Płomienna północ/Rozdział XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVIII.
DWA ŚWIATY.

Znowu przecinaliśmy Marokko od brzegów Oceanu do granicy Algierji. Mijaliśmy miasta, osady, kolonje i plantacje, gdzie Francuzi, Hiszpanie i Włosi, stosując najnowsze metody rolnictwa, zbierali obfity plon, hojnie opłacający ciężkie warunki pracy i wielki wysiłek pod prażącem słońcem.
Migały przed naszemi oczami berberyjskie „bled“-wsie, czarne duar’y, kopulaste „kubby“, malownicze „zauja“ i ubogie role tubylcze, gdzie para słabych osiołków, lub znękany wielbłąd, ciągną przedhistoryczny drewniany pług, z żelaznym lemieszem, a gdzie urodzaj zależy wyłącznie od woli Allaha.
Widzieliśmy kolej francuską, wspaniałe szosy, ocembrowane studnie i baseny, gmachy szpitalów i szkół, autobusy i prywatne samochody, wieże radjotelegrafu, europejskie dzielnice, piękne parki publiczne, pomniki i nawet teatry.
Na każdym kroku spotykamy stare drogi karawanowe i sznury kroczących wielbłądów. Suną powoli, a jednak w ich wyciągniętych naprzód szyjach, w zapatrzonych wdal głowach, jest jakiś pęd, poryw i dążenie. Spotykamy kupy kamieni przy „Kbor Mensi,“ czyli zapomnianych mogiłach, cudowne, lecz zanieczyszczone źródła i studnie, wykopane przed wiekami przez otoczonych czcią „uali“; mkną na bystrych koniach gońcy, wiozący ważne wieści; zielenią się wierzchołki drzew, wyglądających z poza murów olbrzymich ogrodów, gdzie jeszcze nigdy nie postała noga białego człowieka; kryją się w wąskich, połamanych uliczkach piękne pałace, gdzie od wieków życie płynie podług przepisów Koranu.
Nieraz tuż obok siebie wyśpiewuje gramofon wołający spracowanych kolonistów do kina — i wykrzykuje 99 imion Allaha gorliwy muezzin ze szczytu minaretu.
Prażący upał w dzień i zimne przewiewy nocne, drgająca w przezroczystem prawie, niematerjalnem powietrzu „fata morgana“ i żółta płachta, nieprzenikniona chmura drobnego piasku, porwanego z Sahary przez szalone Sirokko-Samum; palmy daktylowe, oliwki, granaty, podzwrotnikowe Sapotaceae i Argania Sideroxylon — a trochę wyżej sosna, cedr, tuje i śniegi na wyżynach Atlasu...
Kraj kontrastów naturalnych i ideowych!
Co wspólnego mogą mieć potomkowie encyklopedystów, Anatola France’a, Rolland’a, Rostand’a i Chenier’a, czy ziomkowie Cervantes’a, Blasco Ibanez’a, Dantego Alighieri i D’Annunzia, z ludźmi wychowanymi na „Kitab el Istiksa“, Hadith, na przepowiedniach „Kahina“[1] i na religijnej poezji — madih?
Czy mogą się porozumieć biali przybysze, wprawni w budowaniu dróg żelaznych, szos asfaltowanych, gmachów żelazo-betonowych, armat, łodzi podwodnych, pancerników, samochodów, samolotów i radjotelegrafu, z bronzowymi i czarnymi autochtonami, biegłymi w przepisach prawa Proroka, uznających siłę sahir’ów i arraf’ów — czarowników, nadprzyrodzoną władzę nad potęgami natury — tę „tassaruf“ swoich szeryfów i marabut’ów?
Zdaje się, że odpowiedź jasna; nietylko nic nie wiąże tych ras, rasy nowych przybyszów z Europy i rasy dawnych najeźdźców z Azji, ale spodziewać się należy zawsze i wszędzie wrogich objawów.
