszałem, że ciągniesz z lordem Janem Lancastrem na Arcybiskupa i hrabiego Northumberlanda.
Falstaff.  To prawda, dzięki waszemu słodziuchnemu dowcipowi. Ale proście Boga wy wszyscy, którzy całujecie w domu panią Spokojność, żeby nasze armie nie spotkały się w dniu gorącym, bo biorę z sobą dwie tylko koszule, a nie myślę pocić się nadzwyczajnie. Na przypadek upału, jeśli będę machał czem więcej jak butelką, niech nigdy więcej białą śliną nie splunę. Ledwo, że jaka niebezpieczna wyprawa głowę wychyli, muszą mnie zaraz w nią wścibić; nie mogę przecie trwać na wieczne czasy. Ale stary to zwyczaj naszego angielskiego narodu, że ma co dobrego, to niem wszędzie szafuje. Jeśli gwałtem chcecie utrzymywać, że jestem stary, to powinniście dać mi spoczynek. Dalby Bóg, żeby imię moje nie było tak straszne nieprzyjacielowi, jak jest teraz! Wolałbym, żeby mnie rdza na śmierć przedziurawiła, niż żebym zniknął wiecznem szorowaniem.
W. Sędzia.  Dobrze, dobrze; bądź tylko uczciwy, bądź uczciwy, a niech niebo błogosławi waszej wyprawie!
Falstaff.  Czyby mi wasza dostojność nie raczyła pożyczyć tysiąc funtów na mój wojenny rynsztunek?
W. Sędzia.  Ani szeląga, ani szeląga, i tak już dosyć jesteś ciężki. Bądź zdrów! Poleć mnie względom mojego kuzyna Westmorelanda. (Wychodzi z dworzaninem).
Falstaff.  Jeśli to zrobię, pozwolę dać sobie szczutka młotem. Nie łatwiej rozdzielić starość ze skąpstwem, jak młodość z rozpustą; ale podagra męczy jedną, a franca szczypie drugą; obie obejdą się bez mojego przekleństwa. — Paziu!
Paź.  Panie?
Falstaff.  Ile jest gotowizny w mojej sakiewce?
Paź.  Dwa grosze i siedm szelągów.
Falstaff.  Nie mogę znaleźć lekarstwa na te suchoty sakiewki. Pożyczka przeciąga tylko konanie, ale choroba zostaje nieuleczona. Oddaj ten list lordowi Lancastrowi, ten księciu, ten hrabiemu Westmorelandowi, a ten starej Urszuli, której raz na tydzień przysięgam, że ją wezmę za żonę od czasu, jak znalazłem pierwszy biały włos na mojej brodzie. Ruszaj! Wiesz, gdzie mnie znajdziesz. (Wychodzi Paź). Franca na tę podagrę lub podagra na tę francę! bo jedna lub druga pastwi się nad moim wielkim palcem. Ale nic w tem złego, że kuleję; wojna moją wymówką, a moja pensya wyda się tem sprawiedliwszą. Sprytna głowa umie ciągnąć korzyści ze wszystkiego; z choroby zrobię kapitał.

( Wychodzi).
SCENA III.
York. Pokój w pałacu arcybiskupa.
(Wchodzi Arcybiskup Yorku, lord Hastings, lord Mowbray, lord Bardolph).

Arcybisk.  Stan nasz wam znany, znane nasze środki,
Proszę was teraz, powiedzcie otwarcie,
Co wam się zdaje o naszych nadziejach.
Lordzie marszałku, objaw nam myśl twoją.
Mowbray.  Uznaję słuszność naszego powstania;
Lecz dokładniejszych pragnąłbym objaśnień,
Jak potrafimy z tem, co jest pod ręką
Wyruszyć w pole, mężnie stawić czoło
Potężnej armii pod króla sztandarem.
Hastings.  Koło dwudziestu i pięciu tysięcy
Wyborowego liczym dziś żołnierza,
Przytem z pewnością możemy rachować

Na silną pomoc hrabi Northumberland,
Którego pali krwawej zemsty ogień!
Bardolph.  Lordzie Hastingsie, pytanie jest teraz,
Czy te dwadzieścia pięć tysięcy wojska
Mogą się oprzeć bez Northumberlanda.
Hastings.  Mogą z nim razem.
Bardolph.  Na tem stoi wszystko.
Jeśli bez niego jesteśmy za słabi,
Zbyt się daleko nie możem posuwać,
Póki się z nami hrabia nie połączy.
W sprawie tak ważnej, wszelkie przypuszczenia,
Wszelkie nadzieje niepewnych posiłków
Do naszych rachub nie powinny wchodzić.
Arcybisk.  Słuszna uwaga; to właśnie zgubiło
W shrewsburskiej bitwie młodego Hotspura.
Bardolph.  To, bez wątpienia. Karmił się nadzieją,
Obietnicami posiłków oddychał,
Łudził się przyjściem urojonej siły,
Mniejszej od jego i najmniejszej myśli;
Więc uniesiony skrzydłem wyobraźni,
Szalonym tylko dozwolonej głowom,
Powiódł swe hufce na rzeź niewątpliwą,
I skoczył w przepaść z zamkniętą źrenicą.
Hastings.  Nie szkodzi jednak do wojennych rachub
Prawdopodobne wprowadzać nadzieje.
Bardolph.  I bardzo, jeśli cały wojny zasób,
Jeżeli cała zwycięstwa podstawa
Nadzieją tylko żyje, jak te pączki,
Które w zaraniu wiosny drzewa stroją,
Bo czy z nich kiedy owoc się wywiąże,
Mniej jest nadziei, niż słusznej obawy,
Że je przed czasem mroźne zwarzą wiatry.
Kto chce budować, najprzód grunt obejrzy,
Potem plan zrobi, a gdy już zobaczy
Kształt domu, koszta budowli obliczy,
A gdy nad jego zdadzą mu się możność.
Nowy plan z mniejszym zakreśla przepychem,
Albo się całkiem wyrzeka budynku.

Tym bardziej w sprawie tak wielkich rozmiarów,
Gdy prawie chcemy obalić królestwo,
A na ruinach wybudować nowo,
Grunt musim poznać, plan bacznie rozważyć,
Dopiero silne kopać fundamenta,
Radzić się znawców, obliczyć zasoby,
Czy zdolne pokryć wszystkie dzieła koszta;
Inaczej, siły nasze na papierze
Imiona ludzi za ludzi nam dadzą;
Będziem jak człowiek, co dom zaczął wznosić
Nad swoją możność, a w połowie pracy
Wstrzymać się musiał i kosztowne mury
Na łup zostawić łzom chmur wędrujących,
Na pośmiewisko wiatrom twardej zimy.
Hastings.  A więc przypuśćmy, że nasze nadzieje
W porodzie umrą, choć pięknie poczęte,
Że jeden żołnierz w pomoc nam nie przyjdzie.
To i tak jeszcze z tem, co teraz mamy,
Na równi z królem możemy się mierzyć.
Bardolph.  Co? król dwadzieścia pięć tylko tysięcy
Rachuje zbrojnych?
Hastings.  Przeciw nam, przynajmniej,
A raczej nawet i tylu ich nie ma.
W burzliwych czasach musiał swoje hufce
Na trzy rozdzielić; jeden korpus poszedł
Na Glendowera; przeciw Francyi drugi,
A trzeci na nas z konieczności ciągnie.
Widzisz, król osłabł na trzy rozkrojony;
Kufer też jego dźwięk wydaje głuchy
Czczości i nędzy.
Arcybisk.  Nie możem się lękać,
Aby pościągał rozpierzchnięte siły,
Na nas jedynie całą napadł siłą.
Hastings.  E, bądź spokojny! a gdyby to zrobił,
Swojeby tyły bez obrony wydał
Glendowerowi i francuskim pułkom,
Trop w trop za jego ciągnącym śladami.
Bardolph.  Kto, jak się zdaje, przeciw nam dowodzi?

