Płomienna północ/Rozdział XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVI.
O SIEDEM WIEKÓW WSTECZ!

Główne dowództwo obwodu Marrakeszu zaproponowało mi odbyć podróż do wysokiego Atlasu. Później zrozumiałem, że ta część Marokka stanowi dumę polityki francuskiej w państwie Sułtana Mulej Jussefa.
Pewnego pogodnego poranku zajechał przed nasz hotel wojskowy samochód; przybył w nim kapitan sztabu generalnego, Deverre, z którym miałem odbyć podróż w góry.
Droga szła wzdłuż znajomych mi już różowych, jak gdyby przesyconych ciepłem murów miasta, a później wybiegła na kamienistą równinę, nagą pustynię, przeciętą krzyżującemi się drogami karawanowemi, a dochodzącą aż do czołowego północnego łańcucha gór.
Samochód mknął, rozpędzając sznury naładowanych wielbłądów, rozpraszając na wszystkie strony grupy mułów i osłów i zdążające do miasta tłumy wieśniaków i włóczęgów, wędrujących koczowniczym sposobem z miasta do miasta.
W kilkunastu miejscach spostrzegłem korony palm, wyrastające z jakichś okrągłych dołów. Gdy zapytałem o nie, dowiedziałem się ciekawych rzeczy.
Marrakesz nigdyby nie był Marrakeszem — stolicą, miastem handlu i rozrywek, tym „Paryżem Mahrebu“, gdyby nie te doły. Są to szyby, prowadzące do sieci podziemnych kanałów. Od niepamiętnych czasów Sułtanowie obmyślili plan zaopatrzenia swej stolicy w wodę. Pracowici, wprawni tubylcy ze szczepu Draa, na rozkaz władców przekopali kilkanaście linij podziemnych kanałów-tunelów, doprowadziwszy je do takiej głębokości, gdzie napotkano warstwy ziemi, nie przepuszczające wody. Ujęto w te kanały, czyli tak zwane „rethara“, źródła, spływające ze szczytów Atlasu i wsiąkające w wapienne pokłady pustyni. Oprócz głównych kanałów, należących do rządu, istnieje cała sieć prywatnych „rethara“, które ożywiają plantacje i dostarczają wody miastu. Istnieje około 360 takich kanałów; nad ich oczyszczaniem i podtrzymaniem pracują tubylcy Draa, którzy wchodzą do tunelów przez te okrągłe doły, z wyrastającemi z nich drzewami.
Znam podobną podziemną kanalizację w Chinach i w Persji, lecz tak olbrzymich robót tam nie spotykałem. Znam jedno tylko miejsce, gdzie umiejętność i przedsiębiorczość w tym kierunku doszła do jeszcze większej doskonałości, a mianowicie w Figuig. Tubylcy tej oazy poruszają się w ziemi ze zręcznością kretów, wynajdując najmniejsze strugi wody i zmuszając ją do spływu na ich pola i do ich gajów palmowych.
Na równinie, leżącej pomiędzy Atlasem a Marrakeszem, woda w kilku miejscach wybiega z podziemnych arteryj na powierzchnię, a pomysłowi Marokańczycy urządzili tu groble i postawili małe młyny wodne.
Ominęliśmy główną szosowaną drogę, gdyż odbywał się na niej remont; setki robotników tłukły kamienie na szczebionkę, kopały rowy, zwoziły małemi wózkami piasek i popychały ciężkie walce kamienne. Całą tą armją tubylców dowodził samotny technik-Francuz.
Przejechaliśmy około 60 kilometrów i północne rozpadliny górskie ogarnęły nas ze wszystkich stron. Warstwy ziemi, przesiąknięte wodą, spływającą ze śnieżnych szczytów Atlasu, stworzyły możność rozwinięcia się roślinności tuż nad nagą pustynią. Dokoła małych wiosek szemrzą drzewa oliwne i owocowe, a wśród zieloności odcinają się kwadraty pól, ze sprzątniętem sorgo i kukurydzą.
Szosa wspina się krętemi wirażami coraz wyżej. Zdążają tu wszystkie drogi, przecinające równinę, aż wlewają się jak potoki, do głównego koryta. Pozostaje ono jedynem, którem płyną strumyki ludzkie przez góry i docierają do serca Atlasu, i dalej do Tarudantu, Tikirtu i Sudanu.