Tymczasem, widzimy, że Europejczycy, ludzie, umiejący liczyć nietylko wydatki, lecz i przewidywać niegorzej od jasnowidzących przyszłe urodzaje i dochody, rzucają coraz to nowe kapitały i worywują je w tę paloną słońcem ziemię afrykańską.

OAZA FIGUIG

Na tych 420 000 kwadratowych kilometrów, zajętych przez — państwo Sułtana Mulej Jussefa, wśród sześciu miljonów Berberów, Arabów, Żydów, Negrów i różnych mieszanych szczepów, ludność biała przedstawia zaledwie oazę, nie więcej nad 200 000 głów liczącą.
A jednak ta oaza dokonała cudu. Dokonała, ponieważ kształci się w wielkiej szkole energji, gdzie klimat, gleba, ludzie, — wszystko jest inne i nawet wrogie, gdzie należy najprzód zwalczyć przeszkody, uciszyć rozkołysane fale morza obcej ludności i — dopiero później prowadzić dzieło twórcze.
Widocznie biała rasa, posiadająca zmysł organizacyjny, prowadzi to dzieło z powodzeniem, bo sami widzieliśmy, że porty Kenitra, Kabat, Fedelah, Kazablanka, Mazagan, Safi i Mogador nietylko mają na składach dość towarów dla eksportu, lecz rozszerzają swoje operacje i techniczne urządzenia; pracują koleje strategiczne, wożąc towary od granicy algieryjskiej i z Wysokiego Atlasu do Oceanu; autobusy ciężarowe i liczne karawany dostarczają do portów towarów. Coraz to nowe drogi automobilowe wdzierają się głębiej do Marokka i wyrzucają na rynki całego świata produkty i wyroby nieznanych dotąd terenów i osad berberyjskich[2], a sącząc w nie kropla po kropli cywilizację i kulturę zachodnio-chrześcijańską, poczynając od pomocy lekarskiej i weterynaryjnej, oraz opatrzenia okolic we wodę — tę siłę rodzącą na żyznej, lecz wyschłej ziemi Mahrebu, a kończąc — na maszynach do szycia, pługach i wyrobach fabryk europejskich, chociażby to były narazie tylko barwne, naiwne litografje, wyobrażające Mekkę, grobowiec Proroka i bohaterów z eposu arabskiego!
Wślad za szosą, lub drogą automobilową rozciąga natychmiast swoje cienkie macki telegraf i telefon, łącząc kisarja jakiejś nikomu nieznanej Bel Rhiada z Picadilli londyńskiem, z wielkiemi Halami Paryża, z madrycką Puerta del Sol, z bankami Rzymu i Berlina.
Wszystkie „tirs“, „hamri“, „zemel“, „Harrusza“ i „dahs“ — te przeróżnego składu gleby, pod wpływem sztucznej kanalizacji i zastosowania nawozu i współczesnych maszyn, stają się spichrzem nietylko dla Francji, lecz dla całego świata. Jest to kwestja, być może — najważniejsza. Coraz częściej zdarza się spotykać obliczenia różnych uczonych, szczególnie wspaniale prowadzonego departamentu rolniczego w Waszyngtonie, że za 15—25 lat ludzkość będzie odczuwała brak zboża. Tymczasem Marokko przedstawia duży teren dla uprawy zboża. Obecnie tylko nieznaczną część kraju eksploatują tubylcy i koloniści, pierwsi — dwa miljony, drudzy zaledwie 55 tysięcy hektarów. Ziemia Mahrebu rodzi niemal wszystko: pszenicę, żyto, owies, kukurydzę, proso, sorgo, boby, soczewicę, len, konopie, bawełnę, jarzyny, paszę dla bydła.