Hastings.  Książe Lancaster z hrabią Westmoreland;
Do Walii ciągnie król z Henrykiem Monmouth;
Lecz się nie mogłem z pewnością dowiedzieć,
Komu powierzył wojnę przeciw Francyi.
Arcybisk.  Ogłośmy powód naszego powstania.
Lud sobie zmierził własnego wybrańca;
Chciwa wprzód miłość przesyt teraz czuje;
Bo kto na sercach pospólstwa dom stawia,
W niepewnej mieszka i wywrotnej izbie.
O, głupi ludzie! Grzmotnych błogosławieństw
Dla Bolingbroka słałeś chór do nieba,
Gdy nie był jeszcze, czem zrobić go chciałeś;
Teraz, gdy w swoje ubrałeś go żądze,
Szpetny żarłoku, tak syty nim jesteś,
Że chciałbyś gwałtem wyrzucić go z siebie.
Tak już wyplułeś i króla Ryszarda,
Ty psie nieczysty, z żarłocznych czeluści;
Znów jeść chcesz teraz twój umarły wymiot,
I wyjesz za nim? Komu dziś zaufać?
Ci, którzy śmierci pragnęli Ryszarda,
Póki żył Ryszard, zmienili się nagle,
I w jego teraz kochają się grobie.
Ty, coś na głowę jego popiół ciskał,
Kiedy wzdychając przebiegał ulice
Za tryumfalnym Bolingbroka wozem,
Dziś wołasz; Ziemio, wróć tamtego króla,
A tego połknij! — Przeklęta ludzkości!
Przeszłość i przyszłość zawsze ci jest drogą,
Obecność zawsze szpetną i ubogą.
Mowbray.  Zbierzemyż wojska, dosiądziemyż koni?
Hastings.  Czas panem naszym, czas zwłoki nam broni.

(Wychodzą).



AKT DRUGI.
SCENA I.
Londyn. — Ulica.
(Wchodzi: Gospodyni, z nią Kruczek i jego Sługa, za nimi Sidełko).

Gospod.  Panie Kruczku, czy zaoblatowałeś skargę?
Kruczek.  Zaoblatowałem.
Gospod.  Gdzie twój pomocnik? Czy to jaki barczysty pachołek? Czy dotrzyma kroku?
Kruczek.  Mopanku, gdzie Sidełko!
Gospod.  A, a, dobrze! Panie Sidełko!
Sidełko.  Jestem, jestem.
Kruczek.  Sidełko, musimy aresztować Sir John Falstaffa.
Gospod.  Tak jest, panie Sidełko, oblatowałam i jego i wszystko.
Sidełko.  Sprawę tę może z nas który przypłacić życiem; gotów którego z nas zasztyletować.
Gospod.  O, ja nieszczęśliwa! Strzeż się go. Toć on i mnie pchnął sztyletem w moim własnym domu, a to w najobrzydliwszy sposób. Na uczciwość, nie zważa on na krzywdę, którą wyrządza, jak raz dobędzie sztyletu; gotów kłuć jak wcielony dyabeł, bez względu czy to mąż, niewiasta, czy dziecię.
Kruczek.  Byłem go raz złapał, drwię ja z jego sztyletu.
Gospod.  I ja też; będę twoją popleczniczką.
Kruczek.  Byleby mi się tylko zacapić go udało, byle się tylko raz w moją szrubę dostał.
Gospod.  Zginęłam, jeśli odjedzie. Możecie mi wierzyć, że co mi winien, końca nie ma. Dobry panie Kruczku, trzymaj go; dobry panie Sidełko, nie daj mu się wymknąć. Przychodzi on kontynentalnie na Róg Pasztetnika, z przeproszeniem, bo chce tam sobie siodło kupić, a jest zanitowany na obiad do pana Gładkosza, bławatnika, pod znakiem Lamparta, na ulicy Lombard; proszę więc was, skoro moja fakcya jest zaoblatowana, a moja sprawa tak dobrze wiadoma całemu światu, dołóżcie starania, żeby zapłacił mój rachunek. Sto grzywien, wielka to strata dla biednej, osierociałej wdowy. Czekałam i czekałam, a on mnie durzył i durzył i durzył, z dnia na dzień odsyłał, że aż wstyd o tem myśleć. Niema uczciwości w takiem postępowaniu, chyba że niewiasta zostanie osłem i bestyą, aby znosić krzywdę od lada łajdaka. (Wchodzą: Sir John Falstaff, Paź i Bardolf). Właśnie nadchodzi, a z nim ten hultaj, z małmazyowym nosem, Bardolf. Dopełnijcie waszej powinności, panie Kruczku i panie Sidełko; dopełnijcie mi, dopełnijcie mi waszej powinności.
Falstaff.  Co tu nowego? czyja kobyła zdechła? co tu za nowiny?
Kruczek.  Sir John, aresztuję cię wskutek skargi zaniesionej przez panią Żwawińską.
Falstaff.  Precz mi stąd, szerepetki! Dobądź szabli Bardolfie, utnij mi głowę tego nicponia, a rzuć mi tę babę do rynsztoku.
Gospod.  Rzucić mię do rynsztoku? ja cię tam rzucę wprzódy. Ty? ty mnie? ty, łotrze, bękarcie? Rozbój! rozbój! O, ty mężobójczy hajdamako! Ty chcesz mordować bożych sług i królewskich? ty szelmo, rozbójniku? ty rozbójniku! ty kacie męża i niewiasty!
Falstaff.  Wygoń ich, Bardolfie.
Kruczek.  Rety! rety!
Gospod.  Dobrzy ludzie, śpieszcie nam na pomoc! Co, nie chcesz? nie chcesz? ty łotrze, ty szubieniczniku!
Falstaff.  Precz mi stąd, ty pomywaczko! ty żebraczko! ty tłuku! Albo połechcę cię katastrofą.

(Wchodzi lord Wielki Sędzia ze służbą).

