Płomienna północ/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
F. ANTONI OSSENDOWSKI
PŁOMIENNA PÓŁNOC

PODRÓŻ PO AFRYCE
PÓŁNOCNEJ
Marokko.png
MAROKKO

LWÓW — POZNAŃ 1926

NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
OKŁADKĘ RYSOWAŁ E. CZERPER
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
RYCINY WYKONANO W DRUKARNI ŚW WOJCIECHA W POZNANIU

DRUKARNIA CONCORDIA, SP. AKC. W POZNANIU
F. A. OSSENDOWSKI I ZOFJA OSSENDOWSKA NAD MAPĄ AFRYKI





PRZEDMOWA.


Gdy wybierałem się w swoją podróż po Afryce Północnej i studjowałem obszerną literaturę, dotyczącą tego kraju, nie przewidywałem, że moją pracę o Marokku, Algerji i Tunisji będę zmuszony zawrzeć w dwóch tomach.
A jednak postąpić inaczej nie mogłem, gdyż już na wstępie swej podróży, jeszcze na Morzu Śródziemnem, ujrzałem to, co zawsze głęboko mnie przeraża i napełnia serce smutkiem. Przekonałem się raz jeszcze, że zaraza nienawiści coraz bardziej ogarnia ziemię i że czynniki burzące i demoralizujące usiłują zawsze i wszędzie tę nienawiść wyzyskać na zgubę cywilizacji chrześcijańskiej.
W Afryce Północnej znalazłem potwierdzenie mych spostrzeżeń, poczynionych w r. 1920-21 w Azji, a widziane przeze mnie fakta przemawiają do mego serca i rozumu głosem wielkiego przekonania. Mówią one o tem, że ludzkość weszła w łożysko myśli o etnicznej wolności, że myśl ta jest wzniosła, a jednocześnie niebezpieczna, że z nią musi się liczyć zdolna do organizacji rasa Arjów i uczynić pierwszy krok do porozumienia się wzajemnego i utrwalenia pokoju na kuli ziemskiej, bez przymusu ze strony świata ludzi kolorowych.
Będąc w Afryce, zrozumiałem ostatecznie, że nasza cywilizacja jest zagrożona, że przed bramami naszej europejsko-chrześcijańskiej twierdzy stoi już wróg — wróg, który mógłby być przyjacielem, lecz w którego sercu rozpaliliśmy niebacznie płomień gorącej i ślepej nienawiści.
Poczuwam się, jako Polak, jako syn narodu, hołdującego wolności i nauce Chrystusa, do obowiązku wypowiedzenia w tej książce swoich myśli i wrażeń. Wymagały zaś one obszerniejszych studjów i opisów, a więc i większych rozmiarów mej literackiej pracy o Afryce Północnej.
Mogłem zagłębić się do duszy szczepów północno-afrykańskich, dzięki moralnej pomocy Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej, Rządu Francji, marszałka Lyautey, ministra p. Stegg’a, ministra p. Blanc, generała Dupont i innych czynników urzędowych. Wyrażam wszystkim tym instytucjom i osobom moje serdeczne podziękowanie, a także Towarzystwu Geograficznemu w Algerze, które dało mi wiele niezbędnych materjałów naukowych, potrzebnych do opracowania moich podróżniczych dzienników.
Za tę pomoc wywdzięczyć się mogę tylko szczerością wrażeń i spostrzeżeń. Nie wątpię, że moje zdania, wypowiadane w tej lub innej kwestji, wywołają napaść na mnie z różnych obozów, lecz mam nadzieję, że ludzie, zakreślający program polityczny na dłuższe okresy historyczne, niż terminy poszczególnych umów i postanowień niezliczonych konferencyj, przyznają mi rację.
Zresztą żyję i pracuję, mając za swe godło słowa Dantego:
„Segui il tuo corso, e lascia dir le genti.“
Krocz swoją drogą i pozwól ludziom mówić o tobie.

FERDYNAND ANTONI OSSENDOWSKI.


Warszawa-Gniezno, 1925 r.



ROZDZIAŁ I.
PRZEZ MORZE ŚRÓDZIEMNE.

W małym porcie hiszpańskim Almeria wsiedliśmy na statek „Balear“, mający dowieźć nas do francuskiego Oranu, — początkowego punktu naszej podróży po północnej części czarnego kontynentu. Na pokładzie stojącego jeszcze przy brzegu statku było po zachodzie słońca dość zimno, gdyż zaczął dąć silny wiatr.
Moja żona ze smętkiem przygląda się falom, nawet tu, w zamkniętym murami porcie, niosącym na swych grzbietach białe pióropusze.
— A cóż dopiero będzie tam? — pyta z przerażeniem w wielkich zielonych oczach, wskazując na latarnię morską, stojącą przy wyjściu na otwarte morze.
Wiedziałem, że „tam“ będzie niebardzo dobrze, gdyż moja Zocha nie jest w przyjacielskich, zażyłych stosunkach z morzem i do tego na „Balearze“, małej, niezgrabnej łupinie na 1000 ton całej parady, lecz mimoto zacząłem bardzo wymownie tłumaczyć, że „taki“ statek, jak nasz, będzie sobie pruł fale Morza Śródziemnego bez kołysania i, że wogóle wszystko będzie dobrze. Pragnąłem zasugestjonować moją biedaczkę-żonę.
Po ulokowaniu naszych bagaży w kajucie, przygotowałem dla Zochny leżak na pokładzie, w miejscu zacisznem i osłoniętem przed wiatrem.
Położyła się, zrezygnowana, na wszystko heroicznie gotowa. Ze smutkiem spoglądała na majtków, wciągających liny, trzymające statek przy brzegu; a gdy ujrzała linę ostatnią, Zochna z westchnieniem zauważyła:
— Zaledwie jedną liną trzymamy się Europy...
Wreszcie i ta ostatnia nić się zerwała, i „Balear“ zaczął obracać się koszlawo, kierowany w stronę wyjścia z portu. Posuwał się wolno i dopiero wtedy, gdy wyśliznął się z bramy portowej, opuścił jakąś flagę, zahuczał urywanym rykiem i pełną parą ruszył wprost przed siebie.
Morze odrazu porwało go, cisnęło do góry, później nadół i tak sobie igrało z tem starem pudłem hiszpańskiem przez całą noc.
— Biedna, biedna moja Zochna! Co z nią będzie? — myślałem z niepokojem.
Istotnie chorowała. Ogarnęła ją zupełna słabość, męczył straszliwy ból głowy. Leżała blada, milcząca, nieruchoma i żałośnie patrzyła na mnie.
Na „Balearze“ wszyscy się zresztą pochorowali. Widocznie było to bezpłatnym dodatkiem do biletów pasażerskich.
Kucharz okrętowy, ponury, mocno czarny typ, w białym kołpaku, znał właściwości statku i przygotował obiad tylko dla oficerów załogi i dla majtków.
Z wielkim trudem i po długiej kłótni udało mi się dostać coś do zjedzenia i to za interwencją kapitana, starego wilka morskiego z Minorki, wałęsającego się po wszystkich morzach kuli ziemskiej, z których wywiózł jakąś nader dziwaczną mieszaninę języków i ostry katar kiszek.
Pierwsza pozwoliła mi się rozmówić z czcigodnym kapitanem, druga — była przyczyną jego obojętności dla moich mąk głodowych, które się wzmagały w miarę tego, jak „Balear“ stawał się coraz bardziej igraszką ciepłych wprawdzie, lecz rozhukanych bałwanów morskich. Wreszcie patrzący na mnie nienawistnym wzrokiem kucharz podał mi jakiś sznycel na oliwie i coś słodkiego, zresztą nie tyle słodkiego, ile lepkiego, a później dobrej, mocnej kawy.
Poczułem się znacznie raźniej, gdy więc kucharz zapytał mnie, czy nie mam zamiaru zachorować na morską chorobę, odpowiedziałem mu tonem przyjaznym:
— Nie, miły panie, nie mam najmniejszego zamiaru, a więc proszę obmyśleć lepsze „menu“ dziś na kolację, i jutro — na śniadanie i obiad. Sznycli nie cierpię, szczególnie, gdy są na oliwie!
Sapnął z rozpaczą i odszedł, zupełnie moralnie przybity.
Na pokładzie usiadłem przy żonie i patrzyłem na spienione morze. Olbrzymie fale, ciągle podrywane przez porywy wichru, ciskały się na żelazny kadłub statku, zmuszały go do drgania i chylenia się na lewy bok, co wykonywał bardzo sprawnie, chociaż jęczał i skrzypiał, niby stary reumatyk. Białe czuby i grzywy fal wieńczyły czasem wysoki dziób „Baleara“ i niby kłami usiłowały wpić się w jego czarne, ociekające wodą ciało. Wiatr huczał i syczał śród olinowania i kołysał zawieszone na blokach łodzie ratownicze, pasy, koła korkowe i zwoje cienkich lin.
Zochna usnęła na chwilę. Oparłem się o balustradę i zapaliłem papierosa. Na pokładzie dojrzałem dwie postacie. Stały zdala od siebie i przyglądały się walce morza z okrętem, a także temu, co się działo na niebie.
Była połowa sierpnia i pełnia. Pod blademi promieniami księżyca morze skrzyło się tysiącami iskier srebrnych i złotych, ciągle się załamujących i na mgnienie oka zanurzających się w jednem miejscu poto tylko, aby wynurzyć się w innem, tuż obok, na grzebieniu nowej fali. Wszystko się tu kotłowało, syczało i ryczało. Wyczuwało się zmaganie potężnych, a namacalnych sił, nieznających spokoju i ukojenia. Na niebie zaś działy się też dziwne rzeczy. Tam mknęły porwane przez wicher strzępy chmur i małe, okrągłe, o wypukłych piersiach obłoczki, podobne do śpiących łabędzi. Tylko jedna chmura, ciemniejsza od innych, prawie czarna, a zwarta w sobie, sprzeciwiała się napadom wichru i sunęła powoli, zwężając się i wyciągając. Wkrótce dotknęła skraju księżyca i nagle topnieć w nim zaczęła, tylko księżyc jął jednocześnie ciemnieć, nabrzmiewać szkarłatem, podobnym do żywej krwi, następnie stał się szarym, aż znikł bez śladu, ale znikła i chmura, utonąwszy w czarnej otchłani nieba.
— To zaćmienie księżyca! — zawołał, zbliżając się do mnie jeden ze stojących na pokładzie pasażerów. — Mogę służyć panu lornetką?
Podziękowałem i zacząłem przez doskonałego Zeissa oglądać księżyc, który powoli odsłonił mały rąbek pokrywającej go czarnej płachty — cienia naszej planety. Cienka nitka, niby zgięty drut, rozpalony do białości, zawisła w otchłani czarnego nieba, lecz stawała się coraz szersza i jaskrawsza, aż się zmieniła w wąski sierp, w półksiężyc, w błyszczącą, niby wymytą lub odpolerowaną na nowo tarczę, w blade oblicze smętnego trupa — nieodstępnego towarzysza i „memento mori“ ziemi.
— Pełne zaćmienie, bardzo ładne! — odezwał się mój sąsiad.
Przyjrzałem mu się bacznie. Był to oficer marynarki hiszpańskiej. Młody, przystojny, silny, o śniadej twarzy i śmiałych oczach, które z pewnością widziały już przed sobą śmierć. Znam takie oczy i śród tysiąca wynajdę je odrazu.
— Pan płynie, prawdopodobnie, na wojnę? — zapytałem, wskazując ręką na południe.
— Tak, na swój okręt! — odparł. — Będziemy bombardować lewe skrzydło tych bandytów z Riffu, co się ważą targnąć na prawa Hiszpanji w Marokku.
Milczałem, gdyż z gazet wiedziałem, że wojska arabskiego wodza Abd-El-Krima pomyślnie wypierały Hiszpanów z południowych części ich marokańskich posiadłości, co bardzo trwożyło rząd madrycki.
— Niech pan spojrzy na to morze! — szepnął, oczami wskazując na białe grzywy bałwanów, mknących jak do ataku. — Niech pan spojrzy... Tą drogą płynęły zwykle galery czarnych piratów i wojowniczych awanturników ku naszym brzegom, gdzie Maurowie wycinali w pień ludność, palili osady i miasteczka, lub porywali jeńców i kobiety; mężczyźni gnili potem, przykuci łańcuchami do ław wioślarskich na galerach i brygantynach, jęcząc pod prażącemi promieniami słońca i pod razami batów dozorców, a kobiety tęskniły i w beznadziei i łzach więdły i umierały w haremach, zapomniane, opuszczone i pohańbione... O tem się marzy Arabom teraz, w XX wieku... wiemy o tem i musimy raz na zawsze marzeniom Maurów położyć kres!
Powiedział to z siłą i przekonaniem, umilkł, a po chwili odszedł do swej kajuty, gdyż przed świtem miał wysiąść w Melilli, gdzie stał jego krążownik.
Pozostałem sam, obejrzałem się i, przekonawszy się, że żona moja widocznie, śpi, zapaliłem nowego papierosa i usiadłem na ławce, przy wejściu do salonu.
Wtedy zbliżył się do mnie ten drugi pasażer, którego spostrzegłem na pokładzie, i usiadł obok. Niezawodnie był to Arab. Europejski strój nie mógł ukryć tego, a gdy podniósł rękę, zapalając cygaro, mankiet odsłonił wytatuowane na skórze znaki, w kształcie run i napisów arabskich.
— Dokąd pan płynie? — zapytałem.
— Do Oranu! — odparł, podnosząc kapelusz w grzecznym ukłonie.
Po chwili zaczął się cicho śmiać, a, widząc moje zdumienie, rzekł:
— Domyślam się, o czem mówił panu ten oficer, który odszedł przed chwilą!
Arab z zadziwiającą ścisłością powtórzył całą rozmowę moją z Hiszpanem i ciągnął dalej:
— My, ludzie z Mahrebu[1] inaczej myślimy, ale zato wszyscy jednakowo, wszyscy! Myśmy im dali cywilizację, odnowiliśmy ich rasę, byliśmy godnymi przeciwnikami na morzu i na polu walk. Zwyciężyli nas po długich wiekach na swojej ziemi i odeszliśmy. Wtedy wdarli się do serca naszej ojczyzny i zagarnęli dużą jej połać. Żelazną, twardą ręką, o! twardszą i bardziej nielitościwą, niż ręka królów maurytańskich z Granady, Kordoby i Sewilli, schwycili nas za gardło, duszą i znęcają się, pogardzając nami jak psami, jak niewolnikami z najnędzniejszego plemienia pochodzącymi. Tak być dłużej nie może! Musimy mieć swoje prawa, swoją wiarę, swoją wolność wszędzie w Afryce, gdzie o wschodzie i zachodzie słońca wierni powtarzają imię Proroka!...
Usłyszałem głos Zochny, więc przeprosiłem Araba i poszedłem do niej. Gdym powrócił, ławka była pusta. Usiadłem i zacząłem rozmyślać nad wielką tragedją ludzkości, tragedją odwieczną, dziejową, której autorem była nienawiść, a aktorami — rasy, ludy, szczepy, kulty, dyplomaci, kupcy, królowie, parlamenty i tak — od wieku do wieku, aż do zarania pierwszych, najwcześniejszych zbiorowisk ludzkich, czy to w barłogach ludzi jaskiniowych, czy we wspaniałych stolicach możnych dynastyj.
Znam przecież dzikie i półdzikie plemiona różnych barw z trzech kontynentów, znam ich marzenia o wolności i samodzielności i, chociaż wiem, że przyniosłyby im one zwyrodnienie i wymieranie, od czego broni nieraz gwałtem i przemocą krzewiona zewnętrzna cywilizacja Europy, lecz, mimo tego przeświadczenia, myślałem, będąc na pokładzie „Baleara“, że jednak powinny istnieć jakieś inne sposoby rzucania ziarn cywilizacyjnych, niż te, dające obfity plon, lecz zarażone trującem zielskiem nienawiści. Myśli te zostały przerwane krótkim rykiem jakiegoś statku i odpowiedzią „Balearu“. Na mostku kapitana rozległy się głosy komendy, tupot nóg zbiegających się marynarzy. „Balear“ zatrzymał maszyny i stanął, podrzucany na falach. Od lewej burty zbliżył się ze zgaszonemi ogniami wywiadowczy torpedowiec hiszpański i po krótkiej rozmowie z naszym parowcem za pomocą latarni sygnałowych odpłynął. „Balear“ ruszył dalej.
Siedząc przy żonie, nie spałem tej nocy, a więc widziałem wszystko, co się działo naokoło. Przed świtem ujrzałem na ciemnem niebie długie, ruchome smugi światła, z jakąś trwożną ciekawością szukające czegoś na niebie i morzu. Były to promienie projektorów, ustawionych na górach w Melilli, — portu hiszpańskiego w Marokku, gdzie wczesnym rankiem mieliśmy zarzucić kotwicę.



ROZDZIAŁ II.
GŁOS AFRYKI.

Gdy pierwsze, blado-szare, niepewne promienie słońca zaczęły rozpraszać nocny mrok, spotkaliśmy płynące krypy żaglowe. Były podobne zdaleka do wielkich ptaków, wznoszących do lotu jedno tylko skrzydło, gdyż drugie było skaleczone i nieruchome. Około 8-ej zrana, po wywalczeniu dla siebie kawy i jakiegoś wprost mikroskopijnego śniadania, nazbyt już, jak na mnie, homeopatycznego, gdy jestem na morzu, — ujrzałem w oddali zalany słońcem złocisty brzeg Afryki. Skały nadbrzeżne, podnoszący się dalej grzbiet górski, białe budynki i mury fortów miały złocisto-różową barwę, piękną plamą znacząc się na tle bladego nieba.
— Melilla! — powiedział mój wczorajszy znajomy, oficer marynarki.
W miarę tego, jak zbliżaliśmy się ku wejściu do portu, jakiś głuchy łoskot i huk coraz częściej dochodzić zaczynał moich uszu. Wydobyłem swoją bardzo silną podróżniczą lornetkę i zacząłem przeglądać brzeg nieznanego mi kontynentu i miasto. Wkrótce zrozumiałem przyczynę łoskotu. Hiszpanie, którzy w gorączkowem tempie rozbudowują ten ważny dla ich handlu i wojennej marynarki port, wznosili właśnie nową ścianę na wielkiej głębokości, gdzie miały się zatrzymywać największe parowce. Ściana, układana z olbrzymich odłamów skał i bloków cementowych, wysunięta już była daleko w morze, lecz prowadzono ją jeszcze dalej. Co chwila na sam jej koniec przesuwano platformę kolejową i z niej zrzucano do wody olbrzymie kamienie. Głuchy łoskot dochodził aż tu, na pokład „Baleara“. Jednak inne odgłosy, a mianowicie daleki, głuchy huk i ryk, rozlegały się osobno, a objaśnienia tego zjawiska znaleźć nie mogłem, więc zapytałem oficera.
— To grzmią działa i pękają pociski tam, za tym grzbietem nagich gór, — objaśnił mnie. — Abd-El-Krimowi, który walczy z nami na południu Riffu, udało się podnieść przeciwko nam naszych odwiecznych wrogów — berberyjskie plemiona Guelaia i Kebdana, zamieszkałe w pobliżu Melilli, i teraz zmuszeni jesteśmy ostatecznie podbić je, aby mieć wolną drogę wgłąb naszej kolonji!
Tymczasem wjechaliśmy do portu. Rzucił się w oczy odrazu na wstępie, jakiś obszarpany parowiec handlowy, do połowy masztów przywalony belami prasowanego siana. Statek stał, żałośnie przechylony na jeden bok, a ludzie zrzucali do wody nadmiar ładunku, grożącego okrętowi przewróceniem się ostatecznem. Po wschodniej stronie portu stało kilka statków wojennych, oraz dwa duże transporty, wyładowujące skrzynie z pociskami i nabojami karabinowemi, paki z konserwami i galetami dla wojska.
Po dokonaniu pewnych czynności celnych, nasz „Balear“ podczołgał się do samego brzegu i tu „przyczepił się do Afryki“ odrazu czterema grubemi linami. Już nie czuliśmy żadnego kołysania i ciągłego drżenia, a więc Zochna podniosła się ze swego „łoża boleści“ i przeszła do kajuty, skąd po krótkiej chwilce (ta chwilka była naturalnie obliczona podług zegarka damskiego), wyszła przebrana i zdrowa. Z uśmiechem zadowolenia oznajmiła, że jest głodna i że chce zjeść coś dobrego na twardym lądzie.
— Aby tylko nie na tej obrzydliwej huśtawce! — dodała, obrzucając gniewnem spojrzeniem biedaka „Baleara“.
— Ależ pomyśl tylko, moja droga — całe 1000 ton — zaprotestowałem, wiedząc, że jeszcze mamy przed sobą 14 godzin drogi na „huśtawce“, a więc licząc jeszcze na sugestję.
— Mój drogi, słyszałam już o tem w Almerji! — przerwała mi Zochna i wyraziście spojrzała na mnie.
Mieliśmy trzy godziny czasu, a więc wyszliśmy na brzeg i wybraliśmy się na poszukiwanie jakiejś lepszej restauracji. Znaleźliśmy, czegośmy szukali, spożyliśmy dość dobre śniadanie, a później zwiedzaliśmy miasto. Składa się ono z dwóch części. Stare miasto, zbudowane w XVI wieku, tworzą nagromadzone w nieładzie domy obronne, wciśnięte na szczyt skały, otoczonej potężnym murem. Od podnóża tej skały rozciąga się nowe miasto, również trochę bez planu, lecz mówiące o bogactwie i przedsiębiorczości. Melilla jest jednym z głównych ośrodków zbrojnej potęgi Hiszpanji w Afryce i ważnym punktem przemysłowym.
W niezliczonych kawiarniach, restauracjach i barach tłoczyli się oficerowie i żołnierze. Wszystko to piło kawę, wino i piwo, jadło lody, owoce, paliło i głośno rozmawiało. Zachowanie się wojskowych świadczyło, że jesteśmy już na terenie wojny. W tym tłumie umundurowanych ludzi sunęły owinięte w burnusy postacie Arabów, zaglądały do wszystkich zakątków, wszędzie się wślizgiwały, patrzyły i słuchały.
Niezawodnie liczną rzeszę szpiegów i wywiadowców posiadał Abd-El-Krim, ten szalony wódz Riffa tu, na bruku Melilli.
Wspaniałe samochody mknęły ulicami i zatrzymywały się przed bogatemi domami miejscowych potentatów przemysłowych.
Fenicjanie niegdyś, przed wiekami, zbadali bogactwo półwyspu, gdzie założyli swoją kolonję Rusadir, która przeszła później do Kartagińczyków, po nich do Berberów, a od tych wydarła Melillę z jej okolicznemi bogactwami zaborcza Hiszpanja, płacąc za ten nabytek swoją krwią, aż do doby obecnej. Pokłady rudy ołowiu, cynku i żelaza stanowią bogactwa, pociągające tu cudzoziemców.[2] Podobno Fenicjanie, założywszy Rusidar, zaczęli stąd robić dalsze wyprawy morskie i dostali się na południowy brzeg Hiszpanji, gdzie wykryli pokłady żywego srebra i siarki, wywożąc stąd na wschód pierwsze — dla kapłanów i magów, drugą — dla wodzów wojsk królewskich i dla piratów, którzy z siarki przyrządzali strzały ogniste i smołę do podpalania okrętów nieprzyjacielskich.
Obeszliśmy dość spory park Hernandez z ładnemi palmami różnych gatunków i pięknym okazem Araukaria. Wszędzie na ławkach tkwiły mundury wojskowe, a przy nich uczepione, jak pałasze lub rewolwery, średnio przystojne, zupełnie nieładne i nawet bardzo brzydkie mieszkanki Melilli. Jednak szalony upał zmusił nas do ucieczki z Hernandezu do jakiejś kawiarni na lody i mrożoną kawę, a potem na pokład „Baleara“.
Gdy nasz statek ruszył, na pokładzie trzeciej klasy rozległy się krzyki i płacz. Okazało się, że jedna z pasażerek, wyszedłszy na miasto, zapomniała na brzegu swoją córeczkę i synka. „Roztrzepaną“ matkę pocieszano, że następnym statkiem, a więc za dwa dni zguba będzie dostarczona do Oranu. Inny pasażer, przyglądając się płaczącej kobiecie, uśmiechał się i wzruszał ramionami.
— Czego ona płacze i rozpacza? Ja też zgubiłem w Melilli teściową, a przecież nie rozpaczam i żadnej deklaracji składać nie zamierzam...
Skłonny do żartów i wesołości tłum hiszpański zaczął się śmiać i dowcipkować.
Pogoda była świetna, nad morzem nie dawał się odczuć najmniejszy podmuch wiatru, dzięki czemu, „Balear“ przestał być „huśtawką“ i płynął szybko i dumnie na wschód. Chociaż wszystko było istotnie tak, jak piszę, Zochna, niedowierzając „Balearowi“, przeniosła się na najwyższy pokład tuż za mostkiem kapitana i leżała na szezlongu w oczekiwaniu, że parowiec zacznie znowu podrygiwać, a później kiwać się na wszystkie strony, jak butelka do sporządzania amerykańskiego trunku „coctail“.
Lecz „Balear“ — nic! płynął sobie, jak na porządny morski okręt przystało, i zachowywał nadzwyczajną powagę i miarowość ruchów.
Mijaliśmy piaszczyste wybrzeża, za któremi błysnęło nam na chwilę Mar Czika, małe, wewnętrzne morze, odcięte ławicą piasków; przesuwamy się pomiędzy „Capo del Agua“, którem kończy się grzbiet Dżebel Kebdana, a trzema wysepkami Czafarinas[3], przypominającemi imię straszliwego bandyty morskiego, Turka Dżafara. Jedna z legend plemienia Kebdana twierdzi, że gdy Allah, sądząc Dżafara po śmierci i chcąc wiedzieć, ile łez wylały ofiary korsarza, kazał aniołowi Azrailowi pokazać to na morzu, anioł oddzielił Mar Czika ławicą z piasku. Oczywiście, jak na morze, — to nie wiele, ale jak na ilość łez — to zupełnie dostatecznie, żeby ich sprawcę wpakować do dziesięciu piekieł z płonącą smołą i siarką.
Wyspy Czafarinas są pozbawione roślinności i wody, której tu dostarcza specjalny statek-cysterna. Hiszpanie połączyli dwie wyspy nasypem i założyli tu doskonały, zupełnie zabezpieczony od morskich fal port, który ma wielkie strategiczne znaczenie, gdyż znajduje się naprzeciwko ujścia rzeki Maluji, stanowiącej granicę pomiędzy posiadłościami Francji a Hiszpanji. Na tych dwóch połączonych wysepkach mieści się dom gubernatora, koszary załogi, kościół, szpital, osady rybackie, na trzeciej zaś cmentarz. Mijamy przylądek Mitonia, znajdujący się już na terytorjum Algierji. Wkrótce znikają niskie, równinne brzegi i na horyzoncie zjawia się ściana grzbietu Tadżera.
W nocy mignęła nam latarnia morska z wyspy Raszgun, a o świcie przepływamy obok poszczerbionych, pogryzionych przez fale, skalistych wysp Habibas i wchodzimy w cieśninę pomiędzy dwoma przylądkami Falkon i Mers-El-Kebir; są one zaopatrzone w silne latarnie morskie, których ognie świeciły nam z oddali w ciągu kilku godzin nocnych. Za temi przylądkami rozpoczyna się obszerna, głęboka, zawsze spokojna zatoka Orańska.
Lecz Oranu długo nie widać. Gdzie niegdzie tylko, czepiając się zboczy górzystego brzegu, stoją oddzielnemi kupkami jakieś małe budynki. Lecz to nie może być Oran, jedno z większych miast afrykańsko-francuskich, posiadające około 200 000 ludności!
Już chcę zwrócić się z tem pytaniem do kogoś z pasażerów, gdy nagle z prawej strony spostrzegam wysoką górę o skalistych, urwistych i popękanych stokach. Na gołej skale, prawie wisząc nad przepaścią i nad morzem, podnosi się kościół, uwieńczony figurą Bogarodzicy i wzniesiony podczas straszliwej epidemji cholery, przyniesionej tu w r. 1849 z Azji przez pielgrzymów arabskich, którzy po podróży do Mekki postanowili odwiedzić grobowiec świętego mędrca Sidi Abd El Dżilani[4], pogrzebanego w okolicach Oranu.
Góra, na której wznosi się kościół, to olbrzymi masyw Murdhadho,[5] ze szczytem Aidur, uwieńczonym murami, blankami, kontrfosami i basztami potężnego zamku hiszpańskiego Santa Cruz. Cała góra pokryta jest lasem sosen syryjskich, poprzecinana cudownemi drogami dla samochodów, ścieżkami dla amatorów alpinizmu, z „Belwederem“ i innemi miejscami, skąd, jak później przekonaliśmy się, odkrywają się coraz piękniejsze widoki na morze, zatokę i miasto.
Długo jeszcze płyniemy, mając na prawo od siebie ponury Santa Cruz i kościół, aż nagle zjawia się przed oczami zalane słońcem duże, piękne, srebrno-białe miasto z oazami parków, skwerów, z długiemi alejami, biegnącemi coraz wyżej i wyżej, aż tam, gdzie wznoszą się wysokie, kilkopiętrowe domy, dzwonnice kościołów i kopuły jakichś gmachów, może teatrów, czy muzeów, a może meczetów.
Jakiś dziwny spokój, pewność jutra i wesołość biły od tego srebrzysto-białego miasta, że gdy niechcący zwróciłem wzrok ku Santa Cruz, jakiś przykry chłód zakradł mi się natychmiast do duszy.
Zamyśliłem się nad tem wrażeniem i po chwili zrozumiałem je i mogłem ująć w formę logiczną.
Zrozumiałem, że widzę przed sobą dwie kultury, dwie psychologje, dwie kolonizacje. Hiszpanja z jej surowym, nieprzejednanym katolicyzmem wielkich inkwizytorów, dumnych królów, krwawych konkwistadorów, motłochu, pogardzającego ludźmi innych wyznań i innych barw; Hiszpanja — gwałtu, przelewu krwi, przemocy i zniszczenia, Hiszpanja dawna, w której oprócz tradycji, historji i nienawiści ludów, niegdyś podbitych przez nią, nic nie pozostało.
Ta Hiszpanja rozparła się tam na szczycie Murdhadho i umarła w ponurym, mówiącym o dawnej wspaniałości grobowcu Santa Cruz. A tuż obok — śmieje się wesoło do słońca, do morza, do okolicznych wiosek arabskich, do całego świata Francja, śmieje się bielą i połyskiem swego srebrnego miasta, barwnym tłumem, zielenią parków i trawników i pstremi klombami skwerów.
Nie marzy ona o wieczystości murów i basztów Santa Cruz, gdyż nie wierzy w wieczne życie z zasady, chce najbliższym pokoleniom zabezpieczyć byt w tej słonecznej krainie, a gdy tubylcy sarkają i odgrażają się, Francuz z uśmiechem szczerej wesołości odpowiada:
— Ależ, panowie, my płacimy hojnie! Niesiemy wam prawdziwą cywilizację i kulturę, bez których wasza „liberté“ będzie, za przeproszeniem, zupełnie podobna do życia małp i panter.
Powiedziawszy to, zaczyna nucić wesołą piosnkę kabaretową.



ROZDZIAŁ III.
NA AFRYKAŃSKIEJ ZIEMI.

Porzuciliśmy „Baleara“ bez szczególnego smutku i wkrótce byliśmy już w hotelu, obmyślając plan zwiedzenia Oranu.
Doprawdy, Oran poza tą bijącą w oczy różnicą psychologji hiszpańskich i francuskich kolonizatorów, nie posiada ciekawych rzeczy do oglądania. Najpierw wcale tu niema Arabów, bo nie mogę uważać za Arabów tych czarnych gentlemanów, co noszą fantastycznie szerokie spodnie, a na nogach francuskie lakierki od Raoul’a, marynarki i żakiety, albo jeżeli i mają na sobie burnusy i olbrzymie w szerokość i w wysokość kapelusze z różnobarwnej słomy, to się spijają po szynkach i „buvettes“ wódką anyżową. Nędzna dzielnica arabska, tak zwana „village nègre“, o małych, niskich, straszliwie brudnych i cuchnących domach i malutkim rynku, gdzie się sprzedaje wszystko, co nikomu na święcie nie jest potrzebne, a także warzywo i owoce — niczem nie przypomina prawdziwie maurytańskich miast, a nawet miasteczek. Wydaje się, że Francuzi umyślnie pozostawili ten zakątek pseudo-arabski, aby dowieść możliwości symbjozy Islamu z potomkami encyklopedystów. Arabowie, których się widzi w Oranie na ulicach, są albo miejscowymi bogaczami, albo okolicznymi posiadaczami większych lub mniejszych obszarów rolnych. I ci, i tamci są już całkowicie pod wpływem francuskiej cywilizacji, a dla doskonałego czerwonego wina Royal Kebir zapominają nawet przepisów Koranu.
W dzielnicy zaś arabskiej gnieździ się jakieś wypadkowe, pstre zbiorowisko ludzi z przeróżnych szczepów, właściwie — albo bezdomni biedacy, parjasi, albo szumowiny, ptaki, żyjące z dnia na dzień, czasem drapieżne ptaki, lecz ten gatunek jest tu nader rzadki, gdyż policja pomyślnie i energicznie na nie poluje.
Gdy szukaliśmy z żoną moją miejsca, gdzie można usłyszeć muzykę i śpiewy tubylcze i zobaczyć tańce, trafiliśmy do jakiejś szalenie brudnej spelunki, gdzieby się przydała brygada sanitarjuszów z formaliną, karbolem i chlorkiem. Powitało nas tu dwuch tęgich, nader poufałych drabów, którzy wprowadzili nas do malutkiej izby o jedynem wąskiem okienku i usadowili na wysokim kuferku, podłożywszy pod nas uporczywie i długo używaną poduszkę. Następnie weszły kobiety w różnobarwnych strojach, z świecidełkami i klejnotami na szyjach, piersiach, we włosach i uszach. Przyglądam się tym klejnotom i widzę, że pochodzą z Paryża, z okolic gare de l’Est, gdzie się mieści moc drobnych fabryczek dla wyrobu tego rodzaju towaru. Kobiety miały odsłonięte twarze o mocno podczernionych oczach i brwiach, połączonych w jeden szeroki łuk zapomocą czarnej farby. Umalowane policzki i usta, jakieś kółka, wężyki, strzałki, kwadraciki, wytatuowane na czołach, brodach, policzkach i rękach, dopełniały tego obrazu w takim stopniu barwnego, że zapragnąłem go sfotografować. Jednak wszystkie kobiety — pierzchły natychmiast, pozostawiając tylko jedną — młodą, wiotką, o ostrem, drapieżnem spojrzeniu.
Jeden z drabów objaśnił mnie, że fotografowanie przynosi nieszczęście lub chorobę, a więc tylko młoda tancerka i on z towarzyszem mogą się fotografować.
— Czyż nie jesteście wyznawcami Proroka? — spytałem go.
Wzruszył ramionami i odparł.
— Owszem, tylko nie Mahometa, lecz Ben Slimana. Jesteśmy ze szczepu Mlaina...
Wtedy nie rozumiałem jeszcze, co to znaczy. A była to rzecz ciekawa. Na południu prowincji Orańskiej i w innych miejscowościach francuskich posiadłości w Afryce Północnej istnieje szereg plemion, pogardzanych przez prawowiernych muzułman, lecz otoczonych jednocześnie mistycznym lękiem. Pochodzenie tych szczepów nie jest jeszcze ściśle ustalone, niewiadomo, czy są one pochodzenia azjatyckiego, czy afrykańskiego. Formalnie są wyznawcami Islamu, lecz ich prorokiem jest niejaki Amer ben Sliman, który podobno był Żydem-renegatem; zmienił on tekst Koranu, wprowadził rozpustę do obrządków i obyczajów Islamu i przekazał uznającym go plemionom sztukę czarnoksięską, którą uprawiają zarówno kobiety-tancerki, śpiewaczki i wróżki, jak i mężczyźni — drobni rzemieślnicy, fabrykanci talizmanów i znachorzy.[6] Rozchodzą się nawet głosy, że Mlaina są wprost szczepem cygańskim.
Do takiego zagadkowego towarzystwa trafiliśmy z Zochną w „village nègre“; wtedy nie wiedzieliśmy nic o tajemniczych Mlaina, a więc o nic ich nie wypytywaliśmy, tylko sfotografowałem tę zacną kompanję, a później zaproponowałem, aby nam zagrali coś, zaśpiewali i zatańczyli za umówione naprzód 20 franków.
Jeden z drabów wyciągnął z za pasa flet i zaczął grać jakiś dziki, przeciągły i łkający motyw, drugi klaskał w dłonie, kobieta zaś odśpiewała kilka zwrotek ponurej pieśni, wykonując po każdym frazesie taniec brzucha, połączony z „klasycznym“, zabronionym w Ameryce „shimmy“, pochodzącym od cygańskiej „koranty“.
Nudne to było, brzydkie i całkiem niezajmujące, więc jak najprędzej opuściliśmy cuchnący przybytek orańskiej Terpsychory.
Po tym wypadku nie szukaliśmy już tu nic z życia Arabów, jeżeli nie liczyć zwiedzenia wielkiego meczetu Dżama El Basza, zbudowanego w XVIII w. na pamiątkę wyparcia z Oranu Hiszpanów i za pieniądze, osiągnięte z wykupu niewolników chrześcijańskich. O tem opowiadał nam dobrą francuszczyzną lecz z zafrasowaną miną stary muezzin[7] w zacienionym podwórku meczetu z cicho szemrzącą fontanną w marmurowym basenie, pełnym złotych rybek; tuż przy fontannie leżał żebrak w łachmanach, z twarzą obrzękłą, pokrytą wrzodami i chmarą much, pożerających go, na co leżący nie zwracał żadnej uwagi; spał jak zabity i głośno chrapał w cieniu palm, przy łagodnym szmerze płynącej z gór źródlanej wody.
Zabawiliśmy w Oranie parę dni, więc zwiedziliśmy miasto, zwykłe francuskie miasto, koniecznie z Boulevard National, place d’Armes, place Kleber, place de la Republique, dla których ujrzenia naturalnie nie warto jeździć do Oranu, cierpieć na morską chorobę, prażyć się i topnieć na słońcu; jednak malowniczy widok przedstawia rozplanowana tarasami promenade de Letang z dekoracyjnym Chateau-Neuf, ze staremi murami, za któremi obecnie mieszczą się budynki wojenne, a przed Francuzami — pałace groźnych gubernatorów hiszpańskich lub korsarzy, jakimi byli orańscy bejowie. W parku Letang widzieliśmy bardzo piękne okazy figowców i magnolji o konarach, podobnych do skręconych i walczących potwornych płazów; sosny, platany, palmy i klomby z jaskrawemi i rzadkiemi kwiatami. Z tarasów tego parku widać morze na 30 kilometrów za przylądkiem Falkon. Piękniejszy i bardziej rozległy widok na morze odkrywa się z innego miejsca — z okna w północnym murze Santa Cruz. Podchodzi się do tego okna z ciemnej galerji, i nagle — zwiedzającego oślepia niebieskie światło, wlewające się bezdźwięcznym potokiem przez szeroki otwór w murze. Niebo i morze — dwa niebieskie światy, niewzruszenie spokojne i potężne, hojnie wlewają tu, do wnętrza ponurego zamczyska potoki łagodnego, kojącego i radującego duszę szafirowego nektaru, pełnego ozonu, aromatu żywicy sosnowej i odświeżających wyziewów morza.

ORAN. STUDNIA MECZETU

Od gór Murdhadho zrobiliśmy wycieczkę samochodem wzdłuż drogi, wykutej tuż w skałach, wiszących nad morzem, miejscami niebieskiem jak szafir, miejscami zielonem, niby szmaragd najczystszy. Wzdłuż tej drogi zwiedzamy cały szereg drobnych mieścin, gdzie wyjeżdżają na letnie wywczasy Orańczycy, oraz osad rybackich, gdzie łapią olbrzymie tłuste flądry i potworne langusty. W takich minjaturowych miasteczkach jak Bains de la Reine, Roseville, Mers-el-Kebir jest zawsze hotel, restauracja i kąpiele morskie. Ale na tej drodze, prowadzącej aż do przylądku Falkon i w innych okolicznych zakątkach niedaleko od Oranu można znaleźć coś bardziej ciekawego i pouczającego. Kryją się tu w skałach głębokie jaskinie ze zwisającemi stalaktytami, które, łącząc się ze stalagmitami, tworzą kolumnadę jakichś tajemniczych świątyń nieznanych lub zapomnianych bogów. Myślę, że raczej — zapomnianych, gdyż na tem miejscu istniał człowiek już wtedy, gdy wszystkie bóstwa jeszcze żyły i swemi stopami dotykały naszej grzesznej ziemi. Tu można znaleźć liczne groty i podziemia, stanowiące całe miasta jaskiniowe, ślady rysunków, ręką przedhistorycznego człowieka wyryte w skałach, resztki jego zdobyczy myśliwskiej, broni kamiennej, ślady ognisk domowych.
Tu pod Murdhadho przemknęły pokolenia różnych ras i szczepów, czepiały się stoków i skał tego grzbietu różne ludy, cywilizacje i kulty i walczyły o to miejsce, gdzie tyle słońca, blasków, ciepła, morskich wonnych powiewów i niepojętych radości, co nie opuszcza przybysza od pierwszej do ostatniej chwili pobytu jego na brzegu zacisznej, obszernej zatoki Orańskiej.
Jaka rasa, jakie szczepy w zaraniu ludzkości zrodziły się tu lub przywędrowały z innych, być może, dalekich obszarów? Z jakiego ludu pochodzili ci nieznani, w proch zamienieni myśliwi, co po jaskiniach w Algierji nagromadzili stosy kości słoni, olbrzymich bawołów, lwów, nosorożców i hipopotamów, kupy muszli jadalnych mięczaków, a wśród nich kamienne topory, ostrza strzał i oszczepów? Do jakiej rasy należeli ci artyści, co pozostawili po sobie rysunki, wydrapane ostremi krzemieniami na ścianach grot i na pionowych skałach na brzegach przed wiekami wyschłych „uedów“-rzek? Kto przebiegał te przestrzenie niezmierzone, gdy na miejscu teraźniejszej Sahary biło swemi falami w skały Ergów i Antiatlasu morze? Jakie ludzkie zbiorowiska istniały tu wtedy, gdy kontynent Afryki miał inną formę, gdy istniały jeszcze tajemnicze Atlantyda i Lemurja, po których przecie są ślady w dziełach najstarszych historyków, a w ich liczbie — u kronikarzy chińskich?
Pytanie to stanęło przede mną wkrótce po rozpoczęciu podróży po Afryce. Wiem, że Arabowie przyszli tu ze wschodu, byli wojownikami, podbili podzieloną na wrogie sobie wzajemnie szczepy ludność północy afrykańskiej i oparli się aż na brzegach Atlantyku, około Rabatu w Marokku; wiem o tem, lecz było to tak niedawno, bo dopiero po śmierci Mahomeda, a więc w wieku VII naszej ery. Wiem także, że wszystkie inne szczepy, stanowiące pierwotną ludność tych obszarów, położonych pomiędzy Egiptem, Atlantykiem, Saharą, Atlasem, a Morzem Śródziemnem, nazywają Berberami lub Kabylami. Nic mi to jednak nie objaśnia. Przecież przeciąłem te obszary od zachodu na wschód i od północy na południe, a widziałem taką różnorodną pod każdym względem mieszaninę ludzką, że nie mogę zgodzić się z tak sztuczną „unifikacją“, dotyczącą owych „Berberów“, dopuszczając nawet wpływy krzyżowania się ras, zmiany antropomorficzne oraz inne czynniki asymilujące.
Współczesne źródła naukowe[8] nie dają stanowczej odpowiedzi co do pierwotnych mieszkańców tego kraju. Przypuszczają, że jakaś rasa, wyparta przez pustynię i odcięta przez nią od środkowej Afryki, posuwała się coraz bardziej na północ, aż rozpierzchła się na terytorjum współczesnych Trypolitanji, Tunisu, Algieru i Marokka; przypuszczają także wraz z Tissotem[9], że dwa potoki ludzkie spotkały się tu — jeden, płynący z południa od granic Sahary, drugi, wędrujący przez cieśniny: Iberyjską i Italijską — z północy. Z połączenia się tych potoków wytworzyła się rasa berberyjska, posiadająca antropologiczne cechy brunatnej rasy europejskiej, oraz brunatnej rasy z Sahary, a odrębnej od rasy czarnej. Do tego połączenia weszły szczepy białe z Iberji i z północy Europy. Ten moment wytworzenia się rasy berberyjskiej wyczytać już można na pomnikach egipskich z czasów XIX dynastji. Egipcjanie nazywają ich Libou (stąd Libja), a ta nazwa odpowiada fonetycznie imionom najstarszych rodzin berberyjskich — Liouata lub Luata[10]. Śród Libou Egipcjanie odróżniali jeden szczep, zamieszkujący północną Afrykę, nazywając go „Tahennu“, co znaczy „lud o jasnej skórze“.
Dalej antropologja i historja wpada w prąd wrywających się zewsząd do Afryki przybyszów: Chaldejczycy, Fenicjanie, koloniści Kartaginy, Rzymu, nowy potok białych ludzi — Wandalów; przybycie Greków, Normanów, powódź arabska, turecka...
Kwestja się gmatwa i tonie śród nic nie mówiących nazw: Maurów, Numidyjczyków, Lotofagów, Getulów, Gindanów, Garamantów, a tymczasem plemię Nefzua przechowało w swych starożytnych opowieściach pamięć o stosunkach swoich z Egiptem, o czem też mówią dokumenty egipskie. Już w XIV wieku przed N. Chr. te szczepy Libou i Tahennu posiadały swoją cywilizację i przemysł, miały dziedzicznych królów i zawierały umowy polityczne z innemi ludami, szczególnie z wyspiarzami Morza Śródziemnego. Nie dały też żadnych poważnych wskazówek wykopaliska w starych grobowcach i dolmenach. Z rysunków na skałach nie można było wyczytać odpowiedzi na bardzo interesujące pytanie o samoistnej, pierwotnej ludności północnej Afryki. Są one prawie wszędzie jednakowe i wymagają wielkiej ostrożności i krytycyzmu, ponieważ, jak wskazuje V. Piquet, jeden z badaczy, p. Rohlfs znalazł na Saharze rysunki pierwotnych ludzi, a wśród tych rysunków... współczesny parowiec, wyskrobany w skale przez jakiegoś dowcipnisia-turystę.
Zagadka więc pozostaje zagadką, a nad rozwiązaniem jej pracują uczeni. Jadąc w parę miesięcy po zwiedzeniu Oranu z Konstantyny do Tunisu, miałem rozmowę z jednym „marabut“, czyli „świętym“, kierującym życiem całej osady. Pijąc z nim herbatę, zapytałem go o pochodzenie zwyczaju malowania przez Berberów rąk na czerwono roślinnym barwnikiem „henna“.
— Robimy to tradycyjnie na pamiątkę dawnych mieszkańców Afryki Północnej, którzy mieli czerwoną skórę, a byli potężni i mądrzy — odpowiedział po pewnem wahaniu.
— Jak się nazywali ci dawni mieszkańcy? — indagowałem dalej.
— Nie wiemy! — odparł.
Znowu zagadka! Ale gdy o tem powiedzeniu marabuta wspomniałem w Tunisie przypadkowemu znajomemu przy stole restauracyjnym, niejakiemu Mr. Charles Grewster, ten kiwnął głową i rzekł:
— Nie wiem, co o tem myśleć; mogę tylko powiedzieć, że ta „henna“[11] w dziwny sposób się kojarzy z egipską nazwą „tahenna“, nadaną ludności, na zachód od krainy Faraonów mieszkającej. O tem dziwnem podobieństwie słów myślałem nieraz, a wyjaśnienie marabuta rzuca pewne światło na tłumaczenie egipskiej nazwy. Przecież „jasny“ często odpowiada pojęciu „słoneczny“ i „boski“, a więc ludzie o „skórze bogów“. Skóra ta w ich pojęciu i tradycji była czerwona. Czyż była tu na brzegach Atlantyku czerwona rasa? Nietylko była, ale i jest — są to Etruskowie i Baskowie... Niedawno czytałem jakiś artykuł o zaginionej Atlantydzie; mieszkańcy tego kontynentu, jak dowodził autor, należeli do czerwonej rasy...
Tak mówił Mr. Grewster. Nie wiem, kim był Mr. Grewster, lecz wydaje mi się, że jego luźna, osobista hipoteza nie jest gorszą od hipotezy o emigracji brunatnej rasy od skraju Sahary i innej tejże barwy — z Iberji i brzegów Bałtyku przez cieśniny morskie lub przez pasma ziemi, łączące niegdyś Hiszpanję i Włochy z kontynentem Afrykańskim?
Pomyśleć tylko, że ta zagadka pochodzenia pierwotnej ludności Afryki Północnej mogła się zrodzić po odwiedzeniu brudnej orańskiej spelunki, gdzie tańczyła umalowana i wytatuowana tancerka z zagadkowego szczepu Mlaina!
Zagadka ta jednak nie dawała mi spokoju i wszędzie szukałem czegoś, co mogłoby dopomóc do jej rozwiązania. Teraz, gdy patrzę wstecz, przeglądam swoje notatki podróżnicze i wertuję specjalne dzieła, rzuca mi się w oczy jeszcze jedna zadziwiająca cecha w niektórych obrządkach magicznych, przez te szczepy uprawianych. Mówię o magicznej sile, przypisywanej przez ludność północnej Afryki krwi, różnym wydzielinom organizmu ludzkiego i zwierzęcego, trupom oraz organom ciała, a także o przesądach, które z tą organo-magją są związane, które mówią o możności stania się być niewidzianym i niesłyszanym, o połączeniu dusz, serc i myśli dwojga ludzi, o wpływie barw na świat duchowy człowieka itp. Skąd przyszła tu ta magja? Nigdzie, w żadnym narodzie samodzielnie taka magja nie była praktykowana, a jeżeli gdzie ją uprawiano, to była zapożyczona od cyganów, Maurów andaluzyjskich, Chaldejczyków i Egipcjan, którzy mieli stosunki z północą Afryki, a więc z owymi tajemniczymi „Berberami“, którzy po przyjęciu Islamu swoje magiczne praktyki zanieśli podczas pielgrzymek do Mekki — na Zachód azjatycki i dalej do Indyj a nawet do Chin, jeżeli przypomnimy sobie, że arabscy żeglarze wznieśli w Kantonie meczet Proroka na długo przed odkryciem wschodnich brzegów Azji przez Portugalczyków.
Są to jednak tylko domysły, słabe wysiłki rozwiązania antropologicznej zagadki północnej Afryki.



ROZDZIAŁ IV.
W GŁĄB ZACHODNIEGO ALGIERU.

Pewnego pięknego, słonecznego poranku, siedzieliśmy w wagonie kolejowym, odprowadzeni przez milutkiego synka i córeczkę miejscowych komersantów z Oranu — państwa Gomis. Wyjeżdżaliśmy na zachód, do Marokka. Pierwszym naszym etapem miał być Tlemsen, do którego od Oranu 6½ godzin jazdy koleją, chociaż odległość nie przenosi 175 kilometrów.
Z okna naszego wozu widzimy obszerną równinę, doskonale uprawną. Zboże, wino, drzewa owocowe i oliwne, oraz ogrody warzywne dochodzą aż do brzegów dużego, wysychającego już jeziora Sebkha; wszędzie widać zabudowania kolonistów — Francuzów, Hiszpanów i Włochów, nieznaczne „bled“ — wioski tubylcze i stada owiec i bydła rogatego. Drogą, którą mkną samochody, z wyciągniętemi szyjami kroczą objuczone wielbłądy, idące nieraz z dalekich południowych oaz, a nawet z gór Atlasu. Arabowie jeszcze dotąd posługują się nawet w pobliżu linji kolejowej karawanami wielbłądów, z powodu taniości tego transportu.
Może to wydać się nonsensem, a jednak setki tysięcy wielbłądów — tych okrętów pustyni, są zawsze w pogotowiu. Arab-przewodnik nie ceni bynajmniej czasu; zarabiać franki na życie jest koniecznością, i dlatego należy walczyć z koleją. Walka to kulturalna, ekonomiczna, drogą konkurencyjnych taryf. To tylko daje wielbłądom możność spełniania ich obowiązków społecznych, ale jeszcze dwie lub trzy linje trans-afrykańskie i „okręty pustyni“ wkrótce zamienią się w befsztyki i kiełbasy w jadłodajniach tubylczych, w „babusze“, czyli pantofle, siodła i wory do noszenia wody lub przewożenia daktyli.
Równinę tę przecina kilka rzek, naturalnie czasem ledwie dostrzegalnych, ale zawsze z zaroślami różanecznika (rododendronów), oleandrów i tamaryndów. Wkrótce pociąg porzuca równinę i wspina się na zbocza dość pofałdowanej pagórkami krainy, gdzie szybko znikają ślady rolnictwa. Natomiast zjawiają się pastwiska, a więc tak samo, jak niegdyś widziałem to w Azji, ciągną tu koczowiska nomadów ze stadami kóz i owiec. W kilku miejscach spostrzegamy duże, czarne namioty w żółte lub białe pasy, a w nich kobiety o twarzach odsłoniętych, w granatowych szatach, zresztą nader lekkich, ale zato obwieszonych ciężkiemi, z miedzi i srebra zrobionemi klejnotami, godnemi barbarzyńców.
Siedzący w naszym przedziale pomocnik prefekta z Bel-Abbes, który otrzymał z Oranu odpis telegramu Ministerstwa paryskiego o naszej podróży, objaśnia nam, że są to koczownicy arabscy z Sahary, którzy zapuszczają się na północ w poszukiwaniu pastwisk dla swej trzody i za zarobkiem w postaci wróżbiarstwa, leczenia, kucia i kradzieży koni, znachorstwa, a nawet wykonywania niektórych rytualnych obrządków muzułmańskich.
Większą stacją jest wspomniany już Sidi Bel Abbes, francuska osada, rosnąca z nadzwyczajną szybkością, dzięki wspaniałemu rozwojowi rolnictwa w całej okolicy, przeciętej rzeką Mekkera. Malownicze miasteczko, tonące w sadach owocowych, posiada kilka ładnych budynków i koszary jednego pułku Legji Cudzoziemskiej, w której służy też sporo Polaków, a najwięcej Niemców. Jak okiem sięgnąć, doliną rzeki ciągną się plantacje kolonistów, przeważnie, zdaje się, Hiszpanów, którzy, jak zapewniali mnie Francuzi, już w drugiem pokoleniu wynaradawiają się zupełnie, przyczem dzieci, uczęszczające do szkoły francuskiej, mają asymilujący wpływ na swych rodziców.
Rejon Bel Abbes należy do najbardziej żyznych i najlepiej kolonizowanych części Algieru. Stąd wpływa na rynek wewnętrzny i zewnętrzny wielka ilość zboża, wina, oliwek i bydła. Na polach pracują europejczycy i tubylcy; wszędzie spotkać można współczesne duże pługi, parowe traktory i inne maszyny rolnicze. Ten krajobraz rozciąga się aż do Tlemsenu.
W okolicy ostatniej przed tem miastem stacyjki, Ain Fezza, przejeżdżamy cały szereg tunelów, wiadukt wspaniałej, lekkiej budowy, przerzucony przez głęboki, malowniczy wąwóz rzeki El Urit z kilku wodospadami, mknącemi wśród porosłych lasem skał grzbietu Tlemsenu.
Na tej małej stacyjce spotkaliśmy całą kompanję żołnierzy Legji Cudzoziemskiej. Naprawiali szosę, mosty i rowy cementowe. Zdrowe ciała, ogorzałe, energiczne twarze, lecz oczy ponure i nieufne. Mięszanina języków! Słyszeliśmy mowę rosyjską, niemiecką, grecką, holenderską. Pytaliśmy o Polaków, nie było ich jednak w tym oddziale. Nie mogę zapomnieć jednego legjonisty! Chodził po peronie i czytał małą książeczkę, nie patrząc na pociąg i pasażerów. Miał okulary na nosie i poważną twarz nauczyciela szkoły ludowej niemieckiej. Zbliżyłem się do niego i zapytałem, co czyta. Okazało się, że był to tomik Goethe’go. Czytający zaś był studentem uniwersytetu. Miałem ze sobą książkę niemiecką, więc ofiarowałem ją legjoniście. Był bardzo ucieszony i po dwóch dniach odnalazł nas i książkę zwrócił.
W kilka minut później byliśmy już w Tlemsenie, wdrapawszy się w ciągu 6½ godzin, licząc od Oranu, na wysokość 800 metrów. Na dworcu czekała na nas karetka hotelowa i przewodnik oficjalny, uprzedzony telefonicznie z Oranu. Był to sierżant wojsk francuskich, Arab algierski, Mohammet ben M’Hammed ben Mokhtar, młody i oczytany. Na wstępie robi mi bardzo miłą niespodziankę, mówiąc, że w księgarniach tlemseńskich na wystawach znajdują się już egzemplarze mojej, wydanej w Paryżu książki „Bêtes, Hommes et Dieux“ i z kurtuazją dodał, iż czuje się zaszczycony, że może być nam pożyteczny w roli przewodnika.
Mohammet przywiózł nas do hotelu, niskiego, jednopiętrowego budynku, coś nakształt szwajcarskiego „châlet“, przesyconego wonią drzewa cedrowego i żywicy. Z tarasu i z okien pokoju odkrywa się widok na lesisty łańcuch gór, na biały meczet, stojący w oddali, na wierzchołki czarnych cyprysów i dość duży sad owocowy tuż przed hotelem. Cisza i spokój panowały tu i znowu przypomniała się nam Szwajcarja, którą oboje z Zochną tak bardzo lubimy. Tlemsen i jego okolice istotnie można nazwać „małą Szwajcarją“ Algieru, ponieważ prawdziwą wielką Szwajcarją jest Kabilja z swym pięknym łańcuchem gór Dżurdżura.
Gdy po wypoczynku przebraliśmy się i zjedliśmy obiad, zapadła już noc. Wyszliśmy do ogrodu, pełnego róż i innych pachnących kwiatów. Niebo było zupełnie ciemne, a zwisało nad nami nisko i było podobne do miękkiej, czarnej płachty z niezliczoną ilością otworów, przez które migały gwiazdy. W gąszczu drzew granatowych i oliwnych grały cykady. Szeleszcząc skrzydłami śmigały chyże nietoperze. Gdzieś ze szczytów górskich dolatywało jękliwe wycie szakali, którym odpowiadały psy przeciągłem szczekaniem. Gdzieś w sąsiednim gaju oliwnym odezwała się fujarka. Ktoś niewidzialny grał smętną, monotonną melodję, a później zaczął śpiewać, jakgdyby skarżąc się na coś, łkając i modły zasyłając o łaskę bóstwa i zmiłowanie. Od strony miasta dolatywały ryki mułów i osłów, głosy ludzkie, dźwięki orkiestry i turkot powozów. Nagle ponad wszystkiem zawisła drgająca w powietrzu, donośna i pełna siły wewnętrznej nuta. To muezzin ze szczytu jakiegoś minaretu nawoływał wiernych do późnej modlitwy i westchnienia do Wszechmocnego Pana życia i wypadków:
La Illah Illa Allah u Mahomed Rassul Allah, Allah, Allah Akbar!
Aha, nareszcie! Jesteśmy w kraju Islamu...
Niechże będzie błogosławione imię Allaha!
Bóg jest Bóg i Bóg jest jeden...



ROZDZIAŁ V.
W MIEŚCIE CUDOTWÓRCÓW.

W 1141 r. w Sewilli na popisie siłaczy, odznaczył się 15-letni Choaib-Ibn-Hocein el Andaloci. Jednem cięciem miecza z łatwością niezwykłą odwalał łby koniom i bykom, łamał podkowy i rwał łańcuchy, niby pasma zgniłych szmat. Sam król Maurów z dynastji wspaniałych Almorawidów-Ali-Ibn-Jusef-Ibn-Taszfin dziwić się raczył i zapytał ojca młodocianego mocarza, co zamierza zrobić z synem? Dowiedziawszy się, że chłopak będzie poświęcony zawodowi wojownika, król przyobiecał przyjąć go do swej gwardji przybocznej.
Jednak po paru latach młody Choaib-Ibn-Hocein zawiódł nadzieje ojca, gdyż oznajmił, że chce oddać się całkowicie nauce. Ojciec usiłował powstrzymać syna od tego zamiaru, lecz młodzieniec zaczął z pamięci natchnionym głosem skandować najzawilsze wersety z Koranu.
— Będziesz „hafodh!“[12] — zawołał ojciec, uradowany i dumny, ponieważ wiedział, że nauka przynosi długotrwałą sławę.
Młody siłacz zaczął studjować mądrość Islamu u uczonych maurytańskich w Sewilli i Kordobie, prowadząc życie samotne, pełne umartwienia ciała i zagłębiania się w świat duchowy. W poufnych rozmowach z profesorami Choaib zwierzał się, że dusza jego czuje się obcą tu na ziemi, chce zerwać jej więzy i powrócić do nieznanej krainy, skąd przyszła.
Wtedy już profesorowie zrozumieli, że młody student jest urodzonym „marabut’em“, czyli wyższą, świętą formą ludzką, wybraną przez Boga, i już wtedy nazywali go „uali“, co znaczy — wybraniec Allaha. Na egzaminie ostatecznym młody uczony zadeklamował pewne rozdziały Koranu tak pięknym głosem i z takiem natchnieniem, że „zgromadzeni słyszeli szmer skrzydeł zwabionych z nieba aniołów“. Otrzymawszy tytuł „thaleb“, Choaib wyjechał do Afryki, gdzie studjował przez pewien czas w Fezie, a później, wziąwszy laskę pielgrzyma, zaczął wędrować po kraju, aż obrał Tlemsen za stałe miejsce pobytu. Zamieszkał na górze Terni, wznoszącej się obok miasta nad wioską El-Eubbad, spędzając dnie i noce na modlitwie i ascetycznych praktykach przy grobowcu Sidi Abd Allah-ben-Ali, mądrego i świętego człowieka, którego pamięć w Tlemsenie otaczano najwyższą czcią.
Wkrótce młody pustelnik objawił swoją cudowną siłę. Nieznani rabusie splądrowali pałac Sułtana, a wszelkie wysiłki, skierowane ku wykryciu złoczyńców i zrabowanych skarbów spełzły na niczem. Wtedy postawiono Choaiba przed zrozpaczonym władcą. Zapytany — odpowiedział bez wahania:
— Po komnatach twoich, Sułtanie, chodziło dwuch ludzi, posiadających razem dwie nogi, ponieważ jeden z nich jest zdrowy i silny, lecz ślepy, drugi zaś ma uschnięte nogi i porusza się, siedząc na plecach ślepego towarzysza. Są żebrakami, skamlącymi w imię Sidi Nail. Poszlij swoich rycerzy na koniec ulicy Beni Zeyan — tam ujrzą zburzony dom, a wśród gruzów znajdą zbrodniarzy i ich zdobycz.
Od tego czasu sława Choaiba rosła z dnia na dzień. Ciągle wzywano go w różne końce Mahrebu[13], gdzie darem jasnowidzenia i przepowiedni zyskał sobie ogólne uwielbienie. Nazywano go w pospólstwie, któremu najchętniej pomagał, — Sidi Abou-Medyan, albo wprost Bou-Medin, lecz to nie przeszkadzało, aby był uważany nietylko jako „uali“, lecz jako „kobt“, czyli biegun osi, naokoło której obraca się ludzkość, oraz „routs“ — czyli dobroczyńca, zbawiciel.
Wkrótce Sidi Abou-Medyan odbył świętą pielgrzymkę do Mekki i Mediny, gdzie zaprzyjaźnił się z największym uczonym i świętym Islamu w tamtej dobie — z Sidi Abd-el-Kader-el-Dżilani, który posłał go jako misjonarza na wschód — do Bahdadu, dla głoszenia Koranu. Tu Bou Medin zyskał sobie powszechną miłość i poznał przybywających z Indyj — buddyjskich kapłanów, z którymi nawiązał dobre stosunki, przyczyniając się znacznie do szerzenia Koranu w dolinie Hindu. Sidi Abou-Medyan skorzystał ze znajomości z Hindusami, otrzymawszy od nich nieznaną w Mahrebie wiedzę, którą później nazwano „moudżdoub“ czyli mistyczna ekstaza, oraz „fana“[14], co oznacza rozproszenie się ludzkich uczuć w istocie bóstwa, a daje człowiekowi nadprzyrodzone siły i wprost magiczne zdolności.
Z Bahdadu Abou-Medyan powrócił do Sewilli i Kordoby, gdzie stał się najsłynniejszym profesorem teologji, lecz porzucił Andaluzję i przeniósł się do Algieru, zakładając tu uniwersytety koraniczne (medersa), pouczając ludność na placach miast i w meczetach, gromadząc tłumy uczniów i pobożnych.
Gdy ktoś zwracał się do niego po radę, Abou-Medyan nie potrzebował słów i wyjaśnień, widząc duszę gościa, jej troski i zwątpienia.
Pewnego razu zjawił się u niego bogaty człowiek, prosząc o radę, czy ma się rozwieść ze swoją żoną, czy też nie?
Święty był właśnie zajęty rozmową ze swymi uczniami i w chwili, gdy klijent wszedł do sali, Abou-Medyan podniósł rękę do góry i donośnym, rozkazującym głosem zacytował z Koranu znany werset:
„Strzeż swej żony i trwaj w strachu Bożym.“[15]
— Skąd wiesz, poco przyszedłem do ciebie, Sidi? — zawołał zdziwiony klijent. — Przecież żywa dusza nie wie, o co chciałem cię pytać.
— Gdy wchodziłeś, ujrzałem na twoim burnusie te słowa Świętej Księgi, które wszystko mi objaśniły — odparł „uali“.
Innym znowu razem przyszła do niego młoda dziewczyna i padła mu do stóp.
— Chcesz znaleźć młodego i bogatego męża? — zapytał Abou-Medyan i, nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej:
— Słuchaj! Gdy spotkasz takiego, któregobyś chciała poślubić, daj mu możność usłyszeć twój głos i zobaczyć nogę twoją. On będzie wiedział, że jeżeli te ukrywane przez kobiety wdzięki są piękne, to całość też jest piękna. Idź i bądź szczęśliwa!
Ten jasnowidzący „uali“, nauczyciel, mędrzec i kaznodzieja został wezwany do Tlemsenu przez sułtana Jakób-El-Mansura, który chciał się naradzić z nim w sprawie przeniesienia swej stolicy do Marrakeszu. Starzec, który był wtedy w innem mieście, natychmiast wyruszył na wezwanie władcy, lecz zmarł na brzegu rzeki Isser. Sułtan zarządził wspaniały pogrzeb świętego marabut’a obok meczetu w El-Eubbad w pobliżu Tlemsenu.
Właśnie staliśmy z Zochną przed wspaniale rzeźbionemi w cyprysie podwojami, prowadzącemi do dużej „kubby“[16], gdzie spoczywały prochy Sidi Choaib-Ibn-Hocein-El-Andaloci, przezwanego Abou-Medyan lub Bou-Medin.
Kilka stopni prowadzi na małe podwórko, otoczone murem, wyściełane marmurowemi płytami i upiększone kolumnadą z onyksu. Wchodzimy do samej kubby o półokrągłej kopule, przeciętej kilku okienkami o małych kolorowych szybkach, oprawnych w ołów. Panuje tu cisza i przelewają się bezdźwięczne fale światła, łagodnie i tajemniczo zabarwionego. W głębi stoi „tabout“, czyli grobowiec z rzeźbionego, cyprysowego drzewa, zczerniałego od starości w ciągu 8-miu wieków. Piękne tkaniny, haftowane złotem i srebrem, do połowy pokrywają grobowiec świętego marabut’a; obok pokazują nam mniejszy sarkofag, gdzie leżą prochy Sidi Abdesselama. Ze ścian zwieszają się wspaniałe sztandary, haftowane rękoma mieszkanek haremów, rozrzuconych od Bahdadu do Sale; wszędzie złożone są przeróżne ofiary — srebrne lampy, świeczniki, szkatuły, kubki, wypolerowane strusie jaja, nawet kości jakichś potworów, w których jednak poznaję krokodyle. Na lewo od wejścia wznosi się ocembrowanie studni, wysokie na pół metra, z kamienia żółtego jak wosk. Jest to onyks; przednia część zrębu głęboko przecięta łańcuchem, służącym od XII-go wieku do wyciągania kubła z wodą. Zimna jest i dobra, gdyż biegnie z wysokich szczytów Tlemseńskiego grzbietu, a podobno posiada cudowną siłę leczniczą. Na sobie tego nie sprawdziliśmy, gdyż byliśmy zdrowi, ale woda istotnie była świetna, więc piłem ją bez końca, tak, że siedzący obok studni jakiś pobożny Arab najprzód z podziwem, a później z przerażeniem mi się przyglądał.
A ja jak gdyby nic i po chwili całą tę powódź wypociłem, gdyż upał był — afrykański!
Z kubby przechodzimy do meczetu, nad którym wznosi się minaret, upiększony mozaiką. Meczet posiada tak piękne wejście, jakiego już nigdzie w tej części Afryki muzułmańskiej nie spotkałem. Monumentalna brama, upiększona rzeźbionym bronzem, prowadzi nas do przedsionka, gdzie mozaika, barwne cegły, arabeski, napisy, artystycznie wykonane konsole, podtrzymujące sklepienie, mówią o pietyźmie sułtana, który wzniósł tę świątynię Allaha w r. 1339. Z przedsionka szerokie marmurowe schody o jedenastu stopniach prowadzą na podwórze, wysłane pięknemi płytami z onyksu, z basenem dla obmywań rytualnych, a dalej — do meczetu, posiadającego rzeźbione cedrowe drzwi rzadkiej piękności, oraz najbardziej typowe ornamenty i motywy architektury maurytańskiej. Pokazują nam duże okrągłe, zupełnie wypolerowane kamienie, leżące w różnych miejscach na kobiercach. Są to kamienie rytualne, zastępujące wodę dla tych, którzy z powodu starości, słabości lub choroby nie mogą dokonywać obmywań przed modlitwą. Temi kamieniami pobożni nacierają sobie ciało. Budzi podziw subtelna robota sklepienia „mihrab’u“, czyli miejsca, zwróconego ku Mekce; tylko malowane gipsy roboty tureckiej są tu ordynarne.

TLEMSEN. PODWÓRZE WIELKIEGO MECZETU

Wychodzimy, odprowadzani przez zakrystjana z całą rodziną i spotykamy przy wyjściu minabr’a, czyli proboszcza. Otyły, chociaż jeszcze młody mułła o białej, poważnej twarzy, zamyślonych oczach i kruczo-czarnej brodzie. Czyni znak „Salamu“ i przechodzi w milczeniu. Jest to, podobno, bardzo uczony i poważany nawet w Fezie teolog i „marabut“.
W ten sposób w królewskim Tlemsenie, gdzie co trzy kroki natrafiamy na kubby, grobowce, meczety, czarowne drzewa i inne świętości, zaczęliśmy od prawidłowego i bogobojnego czynu — od pielgrzymki do miejscowego patrona — Sidi Abou-Medyana.
Parę kilometrów zaledwie oddziela Tlemsen od brudnej wioski El-Eubbad, czyli Bou-Medin, a tymczasem kilka kubb spotykamy po drodze; przy jednej nasz przewodnik opowiada, że jest to grobowiec świętego marabut’a El-Tayar, który za życia nigdy nie spał, zagłębiony w studjowaniu Koranu, a po śmierci został przezwany „latającym człowiekiem“, gdyż dość było komuś wymówić z nabożeństwem jego imię, aby niewidzialny stawiał się na wezwanie i pomagał wiernemu synowi Islamu.
— Ruchliwy jakiś święty i do tego taki, co nie dał zarobić ani centyma fabrykantom weronalu[17]zupełnie słusznie zauważył przewodnik, uśmiechając się dość sceptycznie.
Około cmentarza nasz Mohammet ben M’Hammed pokazuje nam jakieś rozłożyste drzewo, na którego korzeniach i gałęziach pobożni składają ofiary dla duchów drzewa. Ofiary są nader skromne, bo tylko siedem kamyków, skrawki tkanin lub kilka pasemek przędzy wełnianej. To ma przynosić zdrowie dzieciom.
Drzewo to zmusiło mnie przenieść się myślą na góry Tannu Olu, Nań-Szań, Chingan, gdzie bogobojni wyznawcy żółtej wiary (lamaizmu) tak samo zawieszają różne strzępy na gałęziach tych „chamtyt-obo“ i układają stosy z kamieni, błagając złe duchy o łaskawe zezwolenie na przejście przez ich posiadłości.
— O, ludzkości! — myślałem. — Masz w swoim mózgu, niezależnie od tego, jakiej formy czaszka i jakiej barwy skóra go pokrywa, jednakowe komórki, zniewalające ciebie do kroczenia jedną i tą samą drogą myślowych kategoryj. Być może, iż święty, sławny Abou-Medyan miał pewne podstawy do myślenia wraz z mądrym Ehel-El-Komoun, że dusze wszystkich pokoleń ludzkich, od pierwszych do ostatnich, zostały zrodzone odrazu w chwili wielkiej akcji twórczej Kosmosu lub Allaha i, w postaci zarodków, złożone w osobie pierwszego człowieka — praojca Adama.[18]
Z temi myślami przecinam cmentarz, idąc piękną aleją, wysadzaną czarnemi cyprysami. Na prawo i na lewo stoją białe grobowce muzułmańskie, leżące lub stojące białe płyty kamienne. Tu i owdzie siedzą kupkami kobiety, owinięte tak szczelnie w burnusy, że wygląda im tylko jedno oko.
— Dziś czwartek, to kobiet mało — mówi przewodnik — ale w piątki to całe tłumy ich zalegają cmentarz. Siedzą tu od rana do zachodu słońca, jedzą, piją herbatę i kawę, trochę płaczą, a dużo, o! dużo gadają. Tu się rodzą wszystkie plotki na całą zachodnią Algierję.
Przy wyjściu z cmentarza spotykamy grupę turystek. Wszystkie, elegancko ubrane, w najmodniejszych kapeluszach i najkrótszych sukniach, mówiły tak głośno, jak gdyby każda z nich była dowódcą szwadronu dragonów.
Zochna uśmiechnęła się ironicznie i nagle powtórzyła dość frywolną radę Abou-Medyana:
„Pozwól twemu wybrańcowi usłyszeć głos twój i ujrzeć nogę twoją“...
— Aha! — zawołałem. — Rada ta dobra, może, dla kobiety arabskiej, ale nasze europejskie panie nieraz dają słyszeć swój głos, którego lepiej nie słyszeć, i widzieć wszystko to, co nie zasługuje na oglądanie...
— Nie masz racji, mój kochany — zaprotestowała Zochna — bo, naprzykład ta wysoka blondynka ma bardzo foremne nogi. — Spójrz!
Nie chciałem patrzeć, bo czułem całą otchłań anachronizmu pomiędzy jedwabiami tych turystek, a sędziwemi kubbami Abou-Medyana, Lalla Setti, Sidi Merzoug i dziesiątką innych „uali“.
Straciłem humor i uczułem głód. Powróciliśmy więc do hotelu na obiad.
Po obiedzie wyszliśmy na miasto. Nasz przewodnik pokazał nam potężne stare mury dawnej twierdzy, gdzie niegdyś była siedziba berberyjskich władców, a później Turków — jest to Meszuar.[19] Za sułtanów Almohadach przebywali tu wielkorządcy tych władców, a później, za dynastji Abd-El-Uaditów, nawet sam sułtan miał tu swoją siedzibę, następnie zaś tureccy gubernatorowie. Ten ostatni okres był najcięższy dla Tlemsenu, gdyż nawet poeta Benemsaib porównał wtedy miasto do „żaby w paszczy węża“.
„Miasto okryło się żałobą i w sromotnej hańbie żyło“.
„Występki i nieprawość panowały.
Tam, gdzie dawniej cnota była“...
Meszuar obecnie został zmieniony w koszary i składy aprowizacyjne dla wojsk francuskich, rozmieszczonych w obwodzie miasta, lecz gdy się widzi pałające spojrzenia tubylców, rzucane na te grube mury i dawny meczet, mimowoli przypomina się stroniczka z historji Tlemsenu.
W tem mieście stale wrzała walka pomiędzy dwoma najważniejszemi odłamami ludności, — a walka ta oddała wreszcie miasto w ręce Francuzów. Najstarszą część ludności stanowią Hadar, czyli Berberowie, zmieszani z Arabami; są to prawdziwi Maurowie, których zna nauka, a których widziała nieraz Europa, gdy szerzyli w niej klęskę wojny i nieśli swoją cywilizację, zawartą obecnie w Alhambrze, Alkazarach i innych pamiątkach maurytańskich w Hiszpanji.
Gdy zwiedzaliśmy północną dzielnicę Tlemsenu, zamieszkałą wyłącznie przez Hadarów, Zochna nagle się zatrzymała i zaczęła nasłuchiwać. Poszedłem za jej przykładem, lecz nie słyszałem nic oprócz brzdąkania jakiegoś instrumentu muzycznego i nuconej ponurym głosem piosenki, dochodzącej mnie przez drzwi brudnej kawiarni. Zochna jednak uważnie słuchała, wreszcie rzekła:
— Tam grają prawdziwą „Andaluzę“, jaką zapisałam w Granadzie...
Artystka-wiolinistka uczyniła interesujące odkrycie etnograficzne, które stosunkowo niedawno przedtem stało się faktem dowiedzionym.
Wśród Hadarów uczeni wykryli potomków Maurów andaluzyjskich, którzy w XIV wieku powrócili tu z Hiszpanji i przynieśli z sobą te „andaluzy“, nazywane tu „rarnata“,[20] a śpiewane dotąd po kawiarniach, na rynkach i przy ceremonjach weselnych.
Tu, w dzielnicy Hadar, podobno jeszcze teraz można znaleźć starożytną broń, zdobytą przez zapaśników maurytańskich na wojnie lub na turniejach, gdzie szli w zawody z rycerzami różnych narodów, a przydomek „el-andaloci“ jest dość często używany w starych rodzinach tlemseńskich.
Na rynku nieraz daje się słyszeć wykrzyknik, brzmiący pogardą w ustach Hadara, gdy chce obrazić przeciwnika:
— Kuluglis! Jesteś kuluglisem! Łżesz jak kuluglis! — Kuluglisi są niewolnikami, Hadarowie zaś ich władcami.[21]
Któż są ci pogardzani kuluglisi? Są oni potomkami Turków i berberyjskich kobiet. To są biali ludzie, często o niebieskich oczach i jasnych włosach, o twarzach śmiałych i inteligentnych. Mieszczą się w południowo-zachodniej dzielnicy Tlemsenu i, chociaż, pod wpływem francuskiej administracji, nienawiść pomiędzy Hadarami i Kuluglisami wygasła, prawie zupełnie, nie łączą się jednak ze sobą i nie obcują. Kuluglisi pogardą płacą Hadarom za pogardę i, chociaż nie wymyślają „od Hadarów“, jednak z zawadjackiemi minami śpiewają sobie:
„Hadar... O pani! Co za głupie imię posiadają ci ludzie? Ich kark jest koloru szarańczy, a głowa ich owinięta zawsze ohydnemi szmatami. To — Hadar, o, pani!“...
Klan Hadarów był, do opanowania kraju przez Francuzów, w stałej walce z klanem czyli „Sof“ Kuluglisów, którzy nieraz zbrojnie zwalczali panujących sułtanów i emirów maurytańskich, aż wreszcie 13 stycznia 1836 r. dopomogli francuskiemu marszałkowi Clauzel zdobyć Tlemsen, gdy w Meszuar Kuluglisi odważnie odpierali ataki Maurów.
Meszuar jest kolebką nienawiści i niechęci pomiędzy Hadarami i Kuluglisami; na rynku spokojnie spotykają się, zmięszani z Żydami, wypędzonymi niegdyś z Hiszpanji i z murzynami, dawnymi niewolnikami, przywożonymi z Sudanu, lecz pod murami Meszuaru mruczą swoje rymowane obelgi lub w pewnych wypadkach chwytają za noże i handżary.
Niedaleko od Meszuaru wznosi się biały gmach wielkiego meczetu, nad którego budową pracowało kilka dynastji, zaczynając od XII-go aż do XIV-go wieku. Nic tu szczególnego nie uderzyło nas po zwiedzeniu meczetu w El-Eubbad.
Tak samo pięknie rzeźbiony gipsowy mihrab, skierowany podług „gibla“ czyli na Mekkę; tu podczas modłów zwrócony twarzą do muru stoi „imam“, kapłan, celebrujący nabożeństwo; obok „minbar“ — ruchoma kazalnica, z której „mufti“ wygłasza w piątki naukę; zwisające starożytne i nowe żyrandole; kobierce, kolumny — wszystko to najdokładniej powtarza się w każdej świątyni muzułmańskiej, która skutkiem tego nie daje budowniczemu pola do rozwinięcia twórczej fantazji. Zabił ją kult.
Ale w wielkim meczecie Tlemseńskim ujrzałem jeden dodatek, którego nigdzie więcej przed dostaniem się do Algieru nie spotkałem.
Naprzeciwko „mihrabu“, pośrodku głównej sali meczetu, wznosi się otoczona balustradą platforma. Tu podczas nabożeństwa znajduje się „mokim“, czyli młodszy mułła (kapłan), którego obowiązkiem jest oznajmiać tłumowi nabożnych wszystko, co będzie czynił celebrujący „imam“ i jakie modlitwy należy za nim powtarzać. Platforma ta nosi nazwę „sedda“, a spotkać ją można w kilku zaledwie meczetach algierskich, w Marokku jednak ich niema.
Widziałem takie podniesienie, urządzone w tym samym celu, w jakiejś pagodzie w Nankingu, co w Chinach też spotkać można zaledwie w paru świątyniach.
Przy jednej z kolumn oglądaliśmy fotel „korsi“, na którym siedzi czasami jakiś znakomity „mouderres“, profesor teologji, wykładający publicznie Koran, jak to czynił niegdyś świętobliwy Abou-Medyan, patron Tlemsenu.
Tymczasem słońce skryło się za górami i zmrok zapadł tak szybko, że ledwie mogliśmy się rozejrzeć po obszernym „sahn“, wewnętrznym dziedzińcu z basenami i umywalniami dla prawowiernych wyznawców Islamu.
Wracaliśmy do domu, gdy nagle na jednym zakręcie ulicy Maskara uderzył nas hałas nie do opisania. Dziesiątki rąk uderzały w bębenki, litaury i tamburyny, dziesiątki ust dmuchało w fujarki i piszczałki, a niezliczona ilość gardzieli darła się w niebogłosy, powtarzając w kółko jeden tylko motyw, przeciągły i ponury.
Nikogo jeszcze nie widzieliśmy, zwróciliśmy się więc do naszego Mohammet ben M’Hammeda. Uśmiechnął się i, przeciskając się przez ściągający zewsząd tłum, zawołał:
— Ślub! Jakiś Hadar się żeni...
Widocznie pochód się zbliżał, bo hałas stał się jeszcze bardziej ogłuszający. Na dobitkę zaczęły pękać małe petardy i syczeć zapalone świece bengalskie. Czerwone i zielone kłęby dymu zaczęły się wzbijać nad niskiemi domkami dzielnicy.
Wreszcie orszak się wyłonił.
Na przedzie szło dziesięciu wysokich drabów, zawzięcie bijących w bębny, za nimi tyluż z tamburynami, któremi grajkowie potrząsali nad głowami. Szli miarowym, wolnym krokiem, z powagą i skupieniem na nieruchomych twarzach. Dalej kroczyli muzykanci, bijący w litaury, grający na piszczałkach i fujarkach. Po bokach uwijali się inni, rzucając petardy i paląc ognie bengalskie.
W przerwie pomiędzy orkiestrą, a główną częścią pochodu szli śpiewacy. Byli to płatni uczestnicy ceremonji. Darli się w niebogłosy, wychwalając szlachetność, hojność i męstwo oblubieńca, oraz piękność i cnoty oblubienicy. Od czasu do czasu z chaosu wrzasków i wycia wyłaniał się na chwilę motyw „rarnaty“, lecz natychmiast tonął w wrzawie.
Przesunęła się przed nami kupa przyjaciół młodożeńca, kupa darmozjazdów, których będzie karmił baraniem mięsem i poił czarną kawą i herbatą przez kilka dni; za nimi kilku zaufanych, wiernych druhów; ich obowiązkiem jest stwierdzenie nazajutrz po ślubie, czy młody małżonek czuje się szczęśliwym i zadowolonym, czy też został oszukany, gdy brał sobie żonę, której nigdy nie widział, bo od stóp do głowy była zawsze „opakowana“ w białe, grube tkaniny, tak, że nawet oka jej nie mógł nigdy dostrzec.
Brrr! Straszne to ryzyko i najczystszej wody loterja te mułzumańskie małżeństwa! Kogo ujrzy młody mąż, gdy poraz pierwszy spadnie „haik“ i „ksa“, te zasłony z oblicza i ciała nieznanej i niewidzianej oblubienicy?
Może to być „hurysa raju“, wiotka jak trzcina, zwinna jak wąż, szybka w ruchach jak gazela, a piękna, jak gwiazda wschodu, o oczach płomiennych, o zębach białych jak śnieg z Atlasu, lub jak piana morskich fal; o ustach szkarłatnych i ponętnych, jak pęknięty dojrzały owoc granatu... Szczęśliwy, po trzykroć szczęśliwy!...
Lecz spadające tkaniny mogą odsłonić czarną skórę, skośne oczy, rzadkie żółte zęby, sine wargi murzyńskie, odziedziczone po matce, niewolnicy z Sudanu lub Tuatu. Mało pomoże wtedy, że czarna poczwara umie wybornie przyrządzać kuskus, seffa, różne tażin, meszui i inne smakołyki berberyjskiej kuchni. Nie pocieszy biednego męża też myśl, że jednak podług mody tlemseńskiej, małżonka jego nie posiada, jak inne mieszkanki tej części Afryki, tatuowanej twarzy, gdyż sama natura wytatuowała ją na czarno od końców palców na nogach do czubka kędzierzawej głowy. Nieszczęśliwy, sto razy nieszczęśliwy!
Dodajmy do tego, że hazardowny ryzykant zapłacił ojcu hurysy czy poczwary znaczne wiano i od chwili, gdy przekroczy próg komnaty oblubienicy, powinien pozostać w domu jej ojca, więc oprócz wątpliwego umieszczenia kapitału, dręczy go niepewność, jak będzie traktowany w rodzinie, — czy jako jej członek, czy też jako sługa, niemal niewolnik?
Wszystkie te wątpliwości i dręczące myśli wyczytałem na twarzy oblubieńca, zbliżającego się do mety szczęścia lub niedoli.
Owinięty w biały burnus, z czerwoną „czaczija“[22], okręconą białym turbanem z narzuconym nań „haikiem“, siedział na dobrym białym koniu, nieruchomy, oparty plecami o wysoki łęk haftowanego srebrem siodła. Nogi w żółtych pantoflach opierały się o szerokie strzemiona, zastosowane do obuwia o długich ostrogach, teraz już tu porzuconych, gdyż Arab zmienił konia na muła lub osła, a krzywą szablę wojownika na kij poganiacza.
Twarz młodego Araba w blaskach barwnych ogni bengalskich i niesionych przed nim pochodni wydawała się natchnioną i pełną myśli. Oczy mu płonęły, przez rozchylone usta błyskały chwilami zęby. Lecz była to maska. Żaden muskał na twarzy nie drgnął, wparte w przestrzeń oczy były nieruchome, usta skamieniałe.
Koń rżał i parskał niecierpliwie, rwał się i tańczył, trzęsąc i podrzucając głową, lecz jeździec zastygł, zamieniony w posąg. Pełen obojętności pozornej, zrodzonej wiarą w przeznaczenie, dążył ku tej, która miała się stać jego „fatmą“ czyli szczęściem, lub najpotworniejszym „dżinnem“ — duchem nieszczęścia.
— Teraz ten Hadar przyjedzie do domu niewidzianej nigdy dziewczyny — zaczął opowiadać, śmiejąc się dyskretnie, Mohammet — i z konia, wystrzałem z pistoletu postara się rozbić jajko. Jeżeli rozbije — to będzie dobrą wróżbą, jeżeli nie — złą. No, strzeli, rozumie się, zbliska! Później zeskoczy z siodła, wejdzie do komnaty małżeńskiej i rzeknie do oczekującej go małżonki:
„Jam mąż twój, dziewczyno!“
Ona zaś odpowie: „In cza Allah! Jaka będzie wola Boga!“
— Wtedy zerwie z niej haik i mendil, skrywające twarz. Napoi swe oczy pięknością, lub serce — goryczą zawodu, a później ciśnie ją, jako władca niewolnicę, na łoże szczęścia lub... obowiązku... Przez kilka dni będzie trwała uczta i zabawy weselne, a gdy gody się skończą, nastąpi chwila zrozumienia, kim jest w nowym domu — panem, synem, czy sługą?... Jeżeli został bezczelnie oszukany, może się rozwieść, lecz to drogo kosztuje, a w każdym razie — wiano przepadnie. Dlatego rozwody są naogół rzadkie, panie.
— A czy Mohammet jest żonaty? — zapytała Zochna.
— Nie, pani! — odparł. — Jestem biedny i jestem tchórzliwy...
Zaśmiał się zcicha, ale wkrótce spochmurniał i posmutniał.
Zauważyłem to odrazu i w parę dni później, gdy zaprzyjaźniliśmy się z naszym przewodnikiem, zdaleka zacząłem badać jego zamiary matrymonjalne, gdyż wyczuwałem jakąś tajemnicę.
Nie zdradził jej bezpośrednio, lecz pozwolił na chwilę zajrzeć do swej duszy. Stało się to wtedy, gdy przeczytał moją książkę i prowadził z nami długie rozmowy.
Siedzieliśmy kiedyś w kawiarni i piliśmy wodę sodową, gdy Mohammet zaczął opowiadać:
— Miałem w wojsku przyjaciela Jussefa ben Ali. Walczyliśmy razem na froncie, razem leżeliśmy w szpitalu po otrzymanych ranach, a później w prowincjonalnem mieście francuskiem odpoczywaliśmy po kuracji w ciągu trzech miesięcy. Tu obaj zakochaliśmy się w bardzo pięknych panienkach. One naturalnie śmiały się z nas i traktowały nas tak, jak traktowałyby małpy, gdyby te wyznały im swoją miłość. Pogarda była w każdem ich słowie, chociaż byliśmy otoczeni aureolą bohaterów, a na piersiach mieliśmy oznaki walecznych. Zrozumieliśmy, że była to pogarda i wstręt podobny do pogardy i wstrętu człowieka do płaza, pogarda krwi rasy białej do krwi człowieka kolorowego. Niema na to sposobu! Wybiliśmy sobie z głowy miłość, lecz nie mogliśmy wybić sobie czegoś innego. A było już coś poważniejszego od miłości naszej do panny Ivonny i do panny Suzanny, gdyż przyszło zrozumienie hańbiącego stanu, w jakim pozostaje kobieta arabska, oraz niegodnej człowieka formy małżeństwa śród naszego ludu. Postanowiliśmy mieć żony, nie niewolnice, lecz wolne i równe nam mężczyznom kobiety. Słowem tak, jak to się dzieje we Francji i w Europie...
— Po wojnie Jussef postanowił się ożenić, czego bardzo sobie życzyli jego rodzice. Żonę już mu wybrano z pośród córek sąsiada — kupca Ben Assudi. Mój przyjaciel zażądał od rodziców przyszłej swej małżonki, aby pozwolono mu przedtem widzieć swoją żonę bez zasłony na twarzy i porozumieć się z nią. Oczywiście żądanie to spotkało się ze stanowczą odmową, gdyż było przeciwko obyczajom i prawu:
— Po długich naradach Jussef zgodził się wstąpić w związek małżeński podług przepisów Islamu, a może potrafił podpatrzeć gdzieś dziewczynę, gdy szła po wodę z twarzą odsłoniętą i, ujrzawszy jej piękność, nie nalegał więcej.
— Byłem na godach weselnych, a w parę dni później Jussef opowiedział mi co zaszło:
„Gdym wszedł do komnaty mojej żony, powiedziałem tradycyjny frazes, na co odrzekła zwykłem: „In cza Allah“. Wtedy zacząłem prosić ją, aby sama odsłoniła oblicze swoje i aby zechciała wysłuchać mnie. Nie mogłem jednak namówić jej do odsłonięcia twarzy i byłem zmuszony uczynić to sam. Wtedy tłumaczyłem jej, jakie ma być nasze małżeństwo i jaki stosunek powinien zapanować pomiędzy nami, równymi sobie we wszystkiem. Nie mogła tego zrozumieć córka Assudi, płakała, przerażona rwała sobie włosy, padała mi do nóg — ona, piękniejsza od tych obrazów, jakie widzieliśmy w Luwrze, lecz z mózgiem i sercem niewolnicy! Przez całą noc usiłowałem przekonać ją, że niewolnicę można nabyć za dziesięć lub dwadzieścia baranów, lecz ja nie szukam niewolnicy, tylko żony-przyjaciela i osłody na całe życie. Nad ranem przestała płakać i obraziła się śmiertelnie. Wstydziła się wyjść z pokoju i pokazać się rodzicom. Wieczorem zauważyłem, że do mego jedzenia wsypała jakiś proszek. Nie chciałem jeść i zmusiłem żonę do wyznania, że stara babka dała jej jakieś czarowne lekarstwo, aby rozpaliło miłość w mojem sercu. Biedna, mała kobietka nie wiedziała, że w mojem sercu na widok jej piękności już od pierwszego wejrzenia zapłonął ogień miłości, lecz nie chciałem, aby to była miłość zwierzęca, bezmyślna, żywiołowa i brutalna!
„Minęły jeszcze dwa dni i dwie noce we łzach, skargach i namowach, aż wreszcie postąpiłem tak, jak postępuje każdy Berber. Cisnąłem ją na łoże z przekleństwem na ustach, bo musiałem związać swe życie z niewolnicą! Była szczęśliwa i radosna. Jednak pamiętała, że jestem jakiś dziwny, i uważała mnie z pewnością za niespełna rozumu. W rodzinie też podejrzliwie spoglądano na mnie. W kilka tygodni później struła mnie jakiemiś ziółkami, które, podobno, pobudzają miłość, wtedy zbiłem ją i porzuciłem dom“...
— Tak opowiadał mi mój przyjaciel. Wkrótce był zmuszony wynieść się z naszego miasta, gdyż wydrwiwano go i obsypywano obelgami. Wyjechał nareszcie do Francji, gdzie teraz ciężko pracuje w Marsylji, w porcie. Dlatego właśnie nie jestem żonaty, pani!
Tak zakończył swe opowiadanie Mohammet Ben Mohammed, uśmiechając się smętnie.
Nazajutrz byliśmy od rana już na mieście. Przecięliśmy dzielnicę izraelicką, gdzie widzieliśmy małe, mieszkańcami natłoczone i brudne domki. Żydówki w barwnych czepkach lub chustkach na głowie i w szalach, narzuconych na ramiona, starzy Żydzi o długich brodach i poważnych twarzach, w białych burnusach, nadających ich postaciom wygląd biblijny, siedzieli przed domami i małemi sklepikami. Wszystkie twarze, nie wyłączając dzieci, były tęskne i niemal tragiczne. Mimowoli wstawała w pamięci ta ciężka droga, którą Żydzi doszli aż tu, pod to płomienne niebo, do tych miast i miasteczek, gdzie o wschodzie i zachodzie słońca muzułmani powtarzają imię swego bezwzględnego, krwawego proroka. Przecież przepłynęli oni morze i rozproszyli się po całej północy Afryki, aż do najdalszych oaz i do Wysokiego Atlasu w dobie, gdy Hiszpanja mieczem i ogniem, oraz torturami ścigać zaczęła Żydów, aż zażądała od nich pod grozą śmierci wyjazdu z półwyspu. Na ziemi afrykańskiej spotykali nieraz nowy ucisk, nie mniej straszliwe prześladowania, ginęli tysiącami od ręki wojowniczych Berberów, od chorób, od zabójczych promieni słońca. Wieki przeszły, aż zdobyli dla siebie milczące przyznanie prawa do istnienia i pracy, osiedli mocno, wzbogacili się, zostając lojalnymi obywatelami Algieru, Marokka, Tunisu, a nawet tych obszarów, gdzie nikt nie zna rzeczywistych władców i panów, bo ani „spahi“ sułtana lub beja, ani urzędnicy francuscy tam jeszcze nie dotarli. Lecz ubiegłe wieki niewoli, trwogi i męki wyryły głębokie ślady tragizmu na twarzach afrykańskich Żydów.
Mijamy wkrótce Meszuar i wielki meczet Dżama el-Kebir i w pobliżu oglądamy szereg grobowców, gdzie znaleźli miejsce ostatniego spoczynku władcy z dynastji Beni-Zeiyan, otoczeni szczególną czcią tubylców z plemienia Beni Snu — tych najczystszej krwi Hadarów; święty Ahmed Bel Hassen El-Romari i Sidi Merzuk.
Uderza na każdem miejscu i w każdej osadzie tubylczej olbrzymia ilość tych „kubba“, „barakka“, „tabut“ — czyli kapliczek i grobowców z prochami świętych, miejscowych patronów, do których uciekają się tłumy wiernych po cuda. Mułłowie i profesorowie z medersa mówili mi, że patrzą na to niechętnem okiem, gdyż taki stan rzeczy rozbija jednolitość Islamu, i że widzą w tem zabytki dawnych, pogańskich jeszcze wierzeń Berberów, pozostających szczególnie w górach Środkowego i Wysokiego Atlasu w władzy czarowników i pod wpływem nauk magicznych.
Dłuższy czas spędziliśmy, przyglądając się życiu tubylców w wąskiej uliczce, przy której mieści się grobowiec Sidi-Ahmed-Bel-Lhassen.
Zochna nie mogła mnie wyciągnąć stąd, śmiała się, mówiąc, że ponieważ święty ma na imię Lhassen, co przypomina Lhassę w Tybecie, więc moje sympatje dla azjatyckiego kontynentu trzymają mnie tak długo w tej uliczce.
Zresztą przyznawała, że jest ona malownicza nad wyraz. Białe mury, tworzące w niektórych miejscach łuki nad przejściem, białe płyty chodnika, wino pnące się wszędzie i tworzące zielony namiot, przez który, jak gdyby ostre klingi mieczy, wrywają się zuchwale i brutalnie potoki promieni słońca — wszystko to tworzyło piękny obraz. Tłumy kobiet, szczelnie osłoniętych burnusami, wspaniałe postacie Hadarów, pięknych i dumnych; hałaśliwe rzesze dzieci wypełniają tę uliczkę. Jedni wchodzą do ciemnej salki mauzoleum z „barakką“[23] świętego, drudzy piją lub nalewają do naczyń ze świętej fontanny wodę, przynoszącą zdrowie dzieciom; inni siedzą pod murami, rozmawiają, naradzają się, nawet kłócą się lub płaczą, jak ta stara kobieta, co w rozpaczy zapomniała nawet twarz swoją zasłonić, łamie ręce do krwi, drapie sobie policzki i łka... łka...
Przewodnik nadsłuchuje, a później objaśnia nam:
— Ta kobieta dziesięć lat już żyje z mężem, a dzieci wciąż niema. Chodziła z pielgrzymką aż do Mouley Brahim, używała wszelkich talizmanów, lecz nic nie pomaga. Teraz mąż podał o rozwód do Kadiego.[24] Kobieta zaś błaga, aby dał jej jeszcze rok terminu.
Tymczasem zrozpaczona, nieszczęśliwa, bezpłodna żona łkała i przez łzy i wycie wyrywały się jej słowa:
— Ża Bou Medin... Ża Mouley Brahim... Ża Bel Lhassen...
Zaklinała męża imieniem tych świętych i mądrych ludzi, co znali serca i troski ludzi, lecz on machnął ręką i skierował się ku znajdującej się w pobliżu „mahakma“ czyli do biura sędziego.
Kobieta z jękiem upadła na płyty uliczne i głową tłuc jęła o mur mauzoleum „uali“, który nie mógł jej dopomóc w niedoli. Uderzając czołem o kamień, skomliła żałośnie:
— Wielki, miłosierny, sprawiedliwy Bel Lhassen... pomocy!... pomocy!...
Tłum omijał ją, niewzruszony, obojętny, nawykły do takich widowisk i przejęty własnemi troskami, które mieli rozproszyć święty Bel Lhassen z grobowca, lub opasły kadi ze swego biura.
Kobieta nagle wykrzyknęła jakieś słowa. Pochwyciłem tylko jedno „Seida Reriba.“
— Co to znaczy? — spytałem Mohammeta.
— Kobieta mówi, że Seida Reriba, święta, bardzo poważana w Tlemsenie, zjawiła się w jej domu i łkała. Jeżeli państwo sobie życzą, możemy pójść do tej świętej?
Zagłębiliśmy się w dzielnicę El-Korran, gdzie w meczecie pogrzebane są zwłoki Seida Reriba, zmarłej przed wiekami, a wsławionej cudami.
Obecni nabożni opowiedzieli nam wzruszającą historję.
— Gdy zapadnie głęboka noc — mówili — milczącemi, uśpionemi ulicami sunie powiewna, do mgieł jesiennych na moczarach podobna postać niewieścia. To dobroczynna Seida Reriba odbywa nocny przegląd dzielnicy. Zagląda do domów bogaczy i do schronisk nędzarzy, słyszy myśli ludzi i widzi drogi przeznaczenia. Tylko niewinne dziecko, jeżeli znajdzie się na ulicy o tej spóźnionej porze, ujrzy świętą. Nieraz wchodzi Reriba do domów i siada przy ognisku. Nikt jej nie widzi, ale ona daje się słyszeć. Gdy nagle rozlegnie się dźwięczny śmiech lub słodka melodja piosenki, to znaczy, że opiekunka naszej dzielnicy przepowiada szczęście, powodzenie i radość, jeżeli ucho chwyta odgłosy szlochania, westchnień lub jęku — nieszczęście wisi nad głową gospodarzy domu.
Tak opowiadali nam mieszkańcy dzielnicy El-Korran, a my zrozumieliśmy, że porzucona bezpłodna żona musiała słyszeć łkanie Seidy Reriby, wróżącej jej największe dla wschodniej kobiety nieszczęście — rozwód, a po nim albo powrót do domu rodziców, albo nędzę i życie o żebranym chlebie...
Widząc, że ogarnął nas smutek, sprytny Mohammet skinął na powóz i zawołał:
— Zawiozę państwa na El-Urit i pokażę piękny krajobraz.
Wyruszyliśmy. Przecięliśmy miasto i wyjechaliśmy na doskonałą szosę, prowadzącą do Bel Abbes i Oranu i wijącą się spadkami Tlemseńskiego grzbietu; droga szła nad równiną, przerżniętą głębokim wąwozem rzeki Safsaf.
Na prawo od nas piętrzyły się gorące różowe skały, na szczytach grzbietu tonące w bezdennym błękicie nieba; czasem urywały się nagle, a wtedy nad drogą zwisały gałęzie drzew oliwnych, figowców, granatów, platanów, otoczonych żywopłotem z kaktusów, nazywanych tu „figami berberyjskiemi“; kaktusy — dają owoc, wyrastający na peryferji mięsistych, kłujących liści, które powoli zmieniają się w brunatne, twarde konary tej rośliny dziwnej, a pospolitej na całej północy Afryki.
Na zakręcie szosy ujrzeliśmy dość głęboką jaskinię. Przed przyjściem Francuzów do Marokka była ona siedliskiem bandytów, napadających na karawany i podróżnych. Nosi nazwę „groty szakali“, lecz te „szakale“ oznaczają ludzi o sercach, łaknących krwi i zdobyczy, lecz tchórzliwych, gdyż napadali tylko kupą i zawsze na bezbronnych.
O 7 kilometrów od Tlemsenu spotkaliśmy parę małych domków, przy których stało dużo powozów. Są to restauracyjki, gdzie zatrzymują się ci, co zwiedzają głęboki kanjon El-Urit. Rzeka Safsaf spada do kanjonu z wysokiego płaskowzgórza Terni i mknie nadół, tworząc kilka wodospadów i niewielkie, lecz bardzo głębokie jeziorko przy wyjściu z wąwozu. Całe rzesze rodzin arabskich i izraelickich z Tlemsenu, oraz Europejczycy z miasta i okolicznych osad, zalegali niewielki gaik, otaczający brzegi jeziorka. Piękne, malownicze, groźne czerwone wapienne skały, porosłe wysoką trawą i krzakami, tworzą kanjon, przez który francuscy inżynierowie przerzucili most kolejowy. W skałach wszędzie dużo grot, podziemnych galeryj i skrytek wszelkiego rodzaju, z czego korzysta „szanowna publiczność“, rozpalająca w nich ogniska i przygotowująca strawę na „świeżem powietrzu.“ W jednej grocie ujrzeliśmy grupę podpitych Arabów, zajadających tradycyjne „kuskus“, coś nakształt włoskiego „rizotto“ z baraniego mięsa i kaszy, okraszonej migdałami i rodzynkami. Wszędzie szemrzą strumyki zimnej, źródlanej wody; woda kapie ze sklepienia jaskiń, zastygając w sople stalaktytów, zmieniających się szybko w tajemniczą kolumnadę podziemnych pałaców lub świątyń. Szanowna publiczność jest jednak obojętna na to wszystko, kąpie się w jeziorze, pierze bieliznę dziecięcą i hojną ręką umieszcza na skałach swoje podpisy, rozrzuca wszędzie resztki mięsiwa, brudny papier, odłamki butelek, blaszanki od sardynek, chleb, niedopałki papierosów, wszystko, co stanowi „kolor i odor ludzkości“, gdy się dorwie pięknej, czystej natury.
Europejczycy prześcigali się z Arabami i Żydami w zanieczyszczaniu El-Urit, i obecność ludzi w znacznym stopniu osłabiała urok tej malowniczej miejscowości.
Gdy powracaliśmy do miasta, Mohammet pokazał nam osady francuskich kolonistów — Bréa, Négrier i Safsaf, a trochę na uboczu — minaret Agadir.
Agadir — romantyczne miejsce. Tu przed Narodzeniem Chrystusa założyli małą twierdzę strażniczą Rzymianie i nazwali ją Pomaria. Znaleziono tu dużo napisów i starożytności rzymskich, które oglądać można w muzeum tlemseńskiem. Na początku chrześcijańskiej ery Rzymianie wycofali się z Afryki, pozostawiając po sobie ruiny swych miast i posterunków wojennych, wysuniętych aż po Atlantyk. Co się tu działo po Rzymianach — niewiadomo, ale już w XIII wieku sułtan Yarmorasen założył tu miasto, które było zarodkiem Tlemsenu. Miasto to zkolei było opuszczone i pozostały tylko minaret, rozpadający się meczet, wzniesiony w XVI w., kanały, zbudowane przez Rzymian, a odrestaurowane przez Arabów i kubba Sidi Daoudi.
Przy drodze do miasta dostrzegliśmy w gaju oliwnym namioty żołnierskie. Był to obóz jakiejś kompanji I-ej Legji Cudzoziemskiej. Zatrzymaliśmy się, aby porozmawiać z żołnierzami, w nadziei spotkania tu Polaków. Jednak w kompanji tej Polacy nie służyli. Byli tu — Niemcy, Rosjanie, Holendrzy, Szwedzi, Hiszpanie i nawet Grecy.
Rosjanie opowiadali o swym losie bardzo obszernie. Dostali się do Legji przeważnie po buntach, które po zawarciu pokoju w Brześciu wybuchły w rosyjskim korpusie, walczącym na froncie francuskim. Z ich słów nie udało mi się wyczuć bolszewickich poglądów, natomiast inna okoliczność uderzyła mnie. Wszyscy byli przesiąknięci ideologją Eurazjatów, t. j. tą ideologją, która ogarnęła szerokie warstwy młodych emigrantów rosyjskich, marzących o wzmocnieniu Chrześcijaństwa wschodniego, zwróceniu się do polityki azjatyckiej, odrzuceniu socjalizmu.
— Rosja powinna być potężną, opierać się na siłach moralnych i fizycznych Azji i nie zapominać tej chwili, gdy w okresie naszej wielkiej tragedji Zachód porzucił nas na łaskę losu!
Tak mówili nam Rosjanie.
Niemcy zaś milczeli, gdyż obawiali się, z pewnością, nieostrożnego słowa.
Niezawodnie dużo niewypowiedzianych przed nikim dramatów życiowych doprowadziło tych ludzi do Legji cudzoziemskiej w Afryce. Dość przypomnieć tego studenta niemieckiego uniwersytetu, brata jednego z panujących w Europie królów i Polaka-adwokata, którzy na równych prawach maszerują przez góry i piaski tego kontynentu, naprawiają szosy i umierają w bitwach ze szczepami berberyjskiemi, nieuznającemi sułtana marokańskiego, bronionego przez Francję.
Lecz w surowych karbach służby legjonowej wyrabiają się twarde, energiczne charaktery ludzi czynu i przygód niepowszednich, a tacy są potrzebni Europie, tonącej w starczym marazmie. Ludzie ci przechodzą niezwykłą szkołę — szkołę energji i z dyplomem, zdobytym w tej szkole, powrócą do swojej ojczyzny.
Kolacji w hotelu tego dnia nie jedliśmy, bo uprzejmy Mohammet zaprosił nas na arabską wieczerzę do domu swego przyjaciela.
Zaprowadził nas do małego domku, otoczonego zewsząd ślepemi murami o jednem wejściu, wychodzącem na ulicę, gdzie zaczynała się dzielnica izraelicka.
Znaleźliśmy się w małem, kwadratowem podwórku, z kilku niszami, obwieszonemi lekkiemi kotarami perkalowemi, z balkonikiem i wąskiemi okienkami na piętrze.
Słyszeliśmy szepty i stłumiony śmiech, lecz nikogo nie widzieliśmy.
Mohammet wprowadził nas do jednej z nisz. Tu w długim, wąskim, a dobrze zacienionym pokoiku, ujrzeliśmy przygotowany na nasze przyjęcie stos barwnych poduszek dla spoczynku, a przed tem siedzeniem — czerwony w czarne arabeski kobierzec i niski stolik ze stojącą na mosiężnej tacy majolikową misą z kuskus, czyli w miejscowym żargonie „taam“.
Dla nas — Europejczyków były podane łyżeczki.
Kuskus jest to bardzo sypka kaszka pszenna, przyrządzona z cukrem, migdałami, figami i rodzynkami, z pokrajanem na plasterki jajkiem na twardo, a oblana rosołem, ugotowanym na mięsie baraniem. Jest to kuskus słodki, czyli „Seffa“.
Potrawa ta jest bardzo pożywna i smaczna, jak wogóle słynna w całym Algierze i Marokku kuchnia Tlemseńska. Z tego powodu misa nasza została bardzo prędko, naturalnie z rzetelną pomocą Mohammeta, prawie opróżniona. Zochna była zupełnie syta i błagała o herbatę, lecz ja spróbowałem jeszcze prawdziwego taam — kuskus z rosołem i jarzynami i dopiero wtedy zjawiła się stara kobieta, sprzątnęła wszystko i podała mosiężny dzban z herbatą, kosz z figami i winogronami, oraz talerz z okrągłemi ciastkami „samsa“ i „mekrut“, bardzo tłustemi i słodkiemi, których jednak spróbować już nie mieliśmy sił. Zato wręcz rzuciliśmy się na herbatę. Była to angielska herbata z Cejlonu, lecz zaparzona ze świeżą miętą i straszliwie osłodzona.
Herbata z miętą jest bardzo dobrym napojem na pragnienie w upały po tłustych daniach tubylczych. Osłodzona normalną ilością cukru stanowi wprost idealny napój w warunkach afrykańskich.
Naradziwszy się z przewodnikiem co do następnego dnia, powróciliśmy do hotelu. Po drodze spotkaliśmy pogrzeb. Tłum Arabów w największym pośpiechu niósł ciało zmarłego ziomka, kłócąc się o miejsce przy noszach. Nieboszczyk miał na sobie długą cienką koszulę „kfen“ i był owinięty w całun „seddaja“. Przy pogrzebach są stosowane pewne rytualne ceremonje dawnego pochodzenia, lecz nic wspólnego z Islamem nie mające. Do takich należą: uczta po pogrzebie, płaczki, łkające, przeraźliwie wyjące, rozdrapujące sobie paznokciami twarze i wyrywające włosy. Kobiety są chowane najczęściej w drewnianych trumnach. Na cmentarzach nad świeżą mogiłą stawiają lub kładą kamienie, a później używają zaklęć i talizmanów, aby przebłagać lub odpędzić nieskończoną ilość przeróżnych „dżinnów“, czyli duchów chorób i nieszczęścia.
Lokaj hotelowy, który przyglądał się wraz z nami przechodzącemu orszakowi żałobnemu, opowiedział nam, że zmarły, którego znał osobiście, sam winien swej śmierci, gdyż, spotkawszy „tergou“, nie wygłosił skutecznego zaklęcia, i „tergou“ zesłała nań „dżinnów choroby“.
— Co to jest „tergou?“ — zapytała Zochna.
Chłopiec opuścił oczy i milczał. Zrozumiałem, że boi się „dżinnów“, tych złośliwych i zdradliwych demonów, gdyż pora była już spóźniona.
Mohammet jednak wyręczył go.
— Tergou — objaśnił — jest to widmo kobiety, mającej władzę nad kilkunastu różnemi „dżinnami“. Można spotkać to widmo na skrzyżowaniu się dróg, lub pod samotnem drzewem, gdzie zaczyna łudzić wzrok, wyrastając aż pod obłoki, lub zmniejszając się do rozmiarów myszy. Wtedy należy wymówić zaklęcie „El Khams, El-Mitter, El-Ansab i El-Aglane“, aby nie ścigała człowieka.
Tymczasem płaczki przestały wyć i głośno szlochać, natomiast zaczęły zawodzić ponurą, tęskną pieśń pogrzebową:
„Gdzie on jest?“
„Rumak jego powrócił, on sam pozostał daleko.“
„Jego strzelba powróciła, on nie powrócił.“
„Jego miecz powrócił, on pozostał daleko.“
„Jego ostrogi powróciły, on zaś nie powrócił.“
„Gdzie on jest?“
Łkającym głosem na tę pieśń płaczek odpowiedziała wdowa:
„Mój namiot został osierocony.“
„Chłód nieznośny otoczył mnie.“
„Gdzie jest mój lew? Gdzie znajdę podobnego do niego?“
„Teraz pozostały mi tylko lęk i nędza“[25]...
Orszak przeszedł, pozostawiając po sobie wrażenie z przeszłości, gdy to Arabowie, Berberowie i Kabylowie życie swoje spędzali na rumakach w ciągłych bitwach i najazdach, a nie mogliby z pewnością sobie wyobrazić, że z tego wojowniczego okresu pozostaną im tylko pieśni żałobne na pogrzebach handlarzy daktylami, wełną i bydłem, nie znających innej broni, oprócz kija pasterskiego.
Dopędziłem orszak i zauważyłem, że nieboszczyka niesiono głową naprzód, czego nie robią ani chrześcijanie, ani Żydzi. Na cmentarzu zdjęto z głowy zmarłego turban i trzy razy rzucano nim o ziemię, wzywając Mahommeta. Gdy ciało z wielką ostrożnością, aby nie dotknęło czegokolwiek, opuszczono do mogiły i zasypano, wdowa i krewni zaczęli rozdawać chleb i figi żebrakom. Istnieje śród Arabów przekonanie, że każde ziarnko figi, danej żebrakowi, zmniejsza nieboszczykowi karę na tamtym świecie o jeden rok. Następnie na mogile ustawiono nad głową i nogami „mchabad“, czyli nagrobki.
Gdy się zaczęły zaklęcia, palenie wonności i nowe lamentacje, opuściłem cmentarz, cicho szemrzący swemi czarnemi cyprysami, gdyż od Terni zalatywać zaczął lekki wietrzyk wieczorny.
Gdy już zupełnie ściemniało, a na niebie płynął księżyc, dodający wszystkiemu tajemniczości i patrzący na walkę światła z ciemnością, wyszliśmy z Zochną i znajomym francuskim urzędnikiem, oddawna mieszkającym w Algierze, za miasto. Szliśmy w stronę El-Eubbad, drogą wśród sadów owocowych i winnic. Usiedliśmy koło studni, na zwalonych tu kamieniach, wsłuchani w cichy szmer źródełka i w głosy zasypiających ptaków i owadów. W trawie z szelestem przebiegały jaszczurki i dzwoniły cykady na wierzchołkach drzew granatowych. Nagle tę pełną dźwięków ciszę rozdarł głos ludzki.
Jakież to dziwne! Cisza nocna jest przepojona dźwiękami, lecz ona wsysa, wchłania je bez echa, a tymczasem sama pierzcha, drżąca i strwożona, na brzmienie ludzkiego głosu. Obejrzeliśmy się. Za płotem z fig berberyjskich znajdował się obszerny sad. Do gałęzi jednego z dużych drzew była uwiązana huśtawka. Młoda dziewczyna, połyskująca bielą ubrania, przesiąkniętego srebrem księżyca, huśtała się, wykonywując rytmiczne, powiewne ruchy rękoma i wysmukłem ciałem. Była podobna do rusałki, która wyszła z toni jeziora, z tajemniczej topieli i przy blasku księżyca oddała się samotnej zabawie, tęsknej i pełnej rozmarzenia. Śpiewała niskim, melodyjnym głosem jakąś piosnkę.
— To „haoufi“, — szepnął Francuz — ulubiona piosenka tlemseńskich dziewczyn!
Rusałka tymczasem zeskoczyła z huśtawki i zaczęła tańczyć, robiąc drobne kroki i wykonywując bardzo zgrabne, powolne ruchy całem ciałem. Dziewczyna śpiewała, a nasz znajomy powtórzył nam jedną zwrotkę pieśni po francusku:

„Jego usta — to szkarłat henny[26]
Zęby — z połyskującej kości słoniowej,
Jego szyja — to sztandar wojenny
Po bitwie zwycięsko stoczonej“.

