Płomienna północ/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVI.
POLOWANIE I WOJNA.

Dzięki uprzejmości generała de Chambrun, który wiedział o moich zapałach myśliwskich, zostałem zaproszony przez oficerów sztabowych na polowanie. Było to pierwsze afrykańskie polowanie.
Pewnego dość chłodnego poranku, na godzinę przed wschodem słońca zajechał samochód i w towarzystwie trzech oficerów wyjechaliśmy przez bramę Bab Dżelud na drogę, prowadzącą do dużej osady rolniczej Petit-Jean, położonej na zachód od Fezu. Wyjechaliśmy za miasto, gdzie otoczyła nas mgła poranna. Z rykiem syreny mknął samochód, rozpędzając na wszystkie strony gromadki tubylców, spieszących ze swemi mułami do miasta, aby sprzedać trochę jarzyn, winogron lub węgla drzewnego. Poważnie kroczące wielbłądy w popłochu zbijały się w kupę i, popychając się wzajemnie, zbiegały z drogi, ścigane przez poganiaczy. Gdy przejechaliśmy kilka kilometrów, jeden z oficerów wskazał mi miejsce, gdzie bierze początek rzeka — ued Fez. Źródła jej wytryskują ponad znajdującemi się po drugiej stronie drogi — bagnami — siedzibą komarów i febry. Francuscy inżynierowie są zajęci obecnie bardzo niełatwem zadaniem osuszenia tego bagna, gdyż chcą uzdrowić to miejsce i urządzić tu drugi duży obóz dla wojsk północnego obwodu.
O jakie 25 kilometrów od Fezu ujrzałem czerwone góry, przecięte głębokiemi wąwozami z białemi plamami soli. Oficerowie poinformowali mnie, że te czerwone warstwy geologiczne są dla górników najlepszą wskazówką, że znajdują się tu pokłady gipsu i soli. Istotnie wkrótce minęliśmy kopalnie i fabrykę gipsu, położone tuż przy drodze. Roślinność dość nędzna dokoła. Jakieś kłujące krzaki, białe od drobnych kwiatów, niskie krzaki palmowe, sucha, brunatna trawa. Gdy zapytałem o nazwę rośliny z białemi kwiatami, szofer zatrzymał na rozkaz starszego z oficerów, maszynę i wyszliśmy obejrzeć interesujący krzew. Okazało się, że była to jakaś kłująca roślina, a jej kwiaty — białemi muszlami zwykłych tu ślimaków; muszle były puste, gdyż słońce zabiło oddawna ich mieszkańców, a wiatr wydmuchał z tych przygodnych „kubb“ — grobowców, prochy ślimaków.
Ruszyliśmy dalej i zaczęliśmy spotykać tubylcze plantacje wina i drzew oliwkowych. W różnych miejscach bliżej i dalej od drogi widziałem studnie, zwykłe berberyjskie „bir“, lecz przez Francuzów pokryte dachami. Przy każdej studni tkwił stróż w białym burnusie i zawoju.
Wkrótce skręciliśmy na boczną ścieżkę, gdzie nasz samochód zaczął odrazu wspinać się na wysokie pagórki, to znów czołgać się na dno głębokich wąwozów, z których znowu gramolił się do góry. Niedaleko stoków długiego grzbietu górskiego, stanowiącego odnogę Środkowego Atlasu, wysiedliśmy z samochodu.
Starszy z oficerów — komendant, wydał rozkaz szoferowi, gdzie ma stanąć i oczekiwać nas. Nabiliśmy strzelby i ruszyliśmy w stronę gór, pokrytych krzakami wina i drzewami oliwkowemi. Wyszedłszy na pierwsze pagórki, ujrzałem kilka zajęcy, uciekających w stronę krzaków. W wysokiej, suchej trawie wyraźnie widziałem migające uszy.
— Oho! — zawołał komendant. — Już mamy kuropatwy!...
Okazało się, że mimo bardzo dobrego wzroku, wziąłem kuropatwy za zające. Stało się to dlatego, że ptaki uciekały, wyprostowane, z wysoko podniesionemi głowami. Tymczasem upał był już na dobre i nad ścierniskiem prosa-sorgo wznosiły się drgające strugi i fale coraz bardziej nagrzewanego powietrza.