W. Sędzia.  A to co znowu? hola! spokojność!
Gospod.  Dobry milordzie, bądź dla mnie dobry! błagam cię, bądź mi pomocą!
W. Sędzia.  Cóż to, Sir Johnie? cóż to za targańce?
Zważ na swój stopień, na czas, obowiązki;
Dawnoś być winien w drodze do Yorku.
Puść go, mopanku, czemu tak go trzymasz?
Gospod.  O, najdostojniejszy milordzie! Niech mnie wasza łaskawość raczy posłuchać! Jestem wdową z Eastcheap, a on jest aresztowany na moje żądanie.
W. Sędzia.  Za jaką kwotę?
Gospod.  To więcej jak kwota, milordzie, to moje wszystko, co miałam. Wyjadł mię z mojego własnego domu, włożył całą moją substancyę w ten tłusty brzuch swój; ale wyciągnę jeszcze stamtąd choć odrobinę, albo męczyć cię będę po całych nocach jak zmora.
Falstaff.  Myślę, że ja cię będę prędzej po całych nocach męczył, byle się nadarzyła sposobność.
W. Sędzia.  Co się to znaczy, sir John? Wstydź się! Czy człowiek uczciwej reputacyi chciałby się narażać na taką burzę wykrzykników! Czy się nie rumienisz, zmuszając biedną wdowę do tak gwałtownych środków, aby odebrać, co się jej należy.
Falstaff.  Co ci winienem ryczałtem?
Gospod.  Ha, gdybyś był uczciwym człowiekiem, winieneś mi samego siebie, a pieniądze w dodatku. Przysiągłeś mi na pozłacany kubek, siedząc w mojej sali delfina, przy okrągłym stole, naprzeciw komina, w którym buchał ogień ziemnego węgla, we środę po Zielonych Świątkach, kiedy ci książę rozpłatał czaszkę za to że porównywałeś jego ojca do windsorskiego śpiewaka, przysiągłeś mi, właśnie gdy ci obmywałam ranę, że mnie poślubisz, że zrobisz ze mnie milady twoją żonę. Czy możesz temu zaprzeczyć? Czy sąsiadka Łoińska, żona rzeźnika, nie wbiegła wtedy do izby i nie nazwała mię kumą Żwawińską? a przyszła pożyczyć u mnie garnuszek octu, bo powiedziała mi, że ma doskonały półmisek morskich raczków, a ciebie zaraz wzięła chętka skosztować jej potrawy; ale ja ci odpowiedziałam, że to niedobre jedzenie na świeżą ranę. A ledwo że wyszła, czy nie wymagałeś, abym się więcej nie pospolitowała z takiem tałałajstwem, mówiąc, że niedługo nazywać mnie będą madamą? A czy nie pocałowałeś mnie i nie prosiłeś, żeby ci dać trzydzieści szylingów? Przysięgnij mi teraz na biblią i zaprzecz wszystkiemu, jeśli możesz.
Falstaff.  To biedna waryatka, milordzie; toć ona paple po całem mieście, że najstarszy syn jej, to wykapana wasza dostojność. Była kiedyś dostatnią gospodynią, ale żeby prawdę powiedzieć, bieda przewróciła jej głowę. Co się zaś tyczy tych głupich urzędników, mam zamiar, milordzie, poszukiwać na nich mojego afrontu.
W. Sędzia.  Sir John, sir John, znam ja dobrze twój sposób przekręcania prawdy na fałsz w każdej sprawie. Ani miedziane czoło, ani potok słów płynących z więcej jak bezczelną śmiałością, nie potrafią mnie sprowadzić z drogi bezstronnego sądu. Wiem, żeś nadużył potulnej ufności tej kobiety.
Gospod.  To prawda, to prawda, milordzie.
W. Sędzia.  Proszę cię, bądź cicho! — Zapłać jej, co winieneś i napraw nieuczciwie wyrządzoną jej krzywdę; dopełnisz pierwszego brzęczącą monetą, a drugiego rzetelną skruchą.
Falstaff.  Milordzie, nie zniosę tej bury bez odpowiedzi. Nazywasz honorową odwagę bezczelną śmiałością. Tylko kto się pokornie kłania i milczy, jest w twoich oczach cnotliwym człowiekiem. Ale nie, milordzie, nie wypuszczając z pamięci należnego ci uszanowania, nie myślę twoim być suplikantem. Więc raz jeszcze milordzie, domagam się, żebyś mnie uwolnił od prześladowań tych ichmościów, bo królewska służba wymaga odemnie pośpiechu.
W. Sędzia.  Mówisz, jakgdybyś miał prawo krzywdzenia drugich. Ale odpowiedz w sposób godny twojej reputacyi i zaspokój tę niewiastę.
Falstaff.  Chodźno tu, gospodyni. (Odchodzi z nią na stronę. Wchodzi Gower).
W. Sędzia.  Ha, to Gower, co za nowiny?
Gower.  Król z księciem Walii przybędzie za chwilę;
List ten, milordzie, opowie ci resztę.
Falstaff.  Jakem szlachcic —
Gospod.  Ba, ba, tak samo mówiłeś i wprzódy.
Falstaff.  Jakem szlachcic — no, nie mówmy o tem więcej.
Gospod.  Na tę niebieską ziemię, na której stoję, będę musiała zastawić moje srebra i obicia moich jadalnych pokoi.
Falstaff.  Szklanki, szklanki, to rzecz najdogodniejsza do picia; a co do twoich murów, jaka zabawna krotofila, albo historya rozrzutnego syna, albo niemieckie polowanie al fresco, warte jest tysiąc tych firanek albo tych obić przez muchy jedzonych. No, niech więc będzie dziesięć funtów, jeśli możesz. Gdyby nie te twoje kaprysy, nie byłoby lepszej od ciebie dziewki w całej Anglii. Idź teraz, umyj twarz, a cofnij twoją skargę. Nie powinnaś stroić ze mną podobnych fochów. Ba, wiem ja dobrze, że cię ktoś podszczuł do tego.
Gospod.  Proszę cię, Sir John, kontentuj się dwudziestoma dukatami; nie chciałabym zastawiać moich sreber; na uczciwość, wierz mi.
Falstaff.  Więc nie mówmy już o tem; muszę się inaczej zakręcić; widzę, że nigdy nie przyjdziesz do rozumu.
Gospod.  No, będziesz je miał, choćby mi przyszło zastawić własną spódnicę. Spodziewam się, że przyjdziesz na wieczerzę. Zapłacisz mi wszystko razem, nieprawda?
Falstaff.  Byem dożył. (Do Bardolfa) Idź z nią; zahaczaj, zahaczaj!
Gospod.  Czy chcesz wieczerzać z Dorotą Drzej-Prześcieradło?
Falstaff.  Zgoda, niech przyjdzie. (Wychodzą: Gospodyni, Bardolf Policyanci i Paź).
W. Sędzia.  Słyszałem lepsze nowiny.
Falstaff.  Co za nowiny, dobry mój lordzie?
W. Sędzia.  Gdzie król ostatnią noc przepędził?
Gower.  W Basingstoke, milordzie.
Falstaff.  Spodziewam się, milordzie, że wszystko jest dobrze; co za nowiny, milordzie?
W. Sędzia.  Czy z całą wraca siłą?
Gower.  Nie, tysiąc pięćset pieszych, pięćset jazdy
Z księciem Lancaster ciągnie atakować
Northumberlanda i Arcybiskupa.
Falstaff.  Czy król wraca z Walii, milordzie?
W. Sędzia.  Chodź ze mną, Gower, ho musisz bez zwłoki
Wracać z odpisem na wręczone listy.
Falstaff.  Milordzie —
W. Sędzia.  Co takiego?
Falstaff.  Panie Gower, czy przyjmiesz moje zaproszenie na obiad?
Gower.  Moją jest powinnością towarzyszyć lordowi; dziękuję ci, dobry Sir John.
W. Sędzia.  Sir John, zbyt odjazd twój odwlekasz, skoro masz jeszcze robić zaciągi w hrabstwach naddrożnych.
Falstaff.  Czy przyjmiesz przynajmniej ze mną wieczerzę, panie Gower?
W. Sędzia.  U jakiegoż to głupiego mistrza nauczyłeś się takich manier, Sir John?
Falstaff.  Panie Gower, jeśli te maniery nie są mi do twarzy, to głupi, kto mnie ich nauczył. W tem leży cała gracya szermierki, milordzie, cięcie za cięcie i kwita.
W. Sędzia.  Niech cię pan Bóg oświeci! Wielki z ciebie głupiec.

(Wychodzą).
SCENA II.
Londyn. Inna ulica.
(Wchodzą: książę Henryk i Poins).