Bogactwo owoców pociąga do Marokka szczególniej Hiszpanów, Włochów i Greków: wino, oliwki, migdały, śliwki, morele, jabłka, pomarańcze, cytryny, daktyle, figi, japońskie „khaki,“ nawet banany dają dobre urodzaje i sporo towaru dla eksportu[3]. Roślinne barwniki z Mazaganu, Azmuru, Marrakeszu, stanowią ważny artykuł handlu wewnętrznego. Buraki i trzcina cukrowa, olejki: różany, pomarańczowy i geranjowy, rodzynki itd. mają zapewniony popyt w samym Marokku i w ościennym Algierze.
Pastwiska, a szczególnie tereny, zarośnięte trawą „alfa“, dają możność rozwoju nowoczesnej hodowli bydła, bardzo obecnie przez tubylców zapuszczonej, szczególnie w stosunku do koni pięknych ras: berberyjskiej, arabskiej i syryjskiej. Najlepiej prowadzony jest chów owiec i kóz, lecz i w tym kierunku ulepszenia są niezbędne, a próby dały świetne rezultaty[4].
Oprócz tych bogactw ziemia Mahrebu posiada jeszcze lasy, rosnące w Marokku na miljonie pięciuset tysięcy hektarów. Są to lasy dębów korkowych i zwykłych, cedrów, tuj, argania, drzew jałowcowych, cyprysowych, sosnowych itd. Oprócz samego materjału drzewnego, lasy te dają korek, węgiel, żywicę, sandarak, oleje, pokarm dla bydła, gumę arabską, sumak, garbniki.
Przemysł jest rozwinięty jeszcze słabo, lecz szybko postępuje naprzód, jeżeli sądzić z kapitałów, włożonych w przedsiębiorstwa. W roku 1918 było zaangażowanych 35,2 milj. franków, a roku 1921: 173,3 milj. fr. Są tu fabryki korków, kobierców, mydła, acetylenu, materjałów wybuchowych, garbarnie, destylarnie, warsztaty mechaniczne itd.
Ostatniemi czasy zwrócono uwagę na przemysł górniczy, chociaż w tym kierunku zrobiono jeszcze bardzo mało. Z tego, co wiadomo dotychczas, można twierdzić z pewnością, że w wielu obwodach Marokka[5] znajdują się znaczne pokłady fosforytów, używanych do fabrykacji nawozów sztucznych — superfosfatów. Wykryto poważne ślady nafty w okolicach Fokra, Tselfat i Fezu, oraz manganowej rudy we wschodnim Marokku na terytorjum wysokich plateaux pomiędzy Berguent’em a oazą Figuig, gdzie przed wojną eksploatację prowadziły kapitały niemieckie, które zorganizowały poważne techniczne przedsiębiorstwo.
Jednak roboty geologów nie dotknęły całokształtu Marokka i osobiście myślę, że na mocy tego, com widział w Wysokim Atlasie i na terenie wysokich plateaux, można się tu spodziewać odkrycia interesujących dla górniczego przemysłu pokładów.
Tak pracują Europejczycy i tubylcy, na palonej słońcem ziemi północnej Afryki. Twórczy genjusz białej rasy zmusza ją do wyeksploatowania obszernych terenów Marokka, terenów, leżących odłogiem od wieków. Coraz bardziej zagłębiając się w ten kraj, czyni go biała rasa z każdym rokiem bardziej i bardziej dostępnym, a pociąga swym przykładem do pracy ludzi bronzowych i czarnych.
Każdy grosz, wydany na ulepszenie warunków pracy, opłaca się tu sowicie, każdy wysiłek energji, woli i myśli, zmienia się w ciało i daje bogactwo. Lecz bogactwa są tu ukryte w ziemi niemniej starannie, niż legendarne skarby tragicznych Suss’ów!
Tylko człowiek silny na duchu i ciele potrafi wyrwać te skarby glebie marokańskiej. Wyrwać — albo składając jej objaty w postaci kanałów z płynącą z gór wodą, karczowania przeklętych zarośli karłowatej palmy, albo siłą — potężnym traktorem parowym, rozorawszy jej niegościnną pierś ośmiu stalowemi lemieszami naraz i świeże rany zasypawszy pożywnemi nawozami, wysadzając w powietrze zwały kamienne i głazy, wypalając zielska i palmowe krzaki, lub wbijając ostrze stalowego świdra w łono ziemi, aż tryśnie z niego struga wody, a z nią nowe życie...