— Z pewnością, dziewczyna kocha młodzieńca, który jej nigdy nie widział bez „haik“, — szepnęła Zochna.
Dosłyszał to Francuz i, porozumiewawczo kiwnąwszy nam głową, zaśpiewał:

„Twe piersi, dziewczyno-duch
To — srebro matowe;
Twe ciało — to śniegu puch,
Śniegu, co spada na szczyt Ghamdowy... “

Rusałka obejrzała się i z lekkim okrzykiem przerażenia znikła, niby lekkie, nieuchwytne widmo nocne.
Znowu zaczęło szemrać źródełko, zaczęły szeleścić zielone i koralowe jaszczurki, grać cykady...
Powróciliśmy późno do domu, gdyż nasz przyjaciel długo i dużo opowiadał nam o życiu niezliczonych plemion berberyjskich. Niejedno z jego opowiadań budziło wyobraźnię i niewysłowioną tęsknotę, towarzyszkę tej ziemi, tratowanej miljonami przybyszów, zalanej krwią i łzami i na kamień palonej przez nielitościwe słońce. Tak! nielitościwe jest słońce afrykańskie, lecz bezsilne — aby zabić życie. Wystarczy, żeby oblicze jego przysłoniły na chwilę obłoki lub chmury, ażeby spadło kilka kropel deszczu, aby w swej włóczędze po przestworzach nieskończoności słońce zaczęło spoglądać zdala — gdy natychmiast ta spalona ziemia pokrywa się kobiercami barwnych kwiatów, igrać zaczynają i mnożyć się ponure i znękane upałem — stada owiec, ludzie, znużeni żarem wiecznego płomienia, podnoszą głowy, marzą i dążą do szczęścia, miłości i wolności, tych najpiękniejszych darów Boga.
— Msa el Khir! Dobrej nocy! — żegnał nas uprzejmy Francuz.
— Alaikum es salam! — odpowiadamy, zaczerpnąwszy z „rozmówek“ francusko-arabskich p. Delaporte potrzebnych tubylczych grzeczności.



ROZDZIAŁ VI.
ŚRÓD DŻINNÓW.

Nazajutrz wczesnym rankiem przyjechał po nas Mohammet w powozie, z osłaniającym od słońca namiotem płóciennym.
Przez „bramę Fez“ wyjechaliśmy za miasto. Dość długo ciągnęły się wille bogaczy tlemseńskich, spowite w girlandy pnących się, kwitnących roślin, tonące w starannie utrzymanych ogródkach, zacienione i zaciszne. Wyżej nad niemi stał piękny gmach koszar kawalerji, a jeszcze wyżej podnosił się łańcuch gór tlemseńskich, o szmaragdowo zielonych, lub o gorących, różowych barwach, o szczytach łagodnie zakreślonych na seledynowem niebie pogodnego poranka. Z gór spadały nadół odcinające się białemi łamanemi linjami potoki górskie, otoczone bujniejszą i bardziej zieloną roślinnością. W paru miejscach na szczytach górskich połyskiwały białe, kopulaste kubby, a pod niemi czerniły się groty z wydobywającym się z nich dymem. To były ogniska mieszkających w tych jaskiniach ludzi; tu już niema różnicy pomiędzy Hadarami i Kuluglisami, tu inne prawa, inne tradycje, inni święci i inna, jeszcze bardziej do pogaństwa zbliżona magja. Pasły się dokoła w górach stada owiec i bydła rogatego i około czarnych czeluści jaskiń uwijały się postacie ludzkie, mężczyźni w białych lub brunatnych burnusach, kobiety z odsłoniętemi twarzami, w granatowych „abaiya“,[27] z czego można sądzić, iż pochodziły z Sahary.
Niedaleko od Tlemsenu rozpoczynają się ruiny murów, z resztkami bram i baszt, śród których rozrzucone są bogate plantacje wina, drzewa figowe, granatowe i oliwne, pojone przecinającym równinę kanałem z pędzącą z gór wodą.
— To Mansura — zawołał Mohammet.
Dużo czytałem o Mansurze. Stanowi ona stronicę burzliwej historji Tlemsenu.
W XIII i XIV wieku na tronie tlemseńskim zasiadali sułtani z dynastji Abdel-waditów, którzy przeciwko zaborczym sułtanom Merinidom z Fezu w Marokku prowadzili ciągłą walkę obronną. W końcu XIII w. sułtan Abu Jakub zjawił się po raz piąty pod murami Tlemsenu i, żeby dowieść, że nie powróci bez zdobycia stolicy wroga, założył olbrzymi obóz, zbudowawszy w nim wspaniały pałac dla siebie, obszerne łaźnie, hotele, meczet i inne gmachy, po których zostały zaledwie resztki, lecz i one świadczą wymownie o znacznych rozmiarach tych budowli. Obóz ten został nazwany „El Mahalla-t-el Mansura“, co znaczy — „obóz zwycięzców“[28]. Obecnie pozostała tylko pochodząca od tego imienia Mansura. Oblężenie trwało osiem lat i osiem dni, gdy nagle sułtan marokański został zamordowany przez swego eunucha, a jego wnuk natychmiast ogłosił się jego następcą, zaniechał dalszej walki i odjechał do Fezu, aby zapewnić dla siebie tron władców marokańskich. Historycy arabscy twierdzą, że podczas oblężenia Tlemsenu zginęło przeszło 120 000 ludzi. Nic więc dziwnego, że pałający zemstą mieszkańcy Tlemsenu zburzyli do szczętu Mansurę. Dziwne i krwawe dzieje zrodziły liczne legendy, związane z tem miejscem, gdzie obecnie pracowity francuski kolonista uprawia rolę. Nie dba on o te legendy i zabobonny strach przed „dżinnami“, mającemi tu siedlisko i przerażającemi tubylców tak dalece, że nawet niechętnie idą jako robotnicy do francuskich plantatorów w Mansurze.
W 30 lat później Merinidzi znów powrócili. Sułtan Abu-Lhassen rozpoczął nowe oblężenie, odrestaurował Mansurę, po paru latach zdobył nareszcie Tlemsen, lecz rezydencji swojej w Mansurze nie opuścił, wznosząc tu nowy, jeszcze wspanialszy pałac. Gdy w r. 1348 sułtani Tlemseńscy powrócili do władzy, rozkazali w gruzy zamienić Mansurę, przewożąc do swej starej siedziby najdroższy budulec i przedmioty sztuki.
Pośród ruin Mansury nie trudno znaleść szczątki pięknych majolik, mozaiki, barwne szkła z okien pałacu i meczetu, nawet skrawki jedwabnych i brokatelowych tkanin.
Najlepiej zniósł ciosy burzącej ręki ludzi i czasu meczet, właściwie — jego minaret, wysoki na 40 metrów, a przedstawiający jedyny w całej Afryce muzułmańskiej typ architektoniczny. Minarety zwykle posiadają wejście od strony wewnętrznego dziedzińca meczetu. Minaret mansurski posiada wejście od strony zewnętrznej i wejście to jednocześnie było przejściem do świątyni. Bardzo ładne drzwi, ozdobione rzeźbionym marmurem, zachowały się doskonale; chociaż, wydało mi się, że ten marmur jest późniejszego pochodzenia, jednak twierdzić tego nie mogę.
Dziwnie runął ten minaret! Jak gdyby uderzeniem pioruna rozczepiło go, rozłupało na dwie połowy. Od strony podwórza meczetu widać wnętrze minaretu, z resztkami schodów, któremi sułtan Abu Lhassen wjeżdżał konno aż na sam szczyt wieży i jak prosty „muezzin“, wzywał prawowiernych do modlitwy.
Tak dziwne runięcie tylko połowy minaretu dało początek legendzie, którą opowiadają mieszkańcy okolicznych wiosek, w najczystszej zaś formie napisał ją Guiter ze słów arabskiego uczonego El-Hadż-Sadok’a.
Sułtan rozkazał budować minaret dwom współzawodniczącym architektom — Maurowi i Żydowi, którzy przedstawili władcy jednakowo piękne projekty. Sułtan polecił muzułmaninowi budowę wewnętrznych części świątyni, izraelicie — zewnętrznych. Wspólne dzieło było zakończone i budziło ogólny zachwyt, odbyło się wspaniałe otwarcie świątyni dla wiernych. Po ceremonji sułtan zawezwał do siebie obydwu budowniczych i rzekł:
— Dzieło wasze jest przepiękne, i nie wiem, czem mogę was wynagrodzić.
Współzawodnicy milczeli. Wtedy sułtan kazał przynieść kilka worów ze złotem i rzekł do maurytańskiego budowniczego:
— Weź to złoto i bądź najbogatszym z moich poddanych.
Zwracając się do Żyda, ciągnął dalej:
— Co zaś do ciebie, psie niewierny, to musiałbym wyrwać ci serce z piersi za to, żeś stopami znieważył święte miejsce. Lecz jestem zadowolony z twej pracy, więc daruję ci życie, jeżeli Allah tego sobie życzy. Ludzie moi wyprowadzą cię na szczyt minaretu i musisz zniknąć stamtąd przed nadejściem nocy. Inaczej — śmierć! Idź!...
Żyd odszedł, wylękły, rozmyślając o niewdzięczności władcy. Zamknięto go w minarecie. Architekt długo myślał nad tem, jak się ma wymknąć z miejsca uwięzienia, ale że był to człowiek pomysłowy, więc z desek zrobił skrzydła i umocowawszy je na ramionach, zeskoczył ze szczytu minaretu. Ponieważ, robiąc skrzydła, spieszył się, więc robota nie była dobra, niektóre deski pękły i architekt spadł na szczyt pagórka, noszącego dotąd nazwę „Wzgórza Żyda“, gdzie rozbił się na śmierć. Umierając, rzucił on klątwę na Mansurę, i w tej chwili zapadła noc i szaleć zaczęła burza. Piorun uderzył w minaret i rozłupał go na dwoje. Od tej chwili przekleństwa zleciały się zewsząd „dżinny“, zaczęły dręczyć, ścigać i zabijać ludzi chorobami i szaleństwem tak, że nikt z Arabów nie mógł tu pozostawać, a miejsce to prawowierni muzułmanie mijają z modlitwą lub zaklęciem magicznem na ustach.
Jednak, widocznie, rodzina kolonisty francuskiego, zamieszkałego wewnątrz ruin meczetu mansurskiego, albo nic nie wie o tych złych duchach, lub są one łaskawe dla dwuch młodych Francuzeczek, które poczęstowały nas doskonałem mlekiem i powiedziały parę wesołych komplementów, rumieniąc się pod zachwyconym wzrokiem jarzących się oczu naszego Mohammeta.

TLEMSEN. GROBOWIEC KSIĘŻNEJ W „ŚWIĘTYM“ LESIE

Powracaliśmy dawną drogą, prowadzącą wśród wspaniałej plantacji winogron, dających, podobno, najlepsze i najmocniejsze w całej Algierji wino. Nasz furman zerwał parę gałązek dojrzałych owoców i poczęstował nas, jakgdyby do niego należała ta plantacja. Okrążyliśmy Tlemsen i trafiliśmy do świętego gaju Sidi Jakuba, złożonego z najstarszych platanów i drzew oliwnych; w cieniu wiekowych konarów stoi tu „kubba księżniczki“, a o jakie 100 kroków dalej, w gąszczu krzaków, grobowiec Ben Jakuba „uali“, poważanego zarówno przez Żydów, jak i przez muzułman. W lesie bieży, dzwoniąc po kamieniach, potok, a tuż przy wodzie siedzi kilku starych Arabów, pilnujących świętych miejsc. Od nich dowiedzieliśmy się o zażartych sporach, wynikłych pomiędzy Arabami i Żydami z powodu kubby Ben Jakuba, którą muzułmanie chcieli zburzyć. Nawet krew się tu przelała, lecz Kubba pozostała, a Arabowie z biegiem czasu uznali Ben Jakuba za swego „uali“, podzieliwszy pomiędzy Mahometa a Mojżesza dnie modłów przy grobowcu proroka.
Droga tymczasem prowadziła wyżej i wyżej. Powoli horyzont się rozszerzał i wzrok ogarniał rozległy krajobraz. Widzieliśmy stąd meczet Abu-Medyana w El-Eubbad, szmaragdową oazę Tlemsenu, ścianę grzbietu górskiego, linję zburzonych murów Mansury i jej tajemniczy minaret, gdzie roi się od „dżinnów“, gdzie każdy głaz szepce stare, ponure legendy i gdzie figlarne, gospodarne Francuski doglądają krów i gustownie układają winne grona do eleganckich koszyczków, splecionych rękoma Arabek z Hennaja. Powoli wyłoniła się w oddali zielono-szkarłatna płaszczyzna Terni i urwiste, zielonością otulone zbocza wąwozu Safsaf. Niby potężny, połyskujący niebieską łuską wąż, przeciska się rzeka przez skały, rozpiera je, zrywa i wybiega wreszcie gdzieś daleko na równinę, gdzie francuscy koloniści i bogaci Arabowie zmieniają w chleb, wino i owoce, drzemiące siły tej ziemi.
Wnet za wysokiemi wzgórzami, przez które przeszła szosa, powóz zaczął się staczać na równinę. Oprócz rządowych stacyj rolniczych, plantacyj pokazowych, widzimy tu już plon cywilizacyjnej pracy białych ludzi. Czarni i bronzowi tubylcy zrozumieli, co może dać ziemia ich ojców i dziadów, którzy zagarnęli ją od nieznanych, dawno wygasłych posiadaczy. Z każdym rokiem zwiększa się tu liczba rolników arabskich, berberyjskich ba! nawet nomadów, ściąganych tu z dalekich południowych koczowisk lub z urwistych stoków Atlasu. Powstają coraz to nowe plantacje wina, zboża, sady owocowe, współczesna hodowla bydła; Arab porzuca swój odwieczny drewniany pług, zastępując go francuskiemi lub amerykańskiemi narzędziami rolniczemi i zapominając coraz bardziej o życiu koczowniczem. Cywilizacja zachodnia triumfuje w tej afrykańskiej Szwajcarji i nikt tu nie myśli o jakichkolwiek bądź fanatycznych „mahdi“, którzy w imię proroka podburzają ludność tubylczą przeciwko białym posiadaczom tej pięknej kolonji. Ludność miejscowa nie da się złapać w tej części Algierji na haczyk propagandy pan-islamizmu; tubylcy widzą, że cywilizacja europejska i świątynie „niewiernych“ wcale nie przeszkadzają „wiernym“ słuchać pienia muezzinów, a tłumom pobożnych odbywać z całą pompą i etykietą przepisaną przez prawo koraniczne i obyczajowe, pielgrzymki do meczetów i do kubb świętych „uali“. Cywilizacja Zachodu uprzyjemnia wiernym życie zewnętrzne, wewnętrzne zaś pozostaje niezmienionem, kierowanem przez naukę proroka i jego zastępców na ziemi — marabut’ów.[29]
Mijamy małą wioskę negrów. Kupa zbitych z gliny, do gniazd jaskółczych podobnych domków, raczej jakieś zwaliska, gruzy, niż siedziba ludzka, od strony drogi jest osłoniona zaroślami fig berberyjskich. Czarne dzieciaki czarnych rodziców, przybyłych czy przywiezionych tu niegdyś z Sudanu, wybiegają z gąszcza kłujących krzaków i przyglądają się naszemu powozowi.
W cieniu fig, na dość szerokiej ścieżce spostrzegam dwie postacie niewieście. Jedna starsza, druga zupełnie młoda, lecz obie w barwnych strojach, obwieszone ciężkiemi srebrnemi klejnotami na piersiach i szyjach. Instynkt podróżnika zmusza mnie do porwania za kodak i zbliżenia się do moich ofiar. Zdaleka widzę, że są bardzo zajęte, gestykulują energicznie i nie przeczuwają zbliżającego się niebezpieczeństwa, które już podniosło aparat i zaczyna nastawiać go na odległość i na siłę światła. Wciąż się zbliżam, chcąc „uderzyć“ zbliska; rozumiem teraz, czem są zajęte czarne kobiety. Oto stara bije młodą. Porwała jej na strzępy koszulę, młóci po głowie pięścią, jak cepem, a drugą ręką drapie do krwi piękne, niby z czarnego onyksu wyrzeźbione piersi. Czyni to w milczeniu, systematycznie i zawzięcie. Młoda broni się słabo, od czasu do czasu tylko jęknie lub ciosem na cios odpowie.
Co się tu stało? Być może, matka wymierza karę córce za to, że nieoględnie ukradkiem wyszła za pełen kolców żywopłot, gdzie ją dojrzał i ocenił jej piękne, rzeźbione kształty, jakiś przejezdny kupiec arabski, lub młody plantator francuski, i — to ją aż do nocy zatrzymało poza domem? Albo ta stara jest pierwszą żoną swego męża, a ta młoda — ostatnią? Być może, że dla niej zapomniał pan domu o innych i darzy ją swoją miłością i pięknemi upominkami, więc porzucona mści się na niej w cieniu straszliwych kaktusów?
Kodak zresztą jest obojętny dla powodów tak rzadkiej sceny i już gotów jest pochwycić złą, czarną twarz starej, skrwawione, śpiżowe piersi młodej kobiety i jej przerażone oczy, gdy nagle ztyłu za mną rozlega się krótki, chrapliwy okrzyk.
Mimowoli oglądam się i widzę czarnego gentlemena, zbliżającego się ku wsi z tłomokiem w ręku. Ma na sobie starą kurtę spahisa z mosiężnemi guzikami i turban na głowie. Z wyrazu czarnego oblicza wyczytuję, że jest niezadowolony z tego, żem chciał „ukraść duszę“ mieszkanek wioski.
Nie wzrusza mnie to, więc chcę dokończyć kradzieży, lecz, niestety, — zapóźno. Widzę tylko znikające na zakręcie ścieżki białe szaty niewiast i słyszę głuchy tupot bosych nóg uciekających.
— Nicponiu jeden! — myślę w złości o intruzie i przez zemstę fotografuję go tak, aby został uwieńczony razem z osłem, skubiącym trawę w cieniu kaktusów.
Jedziemy dalej i wkrótce zapominam o nieudałym ataku kodakowym, gdyż wjeżdżamy na drogę tak malowniczą, iż wydaje się nam, że trafiliśmy do innych szerokości geograficznych. Wysokie ściany bujnej, wprost podzwrotnikowej roślinności łączą się w sklepienie nad drogą, dając cień i przyjemny chłód. Olbrzymie krzaki głogów, tamaryndów, bzów, jaśminów, drzewa oliwne, rozłożyste figowce, stuletnie wiązy, tuje, platany, tworzą prawdziwą dżunglę, pokrytą siecią zwisającego dzikiego wina, chmielu i pnących się, obsypanych fioletowemi i różowemi kielichami roślin. Wąskie ścieżki, podobne do kurytarzy, pełnych zielonkawego światła, przebijają sobie drogę w gąszczu, gdzie roi się od dzikich gołębi, drozdów, szpaków i rzesz śpiewających ptaszków.
Powóz nagle się zatrzymał przed małą szopą z werandą, pokrytą czystemi matami.
— Może państwo życzą sobie wypić filiżankę maurytańskiej kawy? — pyta Mohammet, wyskakując z powozu. — To nie zaszkodzi, gdyż dopiero późno wieczorem powrócimy do domu.
Po chwili siedzieliśmy już na glinianej przyzbie, przykrytej dla nas, wyniesionym z mieszkania właściciela, kobiercem-kejruańskim. Na matach na werandzie i na dywanach, wprost na ziemi położonych, siedzieli Arabowie. Rozmawiali cichemi, poważnemi głosami, milknąc natychmiast i pochylając głowy, gdy się odzywał wysoki starzec o długiej siwej brodzie.
Mohammet szepnął mi do ucha:
— Jest to najbardziej tu poważany „marabut“, wielki uczony i cudotwórca.
Tymczasem właściciel kawiarni postawił przed nami okrągłą mosiężną tacę z małemi filiżaneczkami porcelanowemi i drobnemi mosiężnemi naczynkami o długich drewnianych rączkach. Nalano nam kawy do filiżanek, — mocnej, aromatycznej, słodkiej kawy z fusami, drobnemi jak najcieńszy puder. Nie jest to właściwie kawa, lecz gorący „sorbet“ z kawy.
Na każdą filiżankę kawa przygotowuje się oddzielnie w tych małych naczyńkach mosiężnych, w osobnym piecu, gdzie się jarzą rozpalone do czerwoności, jak w ognisku kowalskiem, węgle.
Kawa była wyborna. Kazałem sobie podać drugą filiżankę.
— Czy nie zaszkodzi to panu na serce? — zapytał uważny przewodnik.
— O nie! — odparłem, ufny w sprawność swego serca, które przecież próbowało już i wytrzymało wszelkie emocje: rządy bolszewickie, bitwy, szczyty wysokich gór, głód, mrozy, opjum, trujący alkohol chiński, więzienie i haszysz indyjski.
Jednak kawa maurytańska oddziałała na mnie silniej, niż wszystkie przeżyte eksperymenty, gdyż serce tak mi zaczęło walić w piersi, że tchu narazie złapać nie mogłem, i dopiero napiwszy się zimnej wody, doszedłem powoli do stanu normalnego.
Poszliśmy piechotą do wioski, ukrytej w gąszczu wspaniałych krzaków i drzew. Była to wieś Uzidan.
Na wjeździe do wioski stoi mały meczet, biały, a raczej do białości rozpalony żarem słońca; w różnych miejscach bieleją kubby zmarłych miejscowych świętych, obok zaś domy żyjących marabutów, bardzo tu licznych; niektórzy z nich wywodzą się od wielkich „uali“ z Granady i Kordoby, lub z rodzin tlemseńskich patronów. Tak wielka ilość „marabutów“ ma swoje objaśnienie. Jakiś świątobliwy człowiek przed dwustu laty zamierzał oczyścić Mansurę od „dżinnów“ i wybudował kapliczkę z kamieni, wziętych z grobowców Abu-Medyana, Ben-Jakuba, Lalli Setti i innych. Istotnie, udało się mu zaprowadzić w Mansurze pewien porządek, gdyż część „dżinnów“ uciekła i ukryła się w gąszczach, otaczających Uzidan.
To wszystkim wiadomo, a jeden z arabskich poetów powiedział:
„W Uzidan w każdem drzewie ukrywa się demon.“[30]
Za złemi demonami podążyli ludzie święci, tak zwani marabut’y.
Powracamy do kawiarni, gdzie czekał nasz powóz. Na drodze ujrzeliśmy dwuch jeźdźców na pięknych, gniadych koniach. W turbanach na głowie, w szerokich szarwarach i w pantoflach Arabowie wyglądają dość niezgrabnie, gdy chodzą, lecz na wysokich, bogato przybranych siodłach, na gorących, wyrywających się koniach odzywa się w nich stara krew jeźdźców i wojowników. Głowy podnoszą się wyżej, twarze stają się dumne, oczy ciskają płomienie, a w mocno opartych o szerokie strzemiona nogach wyczuwa się siłę, niezbędną do potężnego cięcia szablą z siodła w pędzie konia.
Jeźdźcy podnieśli się w strzemionach i znikli na zakręcie drogi.
Później słyszałem, że Tlemsen i jego okolice słyną z najlepszych i najbogatszych jeźdźców i że, jak pisze A. Bel, poeta Si Ahmed ben Jousef miał się wyrazić o tem mieście temi słowy:
„O, Tlemsen! Gród jeźdźców niezrównanie pięknych.
Twoje potoki, twoje powietrze i szaty twych kobiet,
Czynią cię wyższym od innych miast Mahrebu.“[31]
Co do jeźdźców, potoków i powietrza — nie protestuję, lecz co do „szat kobiet“, to, za pozwoleniem, wstrętne płachty ukrywają od wzroku badacza nietylko twarz, nogi i figurę, lecz nawet oczy. Czasem tylko odsłoni się jedno, błyśnie na chwilę i znowu płachta je przykryje. Zochnę narazie doprowadzało to do wściekłości, aż wreszcie przywykła i nie szukała już „piękności maurytańskich“, wszystkie razem nazywając „pakunkami z brudną bielizną“. Myślę, że określenie było prawdziwe i trafne.
A szkoda, że tlemseńskie piękności noszą te swoje „haufi“, „haiki“ i inne zasłony, bo czasami przechodzący obok „pakunek“ zaczynał się śmiać cichutko, a bardzo melodyjnie i błyskał czarnem oczkiem nader zachęcająco i — raptem, nic więcej! A gdy się odwijał sam, bez żadnej zachęty, to ukazywał najczęściej zeszpecone ospą, czarne, pomarszczone oblicze, oko z bielmem i kosmyki powichrzonych, do ogona końskiego podobnych włosów. Lepiejby się już wcale nie odwijał, a pozostawił to temu „pakuneczkowi“, co tak mile i dźwięcznie się śmiał i nęcił ognistem okiem! Lecz — „In cza Allah!“ Trudna rada! Działo się to przecież w kraju surowego Islamu. Zresztą na piękne kobiety napatrzyłem się dosyta na południu, na progu Sahary i na niebotycznym Atlasie.
Całą godzinę, a może nawet i dłużej jechaliśmy równiną, gdzie podziwialiśmy wysoką kulturę rolną i gdzie na polu widzieliśmy długiego na metr węża, zjadanego przez mrówki. Wąż był zabity, miał roztrzaskaną głowę, a nasz stangret zaklinał się, że była to „naja“, pokrewna indyjskiej kobrze, okularnikowi, osławionemu, najstraszliwszemu z jadowitych wężów. Zdaje się, że miał rację, gdyż później na południu około Bu-Saada i w Marrakeszu widziałem, a nawet przyjmowałem udział w polowaniu na „naja“, które były podobne do tego okazu z okolic Tlemsenu.
Dobra droga skończyła się na brzegu prawie wyschłego potoku. Powóz zaczął skakać na wielkich kamieniach jego łożyska, aż wjechał na wąską, piaszczystą drogę, otoczoną krzakami fig berberyjskich i długoliściastych kaktusów, które w Hiszpanji noszą nazwę „pita chumbos.“ Należą do gatunku aloesów. Wreszcie ujrzeliśmy dość znaczną osadę Ain-el-Hout, należącą do szczepu Ulad Aala. Jest to miejsce pielgrzymek religijnych dla mieszkańców Tlemsenu, ponieważ tu się mieszczą grobowce słynnych marabutów z rodu Idrisa I-go, potężnego sułtana i powinowatego Proroka Mahomeda po kądzieli.
Nasz Mohammet pokazuje nam najpierw kolebkę Ain-el-Houta — dość duży basen, otoczony glinianym murem i pełen wody przezroczystej jak szkło. Dno basenu składa się z zielonkawej gliny, przez którą przedostaje się kilka źródeł. Środek basenu zarośnięty jest wodorostami „Cladophora“, w których żyją stadka małych pstrągów. Woda z basenu wylewa się do kanału i płynie przez wieś i pola, wpadając do rzeki Safsaf o 3 do 4 kilometrów dalej.
Mohammet, usiadłszy na murze i wskazując na basen, zaczął opowiadanie:
— Państwo widzą, że w basenie pływa dużo ryb? Skąd się tu wzięły, skoro woda bije z ziemi, a nie wpływa zzewnątrz? To objaśnia legenda. Jeden z młodych synów sułtana tlemseńskiego w XIII wieku przejeżdżał tą drogą, dążąc na polowanie, gdy nagle ujrzał przy źródle młodą dziewczynę. Była piękna, co książę spostrzegł odrazu, gdyż nie miała zasłony na twarzy. Trzymała w obu rękach dzbany z wodą i stała zmieszana, bezradna. Książę zeskoczył z konia i, podszedłszy, objął dziewczynę i zaczął ją całować. Spłonęła cała, rzuciła swoje dzbany i chciała zarzucić na twarz „haik“, lecz młodzieniec nie pozwolił na to i stawał się coraz bardziej natarczywy. Widząc, że cnocie jej grozi niebezpieczeństwo, rzuciła się do wody i zamieniła się w rybkę. Od tego dnia źródło to nazywają ludzie „źródłem ryby“ (Ain-el-Hout) i uważają je za święte i lecznicze. Ryb tu łapać nie wolno i niewolno zanieczyszczać wody.
Mohammet skończył opowiadanie i, uśmiechając się, dodał:
— Tutejsi żywi marabut’y i mieszkańcy są straszliwymi wyzyskiwaczami. Sprzedają wodę źródła, skamłają o pieniądze za pokazanie kubb i wogóle są bardzo nielitościwi dla kieszeni nietylko cudzoziemców, lecz nawet Arabów z okolicznych wsi i z Tlemsenu. Dlatego święty i poeta Ben Jussef napisał tak:
„Ain-el-Hout“ jest źródłem nicponiów; przechodniu napij się wody i przechodź szybko swoją drogą!“
Gdy Mohammet dawał tak niepochlebną referencję o mieszkańcach osady, cały ich tłum zbliżał się do nas, już zdaleka proponując nam swoje usługi.
Mohammet rzucił im parę słów, my zaś kilka srebrnych monet czepiającym się nas chłopakom i jakiemuś ślepcowi. Figlarny to był ślepiec! Dojrzał odrazu śród kamieni i trawy opuszczoną przeze mnie monetę, zdążywszy jednocześnie targnąć za ucho jakiegoś chłopca, sięgającego już po nią umorusaną dłonią. Tłum, rozczarowany bardzo, natychmiast się rozproszył, widząc, że żadnych „kokosowych interesów“ na przybyłych „Amerykanach“ nie zrobi, bo mają swego przewodnika. Nie oglądaliśmy kubb miejscowych, gdyż było ich za wiele, a wszystkie tak podobne do siebie jak jedna świeca stearynowa — do drugiej, i jak kubba z Fezu jest podobna do kubby z Kejruanu lub Biskry.
Zato Mohammet poprowadził nas pieszo za wieś, gdzie, w głębokim wąwozie przepływającej tu Safsaf, oglądaliśmy ciepłe, lecznicze i, naturalnie „cudowne“ źródło — „hammam“, wypływające z jaskini.
Źródło otoczone jest wysokiemi, gęstemi krzakami i trzcinami.
W źródle tem igrały ryby, wyskakujące na powierzchnię wody i uganiając się za owadami. Jak słyszałem od zoologów algierskich, w „ammamie“ zaobserwowano ślepe ryby, które, widocznie, wypływają czasami z głębokich jaskiń, gdzie z ziemi wytryska ciepłe źródło.
Jest to zjawisko obserwowane przeze mnie na jeziorze Nogan-Kul w północnej Mongolji i opisane w książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów“.
Słońce już zaszło, a przed nami był jeszcze spory kawał niełatwej drogi, gdyż należało wdrapać się z powrotem po stromych zboczach wąwozu i przejść kilka kilometrów do miejsca, gdzie pozostawiliśmy powóz. Zaczęliśmy się wspinać kamienistą ścieżką, co chwila przegradzaną dużemi głazami i odłamkami skał. Spotkaliśmy grupę kobiet z Ain-el-Houta, które szły na poszukiwanie zaginionych kóz. Wszystkie niewiasty były bez zasłon, a były wprost piękne, o ognistych oczach i małych koralowych ustach. Zrozumiałem — dlaczego w „źródle ryb“, chociaż do niego zaledwie jedna cnotliwa dziewica wskoczyła, rozmnożyła się taka moc ryb. Widocznie, nie jeden raz i nie jeden młody książę zaglądał do tej wsi i, spotkawszy piękne jej mieszkanki, nastawał na ich cnotę. Tylko jednego nie mogłem zrozumieć! Dlaczego te miejscowe piękności o tak namiętnych ustach zamieniały się w ryby, istoty o zimnej krwi?
Może za karę? Ale wtedy zapytuję: za co była wymierzona ta kara?
Wielki, święty Bu Medyan, Ben Jakub i inni żywi i umarli „uali“, ileż nierozstrzygniętych pytań wyłania się przed badaczem folkloru?!
Gdy wspinaliśmy się na górę, ujrzeliśmy na dnie wąwozu niewielką karawanę, z kilku osiołków złożoną, i paru poganiaczy z kijami, grubszemi od biednych osiołków, obładowanych koszami pomidorów i fig.
Gdy zbliżyli się do nas, usadowiliśmy Zochnę na jednym z osiołków, urządziwszy dla niej siedzenie pomiędzy dwoma koszami, i ruszyliśmy dalej. Narazie Zochna trochę się bała, ponieważ osiołek dreptał sobie ciągle nad samą przepaścią, wybierając najlepszą drogę. Mądre, ostrożne stworzenie, którego tak niesprawiedliwie dyskredytują ludziska, nigdy się nie potknie, nie upadnie, nie zaryzykuje i nie zbłądzi.
Jechać na nim — znaczy być pod opieką najlepszej niańki. To też wkrótce Zochna całkiem się uspokoiła i nawet ośmielała się chwilami poganiać swego ognistego rumaka okrzykiem:
— Err! — na co zresztą rumak wcale nie reagował i dreptał dalej po dawnemu.
Po półgodzinnym marszu Arab szczęśliwie dowiózł do Ain-el-Hout swoje pomidory, ja zaś — Zochnę, poczem zapaliliśmy latarnie w powozie i pojechaliśmy z powrotem do Tlemsenu, gdyż noc już zapadła.



ROZDZIAŁ VII.
POŻEGNANIE TLEMSENU.

Następny dzień spędziliśmy w mieście, przebiegając je w różnych kierunkach. Zajrzeliśmy do karawan-seraju[32], gdzie znaleźliśmy zbiorowisko ludzi, przybyłych z różnych stron, mnóstwo wielbłądów, mułów i osłów, pak z towarami i bel z wełną: Arabowie, Berberowie, tubylcy z Sahary i przeróżne typy urządzali tu giełdy ruchome, grali w karty, jedli, pili kawę i herbatę, lecz wszystko to odbywało się w ciszy, wcale nie przypominającej wielkich zbiorowisk ludzi białych. Znajomi się spotykali, pozdrawiając się wzajemnie zwykłem „salam“, młodsi całowali starszych w rękę, poważni „marabut’y“, których całowano po rękach, w ramię lub w poły burnusów, na znak powitania i błogosławieństwa dotykali dłonią chylących się przed nimi głów; przyjaciele całowali się w oba policzki zupełnie tak, jak to jest przyjęte u nas, w Polsce.
Niedaleko od karawan-seraju mieści się uliczka, gdzie palą i mielą kawę, kują konie, wiją powrozy, szyją worki dla przewożenia towarów na wielbłądach — słowem, gdzie robią wszystko potrzebne dla użytku właścicieli i przewodników handlowej karawany. Przy ulicy Kaldun mieszczą się małe zakłady dentystyczne. Miejscowi specjaliści praktykują tu na różne sposoby — leczą ziółkami, środkami magicznemi, które są jednak pod bacznym dozorem francuskiej administracji, talizmanami i zaklęciami, lecz najczęściej sposobami chirurgicznemi, polegającemi na zwykłem wyrywaniu zębów. Dentyści arabscy w tym celu stosują inne narzędzia — szczypce własnego pomysłu, małe lewarki, używane jeszcze za moich młodych lat przez naszych cyrulików, lecz niektórzy z arabskich lekarzy dokazują wprost cudów, wyrywając najmocniejsze nawet zęby zapomocą silnych i twardych jak kleszcze palców.

DZIEWCZYNA BERBERYJSKA

Ulica Kaldun nazywa się tak dlatego, iż jest ulicą „wyrywaczy zębów“.
Przy tej ulicy znajduje się też łaźnia maurytańska, instytucja, odgrywająca wielką rolę w higjenie Arabów. Tu się myją, zrzadka, ale gruntownie, wysypiają się i wypoczywają po ciężkiej pracy na roli lub po kilkumiesięcznej włóczędze z dalekich oaz Sahary, aż tu do świętego miasta Abu-Medyana i błogosławionej Lalla Setti; tu, znacznie przyciśnięci przez francuskich lekarzy i policję, znachorzy berberyjscy praktykują pokryjomu w takich wypadkach jak ból zębów, wywichnięcie stawów, odciski, odparzenia skóry od długiej konnej jazdy, wreszcie leczą skutecznie ugryzienie pająka lub węża; tu wreszcie robią masaże.
Gdy zajrzałem do sali łaziebnej, spostrzegłem dość otyłego tubylca; leżącego na mozaikowej posadzce, otoczonego gorącemi kłębami pary, na nim przy akompanjamencie jego jęków i ciężkich westchnień, pląsał wysoki, chudy masażysta. Biegał i skakał mu po krzyżu, grzbiecie i nogach, czasami schylał się, wylewał na leżącego kubełek gorącej wody i zaczynał gnieść mu ramiona kolanami, tłuc po szyi pięściami, rozkazywał przewrócić się nawznak i powtarzał te tańce i bokserskie rzuty od frontu, aż się rozlegało dokoła. Nie było to widowisko nowością dla mnie, znającego wschód azjatycki, gdyż nietylko widziałem to samo w Persji, na Kaukazie i w Konstyntynopolu, lecz dla próby sam podstawiałem swój grzbiet, który zmieniał się w posadzkę dla tego oryginalnego dancing’u. Zauważyłem też kilku ślepych masażystów, ale też to widziałem w Japonji, gdzie prawe wszyscy posługacze w publicznych łaźniach są ślepi.
Przeszliśmy kilka „suk’ów“, czyli handlowych lub przemysłowych uliczek, gdzie handlarze sprzedawali wszystko, co produkuje obwód tlemseński: zboże, owoce, jarzyny, burnusy, fezy, turbany, pantofle, siodła, naczynia, węgiel drzewny; obok, w improwizowanych fabryczkach i warsztatach przyrządzano przędzę, malowano ją na kolor czerwony, zielony i żółty, robiono meble, dzbany, misy, rzemienie, powrozy, garbowano skóry i piłowano klepki i deski.
Na bazarze ścisk i tłok, gdyż tłumy przyjezdnych ze wsi Arabów, Berberów i murzynów oglądają towary francuskie, sprzedawane tu przez Żydów na małych straganach, gdzie barwnemi stosami leżą wstążki, sztuczne perły, mosiężne, pozłacane kolje, bransoletki, kolczyki, zwierciadła, grzebienie, nici, igły i setki innych drobiazgów, nęcących szczególnie kobiety, które tu nieraz nieostrożnie odsłonić mogą jedno i nawet drugie oko, z mocno uczernionemi rzęsami i brwiami.
Wszędzie kupy barwnych jarzyn i owoców: grona różnokolorowego wina, granaty, złociste gruszki, rumiane jabłka, oliwki, cudowne renklody i morele, przezroczyste, jak bursztyn melony, malachitowe arbuzy, potworne ogórki, do zielonych, poskręcanych wężów podobne, a wszystko to bije w oczy swemi barwami, lśni się w ognistych kaskadach słońca.
O paręset kroków dalej rynek osłów, gdzie macają, dojeżdżają, próbują i oglądają na wszelkie sposoby i na wszystkie strony cierpliwe, ponure, długouche osiołki, tych wiernych, mądrych i niezastąpionych pomocników człowieka afrykańskiego.
Na chodniku, na słomianych matach, handlarze starych rzeczy rozłożyli swoje skarby. Czego tu niema? Nikomu niepotrzebne zardzewiałe kawałki żelaza i blachy, połamane imbryki, dziurawe misy mosiężne, wykrzywione i pogięte latarki, beznadziejnie zniszczona maszyna do szycia, stłuczona lampka naftowa, ułamek noża, kurki do karabinów, brudne łachmany burnusów, cały stos przetłuszczonych, niegdyś czerwonych fezów, dymisjonowane żołnierskie koce, trzewiki i bluzy. Lecz tu czasem można znaleźć garść kamiennych grotów od strzał pierwotnych ludzi jaskiniowych, kamień z resztkami rzymskiego napisu, posążek starożytny, cenną szablę andaluzyjskich Maurów, kameę z Kartaginy lub Blidy.
Znowu przechodzimy przez żydowską dzielnicę, a nasz przewodnik zaznajamia nas z jakimś poważnym kupcem izraelitą w brunatnym burnusie i w czarnej mycce na głowie. Wypytuję go o życie żydowskiej ludności Tlemsenu. Opowiada, że tylko gorąca wiara i jej przechowanie pozwoliły Żydom przetrwać ciężkie czasy w Afryce, ale że nauka Mojżeszowa uległa zmianom. Żyd afrykański, za przykładem muzułman, wierzy w dżinnów-demonów, posiada swych świętych „marabutów“ i ucieka się do praktyk magicznych lub do rytuałów, związanych z kultem fetyszów. Kubba izraelickiego marabut’a Rabb Ankaua służy jako cel pielgrzymek Żydów afrykańskich do Tlemsenu, ponieważ tuż koło jego kubby przepływa cudotwórcze źródełko, z którego po ucałowaniu kamienia, leżącego na grobowcu, pobożni piją wodę, zmięszaną ze szczyptą ziemi.
Zapytałem nowego znajomego, dlaczego nie nosi fezu, tylko czarną, aksamitną myckę, taką, jaką noszą Żydzi w Polsce. Uśmiechnął się i odpowiedział, że ta moda istnieje prawdopodobnie od wieku XVI-go, a pochodzenie jej jest przypadkowe.
— Było to tak! — mówił. — Pewien korsarz algierski zdobył okręt, naładowany takiemi myckami, które my nazywamy „berreta“. Nie wiedząc, w jaki sposób możnaby wyzyskać tę zdobycz i spieniężyć ją, władze muzułmańskie wydały rozkaz, aby wszyscy Żydzi zaczęli nosić „berreta“. Od tego czasu tak to poszło, a teraz ta mycka stała się oznaką Żyda. Być może, że od nas ta moda w tym samym celu przeszła do Europy tak samo, jak z Algieru rozpowszechniła się na Tunis i Marokko.
Żydowskie kobiety noszą szerokie kolje ze srebrnych lub złotych monet. Jest to najbardziej ulubiony klejnot. Monety w tych koljach spotykają się różne: przeważnie francuskie luidory z Napoleonem III, lecz można znaleźć hiszpańskie, rosyjskie i inne. Konsul p. de Vitasse, po zwiedzeniu miasteczka Debdu, z bogatą i liczebnie znaczną ludnością izraelicką, opowiadał nam, że widział na szyi pewnej Żydówki śród monet jej kolji złoty medalik z wizerunkiem Matki Boskiej.
Po obiedzie tegoż dnia pożegnaliśmy piękny Tlemsen i wyruszyliśmy koleją do Udżdy, odprowadzeni przez Mohameta ben Mhammeda, z którym bardzośmy się zaprzyjaźnili. Był to chętny, usłużny, uczciwy i inteligentny przewodnik, więc z przyjemnością polecam go uwadze podróżnika, zwiedzającego Tlemsen.
Na zakręcie toru kolejowego po raz ostatni mignęły nam minarety Tlemsenu, malowniczy El-Eubbad, wąwóz Safsaf, mignęły i znikły.
Gród świętych „uali“ i złośliwych „dżinnów“ pozostał za nami...



ROZDZIAŁ VIII.
MIASTO I OAZA.

Na jednej ze stacyj kolejowych widzieliśmy orkiestrę arabską złożoną z kilku „heliyin’ów“, czyli muzykantów, co naturalnie najwięcej zainteresowało moją żonę, jako artystkę, zapisującą nowe melodje, słyszane w podróży. Dyrygent grającej i śpiewającej orkiestry sam grał na skrzypcach o dwóch strunach, czyli — po arabsku „rbeb“, inni grali na „kuitsra“, przypominającej mandolinę o kilku strunach, na „terar“ i „bendir“, czyli benbenkach z dzwonkami, na „tbel“, zbliżonym do pierwotnej harmonji rosyjskiej, na „raita“, czyli kobzie, na „derbuka“ — „guellal“, czyli trąbach i wreszcie na „guesba“ — długich fletach. Szczególnie podziwiała Zochna swego kolegę-skrzypka. Jego instrument posiadał zaledwie dwie struny, bardzo nisko nastrojone. Grał, opierając skrzypce o kolano, jak małą wiolonczellę. Bardzo się chciało Zochnie zagrać Wieniawskiego lub Sarassatego na tym afrykańskim Stradiwarjusie, lecz konduktor już wołał: „En route!“ i pociąg po chwili ruszył. Dolatywały nas przez pewien czas monotonne, rytmiczne śpiewy i akompanjament orkiestry, która bierze udział przy różnych ceremonjach religijnych i obyczajowych, lecz wkrótce umilkły, gdyż pociąg mknął już całą siłą naprzód.
Od Tlemsenu tor wznosił się coraz wyżej na wysokie „plateau“, z przecinającemi je zielonemi górami. Miejscowość obfituje w wodę, a więc cała ta płaszczyzna przedstawia doskonale, niemal alpejskie pastwisko. Pożywna trawa i woda pociągają tu koczowników z ich stadami baranów, owiec, kóz i bydła rogatego. Ciągle w większej lub mniejszej odległości od toru stoją „gituny“ — duże namioty z białej tkaniny wełnianej w szerokie czarne lub bronzowe pasy. Około tych „duar“, czyli grup namiotów, uwijają się kobiety w granatowych koszulach, ze srebrnemi świecidełkami na szyjach i w uszach — oraz tłumy nagich dzieci. Dalej w stepie pasą się stada, a przy nich tkwią, jak czujne żórawie-pastuchy w białych burnusach, z długiemi kijami w ręku. Widocznie w skałach i wąwozach czają się żarłoczne, tchórzliwe szakale, a może gdzieś grasuje zbłąkana hijena.
Pociąg przelatuje przez tunele, przeszywając grzbiety skalistych szczytów, turkocze około długiego żelazo-betonowego akweduktu, zbudowanego przez Francuzów, a dostarczającego wody do kilku kolonij rolnych; rozróżniamy je zdaleka, gdyż na pożółkłej już trawie odcinają się zielonością swych drzew oliwnych i figowych i krzakami usianych różowemi kwiatami oleandrów.
Widocznie i tu koczownicy, porwani przykładem i powodzeniem białych ludzi, zaczynają osiadać i pracować na roli, gdyż w kilku miejscach spostrzegliśmy małe plantacje arabskie z krzakami wina, oliwkami i granatami, otaczającemi szopy, sklecone z cienkich drągów, oblepionych gliną. Takie plantacje zabezpieczone są przed najściem bydła płotem z poplątanych krzaków jakiejś kłującej rośliny stepowej, starannie wszędzie przez tubylców zbieranej; takim płotem koczownicy otaczają również swoje namioty, pola, winnice i miejsca, gdzie chowają się jagnięta. Przez takie ogrodzenie ani przeskoczy, ani się przerwie szakal lub zdziczały pies, a nawet człowiek z wielkim trudem i jeszcze większym hałasem — potrafi zdobyć taką przeszkodę, przypominającą ogrodzenia z kolczastego drutu.
Pociąg wkrótce zaczyna zbiegać nadół, przecinając pofałdowaną miejscowość. Od Tlemsenu, leżącego na wysokości 800 metrów nad powierzchnią morza, spadamy do 350 metrów około miasteczka Lalla Maghnia, z meczetem, kubbami i „zauja“, czyli kaplicą. Miasteczko to znajduje się na obszernej równinie, przez którą przechodzą kanały, sprowadzające wodę z dalekich źródeł. W okolicy tego miasteczka leży Nedroma, rodzinne gniazdo dynastji wspaniałych sułtanów Almohadów.
Za Lalla Maghnia zaczyna pociąg znowu wspinać się na góry, aż wybiega na równinę Angad, leżącą na wysokości 630 metrów nad morzem. Mijamy ostatnią stację zachodniej Algierji — Zudż-El-Beghal i podjeżdżamy do Udżdy. Jesteśmy już w Marokku. Konduktor uprzedza nas, że musimy tu zmienić pociąg, jeżeli chcemy dalej jechać koleją, lecz w każdym razie oczekuje nas surowa rewizja celna.
Czarni tragarze znoszą do sali komory nasze walizki i futerały z bronią; urzędnicy łapczywem okiem spoglądają na domniemane ofiary, gdyż wwożenie broni palnej do Marokka nie jest dozwolone bez specjalnego upoważnienia, którego właśnie nie posiadałem, ponieważ nic o tych przepisach w Paryżu nie wiedziałem.
Wreszcie dozorcy zbliżają się do naszych bagaży i czytają kartkę z nazwiskiem, naklejoną na walizce.
— A—a! — wykrzykuje dozorca. — Mamy rozkaz skierować pana do urzędnika policji.
— Dlaczego do urzędnika policji? — pytam zdziwiony.
— Taki dostaliśmy rozkaz od tutejszego konsula! — odpowiada dozorca. — Proszę do sąsiedniego biura.
Idę i spostrzegam tu dwuch urzędników — starszego i młodszego. Pokazuję nasze paszporty i objaśniam, dlaczego nie mam upoważnienia na posiadanie broni. Urzędnik uśmiecha się grzecznie, przykłada na naszych papierach pieczątki i, zwracając się do młodszego kolegi, mówi:
— Proszę się zająć państwem. Do widzenia!
Zająć się nami? Słowa te przypomniały mi pewien wypadek w mojem życiu, gdy to w Petersburgu, za czasów studenckich, po jakimś wiecu zostałem z kolegami odprowadzony do policmajstra, który odesłał nas do żandarmów, oznajmiając nam, iż ci się nami „zajmą“. To ich „zajęcie się“ nami trwało dwa miesiące, spędzone przez nas w więzieniu. Nie poczuwałem się do winy wobec Francji, więc byłem pewny, że to lepiej się skończy.
Istotnie zniesiono nasze bagaże bez rewizji do oczekującego samochodu i odstawiono do hotelu wraz z memi pięknemi londyńskiemi futerałami na dubeltówki, karabiny i naboje.
Zrozumieliśmy, że w Udżdzie administracja otrzymała telegram o naszej podróży i tak uprzejmie nas przyjmowała. W hotelu podziękowałem urzędnikowi za pomoc i dałem mu do zrozumienia, że nie będę mu swoją osobą zabierał więcej czasu. Urzędnik jednak nie odchodził, a gdy zamierzałem wejść do swego pokoju, zapytał:
— Czy pan nie zechce natychmiast odwiedzić pana Konsula?
— Chciałbym się przedtem przebrać — zauważyłem.
— O, to niekonieczne! Lepiej się pośpieszyć, gdyż godziny urzędowania skończą się wkrótce — odparł urzędnik.
— W takim razie idziemy! — zaproponowałem.
Po drodze dowiedziałem się, że nowomianowany konsul jeszcze nie przybył, i że go tymczasem zastępuje naczelnik obwodu Figuig — pułkownik Jean Pariel.
Pułkownik przyjął mnie natychmiast, gdy spahi doręczył mu mój bilet wizytowy, i przywitał bardzo serdecznie, gdyż znał moje nazwisko z literatury francuskiej. Ku wielkiemu memu zdziwieniu urzędnik policji wszedł ze mną razem do gabinetu konsula, który przyglądał mu się również ze zdumieniem. Podczas długiej rozmowy z pułkownikiem, przeglądania map i książek, dotyczących mojej dalszej podróży, urzędnik nas nie opuszczał.
— Pan może odejść! — rzekł nareszcie konsul.
Lecz urzędnik nie odchodził, porozumiewawczo patrząc w oczy szefowi.
— Co tam takiego? — zapytał konsul, podchodząc do urzędnika, który wyciągnął jakiś papier i coś czytał.
Pułkownik spojrzał i roześmiał się głośno, głaszcząc swoją piękną, siwą brodę.
— Dobrze, dobrze, mój panie! Wszystko już pan uczynił, co było w jego mocy. Dziękuję! Może pan teraz iść!
Urzędnik wyszedł, oglądając się bardzo niedowierzająco.
Pułkownik, wciąż się śmiejąc, opowiedział mi, że policja otrzymała od niego polecenie, aby się nami zajęła i ułatwiła wizytę w konsulacie. Urzędnik zaś zrozumiał to tak, że nie wolno mu oka ze mnie spuszczać, bo nie wiedział, dlaczego konsul tak się moim przyjazdem zainteresował. A może miał konwojować do konsulatu jakiegoś cudzoziemskiego zbrodniarza? Na wszelki wypadek postanowił być moim „aniołem stróżem“. Gdym wychodził od pułkownika, znowu spotkałem owego „opiekuna“. Zbliżył się do mnie trochę zmieszany i zapytał:
— To właśnie pan jest tym polskim pisarzem, o którym z Paryża przyszedł do nas telegram? Bardzo pana przepraszam, że byłem natrętny, ale dostałem niejasne instrukcje...
— Owszem — odparłem. — Pan był bardzo miły i dopomógł mi znakomicie!
Rozmawialiśmy parę minut i wreszcie rozstaliśmy się. Nadmiernie uprzejmy policjant nie mógł jednak przezwyciężyć zmieszania i pewnego skrępowania z powodu, iż się ośmieszył w oczach konsula.
W godzinę później p. Pariel odwiedził nas i zabrał na przechadzkę po mieście. Składa się ono z arabskiej dzielnicy, starego miasta, czyli Medina, zamkniętego w czworoboku wysokich murów, przeciętych kilku bramami, i miasta nowego, dzielnicy daleko obszerniejszej, gdzie się mieszczą urzędy administracji, poczta i telegraf, sklepy, instytucje wojskowe, szkoły, kościół, wille i bardzo ładne ogrody. Składa się ona z małych, niskich domków murowanych, niektóre urzędy posiadają malownicze gmachy w pseudo-maurytańskim stylu.
Dął dość silny wiatr, więc upał nie dawał się we znaki, zato chmury kurzu i piasku zasypywały oczy i drapały w gardle.
We francuskiej Udżdzie niema nic do zwiedzenia, więc p. Pariel proponuje nam przejechać się jego samochodem do pobliskiej oazy.
Mijamy miasto, przecinając część Mediny, i wyjeżdżamy na dobrą szosę. Z początku droga prowadzi pomiędzy niskiemi glinianemi murami, otaczającemi ogrody, plantacje i domy tubylców, lecz wkrótce wybiega na równinę Angad, mającą charakter poczęści stepu, poczęści kamienistej pustyni. Jednak pracowici biali koloniści — Francuzi i Hiszpanie — w kilku odcinkach tej równiny założyli bogate plantacje zboża różnych gatunków, tytoniu i wina. Koloniści są przekonani, iż próby kultywowania bawełny i lnu dadzą tu świetne wyniki.
Na horyzoncie majaczy górski grzbiet Beni-Snassen, za którym leży urodzajna i bogata równina Triffa, przecięta gajami migdałowemi, oliwnemi, jałowcowemi[33] i dębowemi.
Przed nami w oddali zjawia się nagle długa, ciemna linja roślinności. W miarę zbliżania się do niej, rozróżniamy pierzaste korony palm, a w kilka minut potem jesteśmy już w oazie Sidi Jahia. Drzewa oliwne, terpentynowe[34], łozy płaczące, palmy daktylowe, graby i dęby, rosną na brzegach przepływających potoków, które dostarczają tu wody do sieci kanałów, pojących Udżdę i okoliczne plantacje. Roślinność bujna, wspaniała, tworząca w niektórych miejscach gąszcze do nieprzebycia. Śród wysokich drzew za białym murem podnoszą się kopuły kilku kubb. Są to grobowce patrona Udżdy — Sidi Jahia Ben Junes, Bu-Czikhi i Sidi Taleb. „Uali“ Sidi Jahia jest jednakowo czczony tak przez muzułmanów, jak i przez wyznawców Mojżesza. Jedni i drudzy uważają go za biblijnego Jana Chrzciciela, który przepowiadał przyjście Mesjasza. Pomiędzy uczonymi teologami Islamu oddawna toczy się spór o miejsce, gdzie zostały złożone zwłoki świętego. Jedni twierdzą, że w tem miejscu, gdzie obecnie wzniesiono kubbę, inni — że pod starem drzewem, obwieszonem ofiarnemi wstążkami i skrawkami różnych tkanin. Drugi z marabutów został pogrzebany pod drzewem, którego cień w południe jest najlepszym środkiem leczniczym na choroby nerek; woda ze studni, wyrytej przez samego Sidi Jahia, posiada również cudowną siłę leczniczą. Pod murami ogrodzenia, na trawie, siedzą tłumy pobożnych i słuchają nauk kilku marabut’ów; za mury tego świętego miejsca żaden „niewierny“ nie ma jednak wstępu.
Na brzegach mknących potoków tubylcy i pielgrzymi ustawili swoje namioty. Tłumy kobiet siedzą w ich cieniu lub pod drzewami: rozmawiają, plotkują i śmieją się, inne piorą bieliznę, myją i szorują statki domowe. Jakaś stara kobieta siedzi po pas w wodzie. Jest chora na puchlinę nóg i w ten sposób leczy się, wierząc święcie w dobry skutek. Kupy bosych, półnagich dzieciaków bawią się, biegają, śmieją się i hałasują. Ujrzawszy nas, wszyscy zaczynają prosić o datek.
Zochna miała w torebce trochę karmelków, więc rozdaje im, ku wielkiej uciesze czarnych potworków, lecz ja byłem zmuszony okupić się gotówką w postaci bronzowych marokańskich centymów.
Odbywszy przechadzkę po oazie, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do miasta, gdzie zatrzymaliśmy się przy parku miejskim; zaczyna się on tuż pod murami Mediny, i pułkownik Pariel zaprosił nas do maurytańskiej kawiarni na podwieczorek. Podano nam doskonałej kawy, lecz, nauczony doświadczeniem z Uzidan, wypiłem tylko jedną filiżankę. Uprzejmy, bardzo oczytany i kochający swoje Marokko, w którem przemieszkiwał przeszło 30 lat, opowiedział nam pułkownik historję Udżdy.
Miasto powstało w X. wieku i było niegdyś stolicą królestwa dynastji Zenetów. Inne marokańskie dynastje zdobywały to miasto kilkakrotnie, aż w XIII. w. sułtani z dynastji Almohadów otoczyli Udżdę mocnemi murami, które zostały zburzone wkońcu tegoż stulecia, lecz wkrótce odrestaurowane, i te właśnie mury wznosiły się tuż obok stolika, przy którym piliśmy wonną kawę brazylijską, przyrządzoną rękoma Marokańczyka.
Po podwieczorku poszliśmy do Mediny. Niedaleko od bramy Bab Sidi Aissa ujrzeliśmy bardzo barwną i porywającą scenę: Spostrzegliśmy znaczny tłum Arabów, otaczających jakiegoś mówcę. Zbliżyliśmy się, aby mu się przyjrzeć.
Pośrodku koła, utworzonego przez słuchaczów, zobaczyliśmy młodego, nie więcej niż 30 lat liczącego tubylca. Miał on na sobie długą białą koszulę, przepasaną powrozem; w ręku trzymał kij pielgrzyma. Piękna, natchniona twarz, płomienne oczy, usta namiętnego mówcy, mała, czarna broda i rozwiane, długie włosy, czyniły go podobnym do niektórych obrazów, przedstawiających Jana Chrzciciela, gdy gromił ludzkość, tonącą w grzechach i sprosnościach, i torował drogę Mesjaszowi. Pewno sam Chrystus był podobny do tego Araba wtedy, gdy uniesiony gniewem na obłudnych kupczących, wygnał ich ze świątyni.
Arab wykrzykiwał imiona świętych i mówił namiętnym głosem, podnosząc go do wysokości histerycznego krzyku lub zniżając do gorącego szeptu. Czasami zaczynał mówić śpiewnym, natchnionym barytonem, magnetyzując obecnych wzrokiem.
Wszyscy dokoła stali ze złożonemi jak do modlitwy rękami.
Tymczasem wychudzona, ascetyczna postać mówcy zaczęła się miotać i przebiegać od jednego słuchacza do drugiego. Za każdym razem, gdy Arab wykrzykiwał imię świętego i frazes, skierowany do słuchaczów, dwaj jego pomocnicy — starzec, pozbawiony nosa i warg, zjedzonych przez trąd, i chłopak o idjotycznym wyrazie twarzy, powtarzali ostatnie słowa i zawzięcie bili w bębenki.
Arab improwizował modlitwę, litanję do wszystkich świętych Islamu, najczęściej jednak powracając do imion miejscowych „uali“: Sidi Jahia Bu-Czikhi, Sidi Taleb, Sidi Okba, Sidi Zian i innych; jednocześnie czynił rachunek sumienia w imieniu wszystkich obecnych, mówił o karze za grobem i o nagrodzie w raju — tym przybytku wiecznej szczęśliwości. Była to modlitwa, przepowiednia, nauka, groźba i rzucanie ziaren słodkiej nadziei zbawienia duszy.
Ruchy mówcy-improwizatora stawały się coraz szybsze, coraz bardziej porywające i zapalające. Chwilami milknął i wtedy oglądał wszystkich bacznie, paląc ich swym wzrokiem i zaglądając im do duszy. Tak musiał patrzeć apostoł Pański Jan na nierządnicę, która podług legendy chełpiła się, że skusi Nazarejczyka swoją pięknością i namiętnemi pieszczotami, lecz padła pod jego wzrokiem na ziemię i łkać zaczęła w ponurej rozpaczy, a tłum szeptał wylękły:
„Niewiasta ta chełpiła się daremnie... Wszak to nie On, to Jan — Jego uczeń ukochany“...
Po chwili znowu zerwała się natchniona improwizacja, a wtedy można było zrozumieć, w jaki sposób wszyscy ci „szaleni madhi“ — pół-wodzowie, pół-obłąkani kapłani i prorocy, porywali i prowadzili całe szczepy na wielkie i krwawe dzieło świętej wojny. Cały mistycyzm Islamu, surowy i potężny, był przed nami. Mistycyzm krwi, wiara dla wiary. Rozumiałem wielką różnicę, zachodzącą pomiędzy mistycyzmem muzułmańskim, a mistycyzmem Azji buddyjskiej. Tu — płomień i poryw nieobliczalny, tam — praktyczny rytuał, zimna lub skuta przesądami myśl.
Raz tylko w Azji widziałem prawdziwy, chociaż tragiczny mistycyzm, pełen głębokiej poezji. Była to samotna modlitwa ślepego Żywego Buddhy przed posągami Buddhy z bronzu. Ale to — wyjątek! Pozatem — praktyka klerykalna lub polityka, ta „nierządnica Babylonu“, oraz mrok duszy ludu.
Gdy patrzyłem na tego wędrownego proroka i kapłana, tak gorąco i podniecająco przemawiającego tuż pod murami Udżdy, gdzie taki mówca mógł wzniecić pożar powstania, z obawą spojrzałem na pułkownika Pariel: Uśmiechnął się spokojnie i rzekł:
— To była modlitwa i wzywanie do cnotliwego życia.
Nagle Arab przerwał swoją mowę i krzyknął przeraźliwym głosem, targając i wichrząc na sobie włosy:
— Zkara! Zkara! Zkara!
Zasłuchani, modlący się, skupieni Arabowie nagle oprzytomnieli i zaczęli oglądać się, widocznie kogoś szukając. Spostrzegliśmy trzech ludzi, szybko oddalających się w stronę bramy. Kilku stojących obok nas młodych tubylców porwało się w zamiarze pościgu, lecz pułkownik rzucił im kilka słów swym spokojnym głosem, a mówca, dopiero wtedy ujrzawszy konsula, zrobił w jego stronę znak „salamu“ i natychmiast rozpoczął nową improwizację. Wszystko się naraz uciszyło i ustał pomruk tłumu. Prorok zaczął zbierać do plecionego trzcinowego koszyczka datki.
Poco pieniądze temu żebrakowi w łachmanach, przepasanych powrozem? — pytałem siebie. Poco te centymy i franki temu ptakowi, co nie sieje i plonu nie zbiera, a istnieje imieniem Bożem — pożerany niegasnącym płomieniem w sercu i w mowie?
Tak myślałem, idąc przez rynek i przez handlowe „suk“, obserwując, jak kupcy arabscy i żydowscy z życzliwym uśmiechem witali pułkownika. Zdziwiła nas wielka ilość rosyjskich samowarów, wystawionych w sklepach. Były to prawdziwe wyroby z Tuły, z markami rosyjskich fabryk.
Skąd się tu zabłąkały? Objaśnił nam to pan Pariel.
— W tym roku sporo Berberów powróciło do Udżdy z pielgrzymki do Mekki. W tem świętem dla prawowiernych mieście afrykańscy muzułmanie spotykają swych współwyznawców z Rosji, którzy przybywają z samowarami i zamieniają je na wyroby afrykańskie — kobierce, siodła i słynne hafty marokańskie.
Zapytałem pułkownika Pariel, co znaczyło słowo „Zkara“, które takie wrażenie wywarło na tłum.
— Zkara jest nazwą plemienia, które mieszka niedaleko Udżdy. Prawowierni muzułmanie nienawidzą ludzi z tego szczepu.
W parę miesięcy później dowiedziałem się szczegółów o tem plemieniu.[35]
Zkara, podobnie, jak szczepy Mlaina i Ghuata, odznaczają się obojętnością dla Islamu i przepisów prawa koranicznego. Uznają tylko proroka Sidi Ahmed ben Jousef z Milianu i jego ucznia Amer ben Slimana, z pochodzenia islamizowanego Żyda. Mają swoich marabut’ów z rodu Ben Jousefa, a najstarszym i dziedzicznym kapłanem jest tak zwany „rusma“. Marabut’y szczepu Zkara pogardzają muzułmanami, jedzą wieprzowe mięso, tak surowo przez Koran zakazane, posiadają własny rytuał religijny i żenią się tylko z kobietami, pochodzącemi z rodzin marabut’ów. Prawowierni muzułmanie oskarżają Zkara o ateizm, zniewagę i demoralizację Islamu i o rozpustę. Istotnie, śród Zkara istnieje podczas święta „bajramu“ ceremonja „lei lach el gholta“, czyli „noc pomyłek“. Po modłach i dokonaniu w świątyni pewnych rytuałów, mężczyźni i kobiety przechodzą razem do ciemnego domu i przy dźwiękach muzyki i śpiewach tańczą, a później oddają się masowej rozpuście. Jest to zwyczaj, raczej jakieś starożytne misterjum, podobne do zebrań sekty „skaczących“, istniejącej w kościele wschodnim w Rosji.[36] Początków jego należy szukać w dawnych kultach pogańskich, rolniczych.
Wieczór w Udżdzie spędziliśmy w gościnnym domu pani i pana Pariel, gdzie poznaliśmy niedawno przybyłego z Sahary mnicha orderu „Białych Ojców“. Biały habit z czarnym pasem i czarnym krzyżem na piersi, poważna i spokojna twarz mnicha, spędzającego życie na pustyni śród Tuaregów i innych półdzikich koczowników, mówiły o jakiejś sile, którą przeciwstawia chrześcijańska biała rasa nieprzejednanemu Islamowi i mało znanym, magicznym kultom, jeszcze czającym się na czarnym kontynencie. Państwo Pariel namawiali nas bardzo uprzejmie, abyśmy odwiedzili ich w Figuig, tej pięknej oazie, znajdującej się już u progu Sahary.
O 4-tej zrana doskonałą „limuziną“ wyruszyliśmy z Udżdy przez Tazę do stolicy sułtana, do Mekki Islamu afrykańskiego — Fezu, miasta, pełnego tajemnic, spisków politycznych, uczonych teologów, żywych świętych i do szczytu doprowadzonej sztuki maurytańskiej.



ROZDZIAŁ IX.
PRZEZ WYSCHŁE RZEKI.

Jechaliśmy w ciemności, gdyż było daleko jeszcze do świtu. Olbrzymi samochód sześcioosobowy, rzucając ze swych latarń dwa duże snopy światła, wywijał się z labiryntu uliczek Udżdy, rykiem rozpędzając tubylców dążących na rynek na wielbłądach i osłach. Wreszcie wjechaliśmy na szosę. Szofer popędził całą siłą. Mignęły w ciemności jakieś kolonje, otoczone drzewami, jakieś zabudowania, lecz wkrótce otoczyła nas kamienista pustynia. Gdy świtać zaczęło, mogliśmy dojrzeć podnoszącą się aż do horyzontu równinę nagą i martwą, przeciętą wąskotorową kolejką strategiczną; jedziemy równolegle z nią, czasami przejeżdżając z jednej jej strony na drugą. Rzadko tylko kolejka znika nam z oczu, odbiegając nieco dalej od szosy i kryjąc się śród łagodnie pofałdowanych pagórków. Przy szosie, w pewnej odległości jeden od drugiego, pobudowano posterunki pomocnicze dla ruchu samochodowego. Są to małe murowane domki, posiadające zapasy wody, benzyny i smarów. Rzadziej, przy większych osadach, znaleźć można garaż dla remontu. Towarzystwa transportowe, podtrzymujące towarowy i pasażerski ruch samochodowy zapomocą wozów lekkich, oraz ciężkich, olbrzymich autobusów, obmyśliły i zorganizowały idealny niemal plan bezpieczeństwa i szybkości komunikacji.
Około Naimy dopędziliśmy mknący autobus, który opuścił Udżdę na kilka minut przed nami. Długo nie chciał szofer autobusu przez współzawodnictwo z naszym prywatnym szoferem ustąpić z drogi i pozwolić się wyminąć. Rycząc straszliwie, pędziła nasza „limuzina“ w chmurach piasku, podnoszonego przez cztery podwójne, potworne koła autobusu, aż ten raczył skręcić na stronę. Mignął nam tylko, wionął wiatrem i benzyną, które zmieszały się z triumfującym rykiem naszej maszyny i z syczącem „sale bête“ naszego, obrażonego w swej dumie, szofera.
Przelatujemy przez kamienne mosty, przerzucone nad różnemi i bardzo licznemi „uedami“, czyli rzeczkami. Są to rowy, mniej lub więcej głębokie, pełne zupełnie białych, okrągłych kamieni. Wody nigdzie ani śladu, gdyż dawno ją wysuszyło nielitościwe słońce. Jednak, z pewnością, przechowała się ona gdzieś głębiej, zaczaiła w porowatych warstwach gleby, gdyż w niektórych miejscach łożyska wyrastają przy brzegu gęste krzaki kwitnących oleandrów i niewysokie zarośla tamaryndowe.
Trochę dalej na płaszczyźnie podnosiły się okrągłe, niby bukiety, kopulaste, pojedyńcze drzewa terpentynowe, wyrastające tuż w pobliżu wyschłych „uedów“, przepełnionych wodą w deszczowych okresach. Szalone, głębokie potoki wody, mętnej i wirującej, mkną wtedy temi łożyskami, porywając i tocząc kamienie i coraz głębiej wżerając się w pierś ziemi. Ślady tej potęgi wodnej widzieć można na każdym kroku. Świadczą o niej wymownie obtoczone i ogładzone kamienie, wyrzucone na brzegi zwały, utworzone z nich głębokie wąwozy, wyżłobione i wyżarte w ziemi przez mknące potoki. Niektóre z tych wąwozów można raczej nazwać „kanjonami“, gdyż są głębokie nieraz na 30 — 40 metrów, o brzegach urwistych, o całej sieci mniejszych wąwozów, połączonych z głównem łożyskiem.
Przecinając tę pierwszą pustynię, spotkaną w Afryce, zrobiłem jedno spostrzeżenie, które później kilkakrotnie sprawdziłem.
Drzewa północno-afrykańskie, krzaki, nawet trawa mają okrągłą koronę, zawsze i wszędzie. Może to pochodzi od równomiernie dmących wiatrów z różnych stron świata, lecz romantycznie nastrojona myśl chce widzieć w tem przejaw jakiegoś wyższego rozumu, który zmusza rośliny rosnąć tak, aby dawały znękanym przez słońce istotom najwięcej radości. Istotnie, w kolistym cieniu drzew i krzaków roi się od drobnych gryzoniów, ptaków, płazów i owadów.
W godzinach, gdy oszalałe słońce, niby pęknięte naczynie z rozpalonem do białości roztopionem złotem, wylewa zabójcze strugi swych promieni i żaru, przenikającego korkowy hełm podróżnika i grube płótno namiotów — wszystko co żyje chowa się w cieniu roślin. Tylko czarny, niby na węgiel spalony pustelnik kamienny fruwa sobie na największym skwarze, migając białą piersią i białą plamką nad ogonem. Reszta boi się wychylić za granicę okrągłego cienia, rzucanego przez drzewa i krzewy.
Minęliśmy kilka osad tubylczych ze stojącemi na uboczu domami francuskiej administracji i siedzibami europejskich kolonistów, z polami ze zbożem, kukurydzą, rzadziej z niewysokiemi łozami wina, lub z równemi rzędami drzew oliwnych. Czasami wznosi się jakaś już opuszczona „kasba“. Potężne jej mury i baszty już zaczynają się rozsypywać i padać. To są obronne grody w postaci jednego budynku, gdzie się nieraz mieściły całe szczepy z ich dobytkiem i stadami, gdzie płynęło ich życie, z jego radością i męką. O wschodzie słońca otwierano jedyną bramę, a o zachodzie — zamykano, i wtedy już żadna żywa istota nie mogła się dostać do wnętrza. Jeżeli to był swój — dostawał radę zanocowania w polu, przy koniu lub wielbłądzie, jeżeli przybywał obcy — mógł otrzymać postrzał od stojącego na czatach mieszkańca „kasby“. Teraz te zbiorowe domy, twierdze i wsie zarazem zostały bez mieszkańców, którzy coraz gromadniej przechodzą na rolę, zakładając swoje plantacje, wzorując się na Europejczykach. „Kasby“ służą dla noclegu bydła, zresztą powoli zamieniają się w gruzy, opuszczone, ponure i groźne. Niektóre z nich zniszczyła wojna z Francuzami, gdy zdobywali ogniem armatnim „kasby“ wojowniczych, butnych plemion.
Tylko w Wysokim Atlasie „kasby“ pozostały siedzibą szczepów, a ręka tubylców podtrzymuje upadające mury, wzmacnia je i wznosi nowe piętra na starych basztach.
W pustyni bieleją niby oazy rozrzucone posterunki wojenne — czworokąty, otoczone murami, z wieżyczką obserwacyjną i budynkiem dla nielicznej załogi. Pędzimy dalej i dalej; szosa — gładka, jak stół, więc szofer bierze szybkość do 75 kilometrów na godzinę. Migają białe, murowane słupy z napisami. Wskazują one drogę główną do Fezu, Rabatu i Kazablanki, a także wszystkie boczne drogi automobilowe i nawet ścieżki, zdatne tylko do jazdy na mułach, a więc do Bou-Houria, do Tinnabourt, do osad, położonych u stóp grzbietu Dżebel Bou Ladżeraf, a należących do pracowitych rolników i wprawnych hodowców bydła z plemienia Beni Bou Zeggu. Jest to jedno z zagadkowych plemion północno-afrykańskich, gdyż mówią językiem Berberów, lecz mają swój własny rytuał religijny, swoją odrębną magję i twierdzą, że ich prarodzicielką była kobieta chrześcijanka — „lalla“, a więc święta.
W pustyni często spotykaliśmy ocementowane studnie, założone przez Francuzów.
Wykopać studnię w pustyni jest najmilszym dla Allaha czynem — głosi Koran, a więc francuscy urzędnicy oraz komunalne grupy kolonistów zakładaniem studni zyskują serca tubylców. Około jednej studni spostrzegliśmy dwóch jeźdźców. Byli to Berberowie. Poili swoje piękne rumaki z cementowanego koryta przy studni. Jeźdźcy stali około koni, owinięci w burnusy, zakrywające im szczelnie nawet twarze, co zwykle czynią tubylcy w drodze, jak gdyby się bali opalić swe bronzowe, lub zgoła czarne oblicza. Czynią to jednak w innym celu. Jadąc przez nieznane okolice, nie wiedzą dnia i godziny, kiedy jakiś „dżinn“ może się wślizgnąć do ust i spowodować chorobę. Dlatego w dalekich podróżach tubylcy starannie osłaniają sobie usta. Berberowie mieli w ręku długie karabiny arabskie o wąskich, wykrzywionych kolbach, upiększonych srebrem i perłową masą.
Gdy wskoczyli na siodła, a konie pomknęły, zdawało się, nie dotykając ziemi kopytami, jeźdźcy z opartemi o biodra strzelbami, z rozwiewającemi się nakształt skrzydeł burnusami, wyglądali bardzo malowniczo.
Lecz samochód szybko mija tych „synów pustyni“ i wkrótce dogania idący pociąg, przepełniony białemi postaciami tubylców z ich żonami, zawiniętemi z głowami w swoje „haiki“. Czarni pasażerowie wgramolili się nawet na wozy i siedzą na dachach.
Większemi osadami, napotkanemi po drodze, były „Taurirt“ oraz „Gersif“.
Pierwsza z tych osad ciągnie się lewym brzegiem rzeki Za i posiada ludność mieszaną europejsko-arabsko-żydowską. Małe, brudne domki otoczone są szerokiemi i równemi ulicami. Za miastem widać ruiny „kasby“. W historji Marokka miejscowość ta, leżąca na ważnych drogach handlowych, zapisała się walkami pomiędzy różnemi konkurującemi ze sobą dynastjami. Płaszczyzna Taurirtu przechodzi na południu w równinę Tafrat, gdzie się znajduje miasteczko Debdu, stolica niezależnego niegdyś państwa. Obecnie jest to miasto izraelickie, bardzo oryginalne z punktu widzenia folkloru i stosunków żydowsko-arabskich.
Żydzi z Debdu bardzo starannie przechowują starą wiarę, a jeszcze staranniej — stare berberyjskie przesądy i praktyki „kabbały“. Obok uczonych rabinów spotkać tu można „madżusów“, czyli magów i „kahinów“ — wróżbiarzy. Jak wiadomo, Żydzi, mieszkańcy dzielnic „mellah“, są wszędzie w muzułmańskich miastach pogardzani jako niewierni, a perjodycznie nawet ścigani nienawiścią prawowiernych wyznawców Islamu. Tymczasem w Debdu istnieje zupełnie inny stosunek. Tu rządzą Żydzi, a muzułmanie pracują u nich, jako robotnicy rolni oraz służba domowa. Czem się to objaśnia? Mówiono mi, że w okolicach Debdu mieszkają tubylcy szczepu dość obojętnego dla nauki Proroka i uznającego Ben Slimana — za największego świętego.
Nie wiem, czy jest to dość realną przyczyną dla tak niezwykłego stosunku muzułman do Izraelitów. Myślę, że właściwa przyczyna kryje się w tem, iż tutejsi Żydzi oddawna są rolnikami i rolnictwa nauczyli tubylcze plemiona z Flusz, Hassian el’Jhoudi i innych miejscowości, zabezpieczając im w ten sposób istnienie w okresach, kiedy wojna przerywała wszelki ruch handlowy w kraju.
Przy zlewie rzeki Melellu z największą rzeką Marokka — Mulują znajdowała się za czasów Ptolomeusza starożytna Galafa, na której miejscu widzimy obecnie małe centrum kolonizacyjne, wojenny posterunek i małą wieś tubylczą; wszystko to razem stanowi Gersif. Miasteczko to było zbudowane za czasów El-Bekri i przechowało jeszcze najstarsze mury z tego okresu. Należące do wojowniczego szczepu Uled-Mesaud, koczującego w stepach Beni Bu Jahi, miasteczko to podczas wojen domowych było kilkakrotnie burzone do szczętu, o czem świadczą pozostałe resztki murów i innych budowli. Tu została niegdyś w pień wycięta armja Almohadów, podczas jej odwrotu ze wschodu.
W dość brudnej restauracyjce podano nam nie bardzo gorącą i nie bardzo dobrą kawę, po której ruszyliśmy dalej. Droga idzie po dawnemu przez kamienistą pustynię, która tylko w jednem miejscu nabiera wyglądu stepu, gdyż na kilkuset hektarach rosła jakaś pożółkła trawa i niskie krzaki palmowe, podobne do kęp mchu. Ale i tego już było dość, aby tu kipiało życie. Stepowe skowronki, skalny pustelnik i jeszcze jakieś drobne ptaszki przelatywały od jednego krzaku do drugiego, polując na szarańczę i inne owady; śmigały drobne myszy polne, zabarwione kolorem ochronnym; prawie z pod kół samochodu podniosły się dropie. Podczas moich wycieczek i polowań w bardziej południowych szerokościach zdarzyło mi się strzelać dropie. Najczęściej są to albo „Otis Houbara“, albo „Otis Arabs“ — znacznie mniejsze od znanej w Europie i Azji „Otis tarda“, która coraz rzadziej jest spotykana w Afryce Północnej. Z kupy kamieni, otoczonych wysoką trawą, zsunęła się duża jaszczurka. Spotykałem ten rodzaj później kilkakrotnie. Arabowie nazywają ją „Dabb“; należy ona do rodziny Agama, w zoologji znana jest pod nazwą — Uromastix spinipes. Na południu Marokka, Tunisu i Algieru tubylcy łapią „dabby“, wykarmiają i przyrządzają z nich bardzo poszukiwane potrawy. W magicznej praktyce żółć, mózg i język tej jaszczurki, która dochodzi czasami do 45 cm długości, są w wielkiem użyciu, co zawdzięcza biedna „dabb“ magicznemu znaczeniu liczby 21, bo tyle właśnie pierścieni posiada w swoim ogonie.
Ta zaludniona oaza prędko pozostała za nami i znowu otoczyła nas pustynia, jednostajna i martwa, z ławicami drobnych kamieni, suchemi łożyskami rzek i potoków. Ten beznadziejny krajobraz czasami tylko ożywiały ciągnące na horyzoncie sznury wielbłądów, objuczonych towarami, lub czworobok wojennego blokhauzu z tkwiącym na wieżyczce odwachem.
Niemało naszych rodaków z legji cudzoziemskiej spędziło tu tygodnie i miesiące w tych odludnych, przerażająco smutnych miejscowościach.
Wreszcie po paru godzinach wjeżdżamy w wąwozy i rozpadliny grzbietu Ghiata, spotykamy wodę w łożyskach rzek, wodę w postaci nieraz ledwie dostrzegalnych strumyków, lecz są to rzeki, które w porze deszczowej wyryły dla siebie głębokie, zawiłe fosy i z każdym rokiem zarywają się coraz głębiej, jak gdyby zamierzały przekrajać ziemię na dwoje, lub same chciały się zapaść pod ziemię przed swym wrogiem — słońcem.
Zatrzymujemy się koło komory celnej. Była to Taza — duże miasto, ukryte za górami. O nas tu już wiedzą i nie mamy żadnych kłopotów z naszemi bagażami. Zato nasz szofer ma dużo pracy: musi nalać wody i benzyny do maszyny i zmienić jedną nadwyrężoną oponę.
Korzystamy ze sposobności i wyruszamy na przechadzkę.
Pierwsze, co ujrzeliśmy ciekawego, były jaszczurki, które biegały po pionowym murze komory. Długie na 15 — 20 cm, szaro-brunatne, posiadały długie palce, z szerokiemi poduszkami na końcach. Były to tak zwane „gekko ścienne“, czyli Tarentola Mauretanica, bardzo miłe i pożyteczne zwierzątka, ścigające muchy, komary, pająki i inne owady. Co prawda, czasami gekko okazują się szkodnikami nielada. Tak naprzykład stało się w północnej części prowincji Orańskiej, gdzie kolonistom, zamierzającym zaprowadzić pszczelnictwo, gekko wyłapywały wszystkie pszczoły. Te biedne jaszczurki mają bardzo kruche ogony. Dość schwycić gekka za ogon lub nastraszyć go, aby zeskoczył ze ściany, a ogon natychmiast odpada, odłamując się jak gdyby był ze szkła. Zresztą szybko odrasta. Gekko jest, zdaje się, jedyną jaszczurką posiadającą głos. Wieczorami, gdy wychodzi na łowy, wydaje dość głośne okrzyki.
Po gekkach oglądaliśmy bardzo pobieżnie Tazę.
Taza leży na drodze, prowadzącej z Algierji do Atlantyku, tą drogą oddawna posuwała się ludzkość w swej walce o byt, a później różni najeźdźcy. W grotach Kifan El Ghomari i w starożytnych kurhanach tubylcy odnajdują broń i inne przedmioty z epoki kamiennej i pierwszych okresów żelaznego wieku. Na rzece Taza i w różnych dzielnicach miasta pozostały ruiny rzymskie. Już w VIII. wieku Taza istniała i słynęła ze swych kopalni złota. Wojny, szalejące nad Mahrebem, boleśnie odbiły się na tem mieście i żaden historyk z pewnością nie potrafiłby określić, ile i jakie „Raia“, czyli sztandary, powiewały nad jego murami. Obecnie założono tu jeden z największych w Afryce francuskiej obozów wojennych, gdyż w obwodzie Tazy do dnia dzisiejszego trwa walka z powstańcami, lub niepodległemi dotąd szczepami, nie uznającemi władzy sułtana marokkańskiego. Francuzi prowadzą operacje na południu przeciwko niepodległym plemionom — wojowniczym i dzikim góralom Ghiata i Beni Uarain; na północy zaś z powstańcami, którzy zamierzają pozbawić obecnego sułtana, wiernego Francji, tronu Idzisa I-go i wielkich władców Mahrebu.
Te powstania przeciwko sułtanowi stanowią epidemję miasta i mają charakter jak gdyby zarazy. Za panowania sułtana Muley Abd-El-Azisa, podniósł w Tazie rokosz i ogłosił się sułtanem Marokka samozwaniec, czyli po arabsku „roghi“ — Muley Mhammet, przezwany — Bu Hamara. Walka trwała dość długo, gdyż samozwańca podtrzymywał powstaniec marabut Amama z Algierji. Jednak sułtan zwalczył zuchwałego roghi, schwytał go i w żelaznej klatce przywiózł do Fezu, gdzie wystawił swego wroga na placu, aby gawiedź miejska mogła mu się przyjrzeć. Jednak Bu Hamara potrafił zbiec. Schwytany powtórnie i osadzony w klatce, został męczony głodem i następnie oddany na pożarcie lwom w menażerji pałacowej.
Wielki meczet, liczne zauja, kubby, grobowce, barwne „Suk“, karawan-seraje, pałace baszy, starszyzny i bogaczy, gmachy francuskie, koszary, mury, cmentarz nowy i cmentarz przedhistoryczny przebiegamy w pośpiechu. Zatrzymałbym się może na dłużej przy nekropolu, gdzie dawni nieznani mieszkańcy pozostawili po sobie setki mogił, zostałbym, nie zważając na rozpaczliwy ryk syreny naszego samochodu, wołającego na nas wielkim głosem, lecz przechodzę, bo już wiem, że te mogiły oddawna są wypatroszone przez poszukiwaczy skarbów. Ci poszukiwacze należą do osobnej kasty, mają nawet swoich marabut’ów, swoją magję, przez nich tylko używane zaklęcia i talizmany.
Jest to bardzo interesująca klasa ludzi, pełnych przedsiębiorczości, pomysłowości, zdrowego instynktu i nadzwyczajnej odwagi, gdyż ludzie ci muszą poszukiwane skarby wyrywać wprost z gardła złym duchom, demonom i straszliwym potworom. O tych strachach i niebezpieczeństwach szczegółowo opowiadają marabuty i „sekhar“ — czarownicy, szczególnie poważani przez poszukiwaczy skarbów; jednak sami awanturnicy nigdy ani słówka nie pisną o tem, co widzieli w dzikich grotach, podziemiach, w lochach starych „kasb“ i śród zwalisk fenickich, rzymskich i portugalskich miast i zamków. Mówią, że nie wolno o tem rozpowiadać, gdyż skarb nie da się plotkarzowi w ręce, lecz przytem uśmiechają się tak swobodnie, że można się domyśleć, iż żadnych demonów i potworów nigdzie i nigdy nie spotkali.
Wyruszamy dalej. W fałdach Ghiata czają się niewielkie gaje dębowe; okoliczna zaś równina posiada dość dużo pól uprawnych; na spadkach gór pasą się liczne stada bydła rogatego i owiec. Droga długo wije się śród wzgórz. Często spotykamy otoczone drzewami i małemi polami ze zbożem tubylcze wsie, lub duary, czyli grupy namiotów koczowników-pastuchów.
Czarne dzieciaki biegły ku pędzącemu samochodowi, krzycząc radośnie: Ui-luil! Ui-luil!
Dość jednak trochę baczniej im się przyjrzeć, a odbiegają i, zatrzymawszy się, wyciągają w naszą stronę ręce z rozstawionemi palcami.
Jest to pospolite ludowe zaklęcie od „złych oczu“, podobno doskonale działające na poczekaniu. Podaję receptę dla amatorów:
Gdy się podejrzewa kogoś, iż spojrzał „złemi oczami“, przynoszącemi nieszczęście lub chorobę, należy wyciągnąć w jego stronę rękę, złożoną w pięści, nagle wyprostowawszy i wyprężywszy palce, wyrzec krótką formułę:
— Khamsa fi Ainek!
Słowa te po polsku brzmią: „Pięć palców ci w oko!“
Gdzieś czytałem, że Napoleon I używał tego zaklęcia, czyli „fal“, podczas kampanji egipskiej.
Przemknęliśmy około kilku niedużych kasb. Gromadka bardzo malowniczych kobiet o dumnych twarzach dość śmiało i wyzywająco pokazywała nagie smagłe piersi i ramiona, siedząc w cieniu murów.
Szosa zaczęła szybko podnosić się dość gwałtownemi wirażami na górski grzbiet. Z jego szczytu ujrzeliśmy olbrzymią ciemno-zieloną, prawie czarną oazę, niebieską wstęgę rzeki, wysmukłe minarety i białą plamę miasta. Było podobne do mieniącego się opalu, otoczonego ciemnemi szmaragdami w oprawie złotych, pożółkłych traw, rosnących na spadkach gór.
To był Fez — pan i władca umysłów i serc Mahrebu.



ROZDZIAŁ X.
OPAL W SZMARAGDOWEJ OPRAWIE.