Na szczycie pierwszego rzędu gór spotykamy kilka wiosek, przylepionych do stoków wąwozu, na dnie którego biegnie płytka, lecz wartka rzeczka górska. Musiałaby niezawodnie wpaść, gdzieś do rzeki Tensift, przepływającej około Marrakeszu, lecz na równinie coraz bardziej traci wodę, zanika zupełnie, pod ziemią trafia w łożyska kanałów i dobiega niemi do miasta. Po okresach ulew, w czasie gdy topnieją śniegi i lodowce w górach, ta rzeka przebiega pustynię, niosąc żółtą ziemię i wlokąc ze sobą kamienie. Ślady biegu tej rzeczki górskiej są wyciśnięte na ziemi w postaci wyschniętego uedu-łożyska, pełnego okrągłych, gładko obtoczonych kamieni.
Cała miejscowość, gdzie wioski skupiły się przy wąwozie, nazywa się Tanaut. Szaro-żółte domki z tarasami na dachach i otwartemi galerjami, czepiają się skał i wiszą nad stromem urwiskiem, podobne do gniazd jaskółczych. Wąskie, malutkie okienka, niskie, wryte w ziemię drzwi, brudne podwórka, meczet z cieniutkim minarecikiem, wałęsające się uliczkami bydło, kupy dzieciaków, kury, wszystko to stanowiło taki znajomy, tyle razy widziany obraz w dowolnem miejscu na Kaukazie. Te same skupione, drobne domki-sakle, wąskie, wspinające się do góry uliczki, brudy, tłumy leniwych tubylców, widziałem tam nieraz.
Przy drodze, pomiędzy skałami ukrył się mały domek francuskiego „cantonier“. Gospodarz pracuje gdzieś daleko przy naprawie drogi, lub mostu, a żona, skrzętna gospodyni, założyła mały ogród warzywny, drobny sad owocowy i restaurację, którą obwieszcza szyld, napisany białą farbą wprost na skale. Smaczną kuchnię, wspaniałe jarzyny, dobre wino, można znaleźć w tym zaczajonym za skałami zakątku, gdzie nas na powrotnej drodze poczęstowano wybornem śniadaniem.
Nasz szofer-legjonista mknie jak szalony. Kapitan Deverre kilka razy pyta go z zaciekawieniem, czy mu tak spieszno skręcić nam i sobie kark? Szofer nic nie odpowiada, zwalnia biegu, ale po chwili znowu pędzi, zakręcając samochodem jak zabawką dziecinną. Zdaje się, że na nic nie zważa ten młodzieniec szalony o śmiałej twarzy i włosach złocistych. Lecz baczny jest, a szybki w ruchach i obliczeniach. Mknie pełnym pędem po wiszącym nad przepaścią gzymsie, z wykutą w nim drogą, robi błyskawiczne zwroty na zakrętach, przelatuje jak ptak przez małe wiadukty, przyczepione do zboczy pionowych ścian, a nie przepuści żadnej dziewczyny berberyjskiej! Te zatrzymują się na jego widok i czarne oczy wlepiają w piękną, męską twarz szofera o złotych włosach, a on niby ich nie widzi, nie poruszy nawet głową, lecz widocznie robi jakieś znaki, bo Berberki twarze rękoma zasłaniają, śmieją się głośno i odwracają się niby w przerażeniu.
— Co szofer tam robi? — pyta kapitan, dawno obserwujący te spotkania.
— Rien, mon capitaine! — odpowiada młodzieniec, zwiększając jeszcze szybkość.
— Jakto nic, gdy tamte dziewczyny pękają ze śmiechu? — dopytuje się p. Deverre.
— Robię różne miny, aby je odstraszyć, bo patrzą się jak w ścianę meczetu Mulej Idrissa — odpowiada legjonista trochę zmieszanym głosem.
— Niech już szofer lepiej patrzy przed siebie! — daje radę kapitan.
— Bien, mon capitaine! — brzmi odpowiedź, i jeszcze szybciej mknie samochód.
Wjeżdżamy wreszcie na przełęcz górską. Pod nami, gdzieś zupełnie pod nogami, kupka wiosek Tanaut, grzbiet zielonych pagórków, a dalej martwa, szaro-czerwona równina, aż hen! — do siniejącej na horyzoncie ściany Dżebilet. Tuż przed temi górami, czerni się plama — to palmowa oaza Marrakeszu, a, wytężywszy lepiej wzrok, rozróżniam sylwetkę minaretu Kutubia... Na południu — inny krajobraz. Wąska dolina, ciągle ku dołowi się rozszerzająca, wychodzi na płaszczyznę pomiędzy dwoma wysokiemi grzbietami gór. Tam na dole połyskuje wąska, srebrna wstęga rzeki, widnieją porozrzucane w nieładzie domki, kwadraty pól, gdzie pracują rolnicy, idąc za pługiem, pasą się stada owiec. Na prawo, na pochyłości góry — duża wieś; widzę meczet z minaretem, i Kubbę z zielonym dachem.