Ks. Henr.  Wierzaj mi, okrutnie jestem zmęczony.
Poins.  Czy być może! Ja myślałem, że zmęczenie nie będzie śmiało przyczepić się do krwi tak szlachetnej.
Ks. Henr.  A jednak, możesz mi wierzyć, przyczepiło się do niej, choć to wyznanie może trochę przyćmić blask mojej wielkości. Czy to nie upodlenie dla mnie wzdychać do szklanki podpiwka?
Poins.  To prawda; nie godzi się księciu do tego stopnia rozwodniony mieć temperament, aby myśleć o tak wątłym napitku.
Ks. Henr.  Zdaje mi się, że mój apetyt nie jest książęcego pochodzenia, bo, na uczciwość, myślę teraz o tem biednem stworzeniu, podpiwku. Niskie te myśli odbierają mi też miłość mojej wielkości. Co za upodlenie dla mnie przypominać sobie twoje nazwisko! albo twoje oblicze poznać jutro! albo wiedzieć ile masz par jedwabnych pończoch! to jest tę, którą masz teraz i tamtę, która była kiedyś brzoskwiniowego koloru; albo trzymać inwentarz twoich koszul! jak naprzykład, jedna dla zbytku, druga dla użycia. Ale to szczegół lepiej znany dozorcy gry w piłkę, bo wielki musi być u ciebie odpływ bielizny, skoro nie trzymasz tam rakiety, a nie trzymałeś jej od dosyć już dawna, bo reszta twoich niderlandów potrafiła zjeść wszystkie twoje holenderskie posiadłości.
Poins.  Jak mało przystoi księciu po tak ciężkich pracach tak lekka rozmowa! Powiedz mi, jak wielu dobrych młodych książąt pozwoliłoby sobie na te żarty, gdyby ich ojcowie tak ciężko jak twoj byli chorzy?
Ks. Henr.  Czy chcesz, żebym ci coś powiedział, Poins?
Poins.  I owszem, tylko niech to będzie coś dobrego.
Ks. Henr.  Dość to będzie dobre dla dowcipów nie lepszej familii od twojego.
Poins.  Więc słucham gotowy na cios tego coś, co masz mi powiedzieć.
Ks. Henr.  A więc ci powiem, że nie wypada mi smucić się teraz, gdy ojciec mój chory; jednakże mógłbym ci wyznać, jak człowiekowi, którego podobało mi się nazwać przyjacielem w braku lepszego, że mógłbym być smutny, a smutny na prawdę.
Poins.  Rzecz to nie łatwa w takich okolicznościach.
Ks. Henr.  Na tę rękę, przypuszczasz, że mój rachunek w księgach dyabelskich tak długi, jak twój lub Falstaffa w rozdziale zatwardziałości i uporu. Ale koniec jest próbą człowieka. Ja ci powiadam, że serce moje krwawi się wewnętrznie z powodu, że ojciec mój jest tak chory, ale w tak złem towarzystwie jak twoje, muszę (a mam dobre do tego powody), muszę unikać wszelkiej ostentacyi smutku.
Poins.  A cóż to za powody?
Ks. Henr.  Cobyś o mnie myślał, gdybym płakał?
Poins.  Myślałbym, że jesteś księciem obłudników.
Ks. Henr.  I takby myślał każdy inny; a wielkie to dla ciebie błogosławieństwo, że myślisz jak każdy inny. Nigdy ludzka myśl nie trzymała się wierniej bitego gościńca jak twoja; każdy inny, na twojem miejscu, wziąłby mnie za obłudnika. A cóż to skłoniło twoją najdostojniejszą myśl do takiej myśli?
Poins.  Co? Twoja rozpusta i zbytnie przylgnienie do Falstaffa.
Ks. Henr.  I do ciebie.
Poins.  Nie; ludzie dobrze o mnie mówią; nie raz to słyszę na własne uszy; co mogą najgorszego o mnie powiedzieć jest, że jestem młodszym bratem, i że pracuję niezgorzej na własną rękę, a dwom tym rzeczom, wyznaję, nie jestem zdolny zaradzić. Ale patrz, panie, nadchodzi Bardolf.
Ks. Henr.  A z nim paź, którego dałem Falstaffowi. Dostał go odemnie chrześcijaninem, a patrz, czy ten tłusty hultaj nie zrobił z niego małpy?

(Wchodzą: Bardolf i Paź).

Bardolf.  Szczęść Boże waszej łaskawości!
Ks. Henr.  I waszej, najszlachetniejszy Bardolfie!
Bardolf  (do Pazia). Śmiało naprzód, ty cnotliwy ośle! Wstydliwy dudku, czy koniecznie rumienić ci się trzeba? Czemu się teraz rumienisz? Na jakąż to pannę-giermka się zmieniłeś! Także to trudna sprawa odebrać dziewictwo kwartowemu kuflowi?
Paź.  Właśnie co zawołał mnie, milordzie, przez czerwoną okiennicę, a niepodobna mi było rozróżnić jakiejbądź cząstki jego twarzy od okna; dostrzegłem nakoniec jego oczy, i zdawało mi się, że zrobił dwie dziury w nowej spódnicy szynkarki, aby wyglądać przez nie na ulicę.
Ks. Henr.  Czy dzieciuch nie zrobił postępów?
Bardolf.  Precz mi sąd, sk.....nie! dwunożny króliku, precz mi!
Paź.  Precz mi stąd, ty hultajski śnie Altei, precz mi!
Ks. Henr.  Naucz nas, paziu; co to za sen, paziu?
Paź.  Co za sen milordzie? Śniło się Altei, że powiła głownię, i dlatego jej snem go nazywam[33].
Ks. Henr.  Dobre to tłómaczenie warte talara; weź go paziu.

(Daje mu pieniądze).

Poins.  Bodaj tak pięknego kwiatu oszczędziły robaki! Przyjmij te sześć groszy na ochronę.
Bardolf.  Jeśli w waszej kompanii nie dostanie się na stryczek, będzie krzywda szubienicy.
Ks. Henr.  A jakże zdrowie twojego pana, Bardolfie?
Bardolf.  W dobrym stanie, dobry milordzie. Dowiedział się o przybyciu waszej łaskawości do miasta, i oto list od niego.
Poins.  Wręczony z należnem poszanowaniem. A jakże zdrowie świętego Marcina, twojego patrona?[34]
Bardolf.  Czy co do ciała, panie?
Poins.  O, ani wątpię, że cząstka nieśmiertelna potrzebuje doktora, nie troszczę się jednak o nią, bo choć chora, nie umrze.
Ks. Henr.  Pozwalam temu wrzodowi, jak mojemu psu, poufalić się ze mną; korzysta, widzę, z mojego pozwolenia, bo patrz, co mi pisze.
Poins  (czyta). „John Falstaff, rycerz“ — Wszyscy muszą o tem wiedzieć, ilekroć nadarzy mu się sposobność mymówienia swojego nazwiska. Zupełnie jak królewscy krewni, co to nie ukłują się w palec, żeby nie powiedzieli: „wyciekło trochę krwi królewskiej“. „A to jak?“ spyta czasem udający, że ich nie zrozumiał; na to gotowa odpowiedź jak czapka dłużnika: „Jestem biednym królewskim kuzynem, panie“.
Ks. Henr.  Chce im się gwałtem naszego kuzynostwa, choćby im przyszło sięgnąć do Jafeta. Ale do listu.
Poins.  (czyta). „Sir John Falstaff, rycerz, synowi królewskiemu, najbliższemu po ojcu, Henrykowi księciu Walii, pozdrowienie“. Ależ to ma minę jakiegoś zaświadczenia.
Ks. Henr.  Cicho!
Poins  (czyta). „Będę naśladował dostojnych Rzymian krótkością — chce zapewne powiedzieć oddechu, dychawicznik. — „Polecam ci się, polecam cię Bogu i żegnam cię. Nie pospolituj się zbytecznie z Poinsem, bo on do tego stopnia twoich względów nadużywa, iż przysięga, że masz wziąć siostrę jego Halkę za żonę. Żałuj za twoje grzechy, jeśli znajdziesz wolną po temu chwilę, i bądź zdrów. Twój, tak lub nie (co się znaczy stosownie do tego, jak będziesz go traktował). Jaś Falstaff z moimi przyjaciółmi. John z moimi braćmi i siostrami, a sir John z całą Europą“. Milordzie, umaczam list ten w winie i zjeść mu go każę.
Ks. Henr.  To jest każesz mu zjeść dwadzieścia jego wyrazów. Ale czy na prawdę tak mnie traktujesz, Edziu? Czy muszę wziąć twoją siostrę za żonę?
Poins.  Bodaj biedna dziewka na nic gorszego nie trafiła! ale nigdy tego nie mówiłem.
Ks. Henr.  Dobrze, dobrze. Tak to stroimy sobie żarty z czasem, a duchy mądrych siedzą w chmurach i śmieją się z nas. Czy pan twój jest tu w Londynie?
Bardolf.  Tak jest, milordzie.
Ks. Henr.  Gdzie wieczerza? Czy zawsze stary odyniec tuczy się w starym chlewie?
Bardolf.  W starej swojej gospodzie, w Eastcheap.
Ks. Henr.  W jakiem towarzystwie?
Paź.  Efezejczyków, milordzie, starego kościoła.
Ks. Henr.  Czy wieczerzają z nim jakie kobiety?
Paź.  Tylko pani Żwawińska i Dorota Drzej-Prześcieradło.
Ks. Henr.  Cóż to za poganka?
Paź.  Bardzo zacna szlachcianka, krewna mojego pana.
Ks. Henr.  Tak właśnie krewna, jak parafialne jałowice są krewne miejskiego byka. A gdybyśmy ich zeszli, Edziu, przy ich wieczerzy?
Poins.  Jestem twoim cieniem, milordzie, pójdę wszędzie za tobą.
Ks. Henr.  Słuchaj, paziu i ty Bardolfie, ani słowa waszemu panu, że jestem jeszcze w mieście. A to wam daję za milczenie.
Bardolf.  Nie mam języka, panie.
Paź.  Co do mojego, potrafię nim rządzić.
Ks. Henr.  Więc bądźcie zdrowi, idźcie. (Wychodzą: Bardolf i Paź). Ta Dorota Drzej-Prześcieradło, to pewno jakiś tłuk być musi.
Poins.  Ręczę za to; tak publiczna, jak gościniec między St-Albans a Londynem.
Ks. Henr.  Jak zrobić, żebyśmy zobaczyli tej nocy Falstaffa w prawdziwych jego kolorach, niepostrzeżeni od niego?
Poins.  Wdziejmy skórzane kaftany i fartuchy i służmy mu do stołu.
Ks. Henr.  Z boga w byka? ciężki upadek! który spotkał Jowisza. Z księcia w czeladnika? nizka przemiana! która mnie spotka. Ale w każdej sprawie cel równoważy szaleństwu. Więc idźmy, Edziu. (Wychodzą).