Gdy wielki sułtan Muley Idriss II el Azhar kazał zatrzymać się swej awangardzie na szczycie grzbietu Zalagh, ujrzał głęboką kotlinę, pełną roślinności bujnej i pięknej, a przeciętą dwoma rzekami — zaczął pewnego razu swe opowiadanie pewien bard marokański, otoczony tłumem wiernych, wychodzących z cmentarza Bab Fetouh, a mój przewodnik, młody Arab z Fezu, tłumaczył jego wyrazistą mowę.
— Nie wiem, — mówił sułtan, — co pociągało mnie do tego miejsca, o którem nigdy nie słyszałem, lecz które widziałem oczami duszy mojej. Teraz leży oto tu, pod mojemi stopami. Widzę tu ziemię od kresu do kresu, a wydaje mi się w tej chwili, że oto spadł z palca mego wielkiego ojca pierścień, dany mu przez tajemniczego Hendi[37] z potężnem magicznem zaklęciem; złoty pierścień z mlecznym, mieniącym się barwnemi centkami opalem, w wieńcu z ciemno zielonych szmaragdów. Piękne to miejsce i godne potomków świętego Ali, który córę wielkiego Proroka miał za żonę, a ona powiła potomstwo i krew swoją przekazała nam, Idryssydom.
„Sułtan miał twarz natchnioną i pełne zachwytu i szczęścia oczy.
„Zdumieli się wodzowie, otaczający szerifa,[38] zdumiały się hufce rycerzy, zdumieli się imamy, ulema[39] i dostojni uali, zdumiały się żony Idrissa, zdumiały się rzesze niewolników, ponieważ na równinie, przeciętej rzekami, nic nie było, oprócz gęstych zarośli i wstęgi rzeki. Zrozumiał zdumienie swego otoczenia sułtan i zawołał:
— Ślepi jesteście, jak krety, a dusza wasza jak niewolnik, skuty łańcuchami! Albowiem powiadam wam, iż widzę olbrzymie miasto o tysiącach tysięcy domów, wspaniałe pałace, bogate meczety, minaretami strzelające do nieba, widzę tłumy mieszkańców, a śród nich Aniołów-posłańców Allaha! O, wielki Allahu Akbar, Khalek[40], Khaled[41] — Allah, uczyń tak, aby gród ten stał się siedzibą nauki, mądrości i wiary: zrządź, aby tu czczono Twoje przykazania i prawa, i aby mieszkańcy pozostawali wiernymi sunnom Koranu i modlitwie tak długo, jak długo istnieć będzie ten gród, który zaczynam od tej chwili wznosić.
„Mówiąc to, Idriss zaczął tuż na piasku kreślić plan murów obronnych i głównych gmachów miasta. W tej chwili do siedzącego na skale władcy zbliżył się nieznany człowiek w łachmanach, przepasanych powrozem; miał długie powichrzone włosy i brodę; w ręku trzymał zakrzywioną laskę pielgrzyma, a pod pachą czaszkę ludzką i krzyż — symbol Aïssa.[42]
— Jestem Nesrani,[43] pędzę żywot pustelnika — rzekł. — Mieszkam tu w górach oddawna i miałem widzenie, iż przyjdzie tu wielkie wojsko pod wodzą potężnego władcy, a Jedyny Bóg kazał mi oznajmić, że tam, gdzie się spotykają dwie rzeki, ginąc w gąszczu drzew i krzaków, ośmnaście wieków temu istniał wielki i bogaty gród nieznanego narodu, po którym pozostały tylko mogiły. Gród ten nosił nazwę Sef, a po zaginięciu miał być wzniesiony na nowo przez człowieka imieniem Idriss z rodu Wschodniego Proroka.
— Niech będzie pochwalone imię Allaha! — zawołał uradowany sułtan. — Jestem z rodu Mahometa-Proroka, a imię moje — Idriss, przyszedłem tu założyć miasto, gdzie będą powtarzane wszystkie 99 imion Pana i Twórcy, i nauka jego Proroka kwitnąć będzie!...
Stało się to 3 lutego 808 r., gdy założone zostały dzielnice Adua el Andalus, Adua et Karauin i wkrótce otoczone murami, broniącemi przed napadami straszliwego murzyna Khabala, grasującego w kraju. Wódz Idrissa, mężny Saïs, zwalczył murzyna, podbił wszystkie szczepy, koczujące w dolinach rzek Fez i Sebu, a wtedy sułtan Muley Idriss kazał dla podróżników, wszystkich wiernych i „berrania“, czyli cudzoziemców, trzymać otwartą od wschodu do zachodu słońca piękną bramę Bab Ifrikiya.[44]
Legendę o powstaniu Fezu i towarzyszących mu tajemniczych zjawiskach opowiada prawie tak, jak czynią to ludowi śpiewacy, autor księgi „Rawd el-Kirtas“, napisanej w r. 1326 w Fezie, gdy to miasto istotnie stało się ośrodkiem muzułmańskiej mądrości, nauki, pokoju, centrum całego Mahrebu, zapalając wyobraźnię ludzi innych krajów.
Podług historyków arabskich zjawił się Fez na powierzchni kontynentu afrykańskiego, dopiero w IX wieku po Narodzeniu Chrystusa. Cóż było tu przedtem? Czy istniał, kto zbudował zagadkowe Sef i co się stało z jego budowniczym? Jaki naród pozostawił po sobie szeregi mogił dokoła murów, wzniesionych przez Idryssydów, wychodźców z Sahary Almorawidów, berberyjskie plemiona Almohadów, tych górali z Wysokiego Atlasu, którzy panowali później w Sewilli hiszpańskiej?
A przecież tu w tej kotlinie o urodzajnej glebie, przy zbiegu dwóch rzek, w tej oazie, zacienionej wspaniałą roślinnością, w tem miejscu, łatwem do obrony przed najeźdźcami, powinno było oddawna, od tysięcy wieków być siedlisko ludzkie. Berberowie, którzy wyprzedzili azjatyckich Arabów, zagarniając przed nimi północ kontynentu, byli tu przybyszami i niezawodnie walczyli z dawniejszymi mieszkańcami. Nauka jednak nic jeszcze stanowczego o tych pierwotnych synach Afryki nie orzekła. Czekają na jej wyrok mogiły, kurhany, jaskinie, rozrzucone dokoła królewskiego Fezu.
Ale te echa są podobne do szeptów, westchnień i cichych szmerów niewidzialnych istot, czających się w noce wiosenne w gąszczu drzew i sitowia, lub do cieniów nieuchwytnych, ślizgających się w półciemnych zakątkach opuszczonych świątyń pogańskich.
Takie dziwne wrażenia ogarnęły nas odrazu, na wstępie, jeszcze przed murami Fezu. Pędziliśmy od Tazy naszą limuziną z wielką szybkością, nie bardzo zwracając uwagę na rodzaj dróg. Czy były to wspaniałe szosy, czy tylko „pistes carossables“, czy wprost kamienista pustynia — szofer, obojętny na wszystko, parł z niezmierną szybkością. Widocznie, nie bardzo przypadło to do gustu samochodowi, bo tuż pod murami grodu Idrissa II zastrajkował. Trzeba było albo czekać, aż szofer załatwi swój spór z autem, lub też iść do hotelu na piechotę. Wybraliśmy to ostatnie wyjście i ruszyliśmy w stronę najbliższej bramy.
Nie doszliśmy jeszcze do niej, gdy stanęliśmy jak wryci. Zjawiła się przed nami scena biblijna, obraz z Ziemi Świętej. Przy studni siedział na kamieniu Arab o długich włosach, spadających mu na ramiona, z brodą, spływającą na biały burnus; jedną rękę opierał o wysoki kij pasterski, a drugą miał wzniesioną ku niebu i cichym, przejmującym głosem rzucał słowo po słowie.
Mimowoli przyszło mi na myśl „Kazanie na górze“, ponieważ mówca zaczynał każde zdanie od jednakowych wyrazów i, poczęło mi się wydawać, że rozumiem, w obcej mowie wypowiadane słowa:
— Błogosławieni czystego serca...
— Błogosławieni pokój czyniący...
Podobieństwo było tem bardziej uderzające, że naokoło mówcy siedziało... dwunastu zasłuchanych i zapatrzonych Arabów. Liczyłem dwa razy. Nie! nie pomyliłem się. Było ich dwunastu!
— Chrystus i apostołowie!... — wyrwał się Zochnie szept.
Wrażenie było dziwnie wzruszające, niezapomniane, gdyż niezwykłe i nieoczekiwane, a takie znane z lat dziecięcych, gdy matka pokazywała obrazki z Nowego Testamentu.
— To jest Hadż[45] — objaśnił, podchodząc do nas jakiś młodzieniec w zamiarze zarobienia w roli chwilowego przewodnika. — Hadż to nabożny, twardy w wierze Reszid[46], powracający po długiej i uciążliwej pielgrzymce ze świętej Mekki. Opowiada o swej podróży, namawia innych do niej, obiecuje pomoc i łaskę Allaha i Proroka. Ci, co otaczają Hadża, są zwykli „mumenin“ — wierzący ludzie, którzy nieraz przez całe życie próżno marzą o tej miłej Allahowi pielgrzymce.
Westchnął i odchodząc, szepnął po arabsku tradycyjną modlitwę:
— La Allah Illa Allah u Mahomed Rassul Allah, Allah Akbar.[47]
Trafiliśmy do miasta przez Bab el Maruk i w dziesięć minut później, odprowadzani przez tłum umorusanych i hałasujących chłopaków, ujrzeliśmy cel naszej podróży — hotel „Transatlantique“, czyli w skróceniu „Transat“, gdzie zamieszkaliśmy pod opiekuńczem skrzydłem energicznej i gościnnej dyrektorki pani Ossun.
Ten dziwny zbieg okoliczności, że nazwisko dyrektorki było zbliżone do naszego, — właściwie, było skrótem naszego nazwiska, — przyjęliśmy jako dobrą wróżbę. Wszak byliśmy w Mahrebie, kraju przeznaczenia i przesądów, i już zaczęliśmy żyć jego życiem i jego ideami.
Miła pani Ossun przeznaczyła dla nas prześliczny pokój, o wielkich cedrowych drzwiach i cedrowym pułapie, pachnącym wonną żywicą. Drzwi i dwa okna wychodziły na małe „patio“ — podwórko z posadzką z wzorzystej majoliki, z szemrzącą fontanną i dwoma bardzo pięknemi drzewami bananowemi. Po posadzce biegały zwinne, zielone jaszczureczki, wesołe i śmiałe, uganiając się za muchami i motylami, a z basenu fontanny wypełzały czasem jakieś ślimaki o czarnych konchach i drobne kraby.
Zochna, która narazie krzywiła się na to sąsiedztwo, wkrótce zupełnie się z niem oswoiła, gdyż te drobne żyjątka były nader spokojne, miłe i przyjemne w pożyciu. Nigdy ich nie znajdowaliśmy pod kołdrą, nie właziły nam pod poduszki i nie spadały na głowę z sufitu. Nawet ani razu nie spotkaliśmy ich w naszym pokoju. Były o wiele lepiej wychowane od tych wężów, które w Indjach podobno wpadały Kiplingowi do zupy lub urządzały sobie legowisko w kieszeniach jego ubrania.
Hotel nie długo jednak zatrzymał nas, gdyż śpieszno nam było rozpocząć zwiedzanie Fezu, tak obrazowo nazwanego przez wielkiego sułtana Idrissa „opalem w oprawie ze szmaragdów“. Nie zważając na przerażający upał, wyszliśmy na ulicę, gdzie nas opadli młodzi tubylcy, narzucając się nam na przewodników. Wziąłem jednego z nich, imieniem Hafid; był to „tolba“, czyli student z jakiejś „medersa“[48] — sprytny młodzieniec, dobrze mówiący po francusku; dzięki jego „akademickim“ stosunkom widziałem niejedno, co zwykle dla podróżnika zostaje ukryte. Mój zawód pisarski imponował Hafidowi, co też mi bardzo pomogło, gdyż młodzieniec starał się nadzwyczajnie i czasami dokazywał rzeczy, przy istniejących warunkach, wprost niemożliwych.
Z tym właśnie Hafidem wyruszyliśmy na pierwszą naszą wycieczkę po Fezie. Słońce kaskadami wylewało z rozpalonego nieba potoki płynnego złota, które zdawało się, ściekało po ścianach domów i zniszczonych murach, aż dochodziło do ziemi, a wtedy płynęło dalej leniwie i ociężale, zaglądając wszędzie, do każdego zaułka, każdej szczeliny w murze, pod zmurszały próg rzeźbionych drzwi i za zakratowane okienka.
Wszędzie wrzała walka promieni słońca z cieniem. Ciemno-szafirowy cień tulił się do konarów drzew, czaił się pod wystającemi okapami dachów, lub za jakąś wysmukłą kolumną, czyhał za załamaniem się uliczek, wyciągając czasami długie macki z jednej strony dziwacznego placyku lub zaułka na drugą, znacząc sobą kierunek gałęzi platanu lub figowca. Mrok zaś panował niepodzielnie tylko w domach, w meczetach i w głębokich niszach sklepików, ponieważ tu sami ludzie bronili go przed pochłaniającemi wszystko dokoła potokami złocistego, gorącego słońca, szczelnie zasłaniając okna i otwarte wnętrza straganów.
Żadnej twarzy europejskiej na ulicach Fezu o tej godzinie pożogi słonecznej spotkać nie można. Wszyscy siedzą w zacienionych biurach, lub w domach z zapuszczonemi roletami drewnianemi. Tylko Arabowie, Berberowie, murzyni i inni czarni i bronzowi ludzie tłumnie suną ulicami miasta, zrzadka ocierając spocone twarze, golone głowy lub podnosząc do góry burnusy i wymachując ich połami. Kobiety tubylcze w swoich niezliczonych szatach, ukrytych pod burnusami, z narzuconemi płachtami na głowy i z twarzami, do brwi od góry i do oczu od dołu zasłoniętemi grubemi, lub cienkiemi tkaninami, chodziły wolnym krokiem, jak zwykle, niczem nie zdradzając, że nieznośny upał im dokucza.
Jedna okoliczność tylko dowodziła, że gorąco działa i na te „salamandry“. Na każdym kroku spotykaliśmy handlarzy wodą. Byli to przeważnie murzyni, czy też mieszańcy murzynów z Berberami. Półnadzy, z kawałkiem skóry na biodrach, mieli na plecach duże wory z koziej skóry, z sierścią nazewnątrz. Wory te lśniły się od wody, kapiącej przez wszystkie szwy. Handlarze zaciekle dzwonili w wielkie dzwonki mosiężne i ochrypłemi głosami wykrzykiwali:
— Tessaut! Bared ma![49]
Co chwila podbiegali do murzyna ludzie i z blaszanych kubków chciwie pili wodę. Podobno te kozie wory lepiej nawet przechowują wodę w chłodnym stanie, niż porowate gliniane naczynia, ponieważ mokra, włochata skóra daje dużą powierzchnię dla parowania wody, co oziębia zawartość wora.
Wszędzie słyszymy szmer wody na ulicach. To płyną potoki rynsztokami i znikają nagle gdzieś pod ścianą domu, to szeptem dźwięcznym opowiada jakąś legendę cienka struga wody, tryskająca z otworu w emaljowanych, barwnych kafelkach fontanny, to pluska odnoga, odprowadzona od głównego prądu rzeki Fez; przed wiekami została ona ujęta w podziemny kanał, który wychodzi na powierzchnię ziemi zupełnie nieoczekiwanie, gdzieś, w ciemnej uliczce, ukrytej pod sklepieniami dwuch połączonych ze sobą „dar“, czyli wielkich domów, prawie pałaców, kupców lub starszyzny. Ta arystokracja pochodzi z rodzin szlachetnego szczepu Beni Merin, niegdyś protegującego dynastję Merinidów, o których wdzięczną pamięć przechowuje też w swem sercu, w legendach i historji. Miasto przecina wartka rzeka; w różnych dzielnicach miasta znaleźć można baseny i fontanny. Szczęśliwe miasto, rzucone pośród gołych gór i kamienistych stepów! Poeci dawnych wieków śpiewali na cześć Fezu ody w Mekce, Kairze, Bahdadzie i Kordobie.

„Gród przez Allaha tak umiłowany,
Że dał mu wody źródła niezliczone,
Co pragnienie gaszą i moc nieznaną dają,

By ludzie żyli w mocnej wierze, cnotach i radości.“

Lecz z biegiem czasu Fez stał się przeludniony, a do jego rzeki i do ujętych w kanały potoków, źródeł i odnóg wartkiego uedu[50], zaczęto wrzucać odpadki domowe i spuszczać różne brudy. Zjawiły się śmiertelne choroby: tyfus, dezynterja, cholera, aż perjodycznie zaczęły wybuchać epidemje, mające źródło w zakażonej wodzie, o czem w końcu XVI-go wieku dość obszernie mówi portugalska „Copia do Imperio e reinos dos Xarifes.“ Arabscy lekarze zrozumieli zależność epidemji od zanieczyszczenia wody i jeszcze w XIII-ym wieku nakazywali używanie wody, płynącej poza murami miasta. Handlarze wodą, wszyscy ci murzyni i metysi, należą do jednego z niezliczonych cechów, czy „Klanów“ Fezu i są ludźmi uczciwymi. Do swoich worów nabierają wodę wyłącznie ze źródeł, płynących z gór, albo nawet przywożą ją na mułach z daleka, naprzykład ze źródła, położonego o 15 kilometrów od Fezu, a wpadającego do rzeki Sabu. Ta uczciwość jest wielkiem szczęściem dla „Fasi“, czyli mieszkańców Fezu, bo inaczej zarazki chorób znalazłyby w tych kozich worach niezdobytą twierdzę, a z niej robiłyby śmiałe wyprawy do żołądków i kiszek ludzkich.
Handlarz wodą jest poza uczciwością swoją trochę czarownikiem.
— Trochę... — podkreślił, opowiadając mi o tem Hafid — ponieważ nalewając wodę, mruczy magiczną formułę zaklęcia, tradycyjnemi ruchami zwilża swój worek zzewnątrz, posiada talizman, chroniący od zarazy, i ma dzwonek, którym odpędza „dżinnów“ — demonów choroby.
Chociaż handlarze wodą są uczciwymi typami i nawet „trochę czarownikami“, jednak, gdy przeciągając Fez w różnych kierunkach przez miesiąc prawie, widzieliśmy tych prawie dwieście tysięcy ludzi, o dość pierwotnem pojęciu o higjenie i sanitarji, a ciągle tłoczących się na ulicach i zanieczyszczających je i w dzień i w nocy, — zrozumieliśmy, że przed władzami francuskiemi stoi trudne zadanie uzdrowienia miasta i zastąpienia przekazanego przez Almohadów i Merinidów systemu kanałów współczesnym wodociągiem.

FEZ. WIDOK ULICY

Ale praca to będzie nielada! Trzeba będzie zniszczyć lub zamknąć od wieków istniejące arterje kanałów i akwedukty, zmienić bieg rzeki i zburzyć cały szereg „sekkaya“, ulubionych, popularnych fontann, owianych najczęściej legendą, zabobonem lub wspomnieniem o dawno umarłym uali, albo o potężnym emirze. To wzbudzi wielkie poruszenie w masie ludności, to może dać hasło do poważnych zamieszek, o których marzą w Fezie i... w Moskwie.
Znaleźć źródło, wykopać studnię, przeprowadzić akwedukt dla dobra ludzi — to zasługa przed Allahem, lecz zburzyć to, pozbawić ludność chociażby na jedną minutę wody — to, podług „reszidów“ Islamu — zbrodnia, na którą odważy się tylko „rumani“, czyli biały człowiek.
Łatwo zrozumieć z tego, jakie delikatne i drażliwe zadanie ma przed sobą Europejczyk w danym wypadku.
Hafid, nie zatrzymując się, prowadził nas dalej przez miasto, siecią przecinających je wąskich uliczek, aż wyszliśmy na „suk“[51] koszykarski, gdzie robotnicy pletli kosze i worki z liści palmowych i z prętów oleandrowych. Tym „sukiem“ doszliśmy do bramy w chwili, gdy przez nią wchodziła do miasta „Gafla“, czyli karawana, złożona z dwudziestu wielbłądów, niosących na garbatych grzbietach olbrzymie ładunki suchych liści i łodyg palmowych.
— Te „Żmel“[52] idą z południowych obwodów Marokka, z oaz, gdzie rosną palmy daktylowe, a wiozą swój ładunek dla tego „suk“ Tala.
Zatrzymaliśmy się w cieniu bramy, przepuszczając majestatycznie kroczące wielbłądy. Szły z podniesionemi głowami, a z dużych oczu zwierząt można było wyczytać przerażenie, mękę i rozpacz.
Patrząc na te olbrzymie zwierzęta o jednym garbie, powolne i pokorne człowiekowi, przypomniałem sobie ich azjatyckich dwugarbnych kuzynów.
Tamte nie mają wyglądu niewolników, pełnych przerażenia i bezgranicznego poddania się woli człowieka-tyrana. Odwrotnie, — baktryjski wielbłąd w pewnych wypadkach i w pewnych okresach nawet się buntuje i rzuca się na swego właściciela. Gdy opowiadałem o tem Arabom i Berberom, dziwili się, gdyż nigdy nie spotkali się u wielbłądów z protestem. Dlaczego istnieje taka różnica w psychice tych dwuch odmian zwierzęcia? Może wielbłąd afrykański został dawniej ujarzmiony od azjatyckiego, i dla niego pozostały tylko rozpacz, męka i lęk? Azjatycki zaś zachował jeszcze pęd do wolności, a ten pęd podtrzymują w nim jego niepodlegli rodacy z pustyni Hami, Gobi i z zachodniego Tsaidamu?
Gdy temi myślami dzieliłem się z Zochną, karawana minęła nas. Hafid prowadził nas dalej, lecz, przeszedłszy bramę, zatrzymał się i rzekł:
— To jest Bab el Maruk, o której istnieje cała literatura arabska i berberyjska, a legendy o tej bramie spotkać można nawet u mieszkańców Sahary i Senegalu. Był tu w zeszłym roku jakiś podróżny i opowiadał, że w europejskich książkach są też poezje o Bab-el-Maruku. Czy to prawda?
Opowiedziałem Hafidowi, że ta brama została uwieczniona w utworach wielu wybitnych poetów w różnych językach.
— To już państwo wiecie o Bab-el-Maruku? — spytał znowu z rozczarowaniem w głosie. — A ja chciałem opowiedzieć wszystko, co w Fezie mówią o tej bardzo starożytnej bramie!
Właśnie spodziewałem się zebrać podania ludowe o Bab-el-Maruku, więc bardzo gorąco prosiłem Hafida, aby opowiedział, co o niej wie; żeby mu szło raźniej, zaprosiłem go do kawiarni maurytańskiej, gdzie nikt nam nie mógł przeszkodzić i gdzie łatwiej byłoby spisywać.
— Dziękuję panu! — zawołał uradowany. — Ale przedtem niech państwo bardzo uważnie przypatrzą się tej bramie i zapamiętają każdy jej szczegół.
Był to potężny blok, zbudowany z ubitej gliny i kamieni o „barwie wieków“, — tej szaro-żółtawej barwie, co pokrywa z biegiem czasu wysiłki ludzkie, niezależnie od kraju i stopnia cywilizacji narodów. Barwa ta jest jednakową na murach pagod w dżungli Indyj, na piramidach w Egipcie, na basztach i mostach zwodzonych starych zamków w Europie i tu, w tym grodzie wojowniczych berberyjskich rodów panujących. Przez gruby mur przechodzi Bab-el-Maruk niby głęboki tunel i z „suk“ Tala prowadzi na drogę, okrążającą całe miasto. Mury, przez które prowadzi brama, otaczają kasbę Filala, wzniesioną przez Mohameda-en-Naser dla swojej gwardji przybocznej, złożonej z wojowników z Tafilalet, co właśnie dało nazwę kasbie.
Na murach tuż przy Bab-el-Maruku spostrzegliśmy wielkie haki żelazne, mocno rdzą zjedzone, a pod niemi długie, ciemne plamy i smugi niby pleśni, niby występującej wilgoci.
Przeszliśmy drogą na prawo od bramy i dotarliśmy do krawędzi głębokiego wąwozu, zarośniętego wysokiemi drzewami. Śród zieleni ujrzeliśmy tarasy domów arabskich, a w urwistych spadkach wąwozu — duże i małe jaskinie. Z niektórych wznosiły się słupy dymu, a przy wejściu siedzieli i stali ludzie.
— Tutaj mieszkają żebracy, — objaśnił Hafid, — przybywający koczownicy i włóczęgowie z całego kraju, trudniący się nauczaniem Koranu po wsiach, podróżujący „ulema“, wróżbiarze, czarownicy, zaklinacze wężów, bandy tancerzy, grajków, śpiewaków i ludzie nieznanego pochodzenia i niewiadomo czem się trudniący.
Zrozumieliśmy, że widzimy przed sobą jaskiniowe siedziby ludzkie, zmienione obecnie w barłogi nędzarzy i najstarsze chyba na świecie „hotele“, gdzie na ścianach pod warstwą sadzy i brudów można czasem odnaleźć rysunki ludzi pierwotnych.
Za wąwozem stał do połowy już zburzony, stary arabski fort, dalej wyniosłe grobowce sułtanów-Merinidów, a jeszcze dalej, zakrywając horyzont, wznosiła się góra Zalagh.
Powróciliśmy do Bab-el-Maruka i przy jednej z pobliskich uliczek wstąpiliśmy do kawiarni. Tu, popijając drobnemi łykami aromatyczną kawę, Hafid snuł swe opowiadanie:
— Stary Fez (bo jesteśmy w dzielnicy Fez el Bali) przeżył dużo! Sułtanów z rodu Idrissa, zastąpili Almorawidzi, po nich zaś przyszli Almohadzi, Merinidzi i inni. Miasto, nie przestając być skarbcem wiary, nauki, literatury i sztuki, to górowało nad innemi miastami kraju, to podupadało, lecz na krótko, zdawałoby się poto tylko, aby jeszcze bardziej rozkwitnąć. Przychodziły tu czasem i złe chwile, gdy miasto częściowo ginęło pod ciosami zdobywców, od pożaru, lub od powodzi, jak to było za sułtana Abd el Mumena, który zburzył miasto, wstrzymawszy bieg rzeki. Jednak wnuk jego — Jakub el Mansur odbudował to, co zburzyli jego dziad i woda. Z tych czasów jednak prawie nic nie pozostało, oprócz Bab el Maruka!
„A czy wiecie, państwo, co znaczy ta nazwa? „Brama Spalonego“ — taką jest nazwa tego monumentu, istniejącego od roku 1204-go. A dlaczego tak nazwano bramę Mansura? Oto, gdy sułtan wzmacniał mury Fezu el Bali, podniosło się przeciwko niemu berberyjskie plemię, żyjące w górach Ghomara. Na czele powstania stanął mahdi El Obeida, który był spowinowacony z ostatnim z Almorawidów. Po długiej walce mahdi został zwyciężony i dostał się do niewoli. Sułtan Jakub el Mansur rozkazał pod sklepieniem bramy rozpalić wielkie ognisko i w ciągu kilku dni przypiekał powstańczego wodza, aż wreszcie kazał go spalić na popiół. Wtedy właśnie powstał tu „suk“ koszykarzy, ponieważ Mansur kazał zebrać do koszów popiół ze stosu i posłać go góralom Ghomara, aby wiedzieli, co pozostało po ich wodzu i jego pomocnikach, spalonych razem z nim. Spalono tu w 150 lat później ciało zmarłego w Fezie bardzo dziwnego człowieka. Nazywał się Ibn el Khatib, a był poetą, podróżnikiem, kaznodzieją, historykiem, lekarzem, magiem i posłem sułtańskim w Hiszpanji; resztki jego grobowca można dotąd odnaleźć śród zarośli „karmusse en-usdra“[53] i aloesów. Spalono tu także księgi fałszywego proroka Slimana wraz z jego wysłańcem.
— A te haki w murach? — zapytałem.
— Na nich wieszano głowy, ścięte z wyroku sułtana zbrodniarzom i powstańcom. Plamy ściekającej krwi pozostały, gdyż wżarły się w mur...
Powiedziawszy to, Hafid uśmiechnął się i ciągnął dalej:
— Raz do roku sułtan przybywał przed Bab el Maruk i sądził winnych. Przez cały rok czekali dnia sądu więźniowie, uginając się pod ciężarem kajdan i gnijąc w zaduchu i wilgoci kazamat. Gdy osądzono stu więźniów na stracenie, 99-ty mógł podług prawa obyczajowego żądać ręki córki sułtana. Musiał mieć jednak jakieś zalety, a więc — albo być bardzo bogatym, albo silnym, bystrym w biegu, wprawnym w strzelaniu, lub też pięknie śpiewać lub opowiadać. Taki skazaniec bywał pokazywany królewnie. Jeżeli go nie odtrącała, był uratowany, jeżeli zaś, mimo jego zalet, odrzucała go, wtedy sułtan mówił:
— Nie masz pieniędzy, nie masz szczęścia, masz tylko pchły! Zginiesz!
„Ścinano mu głowę, lecz wieszano ją oddzielnie, na honorowym haku, czasem nawet w żelaznej klatce, aby kruki i krogulce nie wydziobały oczu. Z biegiem czasu sułtanowie i ich zastępcy — „kalifa“ wprowadzili zwyczaj solenia ściętych głów, aby dłużej mogły się przechowywać i wisieć dla postrachu zbrodniarzy i wrogów władcy. Soleniem głów trudnili się izraelici, dlatego ich dzielnicę nazywamy „mellah“, co znaczy „solony“.
„Przez bramę Bab el Maruk wprowadzali do miasta Maurowie andaluzyjscy, którzy stanowili znaczną część ludności Fezu, niewolników chrześcijańskich — tych „nesrani“[54], jak ich nazywano. Tu niektórych ścinano, niektórzy stawali się „khadem“ czyli niewolnikami, sprzedanymi z licytacji; tu z kobiet zrywano szaty i nagie sprzedawano do haremów. Gdy została kupioną, nabywca narzucał jej na twarz zasłonę „Ltam“, a wtedy stawała się obywatelką miasta i broniło ją prawo Koranu i prawo obyczajowe „mubach“.
— Dużo łez i krwi wsiąkło w tę ziemię, Hafidzie? — zapytała Zochna.
— O, pani! — szepnął chłopak i zakrył twarz rękoma na znak przerażenia. Z tego zrozumieliśmy, że bezwzględna i surowa władza dawnych sułtanów marokańskich zapisała się krwawemi zgłoskami w pamięci ludu Mahrebu, gdzie od wieków istnieje odosobnione, a burzliwe imperjum szerifów.[55]
Wyszedłszy z kawiarni, jeszcze raz zatrzymaliśmy się przed Bab el Maruk. Stała w swej wiekowej szacie, skąpana w płonącem słońcu, obojętna, niby stuletni starzec, obciążony brzemieniem wspomnień o dawnych dziejach i przeżyciach; stała — potężna swoją niezłomnością, lecz budząca rozrzewnienie w chwili, gdy pod jej sklepienie wpada ryczący samochód, lub gdy o jej gzymsy obijają się falsetowe gwizdki lokomotywy wąskotorowej kolejki wojskowej, zdążającej na Zachód, ku Atlantykowi.
Lecz „brama spalonego“ pociągała nas ku sobie i nieraz jeszcze powracaliśmy tu z moją żoną podczas naszych wycieczek po mieście bez Hafida.
Widzieliśmy Bab el Maruk o godzinie, gdy słońce tonie daleko za horyzontem, a rzuca na dzieło sułtana-zwycięzcy ostatnie pożegnalne promienie. Wtedy wydawało się nam, że wszystka krew, przelana u podnóża bramy, podnosiła się do jej szczytu niewidzialnemi szczelinami i wypełniała ją, aż stawała cała w szkarłacie, niby w purpurze królewskiej.
Stawaliśmy przed Bab el Marukiem o porze nocnej, gdy brama wyłaniała się z mroku jak czarne, potężne widmo, nieuchwytne w swych kształtach i konturach, lecz ogromne i ponure.
Gdy księżyc rzucał na nią garść bladych promieni, zaczynały się odcinać od czarnej masy oświetlone narożniki i gzymsy, a w czeluści przejścia kłębić się i tłoczyć zaczynały jakieś chybkie cienie, rozlegały się jakieś szmery, niby jęki, niby westchnienia.
Może to były nietoperze, jaszczurki gekko lub małe sowy, gnieżdżące się tam, lecz kto wie? być może, że to dusze straconych tu niegdyś wodzów odważnych plemion z gór i z pustyni przeklinały i groziły nielitościwym władcom Mahrebu, a może — to cienie nieznanych nikomu chrześcijańskich męczenników, porwanych przez Maurów z południa Iberji, Italji, Balearów i Sardynji, przybywały do Bab el Maruka oglądać miejsce swojej śmiertelnej trwogi i rozpaczy i błagać Boga-Sędziego o miłosierdzie i nagrodę w Niebie.
Zawsze, o każdej porze dnia i nocy, przemawia Bab el Maruk do serca i duszy człowieka, a jeżeli uprzytomnić sobie w tej chwili, że prowadzi ona do tajemniczego, zaczajonego i skupionego w sobie Fezu, jednego z najbardziej porywających miast świata muzułmańskiego, wtedy wprost niesamowitą wyda się szaro-żółta bryła starej bramy.
Nasz Hafid był rozkochany w starym Fezie, w Fezie el Bali, i z pogardą mówił o nowym Fezie, czyli o Fez Dżedid. Rodzina jego pochodziła z Fezu el Bali, on się tu urodził, tu się uczył w „msid“[56], a teraz studjuje nauki w „medersa“ i nie chciałby nigdy opuścić miasta. Słowem — jest „reszid Fasi“ — prawowierny mieszkaniec Fezu. Dzięki tej jego prawowierności dobrze poznaliśmy starą dzielnicę stolicy Mahrebu.
Znowu przez Bab el Maruk wyszliśmy za miasto i poszliśmy na lewo od niej.
Wkrótce ujrzeliśmy wielką kasbę Czerarda, olbrzymi kwadrat murów, otaczających stare koszary wojowników z plemion Czerarda i Udaja, stanowiących jądro armji sułtańskiej, w tych koszarach mieści się obecnie wspaniale urządzony szpital francuski i pułk strzelców senegalskich; pod murami kasby w pewne dni tygodnia odbywa się wielki targ, gdy tu spędzają z okolic bydło, konie, muły i osły. Widzieliśmy ten targ „khemis“, ten prawie jednobarwny tłum biało ubranych ludzi, zrzadka tylko poplamiony postaciami koczowników w granatowych lub pasiastych burnusach, lub Żydów w czarnych płaszczach i czarnych myckach. Tłum ten otacza stada owiec, gromadki rogatego bydła, dosiada koni i mułów, próbuje siły osłów. Wszystko to porusza się bardzo żywo, lecz niewidać gwałtownej gestykulacji i nie słychać hałaśliwych krzyków, gdyż zakazuje tego prawo obyczajowe i tradycyjna etykieta Islamu. Jednak hałas nie jest wykluczony. Zdarza się to wtedy, gdy oszukany przez kupca klient zaczyna wygłaszać przeciwko niemu mowę, coraz bardziej się zapalając i przechodząc w tony histeryczne. W ten sam sposób odpowiada oskarżony i, jeżeli w porę nie wtrąci się władza, czy to francuska, czy sułtańska, może się zdarzyć, że przeciwnicy porwą za noże i wyniknie poważna bójka, po której do sąsiedniego szpitala przybędzie nowy pacjent. Hałas czynią też bandy meskinów — żebraków, wykrzykujących na cały głos modlitwy i błagania o jałmużnę; gromadki podróżujących grajków, tancerzy, sztukmistrzów i bardów. Wszyscy oni długo i nader hałaśliwie reklamują swoją sztukę, a później bardzo krótko odrabiają swoje „numery“.
„Meskin“ afrykański — to członek potężnej organizacji, przenikającej całe życie miast marokańskich i algierskich, będącej specjalnym klanem, który posiada swoje tradycje, prawo, ba! nawet szkoły; klasa najbardziej dowcipnych i wesołych ludzi w całym Mahrebie. Jest to kasta uznająca prawo dziedziczności i najściślejszą specjalizację. Każdy żebrak, czy żebraczka są przedewszystkiem wybornymi etnografami, psychologami i znawcami „figh“ czyli prawa, regulującego podług Koranu czyny wiernych, i „akaïd“ — regulującego wiarę i praktyki religijne. Te dwa prawa stanowią najwyższe prawo Koranu, czyli „szaria“, wykładane w uniwersytetach muzułmańskich. Meskini śmiało mogliby być profesorami w „medersa“ lub korepetytorami dla „tolba“-studentów. Niektórzy z żebraków, operujących przy wielkich meczetach i śród ludzi wykształconych i bogatych, władają „boskim językiem“ Koranu, czyli „el lougha“, używając go w mowie potocznej tak, jak nasi przodkowie posługiwali się łaciną. To daje meskinom dobry i stały dochód.
Inni żebracy znają na wyrywki całą litanję świętych uali, szanowanych ulema, mędrców i proroków, a wiedzą, który z nich przez jakie szczepy jest najbardziej uznawany i otaczany czcią. Meskin jednym rzutem oka, nawet wtedy, gdy jest... ślepy, pozna w przechodniu człowieka z tego lub innego szczepu i natychmiast zaczyna żebrać w imię przygodnego świętego.
— Na Sidi Ali ben-Mohammed! Na Sidi El Hadj-Abou-Hafs, człowieku dobry, szlachetny mumenie, błaga cię ubogi, z głodu i pragnienia umierający Ibrahim ben Nail! Święci twego szczepu, którzy dali mu sławę i bogactwo, wynagrodzą cię sowicie, jeśli spełnisz wolę Allaha i nie pozostawisz bez jałmużny proszącego!
— Lalla, Imma-Hallula i Sidi Ahmed ben Jusef, i Sidi Bu-Dżema, i święty Mazus-Billah rozdawali jałmużnę ducha bogaczom i jałmużnę dłoni biedakom! Wzoruj się na nich, przechodniu, bo przecież z twego wyszli szczepu ci bogobojni i święci uali!
— Na Amer-ben Slimana!
— Na Sidi Abd-er-Rahman-ben-Menateki!
— Na Sidi Ibrahim-Et-Tazi!
Jak wirujące w trąbie powietrznej suche liście, latają, padają i znowu się zrywają głosy żebraków, skamłających o jałmużnę.
Muzeum typów, żargonów, łachmanów, zawojów, fezów, głosów i imion — świętych! Kalectwa przeróżne, prawdziwe i sztuczne, udawane artystycznie; wstrętne, nigdy nie widziane choroby, uschłe nogi i ręce, zrośnięte palce, powyginane stopy, wrzody na źrenicach oczu, rany trędowatych, hypertroficznie rozrośnięte stopy, usta i piersi kobiet, chorych na „elephantiasis,“ czyli słoniową chorobę; jakaś do drutów żelaznych podobna szczecina, wyrastająca z warg i dziąseł; ropiące się strupy na ciele; odpadające palce i dłonie; — a cała ta nędza jęczy, skamla, odgania od siebie chmary much, wzywa Allaha, Proroka i świętych wszystkich zakątków północnej Afryki od Sahary i Wysokiego Atlasu do burzliwego Atlantyku i łagodnego morza Śródziemnego.
— Na Sidi Kacem! — zaczyna zawodzić jakiś żebrak, lecz nagle urywa i, zwracając „ślepe“ oczy na sąsiada, z cichym śmiechem mówi:
— Na Allaha! Nie poznałem tego kupca! Wczoraj naciągnąłem go na Sidi Amer-ben-Slimana i na Dżilali, bo to — heretyk. A dziś popsułem sobie interes. Szkoda, bo bogaty i hojny!
Zamyślił się ślepiec na chwilę, coś kombinując, ale natychmiast porwał się z miejsca i, zabiegając drogę wysokiemu, majestatycznemu Berberowi, wołać zaczął:
— Ślepe krety! Niewdzięcznicy! Nie pamiętacie imienia wielkiego Amer ben Slimana, mądrego i miłościwego! W imię uali Ben Slimana błagam o jałmużnę. Na Amer Ben Slimana!
Srebrna moneta błysnęła w powietrzu i wpadła do nadstawionego koszyka ślepego meskina.
W różnych miastach i miasteczkach Afryki północnej uważnie przyglądałem się żebrakom, ale szczególne pole dla spostrzeżeń dał mi Fez.
Widziałem nieraz przed wschodem słońca, jak wychodziły bandy meskinów z ruin murów, z brudnych barłogów, jak ciągnęły z jaskiń i cmentarzy, rozrzuconych za murami miasta, ze zwalisk odpadków miejskich, z gąszczów aloesów i trzcin nadbrzeżnych, z wąskich, cuchnących uliczek bliższych i dalszych dzielnic Fezu, a wtedy zjawiali się przywódcy-żebracy „mokaddem“, nawołując od czasu do czasu:
— Ashab! Ashab! Towarzysze! Towarzysze! — wskazywali partjom meskinów miejsca ich działalności na dzień bieżący, aby nikomu z kasty nie działa się niesprawiedliwość.
Po porannej modlitwie wszystkie placówki już są zajęte przez żebraków i wierni dają jałmużnę codzienną w postaci pokarmu, lub pieniędzy. O tej godzinie wszędzie rozlegają się dziękczynne słowa żebraków:
— Nharek mebruk![57] Allah Bezzak[58] zapłaci ci za mnie!
— Allah iaunek![59]
— Allah ihhafdhek![60]
A bogobojni muzułmanie, oddawszy żebrakom wczorajsze kuskus lub kilka placków, odpowiadają:
— Emczi bes-slama![61]
Żebraków używają nieraz jako tragarzy, posłańców, załatwiających nieraz najbardziej delikatne sprawy, a nawet jako szpiegów i agitatorów. Nieraz pomiędzy jakimś zupełnie niedostępnym haremem, a bogatym i pięknym kupcem, odbywa się za pośrednictwem żebraków korespondencja, która może się zakończyć albo ucieczką kobiety z haremu męża i władcy, albo jej śmiercią, albo krwawą zemstą zdradzonego męża nad pomysłowym współzawodnikiem.
Pewien dawny mieszkaniec Fezu — izraelita z dzielnicy Mellah, opowiadał mi, że 17. kwietnia 1912 r., gdy już został podpisany akt o protektoracie Francji nad Marokiem, ulicami Fezu zaczęły przebiegać tłumy żebraków. Wchodziły do niektórych domów, oddawały jakieś listy i wychodziły z ciężkiemi tłomokami, niosąc je do ubogich domków nędzarzy, na zgiełkliwe natłoczone „suk“, „fonduków“[62] i karawan-serajów. Inni „meskini“ biegali od koszar wojsk sułtańskich do meczetów, medersa i domów starszyzny fezańskiej, niezadowolonej z uległości sułtana wobec „niewiernych“, szeptali coś, naradzali się i biegli dalej tajemniczy i groźni. Rzadko tylko rozlegały się pojedyńcze słowa:
— Dżihad, — Medżahedin! Święta wojna, Wojownicy za wiarę!
I nagle buchnął strzał, a usłyszano go wszędzie, we wszystkich zakątkach oczekującego i wzburzonego Fezu el Bali. Niby echo rozległo się jeszcze kilka wystrzałów, a później salwa od strony koszar, gdzie napadło na Francuzów zbuntowane przeciwko sułtanowi wojsko berberyjskie. Trzy dni trwała walka w labiryncie wąskich uliczek, w pajęczynie zaułków starego Fezu, gwizdały i szczękały kule i gruchnęło kilka pocisków armatnich, roznosząc śmierć i ogień nienawiści. Białe postacie wrywały się do domów Europejczyków i mordowały ich bez litości, strzelano z długich karabinów arabskich do francuskich patroli.
Na czwarty dzień dopiero żebracy od rana siedzieli na swych dawnych placówkach, roiły się, jak zwykle, suk, kissaria[63] i fonduki, nabożni szli do meczetów, muezzini wołali na modlitwę, „tolba“ słuchali ulema. Wszystko ucichło, niby nie pamiętając o wczorajszym krwawym dniu, widząc wszędzie tkwiące, baczne na wszystko patrole francuskie i wytoczone na wzgórza armaty. Tylko szeptem opowiadano sobie, że 68-miu niewiernych zgładzono z tego świata, że uszkodzono mury tej lub innej świątyni, że trzystu wiernych „mumenów“ poszło do raju, gdzie za wierność przepisom „Świętej Księgi“[64] wyszedł na ich spotkanie sam Prorok Mahomet, opiekun i obrońca Islamu.
W ciemnych jaskiniach żebracy fabrykują kaleki, niemowy, ślepców, głuchych, a nawet warjatów, ale nie zupełnie warjatów, bo tacy dostają się zwykle na łańcuch do przytułku, lecz pół-idjotów, o minach kretynów, głupim śmiechu i jeszcze głupszych ruchach. Tu w tych jaskiniach po pracowitym dniu żebracy wyprostowują swoje „sparaliżowane“ członki, wyjmują z uszu korki z suchych włókien agawy, zwilżonych żywicą, zmywają bielma z oczu, oswobadzają język od ściągającej go prawie niedostrzegalnej nitki, wyrwanej ze ścięgna baraniej nogi, a czyniącej żebraka niemową.
Tu uczą procederu, specjalności żebraczej, a nauka rozpada się na teoretyczną, zbliżoną do teologji, i na praktyczną, składającą się z wystudjowania zmiany głosu i użycia pewnych ruchów, zależnych od charakteru kalectwa; tu meskini z bandy jednego typu czynią podział zarobku i opowiadają o wypadkach dnia, plotkach i spostrzeżeniach, przeplatając je śmiechem, żartami, dykteryjkami i dowcipami wprost wisielczemi, wyśmiewając siebie samych, bogobojnych dobroczyńców, nabranych na kawał przechodniów lub przyjezdnych z dalekich miast ludzi, cudzoziemców, wszystkie cnoty ludzkie i wszystkie wady i grzechy.
W okolicach Fezu widziałem małe jaskinie, raczej szczeliny, nory, wyryte w ziemi, zasłonięte dziurawym burnusem, szarą płachtą płócienną lub matą słomianą; Hafid, towarzyszący mi, objaśnił, że to są lokale małżeńskie, gdzie się mieszczą żebracze pary, skojarzone wspólnością losu i obliczone na weselsze życie i lepsze interesa. Żebracy żenią się tylko pomiędzy sobą i, zdaje się, istnieje nawet pewien antagonizm dzielnicowy, zapewne ze względów bezpośredniej konkurencji wypływający. Szczepowych zaś przesądów wcale zauważyć się nie daje.
Obok arystokracji żebraczej, władającej znaczną wiedzą teologiczną, cieszy się wielkiem poszanowaniem ten odłam kasty meskinów, który uprawia czarnoksięstwo, magję i znachorstwo. Należy jednak zauważyć, że czarnoksięstwo żebraków stanowi „biała magja,“ osnuta na magicznem znaczeniu i zestawieniu imion Allaha i nigdy nie posługująca się złemi potęgami. Mężczyźni-meskini są przeważnie „sahir“, czyli czarownikami, fabrykującymi talizmany od chorób i „złego oka“, kobiety zaś są — „kahina“, co znaczy — wyrocznia. Te ostatnie są szczególnie liczne i, jak wskazuje niemiecki etnograf Sprenger,[65] zawód ten od niepamiętnych czasów był uprawiany przez kobiety arabskie i berberyjskie. Żebracza brać należy zawsze do pewnego bractwa religijnego i jest ośrodkiem najbardziej ortodoksyjnego Islamu. To może się wydać dziwnem, lecz związek naturalny, etniczny pomiędzy nauką Proroka, a pozostałościami pierwotnych kultów jest bardzo mocny i głęboko przenika całe życie muzułman. Zresztą, czyż nie widzimy tegoż w Europie?

Naprzykład, w Rosji, gdzie pierwotne kulty, zabobony i czary nigdy nie przeszkadzały praktykom kościelnym wyznawców wschodniego chrześcijaństwa, lub w katolickiej Hiszpanji, gdzie żyją jeszcze magiczne formuły i obyczaje Maurów i gdzie przedstawicielki magji afrykańskiej — cyganki-hitany pozostają jednocześnie najbardziej gorliwemi i żarliwemi córami kościoła; obierają nawet dla całego szczepu „świętego“ — doradcę i kierownika z pośród najbardziej poważanych księży katolickich.
FEZ. SKARBONA W ŚCIANIE MECZETU MULEJ IDRISSA
Znałem też w Pekinie Chińczyków-chrześcijan, gorących, wprost namiętnych adeptów kościoła katolickiego, a jednocześnie podczas świąt Nowego Roku modlących się do smoka, tego tradycyjnego patrona Chin.

Śród czarowników-meskinów spotyka się nieraz tak zwanych „arraf“. Są to ludzie obdarzeni zdolnością jasnowidzenia, co się bardzo ceni śród poszukiwaczy skarbów. Arraf nie tylko wskazuje miejsce, gdzie został ukryty skarb, lecz daje też zwykle amulety, broniące od potworów i demonów, strzegących tego miejsca.
Gdy pewnego razu siedzieliśmy z Hafidem u handlarza pięknemi skórzanemi okładkami do książek, ten, dowiedziawszy się, że jestem pisarzem i że interesuje mnie życie „fasi“[66], opowiedział mi o wypadku, zaszłym niedawno.
— Około kubby Moulej Idrissa, sidi[67] odrazu pozna śród meskinów — grubego Taleb er Khab’a, tego — z kozią brodą i czerwonem okiem. Allah dał mu siłę arraf’a, i nieraz się nią posługiwał Er Khab, otrzymując za to pieniądze i bogate upominki. Jednak przed kilku laty nagle posmutniał zawsze wesoły i uśmiechnięty meskin, zaczął się zamykać i coraz częściej pozostawał na swoim barłogu, nie wychodząc na robotę. Wreszcie znikł z Fezu. Towarzysze jego, którzy przychodzą do mego domu po jałmużnę, opowiedzieli mi, że Er Khab, zrobiwszy kilka amuletów, wyszedł z jaskini i więcej nie powrócił. Narazie myśleli, że poszedł gdzieś daleko za miasto, aby oddać talizmany któremuś z klientów, i że niebawem się zjawi. Arraf jednak przepadł bez śladu na tak długo, że na jego miejsce przyjęto do bandy innego meskina, który się sumiennie wkupił. Gdy banda pewnego dnia szła na swoje placówki około wielkiego meczetu, ujrzano starego Taleba, już siedzącego na swojem zwykłem miejscu. Był jak dawniej uśmiechnięty i wesoły, tylko jedno oko miał dziwnie duże i czerwone.
— Posypały się pytania, okrzyki podziwu, przerażenia i klaskanie w dłonie. Było się czemu dziwić, sidi, gdyż meskin opowiadał o przygodzie niepowszedniej.
— Przychodził do mnie, drodzy towarzysze, — mówił Taleb, — ten wysoki, hojny „tunsi“[68]. Zamówił dla siebie parę talizmanów, dał dużą zaliczkę i powiedział, że, jeżeli w oznaczony dzień nie przyjdzie, to muszę mu dostawić talizmany do Mogadoru. Zmusił mnie nadto do przysięgi, że nikomu o tem ani pisnę. Nie przyjechał, więc sam pojechałem z talizmanem do Mogadoru. Pierwszym człowiekiem, którego spotkałem na wjeździe do miasta, był „tunsi“, widocznie, czekał na mnie! Zaprowadził mnie do dobrego karawan-seraju i tu zamieszkaliśmy. Tunsi opowiedział mi, że odnalazł skarb, — żelazną skrzynię i parę glinianych dzbanków, pełnych złotych monet, ale sam boi się wydostać go z lochu starego domu portugalskiego, gdyż widział tam straszne potwory. „Pójdziemy razem — zaproponował mi tunsi, — co zdobędziemy, to podzielimy na równe części!“ Zgodziłem się i poszedłem. Istotnie wykopaliśmy żelazną szkatułę i dwa małe dzbany ze starem portugalskiem srebrem, złożyliśmy wszystko w dwa wory i wyszliśmy z podziemi szczęśliwie, nikogo tam, oprócz nietoperzy, nie spotkawszy. Przenieśliśmy nasz skarb do zajazdu, gdy nagle w nocy zwaliła się na nas jakaś banda nicponiów, zbiła nas niemiłosiernie, myślę nawet, że zamordowała wtedy mego „tunsi“, niech Allah będzie dla niego pełen dobroci! i zaczęła szperać po kątach, szukając naszej zdobyczy. Widząc, że są zajęci poszukiwaniem, wymknąłem się z izby, włożyłem swój płaszcz i zawój żebraczy i nieznacznie powróciłem, szperając z innymi po całym zajeździe. Byłem pewny, że mnie nie poznają i widząc, że nie zwracają na mnie żadnej uwagi, porwałem niepostrzeżenie z kryjówki swój worek, wypadłem z domu i, kupiwszy sobie dobrego konia, ruszyłem drogą, prowadzącą przez Sale do Fezu. Za Rabatem jednak koń mój zaczął kuleć i zmuszony byłem zatrzymać się przy drodze, aby dać wierzchowcowi wypoczynek. Wkrótce przejechał jakiś jeździec i opowiedział mi, że jacyś ludzie pędzą tą drogą, goniąc rabusia, uwożącego worek złota. „Źle!“ pomyślałem wtedy. Gdy nieznajomy odjechał, zakopałem swój skarb w ziemi, tuż pod wschodnią ścianą małej opuszczonej „zauji“[69], stojącej na zboczu góry; sam zaś poszedłem do pobliskiej wioski i zacząłem bardzo drżącym i brzydkim głosem śpiewać wersety ze Świętej Księgi. Zwykle, jak wiecie, śpiewam bardzo ładnie, tak ładnie, że nawet kobiety z haremów czasem wyglądają z okien i śmieją się dźwięcznie. Tam zaś, w tej wiosce, z pewnością ze strachu śpiewałem wyjątkowo brzydko, samemu mi się wydawało chwilami, że to śpiewa muł! Byłem nawet zły na siebie... Lecz zato pogoń nie znalazła mnie i nie pobiła. Po paru dniach poszedłem po zachodzie słońca do zauji i, nie wziąwszy ze sobą amuletu, bo wszystkie oddałem Tunsi, zacząłem wykopywać swój skarb. Gdy worek się ukazał, chciałem go wyciągnąć, lecz w tej chwili buchnął płomień, opalił mi oko, oślepił i gdy później oprzytomniałem, — na dnie dołu nic nie znalazłem oprócz kupki węgla. Widocznie do worka dostał się jakiś „afrit“[70] i porwał mi mój skarb, gdyż nie powiedziałem formuły „Bismi“ — w imię Allaha miłosiernego!
Handlarz skończył opowiadanie i dodał, śmiejąc się głośno.
— Taleb powrócił do swojej bandy i dalej żebrze, ale każdy frazes zaczyna teraz od „Bismi“, z powodu czego wszyscy nazywają go teraz „Bismi“, stary Bismi, czerwonooki Bismi!
Trzeci stopień szanowanych meskinów stanowią znachorzy, czyli „hakim“, ale ci kryją się ze swoją praktyką, gdyż władze francuskie prześladują tę profesję, jako niebezpieczną dla ludności, szczególnie w okresach panujących epidemij. Wobec tego hakim coraz częściej przerzucają się na inną pokrewną profesję, stają się czarownikami lub wróżbiarzami.
Na bazarze próżno szukaliśmy zaklinaczy wężów. Tego dnia nie przybyli do Fezu. Zato widzieliśmy dziwne widowisko. Kilku grajków na bębenkach i flecie, siedziało na ziemi, grało i od czasu do czasu wykrzykiwało jakieś słowa, po których stary, łysy, siwobrody człowiek zaczynał pląsy, kołysząc się w biodrach i robiąc kilka taktów tańca brzucha, przy wybuchach śmiechu widzów. Imitował dość udatnie ruchy i plastyczne pozy otyłych tancerek algierskich, dodając do tego szereg komicznych uwag i gestów, niezawsze, jak objaśnił Hafid, skromnych i przyzwoitych. Lecz widowisko podobało się publiczności i „artysta“ zarobił kilka monet i spory kawał cukru.
Tuż w pobliżu bazaru zwiedziliśmy cmentarz Bab Maruk z wielką kubbą z prochami Sidi Bu Beker el Arabi, a trochę dalej pod samotną palmą — grobowiec Abd Er Rahman El Filali. Było to porzucone już cmentarzysko, z potrzaskanemi płytami i kamieniami mogilnemi, z porozrzucanemi odłamkami kości i czaszek ludzkich, z zaroślami fig berberyjskich, aloesów, koszlawych tui i anemicznych tamaryndów. Wałęsały się tu zgraje głodnych psów i śmigały jaszczurki. Ale w cieniu kaktusów bliżej drogi, siedziały szczelnie owinięte w nowe białe burnusy i „ltam“[71] kobiety z okolicznych „bled“[72]. Sprzedawały małe chusteczki i szaliki, misternie haftowane różnobarwnym jedwabiem.
Gdy chciałem sfotografować je zbliska, gwałtownie odwróciły się od mego aparatu na 180 stopni wystawiając te części ciała, których pokazywać wcale nie radził mądry znawca kobiet — święty Abu Medyan z Tlemsenu. Zmuszony byłem odejść i z drugiej strony drogi sfotografować już zdaleka te miłe, lecz nieszczególnie dobrze wychowane, aczkolwiek śmiałe damy, które nie pozwoliły na sfotografowanie swych wdzięków.



ROZDZIAŁ XI.
TAJEMNICE MEDERSA.

Znowu ogarnął nas rozpalony w płomieniach słońca i gorącej wiary Fez el Bali. Hafid, nie zwracając żadnej uwagi na upał, prowadził nas przez wąskie uliczki, z wiszącemi nad niemi balkonikami bogatych domów, o mocno zakratowanych oknach i dobrze zaopatrzonych w zamki drzwiach. Student nie chciał pozwolić nam na oglądanie straganów w jednym z „suk“ i z jego pałających oczu wyczytałem namiętne pragnienie pokazania czegoś, co jego samego pociągało.
Z jednego z „suków“ ujrzeliśmy wysoki, kwadratowy minaret z okrągłą kopułą na szczycie, upiększoną złoconemi kulami.
— Przed nami minaret głównego meczetu i głównej medersa „Karuin“! Tu kwitnie nauka Proroka i inne nauki, uznane w świecie mułzumańskim! — szepnął w zachwycie Hafid. — Jest to uniwersytet, najbardziej poważany, posiadający najlepszych uczonych, najznakomitszych profesorów i największą liczbę studentów. Wszystkie inne medersa, a więc Bu Anania, Meshabia, Czerratin, Allarme, Sahridż, Seffarin są zależne od niej. Posiadają one też znakomitych profesorów w pewnych dziedzinach wiedzy, lecz nie mają takiego zespołu, jak uniwersytet, w którym cała nauka nasza ma najświetniejszych na świecie przedstawicieli! O, panie! Naprzykład za dawnych czasów w mojej medersa Sebbaïn wykładali znakomici znawcy naukę „riuaïa“, czyli siedmiu sposobów sztuki czytania Koranu. Tymczasem w Karuin rada profesorska, czyli „meżless ulema“ jest wyrocznią we wszystkich sporach religijnych i naukowych, a do niej po poradę zwracają się z Egiptu, Turcji, Syrji! O, gdybym się mógł dostać w poczet studentów Karuin!
Twarz Hafida pałała, gdy mówił o tem.
— Może poznam któregoś z profesorów, gdy będziemy zwiedzali medersa! — zauważyłem.
— Niestety — nie! Działa tu surowo przestrzegane prawo „horm“, nie dopuszczające do wnętrza ludzi innej wiary! — odparł Hafid.
Jednak, w mojem życiu stale towarzyszy mi szczęście. Ono też nie opuściło mnie i w Fezie, gdyż w sklepie ze starożytnościami właściciel zaznajomił mnie z jednym z profesorów Karuin, a moja umiejętność poruszania dusz wschodnich ludzi, oraz pewne oczytanie w kwestjach historji religji, wzbudziły wielkie zaufanie w muzułmańskim uczonym. Nietylko spędził ze mną dużo czasu na rozmowach, lecz dopomógł mi w nabyciu bardzo starego i pięknego egzemplarza Koranu, stanowiącego najlepszą ozdobę moich podróżniczych zbiorów. Nabycie „świętej księgi“ nie jest wcale rzeczą łatwą i bezpieczną — zapewniam wszystkich sceptyków ryczałtem!
Lecz stało się to w kilka dni później, tymczasem zaś Hafid, lawirując w labiryncie przyległych uliczek, pokazywał nam mury i szereg bram, prowadzących do tej katedry muzułmańskiej i jednocześnie do najwyższej akademji. Od progu tylko mogliśmy zaglądać do wnętrza i słuchać opowiadań Hafida i jakiegoś inteligentnego muezzina, zamierzającego zarobić na nas. Dałem mu odrazu zaliczkę w postaci srebrnego franka, aby był gadatliwy i, istotnie, współzawodniczył w tem z naszym miłym studentem. Cały notatnik zapisałem, słuchając naszych „cicerone“ i muszę z przyjemnością stwierdzić, że obaj dawali ścisłe i rzetelne informacje, które sprawdziłem później, czytając specjalną literaturę o Fezie, osnutą na dziełach „Rawd-el-kirtas“, Leona Afrykańskiego, Jourdan’a, P. Champion’a, M. Zimmermann’a, G. Delphin’a, A. Peretié i innych.
Więc najprzód kilka słów o historji Karuin, opowiedzianej mi przez muezzina „medersa“. Za panowania Idryssydów święta, bogobojna i bogata kobieta — Fatma Bent Mohammed El-Feheri, należąca do berberyjskiego szczepu, przybyłego tu z Kejruanu, zbudowała niewielki meczet ze studnią, istniejącą do naszych dni, chociaż działo się to w r. 859 po N. Chr. Siostra zaś jej Miriam wzniosła inną świątynię — meczet el Andaluz, w dzielnicy zamieszkałej przez Maurów andaluzyjskich. Te świątynie przechowały się w stanie pierwotnym, aż do opanowania Mahrebu przez emirów-Zenet, którzy w roku 918 znacznie rozszerzyli i przyozdobili meczet. W 38 lat później bogobojny Ahmed ben Abu Beker, namiestnik i architekt sułtana Abd-Er Rahmana, króla Andaluzji, porobił znaczne zmiany w planie i konstrukcji meczetu, zbudował stojący obecnie kwadratowy minaret, poumieszczał liczne napisy, wyrżnięte w gipsie i zalane lazurową emalją. Kronikarze z okresu Merinidów zapisali i przekazali potomności te pietyczne, pełne pokory napisy budowniczego, który wykonał piękne i miłe Allahowi dzieło, wydając na to złoto i srebro, otrzymane za wykup niewolników i jeńców chrześcijańskich, więzionych w stolicy berberyjskiej.
Muezzin wskazał nam na złote kule, umieszczone na szczycie kopuły minaretu i rzekł:
— Świątobliwy budowniczy zatknął na szczycie swego minaretu klingę szabli Idrissa II-go, a na niej umieścił złocone jabłko, wysadzane perłami i turkusami, ściągając na miasto błogosławieństwo świętego i potężnego imama.[73]
— Nikt nigdy, sidi, nie targnął się na kopułę i ręka ludzka nie dotknęła nigdy tego jabłka, które było najskuteczniejszym talizmanem. Tylko ptaki urządzały dokoła kopuły swoje gniazda. Karuin przetrwała do sułtana Jussefa ben Abd et Hakk, gdy ją odrestaurowano, upiększono nowemi rzeźbami i dodatkowemi budynkami wewnętrznemi, naprzykład kaplicą, gdzie umieszczono dwa talizmany, przywiezione z Gangesu: złoty ptak, trzymający w dziobie skorpjona, chronił meczet od szczurów; kula z nieznanego kamienia zabijała każdego węża, który w ten lub inny sposób dostawał się do Karuin. A było to w owej dobie rzeczą konieczną, gdyż zdarzyło się kilka wypadków zabójstwa politycznego lub religijnego, dokonanego zapomocą jadowitych wężów.
Opowiadającemu muezzinowi przerwał zazdrosny Hafid:
— A gdy władcy z dynastji Almorawidów rozpoczęli wielkie roboty, zmierzające do rozszerzenia i upiększenia Karuin, podczas budowy głównej bramy, robotnicy, kopiąc ziemię, natrafili na stare sklepienie. Myśląc, że pod sklepieniem został niegdyś ukryty skarb, zburzyli je, lecz znaleźli tam tylko basen ze słodką wodą i żyjącego potwornie wielkiego żółwia. Rosnąc w ciągu stuleci, żółw wbił się ostremi kantami pancerza w kamienie ocembrowania tak mocno, że nikt nie mógł wydostać go z basenu. Wobec tego uczeni postanowili nanowo zamurować sklepienie nad źródłem, pozostawiwszy tam żółwia, który, zrządzeniem Allaha, miał tam wszystko dla życia. Brama ta jednak i kaplica z talizmanami stały się łupem płomieni podczas wielkiego pożaru, niszczącego całą dzielnicę sąsiednich suk’ów; wkrótce jednak odrestaurowano wszystko z niezwykłym przepychem. Karuin stał się szczytem artyzmu i bogactwa. Poeci pisali piękne wiersze o meczecie i medersa, pobożni nie mogli się skupić, odrywani od modlitwy bogactwem i przepychem świątyni. Gdy Almohadzi zdobyli tron Mahrebu, rada uczonych i imamów w Fezie, nie wiedząc, jak się będą zachowywali zwycięzcy i nowi władcy, okleiła wszystkie ściany i kapiące złotem emalją i drogiemi kamieniami sufity warstwą papieru, pomalowanego wapnem na biało. Uczyniono to z obawy przed możliwem splądrowaniem świątyni. Lecz Almohadzi przysłali tu swych najlepszych budowniczych, Abdallaha ben Daud i Abu Amran Mussa, którzy pokryli główny dziedziniec marmurowemi płytami, wypolerowanemi jak zwierciadło, wznieśli piękny basen dla obmyć rytualnych, fontanny i cudownej piękności marmurowe okno z kratami i napisem, wysławiającym pana naszego Mohammeda.
Księga „Rawd el Kirtas“ właśnie w tym okresie opisuje meczet i medersa Karuin. Mówi zaś o 270 filarach, tworzących 16 naw po 21 ark każda, o przedsionkach, mieszczących około 23 000 pobożnych, o 17 bramach, prowadzących do wnętrza świątyni, o olbrzymich żyrandolach, o skarbcu, o basenach marmurowych piękności nadzwyczajnej, o kazalnicy z drogiego, misternie rzeźbionego drzewa. Z tej kazalnicy przemawiali do tłumu i do sułtanów prorocy, astrolodzy i uczeni „ulema.“
Nie mniej wspaniale przedstawiała się ta świątynia w wieku XVI-ym, gdy ją zwiedził i opisał Leon Afrykański, który podaje, że były tu wykładane różne nauki od wschodu słońca aż do drugiej godziny po północy, z przerwami, wyłącznie dla modlitwy dopuszczanemi. Leon Afrykański wspomina też o olbrzymiej książnicy, liczącej 20 000 tomów, z których obecnie pozostało zaledwie 1700.[74]
Zaglądaliśmy do wnętrza tego „zakazanego“ miejsca przez wszystkie możliwe otwory, a więc przez liczne bramy i nawet z góry, z tarasu medersa Meshabia.
Widzieliśmy przepiękne wejścia, prowadzące z dziedzińca, gdzie nieustannie szemrze srebrna struga bijącej fontanny; masywy tych wejść były pokryte rzeźbą w gipsie, barwną mozaiką majolikową, napisami, płaskorzeźbami, złożonemi z liści akantowych i „arabesek“ pomysłowych i misternych; dwa pawilony, o ciężkich piramidalnych zielonych dachach, z rzeźbionemi gzymsami z cedrowego drzewa, wspierały się na cienkich, zgrabnych kolumnach z pożółkłego już marmuru. W cieniu tych pawilonów wierni czynili przepisane obmywania. Te kioski przypomniały nam piękny pawilon na jednym z „patio“ pałacu Alhambry w Granadzie, brakło tylko rzeźbionych lwów i... łażących wszędzie turystów z kodakami i „Baedekkerami.“ Tuż przy wewnętrznej ścianie minaretu, wzniesionego przez sułtanów Zenet’ów, mieści się jeszcze jeden kiosk z fontanną. Idryssydzi, Almorawidzi, Almohadzi, Merinidzi, Sułtanowie z rodu Saadi — wszyscy coś po sobie pozostawili, uwieczniając swe imiona na murach Karuin, w jej marmurach, fontannach, basenach, strugach szemrzącej wody, w ogromnym ekranie z rzeźbionego drzewa, zczerniałego i zmurszałego, — w ekranie, który przedziela dziedziniec świątyni od wejścia do sali modlitwy. Wszędzie tu zimne, orzeźwiające powiewy, rozkoszny cień, cisza i skupienie; wyżej rozpalony namiot nieba, potoki słońca, świergot ptaków, a tuż za murami — zgiełk i pęd życia w labiryncie handlowych uliczek i wichura myśli tajemnych, śmiałych i zbrodniczych. Te myśli czają się za zamkniętemi, niemal warownemi drzwiami, za misternemi kratami okien w domach starszyzny fezańskiej, miotającej się w sprzecznych porywach politycznych, wstrząsających światem muzułmańskim.
Tak samo jak Bab el Maruk, pociągał mnie Karuin i kilkakrotnie powracałem do niego z niewyraźną nadzieją, iż stanie się coś, co pozwoli mi wtargnąć do tego przybytku wiary i myśli Islamu. Lecz nic się nie zdarzyło, i prawo „horm“ nie zostało złamane. Jednakże jeżeli nie fizycznie, to moralnie udało mi się zajrzeć do bardzo poważnych skrytek świątyni i uniwersytetu zarazem. Już wspomniałem, że spotkałem i poznałem pewnego mułłę i profesora z Karuin. Siedzieliśmy z nim i piliśmy herbatę z miętą u handlarza starożytności i opraw do Koranu. Rozmawialiśmy dużo ze sobą, i Hafid, cały rozpromieniony i uszczęśliwiony z towarzystwa uczonego i, zdaje się, nawet marabut’a, (ponieważ przy każdej sposobności gospodarz i student całowali go w rękę lub koniec burnusa) tłumaczył moje pytania i odpowiedzi profesora.
Mój nowy znajomy opowiadał, że uniwersytet posiada obecnie 52 „ulema“, wykładających nauki i około 600 studentów-tolba, pochodzących z różnych stron Afryki Północnej. Zdarzają się śród nich młodzieńcy 17—20 lat, lecz są też już starzejący się ludzie. Nauczanie nie ma określonego czasu, więc tolba pozostają w medersa nieraz po 15—20 lat, a nawet dłużej. Z wyjątkiem bogaczy, wszyscy mieszkają razem w ciemnych, wilgotnych i brudnych celach, otrzymują od administracji meczetu po jednym chlebie na dzień i pędzą żywot nędzarzy, półgłodni zawsze, w łachmanach w lecie i w zimie.
Widocznie na całym świecie już taki los studencki! To nie przeszkadza jednak, że ci nędzarze wyrastają na bogaczy wiedzy, jak Kopernik, Newton, Pasteur, Helmholz, Miecznikow, albo nawet na „świętych“ jak tlemseński Abu-Medyan el Andaloci.
Śmiejąc się wesoło, Hafid opowiedział zabawną scenkę:
„Do sklepu pewnego kupca przyszedł student i zapukał do jego domu.
— Kto tam? — pyta gospodarz.
— To ja Ibrahim ben Ibn — student! — odpowiada gość. — Przychodzę z listem od wspólnika szanownego Sidi.
— Student? — rozlega się nowe pytanie.
— Tak — student! — brzmi odpowiedź.
— Niewolnico! — woła gospodarz. — Przynieś no tu prędzej misę z jadłem, bo student przyszedł!“
Studenci pracują w sklepach, u wyrobników skór, u tkaczy, w zakładach do malowania przędzy, u stolarzy, w kawiarniach, walcząc ze stojącem przed nimi widmem śmierci głodowej.
Ażeby być przyjętym do uniwersytetu, niezbędną jest umiejętność czytania Koranu. Resztę da wyższa uczelnia. Daje ona zaś tę wiedzę w sposób nader pierwotny. Profesor siada na podłodze na niewielkiem podniesieniu i wykłada swoją naukę z pamięci, cytuje wersety z Koranu, paragrafy prawa „czaria“ itd. Słuchacze wchłaniają słowa profesora, usiłując zapamiętać je, nieraz na głos powtarzają za nim cytaty, lecz nigdy nie posiłkują się książkami i manuskryptami, gnijącemi w bibljotece, nie robią też żadnych notatek. Wszystko osnute jest na dobrej pamięci i pracowitości studentów.
Do programu nauk wchodzą na pierwszym planie — teologja muzułmańska i tradycja, czyli „hadith“[75], prawo obyczajowe i koraniczne, wykładane też są: retoryka, deklamacja rytualna, gramatyka języka „el lougha“ — czyli języka Koranu; literatura religijna, poezja — Madih, metafizyka, logika, astrologja, magja imion Allaha i magja liczb, tajemnicza wiedza sporządzania talizmanów, nauka o wpływach duchów czystych i nieczystych na losy ludzi, magja gwiazd, zasady medycyny, historja sekt i bractw religijnych i żywoty świętych.
Opowiadając o naukach, wykładanych w Karuin, mój znajomy mimowoli przeszedł na tematy, interesujące go bezpośrednio. Dowiedziałem się, że uczeni medersa często powracają do politycznego sporu, istniejącego pomiędzy sunnitami a sziitami o potomków Mahomeda i należące do nich prawa do kalifatu, czyli religijno-moralnego panowania nad muzułmanami; pracują nad analizą niektórych części „hadith“, szukając w nich apokryfów, cytując dzieła słynnych lekarzy arabskich: Awenzoar’a, Aweroes’a, Awiccenny, Aboulkazis’a, Razi’ego i innych, mój znajomy opowiadał mi o znakomitych magach: Dżafarze i Hermesie el Monshelleth, w którym profesor Edmund Doutte widzi Hermesa Trismegista, i o Iflatunie czyli Platonie, Aristotalisie czyli Arystotelesie, których teorje weszły do nauki muzułmańskiej; uczeni studjują teozofów 12-go i 13-go wieku: Sohrawerdi i Ibn el-Arabi; poetów mistycznych i świeckich, jak Omar Khayyam, Hafiz i Omar ben el Faridh.
— Co zajmuje teraz uczonych w Karuin? — zapytałem profesora.
— Z jakiego narodu pan pochodzi? — odpowiedział pytaniem.
Zacząłem tłumaczyć mu geograficzne położenie Polski.
— A—a! — rzekł przeciągłym głosem. — To znaczy — Rosja?
Znowu zacząłem mu tłumaczyć, ale bez skutku, gdyż mułła twierdził:
— To wszystko jedno! To tak jak u nas — Berberowie różnych szczepów są jednak Berberami!
Chciałem rozpocząć nowe wyjaśnienie w tej kwestji, lecz profesor przerwał powiedzeniem, które wzbudziło moją ciekawość do najwyższego stopnia.
— Powiem coś, co wiąże teraz nas z wami — rzekł, a oczy mu zabłysły. — Istniał prorok, jedni mówią, że prawdziwy, inni, że fałszywy. Nazywał się Abd-Allah. Ogłosił się za „ukrytego Imama“ i nauczał, że historja ludzkości dzieli się na osiem okresów, w których rodzą się prorocy, posłańcy Allaha. Minęło już sześć okresów z sześciu prorokami — Adamem, Noem, Abrahamem, Mojżeszem, Jezusem i Mahomedem. Abd Allah był siódmym prorokiem, czyli Mesjaszem siódmego okresu historycznego. Przed rokiem kursowało w Mahrebie z rąk do rąk pismo od imamów rosyjskich muzułman z żądaniem, abyśmy uznali nastanie ósmego okresu z Mesjaszem Leninem i z jego namiestnikiem dla Afryki — Abd-el-Krimem; ma on podnieść świętą wojnę i oddzielić na zawsze wiernych od niewiernych i ziemię podzielić na czystą, gdzie zakwitnie Islam, i nieczystą — ziemię rumani.[76] Ma to się stać w ciągu siedmiu lat i trzech tygodni. To pismo ulema innych krajów muzułmańskich częściowo uznali za poważne i zgodne z prawem, lecz inni, szczególnie śród nas, sprzeciwiają się temu, ponieważ Abd-Allah był heretykiem i politycznym awanturnikiem.
— A co imam myśli sam o ósmym okresie i nowym Mesjaszu? — rzuciłem pytanie, niedbałym ruchem zapalając papierosa, żeby nie zdradzić swego wzruszenia i zaciekawienia.
Mułła zamyślił się głęboko, lecz po długiej chwili milczenia rzekł:
— Myślę, że nastał czas, aby wszystkie ludy były wolne i żyły własnem życiem, podług przepisów swej wiary i podług swego prawa. Taki przyszedł czas, Sidi!
— Nie rozumiem — zauważyłem — o jakich ludach mówi szanowny alem[77], przecież są różne ludy, wyznające naukę proroka?
Długo odpowiadał na tę moją uwagę profesor z Karuin, a z jego słów zrozumiałem, że dla Islamu nie istnieją muzułmani nacjonaliści; zna on tylko muzułman tego lub innego kraju, różniących się nieznacznie specyficznem prawem obyczajowem. Nie ma panarabizmu dla Araba, Berbera lub Fellacha, lecz uznają oni patrjotyzm religijny, który w chwili wybuchu zmienia się w panislamizm, a wtedy ogarnia całkiem różne ludy, mieszkające na olbrzymiej przestrzeni od Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego, aż do Atlantyku i Morza Śródziemnego. Zrozumiałem też, że agitacja na rzecz wyzwolenia płynęła tu przez Turcję, Egipt i Tripolitanję, a także ku memu zdziwieniu z Paryża, chociaż źródeł profesor naturalnie nie wskazywał, a może nawet sam o nich nie wiedział. Było jasnem, że mój znajomy nie był zwolennikiem ani gwałtownych przewrotów, ani świętej wojny, że nadzieje pokładał w zrozumieniu sytuacji i psychologji Islamu przez białą rasę, która sama powinna była skierować bieg wypadków w inne, bardziej spokojne łożysko. Jednakże mówiąc o tem, dodał z naciskiem:
— Takie myśli głęboko kiełkują w duszach wiernych i wszyscy czekają, co uczynią biali przybysze i tu, u nas, i w Egipcie i w Indjach i wszędzie, gdzie nas uważają za ludy wymierające i nie chcą dojrzeć w nas potężnego płomienia, rozświetlającego nasze życie duchowe.
Uczony z przerażeniem myślał o wojnie, która już się zaczęła w Egipcie, częściowo w Syrji i w Hiszpańskiem Marokku. Mówił mi, że niezawodnie walka, prowadzona przez nieliczne plemiona z południa francuskiego Marokka, i wypadki powstań na północy nie są obecnie zjawiskami samorzutnemi, lecz są kierowane z ogólnych ośrodków. Sztaby, kierujące ruchem muzułmańskim wolnościowym i dążące do podniesienia ogólnej świętej wojny, znajdują się w Anatolji, na ziemiach Kurdów, w Egipcie i w Riffie Hiszpańskim. W tych sztabach w dość niepojęty sposób pomieszały się hasła panislamizmu z komunizmem politycznym, lecz agenci obydwuch kierunków pracują zgodnie. Wielkie nadzieje pokładają widocznie zwolennicy świętej wojny w Abd-el-Krimie, który już znacznych rzeczy dokonał w potyczkach z Hiszpanami. W jego armji pracuje dużo oficerów-muzułman, którzy ukończyli akademję wojenną dla muzułman w Rosji; co zaś do agitatorów przeciwko białym ludom, to tych spotkać można w każdym zakątku kraju. Agitatorzy jednak wstrzymują narazie ludzi hardziej gorących od nieodpowiedzialnych wystąpień i zamachów, propagując tworzenie poszczególnych organizacyj, aby wszystko było gotowe na wypadek ogłoszenia ogólnego ruchu. Wszystko to, o czem mówił mi mułła w Fezie, sprawdziłem później w innych miejscach w Marokku, Algierji i Tunisji, w rozmowach z tubylcami i niektórymi kolonistami. Dowiedziałem się też przypadkowo, że 8-go września 1920 roku odbył się w Baku na Kaukazie pod egidą Moskwy i w obecności Enwer Baszy kongres muzułmański, w którym wzięło udział trzech wysłańców z francuskiej Afryki Północnej, przybyłych w imieniu jakiejś organizacji tubylczej w Paryżu i ośmiu delegatów z Egiptu.
Dowiedziałem się już w Europie, że Amanollach Chan, emir Afganistanu, przyjął koncepcję starożytnego proroka Abd-Allaha i uznał Lenina za Mesjasza ósmego okresu historycznego, uważając się za jego namiestnika w Azji.
Mój znajomy mułła mówił poważnym i smutnym głosem:
— Biali ludzie mają w swej „świętej księdze“ zasady miłości bliźniego, lecz to pozostało tylko na piśmie! Tak! Bo co wy robicie u siebie, ze sobą? Zalewacie swoją ziemię krwią, popełniacie zbrodnie, zabijacie ducha bożego w sobie, walcząc o złoto, o przepych, o władzę nad innemi ludami! Każdy lud powinien żyć podług prawa, włożonego weń przez Allaha. To prawo pozostaje w duszy. Jeden naród powinien pomagać drugiemu, a nie gnębić go. Wasza wiara odeszła daleko od słów proroka Aissa,[78] gdyż u was w swoim własnym kraju silny gnębi słabego, bogacz — biedaka, uczony krzywdzi swą pogardą nieuczonego. U was każdy człowiek jest wrogiem innego. Każdy jest zmuszony przez panujący u was ustrój walczyć o byt, a więc każdy zazdrości drugiemu, w każdym widzi wroga, współzawodnika i ciemięzcę. Nic was w granicach waszych krajów nie łączy, jesteście górą, usypaną z suchego i lotnego piasku! Lada podmuch wiatru i — rozsypiecie się. Ani wspólna wiara, ani surowo przestrzegana moralność, ani nauka nie łączą ze sobą państw europejskich; są one jak budynek, wzniesiony bez wapna, wiążącego cegłę z cegłą, kamień z kamieniem. Prowadziliście wojnę, przerażając świat niechrześcijański swą zbrodnią, okrucieństwem i obłędem; rozpadły się ciała waszych państw, rozpadły się rodziny i społeczeństwa i nie możecie się podnieść, porwani dawnym obłędem. Szliście do narodów kolorowych ze słowami miłości, a co uczyniliście? Nie uważaliście nas za ludzi, tylko za bydło, potrzebne dla waszego dobrobytu! Myślicie, że z nami można wszystko uczynić, że można odbierać nam ziemię i plony naszej pracy; zmieniać nasze obyczaje i wiarę poto, aby wam łatwiej było uczynić z nas niewolników bezprawnych i uległych, bo słabych, głodnych i ciemnych wobec waszej nauki, waszych maszyn, karabinów i armat? My też mamy naszą naukę — jest to nauka ducha, wy zaś posiadacie naukę ciała. Teraz chcecie pozbawić nas moralnego kierownika, znosicie Kalifat i około niego stwarzacie wichurę intryg i upodlenia!...
— Gdy protestujemy — śmiejecie się z tego! My wierzymy jednak, że wszystko, co posiadamy, stanowi dar Allaha. Allah w Świętej Księdze przykazał, aby wierni muzułmanie bronili Kalifatu. Biali ludzie myślą, że siła pięści jest dostatecznym argumentem przeciwko naszej wierności dla Islamu. Tylko takie argumenty zrozumieć możemy, bo jesteśmy bydlętami? Tak myślicie?... A czyż wy rozumiecie co innego? Czy Rosja w wojnie z Japonją była przekonana czemś innem, bardziej wzniosłem? A w wojnie światowej, czy posługiwaliście się innemi argumentami, aby przekonać swych przeciwników? Co mamy robić teraz? Czekamy, aż zrozumiecie, iż musicie zmienić swoje poglądy o nas, swoją politykę, swój stosunek do nas. Jeżeli nie doczekamy się tego, nie wiem, czy znajdzie się człowiek lub organizacja, która potrafi wstrzymać wybuch ludów, wyznających naukę Mohammeta!...
Gdy to mówił, myśl moja pracowała nad przypomnieniem sobie, gdzie już słyszałem, czy czytałem podobne rozumowania. Czyż nie to samo pisał Rabindranath Tagore,[79] czyż nie to samo mówiła indyjska delegacja muzułmańska w Londynie w 1920 roku, gdy przybyła w sprawie Kalifatu?
Jednak słuchałem tego tu, w Fez el Bali, pod bokiem starej medersa i francuskiego sztabu.
— Już od pewnego czasu bawię w Afryce — rzekłem — lecz nigdzie nie widziałem polityki gnębienia tubylców przez władze miejscowe, — zauważyłem. — Odwrotnie! myślę, że Francja w znacznym stopniu prowadzi politykę psychologiczną, obliczoną na dalekie przyszłe czasy, przed których nastąpieniem ludność kraju zdoła przyłączyć się do cywilizacji zachodniej, przystosować do niej swój kult i współpracować z Europą.
— No, tak! — odrzekł, nie namyślając się, — Marszałek Lyautey, gubernator Stegg i inni są ludźmi mądrymi, nie obrażają uczuć wyznawców Islamu, lecz za pomyłki i zbrodnie, dokonane tu i ówdzie przez te lub inne narody, musi odpowiedzieć cała biała rasa! Trudno będzie bawić się w skrupulatny sąd w chwili ogólnego wybuchu! — Jesteście dla nas obcymi z ducha, ponieważ duch wasz stał się niewolnikiem ciała. Poczucie boskiej sprawiedliwości zmieniło się u was w spekulację dla wytłumaczenia i usprawiedliwienia zbrodni. Wzbogacanie się stało się celem waszego życia. Bogiem waszym jest złoto, które zdobywacie rękoma niewolników, zmuszając ich do milczenia, pokory i pracy tylko dla was. Wasze spory, podstępy i wojny zrzuciły z chrześcijan maskę. Usta wasze wymawiają fałszywe słowa miłości, a ręka posyła śmiertelne pociski i kuje kajdany. Nie chcecie zrozumieć, że przyszedł czas, gdy wielki duch wolności przebiega ziemię od krańca do krańca, zagląda do każdego domu, do najmniejszego namiotu i woła ku sobie.
— Gdy wyzwolony zostanie świat ujarzmionych, wtedy boskie prawo rozstrzygnie, co mamy wziąć od waszej cywilizacji, a co mamy jej dać z naszego ducha. Wtedy nastąpi okres pokoju i szczęścia na ziemi!
Uczony tak się zapalił, że już przestał zachowywać ostrożność, porwany uczuciem. Nasz gospodarz kupiec był śmiertelnie przerażony i, gdy mówca odszedł, zaprowadził mnie do ciemnego kąta swego sklepu i szeptać zaczął:
— To on mówił... Ja zaś milczałem... Niech sidi dobrze zapamięta, że ja milczałem...
Hafid był też trochę przerażony i, gdy wyszliśmy z nim na ulicę, rzekł:
— Pan widział, że kupiec, gdy zaczęła się rozmowa o... tem wszystkiem, zapuścił rolety w oknach i drzwi zamknął na klucz. Oj, źle mówił „alem“,[80] bardzo źle!
— Mówił tak, jak myślą tu u was, — odparłem.
— Nie wszyscy, panie, nie wszyscy! — zaprotestował gorąco, błagalnie patrząc mi w oczy.
Po tej rozmowie pośród starożytności maurytańskich, pięknych opraw Koranu, waz majolikowych, haftów i przeróżnej broni, jakoś nie wesoło mi było na sercu. Nie mogłem otrząsnąć się z wrażenia, wywołanego słowami uczonego. Nie mogłem nie przyznać racji niektórym twierdzeniom wschodniego człowieka, lecz jednocześnie przeczucie nadchodzących wypadków, które miały wstrząsnąć ludzkością, trwożyło mnie i smuciło.
Rozumiałem, że chociażbym był Anglikiem lub Niemcem najbardziej wrogo usposobionym względem Francji, nie mógłbym zarzucić jej poważnych braków w jej kolonizacyjnej polityce w Afryce. Być może, że z punktu widzenia eksploatacji kraju nie jest dostatecznie energiczna, na co się zresztą składa cały szereg usprawiedliwiających przyczyn, naprzykład niechęć wieśniaka francuskiego do wyjazdu z kraju. Lecz francuska administracja obrała drogę, jak na nasze burzliwe czasy — dobrą, gdyż nie jątrzącą tubylczej ludności, a szerzącą dorobek cywilizacji europejskiej.
Niezawodnie, że gdyby chodziło tylko o ruch, wywołany sprawą Kalifatu, Francja potrafiłaby wyjść z tego bez szczególnych wysiłków, lecz przymieszały się wpływy zewnętrzne, nic wspólnego w istocie rzeczy z Islamem nie mające. Na pierwszem miejscu postawić należy agitację Rosji Sowieckiej, której tu nie chodzi o komunizm, lecz o zamieszki, o nową wojnę i o przysporzenie kłopotów tym, którzy podejrzliwie spoglądają w stronę Kremlinu z jego nowymi władcami.
Wyczułem w Afryce Północnej geograficzne posunięcie się antyeuropejskiego frontu. Zbuntowany przez Moskwę front ogólno-azjatycki, wyciągnął swe macki przez Turcję i Egipt na północ Afryki i usiłuje dotrzeć do Atlantyku, otaczając w ten sposób Europę nietylko od wschodu, ale i od południa.
Czyż nie widzą tego i nie rozumieją politycy europejscy?
Czyż nie czują naglącej potrzeby zmienienia ogólno-europejskiej ideologji politycznej w celach samoobrony i, co jest niezbędne, w celu podniesienia swego dawnego, prawie zupełnie bladego obecnie uroku w oczach ras kolorowych?
One zaś, porwane instynktem wieku, tą potrzebą wolności i samodzielności, podburzane przez agitację, bardzo mądrze obmyślaną i opierającą się na dużych kapitałach, — nie myślą o chwili, gdy wolne i niezależne będą wydane na łaskę i niełaskę losu, wystawione na wichurę sporów międzyszczepowych, intryg dynastycznych, wojen domowych, epidemij i głodu, dla walki z któremi nie posiadają ani sił, ani wiedzy, ani systemu, ani środków technicznych. Kolorowe ludy nie chcą wiedzieć, że wolność absolutna niesie im zwyrodnienie i śmierć, a dla Islamu — zanik jego jednolitości, a więc upadek katastrofalny; te ludy są ślepe na przykłady Chin i Rosji, które straciły państwowość, moralność, wstrzymującą i regulującą siłę wiary i czekają na pomoc, która ma przyjść kiedyś i skądś, o której wszyscy marzą, nie dbając o jej pochodzenie, podłoże i warunki.
Jednak takie są dzieje 1½ miljarda kolorowych ludzi z Rosją Sowiecką, która stanęła dobrowolnie na ich czele, a z temi zjawiskami każdy naród chrześcijański powinien się liczyć, powinien się bronić, obmyśliwszy poprzednio sposoby obrony. Myślę, że jeżeli w Europie politycy trzeźwo spojrzą na tę sprawę, wtedy będzie opracowany i aprobowany przez wszystkich jedyny plan i jedyny front — ogólno-europejski, który da ukojenie Europie, uspokoi i otrzeźwi kolorowe rasy, sparaliżuje agitację Rosji Sowieckiej i będzie początkiem ogólnego pokoju na ziemi, gdzie ludy cywilizowane kroczą od wieków drogą błędną i, jak dowiodła rzeczywistość, niebezpieczną.
Wiem, że za te moje słowa, jak z rogu obfitości posypią się na mnie kamienie krytyki. Nie wszystkim bowiem te słowa będą przyjemne. Nie każdy z polityków zrozumie, że one już nie są utopją, lecz „conditio sine qua non“ w dobie obecnej. Gdy w swej książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów“ uczyniłem lekką tylko aluzję do potrąconej przed chwilą sprawy, jakaż burza napaści zerwała się przeciwko mnie! Kierowali nią ci, którym zależało na ukryciu doniosłości rozgrywających się faktów, wtórowali jej ci, którzy nie mogli zrozumieć grozy wypadków.
Lecz znając dwa, obecnie już wrogie dla cywilizacji chrześcijańskiej kontynenty, znając ich psychikę i dążenia, znając Rosję od dołu do góry i od góry do dołu, widząc marazm i polityczny snobizm Europy, jako syn narodu, od wieków stojącego na straży Zachodu przed nawałą wschodnich najeźdźców, poczuwam się do obowiązku jeszcze raz wypowiedzieć swoje myśli, tym razem już w bardziej określonej i jasnej formie.
Sympatje moje są rozbite na dwoje. Są i przy ludach „uciemiężonych“ i przy naszej zachodniej cywilizacji. Widzę wyraźnie, że wyzwolenie, o którem marzą rasy kolorowe, prowadzi je do śmierci. Rozumiem, że stara psychologja polityki nacjonalistycznej, ten etniczny egoizm, który w istocie swej nie posiada obrony i rękojmi zachowania moralno-psychicznych cech narodowych, lecz jest wyłącznie obroną i ekspansją materjalizmu nacjonalnego, rozumiem, że taka psychologja prowadzi Europę do przepaści. Jednak, wierząc w twórczy instynkt rasy aryjskiej, myślę, że tylko ona może tragiczny prąd życia ludzkości ująć w inne łożysko, ponieważ, potrafiwszy stworzyć wszechświatową organizację materjalistyczną, znajdzie w sobie dość siły i idealizmu, by stworzyć organizację moralną i wszechludzką.
Myśli te układały się w mojej głowie, gdy zwiedzaliśmy z Hafidem różne „Medersa“ starego Fezu: Meshabia, Sahridż, Attarin, Czerratin, Seffarin i wreszcie Bu-Anania.
Nie chcę opisywać wszystkich tych starych gmachów, przechowujących architektoniczne pamiątki po dawno zmarłych władcach, tych pożółkłych marmurów, nabytych i rzeźbionych za pieniądze, zażądane za zwolnienie jeńców hiszpańskich i włoskich; tych poczerniałych od wieków, rzeźbionych przez najlepszych artystów cedrowych fryzów, pułapów i ścian z pozostałemi na nich farbami i pozłotą; tych fontann; płynących w sztucznych kanałach potoków, — bo wszystko to jest podobne do siebie w każdym z tych gmachów; tylko specjalista-historyk sztuki odróżnić tu potrafi epoki i okresy, dodatki i naleciałości.
Stoją te sędziwe budynki, pozbawione wszelkich innych skarbów, z wyjątkiem rzeźby, mozaiki i wody. Tak samo, jak w Karuin, studenci, wychudzeni i zgłodniali, śpią na marmurowych i onyksowych płytach dziedzińca, siedzą w cieniu i na głos powtarzają odrabiane zadania, chodzą samotni, pogrążeni w głębokiej zadumie i skupieniu. Tak samo wierni, siedząc w sali modlitwy, podnoszą ręce do twarzy i biją pokłony, powtarzając tradycyjne suraty.[81]
Jedno tylko zwróciło moją uwagę. Wszystkie te gmachy, zbudowane potężnie, z obliczeniem na szereg wieków, wszystkie te zabytki cudownej sztuki maurytańskiej chylą się ku upadkowi. W dawnych czasach szło to tym samym trybem, lecz przychodziły nowe dynastje, które przez pietyzm lub współzawodnictwo z poprzednikami, odbudowywały, wzmacniały i ozdabiały walące się świątynie i medersa. Teraz jest inaczej! Życie nawet w Marokku stało się nader zawiłe, pełne sprzeczności, zależne od życia państw ościennych i od różnych wpływów. Niema już ludzi, niema czasu, niema środków na podtrzymanie domów modlitwy, bo armja i polityka pochłaniają wszystko. Tymczasem runięciem niemal, a w każdym razie zanikiem pięknej sztuki andaluzyjsko-maurytańskiej grożą meczety, minarety i medersa nietylko w Fezie, lecz w całem Marokku. Francuzi marzą o podtrzymaniu tych gmachów, mają nawet dla większości z nich opracowane plany robót, lecz zadanie to jest bez porównania bardziej drażliwe i niebezpieczne, niż zmiana systemu zaopatrzenia Fezu w wodę.
Przy panującym nastroju najlepsze nawet i całkiem bezinteresowne zamiary mogą pociągnąć za sobą nieoczekiwane, a nader przykre wypadki. A czas nie śpi i zwalcza trwałe dzieło Idryssydów, Almohadów i Merinidów.
Najbardziej zagrożona jest medersa Attarin, zbudowana przez sułtanów Merinidów i uważana przez muzułman za najpiękniejszy monument, wzniesiony przez tę dynastję i za gmach, jakiego nie pozostawił po sobie żaden z królów. Te same obawy można wypowiedzieć co do medersa i meczetu Bu-Anania.
Zwiedziliśmy ją w drewnianych sandałach, nałożonych na nasze trzewiki. Było to chodzenie niewygodne, z ciągłem spadaniem sandałów z nóg, zataczaniem się i ślizganiem na onyksowych płytach dziedzińca. Bu-Anania otrzymała nazwę od imienia sułtana Merinida Abu Inan, który w 1352 r. kazał wznieść ten gmach, nadając mu wbrew tradycji swoje imię. Medersa, zajmująca olbrzymią przestrzeń i ozdobiona całym przepychem sztuki maurytańskiej, została uwieczniona w dziele starożytnego podróżnika i historyka Ibn Batuta, który twierdzi, że podobnej szkoły nie widział w Syrji, Egipcie, Iraku i w Khorassanie.
Bardzo piękny w swych proporcjach i kolorze jest minaret. Dziwne wrażenie wywierają ciężkie cedrowe fryzy rzeźbione, częściowo spróchniałe. Tu się gnieżdżą gołębie i szpaki, chmarami latające nad dziedzińcem i wpadające nawet do sali, gdzie się znajduje „mihrab“.
Byliśmy tu świadkami bardzo przejmującej sceny. Gołębie i szpaki zaczęły nagle straszliwie hałasować, miotać się, przelatywać z gniazd na taras medersy i w trwodze powracać. Nie rozumieliśmy narazie przyczyny niepokoju, lecz wkrótce ujrzeliśmy małego sokoła, krążącego nad dziedzińcem. Na tle turkusowego nieba wydawał się różowym. Widocznie miał zamiar napaść na gniazda bezbronnych ptaków. Gołębie z łopotem skrzydeł uciekły, lecz szpaki czarną czeredą rzuciły się do walki. Sokół wywijał się napastnikom i czasami sam atakował, jednak zmuszony był cofać się. Wtedy wydał przeraźliwie cienkie, jękliwe kwilenie i naraz cała gromada sokołów, niby eskadra samolotów bojowych zaczęła się zbliżać, milcząca i groźna. Szpaki nie ustępowały z pola walki. Nie wiadomo, czemby się to było skończyło, gdyby nie nowa eskadra, która zjawiła się niespodziewanie. Były to jaskółki. Z gniewnym świergotem zaczęły się uganiać za drapieżnikami i skubać ich dotkliwie, bo aż pióra leciały z sokołów. Nieprzyjaciel pierzchnął w nieładzie, goniony przez pułki jaskółek i krzyczące szpaki.
Przez medersę przepływa rzeczka Lemtyin, stanowiąca granicę pomiędzy medersa a meczetem. Naprzeciwko medersa Bu-Anania widzieliśmy ponury dom, gdzie się mieści „mtaher“, czyli sala dla obmywań. Jest to zagadkowy dom, dokoła którego toczy się oddawna spór. Na fasadzie tego budynku architekt umieścił trzynaście cedrowych konsoli, na których pozostało z dawnych czasów tyleż płaskich waz z bronzu. Jakie znaczenie mają te wazy? Uporczywie trzyma się ogólne mniemanie, wzmocnione autorytetem A. Péretié i A. Bel, że są to resztki jakiegoś olbrzymiego zegara, który miał dzwonić w te wazy. Świadczy o tem też i nazwa uliczki, prowadzącej do zagadkowego domu[82]. Nic nie pozostało z mechanizmu zegara i tylko na framugach okienek, znajdujących się nad konsolami, przechowały się podobno ślady jakichś przyrządów pomocniczych. Gdzieś znaleziono opowieść, że maszynę tę umieścił jakiś mechanik z Tlemsenu podczas budowy medersa. Lecz, widocznie, nic pewnego w literaturze tubylczej o tem nie powiedziano, gdyż około zagadkowego domu utworzyła się legenda, głosząca, że jakiś czarownik zbudował zegar i puścił go w ruch, a inny, z pochodzenia Żyd — zatrzymał go i zburzył.
W najnowszych czasach p. E. Montet[83], profesor uniwersytetu w Genewie, napisał o tym domu interesującą rozprawę. Dowodził najpierw, że dom ten istniał przed wzniesieniem Bu-Anania i należał do izraelickiego rabina Maimonida, urodzonego w Kordobie w r. 1135 i dłuższy czas mieszkającego w Fezie. Rabin był znany ze swych prac o Talmudzie i o filozofji Awerroes’a. Opierając się na dziwnem połączeniu izraelitów z zagadkowym domem, prof. E. Montet twierdzi, że 13 tajemniczych waz ma symboliczne znaczenie, będąc oznaką, że tu mieszkał rabin, komentujący Talmud podług przepisów „Middot“, czyli trzynastu zasad hermeneutyki rabińskiej.[84]
Od siebie dodam jeszcze, że widziałem Żydówki z dzielnicy Mellah, przychodzące do tego domu, co miało pomagać na różne choroby i na bezpłodność. I jeszcze jedna okoliczność. Gdy budowano Bu-Anania, Żydzi mieszkali swobodnie w całym Fez el Bali, gdyż specjalnej dzielnicy izraelickiej w tamtych czasach jeszcze nie było. Zrozumiałem więc jest, że dom ten mógł istotnie należeć do rabina i być nawet szkołą teologiczną.
Zwiedzenie tych miejsc nauki i wiary pozwoliło nam zaprzyjaźnić się z kilku tolba, kolegami naszego Hafida. Zwiedzaliśmy miasto razem z nimi, prowadząc ciągle pogadanki, które odkrywały nam coraz to nowe strony życia Fezu. Dziwnym się wydaje pośpiech, z którym zwiedzają turyści Fez! Parę dni i koniec! My spędziliśmy tu prawie miesiąc, ale tylko drobną część szczegółów wywieźliśmy z tej okolicy berberyjskiej, tajemniczej, mistycznej i groźnej.
Od naszych przyjaciół — tubylców, mówiących po francusku, co prawda, czasami bardzo źle, a chętnie przyjmujących od nas poczęstunki, dowiedzieliśmy się dużo ciekawych rysów z życia studenckiego. Ogromna większość studentów mieszka w medersa, mając ciągle przed oczyma skarby rodzimej sztuki; nieznaczna tylko część posiada prywatne mieszkania w mieście. Śród studentów można spotkać marzycieli i poetów, praktycznych ludzi, którzy przygotowują się do profesji adwokatów i rejentów; ascetów, spędzających dnie i noce na nauce, modlitwie i skupieniu myśli, — to są w przyszłości ulema, imamy i czasem nawet marabut’y.
Nieraz się zdarza, że po ukończeniu uniwersytetu wychowaniec nabywa sobie klucz do swej celi i powraca czasami do swej „alma mater“, by się usunąć od zgiełkliwego i skomplikowanego życia, i doprowadzić do równowagi swe myśli i uczucia.
Studenci fezańscy są zwykłymi studentami, a więc robią burdy, biorą udział w rewolucjach i wszelkich protestach, mają swoje święta i swoje korporacje. Te ostatnie są związane ze szczepowem pochodzeniem i z przynależnością do tego, lub innego bractwa religijnego. Tylko asceci są „dzikimi“ i nie należą do korporacyj, stojąc na uboczu życia kolegów.
W Fezie w XVII-em stuleciu istniała Medersa Lebbadin. Pewnej nocy studenci, spotkawszy na rynku derwiszów[85], nabyli od nich haszyszu[86] i wpadli w obłęd chwilowy, w stan pobudzenia zmysłów. Kilku z nich udało się do dzielnicy kobiet i sprowadziło je do medersa, poczem razem z niemi, nie zdejmując obuwia, weszli do sali modlitwy i rozpoczęli nabożeństwo. Za tę zabawę kilka studenckich głów zawisło na rzemykach, przedzierżgniętych przez uszy, na hakach Bab el Maruk, medersa zaś, jako znieważona, została zburzona; zamiast niej sułtan Mulej Reszid założył w innem miejscu medersa Czerattin.
Śród najbardziej popularnych studenckich świąt, znane jest święto, przypadające na dzień urodzin Mahommeta. W ten dzień „tolba“ zbierają się zewsząd u grobowca Sidi Harazem za bramą Bab Fetouch i tu obierają sobie na jeden dzień wszechwładnego sułtana, który mianuje do swej osoby różnych dygnitarzy. Każda posada z tradycji nabywa się drogą licytacji, po której pozostaje czasem wcale pokaźna kwota pieniężna. Sułtan-tolba spędza swój królewski dzień podług etykiety, panującej na dworze prawdziwego sułtana, a więc wjeżdża do miasta na koniu pod parasolem, w otoczeniu wspaniałej świty i niewolnic, odwiedza meczet i zanosi modły o szczęście swego narodu, sądzi skąpych „burżujów“ fezańskich, którzy muszą się wykupić, aby uniknąć szykan i drwin studenckiej braci.
Po wieczornej modlitwie wielki ochmistrz dworu oznajmia sułtanowi o rozpoczęciu uczty, na którą wydawane są wszystkie zebrane z licytacji i wykupu pieniądze. Uczta odbywa się na brzegu rzeki, przy ogniskach, przy dźwiękach muzyki i tańcach niewolnic. Wczasie swojego krótkiego panowania sułtan zawsze zdąża wprowadzić reformy w życiu studentów. Te reformy nie posuwają się dalej jak do odnowienia cel dla tolba i zwiększenia wagi chleba, wydawanego codziennie słuchaczom przez zarząd medersa. W dzień swego święta studenci panują w mieście niepodzielnie, i basza Fezu patrzy na to przez palce, wiedząc, że o północy „dynastja“ samozwańczego sułtana zniknie bez śladu, pozostawiając po sobie tylko wspomnienia niezwykłego na ulicach hałasu i kupy kości baranich, resztek owoców i chleba na miejscu nocnej uczty.