— To — miasteczko Mulej Brahim! Do kubby tego „uali“ przychodzą każdego roku tłumy pobożnych — objaśnia mi kapitan Deverre. — Dla górali Atlasu jest to miejsce pielgrzymek. Każdy Hadż z tych okolic powinien przed wyprawą do Mekki odwiedzić kilkakrotnie grobowiec Mulej Brahima — patrona tych gór i podróżujących.
— Musimy więc zanieść do niego modły nasze, — zauważyłem — i prosić, aby jak najmniej posyłał na naszą drogę dziewczyn berberyjskich, bo widzę, że przed nami leżą jakieś wściekłe zakręty, a szosa jest wąska...
Szofer uśmiecha się nieznacznie i odpowiada stereotypowym frazesem:
— C’est rien, Monsieur...
Zjeżdżamy karkołomną drogą, coraz niżej i niżej, kręcimy się, jak węgorze, wśród gór, zwałów skał, zawisamy nieraz tuż nad urwiskiem, a wciąż staczamy się nadół. Spotykamy tłum pielgrzymów, zdążający do Kubby Mulej Brahima. Idą gęsiego przez górę, do połowy skryci w wysokiej trawie i krzakach. Zatrzymują się około samotnego drzewa i składają ofiary duchom, mającym tu siedzibę, — szmatki, wstążki, pęki barwnej wełny. Wspomnienia przenoszą mię znowu do Azji, gdzie na setkach takich drzew sam, osobiście porozwieszałem „obiaty“ — gałganki ze zniszczonej podszewki mojej kurty, pasma wydarte z grzywy mego „Bielaka“ — starego towarzysza, na którym od Amylu dojechałem do Narabanczi-Kure. Wieszałem swoje ofiary nie dlatego, żebym wierzył w demony świętych drzew — „chamtytów“, lecz dlatego, żeby nie budzić szatanów, śpiących w sercach i umysłach moich Mongołów-przewodników.
Już prawie dojechaliśmy do dna wąwozu, już widzieliśmy przed sobą całą dolinę z gajami oliwnemi, polami i stadami, gdy nagle na prawo od szosy ujrzeliśmy czerwone osypy ziemi, a tuż przed niemi kilka kwadratowych basenów, napełnionych wodą. Była to kopalnia soli. Kilku tubylców czerpało wodę kubłami, zszytemi z kozich skór, i wylewało do najwyżej położonego basenu. Tu woda parowała na słońcu i, gdy już z niej zaczynała osiadać sól, wypuszczano ją stopniowo do następnych; zawartość soli w parującej wodzie ciągle się zwiększała, aż w ostatnim basenie zbierała się na dnie w wielkiej ilości. Robotnicy wydobywali ją łopatami i układali w stosy, gdzie wysychała.
Przy jednej ze studni pracowała dziewczyna. Wysoka, cienka jak trzcina, a silna i zwinna, miała obnażone aż poza kolana nogi, nagie ramiona i plecy. Jakieś ciepło biło od jej oliwkowej skóry, a gdy podniosła na nas oczy, wprost paliła ich blaskiem.
— O! — zawołał kapitan. — To prawdziwa piękność ze szczytu Suss!
— Charmante! — rzucił przez zęby szofer.
Nie wiem, czy można było ją nazwać „charmante“, bo była brudna i miała ręce czerwone, zniszczone od soli... lecz niema mowy, że była piękna, kształtna i zgrabna nad wyraz. Każdym ruchem zdradzała siłę, zwinność, a zarazem posiadała jakąś leniwą, namiętną ociężałość. Zdawało się, że mówiła każdem poruszeniem rąk i kształtnych bioder:
— Pracuję, bo muszę, lecz natura do innego celu mnie przeznaczyła. To — stan chwilowy. Moja godzina wybije, godzina szczęścia dla mnie i rozkoszy dla tego, kto uczyni ze mnie niewolnicę, lub żonę!...
Zwróciwszy się do kapitana, powiedziałem:
— Jedźmy już dalej, bo nasz szofer zaczyna drżeć...
— To nie ja, monsieur, drżę, lecz auto! — odparł z cichym śmiechem, nie spuszczając wzroku z pięknej twarzy dziewczyny.
Ta uśmiechnęła się, widząc nasze rozweselone twarze.
Błysnęły jej oczy i lśniące białością zęby. Trwało to przez jedną chwilę, a później schyliła się znowu nad studnią, bo „nie wybiła jeszcze jej godzina.“ Musiała pracować. Ruszyliśmy dalej.