Słabi, leniwi i lękliwi są tu skazani na zagładę. Tu pod ciosami skrzydeł Samumu, w płomiennych objęciach słońca tylko tubylcy, dziedzicznie znużeni i powolni, lub przybysze-mocarze mogą walczyć: pierwsi — o istnienie, drudzy — o bogactwo i ideę cywilizacyjną.
Długo jeszcze będą się wykuwały i hartowały charaktery potężne i wytrwałe w tej szkole energji, gdzie nikt nie pyta o pochodzenie, o przyszłość i zamiary, gdzie sądzą o nowym człowieku według czynów jego.
Tacy ludzie są najlepszymi rzecznikami cywilizacji zachodniej i pociągają ku niej coraz większe zastępy tubylców.
W tem środowisku jest to najlepsza droga do porozumienia, do współpracy, z której mogą i powinny wyniknąć inne stosunki, jeżeli nie mają prowadzić tylko do jednostronnej wygody.
Środowisko zaś jest bardzo trudne do poznania i opanowania.
Jeden z francuskich urzędników w Kabylji[6] opowiadał mi o kłopotach administrowania, bo jednocześnie powinno się pamiętać o prawie francuskiem, o przepisach Koranu, o tradycjach Hadith, o prawie obyczajowem, a pozatem jeszcze o tak zwanych „Kanun“ czyli niepisanem prawie lokalnem, a bardzo się różniącem w poszczególnych miejscowościach, częstokroć obok siebie położonych.
O ileż jednak bardziej złożone, zawiłe jest życie Marokka muzułmańskiego, lub izraelickiego! Z tych niezliczonych „Medina“ i „mellah“, ze wsi, z koczujących duar’ów, z meczetów, medersa i zauja; z oddzielnych klanów, cechów, bractw, sekt, rodów andaluzyjskich, berberyjskich, arabskich, izraelickich, z duar’ów, notablów, z domów marabut’ów, z namiotów wędrownych proroków i świętych, na przybysza czyha cała armja obyczajów, specjalnych przepisów, przesądów, nakazów i przekonań. Wszystko to może od jednego nieoględnego kroku otoczyć cudzoziemca groźną chmurą niezadowolenia i nieprzyjaźni. Cała ta plejada, nieraz nieuchwytnych psychologicznych i obyczajowych czynników, jest ujęta w ramy przez kierujący wszystkiem Islam, a stąd wypływają nowe trudności, gdyż Islam zwęża, lub rozszerza te ramy, zależnie od celów politycznych, lub interesów Kalifatu.
Można dać sobie radę z niektóremi szczegółami, można, naprzykład przestudjować Koran, jego przepisy socjologiczno-prawne, można nawet ująć ducha „Hadith“[7], lecz kto potrafi wejść w łożysko myśli muzułmanina marokańskiego z jego czarownym Olimpem różnych zmarłych, lecz jeszcze wpływowych, oraz żyjących świętych marabut’ów, samozwańczych proroków, ukrywających się mahdi, czarowników, wróżbiarzy, jasnowidzących, złych duchów — dżinnów, które ciągle się wtrącają w nieswoje sprawy, duchów dobrych i magji, która każdego dnia i każdej chwili jest czynna, uznana jawnie, czy skrycie, a potężna?
Mogę o tem coś opowiedzieć na podstawie słów agenta pewnej firmy francuskiej, skupującej w południowych obwodach Marokka wełnę. Agent miał zażyłe i dobre stosunki z ludnością kilkunastu wsi i był uważany przez Berberów za swego człowieka, ponieważ znał ich oddawna i mówił do nich w ich ojczystym języku. Przyjechawszy pewnego razu do jednej z dużych osad, przed rozpoczęciem sezonu strzyżenia owiec, spotkał tam kupca — Araba, przybyłego z Algieru. Przez znajomych tubylców dowiedział się, że Arab zamierza skupować wełnę.