Oprócz słońca rozgrzewał nas zapał myśliwski, więc szybko posuwaliśmy się naprzód ścierniskiem, a później zboczem góry. Rozproszyliśmy się w różne strony, polując każdy na własną rękę. Przesiedziałem w Warszawie za biurkiem cały rok, przepadł gdzieś we mnie ten ongiś wytrenowany piechur, więc na tej górze oblewałem się potem, kląłem, ile tchu starczyło, lecz parłem naprzód. Było to bardzo ciężkie wyjście. Gleba zorana głęboko, wszędzie się ciągną pędy wina i czepiają się nóg, które grzęzną po kostki w suchej, sypkiej ziemi. Z drzew oliwnych i figowych zrywały się z łopotem skrzydeł jakieś ptaki, lecz nie widziałem ich za gąszczem rozłożystych konarów. A tymczasem moi towarzysze strzelali sobie już na dobre z prawej ode mnie strony i z lewej. Znowu klnę, że wybrałem dla siebie „głupi“ kierunek, gdzie wyjątkowo nie trzymają się kuropatwy. Wreszcie z figowca z krótkim krzykiem zrywają się dzikie gołębie. Daję dublet i podnoszę dwa ptaki. Nareszcie! Oglądam je uważnie — są prawie różowej barwy z ciemno-brązowemi piórami na szyjach.[1] Podczas gdy zajęty jestem ornitologją, niespodziewanie zrywa się o jakie 40 kroków ode mnie kuropatwa, chwytam za strzelbę i strzelam. Pudło! Pudło, bo ziemia tak miękka, że nie można ustawić się dobrze i zachować równowagę. Doprawdy, tylko dlatego było pudło! Pod Meknesem, polując z pp. Halmagrand i doktorem Vincent, dałem pod rząd 15 strzałów i zabiłem 15 kuropatw, a tu — pudło.
Byłem wściekły, bo to i niepowodzenie, i ani rusz odsapać się nie mogę, i mój podzwrotnikowy „kolonjalny“ kostjum na nic, jakby go kto od wewnątrz zlewał wodą.
— To ci nie płaszczyzny azjatyckie! — myślę, a tu wciąż się zrywa coś i zrywa z drzew i łopocze skrzydłami i krzyczy, niby drażniąc, a czego nie mogę dojrzeć, bo gęste drzewa oliwne i łapiaste figowe liście skrywają przede mną zdobycz. Wiem tylko i czuję, że to jakieś duże ptaki. Serce wali jak młot parowy, w głowie szumi, kurtka, hełm, trzewiki, kołnierzyk, wszystko to zawadza... Nie, więcej nie mogę drapać się na tę górę! Usiadłem w cieniu i zacząłem raczyć się winogronami; wypocząłem i poszedłem dalej — wolno i spokojnie. Znowu coś się zerwało z gąszczu drzewa i mignęło w przelocie, strzeliłem i coś spadło, głucho uderzywszy o ziemię. Podszedłem i zobaczyłem... kuropatwę! Kuropatwy siedzą na drzewach i to masowo, stadami? — oburzy się, z pewnością, niejeden strzelec przepiórek lub zawistny zoolog-krytyk.
Gwałtu rety! Gdy o tem napiszę, żeby tylko szlag nie trafił pewnych literatów z pewnych pism myśliwskich!
Oglądam kuropatwę — masz ci, babko kubrak! Jeszcze nowa bieda i casus belli na przyszłość! Przecież takie same kuropatwy strzelałem we wschodnich odnogach Ałtaju, na jeziorze Szira-Kul i w dolinach Urianchajskich, pomiędzy Sajanami i Wielkim Ałtajem.[2] Przecież to ty, figlarko, któraś tak oburzyła pewnego zoologa, twierdzącego, że tylko w Europie zachodniej można ciebie spotkać?