Przeciąwszy dolinę, zaczęliśmy znowu podnosić się na szczyty gór; minęliśmy malutki, malowniczy domek technika drogowego, a o parę kilometrów od niego, dwie kasby, jedną — dużą, drugą — mniejszą. Były to prawdziwe twierdze o grubych murach, basztach strażniczych, wąskich okienkach — strzelnicach i potężnych bramach. Stały na samotnych cyplach pagórków, gdzie trudno byłoby je atakować, a skąd, obrońcy kasb z łatwością mogli odpierać napady. Ludność kasby przedstawia zamkniętą w sobie komunę, gdzie wszyscy mieszkańcy są rządzeni przez obieranego „kadi“, a często przez marabut’a. Była to miejscowość Asni, skąd droga prowadziła dalej w głąb Atlasu. Bogaty to kraj, ale jeszcze bardzo mało zbadany. Kasby otoczone są gajami oliwnemi, drzewami owocowemi i migdałowemi. Wszędzie na znaczniejszych równinach widziałem rolę uprawną, winnice, doskonałe pastwiska, mknące z gór potoki i strumyki, góry, pokryte lasami drzew dębowych i tui; wyżej, nad granicą roślinności, piętrzyły się nagie, barwne skały, z plamami śniegu na szczytach.
Spotykałem tu ogromne jaszczurki — warany. Są to największe w tych szerokościach okazy. Herodot nazywa ten gatunek „krokodylem ziemnym“. Widziane przeze mnie warany miały około metra długości, długie szyje, silne nogi, pozwalające tym zwierzętom rozwijać wielką chyżość; przerażone rykiem samochodu uciekały, wymachując silnemi ogonami, któremi się posługują niby biczem w razie napadu lub obrony.
Przejechawszy około 10 kilometrów za Asni, trafiamy na nieszosowaną jeszcze drogę. Spotykamy tu kilku górali, zdążających do Marrakeszu z towarem — dwa koszyki, napełnione węglem drzewnym i umieszczone na grzbietach drobnych osiołków.
— Wie pan, — mówi do mnie kapitan, — że za ten węgiel góral dostanie w Marrakeszu jakie 5 franków? A tymczasem on jedzie, właściwie idzie tam i z powrotem sto sześćdziesiąt kilometrów nieraz, tracąc na tę podróż 5—6 dni za 5 franków! Lubią tubylcy takie przechadzki, bo ta dziedziczna krew koczowników żąda zmiany miejsca i ruchu...
W łożysku potoku, przecinającego drogę, zauważyłem kilka odłamków kryształów górskich. Zaciekawiło mnie to, więc wyszedłem z samochodu i zacząłem iść ku źródłom potoku, wypływającego ze skał, malowniczo na żółto i czerwono zabarwionych, a poszczerbionych i popękanych.
W łożysku znalazłem sporo bardzo pięknych onyksów, agatów, kryształów kwarcu, ametystów i kawałków zielonej rudy miedzi.
Gdyby na takie miejsce natrafił syberyjski lub kanadyjski poszukiwacz złota, niezawodnie nie przepuściłby łożysku niewielkiej rzeczki, do której wpadają te liczne potoki, niosące przeróżne kwarce z popękanych barwnych skał, złożonych, o ile mogłem sądzić z kilku znalezionych odłamków, — z konglomeratów.
Podczas mojego szperania w korycie potoku, spłoszyłem stadko kuropatw i jeszcze coś większego, bo bardzo głośno szamotało się w krzakach, a później zmykało z tupotem. Myślę, że to był dzik.
Ujechawszy trochę dalej, zatrzymaliśmy się, aby obejrzeć piękną panoramę, rozciągającą się przed nami. Góry się tu rozstąpiły i utworzyły wielką kotlinę; na przeciwległym od nas końcu, niewidzialny za lasem tui, znajdował się Tagadirt el Burn. Szczyty gór tonęły w mgle słonecznej i w lekkich oparach. Przed nami piętrzyły się najwyższe szczyty, ze śniegiem w szczelinach i po zacienionej stronie; te szczyty tworzyły groźny swym dzikim, ponurym chaosem — „cyrk“, gdzie, podobno, można spotkać panterę, polującą na muflony.
— Jesteśmy już w prawdziwym Wysokim Atlasie! — rzekł kapitan, zapalając papierosa.
Przypomniałem sobie, co mi opowiadał w Marrakeszu komendant Orthlieb, kierownik polityki francuskiej w tym obwodzie. Obszar górski jest od niepamiętnych czasów podzielony pomiędzy trzy potężne, feudalne rody książęce — Glaui, Gundafi i Mtugui, które nieraz walczyły z Sułtanami, a są spokrewnione z Almorawidami i dynastją Saadien. Są to tak zwani „władcy gór“, czyli „wielcy kaidowie“. Do ich rządów niechętnie mieszali się nawet Sułtanowie, starając się utrzymywać z tymi potentami dobre stosunki. Królowie Fezu i Rabatu powinni byli zawsze pamiętać, że na pierwsze skinienie ręki „władców gór“ podniosą się z bronią w ręku wojowniczy górale od brzegów Atlantyku, do wschodnich odnóg Atlasu, a więc szczepy Haha, Suss, Draa i Szleu, a za niemi szczepy, koczujące za Anti-Atlasem, te plemiona mieszane arabsko-berberyjskie z dodatkiem krwi tubylców Sahary.