— Przecież mam umowę z wami jeszcze na dwa lata? — zapytał agent.
— Tak! — odrzekli Berberowie. — Bądź spokojny, — umowy dotrzymamy!
— Uspokojony agent powrócił do swego kantoru w Kazablance.
W wyznaczony dzień karawana z wełną nie przyszła, nie przyszła i za tydzień. Wysłany goniec przywiózł odpowiedź, że Berberowie nie chcą wieźć towaru, i że kupiec sam powinien go zabrać.
Agent wyjechał do wsi i zaczął wypytywać tubylców, co zaszło, że nie chcą wieźć do miasta wełny.
— Rzuciłeś urok na syna Ali. Rozchorował się śmiertelnie i „Hakim“ — lekarz, orzekł, że to się stało od „złego oka“ niewiernego — objaśnili mu. — Ponieważ nikt oprócz ciebie nie przyjeżdżał do nas, więc tyś winien choroby syna Ali!
Próżne były zaprzeczenia agenta. Na dowód, że Hakim miał rację, wezwano jakąś starą żebraczkę, posiadającą zdolności „kahina“, czyli jasnowidzącej. Ta spojrzała w oczy agentowi i zawyrokowała, że cudzoziemiec istotnie posiada „złe oko“. Część Berberów, znajdujących się w pokoju z agentem, natychmiast w przerażeniu opuściła dom.
Przyjaciel Francuza, miejscowy Kadi, poradził mu zwrócić się do wiejskiego marabut’a, jako do najwyższej instancji. W rozmowie ze „świętym“, agent, zrozpaczony i zdenerwowany, nieoględnie wykrzyknął:
— Bawicie się w różne zabobony i głupstwa!
— Sidi! — odparł na to, prostując się, marabut, — wierzenia nasze są stare jak ta ziemia, po której stąpasz! Setki pokoleń miały te wierzenia, żyły podług nich i dobrze im się działo. Nie obrażaj naszej wiary!
Nic nie mógł sobie poradzić agent ze „świętym“ i powrócił do domu Kadiego. Tymczasem marabut już opowiedział, że Francuz obraził całą gminę, nazywając ich wiarę głupią. Odrazu zmieniło się zachowanie Kadiego. Jako osoba oficjalna, w znacznym stopniu zależna od łaski i niełaski francuskiej administracji, był grzeczny, lecz nie chciał pomagać agentowi.
— Podam do sądu! — zagroził Francuz.
— In cza Allah! — była odpowiedź. — Jak zechce Allah...
— Dżinny na was się zemszczą! — z wściekłością wykrzyknął agent, śmiejąc się w duchu ze swej bezsilnej groźby.
— In cza Allah! — powtórzył Kadi i wyszedł z domu, a odwiedził marabut’a i oznajmił, że cudzoziemiec grozi złemi duchami.
— Biada! — odparł marabut. — Skoro grozi dżinnami, to znaczy, że jest czarownikiem i posiada władzę nad złemi duchami. Tu potrzebne są czary i modły, aby ochronić się od nieszczęścia.
Przez całą noc naradzano się z jakiemiś starcami i babami, jakie czary należy zastosować przeciw dżinnom Francuza.
Nazajutrz na wszystkich ścianach domu Francuz znalazł wypisane węglem magiczne znaki duchów, ludzie zaś omijali go, jak zadżumionego. Arab tymczasem skupował wełnę.