FEZ. POCHÓD Z „SUŁTANEM“ STUDENTÓW

Studenci fezańscy przed kilkunastu laty urządzili taką awanturę, której ślady pozostały na zawsze w Fezie.
Było to tak. Berberowie przechowują kult grot, co im pozostało z czasów, gdy jeszcze w Afryce Północnej nie panowała nauka Proroka. W tych grotach, głębokich szczelinach górskich i podziemnych przejściach mają swe schronisko zmienieni w kamień ludzie, smoki i różne demony. Fez posiada też swoje jaskinie, a w nich prowadzą żebracy życie troglodytów.
Naturalnie, że odwiedzanie i przebywanie w jaskiniach jest rzeczą nader niebezpieczną, gdyż, jak mniemają Berberowie, co chwila grozi tu człowiekowi spotkanie z duchem, broniącym podziemnych skrytek. Tylko brak innego schroniska może zniewolić tubylca do zamieszkania w podziemiach. Ale nawet weseli sceptycy-fezańscy, żebracy obawiają się trochę swoich jaskiń i noszą na sobie talizmany od uroku dych duchów, a pozatem odbywają pielgrzymki ofiarne do groty El-Makta, znajdującej się niedaleko bramy Bab el Khemis. Wyciekają z jej głębin źródła, poświęcone świętym duchom. Tu panuje królowa duchów i demonów Neżma. Przychodzą tu ci, których opętały złe duchy szaleństwa lub choroby, całują ziemię i ściany groty, palą wonności i lampkę oliwną na brzegu tego lub innego źródełka i wręczają kierownikowi bractwa religijnego kilka świec ofiarnych oraz koźlę lub czarnego koguta, zarzynane natychmiast w jaskini przed obliczem niewidzialnej Neżma.[87] Pewnego razu, w jeden z dni bazaru, a więc w poniedziałek lub czwartek, przebrani za żebraków studenci (takie przebranie wobec nędzy tolba nie było oczywiście ani trudne ani skomplikowane!), zaczęli rozpuszczać śród przybyłych do Fezu wieśniaczek pogłoskę, że w grocie El-Makta zjawił się nowy duch, który pomaga kobietom, pragnącym mieć potomstwo. Duch ten jednak miał swoje wymagania. Żądał ofiary w postaci smażonego mięsa, misy tłustego kus-kus i worka z chlebem, nie lubił wonności i świec i był przeciwny temu, żeby w pobliżu znajdował się mężczyzna, chociażby nim był „mokkadem“, zbierający zwykle ofiary. Z tego wypadało, że trzeba było przyjść do groty po zachodzie słońca, kiedy mokkadem powracał do miasta, a wchodzić do podziemi w ciemności.
Sporo kobiet, marzących o uszczęśliwieniu małżonków synem i wzmocnieniu swego znaczenia w rodzinie, odwiedziło El-Makta, a przybyły na gościnne występy nowy duch wywiązał się z zadania, jak mi opowiadano, pomyślnie i z dobrym skutkiem. Pielgrzymki kobiet do groty o porze nocnej stały się tak liczne, że zwróciły na siebie uwagę imamów. Sprawę zbadano i, okazało się, że cała banda studentów kryła się pod postacią osławionego ducha i miała się dobrze, odżywiając się wybornie i pędząc dość lekkomyślne życie, o którem nie mógł marzyć nawet dowcipny autor figlarnego „Dekamerona“. Ten figiel studencki naturalnie skończył się gwałtownie, ale do zbiorowiska przeróżnych typów śród ludności Fezu wpłynęły po tej historji nowe typy, bardzo podobne do mieszkańców z Zerhoun i Suss.[88] Podobno przed dwudziestu laty, gdy kogoś chciano obrazić, mówiono o nim, że „pochodzi ze szczepu El-Makta.“
Dobrej sławie samej groty nie zaszkodziło to jednak, ponieważ pozostała do tego czasu miejscem pielgrzymek.



ROZDZIAŁ XII.
MUZUŁMAŃSKI ŚWIĘTY I POGAŃSKI MERKURY

Pewnego dnia złożyłem wizytę dowódcy okręgu Fezu, generałowi de Chambrun, byłemu attaché wojennemu Francji w Stanach Zjednoczonych. Jest to człowiek z najlepszych sfer towarzystwa, bardzo elegancki i wykształcony. Znał mnie z mego nazwiska literackiego, przyjął nader uprzejmie i, podprowadziwszy do wielkiej mapy swego okręgu, z całą szczerością pokazał i objaśnił sytuację na frontach, gdzie od czasu do czasu francuskie wojska ścierały się z nieuznającemi sułtana marokańskiego szczepami. Zdziwiła mnie taka szczerość, gdyż znam taktykę sztabów i ich zwykłą tajemniczość. Powiedziałem o tem generałowi. Spojrzał na mnie uważnie i rzekł:
— Mógłbym każdemu generałowi, nawet nieprzyjaznych dla Francji państw, powiedzieć to samo, co mówię teraz panu. Francja niema tu nic do ukrycia. Działamy na podstawie traktatu, podpisanego w Algesiras i spełniamy nasze zobowiązania wobec sułtana w zakresie protektoratu nad Marokkiem. Wojny nie chcemy, ale nie możemy dopuścić, aby naszej cywilizacyjnej misji stawiały przeszkody dzikie szczepy, nierozumiejące sytuacji i naszych zadań. Po skończonej utarczce natychmiast idziemy do niesfornych plemion z bronią pokojową. Przeprowadzamy szosy, organizujemy rynki, stawiamy szpitale, pomagamy w rolnictwie... Zresztą pan sam to zobaczy na własne oczy, gdyż dam panu możność zwiedzenia naszego północnego frontu, dotykającego Riffu hiszpańskiego. Tam się odbywają teraz pewne operacje strategiczne...
Rozmowa wkrótce przeszła na tematy ogólne. Generał zaznajomił mnie z kilku oficerami ze swego sztabu, ludźmi, oddawna pracującymi w Marokku, znającymi Berberów i Arabów nawskroś i doskonale władającymi ich mową.
Gdy żegnałem p. do Chambrun, generał zaprosił mnie i moją żonę na śniadanie. Poznaliśmy tu większą liczbę oficerów i urzędników ze sztabu generała. Opowiadano nam o interesujących nas szczegółach z życia tubylczej ludności i doradzano nie zapomnieć obejrzeć „Mekki“ Fezu — meczetu Muley Idrissa.
Z uwag i opowiadań gościnnego gospodarza zrozumieliśmy, że był wychowany w tradycjach przyjaźni dla Polski i w kulcie dla jej męczeństwa porozbiorowego. Generał znał cały szereg wybitnych Polaków, działających na terenie Paryża; ostatnimi Polakami przed nami byli malarz Styka (młodszy) z małżonką, podróżujący parę lat temu po północnej Afryce. Pozostawili oni po sobie serdeczne wspomnienia, wnosząc z opowiadań o nich, słyszanych od przedstawicieli administracji francuskiej w Fezie, Marrakeszu, Figuigu i Algierze.
Dzięki rozmowie z generałem de Chambrun i jego pomocnikami, a także kurtuazji władz francuskich, udało mi się zajrzeć, w ukryte przed przygodnym podróżnikiem, życie tego kraju, za co jestem im niezmiernie wdzięczny.
Powróciwszy do domu i wypocząwszy, zawołałem naszego Hafida i zapytałem go, czy ma zamiar pokazać nam Mulej Idrissa. Uśmiechnął się i rzekł:
— Chciałem najpierw pokazać państwu naukę, politykę i sztukę stolicy, a później jej wiarę i jej życie codzienne, praktyczne! Ponieważ jednak państwo są już wolni, zacznę od tego ostatniego, aby nasze święte miasto pokazać wtedy, gdy jest najbardziej imponujące — a więc wieczorem. Idziemy zatem?
Tuż za Bu-Anania, położoną w pobliżu naszego hotelu aż do bramy Bab Fetuch za rzeką, rozciąga się labirynt niezliczonych wąskich uliczek handlowych. Niektóre z nich są odkryte, a więc zalane słońcem i tylko tam, gdzie pada cień od jakiegoś minaretu, można odetchnąć swobodniej; inne są mniej lub więcej dobrze zacienione dziurawemi płachtami płóciennemi, matami ze słomy, sitowia i prętów wikliny lub oleandrów, albo gąszczem liści, pnących się po ścianach pędów wina. Niby oddzielne oazy pośród niewysokich zabudowań, wznoszą się większe, zawsze ponure gmachy, z tunelami, przebijającemi je, z potokami wody szemrzącej i pluskającej wszędzie i spadającej kaskadami do lochów, gdzie trafiają do podziemnych kanałów i płyną dalej, aż wybiegną gdzieś wprost na ulicę i popędzą jej rynsztokami do rzeki. Są to różne „Dar“ — domy, pałace, prawie zamki warowne, należące niegdyś do starych i bogatych rodzin Kejruańskich, obecnie zaś po części zajęte przez instytucje muzułmańskie i sułtańskie; są to dar Mużles, dar Adiwal, dar Ben Sliman, dar Glaui i inne. Przypominają olbrzymie pająki, siedzące w sieci uliczek handlowych i czyhające na ofiary. Podobieństwo tem większe, że istotnie w niektórych z tych „darów“ mieszczą się więzienia, dom dla warjatów i przytułek dla nieszczęśliwych kobiet. Więzienie zaś marokańskie nie jest ani lepsze, ani gorsze od domu dla obłąkanych, a w przytułku swoim nieszczęśliwe kobiety przechodzą nie mniejsze męki, niż w obydwóch wymienionych miejscach nędzy ludzkiej.
Fez-el-Bali, zająwszy w Islamie, dzięki swej nauce i sztuce, miejsce równoznaczne Konstantynopolowi i Bahdadowi, posiada wszystko w obrębie swych dzielnic. Uczelnie i świątynie, mądrych ulema, bogobojnych imanów, arystokrację o wyrafinowanym smaku artystycznym i wyrobieniu politycznem, a obok nich — przedsiębiorczych fabrykantów i kupców, posyłających swoje wyroby do Sudanu, Senegalu, Egiptu, do murzynów Bantu. Być może, że ta przedsiębiorczość jest dziedzictwem krwi żydowskiej, gdyż izraelici, chcąc uniknąć przymusowego osiedlenia się w pogardzanej dzielnicy Mellah, za panowania sułtana Jakuba abd-el-Hakk, masowo przechodzili na Islamizm i z biegiem czasu zupełnie z Berberami się zlali, nadając niektórym z nich typ wybitnie żydowski. Burżuazja fezańska trzyma w swoich ręku całe życie ekonomiczne miasta, robiąc interesy hurtowe, pozostawiając Żydom z Mellah — drobny handel detaliczny. Wszystkie te operacje handlowe hurtowników maurytańskich odbywają się na Kissaria — rynku, w „fondukach“, czyli składach towarowych i w niezliczonych „suk“ — uliczkach handlowych z nieprzerwanemi szeregami sklepów i sklepików. Każdy odłam przemysłu i handlu stanowi oddzielny klan, posiadający wspólne interesy i wspólną, powiedziałbym, politykę handlową, kierowaną przez zebranie kupców, stanowiące coś nakształt giełdy towarowej.
W zawiłym „suk“, poprzecinanym złotemi, palącemi pasmami i plamami słońca, wdzierającego się przez dziury w płachtach i matach, zacieniających uliczkę, lub przez liście i gałęzie wina, kipi czynne życie. Tłumy ludzi różnych odcieni skóry, mieszkańców Fezu lub przybyłych częstokroć z dalekich miejscowości, leżących za Anti-Atlasem i na brzegach Atlantyku, oglądają towary, tłoczą się, wymachują rękoma, krzyczą i targują się z kupcami. Ci zaś, spokojni, dumni i pozornie obojętni, siedzą jak posągi Buddhy z podwiniętemi nogami w ciemnych zagłębieniach swoich sklepów, notują zamówienia, dają informacje, przyjmują pieniądze i zobowiązania pisemne od znanych i pewnych klientów.
Czego tu niema na tych „suk“! Przechodzimy najstarszy suk w Fezie — młynarski, obsługujący urodzajny obwód stolicy, w którym pracuje około 230 młynów; stolarski i koszykarski. Piękne, inkrustowane kością słoniową i perłową masą, barwną mozaiką z drzewa stoły, szafki, szkatuły, ekrany rzeźbione, framugi do okien, drzwi, pułapy, boazerja na ściany, półki, wyroby plecione z różnych materjałów — nieraz bardzo ładne, — rozrzucone są tu w tak wielkiej ilości, iż trudno nawet dojrzeć i ocenić ich wartość artystyczną. W tej dziedzinie przemysłu ludowego, a także w wytwarzaniu majolikowych i porcelanowych płytek dla wewnętrznej mozaiki domów i świątyń, emaljowanych zielonych i niebieskich dachówek, rzeźbionego gipsu, marmuru, onyksu, cedrowego drzewa i mahoniu — najlepsze zakłady posługują się robotnikami, którzy dziedzicznie przechowują przepisy i sposoby starej, wyrafinowanej sztuki andaluzyjskiej. Tacy robotnicy stanowią osobną korporację. Posiadają oni swój meczet i swoich świętych patronów, naturalnie, że na drugim brzegu rzeki, w tej części Fez el Bali, którą zbudowali i zaludnili Maurowie andaluzyjscy, przez dłuższy czas wrogo dla wychodźców z Kejruanu usposobieni. Do tej korporacji należą także niektórzy malarze, graficy, tkacze i introligatorzy. Wszystkie te prace są wyłącznie powtórzeniem dawnych, historycznych wzorów; podobno żaden z tych majstrów nigdy nie pozwoli sobie na samodzielną twórczość. Dzięki temu przechowują się dawne, najpiękniejsze wzory maurytańskie, co się zaś tyczy dekadencji lub postępu, — to spoczywają one w ręku majstrów, do korporacji nienależących.
Francuscy badacze pp. Alfred Bel, Georges Mellier, Pierre Champion i inni studjowali bardzo skrzętnie sztukę stosowaną Maurów; jej wytworami przeładowane są „suk“ fezańskie. Wyroby majolikowe, polichromowe, słynne przed 150—200 laty nawet w Europie, obecnie znikły. Wyrabiane są teraz tylko jednobarwne-niebieskie lub zielone przedmioty. Jest to rodzaj przemysłu nader popularny w Afryce, gdyż wewnętrzne ozdobienie świątyń i prywatnych domów bez majolikowej mozaiki obejść się nie może.
Wyżej wymienieni autorzy znaleźli w rysunkach wyrobów majolikowych motywy perskie, syryjskie, chińskie i pochodzące z czasów przed-greckich — z Cypru.
Dużo interesującego można ujrzeć w „suk“ garncarzy, gdzie w rysunkach na wazach, czaszach, tacach i innych przedmiotach można odnaleźć wpływy wszystkich krajów Wschodu. Objaśnić to można bezpośredniem zetknięciem się Maurów z ludami Azji na terenie pielgrzymek do Mekki, a nadto dawnemi wyprawami do Persji, Indyj i Chin. W tym „suk“ majstrowie posiadają swego świętego patrona Sidi Mimuna, który był garncarzem i uczonym. W chwilach wolnych od pracy nauczał swych robotników i uczniów boskiego języka Koranu. Pewnego razu przybiegł do niego broczący krwią uczeń i prosił, aby go ukrył przed ścigającymi złoczyńcami. Mimun wskazał na otwór rozpalonego do czerwoności pieca i rzekł:
— W imię Allaha, ukryj się tam! Gdy Allah zechce, włos ci z głowy nie spadnie!
Uczeń bez wahania wszedł do pieca, a gdy przyjechali złoczyńcy, Mimun pokazał im ich ofiarę, spokojnie siedzącą w rozpalonym piecu. Zrozumiawszy, że mają przed sobą cudotwórcę i świętego, złoczyńcy prosili o przebaczenie i odeszli. Tymczasem uczeń zawołał:
— Mistrzu! wypuść mnie stąd, bo chyba zginę tu od zimna!
Rzeczywiście drżał na całem ciele.
Tak mówi legenda, którą opowie podróżnikowi każdy garncarz, pracujący w cieniu oliwnych drzew, w pobliżu grobowca swego patrona. Mnie to opowiadał Jussef ben Ali, niedaleko od bramy Bab-Fetuh, człowiek poważny, mądry — garncarz i kupiec. Zresztą p. P. Champion[89] przytacza w swojem dziele tę legendę, znajdując w niej podobieństwo do legendy o Św. Mikołaju.
Hafty fezańskie, delikatne w barwach, subtelne w rysunku, wykonywane są rękoma kobiet; na „suk“ można zrzadka znaleźć stare hafty, niczem zresztą, oprócz archeologicznej wartości, nie różniące się od nowych wyrobów. Suk majstrów, wyrabiających mozaikę z kamienia oraz rzeźbę i inkrustacje w drzewie, z metalu, perłowej masy, kości słoniowej, szyldkretu, hebanu, mahoniu i rogu — mogą zachwycić zwiedzającego nietylko sztuką i smakiem, lecz umiejętnością, z jaką wyrobnicy posługują się tylko dwoma instrumentami — nożem i młotkiem. Tkaniny jedwabne i bawełniane, kobierce, pasy, wyroby jubilerskie, ubrania, latarnie i lampy, pasy, zawoje, obuwie, broń i noże — wszystko to można znaleźć na oddzielnych „suk.“
Bliżej do Karuin mieszczą się „suk“ wyrobów ze skóry, a w tej liczbie istotnie piękne i drogocenne oprawy książek i szczególnie dla Koranu, z rysunkami, składającemi się z figur geometrycznych, napisów i kwiatów — i „suk“ świec woskowych dla meczetów i ofiar, oleju do lamp rytualnych, wonności wszelkiego rodzaju, roślin magicznych, i — wreszcie „suk“ — adwokatów i rejentów, poważnych, zagłębionych w tomy prawa.
Wszystkie te suki dążą w kierunku serca Fez el Bali, dochodzą do miejsca, przegrodzonego drewnianą barjerą. Jest to granica świętego miejsca Medina — tej Mekki Fezu. Tu się mieści „zauja“, czyli kaplica, rozmiarami swemi dorównująca meczetom, a poświęcona wielkiemu sułtanowi i patronowi Fezu — Mulej Idrissowi. Prochy jego spoczywają tuż, w grodzie przez niego założonym i doprowadzonym do potęgi, świetności i bogactwa. W wykonaniu tego wielkiego zadania dopomogli sułtanowi nietylko uczeni, artyści i wodzowie, lecz mieszkańcy wąskich uliczek, rozrzuconych dokoła jego grobowca, członkowie różnych klanów, produkujących i sprzedających bogactwa stolicy.
Te drobne klany, żyjące własnem, odrębnem życiem, lecz mocno związane jednolitością wiary, mieszczą się w labiryncie wąskich, zygzakowatych, niespodziewanie zanurzających się w ciemne przejścia pod staremi gmachami, połamanych i krzyżujących się „suk“, zalanych prażącem, olśniewającem słońcem, lub tonących w miękkich falach zmierzchu, łagodnego i tajemniczego. Tajemniczego, bo dziwnym głosem zapowiada ten zapadający zmrok nadchodzącą noc, pełną nieznanych, drażniących nerwy, a budzących jakieś złowieszcze przeczucie wypadków.
Stojąc na „suk“ w godzinach, gdy z nieba spływają potoki złocistych, wprost namacalnych, materjalnych promieni słońca i patrząc przed siebie, widzi się wkońcu uliczki mur świątyni, ścianę ponurego „dar“, zdaje się upadającą od znużenia i upału, albo lekki, misterny, niejasny, jak miraż, minaret Czrabliin, połyskujący przez mgłę promienną delikatną gamą swych mozaikowych ścian; na dole, w czarnym pasie cienia, rzucanego od ścian sklepów, suną białe, powiewne postacie ludzkie, które, robiąc jeden krok na prawo, lub na lewo i przechodząc na oświetloną stronę, nagle stają się złocistemi, topniejącemi w złotej kaskadzie słońca; chwilami majaczące widma, co idą po posuwającym się krążku ciemno-granatowego cienia, pokrywają się pręgami i pasami czarnemi i fioletowemi. To rzucają na nie cień gałęzie pnącego się wina i wąskie pasma wiszących nad „suk“ płacht i mat.
Tłumy ruchliwe, ożywione, lecz szlachetne i piękne w swych ruchach i w półprzytłumionej mowie — napełniają wąskie i głębokie kurytarze uliczek, zaułków i placyków, gromadzą się około dźwięcznych fontann i płyną dalej nieprzebranym potokiem. Jednak nad tym prądem żywej rzeki unosi się hałas i zgiełk, te ohydne, potworne ptaki, szybujące zawsze nad wielkiemi zbiorowiskami ludzkiemi. W każdej chwili ich ciche, lecz niemilknące kwilenie i pomruk mogą się wzmóc do ponurego krakania lub przeraźliwego krzyku, wstrętnego lub budzącego zgrozę i niepokój. Czynią ten zgiełk poganiacze mułów i osłów, krzyczący na zwierzęta i torujący sobie drogę w tłumie, żebracy, skamlający o jałmużnę; hałaśliwa, baraszkująca dziatwa, obojętna dla świętego miejsca i powagi starego grodu Idrissa; uderzający w przeraźliwe dzwonki roznosiciele wody i zachwalający swój orzeźwiający towar; drobni przekupnie i wyrobnicy, reklamujący swój towar i swoją sztukę; właściciele ruchomych jadłodajni, przeraźliwemi głosami zalecający swoją kuchnię i specjalne dania; pielgrzymi do Mulej Idrissa i Mulej-Brahima, a nawet opaleni, znękani drogą i trudami hadż, powracający z podróży do Mekki ze śpiewami pobożnemi i orkiestrą, im towarzyszącą; — wszyscy oni wytwarzają chaos dźwięków. Trochę dalej potęgują hałas i zgiełk kłócący się klienci przed domem Sądu Kadiego, lub oszukani przez kupca klienci z dalekich „bled“.[90] Ci, gestykulując, wygłaszają płomienne mowy, oskarżające krzywdziciela o przekroczenie wszelkich praw boskich, a więc „figh“, „akaïd“ i całej czaria. Szczególnie zaś biją oskarżający na „figh“, które tak szczegółowo podzieliło wszystkie czyny wiernych na nadżib, mandub, mubach, makruh, haram, co ujmuje w ramy, niezmienne i mocne, niby z onyksu lub stali damasceńskiej wykute, wszystko, co wielki Prorok przykazał, zalecał i pozwalał, a czego nie zalecał i zakazywał.

MECZET ANDALUZYJCZYKÓW

— Kupiec jest bogaty i poważany w tem świętem miejscu — woła przybyły z Meknesu Berber-rolnik, wskazując w stronę jakiegoś minaretu, — lecz to błąd mieszkańców Fezu, ponieważ z całego prawa kupiec wybrał dla siebie tylko rozdziały „haram“ i dopuszcza się czynów niedozwolonych, obrażając Proroka i ściągając na siebie i na tych, którzy mają z nim do czynienia, karę Allaha!
— Niech szanowny gość nie udaje „mufti“,[91] bo to Fez, a nie wioska, gdzie więcej mułów i baranów, niż ludzi! — odpowiada kupiec spokojnie, lecz w głębi jego źrenic zapalają się i gasną ogniki.
— Wstyd przynosisz stolicy Mulej Idrissa! — woła, bijąc się w piersi, Berber.
— W Fezie nie słuchają sądów i proroctw wielbłądów! — pada spokojna odpowiedź.
Nowy krzyk klienta, gwar zbiegających się przechodniów, rady, mowy na korzyść jednej i drugiej strony, zgiełk... A słońce wylewa coraz to nowe kaskady płomieni, a w nich nurzają się napływające zewsząd tłumy.
I nagle wszystko milknie, ucisza się, gdy hałaśliwy, zatłoczony suk dobiega do drewnianej barjery. Przed nią ziemia, za nią — niebo!
Barjery stanowią granicę dzielnicy z „zaują“, poświęconą Mulej Idrissowi. Przed kilkunastu laty, tylko wierni mogli przekroczyć tę granicę, teraz możemy to uczynić i my — niewierni. Jesteśmy zmuszeni jednak schylić się i przejść pod tą barjerą. Czy nie jest to wymuszony przez Islam symbol naszego korzenia się przed Allahem i Prorokiem? Czy nie jest to coś, nakształt tego, co w swoim czasie wymyślili chińscy imperatorowie w Pekinie, gdy ambasadorowie Francji, Niemiec i Anglji zaprotestowali przeciwko etykiecie „Kotou“, czyli trzykrotnego padania na kolana i ukłonów do ziemi przed majestatem boskiego syna Nieba?
Pomysł był bardzo dowcipny!
Ambasador europejski był zmuszony odczytać pismo swego rządu, stojąc przed wysokiem podjum cesarskiego tronu; z jego szczytu „Syn Nieba“ widział posła tylko od kolan, a więc robiło to wrażenie, że cudzoziemiec klęczy przed nim. Zrozumiał tę przebiegłość chińską ambasador francuski i łamiąc raz na zawsze odwieczną etykietę Pekińskiego dworu, pewnym krokiem wszedł na podjum i, stojąc tuż przed cesarzem, odczytał swoją deklarację poselską.
Zdaje mi się, że barjera naokoło Mulej Idrissa w Fezie chociaż częściowo ma ten moralny podkład... Co do mnie, lubię mistycyzm i bezwzględność w rytuałach; w tem jest urok, poezja, piękno tradycji! W moich podróżach zdarzało mi się nieraz wieszać ofiary na lamaickich „obo“,[92] kupować modlitwy w kaplicach Lao-Tze w Chinach, palić świeczki przed posągami Buddhy i ofiarowywać mu „hatyk“,[93] rzucać niklowe „seny“[94] do ogromnych skarbon w japońskich świątyniach kultu Szinto i modlić się przed krucyfiksem Chrystusa de la Wega w Toledo i w cudnej katedrze Notre Dame Paryskiej.
Skrętami i załamaniami „suków“ doszliśmy do małego placyku Neżżarin z handlowemi składami, mieszczącemi się w dużym, starym gmachu o monumentalnej fasadzie, z rzeźbionemi gipsowemi i malowanemi ozdobami; oglądaliśmy tu piękną fontannę z misterną mozaiką i rzeźbą w kamieniu; nad basenem zwisa ciężki dach z drzewa i zielonych majolikowych czerepków.
Wreszcie zbliżamy się znowu do barjery świętej dzielnicy i zapuszczamy się w jej obręb. Odrazu trafiamy do innego świata. Dzielnica, gdzie panuje wszechwładny pogański Merkury, urywa się w jakiś zagadkowy sposób. Tu za tą barjerą inni ludzie, inny nastrój, inne myśli! Nawet zgiełk „suków“ nie dochodzi tu.
Wszystkie uliczki tej małej dzielnicy są również zatłoczone. Lecz tłum ten stanowią pielgrzymi, przybywający z bliskich i dalekich wsi i miast do tego, najbardziej czczonego w Marokku, religijnego centrum; żebracy, chorzy na wszelkie choroby Wschodu, nieszczęśliwi, a więc ci, których Zbawiciel Świata w „kazaniu na górze“ nazwał ubogimi w duchu i smutnymi; procesje różnych bractw z chorągwiami, muzyką i śpiewami; liczne rzesze pobożnych mieszkańców Fezu; drobni handlarze barwnych świec, wonności, oleju i szkaplerzy; grupy studentów, poważni imamy i ulema; święci „marabut’y“, których poznać można odrazu, gdyż wierni całują ich po rękach i podnoszą do swych twarzy rąbek ich burnusów, na co „święci“ odpowiadają przytknięciem ręki do schylonych przed nimi głów pobożnych; kalecy, chorzy i całe rzesze kobiet o szczelnie osłonionych twarzach. Trudno się przecisnąć przez ten tłum, który tu jest inaczej wobec cudzoziemców usposobiony. Jeżeli na ulicach Fezu mieszkańcy starają się nie zauważyć Europejczyka tak dalece, że nawet żebracy w bardzo rzadkich wypadkach proszą go o jałmużnę, to tu na białego człowieka patrzą z niechęcią, pogardą i nawet — z nienawiścią. Nieraz dają się tu słyszeć wrogie słowa i złośliwe uwagi.
Zatrzymujemy się przy jednym z murów świątyni, gdzie mieści się wielka skarbona dla ofiar pieniężnych. Zdobią ją bogate, wspaniałe rzeźby i mozaiki.
Tłum przygląda się nam w milczeniu i zbyt obojętnymi oczami, aby nie wyczuć w nich ukrytej niechęci. Rzucamy kilka srebrnych monet do skarbony i wracamy na dawne miejsce. W tłumie rozlegają się pojednawczo brzmiące głosy. Ludzie dyskretnie potrącają się łokciami i wskazują na nas oczami. Tylko jeden człowiek nie spuszczał ze mnie wzroku. Patrzał tak długo i przenikliwie, że musiałem zwrócić się w jego stronę i uważnie mu się przyjrzeć. Narazie wziąłem go za kobietę. Twarz biała, blada, bez śladów zarostu, pałające oczy, zaciśnięte, wąskie usta, drobna, prawie dziewczęca postać, owinięta w czarny burnus, zarzucony na głowę, małe, wypieszczone ręce i europejskie trzewiki na nogach. Odrazu spostrzegłem to wszystko i znowu zajrzałem nieznajomemu w oczy.
— Dziwna postać!... żadnego rysu arabskiego... — mignęła mi myśl, i w tej samej chwili mały człowiek spuścił oczy, głębiej nasunął na głowę burnus i zniknął w tłumie, rzuciwszy jakieś słowo. Rozległ się stłumiony śmiech.
Zaczęliśmy oglądać dziwny i barwny obraz, odkrywający się przed nami. Pod arkadą zbity tłum parł ze wszystkich stron, aby ucałować mur, pokryty malowanym i rzeźbionym gipsem. Pobożni z zachwytem spoglądali na duże zakratowane okna, opierające się na dwuch cienkich kolumnach z różowego marmuru i z połyskującą emalją porcelanową na dole. Trzy ogromne, zachwycającej roboty latarnie olejne, paliły się przed tym murem w dzień i w nocy. Za tym murem, we wnętrzu świątyni stoją grobowce sułtana Mulej Idrissa i jeszcze innego świętego. Niedaleko stąd Hafid wskazał nam wejście do grobowca księżniczki z królewskiego rodu Idryssydów. Do tego miejsca dążą tłumy pobożnych kobiet z modłami, prośbami, ofiarami i łzawą skargą — tą nieubłaganą towarzyszką życia kobiecego. Za wejściem wznosi się olbrzymi, wysoki, ciężki w stylu ekran z rzeźbionego mahoniu ze świętemi napisami dokoła i nazbyt pstremi mozaikami. Przedziela on przedsionek od głównej hali, gdzie w półmroku połyskują niezliczone lampy i świeczki, a ich migotliwe światło odżywia pozłotę i barwną emalję ścian i pułapu. Wierni zatrzymywali się przy bramie, całowali framugę i padając na kolana, zanosili modły do Jedynego, oprócz którego niema innych bogów.
Długie szeregi modlących się rozmieściły się wszędzie. Klęczą, lub siedzą na podgiętych nogach, dłonie do nieba wznoszą i kornie pochylają głowy, aż do mozaikowej posadzki.
— La Illah Illa Allah u Mohammet Rassul Allah-Allah-Akbar!... brzmi wszędzie. Wtórują tej modlitwie westchnienia ciężkie, jęki, śpiewy, rozpaczliwe błagania i błysk oczu w ostatnim wysiłku nadziei. Cała ta nędza i ponura wiara wbija wzrok w święty mur i w połyskujące płomyki lamp nad tajemniczym „mihrabem“.
Nikt z modlących się nie spojrzy w takiej chwili na przechodnia, chociażby był to nieznany cudzoziemiec, ani oderwie się od modlitwy, chociażby kule padały dokoła, chociażby mknął na nich wściekle ryczący samochód lub, warcząc i hucząc, leciał żelazny ptak. Tak się modlą wyznawcy Proroka w meczecie, przy kubbach swoich świętych i w pustyni, usiadłszy o godzinie wschodu i zachodu słońca na małym kobiercu lub skórze owczej. Nie pogardę dla niewiernych wyczuwa się wtedy w muzułmaninie, lecz dumę. Dumę, że oto on — śmiertelny, grzeszny i słaby człowiek otrzymał od Allaha prawo mówić do niego w chwili, gdy bieg słońca wskazuje czas i miejsce przyjścia Boga. Allah zbliża się i ufa „mumenowi“, i właśnie ta ufność i wiara w bliskość bóstwa jest źródłem jego dumy i ognia jego wiary.
Rzuciwszy raz jeszcze okiem na mury, wejście i część widzialnego wnętrza świątyni, odchodzimy, dzieląc się naszemi wrażeniami. Zgadzają się z sobą zupełnie. Rozrzewniające jest i majestatyczne zachowanie się wiernych, lecz sama świątynia jest zbyt wspaniała, bogata i krzycząca przepychem. Nie jest ona dostatecznie odpowiednim przybytkiem dla Boga — przyjaciela, opiekuna i powiernika każdego żebraka, pielgrzyma, wieśniaka i poganiacza wielbłądów. Godną jest tego przybytku sztuka, lecz nie błyskotliwy, rozpierający go, arogancki przepych mieszczański.
Zmrok zapadł, bo już muezzin dawno zszedł z minaretu Mulej Idrissa, skończywszy nawoływanie do modlitwy wieczornej. Lecz Hafid jest nieubłagany.
— Pokazałem państwu miejsce, gdzie kwitnie wiara: lecz gdzie modły — tam zawsze obok stoi nędza. Ten ponury gmach na prawo — to Dar el Kitun; w nim mieści się przytułek dla nieszczęśliwych kobiet, gdzie rozpacz, choroby, beznadziejność wtłoczone zostały w te stare, popękane mury.
Przechodzimy przez suk ze składami magicznej henny, używanej także do malowania włosów, paznokci i skóry i docieramy do Moristan. Jest to przytułek dla obłąkanych, zbudowany około r. 1350-go za panowania dynastji Merinidów. Straszne to miejsce, sądząc z opowiadania Hafida! Chorzy pędzą tu życie zamknięci w swych celach i trzymani na łańcuchu, przykutym do ściany. Gdy staliśmy przed Moristan, słuchając opowiadania Hafida, z poza murów doszedł nas przeciągły krzyk kobiety.
— Puśćcie mnie, puśćcie mnie! Chcę iść do jaskini, gdzie panuje miłościwa Neżma, królewna dżinnów! Tylko ona może mnie uzdrowić! Zdejmcie mi z szyi ten łańcuch, puśćcie mnie! — przetłumaczył Hafid krzyki obłąkanej.
Rozpaczliwej tej prośbie chorej zaczęły wtórować inne głosy, jęki i wycia.
— Warjaci są w mocy dżinnów, złych duchów, dlatego chorych trzymają na łańcuchach, aby przeszkodzić dżinnom wyjście z nich i ściganie innych ludzi! — objaśnił Hafid.
I jeszcze jedno miejsce udręki pokazał nam nasz tolba. Było to więzienie, gdzie jeszcze bardzo niedawno więźniów traktowano z przerażającem okrucieństwem, a ciężkie kajdany i łańcuchy na szyi — stanowiły karę najłagodniejszą. W podziemnych kazamatach ludzie za życia gnili, umierali z głodu i pragnienia, a trupy miesiącami pozostawały śród żyjących. Pod wpływem władz Protektoratu stosunek do więźniów stał się znacznie łagodniejszy. Widocznie Berberowie i Arabowie dobrze pamiętają o niesprawiedliwości i surowości swych władz, gdyż uważają za swój obowiązek pomagać więźniom, posyłając im pożywienie, a nawet w niektórych wypadkach — wykupują ich. Ten zwyczaj, nie istniejący w żadnem cywilizowanem państwie, włączając Chiny i Japonję, zachował się dotąd w krajach Azji Centralnej i w Rosji, gdzie mieszkańców więzienia nazywają „cierpiącymi“, lub „nieszczęśliwymi“ i otaczają sympatją i opieką bez różnicy i bez względu na to, co tych ludzi doprowadziło do zbrodni.
Przed więzieniem zastała nas noc marokańska, ciemna, z nisko nawisłem nad ziemią gwiaździstem niebem, z cykaniem nietoperzy i szmerem polujących na muchy i pająki jaszczurek, pełzających po murach i ścianach.
Powracaliśmy do hotelu, przecinając ludne „suk,“ oświetlone latarniami i lampkami, jakieś tajemnicze, niby ukrywające poza swemi ścianami tajemne zebrania spiskowców i złoczyńców, lub coś innego, co się boi oblicza słońca i jego wdzierających się wszędzie promieni.
Żegnając nas, Hafid zapytał:
— Czy nie chcą państwo zwiedzić Fezu w nocy?...
Zochna po upalnym dniu i długiej wycieczce czuła się znużoną, zresztą chciała przygotować listy, z opisem naszej podróży. Te jej listy z zajęciem czytano w Warszawie, w której nas przedtem uważano trochę za warjatów dlatego, że pojechaliśmy nie do Ostendy, Nicei, Ciechocinka lub Zakopanego, lecz do jakiejś tam Afryki Północnej, gdzie niema nic... oprócz upałów i Sahary.



ROZDZIAŁ XIII.
POD PŁASZCZEM NOCY.

Około 10-ej wieczorem wyruszyliśmy z Hafidem na miasto i wkrótce weszliśmy do labiryntu suk’ów, gdzie było już mniej otwartych sklepów, lecz przez drewniane okiennice przebijało się światło i mówiło o jeszcze nie zakończonym dniu pracowitych kupców. Ani na ulicach, ani przy „fondukach“, nigdzie nie widziałem stróżów nocnych. Bandyci w Marokku napadają czasami na kupców, lecz wyłącznie na karawany, posuwające się przez odludne miejscowości. W miastach zaś takie wypadki nie zachodzą. Bandyci przekradają się tu na wywiady lub dla nabycia broni, ubrania, wielbłądów i koni.
— Nic teraz nie zobaczymy — zauważyłem, gdyśmy przechodzili zupełnie ciemny i pusty suk.
— Zobaczymy! — odparł Hafid jakimś zagadkowym głosem.
Skręciliśmy w wąską uliczkę, skąd doszły nas dźwięki muzyki. Hafid zajrzał przez szczeliny w okiennicach do jednego z domów i szepnął:
— Już się zbierają... ale to później, tymczasem pójdziemy w inną stronę!
Tajemniczość mego przewodnika zaczęła mnie bawić, więc nie wypytywałem go o nic. Wolałem mieć niespodzianki.
Przechodziliśmy suk po suku.
— Tu sprzedają sól i ryby, tu — jaja i puch. To jest suk jarzyn, a to — przędzy wełnianej — objaśniał cichym głosem Hafid i nagle położył palec na ustach.
Zacząłem się rozglądać i na skrzyżowaniu ulic ujrzałem dziwną scenę. Kilku poważnych kupców w białych burnusach stało pod dużą latarnią, płonącą na rogu uliczki, i otaczało niezwykłą grupę. Trzech zupełnie nagich tubylców, o murzyńskich rysach twarzy, obracało się na wszystkie strony, schylało się, podnosiło ciężki kamień, wyciągało ręce i nogi. Stojący obok nich człowiek, trzymał burnusy nagich ludzi, klepał ich po czarnych karkach, grzbietach i ramionach i cichym, ale podnieconym głosem coś opowiadał. Kupcy macali nogi, ręce i piersi czarnych „Adamów“ i też coś mówili. Hafid pochylił się do mego ucha i szepnął:
— Niech pan usunie się w cień, bo inaczej spłoszymy tych ludzi. Tam, gdzie pan widzi tych gołych, tam się zaczyna Suk El Ghezel, dawny suk niewolników. Koran nie zakazuje niewolnictwa, lecz wymaga dobrego obchodzenia się z niewolnikiem. Chrześcijanie walczą z tem, lecz muzułmanie przechowują ten zwyczaj starodawny. Teraz robią to tylko pokryjomu w Fezie, śmielej — na południu, gdzie rządy sprawują „wielcy Kaidowie“ z Atlasu. Niewolnicy, kupieni w Sudanie i gdzieś głębiej w Afryce, bywają dostarczani tu i sprzedawani. Jeżeli sprzedawany „abd“[95] jest trochę obeznany z naszem prawem, może zażądać kontraktu na termin niewolnictwa, a po terminie — zwolnienia go i uznania za zwykłego obywatela.
— A niewolnice? — zapytałem.
— Tych na rynek nie wyprowadzają, bo się obawiają Francuzów. Ale niewolnice istnieją, tylko sprzedają je z wolnej ręki, i pokryjomu, w jeszcze większej tajemnicy niż mężczyźni.
Obserwowana przez nas grupa ludzi oddaliła się tymczasem razem z niewolnikami, którzy narzucili na siebie swoje łachmany.
W ten sposób nocny Fez odsłonił przede mną rąbek jednej ze swych tajemnic.
— Niewolnictwo, dobre postępowanie z kupionym człowiekiem, kontrakt i możliwość zdobycia wolności i obywatelstwa, wraz z prawie nieuniknionem przy takich warunkach przywiązaniem niewolnika do domu i rodziny właściciela i tej rodziny do niewolnika, doprawdy, to forma, która może być lepsza od sytuacyj, istniejących w wielu europejskich kopalniach rtęci, ołowiu, węgla i w fabrykach, gdzie robotnicy albo umierają, albo tracą za młodu zdrowie i siły, skazani na nędzę w starości.
Myślałem tak, wierząc Hafidowi, a później w kilku domach arabskich spotykałem niewolników i wiem, że gospodarz domu zupełnie jednakowo traktował swego brata, honorowanego gościa i niewolnika, który usługiwał przy stole, lub szedł przed mułem swego pana, torując mu drogę w tłumie przechodniów.
Powróciliśmy do domu, skąd dochodziły nas odgłosy muzyki. Hafid znowu zajrzał przez okiennice i zapukał. Po długiej chwili gdzieś w końcu domu ze zgrzytem odsunięto zasuwy drzwi i jakiś głos zapytał, czego sobie życzymy.
Mój tolba objaśniał długo, poczem, zwracając się do mnie, oznajmił, że ujrzenie wszystkiego, co tu można widzieć, będzie kosztowało 15 franków i że to jest tanio.
Dopuszczono nas tylko dlatego, że syn właściciela był również studentem i znał Hafida osobiście.
Długiem, ciemnem przejściem, oświetlanem latarką właściciela, idącego przed nami, weszliśmy na duże „patio“, dziedziniec brukowany płytami z kamienia. Kilkanaście drzwi, zawieszonych lekkiemi firankami, wychodziło na dziedziniec, gdzie na kobiercach siedziało pięciu dobrze ubranych tubylców. Pili kawę z małych filiżanek i herbatę ze szklanek bez spodeczków i łyżeczek. Mocny aromat kawy mieszał się z zapachem mięty i wonnego dymu, wychodzącego z naczynia, z jarzącemi się w niem węglami. Dokoła dziedzińca na wysokości trzech metrów nad nim, ciągnęła się drewniana galerja z wychodzącemi na nią drzwiami, które tak samo były zawieszone tkaninami. Jakieś postacie snuły się tam, stały w zacienionych kątach, oparte o balustradę. W jednym z pokojów warczał bębenek i jęczał flet.
Zjawił się służący, położył dla nas na posadce kobierzec, postawił niski stolik z tacą, na której znajdowały się dwie szklanki i ołowiany dzbanek z herbatą straszliwie słodką i zaprawioną świeżemi, zielonemi liśćmi aromatycznej mięty.
Hafid powiedział coś słudze, który skinął głową w milczeniu i po chwili postawił przed nami koszyczek ze słodyczami. Były tam „hadda“ — ciastka na miodzie, suszone figi i daktyle.
Zaczęliśmy pić herbatę i rozmawiać, gdy nagle zjawiło się dwuch posługaczy, którzy postawili na ziemi cztery wysokie blaszane świeczniki z płonącemi świecami.
Po nich wszedł młody tubylec, zwinny, wiotki i przystojny. Miał na sobie długą żółtą koszulę, przepasaną szarfą. W ręku trzymał krzywą szablę, tak zwaną „sekkine“ o szerokiej i krótkiej klindze.
Obejrzał się dokoła i machnął szablą. Stal ze świstem przecięła powietrze, a młodzieniec zadał nowy cios, po nim jeszcze, ciągle zmieniając sposoby rąbania, aż wreszcie zaczął zniżać ciosy, coraz bardziej zbliżając je do płomyków palących się świec. Po kilku uderzeniach obciął wszystkie knoty i zgasił świece. Po chwili pokazał inną sztukę. Jeden ze służących trzymał między palcami świeżą figę, a mistrz przeciął ją na dwoje, uderzywszy z całym rozmachem, nie zawadziwszy o palce i nie wytrąciwszy owocu.
Gdy przedstawienie było skończone, weszli muzykanci i rozległy się dźwięki bębenków, tamburynów, fletu i „rbab“[96]. Grano zwykłą rytmiczną, monotonną melodję, jaką słyszałem nieraz na Kaukazie, w Persji, Turkiestanie, u Sartów i u Tatarów nadwołżańskich, naprzykład w Kazaniu.
Wkrótce wyszło siedmiu młodzieńców. Wszyscy bardzo przystojni i zgrabni, z umalowanemi twarzami, w białych turbanach i długich, szerokich, powiewnych szatach, w pantoflach, haftowanych złotem i zielonym jedwabiem. Wziąwszy się za ręce młodzieńcy utworzyli koło i zaczęli taniec, kołysany i rytmiczny. Rozbiwszy się na grupy i pozostawiając jednego tancerza pośrodku, zaczęli nowy taniec, wymachując szerokiemi rękawami burnusów i długiemi pasmami lekkiej tkaniny. Ruchy tancerzy i wydawane przez nich okrzyki przypominały kobiety. Byli to tancerze, imitujący kobiety nietylko w tańcach, lecz i w życiu codziennem, a więc w ubraniu, w spędzaniu czasu, w ruchach, w głosie i przesądach. Są oni specjalnością Atlasu i są bardzo poszukiwani przez wyrafinowanych mieszkańców stolicy, a opłacani przez nich drożej od najpiękniejszych tancerek. Widziałem jak goście odpinali swoje barwne czkaras[97], z pięknej, miękkiej skóry „filali“, suto haftowanej złotem, srebrem i jedwabiem, i rzucali tancerzom srebrne monety. Ci zaś błyskali oczami, nisko się kłaniali i drobnemi, chwiejnemi krokami odchodzili z nęcącym uśmiechem na ustach. Stanęły mi w pamięci podobne sceny i tacy tancerze, których widziałem w południowym Turkiestanie i w Persji, gdzie ich nazywają „baczi“.
Przy dźwiękach orkiestry popisywały się następnie kobiety, zawoalowane oraz z odkrytemi obliczami i młode dziewczęta zupełnie bez żadnych osłon na ciele i twarzy. Widziałem tu tańce różnych szczepów, jak naprzykład Uled-Nail, Szleu, Kabylów i inne, które później obserwowałem w ich ojczyźnie, śród kobiet tych szczepów. Najbardziej interesujący pod względem wyrazistości i realizmu był taniec „czabati“, zmysłowy taniec kobiet z Konstantyny w Algierji, gdzie tego widowiska nie spotkałem, ponieważ jest, zdaje się, zabroniony przez władze francuskie. Ten taniec ma niezawodnie podłoże rytualne, którego szukać należy w pogańskich kultach wiosennych, obchodzących święto budzących się po zimie rozrodczych sił natury.
Napiwszy się herbaty i spożywszy sporo ciastek i suszonych owoców, zapłaciłem umówione 15 franków i razem z Hafidem wyszedłem z tej nocnej spelunki fezańskiej.
Gdy powracaliśmy, wszystkie „suk“ były już pogrążone w mroku. Przechodniów nie było. Paliły się tylko rzadkie latarnie, ustawione przez Francuzów. Z dziedzińców i z poza ciężkich podwoi bram warczały i szczekały zajadle złośliwe psy łańcuchowe. Niekiedy przez szczeliny w bramach, lub ze szczytu pnącego się do góry „suk“ mogłem widzieć dziedzińce bogatych domów kupców, starszyzny i arystokracji miasta. Okna były oświetlone i, mimo późnej godziny nocnej, życie w nich jeszcze nie ustawało.
— Co się tam robi? — zadawałem sobie pytanie. — O czem tam mówią i myślą? Jakie plany tam knują? Co zamierzają robić i o czem marzą ci zagadkowi ludzie w burnusach, tak majestatycznie obojętni dla białych przybyszów, tacy dumni w poczuciu płynącej w ich żyłach krwi kejruańskiej lub andaluzyjskiej?
W parę dni później chodziłem w nocy po mieście sam i widziałem, jak w jednym z ponurych „dar“ otworzono drzwi i niewolnik, świecąc latarką, wypuścił owinięte w „dżellaba“[98] z narzuconemi na twarze kapiszonami postacie, chyłkiem posuwające się w stronę serca Fezu. Mimowoli pomyślałem, że gdyby Sułtan mógł słyszeć i widzieć wszystko, co się działo w pałacach, domach i zamiejskich willach fezańskiej arystokracji, z pewnością wielu z właścicieli tych wspaniałych gmachów, tłumów niewolników, ukrytych przed okiem ludzkiem haremów i niewidzialnych z poza murów ogrodów i parków, zakończyłoby swoje życie w więzieniach lub z ręki kata. Gdyby zaś dyplomaci narodów europejskich mogli niewidzialnie przebywać w domach rdzennych, starych rodów maurytańskich, niezawodnie zrozumieliby, że Islam nie jest nieruchomy lub martwy i że w duszach ludów muzułmańskich kiełkuje żywa myśl o wolności.



ROZDZIAŁ XIV.
ANDALUZ.

Arabski „arbiter elegantiarum“, poeta i podróżnik, znawca wina, sztuki, koni, broni i kobiet — El Bekri, powiernik potężnych Ommiadów, panujących w Sewilli, zwiedził na początku XI-go wieku Fez. Opowiada o dwuch dzielnicach stolicy, przedzielonych nurtem rzeki i otoczonych każda swemi własnemi murami. W jednej — mieszkali wychodźcy z Kejruan,[99] — piękni mężczyźni, lubujący się w sztuce, poezji, nauce i dostatniem, wesołem życiu. Domy ich stały pośród ogrodów, przeciętych sztucznemi kanałami z czystą, zdrową wodą źródlaną, a pełnych najlepszych gatunków drzew cytrynowych, granatowych, figowych, morelowych i różnych gatunków winnej latorośli. Sztuka, kult Proroka i handel stanowiły treść życia mieszkańców tej dzielnicy — „adua Kejruan.“
Na przeciwległym zaś brzegu rzeki, obracającej setki młynów, za swemi własnemi murami — rozciągała się mniejsza dzielnica — adua el Andaluz, słynna z tego, że mężczyźni tu byli odważni, silni, pracowici i wprawni w rolnictwie i rzemiosłach, a kobiety — piękności tak nadzwyczajnej, że stanowiły szczyt marzeń władców z Meknesu, Marrakeszu, Tlemsenu... Być może, że piękne andaluzki z „adua“ były przyczyną niejednej wyprawy na Fez i, że śród nich niejedna była nieodrodną córą Heleny — lekkomyślnej latorośli Ledy i Jowisza, tembardziej, że we krwi mieszkanek adua el Andaluz mogła płynąć krew, odziedziczona po dawno znikłych wojowniczych ludach, walczących pod murami Troi. W każdym jednak razie te smagłe, zwinne jak węże, a pieszczotliwie jak kocięta, piękne hurysy były przyczyną długo trwających walk pomiędzy dwiema „adua“, — walk, rozstrzyganych na pagórku, gdzie załatwiali swe spory Kejruańczycy z Andaluzami. Przepych i elegancja pierwszych podniecały wyobraźnię i zmysły kobiet andaluskich, a barczyści, rozrośli mężczyźni ich szczepu, zajęci uprawą roli, drzew oliwnych, jabłek, gruszek, śliw i chowem bydła, nie mogli konkurować z pięknymi, wytwornymi młodzieńcami z tamtego brzegu. Stąd wynikały porywania kobiet, ich ucieczki, krwawa zemsta, pojedynki i utarczki całych rodów i nawet obydwuch szczepów, stanowiących ludność Fezu el Bali.
Tylko w jednem miejscu, położonem na uboczu od miasta, spotykali się wrogowie w sposób zgodny. Była to dzielnica dla trędowatych, gdzie Kejruańczyk pędził obok Andaluza życie, pełne rozpaczy i męki. Z biegiem czasu mądrzy władcy rękoma niewolników zburzyli mury dzielnic, przerzucili przez rzeczną rubież trzy mosty: Rsif, Sidi el Aued i Baïn el Mudun, ująwszy obie „adua“ w pierścień wspólnych murów. Dwa szczepy zaczęły się łączyć i teraz, z wyjątkiem różnicy w tradycyjnem prawie i przepisach starej sztuki andaluskiej, nic z dawnej nieprzyjaźni nie pozostało.
Pewnego poranku, przeszedłszy most Rsif, weszliśmy do dzielnicy adua el Andaluz. Te same „suk“ co i w „medina“, tylko mniej bogate i mniej ludne; chyląca się ku upadkowi, zbudowana w pierwszej połowie XIV wieku medersa Sahridż, o architekturze i ozdobieniach prostych, a pięknych, z basenem, ujmującym najczystsze źródło, płynące z gór. Brać studencka tej uczelni odznacza się nadzwyczajną nędzą i tradycyjną wesołością i figlarstwem, o czem istnieją liczne bardzo wesołe i swawolne opowiadania. Zwiedzamy meczet el Andaluz, zbudowany jednocześnie z przemądrą i poważną Karuin. Z IX. wieku pozostała tu zaledwie część sali modlitwy, a późniejsze epoki wycisnęły liczne i głębokie ślady, rozszerzając, przebudowując i upiększając gmach minaretem, monumentalną bramą, mozaiką i rzeźbionemi w drzewie stalaktytami.
Hafid wspomniał o małej, opuszczonej prawie zupełnie i przez uczonych i przez wiernych medersa Sebbain i nie chciał jej pokazać po wspaniałych gmachach większych i piękniejszych przybytków nauki Proroka. Szliśmy więc dalej w kierunku murów miejskich, a Hafid powiedział nam, że meczet el-Andaluz jest katedrą studencką, gdyż „sułtan Tolba“, podczas swego jednodniowego, zawsze pomyślnego panowania, w tej właśnie świątyni z wielką ostentacją i paradą zanosi modły do Allaha o szczęście swych poddanych — zawsze głodnych, obszarpanych kolegów-tolba.
Po drodze do bramy Bab Fetouh odwiedzamy białą kubbę pod dachem z zielonych, emaljowanych płytek. Jest to pomnik Ali Bu Ghaleba, jednego z uczonych teologów, który wykładał w fezańskiej medersa w XII. wieku. Ten pomnik jest otoczony czcią i przesądami mieszkańców dzielnicy. Ludzie wierzą, że noc z wtorku na środę, spędzona przy pomniku, uzdrawia wszelkie choroby. W pobliżu tego cudownego miejsca przepływa źródło i stoi stare, rozłożyste drzewo, obwieszone wstęgami i kosmykami włosów, przynoszonych w ofierze przez kobiety, wierzące w siłę Ali bu Ghaleba. Ten święty, podług podania, był wielkim miłośnikiem kotów, które do dnia dzisiejszego gnieżdżą się i rozmnażają w zaroślach i śród kamieni, w pobliżu kubby.
Przechodzimy bramę Bab Fetouh i natychmiast otacza nas gaj drzew oliwnych. W ich cieniu stoją liczne piece i warsztaty garncarskie.
Gdyśmy siedzieli, wypoczywając na kamieniach przydrożnych, mieliśmy sposobność oglądać piękny i zupełnie biblijny obrazek. Niedaleko od nas dymił komin pieca, stojącego przy chałupie garncarza. Stary Maur, w burnusie powalanym gliną, formował na odwiecznej maszynie garncarskiej duży dzban, który we wprawnych ręku wyrobnika z zadziwiającą szybkością zmieniał swoje rozmiary i kształty. Przed majstrem stało dwoje ludzi. Młoda, smagła, z obnażonemi rękoma i piersią dziewczyna, trzymająca na ramieniu dzban z wodą. Do jej kolan tuliło się jagnię. Twarz i oczy kobiety płonęły, stała, zapatrzona w jeźdźca, w cienkim białym burnusie i białym zawoju, przepasanym granatowemi sznurami. Siedział na pysznym, gorącym rumaku, którego złocista skóra i spływająca po szyi i bokach piana lśniła i mieniła się w słońcu. Jeździec pochylał się co chwila ku dziewczynie i coś mówił do niej i do starego, przykładając rękę do swej piersi, ust i czoła. Widocznie, żegnał tych dwoje, lecz trudno mu było odjechać, więc jeszcze coś mówił do nich i zaglądał w płonące oczy dziewczyny.
Obrazek ten, ujęty w ramę starych murów, turkusowego nieba i ciemnej zieleni oliw, był przepiękny i zapalający wyobraźnię.
Zapewne jeździec ten, siedzący w czerwonem, haftowanem srebrem siodle, zdobędzie córę andaluskiego majstra i, nie porywając jej, bo już minęły te czasy, po ceremonji ślubnej w domu jej ojca, przewiezie ją przez most Rsif lub Sidi el Aued do swego pałacu, gdzieś w dzielnicy Ras el Dżenan; tam, ukryty za wysokiemi zewnętrznemi ścianami, stoi on, jak białe lekkie widmo, śród drzew owocowych i zielonych trawników, otaczających marmurową fontannę, szemrzącą o tem, co zmusiło młodego bogacza jechać do „adua el Andaluz“ i szukać najpiękniejszej z kobiet. Odnalazł ją i teraz wie, że jego dom będzie bogatszy i świetniejszy od zamków potężnych rodów berberyjskich Glaui i Mokri, wznoszących się niedaleko w tejże dzielnicy Fez el Bali.
— Dziś piątek! — rozlega się głos Hafida, i... romantyczne wrażenia pierzchają.
— Dziś piątek... — powtarza. — Zabawne sceny można ujrzeć tam — na cmentarzu Bab Fetouh!
Istotnie na prawo od drogi, prowadzącej od bramy, widzimy cmentarz. Spoczywają tu prochy profesorów, mędrców i proroków, którzy niegdyś wykładali w medersa i nauczali na Kissaria i za murami miasta. Grobowce białe, w postaci małych, kopulastych kapliczek z drzwiami lub bez nich, stojące kamienie i płyty mogilne, resztki murów, zniszczone portyki, ozdobione rzeźbą i zatartemi już napisami. Śród pomników — tłumy ludzi, — mężczyzn i kobiet. Siedząc, tworzą grupy, gwarzą, piją herbatę, jedzą. Nowe tłumy dążą od strony bramy. Chorzy odwiedzają Ghaleba, studenci wesołą gromadą dążą do grobowca swego patrona — Sidi Harazema — płomiennego mówcy i wielkiego uczonego; był on fezańskim Złotoustym, a gdy mówił, zlatywały się nawet złe „dżinny“ i zasłuchane, zapominały na pewien czas szkodzić ludziom. Wszyscy nerwowi i chorzy na umyśle dążą do Sidi Harazema z prośbą, aby swoją wymową wybawił ich od napastliwych duchów. Kobiety tworzą liczne grupy, zajadają się słodyczami i ciastkami, śmieją się, obmawiają, plotkują i zazdroszczą jedna drugiej, a każda wszystkim. Na złocistej od słońca ziemi czernią się miejsca zacienione. Tu największy tłok, gdyż oprócz pobożnych, gromadzą się tu roznosiciele wody, przekupnie z koszykami, pełnemi winogron, granatów i pomarańcz; handlarze, popychający wózki z łakociami; osiodłane muły, konie, niewolnicy, oczekujący swoich gospodarzy. Ze śmierci pozostał tylko szacunek dla pamięci wielkich i świętych ludzi, a pozatem życie płynie swem łożyskiem, jak płynęło przed wiekami, gdy budowano te mury, bramy i grobowce.

KUBBA SIDI HARAZEM

Gdy wychodziliśmy z cmentarza, ujrzeliśmy dużą gromadę mężczyzn, otaczających trzech jeźdźców; jeden z nich w czarnym płaszczu mówił coś do zebranych, podnosząc się w szerokich marokańskich strzemionach i jedną ręką wskazując na miasto. Gdy zbliżyliśmy się, mówca odrazu zamilkł i szczelniej otulił się płaszczem. Zdumiałem, gdyż ujrzałem bladą niewieścią twarz, zaciśnięte usta i jarzące się oczy. Był to człowiek, który tak uporczywie przyglądał mi się przed murem w fezańskiej „medina“, gdzie stoi grobowiec Mulej Idrissa. W tej chwili jeździec ruszył i wraz z towarzyszami pocwałował w stronę Bab Fetouh.
— Kto ten jeździec w czarnym burnusie? — zapytałem Hafida.
— Nie znam go! — odparł. — Sądząc z ubrania i twarzy, jest to przyjezdny człowiek. Pewno z Tunisu, a może jakiś „hadż“ z dalekich stron...
Kupiliśmy sobie granatów i, jedząc soczyste, orzeźwiające owoce, powracaliśmy do miasta.



ROZDZIAŁ XV.
POGARDZANE DZIELNICE.

W Fez El Bali widziałem dzielnicę, prawe opuszczoną przez Berberów i Arabów fezańskich. Dzielnica ta zaczyna się od bramy Bu Dżelud. Jest to El-Aïun z główną ulicą El-Doub. Miejsce to przypomina brzeg morski po zakończonym odpływie. Na mokrym piasku możemy znaleźć jeszcze wyrzucone przez fale wodorosty i muszle. Jeszcze się tam ruszają jakieś żyjątka, skazane na zagładę w chwili, gdy słońce dojdzie do zenitu.
Tę dzielnicę opanowali już Europejczycy. Mieszczą się tu urzędy administracji francuskiej i francuskiego dowództwa, poczta i telegraf, klub oficerski, pałac Rezydenta Francji, konsulat angielski, szpital Auvert i inne instytucje. Śród tej dzielnicy, jak oazy, pozostały jeszcze domy bogatych Arabów, zamknięte ze wszystkich stron, przypominające właśnie te żyjątka, pozostawione przez morze, które się cofnęło. Widzimy tu dwa gmachy, stanowiące niedawno jeszcze ośrodek życia tej dzielnicy — pałac sułtanów Mulej El Hassana i Mulej Hafida z końca XIX-go i z początku XX-go wieku. Nosi nazwę Dar Beida i przedstawia zbiorowisko pałaców, pawilonów, kiosków, wśród których niejeden sięga XIV-go wieku. Te budynki są przedzielone i otoczone pięknemi sadami drzew owocowych, klombami, fontannami i mknącym potokiem — odnogą rzeki Fez. Wznosi się tu niezgrabny meczet bez minaretu i... bez kultu obecnie. Tu zatrzymuje się najwyższy przedstawiciel Francji — Protektor Marokka, gdy podczas pobytu sułtana w jego tradycyjnej stolicy przybywa do Fezu.
Przy ulicy El-Doub wznosi się monumentalny mur z olbrzymią bramą. Gmach ten podobny jest do twierdzy. Lecz za temi murami odkrywa się piękny widok na duży, marmurem brukowany dziedziniec z fontanną, trawnikiem, dekoracyjnemi drzewami i galerją, biegnącą dokoła. Na prawo od wejścia — klub oficerów francuskich; na lewo — muzeum, przed którem leżą kadłuby starych kolubryn portugalskich, włoskich i angielskich. Muzeum zajmuje kilka sal, pełnych światła, gdy dozorca otworzy okiennice, aromatu cedrowych pułapów i tajemniczości, przemawiającej z zebranych tu przedmiotów: starych Koranów, drogocennych opraw do nich, starego rzeźbionego drzewa z pałaców, świątyń i medersa, haftów, klejnotów, skrzyń, starej broni maurytańskiej, tkanin jedwabnych, wyrobów skórzanych, pasów i zasłon sułtańskich żon i nałożnic, naczyń majolikowych, — wiele z tych przedmiotów wykopano ze starych mogił około bramy Guissa; ślubna komnata sułtana i klatka, w której umęczono zuchwałego powstańca Bu Hammara z Tazy.
Gdyśmy obchodzili dzielnicę El-Aiun uliczkami, tonącemi śród gęstej roślinności, pod namiotami z pnących się roślin, spadł mi niemal na głowę mały potwór, niewinny lecz odrażający i straszny napozór. Był to kameleon pospolity (Chamaeleon vulgaris), długi na 20—25 centymetrów. Spadł z gałęzi magnolji, zwisającej nad uliczką, a teraz, wygramoliwszy się z kurzu ulicznego, nieudolnie posuwał się na swych nogach, o palcach ukrytych w dwóch skórzanych pochwach, tworzących napozór tylko dwa palce; są one jednak doskonale zastosowane do chwytania gałęzi i chodzenia po nich, w czem kameleon dopomaga sobie długim, a bardzo ruchliwym i giętkim ogonem. Jaszczurka szła, niezdarnie przewalając się na wszystkie strony i patrząc na nas uważnie swemi zagadkowemi oczami. Są to raczej jakieś „peryskopy“ nie oczy. Ruchome, szybko się obracające na wszystkie strony torebki z grubej skóry z malutkim otworem, w którym się mieści czarna, złośliwa źrenica. Oczy są niezależne od siebie w ruchach, i kameleon może patrzeć jednem okiem przed siebie, a drugiem na koniec własnego ogona. Olbrzymia w stosunku do całego ciała paszcza, podobna do drewnianego „dziadka“ do rozgniatania orzechów, co chwilę się otwierała i wydawała złośliwe syczenie.
Arabskie przysłowie mówi, że „spostrzeżony kameleon — przepadły kameleon“, gdyż jaszczurka ta niema żadnej innej broni, oprócz odrażającej i groźnej powierzchowności. Tak się też i stało z naszym kameleonem, gdyż jakieś umorusane arabiątka natychmiast podbiegły i w mgnieniu oka porwały go.
Około Dar Bejda Hafid, wynalazł dużego czarnego żuka.
— To jest „niewolnik skorpjona“! — zawołał ze śmiechem.
— Dlaczego — niewolnik? — zapytałem.
— Dlatego, że pracuje na skorpjona, przewracając i rozgrzebując kamienie, pod któremi potem urządza sobie norę skorpjon.
Zacząłem rozrzucać laską kamienie, śród których biegał zaniepokojony „niewolnik“ i istotnie wypłoszyłem dużego skorpjona. Przyjął odrazu postawę bojową, wysunąwszy naprzód swoje kleszcze i podniósłszy do góry głowę z trującem ostrzem na końcu.
W dzielnicy El-Aïun — tubylców spotyka się mało. Czasami chyba przyjedzie na mule, strojnym pięknem siodłem, w pokrowcu z czerwonego sukna, bogaty Arab, poprzedzany przez niewolnika, lub przejdzie grupa kupców, — lecz roznosicieli wody, pielgrzymów i żebraków widzieć tu się nie zdarza. W pięknych ogrodach, ukrytych za murami, stoją duże domy bogatych Arabów, już oswojonych z cywilizacją europejską. Domy te są zbudowane — jak zwykle — od fasady w stylu ponurym i monotonnym, a wewnątrz z przepychem marokańskim — z rzeźbami w kamieniu, z marmurami, witrażami, mozaiką, wonnemi pułapami z drogiego cyprysu; tu i ówdzie spotkać już można elektryczne lampki, telefony, meble w stylu Ludwika XV-go, francuskie draperje, kobierce, porcelanę i zwierciadła.
Z tej dzielnicy już niedaleko do Nowego Fezu. Do Nowego! Jest to pojęcie względne, gdyż ten „nowy“ Fez, czyli Fez el Dżedid zbudowali władcy z dynastji Merinidów w końcu XIII-go wieku.
Fez należy do tych miejsc na kuli ziemskiej, które niezależnie od epok i ludów, w niem przebywających, stanowił i zawsze stanowić będzie ośrodek życia politycznego i kulturalnego. Jest to odrębny świat, zamknięty w sobie, a barwny i różnorodny, pełen niespodzianek i błysków, jak kryształ, załamujący w sobie promienie słońca.
— Władcom marokańskim — mówi Hafid — ciążyło przebywanie w starym Fezie. Obok świątyń, grobowców, medersa, uali i ulema — wojownicy nie mogli wypoczywać po trudach bojowych, oddając się rozkoszy i zabawom. Zbudowano więc Fez el Dżedid, a w jego środku pałac sułtański Dar-el-Makhzen.
Właśnie staliśmy przed pałacem, gdy opowiadał nam o nim Hafid. Właściwie, nie przed nim, lecz przed jego murami i bramą. Nie widać stąd ani pałacu, ani pięknego ogrodu ze zwierzyńcem, gdzie lwy rozszarpały dręczonego głodem przez piętnaście dni Bu Hammara, a przed nim setki innych, których cienie podobno zjawiają się czasami władcom Marokka, żalą się na niesprawiedliwość i okrucieństwo ich przodków i grożą zemstą Allaha. Nie widać stąd starej medersa, gdzie niegdyś wykładano matematykę; gmachu bibljoteki sułtańskiej, więzień dla wrogów dynastji zbudowanych; kaplic, kiosków i pawilonów. Nic z tego nie widać z poza murów, przy których siedzą przekupnie i przekupki, sprzedające jarzyny, pieczone mięsiwo, jaja i owoce, i przechadza się patrol czarnej gwardji sułtana.
Władca przybywa dość rzadko do Fezu, a gdy odwiedza stolicę Idrissa, pozostaje niewidzialny w swym pałacu, otoczonym czarną gwardją i setkami urzędników. Żaden Europejczyk nie ma prawa wstępu do Dar-El-Mahzen. Gdy sułtan udziela audjencji Europejczykom lub rozstrzyga niektóre sprawy sądowe, wówczas przybywa do osobnego na ten cel przeznaczonego pałacu w Fez el Bali.
Jednak wejście do siedziby władcy istnieje z innej strony — przez wielki meczet Dżama El Kebir z minaretem, zbudowanym przez Merinidów. Tu, w pobliżu „mihrab“ istnieją małe drzwiczki, prowadzące do pałacu. Wejściem tem posługiwali się tylko władcy marokańscy, udając się w piątki na solenne nabożeństwo. W meczecie stoi wspaniały grobowiec z onyksu, gdzie się znajdują prochy legendarnego Abu Inan, a w podziemiach — grobowiec „młodej dziewicy bez plamy“ — królewny Aissa, słynącej z cnót i dobroci.
Niedaleko od pałacu ciągnie się przez długi, wąski plac Meszuar, dawna fabryka broni, która zaopatrywała czarnych władców w broń palną. Teraz ta fabryka prawie już nieczynna, bo robi tylko drobne rzeczy, ale zato w obszernych halach mieszczą się garaże wojskowe, składy intendantury i fabryka dywanów, należąca do przedsiębiorców prywatnych.
Za Meszuarem rozciąga się dzielnica rozrywek i rozkoszy — Mulej Abdallah z meczetami, licznemi suk, gdzie się mieszczą stragany kupców i wreszcie ulica z domami kapłanek miłości.
Jest to wielki śmietnik ludzki, ognisko chorób, nędzy i rozpaczy, zbiorowisko kobiet ze wszystkich szczepów berberyjskich i arabskich, a nawet z zagadkowego Mzab, którego mieszkańcy są podobno Kartagińczykami. Śród kobiet ze szczepów szleu, uled-naïl, zemmur i dukhala, pędzą tu życie leniwe, grzeszne i beznadziejne Hiszpanki, Włoszki, Francuski, Rosjanki, a była nawet przed paru laty jakaś... Wanda — „petite blonde polonaise“, lecz wyrwała się ze szponów dzielnicy Abdallah i frunęła dalej w świat. Czy poszła tą samą drogą, zmieniwszy tylko otoczenie, czy potrafiła się wyratować zupełnie i znalazła na świecie dla siebie miejsce, godne kobiety-człowieka? O tem nic nie wiem, bo opowiadano mi tylko o życiu tej zabłąkanej Polki w Mulej Abdallah.
Przed dziwaczną bramą Bab Semmarin, o nieprawidłowych i licznych sklepieniach, wyszliśmy, krążąc po nowym Fezie, na ulicę Mellah. Przecina ona izraelicką dzielnicę Mellah, założoną jednocześnie z Fez el Dżedid. Do niej, pod groźbą śmierci, rozkazano przenieść się wszystkim Żydom ze starego „świętego“ Fezu Idryssa.
Sklepy i sklepiki, małe warsztaty jubilerskie, wyrobnicy rożnych specjalności: krawcy, szewcy, zegarmistrze, fryzjerzy, ślusarze; kilka synagog, łaźnie — to jest Mellah. Kamienice nie wysokie i brudne, przeludnione i obszarpane, lecz w wąskich, ślepych uliczkach spotkać można domy, zbudowane na modłę maurytańską. Od ulicy szare, ponure mury, a wewnątrz — pałac i majestatyczny przepych! Są to siedziby bogaczy i kilku słynnych rabinów. Mellah posiada swoją izraelicką organizację, bardzo do muzułmańskiej zbliżoną, częściowo od Maurów przejętą, częściowo narzuconą przez nich. Śród rodzin izraelickich istnieje kilka rodów arystokratycznych. Na czele ich stoi ród Rokaza.
Jakiś Rokaza był niegdyś skarbnikiem jednego z sułtanów i wychowawcą jego synów, lecz, oczerniony przez zazdrosnych dworaków, został stracony. Cała rodzina podległa prześladowaniom; wkrótce jednak odzyskała dawne wpływy, dzięki bogactwu i pomocy rady rabinów. Ród to bardzo starożytny, a przybyły do Afryki przed Rzymianami i Arabami.
Chociaż gmina żydowska w Fezie, z najwyższym trybunałem rabinów na czele, podlega ogólnym prawom, jednak przeżywa coraz głębszą i dalej idącą reformę. Widzieć tu można, jak i w Tlemsenie, starych Żydów w czarnych płaszczach i myckach, w długich do kolan pończochach i z patrjarchalnemi brodami; Żydówki w czepkach lub małych, przypominających pudełka, ozdobach nad czołem, w jedwabnych wzorzystych chustkach, w barwnych, zazwyczaj szerokich spódnicach i wąskich do figury „rolile“ z długiemi rękawami, rodzaj kaftanika z sukna, aksamitu lub jedwabiu. Jednak stroje te zaczynają już w Fezie zanikać, tak samo jak znikają coraz bardziej stare obyczaje Żydów afrykańskich, obyczaje nie mające związku z Talmudem, a sięgające przedislamicznych czasów. Cały ustrój wewnętrznego życia, gminy i rodziny żydowskiej, coraz bardziej reformuje się w Fezie, Algierze, Tunisie i Konstantynie, zbliżając się do europejskich jego form, a nawet idąc jeszcze dalej. Dzieje się to pod wpływem przybywających z Europy kupców żydowskich, którzy odgrywać zaczynają znaczną rolę nietylko w Mellah, ale i poza jej granicami.
Mellah z zewnętrznego wyglądu bardzo przypomina nasze miasteczka polskie, szczególnie kresowe, zaludnione przez Żydów. Hałas, zgiełk, przepełnienie w mieszkaniach, duża ilość chorych na oczy, ciągłe podniecenie, wyczuwające się w tym ruchliwym tłumie, i — brud.
Pewnego razu byliśmy świadkami bardzo charakterystycznej sceny. Na rogu wąskiej uliczki w Mellah, niedaleko od Bab Semmarin, stało trzech Żydów starej daty, w myckach i burnusach. Wszyscy trzej krzyczeli, wymachiwali rękami i ubijali handlowy interes. Widocznie jednak toczył się spór, i jeden z trzech Żydów był arbitrem, gdyż dwuch innych pokolei zwracało się do niego z wyjaśnieniami, on zaś słuchał, wypytywał i namyślał się. Długo trwała ta pełna ruchu scena, gdy nagle wybuchła kłótnia dwuch przeciwników. Krzyczeli przeraźliwie, wymyślali sobie wzajemnie, pluli sobie w twarz, grozili pięściami, skarżyli się przed zachowującym powagę arbitrem. Zdawało się, że wyniknie bójka, lecz nieoczekiwanie jeden z kłócących się podbiegł do swego przeciwnika, porwał go za rękę i, mówiąc coś ze łzami i błaganiem w głosie, zaczął go gorąco całować po rękach, schylać się do nóg i dotykać twarzą końca jego burnusa.
Przeciwnik jednak był nieubłagany, a więc rozgorzała nowa, jeszcze bardziej namiętna kłótnia, nowe skakanie sobie do oczu, rozdzierające uszy krzyki. Byłoby to trwało z pewnością bardzo długo, ponieważ ostrożny i mądry arbiter wciąż jeszcze w myśli swojej ważył sprawę na dwie strony, lecz nagle wynurzył się z za rogu policjant sułtański w czerwonym fezie[100] na głowie i z rewolwerem przy boku.
Ujrzawszy skandal, podniósł laskę do góry i krzyknął coś po arabsku bardzo groźnie, ale ujrzawszy cudzoziemców, dodał spokojnym urzędowym tonem:
— Circulez! Passez!...
Zabawna trójka znikła w ciemnym zaułku.
Większość Żydów i Żydówek nosi już europejskie stroje i obuwie, co całkowicie zmienia wygląd i charakter starej Mellah, gdzie jeszcze stosunkowo bardzo niedawno solono głowy straconych przez sułtana zbrodniarzy i powstańców.
Teraz tuż obok Mellah powstał „Place de commerce“ z gmachem banku, z biurami towarzystw transportowych i asekuracyjnych, kawiarnie i restauracje; niedaleko gwiżdże kolejka wojenna, wznoszą się białe domki nowej dzielnicy francuskiej, stoją koszary i wszystko to, co mówi o przyjściu Europy, którą w milczeniu zagadkowem przyjęła stolica Berberów, lecz, choć przyznaje jej pewne zasługi, spogląda na nią z góry, chwilami nawet wrogo.
Nowa dzielnica francuska, Mellah, Fez el Dżedid i Fez el Bali — to cztery różne światy! A nad wszystkiemi moralnie i potężnie panuje minaret Mulej Idrissa i uniwersytet Karuin, gdzie wierni zapominają, a właściwie nie chcą pamiętać, że niewierni są tu — w obwodzie świętych, starych murów, gdzie przed obliczem Allaha czerpie swe siły duma muzułman i niezłomna wiara w przeznaczenie, które ma ich doprowadzić do potęgi i świetności, w nagrodę za wierność nauce Proroka i za cnoty.
Myślałem tak pewnego dnia, idąc sam od Meszuaru w stronę ulicy El Doub. Nagle uczułem, że ktoś dotknął mego ramienia. Obejrzałem się. Za mną stał nieznajomy człowiek o niewieściej twarzy i gorejących oczach, otulając się w czarny burnus.
Czekałem, co powie ta osobistość tajemnicza.
— Medersa, meczety, dar, fonduki, kissaria, cmentarze, koszary... — recytował poważnym, przejmującym głosem, odcinając każde słowo.
— Nie rozumiem! — odpowiedziałem, wzruszając ramionami.
Nieznajomy spuścił oczy, niby zmieszany, lecz po chwili podniósł je znowu i szepnął po rosyjsku:
— Kiedy pan przyjechał z Rosji?
Narazie zawahałem się, lecz odpowiedziałem w tymże języku:
— Niedawno...
Uśmiechnął się i szepnął znowu:
— Robota idzie wszędzie...
Zrozumiałem, że mam przed sobą albo agenta komunistycznego, albo szpiega i prowokatora, więc zapytałem:
— Jaka robota?
Zmieszał się i, zawijając się w burnus, zaczął się szybko oddalać. Wkrótce zniknął w tłumie przechodniów.
Tego zagadkowego człowieka spotkałem jeszcze raz około bramy Bab Guissa, gdzie słuchałem z Hafidem barda-włóczęgę. Podszedł do tłumu, nie zauważywszy mnie. Poczuł jednak mój wzrok na sobie i natychmiast odszedł, nie oglądając się.
Przypomniałem sobie 1919-ty rok na Syberji, gdy do koczowisk Kirgizów, do wojsk muzułmańskich, walczących w armji admirała Kołczaka, przybywali mułłowie i ulema tatarscy i baszkirscy, szerzący propagandę bolszewicką. Mój tajemniczy nieznajomy był podobny do Tatara z brzegów Wołgi i mógł być agentem sowieckim, ale mógł też być agentem podwójnym — i Abd-El Krima i Sowietów, podtrzymujących każdy ruch antyeuropejski. Chcą szerzyć zamieszki i podniecenie śród ludności państw, odrzucających ideologję zbrodniczej Moskwy, gdzie za murami Kremlinu stoi „kubba“ fałszywego Mesjasza — Lenina. Jest to aroganckie mauzoleum, rzucające rękawicę całej cywilizacji, wierze, moralności i twórczej myśli rasy aryjskiej, a obliczone na upadek energji, marazm i obłęd Europy.
Nie myślał nigdy wielki święty Mulej Idriss, że w jego grodzie, mającym znaczenie Rzymu, Paryża, Lourdes, Oxfordu i Mekki, zamkniętych w ogólnych murach, powstaną dzielnice rozpusty i lekkomyślnej zabawy, pałace tak daleko od świętych miejsc odsunięte i siedziby niewiernych Nsara[101] i Ihud.[102] Myślał i wierzył, że Fez el Bali stanie się wspaniałym grodem i przetrwa wieki w modłach i cnocie. Oddanie się gorącej wierze spotykałem w Fezie na każdym kroku, a cnoty widziałem w starodawnych obyczajach ludności. Te zaś przechowały się w nieskazitelnej czystości; nawet z takiemi trudnościami w czasach obecnych przestrzegany zwyczaj, jak krwawa zemsta. A tymczasem nawet w Fezie, gdzie rząd Sułtana podlega moralnym wpływom Francji i nie bardzo sprzyja przejawom obyczajów berberyjskich, wręcz przeciwnych ideologji zachodniej, sam na własne oczy widziałem pewnego wieczoru około parku Bu Dżelud scenę podniecającą. Skracałem sobie drogę do swego hotelu przy ulicy El-Doub, przecinając park. Spostrzegłem tu człowieka, szczelnie owiniętego w burnus, zasłaniający mu twarz do połowy. Z przeciwległej strony zbliżała się gromadka tubylców. Nagle czający się człowiek wybiegł z ukrycia pod krzakami i, wykrzyknąwszy kilka słów, runął na zbliżających się, błyskając nożem. Gromada odrazu się rozpierzchła, pozostawiając na środku drogi jednego z towarzyszów. Ku niemu zbliżał się napastnik, wymachując nożem. Napadnięty natychmiast zawrócił i, przesadzając zarośla i małe kanały, popędził w głąb parku. Człowiek w burnusie gonił go. Gdy już nie widziałem pościgu, doszły mnie krzyki, głuchy plusk wody, głosy zbiegających się przechodniów i przeciągłe gwizdki.
Pobiegłem w kierunku tych dźwięków, lecz oddalały się coraz bardziej w stronę nowego Fezu. Spotkałem jakiegoś Francuza i zapytałem, czy nie wie, co zaszło tam, skąd dochodził gwar i gwizdki.
— Ah! — rzekł obojętnie, machnąwszy ręką. — To zwykłe u Arabów jakieś dawne porachunki. Pewno usiłowanie wykonania „vendetty“, krwawej zemsty. W mieście to już rzadziej się rżną ci czarni panowie, ale po wsiach, a szczególnie w górach, jest to rzeczą pospolitą, niemal codzienną. Barbarzyńcy!...
Wyrecytowawszy to, niby jakąś wyuczoną formułę, spokojnie poszedł dalej. Byłem więc świadkiem pierwszego aktu dramatu, lecz nie wiem, jaki był jego epilog. W innem miejscu widziałem znowu epilog, nie widząc prologu.
Było to w Algierze, mieście już zupełnie francuskiem, w małym Paryżu. W najbardziej ożywionym punkcie, zdaje się, na Place de Gouvernement, Arab zastrzelił swego przeciwnika, którego oddawna ścigał, by dokonać na nim krwawej zemsty. Wyznał to otwarcie w biurze policyjnem i przed sędzią śledczym z całym spokojem i szczerością, może nawet dziwiąc się, że uczeni i poważni ludzie wypytują go o tak naturalne i zrozumiałe rzeczy i patrzą nań wzrokiem surowym.
W Fezie pragnąłem bardzo zajrzeć do domów prywatnych, zetknąć się z życiem dawnych Kejruańczyków i Andaluzów, zrozumieć dramat ich wewnętrznego życia, tęsknotę i mękę ich żon, nałożnic i niewolnic, lecz daremne to były wysiłki! Widziałem wnętrza domów, przepych i sztukę, zdobiące je, spotykałem uprzejme, tajemnicze i baczne twarze właścicieli, lecz żadna postać niewieścia nie wychyliła się nigdy, żaden dźwięk nie doszedł mnie. O, Fez zmuszony był pogodzić się z sąsiedztwem i pewną opieką nad nim Europejczyków, lecz od tej niemej zgody do zaufania i przyjaźni dalej, niż od meczetu Idrissa do trzykroć świętej Mekki! Te dwa prądy płyną obok siebie własnemi łożyskami i, wielkie szczęście! że nie wszędzie ścierają się one wzajemnie, nie zawsze przeszkadzają sobie. Arab lub Berber bierze dla siebie coś z łożyska potoku europejskiego, długo i starannie studjując wartość tego, i odchodzi, nie dając nic, oprócz milczącego uznania, bardzo do pobłażliwej ironji podobnego, nie dopuszczając nawet myśli o jakiejś asymilacji.

FEZ. SZKOŁA FRANC. - ARABSKA

Berberowie i Arabowie zrozumieli, naprzykład, i ocenili potęgę medycyny europejskiej i chętnie korzystają z jej pomocy, nieraz nawet zapraszając lekarza do chorych żon, lecz jednocześnie uznają dobre wpływy talizmanów magicznych, zaklęć od dżinnów i uzdrawiające pielgrzymki do grobowców Idrissa, Harazema i Ghaleba.
Prosty zaś lud wypatruje około murów Dar Beïda i Czerarda tradycyjnych znachorów, starannie unikających spotkania z policją fezańską, a leczących zapomocą ziółek magicznych i zaklęć skutecznych na wrzody, ból zębów i głowy, oraz na skutki „złego oka.“
Raz jeden tylko zdarzył się wypadek, trochę odsłaniający ukryte życie kobiety tubylczej. W hotelu „Tranzat“ mieliśmy służbę miejscową — kilku młodych, wytresowanych i milczących Berberów i trzy kobiety. Jedna z nich, imieniem Zohra, niewysoka, krępa i sprężysta, posiadała, rzekłbyś, zdolność przebywania jednocześnie w różnych miejscach. Pracowała przez cały dzień i przez cały dzień mogliśmy oglądać jej muskularne, prawie zupełnie czarne nogi, wyglądające z pod podkasanych białych szat, i czarną twarz z oczami, w których białka połyskiwały odcieniem zżółkłej kości słoniowej. Zohra pochodziła z murzyńskiej rodziny, przywiezionej niegdyś z Sudanu i sprzedanej następnie na rynku niewolników. Oddawna jednak potomkowie tej rodziny otrzymali wolność. Zohra rodziców nie miała, mieszkała we własnym domku w Andaluz z bratem, drobnym kupcem. Pracowała w „Tranzacie“, jako pokojowa, chętna, pracowita i milcząca. Chodziła w barwnej chustce, malowniczo okrywającej głowę, a fantazyjny węzeł tej chustki jeszcze bardziej podkreślał czarność kruczych włosów i rozmarzony, namiętny połysk oczu.
Zohra nigdy nie wdawała się w rozmowę sama, zapytanie jej jednak o co, pochlebiało jej i usiłowała dawać wyczerpujące odpowiedzi łamaną francuszczyzną. W hotelu chodziła z odsłoniętą twarzą, tylko przy spotkaniu się z mężczyznami skromnie opuszczała oczy. Wieczorami zaś, odchodząc do domu, wkładała na siebie wszystkie części kobiecego kostjumu, podług mody fezańskiej, pozostawiając zaledwie szczelinę w osłonach twarzy, a przez ten wąski otwór błyskały jej oczy.
Moja żona bardzo prędko polubia tę czarną „subretkę“ i gdy pozostawała w domu sama, nieraz rozmawiała z murzynką.
— Dlaczego Zohra, taka miła i gospodarna dziewczyna, nie wyszła dotąd zamąż? — zapytała ją pewnego razu Zochna.
— O, madame! — zawołała Zohra i zarumieniła się po uszy, o ile na to pozwoliła jej czarna, lśniąca cera.
— Dlaczego? — dopytywała moja żona.
— Po naszemu — nie chcę! — odparła Zohra.
— Co to znaczy: po naszemu?
— Nie chcę być jedną z wielu — szepnęła murzynka, — chcę być jak u was — jedyną!
— To bardzo dobrze! — pochwaliła Zochna.
— Nasze prawo i zwyczaj tego nie uznają — objaśniła dziewczyna. — Mogę być jedyną rok, lub dziesięć lat, a później, gdy się zestarzeję, mąż mój wziąłby drugą i trzecią... Ja tego nie chcę! Albo tylko ja, albo wolę wcale zamąż nie wychodzić!
Mówiła to z wielkiem przekonaniem i siłą, a oczy jej poczęły płonąć ogniem jeszcze gorętszym.
Widocznie, idea o niepodzielności zapadła już do tej czarnej głowy, a był to bunt przeciwko Koranowi i „czaria“, bunt jawny i dla tradycji niebezpieczny. Mam wrażenie, że tylko taki bunt może wstrząsnąć Islamem do posad i mieć skutki nieobliczalne, w rodzaju tych, jakie miały miejsce w Turcji po otwarciu i zniesieniu haremów.
Czy otwarcie haremu nie było pierwszym krokiem do zniesienia kalifatu i burzliwej historji Turcji od chwili powstania partji młodo-turków? Wyzwolenie kobiety muzułmańskiej zadało potężny cios nauce Proroka.
Pewnego razu spostrzegliśmy, że z Zohrą dzieje się coś złego. Była blada, właściwie szara, miała nieruchome oczy, pełne rozpaczy. Gdy wieczorem żona moja grała na skrzypcach, ujrzeliśmy w zachodzącym już fioletowym zmroku Zohrę. Niespostrzeżenie, bez szmeru wślizgnęła się do naszego „patio“ i siedziała nieruchoma, skulona, przyciśnięta do grubego pnia bananu. Skończywszy grać, Zochna zawołała ją.
Zerwała się na równe nogi, a wtedy ujrzeliśmy zalaną łzami twarz i smętne oczy.
— Co madame rozkaże? — zapytała Zohra, pochylając głowę, aby ukryć łzy.
— Dlaczego Zohra płacze?
— Pani tak pięknie, tak rzewnie gra, że aż dusza płacze z żałości nad samą sobą! — zawołała z wybuchem dziewczyna i, głośno łkając, wybiegła.
Przeszło jeszcze kilka dni. Zohra po dawnemu pracowała, z nadzwyczajną szybkością przenosząc się z jednego końca ogromnego „Tranzatu“ na drugi. Wszędzie migał jej barwny zawój z jedwabnej chustki i zawsze czyste, białe ubranie. Pewnego dnia po obiedzie ujrzeliśmy Zohrę, przechodzącą przez nasze „patio“ do pokoju ochmistrzyni. Szła, słaniając się i zataczając tak, że musiała opierać się o ścianę. Mruczała coś do siebie i wymachiwała rękami. Przeszła, nie spojrzawszy nawet na nas, co się nigdy przedtem nie zdarzyło. Po chwili usłyszeliśmy ponury, jękliwy śpiew Zohry, a następnie oburzony głos ochmistrzyni i pojednawczo-surowy kontralt pani Ossun.
Długo trwała ożywiona rozmowa, przebiegł przez „patio“ roześmiany lokaj Arab i, zatrzymawszy się na chwilę, szepnął do nas:
— Zohra się upiła...
Parsknął śmiechem i pobiegł dalej.
Głosy zaczęły się zbliżać i wkrótce zjawiła się Zohra, konwojowana przez panią Ossun i ochmistrzynię.
— Prześpij się, a później sprzątniesz łazienkę! — mówiła surowym głosem dyrektorka. — Teraz nie możesz gościom się pokazywać. Idź!
— Nie będę spała! — protestowała Zohra. — Ja muszę pracować, bom sługa...
— Idź! — powtórzyła z naciskiem ochmistrzyni.
Lecz dziewczyna odbiegła i, schwyciwszy się oburącz za głowę, usiadła na krawędzi basenu fontanny.
— Nie chcę spać! We śnie przylatują złe duchy i dręczą tęsknotą! — jęczała murzynka.
— Skoro nie słuchasz rozkazu, — rzekła spokojnie pani Ossun, — ubieraj się i wychodź! Jutro przyjdziesz po pensję...
Zwracając się do nas, pani Ossun zaczęła przepraszać nas za taką przykrą scenę, która jednak więcej się nie powtórzy, gdyż Zohra zostanie od dziś wydalona.
Murzynka podniosła głowę i ze łzami w oczach powtarzała:
— Zohra wydalić?... Zohra wydalić? Zohra pracuje — madame mówi: „Zohra gentille“... Gdy Zohra nieszczęśliwa i chce się zapomnieć na chwilę, biedna Zohra, co niema matki, niema ojca, niema nikogo, ktoby ją kochał — wtedy Zohra — zła i niepotrzebna?... Wtedy Zohra może iść?...
Zaczęła głośno łkać, lecz wkrótce umilkła i po chwili zaczęła nucić swoją ponurą pieśń, podobną do słyszanej na pogrzebie w Tlemsenie.
Wyprowadzono ją z „patio“ i po długich namowach i nawet pogróżkach wyprawiono policją do domu. Przyszła nazajutrz, jak gdyby nic nie zaszło, i zabrała się do pracy, milcząca, zwinna i szybka, jak wiatr. Zochna wstawiła się za nią u pani Ossun, prosząc, aby przebaczyła murzynce tym razem. Lecz pani Ossun powiedziała, że to już przytrafiło się dziewczynie po raz trzeci i mając na swej odpowiedzialności pierwszorzędny i ogromny hotel, nie może przystać na to i wydaliła czarną tragiczkę, jak losy jej przodków, pracowitą, jak niewolnica, i, jak niewolnica, zbuntowaną Zohrę.



ROZDZIAŁ XVI.
POLOWANIE I WOJNA.