Francuzi, wchodząc do Marokka, spotkali się z wrogim oporem i intrygami „wielkich kaidów“, lecz z biegiem czasu doszli z nimi do porozumienia, pozostawiając ich prastary, bo od XIII-go wieku ustalony ustrój feudalny, ich prawa i ich wpływy. Jest to, co prawda, państwo, czyli właściwie trzy państwa w jednem państwie Sułtana marokańskiego. Jednak zamiast wojny domowej, stała się ta kombinacja polityczna rękojmią spokoju i bezpieczeństwa na południo-zachodzie Marokka. Francuzi zagwarantowali uznanie praw feudałów przez Sułtana, Sułtanowi zaś ułatwili otrzymanie od szczepów górskich — daniny i wojowników.
„Wielcy Kaidowie“ jednak wiedzą, że pierwszy objaw nieposłuszeństwa lub powstanie wystarczy, aby Sułtan ogłosił ich wrogami, a wtedy francuskie wojska z Marrakeszu, Agadir i całego wybrzeża Atlantyku ruszą przeciwko nim, i prędzej lub później wyprą ich nazawsze z ich zamków-kasb i pozbawią praw i panowania. To też „wielcy Kaidowie“ wzajemnie się prześcigają w administrowaniu śród swoich gór i wojowniczych górali, a nawet w zastosowywaniu niektórych zdobyczy europejskiej nauki. Nigdzie może w Marokku nie jest tak bezpiecznie, jak w Wysokim Atlasie. Niema tu żadnego posterunku wojennego francuskiego, a tymczasem niemal, że dziecko i samotna kobieta mogą tu podróżować spokojnie. Nad tem czuwają „władcy gór“, a ich surowy, okrutny sąd i krwawe wyroki nad gwałcicielami spokoju trzymają ludność w karbach. Sułtan i władze protekcyjne francuskie mają tu w ten sposób zupełny porządek i spokój, nie tracąc ani grosza na administrację.
Któryś z francuskich polityków zauważył bardzo dowcipnie, gdy była raz mowa o pozornej nienormalności stanu rzeczy w Atlasie:
— Gdyby nie było Wielkich Kaidów, należałoby ich wynaleźć!
Najbardziej wojowniczy i liczebnie potężny szczep, stanowią górale Suss, posiadający swoją stolicę — Tarudant.
Szczep ten nie należy do żadnej z trzech głównych gałęzi rasy berberyjskiej, a więc ani do Mesmuda, ani Zenata, ani Senhadża, mówią gwarą Szleu, odznaczają się jasną oliwkową cerą, skąpem owłosieniem twarzy, wiotką, nerwową figurą. Są wielkimi mistrzami zapasów na noże, a ich krzywe „kumia“ stanowią straszliwą broń.
Przed Almorawidami i w okresach wojen domowych Suss utrzymywali się z rozbojów i wypraw bandyckich wzdłuż dróg karawanowych, prowadzących ze Środkowej Afryki do Marokka.
W swoich podaniach przechowali wspomnienia o tych czasach, gdy ich przodkowie posiadali cały kraj, aż do brzegów Morza Śródziemnego. Pod parciem jakichś przybyszów, prawdopodobnie, Wandalów, a może Normanów, Suss byli zmuszeni cofnąć się na południe. Podług legendy nie mogli oni zabrać ze sobą wszystkich skarbów, więc zakopali je w oznaczonych miejscach, pomiędzy brzegiem morskim a rzeką Regreg, szczególniej zaś w lasach Mamora. Niektórzy marabut’y posiadają, podobno, starożytne skrawki skóry i mosiężne tabliczki z planami miejsc ukrytych skarbów. Suss słyną jako najwprawniejsi poszukiwacze zakopanych skarbów, prawdopodobnie z tej samej przyczyny, z jakiej gracz, który stracił cały majątek w Monte-Carlo, często jest uważany za najbardziej doświadczonego doradcę przy grze w ruletkę. Może zresztą istnieje jeszcze inna przyczyna. Suss posiadają wśród siebie mnóstwo czarowników, umiejących przyrządzać amulety i talizmany dla poszukiwaczy skarbów. Te czarowne przedmioty roboty Suss’ów są bardzo poszukiwane nawet w Algierji, Tunisji i w Egipcie.