Była to czerwona skalna kuropatwa, Caccabis petrosa czyli Perdix rubra. Francuscy myśliwi twierdzą, że w północnej części francuskiej Afryki innego gatunku niema i że szarą kuropatwę spotkać można tylko bliżej Sahary, na południu. Istotnie pomiędzy Berguentem, a oazą Figuig spotkałem stadko tych kuropatw, które tu nazywają „angielskiemi.“ Nie dowierzając myśliwym, którzy nie mają w oczach ludzkości żadnego zaufania, nabyłem sobie w księgarni Fezu za 5 franków i 50 centymów książkę profesorów J. A. Battandier et L. Trabut[3] i o radości! na str. 263 znalazłem sprawdzian dla moich ornitologicznych stwierdzeń. Ponieważ swoją czerwoną kuropatwą z okolic jeziora Szira popsułem wątrobę wspomnianemu zoologowi, więc na cześć „dżinnów“ chorób wątrobianych, życząc zdrowia memu krytykowi, zacząłem szerzyć zniszczenie śród kuropatw. Zauważyłem, że zrywają się z drzew od strony zacienionej, więc od tej właśnie strony zawsze zachodziłem, no i natłukłem tego ptactwa sporo. A przebywa ono na drzewach dlatego, że śród krzaków wina boi się siedzieć na ziemi, gdyż lisy i szakale, których tu jest mnóstwo, czyhają na nie, urządzając zasadzki. Zresztą kuropatwy uważają oliwki i figi za dość dobry dla siebie pokarm. W północnej Afryce zdobyłem około 320 kuropatw, a wszystkie były „czerwone.“
Na polowaniu tem między Fezem a Petit-Jean przekonałem się, że moja para dubeltówek angielskich Cogswell and Harrison, dwunastego kalibru, świeżo nabyta w Anglji, przedstawia prawdziwie dobrą broń, która w Afryce Centralnej — tym następnym etapie mojej podróży, będzie dla mnie niemałą pociechą.
Śniadanie zjedliśmy na dnie głębokiego, zacienionego wąwozu i wypoczęliśmy trochę. Komendant pokazał mi wznoszącą się w oddali jakąś śpiczastą górę z ustawionym na niej znakiem.
Okazało się, że jest to początek niewielkiego obwodu, gdzie znaleziono pokłady ropy naftowej. Produkcja tymczasowa nie przewyższa jednej tonny dziennie, lecz poszukiwania dalsze i roboty wiertnicze trwają. Po śniadaniu przeszliśmy kilka kilometrów ścierniskami kukurydzy i sorgo, zaroślami karłowatych palm, nie spotkawszy już więcej zwierzyny. Gleba, wyschła na kamień, była pokryta szerokiemi i długiemi szczelinami niby po trzęsieniu ziemi. Chmary szarańczy latały i skakały dokoła. Raz mignął mi w krzakach palmowych płochliwy szakal, lecz przepadł bez śladu. Widocznie, czołgając się na brzuchu, dotarł do wąwozu i w jakiejś skrytce śród kamieni zaczaił się znakomicie. Śmigały małe myszy polne, a wysoko pod prawie białym, rozpalonym namiotem nieba wisiał i kwilił jastrząb. Spotkałem duże stada owiec i kóz pod dozorem kilku pasterzy. Na obszernej płaszczyźnie widziałem tubylców, zajętych karczowaniem krzaków palmowych. Jest to ciężka i mozolna praca, ponieważ zarośla te łączą się swemi korzeniami, sięgającemi znacznej głębokości. Pług nie może zwalczyć sieci palmowych korzeni, i nietylko zwykły, drewniany, z krótkim żelaznym lemieszem pług arabski, lecz nawet amerykańskie traktory nieraz utykają w takich miejscach. Te zarośla palmowe są klęską dla kolonistów-rolników. Z daleka są podobne do jakiejś choroby skórnej, do narośli na powierzchni ziemi. Arabowie i Berberowie wypalają najpierw takie miejsca, a później karczują.
Przeszedłszy około dziesięciu kilometrów, trafiliśmy na szosę, w miejscu, gdzie się znajdowała dobra studnia. Napiliśmy się czystej, chociaż dość ciepłej wody i wkrótce ujrzeliśmy podjeżdżający do nas samochód. Ruszyliśmy z powrotem do Fezu.
O jakie 20—25 kilometrów od miasta znajduje się mała wioska berberyjska, powszechnie znana w całem Marokku. Jest to Mulej Jakub, ściągająca do siebie od XII-go wieku tłumy chorych, nawet z Sahary. W pobliżu wioski bije z ziemi gorące siarczane źródło,[4] oddawna eksploatowane przez lekarzy arabskich, a w ostatnich czasach — przez Europejczyków.
Nazajutrz po polowaniu wyjechałem samochodem wojennym w inną stronę, a mianowicie na północ, na front, gdzie się odbywały operacje bojowe. Jadę w towarzystwie dwuch oficerów, którzy mają mnie opuścić w jakimś wielkim obozie po drodze. Droga najpierw idzie w stronę Tazy, lecz wkrótce skręcamy w dolinę rzeki Fez i trafiamy na drogę strategiczną. Często spotykamy kamiony[5] wojskowe z żołnierzami i materjałami. Te ciężkie wozy zupełnie zniszczyły szosę, przetarły drobne kamienie na mąkę, wybiły doły i rowy na drodze i pokryły wszystko dokoła grubą warstwą drobnego piasku. Nasz silny samochód skacze, dzwoni i zgrzyta, miota się i sapie, otoczony kłębami białego kurzu.