SCENA III.
Warkworth. Przed zamkiem.
(Wchodzą: Northumberland, lady Northumberland, lady Percy).

Northumb.  Nie, droga żono, i ty, piękna córko,
Dajcie bieg wolny twardym moim losom;
Nie bądźcie chmurne, jak są moje sprawy,
Jak położenie moje kłopotliwe.
Lady Nort.  Nic już nie dodam; milcząc, zniosę wszystko;
Rób, co chcesz, mądrość twoja niech cie wiedzie.
Northumb.  Ach! droga żono, o honor mój idzie;
Odjazd mój tylko może go ocalić.
Lady P.  Przez Boga jednak, nie idź na tę wojnę!
Był czas, mój ojcze, w którym słowoś złamał,
Choć cię wiązało potężniej niż teraz,
Gdy syn twój, Percy, gdy mój drogi Henryk
Łakome oczy na północ kierował,

Czy nie zobaczy ojca z posiłkami;
Ale wyglądał i wzdychał daremno!
A cóż cię wtedy w domu zatrzymało?
Tam dwa honory legło: twój i syna.
Twemu niech znowu niebo blask przywróci
Henryka honor tak przylgnął do niego,
Jak do sinego nieba sklepu słońce;
Przy jego blasku, do walecznych czynów
Całe się Anglii cisnęło rycerstwo;
On był zwierciadłem, przy którem do boju
Szlachetna młodzież przywykła się stroić;
Chód jego wzorem dla każdej był stopy;
Krzykliwe słowa — ta jego przywara —
Stały się cechą języka walecznych,
I ten, co cicho mówić mógł i skromnie,
Przymiotom nawet swoim gwałt zadawał,
Żeby na jego mówić podobieństwo.
Mową i chodem, życiem i gustami,
Wojenną sztuką, krwi nawet dziwactwem
On był przykładem, wzorem, on był księgą,
Do której każdy stosował się rycerz;
A przecie, jego — ten cud człowieczeństwa
Ty opuściłeś, i jak był jedyny,
Tak jeden musiał, z twardej konieczności,
W hydne oblicze boga wojny spojrzeć,
Stanąć do boju, gdzie za sprzymierzeńca
Miał jedno tylko groźne imię Hotspur;
Tak go, mój ojcze, tak go opuściłeś!
O, cieniom jego nie wyrządź tej krzywdy,
Przyrzeczeń twoich nie dotrzymaj wierniej
Innym, niż jemu! o, nie łącz się z nimi!
Siły marszałka i arcybiskupa
Dość są potężne. Gdyby drogi Henryk
Ich wojsk połowę tylko miał pod ręką,
Dziś, zawieszona na Hotspura szyi
Mogłabym mówić o grobie Monmoutha.
Northumb.  Odpuść ci, Boże, piękna moja córko!
Lecz z piersi moich wyrywasz mi dzielność,

Na nowo stare opłakując błędy.
Ale iść muszę, spotkać się tam muszę
Z niebezpieczeństwem, lub niebezpieczeństwo
Gdzieindziej samo przyleci mnie szukać,
Mniej na spotkanie przygotowanego.
Lady Nort.  Schroń się do Szkocyi i czekaj tam, mężu,
Dopóki zbrojna szlachta i lud gminny
Swojej potęgi na próbę nie stawią.
Lady P.  Jeśli nad królem w boju górę wezmą,
Połącz się z nimi, jak stalowe żebro,
Aby co mocne, mocniejszem uczynić;
Ale na naszą miłość cię zaklinam,
Pozwól, niech sami pierwszą zrobią próbę.
Tak syn twój zrobił — przyzwoliłeś na to —
A ja zostałam wdową po Henryku.
Nigdy dość długi mój nie będzie żywot,
By żałość moją po nim łzami skrapiać,
Aż strzeli w górę, jak niebo wysoko,
Na pamięć mego szlachetnego męża.
Northumb.  No, dobrze, dobrze; chodźcie teraz ze mną.
Jestem jak morze u kresów przypływu,
Bez ruchu, w żadną stronę nie ciekące.
Pragnąłbym śpieszyć do arcybiskupa,
Lecz zatrzymuje tysiąc mnie powodów.
Do Szkocyi pójdę, aż wypadków prądy
Znów na angielskie wyrzucą mnie lądy. (Wychodzą).

SCENA IV.
Izba w oberży pod Głową Odyńca w Eastcheap.
(Wchodzi dwóch posługaczy).

1 Posług.  Cóż to przynosisz? jabłka janówki? Czy nie wiesz, że sir John znieść nie może janówek?
2 Posług.  To prawda: Książe pewnego razu postawił przed nim talerz janówek i powiedział: „mamy teraz pięciu sir Johnów“, a zdejmując kapelusz dodał: „pożegnam teraz tych sześciu suchych, okrągłych, starych, powiędłych rycerzy“. Dotknęło go to do głębi serca, ale zapomniał już o tem.
1 Posług.  Przykryj je więc i postaw. Wyjrzyj teraz na ulicę, czy przypadkiem nie zobaczysz kapeli Nurka, bo jejmość Drzej-Prześcieradło radaby mieć muzykę. Śpiesz się tylko; izba, w której wieczerzali, za gorąca, przyjdą tu niebawem.
2 Posług.  Czy wiesz, że książę i Poins pokażą się za chwilę, wdzieją dwa nasze kaftany i fartuchy? Tylko sir John nie powinien nic o tom wiedzieć; Bardolf przyniósł rozkazy.
1 Posług.  Na mszę świętą, będzie śmiechu jak za dobrych czasów; przewyborne podejście.
2 Posług.  Tym czasem idę szukać Nurka (Wychodzi).

(Wchodzą: Gospodyni i Dorota Drzej-Prześcieradło).

Gospod.  Na uczciwość, słodkie serduszko, zdaje mi się, że jesteś teraz w najśliczniejszej temperaturze, twój puls tak dziwnie bije, jakby pragnęło serce, a twoja płeć, możesz mi wierzyć, tak czerwona jak róża. Tylko że zanadto piłaś kanaryjskiego wina; bo to jest wino dziwnie przenikające, perfumuje krew nim zdołasz zawołać: Cóż to jest? Jakże ci teraz?
Dorota.  Lepiej niż było. Hm!
Gospod.  No, to mi dobra odpowiedź. Dobre serce warte jest złota. Patrz, i sir John nadchodzi.

(Wchodzi Falstaff śpiewając).

Falstaff.  „Kiedy Artiur na dwór przybył“ —
Wylej z nocnika. (Wychodzi Posługacz).
„A nie lada był to król“.
No, jakże ci, pani Doroto?
Gospod.  Mdłości ją biorą.
Falstaff.  To całej płci jest zwyczaj; zawsze jej figle na mdłościach się kończą.
Dorota.  A ty brudny hultaju, toć to jest cała pociecha, którą mi przynosisz?
Falstaff.  Tuczysz ty tych hultajów, pani Doroto.
Dorota.  Ja ich tuczę? Obżarstwo i choroby ich tuczą, a nie ja.
Falstaff.  Jeśli kucharz przychodzi w pomoc obżarstwu, wy przychodzicie w pomoc chorobom; wasz to prezent, Doroto, wasz to prezent, zgódź się na to, biedna moja cnotko, zgódź się na to.
Dorota.  To prawda, dajemy wam nasze łańcuszki i nasze klejnoty.
Falstaff  (śpiewa): „Perły, łańcuszki, sygnety“.
Bo kto się walecznie sprawił, wraca kulawy, jak ci wiadomo; wraca z wyłomu z piką walecznie pogiętą, idzie do doktora walecznie, rzuca się na podsadzone miny walecznie.
Dorota.  Bodajeś wisiał, błotnisty węgorzu, bodajeś wisiał!
Gospod.  Na uczciwość, zawsze po staremu, nie możecie się spotkać, żeby się nie kłócić. Jesteście oboje opryskliwi, jak dwie suche grzanki. Nie może jedno znosić drugiego wywarów. Ależ do licha, jedno musi znosić (do Doroty), a tem jednem ty być musisz. Jesteś słabszem naczyniem, jak to mówią, próżniejszem naczyniem.
Dorota.  A czy może słabe, próżne naczynie znieść tak ogromny antał? Toć w nim jest cała piwnica zamożnego kupca w Bordeaux; nie widziałaś nigdy ładowniejszego okrętu. — No, zbliż się; rozstańmy się jak dobrzy przyjaciele, Jasiu. Idziesz na wojnę, a czy cię znowu kiedykolwiek zobaczę, nikt sobie o to nie suszy głowy.