Pewien stary kupiec, Hiszpan, opowiadał mi, że bywały okresy, gdy prawie wszyscy mężczyźni szczepu Suss porzucali swoje domy i szli na północ — na poszukiwanie skarbów, zakopanych przez ich przodków. W każdym razie niejeden ze starożytnych przedmiotów był wynaleziony przez Suss’ów w ruinach starych grodów kolonistów rzymskich. Tubylcy Suss mają do tego szperania i grzebania się w ziemi i śród kamieni szczególne upodobanie i pociąg.
Gdy rody „Wielkich Kaidów“ mieczem i ogniem zatwierdziły na Atlasie swoją władzę, skończyły się „złote dni“ Suss’ów. Już nie mogli oni bezkarnie napadać na karawany kupców, wiozących towary i niewolników z Sudanu i Senegalu do Fezu, Tangeru i Meknesu. Nad bezpieczeństwem kupców czuwali kaidowie, którzy, jak niegdyś baronowie bałtyccy, pobierali wysoką opłatę od kupców, a nawet Sułtanów, a jeżeli dopuszczali grabieży, to tylko swoim ludziom i wyłącznie dla siebie samych.
Nawykli do wolnego zawodu wojowniczych bandytów, włóczący się ciągle poza domem, Suss’owie zmuszeni byli osiąść i zająć się rolą. Nie leżało to jednak w ich krwi. Skarby przodków, mimo planów marabut’ów, jakoś nie dawały im się w ręce, towary kupców szły na wielkich drogach karawanowych pod ochroną straszliwych i potężnych „władców gór“ — była to prawdziwa tragedja. Nędza i głód zajrzały do osad Suss’ów, bo roli mieli mało, karczować lasów nie chcieli, ciężka praca w górach nie pociągała rozbójników. Wtedy rozpoczęła się tragiczna karta w dziejach tego szczepu.
Mężczyźni zaczęli emigrować. Kto nie zna po miastach Marokka „bakkal sussi“, tych handlarzy różnemi bakaljami, korzeniami aromatycznemi, ziółkami, używanemi po części dla kuchni, po części dla magji? Inni znowu, szczególnie ci, co należą do bractwa religijnego, uznającego wielkiego marabut’a Mussa es-Semlali, włóczą się po całem Marokku i Algierji, jako akrobaci i sztukmistrze. Górale Suss często łączą się w wielkie organizacje i emigrują w charakterze robotników do Europy, a nawet do Ameryki, gdzie bardzo łatwo przyjmują zewnętrzną kulturę. Nie porzucają jednak Islamu i ciułają grosz po groszu, aby powrócić do swoich gór, gdzie żyli ich wojowniczy przodkowie, gdzie się przechowują tajemnicze tabliczki z planami ukrytych skarbów, a gdzie pozostał największy ze skarbów — najpiękniejsze kobiety Marokka. Widziałem je, wiotkie, śmiałe i dumne, o pięknie wykrojonych ustach i pałających oczach. Przypomniały mi góralki Kaukazu, płomienno-okie orlice Imeretji i Gruzji.
Nic więc dziwnego, że zdobycie takiej kobiety stało się marzeniem bogaczy z Fezu i Marrakeszu, a dziewczyny z Suss, porwane lub kupione, nieraz dochodzą do wielkich zaszczytów w haremach „władców gór“, baszów, a nawet w seralach sułtańskich.
Opuszczone przez ojców, braci i mężów, przez nikogo nie bronione i nie strzeżone piękne góralki, podlegają wszelkim niebezpieczeństwom i pokusom. Pracując w zastępstwie mężczyzn w polu lub około domu, nie mogą one ukrywać twarzy i drażniących zmysły kształtów, więc ludzie widzą je i wybierają sobie kochanki i żony, podług swoich upodobań i marzeń. Również i wysłanki z „Mulej Abdallah“ i innych dzielnic kobiet, chętnie odbywają podróże do wsi góralskich i tu czyhają na zdobycz, która potem znika bez śladu na dnie morza nędzy ludzkiej.
Pamiętam, że raz jeden rozegrał się przede mną w całej pełni dramat górali Suss. Było to w jakiejś małej oazie — jednej z tych, co rozrzucone są dokoła malowniczej Biskry. Przejeżdżałem w poniedziałek, w dzień bazaru, kiedy z okolicznych wiosek i koczowisk przybywają tubylcy, sprzedają barany i wełnę i kupują ubrania, herbatę i cukier.
Na małej Kissarja z wychodzącemi na placyk handlowemi uliczkami, zgromadziły się tłumy tubylców ze swemi wielbłądami i osłami. Wszystko było w ruchu, gdyż kupcy oglądali barany i wory z wełną. Nagle rozległ się krzyk. Tłum się zakołysał, zaczął się rozstępować, tworząc koło, otaczające oswobodzone miejsce. Pośrodku pozostał tylko jeden człowiek, odróżniający się od ciemnych, prawie czarnych, ogorzałych od słońca i gorącego wiatru koczowników Sahary, jasną, oliwkową skórą.