Miejscowość górzysta z rozległemi dolinami pomiędzy grzbietami gór, dość gęsto zaludniona i bogata. Wszędzie ciągną się pola żyta, pszenicy, kukurydzy, sorgo, plantacje wina, fig i oliwek. Na zboczach gór pasą się stada. Spotykani po drodze tubylcy uprzejmie salutują nam po wojskowemu, przykładając ręce do ogolonych głów.
Zwróciłem uwagę, że Francuzi ujęli w sztuczne łożyska i baseny wszystkie znaczniejsze źródła i doprowadzili wodę do oddalonych od źródeł miejscowości, gdzie już powstawać zaczynają tubylcze osady rolnicze, ku którym administracja miejscowa kieruje drogi.
Jadąc, spostrzegliśmy duże stadko kuropatw, przelatujące od rzeki do zarośli palmowych, pokrywających zbocza niewysokiego pagórka. Zatrzymano samochód i w międzyczasie, kiedy szofer nalewał wody i benzyny do maszyny, zabiłem dwie kuropatwy. W poszukiwaniu innych, błąkałem się śród krzaków i zwałów kamiennych i spotkałem zabawnego skoczka egipskiego (Dipus aegypticus), małego gryzonia, podobnego do zająca, lecz o krótkich przednich nogach i tak długich tylnych, że wydać się może, iż posiada tylko dwie nogi. Zmykał przede mną wielkiemi susami, podpierając się długim, cienkim ogonem, aż znikł mi z oczu. Chwilami zwierzątko to przypomina małego kangura. Gdy ruszyliśmy dalej, spotkaliśmy koło wsi berberyjskiej duże stado bydła. Nad niem unosiły się śnieżne, białe ptaki z żółtemi dziobami i nogami. Siadały na grzbietach zwierząt i wyłapywały im pasożyty, lub też chodziły obok z zakłopotanemi minami. Z ogólnego wyglądu przypominały małe czaple. Francuzi nazywają je tu „stróżami byków“. Spotkać je można zawsze przy stadach, lub pojedyńczych zwierzętach, o ile pastwisko znajduje w pobliżu wody, bez której długo obejść się nie mogą.
Ujechawszy 40 kilometrów od Fezu i pozostawiwszy poza sobą dolinę rzeki, przecinaliśmy rozległą równinę, przez którą przechodziła szosa, bardzo przez „kamiony“ i lekkie samochody zniszczona.
Ujrzeliśmy tu duży obóz, złożony z kilkunastu namiotów płóciennych, wozów, beczek z wodą, koni i szopy drewnianej.
Tłumy łudzi wyległy z kilofami, młotami i rydlami na szosę, robotnicy rozbijali kamienie, rozsypywali szczebionkę równą warstwą na szosie, zwozili piasek, kopali rowy, stawiali słupy telegraficzne, a w oddali dymiła lokomobila z ciężkiemi walcami do wtłaczania w ziemię kamiennego nasypu.
Gdy zbliżyliśmy się, rzuciły się nam w oczy uzbrojone patrole i dziwny wygląd pracujących ludzi. Żadnej wesołej lub uśmiechniętej twarzy, żadnego gwaru, żartów i figlów, tych nieodstępnych towarzyszy pracy. Ludzie mieli wygląd ponury, mocno zaciśnięte wargi, złośliwe błyski w oczach. Wydało mi się, że jestem śród „katorżników“ syberyjskich. Oblewali się potem, który spływał im z gołych grzbietów, ramion i piersi, prażonych niemiłosiernem słońcem, oblepionych kurzem i gryzionych przez natrętne muchy, czarną chmarą latające dokoła. Byli tu blondyni o białej skórze i niebieskich oczach, bruneci z ciałem niby z bronzu, byli zupełnie czarni, jak gdyby z hebanu wyrzeźbieni, połyskujący od potu.
— Muzeum typów i ras! — zawołał ze śmiechem któryś z towarzyszących mi oficerów. — Niemcy, Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Maurowie, Senegalczycy, Murzyni...
— To oddział, złożony z aresztantów wojennego więzienia, a posłany na roboty budowlane — objaśnił mi drugi. — Niech się pan tylko im przyjrzy! Co za typy! Są to najciężsi zbrodniarze.