Jest to przykład z życia prywatnego. Lecz gdy zaczyna się jakaś akcja polityczna, skierowana przeciwko Sułtanowi, lub cudzoziemskim władzom, wtedy zabierają się do sfanatyzowania ludności wszyscy marabut’y, czarownicy i prorocy. Wtedy pokryjomu czyta się przepowiednie „Kahina“, opowiada widzenia różnych „świętych“ po jaskiniach i pustyni; nieznane osobniki rozdają mężczyznom talizmany, wzbudzające odwagę i amulety, chroniące przed kulami. Zwykle w takich czasach jeden z marabut’ów oddawać się zaczyna praktyce — „riada“, czyli umartwienia. Kryje się o głodzie i pragnieniu na pustyni, nie śpi, modli się, w kółko powtarzając wszystkie imiona Allaha, biczuje swe ciało, chodzi nago, a gdy wreszcie powraca, pokazuje wiernym skrawki skóry z talizmanem „teksis“; jest to potężny środek magiczny, pozwalający człowiekowi stawać się niewidzialnym. Zaopatrzony w taki talizman, marabut odwiedza pod jakimkolwiekbądź pozorem miejsce, gdzie znajduje się osoba, przeciwko której wzmaga się ruch, a powróciwszy, opowiada, że niewidzialny był w pałacu Sułtana lub w obozie niewiernych i słyszał o ich zbrodniczych zamiarach. Taka wiadomość bez wątpienia wzbudza jeszcze większe podniecenie, co właśnie było celem marabut’a-agitatora.
W wypadkach zjawienia się „mahdi“, albo w dobie wybuchu świętej wojny, marabut’y bardzo umiejętnie umieją wyzyskać religijność kobiet i ich fanatyzm. W tym celu po „riada“ marabut’y oznajmiają, że otrzymali drogą tajemniczego objawienia umiejętność nakreślenia „dairat el ihata.“ Jest to magiczne koło, kreślone na ziemi w pewne dnie tygodnia i w ściśle oznaczonych godzinach z długą procedurą zaklęć, wykrzykiwanych niezrozumiałych słów: „Karum, Firum, Hamana“[8] z pisaniem tajemniczych znaków na burnusach, koszulach itp.
Gdy to koło zostaje wreszcie nakreślone na ziemi, marabut oznajmia, że tylko kobieta może stanąć w środku koła. Z woli Allaha taka kobieta uśnie i będzie miała widzenie, które stanie się wskazówką dla dalszych czynów szczepu lub gminy. Marabut zwykle wybiera kobiety już niemłode, sterane życiem, lub młode, lecz nienormalne. Kobieta oczywiście zasypia i we śnie zjawia się jej legendarny, tajemniczy podróżnik Ali ben Abi Taleb; z nim uśpiona kobieta rozmawia na głos i z jej słów marabut snuje dalsze horoskopy.
Jest to, zdaje się, jedyny przykład stosowania przez marabut’ów hypnozy i wyzyskiwania histerji. Lehmann[9] uważa za podkład magji nerwowość, histerję i hypnotyzm, lecz to zdanie można całkowicie zastosować tylko do magji azjatyckiej, a właściwie do magji Azji buddyjsko-lamaicko-pogańskiej. Magja zaś ludów muzułmańskich opiera się wyłącznie na „tradycji“ antyislamistycznej i na ślepej wierze w marabut’ów oraz czarowników.
Takie praktyki magiczne pobudzają fanatyzm nietylko mężczyzn, lecz i kobiet. Nawykłe do uległości i przebywania w domu, w zamknięciu, ukryte zasłonami i murami przed oczyma obcych mężczyzn, kobiety w okresach wojen nieraz idą do boju, a bardzo często towarzyszą swym mężom, zachęcając ich do walki i niosąc broń zapasową.
Tych przykładów wystarczy, żeby pokazać różnicę pomiędzy dwoma światami — europejskim, z jego kolejami, traktorami i racjonalizmem, a muzułmańskim, — z magicznemi dziełami Ibn el Hażdż, Rahma, z czarodziejskiem kołem „dairat el ihata“, talizmanami i amuletami.
Zwykłe sposoby asymilacyjnej kolonizacji nie zdadzą się tu na nic. Jest tu niezbędna inna droga — poszanowanie Islamu i wszelkich tradycyj, oraz żywy przykład pełnych energji i lojalności ludzi.