— To Suassa! przybysz z ziemi Suss! Obłąkany Ader er Rebia!
Suss trzymał w ręku kilka deseczek, które zaczął wtykać w ziemię, jedną przy drugiej. Było ich siedem. Wtedy wygłosił jakieś przemówienie i, odrzuciwszy połę granatowego burnusa, wydobył z za pasa siedem krzywych, jak sierp, noży — „kumia“ i z nadzwyczajną celnością i siłą ciskał je w deseczki. Ostre noże wbijały się w drzewo, lub padały na piasek, rozłupawszy cel na dwoje.
Podczas gdy widzowie tłoczyli się, aby rzucić mu kilka monet do koszyka, Er-Rebia, skradając się, podchodził, do przyglądających się widowisku zawoalowanych kobiet i, zaglądając każdej w oczy, szeptał:
— Czy nie Aksa ci na imię?
Nie czekając na odpowiedź, skradał się do innej i szeptał:
— Czy nie jesteś z ziemi Suss i czy nie Ader Er Rabia miał cię za żonę?
Kobiety się śmiały, śmiał się tłum, a obłąkany góral ściskał sobie skronie chudemi dłońmi i krzyczał rozpaczliwie:
— Znowu nie znalazłem jej! Gdzie, gdzie jesteś, promieniu i rozkoszy moich oczu? Gdzie jesteś, Aksa, dumo i radości nieszczęśliwego Er Rebia?!
Tłum śmiał się coraz głośniej, a jeden z widzów — otyły kupiec Arab, szarpnął górala za burnus i spytał:
— Kogo szukasz, przyjacielu?
— Żony mojej, pięknej Aksa, którą mi porwali przed dziesięciu laty, gdym wyruszył po skarby ukryte w Mamora!...
— Tak dawno? — zaśmiał się kupiec. — Aksa już zdążyła się zestarzeć! Poco ci ona? Lepiej poszukaj młodej dziewczyny, tu śród naszych kobiet!
Tłum wybuchnął śmiechem. Posypały się żarty i dowcipy. Er Rebia milczał i słuchał, a gdy się trochę uciszyło, rzekł poważnym głosem:
— Nie chcę waszych kobiet! Są one niewolnice, płochliwe, pokorne i bezmyślne. Są podobne do kwiatów, więdnących w płomieniach słońca, bo mdleją i słabną, marząc o miłości...
— A wasze z gór to niby lepsze? — rzucił pytanie któryś z widzów.
— Kobiety z Suss — to możne panie, królewskie córy! Gdy na kogo padnie ich wzrok, — tego serce szczęściem się napełnia, gdy kogo pokochają — przed tym Allah na ziemi otwiera bramę raju!...
Er Rebia wypowiedział to smutnym głosem, wpatrzony wdal, gdzie w tumanie piasku majaczyły czarne kontury niskich gór, ostatnich skamieniałych fal Atlasu...
Jęknął, zawinął się w burnus i powlókł się dalej...
Takim jest kraj Suss’ów i takim jest los jego kobiet pięknych i mężczyzn, gnanych instynktem na włóczęgę i męki serca i wspomnień. Jakaś odwieczna, nieskończona tragedja ma tam w górach swoją siedzibę!
Sułtani założyli niegdyś na ziemiach górali swoje plantacje trzciny cukrowej i zmuszali Suss’ów do uprawy roli i zbierania urodzaju. Górale, podobno, często żądali zapłaty za pracę — chrześcijańskiemi niewolnicami. Może one to nadały bladość skórze tych górali? Może one wlały w żyły kobiet dumę i królewski dar miłości i żądzę równości?
Kto docieknie prawdy?
A tymczasem stare księgi opowiadają, że gdy Sułtanowie Saadien wznosili dla siebie panteon w Marrakeszu, wtedy za przywożony z Karrary marmur płacili cukrem, lub niewolnicami — Włoszkami i Hiszpankami, pędzącemi życie śród gór Atlasu...
Jakieś echa brzmią w tych słowach dawnych kronikarzy, budzą się jakieś domysły, wieje jakaś tragiczna, niewypowiedziana poezja...
Z takiemi myślami i wrażeniami powracałem do Marrakeszu po wycieczce w góry, gdzie „wielcy Kaidowie“, ci władcy feudalni, rządzili tragicznymi Sussami, pogardzanymi Draa i najstarszemi szczepami berberyjskiemi, które dały wojowniczych i wspaniałych monarchów całemu Mahrebowi.
