Strona:F. A. Ossendowski - Płomienna północ.djvu/311

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została skorygowana.


micie leczyć chorych na zęby. A, wszystko jedno! Znachor, czy nie znachor, aby pomógł! Już się ubrałem, aby iść, gdy nagle przypomniałem sobie napaść na mnie, uczynioną przez pewnych krytyków za moją „niekulturalność“, że opowiadam w swojej książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów“, oraz „W ludzkiej i leśnej kniei“ o różnych djabelskich praktykach, a więc o magji, czarach, zabobonach, wróżbach, że wierzę sam w to wszystko i że twierdzę, iż jakiś mongolski lama wyleczył mnie od ischjasu. Ci mądrzy i kulturalni ludzie kwalifikowali moją zbrodnię, jako hańbę dla nauki, cywilizacji, literatury i ludzkości. Na samo wspomnienie o tem potępieniu mnie i oskarżeniu, zrzuciłem płaszcz i kapelusz i, trzymając się za rozdęty policzek, burknąłem do żony:
— Nie pójdę, bo mnie krytycy później razem z moją fluksją zjedzą żywcem...
— Ja nikomu nie powiem... — obiecała Zochna. — Idź, może ten Arab coś na twój ból poradzi...
— Ależ ja sam gdzieś i kiedyś wypaplam się w książce, no — i skandal gotowy!... Pal licho! Będę czekał na dentystę!...
Czekałem, syczałem z bólu, dokuczałem żonie i z rozpaczą i nienawiścią przyglądałem się swemu wykrzywionemu, zdeformowanemu obliczu.
Wreszcie dentysta przyjechał. Stawiłem się w jego gabinecie. Obejrzał mnie, w milczeniu złowrogiem wziął się do szczypiec i bez ceremonji wyrwał mi ząb.
Znowu przelałem krew, straciłem ząb i nacierpiałem się bólu, a tymczasem znachor arabski może cośby na to był zaradził...
Mulej Izmail był udobruchany, a ja byłem poszkodowany i bez najmniejszej przyjemności przypominałem sobie nazwiska moich arcyucywilizowanych krytyków, winnych niepowetowanej dla mnie straty.
Teraz jednak, już dawno wszystko minęło, więc niech ich Allah ma w swej opiece!
— Allah jaunek!