Zdążyłem już zauważyć te ponure twarze i złośliwe spojrzenia. Spoglądali na nas z podełba, nieufnie i nienawistnie, mrucząc coś do siebie. Czarni stali jak piękne karjatydy ze spiżu lub hebanu, wysocy, zgrabni i wiotcy. Biali byli prawie wszyscy krępi i posiadali wprost atletyczną budowę, tak potężną, że każdego z nich śmiało można było wypuścić na arenę cyrkową. Jeden szczegół uderzył mnie. Spostrzegłem, że większość Europejczyków była tatuowana. Niektórzy mieli całe sceny i obrazy, wytatuowane za pomocą barwników na grzbietach i piersiach. Jednego z aresztantów obwijał swemi zwojami granatowy wąż od pasa aż do szyi, na której złożył mu swoją czerwoną głowę z zielonemi oczyma.
Odetchnąłem lżej, gdy obóz więźniów pozostał za nami i zniknął w obłokach kurzu, i ogarnęły nas znowu góry ze wsiami Berberów na szczytach, z obszernemi polami i winnicami. Bogaty to i żyzny kraj, lecz ludność brudna i nędznie ubrana, bez względu na stan majątkowy. Widziałem tu bogatych wieśniaków w takich łachmanach, jakichby się powstydził meskin fezański. Na stepie pasły się stada owiec, a obok nich, strzegąc ich od szakali, tkwiły biblijne postacie pastuchów w białych, szerokich szatach i z długiemi pasterskiemi kijami w ręku. Niektórzy mieli na głowach olbrzymie, wysokie kapelusze słomkowe z szerokiemi rondami. Chwilami zrzucali je z głowy, a wtedy pozostawały im na grzbietach, zwisając na rzemykach. Kapelusze te przyszły tu podobno od Beduinów z Sahary.
Nad rzeką Sebu, czy nad jednym z jej dopływów, znaleźliśmy wielki centralny obóz wojenny całego północnego odcinka frontu. Były tu składy pocisków i nabojów, magazyny żywnościowe i sanitarne, warsztaty wszelkiego rodzaju, tabun zapasowych koni i niewielki oddział kawalerji. Główne zaś siły były wysunięte dalej, na północ, już ku granicy hiszpańskiego Riffu. Był to obóz Ain Aisza, odległy od Fezu o 85 kilometrów. Przyjął mnie bardzo uprzejmie podpułkownik[6], komendant obozu, i szef jego sztabu. Zapraszali mnie na śniadanie, lecz ponieważ chciałem zwiedzić posterunki północne i tegoż jeszcze dnia powrócić do Fezu, więc podziękowałem za uprzejmość i, pozostawiwszy w obozie swoich towarzyszy podróży, pojechałem dalej.
Miałem przed sobą jeszcze około 40 kilometrów drogi, którą dopiero niedawno zaczęto budować. Szofer rozpytał szczegółowo o kierunek, więc, nie myląc się, jechał dość szybko.
Przejechaliśmy rzekę przez most, umocowany na czterech pontonach. Woda w rzece była mętna i żółta, prąd dość wartki. Na przybrzeżnych ławicach wygrzewały się na słońcu żółwie, pospolite tu Emys leprosa, płochliwe i bardzo zwinne; w niektórych miejscowościach są otoczone szczególną czcią jako święte i mające moc magiczną.
Z doliny rzeki droga znowu prowadziła na dość wysokie wzgórza, pokryte polami sorgo i żyta, częściowo pastwiskami. Na drodze, dość twardej, chociaż jeszcze nie szosowanej, spotykaliśmy wszędzie tłumy robotników-tubylczych. Jedni z koszami i worami chodzili po stepie i zbierali kamienie, drudzy — rozbijali je i sypali na przyszłą szosę. Setki tych Berberów i Arabów pracowały na drodze, a kierował nimi jeden technik — „cantonier“, bez żadnej eskorty i bez broni.
Widziałem roboty, prowadzone przez Rosjan w Środkowej Azji i w Mandżurji, a nawet w ich własnym kraju — na Syberji. Każdy inżynier i technik miał eskortę kozacką, był uzbrojony i sam bez żołnierzy nigdy nie odważył się wyjść na teren robót do tłumu tubylców lub choćby wieśniaków syberyjskich.
