Strona:F. A. Ossendowski - Płomienna północ.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Proszę się zająć państwem. Do widzenia!
Zająć się nami? Słowa te przypomniały mi pewien wypadek w mojem życiu, gdy to w Petersburgu, za czasów studenckich, po jakimś wiecu zostałem z kolegami odprowadzony do policmajstra, który odesłał nas do żandarmów, oznajmiając nam, iż ci się nami „zajmą“. To ich „zajęcie się“ nami trwało dwa miesiące, spędzone przez nas w więzieniu. Nie poczuwałem się do winy wobec Francji, więc byłem pewny, że to lepiej się skończy.
Istotnie zniesiono nasze bagaże bez rewizji do oczekującego samochodu i odstawiono do hotelu wraz z memi pięknemi londyńskiemi futerałami na dubeltówki, karabiny i naboje.
Zrozumieliśmy, że w Udżdzie administracja otrzymała telegram o naszej podróży i tak uprzejmie nas przyjmowała. W hotelu podziękowałem urzędnikowi za pomoc i dałem mu do zrozumienia, że nie będę mu swoją osobą zabierał więcej czasu. Urzędnik jednak nie odchodził, a gdy zamierzałem wejść do swego popoju, zapytał:
— Czy pan nie zechce natychmiast odwiedzić pana Konsula?
— Chciałbym się przedtem przebrać — zauważyłem.
— O, to niekonieczne! Lepiej się pośpieszyć, gdyż godziny urzędowania skończą się wkrótce — odparł urzędnik.
— W takim razie idziemy! — zaproponowałem.
Po drodze dowiedziałem się, że nowomianowany konsul jeszcze nie przybył, i że go tymczasem zastępuje naczelnik obwodu Figuig — pułkownik Jean Pariel.
Pułkownik przyjął mnie natychmiast, gdy spahi doręczył mu mój bilet wizytowy, i przywitał bardzo serdecznie, gdyż znał moje nazwisko z literatury francuskiej. Ku wielkiemu memu zdziwieniu urzędnik policji wszedł ze mną razem do gabinetu konsula, który przyglądał mu się również ze zdumieniem. Podczas