Dzięki uprzejmości generała de Chambrun, który wiedział o moich zapałach myśliwskich, zostałem zaproszony przez oficerów sztabowych na polowanie. Było to pierwsze afrykańskie polowanie.
Pewnego dość chłodnego poranku, na godzinę przed wschodem słońca zajechał samochód i w towarzystwie trzech oficerów wyjechaliśmy przez bramę Bab Dżelud na drogę, prowadzącą do dużej osady rolniczej Petit-Jean, położonej na zachód od Fezu. Wyjechaliśmy za miasto, gdzie otoczyła nas mgła poranna. Z rykiem syreny mknął samochód, rozpędzając na wszystkie strony gromadki tubylców, spieszących ze swemi mułami do miasta, aby sprzedać trochę jarzyn, winogron lub węgla drzewnego. Poważnie kroczące wielbłądy w popłochu zbijały się w kupę i, popychając się wzajemnie, zbiegały z drogi, ścigane przez poganiaczy. Gdy przejechaliśmy kilka kilometrów, jeden z oficerów wskazał mi miejsce, gdzie bierze początek rzeka — ued Fez. Źródła jej wytryskują ponad znajdującemi się po drugiej stronie drogi — bagnami — siedzibą komarów i febry. Francuscy inżynierowie są zajęci obecnie bardzo niełatwem zadaniem osuszenia tego bagna, gdyż chcą uzdrowić to miejsce i urządzić tu drugi duży obóz dla wojsk północnego obwodu.
O jakie 25 kilometrów od Fezu ujrzałem czerwone góry, przecięte głębokiemi wąwozami z białemi plamami soli. Oficerowie poinformowali mnie, że te czerwone warstwy geologiczne są dla górników najlepszą wskazówką, że znajdują się tu pokłady gipsu i soli. Istotnie wkrótce minęliśmy kopalnie i fabrykę gipsu, położone tuż przy drodze. Roślinność dość nędzna dokoła. Jakieś kłujące krzaki, białe od drobnych kwiatów, niskie krzaki palmowe, sucha, brunatna trawa. Gdy zapytałem o nazwę rośliny z białemi kwiatami, szofer zatrzymał na rozkaz starszego z oficerów, maszynę i wyszliśmy obejrzeć interesujący krzew. Okazało się, że była to jakaś kłująca roślina, a jej kwiaty — białemi muszlami zwykłych tu ślimaków; muszle były puste, gdyż słońce zabiło oddawna ich mieszkańców, a wiatr wydmuchał z tych przygodnych „kubb“ — grobowców, prochy ślimaków.
Ruszyliśmy dalej i zaczęliśmy spotykać tubylcze plantacje wina i drzew oliwkowych. W różnych miejscach bliżej i dalej od drogi widziałem studnie, zwykłe berberyjskie „bir“, lecz przez Francuzów pokryte dachami. Przy każdej studni tkwił stróż w białym burnusie i zawoju.
Wkrótce skręciliśmy na boczną ścieżkę, gdzie nasz samochód zaczął odrazu wspinać się na wysokie pagórki, to znów czołgać się na dno głębokich wąwozów, z których znowu gramolił się do góry. Niedaleko stoków długiego grzbietu górskiego, stanowiącego odnogę Środkowego Atlasu, wysiedliśmy z samochodu.
Starszy z oficerów — komendant, wydał rozkaz szoferowi, gdzie ma stanąć i oczekiwać nas. Nabiliśmy strzelby i ruszyliśmy w stronę gór, pokrytych krzakami wina i drzewami oliwkowemi. Wyszedłszy na pierwsze pagórki, ujrzałem kilka zajęcy, uciekających w stronę krzaków. W wysokiej, suchej trawie wyraźnie widziałem migające uszy.
— Oho! — zawołał komendant. — Już mamy kuropatwy!...
Okazało się, że mimo bardzo dobrego wzroku, wziąłem kuropatwy za zające. Stało się to dlatego, że ptaki uciekały, wyprostowane, z wysoko podniesionemi głowami. Tymczasem upał był już na dobre i nad ścierniskiem prosa-sorgo wznosiły się drgające strugi i fale coraz bardziej nagrzewanego powietrza.
Oprócz słońca rozgrzewał nas zapał myśliwski, więc szybko posuwaliśmy się naprzód ścierniskiem, a później zboczem góry. Rozproszyliśmy się w różne strony, polując każdy na własną rękę. Przesiedziałem w Warszawie za biurkiem cały rok, przepadł gdzieś we mnie ten ongiś wytrenowany piechur, więc na tej górze oblewałem się potem, kląłem, ile tchu starczyło, lecz parłem naprzód. Było to bardzo ciężkie wyjście. Gleba zorana głęboko, wszędzie się ciągną pędy wina i czepiają się nóg, które grzęzną po kostki w suchej, sypkiej ziemi. Z drzew oliwnych i figowych zrywały się z łopotem skrzydeł jakieś ptaki, lecz nie widziałem ich za gąszczem rozłożystych konarów. A tymczasem moi towarzysze strzelali sobie już na dobre z prawej ode mnie strony i z lewej. Znowu klnę, że wybrałem dla siebie „głupi“ kierunek, gdzie wyjątkowo nie trzymają się kuropatwy. Wreszcie z figowca z krótkim krzykiem zrywają się dzikie gołębie. Daję dublet i podnoszę dwa ptaki. Nareszcie! Oglądam je uważnie — są prawie różowej barwy z ciemno-brązowemi piórami na szyjach.[103] Podczas gdy zajęty jestem ornitologją, niespodziewanie zrywa się o jakie 40 kroków ode mnie kuropatwa, chwytam za strzelbę i strzelam. Pudło! Pudło, bo ziemia tak miękka, że nie można ustawić się dobrze i zachować równowagę. Doprawdy, tylko dlatego było pudło! Pod Meknesem, polując z pp. Halmagrand i doktorem Vincent, dałem pod rząd 15 strzałów i zabiłem 15 kuropatw, a tu — pudło.
Byłem wściekły, bo to i niepowodzenie, i ani rusz odsapać się nie mogę, i mój podzwrotnikowy „kolonjalny“ kostjum na nic, jakby go kto od wewnątrz zlewał wodą.
— To ci nie płaszczyzny azjatyckie! — myślę, a tu wciąż się zrywa coś i zrywa z drzew i łopocze skrzydłami i krzyczy, niby drażniąc, a czego nie mogę dojrzeć, bo gęste drzewa oliwne i łapiaste figowe liście skrywają przede mną zdobycz. Wiem tylko i czuję, że to jakieś duże ptaki. Serce wali jak młot parowy, w głowie szumi, kurtka, hełm, trzewiki, kołnierzyk, wszystko to zawadza... Nie, więcej nie mogę drapać się na tę górę! Usiadłem w cieniu i zacząłem raczyć się winogronami; wypocząłem i poszedłem dalej — wolno i spokojnie. Znowu coś się zerwało z gąszczu drzewa i mignęło w przelocie, strzeliłem i coś spadło, głucho uderzywszy o ziemię. Podszedłem i zobaczyłem... kuropatwę! Kuropatwy siedzą na drzewach i to masowo, stadami? — oburzy się, z pewnością, niejeden strzelec przepiórek lub zawistny zoolog-krytyk.
Gwałtu rety! Gdy o tem napiszę, żeby tylko szlag nie trafił pewnych literatów z pewnych pism myśliwskich!
Oglądam kuropatwę — masz ci, babko kubrak! Jeszcze nowa bieda i casus belli na przyszłość! Przecież takie same kuropatwy strzelałem we wschodnich odnogach Ałtaju, na jeziorze Szira-Kul i w dolinach Urianchajskich, pomiędzy Sajanami i Wielkim Ałtajem.[104] Przecież to ty, figlarko, któraś tak oburzyła pewnego zoologa, twierdzącego, że tylko w Europie zachodniej można ciebie spotkać?
Była to czerwona skalna kuropatwa, Caccabis petrosa czyli Perdix rubra. Francuscy myśliwi twierdzą, że w północnej części francuskiej Afryki innego gatunku niema i że szarą kuropatwę spotkać można tylko bliżej Sahary, na południu. Istotnie pomiędzy Berguentem, a oazą Figuig spotkałem stadko tych kuropatw, które tu nazywają „angielskiemi.“ Nie dowierzając myśliwym, którzy nie mają w oczach ludzkości żadnego zaufania, nabyłem sobie w księgarni Fezu za 5 franków i 50 centymów książkę profesorów J. A. Battandier et L. Trabut[105] i o radości! na str. 263 znalazłem sprawdzian dla moich ornitologicznych stwierdzeń. Ponieważ swoją czerwoną kuropatwą z okolic jeziora Szira popsułem wątrobę wspomnianemu zoologowi, więc na cześć „dżinnów“ chorób wątrobianych, życząc zdrowia memu krytykowi, zacząłem szerzyć zniszczenie śród kuropatw. Zauważyłem, że zrywają się z drzew od strony zacienionej, więc od tej właśnie strony zawsze zachodziłem, no i natłukłem tego ptactwa sporo. A przebywa ono na drzewach dlatego, że śród krzaków wina boi się siedzieć na ziemi, gdyż lisy i szakale, których tu jest mnóstwo, czyhają na nie, urządzając zasadzki. Zresztą kuropatwy uważają oliwki i figi za dość dobry dla siebie pokarm. W północnej Afryce zdobyłem około 320 kuropatw, a wszystkie były „czerwone.“
Na polowaniu tem między Fezem a Petit-Jean przekonałem się, że moja para dubeltówek angielskich Cogswell and Harrison, dwunastego kalibru, świeżo nabyta w Anglji, przedstawia prawdziwie dobrą broń, która w Afryce Centralnej — tym następnym etapie mojej podróży, będzie dla mnie niemałą pociechą.
Śniadanie zjedliśmy na dnie głębokiego, zacienionego wąwozu i wypoczęliśmy trochę. Komendant pokazał mi wznoszącą się w oddali jakąś śpiczastą górę z ustawionym na niej znakiem.
Okazało się, że jest to początek niewielkiego obwodu, gdzie znaleziono pokłady ropy naftowej. Produkcja tymczasowa nie przewyższa jednej tonny dziennie, lecz poszukiwania dalsze i roboty wiertnicze trwają. Po śniadaniu przeszliśmy kilka kilometrów ścierniskami kukurydzy i sorgo, zaroślami karłowatych palm, nie spotkawszy już więcej zwierzyny. Gleba, wyschła na kamień, była pokryta szerokiemi i długiemi szczelinami niby po trzęsieniu ziemi. Chmary szarańczy latały i skakały dokoła. Raz mignął mi w krzakach palmowych płochliwy szakal, lecz przepadł bez śladu. Widocznie, czołgając się na brzuchu, dotarł do wąwozu i w jakiejś skrytce śród kamieni zaczaił się znakomicie. Śmigały małe myszy polne, a wysoko pod prawie białym, rozpalonym namiotem nieba wisiał i kwilił jastrząb. Spotkałem duże stada owiec i kóz pod dozorem kilku pasterzy. Na obszernej płaszczyźnie widziałem tubylców, zajętych karczowaniem krzaków palmowych. Jest to ciężka i mozolna praca, ponieważ zarośla te łączą się swemi korzeniami, sięgającemi znacznej głębokości. Pług nie może zwalczyć sieci palmowych korzeni, i nietylko zwykły, drewniany, z krótkim żelaznym lemieszem pług arabski, lecz nawet amerykańskie traktory nieraz utykają w takich miejscach. Te zarośla palmowe są klęską dla kolonistów-rolników. Z daleka są podobne do jakiejś choroby skórnej, do narośli na powierzchni ziemi. Arabowie i Berberowie wypalają najpierw takie miejsca, a później karczują.
Przeszedłszy około dziesięciu kilometrów, trafiliśmy na szosę, w miejscu, gdzie się znajdowała dobra studnia. Napiliśmy się czystej, chociaż dość ciepłej wody i wkrótce ujrzeliśmy podjeżdżający do nas samochód. Ruszyliśmy z powrotem do Fezu.
O jakie 20—25 kilometrów od miasta znajduje się mała wioska berberyjska, powszechnie znana w całem Marokku. Jest to Mulej Jakub, ściągająca do siebie od XII-go wieku tłumy chorych, nawet z Sahary. W pobliżu wioski bije z ziemi gorące siarczane źródło,[106] oddawna eksploatowane przez lekarzy arabskich, a w ostatnich czasach — przez Europejczyków.
Nazajutrz po polowaniu wyjechałem samochodem wojennym w inną stronę, a mianowicie na północ, na front, gdzie się odbywały operacje bojowe. Jadę w towarzystwie dwuch oficerów, którzy mają mnie opuścić w jakimś wielkim obozie po drodze. Droga najpierw idzie w stronę Tazy, lecz wkrótce skręcamy w dolinę rzeki Fez i trafiamy na drogę strategiczną. Często spotykamy kamiony[107] wojskowe z żołnierzami i materjałami. Te ciężkie wozy zupełnie zniszczyły szosę, przetarły drobne kamienie na mąkę, wybiły doły i rowy na drodze i pokryły wszystko dokoła grubą warstwą drobnego piasku. Nasz silny samochód skacze, dzwoni i zgrzyta, miota się i sapie, otoczony kłębami białego kurzu.
Miejscowość górzysta z rozległemi dolinami pomiędzy grzbietami gór, dość gęsto zaludniona i bogata. Wszędzie ciągną się pola żyta, pszenicy, kukurydzy, sorgo, plantacje wina, fig i oliwek. Na zboczach gór pasą się stada. Spotykani po drodze tubylcy uprzejmie salutują nam po wojskowemu, przykładając ręce do ogolonych głów.
Zwróciłem uwagę, że Francuzi ujęli w sztuczne łożyska i baseny wszystkie znaczniejsze źródła i doprowadzili wodę do oddalonych od źródeł miejscowości, gdzie już powstawać zaczynają tubylcze osady rolnicze, ku którym administracja miejscowa kieruje drogi.
Jadąc, spostrzegliśmy duże stadko kuropatw, przelatujące od rzeki do zarośli palmowych, pokrywających zbocza niewysokiego pagórka. Zatrzymano samochód i w międzyczasie, kiedy szofer nalewał wody i benzyny do maszyny, zabiłem dwie kuropatwy. W poszukiwaniu innych, błąkałem się śród krzaków i zwałów kamiennych i spotkałem zabawnego skoczka egipskiego (Dipus aegypticus), małego gryzonia, podobnego do zająca, lecz o krótkich przednich nogach i tak długich tylnych, że wydać się może, iż posiada tylko dwie nogi. Zmykał przede mną wielkiemi susami, podpierając się długim, cienkim ogonem, aż znikł mi z oczu. Chwilami zwierzątko to przypomina małego kangura. Gdy ruszyliśmy dalej, spotkaliśmy koło wsi berberyjskiej duże stado bydła. Nad niem unosiły się śnieżne, białe ptaki z żółtemi dziobami i nogami. Siadały na grzbietach zwierząt i wyłapywały im pasożyty, lub też chodziły obok z zakłopotanemi minami. Z ogólnego wyglądu przypominały małe czaple. Francuzi nazywają je tu „stróżami byków“. Spotkać je można zawsze przy stadach, lub pojedyńczych zwierzętach, o ile pastwisko znajduje w pobliżu wody, bez której długo obejść się nie mogą.
Ujechawszy 40 kilometrów od Fezu i pozostawiwszy poza sobą dolinę rzeki, przecinaliśmy rozległą równinę, przez którą przechodziła szosa, bardzo przez „kamiony“ i lekkie samochody zniszczona.
Ujrzeliśmy tu duży obóz, złożony z kilkunastu namiotów płóciennych, wozów, beczek z wodą, koni i szopy drewnianej.
Tłumy łudzi wyległy z kilofami, młotami i rydlami na szosę, robotnicy rozbijali kamienie, rozsypywali szczebionkę równą warstwą na szosie, zwozili piasek, kopali rowy, stawiali słupy telegraficzne, a w oddali dymiła lokomobila z ciężkiemi walcami do wtłaczania w ziemię kamiennego nasypu.
Gdy zbliżyliśmy się, rzuciły się nam w oczy uzbrojone patrole i dziwny wygląd pracujących ludzi. Żadnej wesołej lub uśmiechniętej twarzy, żadnego gwaru, żartów i figlów, tych nieodstępnych towarzyszy pracy. Ludzie mieli wygląd ponury, mocno zaciśnięte wargi, złośliwe błyski w oczach. Wydało mi się, że jestem śród „katorżników“ syberyjskich. Oblewali się potem, który spływał im z gołych grzbietów, ramion i piersi, prażonych niemiłosiernem słońcem, oblepionych kurzem i gryzionych przez natrętne muchy, czarną chmarą latające dokoła. Byli tu blondyni o białej skórze i niebieskich oczach, bruneci z ciałem niby z bronzu, byli zupełnie czarni, jak gdyby z hebanu wyrzeźbieni, połyskujący od potu.
— Muzeum typów i ras! — zawołał ze śmiechem któryś z towarzyszących mi oficerów. — Niemcy, Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Maurowie, Senegalczycy, Murzyni...
— To oddział, złożony z aresztantów wojennego więzienia, a posłany na roboty budowlane — objaśnił mi drugi. — Niech się pan tylko im przyjrzy! Co za typy! Są to najciężsi zbrodniarze.
Zdążyłem już zauważyć te ponure twarze i złośliwe spojrzenia. Spoglądali na nas z podełba, nieufnie i nienawistnie, mrucząc coś do siebie. Czarni stali jak piękne karjatydy ze spiżu lub hebanu, wysocy, zgrabni i wiotcy. Biali byli prawie wszyscy krępi i posiadali wprost atletyczną budowę, tak potężną, że każdego z nich śmiało można było wypuścić na arenę cyrkową. Jeden szczegół uderzył mnie. Spostrzegłem, że większość Europejczyków była tatuowana. Niektórzy mieli całe sceny i obrazy, wytatuowane za pomocą barwników na grzbietach i piersiach. Jednego z aresztantów obwijał swemi zwojami granatowy wąż od pasa aż do szyi, na której złożył mu swoją czerwoną głowę z zielonemi oczyma.
Odetchnąłem lżej, gdy obóz więźniów pozostał za nami i zniknął w obłokach kurzu, i ogarnęły nas znowu góry ze wsiami Berberów na szczytach, z obszernemi polami i winnicami. Bogaty to i żyzny kraj, lecz ludność brudna i nędznie ubrana, bez względu na stan majątkowy. Widziałem tu bogatych wieśniaków w takich łachmanach, jakichby się powstydził meskin fezański. Na stepie pasły się stada owiec, a obok nich, strzegąc ich od szakali, tkwiły biblijne postacie pastuchów w białych, szerokich szatach i z długiemi pasterskiemi kijami w ręku. Niektórzy mieli na głowach olbrzymie, wysokie kapelusze słomkowe z szerokiemi rondami. Chwilami zrzucali je z głowy, a wtedy pozostawały im na grzbietach, zwisając na rzemykach. Kapelusze te przyszły tu podobno od Beduinów z Sahary.
Nad rzeką Sebu, czy nad jednym z jej dopływów, znaleźliśmy wielki centralny obóz wojenny całego północnego odcinka frontu. Były tu składy pocisków i nabojów, magazyny żywnościowe i sanitarne, warsztaty wszelkiego rodzaju, tabun zapasowych koni i niewielki oddział kawalerji. Główne zaś siły były wysunięte dalej, na północ, już ku granicy hiszpańskiego Riffu. Był to obóz Ain Aisza, odległy od Fezu o 85 kilometrów. Przyjął mnie bardzo uprzejmie podpułkownik[108], komendant obozu, i szef jego sztabu. Zapraszali mnie na śniadanie, lecz ponieważ chciałem zwiedzić posterunki północne i tegoż jeszcze dnia powrócić do Fezu, więc podziękowałem za uprzejmość i, pozostawiwszy w obozie swoich towarzyszy podróży, pojechałem dalej.
Miałem przed sobą jeszcze około 40 kilometrów drogi, którą dopiero niedawno zaczęto budować. Szofer rozpytał szczegółowo o kierunek, więc, nie myląc się, jechał dość szybko.
Przejechaliśmy rzekę przez most, umocowany na czterech pontonach. Woda w rzece była mętna i żółta, prąd dość wartki. Na przybrzeżnych ławicach wygrzewały się na słońcu żółwie, pospolite tu Emys leprosa, płochliwe i bardzo zwinne; w niektórych miejscowościach są otoczone szczególną czcią jako święte i mające moc magiczną.
Z doliny rzeki droga znowu prowadziła na dość wysokie wzgórza, pokryte polami sorgo i żyta, częściowo pastwiskami. Na drodze, dość twardej, chociaż jeszcze nie szosowanej, spotykaliśmy wszędzie tłumy robotników-tubylczych. Jedni z koszami i worami chodzili po stepie i zbierali kamienie, drudzy — rozbijali je i sypali na przyszłą szosę. Setki tych Berberów i Arabów pracowały na drodze, a kierował nimi jeden technik — „cantonier“, bez żadnej eskorty i bez broni.
Widziałem roboty, prowadzone przez Rosjan w Środkowej Azji i w Mandżurji, a nawet w ich własnym kraju — na Syberji. Każdy inżynier i technik miał eskortę kozacką, był uzbrojony i sam bez żołnierzy nigdy nie odważył się wyjść na teren robót do tłumu tubylców lub choćby wieśniaków syberyjskich.
Na północy Afryki widziałem miasteczka, liczące po kilkanaście tysięcy tubylców i administrację francuską, złożoną z 5 urzędników z eskortą z 10—20 spahisów, Berberów lub Arabów; w Wysokim Atlasie, w górach Wielkiej Kabilji, na pograniczu Sahary i tu, w pobliżu powstańczego Riffu, spotykałem tych samotnych „cantonierów“, rządowych agronomów, weterynarzy, otoczonych morzem ludności berberyjskiej, pracujących razem z nią bez obawy, bez żadnych środków obrony, często bez możności telefonicznego połączenia z punktem administracyjnym lub wojennym.
Czem się to objaśnia? Pokojowym nastrojem wyznawców Proroka? Zrozumieniem przez nich kulturalnej pracy tych samotników europejskich? Urokiem lub szacunkiem ludności dla cudzoziemców, którzy starają się uszanować psychikę mieszkańców tych krajów?
Zbyt krótko byłem na północy Afryki i w ciągu sześciu miesięcy nie mogłem zbadać istotnego podłoża tego zadziwiającego zjawiska. W każdym jednak razie myślę, że jest to bardzo znamienny i pocieszający przyczynek do symbiozy politycznej dwóch odmiennych ras.
Cały rejon od Ain Aicha do Ain-Maatouf, tej dość dużej osady tubylczej, przedstawia się wspaniale. Jest to kraj rolniczy i bogaty. Rozrzucone w pobliżu drogi wsie mają wszelkie oznaki dobrobytu.
Przebywszy około 40 kilometrów, dotarliśmy do bardzo malowniczej wioski, z kubbą miejscowego uali na brzegu małego wartkiego potoku. Jest to „Taunat“, wioska, tonąca w gajach oliwnych i figowych, otoczona zielonemi górami, pokrytemi winnicami i polami prosa i pszenicy. Mieszkańcy odnosili się do nas uprzejmie i z pełnem zaufaniem. Pokazano nam drogę na posterunek Taunat.
Na dwóch pagórkach mieści się tu dziwna awangarda europejskiej cywilizacji i myśli politycznej; stąd widać przez lornetkę polową na południu — góry, otaczające od wschodu i północy Fez ze szczytem Zalagh, przypominającym grzbiet potwornej ryfy, a na północy — piętrzące się jeden po drugim łańcuchy grzbietu Riff.
Na jednym z pagórków mieści się pawilon oficerski i sztab, na drugim — koszary i szpital.
Spotkali mnie oficerowie tego posterunku: komendant Richard i porucznik de Seroux. Dowódcą odcinku był komendant Richard, olbrzym o marsowej twarzy i żołnierskiej postawie, w jakimś dziwnym stroju — szerokiej bluzie i szarawarach, podobnych do kozackich. Kepi z fartuchem, ochraniającym od słońca kark i z potężnym daszkiem nad oczami, grube, podkute trzewiki i krótkie skórzane getry — wszystko to świadczyło o pełnem trudów i pracy życiu, a głębokie zmarszczki około ust i na czole o niejednej trosce, nurtującej to ciało olbrzyma.
Gdybym zamierzał namalować żołnierza z walecznej, nieśmiertelnej starej gwardji Napoleona, naprzykład, Flambeau, który był genjuszem sławy wielkiego ojca przy wiotkiem ciele księcia Reichstadt, — tobym prosił komendanta Richarda, aby mi pozował. Może Rostand brał go też za wzór typu cnót starej gwardji? Lepszy typ dla tak wdzięcznej i heroicznej postaci istotnie trudno byłoby znaleźć.
Jak żywy stoi przede mną do tej chwili komendant Richard, — olbrzymi, marsowy, z sumiastym, zawiesistym wąsem, a skromny i dziecinnie prosty.
Drugą postacią — już nowoczesną — był szef jego sztabu, lejtnant de Seroux, oficer Sztabu Generalnego, młody, z arystokratycznej rodziny, nerwowy, wykształcony, a pełen zapału i zrozumienia misji europejskiej śród narodów niecywilizowanych. Oprócz nich było tu jeszcze dwóch młodszych oficerów — lejtnant Mourre i podporucznik Taoudi — Arab, który ukończył doskonałą szkołę, założoną dla oficerów-tubylców w Meknesie.
W Taunacie oficerowie zostali uprzedzeni o mojem tu przybyciu, więc oczekiwali ze wspaniałym obiadem, z szampanem, cudownemi winogronami i ciastkami, roboty arabskiego kucharza. Podczas obiadu oficerowie opowiedzieli mi, że oddział, broniący tego odcinku od wdarcia się band Arabów z Riffu, składa się z dwustu żołnierzy-tubylców, śród których znaczną część stanowią wojownicy Szleu z Wysokiego Atlasu. Tylko oficerowie i paru sierżantów byli Francuzami.
— Mamy pomocników, którzy są warci regularnego wojska — mówił, uśmiechając się, p. de Seroux. — Pan widzi, że mieszkamy w tej szopie, bez najpotrzebniejszych wygód, bez towarzystwa ludzi kulturalnych i to od dawna już. Ciężkie to życie na takiem pustkowiu, lecz rezultaty są dobre. Przekonaliśmy całą ludność na naszym odcinku, że przyszliśmy tu nie poto, aby ich zdobywać, eksploatować, krzywdzić, lecz poto, aby spełniać warunki umowy z Sułtanem, zabezpieczyć całej okolicy spokój i rozwój ekonomiczny, wnieść kulturę, bez której teraz żyć i rozwijać się nie może ani poszczególny człowiek, ani poszczególna ludność. Odbijamy, niedalej niż tej nocy, ataki oddziałów Abd-El-Krima, który je tu posłał po zdobycie prowjantu, ponieważ w górach Riffu zabrakło mu go; budujemy drogi i ustalamy ruch „kamionów“, kupując od tubylców i wywożąc ich produkty, przywożąc natomiast potrzebne dla nich towary; zbudowaliśmy „fonduk“, w którym tubylcy sami administrują; zorganizowaliśmy szpital, w którym leczy się do 600 mieszkańców tej okolicy. Przekonaliśmy Berberów, że pokój jest podłożem dobrobytu, a gdy ujrzeliśmy, że nasze słowa padły na dobry grunt, uzbroiliśmy sporo mężczyzn z okolicy i teraz oni sami bronią swojej ziemi od band z Riffu. Właśnie, — może pan wyjrzy! Tych trzech jeźdźców Szleu pakuje naboje dla mieszkańców dwóch najbardziej wysuniętych wiosek, gdzie spodziewamy się lada chwilę napadu rabusiów Abd-El-Krima.
Po obiedzie zwiedziliśmy punkt obserwacyjny, skąd się odsłaniał widok na cały prawie front hiszpańsko-marokański, a p. de Seroux przez lornetkę pokazał mi te góry, w których znajdowały się w tej chwili główne siły Abd-El-Krima.
Wyczuwałem w objaśnieniach oficerów pewną troskę i niepokój przed zbliżającemi się wypadkami.
— Nie chcemy wojny — mówili — lecz nie możemy pozwolić na to, aby Abd-El-Krim zabierał dla swej armji prowjant z posiadłości sułtana Marokka. Tymczasem, przy przeciągającej się wojnie, Abd-El-Krim będzie zmuszony po wyczerpaniu zapasów w Riffie przyjść tu celem odżywienia swej armji, a może nawet dla poboru ochotników. Miejscowa ludność może, mimo wszystko, nie rozumiejąc następstw, dać ochotników, ponieważ szczepy berberyjskie lubują się w wojnie. Wtedy zmuszeni będziemy do większych operacyj wojennych...
Tak mówili oficerowie francuscy. Ja zaś myślałem trochę inaczej. Niezależnie od tego, czy operacje powstańczego wodza będą pomyślne, czy nie, — jego przejście granicy wpływów francuskich wydawało mi się nieuniknione. Słyszałem już przecież w Fezie wynurzenia uczonego i słowa człowieka o niewieściej twarzy, wyczuwałem niepokój w spojrzeniach tłumu ulicznego w Medina, znałem zresztą system bolszewików — tych burzycieli pokoju i ładu w całym świecie, i wiedziałem, że Abd-El-Krim będzie przez nich wyzyskany do końca. Namówią go do ataku w stronę Fez-el-Bali, będą mu dopomagali, aby zdobył miasto Idrissa, zainscenizują podniesienie świętej wojny i uczynią z tego awanturnika — nowego Mahdi. Tylko wspólne operacje Francuzów, Hiszpanów, Włochów i Anglików mogą sparaliżować ten plan, którego powodzenie zburzyłoby cywilizacyjną pracę białej rasy nietylko na północy Afryki, lecz i na całym kontynencie.
Jednak...
Jednak należałoby się porozumieć co do dalszych kroków i wysiłków w sprawie kolonizacji czarnego kontynentu, należałoby nie przeszkadzać sobie wzajemnie, co ja — przygodny podróżnik, zauważałem na każdym niemal kroku. Na tem polega słabość europejskich wpływów w obecnej dobie wszędzie poza granicami naszego kontynentu. Należy pamiętać o losach całej Europy, zdradzonej przez 130 miljonów Rosjan, dotąd uważanych za Europejczyków, lecz zmienionych pod pręgierzem czerwonego teroru w renegatów i wrogów Zachodu.
Po ukończeniu przechadzki po Taunat komendant Richard, znakomity strzelec, „terreur de gibier,“ jak go nazywał p. de Seroux, zaproponował mi polowanie na kuropatwy. Naturalnie, że z radością się zgodziłem. Podano nam doskonałe konie wierzchowe i w asyście ośmiu kawalerzystów wyjechaliśmy za posterunek. O jakie pięć kilometrów od obozu, na schyłkach nie bardzo stromych gór, rosły gęste krzaki śród zwałów kamieni.
— Tu zwykle trzymają się kuropatwy! — rzekł, zwracając się do mnie, komendant.
W tej chwili koń jego drgnął, chrapnął i uskoczył w bok.
— Co się stało? — zapytałem.
— Dojrzał w krzakach gazetę, poruszaną wiatrem, — zaśmiał się olbrzym. — Nie boi się on kul, lecz papieru nie lubi!
— Może to jakieś skrajne lewicowe pismo, może nawet komunistyczne, a wierzchowiec hołduje innym poglądom politycznym? — zauważyłem.
— Tak! — odparł. — Ta szkapa pochodzi z Wandei.
Zeszliśmy z koni i, otoczeni z dwu stron łańcuchem żołnierzy, szperaliśmy w krzakach, w których przed kilku godzinami czaili się Kabylowie z Riffu. Upał panował straszliwy, więc kuropatwy siedziały mocno w swych skrytkach i nie ruszały się z miejsca. Dopiero, gdy, przeszedłszy wąwóz, dotarliśmy do gaju oliwnego, ujrzeliśmy dwa stadka kuropatw. Zerwały się jednak bardzo daleko i wpadły w gęste krzaki, rosnące na dnie głębokiego wąwozu. Zostawiliśmy je w spokoju i zawróciliśmy na miejsce, gdzie pozostały nasze konie. W gęstych zaroślach widziałem śpiącego żółwia — testudo mauritanica, żywiącego się trawą. Ciemny pancerz i większe rozmiary odróżniają go od żółwia pospolitego w pasie Morza Śródziemnego. Arabowie poszukują tego zwierzątka i przyrządzają z jego mięsa dość smaczną potrawę, a z serca i żółci — talizmany magiczne.
Pozostawało nam nie więcej niż sto kroków do naszych wierzchowców, gdy z kępy wysokiej trawy wywinął się zając. Komendant strzelił. Zając, fiknąwszy klasycznego kozła w powietrzu, upadł. Obejrzałem go. Był mniejszy od swych europejskich współbraci, miał cienkie nogi z bardzo rozrośniętem owłosieniem na końcach nóg, co naturalnie było koniecznem ze względu na miejscowość kamienistą. Zając marokański należy do gatunku Lepus aegypticus, który na południu i w Saharze nabiera barwy jeszcze jaśniejszej i jest mniejszy. Francuscy zoologowie nadali mu nazwę — Lepus isabellinus. Spotykałem tego zająca na kamienistej i piaszczystej pustyni za grzbietem Zab w południowej Algierji i skonstatowałem nadzwyczajne przystosowanie barwy zwierzątka do otaczającej go okolicy. Po powrocie do Taunat pożegnałem gościnnych oficerów i odjechałem.
Około 10-ej wieczorem przyjechałem do Fezu, biały, jak młynarz, i bardzo głodny, lecz Zochna przewidując to, poprosiła panią Ossun, aby dla mnie zostawiono kolację. A kolacja to była nielada jaka, ponieważ podano mi prawdziwy barszcz, o jakim marzyłem oddawna!



ROZDZIAŁ XVII.
OSTATNI DZIEŃ W GRODZIE IDRISSA.

Poznaliśmy Fez dość dobrze, a ponieważ przed nami była jeszcze długa droga, przeto byliśmy zmuszeni jechać dalej na zachód.
Chcieliśmy jednak raz jeszcze rzucić okiem na całe miasto i jego okolice. W tym celu wzięliśmy powóz i pojechaliśmy drogą, wiodącą poza mury miasta. Znowu wyrosły przed nami mury kasb Czerarda i Filala, bramy Bab-Maruk i Bab Guissa, opuszczone forty maurytańskie, cmentarze, kubby, zarośla aloesów i fig berberyjskich, wąwóz z mieszkaniami jaskiniowemi, tłumy tubylców i karawany wielbłądów, mułów i osłów.
Nagle wyłania się miasto. Złocisty w promieniach słońca, w oprawie ciemno-szarych, miejscami czerwonych murów, baszt strażniczych, ozdobiony szmaragdowemi plamami ogrodów i strzelającemi do góry, połyskującemi mozaiką minaretami — leży w kotlinie Fez. Nie widać stąd ruchu ulicznego, nie słychać odgłosów życia. Zamarły w swych granicach, lecz tający nieobliczalne siły i porywy, gród Idrissa wydaje się mirażem, widmem, zrodzonem w wyobraźni, którą podnieca odwieczna, bohaterska legenda, opowiadana przez czarownika. Nic z rzeczywistości, nic z powszedniego życia dojrzeć stąd nie można! Dekoracja, wypukła panorama, fantazja malarza i rzeźbiarza, porwanych urokiem Wschodu. Stoimy w milczeniu, zapatrzeni, zasłuchani w szept wieków, płynący od minaretów Mulej Idrissa, Karuin i Bu-Anania, od zębatych, poszczerbionych murów, od wyniosłych grobowców Merinidów...
Nagle przeciągły, trwożny krzyk rozlega się tuż pod nami.
Postępujemy kilka kroków naprzód i widzimy głęboki wąwóz z dwoma olbrzymiemi jaskiniami. Z jednej wychodzi dym, około drugiej mężczyźni i kobiety fabrykują misy i garnki z gliny; błąka się para osłów, a dwa duże, chude psy żałośnie wyją. Przy niskiej szopie drewnianej stoi Berberka bez burnusa, w barwnej koszuli i spódnicy, bosa z powichrzonemi włosami. Zdaleka połyskują olbrzymie srebrne kolczyki w uszach i srebrne bransoletki na ciemnych rękach. Trzyma przy piersi małą dziewczynkę, a jedną rękę przykłada co chwilę do ust i, patrząc w stronę krzaków i skał, woła trwożnie i żałośnie:
— Aszika! Aszika-a-a![109]
Nikt się nie odzywa i nikt się nie zjawia na głos matki, — ani z krzaków, ani z poza skał. Więc zatrwożona losem córki, już przeczuwając nieszczęście, kobieta znowu nawołuje:
— Aszi-ika! Aszika-a-a-a!
Słucha i patrzy i czeka. Żadnej odpowiedzi... Więc podbiega do samej krawędzi kotliny, tam, gdzie nadół zbiega ledwie dostrzegalna ścieżka i pochyliwszy się, usiłuje wzrokiem przebić gąszcz zarośli i wyje, jak wilczyca:
— Aszika-a-a! Aszika-a-a!...
Dokoła kaskady słońca, potężnego i triumfującego, fatamorgana miasta, połysk jego minaretów, wybujała roślinność, szmer potoków i surowy majestat dawnych, wspaniałych dziejów...
Lecz gdzie się zjawi żywy człowiek, tam, niby cień, staje męka jego, rzeczywistość nieubłagana, walka, łzy i rozpacz...
Dalej! Dalej!
Turkoczą koła po kamieniach drogi, dzwoni, skacząc na nich, powóz i już nie słychać wycia i rozpaczliwego nawoływania matki — Berberki. Droga idzie śród pięknych ogrodów i gajów, zbliżając się do wartkiego prądu rzeki lub odbiegając od niej; w cieniu drzew stoją białe kubby, a obok nich grupy pobożnych; mignął śród zieleni stary, garbaty most arabski z parapetem z ciężkich głazów ciosanych; szemrzą fontanny; niosą się głośne westchnienia pijących wodę koni i wołów i ciche słowa ludzi. Na lewo od nas — równina z kwadratami pól, ruiny starego fortu, a tuż u stóp góry Zalagh białe budynki o niskich murach z małemi wieżyczkami po rogach. Są to blokhauzy wojenne, oczy i uszy generała de Chambrun, a posiada ich dużo wszędzie — od Taunat do Tazy, Sefru i dalej.
Około jednej z bram na kamieniu siedzi poważny Arab w śnieżno-białych szatach i w zawoju. Długa czarna broda spada mu na pierś. Dokoła zasłuchany tłum. Zawinięte w burnusy i halki kobiety, starzy, bogaci i biedni mężczyźni, meskini, tolba, młodzieńcy ze wsi, słuchają. Biegają dzieci z długiemi kosmykami włosów, pozostawionych na ogolonej głowie, albo na samym jej czubie lub nad uchem; kosmyk ten nieraz jest zapleciony w warkocz; przypomina „oseledec“, noszony dawniej przez Kozaków z nad Donu i przez szlachtę polską kresową. Jest to talizman, przynoszący szczęście.
Cały tłum zachowuje nadzwyczajny spokój i w skupieniu słucha siedzącego Araba. Siedzący Arab — to bard — opowiadacz.
Właśnie deklamuje coś wyraziście, doskonale modulując; Hafid opowiedział nam treść improwizacji Araba.
„Wielki jest Allah i wielki jest prorok jego Mohammet! Lecz byli inni, wybrani przez Pana, a potęgą swoją dorównywali Allahowi. Takim był syn Nuna[110], olbrzym, którego zwłoki nie zmieściły się pod meczetem[111], a który postawił grzbiety górskie w miejscach potrzebnych. Takim był Mulej Abd-el-Selam[112], pomagający Allahowi w budowie świata i twórca wiary w jedynego Boga. Takim był Ali Ambausz, potężny jak Prorok; takim był „ukryty Imama“ Abd-Allah, kość z kości i krew z krwi Mahommeta-Proroka.[113] Zawsze są tacy wybrańcy, aby wolę Allaha głosili i wskazywali „przyjście godziny“. Oczy ich zaglądają do duszy ludzi, słowa padają do serc, myśli zmuszają do czynu. Zjawiają się nagle, a nikt przedtem nic o nich nie słyszał. Idą przez życie, ślady niezatarte wyciskając na radość wiernym i na biedę niewiernym. Zjawił się na północy wybraniec Boży i echa jego czynów biegną po ziemi, jak odgłosy burzy. Zjawił się na wschodzie drugi, który przyszedł sądzić dobre i złe sprawy w imieniu Allaha, poprzedzając przybycie Zbawiciela wiernych. Patrzcie dokoła oczami duszy waszej, słuchajcie uszami serca waszego i nie zaśpijcie godziny przybycia Wysłańca!“...
Tak tłumaczył nam słowa barda Hafid i objaśnił, że to jest zwykła przypowieść, po której następuje samo opowiadanie, zwykle historyczna legenda o dawnych władcach, bohaterach lub słynnych „uali“.
Jednak zdawało mi się, że ta „przypowieść“ miała związek z tem, co się działo na północy Afryki, w Riffie i na wschodzie — w Egipcie i jeszcze dalej — już na kontynencie Azji. Była to zawiła, ukryta tymczasem, symboliczna agitacja na rzecz Abd-el-Krima i budzącego się do czynu Islamu. Tak rozumiałem słowa malowniczego Araba o poważnej, natchnionej twarzy i mądrych oczach.
Gdy wjechaliśmy na pagórek, odsłonił się nam Fez z innej strony. Był cały różowy, ciepły i łagodny, tonący w promieniach chylącego się już ku zachodowi słońca. Myśli moje biegły w stronę meczetów, grobowców i medersa, gdzie czaiła się w ukryciu dusza Islamu.
Nie! Islam nie jest nieruchomy, lub uśpiony. On wierzy w przeznaczenie, a więc trwa w milczeniu i cierpliwości, spokojny i surowy. Lecz gdy przyjdzie godzina, w której wierni zrozumieją, iż przeznaczenie wymaga czynu, lub gdy tę konieczność działania objaśni im człowiek z północy, czy od wschodu, — znikną jak mgła poranna cierpliwość, spokój i wyrozumiałość. Zostanie surowość Proroka! A przecież ci ludzie, co mieli objaśnić i obudzić, już przyszli! Widziano ich w wirze rewolucji w Persji i Turcji, w ruchu muzułmańskiego Afganistanu. Wielka wojna światowa, kolonjalna polityka białych ludów i upadek ich potęgi i uroku dały nowe hasło „zbliżającej się godziny“.
Islam nie ma w swej duszy cech ewolucji, jest w swych przejawach zewnętrznych szeregiem skoków rewolucyjnych. Jednolitość myśli tworzy mocną i rozległą organizację; pietyzm podtrzymuje poryw, czyniąc go długotrwałym. Muzułmanie są wytrzymali fizycznie i duchowo, gdyż mają, jako koczownicy, wojownicy i drobni rolnicy, małe zapotrzebowania życiowe. Przyszli tu z jałowych, opustoszałych płaszczyzn Azji, znaleźli znośniejsze warunki bytu i lepszego życia nie pożądają, broniąc go jednak, jako zdobytego uporczywą walką i wielkiemi trudami. Ziemię swoją, paloną przez słońce, ziemię wysychającą na kamień i pękającą, to znowu pokrywającą się barwnemi kobiercami kwiatów wspaniałej trawy, kochają, bo ją zdobyli krwią, bo ona ich żywi, bo dała przytułek prochom władców, wodzów, proroków, świętych, uczonych i czarowników.
Jednak burze dziejowe unosiły się nad temi szczepami, szalały na ich ziemi, niszcząc dobytek i życie pokoleń, więc są obojętni dla nędzy i z wolą niezłomną zabierają się na nowo do budowy swego skromnego i prostego życia, wierząc w przeznaczenie, co ma doprowadzić „wiernych“ do potęgi, bogactwa, świetności i szczęścia.
Islam nie umarł, on nawet nie spał, on milczał i czekał.
Teraz nie milczy i tu i ówdzie nie chce już czekać.
Nastała godzina, wołająca do czynu...
Gdy tak myślałem, nagle Fez zgasł. Słońce zapadło za górami i miasto leżało przede mną szare, ponure, wtłoczone w kamienne więzy murów...
Było to ostatnie wrażenie z grodu Mulej Idrissa.
Ostatnie...
Jak gdyby niewidzialny genjusz, a może zwykły marokański „dżinn“ historji w tak malowniczy sposób przedstawił nastroje i koloryt duszy Mahrebu. Śmiem mówić o duszy tego kraju? Być może, że znawcy Marokka oburzą się na mnie i będą kwestjonowali prawo do wypowiadania przeze mnie poglądów na zjawiska, obserwowane zaledwie pięć lub sześć miesięcy.
Napozór mieliby rację, lecz, jeżeli będą to krytycy nie uprzedzeni przeciwko spostrzeżeniom cudzoziemca, — dojdę z nimi do porozumienia.
Spędziłem pięć pełnych miesięcy na wpatrywaniu się w to, co mnie otaczało w Afryce Północnej i szczególnie w Marokku, bo ono pociągało mnie ku sobie więcej od Algierji i Tunisji swoją pierwotnością, bardziej barbarzyńskim, surowym Islamem, większą czystością resztek dawnych kultów i żywiołowością uczuć i dążeń. Nie przybyłem do tego kraju, jako turysta, z drukowanego „guide’a“ dowiadujący się o istnieniu jakiegoś Mulej Idrissa, co zakładał miasta, a później umarł i został pochowany w meczecie, który się nazywa też — Mulej Idriss.
Jeszcze u siebie, w Warszawie, przestudjowałem najgłówniejsze i zasadnicze dzieła o badanym kraju, a poza tem cenne potwierdzenia moich własnych spostrzeżeń i wniosków dały mi długie rozmowy z rozkochanymi w tym kraju urzędnikami cywilnymi i oficerami, a także z kolonistami.
Miałem sposobność rozmawiać długo i obszernie z Arabami, Berberami, Kabylami i tubylcami. Z tych rozmów wyciągnąłem nietylko jawne, zewnętrzne, a zawsze zdawkowe myśli, powtarzające się wszędzie i podobne do murów miast marokańskich, lecz ukryte, głębokie i namiętne, jak wnętrza otoczonych przepisem „horm“[114] świątyń, gdzie płonie głęboka, niewzruszona wiara w przedwiecznego Allaha-Akbar.
Nieraz dość było jednego wyrazu, czasem niedokończonego zdania, aby niejasne stało się jasnem, a jasne przedtem nabrało cech tajemniczych. Przecież długie lata strawiłem na podróżach, co wyrobiło umiejętność zaglądania do duszy ludzkiej i intuicję w poruszaniu najbardziej dręczących i zatrważających spraw. Czasem jedno pytanie, jedno słowo, rzucone nawet zapomocą przewodnika-tubylca, zmuszało rozmówcę do obnażenia duszy, do gwałtownego, żywiołowego wybuchu szczerości w skardze, trosce, nienawiści lub nadziei, a wtedy właśnie niejasne i zawiłe stawało się zrozumiałe i proste, wtedy tworzyła się synteza wrażeń, spostrzeżeń i wniosków logicznych i uczuciowych.
Pomogła mi znakomicie dla zasadniczego zrozumienia duszy Mahrebu moja znajomość Islamu w Rosji, Turcji, Turkiestanie, stepach kirgizkich, Khorazmie, Persji, ba! nawet śród dziwacznego, powikłanego kultu Proroka w Chinach.
Przecież Islam wszędzie jest Islamem, a ogólny prąd myśli ludzi kolorowych nadał mu jeszcze większą jednolitość i w statyce jego i w dynamice.
Te właśnie dane osobiste pozwalają mi mówić o duszy Marokka i innych krajów północnej Afryki.
Niektórych rzeczy nie widziałem w Marokku, jak naprzykład — pierwszego dnia Ramadanu i świąt Bajramu, lecz widziałem to na Kaukazie muzułmańskim, w Persji i u Kirgizów, a sądząc z opowiadań tubylców afrykańskich, rytuał marokański niczem się od azjatyckiego nie różni.
A więc ostatnie wrażenia z Fezu, na którym tak długo się zatrzymałem, bo sercem on i mózgiem Mahrebu, jest wielką kuźnią, gdzie się wykuwa hartowna stal na nieznany jeszcze użytek... Czy zmieni się ona w pług i maszynę dla współpracy z poskromicielami przyrody — ludźmi z Europy, czy w krzywe szable do walki z przybyszami? — O tem wie tylko Allah, co w „tablicy ukrytej“, tej księdze przeznaczenia, skreślił swój wyrok ostateczny.
Jednak Fez, tonący w powodzi słońca, palącego jednakowo nielitościwie — gmachy koszar i biur francuskich, minaret Mulej Idrissa, „patio“ medersa Karuin, zatłoczone „suk“ i dzielnicę rozkoszy — Mulej Abdallah, Mellah i Medina, kubby świętych i pałac Sułtana, Bab el-Maruk i jaskinie, gdzie się gnieżdżą nędzarze i żebracy — ta fantastyczna mieszanina cynicznych Diogenesów, Łazarzów, biblijnych Hiobów, świętych anarchistów, kuglarzy, szarlatanów, nicponiów i czarowników — to Fez codziennego życia — to Fez walki, pracy, przeznaczenia, zagadkowej, zaczajonej obojętności dla sąsiada cudzoziemca, sztuki maurytańskiej, wymagającej dla swych śnieżnych marmurów i gipsów, mozaiki i farb — ożywczych promieni słońca; to Fez leniwych haremów, tonących w miłosnej rozkoszy i przepisanej prawem zgodzie, Fez poobiednich sjest, monotonnych wykładów ulema, pouczających przy szmerze fontanny w przewiewie pod arkadą zacienionej medersa; zadumy głodnych tolba, sprytu kupców i trudów pielgrzymów, o skwarze dążących do grobowców i świątyń z pochwalną modlitwą na ustach, z ofiarami, wonnościami i świeczkami, do jaskiń, pełnych złych duchów, do cudownych źródeł i studni.
Miasto zalane lekkim szkarłatem zachodzącego słońca, to Fez oczekiwania, nadziei, wiary w przeznaczenie; to Fez, po pracowitym dniu żądny uciech i szczęścia, gdy się ludzie bawią po kawiarniach, słuchają bardów, cieszą się na widok błaznów, grajków i zaklinaczy wężów, mkną na swych rumakach, doganiając wiatr; słuchają śpiewów i przyglądają się tańcom kobiet w Mulej Abdallah; siedzą w otoczeniu rodziny, opowiadając statecznym żonom o swych sprawach i plotkach miejskich, bawią się z dziećmi i rzucają rozkochane, namiętne spojrzenia na piękne niewolnice, grające na tamburynach i cieszące się klejnotami i barwnemi tkaninami. W te godziny zachodu słońca czarownicy sporządzają w swoich schroniskach talizmany i czynią zaklęcia; jasnowidzący przepowiadają losy ludzi...
Wreszcie Fez zgasły, Fez pochłaniany przez mrok, Fez tajemniczej nocy, spływającej do pałaców arystokracji, do domów kupców, do chat i barłogów biedoty; Fez nocnych widowisk, pół rozpustnych, pół mistycznych, do nocnych orgij rytualnych podobnych; Fez — kupczących niewolnikami, czarnoksięskich znachorów, spiskowców i zamachowców; Fez sekciarzy, Mahdi, fałszywych proroków; Fez Islamu i pogaństwa, Fez podstępu i szalonej odwagi.
Takie było ostatnie wrażenie z Fezu, podkreślone przez słońce, słońce, wszechwładnie panujące, czynne w napięciu swych sił i bujnej radości, słońce — pogodzone z życiem, pełne słodyczy, łaskawości i rozmarzenia w przeczuciu bliskiej rozkoszy; wreszcie słońce, ukrywające się na krótkie godziny nocne w swym pałacu czarownym tam, na zachodzie, gdzie oczekują nań ciepłe, łagodne objęcia miłośnie szemrzącego morza.
Gdzieś gra flet, niesie się warkot bębenka i dolatuje wysoki, jęczący falcet spóźnionego muezzina.
— La Illah Illa Allah...
— Allah Akbaa-a-a-a-ar!...
Kwili nocny ptak, pokrzykują zasypiające drozdy i dzikie gołębie, cykady zaczynają swoją nieprzerwaną pieśń...



ROZDZIAŁ XVIII.
WSPANIAŁY JOWISZ,
NOWY PROROK I NIEZNANE BOGI.

Nazajutrz o wschodzie słońca, o godzinie modlitwy porannej, stał już przed hotelem nasz samochód, a szofer umiejętnie układał bagaże.
Żegnani przez gościnnych państwa Ossun i służbę arabską, ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy na zachód, ku morzu, lecz przed niem były jeszcze nieznane nam, a pociągające miejscowości.
Cała droga aż do dopływu rzeki Sebu przedstawia kraj rolniczy, o wysokiej kulturze; tylko w jednem miejscu przecinamy kamienistą pustynię, gdzie nie widzieliśmy nic, oprócz szarańczy, czarnego pustelnika i skorpionów. Spotkaliśmy tu skorpiony dwóch odmian — jedna — to wielki czarny skorpion, o żółtych nogach i małych kleszczach — Androctonus bicolor — i druga — to mały, zabarwiony na żółto — Butus occitanicus.
Przebywszy tę smutną pustynię, którą Zochna nazwała „równiną beznadziejności“, zaczęliśmy wjeżdżać na wysokie wzgórza — aż się znowu rozpoczęły żyzne pola, ze ścierniskiem zboża i winnicami.
Na lewo od drogi widzieliśmy coś nakształt zburzonych murów, lecz były to różowo-szare skały, porwane, poszczerbione, potrzaskane.
Instynkt myśliwski poddaje myśl, że śród tych przeciętych szczelinami skał i śród zwałów kamiennych powinny się czaić szakale, a podpowiada dobrze, bo, gdy nasz samochód ryknął na jakiegoś zadumanego na ośle Araba, mignęła na chwilę pomiędzy kamieniami sylwetka wystraszonego szakala z podwiniętym ogonem i znikła, jak cień.
— Dib! Dib![115] — zaczął krzyczeć wniebogłosy Arab.
Tymczasem zjeżdżamy trochę niżej i nagle widzimy malownicze, białe domki, otoczone drzewami. W ich cieniu szofer zatrzymuje samochód i mówi:
— Wolubilis, ruiny rzymskie!
Nabyliśmy bilety i chcieliśmy odwiedzić p. L. Chatelain, kierującego tu robotami archeologicznemi. Niestety nie zastaliśmy go w domu, więc wzięliśmy przewodnika Araba i poszliśmy zwiedzać ruiny. Czytałem sporo książek o rzymskiej Afryce i o Wolubilisie. Arabowie myślą, że jest to miasto porzucone przez Egipcjan i nazywają je „Ksar Faraun“[116]; w rzeczywistości stała tu najbardziej na zachód wysunięta placówka handlowo-wojskowa Rzymian, a o Wolubilisie wspominają w swych dziełach Plinjusz starszy, Ptolomeusz, Pomponiusz Mela i inni autorzy, opisujący Mauritania Tingitana, jak nazywali cały ten kraj. Po co tu przyszli Rzymianie? Autorzy francuscy twierdzą, że Legjony rzymskie przyszły tu bronić granic olbrzymiego imperjum. Tanger był główną bazą wojenną Rzymu w Marokku, a Wolubilis prawie krańcowym punktem drogi, prowadzącej na południe, skąd nadciągały hordy walecznych Berberów. Co robili tu Rzymianie? Co brali z tego kraju? Jak wogóle z Maurytanji — Rzymianie eksportowali zboże, oliwę, poszukiwane gatunki drzewa, winogrona, konie, osły i wełnę, z której tkano słynne „stragulae maurae“ — kobierce berberyjskie, cenione tak wysoko, jak obecnie — perskie. Jednak w kilka dni później opowiadał mi w Meknesie pewien dobrze mówiący po francusku kupiec-tubylec:
— Rzymianie zdobywali w Wolubilisie coś droższego od wszystkich towarów. W okolicach tego miasta przechodzi grzbiet górski Zerhun. Lasy, głębokie wąwozy i jaskinie, obfitość skalnych kozłów i baranów przyciągały tu drapieżników — lwy, pantery, gepardy, hieny i szakale. W górach urządzano łowy, zasadzki i stawiano sidła. Zdobycz wysyłano do Rzymu, oraz do innych miast, gdzie cyrkowy tłum żądał dzikich, niebezpiecznych zwierząt i krwawych widowisk. W naszych podaniach, opowiadanych przez bardów, pozostały o tem wspomnienia.

VOLUBILIS. AUTOR ŚRÓD RUIN

Mauritania Tingitana dostarczała więc rozpanoszonej tłuszczy upadającego Rzymu „panem et circenses“.[117]
Dostarczała też innego materjału: czarnych i bronzowych niewolników. Pewną ich ilość, najbardziej silnych i pięknych, oddawano do szkoły gladjatorów, resztę wcielano do Legji cudzoziemskich. Był to żołnierz bitny, wytrzymały i odważny. Na kolumnie Trajana widzieć można rzeźbę, przedstawiającą wojowników maurytańskich. W lekkich tunikach, z lancą i tarczą w ręku pędzą oni na wroga na małych rączych koniach.
Przeszliśmy tymczasem przez mały wąwóz, porośnięty kaktusami i krzakami, i zaczęliśmy wchodzić wąską ścieżką na niewysoki pagórek. Z krzykiem zerwało się stadko kuropatw, a drogę nam przebiegł zając. Jakieś ciosane kamienie, resztki stopni przysypanych ziemią schodów i odłamki marmuru już się wyłoniły z ziemi i kryją się w gąszczu krzaków i wysokich, twardych traw. Ścieżkę przecinają kanały, pokryte płytami z piaskowca, ciosanego przed siedemnastu wiekami rękoma niewolników pod dozorem rzymskich majstrów. Śmigają jaszczurki zielone i różowe, świergocze drobne ptactwo; w szczelinach płyt i popękanej ziemi czyhają na zdobycz pająki i skolopendry (scolopendra scopoliana). Jedna z nich zaatakowała dużego chrabąszcza w połyskującym, zielonym pancerzu, bardzo podobnego do egipskiego „świętego“ skarabeusza, zabiła go swym jadem i mozoliła się nad wciągnięciem go do nory. Arab-przewodnik twierdził, że śród zwałów kamieni robotnicy nieraz płoszą jadowite „echidne“, które odznaczają się szeroką, płaską, łuskowatą głową i zaokrągloną paszczą; te węże posiadają ciemno-żółte zabarwienie o ciemnych plamach na skórze; mają jaśniejszy brzuch, przyozdobiony szaremi centkami. Z opisu były to węże, które widziałem nieraz w Tunisji. Jest to „vipera lebetina“, nazywana także Echindna mauritanica, — wąż jadowity, lecz tchórzliwy i napadający na ludzi w wyjątkowych tylko wypadkach.
Przekroczyliśmy wreszcie granicę miasta; z jego murów obronnych pozostały tylko w nieładzie porozrzucane głazy, ślady fundamentów okrągłych baszt strażniczych, oraz bram, prowadzących do tej ostatniej twierdzy rzymskiej na ziemi afrykańskiej.
Weszliśmy więc do miasta, gdzie każdy głaz, każda płyta ulic, każda kolumna widziała godło wiecznego Rzymu.
— Senatus populusque Romanus...
Mimowoli odczuwaliśmy jakiś dziwny szacunek przed tem miastem umarłem, gdzie zaklęty w kamieniu żyje wielki duch potężnego narodu, co w najodleglejsze zakątki ówczesnego świata rzucił promienie cywilizacji dla wszystkich ludów, wchodzących w skład Imperjum.
Na tle jasnego nieba czerniały potężne sylwetki triumfalnego łuku, wzniesionego na cześć cesarza Karakalli, kolumnady forum, ruin Bazyliki — miejsc, gdzie wrzało publiczne życie miasta. Nieruchome i niewzruszone, w buchających żarem promieniach słońca, leżały płyty wspaniałych schodów, stały kolumny i fundamenty prywatnych domów, baseny dla przechowywania oliwy; ocembrowanie sztucznych sadzawek dla kąpieli, mozaiki, głazy z rzymskiemi napisami, a wszędzie wspomnienia o dawno zagasłem tu życiu.
Na forum, obecnie opustoszałem, stały niegdyś posągi, o których opowiadają dawni autorzy i napisy, pozostałe na fundamentach. Kilka z tych figur podróżnik oglądać może w miejscowem muzeum.
Z napisów, nie zniszczonych przez czas i ludzi, archeolodzy dowiedzieli się, że Wolubilis posiadał stary i szanowany powszechnie ród Gens Coecilia, że działał tu niegdyś zaszczytnie kartagińczyk z pochodzenia, lecz wysoki dygnitarz rzymski — decemwir Marek Walerjusz Severus, prezydent Senatu miasta. Wystawiono mu posąg na forum, gdyż potrafił uzyskać dla Wolubilisu od cesarza Klaudjusza przywileje miasta rzymskiego, a także przyznanie legalności związków małżeńskich obywateli rzymskich z cudzoziemkami, chociażby one były — kobietami barbarzyńskiemi. Widocznie piękne były te kobiety z okolicznych szczepów berberyjskich, gdy sprawy miłosne wojowników rzymskich z Maurytanji doszły aż do boskiego cesarza potężnego Rzymu, — a były jedną z przyczyn upadku imperjum.
Historja Wolubilisu odkrywa bardzo interesującą stronicę, bo wiąże ona w znacznym stopniu obyczaje tej placówki rzymskiej z dawnemi kultami Afryki. Małżonka Severusa, imieniem Fabia Bira, pochodziła z pobliskiego szczepu berberyjskiego, a była pierwszą kapłanką miasta[118]. Inna znowu, niewolnica z Galji, urodzona w Windobonie (Wiedeń), była żoną Maternus’a, dowódcy oddziału, złożonego z Iberyjczyków, czyli Hiszpanów z Galicji[119] i Asturji.
Te kapłanki-flaminae były wyroczniami, czasem nawet rozstrzygały najważniejsze sprawy sądowe. Arabowie i Berberowie zawsze mieli wiele takich wyroczni, nazywali je „kahina“. Kobiety te miały nieograniczony wpływ na życie swego szczepu, a władzę swoją nieraz rozciągały na kilka plemion. Gdy po śmierci Mohammeta, zjawił się fałszywy prorok, Mosailama, niejaka Sidżah[120], słynna kahina, zgromadziła kilka szczepów arabskich i zbrojnie walczyła przeciw niemu, lecz po latach walki weszła z nim w porozumienie i wkrótce poślubiła awanturnika. Berberyjska „kahina“ Dahiya przepowiedziała judaizm, inna była znowu królową wszystkich Berberów w końcu VI-go wieku naszej ery. Kahina Zeineb była żoną kilku dostojników arabskich i berberyjskich, aż po bardzo burzliwem życiu stała się żoną założyciela dynastji Almorawidów, wspaniałego Jussefa Ben Taszfina i w legendach została uwieczniona przydomkiem „sahira“, co znaczy — czarownica.
Gdy będąc w miasteczku Zerhun, zapytałem jednego z mułłów o kapłankę rzymską, ten bez namysłu odpowiedział:
— Była to obdarzona wielką siłą „Kahina“ i przepowiedziała zburzenie twierdz rzymskich w Afryce i lata klęsk!
Francuscy uczeni dowiedli, że w Wolubilisie Legja rzymska składała się z cudzoziemców, zupełnie tak, jak to widzimy obecnie w Legji cudzoziemskiej francuskiej. Oprócz Hiszpanów, Kartagińczyków i Maurów walczyli w tej legji o sławę Rzymu — Gallowie i wojownicy z wysp Brytanji. Olimp rzymski z Jowiszem na czele zmieszał się tu z bogami kultów Mitry, Izydy i demonologją afrykańską.
Ruiny tego dziwnego miasta leżały przed nami, zalane słońcem, przysłonięte gęstem zielskiem. Wspomnienia o dawnych dziejach szeptem nieuchwytnym opowiadały o czemś, co minęło na zawsze. Cisza tu panowała, jak na cmentarzu. Bo i był to cmentarz kultury rzymskiej, która wchłonęła w siebie dobytek myśli, sztuki i wyobraźni całego świata.
Z tego cmentarza wykopano i złożono w Muzeum posążki ujadającego psa, Efeba na koniu, Herkulesa, Merkurego i Izydy, odlane z bronzu, części posągów marmurowych, monety, lampy, amfory, klejnoty, mozaiki...
Jednak przedmioty te, ustawione w budynku europejskim, oznaczone kolejnemi numerami katalogu, przestały żyć i nie szepcą już do podróżnika. Mówią do niego natomiast głazy, kolumny i płyty odwiecznych gmachów.
O czem mówią?
Dochodzą skądś zdaleka, jak echa przebrzmiałych dziejów, dźwięki surm bojowych, mieszanych, wielojęzycznych, wielobarwnych kohort rzymskich, triumfalnie powracających na Forum po zwycięstwie nad Edemonem, wodzem maurytańskim, który walczył przeciwko Rzymowi.
Niby odgłosy dalekiej burzy grzmią wiwaty żołnierstwa i ludności na cześć Septima Sewera, przybyłego do Wolubilisu; słychać słowa prefekta miasta, szanowanego członka rodziny Coecilia, witającego dostojnika miodopłynną mową.
Czy to wiatr szumi w suchej trawie i kłujących krzakach, czy też w głębi wyschłej ziemi rozlega się gwar tysiącznego tłumu, oczekującego przybycia decemwira, który ma oznajmić ludności, czy boski Klaudjusz uwzględnił prośbę obywateli, aby ich kochanki bronzowe, czarne i białe, o lekkim odcieniu niedojrzałego owocu oliwnego, były uznane za prawe żony i obywatelki rzymskie?...
Czy się toczą z cichym łoskotem drobne kamienie po stopniach schodów Bazyliki, czy to padają słowa wielkiej wróżbiarki i wyroczni-kapłanki „Kahina“, rzucającej wyraz po wyrazie złowieszcze przepowiednie?
— Dziś sława, potęga, wesołość, triumf... Lecz kroczy już czas bezwzględny, co kres wszystkiemu położy!... Zgasną nazawsze połyski hełmów, pancerzy i tarcz... nie zadzwoni miecz, ani podkowa konia na płytach szerokich decumana[121]... Upadną sklepienia łuków Karakalli i Bazyliki, runą kolumny i mury... Gady i chwasty owładną grodem. Wolubilis umierać będzie wieki i wieki... aż przyjdzie nieznany rolnik-mocarz i pługiem wielkim, czarownym zaorze to miejsce i plon obfity z ziemi, waszemi ciałami użyźnionej, zbierać będzie wieki i wieki!...
Nie wiem, co to było? Być może, szeleściły w suchych liściach chyże jaszczurki lub szarańcza cykała? a może to — śmiały się cicho na rynku niewolnice, zalotnie wstydliwe i żądzą niegasnącą palone na widok białych tog młodych, dumnych patrycjuszów, wchodzących do domu oznaczonego lubieżnym emblematem, wzywającym do rozpusty i rozkoszy?
Gdy przechodziłem koło zwalisk dużego portyku, z potrzaskanemi kolumnami i odłamkami wspaniałego frontonu, doszły mnie głuche odgłosy poważnej narady i czyjeś słowa, pełne rozwagi i przekonania.
— Obywatele! Zapomnijcie na chwilę o tem, z jakiego pochodzicie narodu, jakich uznajecie bogów! Pamiętajcie, że jesteście obywatelami Rzymu, cives romani!... Dumne to i zaszczytne miano, lecz żąda ofiar godnych siebie! Oto Rzym dąży do podboju całego świata, aby utworzyć jedno imperjum, od krańca do krańca ziemi, a gdy tego dokona, wtedy wszystkich ludzi uzna za swych obywateli i wszystkim ludom, szczepom i krajom przyniesie swoją kulturę, sztukę, naukę i złoty wiek wolności i szczęścia rozpocznie się na ziemi... Obywatele Wolubilisu! do was skierowałem żądania Rzymu!
Cichy pomruk niezadowolenia, zjadliwy śmiech i szczęk broni były odpowiedzią na słowa nieznanego decemwira. Drgnąłem... To robotnicy popychali wózki z ziemią, a koła turkotały na szynach, opowiadając o dumnych zamierzeniach potężnego Rzymu i powtarzając słowa jego dostojników.
Jakże dziwne bywają drogi przeznaczenia!
Przecież ten Wolubilis, gdzie o polityczny plan Rzymu walczyli Maurowie, Iberyjczycy, Gallowie, Germanie, Frankowie i Brytańczycy, znikł prawie zupełnie, a nad odkopaniem jego i odrestaurowaniem mozolili się i dotychczas mozolą ci Frankowie, ci sami Maurowie, Iberyjczycy, Hiszpanie i Germanie... Przecież pod kierownictwem p. Louis Chatelain, francuskiego oficera, rannego na froncie niemieckim, jeńcy niemieccy wykonali najważniejszą i najtrudniejszą część robót, wymagających inteligencji i sumienności. Pracowali tu Hiszpanie, pracują Berberowie z dawnej „Mauritania Tingitana“. Wszyscy ci ludzie zeszli się na ziemi, zlanej potem i krwią ich odległych przodków, pracowali dla nowej zdobyczy nauki europejskiej, zapominając o niedawnej zażartej walce i nienawiści. Czyż to nie jest dowodem, że poszarpana ideowo Europa może jednak znaleźć wspólne drogi i zrozumiałe hasła?
— Co się stało z Wolubilisem? Dlaczego miasto upadło? — zapytałem Araba, nie zdając sobie sprawy, poco to czynię. Być może, jego piękny profil o orlim nosie i pełne godności ruchy zmusiły mnie pytać go o losy miasta, gdzie nieznany obywatel Rzymu w porywie miłości do kobiety berberyjskiej, lub podczas orgji, oddając się rozkoszy i rozpuście uszlachetnił krew barbarzyńców-koczowników, spędziwszy w zmroku alkowy, przesiąkniętej wonnym dymem ambry i olejku różanego, ostatnie godziny szalonej nocy z niewolnicą berberyjską, daleką prababką mego przewodnika?
— Gdy budowano Meknes, Zerhun, Rabat, sułtani marokańscy wywozili stąd kolumny, gzymsy, fontanny i materjały budowlane — odpowiedział. — Stary to i dobry budulec!
Nie była to odpowiedź na moje pytanie; Arab objaśnił mi tylko ostateczne zburzenie miasta. Natomiast historja opowiada, że po upadku potęgi Rzymu, który nie miał dość siły scementować olbrzymie imperjum, przyszli tu Wandale — burzyciele i niszczyciele, za nimi zaś Bizancjum, które do Marokka nie docierało, pozostawiając spuściznę Rzymu na łasce losu: dotarł do Atlantyku azjatycko-arabski Islam i zburzył na swej drodze to, co jeszcze pozostało po niewiernych i bałwochwalcach, rozbił zakazane przez Koran posągi ludzi i zwierząt, pozostawiając tylko szczątki i odłamki; dynastje berberyjskie dokonały reszty, używając materjału budowlanego grodów rzymskich na ozdobienie swoich pałaców i świątyń.
Wszystkim tym czynnikom dopomagały wieki, płynące nad łukiem Karakalli i nad płytami Forum...
— Gady i chwasty opanowały gród, i Wolubilis umiera przez wieki i wieki...
Spełniły się słowa kapłanki-kahina, niezależnie od tego, czy modły zanosiła przed posągiem boskiej Wenus, czy składała ofiary w przybytkach Mitry, Astarty lub Izydy, widząc wieszczemi oczami klęskę upadku Rzymu i jego wielkiego, śmiałego dzieła w Ifrikija[122], w tym kraju nieznanych, zapomnianych bogów i ich sług — „dżinnów“.
Piękną drogą, wijącą się przez gaje oliwne, pomknął nasz samochód dalej, aż zaczął się wspinać stromą drogą, brukowaną dużemi kamieniami, na dość wysoką górę, ze szczytem, uwieńczonym minaretem, połyskującym zielonemi dachówkami.
Zaledwie trzy kilometry oddzielają miasto, gdzie czczono wszechpotężnego Jowisza, gdzie płynęło życie, huczne, pełne rozkoszy i radości ziemskiej, od tej góry o dwóch szczytach. Na nich i na przełęczy pomiędzy niemi ściśnięte podwójnemi pasami murów stoi El-Zerhun, święte miasto maurytańskie, niesłusznie nazywane Mulej Idriss.
Jest to pierwszy etap dla pielgrzymów, dążących do Mekki. Siedem razy prawowierny „hadż“ powinien zwiedzić to miasto, nim się uda w daleką pielgrzymkę do Mekki.
El-Zerhun otaczają grube mury, z potężnemi w nich bramami, lecz jeszcze inny pas murów — zarośla kłujących i gęstych do nieprzebycia fig berberyjskich — „karmuss en-nsara“, broni świętego miejsca.
Tu przy dużym, wspaniałym meczecie mieści się grobowiec największego świętego w Marokku. Jest nim potomek córki proroka Mahometa, założyciel arabskiej dynastji Idryssydów, ojciec fundatora Fezu, — Mulej Idriss I-szy El-Akbar.
Gdy wysiedliśmy z samochodu i zaczęliśmy się wdrapywać stromemi, łamanemi zaułkami, raczej ścieżkami, wydeptanemi w skałach, zdawało się mimowoli, że pnąc się wyżej i wyżej, dotrzemy do nieba.
Iść zwykłym krokiem niepodobna, musieliśmy się czepiać skał, drapać się po ich nierównościach. Kamienie, chwytane w ciągu prawie jedenastu wieków rękami miljonów pobożnych, odwiedzających zauję Mulej Idrissa, nabrały takiej gładkości, iż wydaje się, że ktoś je starannie odpolerował, obtoczył, zaokrąglił ostre kanty i połączył płaszczyzny, nadając kamieniom kształt kuli.
Docieramy do szczytu. Nad nami rozpalone niebo, na dole — u naszych stóp — całe miasto, płaskie tarasy domów, a pomiędzy niemi połyskujący szmaragdem minaret i dach kaplicy z grobowcem świętego sułtana.
Wyrasta niby z pod ziemi młodzieniec, grzecznie się kłania i wita nas doskonałą francuszczyzną. Jest synem jakiegoś notabla i marzy o spotkaniu z pisarzem, który mógłby w poezji uwiecznić jego gród rodzinny. Szofer powiedział mu, że to właśnie pisarz, zawzięcie sapiąc, wspina się na szczyt, aby z niego spojrzeć na miasto.
Obiecuję mu opiewanie El-Zerhuna w poezji, lecz teraz, gdy przeglądam swoje notatki, widzę, że najlepiej uczynię, jeżeli napiszę to, co mówił i jak mówił młody Arab.
A mówił tak:
— Niech będzie pochwalony miłosierny Allah! On to, wielki i miłościwy, rozpromienił sławą to miejsce. Dwanaście wieków temu, tu, na tych szczytach stały dwie wioski berberyjskie i walczyły ze sobą na przełęczy, bo dzieliła je przysięga krwawej zemsty... Pewnego razu przeszedł przez te wsie nieznany człowiek; zapytany, skąd przychodzi, wskazał ręką na Wschód i rzekł:
„Idę stamtąd, gdzie wielki prorok ustalił wiarę w jedynego Boga i władzę nad wiernymi ujął w potężne dłonie. Niech będzie wysławiane imię proroka Mohameta na całej ziemi! Jam kość z jego kości i moja krew z krwi jego żył. Do mnie należy władza i panowanie, lecz zbrodniczy, fałszywy khalif Harun er Raszid wydarł mi je i na życie moje nastawał. Dwa razy ludzie zebrali urodzaj ze swych pól, nim doszedłem do waszych gór.“
„Kogo tu szukasz?“ — zapytali mieszkańcy w jednej z wiosek.
„Miałem widzenie w Hedżazie, że w miejscu, gdzie dwie osady i ruiny starego grodu tworzą trójkąt i prowadzą wojnę, — spotkam człowieka imieniem Auaraba, który mi dopomoże i przez to sam stanie się wielkim i sławnym.“
„Nie masz tu takiego człowieka — odparli Berberowie — jest taki szczep, szczep psów zdradliwych, zbiegowisko tchórzliwych, a złośliwych szakali.“
„Każdy szczep ma głowę i serce, a tem jest wódz“! — zauważył podróżny.
„Gamderui nazywa się herszt tych zbrodniarzy!“ — rzekli mieszkańcy.
„Dziękuję! — zawołał nieznajomy. — Niech Allah będzie dla was miłościwy, zwiększy urodzaj waszych winnic, płodność kobiet i owiec!“
— Odważny i dobrotliwy Gamderui wyjeżdżał właśnie na łowy i już zamierzał włożyć nogę w strzemię, gdy zbliżył się do niego nieznany żebrak, idący od strony wiosek Kliber i Tasga.
„Jesteś szpiegiem?“ — zapytał go wódz.
„Jestem tym, kogoś ujrzał wczoraj, gdyś się pochylił nad studnią, — odparł przybysz. — Imię moje — Mulej Idriss Abd Allah Ben el Hassan Ben Ali, w moich żyłach płynie krew Proroka i władców. Przyszedłem do ciebie, Gamderui, bo masz uczynić, co ci każe Pan!“
— Tak się stało. Gamderui i plemię Auaraba przyjęli wygnanego Khalifa, a on zaczął nauczać Koranu pogan, chrześcijan i Żydów, pogodził walczące szczepy, zjednoczył je i utworzył imperjum Mahrebu, zasiadłszy, jako wielki emir, na jego tronie. Wdzięczny sułtan pojął sobie za żonę Berberkę, a ona zrodziła mu syna — świętego, wielkiego Idrissa, co zbudował Fez el-Bali. Tu w Ulili, w dawnym Wolubilisie, ręka mściwego Harun er Raszida dosięgła sułtana, którego struł przybyły kowal-czarownik i znachor.
— Niech cudzoziemcy spojrzą na ten gród, gdzie ludność złożyła prochy władcy! Tu nie wolno mieszkać niewiernym dłużej niż od wschodu do zachodu słońca. Idryssydzi byli mądrymi władcami. Nauczyli wierzyć w Jedynego Boga, Twórcę wszechrzeczy i innych bogów i duchów. Wszyscy oni tu pozostali: dawni bogowie, święci szczepów okolicznych, „dżinny“ — wszystkim dość miejsca w murach El-Zerhun’a!
— W godziny modłów do Allaha, pierzchają one do swych siedzib, a gdy przebrzmią ostatnie słowa imamów i muezzinów — znowu wychodzą.
— Najsławniejsi magowie, czarownicy, wróżbiarze, jasnowidzący odwiedzali nasz gród i siłę tu czerpali, sporządzali najskuteczniejsze talizmany, czynili najlepsze wróżby! Tu u nas, starzy ludzie przechowują „rahma“ — przepisy magiczne dla leczenia chorych, tu tworzą swe dzieła najsłynniejsi poeci-czair...
Długo jeszcze opowiadał nam Berber, oprowadzając nas po mieście, gdzie zwiedzaliśmy uliczkę po uliczce, fontannę z cudowną magiczną wodą i źródło lecznicze, szkołę koraniczną, gdzie w murach dostrzegliśmy resztki kolumn rzymskich z Wolubilisu, rynek i ciemne, tajemnicze przejścia pod domami.
Malowniczy El-Zerhun, gdzie obok surowego Islamu przetrwały wieki prastare wierzenia i przesądy, wspina się ku niebu, ku słońcu; obok przebiega szosa francuska, ryczą samochody, tłumy turystów z różnych krajów odwiedzają miasto; tysiące wiernych „mumenów“ modły tu do Allaha i Proroka zanoszą, lecz z pośród grubych murów nic nie zdołało wyprzeć starożytnych bogów i pierwotnych kultów i zabobonów.
El-Zerhun, stolica i kolebka Idryssydów, ośrodek Islamu, małe miasteczko na górze o dwóch szczytach, zbiorowisko stłoczonych domów z panującą nad niemi świątynią, patrzy z poza swych murów na ruiny rzymskiego grodu, gdzie znalazł dla siebie schronisko i siły założyciel arcy-muzułmańskiej dynastji Arabów azjatyckich. Przybyszów pochłonęła bez śladu ludność berberyjska, nie uznająca władzy, zazdrośnie przechowująca w głębi swych niezbadanych serc mistycyzm i tajemnice, przejęte w spuściźnie po wytępionych przez siebie nieznanych mieszkańcach Mahrebu. Piękni ludzie mieszkają w El-Zerhun, a gdyśmy patrzyli na nich, na ich dumne, śmiałe twarze, mimowoli wzrok swój zwracaliśmy w stronę dawnego rzymskiego gniazda. Z niego przepłynęły tu do El-Zerhuna duma i godność wraz z krwią, odziedziczoną po „cives romani“, a nadto przesądy, wierzenia, duchy zagadkowe, wszystko to, co wchłonął w siebie Rzym, wprowadzając na swój Olimp bóstwa narodów i szczepów, stanowiących głazy i cegiełki gigantycznego gmachu, na którego frontonie pociągał i przerażał napis: „Senatus Populusque Romanus“.
Nasz szofer trąbił na nas długo, aż kreciemi korytarzami zeszliśmy nadół i ruszyliśmy dalej, do Meknesu, gdzie chcieliśmy być jeszcze przed wieczorem. Staczamy się z góry El-Zerhun na szosę i rzucamy z mostu ostatnie spojrzenia na dziwne miasteczko. Otoczona pięknemi gajami oliwnemi, wznosi się góra, porosła kłującemi kaktusami. Nad niemi bieleją mury i piramida białych budowli, spiętrzonych i bezładnych, zakończonych minaretem, niby potężną dzidą, wbitą w gorący błękit nieba.
Znika El-Zerhun, przed nim znikł Ksar Faraun, czyli rzymski Wolubilis, umilkły głosy Jowisza i potomka Mohameta — władcy i świętego; nie dochodzą tu szepty bogów pogańskich, nieznanych, imiona ich zatraciły się z chwilą zgładzenia uznających je szczepów i ludów, lecz zdołały obronić swe wpływy i znaczenie zapomocą swych czarownic i kapłanek „kahina“, w których się kochali dostojnicy rzymscy.
Znikło to wszystko za drzewami oliwnemi, które obstąpiły szosę ze wszystkich stron, lecz pozostało wrażenie, rodzące myśl.
W El-Zerhunie opowieść młodego tubylca pozwoliła nam zajrzeć do duszy Marokka, do duszy odsłoniętej i starej. Jeżeli jest taką, to jakże groźną byłaby dla ludności ta narzucona im przez bieg wypadków i przez ludzi — swoboda! Co będą czynić te szczepy, które wpadną odrazu w wir wojen domowych, gdy nastaną lata nieurodzaju, epidemij na bydło i szalejących chorób zakaźnych? Czy dopomogą im wtedy czarownicy i wróżbici, czy wyleczą — znachorzy i magowie?
Albo więc swoboda tych szczepów powinna polegać na czemś innem, niż o tem krzyczą agitatorzy, albo do ruin Wolubilisu, Blidy, Timgadu będziemy wkrótce zmuszeni dodać — El-Zerhun, Fez, Rabat, Biskrę i setki innych miast, miasteczek i wiosek, porwanych zrozumiałem, lecz niebezpiecznem dla nich samych dążeniem do niepodległości, gdyż nie są do niej przygotowane, a nawet, jak dowodzą ich dzieje, powołane.



ROZDZIAŁ XIX.
MIASTO SZALEŃSTWA I KRWI.

Dzieliliśmy się temi myślami z Zochną, gdy samochód mknął szosą śród ciągnących się bez końca gajów oliwnych, pól uprawnych, winnic i sadów owocowych. Jeden rzut oka wystarczył, aby zrozumieć, że jest to kraj bogaty i rolniczy. Mogę porównać go tylko z jednym widzianym dotąd obwodem — Bel Abbes w zachodniej Algierji, pomiędzy Oranem a granicą Marokka. Dolina rzeki Fekran — to jeden ogród, czy las, przeważnie z drzew oliwnych złożony.
Czytaliśmy, że stare, duże plemię berberyjskie Meknassa z powodów nieznanych podzieliło się na dwie części; jedna osiedliła się na wschód od Fezu i założyła miasto Taza, gniazdo rewolucjonistów i powstańców; druga zaś posunęła się na zachód od stolicy i założyła pierwsze fundamenty Meknassa ez-Zitun, czyli „Meknes śród oliw“. To zupełnie stosowna nazwa dla Meknesu, gdyż miasto, patrzącemu na nie z oddalenia dziesięciu kilometrów, wydaje się stojącem na górze, ze wszystkich stron otoczonej czarnym murem lasu. Są to „zitun“ — drzewa oliwne, gaje, lasy oliwne.
Zdaleka Meknes przedstawia się całkiem inaczej, niż większość miast marokańskich. O ile tamte są skupione w jak najciaśniejszych granicach, w kwadratach, zakreślonych murami, o tyle Meknes rozciąga się w nadzwyczaj długą linję. Gdyśmy patrzyli z wysokiego miejsca na miasto, zdawało się nam, że na tle szkarłatnego wieczornego nieba wznosi się i ciągnie długi zębaty mur, a nad nim góruje siedem minaretów, niby baszty strażnicze.
Meknes stoi w centrum dużej równiny, mającej do 500 metrów wysokości nad poziom morza, a z różnych stron otoczonej przez północny łańcuch średniego Atlasu, oraz przez grzbiety Nador, Zerhun, Tselfat i inne.
Równinę tę przecinają, tworząc głębokie wąwozy, rzeki Fekran i Rdom z dopływami. Na lewych stokach wąwozu, wyżłobionego przez pierwszą z tych rzek, cały szereg władców mekneskich rozbudowywał miasto, aż wygląd obecny nadał mu krwawy tyran Mulej Izmail.
Gdy zjechaliśmy z okolicznych wyżyn na równinę Beni Mtir, miasto zniknęło za drzewami. Szosa robi tu gwałtowne zakręty, przerzuca się przez mosty nad łożyskami mniejszych rzeczek i potoków, przecina kilka razy tor kolejki wojskowej, przechodzi pod arkadą wiaduktu, aż dobiega do miasta, właściwie nie do samego Meknesu, lecz do nowej dzielnicy francuskiej. Najpierw migają śród drzew owocowych białe wille, a po nich następuje szeroko rozplanowane nowe miasto, z budynkami europejskiemi, domami handlowemi, hotelami, garażami i koszarami. Wszystko tonie w zieloności bulwarów i otaczających oddzielnie gmachy ogrodów.
Gdy przyglądałem się tej kolonji francuskiej, mimowoli stawały przede mną zupełnie takie same nowe miasta, nagle rodzące się w puszczy lub górach Ameryki Północnej, na skraju Pekinu lub Szanghaju. Szczególnie zaś francuski Meknes przypomniał mi mandżurski Harbin, który powstał nad brzegiem żółtej, mętnej Sungari, skutej już żelaznemi przęsłami mostu kolejowego.
Stanęliśmy w małym hoteliku, gdyż filja „Tranzatu“, z powodu nierozpoczętego jeszcze sezonu turystycznego, była zamknięta.
Nie chcę wymieniać nazwy tego hotelu, bo nie był dobry pod żadnym względem; — a może nawet był lepszy, tylko sąd nasz ujemnie zabarwiły nieoczekiwane i nieprzyjemne przeżycia, które nas tu spotkały.
Żeby więc nie popełnić niesprawiedliwości, hotelu tego nie wymieniam.
Z małego balkoniku odkrywał się widok na murowane baraki koszar, otoczonych drzewami, dość długa perspektywa ulicy, zbiegającej się ku wąwozowi z płynącą w nim rzeką; kilka małych, białych domków, ledwie widzialnych śród bujnej roślinności, a na lewo od hotelu z poza wierzchołków dużych, zdaje się, eukaliptusowych drzew podnosiła się ciężka kopuła, pomalowana na biało, bez żadnych ozdób i bez żadnego zakończenia.
Nie wiedzieliśmy, co o niej myśleć, gdyż była zbyt nowa, zbyt czysta i zbyt obca tu w Marokku, aby można było uważać ją za meczet. Takie kopuły widziałem w Samarkandzie, Chiwie, Persji i Turcji, lecz co robi ona tu — w Mahrebie?
Może pozostała po Turkach, wypartych stąd przez Francuzów? Lecz wtedy zjawia się pytanie, — dlaczego ta kopuła taka czysta i nowa? Dlaczego nie widzimy na jej szczycie godła azjatyckiego Islamu — półksiężyca?
Pytamy służącego Araba, znoszącego nasze bagaże. Nie może nam objaśnić, bo nie mówi po francusku, na wszystkie pytania odpowiadając niezmiennie:
— Oui, monsieur!
Wypowiada te sakramentalne słowa nawet w tym wypadku, gdy odpowiada paniom.
Lecz wchodzi subretka. Chuda, wyprostowana, jakby przed chwilą połknęła szpadę, z przerażeniem oczekując, czy zdoła ją strawić; beznadziejnie i stale zdziwiona twarz, podniesione brwi, okrągłe, bezbarwne oczy i błąkający się uśmiech na bladych wargach. Gładko zaczesane, rzadkie włosy ułożyła z tyłu głowy w małą figę; długą, chudą szyję otoczyła sztywnym kołnierzykiem. Niezawodnie stara panna, patentowana i z gwarancją do śmierci!

Mówimy jej, o co nam chodzi; czego nam nie mógł objaśnić służący.
MEKNES. BAB MANZUR
— Oh! ces Arabes! — piszczy subretka, wznosząc oczy ku niebu, co ma oznaczać rozpacz, lecz co przypomina jeszcze większe zdumienie; zaczyna objaśniać monotonnym, warczącym głosem.

Nareszcie zrozumieliśmy! Kopułę sporządzili francuscy architekci nad szpitalem. Bagatela! Taka perska kopuła — to nie żart! Lecz poco ona tu, tak daleko od swej ojczyzny? Musi czuć się tu bardzo „berrania“?[123] Wiem, że sami Francuzi trochę podrwiwują z pomysłu artysty. To — detal architektoniczny, lecz sam szpital, urządzony podobno wzorowo.
Tegoż dnia byliśmy zaproszeni na obiad do pana Maurice Halmagrand, zajmującego stanowisko „contrôleur civil“, a prowadzącego w tym obwodzie posiadłości Sułtana politykę francuską. W domu państwa Halmagrand, ludzi o wysokiej inteligencji i kulturze i czarująco uprzejmych i towarzyskich, spędziliśmy bardzo miły wieczór. Poznaliśmy tu dyrektora Vincent oraz wysokiego urzędnika kolonjalnego p. Alfreda Collicaux. W rozmowie poruszaliśmy tematy z życia Afryki, a cały szereg bardzo cennych wskazówek dopomógł mi w dalszych moich obserwacjach i badaniach. Kilka razy spędzaliśmy wieczory w gościnnym domu państwa Halmagrand, a za każdym razem dowiadywałem się czegoś nowego, bo byli to ludzie, nietylko sumiennie wykonujący swoje obowiązki, lecz studjujący kraj i jego mieszkańców.
Zochna odwdzięczała się za gościnę improwizowanemi koncertami, ponieważ tym wysoce kulturalnym ludziom bardzo brakło tu muzyki.
W Meknesie poznaliśmy też państwa Lénoir.
On — rzeźbiarz, czerpiący natchnienie z otaczającego go tłumu Berberów różnych szczepów. Pan Lénoir posiada duży talent, a jego rzeźby z powodu siły ich wyrazu i realizmu, mogą być najlepszą ilustracją typów i psychologji Marokka.
Nazajutrz po przyjeździe do Meknesu złożyłem wizytę dowódcy miejscowej załogi i otrzymałem od niego pozwolenie na zwiedzenie koszar Legji cudzoziemskiej, gdzie miałem wyszukać jednego z legjonistów, Polaka-adwokata, a obecnie sierżanta — p. S.
Długo błąkałem się śród baraków obozu, aż wreszcie wynalazłem tę kompanję, której potrzebowałem. Niestety pana S. nie zastałem, gdyż wyszedł na miasto, ale za to spotkałem kilku Polaków, a w ich liczbie Żydów i Litwinów. Żołnierz dobry, sprawny, a znający już niejedną potyczkę z „babusz“[124], jak pogardliwie nazywają tubylców, chociaż te „babusz“ nieraz idą do ataku jak szaleńcy, albo skradają się, jak szakale, i z nożami w ręku napadają na patrole i warty. Żaden z tych przyznających się do polskości ludzi nie mówił mi o przyczynie wstąpienia do surowej służby w Legji; omijano tę kwestję, chwalono ład i system, panujący w wojsku, opowiadano o trudnych warunkach służby i rychłym powrocie „pod Kalisz“, do miasta Łodzi, nad brzegi Wilejki.
Pan S. stawił się u mnie w hotelu tegoż wieczoru.
Był dobrze obeznany z Meknesem i Marokkiem. Odbyliśmy z nim długą pieszą wycieczkę, i pan S. wywiązał się z roli przewodnika wyśmienicie. Gdy wychodziłem z obozu, widziałem dużą grupę legjonistów — Rosjan, pracujących nad naprawą drogi. Mieli twarze ponure i oczy pełne goryczy, a może, nawet rozpaczy. Ta rozpacz, której nigdy przed tem nie było w oczach człowieka rosyjskiego o psychice fatalizmu, stała się obecnie charakterystyczną cechą tego narodu.
Ciężka tragedja Rosji wyżarła, wypaliła ten stygmat na ich czołach pochmurnych i w ich duszach.
Rosjan z tem piętnem rozpaczy spotykałem w różnych miejscach świata i we wszystkich warstwach społeczeństwa.
Stosując się do rad naszych nowych przyjaciół, zwiedzaliśmy samo miasto, nie zapuszczając się w dzielnicę pałacową, stanowiącą właściwie legendę Meknesu, legendę, stworzoną rękoma Mulej Izmaila.
Trzeba być wielkim znawcą Marokka, aby znaleźć tu coś zupełnie odrębnego od Fezu. Meczety, kubby, zgrabne, połyskujące zieloną i żółtą emalją minarety; medersy, z których jedna stanowi zmniejszoną kopję Bou-Anania fezańskiej; wąskie, poplątane w sieć „suk“; rynek — kissaria, fonduki, mury, bramy: Bab Mansur el Aleuż, co znaczy „brama Mansura, chrześcijańskiego renegata“, brama z bastjonami i marmurowemi kolumnami; Bab Dżama En Nuar i inne; zatłoczona i hałaśliwa żydowska dzielnica Mellah; stragany, sklepy, stosy towarów, przekupnie uliczni, meskini; wędrowni prorocy, śpiewacy, muzykanci, akrobaci, góry różnobarwnych owoców i jarzyn, — wszystko to już widzieliśmy w Udżda i Fezie.
Chcemy widzieć śród tych znajomych naogół gmachów, przedmiotów i ludzi coś nowego, mówiącego głosem wyłącznie „Meknesu śród oliwnych drzew“.
Pan S. pokazuje nam jednak na poczekaniu typowo mekneską osobliwość, mówiąc:
— Meknes leży na skrzyżowaniu dwóch dróg: od Fezu do morskiego brzegu i od grzbietu Riff do serca Średniego Atlasu. Jest to droga strategiczna, handlowa i szlak wędrówek szczepów, szukających lepszego bytu. Proszę spojrzeć na ten tłum! Tego w żadnem innem mieście w dowolnej chwili zaobserwować nie można, chyba tylko w dni pielgrzymek lub święta Bejramu. Jest to zbiorowisko wszelkich, jeżeli nie wszystkich plemion, osiadłych na równinie Beni Mtir, oraz przebywających w górach. Wnet pokażę państwu ludzi ze szczepu Geruan, Zajan, Imżat, Beni Mgilt, a nawet przybywających tu z okolic Udżdy — tubylców Ghuata, tych czarowników i żebraków...
Inną osobliwość stanowi grobowiec Sidi Mohammed Ben Aissa, zbudowany w XVIII-ym wieku na cmentarzu naprzeciwko bramy Bab-Dżedid.
Ben Aissa, syn Jezusa, jest uznany za patrona Meknesu i założyciela bardzo potężnego, a nieco dziwnego bractwa religijnego — Aissaua.
Za panowania krwawego Mulej-Izmaila jeden tylko Ben Aissa miał nietylko znaczenie w kraju, lecz znaczenie to było większe od strachu przed sułtanem. Tyranizowani przez dozorców sułtańskich, niewolnicy i robotnicy porzucali bezkarnie pracę, aby słuchać nauk proroka i cudotwórcy. Po nauce Ben Aissa rozdawał słuchaczom liście, zerwane z drzewa, a te natychmiast zmieniały się w złote monety. Pewnemu głodnemu nędzarzowi prorok poradził jeść wszystko, co zechce, a nic mu nie zaszkodzi, chociażby to była trucizna. Zgłodniały biedak nałapał skorpionów i zjadł je. Na pamiątkę tego cudu członkowie bractwa Aissaua spożywają wstrętne potrawy ze skorpionów, szarańczy, jadowitych wężów, kaktusów i nawet z roślin trujących.
Nędzarze z całej północy afrykańskiej odbywają pielgrzymki do grobowca Mohammeda, syna Jezusa. Dziwny to prorok i jeszcze dziwniejszy był wpływ jego w okresie despoty Mulej Izmaila!
Czem to objaśnić?
Czerpiąc niektóre dane z biografji tego proroka oraz z historji jego doby, a także robiąc porównanie z innemi kultami, można wysnuć pewną hipotezę.
Ben Aissa działał wyłącznie śród najbardziej ujarzmionej części ludności Marokka, śród niewolników, więźniów kryminalnych; jeńców z podbitych przez sułtana szczepów, meskinów, obłąkanych i chorych na trąd. Liczba tych ujarzmionych zwiększała się szybko, gdyż wojowniczy Izmail wypowiadał coraz to nowe wojny, sprowadzając do Meknesu coraz liczniejsze tłumy jeńców i niewolników, a swoją bezwzględną polityką zwiększał ilość zdeklarowanych i zrujnowanych rodów marokańskich.
Śród tego właśnie mrowiska zrozpaczonych nędzarzy działał Ben Aissa. Nauka jego była zapożyczona od Izraelitów, a może od ludzi przybyłych ze wschodu Azjatyckiego, opowiadających o żywocie Buddhy Sakkia Muni, słyszał także o fakirach, o derwiszach perskich, o pustelnikach-bonzach z Chin, o niektórych lamach tybetańskich i zalecił jedzenie wszystkiego, co się znajdzie pod ręką. Tym sposobem w znacznej mierze zreformował przepisową kuchnię muzułmańską, ułatwiwszy jednocześnie nędzarzom życie.[125] Cud z liśćmi można objaśnić, jak wiemy to z innych opowieści, nocną zamianą węży — na ryby, kamieni — na chleb itp.
W ten sposób Ben Aissa stał się wodzem nędzarzy, tego „lumpen-proletariatu,“ liczebnie potężnego, a nic nie mającego do stracenia. Mógł łatwo wszcząć rokosz, mógł pchnąć tę tłuszczę na najbardziej szalone przedsięwzięcie, mógł się ogłosić „mahdi“ i walczyć z sułtanem, ciemiężcą Berberów. Był niepożądanym czynnikiem dla despotycznego Mulej Izmaila tem bardziej, że sułtan był prawowiernym muzułmaninem. A jednak sułtan zostawił go w spokoju, a nawet odwiedzał go i miewał długie rozmowy, pokornie całując poły burnusa Proroka.
Tak opowiadał mi jakiś „mokaddem“[126], zbierający składki przy grobowcu Ben-Aissa.
Przecież jeżeli to prawda, co mówił „mokaddem“, a co potwierdził mi w parę dni później jeden z potomków krwawego sułtana, mieszkający śród ruin pałacu swego przodka, uprawnia to do pewnych wniosków. Ben-Aissa nie uprawiał nauki dla nauki, on organizował, łączył Berberów i niewolników w wielkie bractwo, nieco dzikie w swoich tradycjach, lecz scementowane przysięgą absolutnego posłuszeństwa względem najwyższego kierownika organizacji. Prawda, że w bractwie Aissa było niemało punktów antyislamicznych, zaczynając od pokarmu i kończąc na przewadze najwyższego „mokkadem’a“ nad „kalifem“ w sprawach, dotyczących samej organizacji. Zdziwić kogoś może takie łatwe przejście muzułman w herezję. Objaśnić to można tem, że Ben-Aissa prowadził propagandę śród zupełnie wykolejonych, a więc elementów głęboko anarchicznych, naturalnie w znacznym stopniu dla czystości Islamu obojętnych. Poza tem pozostaje jeszcze jedna cecha, dla Berberów wogóle nadzwyczaj charakterystyczna. Są oni na ogół dość zmienni, czy bezkrytyczni co do zasad wiary. Starożytni historycy, mówiąc o Berberach, wspominają, że oni z wielką łatwością odrzucają swój kult i przyjmują inny, aby go po pewnym czasie znowu odrzucić. Istotnie religijna myśl tych szczepów w przeciągu ich istnienia przeszła od pierwotnego totemizmu[127] do bałwochwalstwa fenickiego, po nim do Olimpu rzymskiego, do Judaizmu, do nauki Chrystusa i wreszcie — do Islamu.
Śród takich warstw nauczał i prowadził organizację Ben-Aissa, uznany za świętego przez sułtana. A był to nie byle jaki władca — ów Mulej Izmail, założyciel panującej do naszych czasów dynastji Alauitów. Historja, chociaż przechowuje zwykle głośne przydomki, jak krwawy, okrutny, chromy, chrobry, mądry, wielki, nie zawsze jednak temi przydomkami scharakteryzować potrafi tego lub innego władcę. Tak się też stało z Mulej Izmailem! Był tyranem, był krwawym, był okrutnym, był walecznym, był despotą, jakich może imperjum Mahrebu nigdy nie widziało, lecz jednocześnie był to, zdaje się, największy psycholog — bardzo udana mieszanina hiszpańskiego don Pedra „Okrutnego“ z półmongolskim Iwanem „Groźnym“ i nowatorem Piotrem Wielkim rosyjskim.
Pozwalam sobie tak twierdzić dlatego, że, studjując historję panowania Izmaila, przekonałem się, iż był on pierwszym monarchą, rozumiejącym duszę narodu, nad którym był zmuszony panować.
Berberowie wszystkich szczepów z biegiem czasu stali się konglomeratem cech różnych ludów, podbijających ich i wyzyskujących. Niewola i stałe klęski utworzyły berberyjski etniczno-moralny typ, nie bardzo dodatni, jak twierdzą przeróżni autorzy[128]. Jest to szczep anarchiczny, niezdolny do państwowości, kłótliwy, mściwy i zdradliwy.
Musa, arabski najeźdźca, który pobił Hiszpanję, dał taką charakterystykę Berberów w obliczu Kalifa w Stambule:
— Są to ludzie najbardziej zdradliwi na całym świecie; ich obietnice i dane słowo nie są dla nich święte!
Istotnie, zdradzili oni Kartagińczyków na korzyść Rzymian; Rzymian — dla Wandalów; Wandalów — dla Bizancjum; Bizancjum — dla Arabów, a tych znowu zdradzili dla Turków.
Później Berberowie pomagali Francuzom przeciwko Turkom, a teraz nieraz zdradzają Francuzów dla Abd-El-Krima i dla agitatorów sowietów moskiewskich.
Mulej Izmail, zamierzający złączyć i wzmocnić swoje imperjum, zmuszony był myśleć o organizacji wewnętrznej, która osłabiłaby ujemny wpływ anarchizmu berberyjskiego. Dla sułtana więc Ben-Aissa był narzędziem dla ujęcia w karby dyscypliny najbardziej anarchicznej warstwy ludności — proletarjatu. Jestem przekonany, że pomiędzy cudotwórcą i prorokiem, a tyranem i katem nawiązała się nić milczącego, czy jawnego porozumienia, i jeden dopomagał drugiemu. Ten organizacyjny pierwiastek w nauce Ben-Aissa wyzyskał ostatecznie potomek Izmaila — sułtan Mohammed Ben-Abdallah.
Przeprowadziłem historyczno-psychologiczną analizę tych dwóch tak zupełnie różnych osobistości dlatego, że Meknes to wielka księga, wypełniona prawdziwemi i zmyślonemi opowiadaniami o surowym sułtanie Mulej Izmail i zagadkowym, dzikim proroku Mohammed ben Aissa.
Przybywszy zaś do miasta Alauitów, do tej stolicy berberyjskiej, chciałem wiedzieć, z kim tu będę miał do czynienia, a że mimowoli miałem dużo wolnego czasu, literaturę historyczną przewertowałem sumiennie.
Postać Izmaila staje, jak żywa, gdy się zwiedza dzieło rąk jego! Nie tknął on prawie Medina[129], starego miasta, gdzie Almohadzi, Almorawidzi i Merinidzi uczynili wszystko co mogli dla upiększenia miasta, lecz nie potrafili uczynić z niego nowego ośrodka nauki i sztuki i współzawodnika Fezu. Natura Berberów, wojownicza, surowa, stale niezadowolona i protestująca, a obojętna na piękno i kult, nie mogła na tem polu zwyciężyć Arabów i wyrafinowanych Maurów andaluskich.
W 1673-im roku zasiadł na tronie Mahrebu Mulej Izmail i przeniósł swoją stolicę do Meknesu, „pociągającego go swemi gajami, czystem powietrzem i zdrową wodą“, jak twierdzą kroniki, a w rzeczywistości — ważnem strategicznem położeniem miasta i życzeniem porzucenia Fezu z jego siecią intryg na rzecz ubóstwianych Merinidów, którzy okryli taką świetnością gród Idrissa II-go.
Cień Mulej Izmaila błąka się w Meknesie wszędzie i spotyka się na każdym kroku, gdy się tylko przekroczy bramę Bab Mansur el Aleuż, i gdy podróżnika otoczą wysokie, prawie cyklopowe mury, zbudowane z ubitej ziemi, zmieszanej z wapnem. To nie są mury, to — nieskończone szeregi murów, otaczających dawne pałace, meczety, pawilony, harem, stajnie, śpichrze i ogrody. To nie są mury, to są nieznane krypty, bo setki robotników, umierających z wyczerpania lub od znęcania się nad nimi, zostały wtłoczone w olbrzymie, cyklopowe bloki, tworzące siedzibę sułtana i tu pozostały na wieki. Cementem, a zarazem jadem żrącym dzieło Mulej Izmaila i chylącym je ku upadkowi, był pot, krew i męka prawie sześćdziesięciu tysięcy niewolników chrześcijańskich i więźniów oraz setek tysięcy przymusowych robotników z różnych szczepów, spędzanych tu na wykonanie olbrzymich zamierzeń sułtana. Mulej Izmail sam doglądał budowy, a za nim szedł, niosąc lancę, miecz i muszkiet, olbrzym z Sudanu, uzbrojony w harap[130]. Najmniejsze uchybienie, pomyłka, czasem kaprys Izmaila kosztowały pracujących życie. Strącał ich z wierzchołków murów i wież celnym strzałem, ścinał głowy, przebijał nożem lub lancą, albo rozkazywał bić harapem. Wykupieni niewolnicy chrześcijańscy, zakonnicy i Żydzi — agenci sułtana, a także posłowie cudzoziemscy, jak naprzykład: Cavelier, Mouette, Jourdan, Busnot, Stewart i inni opowiadają w swych pamiętnikach o okrucieństwie czarnego sułtana, z białą plamą na policzku i z siwą brodą.
Niezwykły to był i straszny człowiek, z powierzchowności podobny do kameleona, bo nietylko umiał wydać się wspaniałomyślnym, hojnym, ujmującym i nawet zawstydzonym, chociaż był mściwym, skąpym, surowym, bezwzględnym i śmiałym do szaleństwa, lecz nawet zmieniał kolor swej twarzy, stając się w chwili radości prawie białym, o oczach niebieskich, a w porywie gniewu okazując zupełnie czarne oblicze i zaszłe krwią oczy.
Niektóre szczepy przechowały nawet w przysłowiach swoich wspomnienia o tej właściwości straszliwego władcy.
„Wczoraj niebo było jak jasne oblicze Sidi Mulej Izmaila, a dziś pokryła je chmura, ciemna jak twarz sułtana, gdy gniew palił mu serce i krew z oczu wyciskał!“
Taki to człowiek pozostawił po sobie olbrzymią dzielnicę, otoczoną i poprzecinaną kilkudziesięciu pasami potężnych murów... Gdy gubiłem się w ich labiryncie, śród obszernych placów, natłoczonych bezładnie gmachów, nieskończonych, na kilometry ciągnących się długich, wąskich galeryj, gdzie skąpy i oszczędny Izmail przechowywał daninę, składaną mu przez podbite szczepy w naturze — zbożem, daktylami, figami i owocami, lub gdzie trzymał swoje dwa tysiące rumaków, mułów i osłów, śród zapadających się pałaców, niezmierzonych ogrodów i parków, — wstawali przede mną inni ludzie, z innych części ziemi.
Ujrzałem Alhambrę, grożącą całej Granadzie; zbiorowisko murów, pałaców, baszt obronnych, blank, rowów, obszernych patio, pawilonów, lochów, ogrodów... Umierające już od wieków dzieło rąk czarnych władców...
Jak nieskończenie długi wąż, ciągnie się na tysiące kilometrów wielki chiński mur. Potężny, otoczony urokiem, lękiem i krwawemi legendami, pada już, miejscami znikł zupełnie wraz z strażniczemi wieżami i domami wojowników.
Ruiny Rzymu, Karakorum, ruiny świątyń indyjskich, piramidy egipskich władców, monolit Karnaku — wszystko to płynęło przed mojemi oczami, drgało na północy i wschodzie, jak potworna fata morgana.
Czego chcieli ci ludzie, pozostawiający po sobie tak olbrzymie wysiłki wyobraźni, myśli i pracy?
— Exegi monumentum?[131]...
Duma, pycha, żądza wiecznej o sobie pamięci?
Nic to mi nie objaśniało w Meknesie, śród ruin gmachów Izmaila. Wiem, że ten sułtan do starości wskakiwał lekko na siodło, jednym zamachem ścinał głowy wrogom i niewolnikom, miał pięciuset synów, jadał samotny, siedząc na skórze, pijał tylko wodę, wiódł surowe życie, lepiej od najbardziej uczonych „ulema“ nauczał lud swój prawdy Allaha i praw Proroka, chodził boso i bez turbanu, rujnował Berberów i Żydów, którzy oprócz podatków dostarczali całodziennego utrzymania dla całego dworu, dawali robotników i pieniądze na budowę, której Mulej Izmail nigdy nie przerywał.
Nie widzę w nim dumy uwiecznienia swego istnienia, nie widzę, bo zbudowane przed laty burzył i nowe wznosił gmachy i mury.
Może chciał zaimponować dzikim, niespokojnym Berberom swoją potęgą i ująć ich w karby? Osiągnął cel, gdyż złączył pod swoją krwawą dłonią wszystkie szczepy od Atlasu i Atlantyku do Tlemsenu i Biskry, ustalił spokój, bezpieczeństwo i prawo w całym Mahrebie.
Tylko że on sam i jego czarni pretorjanie zakłócali spokój i bezpieczeństwo, gwałcili prawo ciągłemi poborami i prześladowaniem podejrzanych o zdradę lub niezadowolenie rodów i szczepów.
Mulej Izmail z dumą mówił, że „Żyd i dziecko mogą bezpiecznie podróżować po jego kraju od Udżdy do morza, gdyż nikt nie waży się zapytać, dokąd i skąd dążą“, lecz biada podróżnikowi, jeżeliby go spotkał gdzieś w drodze oddział wszechpotężnej i bezkarnej czarnej gwardji sułtańskiej!
I jeszcze jedno zdanie Izmaila wydaje mi się znamiennem.
„Moje państwo jest workiem, napełnionym szczurami. Gdy przestanę workiem, chociaż na chwilę, poruszać, szczury przegryzą go i wyrwą się nazewnątrz“. Dlatego Izmail otoczył się szczepami arabskiemi, armją z negrów złożoną i trzymał swe państwo w ustawicznym ruchu zapomocą wojen, przesiedlania szczepów z jednego miejsca na drugie, ekspedycyj karnych, burzenia gmachów, murów i ogrodów i wznoszenia nowych poto, aby znowu je burzyć i znowu budować...
Dwa razy tylko temu władcy, surowemu dla siebie i poddanych, wyrwały się słowa pychy. Stało się to wtedy, gdy sułtan pokazywał jakiemuś cudzoziemcowi wspaniały pawilon, gdzie miał być zawieszony na łańcuchach sarkofag z prochami Izmaila, oraz gdy posłał swego wielkiego wezyra — Ben-Aisza w swaty do wspaniałego Ludwika XIV-go, aby prosił króla Francuzów o rękę jego córki — pięknej księżnej Conti.[132]
Lecz być może, nie była to nawet pycha, lecz pewna myśl polityczna, dla której prawowierny muzułmanin, jakim był sułtan, zamierzał odstąpić od przepisów Koranu, obiecując, że księżna będzie wyznawała swoją wiarę i będzie korzystała z zupełnej wolności, tak samo, jak czyniła to na dworze swego ojca.
Piękna księżniczka miała, podług zamierzeń sułtana, zamieszkać w wielkim pałacu Dar Kbira. Nie wiadomo, co stałoby tu obecnie, gdyby „Conti la Belle, fille des dieux et des Amours“ przybyła do Dar Kbira. Teraz tu piętrzą się ruiny, gdzie pozostały jeszcze resztki mozaiki, rzymskich marmurów, wywiezionych z Wolubilisu, odłamki rzeźbionego gipsu nad mogiłami setek dzieci królewskiego rodu, a wszędzie — zielska, kupy kamieni i ziemi, gniazda gołębi i jaskółek, śmigających jaszczurek i wężów; w niektórych salach stoją muły i osły, pasą się krowy, i tylko w paru miejscach, otoczone ruinami i zwaliskami, przechowały się niewielkie cieniste ogródki z częścią gmachu, gdzie mieszkają ludzie. Gnieżdżą się tu rodziny bocznych linij, pochodzących od Mulej Izmaila, oraz starzy niewolnicy-emeryci, utrzymywani przez dynastję.
Jeden z potomków krwawego i zagadkowego sułtana i jakiś uczony mułła, spotkawszy nas śród ruin, pokazali część pałacu i opowiadali wzruszonemi, pełnemi zachwytu głosami o Mulej Izmailu.
Oprowadzali nas po starym pałacu Dar el Mahzen, z nimi błąkaliśmy się śród ogołoconych murów z zapadłemi sklepieniami, śród wzgórz, złożonych z gruzów i odłamków, a gdy dojrzałem tu czaszkę ludzką, przypomniałem sobie te tysiące niewolników, których torturowano i zabijano, a których ciała zamurowywano później w ścianach pałaców i bram.
Dar el Mahzen otoczony jest podwójnemi wewnętrznemi murami z ciągnącemi się pomiędzy niemi ulicami, długiemi na kilometry.
Za temi murami, śród gruzów, w jakiejś skrytce, zaledwie możliwej do istnienia, mieszczą się stare odaliski, strzeżone przez eunucha.
W pobliżu swego pałacu kazał Mulej Izmail urządzić wielki basen, gdzie damy jego haremu pływały w czółnach i na tratwach, zabawiając się widokiem łabędzi, ofiarowanych potężnemu sułtanowi. Nieraz ten basen służył jako jedyne źródło wody dla całego miasta. Teraz Francuzi dali Meknesowi doskonałą wodę, a basen Izmaila zarasta sitowiem, brunatnemi wrodorostami, molachitowo-zieloną rzęsą, a zamiast łabędzi żerują tu stada dzikich kaczek i małe białe czaple.
Tuż obok wznosi się potężna Heri, czyli śpichrz, gdzie, jak twierdzą arabscy historycy, sułtan mógł złożyć nie tylko roczną daninę szczepów, lecz urodzaj całego Mahrebu. Na potężnych sklepieniach podziemnych sal wznoszą się olbrzymie kolumny, podtrzymujące taras, na którym niedawno jeszcze stał pałac El Mansur, złożony z 24 pawilonów. Francuzi odrestaurowali Heri i urządzili tu składy swojej intendantury. Zaraz za tym gmachem ciągną się ruiny murowanych stajni Mulej Izmaila. Budynek ten, podług autorów arabskich, był długości 5250 metrów. Mury przechowały się w dość dobrym stanie, zapadły się tylko sklepienia i portyki. Tu stawiano konie i przechowywano siodła i broń dla niezrównanej kawalerji berberyjskiej. Dalej pokazywano nam resztki murów menażerji, gdzie sułtan zabawiał się walką psów z lwami i wilkami, a czasem nawet rzucał im na pożarcie swych niewolników.
Olbrzymie ogrody z pięknemi, stuletniemi drzewami oliwnemi i owocami dotykają murów pałacu. Tu spędzał groźny sułtan czas w otoczeniu swoich żon i niezliczonych dzieci.
Zakonnik Busnot w swoim pamiętniku[133] opowiada o haremie Izmaila. Posiadał on pięćset żon, pochodzących z różnych narodów. Mieszkał w pałacu na tem miejscu, gdzie obecnie wznosi się nowy pałac sułtański. Harem był otoczony potrójnym wieńcem wysokich murów. Każda żona, czy odaliska, posiadała swój apartament i żyła pod dozorem eunucha i czarnej niewolnicy. Dostawca haremowy, Żyd Majmoran, dostarczał im określonej ilości wonnych olejków, henny, pudru, farb, a także pożywienia i łakoci, w tajemnicy zaś przed mężem — tytoniu i alkoholu. Śmiałka, któryby się odważył spojrzeć na żony władcy podczas spaceru, zabijała czarna gwardja lub eunuchowie.
Dwie kobiety miały nieograniczony wpływ na sułtana.
Jedną z nich była pierwsza żona Izmaila, olbrzymka i siłaczka-murzynka, Lalla Aissa, dawna niewolnica sułtana Er-Raszida. Potomek Mulej Izmaila opowiadał mi, że ta olbrzymka protegowała czarnych i doradziła małżonkowi sformować z negrów gwardję pretorjańską do walki z niepokornymi Berberami. Lalla Aissa była kobietą bardzo wojowniczą i okrutną. Jej eunuch nosił przed nią szablę, jako godło jej władzy i jako narzędzie doraźnego sądu nad wrogami tej kobiety. Czarna królowa miała wielki wpływ na małżonka, który zapewne obawiał się, że ona może podnieść przeciwko niemu bunt czarnej gwardji.
Lalla Aissa była złym duchem Izmaila. Po nocy, spędzonej w jej apartamentach, sułtan zjawiał się pełen mściwych myśli i straszliwych, krwawych zamiarów.
Druga żona była natomiast dobrym genjuszem sułtana.
Jeżeli Izmail bywał kiedy wesoły, przepełniony wyrozumiałością, a twarz mu bielała i oczy nabierały koloru nieba, to znaczyło, że ubiegłej nocy leżał on u stóp „białej, umiłowanej gazelli“, bawiąc się „khelakhel“ — złotemi bransoletami, brzęczącemi na jej zgrabnych nóżkach, i słuchając miłego szczebiotu rumianych ust. Była to Lalla[134] Aziza — niewolnica, Angielka, która przeszła na Islamizm i doszła do wielkich wpływów w Mahrebie. Śród licznych potomków Izmaila można z pewnością znaleźć takich, w których płynie angielska krew Lalli Aziza — „białej, umiłowanej gazelli“, ubóstwianej niewolnicy despoty-sułtana. Marzeniem każdego cierpiącego i krzywdzonego, a nawet każdego skazańca było spotkać Lallę Aziza, gdy odwiedzała Medina. Wtedy padał na twarz i skamlał o obronę przed Izmailem.
W podaniach nazywają ją też „miłosierna Lalla.“
W okolicach dzielnicy Izmaila rozciąga się obszerna równina, porośnięta wysoką, soczystą trawą i otoczona murami. Jest to „Aguedal.“ Pasie się tu tabun młodych źrebców czystej krwi arabskiej, należący do pięknej stadniny wojskowej. Kierownicy tej stadniny usiłują podnieść rasę końską w Marokku. Bardzo ładny, pseudo-maurytański gmach tej instytucji, otoczony kwitnącemi mimozami, bieleje na prawo od Dar el Mahzen. Obok niego zaś wznosi się pałac Dar el Beida, podobny do fortecy. Zbudował go dla swej rezydencji sułtan Ben Abd Allah w 18-ym wieku. Obecnie, z rozkazu marszałka Lyautey, założono tu oficerską szkołę dla tubylców. Wewnętrzne życie, poza nauką, zostało zorganizowane podług tradycyj berberyjskich. Szkoła ta jest jedynym środkiem asymilacyjnym i pomocniczym czynnikiem dla polityki francuskiej w kraju. Oficerowie Berberowie i Arabowie, wychodzący z tej szkoły, stają się współpracownikami Francji.
Na lewo, w głębi Aguedal, w niewielkim parku, mieści się kolonja strusi. Jedną parę tych ptaków otrzymał przed około dwustu laty sułtan Mulej Abd-Allah Ben Izmail i osadził ją na równinie Aguedal. Ptaki dość szybko zaczęły się mnożyć i w 1850 r. ilość ich doszła do 55 głów. Około 1890 roku jednak wyginęły od cholery i stado ich zmniejszyło się do 5-ciu głów. Obecnie, dzięki wprowadzeniu sztucznego wylęgania jaj, kolonja posiada 44 okazy.
Olbrzymie ptaki, podobne do baletnic w krótkich spódniczkach ze wspaniałych piór i o gołych, niby trykotami obciągniętych nogach, są bardzo zabawne. Oddzielnie od szaro-bronzowych dam przechadzają się czarne, z białemi piórami i czerwonemi nogami samce, złośliwie spoglądające na ludzi. Żarłoki to straszliwe! Łykają kartofle, buraki, kamienie, kawałki chleba. Gdy się do nich wyciąga rękę, chwytają ją, usiłując połknąć, lecz, widząc, że jest za długa, dziobami zaczynają ściągać obrączkę lub pierścionek. Często im się to udaje, a wtedy łykają klejnoty z taką łapczywością, jak gdyby to był burak. Pewnemu Holendrowi-turyście strusica niedyskretnie zajrzała do kieszeni kamizelki, a, znalazłszy tam złoty zegarek bez dewizki, porwała go i połknęła bez namysłu.
Potwornie małe płaskie głowy ptaków na długich, podobnych do węży szyjach, ciągle się obracają na wszystkie strony; duże oczy płoną bezsilną złością, dzioby groźnie się otwierają i z różowych gardzieli wyrywa się wściekłe syczenie.
Dozorca, zabawny, gadatliwy Prowansalczyk, opowiadał nam o sile tych ptaków. Para strusi swobodnie ciągnie kłusem karetę z czterema pasażerami, a samiec, broniący samiczki przed zbliżającym się człowiekiem, jednem uderzeniem potężnej nogi przebić mu może brzuch i roztrzaskać czaszkę.
Dozorca gadał tak dużo i tak obrazowo, tak się uskarżał na niezrozumienie przez Francję jego zasług i jego głębokiej wiedzy w zakresie „strusiologji“, tak wychwalał swoich wychowańców i tak ich reklamował, że mimowoli opowiedziałem obecnej przy tem pani Halmagrand i Zochnie anegdotę o pewnym Czechu-dozorcy krokodylów, o tym, co to mówił:
— Jest to krokodyl, straszne, dziwne i zębate zwierzę, gdy głodne — śpi, gdy syte — też śpi. Jest bardzo długie: od ogona do głowy trzy metry, od głowy do ogona trzy i pół metra, razem ośm metrów. Gdy się kładzie spać, zawiązuje sobie na ogonie supeł, żeby nie zapomnieć obudzić się przed jedzeniem.
W tej kolonji widzieliśmy też dużo kur i kaczek. Nie sądzę, żeby to było dobre dla strusi sąsiedztwo, gdyż kury często chorują na cholerę, a ta epidemja łatwo może zdziesiątkować stado strusi, tych rzadkich już i drogocennych ptaków.