(Wchodzi Posługacz).

Posług.  Chorąży Pistol jest na dole i chciałby mówić z tobą panie.
Dorota.  Co? ten szubienicznik? ten obrzydły warchoł? Nie wpuszczaj go; to łotr z najniewyparzeńszą gębą w całej Anglii.
Gospod.  Jeśli to warchoł, nie wpuszczaj go, nie, na uczciwość. Muszę żyć z sąsiadami; nie chcę u siebie warchołów. Mam dobre imię i dobrą sławę u najuczciwszych. Zarygluj drzwi; niema tu miejsca dla warchołów. Nie żyłam do dziś, żeby przyjmować teraz warchołów; zarygluj drzwi, proszę cię.
Falstaff.  Czy słyszysz, gospodyni?
Gospod.  Proszę cię, uspokój się, sir Johnie; niema tu miejsca dla warchołów,
Falstaff.  Czy słyszysz? to mój chorąży.
Gospod.  Tere bzdere, sir Johnie, daj sobie pokój. Dla twoich warchołów chorążych za wysokie moje progi. Stawiłam się, parę dni temu, przed panem deputowanym Chudoszem, a jak mi powiedział — było to nie dawniej jak w ostatnią środę — „sąsiadko Żwawińska“, powiedział — a i ksiądz Niemek, nasz kaznodzieja był przytomny — „przyjmuj tych co są grzeczni“, powiedział, „twoja gospoda nie najlepszej używa reputacyi“ — a wiem ja, dlaczego to powiedział — „bo“, powiedział, „uczciwa z ciebie niewiasta i dobrze mówią o tobie ludzie, daj przeto baczność, jakich przyjmujesz gości, nie przyjmuj“, powiedział, „żadnych warchołów“. — Żaden też nogi tu nie postawi. Skakałoby ci serce z radości, gdybyś słyszał, co on mówił; nie, nie chcę żadnych tu warchołów.
Falstaff.  Ależ on nie warchoł, gospodyni; to najpotulniejszy kostera; możesz go głaskać bezpiecznie jak charcie szczenię; nie będzie się warcholił z indorem, byle mu najerzył pióra na znak oporu. Zawołaj go chłopcze.
Gospod.  Kostera, mówisz? Nie zamknę drzwi żadnemu uczciwemu człowiekowi, choćby przyszedł i z kosturem, ale nie lubię warchołów; na uczciwość, słabo mi się robi, gdy słyszę wyraz; warchoł. Patrzcie tylko panowie, jak drżę cała; patrzcie tylko, możecie mi wierzyć.
Dorota.  To prawda, gospodyni.
Gospod.  Czy drżę cała? ha, na uczciwość, jak liść osiczyny; znieść nie mogę widoku warchołów.

(Wchodzą: Pistol, Bardolf i Paź).

Pistol.  Bóg z tobą, Sir Johnie!
Falstaff.  Witaj mi, chorąży Pistolecie. No, Pistolecie, nabijam cię kuflem wina, strzelaj mi do gospodyni.
Pistol.  Strzelam do niej dwiema kulami, Sir Johnie.
Falstaff.  Nic jej nie zrobisz, Pistolecie, nie zadraśniesz jej nawet.
Gospod.  Gadaj sobie, co chcesz, nie myślę ja pić ani kul ani pistoletów; nie mam zwyczaju pić więcej, niż co mi na zdrowie, dla niczyjej przyjemności, nie, nie mam zwyczaju.
Pistol.  Więc do ciebie, panno Doroto, strzelam do ciebie.
Dorota.  Do mnie strzelasz? Gardzę tobą, obrzydły nicponiu. Co? ty biedny, nikczemny kapcanie, bez koszuli oszuście? Precz mi stąd, spleśniały łotrze, precz mi! Nie dla ciebie to kąsek, wart on twojego pana.
Pistol.  Znamy się, panno Doroto.
Dorota.  Precz mi stąd, nędzny rzezimieszku! brudny czopie, precz mi! Na to wino, utopię nóż mój w twoich zgniłych szczękach, jeśli sobie pozwolisz bezczelnie za panbrat mnie traktować. Precz mi stąd, nędzna butelko na piwo! ty stęchły kuglarzu! — A to znowu odkąd, proszę, mopanku? — Co? czy dlatego, że masz dwie gwiazdki na ramieniu? A to mi rarytas!
Pistol.  Zamorduję ci za to twoje kryzy.
Falstaff.  Dość tego, Pistolecie; nie chciałbym, żebyś tu wypalił. Strzelaj, ale nie w naszej kompanii.
Gospod.  Nie, dobry kapitanie Pistolecie, nie tu, słodki kapitanie.
Dorota.  Kapitanie? A ty obrzydły, potępiony oszuście, czy cię nie wstyd, że cię nazywają kapitanem? — Gdyby kapitanowie jak ja myśleli, kijami by cię wypędzili, że śmiałeś przybrać ich tytuł, nim na niego zasłużyłeś. Ty kapitanem? ty, niewolniku! A to za co? Czy za to, że podarłeś kryzy biednej dziewce w zamtuzie? On kapitanem! Ten szubienicznik? Ten łajdak? Żyje spleśniałemi śliwkami i sucharami. Kapitan! te łotry zrobią wyraz kapitan, tak znienawidzonym, jak słowo: posiadać, które bardzo uczciwem było kiedyś słowem, nim się dostało w złe towarzystwo. Niechże się panowie kapitanowie mają na baczności.
Bardolf.  Proszę cię, zejdź na dół, dobry chorąży.
Falstaff.  Słuchaj mnie, panno Doroto.
Pistol.  Ja? Ani myślę. Powiem ci, kapralu Bardolfie, że gotów jestem poszarpać ją na kawałki; muszę się na niej pomścić.
Paź.  Proszę cię, zejdź na dół.
Pistol.  Wprzód ją w piekle zobaczę, w Plutona potępionem jeziorze, w piekielnej bezdeni, z Erebem i torturami bez miłosierdzia. Trzymajcie haczyki i wędki! Wołam: wara, psy, wara! Wara przeznaczenie! Czy nie mamy tu Hireny?
Gospod.  Dobry kapitanie Piszczelu, uspokój się; bardzo już późno. Błagam cię, miarkuj twoją kolerę.
Pistol.  A to mi żarty! Więc te Azyi szkapy
Do juk zrodzone, chude, dychawiczne,
Na dzień trzydziestu mil nie zdolne zrobić,
Chcą się z Cezarem, z Hannibalem mierzyć,
Lub z trojańskimi Grekami? Przez Boga!
Niech raczej z królem Cerberem się smarzą;
Niech niebo ryczy; mamyż bitwy staczać
Dla nędznych cacek?
Gospod.  Na uczciwość, kapitanie, okrutnie to gorzkie słowa.
Bardolf.  Oddal się, dobry chorąży, bo znowu zrobi się burda.
Pistol.  Niech ludzie jak psy zdychają; szafujmy koronami jak szpilkami! Czy niema tu Hireny?
Gospod.  Daję ci słowo, kapitanie, że jej tu niema. Cóż znowu u licha, czy myślisz, żebym ją schowała? Proszę cię, uspokój się.
Pistol.  Więc jedz i tucz się, piękna Kalipolis!
Dobrze, a teraz, daj mi kufel wina.
Si fortuna me tormenta, sperato me contenta.
My, bać się armat? Nie, niech dyabeł strzela!
Lecz daj mi wina, a ty, kochaneczko,
Spocznij tu chwilę. (Kładzie swoją szablę na ziemię),
Czy punkt tu położyć?
Czy et caetera nic u was nie znaczy?
Falstaff.  Pistolecie, chciałbym mieć chwilę spokojności.
Pistol.  Słodki rycerzu, pięść twoją całuję. Ba, siedm gwiazd widzieliśmy.
Dorota.  Zruć go ze schodów! Znieść już nie mogę galimacyi tego hultaja.
Pistol.  Zruć go ze schodów! Alboż to my nie znamy gallowejskich kucyków?
Falstaff.  Stocz go z góry na dół, Bardolfie, jak fałszywy szeląg, boć skoro nic nie robi i tylko nic paple, to i my z niego nic zrobimy.
Bardolf.  No, chodź ze mną na dół.
Pistol.  Co, chcesz nacięcia? Mamy krwi utoczyć?