Na północy Afryki widziałem miasteczka, liczące po kilkanaście tysięcy tubylców i administrację francuską, złożoną z 5 urzędników z eskortą z 10—20 spahisów, Berberów lub Arabów; w Wysokim Atlasie, w górach Wielkiej Kabilji, na pograniczu Sahary i tu, w pobliżu powstańczego Riffu, spotykałem tych samotnych „cantonierów“, rządowych agronomów, weterynarzy, otoczonych morzem ludności berberyjskiej, pracujących razem z nią bez obawy, bez żadnych środków obrony, często bez możności telefonicznego połączenia z punktem administracyjnym lub wojennym.
Czem się to objaśnia? Pokojowym nastrojem wyznawców Proroka? Zrozumieniem przez nich kulturalnej pracy tych samotników europejskich? Urokiem lub szacunkiem ludności dla cudzoziemców, którzy starają się uszanować psychikę mieszkańców tych krajów?
Zbyt krótko byłem na północy Afryki i w ciągu sześciu miesięcy nie mogłem zbadać istotnego podłoża tego zadziwiającego zjawiska. W każdym jednak razie myślę, że jest to bardzo znamienny i pocieszający przyczynek do symbiozy politycznej dwóch odmiennych ras.
Cały rejon od Ain Aicha do Ain-Maatouf, tej dość dużej osady tubylczej, przedstawia się wspaniale. Jest to kraj rolniczy i bogaty. Rozrzucone w pobliżu drogi wsie mają wszelkie oznaki dobrobytu.
Przebywszy około 40 kilometrów, dotarliśmy do bardzo malowniczej wioski, z kubbą miejscowego uali na brzegu małego wartkiego potoku. Jest to „Taunat“, wioska, tonąca w gajach oliwnych i figowych, otoczona zielonemi górami, pokrytemi winnicami i polami prosa i pszenicy. Mieszkańcy odnosili się do nas uprzejmie i z pełnem zaufaniem. Pokazano nam drogę na posterunek Taunat.
Na dwóch pagórkach mieści się tu dziwna awangarda europejskiej cywilizacji i myśli politycznej; stąd widać przez lornetkę polową na południu — góry, otaczające od wschodu i północy Fez ze szczytem Zalagh, przypominającym grzbiet potwornej ryfy, a na północy — piętrzące się jeden po drugim łańcuchy grzbietu Riff.
Na jednym z pagórków mieści się pawilon oficerski i sztab, na drugim — koszary i szpital.
Spotkali mnie oficerowie tego posterunku: komendant Richard i porucznik de Seroux. Dowódcą odcinku był komendant Richard, olbrzym o marsowej twarzy i żołnierskiej postawie, w jakimś dziwnym stroju — szerokiej bluzie i szarawarach, podobnych do kozackich. Kepi z fartuchem, ochraniającym od słońca kark i z potężnym daszkiem nad oczami, grube, podkute trzewiki i krótkie skórzane getry — wszystko to świadczyło o pełnem trudów i pracy życiu, a głębokie zmarszczki około ust i na czole o niejednej trosce, nurtującej to ciało olbrzyma.
Gdybym zamierzał namalować żołnierza z walecznej, nieśmiertelnej starej gwardji Napoleona, naprzykład, Flambeau, który był genjuszem sławy wielkiego ojca przy wiotkiem ciele księcia Reichstadt, — tobym prosił komendanta Richarda, aby mi pozował. Może Rostand brał go też za wzór typu cnót starej gwardji? Lepszy typ dla tak wdzięcznej i heroicznej postaci istotnie trudno byłoby znaleźć.
Jak żywy stoi przede mną do tej chwili komendant Richard, — olbrzymi, marsowy, z sumiastym, zawiesistym wąsem, a skromny i dziecinnie prosty.
Drugą postacią — już nowoczesną — był szef jego sztabu, lejtnant de Seroux, oficer Sztabu Generalnego, młody, z arystokratycznej rodziny, nerwowy, wykształcony, a pełen zapału i zrozumienia misji europejskiej śród narodów niecywilizowanych. Oprócz nich było tu jeszcze dwóch młodszych oficerów — lejtnant Mourre i podporucznik Taoudi — Arab, który ukończył doskonałą szkołę, założoną dla oficerów-tubylców w Meknesie.