Po tej wycieczce spędziliśmy jeszcze dwa dni w Marrakeszu i w wigilję wyjazdu byliśmy zaproszeni do pułkownika Hanotte.
Pułkownik mieszkał w pięknym pałacu arabskim, zbudowanym jednocześnie z Bahia, mniejszym wprawdzie, ale zato bardziej przytulnym.
Pułkownik, który spędził w Polsce parę lat i był profesorem Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie, a więc moim kolegą, wyszedł na nasze spotkanie udekorowany polskiemi orderami i powitał nas w języku polskim. Wzruszyło nas to niewymownie, ale oczekiwały nas jeszcze inne oznaki sympatji p. Hanotte dla naszej Ojczyzny.
Gdy oprowadzał nas po pięknym pałacu, ujrzeliśmy kilka pokoi, ozdobionych naszemi łowickiemi kilimami, wycinankami i różnemi wyrobami przemysłu ludowego oraz pięknemi fotografjami Warszawy i Krakowa.
Przed obiadem poznaliśmy uroczą córkę pułkownika i jej męża, młodego budowniczego, studjującego architekturę maurytańską.
Poczuliśmy się przeniesieni na chwilkę do Polski, gdyż pułkownik i młoda pani trochę mówili po polsku, a ich wspomnienia o naszym kraju były rzewne i pełne głębokiej przyjaźni.
Podczas obiadu kazał pułkownik usługującemu spahisowi puścić w ruch gramofon. Usłyszeliśmy nasze pieśni — „Jeszcze Polska nie zginęła“, „Boże coś Polskę“, a później cały szereg motywów z oper polskich.
Tak subtelnie przyjmował nas miły pułkownik Hanotte na ziemi marokańskiej, w pałacu arabskim, wierny starym tradycjom przyjaźni polskiego i francuskiego narodu, przyjaźni, zrodzonej niegdyś wyłącznie ze zrozumienia naszej tragedji dziejowej.
Gdyby wszystkie inne ludy zechciały zrozumieć całą głębię polskiego męczeństwa i dokonanej nad nami niegdyś niesprawiedliwości i gwałtu, oraz te cechy narodowe, które przetrwały okres niewoli, spotężniały i wybujały, — wierzę święcie, że znikłyby, jak nocna, ciężka zmora, wszystkie wrogie względem młodej Rzeczypospolitej Polskiej nastroje i zamiary.
Nasza historja dowodzi, że umiemy stawiać czoło na polu zbrojnej walki, lecz umiemy także być wiernymi sprzymierzeńcami. Lata ucisku wyrobiły w narodzie polskim zrozumienie ludzi i zjawisk i wlały w naszą krew i mózg niezłomną wolę do istnienia na naszej ziemi, podług naszych myśli i ideałów.
Nie jestem zrażony tem, co się dzieje w Europie, gdyż czuję i widzę czas, kiedy wszystkie państwa przejrzą, lub będą zmuszone przejrzeć i zrozumieć stare, dziedziczne błędy polityki, podążą do wzajemnego porozumienia, uzgodnienia najżywotniejszych potrzeb każdego narodu i wejdą na drogę pokoju.
Wtedy my — Polacy będziemy znowu w pierwszych szeregach, bo pokój widzimy w wolności, bo na naszych dawnych sztandarach jeszcze się nie zatarły słowa „za naszą i waszą wolność“!
Podzieliłem się z pułkownikiem Hanotte temi myślami i przekonałem się, że zrozumiał mnie. A że o tem mówiłem nieraz z Anglikami, Niemcami i Amerykanami, a nikt mi w zasadzie nie przeczył, więc wzmocniło to we mnie wiarę w prędką zmianę egoistycznej, zbrodniczej i zgubnej dla Europy polityki nienawiści.
Spędziliśmy bardzo mile wieczór w gościnnym i serdecznym domu pułkownika. Odprowadził nas i na pożegnanie rzekł po polsku:
— Bywajcie zdrowi i szczęśliwi! Niech żyje Polska!
— Niech żyje Francja! Niech żyje twórcza biała rasa, niech żyje ukojona myśl Europy, niech doprowadzi ona całą ludzkość do pokoju i szczęścia!
Cicho płynął jasny księżyc, migały gwiazdy, pełne zrozumienia i pogody, połyskiwały złote kule na szczycie wysmukłej Kutubia, a z ciemnego zaułka niosła się błagalna pieśń-modlitwa, wysławiająca Allaha:
— La Illah Illa Allah, Allah Akbar, Allah El-Mudhill, Allah El Muiz.
— Nie masz Boga, tylko Bóg Allah, Allah, przedwieczny, Allah, który poniża, Allah, który wywyższa!...
I znowu:
— Allah, Alla—a—a—ah!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.