Strona:F. A. Ossendowski - Płomienna północ.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


długiej rozmowy z pułkownikiem, przeglądania map i książek, dotyczących mojej dalszej podróży, urzędnik nas nie opuszczał.
— Pan może odejść! — rzekł nareszcie konsul.
Lecz urzędnik nie odchodził, porozumiewawczo patrząc w oczy szefowi.
— Co tam takiego? — zapytał konsul, podchodząc do urzędnika, który wyciągnął jakiś papier i coś czytał.
Pułkownik spojrzał i roześmiał się głośno, głaszcząc swoją piękną, siwą brodę.
— Dobrze, dobrze, mój panie! Wszystko już pan uczynił, co było w jego mocy. Dziękuję! Może pan teraz iść!
Urzędnik wyszedł, oglądając się bardzo niedowierzająco.
Pułkownik, wciąż się śmiejąc, opowiedział mi, że policja otrzymała od niego polecenie, aby się nami zajęła i ułatwiła wizytę w konsulacie. Urzędnik zaś zrozumiał to tak, że nie wolno mu oka ze mnie spuszczać, bo nie wiedział, dlaczego konsul tak się moim przyjazdem zainteresował. A może miał konwojować do konsulatu jakiegoś cudzoziemskiego zbrodniarza? Na wszelki wypadek postanowił być moim „aniołem stróżem“. Gdym wychodził od pułkownika, znowu spotkałem owego „opiekuna“. Zbliżył się do mnie trochę zmieszany i zapytał:
— To właśnie pan jest tym polskim pisarzem, o którym z Paryża przyszedł do nas telegram? Bardzo pana przepraszam, że byłem natrętny, ale dostałem niejasne instrukcje...
— Owszem — odparłem. — Pan był bardzo miły i dopomógł mi znakomicie!
Rozmawialiśmy parę minut i wreszcie rozstaliśmy się. Nadmiernie uprzejmy policjant nie mógł jednak przezwyciężyć zmieszania i pewnego skrępowania z powodu, iż się ośmieszył w oczach konsula.
W godzinę później p. Pariel odwiedził nas i zabrał na przechadzkę po mieście. Składa się ono z arab-