W Taunacie oficerowie zostali uprzedzeni o mojem tu przybyciu, więc oczekiwali ze wspaniałym obiadem, z szampanem, cudownemi winogronami i ciastkami, roboty arabskiego kucharza. Podczas obiadu oficerowie opowiedzieli mi, że oddział, broniący tego odcinku od wdarcia się band Arabów z Riffu, składa się z dwustu żołnierzy-tubylców, śród których znaczną część stanowią wojownicy Szleu z Wysokiego Atlasu. Tylko oficerowie i paru sierżantów byli Francuzami.
— Mamy pomocników, którzy są warci regularnego wojska — mówił, uśmiechając się, p. de Seroux. — Pan widzi, że mieszkamy w tej szopie, bez najpotrzebniejszych wygód, bez towarzystwa ludzi kulturalnych i to od dawna już. Ciężkie to życie na takiem pustkowiu, lecz rezultaty są dobre. Przekonaliśmy całą ludność na naszym odcinku, że przyszliśmy tu nie poto, aby ich zdobywać, eksploatować, krzywdzić, lecz poto, aby spełniać warunki umowy z Sułtanem, zabezpieczyć całej okolicy spokój i rozwój ekonomiczny, wnieść kulturę, bez której teraz żyć i rozwijać się nie może ani poszczególny człowiek, ani poszczególna ludność. Odbijamy, niedalej niż tej nocy, ataki oddziałów Abd-El-Krima, który je tu posłał po zdobycie prowjantu, ponieważ w górach Riffu zabrakło mu go; budujemy drogi i ustalamy ruch „kamionów“, kupując od tubylców i wywożąc ich produkty, przywożąc natomiast potrzebne dla nich towary; zbudowaliśmy „fonduk“, w którym tubylcy sami administrują; zorganizowaliśmy szpital, w którym leczy się do 600 mieszkańców tej okolicy. Przekonaliśmy Berberów, że pokój jest podłożem dobrobytu, a gdy ujrzeliśmy, że nasze słowa padły na dobry grunt, uzbroiliśmy sporo mężczyzn z okolicy i teraz oni sami bronią swojej ziemi od band z Riffu. Właśnie, — może pan wyjrzy! Tych trzech jeźdźców Szleu pakuje naboje dla mieszkańców dwóch najbardziej wysuniętych wiosek, gdzie spodziewamy się lada chwilę napadu rabusiów Abd-El-Krima.
Po obiedzie zwiedziliśmy punkt obserwacyjny, skąd się odsłaniał widok na cały prawie front hiszpańsko-marokański, a p. de Seroux przez lornetkę pokazał mi te góry, w których znajdowały się w tej chwili główne siły Abd-El-Krima.
Wyczuwałem w objaśnieniach oficerów pewną troskę i niepokój przed zbliżającemi się wypadkami.
— Nie chcemy wojny — mówili — lecz nie możemy pozwolić na to, aby Abd-El-Krim zabierał dla swej armji prowjant z posiadłości sułtana Marokka. Tymczasem, przy przeciągającej się wojnie, Abd-El-Krim będzie zmuszony po wyczerpaniu zapasów w Riffie przyjść tu celem odżywienia swej armji, a może nawet dla poboru ochotników. Miejscowa ludność może, mimo wszystko, nie rozumiejąc następstw, dać ochotników, ponieważ szczepy berberyjskie lubują się w wojnie. Wtedy zmuszeni będziemy do większych operacyj wojennych...
Tak mówili oficerowie francuscy. Ja zaś myślałem trochę inaczej. Niezależnie od tego, czy operacje powstańczego wodza będą pomyślne, czy nie, — jego przejście granicy wpływów francuskich wydawało mi się nieuniknione. Słyszałem już przecież w Fezie wynurzenia uczonego i słowa człowieka o niewieściej twarzy, wyczuwałem niepokój w spojrzeniach tłumu ulicznego w Medina, znałem zresztą system bolszewików — tych burzycieli pokoju i ładu w całym świecie, i wiedziałem, że Abd-El-Krim będzie przez nich wyzyskany do końca. Namówią go do ataku w stronę Fez-el-Bali, będą mu dopomagali, aby zdobył miasto Idrissa, zainscenizują podniesienie świętej wojny i uczynią z tego awanturnika — nowego Mahdi. Tylko wspólne operacje Francuzów, Hiszpanów, Włochów i Anglików mogą sparaliżować ten plan, którego powodzenie zburzyłoby cywilizacyjną pracę białej rasy nietylko na północy Afryki, lecz i na całym kontynencie.
Jednak...