(Chwyta szablę).

A więc ty, śmierci, do snu mnie ukołysz!
Skończ dni mych smutek! A niechaj trzy siostry
Przędą nam rany szerokie, głębokie!
Przybądź, Atropos!
Gospod.  A to mi na piękne zabiera się rzeczy.
Falstaff.  Daj mi mój rapir, paziu.
Dorota.  Proszę cię Jasiu, proszę cię, nie dobywaj go.
Falstaff  (dobywając rapira, do Pistola). Ruszaj mi ze wschodów!
Gospod.  To mi się zgiełk nazywa! Wyrzekam się oberży, jeśli mam żyć w takich opałach i strachach. To czysty rozbój; tego mi jeszcze brakowało! Rozbój! na uczciwość. Schowajcie te nagie miecze! schowajcie te nagie miecze! (Wychodzą Pistol i Bardolf).
Dorota.  Proszę cię, Jasiu, uspokój się; drapnął hultaj. Oj, ty maluśki sk......nie! waleczny nicpońku!
Gospod.  Czy cię nie ukłuł w pachwinę? Bo zdawało mi się, że ci dał w brzuch zamaszyste pchnięcie.

(Wchodzi Bardolf).

Falstaff.  Czy go wypchnąłeś za drzwi?
Bardolf.  Wypchnąłem, panie. Upił się hultaj. Raniłeś go, panie, w ramię.
Falstaff.  A łajdak! mnie brawować!
Dorota.  O, ty słodki, mały łotrzyku! Ah, biedna małpeczko, jak się zapociłeś! Chodź tu, niech ci twarz obetrę, chodź tu, waleczny hultaju! Ha, łotrzyku, kocham cię! Jesteś waleczny jak Hektor Trojański, wart pięciu Agamemnonów, dziesięć razy lepszy od dziewięciu bohaterów. A hultaju!
Falstaff.  Drab nieuczciwy! każę nim ciskać w prześcieradle.
Dorota.  Zrób to, jeśli masz serce; a jeśli to zrobisz, zapłacę ci tą samą monetą między dwoma prześcieradłami.

(Wchodzi muzyka).

Paź.  Przyszła kapela, panie.
Falstaff.  Niech gra. — Grajcie, panowie. — Siądź mi na kolanach, Dorotko. — Ha łajdak! obrzydliwy junak! Z rąk mi się wyśliznął hultaj jak żywe srebro.
Dorota.  A ty pędziłeś za nim jak kościol. Oj ty sk......nie! moje ty słodkie wielkanocne prosiątko! Kiedy też skończysz bić się we dnie, a fechtować się w nocy? kiedy zaczniesz pakować stare twoje cielsko do nieba?

(Wchodzą z tyłu książe Henryk i Poins, przebrani za posługaczy).

Falstaff.  Cicho, dobra Dorotko! Nie gadaj jak trupia główka, nie przymuszaj mnie do myślenia o moim końcu.
Dorota.  Powiedz mi, co ty myślisz o charakterze księcia?
Falstaff.  Uczciwe, tylko płytkie młode stworzenie. Byłby z niego doskonały krajczy, przewybornieby chleb rozdzielał.
Dorota.  Ale powiadają, że Poins bystry ma dowcip.
Falstaff.  On bystry dowcip? Na stryczek mi z takim pawijanem. Dowcip jego gęsty jak tewkesburska musztarda. Nie więcej u niego bystrości jak u kaczki.
Dorota.  Dlaczegóż go książę tak kocha?
Falstaff.  Bo ich nogi jednej są miary; i dobrze gra w krążki, i je węgorza z koprem, i potyka resztki świec jak śliwki na wódce, i bawi się z dziećmi w chuśtawkę, i skacze przez stołki, i klnie z wielką gracyą, i nosi buty obcisłe jak na wystawie u szewca, i nie wywołuje kłótni opowiadając delikatne historye, i posiada wiele innych krotofilnych przymiotów, które są znamieniem ciężkiej myśli ale zwinnego ciała; oto powody, dla których książę przywiązał go do swojej osoby, bo i sam książę drugi taki, jeden włosek przechyliłby wagę na drugiego stronę.
Ks. Henr.  Czy ten czop chce, żebym mu uszy obciął?
Poins.  Obłóżmy go kijami w przytomności jego frajerki.
Ks. Henr.  Patrz tylko, czy ten wywiędły staruch nie daje sobie skrobać głowy jak papuga?
Poins.   Czy to nie dziwy, że żądza o tyle lat przeżyła możność?
Falstaff.  Pocałuj mnie, Dosiu.
Ks. Henr.  Saturn i Wenus są tego roku w połączeniu; co mówi na to kalendarz?
Poins.  A, patrz, jak ten ognisty Trigon, jego pachołek, pieści stare archiwa swojego pana, jego powiernika — pugilares.
Falstaff.  Dajesz mi pochlebne cmoki.
Dorota.  Ale szczere, całuję cię najwierniejszem sercem.
Falstaff.  Już ja stary, już ja stary.
Dorota.  Kocham cię goręcej niż najmłodszego z tych wszystkich nicponiów.
Falstaff.  Z jakiej chcesz materyi spódniczkę? Odbieram pieniądze we czwartek; jutro przyślę ci czepek. A teraz zanuć mi jaką wesołą piosneczkę; już późno, czas iść do łóżka. Zapomnisz mnie, gdy się oddalę.
Dorota.  Na uczciwość, płakać mnie przymusisz, jeśli tak będziesz dłużej gadał. Niech ci powiedzą, czy się choć raz wyfiokuję przed twoim powrotem. Słuchaj tylko końca.
Falstaff.  Wina, Franciszku!
Ks. Henryk  i Poins (występując). Zaraz, zaraz, panie.
Falstaff.  Ha, królewski bękart? A czy ty nie Poins, brat jego?
Ks. Henr.  A ty kulo grzesznych kontynentów, co ty za życie prowadzisz?
Falstaff.  Lepsze od twojego; jestem szlachcicem, a ty szynkarczykiem.
Ks. Henr.  To prawda, przychodzę też trochę ci krwi utoczyć.
Gospod.  Niech Pan Bóg ma w swojej świętej pieczy twoją dostojność! na uczciwość witaj nam w Londynie! Błogosław Panie, słodkiej twojej twarzy! Jak to, panie, z Walii powracasz?
Falstaff.  A ty bękarcie, szalony zlewku majestatu! (kładąc rękę na Dorocie) na to wiotkie ciało i na tę krew popsutą witam cię radośnie!
Dorota.  A to co znowu, ty stary głupcze? Gardzę tobą.
Poins.  Łaskawy panie, wygna ci z myśli chęć zemsty i wszystko w żart obróci, jeśli odrazu w gniew nie wpadniesz.
Ks. Henr.  Ty sk......nie, mino łoju, ty, z jakąż to ujmą mówiłeś o mnie teraz właśnie do tej uczciwej, cnotliwej i grzecznej szlachcianki?
Gospod.  Bóg zapłać twojemu uczciwemu sercu! bo wszystko, co o niej mówisz, panie, jest szczera prawda, na uczciwość.
Falstaff.  Czy mnie słyszałeś?
Ks. Henr.  Słyszałem, a tyś mnie poznał tak samo, jak kiedy zmiatałeś przy Gadshill; wiedziałeś, że stałem za tobą i mówiłeś tak z umysłu, żeby stawić na próbę moją cierpliwość.
Falstaff.  Nie, nie, nie, bynajmniej, ani przypuszczałem, że mogłeś mnie słyszeć.
Ks. Henr.  Zmuszę cię więc naprzód do wyznania twojej rozmyślnej obelgi, a wiem, jak mam cię potem traktować.
Falstaff.  Nie było tu żadnej obelgi, Henrysiu na honor, żadnej obelgi.
Ks. Henr.  Żadnej obelgi? A czy to nie obelga nazywać mnie krajczym, rozdzielaczem chleba, i nie wiem co tam jeszcze.
Falstaff.  Żadnej obelgi, Henrysiu.
Poins.  Żadnej obelgi!
Falstaff.  Żadnej obelgi, Edziu, najmniejszej, uczciwy Edziu. Źle o nim mówiłem w przytomności jawnogrzesznicy, żeby jawnogrzesznica nie zakochała się w nim przypadkiem, a robiąc to, dopełniłem powinności szczerego przyjaciela i wiernego poddanego, za co twój ojciec winien mi podziękowanie. Żadnej obelgi, Henrysiu, żadnej, Edziu, żadnej, nie, moje chłopaki, żadnej
Ks. Henr.  Rozważ tylko, czy przez czystą trwogę i zupełne tchórzostwo nie krzywdzisz tej cnotliwej szlachcianki, żeby nas ułagodzić? Alboż to jawnogrzesznica? Alboż twoja gospodyni jawnogrzesznica? alboż ten paź jawnogrzesznik? Alboż uczciwy Bardolf, na którego nosie pali się gorliwość, jawnogrzesznik?
Poins.  Odpowiedz na to spróchniały wiązie, odpowiedz.
Falstaff.  Dyabeł wpisał już stanowczo Bardolfa w swój regestr; twarz jego jest prywatną kuchnią Lucypera, w której bez ustanku smarzy piwożłopów. Co do pazia, krąży wprawdzie jeszcze kolo niego dobry anioł, ale i tu dyabeł bierze górę.
Ks. Henr.  Co do kobiet?
Falstaff.  Co do jednej, już jest w piekle i piecze się tam biedna dusza; co do drugiej, winienem jej pieniądze, a czy ją za to piekło czeka, nie wiem.
Gospod.  Nie, możesz mi wierzyć.
Falstaff.  Nie, i ja myślę, że nie czeka; ja myślę, że pod tym względem masz pokwitowanie. Ale jest tam inna na ciebie skarga: pozwalasz jeść mięso w twoim domu, wbrew zakazom; myślę, że za to będziesz kiedyś wyła.
Gospod.  Wszyscy oberżyści robią to samo; a zresztą co znaczy jeden lub dwa baranie udźce na cały post święty?
Ks. Henr.  Ty, szlachcianko —
Dorota.  Co mówi Wasza Łaskawość?
Falstaff.  Jego Łaskawość mówi to, przeciw czemu buntuje się jego ciało.
Gospod.  Kto tak głośno stuka do bramy? Idź zobacz Franciszku. (Wchodzi Peto).
Ks. Henr.  Peto, jakie przynosisz nowiny?
Peto.  Król a twój ojciec, książę, jest w Westminster.
Dwudziestu posłów przybiegło z północy
Znużonych drogą; a gdy tu śpieszyłem,
Spotkałem jaki tuzin kapitanów
Śpieszących z głową odkrytą, a wściekle
Bijących w bramy po wszystkich szynkowniach
I pytających, gdzie jest sir John Falstaff.
Ks. Henr.  Prawdziwie, Poins, godnem jest nagany,
Że czas tak drogi tracę lekkomyślnie,
Gdy burza wojny, jak wiatr południowy,
Czarnych wyziewów ciężarny obłokiem,
Zaczyna topnieć i deszczu lać strugi
Na głowy nasze z szyszaków odarte. Daj miecz i płaszcz mój. — Dobra noc, Falstaffie.