ROZDZIAŁ XX.
NIESPODZIANKI MEKNESKIE.

Uprzejmy p. M. Halmagrand zaprosił mnie i doktora Vincent na polowanie w okolicach El-Zerhun. Wyjechaliśmy rano samochodem znaną mi już drogą. W „świętem mieście starego Idrissa“ tubylcy odnosili się do p. Halmagrand z wielką uprzejmością i serdecznością. Przecięliśmy miasto i wyjechaliśmy za jego mury, gdzie około zamiejskiej willi, należącej do administracji francuskiej, czekała na nas cała kawalkada jeźdźców i tłum biało ubranych Berberów.
Tu p. Halmagrand przedstawił mi miejscowego kaida Si-Omar, wspaniałego, pięknego starca o siwej brodzie i pałających oczach. Miał on na sobie biały burnus i biały zawój. Drugim dostojnikiem był prezes rady miejskiej, nazwiskiem, zdaje się, Ben Ait, również starszy, siwy człowiek w turbanie i na pięknym, szarym rumaku. Oczy Ben Aita jarzyły się, jak dwa węgle, twarz się śmiała, koń pod nim rwał się i chrapał. Oprócz tych dwóch senjorów, byli obecni syn kaida — młody człowiek, marzący o wyjeździe do Francji na studja medyczne, i kilku mężczyzn, należących do bogatych rodów zerhuńskich. Wszyscy ci uczestnicy polowania byli uzbrojeni w dubeltówki francuskie i belgijskie. Reszta — to posługacze i niewolnicy, mający kije w ręku. Kręciły się tuż jakieś podejrzane kundle, spoglądające na wszystkich wcale mądremi, oczekującemi oczami.
Podano nam muły pod wygodnemi siodłami, pokrytemi czerwonem suknem; sam kaid jechał na pięknym, białym mule, bardzo rączym i młodym.
Przejechaliśmy wąską dolinę, dzielącą dwa łańcuchy grzbietu Zerhun, ujrzeliśmy arkady arabskiego akweduktu, kilka murowanych studni, założonych przez Francuzów, i wyjechaliśmy na ścieżkę, biegnącą zboczem lewego łańcucha. Wkrótce natrafiliśmy na śliczny gaj oliwny. Z drzew zrywały się dzikie gołębie i drozdy, raczące się oliwkami. Posuwaliśmy się szybko naprzód, chociaż dla mnie nie było to rzeczą zupełnie łatwą. Mój muł co chwilę przystawał, aż się znalazłem wreszcie na samym końcu kawalkady. Jeden z tubylców objaśnił mi na migi, że muszę bez przerwy bić muła nogami, bo inaczej będzie myślał, że śpię, i wtedy zupełnie stanie. Poszedłem za tą radą i rezultaty były świetne. Wkrótce dogoniłem swych towarzyszy, a było to bardzo na czasie, gdyż stałem się świadkiem nader charakterystycznej sceny.
Jeden z kundelków, węszących wszędzie, wypłoszył z krzaków zająca. Pierwszy dojrzał go Ben Ait. W jednej chwili porwał za strzelbę, lecz zając już mknął daleko, zdążając do zarośli, pokrywających dno wąwozu. Stary myśliwy spiął konia ostrogami. Ten zerwał się, jak strzała, wypuszczona z łuku, i biegł, prawie nie dotykając kopytami ziemi, nad stromem urwiskiem. Ben Ait krzyknął na ludzi, idących na przedzie, lecz ci nie zdążyli usunąć się na bok; po chwili jeden z nich, uderzony piersią konia w pełnym pędzie, wyleciał w powietrze, jak kamień z procy, i, upadłszy o jakie dziesięć kroków, stoczył się na dno wąwozu. Ben Ait nawet się nie obejrzał na swoją ofiarę. Co mogły znaczyć kalectwo, albo nawet śmierć człowieka wobec jego zapału myśliwskiego? „Vieillard ardent“, jak go nazwałem, znikł nam z oczu. Dr. Vincent zeskoczył z muła i pospieszył z pomocą poturbowanemu. Miał on potłuczone całe ciało i nadwerężoną nogę. Słaniał się i nie mógł iść, odesłano go do miasta z jednym z naganiaczy.
Zrobiliśmy jakie 10—15 kilometrów, aż na schyłkach gór zjawiły się krzaki wina. Tu właśnie miało się odbyć polowanie. Zsiedliśmy z mułów. Byłem z tego bardzo zadowolony, gdyż od ustawicznego bicia muła nogami bolały mnie wszystkie stawy. Wyciągnęliśmy się w długi łańcuch. Każdy myśliwy był przedzielony od sąsiada kilku naganiaczami. Ruszyliśmy naprzód. Arabowie szperali kijami w krzakach i trawie, kundle biegały po całej linji, a my strzelaliśmy do zrywających się kuropatw; było tego dużo, a strzał do tych ptaków — łatwy. Ciągle z krzykiem i furczeniem skrzydeł wylatywały czerwone kuropatwy, grzmiały strzały i padały ptaki.
Arabowie strzelali bardzo szybko i dość celnie, chociaż nigdy nie mierząc. Nieraz kilku ich strzelało do jednej kuropatwy. Narazie, podniecony polowaniem, strzelałem, nie zważając na sąsiadów, aż, spojrzawszy wreszcie na jednego, jakiegoś chudego, bladego Araba, mimowoli cofnąłem się wstecz. Zobaczyłem, że wsadził on lufę strzelby z podniesionemi kurkami w krzak i obracał w nim jak łyżką, usiłując wypłoszyć ptaki. Oburzyło mnie to nie dlatego, iż było to przeciwne wszelkim przepisom myśliwskim, lecz, że przy takiem zachowaniu się sąsiada nic łatwiejszego, jak dostać nabój śrutu, co nie jest rzeczą przyjemną, nawet w obecności tak doświadczonego lekarza, jakim był doktór Vincent.
Później zrozumiałem, że wszyscy Berberowie postępują w ten sam sposób i od tej chwali stale trzymałem się na uboczu, nieciekaw bliższej znajomości ze śrutem arabskim.
Gdy wyszliśmy na płaszczyznę, kundle wypłoszyły zająca, który w oczach wszystkich ukrył się w gęstym krzaku. Tubylcy otoczyli krzak kołem, bili w niego kolbami i nogami, aż nieszczęśliwy zając wyskoczył. Rozległa się salwa prawie z dziesięciu dubeltówek i zwierzątko padło, zupełnie na miazgę rozbite. Nie mogłem pojąć, że myśliwi się nie postrzelali! Co do mnie, to widząc tę hecę, dobrze się ukryłem za kupą kamieni i wyczekałem, aż wszystko się skończyło.
Powróciliśmy już o zachodzie słońca do Zerhun. W wąskiej dolinie pomiędzy górami zaczynał dąć silny wiatr, który nam — rozgrzanym od słońca i chodzenia po górach, wydał się zimnym.
— To — Sirokko rozpoczyna swe swawole! — zauważył p. Halmagrand, nakładając ciepłą kurtkę.
Ja tego nie uczyniłem, bo nic ze sobą ciepłego z Meknesu nie zabrałem. Ruszyliśmy samochodem do domu. Wiatr się wzmagał z każdą chwilą. Nigdzie nie mogłem się ukryć od wściekłych, a coraz silniejszych podmuchów wiatru. Na szosie Sirokko szalało, kręcąc wysokie słupy z kurzu i piasku, chyliło i szarpało drzewa.
Przyjechałem do hotelu zmarznięty zupełnie; szczękały mi zęby, a w piersi czułem kawał lodu.
— Piękna mi Afryka! — myślałem. — Brakło tylko, abym odmroził sobie nos!
Zochna dała mi gorącej herbaty z cytryną i konjakiem, a ja, niezależnie od tych zabiegów, wypiłem na wszelki wypadek kieliszek konjaku. Zacząłem się przebierać, gdyż mieliśmy obiad u państwa Halmagrand. Podczas obiadu nic nie mogłem jeść, czułem gorączkę i dreszcze i nie słyszałem nic, co do mnie mówiono. Dawałem podobno zupełnie dziwne na stawiane mi pytania odpowiedzi.
W nocy gorączka opadła i zrana czułem się słabo, lecz w każdym razie mogłem jeszcze odbyć wycieczkę po mieście, zajrzeć do Medina i do dzielnicy pałacowej, gdzie, w jakiemś zacienionem miejscu, zaczęły wołać na mnie okryte łachmanami kobiety. Gdy zbliżyłem się, znakami objaśniły mnie, że chcą mi wróżyć, za co zażądały kilka centymów. Rzuciły na ziemię jakieś okrągłe ziarna, coś mruczały, patrzyły na mnie, oglądały mi rękę i palce i coś wykrzykiwały. Ja zaś tymczasem przyglądałem się uważnie ich ciemno-bronzowym twarzom i dłoniom. Te czarownice miały liczne godła tatuowane na skórze. Były to przeróżne geometryczne figury i inne znaki niebieskiej i czarnej barwy. Czekając, póki nie skończą, narysowałem sobie kilka z takich znaków, które wydały mi się bardziej zajmujące.
Gdy później rysunki te studjowałem, przekonałem się, że były śród nich znaki czcicieli ognia, jakie wdziałem u Persów; tajemnicze znaki, spotykane u Cyganów; krzyże, które podobno za czasów chrześcijaństwa, niektóre szczepy nawrócone nacinały sobie na czołach, policzkach lub brodach, znaki, przypominające hieroglify egipskie, zodjakalne babilońskie stygmaty, asyryjskie pismo, alfabet, używany na „steli Meszy“ i w napisach kartagińskich i chetyckich, wreszcie wizerunki izraelickiej gwiazdy Salomona i świecznika rytualnego. Zbierałem później starannie w różnych miejscowościach północnej Afryki te znaki, wytatuowane na twarzach kobiet i na rękach mężczyzn, a porównanie ich ze starożytnemi hieroglifami i stygmatami daje nieoczekiwane rezultaty.
Tegoż dnia byliśmy zaproszeni do bogatego i energicznego kolonisty, p. Pagnot, mieszkającego w Toulal. Zwiedziliśmy jego urodzajne pola; wspaniale urządzone winnice, z pędami, uginającemi się pod ciężarem gron różno-kolorowych; kolonję strusi, oborę, gdzie widzieliśmy wspaniałego byka — potomka zebu, i stado białych baranów o czarnych maskach na pyskach; tłocznię wina, bardzo dobrego i mocnego. Wiele energji i pomysłowości, trudów i przedsiębiorczości włożył w ziemię ten kolonista, za to zbiera też obfity plon, który zwiększa się z roku na rok.
W kolonji p. Pagnot rozchorowałem się ostatecznie, dostałem takiej gorączki, że traciłem prawie przytomność. Zochna z trudem dowiozła mnie do domu, zmusiła położyć się do łóżka i natychmiast zaprosiła doktora Vincent. Nasz przyjaciel wkrótce przyjechał i stwierdził, że mam 40 stopni gorączki i początek zapalenia płuc.
W ciągu trzech dni postawił mi 62 cięte bańki i wyciągnął ze mnie moc krwi, za co przezwałem go „doktorem Wampirem“, Zochna zaś okładała mnie kompresami i dawała na poty.
Chorowałem 9 dni, aż wreszcie zacząłem potroszu wstawać, a wkrótce wychodzić na małe przechadzki. Byłem jednak zupełnie osłabiony, i dr. Vincent radził jechać w góry, bo w Meknesie, przy stałym sirokko, nie mógłbym przyjść do zupełnego zdrowia.
Pewnego razu dostaliśmy zaproszenie na herbatę i na obiad do jakichś miejscowych dostojników. Byłem jeszcze słaby, więc Zochna pojechała z naszymi nowymi przyjaciółmi.
Był to jej pierwszy debjut samodzielny śród Berberów i Arabów.
Niech więc sama opisze to, co tam zaszło. Umieszczam przeto rozdział z jej dziennika, pisanego jak na kobietę i artystkę bardzo szczegółowo, z niewątpliwym darem obserwacji.
A więc Zochna moja opisuje ten obiad w sposób następujący:



ROZDZIAŁ XXI.
UCZTA ARABSKA.
(Z dziennika mojej żony).

Pani Halmagrand, z którą bardzośmy się zaprzyjaźnili, odwiedziła nas około 4-ej i zaprosiła na herbatkę arabską u ich znajomego Araba-miljonera, Sidi-Abia. Mój mąż bardzo mnie namawiał i prosił o to, więc ubrałam się w malinową płócienną sukienkę i nową śliczną czapeczkę „le dernier cris“, za 55 franków i pojechałyśmy we dwie dorożką do Medina, stamtąd już piechotą trochę w górę po krytych, ciasnych i niezmiernie brudnych uliczkach. Właśnie dowiedziałam się, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu, od znajomego inteligenta — Araba, że tu, w Marokku, za najlepszy ton uważa się, ażeby utrudnić i zawikłać dostęp do najbogatszego nawet pałacu. Im wspanialsze domostwo, tem więcej zawiłych, krętych i ciemnych uliczek i zaułków. Istny labirynt! i dopiero... gdzieś w kącie, jakaś wspaniała brama z przed kilkunastu wieków, mozaiki, rzeźby, marmury, potem jeszcze niezliczone labiryntowe korytarze, portyki, kilka „patio“ — i wreszcie — olśniewający park i pałac, pełen niespodziewanego przepychu. Jest też w tem zapewne i spora doza myśli w kierunku ochrony bogactw i haremów, a głównie — tradycyj, związanych z kultem.
Otóż w ten sposób właśnie, brnąc po kamieniach, śród kurzu i przeróżnych aromatów, trafiłyśmy wreszcie do... pałacu, rzeczywiście bardzo pięknego, starożytnego i przebogatego, gdzie u wejścia czekało już na nas kilku „szauszów“, czyli niewolników i zaprowadziło w głąb do ogrodu, a później po schodach na taras.
Tam już oczekiwano nas z honorami. Pan domu, Sidi-Abia, starzec 60-letni z długą, siwą brodą, dużym haczykowatym nosem, w okularach, białym burnusie i jasno-żółtych „babuszach“, z chytremi, czarnemi, latającemi oczkami i dwaj jego synowie: starszy, — zupełnie prosty, źle ubrany i mówiący tylko po arabsku, a usługujący przy stole wraz z niewolnikami, i młodszy — elegancki, strojny, piękny młodzian, zupełnie inteligentny, doskonale mówiący po francusku i kształcący się w agronomji (najwidoczniej — pieszczoszek papy!). Taką różnicę pomiędzy braćmi podobno bardzo często spotyka się w Marokku, a powoduje ją prawdopodobnie wielożeństwo ojców. Stary Sidi-Abia jest „à plat ventre“ przed Halmagrandami.
Wizytę zaczęłyśmy naturalnie od zwiedzenia pałacu i ogrodu, któremi tubylcy ogromnie się szczycą, najwidoczniej pragnąc imponować cudzoziemcom. Więc też od góry do dołu pokazali go nam włącznie z haremem, w którym ukazało się dużo ładnych i miłych kobiet. Młodszy syn, dość postępowy i, zdaje się, wielki zwolennik francuskiego życia i głównie — używania... z lekką ironją objaśniał nam różne tradycje i zwyczaje swego rodu, bardzo podobno starożytnego. Trzeba tu dodać, że Berberowie, oprócz niezliczonych tradycyj wspólnych muzułmanom, a nadto specyficznie narodowych, posiadają jeszcze odrębne w każdej wielkiej rodzinie zwyczaje i obyczaje i tu, doprawdy, można stracić głowę w tym labiryncie.
Pałac jest piękny, ale bardzo zaniedbany. Najwięcej podobała się nam wielka sala do przyjęć świątecznych, lub weselnych, w której sufity, cudnie rzeźbione, tworzą kopułę, gdzie zamiast okien są prześliczne, różnokolorowe witraże; w alkowach — niezliczone makaty, dywany i jedwabne poduszki, a pośrodku — przepiękna marmurowa muszla, z której wytryska fontanna, wiecznie szemrząca. Na tych poduszkach — usadowiły się właśnie, w oczekiwaniu zapewne naszej wizyty, — kobiety, raczej tak zwane „fatmy“ domowe, czyli dwie żony starego Sidi, żona starszego syna i dwie siostry zamężne i wreszcie młodsza generacja: kilka córek i wnuczek — wszystkie postrojone, jak lalki, w aksamitnych, haftowanych złotem i srebrem kaftanach, muślinowych zawojach, barwnych sandałkach i w olbrzymiej ilości świecideł. Bardzo uprzejmie nas przywitały, podały nam naturalnie spocone i jakieś nieprzyjemne, szorstkie, twarde i małe ręce, na pomarańczowo „wyhenowane“, potem się tylko uśmiechały i bardzo pilnie nas oglądały, dotykając naszych sukien, kapeluszy, bucików, a nawet ramion i piersi. Nader miłe były dzieciaki, zwłaszcza dziewczynki z poskręcanemi czarnemi, jak heban, loczkami i dużemi bursztynowemi oczami; jedna z nich odrazu przylgnęła do mnie, uczepiła się mej sukni i wszędzie dreptała za nami swemi też „uhenowanemi“, bosemi nożynami.
Po tych oględzinach powróciłyśmy na taras, gdzie już stary Sidi-Abia oczekiwał nas z herbatą i słodyczami. Przyszedł jeszcze inny starzec z głową proroka, którego wszyscy całowali w ramię i który obsypał nas jakiemiś komplementami i życzeniami pomyślności i zdrowia po arabsku. Potem zaczęliśmy pić i jeść.
Herbata z miętą jest bardzo dobra, orzeźwiająca, tylko zwykle za słodka i za gorąca. Podają ją w szklankach bez łyżeczek i spodeczków, trzeba ją pić, sącząc po kropelce przez zęby i głośno smokcząc, bo tak nakazuje zwyczaj. Smaczne były biszkopciki, czy pierożki, zwane „sarniemi kopytkami“, nadziewane masą migdałową, i figi osmażane na miodzie, oraz inne smakołyki, zupełnie dla mnie nie dostępne, bo za twarde, za słodkie i za tłuste. Udawałam więc tylko, że próbuję.
Widok z tarasu był cudowny, a zdobił go jeszcze bardziej zachód słońca w górach.
Aż do horyzontu ciągnęły się rozległe majętności Sidi-Abia, na które starzec z lubością ciągle spoglądał, pykając fajkę niezmiernej długości i smoktając herbatę. Pożegnawszy gospodarzy, pojechałyśmy na obiad, który, jak mi objaśniła pani Halmagrand, wydawano na cześć mego męża.
Znowu ta sama procedura: kręte uliczki, „aromaty“, brudy, ciemność i wreszcie pałac i przepych, choć znacznie mniejszy, niż u Sidi-Abia. Salon niewielki, oświetlony dużemi, naftowemi lampami, stojącemi wprost na ziemi. W głębi alkowa, sofy, pełne poduszek prześlicznych, a po bokach dwa łoża niklowe, usłane aż pod sufit materacami i poduszkami, nigdy nieużywanemi, — tak tylko dla reklamy! Naturalnie — pełno luster bardzo ordynarnych i kilka foteli Louis XV, zupełnie niedopasowanych do ślicznego arabskiego stylu, no ale to też — moda!
Gospodarz — stary „Kadi“, bardzo miły, jakaś poczciwota, nie mówi po francusku, ale coś gada miłego i uprzejmego. Syn jego — bardzo piękny, ślicznie ustrojony w narodowy arabski kostjum starożytny, ale też nieumiejący po francusku, czynili honory domu. Byli tu już goście: jacyś dwaj Arabowie-inteligenci z Rabatu i P-wo P. — małżeństwo młodziutkie i śliczne, które się niedawno i oryginalnie pobrało po wypadku, gdy pan P. podczas kąpieli morskiej, tonął, a młoda panienka (obecna jego żona), świetna pływaczka, wyratowała go, narażając swoje życie. Arabowie-inteligenci, dwaj bracia-bliźniacy, okazali się interesującymi młodzieńcami z uniwersyteckiem wykształceniem, robiącymi dyplomatyczną karjerę przy marszałku Lyautey. Rozmowa toczyła się gładko i mile. Dowiedziałam się znów dużo ciekawych rzeczy z życia i tradycyj arabskich. Podano obiad! W tej samej alkowie trzeba było usiąść nisko na poduszkach, jak wtedy — w Tlemsenie. Niewolnicy w szatach, jak gdyby pokutniczych, przewiązanych sznurem, wnieśli mały, niski, okrągły stolik bez nakrycia — i — na pierwsze danie ogromną glinianą misę, pełną kurcząt pieczonych bez żadnej przyprawy, ani dodatków i wcale niepokrajanych. — Naturalnie, widelcy i noży — ani śladu! Na razie zupełnie oszołomiona, nie wiedziałam, jak mam się do tego zabrać i czekałam, aż zaczną moi „towarzysze niedoli.“ Pani Halmagrand zaśmiewała się z mojej zakłopotanej miny i, wystawiwszy trzy palce prawej ręki, skubnęła sobie trochę białej jak śnieg, tłustej, kurczęcej piersi. Za nią poszli inni. Spróbowałam i ja, starając się obydwiema rękami urwać łapkę apetyczną (najwięcej lubię kurczęce łapki!) lecz, niestety, zaraz dostałam szturchańca od obydwóch moich pań i zabójcze spojrzenie pana Halmagrand, a potem szepnięto mi na ucho, że można jeść tylko prawą ręką, wystawiwszy naprzód tylko trzy palce, trzymając je w górze, aż do końca uczty i oblizując doszczętnie, po każdej potrawie.
Cóż było robić? „Wlazłszy między wrony, trzeba krakać, jak i one“. A więc skubmy i zajadajmy! Wcale nieźle poszło. Kurczęta były bardzo smaczne, dobrze odkarmione, a nie żałowano im masła nawet po śmierci.
Z kolei podano baraninę z migdałami, szafranem i majerankiem. A była tego duża misa cynowa, pełna sosu! Wyławiałam sobie smaczne migdałki i usiłowałam chlebem, raczej „kaseraz-em“ (placek upieczony w kamiennym, specjalnym piecyku) wyciągnąć parę mniejszych kawałeczków baraniny.
Coraz lepiej idzie, ale panie nie przestają się naśmiewać z mojej zakłopotanej i nastraszonej miny.
Gospodarz siedział obok w salonie. Do stołu nie zasiadał, pilnował porządku, przed podaniem kontrolował wszystkie dania i tylko uroczyście kiwał głową, lub klaskał w dłonie, gdyśmy kończyli potrawę. Parę razy zauważywszy, że nie jem, lub że jem za mało, zwracał się przez tłumacza, zapytując, czy mi nie smakuje i prosząc usilnie, abym jadła. Znowu otrzymałam szturchańca w bok i szept do ucha, ażeby nie robić przykrości dobremu Kadi i przynajmniej symulować wyborny apetyt, co też i uczyniłam. Wpadliśmy w przepyszny humor.
Na trzecie — podano baraninę pieczoną, a tak miękką, że z łatwością udało mi się parę razy skubnąć wcale niezłe i tłuste kawałeczki. Nasi Arabowie-studenci zajadali sobie tłuste potrawy z wielkim smakiem, głośno mlaszcząc wargami, przyczem popijali je wodą, podaną w ogromnych szklankach. Ale wody stanowczo się tutaj boję, jest mętna, żółtawa i czuć ją malarją, lub tyfusem.
Na czwarte podano wreszcie „kus-kus“ (które lubię i które już jadłam), przekładane rodzynkami, jajkiem na twardo i... znów naturalnie baraniną. O, szczęście! łyżki nam podano — choć Arabowie jedzą w dalszym ciągu tylko trzema palcami, robiąc z kaszy małe kulki i łykając, jak indyki! Okropność!
Teraz to już porządnie sobie podjadłam. Pp. Halmagrandowie znowu się zaśmiewają z mojej radości na widok łyżek. No wreszcie deser! Ach jakie cudne winogrona — od najciemniejszych do najjaśniejszych — wszystkie tonacje, wszystkie barwy i grona olbrzymie, jak śliwki! Teraz kolej na obmywanie rąk. Wnoszą misę, prześlicznie rzeźbioną, pozłacaną i takiż imbryk, różowe mydełko i różowy haftowany ręcznik — wszyscy zkolei obmywają ręce. O! z wielką rozkoszą!
Wnoszą teraz kadzidła, olejki różane i fiołkowe, ambry przeróżne, — perfumują nam szaty. Bardzo to miłe, bardzo!...
Po chwili znów herbata z miętą świeżą i aromatyczną i moc słodyczy, których już absolutnie jeść nie mogę, więc biorę tylko do ust i umiejętnie wyrzucam za sofę, między poduszki. Strasznie mi się chce zapalić papierosa, ale tu uważa się to za hańbę dla kobiety, więc się wstrzymuję.
Pani Halmagrand zaprasza teraz kadi’ego, ażeby podszedł do nas, więc staruszek, oddając cześć po wojskowemu, zdjął sandały i boso, widocznie zaznaczając swój najwyższy szacunek, zbliżył się i usiadł na poduszce. Uprzednio, w antrakcie między herbatą i obiadem, zniknął na chwilę, ażeby w oddalonej komnacie spożyć wraz z synami ucztę, czyli resztki, pozostałe po gościach; po nim dopiero posiliły się żony i córki, a wkońcu już na ostatku — służba. O 10-ej podano samochód, więc już po krótkich pożegnaniach i bardzo niskich ukłonach i wymianach życzeń wzajemnych, odprowadzeni przez gospodarzy aż do bramy i samego powozu — odjeżdżamy. Stary „Kadi“ niezmiernie pragnie poznać mego męża, więc prosi, aby go odwiedził, gdy wyzdrowieje. Pokazywano mu mój pierścień azjatycki i opowiadano o jego pochodzeniu, więc potem kadi otoczył mnie specjalną atencją i czcią najwyższą. Mego chorego zastałam w dobrym stanie, ale stęsknionego, a jeszcze bardziej wygłodzonego. Wyprosił sobie 2 jajka na miękko, herbatę i chleb z masłem. Ogromnie się obawiam, czy to nie za dużo? Ale dobrze mi to mówić po obiedzie u poczciwego Kadi!“

∗             ∗

Jak łatwo zrozumieć, kłopotów Zochna miała co niemiara, ale czas spędziła wybornie i zabawiła się wyśmienicie.
Jednak gród Mulej Izmaila, zalewany krwią przez tego okrutnego sułtana, żądał i ode mnie coraz to nowych „ofiar krwawych.“
Oddałem Meknesowi, zapomocą baniek doktora Vincent, sporo krwi w czasie swojej choroby, lecz dla Mulej Izmaila było tego zamało.
Zabolał mnie straszliwie ząb. Zaczęło się zapalenie okostnej. Musiałem zwrócić się do dentysty. Lecz jedyny w mieście specjalista właśnie tegoż dnia wyjechał na parę dni do Rabatu po materjały. Szalony ból i rosnący z zawrotną szybkością prawy policzek dokuczały mi i czyniły mnie potwornie brzydkim i jeszcze bardziej kapryśnym, wprost nieznośnym. Biedna, biedna Zochna, ofiara tyrana męża, obarczonego klasyczną „fluksją“ prababek i bolącym zębem!
Jeden ze znajomych Francuzów radził mi zwrócić się do znachora arabskiego, umiejącego podobno znakomicie leczyć chorych na zęby. A, wszystko jedno! Znachor, czy nie znachor, aby pomógł! Już się ubrałem, aby iść, gdy nagle przypomniałem sobie napaść na mnie, uczynioną przez pewnych krytyków za moją „niekulturalność“, że opowiadam w swojej książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów“, oraz „W ludzkiej i leśnej kniei“ o różnych djabelskich praktykach, a więc o magji, czarach, zabobonach, wróżbach, że wierzę sam w to wszystko i że twierdzę, iż jakiś mongolski lama wyleczył mnie od ischjasu. Ci mądrzy i kulturalni ludzie kwalifikowali moją zbrodnię, jako hańbę dla nauki, cywilizacji, literatury i ludzkości. Na samo wspomnienie o tem potępieniu mnie i oskarżeniu, zrzuciłem płaszcz i kapelusz i, trzymając się za rozdęty policzek, burknąłem do żony:
— Nie pójdę, bo mnie krytycy później razem z moją fluksją zjedzą żywcem...
— Ja nikomu nie powiem... — obiecała Zochna. — Idź, może ten Arab coś na twój ból poradzi...
— Ależ ja sam gdzieś i kiedyś wypaplam się w książce, no — i skandal gotowy!... Pal licho! Będę czekał na dentystę!...
Czekałem, syczałem z bólu, dokuczałem żonie i z rozpaczą i nienawiścią przyglądałem się swemu wykrzywionemu, zdeformowanemu obliczu.
Wreszcie dentysta przyjechał. Stawiłem się w jego gabinecie. Obejrzał mnie, w milczeniu złowrogiem wziął się do szczypiec i bez ceremonji wyrwał mi ząb.
Znowu przelałem krew, straciłem ząb i nacierpiałem się bólu, a tymczasem znachor arabski może cośby na to był zaradził...
Mulej Izmail był udobruchany, a ja byłem poszkodowany i bez najmniejszej przyjemności przypominałem sobie nazwiska moich arcyucywilizowanych krytyków, winnych niepowetowanej dla mnie straty.
Teraz jednak, już dawno wszystko minęło, więc niech ich Allah ma w swej opiece!
— Allah jaunek!
Tegoż dnia złożyliśmy wizyty pożegnalne, a ostatni wieczór poświęciliśmy na wycieczkę we dwoje po Meknesie.
Księżyc już stał wysoko, gdyśmy podeszli do Bab Mansur. Na jasnem, przepojonem światłem księżyca niebie czarnemi, zębatemi sylwetkami stały mury Mulej Izmaila.
Wiedzieliśmy, że za niemi leżą gruzy i ruiny, że dzieło krwawego sułtana rozsypuje się w proch, a jednak od tego czarnego grobowca gmachów, ludzi i myśli szła jakaś siła, jakieś głosy powtarzały dumne słowa Mulej Izmaila:
— To ja zbudowałem te mury i pałace, inni mogą je zburzyć, jeżeli będą mogli!...
Już dwa stulecia burzą ludzie dzieło despoty! Z kamieni, marmurów, mozaik i gipsów jego gmachów wznoszą oni pałace i świątynie po całym Marokku. Potężne i groźne dotąd stoją: Dar Kbira, Dar El Mahzen, Bab Mansur i Dżama; nie upadł grobowiec Mohammeda Ben Aissa i, niby warta, stoi mauzoleum zagadkowego władcy, którego duch krąży tu wszędzie, słucha, patrzy, nową wojnę zamierza... lub żałośnie wzdycha i woła głosem beznadziejnym:
— Gdzie ty jesteś, biała, umiłowana gazello, ozwij się! przyjdź!...



RABAT. WIDOK MIASTA
ROZDZIAŁ XXII.
STARA SIEDZIBA LUDZKA.

Sto ośmdziesiąt dziewięć kilometrów, oddzielających Meknes od Rabatu, z powodu nie opuszczającego mnie wciąż kaszlu i lekkiej gorączki, znużyły mnie bardzo. Droga szła przez uprawną miejscowość, gdzie, oprócz tubylców, pracowali już koloniści z okolic Meknesu i Petit Jean. Wszędzie spotykaliśmy pola, ze sprzątniętem już obfitem zbożem różnych gatunków, gaje oliwne, sady owocowe. W dolinie jednego z dopływów rzeki Sebu-ued Frah, dojrzałem dużo małych żółwi — Emys Leprosa, czołgających się na brzegu, tuż przy wodzie; na pagórkach stepowych siedziały zające pospolitego tu gatunku, Lepus mediterraneus i dzikie króliki — Cuniculus algirus, większe od europejskich, o krótkich uszach i bardziej brunatnem futerku na grzbietach, — a niedaleko od posterunku wojennego Dar Bel Amri, zaraz za mieszaną europejsko-arabską osadą, na południowo-wschodniej połaci żyznej równiny Beni Hassen, spostrzegłem stadko dropi. Należały do odmiany, rozpowszechnionej od brzegów Morza Śródziemnego aż do granicy Senegalu, a odznaczającej się małemi rozmiarami — Otis arabs.
W Dar El Amri pokazano nam wykopane w Mechra Sidi Dżaber przedmioty: mozaiki, monety i kamienie z napisami rzymskiemi.
Zatrzymaliśmy się na krótki czas w osadzie Sidi Yahia. Jest to główny punkt obwodu Beni Hassen, gdzie gospodarka rolna uprawia się przez tubylców i kolonistów, a hodowla bydła przez Berberów. Wełna z tej miejscowości słynie i jest szczególnie poszukiwana przez tkaczy kobierców z Rabatu. Trzy szczepy berberyjskie — Beni Hassen, Gharb i Zemmur pozostają w stałych ze sobą sporach o pastwiska i ziemię orną. Dość często zdarzają się tu wypadki krwawej zemsty i nawet poważne starcia zbrojne.
Od Knitry charakter miejscowości się zmienia, wcina się tu pasmo piasków, przedzielonych bagnami otoczonemi gęstemi krzakami — siedzibą dzików, na południe zaczyna się już Mamora — las dębów korkowych. Las ten pokrywa 130 000 hektarów piaszczystego gruntu, zamkniętego pomiędzy rzekami Sebu i Regreg. Podług statystyki francuskiej, ta przestrzeń lasu jest o dwa razy większa od wszystkich lasów Tunisji, razem wziętych i równa się połowie zalesienia Algierji.
Niedaleko od Knitry wpada do morza największa z rzek Marokka — Sebu, czyli opisana przez Plinjusza „Subur Amnis magnificus et navigabilis“.
Przy ujściu rzeki stała w V-ym wieku przed Chrystusem kartagińska kolonja handlowa — Thymiatherion; na jej miejscu berberyjski szczep Beni Ifren założył miasteczko Mahdia, które stało się wkrótce gniazdem straszliwych piratów. Osiedlali się tu na krótko Portugalczycy, Hiszpanie, Holendrzy, lecz wojowniczy Mulej Izmail w r. 1681-ym zmusił cudzoziemców do opuszczenia brzegów Sebu. W okolicach Knitry mieli przed wiekami swój posterunek Rzymianie. Wszystkich tych cudzoziemców pociągała ku sobie rzeka, którą można było wtargnąć w serce kraju.
Istotnie doliny Sebu i jego dopływów: Innauen, Uergha i Beht dają dostęp do żyznej równiny Beni Hassen, sąsiadującej z nią płaszczyzny, biegnącej ku Meknesowi, do lasu Mamora i wreszcie, na równinę Gharb z glebą urodzajną i bogatemi pastwiskami.
Kartagińczycy, którzy wypompowywali wszystkie soki z kraju, w którym mieli swoje kolonje i składy handlowe, brali stąd też niewolników i pozostawili po sobie ślady etniczne i wpływy swego kultu, chociażby w formie stygmatów, tatuowanych do naszych czasów na twarzach kobiet ze szczepów Gharb i Beni Hassen. Rzymianie, którzy chętnie brali sobie za żony kobiety tubylcze, jak wszędzie w Afryce Północnej, wlali dużo swej krwi w żyły Berberów, — tych potomków obywateli i wojowników imperjum wspaniałych Cezarów.
Dojeżdżamy do Sale, stojącego na brzegu oceanu. Białe miasto z kilku zgrabnemi minaretami tonęło już w zapadającym mroku. Przejeżdżamy błotnistą deltę rzeki Regreg i wjeżdżamy przez starą bramę do Rabatu. Tuż w pobliżu murów znaleźliśmy nasz hotel. Marzyliśmy o nim, ponieważ upadaliśmy ze znużenia i gorąca. Zaproszony tegoż wieczoru lekarz powtórzył radę doktora Vincent, polecając możliwie szybki wyjazd w góry.
Wysłuchałem rady, lecz ponieważ byłem w Rabacie, głównej siedzibie panującego sułtana i francuskiego protektoratu, chciałem dobrze się tu rozejrzeć, aby wyjaśnić szereg kwestyj i ujrzeć władcę Marokka.
Nazajutrz złożyłem wizytę panu Ministrowi Urbain Blanc, zastępcy Generalnego Protektora-marszałka Lyautey, który w tym czasie przebywał we Francji. Minister przyjął mnie nader uprzejmie.
Odbyłem z nim długą i bardzo interesującą rozmowę. Pan Urbain Blanc z taką samą szczerością, jaką zadziwił mnie w Fezie generał de Chambrun, wyłożył przede mną program cywilizacyjnej polityki Francji w Marokku. Minister kochał ten kraj, od tak niedawna organizowany przez Marszałka Lyautey, który wierzy w Marokańczyków i w ostateczne powodzenie prac Francji, uważając ją za spadkobierczynię Rzymu w Afryce. Zaprosiwszy nas z Zochną na śniadanie, na którem poznaliśmy panią Blanc, Minister polecił szefowi cywilnego gabinetu Marszałka Lyautey, p. Leroy, pokazać nam Rabat.
Zwiedziliśmy najpierw okolice położone na wschód od miasta. Oglądając tę bogatą i zaludnioną miejscowość, zrozumieliśmy, dlaczego Sułtan przeniósł swoją stolicę do Rabatu, nad morze. Stąd łatwiej mu posyłać wojska na podbój, lub uspokojenie niepodległych i buntujących się szczepów, stąd bezpieczniej i prędzej może dotrzeć po daninę do Wysokiego Atlasu, gdyż nie spotyka po drodze gór, gdzie mu mogą zatamować drogę wojownicze plemiona górskie. Droga ciągnie się brzegiem morza, droga wygodna i najkrótsza, a dobrze strzeżona i broniona od Rabatu do granicy Riff’u i do Wysokiego Atlasu.
Oddawna już władcy Fezu i Meknesu zwracali swe oczy w stronę ujścia rzeki Bu-Regreg, lecz tylko z wielkim trudem i w ciągu długiego okresu czasu, udało im się opanować tę ważną placówkę, drogę lądową wzdłuż wybrzeża, drogę morską — dla napadów na Hiszpanję i dla handlu z nią i wreszcie wzdłuż Sebu — tej arterji Marokka. Były czasy, gdy tu, na brzegach rzeki Regreg i nad oceanem istniało niezależne państwo szczepu Beni Ifren, a przed niem jeszcze dwie potężne osady, należące do groźnych „panter morza“ — korsarzy. Stąd robili śmiałe wyprawy i odpierali wszelkie napady, aż w XVII. wieku utworzyli „Republikę dwóch brzegów“ i weszli do ogólno-korsarskicgo związku, połączywszy się z piratami Algieru.
Lecz to wszystko niedawne czasy, bo przed piratami, przed Beni Ifren, władało tem ważnem dla napadu i jak wymarzonem do obrony miejscem plemię Berghuata; byli to poganie i, jak mi mówili w Sale i w Marrakesz uczeni Berberowie i Arabowie, długo przechowywali kult fenickiej Astarty. Znaki tej bogini — księżyc między rogami byka, kobiety berberyjskie i teraz chętnie nacinają na swych twarzach. Ci sami Berghuata przyjęli Islam, lecz wpadli w herezję i przez całe prawie dwa stulecia walczyli przeciwko prawowiernym Muzułmanom. Ujście Regregu było już przed dwoma tysiącami lat zaludnione. Stała tu kolonja fenicka, a po kilku wiekach rzymska — Salacolonia.
Stara to siedziba ludzka! Plinjusz opowiada, że na południe od rzeki Regreg żyły jeszcze za jego czasów słonie, a osady handlowały nietylko produktami rolnemi, lecz także i kością słoniową, dzikiemi zwierzętami, owocami i rzadkiemi gatunkami drzewa. Z biegiem czasu przybywać tu zaczęli wygnani z Hiszpanji andaluzyjscy Maurowie i Żydzi i pomiędzy XV i XVI wiekiem, zaczęły się śród mieszanej ludności Rabatu i Sale rozwijać przemysł i sztuka. Taki nabytek wzmocnił sytuację korsarzy i podniósł ich przedsiębiorczość. W tym czasie okręty hiszpańskie, portugalskie, holenderskie i angielskie, powracające z Indyj, musiały przepływać w pobliżu brzegów Marokka. Piraci napadali na swych łodziach żaglowych na europejskie brygantyny i fregaty i odbierali im ładunek, brali do niewoli mężczyzn i kobiety. W tym właśnie okresie do krwi berberyjskiej wpłynęła nowa struga krwi hiszpańskiej i anglo-saskiej, a razem z nią krew indyjska, malajska i krew mieszkańców Jawy i Borneo. Stało się to dlatego, że Hiszpanie i Anglicy zawsze wieźli pewną ilość niewolników, nabytych lub porwanych na wybrzeżach Oceanu Indyjskiego.
W porcie Mogador opowiadano mi o kobietach, niegdyś zdobytych przez piratów z Sale, a pochodzących z krainy „Hend.“[135] Wszystkie one były „kahina“ — czarownice i umiały zatruwać białą broń.
Dopiero na początku XIX wieku marokańscy sułtani zniszczyli to gniazdo korsarzy i pod karą śmierci zabronili porywać chrześcijan do niewoli. Gdy sułtani zaczęli tu coraz częściej zaglądać, szukając najkrótszej i najbezpieczniejszej drogi pomiędzy północą, a południem Marokka, ludność tych dwóch miast podzieliła się zasadniczo. Sale pozostało siedzibą dawnych korsarzy i napływających zewsząd Berberów, a w Rabacie osiedlili się wyłącznie Arabowie i Maurowie andaluzyjscy. Niektóre rody andaluzyjskie przechowują podobno do obecnych czasów, klucze od swych domów w Kordobie i Granadzie, porzuconych pod parciem Hiszpanów[136]. O tem mi ani w Rabacie ani w Sale nie opowiadano, ale zato mówiono mi, że w jednej rodzinie andaluzyjskiej przechowuje się stary, hiszpański miecz zdobyczny z napisem łacińskim, głoszącym:
„Nie wyjmuj mnie bez powodu, nie wkładaj do pochwy bez sławy.“
Dziwne wrażenie pozostawiają po sobie Sale i Rabat — miasta, stale z sobą współzawodniczące.
Mieszkaniec białego, stłoczonego, przygotowanego do oblężenia i oporu Sale, z pogardą spogląda na przeciwległy brzeg rzeki i mówi:
— Gdy trzeba znaleźć łgarza — w Rabacie go poszukać należy!
Sale, miasto tajemnicze, zamknięte w sobie, pełne wąskich uliczek, ukrytych za wysokiemi, mocnemi murami domów, z lochami i składami dawnych korsarzy. Jest to miasto kupców śmiałych, o szerokim rozmachu. Byliśmy na herbacie w domu inteligentnego mieszkańca Sale, pana Si Dżafar Naciri, przy ulicy Maanna. Dom odnowiony, lecz zbudowany podług dawnej modły. Jest w nim dużo miejsca na towary i można w nim wytrzymać długie oblężenie, chociaż zamiast niewolników w łańcuchach, pak i bel z łupem, broni białej i palnej, widzieliśmy tu piękną bibljotekę uczonego i gościnnego p. Naciri, portrety Marszałka Lyautey i plan Paryża. Nad miastem, dumnie, w samym środku, panuje meczet, a na dole, u stop skalistego brzegu, wbiegają na piaszczystą plażę długie węże piany, rozbijających się o mieliznę fal Atlantyku.
Rabat coraz bardziej traci wygląd marokańskiego miasta. Już w jego Medina[137] i Mellah[138] zjawiają się coraz to nowe domy europejskie. Na przeciwległej stronie, poczynając od wzgórza Tuarga, gdzie wznoszą się piękne budynki pałacu Generalnego Rezydenta, gmachy urzędów wojskowych i cywilnych, tonących w bujnej roślinności i szpalerach pnących się i kwitnących roślin, dochodzi aż do Medina dzielnica europejska. Olbrzymi park, tarasami zbiegający nadół i przypominający gazony Wersalu, jest napełniony kwiatami, trawnikami i malowniczo uplanowanemi grupami drzew i krzaków. Miasto posuwa się coraz bardziej w stronę tej urzędowej dzielnicy.
Przy zwiedzaniu tego pięknego, nowego miasta, o niezwykłej architekturze, dziwnemi się wydają zębate mury, monumentalne bramy Bab el Alu, Er Ruah, Zaer i inne. Wydają się one jakiemiś sztucznemi dekoracjami na tle oceanu, kołyszącego parowce w niebardzo wygodnym porcie, podlegającym wszystkim kaprysom żywiołów, — a jednak te mury i bramy mówią o czemś, co trzeba tu odnaleźć, zobaczyć, wyczuć i zrozumieć.
Z takim doradcą, jakim był p. A. Leroy, nie było to zadaniem trudnem!
Zawiózł nas pewnego dnia nad samo ujście rzeki, gdzie prąd jej przebija sobie drogę w piasku, wyrzucanym przez morze. Tu, na stromych skałach wznosi się czworobok potężnych murów, od strony miasta dobrze jeszcze zachowanych. Szerokie schody prowadzą do monumentalnej bramy, z kilku armatami, stojącemi przy murach. Skąd te armaty? Nie oglądałem ich, ale myślę, że śród nich znaleźlibyśmy te, które odważni korsarze z „republiki dwóch brzegów“ zdobyli podczas swych napadów na hiszpańskie, angielskie i holenderskie brygantyny handlowe.
Za bramą trafiamy do dzielnicy, pełnej małych domków, dość czystych, starannie zabezpieczonych przed ciekawemi oczyma przechodnia. Ta dzielnica posiada swój meczet i swoje „suk.“ Wszystko to jest małe, lecz zupełnie inne niż gdzieindziej, odrębne, stanowiące swój świat. Przekroczywszy mury tego miejsca, stanęliśmy na ziemi „inkwizytorów Islamu.“ Władcy Mahrebu, w burzliwym XII wieku, przenieśli tu i osadzili szczep Udaja. Stało się to wtedy, gdy Almohadzi zakładali współczesny Rabat, czyli Ribat Et Fath.
Wojowniczy Udaja otrzymali od sułtanów znaczne tereny ziemi, a za to tworzyli oddziały, broniące miasta od zakusów piratów i od najścia cudzoziemców. Z biegiem czasu załoga Kazby Udaja stała się, pod wpływem najznakomitszych uczonych i świątobliwych marabut’ów, opoką prawowiernego Islamu. Udaja stanęli w pierwszych szeregach wojowników o sławę i czystość nauki Proroka, zwalczali heretyków i byli „mieczem kary“ na rozkaz Imama i kierowników Islamu.
Obecnie pozostali tu tylko potomkowie dawnych obrońców Allaha i Proroka, a sama Kazba już w ruiny obracać się zaczęła. Od dawnego zamku obronnego pozostały tylko zwaliska i lochy, gdzie niegdyś torturowano i tracono wrogów Islamu i sułtanów. Ze szczytu skał, gdzie Francuzi zbudowali obszerny taras i postawili sygnalizację morską, odkrywa się cały horyzont. Jak daleko oko sięgnąć może, rozciąga się ocean, zawsze pokryty białemi grzywami fal, niespokojny, ciskający bałwany na wydmy piaszczyste i na skały, wyżarte i wyżłobione przez zęby Atlantyku.
Śród starych figowców, drzew cytrynowych, pomarańczowych i zarośli potężnych kaktusów widnieją wszędzie resztki dawnych gmachów obronnych — murów, ogromnej baszty, ściany byłej szkoły morskiej, a później medersa, domów starszyzny wojowniczego szczepu.
Wszystko to, co pozostało z dawnych, burzliwych czasów, przykryła piękną, szmaragdową szatą natura, ozdobiła kwiatami i barwnemi plamami owoców, złagodziła surowość nieubłaganego zniszczenia lekką gazą mchów, rosnących na głazach i zwojami dzikiego wina.
Gdy patrzyliśmy z tarasu na Rabat, ocean i białe Sale — dusza kasby przemówiła do nas mocnym, dumnym głosem:
„Broniłam tu wiary w Jedynego Boga i Koranu, twardą dłonią wznosiłam nad oceanem sztandar wielkich władców, palonych potężną myślą i zamiarami, których objąć swoim wzrokiem — śmiertelny nie był w mocy. Moja modlitwa „La Illah Illa Allah u Mahomet Rassul Allah — Allah Akbar“ — była dla moich wojowników hasłem bojowem, obietnicą wieczystego szczęścia, potężnym zewem, budzącym niezłomną odwagę i wiarę w zwycięstwo. Patrzyłam z wysokości tych skał na ocean i odpierałam niewiernych zaborców. Tłumiłam powstania Maurów z Andaluzji, gdy porzucali swoją kwitnącą naukę, wspaniałą sztukę, rozległy handel i sięgali po miecze, zwalczając mego Kalifa; ujarzmiałam bunty korsarzy z Sale, tych nawykłych do niepokory i wolności mieszańców wszystkich szczepów i ludów. To ja Kasba Udaja!“...
Tak mówiły te mury, bramy i te porozrzucane wszędzie głazy, śród których Francuzi urządzali muzeum sztuki i przemysłu tubylczego, warsztaty artystów-wyrobników rabackich; tuż, śród starych drzew i kaktusów, w szczelinach murów, w cieniu walących się arkad, gnieżdżą się najbiedniejsze rodziny dawnych obrońców Kasby, bieleje balustrada kawiarni maurytańskiej. W cieniu drzewa pomarańczowego jakiś młody, piękny porucznik francuski, podając rozmarzonej panience tacę z ciastkami, jedną ręką nieznacznie obejmuje kibić swej towarzyszki. Ona się nie wzdraga, bo zaczarowały ją słowa ognistego oficera i łagodny, daleki szmer Atlantyku, upoiły świeże powiewy, zalatujące od oceanu, który, jak olbrzymia szafirowa kopuła, wznosi się przed oczami. Na tarasie małego domku arabskiego trzy kobiety, owinięte w burnusy, ukryły się za drzewami i przyglądają się młodej, pięknej parze. Z blasku oczu, z nerwowych ruchów rąk, zaciskających pod szyją „haiki“, można było odgadnąć myśli, pragnienia i marzenia mieszkanek starej kasby. Runęły jej mury, broniące dostępu od strony rzeki; lecz twarde i niewzruszone pozostały mury, oddzielające kobietę Islamu od jej własnych żądz i upodobań. Wzdychały więc, z niejasną, nieobjawioną tęsknotą bronzowe kobiety i patrzyły jarzącemi się oczyma na szczęście białej dziewczyny — pani swego serca i swej duszy...
Wyszliśmy przez bramę na cmentarz El-Alu i stanęliśmy prawie nad samym brzegiem oceanu. Na lewo stała latarnia morska, dalej ciągnął się port z dwoma statkami, niemiłosiernie rzucanemi przez fale; czarny holowiec ciągnął dwie krypy z towarami, zdążając do okrętów; jeszcze bardziej na lewo bielały wille francuskie w nowej dzielnicy — „quartier de l’Ocean“, połyskiwały dachy koszar, wznosiły się wierzchołki drzew. Obejrzeliśmy się. Kasba Udaja, milcząca, potężna, górowała ponad wszystkiem.
Jej mury i ruiny nie przypominają siedziby krwawego Mulej Izmaila. Tam, w Meknesie, wyczuwać się daje niepokój, jakiś nie dający ukojenia i zadowolenia wysiłek, jakaś ciągle przerywana i zmieniana myśl sułtana Alauita. Tu — spokój, pewność, myśl, ujęta w nieruchomość kamienia. Kasba Udaja — to potężne gniazdo, gdzie tliła się myśl, zdolna stać się groźną dla całego świata, mówi o tem, o czem rozpowiadają głazy i baszty ruin zamków Wikingów, tych duchów mórz i aniołów zniszczenia i przelewu krwi.
Lecz szukajmy śladów władców-budowniczych tej potęgi i myśli, co żyły tu, na tych skałach nad Atlantykiem, co pozostawiły po sobie te wieczyste ruiny, a same przeszły na zawsze do legend i tajemniczych podań szczepów berberyjskich!
Przecięliśmy część miasta i zatrzymaliśmy się u stóp wieży, nie posiadającej żadnego zakończenia; jak gdyby szczyt jej runął, lub nigdy nie był zbudowany. Dokoła — ruiny meczetu i cały las okrągłych kolumn, albo zburzonych, albo nie wykończonych. Wszędzie stare drzewa, gęste i wysokie; śród kolumn — wybujała trawa i zarośla krzaków.
Jesteśmy przed słynną wieżą Hassana, jedną z najpotężniejszych budowli Marokka.
Znowu z mroku wieków wyłania się postać jednego z potężnych emirów dynastji Almohadów. Sułtan Jakub el Mansur rozkazał słynnemu budowniczemu, który wzniósł wieżę Giralda w Sewilli, stworzyć nowy „cud świata“ — tu, na brzegu burzliwego oceanu, w pobliżu najżyźniejszych i najbogatszych połaci kraju, na drodze od Morza Śródziemnego do Wysokiego Atlasu i dalej, do serca Afryki.
Co się stało, że ani wieża, ani meczet, ani piękna kolumnada nie zostały wykończone i cierpliwie czekają, aż czas-burzyciel, ludzie i wypadki zniszczą doszczętu jakąś myśl El-Mansura i natchnienie artysty?
Zdaje się, że historja nie może dać stanowczej odpowiedzi na to pytanie? Może legendy berberyjskie coś o tem mówią?
W Rabacie, Sale i Marrakeszu nic nie słyszałem o wieży Hassana i meczecie El-Mansura. Dowiedziałem się tylko, że w tych ruinach w pewnym okresie czasu kwitł kult Proroka, a muezzini ze szczytu Hassana wykrzykiwali o wschodzie i zachodzie słońca modlitwę do Allaha. Dopiero w Biskrze jakiś włóczęga-mnich, poczęstowany przeze mnie kawą i obdarzony frankiem, opowiedział mi legendę wieży Hassana.
„Na tem miejscu, gdzie zwycięski Mansur zamierzał zbudować świątynię Allaha, od wieków stał wysoki kamień z jakiemiś tajemniczemi znakami. Tubylcy nazywali go „haira Faraun“, co znaczy „kamień Faraona“. Przed niebezpiecznemi wyprawami korsarze przynosili tu ofiary: białe gołębie i kawałki szkła.
„Gdy El-Mansur zburzył ten kamień, śród ludności powstał niepokój. Powtarzano sobie wzajemnie, od dziadów przekazaną przepowiednię, że burzyciel nigdy żadnego swego zamiaru nie wykona, a prochy jego pokryją chwasty i gruzy. Podobno trzęsienie ziemi kilkakrotnie burzyło wystawione przez Mansura ściany i kolumny i nikt już więcej nie odważał się prowadzić dalszej budowy.“
Legendzie można wierzyć lub nie wierzyć, ale czyż cała historja Almohadów nie jest szeregiem ogromnych zamiarów, wysiłków myśli, polotu fantazji, jakiejś tajemnicy, niedopowiedzianych i nieurzeczywistnionych marzeń?
Rzeczywiście, ten założyciel dynastji, — góral z plemienia Masmuda z Atlasu, imieniem Ibn Tumert, jest postacią bardzo tajemniczą. Z podróży po Hiszpanji i po Wschodzie przywiózł on mistyczną naukę „El-Monahedun“[139] — wiarę w Jedynego Boga; był prorokiem-moralistą, ściganym przez sułtanów Almorawidów; zjednoczył plemiona górskie dla wielkiej wojny, lecz wkrótce potem umarł. Jego następca Abd el Mumen zdobył tron Mahrebu, odpierał Normanów i Arabów, lecz jednocześnie przyczynił się najwięcej do „arabizacji“ Berberów, podbiwszy i osadziwszy, plądrujących kraj Arabów, po miastach i miasteczkach. Następni Almohadzi walczyli o Islam z chrześcijanami i heretykami, prowadzili wojny domowe przeciwko potomkom Almorawidów i Arabów, zasiedli na tronie czarnych władców w Hiszpanji, gdzie stare opowieści przechowały imię Almanzora[140]. Sułtan El-Mansur zjednoczył cały Mahreb, rządząc z Marrakeszu, słynąc jako protektor nauki, literatury i sztuki, jako wielki budowniczy, władca wyrozumiały dla innych kultów, mądry organizator, lecz jednocześnie wprowadził zniewieściałość, niebezpieczną dla Berberów-wojowników, wyrafinowane i wspaniałe życie przy dworze i w miastach.
Po jego śmierci rozpoczął się upadek dynastji, wreszcie wraz z ostatnim Almohadem znikło królestwo Maurów w Hiszpanji.
Najwyższy i najwspanialszy rozkwit i potęga i obok, jak przekleństwo, — zmora upadku!
Merinidzi, zwalczywszy tą wspaniałą dynastję, odrestaurowali i przekształcali Mahreb tak gruntownie, że pamięć o Almohadach pozostała tylko w zbudowanych przez nich gmachach i w rzadkich podaniach ludowych. Merinidzi, nieraz ścigani przez Almohadów, odpłacali tem samem i wypleniali wszelkie ślady swych wrogów.
Może w tragedji wieży Hassana i meczetu Mansura w Rabacie działała niewidzialna ręka Berberów-Zenetów, z których wyłonili się Merinidzi?
Żeby nie pozostawić po Almohadach nawet uroku ich panowania, nowi władcy postanowili założyć tu swój panteon. Tu powstały piękne sarkofagi-mauzolea Merinidów: Abu Jussef Jakuba i Abul Hassan Ali; żebracy wskazują tu kamienie, pozostałe po meczecie, gdzie pierwszy z tych sułtanów złożył prochy swej żony — Omm el Ziz; inna znowu królowa, żona sułtana Hassan-Ali, pochowana została wraz z mężem. Była to chrześcijanka, Hiszpanka; uznała ona naukę Proroka, a, jak głosi jej imię „Czems ed Duha“, była „porannem słonkiem“ dla „czarnego sułtana“ i nie rozstała się z nim po śmierci. Lud pamięta tę umiłowaną przez sułtana kobietę-cudzoziemkę, bo była miłosierna, bo „dotknięciem ręki leczyła rany, dźwiękiem głosu — troski.“ Dano jej imię Lalla Czella — święta pani Czelli.
Czella!...
Cały ten cudowny zakątek nosi nazwę „Czella“. Tu niegdyś powstały pierwsze siedziby ludzkie. Mieli tu swe składy Fenicjanie, tu przebywali Rzymianie, tu osiedlali się Berghuata i piraci z „republiki dwóch brzegów“. Na wspaniałych mauzoleach Merinidów przetrwały wieki, rzeźbione stalaktyty sklepień, rzeźby, marmury i napisy; dalej ponad wierzchołki drzew podnosi się minaret, połyskujący na słońcu emalją; toną w roślinności, wybujałej i triumfującej, ruiny meczetu, gdzie, jak twierdzi legenda, zjawił się sam wielki Prorok i modły do Allaha zanosił; trochę na uboczu wytryska z ziemi źródło, tu na tej starej, świętej ziemi posiadające moc cudowną uzdrowienia i pocieszenia, bo z niego czerpała wodę dla ukochanego małżonka Lalla Czella, „słonko poranne“.
Merinidzi otoczyli swój panteon murami i przecięli go bramą o dwóch ośmiograniastych, zębatych basztach po bokach.
Stańmy przy tej bramie, tam, gdzie zbiega nadół ku rzece, zielony spadek niewielkiego pagórka i spójrzmy na grobowce władców, na resztki meczetu, na połyskujący minaret! Narazie jakaś cicha radość spływa do serca, później lekki obłok smutku ją przyćmiewa, a po chwili jakaś niepojęta trwoga, a może gorycz zatruwa serce...
Oczy nie mogą się dosyć nacieszyć pięknym widokiem, pogodnym, barwnym krajobrazem. Wysokie, szmaragdowo-zielone drzewa; bujne, gęste krzaki; łąki świeżej soczystej trawy; pałające ogniem na słońcu, bijące w oczy plamy pomarańcz, granatów, cytryn i kwiatów wszelkich odcieni, pnąc się i zwisając ku ziemi, przykrywają zupełnie rozpadające się mury, meczet i porozrzucane, ciosane niegdyś kamienie i kolumny. Połyskują tylko ściany minaretu i różowemi i białemi ścianami świecą grobowce Merinidów-władców, lecz i tu drzewa rozrosłe, jak nigdzie w Marokku, wysyłają coraz to nowe pędy i gałęzie coraz wyżej i wyżej, usiłując przykryć to, co jeszcze połyskuje i świeci się bielą ścian.
Nielitościwą, obojętną jest natura i bezwzględną! ani na chwilę nie zatrzymuje swego biegu życia! Pomiędzy Tolą i Orchonem[141], w sercu Azji, widziałem przed laty naturę i życie, które przykrywały szmaragdami traw i barwnemi bukietami kwiatów, tysiące trupów chińskich żołnierzy, poległych tam w bitwie, a dokoła wrzało życie: uganiały się ptaki i drobne zwierzątka, uległe głosom wiosny i miłości.
Tu na zachodnim krańcu Afryki, widziałem tę samą obojętność i bezwzględność! Tu — w Czella, wspaniała roślinność usiłuje zatrzeć ślady tych, co już dawno odeszli; barany i krowy pasą się na tej ziemi, której dotykali „czarny sułtan“, groźny i zawzięty, siedem lat i siedem dni oblegający Tlemsen, jego żona Hiszpanka, emir Hassan Ali, święci uali Et Taghi, Bu-Mnina, a, jak głosi legenda, nawet sam Mahommet, posłaniec Allaha!...
Wspaniała jest ta obojętność, bo w niej się zawiera potęga i zwycięstwo życia, lecz niewysłowiony smutek zakrada się do duszy. Przygasają blaski słońca, barwy drzew, kwiatów, trawy i wody...
I nagle trwoga rodzi się gdzieś głęboko w sercu. Trwoga na myśl, że nietylko anioł ukojenia i przebaczenia odwiedził Czella, lecz i anioł zemsty i nienawiści.
Dzieje Marokka znają ten moment, gdy przeciwko Merinidom powstały szczepy pod dowództwem „mahdi“, pretendującego do tronu Mahrebu. Ten powstaniec był potomkiem ostatnich Almohadów, długo jeszcze opierających się potędze Merinidów. Mahdi mścił się na sułtanie za zwyciężoną dynastję, ścigał z namiętnem, szalonem okrucieństwem i wreszcie, przewidując swoją klęskę, zburzył Czella. Wojska sułtańskie z kasby Udaja odparły go; nie zdążył on dokonać dzieła zniszczenia, i grobowce „czarnego sułtana“ i jego następcy — pozostały nietknięte.
Jednak sama natura Atlasu, skąd przyszli Almohadzi, wciąż jeszcze prowadzi walkę z Merinidami, pragnie skryć ich mauzolea przed oczyma ludzi. Te drzewa, co zdobią Czella i nadają jej malowniczości, są potomkami tych, które zostały tu zasadzone przez władców — górali. Przywieźli je z ziemi ojczystej.
Arabski historyk Ibn Khaldun[142] tak opisuje ojczyznę Almohadów:
„W czasach, na długo poprzedzających Islam, szczep Masmuda władał górami Deren, które należały do najwyższych w świecie. Korzenie tych gór dochodziły do głębin ziemi, szczyty zaś wznosiły się do nieba i zapełniały przestrzeń swoim ogromem. Na tych szczęśliwych obszarach, którym natura dała wszystkie dary, roślinność posiadała nadzwyczajną siłę. W górach wytryskiwały liczne źródła, krzaki pokrywały glebę grubym kobiercem, liczne lasy rzucały swój cień w dolinach“...
Przeniesiona z tych szczęśliwych miejsc na brzeg Oceanu roślinność Atlasu wybujała, ciesząc wzrok władców, a gdy oni znikli, mściwa i potężna, korzeniami swemi zrzuca grobowce z ich posad i rozrasta się dalej i szerzej, kryjąc przed słońcem i wzrokiem ludzi panteon wrogiej dynastji.
Krwawa zemsta berberyjska przechodzi z pokolenia na pokolenie, a jej prawu posłuszni są nietylko ludzie, lecz zwierzęta, drzewa i kamienie nawet...



ROZDZIAŁ XXIII.
SUŁTAN MAROKKA.

Pewnego piątku p. A. Leroy zaproponował nam przejażdżkę do pałacu sułtańskiego, abyśmy byli obecni przy wyjeździe Sułtana do meczetu.
Pałac, czyli Dar El Mahzen, stoi poza murami miasta, niedaleko od bramy Zaer. Pomiędzy pałacem a dzielnicą francuską rozciąga się obszerny plac, gdzie odbywają się rewje wojskowe. Na przeciwległym końcu placu połyskuje białemi murami i minaretem meczet Es-Sunna. Gdy podjechaliśmy do pałacu, ujrzeliśmy oddział wojska. Wspaniali jeźdźcy, w białych burnusach i zawojach, z opartemi na kolanach krótkiemi karabinami, otaczali cały plac i nie dopuszczali zbiegowiska widzów. Przed bramą pałacową, otwartą naoścież, stała kompanja czarnej gwardji. Tęgie chłopy w białych szarawarach i krótkich białych kurtkach, w czerwonych fezach na głowach i z karabinami w ręku. Za nimi ugrupowała się orkiestra. Zatrzymaliśmy się niedaleko bramy. Pan Leroy porozumiał się z grupą dygnitarzy pałacowych, stojących przy wejściu i oczekujących na sygnał rozpoczęcia ceremonji. Po chwili wpuszczono nas do wnętrza pałacu, gdzie wskazano miejsce na galerji, otaczającej całe podwórze. Tu ujrzeliśmy dużą grupę pałacowych urzędników, wyższych mułłów, służbę dworską i osobistą orkiestrę Sułtana. Stanowiło ją pięćdziesięciu muzykantów, w bogatych, barwnych strojach, kapiących od złota i srebra. Przeważnie była to młodzież, nawet chłopcy po 12 do 15 lat. Wszyscy mieli trąby różnego rodzaju, drewniane klarnety i piszczałki.
Wkrótce otwarła się brama, prowadząca do wnętrza pałacu. Ujrzeliśmy zakątek wspaniałego parku, biały, nowej budowy pałac, z szerokiemi schodami wejściowemi, gdzie stało dwóch czarnych wartowników. Rozległ się dźwięk trąbki, a wtedy do schodów pałacowych podjechała mała zielona karetka, ozdobiona czerwonemi arabeskami i złoceniem. Karetkę ciągnął biały kucyk, straszliwie wypasiony i przyozdobiony pióropuszem.
Sułtan wyszedł z pałacu i usadowił się w karetce.
Przy wjeździe karetki na dziedziniec, gdzieśmy stali, tłum dworaków ugrupowany w dwa szeregi, złożył niski pokłon, orkiestra wydała przeraźliwy, powitalny okrzyk i zaczęła grać jakąś skoczną, a dość fałszywą, melodję.
Pochód ruszył ku bramie.
Na jego czele jechał wezyr na białym koniu pod czerwonem siodłem i czaprakiem, a za nim szli dostojnicy pieszo, posuwistym, wolnym krokiem. Tylko jeden z dworaków szedł inaczej. Był to wysoki, zupełnie czarny starzec, bardzo gruby, o rzadkiej siwej brodzie. Zdaje się, że był to naczelnik eunuchów. Kroczył twarzą do Sułtana, plecami w kierunku ruchu, ale szedł tyłem tak pewnie i szybko, iż widocznem było, że do takiej wprawy doszedł przez długie ćwiczenie.
Tuż przy przednich kołach karetki, zaraz za niewolnikami, prowadzącymi kucyka za uzdę, szło dwóch dworzan. Ciągle wymachiwali długiemi pasmami jedwabiu, odganiając muchy od osoby władcy.
Za karetką wystrojeni niewolnicy i masztelarze prowadzili siedem osiodłanych koni — na każdy dzień tygodnia konia innej maści, pod innem siodłem.
Przyjrzeliśmy się władcy Marokka.
Mulej Jussef, sułtan z dynastji Alanitów, panuje pod protektoratem Francji, robiąc wielkie postępy w kierunku włączenia swego kraju do ogólnego prądu cywilizacji współczesnej. Jednak anarchiczne usposobienie Berberów, pewne dynastyczne niesnaski, agitacja, prowadzona przez niektóre bractwa religijne, kierowana przez marabut’ów, w nowszych zaś czasach tajna, burzycielska robota agentów sowieckich, nieraz — ciemnemi chmurami zasłaniają życiowy horyzont Sułtana. Ta chmura odbiła się na twarzy Mulej Jussefa. Blada, rozlana, rozumna twarz, o tęsknych oczach i zmarszczkach — śladach uporczywych ciężkich myśli — świadczy wyraźnie o życiu, pełnem trwogi i troski.
Orkiestra wita władcę grzmiącym marszem, wojsko prezentuje broń, a później, wyciągnąwszy się szpalerem, konwojuje orszak sułtański aż do meczetu El-Sunna, gdzie władca będzie się radził Allaha i prosił go o pokój dla kraju, świetność i o szczęście dla swego panowania.
Powracamy do hotelu, przecinając francuską dzielnicę. Dziwnemi się wydają malowniczy pałac Rezydenta, gmachy urzędów, piękne wille, ciągnące się aż do brzegu Oceanu; starannie i artystycznie utrzymane ogrody i parki, obok wyglądających z różnych stron różowych murów i bram ze staremi napisami; pełnej zadumy i rzewności Czella; zagadkowej wieży Hassana; potężnego czworoboku kasby Udaja i widzianego przed chwilą orszaku Sułtana, jego czarnej gwardji, prastarej etykiety i odganiaczy much.
Jednak chociaż zdumienie przeważa narazie, po chwili zjawia się uczucie dumy, mimowolna radość, że cywilizacja białej rasy umie uszanować i przechować zabytki przeszłości nietylko w kamieniu lub bronzie, lecz w obyczajach i kulcie, że potrafi spokojnie kierować swoją pracą i życie obok obcego duchem prądu myśli i życia odmiennych ludów.
Gdy podczas swoich podróży zdarzało mi się zagłębiać w masę kolorowych ludzi, zawsze czułem niebezpieczeństwo, grożące im ze wszystkich stron, ich bezradność i trwogę przed nieznaną przyszłością. Tu zaś miałem uczucie, podobne do tego, gdy do ciężko chorego, zagrożonego śmiercią człowieka, już przybył lekarz, albo gdy przed płonący dom zajechała straż ogniowa.
Mimowoli wzrok szuka minaretu Czella, szczytu Hassana i murów Udaja — tego wszystkiego, co tak przekonywująco mówiło o niegdyś trawiących kraj ten ciężkich chorobach i niszczących go pożogach...



KAZABLANKA
ROZDZIAŁ XXIV.
KU ŚNIEŻNYM SZCZYTOM.

Pożegnaliśmy naszych przyjaciół, panów Urbain Blanc i A. Leroy, a także sympatyczną rodzinę obywatela polskiego, p. Zeidnera, znanego tu dentysty-lekarza, i ruszyliśmy na południe. Zatrzymaliśmy się na krótko w Kazablance, która nie jest dla podróżnika interesującą. Francuskie miasto i port, które już pochłaniają starą dzielnicę tubylczą, posiada ludność dziwacznie mieszaną. Wszystkie europejskie narody mają tu swych licznych przedstawicieli: Amerykanie, Hindusi, Persowie, cała ta zbieranina zupełnie prawie zasłoniła sobą berberyjską, arabską i żydowską ludność. Port, jak każdy port, przywabił tu przeróżne warstwy społeczeństwa, różne charaktery i indywidualności. Sporo jest tu „szumowin Europy“, ale są też dość ruchliwe jednostki, co prawda nieraz mało moralne i towarzysko niezupełnie możliwe. Z tego powodu podobno rząd francuski miał pewne zastrzeżenia i pretensje do władz Protektoratu, lecz marszałek Lyautey, jak mi opowiadano, bardzo słusznie zauważył, że „nie można kolonizować kraju wyłącznie zapomocą niewinnych dziewic“...
Obok Kazablanki kolonizacja istotnie rozwinęła się szybko i energicznie, a miasto posiada znaczny przemysł i handel.
Spotkaliśmy tu przyjaciela — redaktora „La Presse Marocaine“, p. Jean Renaud, który jako oficer francuski spędził całą wojnę bolszewicką w Polsce i wydał bardzo interesującą książkę „Les loups dans les steppes“.
Zabawiliśmy więc tylko dwa dni i wyjechaliśmy do Marrakeszu, stolicy berberyjskiej, do „Paryża Mahrebu.“
Żyzną i energicznie uprawioną okolicą dotarliśmy do rzeki Urn Er-Rebia. Pola, pastwiska, duże osady, jak Ber-Reszid, Settat, Ben Abbu nagle — znikają. Otacza nas kamienista, miejscami zupełnie naga, martwa pustynia, gdzie spotkać tylko można kroczące karawany wielbłądów, autobusy, tor kolejki wojskowej, jaszczurki i skorpjony. Ten nużący swoją jednostajnością krajobraz ciągnie się aż do grzbietu Dżebillet, gdzie natrafiamy na małą osadę berberyjską z kubbą koło niej, kilku drzewami i strumykiem, przy którym wypoczywało stadko owiec pod dozorem pastuchów i psów. Wijącą się drogą przecinamy ten grzbiet, wjeżdżamy w wąską rozpadlinę i nagle widzimy przed sobą Marrakesz. Właściwie nie samo miasto, lecz oazę, otaczającą je ze wszystkich stron, oprócz południa, gdzie stara stolica berberyjska styka się z pustynią, dochodzącą aż do przedgórzy Atlasu.
Przed nami na olbrzymiej przestrzeni stoi las, ciemno-zielony las palm daktylowych. Gdzieniegdzie bieleją w oddali, szczególnie koło oderwanej od macierzystego grzbietu góry Gheliz, jakieś białe budynki.
Marrakeszu — rodzinnego miasta Almohadów, rynku dla całego Marokka i środkowej Afryki, nie widać stąd, tylko gdzieś daleko za połyskującą wstęgą rzeki Tensift, jak „igła Kleopatry“ wcina się w ciemno-szafirowe niebo wieża. To Kutubia, minaret przy meczecie, zbudowanym przez Jakóba El Mansura, a projektowanym przez twórcę Giraldy w Sewilli i tragicznej baszty Hassana w Rabacie.
Droga wybiega do oazy. Na prawo i na lewo od niej wysokie, zgrabne konary, uwieńczone koronami pierzastych liści i kiściami czerwonych lub złocisto-żółtych owoców. Są to palmy daktylowe, Phoenix dactylifera. Całą oazę podzielono ubitemi z ziemi murami na kwadraty prywatnych posiadłości, wszędzie znaleźć można sadzawki i potoki z mknącą wodą. Ludzie, stada owiec i wielbłądy ożywiają ten krajobraz. Wyczuwa się jakiś spokój, dobrobyt i gościnność. Zbyt malowniczo dokoła, tak dużo szmeru wody, śpiewu ptaków, ciepłych przewiewów, łagodnego cienia, tak pogodne jest i jasne niebo, że niema tu miejsca na nienawiść i spory! Odrazu uczucie radości ogarnęło nas, i zapomnieliśmy o kurzu i znużeniu, gdyż w niespełna trzy godziny machnęliśmy 235 kilometrów. Wjeżdżamy do dzielnicy Gheliz, gdzie osiedlili się Francuzi, chociaż pozostało tu dużo ukrytych za murami i śród palm domów bogatych Arabów i Berberów. „Hotel Baszy“!... Tu właśnie stajemy. Naokoło drzewa eukaliptusowe, a przed nami znowu las palmowy, przecięty szeroką, doskonale brukowaną ulicą, zakończoną ścianą palm i kształtną sylwetką minaretu Kutubia.
Czekaliśmy na wanny, gdy nagle wbiegł dyrektor hotelu i z krzykiem:
— Niech państwo idą prędzej, prędzej! — znikł.
Wybiegłem za nim. Wprowadził mnie do pokoju, z oknami, wychodzącemi na południe.
— Proszę patrzeć! W tym czasie nigdy się to nie zdarza!
Nad koronami palm, o jakie 50—60 kilometrów od Marrakeszu zaczynają się podnosić, piętrząc się coraz wyżej i groźniej, grzbiety Wysokiego Atlasu. We wrześniu i w październiku najwyższe szczyty pozostają jeszcze pokryte białemi obłokami. Widać zwykle tylko szafirową ścianę gór. Teraz zaś nad tą ścianą połyskiwały lśniące śniegiem i lodowcami najwyższe szczyty. Szybko zaczęły one zmieniać kolor, bo w zachodzącem słońcu powlokły się różową patyną, narazie jeszcze skrzącą się, lecz po chwili zgasłą i matową, a następnie wszystko znikło za opadającą zasłoną gęstych obłoków. Zjawisko trwało zaledwie kilka minut, lecz było wspaniałe i piękne. Znowu się przekonałem, że szczęście towarzyszy mi w podróżach, bo te szczyty śnieżne i dziewicze były dobrą wróżbą dla mnie, wciąż jeszcze gorączkującego i pokaszlującego dość żałośnie.
Lecz tu, w Marrakeszu, nikt nie potrafi chorować! Czułem to wyraźnie, gdy wdychałem pomimo upału czyste, świeże powietrze, w którem się rozpuszczały strugi niewidzialne, zalatujące od śnieżnych grzbietów.
W Rabacie byłem tak słaby, że gdy p. Urbain Blanc, porywczo, z ogniem opowiadając mi o Marokku, brał mnie za guzik mojej kurtki i zlekka pociągał ku sobie, chwiałem się na nogach, a teraz tu, już po godzinie pobytu, czułem się silny i zdolny do przejścia przez lodowce Atlasu.
Wszyscy chorzy na ciele i duchu, wszyscy powinni jechać do Marrakeszu! Tam, w cieniu palm, w pięknych parkach, w zaciszu panteonu szerifów Saadien, w obliczu wyniosłej Kutubia lub przy grobowcu Jussef Ben Taszfin’a, przy ożywczych fontannach z wodą, mknącą ze śnieżnych pól Atlasu, odlecą od nich choroby i troski. Zostanie, być może, smętek, obłok tęsknoty, lecz to takie lekkie, powiewne, jak miraż w pustyni, jak szmer padającej strugi wody w fontannie Siddi Hassan...
Dlatego mają tu swe domy, wille i pałace sam Sułtan, „wielcy kaidowie“ gór, baszowie, imamy, bogaci kupcy z Fezu, Meknesu i Rabatu, a wcale nie dlatego, że Marrakesz jest „Paryżem Marokka“, gdzie w pewnych okresach samych tancerek i śpiewaczek wiotkich, pięknych i namiętnych — liczą na tysiące. Nazajutrz od rana byliśmy już z Zochną na mieście. Mieliśmy od ministra p. Blanc list, polecający nas jednemu z wybitnych urzędników administracji francuskiej, lecz przedtem, chcieliśmy przebiec przez miasto, aby się trochę zorjentować i zyskać ogólne wrażenie.
Nic nadzwyczajnego naraz nie widzieliśmy, oprócz pięknej baszty Kutubia i meczetu przy niej. Meczet — ogromny, imponujący gmach, po części jest już skazany na ruinę. Meczet trwa w dobrym stanie. Przez całą swą wysokość, dosięgającą 67½, metrów, Kutubia zbudowana jest z ciosanych kamieni, ozdobiona emalją, barwą swoją przypominającą najdroższe turkusy perskie. Posiada siedem pięter, a prawie każde ma własne, nigdzie nie powtarzające się detale architektoniczne: mozaikę, kopułę, kolumny, piramidalne dachy, stalaktyty. Na szczycie minaretu połyskują trzy złote kule, odlane z klejnotów, ofiarowanych przez żonę sułtana El-Mansura. Cała plejada duchów broni tych kul, a każdego, ktoby się odważył sięgnąć po nie, oczekuje klęska.
O jakie 300 kroków od Kutubia stanęliśmy przed „kubbą“ o dziwnej architekturze. Jest to miejsce, otoczone czterema murami, lecz bez zwykłej kopuły. Nad grobowcem zwisają gałęzie jedynego drzewa. Przy murze w cieniu siedział dobrze ubrany tubylec. Mówił po francusku. Dowiedzieliśmy się, że staliśmy przed grobowcem założyciela dynastji Almorawidów — sułtana ben Taszfin, który zjawił się na początku XI-go wieku, jak burza, jak płomień niszczący, wynurzywszy się z rodzimych oaz Sahary poto, aby podbić plemiona górskie, zbudować Marrakesz, utwierdzić tu wiarę w Allaha i przekazać swym potomkom dalszy podbój, który ich poprowadził aż na tron Andaluzji.
— Dlaczego grobowiec nie posiada kopuły lub dachu? — zapytałem.
— Cień sułtana wychodzi z grobu i odlatuje — każdej nocy na północ i wschód, strzegąc granic dawnego Mahrebu! — odpowiedział Arab. — Gdy była zbudowana pierwsza kopuła, cień zburzył ją tej samej nocy, a później robił to kilka razy. Teraz nikt się nie odważa tamować cieniowi drogi, bo to grozi wielkiem nieszczęściem!...
Wnętrze miasta przedstawia wszystko to, co już znamy w Marokku. Handlowe „suk“ są przepełnione towarami różnych gatunków. Jedyną osobliwością tych „suk“ są wyroby ze skóry haftowanej srebrem, złotem i jedwabiem, oraz broń. Tu, śród szabli i kindżałów można jeszcze znaleźć okazy stare i rzadkie. Właśnie nabyłem dwa takie. Jeden tak zwany „khenżer“, krzywy nóż plemienia Suss w pochwie z cyzelowanej miedzi, drugi — „szula“, broń szczepu Szleu, o prostej, wąskiej klindze w pochwie z miedzi, ozdobionej pośrodku kawałkiem aksamitu. Przyglądaliśmy się biżuterji berberyjskiej, a najbardziej charakterystyczne okazy Zochna nabyła dla siebie. We wszystkich tych klejnotach, jak djademach, bransoletach na ręce i nogi, kolczykach oraz w dużych ozdobach, noszonych na piersi na łańcuszkach, widać niezawodnie wpływy bizantyńskie i perskie. Zdobią je bursztyn, emalja i kabuszony z barwnych kamieni lub szkła. Dzikie to i barbarzyńskie klejnoty! Szczególnie zainteresowały nas srebrne bransolety z kolcami na zewnątrz, zupełnie takie, jakie noszą kobiety Afryki Środkowej. Być może, że Almorawidzi, po zdobyciu Tombuktu i Senegalu, przywieźli tę modę z nad brzegów Senegalu i Nigru.
Kilka meczetów, ogrody, otoczone murami, potężne, z różowej ziemi ubite mury i tunele bram w nich, Medina i Mellah, — są takie, jak wszędzie, jeżeli wyłączymy Fez; wszystko to już znane i widziane kilka razy. Przebiegaliśmy to obojętnie. Dłużej zatrzymaliśmy się w pałacu Bahia. Jest to bez planu zbudowany gmach, podług mody andaluzyjskiej, zbiorowisko przepysznych, wspaniałych sal, patio, wewnętrznych ogrodów, basenów, fontann i pięknego parku. Wszędzie rzucają się w oczy mozaika, marmury, malowany i rzeźbiony cedr. Coś ponurego wyczuwa się w mroku tego pałacu. I rzeczywiście, tu w ciągu kilku dni spoczywało ciało sułtana Mulej El-Hassana i „rządziło Mahrebem“, ponieważ wezyr-negr ukrywał wieść o jego zgonie, czekając na przyjazd prawowitego następcy — Abd-el-Aziza. Teraz mieszczą się tu oficjalne apartamenty marszałka Lyautey, gdy zjeżdża do tego miasta.
Wąskiemi uliczkami wyszliśmy na zatłoczony plac, na którym stał urząd municypalny. Od chwili, gdyśmy wręczyli tu list p. Blanc, mieliśmy cudownego przewodnika — p. Delarue, jednego z wyższych urzędników, bardzo inteligentnego, wesołego i posiadającego język arabski. Kochał ten kraj, jego ludzi, ich obyczaje i zewnętrzne formy ich życia. Znał tu wszystko i wszystkich, cieszył się wielką przyjaźnią tubylców i czuł się śród nich doskonale. Pan Delarue przedstawiał najbardziej pożądany typ urzędnika w kolonjach.
Nasz nowy przyjaciel zaczął od tego, że zaprowadził nas na szczyt pałacu, gdzie się mieściła jego instytucja i pokazał nam cały Marrakesz odrazu. Morze płaskich dachów i tarasów, z tłumami kobiet na nich, korony drzew, podnoszących się z ogrodów gmachów Bahia, minarety, place, ściana lasu palmowego i wreszcie od południa, podobny do grzbietu olbrzyma-węża, mur Wysokiego Atlasu — wszystko to było przed nami. Znacznie bliżej, bo tuż u naszych stóp, przed budynkiem urzędu municypalnego, leżał plac Dżema el Fna. Otoczony ze wszystkich stron straganami tubylców i francuskiemi budynkami, plac przedstawiał barwne i podniecające widowisko. Tłumy białych postaci Berberów i Berberek, ciemno-granatowe burnusy koczowników z Sahary; osły, dźwigające na grzbietach kosze, pełne kolorowych pomidorów, różowych winogron, fioletowych fig, żółtych cytryn, czerwonych pomarańcz i granatów; jeźdźcy w zawojach, z trudem wstrzymujący gorące rumaki, czarni niewolnicy; wielbłądy — to zbiorowisko ludzi i zwierząt, ta wichura barw i odcieni — przykuwały do Dżema el Fna nasz wzrok i uwagę. Przed południem odbywa się tu targ, bo jest to główny rynek-bazar, gdzie przybywają z gór Berberowie ze swemi produktami i zwierzętami. Po południu jest tu... klub, publiczne miejsce rozrywek, najbardziej uczęszczana część miasta dla przechadzek.
Po południu tłum nie jest mniejszy, ale już nie widać tego ciągłego przelewania się potoków ludzkich w różnych kierunkach. Tłum staje się mniej ruchliwy, bo rozbija się na wielkie grupy, które kołem otaczają jakichś ludzi; nieraz godzinami się nie rozchodzą, patrząc i słuchając. W te godziny przybywają na plac śpiewacy, muzykanci, akrobaci, poskramiacze wężów, znachorzy, wróżbiarze i jeden Allah wie, kogo tu niema!
Poważni bardowie i religijni poeci, znawcy i twórcy „madih“, czyli poezyj, wysławiający Proroka, tylko zrzadka tu zaglądają. Mają inny teren, siedzą bowiem w cieniu drzew na placyku w pobliżu meczetu Kutubia. Opowiadano mi z róźnych stron, że w Marrakeszu nie odczuwa się żadnej politycznej agitacji. Tu może więcej, niż w innych miejscach Marokka, życie tubylców płynie swoim własnym prądem, wcale się nie łącząc z życiem francuskiej administracji. Nie wiem, czy można to brać całkiem dosłownie, jednak stwierdzam, że tu się wyczuwa przyjacielskie współżycie Berberów i Arabów z Europejczykami i nie widać tych podejrzliwych i wrogich spojrzeń, jakie dają się pochwycić w Taza, Fezie i nawet w Sale.
— A! — zawołał p. Delarue, zaglądając nadół. — Dziś mamy zaklinaczy wężów. Pokażę państwu coś zabawnego!
Zeszliśmy do biura i p. Delarue zawołał woźnego „czausz‘a“ i coś mu objaśnił.
Wkrótce „czausz“ powrócił i wprowadził do gabinetu p. Delarue wysokiego, chudego Berbera z dwoma długiemi koszykami, obwiązanemi płótnem. Ukłonił się, wypowiedział powitalny frazes i usiadł na podłodze w głębi pokoju. Zdjął płachtę z jednego kosza i, zakasawszy rękawy brudnego burnusa, zapuścił do kosza rękę. Po chwili wyjął grubego węża, długiego na metr i rzucił go na posadzkę; za tym wężem zjawiły się w ten sam sposób dwa inne. Węże, rzucone na zimną kamienną posadzkę, zaczynały kręcić płaskiemi głowami, otwierając szerokie paszcze, lecz Berber dotykał tych jadowitych pysków ręką, zlekka przyciskając je do ziemi, poczem gady pozostawały nieruchome.
Z drugiego kosza wyjął ciemnego, prawie czarnego węża, znacznie dłuższego. Ten dość szybko rzucił się naprzód, uniósł trochę głowę i zaczął już rozdymać szyję, lecz poskramiacz uspokoił go odrazu i zmusił do leżenia bez ruchu, niby czarny, gładko odpolerowany kij.
— Naja!... — szepnął Berber, oczami wskazując na węża.
„Naja Naja“, jeden z najstraszliwszych wężów, słynny „Aspis“, otoczony mistycznym lękiem Greków i Rzymian, jest pokrewny okularnikowi z dżungli indyjskich. Wąż ten, być może, jest jedynym okazem, który nie waha się atakować człowieka lub zwierzęcia. Zadana straszliwemi zębami rana jest śmiertelna. Gdy w czasie pochodu karawany Naja ugryzie któregoś z przewodników, inni zaczynają natychmiast kopać mogiłę i przygotowywać potrzebne dla pogrzebu przedmioty.
Z tym wężem jest związana pewna legenda; opowiadają ją górale Suss, a znalazła ona pewne potwierdzenie w Europie katolickiej. W górach Suss przebywał przed wiekami święty Sidi Bel Abbas, uznawany obecnie za patrona Marrakesz’u, a także za patrona kupców, posiadających karawany handlowe, i za patrona rolników i ślepych. Bel Abbas był jedynym człowiekiem, umiejącym leczyć od jadu „nai“. Wysysał ranę i nakładał jakieś zioła, żądając od chorego, aby wygłosił frazes pochwalny na cześć Allaha i proroka Aissa ben Miriam.[143] W Marrakeszu można oglądać kaplicę tego świętego, a niektórzy teologowie katoliccy widzą w nim Św. Augustyna.
Poskramiacz wyjął jeszcze jednego węża, długiego na metr, a nie grubszego od małego palca ręki dorosłego mężczyzny. Tego węża wcale nie można było ujarzmić, gdyż mignął jak strzała i z nadzwyczajną szybkością zaczął podróżować po całym pokoju, wśliznął się do stojącego pod biurkiem kosza z papierami, a później dostał się do otwartej szuflady szafy i tu się zarył w starych, zakurzonych szpargałach. Arabowie nazywają tego węża — Zeurig, zoologiczna jego nazwa Psammophis Sibilans. Tubylcy obawiają się tych wężów nie mniej niż jadowitej żmii i nai, chociaż Zeurig jest dla człowieka nieszkodliwy i przeraża tylko chyżością i drapieżną porywczością swoich ruchów. Jest to pantera śród wężów.
Przyjrzawszy się żmijom, mającym dość złowrogi i wstrętny wygląd, szczególnie zaś Wipera labetina, i zapłaciwszy ich właścicielowi za fatygę, pozwoliliśmy mu odejść, poczem z jednym z poddanych nam czausz’ów wyszliśmy na Dżema-el-Fna. Pan Delarue tymczasem miał zakończyć bieżącą robotę i później razem z nami jechać na oglądanie miejsc, zwykle niedostępnych dla podróżnika.
Plac przypominał w tej chwili miejsce pospolitych rozrywek ludowych. Białe burnusy w różnych jego miejscach tworzyły koła, otaczające artystów.
Najbliżej nas jeden z nich, mały, krępy człeczyna, o zupełnie łysej głowie i skośnych oczach, czyniących go podobnym do kałmuka, pokazywał sztukę dość ryzykowną. Trzymał w ręku okrągły kamień, gładził go i bez przerwy mówił coś, powodując wybuchy wesołego śmiechu. Nagle umilkł i w jednej chwili podrzucił kamień wysoko w powietrze, a gdy ten spadał, artysta podstawił swoją łysą głowę. Rozległo się głuche uderzenie i chrzęst łamanych kości lub rozpryskującego się kamienia. Okrzyk przerażenia wyrwał się kilku zawoalowanym kobietom, jakiś dzieciak przeraźliwie wrzasnął i zaczął płakać. Artysta zaś znowu coś mówił i głaskał swój kamień. Po chwili powtórzył swoją sztukę, ale my już uważniej przyglądaliśmy się artyście i wkrótce zrozumieliśmy jego machinację. Łysy żongler łapał spadający kamień rozwiniętemi mięśniami szyi, lecz robił to z taką szybkością, że wydawać się mogło, iż ciężar spada mu istotnie na czaszkę. Skąd jednak pochodził przerażający chrzęst, wywierający najsilniejsze wrażenie? Przeczekaliśmy jeszcze parę seansów i doszliśmy do przekonania, że artysta chrzęścił kamieniami, ukrytemi za pasem lub w spuszczonym z ramion burnusie. Gdy skończył przedstawienie i zebrał do koszyczka trochę monet, rzuconych przez widzów, z zupełną szczerością, nic nie ukrywając, roztarł zaczerwieniony kark i do małego woreczka wysypał kilka okrągłych kamyków. Ubierał się i wciąż gadał, śmiesząc widzów.
Wreszcie zrobił znak „salamu“ i wyrzekł frazes, który zmusił tłum do wybuchnięcia rykiem i klaskania w dłonie. Stojący obok „czausz“ przetłumaczył nam słowa żonglera, z trudem powstrzymując się od śmiechu:
— Mumeni[144], — rzekł, — gdy posłyszycie, że w medersa wakuje posada nauczyciela, powiedzcie uczonym, że znacie Ali, który też posiada twardą i mocną głowę!
W następnem kole czterech tancerzy ze szczepu Szleu w białych szatach, przepasanych czerwonemi pasami, i w turbanach tańczyli jakiś rytmiczny, powolny taniec, który przypomniał mi taniec, widziany w nocy w Fezie, a Zochnie pierwsze takty kaukazkiej „lezginki“.
Jakiś chłopak pokazywał sztuki z tresowanym psiakiem i małpką, a był zły, bo otaczały go tylko dzieci, tak lekko ubrane, że nie można było znaleźć na nich skrytki, gdzie mogłaby się zabłąkać najdrobniejsza choćby moneta. Chcąc jednak jako-tako okupić swoją elokwencję i sztukę zwierzątek, wyrwał z rąk jednego z gapiących się dzieciaków kawał cukru, odgryzł od niego trochę, resztę dał polizać małpie i psu, poczem zwrócił cukier płaczącemu właścicielowi; ten odrazu wpakował go sobie do ust i już uspokojony zamilkł.
Wkońcu Dżema-el-Fna otaczał tłum wędrownego lekarza-znachora. Znawcy kraju twierdzą, że śród Arabów i Berberów istnieją prawdziwi lekarze, lecz są już na wymarciu. Nauka medycyny w krajach muzułmańskich obecnie nie istnieje. Pozostały tylko tradycje. Większa część ich należy do magji, gdzie w dziedzinie leczenia tak samo, jak w czarach pomieszały się wszystkie przesądy ludów, z któremi stykali się Arabowie i Berberowie.
Arabska księga medyczna „Rahma“ jest dziełem zbiorowem, gdzie w nieładzie podane są recepty magiczne oraz lecznicze właściwości roślin i niektórych mineralnych źródeł i soli. Ta Rahma, gdy o niej czytałem, przypomniała mi imię Ramy, który, podług pojęć lamaitów centralno-azjatyckich, był magiem, lekarzem i władcą. Bardzo ciekawe jest zestawienie nazwy księgi Rahma ze słowem „Brahman“ z kultu wedyckiego. W Atharwa-Weda, która jest księgą zaklęć i formuł magicznych, słowo „Brahman“ oznacza modlitwę, zamówienie, zaklęcie. Bramin na dworach książąt pełnił obowiązki wieszcza, zaklinacza i lekarza[145]. Prawdopodobnie wojownicy muzułmańscy, walczący z buddyzmem, wywieźli z Indyj podstawy dla swej księgi Rahma. Muzułmański lekarz „Hakim“ zna magiczne formuły, właściwości roślin i posiada tajemnicze tradycje Platona, Arystotelesa, Hermesa-Trismegista i szkoły Aleksandryjskiej[146]. Do tego dołączyły się tradycje medyczne sławnych lekarzy arabskich Awenzoara, Awerroesa, Awicenn’y, Abulkazis’a i Razi. Gdy piśmienny człowiek, biegły w czytaniu Koranu, oddawał się studjom ksiąg magicznych lub medycznych, otrzymywał zwykle od medersa poświadczenie „idżaza“, że studjował księgę „Rahma“, co oznaczało, że był lekarzem. Dziedzicznym lekarzem jest każdy „szerif“, czyli potomek Mahometa. Teraz w Marokku podobno trudno znaleźć prawdziwego „hakim“, przechowującego wiedzę słynnych arabskich medyków; lekarzami, a właściwie znachorami są cyrulicy, kowale i szarlatani wszelkiego rodzaju. Władze francuskie rozpoczęły walkę ze znachorstwem; kryje się więc ono obecnie w pustyni lub w górach niedostępnych. Istnieją jednak bardzo słynni znachorzy, a do nich, jak mi opowiadano w Berguent, odbywają chorzy długie i uciążliwe pielgrzymki.