Jednak należałoby się porozumieć co do dalszych kroków i wysiłków w sprawie kolonizacji czarnego kontynentu, należałoby nie przeszkadzać sobie wzajemnie, co ja — przygodny podróżnik, zauważałem na każdym niemal kroku. Na tem polega słabość europejskich wpływów w obecnej dobie wszędzie poza granicami naszego kontynentu. Należy pamiętać o losach całej Europy, zdradzonej przez 130 miljonów Rosjan, dotąd uważanych za Europejczyków, lecz zmienionych pod pręgierzem czerwonego teroru w renegatów i wrogów Zachodu.
Po ukończeniu przechadzki po Taunat komendant Richard, znakomity strzelec, „terreur de gibier,“ jak go nazywał p. de Seroux, zaproponował mi polowanie na kuropatwy. Naturalnie, że z radością się zgodziłem. Podano nam doskonałe konie wierzchowe i w asyście ośmiu kawalerzystów wyjechaliśmy za posterunek. O jakie pięć kilometrów od obozu, na schyłkach nie bardzo stromych gór, rosły gęste krzaki śród zwałów kamieni.
— Tu zwykle trzymają się kuropatwy! — rzekł, zwracając się do mnie, komendant.
W tej chwili koń jego drgnął, chrapnął i uskoczył w bok.
— Co się stało? — zapytałem.
— Dojrzał w krzakach gazetę, poruszaną wiatrem, — zaśmiał się olbrzym. — Nie boi się on kul, lecz papieru nie lubi!
— Może to jakieś skrajne lewicowe pismo, może nawet komunistyczne, a wierzchowiec hołduje innym poglądom politycznym? — zauważyłem.
— Tak! — odparł. — Ta szkapa pochodzi z Wandei.
Zeszliśmy z koni i, otoczeni z dwu stron łańcuchem żołnierzy, szperaliśmy w krzakach, w których przed kilku godzinami czaili się Kabylowie z Riffu. Upał panował straszliwy, więc kuropatwy siedziały mocno w swych skrytkach i nie ruszały się z miejsca. Dopiero, gdy, przeszedłszy wąwóz, dotarliśmy do gaju oliwnego, ujrzeliśmy dwa stadka kuropatw. Zerwały się jednak bardzo daleko i wpadły w gęste krzaki, rosnące na dnie głębokiego wąwozu. Zostawiliśmy je w spokoju i zawróciliśmy na miejsce, gdzie pozostały nasze konie. W gęstych zaroślach widziałem śpiącego żółwia — testudo mauritanica, żywiącego się trawą. Ciemny pancerz i większe rozmiary odróżniają go od żółwia pospolitego w pasie Morza Śródziemnego. Arabowie poszukują tego zwierzątka i przyrządzają z jego mięsa dość smaczną potrawę, a z serca i żółci — talizmany magiczne.
Pozostawało nam nie więcej niż sto kroków do naszych wierzchowców, gdy z kępy wysokiej trawy wywinął się zając. Komendant strzelił. Zając, fiknąwszy klasycznego kozła w powietrzu, upadł. Obejrzałem go. Był mniejszy od swych europejskich współbraci, miał cienkie nogi z bardzo rozrośniętem owłosieniem na końcach nóg, co naturalnie było koniecznem ze względu na miejscowość kamienistą. Zając marokański należy do gatunku Lepus aegypticus, który na południu i w Saharze nabiera barwy jeszcze jaśniejszej i jest mniejszy. Francuscy zoologowie nadali mu nazwę — Lepus isabellinus. Spotykałem tego zająca na kamienistej i piaszczystej pustyni za grzbietem Zab w południowej Algierji i skonstatowałem nadzwyczajne przystosowanie barwy zwierzątka do otaczającej go okolicy. Po powrocie do Taunat pożegnałem gościnnych oficerów i odjechałem.
Około 10-ej wieczorem przyjechałem do Fezu, biały, jak młynarz, i bardzo głodny, lecz Zochna przewidując to, poprosiła panią Ossun, aby dla mnie zostawiono kolację. A kolacja to była nielada jaka, ponieważ podano mi prawdziwy barszcz, o jakim marzyłem oddawna!


Przypisy

  1. Turtur auritus.
  2. Patrz „Azjackaja Rossija“ (wydanie M-a Rolnictwa). Petersburg 1914, t. II., str. 167.
  3. L’Algérie, le sol et les habitants, flore, faune itd. Paris 1898.
  4. Temperatura + 52,6 Celsjusza.
  5. Camions, ciężarowe samochody.
  6. Po francusku: Lieutenant-colonel.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.