(Wychodzą: książę Henryk, Poins, Peto i Bardolf).

Falstaff.  Zbliżał się nakoniec najsmaczniejszy kawałek nocy, a tu mi trzeba odjeżdżać, nie pokosztowawszy go nawet. (Stukanie) Nowe stukanie do bramy! (Wchodzi Bardolf). Co się to znaczy? Co tam nowego?
Bardolf.  Śpiesz się, panie, do królewskiego dworu, a to natychmiast; jaki tuzin kapitanów czeka na ciebie przy wrotach.
Falstaff  (do Pazia). Zapłać muzykę, pachołku. — Bądź zdrowa, gospodyni; bądź zdrowa, Dosiu. — Widzicie, dobre moje dziewki, jak szukają ludzi zasłużonych. Niedołęga spać może, ale budzą ludzi czynu. Żegnam was, dobre dziewki. Jeśli mnie natychmiast pocztą nie wyprawią, zobaczę się z wami przed odjazdem.
Dorota.  Nie mogę mówić — jeśli serce moje nie gotowe pęknąć — cóż robić! Słodki Jasiu, miej o sobie staranie.
Falstaff.  Bądźcie zdrowe, bądźcie zdrowe!

(Wychodzą: Falstaff i Bardolf).

Gospod.  Dobrze, dobrze, bądź zdrów! Dwadzieścia dziewięć lat będzie na zielony groszek, jak znam cię, ale uczciwszego, z lepszem sercem człeka — dobrze! Bądź zdrów!
Bardolf.  (za sceną). Pani Drzej-Prześcieradło!
Gospod.  Co tam?
Bardolf.  Powiedz pani Drzej-Prześcieradło, żeby szła do mojego pana.
Gospod.  O leć, Dosiu, leć! leć, dobra Dosiu!

(Wychodzą).



AKT TRZECI.
SCENA I.
Sala w Pałacu.
(Wchodzą: Król Henryk i Paź).

Król Henr.  Zawołaj hrabiów Surrey i Warwicku;
Ale nim przyjdą, oddaj im te listy,
Niech je czytają i niech obaj treść ich
Pilnie rozważą. Tylko nie trać czasu. (Wychodzi Paź).

Mych najbiedniejszych poddanych tysiące
Śpią w tej godzinie. Śnie słodki, ty dobra
Natury mamko, czem cię odstraszyłem,
Że nie chcesz więcej powiek moich przymknąć
I w zapomnieniu mych pogrążyć zmysłów?
Dlaczego wolisz w dymnych leżeć chatach,
A rozciągnięty na twardym tapczanie
Much nocnych brzękiem do snu się kołysać,
Niż w wonnej królów sypialnej komnacie,
Pod kotarami z kosztownych jedwabiów,
Przy słodkich wdziękach czarownej muzyki?
O, głupi bożku! przenosisz nędzarzy
Obrzydłe łoża, unikasz królewskich,
Jak budy jakiej biednego strażnika,
Przy alarmowym stojącego dzwonie!
Pniesz się na szczyty zawrotnego masztu,
By zamknąć oczy znużonego majtka,
W fal go ryczączych kołysać kolebce,
Śród świstu wichrów, co wściekłe bałwany
Za szczyt chwytają, potworne ich głowy
Strzępią i w chmurach zawieszają lotnych
Z grzmotem i hukiem śmierć obudzić zdolnym!
Możesz, śnie stronny, w tak strasznej godzinie
Biednego majtka, zmoczonego uśpić,
A tu, śród nocy tak cichej, spokojnej,
Śród wszystkich sztuki i zbytku wymysłów
Chwili spoczynku królowi odmawiasz?
Śpij więc, szczęśliwy żebraku, śpij błogo!
Koroną strojne głowy spać nie mogą.

(Wchodzą: Warwick i Surrey).

Warwick.  Dzień dobry, królu!
Król Henr.  Jak to, już dzień dobry?
Warwick.  Wybiła pierwsza.
Król Henr.  Pierwsza? Więc dzień dobry —
Czyście czytali przesłane wam listy?