MECZET KUTUBIA

Znachor, stojący przed nami, był tak jawnym szarlatanem, że nawet się nie zmieszał, gdy podeszliśmy do niego w towarzystwie urzędowego czausz’a. Zwrócił do nas bezczelną twarz i przymrużył oko, jak gdyby mówiąc:
— Moje leki nie pomogą, ale też nie zaszkodzą, — nie przeszkadzajcie mi więc w ogłupianiu biedaków! Muszę przecież żyć!...
Właśnie odbywała się kuracja. Jakaś żałosna postać niewieścia, owinięta w niemożliwie brudny łachman, stała przed hakim’em. Twarz miała odsłoniętą. Zielono-szara cera, zgasłe, męczeńskie oczy, prawie czarne wargi i głuchy kaszel świadczyły o ciężkiej chorobie pacjentki. Stała nieruchomo, pokornie, z zamarłą twarzą i oczami wlepionemi w kwadrat, nakreślony na ziemi. „Lekarz“ trzymał w ręku butelkę z wodą z cudownego źródła, jak mówił, a prawdopodobnie zaczerpniętą z pobliskiej studni; mówił coś, nie przestając ani na chwilę, wykrzykiwał niezrozumiałe słowa, miotał się, zaczynał się modlić i raz po raz butelką dotykał piersi i głowy oraz żołądka chorej. Wreszcie kazał jej się napić tej wody, wziął od niej jakąś monetę, zarzucił jej brudny haik na twarz i zlekka popchnął w stronę tłumu. Kobieta odeszła sztywna, obojętna i milcząca. Na jej miejscu zjawił się inny, cierpiący osobnik.
Czausz, śmiejąc się, rzekł do nas:
— Lud lubi leczyć się u hakim’ów, chociaż w Marrakeszu istnieje w parku Mamunia, ogromny francuski szpital dla tubylców. Ciemnota!
— A czausz nie jest z tych okolic? — zapytałem.
— O nie, panie! — zawołał z dumą. — Jestem Arabem z Algieru.
Tak, nie był on istotnie Berberem, pogardzał nimi, bo gdy szedł w tłumie, dość bezceremonjalnie rozpychał i potrącał ludzi, a ci cofali się, widząc jego niebieski burnus i krzywą „Kumia“-kindżał, noszony jako oznaka urzędowego stanowiska.
Nagle w oddali rozległy się bębny i flety, przeraźliwe krzyki i śpiewy.
— Co się tam dzieje? — zapytaliśmy naszego przewodnika.
— Zaklinacze wężów zaczynają wielkie przedstawienie — objaśnił.
Poszliśmy w kierunku odgłosów wrzawy.
Ogromny tłum otoczył już dwóch Berberów, zostawiając dla nich dużo wolnego miejsca. Zaklinacze siedzieli obok siebie na ziemi, trzymając przed sobą kosze, obwiązane płachtami. W jednym z nich poznaliśmy tego, który pokazywał nam węże w gabinecie pana Delarue. On też poznał nas, uśmiechnął się przyjaźnie i uczynił znak „salamu“. Obaj już gadali, krzyczeli i od czasu do czasu uderzali w bębenki lub grali na fletach.
Często powtarzali jeden i ten sam frazes.
— Mówią, że wkrótce przybędzie święty, któremu węże nawet nie mogą uczynić krzywdy, bo jest potężny i miły Allahowi! — objaśnił czausz z pogardliwym uśmiechem.
Tymczasem grajkowie wyciągnęli dwa węże i trzymając je za szyje, zaczęli biegać, przysuwając płaskie, złośliwe głowy wiper do twarzy widzów. Ci się gwałtownie cofali, depcząc po nogach, krzycząc i śmiejąc się.
— Pozdrowienie wiernym w imieniu Allaha! — rozległ się nagle głos potężny i dźwięczny. — Pozdrowienie w imieniu Sidi Bel Abbas’a, w imieniu Sidi Ben Sliman’a, w imieniu Sidi Abd el Aziz’a od Abdallah Ben Hosim ben Raszid’a!
Pomruk tłumu odpowiedział na te słowa. Gdy obejrzałem się, zobaczyłem jeźdźca na dobrym, szarym koniu. Biały burnus miał zarzucony na plecy. Grzywą gęstych, trochę kędzierzawych włosów igrał lekki wiatr, zalatujący z gór. Bladą, wychudzoną twarz, lecz wyrazistą i prawie piękną, rozświetlał i opromieniał blask wielkich, czarnych oczu. Małą, nerwową dłonią dotykał jeździec czarnej bródki i mówił długo, coraz podnosząc głos, aż stał się podobny do chrapliwego krzyku.
— Wychwala Allaha, powtarzając dziewięćdziesiąt dziewięć jego imion i wyzywa dżinnów, węże i demony — ich jad na walkę ze sobą! — objaśnił czausz.
Tłum podczas mowy głównego zaklinacza zachowywał się poważnie i z nabożeństwem, składał ręce do modlitwy i powtarzał za mówcą słowa modlitw, imiona Allaha i świętych patronów miasta.
Skończywszy, zeskoczył jeździec z konia i wszedł w krąg widzów. Pomocnicy jego podczołgali się do niego na kolanach i ucałowali poły jego burnusa. Podano mu jedną wiperę. Trzymając ją nad głową, zaczął coś mówić do tłumu, a później, schwyciwszy żmiję za szyję, zaczął patrzeć jej w oczy i zaklinać ją. Gdy skończył, rzucił ją na ziemię, a pomocnicy wydobyli ze swych koszyków kilka wężów; były to wyłącznie wipery i tylko jeden wąż — cienki i długi, podobny do „naja“, ale zupełnie czarny, — leżał osobno.
Ciągle coś mówiąc, gwałtownie gestykulując i błyskając oczami, zaklinacz chwytał wipery i ciskał je z miejsca na miejsce, aż wziął jedną i cienką laseczką zaczął rozdzierać jej paszczę; wtedy ukazały się długie, ostre kły, z kapiącym z nich jadem. Obniósł wiperę dokoła, pokazał widzom, opowiadając o śmiertelnej truciźnie węża. Rzucił żmiję do innych i już poważnym głosem oznajmił, że zostanie teraz ugryziony przez wiperę, lecz Allah dał mu wiedzę i potęgę do zwalczania dżinnów jadu.
Śledziłem uważnie ruchy zaklinacza. Niby nie patrząc, dotykał on wszystkich wężów, ale wziął tego właśnie, którego przed chwilą zmusił do wypuszczenia jadu i do opróżnienia na dość długi czas gruczołów z trującą śliną. Rozwarłszy wężowi paszczę, dotknął nią swej twarzy, a po chwili, krzycząc, zaczął uderzać straszliwemi kłami w splątaną grzywę włosów, wycierając w ten sposób resztki trucizny, a poczem zaczął się trzeć czołem o zęby wipery, aż wszyscy ujrzeli dwie duże skazy i obficie płynącą z nich krew.
Wiem, że w Indjach fakirzy-zaklinacze kobr od dzieciństwa są specjalnie przyzwyczajani do jadu węża, ponieważ ślinę jego sztucznie wprowadzają chłopcom w małe nacięcia na czole, zwiększając stopniowo dawkę trucizny. Widziałem, że wipera nie posiadała już jadu w swych gruczołach i w paszczy, więc byłem przekonany, że przedstawienie już skończone, lecz ono trwało dalej i nabierało coraz większego napięcia. Zawarczały bębenki, jęknęły flety i umilkły.
Ugryziony zaklinacz, rozmazawszy krew po całej twarzy i powichrzywszy włosy, kazał podać sobie bębenek i misę z palącemi się węglami, rozdmuchiwanemi przez jednego z pomocników.
Gdy wszystko to ustawiono przed nim, nagle drgawki wstrząsnęły ciałem zaklinacza, twarz zaczęła mu nabrzmiewać krwią, rozdęły się i zsiniały wargi, krztusił się i wyrzucał na bębenek wielkie płaty piany. Przed nami był obraz cierpień człowieka, ugryzionego przez wiperę. Drżącemi, słabnącemi rękami wziął leżącego na stronie czarnego węża i jakimś rozpaczliwym, wstrętnym ruchem przegryzł mu głowę, oderwał skórę na szyi i zębami zaczął ją zdzierać. Gdy skończył, jął pożerać surowe mięso, a resztki jego zwinął i obwiązał zdartą skórą, robiąc magiczny węzeł, bardzo podobny do zagadkowego herbu „madeja“ — godła Sewilli.
Zawiniątko to rzucił na płonące węgle, a gdy uczuliśmy zapach pieczonego mięsa, zaklinacz porwał się na równe nogi, odgarnął z czoła włosy i pokazał, że ani krwi, ani śladów ugryzienia nie pozostało. Tłum zaryczał, zahuczał, wzburzony widowiskiem i zdumiony. Rzucano dość hojnie pieniądze do koszyków, podstawianych przez pomocników zaklinacza, on zaś rozdawał amulety od ugryzienia wężów.
Cywilizacja europejska święciła tu zupełny triumf, gdyż amulety te stanowiły kawałki papieru z napisami, zrobionemi za pomocą... stempelka kauczukowego i fioletowej farby anilinowej. Ponieważ rzuciliśmy zaklinaczom dwa franki, dostaliśmy aż pięć amuletów.
Moi czytelnicy mogą teraz być o nas spokojni. W Afryce Środkowej, w kraju wężów, talizmany, dane nam przez Abdallah Ben Hosim ben Reszid’a, ochronią nas niezawodnie, o ile ulewy podzwrotnikowe i na równiku nie zmyją aniliny.
Powracając do pałacu, gdzie mieściło się biuro p. Delarue, zatrzymaliśmy się jeszcze przed orkiestrą, złożoną z arabskich skrzypiec, mandoliny, gitary, fletów i nieodstępnego bębenka, lecz dźwięki były tak fałszywe, niesforne i niepowiązane żadną melodją, że Zochna wykrzyknęła podług przepisów muzułmańskich:
— Na Beethovena, Chopina, Mozarta! Na Bacha, Mendelsohna, Wieniawskiego! Na Różyckiego, Szymanowskiego, Szopskiego, Niewiadomskiego i Rogowskiego, na wszystkich „uali“ i „ulema“ muzyki — uciekajmy!
Istotnie zmykała.
Pan Delarue już czekał na nas z samochodem.
Pojechaliśmy w stronę Dar el Mahzen, czyli pałacu Sułtana, który co roku przybywa do Marrakeszu, aby zbierać podatki i przyjmować hołd od plemion górskich. Rozmiarami swemi przypomina pałac przestrzenie, zajęte przez ruiny gmachów Mulej Izmaila, tylko zwalisk tu prawie niema. Wejście do rezydencji sułtańskiej jest zamknięte dla cudzoziemców; jedziemy więc tylko przez olbrzymie, wewnętrzne dziedzińce, otoczone murami, z ukrytemi poza niemi pałacami, pawilonami, koszarami, więzieniem i ogrodami. Na jednym z takich placów gromadzą się w wyznaczony dzień wodzowie i starszyzna szczepów, a Sułtan przemawia do nich z małej werandy, zbudowanej na murze. W innym znowu mieszczą się domki niewolników pałacowych. Ludność, przeważnie czarna; jest to dziedziczna w dynastji Alauitów słabość do murzynów i Arabów, słabość, objaśniająca się nieufnością do wojowniczych, lecz niestałych w swych sympatjach i niesfornych Berberów. Zamknięte i zatarasowane bramy, ślepe mury rezydencji sułtańskiej, czynią ją podobną do twierdzy, jaką właściwie jest Dar el Mahzen naprawdę, gdyż prawdziwa forteca — dawna Kasba straciła już znaczenie strategiczne, uległszy zniszczeniu z ręki krwawego Mulej Izmaila; przyczynili się też do jej zburzenia inni Alauici w okresie zdobycia Marrakeszu przez mahdi El-Hiba z gór i w czasie wojen domowych. Smutna to siedziba, chociaż imponująca!
Za murami pałacu ciągnie się na olbrzymiej przestrzeni wspaniały ogród Aguedal. Drzewa oliwne, pomarańczowe, granatowe, figowe, cytrynowe i morelowe dają obfite urodzaje; ciągnie z nich zyski basza Marrakeszu, potężny książę feudalny z Atlasu-Glaui, otrzymujący rocznie ze sprzedaży oliwek 500 000 franków, za pomarańcze zaś i cytryny — 150 000. Kilka dość szerokich, dobrze utrzymanych dróg przecina Aguedal, gdzie w czasie pobytu Sułtana odbywają spacery i zabawiają się haremowe panie, a śród nich kilka kobiet europejskich, oraz piękne Gruzinki i Czerkieski z Kaukazu. Wtedy naturalnie wszystkie wejścia do ogrodu zostają zamknięte i strzeżone przez czarną gwardję i eunuchów. Na ogromnej przestrzeni Aguedalu oglądać można kilka nader ciekawych miejsc. Są to ruiny prochowni i cukrowni, zbudowanych przez jednego z sułtanów, obecnie już zamieniających się w ruiny; dwa obszerne baseny, napełnione wodą z Atlasu, są przykładem konstrukcyjnej przedsiębiorczości i talentu Arabów i Berberów. Te baseny istnieją od XII-go wieku. Są obecnie trochę zaniedbane, zarastają wodorostami i sitowiem, skutkiem czego gnieżdżą się tu stadka dzikich kaczek. Baseny są tak głębokie, że niegdyś pewien sułtan, płynąc statkiem ze swoim haremem, utonął w nim wraz z kilku żonami.
Śród drzew owocowych, w niektórych częściach ogrodu, oglądaliśmy plantacje wina bardzo wysokich gatunków. Tu dojrzeliśmy stadka kuropatw i przepiórek, a w innem znowu miejscu — kilka osłów i byków z siedzącemi na ich grzbietach białemi czaplami — „stróżami byków“. Z Aguedalu wyjechaliśmy poza mury Marrakeszu. Różowe, o ciepłej barwie, ciągną się te mury bez końca, przecinane bramami, uwieńczone koronami palm daktylowych i drzew owocowych. Mury od strony Aguedalu, Kasby i Dar el Mahzen’u są nienaruszone i stoją, potężne i groźne dla wojowniczych górali i zuchwałych jeźdźców, którzy zjawiali się przed miastem, wynurzając się z głębi pustyni. Od zachodu i częściowo południa kamienista, naga równina biegnie tu od grzbietu Atlasu, z innych stron zato, miasto otacza las palmowy.
Oaza Marrakeszu nie jest podobna do prawdziwych oaz południa Marokka i Algierji. Wydaje się, że sztucznie ją tu zasadzono, i że palmy, chociaż wysokie, lecz mające niebardzo rozłożyste korony i owoce gorszego gatunku, nie czują się tu w swym żywiole. Lecz mimo to oaza jest piękna i las pieści i cieszy wzrok malowniczością swych zakątków, dróg i ścieżek, wijących się śród palm, różowych murów, oznaczających granice prywatnych posiadłości, strumyków i wreszcie rzeki Tensift, płynącej kamienistem łożyskiem. Objeżdżając Marrakesz wewnątrz i zewnątrz, widzi się różnicę, istniejącą pomiędzy południową stolicą, a północną — Fezem. Tam, w mieście Idrissa, siedzibie surowej nauki, fanatycznej wiary i rozkoszy, przyodzianej w mistykę i tajemnicę, — ludność wtłoczono w obręb murów, wąskich uliczek i małych placyków, ukrytych śród świątyń, ponurych „dar“, domów kupieckich i barłogów nędzarzy. Tu, ten sam labirynt wąskich „suk“, lecz place są szersze, więcej ogrodów, nie ukrytych przed oczyma, duże przestrzenie, wolne od zabudowań, gdzie mogą się gromadzić ludzie; bardziej dostępne dla objęcia ich wzrokiem meczety i medersa, a pozatem, przez niewidzialne szczeliny w murach, życie przesączyło się już poza nie do Gheliz, do wioski negrów, do lasu palm i nawet na pustynię. Tu rozmach myśli i woli jest mniej skrępowany przepisami wiary i tradycji i żadne mury wstrzymać go nie mogą. Odczuwa się to i w stosunku ludności do cudzoziemców. W Fezie — nieufność, pogarda i nienawiść, w Marrakeszu — poufałość, gościnność i wyrozumiałość, co zdaje się mówi:
— Każdy człowiek musi żyć! A gdzież życie wyda się szczęśliwszem i lżejszem, jak nie w Marrakeszu, w wesołym wirze Dżama el Fna i w cieniu lasu, gdzie kołysze szerokie liście palm orzeźwiający wietrzyk z gór? A więc, niech żyją, niech cieszą się razem z nami, chwaląc imię Allaha — Jedynego Boga i czcząc wielkich sułtanów, co założyli to miasto i uczynili z niego raj na ziemi!
Doprawdy, myślę, że się nie mylę, powtarzając te słowa, wypowiadane, zda się, przez ludzi i przez naturę samą, dość spojrzeć na oficerów i urzędników francuskich, na kupców i turystów. Szczęście i radość tryska im z oczu!
Błogosławiony to kraj wesołości i zdrowia. Jakaś beztroska, radość istnienia zawisła tu w atmosferze... Znam jedno tylko takie miejsce także w Marokku. Jest nim oaza Figuig. Lecz o niej później, na końcu tego opisu, gdyż był to ostatni punkt geograficzny w Marokku i ostatni etap naszej podróży przez ten kraj!
— Odwiedźmy jeszcze jeden paradyż! — zaproponował z uśmiechem pogodnym p. Delarue. — Zawiozę państwa do Menara...
Przecinamy las palmowy z namiotami koczowników, przybyłych tu z Sahary, a trudniących się kowalstwem i potrochu znachorstwem i czarami.
Nie bardzo ich lubią, tych mężczyzn w granatowych burnusach i kobiet niezawoalowanych, mocno tatuowanych i ukazujących bronzowe ramiona i piersi. Czasami śród młodych nomadek spotykają się kobiety cudownej piękności. Obwieszone ciężkiemi, barbarzyńskiemi klejnotami, pobrzękującemi na szyjach, rękach i nogach, siedzą w swoich granatowych koszulach, leniwe i tęskne. Podnoszą zgrabne, cienkie ramiona, które, niby węże, wyciągają się i opadają, osłabione, a jednak pełne siły i żaru.
Wtedy odchylają się nędzne szaty i płoną jak gorące, szkarłatne róże młode piersi, roznamiętnione od skwarnych pieszczot słońca i sirokka, twarde, niby w bronzie jeszcze nie ostygłym rzeźbione. Mrużą oczy, podłużne jak migdały, czarniejsze od czarnego onyksu, gorętsze od węgli rozżarzonych, rozchylają usta, a wtedy wydać się może, że to pęka dojrzały owoc granatu, z połyskującemi w nim perłami zębów, małych i ostrych, jak u młodej wilczycy.
Nomadzi z Sahary i ich kobiety przybywają tu, do tego miasta radości i rozrywek, po zarobek. Mężczyźni są kowalami: kują konie, puszczają krew, czynią zaklęcia, sporządzają leki, związane z prastarą magją żelaza, tą magją, która zrodziła się w chwili, gdy człowiek jaskiniowy po raz pierwszy ujrzał w ognisku swojem strugę metalu, wyciekającego z kamienia, a gdy głos nieznany szepnął mu:
— To — twoje! Bierz, bądź potężny i panuj nad wszystkiem!
Tajemniczy Hefajstos, Pluton, Belzebub — bogowie i duchy kowali, ognia i żelaza; podkowa — talizman szczęścia; żelazne korony królów, żelazne krzyże — wszystko to zrodziło się z magji żelaza, a we wszystkiem tem brał udział kowal.
Kowala poważano, lecz kowala się też obawiano, jako człowieka, mającego stosunki z nieznaną, złowrogą siłą, z istotami niewidzialnemi i niebezpiecznemi. Z lęku, z biegiem czasu, zrodziła się pogarda, a sięgała tak daleko, że kowale śród wszystkich narodów zmuszeni byli utworzyć odrębną, odosobnioną kastę. Łączyli się związkami małżeńskiemi tylko wewnątrz kasty, przekazując swą sztukę z pokolenia w pokolenie. Kowale stali się lekarzami, szczególnie zaś specjalistami od puszczania krwi i wypalania ran, zadanych przez węże.
Na południu Marokka kowalami są tubylcy, koczujący w Saharze lub na jej pograniczu; ludzie pogardzani, parjasi „Hartani“. Z kowalem Berberzy nie usiądą do wspólnej uczty; szlachetny Berber lub Arab nawet bić się z kowalem nie może, nie ubliżywszy honorowi i tradycjom rodu.
Gdy Berber chce kogoś obrazić i poniżyć, mówi:
— Heddad ben Heddad! — Kowal, syn kowala!
Mężczyźni z tych czarnych namiotów, rozrzuconych po całej oazie w Marrakeszu, trudnili się rzemiosłem kowalskiem, znachorstwem i czarami, — a raczej zaklęciami koni od choroby.
Kobiety wróżyły za bobu i fusów kawy, wykrzykując na rynkach i po kawiarniach:
— El gezzana! El gezzana!
Lecz tem trudniły się tylko stare, rozczochrane, brudne, bose wiedźmy w łachmanach, z naszyjnikami i pasami z amuletów.
Młode zaś siedzą w cieniu palm, wzdychają, nucą ponure pieśni pustyni i oczekują...
Czego i kogo?
Oczekują godziny przeznaczenia, co ma podać im czarę miłosnej rozkoszy, co pozwoli im porzucić na zawsze brudny, czarny namiot, dymiące ognisko i nędzę.
Oczekują kogoś, kto zawsze się znajdzie, oceni i zrozumie piękność nagich ramion i piersi, żar źrenic i nieustanny płomień żądzy, trawiącej te wiotkie, kształtne ciała z bronzu. Żadna z młodych, pięknych cór koczujących, pogardzanych „Heddad“ i „Hartani“ nie powróciła stąd do piasków pustyni. Marrakesz posiada setki bogaczy i książąt, którzy pragną rozkoszy, rozrywki i miłości. Tu mężczyźni poszukują kobiet, których piękność i namiętność zniewala do szaleństwa i rzucania pieniędzy bez rachuby i namysłu.
Palmy, czarne namioty, wiedźmy gezzana i wypieszczone, wybujałe na gorejącem słońcu, śród piasków pustyni, w obliczu drgającej fata-morgana dzikie, płomienne róże, pozostały za naszym samochodem. Parę kilometrów płaszczyzny z oddzielnie stojącemi drzewami, przelatujemy w kilka minut i wjeżdżamy do oliwnego gaju Menara, należącego do Sułtana. W zachodnim końcu parku wznosi się samotny, smętny pawilon z tarasem na brzegu dużego, sztucznego jeziora. Gęsty, trochę zapuszczony las drzew oliwnych wywiera wrażenie dość smutne. Niewarto byłoby zwiedzać go po wycieczce do Aguedalu, gdyby nie znajdował się tu zakątek, — cudowny, a pełen melancholji i romantyzmu.
Samochód nasz, przecinając Menara, zatrzymuje się nagle przed niewysokim murem. Nad nim podnoszą się konary starych drzew owocowych i połyskujący zielonemi dachówkami biały pawilon.
Na ryk syreny, tubylec-stróż otwiera bramę. Wchodzimy i zatrzymujemy się w osłupieniu.
Przed nami świeci się, jak zwierciadło, gdy padną nań promienie słońca, duże jezioro, ujęte w kamienną ramę. Jezioro milczące, martwe lub uśpione. Ani ryby nie bróżdżą jego powierzchni, ani ptaki nie dotykają piersią jego skrzepłego oblicza. Jakiś niewypowiedziany smutek wiał od skrzącego się na słońcu jeziora, — smutek beznadziejny i bezgraniczny.
Wspomnienia znowu porywają mnie i przenoszą do Syberji, — nad brzegi Czarnego Jeziora. Widzę je tak samo pełne blasków, odrzucanych promieni słońca, w połyskach, spotęgowanych szeroką, lśniąco-białą ramą z kryształów wyparowanej soli. Powierzchnia jeziora cicha, spokojna i nieruchoma. Aż lęk ogarnia, że nagle pobiegną koliste fale, a z nich wyłoni się zimne, ponure widmo śmierci lub zapomnienia. Cisza martwa dokoła, cisza śmierci lub konania, milczenie przekleństwa niemego, lub niebytu... I nagle rozlega się głos — daleki i przeciągły, niesamowite wołanie ku nicości, ku otchłani bezdennej. Oczy szukają źródła tych dźwięków, płynących zdaleka, a budzących trwogę... Długo nie mogłem znaleźć istoty, wydającej te głosy, aż dojrzałem nareszcie ciemną sylwetkę na szczycie nagiej, szarej góry. Był to wilk. Stał z zadartą głową i, naprężając szyję, wył... wył beznadziejnie, rozpaczliwie, ponuro...
— To jest pawilon pałacowy, mały, lecz artystyczny... — mówi p. Delarue.
Wrażenia pierzchają...
Pawilonik nieduży, dwupiętrowy, z wąskiemi drewnianemi schodkami, niby wyciętemi w grubych murach; cedrowe, wonne pułapy rzeźbione; kolorowe szkła w oknach i duży taras nad tragicznie spokojnem jeziorem.
Schodzimy na dół i śród szmaragdowo-zielonych drzew granatowych ze złocistemi owocami, spostrzegamy dwa ciemne cyprysy. Jeszcze głębiej zapada do serca smutek.
— Co się tu stało? Kto tu wlókł życie smutne i samotne? Kto tu marzył, cierpiał, kochał, lub nienawidził?
Takie pytania jak błyskawice przeszywały mi mózg...
Niejasne, niewystarczające odpowiedzi daje literatura. Nic się z niej dowiedzieć i wyczuć nie można.
Istniała Menara już w XVII-ym wieku, a pawilon zbudowano w XIX-ym na rozkaz sułtana Mulej Abd-Er-Rahmana... To — wszystko!
Lecz XVII-ty wiek?... To wiek szalonego Mulej Izmaila?... O, miły, natchniony Ali Ben Hassan, mój przypadkowy przyjacielu! Nie wiem, może fantazja twoja zrodziła to, coś nam opowiadał, lecz piękna to była — bajka!
„Nikt nie zna prawdy o Menara i o tym smutnym białym „dar“[147], a tymczasem, śród zawiedzionych i porzuconych kobiet istnieje gadka... Wielki Wezyr straszliwego Mulej Izmaila przywiózł mu z Francji podarunki od potężnego króla Ludwika i jeszcze coś, co było droższe i piękniejsze od wszystkiego. Był to portret córki króla, pięknej wdowy; oczy jej szczęściem napełniały każde serce, a źrenice — zachwytem... Mulej Izmail, gdy się przyjrzał piękności księżny i ocenił ją, wskoczył na koń, i przez cały dzień i całą noc widziały go tylko krzaki i drzewa okolic Meknesu. A gdy powrócił, zawołał Wezyra i rzekł:
— Do ciebie, tylko do ciebie będzie słowo moje. Nikt z żyjących wiedzieć o tem nie powinien! Słyszałeś?
— Rozkazałeś, a serce moje i moja myśl pochłoną słowa twoje, Panie mój, i nikt ich stamtąd nie wyrwie! — odparł Wezyr, chyląc się kornie przed władcą.
— Pojedziesz do stolicy Francuzów i będziesz prosił o rękę księżny, co jest jak gwiazda poranna, wysłanniczka Allaha! Rozumiesz?
— Rzekłeś, Panie mój... — wyszeptał Wezyr.
Powrócił nieprędko i zamknąwszy się z Sułtanem w najtajniejszej komnacie, oznajmił:
— Na zaszczytną dla Francji prośbę Twoją, Panie mój, dano mi odpowiedź niejasną, wymijającą...
— A co księżna rzekła, gdy się dowiedziała? — rzucił pytanie Izmail.
— Podniosła na mnie swoje piękne oczy, jak dwie gwiazdy, i długo w milczeniu patrzyła... Później...
— Co później? — dopytywał się Sułtan.
— Później odwiedziła mnie jakaś młoda dama, roześmiana i zalotna, i szepnęła, że piękna księżna Conti zgodzi się być twoją małżonką, gdy zbudujesz dla niej tu, w Mahrebie, taki pałacyk, jakie stoją i cieszą wzrok ludzi w Wersalu... Kazałem zrobić plan tego pałacyku i przywiozłem...
— Mądry jesteś, wierny i oddany! — zawołał Mulej Izmail. — Pokaż!
„W kilka dni później tysiące niewolników kopało już jezioro, a setki innych wznosiło piękny pawilon i otaczały go gajem drzew, przywożonych z Atlasu, z okolic Meknesu i Fezu, z lasów Mamora i Cziadmy.
„Sam sułtan kierował robotami i, gdy widział, że szybko posuwa się naprzód jego dzieło, spoglądał na portret pięknej kobiety z rodu królów francuskich i szeptał:
— Prędko już, prędko, gwiazdo poranna, na którą padło spojrzenie Allaha!
„Tuż obok Marrakeszu zjawił się zakątek Wersalu.
„Tonął pałacyk wśród drzew kwitnących i zielonych, wypieszczonych gazonów, na które z jednej strony spoglądały zdumione lodowce Atlasu, z drugiej — czerwony grzbiet Geliz. Stado łabędzi pływało na jeziorze, setki ubranych sług uwijały się wszędzie.
„Wielki Wezyr tymczasem zdążał do Paryża po księżnę Conti, aby przywieźć ją przed oblicze niebotycznych, śnieżnych gór, do pałacyku wersalskiego, nad brzegiem dużego jeziora z bijącą fontanną pośrodku.
„Sułtan zamknął się w Dar Mahzenie, gdzie się zabawiał walką lwów i panter z ulubionemi psami i z najsilniejszymi niewolnikami, uzbrojonymi tylko w krzywe noże — „Kumias“; wyczekiwał wieści od Wezyra niecierpliwie, trawiony gorączką i miłością, co przyszła i rozszalała jak huragan.
„Pewnej nocy przybył goniec. Stary Wezyr donosił, że piękna Conti raczyła zażartować z czarnego monarchy. Pierwszy raz w życiu biała plama na policzku sułtana sczerniała na węgiel. Pchnął nożem gońca, wskoczył na koń i pomknął ku górom. Pięć dni nikt nie widział Mulej Izmaila, chociaż krwawy ślad ciągnął się za nim, gdyż mordował każdego, kogo spotkał na swej drodze.
„Wreszcie przybył Wezyr, odszukał go w jakiejś jaskini w górach i tu długo z nim rozmawiał.
„Gdy powrócili do Marrakeszu, sułtan rozkazał zasadzić około pawilonu nad jeziorem Menara dwa żałobne cyprysy, niby nad grobem..., nad grobem niedoszłej miłości swojej...
„Stopa jego nigdy nie dotknęła ziemi Menara... Park zarósł trawą i chwastami, mury walić się zaczęły, runął pałacyk, rozsypawszy się w gruzy, zginęły, lub odleciały łabędzie... Ludzie bali się tu zaglądać...
„W dwa lata później Wezyr wynalazł sułtanowi żonę.
„Mulej Izmail nie chciał już milczącej, pokornej niewolnicy, bez woli, myśli i żądań. Do swego haremu w Meknesie wprowadził złotowłosą, o oczach, jak turkusy, o twarzy, jak świeża róża — dziewczynę z mglistej ziemi Brytów... Była to Lalla Aziza — „słonko poranne“; umiała przemawiać do duszy, rozumu i serca okrutnego Sułtana, jak równa do równego, jak można pani do niewolnika, to znów jako kochanka uległa do władcy i pana jej ciała i serca...
„Po śmierci Mulej Izmaila inni sułtanowie odrestaurowali częściowo Menara, aż Abd-Er-Rahman doprowadził dzieło Izmaila do końca. Odżyło ono, tylko czarne cyprysy pozostały, jak żałobne płaczki nad grobowcem pierwszej ludzkiej miłości despoty, miłości zawiedzionej i ośmieszonej...
— Mój panie! — zawołał Ali Ben Hassan — coby to było, gdyby rozpaczy i gniewu Sułtana, spowodowanych klęską w miłości, nie była uciszyła i rozproszyła słodka Lalla Aziza, „słonko poranne“?! Krwiąby się napełniło jezioro Menara!... Lecz przyszła ona, a z nią spłynęły do serca władcy ukojenie i chwilami nawet miłosierdzie“...
Nie chcę wiedzieć nic innego o Menara! nie chcę, bo wielki poeta, zrodzony u stóp Atlasu, zasłuchany w szept starych palm i oliwek, wpatrzony w martwą źrenicę jeziora Mulej Izmaila, snuł nam legendę tak piękną, rzewną o dwóch kobietach białych i cudnych, jak marzenie i o czarnym Sułtanie, krwawym a mrocznym, jak Samum o zachodzie słońca, które wylewa całe morze szkarłatnych blasków i promieni!... Niech cień Mulej Izmaila żyje i tu, śród rozłożystych, spróchniałych starców-drzew, niech wzdycha, niech woła, niech marzy o tem, co już umarło i przebrzmiało, jak nieuchwytne w górach echo!...
Tak mi opowiadał i w to wierzył młody, porywczy Ali Ben Hassan, z którym poznałem się przypadkowo w Marrakeszu, gdy stałem przed meczetem Kutubia. Ten sam Ali przyszedł do mnie pewnego wieczoru i nieśmiało zaproponował mi przechadzkę po mieście.
— Proszę tylko nie myśleć — rzekł — że chcę na panu zarobić! Chciałbym tylko pokazać nasze miasto ze wszystkich stron i ze wszystkiemi odcieniami. Dziś przeczytałem w gazecie wywiad z panem, wiem, że pan jest literatem, i chcę, o, bardzo chcę, żeby w przyszłej książce znalazły się stronice poświęcone Marrakeszowi!
Stało się więc, że znowu miałem przewodnika — tubylca, inteligentnego i mówiącego po francusku. Co może być lepszego?
Wyruszyliśmy z Alim na miasto.
Już ściemniało zupełnie. Noc była czarna, bezksiężycowa, łagodna, pieszcząca.
Z mroku wyłaniały się czarne sylwetki palm, a za niemi Kutubia, podobna do pryzmatu rytualnego, z czarnego onyksu.
Na niebie płonęły gwiazdy i śród nich „moja“ konstelacja „Wielkiej Niedźwiedzicy“, — wierna towarzyszka moich wędrówek, którą, zataczając wielkie koło, widziałem z różnych stron świata. Paliły się latarnie, sunęły tłumy ludzi, szczękały na kamieniach bruku kopyta koni, mułów i osłów; z cichym szmerem rogowych stóp kroczyły wielbłądy.
Przeszliśmy plac Dżema El Fna i zapuściliśmy się w labirynt wąskich uliczek Medina. Minęliśmy ciężki blok wielkiego meczetu, medersa Ben Jussefa i zagłębiliśmy się w dzielnicę Harat Es Sura, na sam skraj miasta, gdzie już widziałem dymiące piece cegielni.
Mieściły się tu małe sklepiki, jadłodajnie, kawiarnie, zajazdy, domki tancerek i kobiet, przybywających dla zarobku ze wszystkich stron Mahrebu; barłogi nędzarzy, zgiełkliwe fonduki i ciemne nory, skąd się wyrywały krzyki obłędne, wybuchy śmiechu i spazmatycznych łkań. Długo błądziliśmy w ciemności po tej dzielnicy, chwilami tylko rozświetlanej smugami światła, wyrywającego się przez szczeliny okiennic, lub zatarasowanych deskami drzwi.
— Wejdźmy do tego zajazdu! — zaproponował mi Ali — tu panu dadzą burnus i babusze[148], a wtedy pójdziemy dalej.
Zgodziłem się i weszliśmy na zatłoczony dziedziniec zajazdu. Nabyłem sobie bardzo dobry burnus z cienkiej wełny, żółtą szatę, zwykle noszoną pod płaszczem, starożytny, aksamitny pas i dobry, góralski nóż, raczej sztylet, o długiej i prostej klindze. Kazaliśmy sobie podać kawy i winogron i uraczyliśmy właściciela zajazdu, przerażonego trochę mojem zjawieniem się i przebraniem. Gdy wyszliśmy z pokoju właściciela na podwórze, nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Utonąłem w morzu berberyjskiem. Moje europejskie ubranie znikło pod żółtą szatą i w szerokich fałdach burnusa. Narzuciłem kaptur na głowę, a że jestem brunetem, a nadto słońce zdążyło mi już opalić twarz na bronz — nie bardzo wyróżniałem się w tłumie tubylców.
Przyniesiono dla nas stolik z kawą i poduszki do siedzenia. Piłem kawę i rozglądałem się dokoła.
Nie był to zwykły fonduk, przepełniony w dzień i w nocy wielbłądami i osłami, natłoczony poganiaczami zwierząt, przewodnikami karawan, pośrednikami, żebrakami, drobnymi przekupniami i kowalami. Tu było całkiem inaczej.
Mieszkańcy tego fonduku siedzieli grupami i dość wrogo patrzyli na siebie. Czasami tylko, gdy podnosili swoje pochmurne oblicza, spoglądając na galerję, z wychodzącemi na nią drzwiami, rozchmurzały się im czoła i oczy błyskały namiętnie. Gdy spojrzałem w tamtą stronę, spostrzegłem, że firanki, skrywające wejścia do nisz na piętrze, czasami się uchylały, a stamtąd wyglądały półnagie kobiety, obwieszone srebrnemi klejnotami.
— Tam się mieści „seral“[149] — objaśnił, uśmiechając się, Ali. — Seral — bez eunuchów i bez właściciela. Każdy z tych przejezdnych może tam zajrzeć i znaleźć radość i zapomnienie na czas, za który zapłaci...
Już w innych fondukach widziałem te miejsca rozpusty i chorób i nie byłem ciekaw oglądać ich jeszcze raz. Daleko więcej zajmowało mnie to, com widział tu na dziedzińcu. Na prawo ode mnie siedział wysoki, chudy, jak wysuszony stokfisz, Berber. Trzymał na kolanach kotkę z licznem potomstwem, a jedną ręką głaskał szarą kozę, przytuloną do jego boku. Coś mówił do otaczających go młodzieńców, a ci słuchali go uważnie, z nabożeństwem.
— Ża Sidi Heddi! — powtarzał co chwilę chudy człowiek i znowu coś z przejęciem mówił.
— Jest to wysłaniec bractwa religijnego Haddaua, aby werbował wyznawców i członków dla bractwa. Haddaua nigdy nie wstępują w związki małżeńskie, ciągle przenoszą się z miejsca na miejsce, zbierają i roznoszą nowiny i plotki, palą „kif“[150], są amatorami kotów i chodzą prawie zawsze z kozą. Nieraz Sułtanowie i Mahdi używali Haddaua do szybkiego rozrzucania jakiejś wieści po kraju, czy to o ogłoszeniu wojny, czy o powstaniu, czy o wielkiej pielgrzymce do Mekki... Bractwo to, którego mułłowie z meczetów nie lubią, założył Sidi Heddi z plemienia Beni Arus... Ale, ale! zaraz się zacznie spór.
Istotnie z innej grupy podniósł się stary człowiek o siwej brodzie i, gestykulując, rozpoczął energiczną mowę, zwracając się do chudego Haddaua.
Ali pochylił się do mnie i szepnął:
— Mówi teraz Mokkadem innego bractwa — Derkaua. Jest to najbardziej liczne i niezależne bractwo, posiadające w Marokku kilka swoich Zauja, koło których gromadzą się członkowie bractwa dla modlitwy i narady. Bractwo to posiada świątynie swoje nawet w Mekce i Medynie! —
Wkrótce wynikł spór, gorący i gwałtowny, jakim może być tylko spór religijny.
Oświadczenie mego towarzysza, że Haddaua bywają używani do celów politycznych, zaciekawiło mnie i postanowiłem kwestję tę zbadać bliżej i szczegółowiej. Uczyniłem to wkrótce i dowiedziałem się bardzo ważnych szczegółów.
Wkrótce po wprowadzeniu w Marokku Islamu przez krwawego Okba Ben Nafi, utworzyło się kilka sekt heretyckich, co się objaśnia etnicznemi różnicami oddzielnych szczepów, wpływami pogaństwa, judaizmu i chrześcijaństwa, przyjęciem mistyki indyjskiej, oraz tego lub innego rytuału religijnego, a później poszanowaniem dla miejscowych, lub szczepowych proroków i świętych, którzy wkrótce byli otaczani czcią — na równi z Mahommetem. — Wreszcie cała ludność podzieliła się na sekty, stanowiące oddzielne bractwa, wznoszące swoje kaplice — Zauja, grobowce swoich świętych, a rządzone przez żyjących marabut’ów. Bractw istnieje bardzo dużo, są liczne i są drobne, są prawnie ścigane; są, i jak naprzykład — Tidzanja, bardzo mile widziane na dworze Sułtana. Są bractwa napozór dziwaczne. Takiemi są bractwa religijne, których założycielami są poganiacze wielbłądów, robotnicy, pracujący w cegielniach, lub naprzykład Sidi Ahmed u Musa, uważany za patrona akrobatów, zaklinaczy wężów i tancerzy.[151]
Sułtanowie mieli sporo kłopotów z bractwami, które nieraz wszczynały rokosze i prowadziły agitację przeciwko dynastji; nieraz, co prawda, sułtanowie bardzo umiejętnie posługiwali się niesnaskami, istniejącemi wśród bractw religijnych. Władze francuskie w Algierji, Tunisji i Marokku odczuwają na sobie wpływy tych religijnych organizacyj, wpływy nieraz wrogie i z trudem likwidowane. Mnie się zdaje, że te organizacje religijne należałoby raczej nazwać sektami, gdyż każda z nich wyznaje w ten lub inny sposób zmodyfikowany Islam.
Tedy w tym fonduku w Marrakeszu, spór doszedł do tak wielkiej namiętności, że chudy Haddaua zaczął się otaczać dymem kif’u, skakać i kręcić się, aż podniósł ręce do góry i krzyknął:
— Ana el Hakk! Jam jest Prawda!
Temi słowami chudy człowiek oznajmił, że jest Bogiem.
Wszystko naraz umilkło, a po chwili tubylcy, zasłaniając twarze burnusami, zaczęli się tłoczyć w jednym kącie dziedzińca i naradzać się.
— Chodźmy! — szepnął mi Ali. — Tu dojdzie do noży!...
Opuściliśmy zajazd, gdzie się zebrali umyślnie, czy przypadkowo delegaci różnych bractw; przybywają oni z Marrakeszu, gdzie wśród 150 000 mieszkańców nietrudno zwerbować dla siebie kilkunastu współwyznawców.
Ali zapukał do jednego z małych domków.
Był to również zajazd, czy pokoje umeblowane, jeżeli będziemy nazywali meblami brudny dywan i dwie zatłuszczone poduszki na zaśmieconej posadzce. Kilka podobnych pokoi wychodziło na brukowany dziedziniec z rosnącem pośrodku drzewem. Obeszliśmy wszystkie pokoje i obejrzeliśmy mieszkańców.
Przeważnie byli to czarownicy. Trudnili się robieniem talizmanów. Całe laboratorjum mieściło się w barłogach tych ludzi. Ziółka, kora różnych drzew, henna, żółć ptaków, nietoperzy i kotów; wysuszone serca i oczy szakali, kotek i kogutów, pęczki włosów, kości, ptasie pióra, skrawki skóry różnych zwierząt, słoiki z farbami, kamienie — wszystko to było ustawione po kątach.
Jakiś czarownik pisał coś na skrawkach skóry, lub papieru, zawiązywał pakiecik tajemniczym węzłem, szeptał zaklęcia i baczył, aby jego pomocnik-niemowa nie przerywał swych czynności.
Gdy nam opowiadano o składowych częściach amuletów, przypominałem sobie dziwaczne recepty, podawane przez Plinjusza w jego „Historji Naturalnej“, i przekonywałem się coraz bardziej, że nic od czasów tego wielkiego uczonego nie zdołało się tu zmienić. Znowu zrobiłem spostrzeżenie, że układ talizmanów i używane na nich znaki są zupełnie takie, jakie widziałem w „kraju szatanów“ — Mongolji i Dżungarji. Nie chcę przez to powiedzieć, że przyszły one tu do Mahrebu ze stepów i gór Azji, lecz myślę, że te i tamte talizmany są jednego pochodzenia, starszego niż Mongołowie i Berberowie, a więc z Assyrji, Indyj, Egiptu, a może... z Atlantydy. Tu, wśród czarowników, widziałem wielkiego artystę; siedział on na podłodze przy malutkim stoliku i, schylony nad kopcącą lampką naftową, drobnemi pendzelkami malował święte wersety z Koranu w książeczce pergaminowej, oprawnej w piękną skórę. Był to artysta-malarz, ozdabiający rysunkami drukowane wydania „świętej księgi.“ Pracował z nabożeństwem i zapałem, zapominając o wszystkiem, chociaż była już godzina spóźniona, a obok stała miseczka z zupełnie ostygłym „Kus-Kus.“
W tym samym domu, na innem, wewnętrznem podwórku mieściła się palarnia kif’u. Przypomniały mi się odrazu widziane w życiu palarnie opjum i haszyszu. Ten sam obraz nędzy i śmierci ujrzałem i tu, te same wychudzone, zniszczone twarze, pałające szaleństwem, lub powleczone mgłą niemocy oczy, drżące ręce, słaniające się postacie, krzyki, jęki, westchnienia...
Większość palaczy leżała bezwładna i wyczerpana, tylko kilku, niedawno przybyłych gości odczuwało podniecenie trucizną i miało przed oczami wizje cudowne, olśniewające, namiętne.
Głęboko zakorzeniony kult Proroka, podobny do wżerających się w ciało kajdan, wywierał i tu swój wpływ. Ciągle wyrywały się krzyki:
— Bismillah! Allah Akbar! Allah El Muhyi!
Czy chcieli ci ludzie nadać swemu nałogowi cechy mistyki religijnej, czy myśleli, iż to Allah dał im możność na chwilę zajrzeć do raju z jego „hurysami“? Bo były też i „hurysy“ na tem podwórku samobójczego nałogu, obłędu i ponurej mistyki!
Kilka kobiet, pijanych od odurzającego dymu, nędznych, ukazujących nagie ramiona i piersi z poza brudnych, barwnych łachmanów, uwijało się wszędzie, podając fajki, pudełka, lub woreczki z kif’em, wodę w mosiężnych dzbankach, suche daktyle i rodzynki, herbatę z miętą i kawę, czarną jak atrament.
Wyciągały się ku nim ręce obłąkańców i dotykały nagich ciał; niosły się ku nim szepty namiętne, zrywające się ze sztywnych, suchych ust:
— Aziza! Umiłowana! Amellal Ghezal! Biała Gazella! Mazuz Dalia! Miła Winnica! Asel el Tessaut! Miód Pragnienia!...
Kobiety się pochylały nad palaczami, coś szeptały do nich, wlewały im do ust kilka kropel wody, nacierały skronie pachnącym olejkiem i nową fajkę podawały, sącząc do ich żył truciznę.
— Asel el Tessaut!...
Pośrodku podwórka dwie dziewczyny, wywijając nagiemi rękoma, tańczyły lubieżny taniec, lubieżny tylko w ruchach i pozach, bo twarze pozostawały znużone, nieruchome i bez blasku czarne, zgasłe oczy niewolnic. Gdy wyszliśmy z palarni, odurzeni dymem kif’u, znowu zanurzyliśmy się w ciemnościach wąskich uliczek Medina. Na małym placyku przecięły nam drogę dwie postacie. Dojrzeliśmy nóż w ręku jednego tubylca, który ścigał innego, mknącego, jak jeleń. Pościg odbywał się w złowrogiem milczeniu.
— Krwawa zemsta! — rzekł, podnosząc ramiona, Ali Ben Hassan.
Powróciłem do hotelu po północy, i dowiedziałem się, że jesteśmy zaproszeni aż na dwa obiady. Ponieważ czułem się już zupełnie zdrowym, więc obiecywałem sobie użyć na smakołykach berberyjskich.



ROZDZIAŁ XXV.
PRZESZŁOŚĆ I TERAŹNIEJSZOŚĆ.

Nazajutrz rano obudzono mnie bardzo wcześnie i oznajmiono, że jakiś Arab czeka na mnie na tarasie. Ubrałem się i wyszedłem. Jakiś poważny tubylec bardzo wymowną francuzczyzną powitał mnie, a swoją mowę zakończył prośbą, abym odwiedził panteon dynastji Saadien.
— Jeżeli „sidi“ zwiedzał Czella w Rabacie — mówił mój gość, — to niezawodnie ten zakątek dawnej przeszłości powinien był wywrzeć na nim najsilniejsze wrażenie. Chciałbym pokazać cudzoziemcowi najbardziej romantyczne miejsce w Marrakeszu. Sidi pozwoli?
Naturalnie zgodziłem się, i, napiwszy się razem z gościem kawy, pojechałem z nim do miasta.
W drodze mój nowy znajomy dużo opowiadał mi o Marrakeszu i o szczepach, zamieszkujących góry Wysokiego Atlasu. Był to człowiek wykształcony i oczytany, więc bardzo skorzystałem z tej znajomości. Uderzyło mnie jedno zdanie, wypowiedziane przez Abu Abdessalam et Magiri, mego niespodziewanego „cicerone“:
— Czytałem cudzoziemskie opisy Mahrebu — powiedział, kiwając głową — i nie zadowoliły mnie! Cudzoziemcy przybywają tu „w sezonie“, a więc zachwycają się naturą, ciągłą zmianą barw kobierca, pokrywającego ziemię. Piszą bardzo obszernie i bardzo pięknie o kwiatach fioletowych, czerwonych, żółtych i białych, o szmaragdowej trawie, o kwitnących drzewach owocowych! Opisują niektóre nasze święta, obserwując je powierzchownie i nie zagłębiając się w ich treść. A tymczasem, naprzykład, — Marrakesz posiada swoją własną duszę, która jeszcze żyje dawnem życiem! Tu się zebrały wierzenia z całej Afryki, — z Północy i z Senegalu! Tu każdy kamień, każdy odłamek muru przemawia do wyobraźni i budzi wspomnienia! Tu suną niewidzialne cienie władców i mędrców! Tu wszędzie przemawia historja, — historja niedokończona, raczej przerwana w połowie zdania, a oczekująca kronikarza, który powinien strzepnąć kurz ze starej księgi dziejów i rozpocząć nową kartę...

AZEMUR

Przyjechaliśmy do starej Kasby i przez bramę Aguenau dotarliśmy do placyku przed meczetem. Pozostawiwszy tu samochód, wąskiemi uliczkami, wciśniętemi pomiędzy wysokie mury, doszliśmy do zaułku, zamkniętego potężnym gmachem, z drewnianą, rzeźbioną bramą.
Dozorca otworzył ją ze zgrzytem zamku i jękiem zardzewiałych zawias. Wąski, ciemny, napełniony wilgotnemi oparami korytarz wyprowadził nas na mały dziedziniec. Smutny widok przedstawił się naszym oczom:
Płyty dawnego bruku popękały i pokruszyły się na drobne kawałki, w wielu miejscach zanikły zupełnie, wysoka trawa i krzaki zawładnęły już tem opuszczonem miejscem, gdzie nietrudno o spotkanie z wężem i jaszczurkami. Kilka płyt, widocznie mogilnych, z napisami, wznosi się w różnych zakątkach. Budynki obstąpiły dziedziniec ze wszystkich stron. Plamy wilgoci i mchów na ich murach świadczą o zapuszczeniu i zapomnieniu. Drzwi, ledwie trzymające się na zawiasach, kupy zwalonych kamieni, ziemi, resztki marmurów i gipsów, kawałki spróchniałego, rzeźbionego niegdyś cedru, odłamki mozaiki i popękane lub rozbite emaljowane płytki i dachówki nadają temu zakątkowi wygląd ponury i smutny.
— Panie! — szepce urywanym od wzruszenia głosem p. Abu Abdessalam. — Jesteśmy na ziemi, która przyjęła prochy wielkich Emirów Saadien, a śród nich Ahmeda Wspaniałego, Ahmeda Złotego — zdobywcy Tombuktu, Sudanu i Senegalu! Przekleństwo ciążyło na tym szlachetnym rodzie... Mało z nich umarło śmiercią naturalną. W krwi i zdradzie kroczyli po tej ziemi, a czyhały na nich klęski i zbrodnie... Przekleństwo, rzucone przez nieznaną „kahina“ na dalekiego przodka Saadien, umarło razem z nimi... Gdy padła władza tej dynastji, a Mahreb opanowali Alauici, miejsce to zostało zamurowane i nikt tu już nigdy nie zakłócał spokoju zmarłych władców... Nikt... gdyż nowi królowie obawiali się przekleństwa, lub zamierzali zabić nawet pamięć o Saadien, żyjących we wdzięcznych wspomnieniach ludzi z Atlasu...
— Jednak — zauważyłem — widzę tu zielone emaljowane dachy ze śladami świeżych robót?
— Tak, to Francuzi ostatniemi czasy zajęli się podtrzymaniem tych upadających budynków! — odparł mój towarzysz. — Ale sułtanowie, panujący w Fezie, nie chcieli ukazać światu mauzoleum swoich poprzedników! Nie udał się im ten zamiar! Śród szczepu górali Draa pozostały jeszcze rody, pochodzące od najstarszych Berberów — Masmuda; oni wiedzieli, że mauzoleum istnieje od trzech prawie stuleci. Przekopali więc od podziemnego kanału odnogę, prowadząc ją pod fundamenta tych gmachów, i przed świętem Bejramu najbardziej poważani marabut’y odwiedzali grobowce dawnych władców, niszcząc potrochu późniejsze pomniki pierwszych Alauitów... Na Atlasie, w Gundafa, istnieją jeszcze rodziny, spokrewnione z szeryfami dynastji Saadien, a młodzieńcy z tych rodzin przekradali się do grobowców przodków i pokrzepiali tu swego ducha... Wejdźmy!
Ogarnęły nas mrok, cisza niczem niezamącona, dziwna gra słonecznych promieni, wślizgujących się gdzieś od góry, krzyżujących się i drgających pod pułapem z rzeźbionego cedru, przechowującego jeszcze żywe barwy farb i ściemniałe złocenie.
Czy to sen? czy jakieś czary?
Jestem przeniesiony bezwiednie do tajemniczej Alhambry w starej Granadzie. Te same ręce rzeźbiły ten cedr wiekuisty, i gipsy twarde jak szkło; one nakładały niegasnące w barwie farby i trwałe, jak spiż, złoto! Ci sami artyści-rzeźbiarze wykuli z płyt marmuru te wyniosłe kolumny, co nabrały już odcienia i przejrzystości starej, pożółkłej kości słoniowej; oni rzeźbili te kapitele szlachetne i wytworne; zrobili „mihrab“ i ustawili te pełne mistyki i dostojeństwa marmurowe sarkofagi, niskie, do połowy wrosłe w ziemię! Ci sami, biegli w sztuce zawiłej pisowni arabskiej majstrowie andaluzyjscy pokryli koronką, rzeźbioną w gipsie i marmurze, tablice z życiorysami tragicznych sułtanów i wznoszące się pionowe płyty nad mogiłami dzieci królewskich!
Przecież cudem jakimś przeniesiono mnie do ogrodu Linderaxa, do sali Ambasadorów i Abencerrages, do komnat Seralu, lub na podwórze Lwów?
Tajemniczość nieziszczonych zamiarów, ostatniego lęku przed gwałtowną śmiercią, miłosnych porywów i poczucia potęgi i wspaniałości; jakiś smętek, niby echo słabnących szeptów, przedśmiertnych westchnień; niewypowiedziane, nieme błaganie o pamięć, lub modlitwę; surowa bezwzględność władców, gorąca wiara Imamów, namiętne marzenia górali-wojowników i rozkosz półbogów — napełniały każdy zakątek tej świątyni, grobowca, zaklętego pałacu i siedziby królewskich cieniów, w tem samem miejscu i w tej samej chwili.
Jednak smutek przezwycięża wszystkie inne odcienia nastroju, — smutek i rzewność.
Mimowoli zjawia się chęć odmówienia modlitwy za umarłych.
Dzielę się temi myślami z Abu Abdessalamem. On schyla głowę i odpowiada szeptem:
— Bóg jest Jeden!...
W innych dwóch salach pozostały tablice z tekstami, olbrzymie płyty w ramach ze sczerniałego, zmurszałego drzewa, majolika, emalja, wilgoć, zatęchłe tchnienie wieków, pajęczyna i gruzy...
Cisza panuje tu wszędzie i smętek bezgraniczny, pleśń, kurz i wspomnienia. Pod okapami gnieżdżą się nietoperze i zdziczałe gołębie. Zalatujące odgłosy Marrakeszu, dawnej stolicy Berberów, gdzie zmieniały się trony, przepych i dzieje, umierają nagle, gdzieś wysoko, powyżej zielonych dachów panteonu Saadien.
Gdzie pozostały dawna potęga, wspaniałość i ścigany przekleństwem los tych emirów?
Znikło wszystko wraz z nimi, w proch się obróciło, zielskiem zarosło...
— Bóg jest Jeden! — powtarzam za Abu Abdessalamem.
Mój przyjaciel żegna mnie przy bramie i mówi:
— Przyślę panu jutro historję wojowniczego Mohamed Saleh, ukochanego syna pierwszego sułtana dynastji, tak jak ją wyciął z kamienia artysta z Andaluzji w panteonie Saadien... Na pamiątkę!...
Podchodzę do samochodu, lecz Abu Abdessalam dogania mnie i, zaglądając mi w oczy, szepcze:
— Tam leżą prochy moich przodków!...
Pochylił głowę, uczynił znak salamu i odszedł.
Przez cały dzień byłem pod wrażeniem tego dziwnego zakątka i słów mego nowego znajomego.
Może dlatego nie bardzo bawił mnie wczesny obiad, w cudownie zacienionym sadzie bogatego kupca Araba z Fezu, Si Mohammed ben Czokrun. A tymczasem obiad ten był wspaniały! Urządzono go w ogrodzie, w cieniu drzew owocowych, gdzie trawę pokryto pięknemi kobiercami, położono na nich „diwany“ czyli grube materace, zarzucone miękkiemi poduszkami.
Stały przed nami niskie stoliki z mosiężnemi tacami.
Czarne niewolnice, milczące i uważne, podały nam wodę, mydło i ręczniki do mycia rąk, poczem zajęliśmy miejsca na wygodnych, miękkich siedzeniach. Gospodarz pozostawał na uboczu, śledził za wszystkiem i oczami, lub skinieniem ręki dowodził całym oddziałem usługujących niewolnic. Nie mówił po francusku, a więc porozumiewał się z nami zapomocą p. Delarue, oraz jeszcze kilku Francuzów, mówiących po arabsku.
Uczta była świetna! Stanowczo twierdzę, że kuchnia maurytańska odznacza się wielkiem wyrafinowaniem i dobrym smakiem.
Podawano nam gołębie, pływające w oliwie, zaprawionej kukurydzą i różnemi jarzynami; baraninę duszoną ze strączkami fasoli i oliwkami; baraninę pieczoną ze słodkiem puré z tykwy; kurczęta smażone, nieodstępny kus-kus z baraniną; zielony pieprz turecki z kwaskawym sosem i migdałami, a na deser — ziarnka granatów.
Wody nie piliśmy, ale przezorny p. Delarue przywiózł z sobą wspaniałe wino czerwone — Kebir Royal, którem raczyliśmy się przy tej sutej uczcie, nie zrażając się bynajmniej pobłażliwemi i nieco pogardliwemi uśmiechami gospodarza i jego kuzynów, biorących udział w obiedzie.
Gdy niewolnice sprzątnęły wszystko ze stołów i znowu przyniosły nam przyrządy do mycia, rozpoczęła się etykietalna herbata z miętą, którą przyrządzał starszy syn gospodarza, chudy, blady, rozmarzony młodzieniec, bardzo skromny i układny.
Pan Delarue objaśnił nam, że młodzieniec bardzo martwi rodziców, gdyż nie chce wstąpić w związek małżeński i nie czuje żadnego pociągu do najpiękniejszych nawet kobiet.
— Wyszukałem mu przed miesiącem i nabyłem dla niego niewolnicę cudnej urody, — opowiadał nam gospodarz. — Nie chciałem wierzyć, że takie „hurysy“ dotykają swemi stopami naszej ziemi! Znalazł ją w swej komnacie, gdy przyszedł na spoczynek...
— No, i cóż? — zapytał p. Delarue, spoglądając na Araba rozśmianemi oczyma.
— Nic! Najspokojniej w świecie odesłał ją do pokoju niewolnic i spędził noc samotny! — odparł z westchnieniem zrozpaczony ojciec. — Widocznie niema na to woli Allaha. Niech będzie imię Jego pochwalone!
Gdy zaczęliśmy pić herbatę, gospodarz z synem odeszli, aby spożyć obiad z mężczyznami-domownikami, a jeden z kuzynów Si Mohameda czynił honory domu.
Opowiedziałem pobieżnie o tym obiedzie, bo Zochna szczegółowo opisała już taki obiad w Meknesie. Tu powtórzyło się wszystko to samo, bo etykieta w całym Mahrebie jest zupełnie jednakowa. Jedliśmy i tu trzema palcami prawej ręki, maczając oderwane kawałki mięsa, lub chleba w sosach i wyławiając niemi jarzyny. Zauważyłem, że Zochna doszła już do pewnej wprawy i dawała sobie radę z trudnem zadaniem estetyki arabskich obiadów. Opowiedziałem naszym biesiadnikom, że jeszcze bardziej energiczne sposoby jedzenia istnieją w Mongolji. Tam podają albo całego barana, albo olbrzymie kawały gotowanego mięsa i wszyscy rzucają się do jedzenia z długiemi, ciężkiemi nożami, krając niemi mięso i rozłupując kości ze szpikiem. Gospodyni zaś obchodzi ucztujących i uważnie przygląda się ich rękom. Jeżeli z łokci gości spływa tłuszcz, to znaczy, że danie było dobre.
Na obiedzie arabskim można być nawet w smokingu, zachowując pewną ostrożność i rozwagę; na mongolskim zaś — obiedzie — najlepiej być obnażonym do pasa, bo człowiek ucztujący, podług mody, panującej w kraju Dżengis-chana, powinien z konieczności i dla przyjemności nadobnej gospodyni umorusać się od czubka głowy, aż do pasa, a inni biesiadnicy w zapale dobrego apetytu dokonają reszty, zachlapawszy tłuszczem swego sąsiada z boków i z tyłu.
Co prawda, w Mongolji nikt nie nosi smokingów, a po paru obiadach ubranie nabiera niezwykłej odporności i nic już mu zaszkodzić, ani pomóc nie może, gdyż zamienia się w niezastąpiony niczem materjał do fabrykacji mydła, świec stearynowych, lub smarów...
Łatwo zrozumieć, że po tak sutej uczcie, jaką uraczył nas gościnny Si Mohammed ben Czokrun, nie bardzo byliśmy skłonni do chodzenia, a więc, zwiedziwszy naprędce piękny ogród, a raczej las drzew owocowych i palm daktylowych, z fruwającemi wśród nich dzikiemi gołębiami i drozdami, z przyjemnością przyjęliśmy zaproszenie gospodarza, aby wypocząć w półciemnych, pachnących żywicą cyprysową i pełnych lekkich przewiewów komnatach domu.
Szczęśliwa Zochna dostała zaproszenie na zwiedzenie haremu. Pożegnała więc nas i odeszła wraz z jedną z pań i uprzejmym gospodarzem. My zaś wyciągnęliśmy się na miękkich posłaniach, paliliśmy i rozmawiali bardzo leniwym, przyciszonym głosem.
Zdrzemnąłem się na chwilkę, lecz obudziły mnie dźwięki skrzypiec. Nie mogłem wątpić, że to moja żona gra, poznałem ją po technice, lecz odzywały się tylko dwie struny. Widocznie zagrała na skrzypcach arabskich.
Poznałem motywy, zapisanych przez żonę w Hiszpanji pieśni andaluzyjskich i cygańskich, a później — melodje, słyszane przez nią w Tlemsenie. Wtórowały tym dźwiękom okrzyki zachwytu, klaskanie w dłonie i głosy kobiece. Zasnąłem nanowo i spałem dobrą godzinę, co doskonale mi zrobiło po baraninie z fasolą i tykwą, tłustym kus-kus i innych smacznych, lecz bardzo posilnych potrawach.
A Zochna wciąż grała. Nie mówiąc po arabsku, rozmawiała głosem dwóch strun maurytańskich skrzypiec.
Gdy powróciła, zaczęliśmy żegnać p. Si Mohammeda ben Czokruna, jego syna i kuzynów i wkrótce powróciliśmy do hotelu.
Zochna natychmiast usiadła przy biurku i zaczęła pod świeżem wrażeniem coś pisać w swym dzienniku.
Opisywała harem i jego mieszkanki.
Oto co opowiada o tym tajemniczym zakątku domu muzułmańskiego:
„Dziś byliśmy na śniadaniu u bogatego Araba w jego zamiejskiej willi. Śniadanie odbyło się w prześlicznym oliwnym gaju. Jedliśmy na maleńkich stoliczkach z cedrowego, inkrustowanego drzewa, siedząc na atłasowych poduszkach. Niebo, jak olbrzymia, szafirowo-aksamitna zasłona, zupełnie nisko zwisało nad nami, a barwne góry Gheliz, ozłocone słońcem, wyglądały jak w czarodziejskiej bajce. Oprócz nas i pana Delarue, była też tam bardzo interesująca i niezwykle miła para — p-stwo Ducore, oboje młodzi, sympatyczni i przystojni. Na wstępie uderzył mnie dziwny kontrast tych dwóch istot, pomimo najlepszej harmonji, jaka ich łączy. Ona bardzo milutka, malutka, ładna, krępa bruneteczka, z krótko ostrzyżoną czuprynką i zawadjacką minką chłopaka, on — wysoki, pochylony, zapadnięty w piersiach, o zupełnie przejrzystej cerze i dużych, prześlicznych szafirowych i smutnych oczach. — Ofiara wojny! Biedny chłopak! Taki młody! Podobno, wysłano go tu do Marrakeszu dla cudownego klimatu i niezwykle suchego powietrza. Może Bóg da, że się poprawi!
„Po bardzo obfitem i smacznem śniadaniu, zupełnie podobnem do innych arabskich przyjęć, nasi panowie poczuli się ociężali i senni, tem bardziej, że wcale nie po arabsku raczyli się, doskonałem „Royal-Kebir“, przywiezionem przez jakąś niewidzialną istotę. Gościnny gospodarz zaprosił też zaraz na „une petite sièste“ panów do męskiej połowy domu, damy zaś, czyli mnie i panią Ducore, — do... haremu.
„Ogromnie lubię bywać w haremach, przyglądać się tym dziwnym istotom ludzkim, tak bardzo niepodobnym do nas, kobiet europejskich; lubię ten dziwny anachronizm, i pomimo wszystko, urok tych kobiet-zwierzątek i niewolnic, takich cudownie pięknych, zgrabnych, wspaniale ubranych, obwieszonych ciężką biżuterją starożytną, a zdradzającą wybitne cechy bizantyjskie w połączeniu z pozostałościami pogańskiemi; interesuje mnie widok tych hurys, siedzących prawie nieruchomo na kobiercach lub poduszkach i absolutnie powolnych skinieniom pana i władcy. Z radością też zaraz podążyłam za panią Ducore, dobrze władającą arabskim językiem i już rozszczebiotaną ze starym Mohammed ben Czokrun’em. Po drodze dowiedziałam się, że Mohammed obecnie posiada tylko dwie żony; miał jeszcze dwie inne, które mu pomarły, pozostawiwszy mu dzieci.
„Weszłyśmy przez „patio“, z tradycyjną marmurową fontanną pośrodku, do wnętrza „seralu“, a właściwie letniej i dość skromnej rezydencji tymczasowej. Na stopniach tarasu oczekiwało nas już kilka czarnych i brzydkich niewolnic, murzynek, z grubemi, obwisłemi wargami, płaskiemi nosami i kręconemi, jak owcza wełna, włosami. — Zauważyłam, że jedna z nich jest w „błogosławionym stanie“ i bardzo dumnie demonstruje swoją figurę, nie zdradzając ani trochę zażenowania. Pani Ducore objaśniła mnie, że niewolnice prawie zawsze spełniają też, oprócz domowych zajęć, jeszcze inne obowiązki względem pana domu i że bardzo się cenią w razie płodności. Znowu pomyślałam sobie, jak bardzo jest różna moralność muzułmańska od naszej, tam, w staruszce Europie!
„Uchylono tymczasem cienką, jedwabną kotarę, i weszłyśmy do obszernej komnaty, oświeconej tylko dwoma, u góry znajdującemi się, okienkami o szybkach różnokolorowych, to też światło było tajemnicze, fioletowo-pomarańczowe i jakieś, powiedziałabym, swoją zagadkowością przejmujące. Przyniesiono kadzidła, któremi nas odymiono, a bardzo to lubię. — Jakieś upajające zapachy róż, migdałów, jaśminu, w połączeniu z aromatem cedrowego drzewa, z którego zwykle tu robią sufity. — Wszystko razem odurza bardzo mile. Zostałyśmy same i zaraz też usadowiłyśmy się wygodnie na niskich, mięciutkich sofach i... doprawdy miałam wrażenie, że przeżywam jeden ze swoich licznych snów. Pani Ducore uczuła do mnie zaufanie i sympatję i zaczęła mi opowiadać o swojem młodem, a bardzo niepowszedniem życiu...
„Dopiero po pół godzinie ukazały się damy haremowe. Wchodziły jednak każda oddzielnie, z małemi przerwami, widocznie, dla wywołania efektu. Było ich coś ze sześć: dwie żony, trzy córki, i młoda synowa Mohammed ben Czokruna, żona młodszego syna gospodarza. — Ogromnie się wystroiły, wybieliły i uróżowały. Każda też miała „Koholem“[152] podkrążone i wydłużone oczy, tatuowane znaczki na policzkach, brodzie i między brwiami i uhennowane włosy i ręce. — Biżuterja również — pierwsza klasa! Razem wziąwszy, ważyła zapewne około pięciu kilogramów. Ogromne łańcuchy złote, po kilka bransolet na każdej ręce i nodze, olbrzymie medaljony-talizmany, tak zwane „main de Fathma“, a w uszach kolce, wysadzane rubinami, szmaragdami, szafirami, lub przepięknemi granatami; na czołach zaś, opaski — również masywne, złote z wisiorami; włosy przeważnie gęste i, z powodu uhennowania, pomarańczowe, miały zaplecione w drobniutkie warkoczyki.
„Gdym się przyglądała damom z bliska, zauważyłam, że mają po kilka szat na sobie. To mnie zaciekawiło i z pomocą pani Ducore dowiedziałem się, że w bogatych domach kobiety wdziewają aż do siedmiu sukien naraz. Nieszczęśliwi mężowie, posiadający po cztery żony! Z pewnością mają bardzo złe humory, kiedy muszą naraz 28 nowych sukien sprawić — a czasem jeszcze i na zmianę, więc po 56. — Czyż to nie lepiej w Europie, zwłaszcza teraz, kiedy z jednego metra jedwabiu elegancka kobieta może sobie uszyć śliczną sukienkę... po kolana? Co prawda, w tym gorącym klimacie, to jednak musi być przykro, tyle szat mieć na sobie? —
„Tymczasem haremowe damy potroszę zaczęły się oswajać z nami. — Niewiele dotychczas widziały Europejek, nie mogą ukryć wielkiej ciekawości i chęci zadania najgłówniejszych pytań i wyświetlenia kwestyj, które najżywiej obchodzą te dziecinne umysły.
„Pozwalamy; więc zaraz zaczyna się:
— Czy Lalla (pani) ma męża, czy go kocha?
— Czy ma dzieci, ile, w jakim weku, czy ma dużo niewolnic?
— Czy wychodzi sama na ulicę? Czy umie przygotować kus-kus?
— Czy mąż ma inne żony i ile? (uważam, że niejedna Europejka znajdzie się „w kropce“ przy tem pytaniu).
— Czy ma miękkie łoże i z jakich baranów otrzymała wełnę?
— Jakie winogrona najwięcej lubi? Ile też może wypić herbaty z miętą, lub kawy maurytańskiej?
— Czy piła kiedy szampan?
— Dlaczego nie używa henny, hedta, wszak byłaby o wiele ładniejsza?
— Dlaczego nosi takie krótkie suknie i tak lekko pod spodem ubrana? Widocznie ma skąpego męża?
— Czemu nie nosi klejnotów, czy nie dostała posagu i wyprawy?
— Czy nie wstydzi się chodzić bez zasłony po ulicy?
„Odpowiadałyśmy na to wszystko bardzo cierpliwie i pobłażliwie, właściwie pani Ducore mówiła za mnie i za siebie, ja zaś tymczasem przyglądałam się im uważnie. Obydwie żony Mohammeda były niezwykle piękne, zwłaszcza młodsza, może najwyżej szesnastoletnia... Miała tak cudne oczy, zielone, rozmarzone, nosek malutki, rasowy, usteczka rozchylone, zęby jak perły, wysmukłą szyjkę, i była przedziwnie zgrabna, pomimo swoich ciężkich, niezliczonych szat. Zauważyłam jednak, że jest zupełnie dzika, zdaje się, że była to piękność z krainy najbardziej poszukiwanych kobiet — z Suss. W pewnej chwili przyniesiono jej niemowlę, które zaczęła karmić i okrywać pocałunkami, wkrótce jednak zniecierpliwiona, że malutka córeczka, widocznie sprawiła ból matce — wyrwała jej pierś, jak z marmuru wykutą i do świeżego jabłka podobną, i zaczęła bić i gryźć do krwi dziecinkę, na co jednak inne haremowe damy nie bardzo reagowały. Dopiero, widząc nasze przerażone miny, druga z żon Mohammeda, odebrała okrutnej piękności rozkwilone dzieciątko i sama zaczęła je huśtać, pocieszać i tulić. Wtedy zauważyłam, że ta druga ma dobre, łagodne spojrzenie, bardzo miły, trochę smętny uśmiech i pociągającą urodę, o wiele kulturalniejszą od innych Arabek. Była znacznie starsza, miała lat około trzydziestu pięciu i pochodziła, podobno, z Kaukazu (zapewne kupiona i przywieziona tu jako niewolnica). Oczy miała niebieskie, włosy prawie jasne i cerę znacznie bielszą od innych kobiet. — Zaprzyjaźniwszy się z nami na dobre, — kazała przyprowadzić swoje dzieci, które się jednak okazały zupełnie inne, ani do niej, ani też do Mohammeda ben Czokruna niepodobne. — Były to trzy dziewczynki w wieku 10, 12 i 14 lat. Wszystkie o typie prawie senegalskim, kręconych włosach i zupełnie prawie czarne! — Widząc nasze zdziwienie, kobieta, trochę zażenowana, zaczęła się długo rozwodzić nad tem, że ile razy zapada w błogosławiony stan, zawsze bardzo ciężko choruje, nie jada i nie pije nic oprócz kawy, i to dlatego wszystkie dzieci są czarne!
„Wkrótce nadszedł starszy syn Mohammeda ben Czokrun, młodzieniec, który budzi poważne obawy w ojcu, ponieważ najwidoczniej nie lubi kobiet.
„Otóż młodzieniec ten okazał się skrzypkiem: przyniósł ze sobą skrzypce, pragnąc widocznie popisać się przed cudzoziemkami. Skrzypce były dość dobre, ale o dwóch tylko strunach, nastrojonych zupełnie nisko; smyczek zaś z wytartym włosem i prawie w łuk wygięty, obiecywał niewiele artystycznej rozkoszy. Trzeba dodać, iż afrykańscy muzykanci opierają skrzypce na kolanach w pozie pionowej, podobnie jak u nas wiolonczelę, co zmienia charakter dźwięku i utrudnia technikę. Na nasze prośby, młodzieniec usiadł nisko na poduszce i zaczął wykonywać jakąś przeciągłą, jękliwą, fałszywą, a naładowaną trelami, fioryturami i gruppetami melodję — co najgorsza, niezmiernie przewlekłą.
„Kilkakrotnie zauważyłam jego tęskne i rozmarzone spojrzenia, zwrócone ku młodej żonie swego ojca, tej właśnie pięknej, a okrutnej pani o rusałczanych, podłużnych oczach. Widziałam też, że i jej jakoś dziwnie oczy błyszczą i że przybrała bardzo ponętną pozę, z czem było jej rzeczywiście prześlicznie.
„Pomyślałam więc sobie, że snuje się tu może jakiś poważniejszy dramat, coś w rodzaju „Mazepy“ Słowackiego, i że młodzieniec, budzący obawy w ojcu „obojętnością na wdzięki kobiece“, może jeszcze innych, zupełnie niespodziewanych kłopotów mu przysporzyć. Zresztą — może mi się tak tylko zdawało? Mam bujną wyobraźnię, a atmosfera haremu budzi fantazję.
„Pani Ducore, wiedząc, iż jestem artystką, uprosiła mnie, żebym cokolwiek zagrała, więc kiedy wreszcie młodzieniec przestał już skrzypieć i piszczeć, poprosiłam go o skrzypce, ku wielkiemu zdumieniu audytorjum, nastroiłam o całą kwintę wyżej i, choć z początku z wielką trudnością, bo to i smyczek krzywy i instrument kiepski, i tylko dwie struny, — zaczęłam improwizować jakieś wschodnie melodje, gdyż żadne inne nie sprawiłyby tu przyjemności. Wrażenie było ogromne i najwidoczniej odjęło im mowę: wpatrywano się we mnie, jak gdybym była duchem z innego świata, lub tajemniczym „dżinnem.“
„Jedna z kobiet poczęła mi macać ręce i nogi, ale najwięcej zdumiony był „kolega“-muzyk. Dziwił się wszystkiemu: i niezwykłej, dziwacznej dla niego pozie, i szybkim ruchom palców, i czystym dźwiękom, a kiedy jeszcze powtórzyłam graną przez niego melodję, tylko nieco uszlachetnioną i sharmonizowaną (o ile na to pozwoliły dwie struny) wzruszył się nagle, uścisnął mi ręce i zaczął prosić, abym mu dała pewne wskazówki, co też obiecałam zrobić i zaraz, nazajutrz, kazałam mu przyjść do hotelu.
„Teraz już nas nie chciano wypuścić z haremu. — Musiałam grać bez końca. — Jedna z dziewczynek zaczęła jakiś taniec; wcale nieźle jej to poszło. Zauważyłam ogromne wyczucie rytmu i dużo poezji w ruchach, zwłaszcza rąk i ramion. Wszystkie „damy skupiły“ się teraz koło nas, gładziły nas po włosach i twarzach, co było mniej przyjemne, ale zdradzało wielką sympatję. Podano herbatę z miętą i mnóstwo słodyczy tradycyjnych. A ja wciąż grałam i grałam, — kiedy na chwilę przestawałam, klaskano zawzięcie w dłonie, a później robił się gwałt i protest; wówczas przypomniała mi się bajka o skrzypku, który wracał z wesela przez las i wpadł do wilczej jamy, a kiedy ze strachu poczuł duszę na ramieniu i oczekiwał straszliwej śmierci przez pożarcie, przyszło mu nagle na myśl, żeby zagrać na skrzypeczkach, i w ten sposób ocalił sobie życie. Wilki otoczyły go kołem i słuchały, słuchały... a on grał i grał...
„Moje damy haremowe były również podobne do wilcząt, tylko że ja nie miałam strachu w sercu, gdyż moje wilczęta polubiły mnie. — Wkrótce też rozległy się głosy naszych panów, i jedna z czarnych niewolnic przyszła nas zawiadomić, że powozy czekają i panowie proszą o powrót.
„Z wielkim żalem i smutkiem pożegnały nas arabskie damy, ręce nasze przyciskały sobie do serca i coś bardzo rzewnego i przyjemnego mówiły.
„Żal mi ich, żal mi tego młodego życia w klatce, ale ma to swój urok, jednak, ma! Naturalnie, gdy się tylko patrzy na to“...
Tegoż dnia musieliśmy być na drugim proszonym obiedzie. Miał się odbyć o 7-ej wieczór i, Francuzi, zaproszeni razem z nami, zapewnili nas, że obiad potrwa krotko, że najpóźniej o 9-ej powrócimy już do hotelu i będziemy mogli odpocząć nareszcie po tak „pracowitym“ dniu.
Zaproszenie na obiad otrzymaliśmy od dwóch notablów miejscowych — Si Mohammed ben Abdesselem el Uarzazi i Si Ali ben Mohammed el Hassaui. Byli to krewni miejscowego baszy, potężnego księcia feudalnego Glaui.
Jeden z francuskich urzędników powiadomił mnie, że są to starcy, bardzo dumni, arystokratyczni i nieskłonni do rozmów z cudzoziemcami, że urządzają nam przyjęcie oficjalne w zastępstwie nieobecnego Baszy, bawiącego chwilowo w swojej kasbie w górach.
Na wszelki wypadek, żeby nie uczynić gafy, zapytałem urzędnika, czy mogę jednak z tymi potentatami nawiązać rozmowę.
— Niech pan spróbuje — odpowiedział urzędnik — lecz to się nie uda, bo obaj starcy będą odpowiadali przez tłumacza zdawkowemi „tak“ i „nie“.
Trochę po 7-ej podjechaliśmy do ślepego muru, gdzieś w pobliżu Dżema el Fna. Zapukano do małych, niskich drzwi, które natychmiast otworzono, i niewolnik z latarką w ręku przeprowadził nas przez ciemny tunel, przebity pod domem. Znaleźliśmy się wkrótce na przepięknym dziedzińcu, ze strzelającemi ku gwiazdom czarnemi cyprysami, kwitnącemi krzakami i szemrzącą fontanną. W rzęsiście oświetlonej komnacie, przybranej z przepychem, wyszli gospodarze na nasze spotkanie — sędziwi starcy w białych burnusach i turbanach. Starszy z nich, mały, chudy staruszek, o białej bladej twarzy i chytrych, badawczych oczkach, powitał nas bardzo uroczyście i prosił zająć miejsca.
Wkrótce rozpoczął się obiad, w ciągu którego nic nowego nie spostrzegłem, lecz gdy podano już herbatę, zacząłem rozmowę z naszymi amfitrjonami, posługując się oficjalnym tłumaczem, inteligentnym i przystojnym „taleb’em“[153]. Istotnie gospodarze rozmowy podtrzymywać nie chcieli. Wtedy zacząłem opowiadać o krajach, zwiedzanych przeze mnie, o spotkaniach z dostojnikami różnych kultów i o swoich spostrzeżeniach z dziedziny religji. To podziałało wprost w magiczny sposób. Rozgadaliśmy się na dobre, a że tłumacz, narazie urzędowo spełniający swoje czynności, również się zainteresował i zapalił, rozmowa przybrała bardzo ożywione formy. Tak ożywione, że staruszkowie z sofy spełzli na podłogę i siedzieli na kobiercach, podwinąwszy pod siebie nogi.
Uczyniłem to samo, najpierw z „dobrego tonu“, a powtóre — bardzo lubię siedzieć na podłodze, gdy opowiadam o czemś, co mnie samego interesuje.
Nagle staruszek o chytrych oczkach zapytał mnie:
— Prawda to, że bolszewicy są dobrymi, sprawiedliwymi ludźmi?
— Sidi — odparłem, — widziałem tych ludzi oko w oko, lecz nie chcę mówić o swoich wrażeniach, aby nie być stronniczym. Powiem tylko, że ci sprawiedliwi ludzie sami przyznali, że wymordowali około miljona ludzi, a śród nich sześć tysięcy ulema[154], sto imamów[155], dziewięć tysięcy hakim’ów[156], trzynaście tysięcy ludzi najbardziej majętnych, trzysta pięćdziesiąt pięć tysięcy taleb’ów...
— Na Allaha! To są źli ludzie! — zawołali starcy. — Pocóż się tak tu wychwalają?
— Lecz może są oni sprawiedliwi? — ciągnąłem dalej. — Chcę wam wyjaśnić, cobym zrobił tu, gdybym był bolszewikiem...
— Bismi Llahi Rahmani r-Rahim[157], — zaczęli szeptać starcy.
— Widzę tu w Mahrebie same mury! — powiedziałem, patrząc na przerażone twarze gospodarzy. — Murami otaczacie swoje domy, swoje gaje palmowe, swoje ogrody, swoje haremy. Co to znaczy?
— Bronimy swej własności! — odpowiedzieli w jeden głos, podnosząc ramiona.
— Gdybym był bolszewikiem i rządził tu, kazałbym najpierw znieść wszystkie mury! — zawołałem. — Daktyle, granaty, wino, oliwki, należałyby nie do was, lecz do waszych domowników, sług, niewolników i żebraków ulicznych. Żony wasze stałyby się żonami akrobatów z Dżema el Fna, wyrobników z Suk, mego szofera, lub tego czarnego niewolnika, który z latarnią wprowadził nas do waszego pięknego domu, gdzie pracowali dla potomków swoich wasi przodkowie...
— Niech Allah nas broni — zawołali starcy i zaczęli coś szeptać do siebie, naradzając się z tłumaczem.
Długo potem trwała jeszcze rozmowa i dopiero po jedenastej zaczęliśmy żegnać notablów. Ściskając mi ręce i później dotykając palcami swoich ust, mówili do mnie:
— Enta mezid u kalbek khallit! — Odchodząc, zostawiasz po sobie zasmucone serca!
Nazajutrz rano, niewolnik przyniósł mi do hotelu dwa listy, a raczej bardzo pochlebną dla mnie ocenę mego rozumu, wiedzy itd., podpisane przez obydwóch starców, którzy, widocznie, mieli jakieś przychylne dla Sowietów wiadomości, lecz nie słyszeli jeszcze o nich całej prawdy.



ROZDZIAŁ XXVI.
O SIEDEM WIEKÓW WSTECZ!