Trudności współżycia i współpracy są nader ciężkie i nieobliczalne, wyniki niespodziewane — i w jedną i w drugą stronę; ogólnego systemu postępowania opracować nikt nie potrafi, ponieważ istnieje ich tyle, ile jest szczepów, sekt, marabut’ów, magów i wpływów zewnętrznych.
Jestem przekonany, że najtrudniejszem zadaniem jest działalność białej rasy w środowisku muzułmańskiem, jednolitem w swej religijnej ideologji, a tak fantastycznie różnorodnem pod względem lokalnych tradycyj i etnicznej psychologji.
Myślę, że te trudności długo jeszcze będą się piętrzyły przed Europą, spełniającą tymczasem bardzo nieumiejętnie swoje posłannictwo śród ludzkości, tak długo, dopóki w ideologji Islamu nie zajdą jakieś głębsze zwroty i zmiany. Ten okres przyspieszyć mogą tylko żywe przykłady energji, wytrzymałości i pomysłowości uczciwych i rozumnych białych kolonistów. Ich bronią powinny być nie armaty i karabiny, lecz wiedza, poczucie prawa i niezłomna wola. Tymczasem niestety, muzułmanie podnoszą od czasu do czasu złowrogi zielony sztandar Proroka, znak wojny, a koloniści zmuszeni są chwytać za broń. Wtedy ginie dobytek wielkiej pracy, umierają setki tubylców, a śmierć triumfuje i czyha na nowe i obfite ofiary.
Właśnie to jest dowodem, że tylko pewna ewolucja Islamu i zarazem ewolucja kolonjalnej polityki białej rasy mogą nadać inny bieg losom materjalnej cywilizacji zachodniej na kuli ziemskiej. Mówię — materjalnej cywilizacji, ponieważ naszej moralnej cywilizacji islam, buddyzm, szintoizm, konfucjonizm i nawet pogaństwo nie potrzebują. Byłaby nawet szkodliwą dla nich, jako hypokryzja, jako czcze słowo, nigdy nie zmieniające się w ciało, gdyż, jak twierdzili muzułmanie indyjscy w Londynie, „Europa zapomniała o Chrystusowem Kazaniu na górze“...


Przypisy

  1. Czarownica, wieszczka.
  2. Annuaire Economique et Financier za r. 1921—22 podaje następującą statystykę (w kwintałach): pszenica — 6,3 milj., żyto — 8,1 milj., owies — 0,08 milj., kukurydza — 0,9 milj., sorgo — 0,6 milj., boby — 0,5 milj., len — 0,1 milj.
  3. Statystyka w Ann. Econom. et Fin. (w hektarach): wino — 6,8 milj., oliwek — 2,2 milj., migdałowych drzew 0,4 milj., pomarańczowych i cytrynowych drzew — 0,2 milj., palmowych drzew — 0,3 milj., figowych i innych — 2,3 milj.
  4. Statystyka oficjalna (l. c. str. 206—207): wielbłądów — 92 253 gł., osłów — 420 232 gł., krów i byków — 1 517 117 gł., koni i mułów 202 006 gł., kóz — 2 040 304 gł., owiec i baranów — 6 733 022 gł., świń — 115 036 gł.
  5. Szczególnie na płaskowyżu Ulad Abdun.
  6. Kabylja stanowi północną część algieryjskiej kolonji francuskiej.
  7. Tradycja muzułmańska.
  8. Patrz moją książkę „The Shadow of the Gloomy East“, London 1925, gdzie przytaczam istniejące w Rosji podobne zaklęcia z używaniem niezrozumiałych, magicznych słów. To samo spotkać można w praktyce cyganów i szamanów azjatyckich. We wszystkich tych zaklęciach tajemnicze słowa mają zbliżone do siebie brzmienie.
  9. Lehmann. Aberglaube und Zauberei. E. Doutte, l. c.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.