Główne dowództwo obwodu Marrakeszu zaproponowało mi odbyć podróż do wysokiego Atlasu. Później zrozumiałem, że ta część Marokka stanowi dumę polityki francuskiej w państwie Sułtana Mulej Jussefa.
Pewnego pogodnego poranku zajechał przed nasz hotel wojskowy samochód; przybył w nim kapitan sztabu generalnego, Deverre, z którym miałem odbyć podróż w góry.
Droga szła wzdłuż znajomych mi już różowych, jak gdyby przesyconych ciepłem murów miasta, a później wybiegła na kamienistą równinę, nagą pustynię, przeciętą krzyżującemi się drogami karawanowemi, a dochodzącą aż do czołowego północnego łańcucha gór.
Samochód mknął, rozpędzając sznury naładowanych wielbłądów, rozpraszając na wszystkie strony grupy mułów i osłów i zdążające do miasta tłumy wieśniaków i włóczęgów, wędrujących koczowniczym sposobem z miasta do miasta.
W kilkunastu miejscach spostrzegłem korony palm, wyrastające z jakichś okrągłych dołów. Gdy zapytałem o nie, dowiedziałem się ciekawych rzeczy.
Marrakesz nigdyby nie był Marrakeszem — stolicą, miastem handlu i rozrywek, tym „Paryżem Mahrebu“, gdyby nie te doły. Są to szyby, prowadzące do sieci podziemnych kanałów. Od niepamiętnych czasów Sułtanowie obmyślili plan zaopatrzenia swej stolicy w wodę. Pracowici, wprawni tubylcy ze szczepu Draa, na rozkaz władców przekopali kilkanaście linij podziemnych kanałów-tunelów, doprowadziwszy je do takiej głębokości, gdzie napotkano warstwy ziemi, nie przepuszczające wody. Ujęto w te kanały, czyli tak zwane „rethara“, źródła, spływające ze szczytów Atlasu i wsiąkające w wapienne pokłady pustyni. Oprócz głównych kanałów, należących do rządu, istnieje cała sieć prywatnych „rethara“, które ożywiają plantacje i dostarczają wody miastu. Istnieje około 360 takich kanałów; nad ich oczyszczaniem i podtrzymaniem pracują tubylcy Draa, którzy wchodzą do tunelów przez te okrągłe doły, z wyrastającemi z nich drzewami.
Znam podobną podziemną kanalizację w Chinach i w Persji, lecz tak olbrzymich robót tam nie spotykałem. Znam jedno tylko miejsce, gdzie umiejętność i przedsiębiorczość w tym kierunku doszła do jeszcze większej doskonałości, a mianowicie w Figuig. Tubylcy tej oazy poruszają się w ziemi ze zręcznością kretów, wynajdując najmniejsze strugi wody i zmuszając ją do spływu na ich pola i do ich gajów palmowych.
Na równinie, leżącej pomiędzy Atlasem a Marrakeszem, woda w kilku miejscach wybiega z podziemnych arteryj na powierzchnię, a pomysłowi Marokańczycy urządzili tu groble i postawili małe młyny wodne.
Ominęliśmy główną szosowaną drogę, gdyż odbywał się na niej remont; setki robotników tłukły kamienie na szczebionkę, kopały rowy, zwoziły małemi wózkami piasek i popychały ciężkie walce kamienne. Całą tą armją tubylców dowodził samotny technik-Francuz.
Przejechaliśmy około 60 kilometrów i północne rozpadliny górskie ogarnęły nas ze wszystkich stron. Warstwy ziemi, przesiąknięte wodą, spływającą ze śnieżnych szczytów Atlasu, stworzyły możność rozwinięcia się roślinności tuż nad nagą pustynią. Dokoła małych wiosek szemrzą drzewa oliwne i owocowe, a wśród zieloności odcinają się kwadraty pól, ze sprzątniętem sorgo i kukurydzą.
Szosa wspina się krętemi wirażami coraz wyżej. Zdążają tu wszystkie drogi, przecinające równinę, aż wlewają się jak potoki, do głównego koryta. Pozostaje ono jedynem, którem płyną strumyki ludzkie przez góry i docierają do serca Atlasu, i dalej do Tarudantu, Tikirtu i Sudanu.
Na szczycie pierwszego rzędu gór spotykamy kilka wiosek, przylepionych do stoków wąwozu, na dnie którego biegnie płytka, lecz wartka rzeczka górska. Musiałaby niezawodnie wpaść, gdzieś do rzeki Tensift, przepływającej około Marrakeszu, lecz na równinie coraz bardziej traci wodę, zanika zupełnie, pod ziemią trafia w łożyska kanałów i dobiega niemi do miasta. Po okresach ulew, w czasie gdy topnieją śniegi i lodowce w górach, ta rzeka przebiega pustynię, niosąc żółtą ziemię i wlokąc ze sobą kamienie. Ślady biegu tej rzeczki górskiej są wyciśnięte na ziemi w postaci wyschniętego uedu-łożyska, pełnego okrągłych, gładko obtoczonych kamieni.
Cała miejscowość, gdzie wioski skupiły się przy wąwozie, nazywa się Tanaut. Szaro-żółte domki z tarasami na dachach i otwartemi galerjami, czepiają się skał i wiszą nad stromem urwiskiem, podobne do gniazd jaskółczych. Wąskie, malutkie okienka, niskie, wryte w ziemię drzwi, brudne podwórka, meczet z cieniutkim minarecikiem, wałęsające się uliczkami bydło, kupy dzieciaków, kury, wszystko to stanowiło taki znajomy, tyle razy widziany obraz w dowolnem miejscu na Kaukazie. Te same skupione, drobne domki-sakle, wąskie, wspinające się do góry uliczki, brudy, tłumy leniwych tubylców, widziałem tam nieraz.
Przy drodze, pomiędzy skałami ukrył się mały domek francuskiego „cantonier“. Gospodarz pracuje gdzieś daleko przy naprawie drogi, lub mostu, a żona, skrzętna gospodyni, założyła mały ogród warzywny, drobny sad owocowy i restaurację, którą obwieszcza szyld, napisany białą farbą wprost na skale. Smaczną kuchnię, wspaniałe jarzyny, dobre wino, można znaleźć w tym zaczajonym za skałami zakątku, gdzie nas na powrotnej drodze poczęstowano wybornem śniadaniem.
Nasz szofer-legjonista mknie jak szalony. Kapitan Deverre kilka razy pyta go z zaciekawieniem, czy mu tak spieszno skręcić nam i sobie kark? Szofer nic nie odpowiada, zwalnia biegu, ale po chwili znowu pędzi, zakręcając samochodem jak zabawką dziecinną. Zdaje się, że na nic nie zważa ten młodzieniec szalony o śmiałej twarzy i włosach złocistych. Lecz baczny jest, a szybki w ruchach i obliczeniach. Mknie pełnym pędem po wiszącym nad przepaścią gzymsie, z wykutą w nim drogą, robi błyskawiczne zwroty na zakrętach, przelatuje jak ptak przez małe wiadukty, przyczepione do zboczy pionowych ścian, a nie przepuści żadnej dziewczyny berberyjskiej! Te zatrzymują się na jego widok i czarne oczy wlepiają w piękną, męską twarz szofera o złotych włosach, a on niby ich nie widzi, nie poruszy nawet głową, lecz widocznie robi jakieś znaki, bo Berberki twarze rękoma zasłaniają, śmieją się głośno i odwracają się niby w przerażeniu.
— Co szofer tam robi? — pyta kapitan, dawno obserwujący te spotkania.
— Rien, mon capitaine! — odpowiada młodzieniec, zwiększając jeszcze szybkość.
— Jakto nic, gdy tamte dziewczyny pękają ze śmiechu? — dopytuje się p. Deverre.
— Robię różne miny, aby je odstraszyć, bo patrzą się jak w ścianę meczetu Mulej Idrissa — odpowiada legjonista trochę zmieszanym głosem.
— Niech już szofer lepiej patrzy przed siebie! — daje radę kapitan.
— Bien, mon capitaine! — brzmi odpowiedź, i jeszcze szybciej mknie samochód.
Wjeżdżamy wreszcie na przełęcz górską. Pod nami, gdzieś zupełnie pod nogami, kupka wiosek Tanaut, grzbiet zielonych pagórków, a dalej martwa, szaro-czerwona równina, aż hen! — do siniejącej na horyzoncie ściany Dżebilet. Tuż przed temi górami, czerni się plama — to palmowa oaza Marrakeszu, a, wytężywszy lepiej wzrok, rozróżniam sylwetkę minaretu Kutubia... Na południu — inny krajobraz. Wąska dolina, ciągle ku dołowi się rozszerzająca, wychodzi na płaszczyznę pomiędzy dwoma wysokiemi grzbietami gór. Tam na dole połyskuje wąska, srebrna wstęga rzeki, widnieją porozrzucane w nieładzie domki, kwadraty pól, gdzie pracują rolnicy, idąc za pługiem, pasą się stada owiec. Na prawo, na pochyłości góry — duża wieś; widzę meczet z minaretem, i Kubbę z zielonym dachem.
— To — miasteczko Mulej Brahim! Do kubby tego „uali“ przychodzą każdego roku tłumy pobożnych — objaśnia mi kapitan Deverre. — Dla górali Atlasu jest to miejsce pielgrzymek. Każdy Hadż z tych okolic powinien przed wyprawą do Mekki odwiedzić kilkakrotnie grobowiec Mulej Brahima — patrona tych gór i podróżujących.
— Musimy więc zanieść do niego modły nasze, — zauważyłem — i prosić, aby jak najmniej posyłał na naszą drogę dziewczyn berberyjskich, bo widzę, że przed nami leżą jakieś wściekłe zakręty, a szosa jest wąska...
Szofer uśmiecha się nieznacznie i odpowiada stereotypowym frazesem:
— C’est rien, Monsieur...
Zjeżdżamy karkołomną drogą, coraz niżej i niżej, kręcimy się, jak węgorze, wśród gór, zwałów skał, zawisamy nieraz tuż nad urwiskiem, a wciąż staczamy się nadół. Spotykamy tłum pielgrzymów, zdążający do Kubby Mulej Brahima. Idą gęsiego przez górę, do połowy skryci w wysokiej trawie i krzakach. Zatrzymują się około samotnego drzewa i składają ofiary duchom, mającym tu siedzibę, — szmatki, wstążki, pęki barwnej wełny. Wspomnienia przenoszą mię znowu do Azji, gdzie na setkach takich drzew sam, osobiście porozwieszałem „obiaty“ — gałganki ze zniszczonej podszewki mojej kurty, pasma wydarte z grzywy mego „Bielaka“ — starego towarzysza, na którym od Amylu dojechałem do Narabanczi-Kure. Wieszałem swoje ofiary nie dlatego, żebym wierzył w demony świętych drzew — „chamtytów“, lecz dlatego, żeby nie budzić szatanów, śpiących w sercach i umysłach moich Mongołów-przewodników.
Już prawie dojechaliśmy do dna wąwozu, już widzieliśmy przed sobą całą dolinę z gajami oliwnemi, polami i stadami, gdy nagle na prawo od szosy ujrzeliśmy czerwone osypy ziemi, a tuż przed niemi kilka kwadratowych basenów, napełnionych wodą. Była to kopalnia soli. Kilku tubylców czerpało wodę kubłami, zszytemi z kozich skór, i wylewało do najwyżej położonego basenu. Tu woda parowała na słońcu i, gdy już z niej zaczynała osiadać sól, wypuszczano ją stopniowo do następnych; zawartość soli w parującej wodzie ciągle się zwiększała, aż w ostatnim basenie zbierała się na dnie w wielkiej ilości. Robotnicy wydobywali ją łopatami i układali w stosy, gdzie wysychała.
Przy jednej ze studni pracowała dziewczyna. Wysoka, cienka jak trzcina, a silna i zwinna, miała obnażone aż poza kolana nogi, nagie ramiona i plecy. Jakieś ciepło biło od jej oliwkowej skóry, a gdy podniosła na nas oczy, wprost paliła ich blaskiem.
— O! — zawołał kapitan. — To prawdziwa piękność ze szczytu Suss!
— Charmante! — rzucił przez zęby szofer.
Nie wiem, czy można było ją nazwać „charmante“, bo była brudna i miała ręce czerwone, zniszczone od soli... lecz niema mowy, że była piękna, kształtna i zgrabna nad wyraz. Każdym ruchem zdradzała siłę, zwinność, a zarazem posiadała jakąś leniwą, namiętną ociężałość. Zdawało się, że mówiła każdem poruszeniem rąk i kształtnych bioder:
— Pracuję, bo muszę, lecz natura do innego celu mnie przeznaczyła. To — stan chwilowy. Moja godzina wybije, godzina szczęścia dla mnie i rozkoszy dla tego, kto uczyni ze mnie niewolnicę, lub żonę!...
Zwróciwszy się do kapitana, powiedziałem:
— Jedźmy już dalej, bo nasz szofer zaczyna drżeć...
— To nie ja, monsieur, drżę, lecz auto! — odparł z cichym śmiechem, nie spuszczając wzroku z pięknej twarzy dziewczyny.
Ta uśmiechnęła się, widząc nasze rozweselone twarze.
Błysnęły jej oczy i lśniące białością zęby. Trwało to przez jedną chwilę, a później schyliła się znowu nad studnią, bo „nie wybiła jeszcze jej godzina.“ Musiała pracować. Ruszyliśmy dalej.
Przeciąwszy dolinę, zaczęliśmy znowu podnosić się na szczyty gór; minęliśmy malutki, malowniczy domek technika drogowego, a o parę kilometrów od niego, dwie kasby, jedną — dużą, drugą — mniejszą. Były to prawdziwe twierdze o grubych murach, basztach strażniczych, wąskich okienkach — strzelnicach i potężnych bramach. Stały na samotnych cyplach pagórków, gdzie trudno byłoby je atakować, a skąd, obrońcy kasb z łatwością mogli odpierać napady. Ludność kasby przedstawia zamkniętą w sobie komunę, gdzie wszyscy mieszkańcy są rządzeni przez obieranego „kadi“, a często przez marabut’a. Była to miejscowość Asni, skąd droga prowadziła dalej w głąb Atlasu. Bogaty to kraj, ale jeszcze bardzo mało zbadany. Kasby otoczone są gajami oliwnemi, drzewami owocowemi i migdałowemi. Wszędzie na znaczniejszych równinach widziałem rolę uprawną, winnice, doskonałe pastwiska, mknące z gór potoki i strumyki, góry, pokryte lasami drzew dębowych i tui; wyżej, nad granicą roślinności, piętrzyły się nagie, barwne skały, z plamami śniegu na szczytach.
Spotykałem tu ogromne jaszczurki — warany. Są to największe w tych szerokościach okazy. Herodot nazywa ten gatunek „krokodylem ziemnym“. Widziane przeze mnie warany miały około metra długości, długie szyje, silne nogi, pozwalające tym zwierzętom rozwijać wielką chyżość; przerażone rykiem samochodu uciekały, wymachując silnemi ogonami, któremi się posługują niby biczem w razie napadu lub obrony.
Przejechawszy około 10 kilometrów za Asni, trafiamy na nieszosowaną jeszcze drogę. Spotykamy tu kilku górali, zdążających do Marrakeszu z towarem — dwa koszyki, napełnione węglem drzewnym i umieszczone na grzbietach drobnych osiołków.
— Wie pan, — mówi do mnie kapitan, — że za ten węgiel góral dostanie w Marrakeszu jakie 5 franków? A tymczasem on jedzie, właściwie idzie tam i z powrotem sto sześćdziesiąt kilometrów nieraz, tracąc na tę podróż 5—6 dni za 5 franków! Lubią tubylcy takie przechadzki, bo ta dziedziczna krew koczowników żąda zmiany miejsca i ruchu...
W łożysku potoku, przecinającego drogę, zauważyłem kilka odłamków kryształów górskich. Zaciekawiło mnie to, więc wyszedłem z samochodu i zacząłem iść ku źródłom potoku, wypływającego ze skał, malowniczo na żółto i czerwono zabarwionych, a poszczerbionych i popękanych.
W łożysku znalazłem sporo bardzo pięknych onyksów, agatów, kryształów kwarcu, ametystów i kawałków zielonej rudy miedzi.
Gdyby na takie miejsce natrafił syberyjski lub kanadyjski poszukiwacz złota, niezawodnie nie przepuściłby łożysku niewielkiej rzeczki, do której wpadają te liczne potoki, niosące przeróżne kwarce z popękanych barwnych skał, złożonych, o ile mogłem sądzić z kilku znalezionych odłamków, — z konglomeratów.
Podczas mojego szperania w korycie potoku, spłoszyłem stadko kuropatw i jeszcze coś większego, bo bardzo głośno szamotało się w krzakach, a później zmykało z tupotem. Myślę, że to był dzik.
Ujechawszy trochę dalej, zatrzymaliśmy się, aby obejrzeć piękną panoramę, rozciągającą się przed nami. Góry się tu rozstąpiły i utworzyły wielką kotlinę; na przeciwległym od nas końcu, niewidzialny za lasem tui, znajdował się Tagadirt el Burn. Szczyty gór tonęły w mgle słonecznej i w lekkich oparach. Przed nami piętrzyły się najwyższe szczyty, ze śniegiem w szczelinach i po zacienionej stronie; te szczyty tworzyły groźny swym dzikim, ponurym chaosem — „cyrk“, gdzie, podobno, można spotkać panterę, polującą na muflony.
— Jesteśmy już w prawdziwym Wysokim Atlasie! — rzekł kapitan, zapalając papierosa.
Przypomniałem sobie, co mi opowiadał w Marrakeszu komendant Orthlieb, kierownik polityki francuskiej w tym obwodzie. Obszar górski jest od niepamiętnych czasów podzielony pomiędzy trzy potężne, feudalne rody książęce — Glaui, Gundafi i Mtugui, które nieraz walczyły z Sułtanami, a są spokrewnione z Almorawidami i dynastją Saadien. Są to tak zwani „władcy gór“, czyli „wielcy kaidowie“. Do ich rządów niechętnie mieszali się nawet Sułtanowie, starając się utrzymywać z tymi potentami dobre stosunki. Królowie Fezu i Rabatu powinni byli zawsze pamiętać, że na pierwsze skinienie ręki „władców gór“ podniosą się z bronią w ręku wojowniczy górale od brzegów Atlantyku, do wschodnich odnóg Atlasu, a więc szczepy Haha, Suss, Draa i Szleu, a za niemi szczepy, koczujące za Anti-Atlasem, te plemiona mieszane arabsko-berberyjskie z dodatkiem krwi tubylców Sahary.
Francuzi, wchodząc do Marokka, spotkali się z wrogim oporem i intrygami „wielkich kaidów“, lecz z biegiem czasu doszli z nimi do porozumienia, pozostawiając ich prastary, bo od XIII-go wieku ustalony ustrój feudalny, ich prawa i ich wpływy. Jest to, co prawda, państwo, czyli właściwie trzy państwa w jednem państwie Sułtana marokańskiego. Jednak zamiast wojny domowej, stała się ta kombinacja polityczna rękojmią spokoju i bezpieczeństwa na południo-zachodzie Marokka. Francuzi zagwarantowali uznanie praw feudałów przez Sułtana, Sułtanowi zaś ułatwili otrzymanie od szczepów górskich — daniny i wojowników.
„Wielcy Kaidowie“ jednak wiedzą, że pierwszy objaw nieposłuszeństwa lub powstanie wystarczy, aby Sułtan ogłosił ich wrogami, a wtedy francuskie wojska z Marrakeszu, Agadir i całego wybrzeża Atlantyku ruszą przeciwko nim, i prędzej lub później wyprą ich nazawsze z ich zamków-kasb i pozbawią praw i panowania. To też „wielcy Kaidowie“ wzajemnie się prześcigają w administrowaniu śród swoich gór i wojowniczych górali, a nawet w zastosowywaniu niektórych zdobyczy europejskiej nauki. Nigdzie może w Marokku nie jest tak bezpiecznie, jak w Wysokim Atlasie. Niema tu żadnego posterunku wojennego francuskiego, a tymczasem niemal, że dziecko i samotna kobieta mogą tu podróżować spokojnie. Nad tem czuwają „władcy gór“, a ich surowy, okrutny sąd i krwawe wyroki nad gwałcicielami spokoju trzymają ludność w karbach. Sułtan i władze protekcyjne francuskie mają tu w ten sposób zupełny porządek i spokój, nie tracąc ani grosza na administrację.
Któryś z francuskich polityków zauważył bardzo dowcipnie, gdy była raz mowa o pozornej nienormalności stanu rzeczy w Atlasie:
— Gdyby nie było Wielkich Kaidów, należałoby ich wynaleźć!
Najbardziej wojowniczy i liczebnie potężny szczep, stanowią górale Suss, posiadający swoją stolicę — Tarudant.
Szczep ten nie należy do żadnej z trzech głównych gałęzi rasy berberyjskiej, a więc ani do Mesmuda, ani Zenata, ani Senhadża, mówią gwarą Szleu, odznaczają się jasną oliwkową cerą, skąpem owłosieniem twarzy, wiotką, nerwową figurą. Są wielkimi mistrzami zapasów na noże, a ich krzywe „kumia“ stanowią straszliwą broń.
Przed Almorawidami i w okresach wojen domowych Suss utrzymywali się z rozbojów i wypraw bandyckich wzdłuż dróg karawanowych, prowadzących ze Środkowej Afryki do Marokka.
W swoich podaniach przechowali wspomnienia o tych czasach, gdy ich przodkowie posiadali cały kraj, aż do brzegów Morza Śródziemnego. Pod parciem jakichś przybyszów, prawdopodobnie, Wandalów, a może Normanów, Suss byli zmuszeni cofnąć się na południe. Podług legendy nie mogli oni zabrać ze sobą wszystkich skarbów, więc zakopali je w oznaczonych miejscach, pomiędzy brzegiem morskim a rzeką Regreg, szczególniej zaś w lasach Mamora. Niektórzy marabut’y posiadają, podobno, starożytne skrawki skóry i mosiężne tabliczki z planami miejsc ukrytych skarbów. Suss słyną jako najwprawniejsi poszukiwacze zakopanych skarbów, prawdopodobnie z tej samej przyczyny, z jakiej gracz, który stracił cały majątek w Monte-Carlo, często jest uważany za najbardziej doświadczonego doradcę przy grze w ruletkę. Może zresztą istnieje jeszcze inna przyczyna. Suss posiadają wśród siebie mnóstwo czarowników, umiejących przyrządzać amulety i talizmany dla poszukiwaczy skarbów. Te czarowne przedmioty roboty Suss’ów są bardzo poszukiwane nawet w Algierji, Tunisji i w Egipcie.
Pewien stary kupiec, Hiszpan, opowiadał mi, że bywały okresy, gdy prawie wszyscy mężczyźni szczepu Suss porzucali swoje domy i szli na północ — na poszukiwanie skarbów, zakopanych przez ich przodków. W każdym razie niejeden ze starożytnych przedmiotów był wynaleziony przez Suss’ów w ruinach starych grodów kolonistów rzymskich. Tubylcy Suss mają do tego szperania i grzebania się w ziemi i śród kamieni szczególne upodobanie i pociąg.
Gdy rody „Wielkich Kaidów“ mieczem i ogniem zatwierdziły na Atlasie swoją władzę, skończyły się „złote dni“ Suss’ów. Już nie mogli oni bezkarnie napadać na karawany kupców, wiozących towary i niewolników z Sudanu i Senegalu do Fezu, Tangeru i Meknesu. Nad bezpieczeństwem kupców czuwali kaidowie, którzy, jak niegdyś baronowie bałtyccy, pobierali wysoką opłatę od kupców, a nawet Sułtanów, a jeżeli dopuszczali grabieży, to tylko swoim ludziom i wyłącznie dla siebie samych.
Nawykli do wolnego zawodu wojowniczych bandytów, włóczący się ciągle poza domem, Suss’owie zmuszeni byli osiąść i zająć się rolą. Nie leżało to jednak w ich krwi. Skarby przodków, mimo planów marabut’ów, jakoś nie dawały im się w ręce, towary kupców szły na wielkich drogach karawanowych pod ochroną straszliwych i potężnych „władców gór“ — była to prawdziwa tragedja. Nędza i głód zajrzały do osad Suss’ów, bo roli mieli mało, karczować lasów nie chcieli, ciężka praca w górach nie pociągała rozbójników. Wtedy rozpoczęła się tragiczna karta w dziejach tego szczepu.
Mężczyźni zaczęli emigrować. Kto nie zna po miastach Marokka „bakkal sussi“, tych handlarzy różnemi bakaljami, korzeniami aromatycznemi, ziółkami, używanemi po części dla kuchni, po części dla magji? Inni znowu, szczególnie ci, co należą do bractwa religijnego, uznającego wielkiego marabut’a Mussa es-Semlali, włóczą się po całem Marokku i Algierji, jako akrobaci i sztukmistrze. Górale Suss często łączą się w wielkie organizacje i emigrują w charakterze robotników do Europy, a nawet do Ameryki, gdzie bardzo łatwo przyjmują zewnętrzną kulturę. Nie porzucają jednak Islamu i ciułają grosz po groszu, aby powrócić do swoich gór, gdzie żyli ich wojowniczy przodkowie, gdzie się przechowują tajemnicze tabliczki z planami ukrytych skarbów, a gdzie pozostał największy ze skarbów — najpiękniejsze kobiety Marokka. Widziałem je, wiotkie, śmiałe i dumne, o pięknie wykrojonych ustach i pałających oczach. Przypomniały mi góralki Kaukazu, płomienno-okie orlice Imeretji i Gruzji.
Nic więc dziwnego, że zdobycie takiej kobiety stało się marzeniem bogaczy z Fezu i Marrakeszu, a dziewczyny z Suss, porwane lub kupione, nieraz dochodzą do wielkich zaszczytów w haremach „władców gór“, baszów, a nawet w seralach sułtańskich.
Opuszczone przez ojców, braci i mężów, przez nikogo nie bronione i nie strzeżone piękne góralki, podlegają wszelkim niebezpieczeństwom i pokusom. Pracując w zastępstwie mężczyzn w polu lub około domu, nie mogą one ukrywać twarzy i drażniących zmysły kształtów, więc ludzie widzą je i wybierają sobie kochanki i żony, podług swoich upodobań i marzeń. Również i wysłanki z „Mulej Abdallah“ i innych dzielnic kobiet, chętnie odbywają podróże do wsi góralskich i tu czyhają na zdobycz, która potem znika bez śladu na dnie morza nędzy ludzkiej.
Pamiętam, że raz jeden rozegrał się przede mną w całej pełni dramat górali Suss. Było to w jakiejś małej oazie — jednej z tych, co rozrzucone są dokoła malowniczej Biskry. Przejeżdżałem w poniedziałek, w dzień bazaru, kiedy z okolicznych wiosek i koczowisk przybywają tubylcy, sprzedają barany i wełnę i kupują ubrania, herbatę i cukier.
Na małej Kissarja z wychodzącemi na placyk handlowemi uliczkami, zgromadziły się tłumy tubylców ze swemi wielbłądami i osłami. Wszystko było w ruchu, gdyż kupcy oglądali barany i wory z wełną. Nagle rozległ się krzyk. Tłum się zakołysał, zaczął się rozstępować, tworząc koło, otaczające oswobodzone miejsce. Pośrodku pozostał tylko jeden człowiek, odróżniający się od ciemnych, prawie czarnych, ogorzałych od słońca i gorącego wiatru koczowników Sahary, jasną, oliwkową skórą.
— To Suassa! przybysz z ziemi Suss! Obłąkany Ader er Rebia!
Suss trzymał w ręku kilka deseczek, które zaczął wtykać w ziemię, jedną przy drugiej. Było ich siedem. Wtedy wygłosił jakieś przemówienie i, odrzuciwszy połę granatowego burnusa, wydobył z za pasa siedem krzywych, jak sierp, noży — „kumia“ i z nadzwyczajną celnością i siłą ciskał je w deseczki. Ostre noże wbijały się w drzewo, lub padały na piasek, rozłupawszy cel na dwoje.
Podczas gdy widzowie tłoczyli się, aby rzucić mu kilka monet do koszyka, Er-Rebia, skradając się, podchodził, do przyglądających się widowisku zawoalowanych kobiet i, zaglądając każdej w oczy, szeptał:
— Czy nie Aksa ci na imię?
Nie czekając na odpowiedź, skradał się do innej i szeptał:
— Czy nie jesteś z ziemi Suss i czy nie Ader Er Rabia miał cię za żonę?
Kobiety się śmiały, śmiał się tłum, a obłąkany góral ściskał sobie skronie chudemi dłońmi i krzyczał rozpaczliwie:
— Znowu nie znalazłem jej! Gdzie, gdzie jesteś, promieniu i rozkoszy moich oczu? Gdzie jesteś, Aksa, dumo i radości nieszczęśliwego Er Rebia?!
Tłum śmiał się coraz głośniej, a jeden z widzów — otyły kupiec Arab, szarpnął górala za burnus i spytał:
— Kogo szukasz, przyjacielu?
— Żony mojej, pięknej Aksa, którą mi porwali przed dziesięciu laty, gdym wyruszył po skarby ukryte w Mamora!...
— Tak dawno? — zaśmiał się kupiec. — Aksa już zdążyła się zestarzeć! Poco ci ona? Lepiej poszukaj młodej dziewczyny, tu śród naszych kobiet!
Tłum wybuchnął śmiechem. Posypały się żarty i dowcipy. Er Rebia milczał i słuchał, a gdy się trochę uciszyło, rzekł poważnym głosem:
— Nie chcę waszych kobiet! Są one niewolnice, płochliwe, pokorne i bezmyślne. Są podobne do kwiatów, więdnących w płomieniach słońca, bo mdleją i słabną, marząc o miłości...
— A wasze z gór to niby lepsze? — rzucił pytanie któryś z widzów.
— Kobiety z Suss — to możne panie, królewskie córy! Gdy na kogo padnie ich wzrok, — tego serce szczęściem się napełnia, gdy kogo pokochają — przed tym Allah na ziemi otwiera bramę raju!...
Er Rebia wypowiedział to smutnym głosem, wpatrzony wdal, gdzie w tumanie piasku majaczyły czarne kontury niskich gór, ostatnich skamieniałych fal Atlasu...
Jęknął, zawinął się w burnus i powlókł się dalej...
Takim jest kraj Suss’ów i takim jest los jego kobiet pięknych i mężczyzn, gnanych instynktem na włóczęgę i męki serca i wspomnień. Jakaś odwieczna, nieskończona tragedja ma tam w górach swoją siedzibę!
Sułtani założyli niegdyś na ziemiach górali swoje plantacje trzciny cukrowej i zmuszali Suss’ów do uprawy roli i zbierania urodzaju. Górale, podobno, często żądali zapłaty za pracę — chrześcijańskiemi niewolnicami. Może one to nadały bladość skórze tych górali? Może one wlały w żyły kobiet dumę i królewski dar miłości i żądzę równości?
Kto docieknie prawdy?
A tymczasem stare księgi opowiadają, że gdy Sułtanowie Saadien wznosili dla siebie panteon w Marrakeszu, wtedy za przywożony z Karrary marmur płacili cukrem, lub niewolnicami — Włoszkami i Hiszpankami, pędzącemi życie śród gór Atlasu...
Jakieś echa brzmią w tych słowach dawnych kronikarzy, budzą się jakieś domysły, wieje jakaś tragiczna, niewypowiedziana poezja...
Z takiemi myślami i wrażeniami powracałem do Marrakeszu po wycieczce w góry, gdzie „wielcy Kaidowie“, ci władcy feudalni, rządzili tragicznymi Sussami, pogardzanymi Draa i najstarszemi szczepami berberyjskiemi, które dały wojowniczych i wspaniałych monarchów całemu Mahrebowi.
Po tej wycieczce spędziliśmy jeszcze dwa dni w Marrakeszu i w wigilję wyjazdu byliśmy zaproszeni do pułkownika Hanotte.
Pułkownik mieszkał w pięknym pałacu arabskim, zbudowanym jednocześnie z Bahia, mniejszym wprawdzie, ale zato bardziej przytulnym.
Pułkownik, który spędził w Polsce parę lat i był profesorem Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie, a więc moim kolegą, wyszedł na nasze spotkanie udekorowany polskiemi orderami i powitał nas w języku polskim. Wzruszyło nas to niewymownie, ale oczekiwały nas jeszcze inne oznaki sympatji p. Hanotte dla naszej Ojczyzny.
Gdy oprowadzał nas po pięknym pałacu, ujrzeliśmy kilka pokoi, ozdobionych naszemi łowickiemi kilimami, wycinankami i różnemi wyrobami przemysłu ludowego oraz pięknemi fotografjami Warszawy i Krakowa.
Przed obiadem poznaliśmy uroczą córkę pułkownika i jej męża, młodego budowniczego, studjującego architekturę maurytańską.
Poczuliśmy się przeniesieni na chwilkę do Polski, gdyż pułkownik i młoda pani trochę mówili po polsku, a ich wspomnienia o naszym kraju były rzewne i pełne głębokiej przyjaźni.
Podczas obiadu kazał pułkownik usługującemu spahisowi puścić w ruch gramofon. Usłyszeliśmy nasze pieśni — „Jeszcze Polska nie zginęła“, „Boże coś Polskę“, a później cały szereg motywów z oper polskich.
Tak subtelnie przyjmował nas miły pułkownik Hanotte na ziemi marokańskiej, w pałacu arabskim, wierny starym tradycjom przyjaźni polskiego i francuskiego narodu, przyjaźni, zrodzonej niegdyś wyłącznie ze zrozumienia naszej tragedji dziejowej.
Gdyby wszystkie inne ludy zechciały zrozumieć całą głębię polskiego męczeństwa i dokonanej nad nami niegdyś niesprawiedliwości i gwałtu, oraz te cechy narodowe, które przetrwały okres niewoli, spotężniały i wybujały, — wierzę święcie, że znikłyby, jak nocna, ciężka zmora, wszystkie wrogie względem młodej Rzeczypospolitej Polskiej nastroje i zamiary.
Nasza historja dowodzi, że umiemy stawiać czoło na polu zbrojnej walki, lecz umiemy także być wiernymi sprzymierzeńcami. Lata ucisku wyrobiły w narodzie polskim zrozumienie ludzi i zjawisk i wlały w naszą krew i mózg niezłomną wolę do istnienia na naszej ziemi, podług naszych myśli i ideałów.
Nie jestem zrażony tem, co się dzieje w Europie, gdyż czuję i widzę czas, kiedy wszystkie państwa przejrzą, lub będą zmuszone przejrzeć i zrozumieć stare, dziedziczne błędy polityki, podążą do wzajemnego porozumienia, uzgodnienia najżywotniejszych potrzeb każdego narodu i wejdą na drogę pokoju.
Wtedy my — Polacy będziemy znowu w pierwszych szeregach, bo pokój widzimy w wolności, bo na naszych dawnych sztandarach jeszcze się nie zatarły słowa „za naszą i waszą wolność“!
Podzieliłem się z pułkownikiem Hanotte temi myślami i przekonałem się, że zrozumiał mnie. A że o tem mówiłem nieraz z Anglikami, Niemcami i Amerykanami, a nikt mi w zasadzie nie przeczył, więc wzmocniło to we mnie wiarę w prędką zmianę egoistycznej, zbrodniczej i zgubnej dla Europy polityki nienawiści.
Spędziliśmy bardzo mile wieczór w gościnnym i serdecznym domu pułkownika. Odprowadził nas i na pożegnanie rzekł po polsku:
— Bywajcie zdrowi i szczęśliwi! Niech żyje Polska!
— Niech żyje Francja! Niech żyje twórcza biała rasa, niech żyje ukojona myśl Europy, niech doprowadzi ona całą ludzkość do pokoju i szczęścia!
Cicho płynął jasny księżyc, migały gwiazdy, pełne zrozumienia i pogody, połyskiwały złote kule na szczycie wysmukłej Kutubia, a z ciemnego zaułka niosła się błagalna pieśń-modlitwa, wysławiająca Allaha:
— La Illah Illa Allah, Allah Akbar, Allah El-Mudhill, Allah El Muiz.
— Nie masz Boga, tylko Bóg Allah, Allah, przedwieczny, Allah, który poniża, Allah, który wywyższa!...
I znowu:
— Allah, Alla—a—a—ah!...



ROZDZIAŁ XXVII.
BIAŁE ŁABĘDZIE NA LAZUROWYM BRZEGU.

Wczesnym porankiem mknął już nasz samochód szosą na zachód od Marrakeszu. Ogarnęły nas stepy spalone przez słońce, często przybierające wygląd pustyni. Szosa wyborna, chociaż miejscami rozmyta przez niedawne ulewy. Przejeżdżamy rzekę Nfis, gdzie przybywająca nagle woda zniosła most i znowu pędzimy dalej. Mkniemy obok wiosek tubylczych i kilku kwadratowych budynków, doskonale przystosowanych do obrony. Są to siedziby europejskich kolonistów; zmienili oni pustynię na rolę i zbierają tu obfite urodzaje, gdyż w tem miejscu przechodzi szeroki, ciągnący się aż do Safi i Mazaganu pas żyznej ziemi, zaczynającej się za górami Dżebilit, na kamienistej płaszczyznie, przeciętej drogą Kasablanka — Marrakesz.
Mijamy posterunek wojenny Cziczaua, otoczony gajami oliwnemi i owocowemi sadami. Tu mieszczą się również garaże automobilowe dla podróżujących i szpital dla tubylców. Znam to miejsce, bo byłem tu na polowaniu na dziki, zaproszony przez komendanta posterunku, kapitana Pabst. Polowanie to nie było świetne, bo nic nie zabiłem, chociaż widziałem dzika, szakala, zające i kuropatwy. Spodziewałem się spotkania z dzikiem, więc miałem przy sobie swego Winchestera, kaliber 44-y. Dzik na mnie nie wyszedł, widziałem tylko jednego zdaleka; strzelił do niego loftkami inny myśliwy i zranił go, lecz dzik uszedł naszego pościgu. Nie żałuję jednak tego straconego dnia myśliwskiego, ponieważ widziałem znaczną część pustyni i prawdziwe życie berberyjskich „bled“[158].
Koło Cziczaua, śród zarośli tamaryndów, przepływa rzeka, słynna z wielkiej ilości ryb. Widziałem tu pospolitego u nas węgorza, tego włóczęgę morskiego. Dalej — znowu naga płaszczyzna i ślady szalonego orkanu, który podmył szosę, zburzył mosty i napędził zimnego wiatru, zmuszającego nas do otulenia się bardzo szczelnego w nasze płaszcze i pledy. O jakie 80 kilometrów przed Mogador’em trafiamy do zaludnionej miejscowości. Wszędzie pola uprawne, liczne wioski tubylcze, znaczny ruch na drogach, piękne pastwiska; zielenią się dokoła drzewa oliwne i figowe, kłujące zarośla fig berberyjskich i aloesów.
Szosa wije się, jak wąż, śród lesistych pagórków, uwieńczonych białemi Kubba’mi i „zauja“. Przy nich siedzą mokkademy i marabut’y, w otoczeniu starców i naradzają się, czy rozmawiają.
Na południu, woddali, rozróżnić można góry ziemi Mtugui, gdzie panuje jeden z „wielkich Kaidów“. Spotykamy studnie i baseny z wodą, ściąganą kanałami z okolicznych wyżyn.
Droga zbiega ciągle niżej i niżej. Około Cziczaua byliśmy na wysokości 500 metrów, lecz za zaują Sidi Mokhtar miejscowość wkrótce zaczyna się zniżać gwałtownie.
Nagle po jednym z niespodziewanych zakrętów widzimy przed sobą wiszącą w powietrzu lazurową zasłonę; jest jeszcze we mgle, bo te sto osiemdziesiąt sześć kilometrów, oddzielające Marrakesz od Mogadoru, przejechaliśmy w niespełna trzy godziny. Dochodzi dopiero 9-ta, a więc mgła poranna jeszcze nie zdołała się rozwiać.
Robimy jeszcze parę kilometrów i szosa wybiega na sam brzeg Oceanu. Woddali widać czarną linję wyspy z podnoszącemi się nad nią budynkami. To wyspa — wygnania. Tam, za murami mieści się najsurowsze więzienie, a w niem zbrodniarze i wrogowie władzy sułtańskiej.

MOGADOR. WYDMY PODMIEJSKIE

Zwracamy oczy na prawo i nie możemy wstrzymać okrzyku zachwytu.
Widzimy niski półwysep, daleko wdzierający się w pierś Oceanu, a na nim białe domy, białe minarety, białe mury...
Brzeg — złoty od żółtego piasku...
— Stado białych łabędzi na brzegu lazurowego morza! — wykrzyknęła Zochna.
Nasz szofer, pan Lafourti, żywo odwraca do nas zachwyconą twarz i mówi:
— Oh! c’est ça Madame!... C’est ci beau![159]
To — Mogador... Dawna rzymska Thamusiga, po której, zdaje się, nic oprócz wzmianek historycznych nie pozostało. Na tem miejscu, przez całe wieki mieli swoje gniazdo piraci, a później różni mahdi i powstańczy wodzowie; z nich ostatnim był Anflus, który zdobył Mogador w 1906 r., walczył przeciwko Sułtanowi i prześladował wiernych rządowi Żydów, zamknąwszy ich w ciasnych murach Mellah.
Szosa biegnie wąskiem pasmem ziemi, łączącem miasto z brzegiem. Wydać się może, że to grobla, lecz jest to już początek półwyspu. To pasemko piasku z każdym rokiem się zwęża, szarpane i pożerane przez fale Oceanu, grożące Mogadorowi pozostawieniem go na wyspie. Wjeżdżamy do miasta. Wąskie, lecz niezwykłe równe uliczki, które zawdzięcza miasto francuskiemu budowniczemu i niewolnikom chrześcijańskim; wznieśli je oni na rozkaz sułtana Sidi Mohammed Ben Abd-Allah.
Nasz szofer dowozi nas do pięknej bramy, prowadzącej do portu, gdzie widzimy stary fort z basztą. W pobliżu brzegu stoją krypy arabskie; służą one do przewożenia towarów na okręty, zatrzymujące się dalej — na morzu.
Miasteczko berberyjsko-żydowskie, stłoczone, lecz czyste. W wąskich suk’ach oglądaliśmy wyroby miejscowe: stoliki, stołki, szkatuły i kuferki z tui, inkrustowanej hebanem, cytrynowem drzewem, mahoniem, perłową masą, kością; barwne kobierce z najlepszej wełny, dostarczane tu przez Berberów, mających swoje wioski pomiędzy Marrakeszem a Mogadorem, majolikowe naczynia z ziemi Haha i Safi.
W miasteczku niema nic ciekawego, nie wyłączając opuszczonego pałacu sułtańskiego i starej fortecy.
Dokoła Mogadoru wdzieliśmy lasy z „Argania sederoxylon“, dostarczającej twardego, żółtego drzewa, liści na pokarm dla bydła i orzechów, zjadanych chętnie przez krowy i wielbłądy, a jednocześnie używanych do wyciskania z nich oleju. W lasach tych są także czasami zarośla tui, czyli „arar“, których drzewa używają stolarze i fabrykanci sandaraku — smoły, poszukiwanej do fabrykacji lakierów.
Wyjeżdżamy z Mogador po śniadaniu. Mamy jeszcze przed sobą około 162 kilometrów w dniu dzisiejszym.
Upał dokucza nam. Przecinamy północną, dość urodzajną część obszarów, należących do szczepu Cziadma. Gdy wjeżdżamy nareszcie na główną drogę, zrywa się nagle zimny wiatr i zaczyna padać przerażająco ulewny deszcz. Całe potoki wody leją się z chmur. Szaro-żółte, przysypane kurzem i piaskiem drzewa owocowe, odrazu zaczynają połyskiwać świeżą zielonością, z żółtej trawy wychylają się kielichy kwiatów. Lecz ulewa trwa zaledwie kilkanaście minut i — staje się cud! Olbrzymie kałuże i potoki wody odrazu wsiąkają w porowatą ziemię, z poza chmur wygląda słońce i wszystko wysycha w jednej chwili, tylko liście drzew jeszcze lśnią się i barwnemi plamami stroją ziemię kwiaty jaskrawe.
Widzimy wszędzie pola, gaje, wsie i bogate kubby. Na pewnej odległości od drogi bieleje kilka „zauja“. Okolice Safi i Mogadoru słyną z wielkiej ilości bractw religijnych i różnych sekt. Mają tu swoje „zauja“ tajemniczy zjadacze skorpjonów z sekty „Aissaua“ i naśladowcy proroka Berghuata, co w XII wieku zakazywał zabijania kogutów. Wydał taki zakaz dlatego, że wykrył magiczną siłę w mózgu, a szczególnie w oczach tego ptaka. Oczy koguta, widzące w nocy przyjście słońca, służą jako talizman dla proroków; mózg, zmięszany z aloesem i wanilją, a owinięty w skórę szakala, czyni człowieka niewidzialnym i niesłyszalnym dla innych.[160]

SAFI. RYNEK I „KUBBY“ PATRONÓW MIASTA

Na szosie i na mniejszych drogach spotykamy duże karawany wielbłądów i tłumy jeźdźców, bo przecinamy kraj zaludniony, posiadający nader żyzną glebę, słynącą w całym Marokku.
Wreszcie zjawiają się wille europejskie, a w parę minut potem, jak daleko okiem sięgnąć, leży Ocean; wcina się weń od północy masyw skalistego przylądka. Widzimy zygzakowatą linję brzegu, z biegnącemi ku niemu grzędami fal, wyżej — urwisty, wysoki brzeg; na nim Kubby, niewielkie zabudowania, aż odkrywa się przed nami cała Safi — dawna portugalska twierdza morska i kolonja.
Czarne mury fortów, zwisające tuż nad morzem, ciskającem na skały fale grzywiaste; setki małych i dużych białych domów, para minaretów, a nad wszystkiem — ze szczytu wzgórza panuje groźnie, otoczony cyklopiemi murami, dawny obronny zamek portugalski — Keszla, opuszczony przez zaborców w połowie XVI-go stulecia.
Jeszcze kilka minut i zajeżdżamy przed hotel. Nie zdążyłem jeszcze rozpakować waliz, gdy oznajmiono mi, że oczekuje mnie na dole p. Le-Glay.
Zbiegłem szybko nadół do poczekalni.
Maurice Le-Glay!
Dla mnie w tem nazwisku grała cała symfonja.
Maurice Le-Glay, kapitan Le-Glay, francuski administrator dużego obwodu z miastem Safi jako stolicą, jeden z najlepszych wykonawców polityki w tej części Mahrebu...
Nic mnie to nie obchodzi!
Znam innego Le-Glay’a, znam go oddawna, od chwili, gdy zacząłem planować swoją podróż do Afryki Północnej.
Jest to Le-Glay-autor! Autor, zrozumiały dla mnie w każdym calu, bo pokrewny mi myślą i wrażliwością na romantyzm ziemi, na ukrytą tragedję ludzką...
Czytałem kilka jego książek, malujących życie Berberów. Wspaniałe, błyskotliwe utwory, a głębokie, jak najdroższe rubiny czystej wody.
Znam francuską literaturę o Mahrebie i mam o niej swój sąd.
Francuscy pisarze ukochali ten tajemniczy i czarujący kraj, a wśród tych zakochanych na pierwszem miejscu stoją bracia Tharaud i Le-Glay.
Tharaud — to malarze, posiadający olbrzymią, wspaniałą, niewyczerpaną paletę. Talent pozwala im kilku dotknięciami pendzla namalować wszystko, co chcą. Cudne kobierce kwieciste płaszczyzn marokańskich, połysk śniegów Atlasu, zacisze cedrowych lasów, tajemniczy zmrok pałacu Ba Ahmed, melancholję grobowców i szalony zgiełk Dżema El Fna.
Le-Glay — to muzyk. Jego nowele marokańskie, to ciche drgania skrzypiec o porze nocnej, gdy wszystko dokoła śpi, a smutek niewidzialny lekką ręką dotyka strun...
Dusza niezliczonych plemion berberyjskich, ich dawna wspaniałość, ich niewyraźne dążenia, ich „umarłe życie“ i jakiś odwieczny smętek, zamknęły w sobie i odtworzyły książki Le-Glay’a.
— L’empereur des Berbères! — mówią w Marokku o tym człowieku.
Berberowie istotnie otaczają go głęboką czcią i miłością.
Pewno! Bo te dzieci pustyni, gór i słońca czują, że każdy odruch ich dusz i serc zrozumie sercem poety i artysty wielkiej miary — surowy napozór administrator, trochę rubaszny kapitan i subtelny, wrażliwy pisarz.
Le-Glay przyjechał do mnie!
Spotkaliśmy się z nim, jak starzy przyjaciele. Spotkanie nasze, niestety, było krótkie, ponieważ nazajutrz rano Le-Glay wyjechał w sprawach służbowych do Rabatu. Spotkaliśmy się z nim jeszcze raz w Kazablance, lecz i tu nie mieliśmy sposobności pozostać ze sobą i pomówić nietylko o Marokku i Berberach.
Jednak i tych kilku godzin, spędzonych razem, wystarczyło mi, abym zrozumiał tego człowieka o głębokiej myśli i niemniej głębokim smutku, zamkniętym w sercu, niby za wysokiemi murami potężnego zamku Keszla, a otoczonem prawem „horm“, zakazującem wstępu obcym.
Le-Glay wsadził mnie do swego samochodu i pokazał miasto.
Słońce już zapadać zaczynało za morzem.
Morze niespokojne, drgające całe pod podmuchami wiatru, przelewało się różnemi barwami, niby olbrzymia perła, coraz bardziej nabierająca różowych odcieni.
Przelecieliśmy dzielnicę francuską, właściwie mieszaną, gdzie cudzoziemcy i bogaci Arabowie pobudowali dla siebie wille. Jest to nowe miasto, jeszcze się planujące, o szeroko zakreślonych ulicach, wysadzanych młodemi palmami, akacjami i tujami.
Na uboczu, już za miastem, stoi pałac miejscowego Kaida, czy Baszy, budynek współczesnej architektury. Tu się zatrzymuje Sułtan, gdy odbywa swoją podróż z Rabatu do Marrakeszu po daninę i hołd.
Południową drogą zbliżamy się do miasta. Już padły na nie szkarłatne promienie słońca, już głębokie cienie czają się od wschodu i pełzną dalej i dalej śród murów i korytarzami ulic. Nad miastem, niby potworne gniazdo orle, czerni się zamek, otoczony murami, basztami, warownemi bramami, gdzie znaleźć jeszcze można stare herby i godła portugalskie z XVI-go wieku.
Całe miasto tłoczy się u stóp wzgórza, uwieńczonego tą twierdzą, która, zdawało się, umyślnie stanęła tu, na tej wyżynie, trochę z tyłu za miastem, aby w chwili ostatecznego porachunku strącić niepokornych do morza, przez szeroką lukę, utworzoną przez dwa potężne forty — od północy — Skutia, od południa Dar el Behar z portugalskiemi herbami i staremi armatami hiszpańskiemi i holenderskiemi, wysuwającemi jeszcze swe czujne, naprężone szyje na Ocean i na miasto.
— Keszla i Dar el Behar pokaże państwu jutro mój pomocnik — mówi p. Le-Glay. — Teraz chcę pokazać panu sam całe miasto, — moje małe Safi... gdzie odwieczna niezgoda, panująca pomiędzy szczepami i rodami berberyjskiemi pozwoliła królowi Don Manuelowi portugalskiemu owładnąć miastem bez szczególnej trudności. Dopiero w 1541 r., po 30 latach walk, Sułtanowie zmusili Portugalczyków do wycofania się stąd. Właśnie przejeżdżamy przez dzielnicę Rbat, gdzie była siedziba najbardziej zawziętych obrońców Islamu. Obecnie jest to dzielnica handlu europejskiego, banków i biur towarzystw okrętowych.
Dzielnica Rbat zapisała się w historji kolonizacji portugalskiej XVI wieku krwawemi zgłoskami. Gdy Portugalczycy zajęli Safi, wtedy z Medina zaczęła się ucieczka starych rodów berberyjskich, lecz Rbat pozostał niewzruszony. Około jego meczetu i licznych zauja i Kubb, z których pozostała obecnie tylko czczona przez muzułman i izraelitów kubba Abu Mhammed Salah’a, skupiły się liczne bractwa religijne Taibia, Tidżanja, Aissaua, Hamadeza, Zidia i inne. Sułtanowie, którzy długo i bezowocnie atakowali przybyszów, rozpoczęli agitację wśród mieszkańców Rbat, aż ogłosili „świętą wojnę“ z niewiernymi. Rozpoczęły się powstania, nieoczekiwane napady, zdrady i ciągłe zbrojne potyczki, z coraz to większym trudem tłumione przez gubernatorów portugalskich. Nieraz sytuacja była tak ciężka, że Keszla była w oblężeniu i wtedy sprowadzano posiłki z Mazaganu. Żeby zaradzić temu na przyszłość, Portugalczycy zbudowali Dar el Behar i jeszcze dwa forty, które obsadzili silną załogą i uzbroili w artylerję.
O krwawych dziejach tej dzielnicy śpiewają dotąd pieśniarze po rynkach marokańskich, a niektóre czarowne talizmany, aby były skuteczne, są przygotowywane z różnych środków magicznych z domieszką ziemi z Rbat, ziemi, nasiąkłej krwią prawdziwych mumen’ów — wiernych Islamowi.
Gdy się zwiedza grobowce Bu Zid, Uasal, Lalla Fatma, nawet tu, już po za murami Safi, można usłyszeć dalekie echa minionych, a straszliwych wypadków, które rozgrywały się w Rbat, w tym Rbat, gdzie obecnie ryczą autobusy, ochryple śpiewa Caruso w gramofonie i świeci się szyld kinematografu; gdzie w pobliżu, z dzwonieniem łańcuchów i turkotem motoru pracują parowe krany, warczą koła wózków, dostarczających cegły i kamieni dla budującego się portu, niezawodnie najdogodniejszego i najlepszego na całem wybrzeżu, mającego przed sobą znaczną przyszłość handlową.
„Tempora mutantur et nos mutamur in illis“...
Berberowie ze szczepów Abda-Ahmar, Beni Ait, Dukkala, Cziadma i innych, nie noszą już ani swych długich strzelb, ani noży, lecz tylko kije, któremi poganiają osły i wielbłądy, dźwigające na grzbietach towary do składów kupców europejskich, lub do magazynów okrętowych; Mokkadem’y bractw nie trudnią się więcej pobudzaniem nienawiści przeciwko białym, usiłują tylko wyciągnąć jak najwięcej datków od przybywających do Safi tubylców ze wsi, ogłupiają ich cudami, dziejącemi się rzekomo przy grobowcach świętych, sprzedają im wodę ze źródła Sidi Bu Zid, która, dodana do zwykłej wody, nadaje szczególnej białości wełnie; zmuszają nabożnych wieśniaków do odbywania pielgrzymek do świętego drzewa oliwnego Lalla Zebuża, gdzie, po zapłaceniu kilku drobnych monet, wierni dostają pozwolenie zawieszenia na gałęziach drzewa ofiary w postaci wstążki lub szmatki, nabierającej od tej chwili siły talizmanu, który zapewnia powodzenie.
Wszystko się zmieniło. Wyzysk i spekulacja wtargnęły nawet do Islamu. Smutne to, lecz także już piętno wieku!
Przejeżdżamy główną zatłoczoną ulicę handlową safijskiej Medina. Długie rzędy sklepików ciągną się z obydwóch stron ulicy. Kupcy berberyjscy, arabscy i żydowscy robią tu swoje interesa i widocznie, dobre, bo wszyscy są otyli, pewni siebie i spokojni.
Docieramy do bramy, w grubym murze wyciętej. Le Glay zatrzymuje samochód i mówi:
— Najładniejsze miejsce w Safi! Cała jego historja i obyczaje zebrane razem!
Istotnie obraz nad wyraz malowniczy!
Stoimy przed bramą. Przez jej tunel, już opanowany przez gęsty fioletowy mrok, wyłania się, niby z czarnej ramy, zawieszony na szczycie góry Keszla z murami i wieżami, czepiającemi się stromych, skalistych stoków głębokiego wąwozu.
To — naprawo od nas, gdzie odczytuję stronicę z czasów walk sułtanów Saadien z portugalskiemi wojskami. Zamek stoi w szkarłacie, niby we krwi lub w ogniu. Dekoracja — odpowiednia do dziejów tego okresu!
Na lewo, na niewysokim pagórku — widzę kilka drzew palmowych i jedną nad drugą duże, białe, kopulaste kubby Sidi Abd-Er Rahman’a i Mulej El Uafi, jeszcze wyżej, jakieś niskie zabudowania, a nad niemi — słupy dymu.
Nowy rozdział historji Mahrebu odsłania się przede mną. Oglądam miejsca, gdzie nauka Proroka przetrwała mimo surowości i okrucieństwa portugalskich gubernatorów i zmagania się dwóch ras i dwóch idei. W tem zmaganiu, kult, uprawiany przy obu kubbach, odgrywał wielką rolę, rozpalając ekstazę religijną i podtrzymując fanatyzm, odwagę i poryw, niezbędny do zwycięstwa.
Przed nami leżał plac, zatłoczony białemi postaciami tubylców, przekupniami, małemi straganami i namiotami z towarem miejscowego wyrobu.
Widać stąd doskonale, że białe, granatowe i bronzowe burnusy otaczają pieśniarzy i akrobatów. Znajome widowisko! Uśmiecham się do Le Glay’a i mówię:
— Posiada pan tu swoją Dżema El Fna?
— A jakże! — odpowiada. — Bardzo pouczające miejsce...
Już zgasła Keszla, kubby stały się szare, a korony palm nad niemi — czarne; na niebie zamigotały pierwsze gwiazdy, na rynku tłum zaczął się rozpraszać, a po chwili z minaretów popłynęły przeciągłe pienia muezzinów:
— La Illah Illa—a—a, Allah—ah!...
Jakiś żebrak, siedzący przy bramie, zerwał się, rzucił na ziemię wyszarganą skórę baranią i usiadł na niej, podwinąwszy nogi pod siebie, i powtarzał za muezzinem, że niema Boga tylko Bóg Allah, jedyny i przedwieczny; ręce przykładał do twarzy, bił pokłony, a nic nie słyszał i nikogo nie widział, przejęty i dumny, bo obcował w tej chwili ze Stwórcą ludzi, zwierząt i rzeczy; nie żalił się na swój los, bo Allah wiedział, co mu przeznacza, a on nędzny „meskin“ był pewien nagrody za pogodzenie się z losem i za wierność Allahowi. Niczego nie pragnąc i o nic nie prosząc, hołd i uwielbienie składał przed obliczem Allaha i powtarzał, bijąc pokłony, lub zoraną przez ospę twarz podnosząc ku gasnącemu niebu:
— Allah er Rahim, El Muhaimin, El Adl, Allah Malik El Mulk, Allah El Hadi![161]
Powróciliśmy do hotelu, i Le Glay odjechał, zaprosiwszy nas na obiad.
Zochnę znalazłem już przebraną i wypoczętą. Zrobiwszy tualetę, pojechaliśmy do Le Glay’a. Mieszkał w obszernym, pięknie urządzonym domu, ukrytym za drzewami dużego ogrodu w dzielnicy El-Biada.
Przyjął nas tak serdecznie, że do dzisiejszego dnia przypominamy sobie surową, poważną twarz Le Glay’a z błyskami wielkiej przyjaźni w mądrych oczach.
— Patrz pan, co mam na biurku! — zawołał Le Glay.
Była to moja książka francuska „Bêtes, hommes et dieux.“
Napisałem na niej dla właściciela kilka słów, otrzymawszy wzamian najświeższy tomik nowel Le Glay’a.
Wkrótce przybył pomocnik naszego przyjaciela z żoną i zasiedliśmy do stołu. Do późnej nocy gwarzyliśmy, poruszając różne tematy; coraz bardziej przekonywałem się, że rozumiemy się z Le Glay’em, że mamy z nim jednakowy sposób myślenia i jednakowy sposób ujmowania wrażeń. Cieszyło mnie to bardzo, gdyż pokochałem Le Glay’a.
Dużo ciekawych szczegółów o Marokku dowiedziałem się od „Empereur des Berbères“, i przekonałem się, że mam właściwy pogląd na cały szereg zjawisk. Od pisarza zaś Le Glay’a otrzymałem pewne drogowskazy, prowadzące do duszy ludu Mahrebu.
Te drogowskazy były dla mnie bardzo cenne, gdyż potwierdzały raz jeszcze moją myśl, że człowiek jest produktem klimatu, gleby, kultu i okoliczności tylko pod względem zewnętrznej powłoki, pozatem tubylec z obwodu Abda, z Ergów Sahary jest takim samym człowiekiem, jak tubylec rzeki Orchon, z nad brzegów Morza Berynga, z Yan-Tze-Kiangu, Winnipegu, Nowego Jorku, Paryża, Berlina i Warszawy, bo ma duszę zawsze trwożną, smętną, lecz żądną niedoścignionej wiedzy i niezależnej od jego mózgu — wiary w Boga i w człowieka — dzieło jego przedwiecznej woli.
Nazajutrz odwiedziliśmy w zamku Keszla pomocnika Le Glay’a, p. Coliac, który dał nam za przewodnika, mówiącego dobrze po francusku, spahisa, Araba z Algieru.
Zaprowadził on nas do Dar El Behar. Potężne, z cyklopicznych bloków złożone mury trzymają się dobrze; wewnątrz, w różnych skrytkach i zakamarkach gnieżdżą się jacyś ludzie, jakieś składy. Wchodzimy na szczyt wieży, wyrastającej wprost ze skał, stojących nad morzem. Przed nami Ocean skrzy się w słońcu i wali zielonemi falami w czarne kamienie, wynurzające się z wody. Fale z łoskotem ciskają się na te rafy i wyrzucają wysoko w powietrze siwą pianę i całe kaskady mieniących się w słońcu bryzgów. Wyciągają pożądliwie ku morzu swe szyje stare armaty, od wieków nieme, lecz pyszniące się jeszcze herbami Wielkiej Hiszpanji i potężnej niegdyś na oceanach Holandji.
Ze szczytu baszty widzimy całe Safi, z groźnym Keszla w pierścieniu ciemnych murów, z białemi kubbami i minaretami — na dole; zbiorowisko domów i domków wylewa się coraz bardziej pod stare, bezsilne i przeżyte mury i wybiega ku portowi.
Być może, że nigdzie w Marokku nie można spotkać miejsca, gdzieby Islam tak chętnie zbliżał się do Europy, jak w Safi. Tubylcy posługują się już systemami rolnemi, przejętemi od Francuzów, prowadzą rozległy handel z firmami europejskiemi, korzystają z kredytów bankowych, z poczty i telegrafu; niektórzy mają nawet własne samochody i telefony. Jednocześnie zaś nie widać tu zdeprawowanego Islamu, jak to na każdym kroku stwierdzać można w Kazablance, a szczególnie w Tangerze i w hiszpańskiem Marokku.
Jestem przekonany, że gdyby który z muzułman upił się i był aresztowany za burdę uliczną, to miejscowy Kadi ukarałby go daleko łaskawiej, niż „Contrôleur civil“, kapitan Le Glay, znawca i piewca duszy Mahrebu. Onby tego nie wybaczył, bo byłoby to dla pisarza Le Glay’a ciężkiem i bolesnem rozczarowaniem, jakieby mu sprawiła ta dusza berberyjska!
Zwiedziliśmy fabrykę naczyń majolikowych, tę osobliwość Safi. W warsztatach zwykli garncarze i odwieczne warsztaty do formowania, naczynia różnego gatunku i rozmiarów: od kałamarza i pudełka do pudru, aż do olbrzymich, na półtora metra wysokich waz.
Emalję i rysunki nakładają wykwalifikowani robotnicy. Tych zaś wychowuje szkoła praktyczna. Rysunki stanowią różne kombinacje figur geometrycznych, pokrywanych emalją o kolorach bardzo dyskretnych. W ostatnich czasach zaczyna się już do starej ceramicznej sztuki safijskiej zakradać modernizm, wciskający się szczególnie w dziedzinę rysunku. Piece garncarskie są opalane suchemi liśćmi palmowemi, przywożonemi z południa w formie wiązanek, lub snopkami suchej, twardej trawy.
Przeszedłszy około kubb, stojących w cieniu kilku palm, schodzimy na plac, gdzie oglądamy przeróżne towary, przeważnie misy i dzbany gliniane, wełniane ludowe tkaniny, kobierce z Cziadma, a nadto kilka bardzo drogich, może najdroższych w Marokku dywanów Glaua, dostarczanych z Tarudantu.
Po obiedzie, spożytym w hotelu, znowu zwiedziliśmy plac.
Oprócz pieśniarzy i akrobatów, znanych nam już z Marrakeszu i Fezu, widzieliśmy błazna. Był to młody Berber, o ładnej, wyrazistej, roześmianej twarzy i gęstej, kędzierzawej czuprynie.
— To — Draa! — rzekł pogardliwym głosem spahi. — Draa — to pół-berber, pół-murzyn...
Błazen tymczasem, komicznie gestykulując, coś opowiadał, a słuchacze pokładali się od śmiechu. Z tłumaczenia spahisa wywnioskowałem, że Draa wyśmiewa wszystko i wszystkich, bo mówił o hipokrytach, spotykanych w życiu codziennem na każdym kroku. Śmiał się z Imamów, co mają jedną żonę podług Koranu, a na uboczu — piękne niewolnice; dworował z mokaddem’ów, oszukujących pobożnych wszelkiemi sposobami; drwił z uczonych, zagłębionych w nauce, a nie rozumiejących rzeczy najprostszych; wyśmiewał baszów, kaidów i kadi.
Wreszcie zaczął przedstawiać kobiety z haremów; śpiewał i tańczył, jak one; pokazywał, jak starają się przypodobać swoim panom i jak ich oszukują. Wreszcie zaczął płakać i uskarżać się na głód, robiąc w naszą stronę figlarne oko.
Dawano mu pieniądze, które przyjmował z drwinami.
Rzuciłem mu franka, oczekując od niego dowcipu, po którym tłum niezawodnie ryknie śmiechem, lecz błazen ukłonił się grzecznie i mrużąc oczy, rzekł dobrą francuszczyzną:
— Jestem wdzięczny bezgranicznie szlachetnym cudzoziemcom!
Przez tłum jął się przeciskać w tej chwili, depcąc po nogach, karzełek-kretyn, trzymając w ręku duży kawał cukru. Coś wykrzykiwał, sepleniąc i bryzgając śliną, i parł naprzód, wyciągając cukier w stronę błazna. Ten wziął cukier, obgryzł swemi wilczemi zębami kawał, i nagle udał, że się struł. Dostał drgawek, oczy stanęły mu w słup, a później zaczęły się kręcić i zezować.
Przerażony idjota zaczął płakać, całować wszystkich po rękach i błagać, aby go nie aresztowano, bo cukier otrzymał od kupca Ben Mehara i sam jadł go bez szkody dla zdrowia.
Popychano go i bito, lecz on przeciskał się do błazna, aby ucałować mu rękę i prosić o przebaczenie.
Nagle Draa przestał udawać i zaczął się śmiać z kretyna. Ten odrazu wpadł we wściekłość, miotał się, i żądał zwrotu cukru. Śmiechy i ryk wzmagały się. Poszliśmy dalej...
W pobliżu odbywała się walka na pałasze, właściwie na długie kije. Mistrz, którego pomocnicy całowali po rękach, pokazał szereg złożeń i ciosów, bardzo zręcznie władając swoją „szablą“.
Z tłumu wyszedł zapaśnik. Byliśmy świadkami bardzo malowniczej walki, pełnej szybkich zwrotów, skoków, nieuchwytnych ciosów, przerzucania szabli z jednej dłoni do drugiej, energicznego napadu i artystycznej obrony. Widocznie sztuka władania białą bronią, z której słynęli Maurowie andaluzyjscy na wszystkich turniejach w Europie, nie została doszczętnie zapomniana.
Krzywa szabla jest nierozłączną towarzyszką wyznawców Proroka, który również umiał się nią świetnie posługiwać. Widziałem wszędzie w krajach muzułmańskich wielkich artystów w tej dziedzinie: Turkmenów z ich starożytnemi „kłyczami“, Kurdów — z długiemi jataganami o wygiętej na końcu klindze. Gruzinów i Osetinów — z ich damasceńskiemi „szaszkami“ o srebrnych rękojeściach, — wszyscy oni umieli władać stalą. Po zwiedzeniu rynku pojechaliśmy naszym samochodem za miasto w stronę przylądka Safi, gdzie przechował się jeszcze fort portugalski — Nador. Stąd widać morze aż do przylądku Kantin i do grzbietu Hadid. Safi, jak stado łabędzi, połyskiwało na dole, na tle lazurowego morza.
Powracając do hotelu, spostrzegliśmy około jednej z kubb, grupę sędziwych tubylców. Siedzieli w cieniu przy białej ścianie kaplicy i słuchali poważnie i w skupieniu kobiety.
A ona bezradnie chwytała się obydwoma rękoma za głowę, wyrywała sobie włosy, padała na ziemię, podnosiła się i łkała, zawodząc rozpaczliwie:
— Ża Lalla Fatma Mhammed! Ża Sidi Bu Dehab![162] — I coś mówiła, dowodziła i łkała coraz rozpaczliwiej.
— Mąż ją wyrzucił z domu swego, bo jest bezpłodna, jak pustynia w czasie najnieznośniejszych upałów, — objaśnił nasz szofer.
Kobieta zaś w kółko powtarzała jedno i to samo:
— Ża Lalla Fatma! Ża Sidi Bu Dehab!...
Tyle rozpaczy wyczuliśmy w jej głosie, że wydało się nam, iż słońce przybladło, spochmurniało niebo, i zgasły mieniące się złotem i srebrem połyski morza.
O, człowiek wszędzie jest człowiekiem, i wszędzie ściga go męka, znana i zrozumiała na wszystkich szerokościach geograficznych i przez wszystkie rasy i szczepy, bo zrodzona jest w sercu, co ukryte w białej, czarnej, lub żółtej piersi, umie i może kochać i nienawidzić, wierzyć i umierać w torturach zwątpienia i beznadziejności.
Powróciliśmy smutni do domu...
Nazajutrz rano wyjechaliśmy z Safi. Przemknęliśmy 156 kilometrów po zaludnionej, uprawnej i malowniczej miejscowości i znowu ujrzeliśmy przed sobą, na ciemno-szafirowem tle Oceanu srebrzyste, olsniewająco-białe miasto. Był to Mazagan. Miasto wyraźnie europeizowane, z gmachami i kościołami francuskiemi, z latarnią morską, z urządzeniami portowemi, z obszerną, bardzo ładną plażą, przyozdobioną lekkim, malowniczym pawilonem kąpielowym. Wszystko dookoła było białe, przysypane, niby złotym pudrem, blaskami słonecznemi i drobnym żółtym piaskiem morskim. Tylko w jednem miejscu czerniły się jakieś ponure mury. Tam właśnie biło serce Mazaganu, tam się tworzyła jego historja i tam leżała przyczyna europeizacji tego miasta.
Zwiedzamy te potężne mury obronne, krużganki i blanki ze staremi kolubrynami, lochy, gdzie niegdyś przechowywano proch i broń palną, ściany starego fortu, gdzie się przed wiekami ukrywały od miotów wściekłych fal zbrojne brygantyny i fregaty, powiewające na masztach banderę portugalską; resztki baszty strażniczej, skąd w dawne czasy dzwonem dawano sygnał o zbliżającym się nieprzyjacielu...
Bo też ciągła, uporczywa i długa wrzała tu walka.
Od początków XVI-go do końca XVIII-go wieku siedzieli tu, za temi murami, najeżonemi armatami i lufami falkonetów, waleczni Portugalczycy.
Robili stąd wyprawy na północ do ujścia rzeki Um Er Rebia, gdzie zawładnęli miasteczkiem Azmur, i małą osadę Tit. Był to krok naprzód i krok wstecz, bo nie bardzo długo mogli się tam utrzymać, nie mając przed sobą swoich mocarnych murów i niszczących armat. Waleczni Berberowie — Dukkala i Rehamna, ulegli rozkazom Sułtanów, walczyli bez wytchnienia, wypierali zewsząd najeźdźców i tylko mury Mazaganu i zabójczy ogień jego dział wstrzymywał wojowników Islamu. Widocznie Portugalczycy tak dalece byli ściśnięci pierścieniem wrogiej ludności, że nie mogli zawsze korzystać ze słodkiej wody rzeki, wpadającej do mazagańskiej zatoki i ze studni i źródeł, wytryskujących z ziemi w pobliżu kubby Sidi Dauid. Sądzić o tem można z tego, że zbudowali podziemne cysterny, olbrzymie lochy i baseny ze sklepieniami, opartemi na ciosanych słupach kamiennych. Tu przechowywali zapasy wody dla załogi i kupców, eksploatujących sąsiednie wioski Dukkala, oraz morze koło Białego Przylądka, gdzie do naszych czasów łowi się najlepsze ryby i potworne langusty.
Jednak w starych klechdach Berberów — Dukkala, które zasłyszałem w Azmur od ślepego meskina-żebraka, przechowały się inne wspomnienia o podziemnych cysternach portugalskich.
— Opowiem wam, mumeni miłosierni, o starych dziejach! — mówił meskin jękliwym głosem, przewracając białkami oczu. — Ulubiony wódz sułtana El Mumsura — waleczny i płomienny Delim Ben Amara dostał się ranny w ręce portugalskich wojowników... Wprowadzono go do cysterny, skąd była wypuszczona wszystka woda, i przykuto łańcuchami do słupa. Zamknięto szczelnie jedyne okno w sklepieniu i zatarasowano drzwi. Otworzono loch dopiero po upływie pięćdziesięciu dni... Delim zmarł z głodu, a żarłoczne szczury pożarły jego ciało. Niech imię Delima Ben Amara przetrwa w pamięci wiernych na wieki! Niech będzie błogosławione imię Allaha!
Dostawszy franka, meskin znowu zaczął zawodzić skrzypiącym, jękliwym głosem:
— Mądra i miła Niebu Kahina, Lalla En Naami, nawoływała ludzi z pobliskich i dalekich „bled“[163] do walki z niewiernymi. — Portugalski wódz przekupił Araba-kupca, który, porwawszy Naami, przywiózł ją do Mazaganu. Stawiona przed sądem, kahina przepowiedziała straszliwą chorobę, która miała zniszczyć załogę twierdzy, i prędką ucieczkę przybyszów z ziemi Mahrebu. Rozgniewani wojownicy wrzucili ją do cysterny, gdzie utonęła...

MAZAGAN. SALA Z EPOKI PORTUGALSKIEJ

Istotnie, gdy zwiedzaliśmy zimne, wilgotne podziemia cysterny z wrywającym się do nich złotym snopem promieni słonecznych, które wpadały przez okrągły otwór w sklepieniu, — w zacienionych zakątkach, za filarami, gdzie wisiały śpiące nietoperze, śmigały olbrzymie szczury i pełzały jaszczurki, czaiły się jakieś chybkie zwodnicze cienie. Zdawało się, że czepiały się długiemi, ledwie majaczącemi w zmroku rękoma śliskich, wilgotnych murów, opadały i znowu się wznosiły, niby człowiek tonący i wynurzający się ostatnim wysiłkiem woli na powierzchnię wody.
Widocznie, że mieszkańcy bogatego w zboże, owoce i bydło kraju Dukkala, pamiętają straszne dzieje portugalskiego zaboru i przyjeżdżają tu tylko w dni bazaru, nie zatrzymując się długo w mieście, gdzie ich przodkowie cierpieli męki i krew swoją przelewali. Za stolicę swoją Dukkala uważają Azmur, otoczony od stromego prawego brzegu Er Rebia wysokiemi murami, a od strony morza broniony przez piaszczystą mieliznę.
W jeszcze bardziej odległych czasach nie było tu spokojniej, bo Kartagińczycy, niby żarłoczne pijawki, wysysali dobytek tego kraju, a później Rzymianie mieczem dokumentowali tu potęgę grodu Cezarów.
Niedługo tu zabawiliśmy, obejrzawszy Mazagan, z jego zburzonemi portugalskiemi kościołami, kubbami, rynkiem i tłumem kupczących ludzi wszelkich krajów i odcieni.
Znowu mkniemy dalej. Migają przed nami już znajome miasta, Kazablanka, Rabat, Meknes, Fez, Taza, i przyjaźni nam ludzie, których tu poznaliśmy. Spieszymy do Udżdy, skąd mamy zamiar przeciąć terytorjum wysokich plateaux i dotrzeć do Figuig, oazy, spoglądającej w martwe oblicze pustyni...
— A więc, dalej, dalej!
Szybko prowadzi nasz szofer samochód, zatrzymujemy się tylko dla spożycia obiadu, na nocleg, dla napełnienia samochodu benzyną i wodą, dla pokrzepienia się filiżanką czarnej, mocnej kawy w przydrożnej „buvette“, lub dla zmiany pękniętej opony.
Spieszno nam, bo to już jesień, a za nią przyjdzie zima, z jej ulewami i wichrami, czas marny na podróżowanie...



ROZDZIAŁ XXVIII.
DWA ŚWIATY.

Znowu przecinaliśmy Marokko od brzegów Oceanu do granicy Algierji. Mijaliśmy miasta, osady, kolonje i plantacje, gdzie Francuzi, Hiszpanie i Włosi, stosując najnowsze metody rolnictwa, zbierali obfity plon, hojnie opłacający ciężkie warunki pracy i wielki wysiłek pod prażącem słońcem.
Migały przed naszemi oczami berberyjskie „bled“-wsie, czarne duar’y, kopulaste „kubby“, malownicze „zauja“ i ubogie role tubylcze, gdzie para słabych osiołków, lub znękany wielbłąd, ciągną przedhistoryczny drewniany pług, z żelaznym lemieszem, a gdzie urodzaj zależy wyłącznie od woli Allaha.
Widzieliśmy kolej francuską, wspaniałe szosy, ocembrowane studnie i baseny, gmachy szpitalów i szkół, autobusy i prywatne samochody, wieże radjotelegrafu, europejskie dzielnice, piękne parki publiczne, pomniki i nawet teatry.
Na każdym kroku spotykamy stare drogi karawanowe i sznury kroczących wielbłądów. Suną powoli, a jednak w ich wyciągniętych naprzód szyjach, w zapatrzonych wdal głowach, jest jakiś pęd, poryw i dążenie. Spotykamy kupy kamieni przy „Kbor Mensi,“ czyli zapomnianych mogiłach, cudowne, lecz zanieczyszczone źródła i studnie, wykopane przed wiekami przez otoczonych czcią „uali“; mkną na bystrych koniach gońcy, wiozący ważne wieści; zielenią się wierzchołki drzew, wyglądających z poza murów olbrzymich ogrodów, gdzie jeszcze nigdy nie postała noga białego człowieka; kryją się w wąskich, połamanych uliczkach piękne pałace, gdzie od wieków życie płynie podług przepisów Koranu.
Nieraz tuż obok siebie wyśpiewuje gramofon wołający spracowanych kolonistów do kina — i wykrzykuje 99 imion Allaha gorliwy muezzin ze szczytu minaretu.
Prażący upał w dzień i zimne przewiewy nocne, drgająca w przezroczystem prawie, niematerjalnem powietrzu „fata morgana“ i żółta płachta, nieprzenikniona chmura drobnego piasku, porwanego z Sahary przez szalone Sirokko-Samum; palmy daktylowe, oliwki, granaty, podzwrotnikowe Sapotaceae i Argania Sideroxylon — a trochę wyżej sosna, cedr, tuje i śniegi na wyżynach Atlasu...
Kraj kontrastów naturalnych i ideowych!
Co wspólnego mogą mieć potomkowie encyklopedystów, Anatola France’a, Rolland’a, Rostand’a i Chenier’a, czy ziomkowie Cervantes’a, Blasco Ibanez’a, Dantego Alighieri i D’Annunzia, z ludźmi wychowanymi na „Kitab el Istiksa“, Hadith, na przepowiedniach „Kahina“[164] i na religijnej poezji — madih?
Czy mogą się porozumieć biali przybysze, wprawni w budowaniu dróg żelaznych, szos asfaltowanych, gmachów żelazo-betonowych, armat, łodzi podwodnych, pancerników, samochodów, samolotów i radjotelegrafu, z bronzowymi i czarnymi autochtonami, biegłymi w przepisach prawa Proroka, uznających siłę sahir’ów i arraf’ów — czarowników, nadprzyrodzoną władzę nad potęgami natury — tę „tassaruf“ swoich szeryfów i marabut’ów?
Zdaje się, że odpowiedź jasna; nietylko nic nie wiąże tych ras, rasy nowych przybyszów z Europy i rasy dawnych najeźdźców z Azji, ale spodziewać się należy zawsze i wszędzie wrogich objawów.
Tymczasem, widzimy, że Europejczycy, ludzie, umiejący liczyć nietylko wydatki, lecz i przewidywać niegorzej od jasnowidzących przyszłe urodzaje i dochody, rzucają coraz to nowe kapitały i worywują je w tę paloną słońcem ziemię afrykańską.

OAZA FIGUIG

Na tych 420 000 kwadratowych kilometrów, zajętych przez — państwo Sułtana Mulej Jussefa, wśród sześciu miljonów Berberów, Arabów, Żydów, Negrów i różnych mieszanych szczepów, ludność biała przedstawia zaledwie oazę, nie więcej nad 200 000 głów liczącą.
A jednak ta oaza dokonała cudu. Dokonała, ponieważ kształci się w wielkiej szkole energji, gdzie klimat, gleba, ludzie, — wszystko jest inne i nawet wrogie, gdzie należy najprzód zwalczyć przeszkody, uciszyć rozkołysane fale morza obcej ludności i — dopiero później prowadzić dzieło twórcze.
Widocznie biała rasa, posiadająca zmysł organizacyjny, prowadzi to dzieło z powodzeniem, bo sami widzieliśmy, że porty Kenitra, Kabat, Fedelah, Kazablanka, Mazagan, Safi i Mogador nietylko mają na składach dość towarów dla eksportu, lecz rozszerzają swoje operacje i techniczne urządzenia; pracują koleje strategiczne, wożąc towary od granicy algieryjskiej i z Wysokiego Atlasu do Oceanu; autobusy ciężarowe i liczne karawany dostarczają do portów towarów. Coraz to nowe drogi automobilowe wdzierają się głębiej do Marokka i wyrzucają na rynki całego świata produkty i wyroby nieznanych dotąd terenów i osad berberyjskich[165], a sącząc w nie kropla po kropli cywilizację i kulturę zachodnio-chrześcijańską, poczynając od pomocy lekarskiej i weterynaryjnej, oraz opatrzenia okolic we wodę — tę siłę rodzącą na żyznej, lecz wyschłej ziemi Mahrebu, a kończąc — na maszynach do szycia, pługach i wyrobach fabryk europejskich, chociażby to były narazie tylko barwne, naiwne litografje, wyobrażające Mekkę, grobowiec Proroka i bohaterów z eposu arabskiego!
Wślad za szosą, lub drogą automobilową rozciąga natychmiast swoje cienkie macki telegraf i telefon, łącząc kisarja jakiejś nikomu nieznanej Bel Rhiada z Picadilli londyńskiem, z wielkiemi Halami Paryża, z madrycką Puerta del Sol, z bankami Rzymu i Berlina.
Wszystkie „tirs“, „hamri“, „zemel“, „Harrusza“ i „dahs“ — te przeróżnego składu gleby, pod wpływem sztucznej kanalizacji i zastosowania nawozu i współczesnych maszyn, stają się spichrzem nietylko dla Francji, lecz dla całego świata. Jest to kwestja, być może — najważniejsza. Coraz częściej zdarza się spotykać obliczenia różnych uczonych, szczególnie wspaniale prowadzonego departamentu rolniczego w Waszyngtonie, że za 15—25 lat ludzkość będzie odczuwała brak zboża. Tymczasem Marokko przedstawia duży teren dla uprawy zboża. Obecnie tylko nieznaczną część kraju eksploatują tubylcy i koloniści, pierwsi — dwa miljony, drudzy zaledwie 55 tysięcy hektarów. Ziemia Mahrebu rodzi niemal wszystko: pszenicę, żyto, owies, kukurydzę, proso, sorgo, boby, soczewicę, len, konopie, bawełnę, jarzyny, paszę dla bydła.
Bogactwo owoców pociąga do Marokka szczególniej Hiszpanów, Włochów i Greków: wino, oliwki, migdały, śliwki, morele, jabłka, pomarańcze, cytryny, daktyle, figi, japońskie „khaki,“ nawet banany dają dobre urodzaje i sporo towaru dla eksportu[166]. Roślinne barwniki z Mazaganu, Azmuru, Marrakeszu, stanowią ważny artykuł handlu wewnętrznego. Buraki i trzcina cukrowa, olejki: różany, pomarańczowy i geranjowy, rodzynki itd. mają zapewniony popyt w samym Marokku i w ościennym Algierze.
Pastwiska, a szczególnie tereny, zarośnięte trawą „alfa“, dają możność rozwoju nowoczesnej hodowli bydła, bardzo obecnie przez tubylców zapuszczonej, szczególnie w stosunku do koni pięknych ras: berberyjskiej, arabskiej i syryjskiej. Najlepiej prowadzony jest chów owiec i kóz, lecz i w tym kierunku ulepszenia są niezbędne, a próby dały świetne rezultaty[167].
Oprócz tych bogactw ziemia Mahrebu posiada jeszcze lasy, rosnące w Marokku na miljonie pięciuset tysięcy hektarów. Są to lasy dębów korkowych i zwykłych, cedrów, tuj, argania, drzew jałowcowych, cyprysowych, sosnowych itd. Oprócz samego materjału drzewnego, lasy te dają korek, węgiel, żywicę, sandarak, oleje, pokarm dla bydła, gumę arabską, sumak, garbniki.
Przemysł jest rozwinięty jeszcze słabo, lecz szybko postępuje naprzód, jeżeli sądzić z kapitałów, włożonych w przedsiębiorstwa. W roku 1918 było zaangażowanych 35,2 milj. franków, a roku 1921: 173,3 milj. fr. Są tu fabryki korków, kobierców, mydła, acetylenu, materjałów wybuchowych, garbarnie, destylarnie, warsztaty mechaniczne itd.
Ostatniemi czasy zwrócono uwagę na przemysł górniczy, chociaż w tym kierunku zrobiono jeszcze bardzo mało. Z tego, co wiadomo dotychczas, można twierdzić z pewnością, że w wielu obwodach Marokka[168] znajdują się znaczne pokłady fosforytów, używanych do fabrykacji nawozów sztucznych — superfosfatów. Wykryto poważne ślady nafty w okolicach Fokra, Tselfat i Fezu, oraz manganowej rudy we wschodnim Marokku na terytorjum wysokich plateaux pomiędzy Berguent’em a oazą Figuig, gdzie przed wojną eksploatację prowadziły kapitały niemieckie, które zorganizowały poważne techniczne przedsiębiorstwo.
Jednak roboty geologów nie dotknęły całokształtu Marokka i osobiście myślę, że na mocy tego, com widział w Wysokim Atlasie i na terenie wysokich plateaux, można się tu spodziewać odkrycia interesujących dla górniczego przemysłu pokładów.
Tak pracują Europejczycy i tubylcy, na palonej słońcem ziemi północnej Afryki. Twórczy genjusz białej rasy zmusza ją do wyeksploatowania obszernych terenów Marokka, terenów, leżących odłogiem od wieków. Coraz bardziej zagłębiając się w ten kraj, czyni go biała rasa z każdym rokiem bardziej i bardziej dostępnym, a pociąga swym przykładem do pracy ludzi bronzowych i czarnych.
Każdy grosz, wydany na ulepszenie warunków pracy, opłaca się tu sowicie, każdy wysiłek energji, woli i myśli, zmienia się w ciało i daje bogactwo. Lecz bogactwa są tu ukryte w ziemi niemniej starannie, niż legendarne skarby tragicznych Suss’ów!
Tylko człowiek silny na duchu i ciele potrafi wyrwać te skarby glebie marokańskiej. Wyrwać — albo składając jej objaty w postaci kanałów z płynącą z gór wodą, karczowania przeklętych zarośli karłowatej palmy, albo siłą — potężnym traktorem parowym, rozorawszy jej niegościnną pierś ośmiu stalowemi lemieszami naraz i świeże rany zasypawszy pożywnemi nawozami, wysadzając w powietrze zwały kamienne i głazy, wypalając zielska i palmowe krzaki, lub wbijając ostrze stalowego świdra w łono ziemi, aż tryśnie z niego struga wody, a z nią nowe życie...
Słabi, leniwi i lękliwi są tu skazani na zagładę. Tu pod ciosami skrzydeł Samumu, w płomiennych objęciach słońca tylko tubylcy, dziedzicznie znużeni i powolni, lub przybysze-mocarze mogą walczyć: pierwsi — o istnienie, drudzy — o bogactwo i ideę cywilizacyjną.
Długo jeszcze będą się wykuwały i hartowały charaktery potężne i wytrwałe w tej szkole energji, gdzie nikt nie pyta o pochodzenie, o przyszłość i zamiary, gdzie sądzą o nowym człowieku według czynów jego.
Tacy ludzie są najlepszymi rzecznikami cywilizacji zachodniej i pociągają ku niej coraz większe zastępy tubylców.
W tem środowisku jest to najlepsza droga do porozumienia, do współpracy, z której mogą i powinny wyniknąć inne stosunki, jeżeli nie mają prowadzić tylko do jednostronnej wygody.
Środowisko zaś jest bardzo trudne do poznania i opanowania.
Jeden z francuskich urzędników w Kabylji[169] opowiadał mi o kłopotach administrowania, bo jednocześnie powinno się pamiętać o prawie francuskiem, o przepisach Koranu, o tradycjach Hadith, o prawie obyczajowem, a pozatem jeszcze o tak zwanych „Kanun“ czyli niepisanem prawie lokalnem, a bardzo się różniącem w poszczególnych miejscowościach, częstokroć obok siebie położonych.
O ileż jednak bardziej złożone, zawiłe jest życie Marokka muzułmańskiego, lub izraelickiego! Z tych niezliczonych „Medina“ i „mellah“, ze wsi, z koczujących duar’ów, z meczetów, medersa i zauja; z oddzielnych klanów, cechów, bractw, sekt, rodów andaluzyjskich, berberyjskich, arabskich, izraelickich, z duar’ów, notablów, z domów marabut’ów, z namiotów wędrownych proroków i świętych, na przybysza czyha cała armja obyczajów, specjalnych przepisów, przesądów, nakazów i przekonań. Wszystko to może od jednego nieoględnego kroku otoczyć cudzoziemca groźną chmurą niezadowolenia i nieprzyjaźni. Cała ta plejada, nieraz nieuchwytnych psychologicznych i obyczajowych czynników, jest ujęta w ramy przez kierujący wszystkiem Islam, a stąd wypływają nowe trudności, gdyż Islam zwęża, lub rozszerza te ramy, zależnie od celów politycznych, lub interesów Kalifatu.
Można dać sobie radę z niektóremi szczegółami, można, naprzykład przestudjować Koran, jego przepisy socjologiczno-prawne, można nawet ująć ducha „Hadith“[170], lecz kto potrafi wejść w łożysko myśli muzułmanina marokańskiego z jego czarownym Olimpem różnych zmarłych, lecz jeszcze wpływowych, oraz żyjących świętych marabut’ów, samozwańczych proroków, ukrywających się mahdi, czarowników, wróżbiarzy, jasnowidzących, złych duchów — dżinnów, które ciągle się wtrącają w nieswoje sprawy, duchów dobrych i magji, która każdego dnia i każdej chwili jest czynna, uznana jawnie, czy skrycie, a potężna?
Mogę o tem coś opowiedzieć na podstawie słów agenta pewnej firmy francuskiej, skupującej w południowych obwodach Marokka wełnę. Agent miał zażyłe i dobre stosunki z ludnością kilkunastu wsi i był uważany przez Berberów za swego człowieka, ponieważ znał ich oddawna i mówił do nich w ich ojczystym języku. Przyjechawszy pewnego razu do jednej z dużych osad, przed rozpoczęciem sezonu strzyżenia owiec, spotkał tam kupca — Araba, przybyłego z Algieru. Przez znajomych tubylców dowiedział się, że Arab zamierza skupować wełnę.
— Przecież mam umowę z wami jeszcze na dwa lata? — zapytał agent.
— Tak! — odrzekli Berberowie. — Bądź spokojny, — umowy dotrzymamy!
— Uspokojony agent powrócił do swego kantoru w Kazablance.
W wyznaczony dzień karawana z wełną nie przyszła, nie przyszła i za tydzień. Wysłany goniec przywiózł odpowiedź, że Berberowie nie chcą wieźć towaru, i że kupiec sam powinien go zabrać.
Agent wyjechał do wsi i zaczął wypytywać tubylców, co zaszło, że nie chcą wieźć do miasta wełny.
— Rzuciłeś urok na syna Ali. Rozchorował się śmiertelnie i „Hakim“ — lekarz, orzekł, że to się stało od „złego oka“ niewiernego — objaśnili mu. — Ponieważ nikt oprócz ciebie nie przyjeżdżał do nas, więc tyś winien choroby syna Ali!
Próżne były zaprzeczenia agenta. Na dowód, że Hakim miał rację, wezwano jakąś starą żebraczkę, posiadającą zdolności „kahina“, czyli jasnowidzącej. Ta spojrzała w oczy agentowi i zawyrokowała, że cudzoziemiec istotnie posiada „złe oko“. Część Berberów, znajdujących się w pokoju z agentem, natychmiast w przerażeniu opuściła dom.
Przyjaciel Francuza, miejscowy Kadi, poradził mu zwrócić się do wiejskiego marabut’a, jako do najwyższej instancji. W rozmowie ze „świętym“, agent, zrozpaczony i zdenerwowany, nieoględnie wykrzyknął:
— Bawicie się w różne zabobony i głupstwa!
— Sidi! — odparł na to, prostując się, marabut, — wierzenia nasze są stare jak ta ziemia, po której stąpasz! Setki pokoleń miały te wierzenia, żyły podług nich i dobrze im się działo. Nie obrażaj naszej wiary!
Nic nie mógł sobie poradzić agent ze „świętym“ i powrócił do domu Kadiego. Tymczasem marabut już opowiedział, że Francuz obraził całą gminę, nazywając ich wiarę głupią. Odrazu zmieniło się zachowanie Kadiego. Jako osoba oficjalna, w znacznym stopniu zależna od łaski i niełaski francuskiej administracji, był grzeczny, lecz nie chciał pomagać agentowi.
— Podam do sądu! — zagroził Francuz.
— In cza Allah! — była odpowiedź. — Jak zechce Allah...
— Dżinny na was się zemszczą! — z wściekłością wykrzyknął agent, śmiejąc się w duchu ze swej bezsilnej groźby.
— In cza Allah! — powtórzył Kadi i wyszedł z domu, a odwiedził marabut’a i oznajmił, że cudzoziemiec grozi złemi duchami.
— Biada! — odparł marabut. — Skoro grozi dżinnami, to znaczy, że jest czarownikiem i posiada władzę nad złemi duchami. Tu potrzebne są czary i modły, aby ochronić się od nieszczęścia.
Przez całą noc naradzano się z jakiemiś starcami i babami, jakie czary należy zastosować przeciw dżinnom Francuza.
Nazajutrz na wszystkich ścianach domu Francuz znalazł wypisane węglem magiczne znaki duchów, ludzie zaś omijali go, jak zadżumionego. Arab tymczasem skupował wełnę.
Jest to przykład z życia prywatnego. Lecz gdy zaczyna się jakaś akcja polityczna, skierowana przeciwko Sułtanowi, lub cudzoziemskim władzom, wtedy zabierają się do sfanatyzowania ludności wszyscy marabut’y, czarownicy i prorocy. Wtedy pokryjomu czyta się przepowiednie „Kahina“, opowiada widzenia różnych „świętych“ po jaskiniach i pustyni; nieznane osobniki rozdają mężczyznom talizmany, wzbudzające odwagę i amulety, chroniące przed kulami. Zwykle w takich czasach jeden z marabut’ów oddawać się zaczyna praktyce — „riada“, czyli umartwienia. Kryje się o głodzie i pragnieniu na pustyni, nie śpi, modli się, w kółko powtarzając wszystkie imiona Allaha, biczuje swe ciało, chodzi nago, a gdy wreszcie powraca, pokazuje wiernym skrawki skóry z talizmanem „teksis“; jest to potężny środek magiczny, pozwalający człowiekowi stawać się niewidzialnym. Zaopatrzony w taki talizman, marabut odwiedza pod jakimkolwiekbądź pozorem miejsce, gdzie znajduje się osoba, przeciwko której wzmaga się ruch, a powróciwszy, opowiada, że niewidzialny był w pałacu Sułtana lub w obozie niewiernych i słyszał o ich zbrodniczych zamiarach. Taka wiadomość bez wątpienia wzbudza jeszcze większe podniecenie, co właśnie było celem marabut’a-agitatora.
W wypadkach zjawienia się „mahdi“, albo w dobie wybuchu świętej wojny, marabut’y bardzo umiejętnie umieją wyzyskać religijność kobiet i ich fanatyzm. W tym celu po „riada“ marabut’y oznajmiają, że otrzymali drogą tajemniczego objawienia umiejętność nakreślenia „dairat el ihata.“ Jest to magiczne koło, kreślone na ziemi w pewne dnie tygodnia i w ściśle oznaczonych godzinach z długą procedurą zaklęć, wykrzykiwanych niezrozumiałych słów: „Karum, Firum, Hamana“[171] z pisaniem tajemniczych znaków na burnusach, koszulach itp.
Gdy to koło zostaje wreszcie nakreślone na ziemi, marabut oznajmia, że tylko kobieta może stanąć w środku koła. Z woli Allaha taka kobieta uśnie i będzie miała widzenie, które stanie się wskazówką dla dalszych czynów szczepu lub gminy. Marabut zwykle wybiera kobiety już niemłode, sterane życiem, lub młode, lecz nienormalne. Kobieta oczywiście zasypia i we śnie zjawia się jej legendarny, tajemniczy podróżnik Ali ben Abi Taleb; z nim uśpiona kobieta rozmawia na głos i z jej słów marabut snuje dalsze horoskopy.
Jest to, zdaje się, jedyny przykład stosowania przez marabut’ów hypnozy i wyzyskiwania histerji. Lehmann[172] uważa za podkład magji nerwowość, histerję i hypnotyzm, lecz to zdanie można całkowicie zastosować tylko do magji azjatyckiej, a właściwie do magji Azji buddyjsko-lamaicko-pogańskiej. Magja zaś ludów muzułmańskich opiera się wyłącznie na „tradycji“ antyislamistycznej i na ślepej wierze w marabut’ów oraz czarowników.
Takie praktyki magiczne pobudzają fanatyzm nietylko mężczyzn, lecz i kobiet. Nawykłe do uległości i przebywania w domu, w zamknięciu, ukryte zasłonami i murami przed oczyma obcych mężczyzn, kobiety w okresach wojen nieraz idą do boju, a bardzo często towarzyszą swym mężom, zachęcając ich do walki i niosąc broń zapasową.
Tych przykładów wystarczy, żeby pokazać różnicę pomiędzy dwoma światami — europejskim, z jego kolejami, traktorami i racjonalizmem, a muzułmańskim, — z magicznemi dziełami Ibn el Hażdż, Rahma, z czarodziejskiem kołem „dairat el ihata“, talizmanami i amuletami.
Zwykłe sposoby asymilacyjnej kolonizacji nie zdadzą się tu na nic. Jest tu niezbędna inna droga — poszanowanie Islamu i wszelkich tradycyj, oraz żywy przykład pełnych energji i lojalności ludzi.
Trudności współżycia i współpracy są nader ciężkie i nieobliczalne, wyniki niespodziewane — i w jedną i w drugą stronę; ogólnego systemu postępowania opracować nikt nie potrafi, ponieważ istnieje ich tyle, ile jest szczepów, sekt, marabut’ów, magów i wpływów zewnętrznych.
Jestem przekonany, że najtrudniejszem zadaniem jest działalność białej rasy w środowisku muzułmańskiem, jednolitem w swej religijnej ideologji, a tak fantastycznie różnorodnem pod względem lokalnych tradycyj i etnicznej psychologji.
Myślę, że te trudności długo jeszcze będą się piętrzyły przed Europą, spełniającą tymczasem bardzo nieumiejętnie swoje posłannictwo śród ludzkości, tak długo, dopóki w ideologji Islamu nie zajdą jakieś głębsze zwroty i zmiany. Ten okres przyspieszyć mogą tylko żywe przykłady energji, wytrzymałości i pomysłowości uczciwych i rozumnych białych kolonistów. Ich bronią powinny być nie armaty i karabiny, lecz wiedza, poczucie prawa i niezłomna wola. Tymczasem niestety, muzułmanie podnoszą od czasu do czasu złowrogi zielony sztandar Proroka, znak wojny, a koloniści zmuszeni są chwytać za broń. Wtedy ginie dobytek wielkiej pracy, umierają setki tubylców, a śmierć triumfuje i czyha na nowe i obfite ofiary.
Właśnie to jest dowodem, że tylko pewna ewolucja Islamu i zarazem ewolucja kolonjalnej polityki białej rasy mogą nadać inny bieg losom materjalnej cywilizacji zachodniej na kuli ziemskiej. Mówię — materjalnej cywilizacji, ponieważ naszej moralnej cywilizacji islam, buddyzm, szintoizm, konfucjonizm i nawet pogaństwo nie potrzebują. Byłaby nawet szkodliwą dla nich, jako hypokryzja, jako czcze słowo, nigdy nie zmieniające się w ciało, gdyż, jak twierdzili muzułmanie indyjscy w Londynie, „Europa zapomniała o Chrystusowem Kazaniu na górze“...



ROZDZIAŁ XXIX.
NA „WYSOKICH PŁASKOWYŻACH.“

Przybyliśmy do Udżdy dość zmęczeni długą podróżą automobilową. Zrobiliśmy w szybkiem tempie olbrzymią turę, od Wysokiego Atlasu przez wybrzeże marokańskiego Atlantyku, aż do granicy terytorjum wysokich płaskowyżów, przechodzących w Saharę. Stanowiło to więcej niż tysiąc kilometrów. Przekonaliśmy się na sobie samych, że szybka jazda samochodem może być zalecana na schudnięcie.
Gdy podróżowałem po środkowej Azji konno, w warunkach nadzwyczajnie ciężkich, a zrobiłem dobrych 10 000 kilometrów na siodle, schudłem doprawdy mniej, niż przejechawszy około 7000 kilometrów samochodem w Afryce Północnej, pomimo dobrego odżywiania i znacznego komfortu.
Należał się nam wypoczynek, szczególniej zaś mojej żonie, która od czasu do czasu, patrząc na mnie swemi wielkiemi oczami, zadawała napozór obojętne pytanie:
— Czy tak już do końca będziemy jeździli?
Co ona rozumiała przez słowo — „koniec“, tego nie mówiła; czy koniec kontynentu afrykańskiego, czy koniec naszego życia?
Ponieważ zamierzaliśmy przeciąć cały teren wysokich płaskowyżów i dotrzeć do Figuigu, postanowiliśmy wypocząć w Udżda parę dni. Wiedziałem, że czeka nas około 450 kilometrów niebardzo dobrej drogi na terenie, rzadko uczęszczanym przez podróżnych.
Stanęliśmy więc w znanym już nam hotelu i tegoż samego dnia poszedłem odwiedzić, niedawno przybyłego tu konsula, administrującego całym obwodem Udżdy — od brzegów Morza Śródziemnego do granicy algieryjskiej — na południu. Był to p. de Vitasse, dawny konsul francuski w Kairze. Przyjął nas nader uprzejmie i po przyjacielsku oznajmił, że państwo Pariel oczekują nas w Figuigu, i zaproponował odbycie razem z nim podróży do tej oazy, dokąd miał za trzy dni wyjechać, robiąc przegląd swego rejonu, pierwszy raz po objęciu czynności konsula. Dzięki p. de Vitasse, spędziliśmy czas w Udżda bardzo przyjemnie.
W trzy dni później ruszyliśmy na południe. Droga, przeciąwszy południowo-wschodnią odnogę równiny Angad, biegnie wśród niewysokich lesistych gór: El Hamra, Metsila i Mehasser. Doliny, spotykane w tym rejonie, są dość szerokie i uprawne; należą do tubylców ze szczepu Zekkara, po części zaś do kolonistów francuskich i, zdaje się, hiszpańskich. Przed dostaniem się do grzbietu Metsila, jechaliśmy przez dość nagą płaszczyznę, przeciętą rzeką Sedra; do jej łożyska przytuliły się dwie małe oazy. Zaraz za rzeką zaczynają się lesiste spadki Metsila, gdzie spotykamy stadka kuropatw. Śród wierzchołków drzew mignęła mi sylwetka ptaka. Wnosząc z kształtów i lotu ptaka, przysiągłbym, że był to cietrzew.
Za górami, których ostatnim grzbietem jest Czekhar, zaczynają się tereny, należące do plemienia Ulad Barka. Miejscowość przedstawia step, pokryty nadzwyczaj pożywną dla bydła i poszukiwaną dla opału pieców, a także dla fabryk papieru we Francji i Hiszpanji trawą „Alfa“, czyli „halfa“. (Macrochloa tenacissima). W niektórych miejscach spotkać można połacie, pokryte arabskim „czih“ (Artemisia Herba Alba). Pasą się tu znaczne stada owiec i baranów, należące do Barka; spotykamy też dużo rozmaitego ptactwa. Niedaleko od nas, nieprzygotowanych do strzału, podnosi się kilka dropi. Były to duże Otis tarda i mieszkańcy pustym — Otis Houbara; odleciały bardzo majestatycznie, zmusiwszy nas jednak przygotować na wszelki wypadek nasze dubeltówki.
— Zaraz ujrzymy pułkownika Pariel! — oznajmił p. de Vitasse. — Mamy się tu spotkać, by wspólnie rozdać nagrody tubylcom za najlepsze konie. Już zbliżamy się do Berguent’u!
Była to taka miła niespodzianka — spotkanie z Pariel’em!
Wkrótce ujrzeliśmy Berguent zdaleka. Widzimy jego oazę, a dokoła niskie, białe zabudowania — arabskie i francuskie, ze stojącą na uboczu dużą Kubbą.
Przed miasteczkiem spotykamy niewielki oddział spahisów. Mkną jak wicher do samochodu, później nagle się zatrzymują, błyskawicznie formują szyk i prezentują broń. Błysnęły w powietrzu pałasze, rozległy się słowa powitalne i w jednej chwili dowódca zdarł swego konia, aż stanął dęba, a później, sadząc olbrzymiemi skokami, pomknął przed samochodem, — za nim pędziło jeszcze dwóch spahisów, reszta z tupotem kopyt i chrapaniem koni konwojowała samochód z tyłu. Zatrzymaliśmy się na dużym placu, gdzie konsula powitał pułkownik Pariel i kilku oficerów, przybyłych na przegląd koni. Pariel wita nas serdecznie i mówi, że pani Pariel również tu przybyła. Zaznajamiamy się z obecnymi, między nimi z miejscowym urzędnikiem cywilnym — p. Marcel.
Tłum Arabów i Żydów w malowniczych strojach, miejscowa starszyzna w paradnych burnusach i turbanach witają p. de Vitasse „salamem“. Po skończonej ceremonji raportu i przedstawienia urzędowych osób, zaczyna się przegląd koni i wydawanie nagród pieniężnych i dyplomów. Konie mają wygląd niebardzo świetny, lecz nie znam się na rasie arabskiej i berberyjskiej, więc sędzią być nie mogę. Parę ładnych szkap jednak dojrzałem. Ponieważ przyjechaliśmy w poniedziałek, więc trafiliśmy do Berguent’u na „suk“, czyli na bazar. Tłumy tubylców przybyły tu z baranami, wielbłądami i różnemi towarami. Miasteczko miało przeto fizjognomję bardzo ożywioną i barwną. Był to dzień św. Jadwigi, wysłaliśmy zatem z Berguent’u kilka telegramów gratulacyjnych. Jak później dowiedzieliśmy się, nasze miłe Jadwigi w głowę zachodziły, co to za Berguent, aż z map wykombinowały, że winszujemy im z Włoch, a więc prędko już będziemy w Polsce. A my tymczasem pamiętaliśmy o nich, prażąc się na obszarach, należących do szczepu Beni Mathar, gdzie już bardzo wyraźnie odczuwaliśmy tchnienie Sahary.
W bardzo interesujący sposób ubierają się tu Żydzi. Dorośli noszą białe koszule, z narzuconemi na nie szafirowemi burnusami i czarne mycki na głowach, tak jak w Tlemsenie i w Marrakeszu. Chłopaki mają na sobie żółte koszule, a zgóry krótkie białe przezroczyste kaftany, bardzo do komży kościelnej podobne. Kobiety izraelickie, które wszędzie w Mellah chodzą po miastach swobodnie z odsłoniętą twarzą, prowadzą tu życie zamknięte i rzadko pokazują się na ulicy.
Zochna poszła do domu gościnnego, należącego do administracji francuskiej, aby powitać panią Pariel, a także trochę się odświeżyć po drodze; ja zaś naturalnie obiegłem całe miasteczko, zajrzałem nawet na spadki obrywającego się tuż nad Berguentem płaskiego, jak stół grzbietu — zachodniej odnogi Dżebel Sidi El Abid, na rynek za miastem, na uliczki arabskiej dzielnicy i znowu powróciłem na plac.
Słońce szalało. Nielitościwe, bezczelne i płomienne! Tylko moje dość ciepłe ubranie mogło ochronić mnie od jego ciosów. Dokoła Berguentu żółta, — nie! — złocista pustynia. Na prawo od siebie widzę połyskujący łuk małej rzeczki, wysokie drzewa oazy, a wszędzie barwny tłum, stada owiec, konie, osły i wielbłądy. Wysoko nad ziemią kwilą sokoły i jastrzębie.
Po skończonej uroczystości poszedłem do przeznaczonego dla nas mieszkania i tu wreszcie zrzuciłem z siebie grubą warstwę piasku, czując go jednak długo jeszcze na zębach. Wystroiwszy się pięknie, a więc włożywszy czysty kołnierzyk i inny krawat, poszedłem razem z żoną i panią Pariel na proszone śniadanie, wydane przez p. Marcel. Było wyborne, z dobrem winem i zimnym szampanem.
Gorąco mi było po tem śniadaniu, lecz o odpoczynku — ani marzyć! bo oto gościnni pp. Pariel i Marcel zaaranżowali niezwykłe widowisko — konne wyścigi Arabów.
Bagatela! Ujrzeć prawdziwych Arabów na koniach w całym pędzie, to rozkosz nielada! Nic z tego, że miałem w sobie co najmniej butelkę szampana (czerwonego i białego wina, oraz koniaku — nie liczę!) i przynajmniej plus 53 stopni Celsjusza we krwi — jazda na wyścigi!
Urządzono je w szczerej pustyni, na samem słońcu, lecz p. Marcel kazał tu rozbić dla gości dwa wielkie namioty i postawić krzesełka, a nawet stoliki z wodą Vichy i herbatę z miętą.
— Nie zginiemy! — pomyślałem sobie i poszedłem oglądać konie.
Były wśród nich piękne okazy. Może nie tak ładne na oko, ale cienkonogie, podciągnięte, suche, z dzikiemi, jarzącemi się ślepiami, — ścigłe, dzikie i wytrzymałe. A jeźdźcy!
O, bataliści całej kuli ziemskiej, dlaczego was tu nie było? Arabowie w szerokich szarawarach, w lekkich, krótkich kurtkach i mocno ściskających golone głowy turbanach, siedzieli nieruchomo, wrośnięci w siodła i połączeni w jedną całość z oczekującemi doniosłości chwili końmi.
Grają dwie orkiestry, złożone z bębnów, tamburynów, klarnetów i dzwonków.
Rozlega się sygnał i czterech jeźdźców, przechyliwszy się na wyciągnięte karki koni, pomknęło, zataczając szerokie koło.
Jeźdźcy ścigają się czwórkami, szóstkami i ósemkami. Coraz większy zapał i hazard śród jeźdźców i śród publiczności.
Odznaczył się szczególnie jeden ze spahisów miejscowej załogi, ścigał się pięć razy, a nie znać było po nim zmęczenia.
Zwycięzcy dostawali z rąk p. de Vitasse pieniężne nagrody.
Po wyścigach zwiedziliśmy bardzo interesujące źródło Ras El Ain.
W odległości pół kilometra od oazy znajduje się niegłęboka, lecz szeroka piaszczysta kotlina. Co chwila w różnych miejscach gładkiej powierzchni, piasek zaczyna się nagle burzyć, tworzy kopuły, które pękają, a z nich wylewa się woda, płynąca cienką, na 2—5 centymetrów strugą do niżej położonego łożyska. Tu właśnie z głębi ziemi przebijają się przez warstwę piasku źródła wody i dają początek rzece Berguent. Woda ta posiada słabą mineralizację soli magnezjowych i żelaznych, lecz jest dość dobra w smaku i dość obfita, gdyż daje do 150 litrów na sekundę.
Rodząca się tu rzeczka biegnie przez oazę; ryb w niej nie widziałem, zadziwiająca natomiast jest ogromna ilość małych pospolitych tu żółwi — Emys leprosa. Na płaskich górach na wschód od Berguentu, jak opowiadał mi jakiś kupiec miejscowy, — zaklinacze wężów polują na wiperę rogatą — Cerastes cornutus; jest to żółty, zabarwiony na kolor piasku wąż, dość często spotykany w granicach wysokich płaskowyżów Marokka i Algierji. Część oazy stanowi park rządowy z dużą ilością drzew granatowych, wina i tamaryndów.
Gdy powracaliśmy z tej wycieczki, spotkał nas p. Marcel i oznajmił, iż udało mu się zorganizować „fantazję“. Tyle o tem widowisku czytałem i słyszałem, lecz w żadnem większem mieście marokańskiem nie udało mi się widzieć tej nader charakterystycznej dla tubylców zabawy!
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdyśmy od strony parku zdążali do miasteczka. Nagle rozległa się salwa kilku karabinów, tupot kopyt końskich, dziki, lecz krótki okrzyk tłumu ludzi i — cisza.
— Fantazja się rozpoczyna! — zawołał p. Marcel.
Biegłem już w stronę placu, pozostawiwszy wszystkich i słysząc śmiech i drwiny z mego temperamentu. Co mi po drwinach, gdy tam — „fantazja!“
Cały plac ze wszystkich stron otaczali widzowie — Arabowie, Berberowie, Żydzi, Europejczycy, i... żadnej kobiety.
Ponieważ na „fantazję“ ściąga wielu najdzielniejszych i najpiękniejszych mężczyzn, których coraz potężniej porywa szał bojowy, czyż więc mogłoby słabe serce niewieście, wrażliwe na przejawy prawdziwej męskości, pozostać obojętne? czyż mogłaby krew nie krążyć i tętnić mocniej i szybciej? a czyż nie zniewoliłoby to porwanych kobiet do „pokazania nóżki“ i wydania okrzyku podług rady figlarnego a mądrego Abu Medyana, patrona Tlemsenu? Mężczyźni, te potwory zazdrosne, wiedzą o tem, więc na trzy spusty zamknęli drzwi swoich domów z żonami i córkami.
Na południowym końcu placu zgromadziło się kilkunastu jeźdźców. Tłoczą się tam konie, wierzgają, stają dęba, rżą, wiją się, jak w ukropie.
Orkiestra zagrała jakąś melodję o szybkim rytmie. Ośmiu jeźdźców oddziela się natychmiast od tłumu innych i stają w sprawnym szyku, koń przy koniu. Mają karabiny, te długie o dziwacznie małych i wąskich kolbach karabiny maurytańskie. Jeźdźcy siedzą jak posągi, nieruchomi, baczni, oparłszy strzelby na prawem biodrze. Czekają na sygnał widocznie... Lecz kto go ma dać? Szukam oczami na placu takiej możnej osoby, co mogłaby kierować porywem tych pięknych jeźdźców na rozszalałych koniach, tych malowniczych wojowników w rozwiewających się, jak skrzydła, burnusach, w barwnych kurtach, haftowanych srebrem i złotem, w zawadjackich zawojach lub w zwykłych białych, lub czerwonych opaskach na czole.
A—a! mam już tego wodza nareszcie!
Naprzeciwko mnie na niewielkim pagórku stoi jeździec.
Biały, rasowy koń z czerwoną uzdą i czerwonem kapiącem od złota siodle, stoi jak wryty. Kształtną głowę podniósł wysoko, pałające oczy wlepił wdal, chrapy rozdął i zamarł.
Wyprostowany, wsparłszy mocne nogi w szerokie strzemiona, siedzi na nieruchomym rumaku okazały jeździec; malowniczo drapujący się śnieżno-biały burnus nie ukrywa jego dorodnych kształtów mężczyzny w sile wieku. Z pod narzuconego na turban „szłyku“[173] świecą się ochotą czarne oczy, a krucza broda spływa na szeroką pierś.
Skinął ręką i ruszyli jeźdźcy, krzycząc, wyrzucając karabiny w powietrze i chwytając je w pędzie. Konie rwą się i miotają, lecz żaden nie złamie szeregu i nie popsuje szyku.
W połowie placu jeźdźcy wydają krótki okrzyk powitalny i wszyscy razem podnoszą wysoko nad głowami swoje karabiny. I nagle rozpoczyna się szał. Jeźdźcy rzucają cugle i wydają nowy okrzyk chrapliwy i ostry.
Konie zrywają się do lotu. Na jedną chwilę zawisają w powietrzu, robiąc potworny skok, a po chwili już mkną, płaszcząc się i dotykając brzuchami ziemi. Wydaje się, że lecą nad placem, jak sokoły, ścigające stadko płochliwych gilów, i że wnet już będą wysoko ponad tłumem, miasteczkiem i górami. Jeszcze nowy okrzyk, i jeźdźcy, podnosząc się w strzemionach, przykładają strzelby do ramion, lub do piersi i naraz dają ognia; padają strzały, wznoszą się do góry, w cichem, nieruchomem powietrzu wieczornem białe, okrągłe obłoczki dymu, — echo biegnie od ścian domów do Kubby, do urwistych zboczy skał, aż ginie gdzieś w pustyni.
Jedni strzelają do góry, inni w bok, lub w ziemię, krzycząc i wyjąc...
Kłęby kurzawy pędzą za końmi, kłęby dymu prochowego prześcigają jeźdźców.
Lecz co się teraz stanie z widzami? Przecież stratują ich rozhukane rumaki, o oczach zaszłych krwią, o otwartych pyskach, z których ściekają płaty piany?
Już jakie dziesięć kroków pozostaje do stojących i siedzących ludzi i jeszcze mniej — do orkiestry.
Rozlega się krzyk i rumaki, przysiadłszy na tylnych nogach, przednie wpierają w piasek i zatrzymują się nagle.
Szereg ze śmiechem zawraca i jedzie truchtem z powrotem, nabijając strzelby na nowo. Niektórzy z jeźdźców wspaniałym ruchem rzucają orkiestrze garściami drobne monety.
Powtarzają to samo inni Arabowie. Setki odcieni w jeździe, w sposobach strzelania, w okrzykach... Można przyglądać się godzinami i za każdym razem spostrzegać coraz to inne szczegóły. Pod koniec „fantazji“ wziął w niej udział jeździec, stojący na pagórku. To miejscowy Kaid. „Fantazja“ nabierała coraz większej werwy!
Słońce tymczasem rzuciło ostatnie krwawe blaski na Berguent. Szkarłatne postacie jeźdźców mknęły po krwawej ziemi, płonęła czerwonym ogniem Kubba, połyskiwała rubinowa wstęga rzeki i góry powlokły się odblaskami zarzewia. Chwila jeszcze, i — wszystko zgasło!...
— La Illah Illah Allah... Mohammet Rassul Allah! — zaczął zawodzić jakiś starzec, opuszczając się na ziemię...
Rozpraszał się tłum, dążąc do domów, aby oddać hołd Allahowi...
Mknęli jeźdźcy przybyli z dalekich koczowisk do swoich zajazdów, aby, obmywszy ręce i twarze od dymu prochowego i kurzu, wznieść je ku niebu i powtarzać prastare słowa:
— Nie masz Boga oprócz Boga Allaha! Niech imię jego przedwieczne wysławiają ludzie, narody i kraje całej ziemi! Allah Akbar, A