Płomienna północ/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
NA AFRYKAŃSKIEJ ZIEMI.

Porzuciliśmy „Baleara“ bez szczególnego smutku i wkrótce byliśmy już w hotelu, obmyślając plan zwiedzenia Oranu.
Doprawdy, Oran poza tą bijącą w oczy różnicą psychologji hiszpańskich i francuskich kolonizatorów, nie posiada ciekawych rzeczy do oglądania. Najpierw wcale tu niema Arabów, bo nie mogę uważać za Arabów tych czarnych gentlemanów, co noszą fantastycznie szerokie spodnie, a na nogach francuskie lakierki od Raoul’a, marynarki i żakiety, albo jeżeli i mają na sobie burnusy i olbrzymie w szerokość i w wysokość kapelusze z różnobarwnej słomy, to się spijają po szynkach i „buvettes“ wódką anyżową. Nędzna dzielnica arabska, tak zwana „village nègre“, o małych, niskich, straszliwie brudnych i cuchnących domach i malutkim rynku, gdzie się sprzedaje wszystko, co nikomu na święcie nie jest potrzebne, a także warzywo i owoce — niczem nie przypomina prawdziwie maurytańskich miast, a nawet miasteczek. Wydaje się, że Francuzi umyślnie pozostawili ten zakątek pseudo-arabski, aby dowieść możliwości symbjozy Islamu z potomkami encyklopedystów. Arabowie, których się widzi w Oranie na ulicach, są albo miejscowymi bogaczami, albo okolicznymi posiadaczami większych lub mniejszych obszarów rolnych. I ci, i tamci są już całkowicie pod wpływem francuskiej cywilizacji, a dla doskonałego czerwonego wina Royal Kebir zapominają nawet przepisów Koranu.
W dzielnicy zaś arabskiej gnieździ się jakieś wypadkowe, pstre zbiorowisko ludzi z przeróżnych szczepów, właściwie — albo bezdomni biedacy, parjasi, albo szumowiny, ptaki, żyjące z dnia na dzień, czasem drapieżne ptaki, lecz ten gatunek jest tu nader rzadki, gdyż policja pomyślnie i energicznie na nie poluje.
Gdy szukaliśmy z żoną moją miejsca, gdzie można usłyszeć muzykę i śpiewy tubylcze i zobaczyć tańce, trafiliśmy do jakiejś szalenie brudnej spelunki, gdzieby się przydała brygada sanitarjuszów z formaliną, karbolem i chlorkiem. Powitało nas tu dwuch tęgich, nader poufałych drabów, którzy wprowadzili nas do malutkiej izby o jedynem wąskiem okienku i usadowili na wysokim kuferku, podłożywszy pod nas uporczywie i długo używaną poduszkę. Następnie weszły kobiety w różnobarwnych strojach, z świecidełkami i klejnotami na szyjach, piersiach, we włosach i uszach. Przyglądam się tym klejnotom i widzę, że pochodzą z Paryża, z okolic gare de l’Est, gdzie się mieści moc drobnych fabryczek dla wyrobu tego rodzaju towaru. Kobiety miały odsłonięte twarze o mocno podczernionych oczach i brwiach, połączonych w jeden szeroki łuk zapomocą czarnej farby. Umalowane policzki i usta, jakieś kółka, wężyki, strzałki, kwadraciki, wytatuowane na czołach, brodach, policzkach i rękach, dopełniały tego obrazu w takim stopniu barwnego, że zapragnąłem go sfotografować. Jednak wszystkie kobiety — pierzchły natychmiast, pozostawiając tylko jedną — młodą, wiotką, o ostrem, drapieżnem spojrzeniu.
Jeden z drabów objaśnił mnie, że fotografowanie przynosi nieszczęście lub chorobę, a więc tylko młoda tancerka i on z towarzyszem mogą się fotografować.
— Czyż nie jesteście wyznawcami Proroka? — spytałem go.
Wzruszył ramionami i odparł.
— Owszem, tylko nie Mahometa, lecz Ben Slimana. Jesteśmy ze szczepu Mlaina...
Wtedy nie rozumiałem jeszcze, co to znaczy. A była to rzecz ciekawa. Na południu prowincji Orańskiej i w innych miejscowościach francuskich posiadłości w Afryce Północnej istnieje szereg plemion, pogardzanych przez prawowiernych muzułman, lecz otoczonych jednocześnie mistycznym lękiem. Pochodzenie tych szczepów nie jest jeszcze ściśle ustalone, niewiadomo, czy są one pochodzenia azjatyckiego, czy afrykańskiego. Formalnie są wyznawcami Islamu, lecz ich prorokiem jest niejaki Amer ben Sliman, który podobno był Żydem-renegatem; zmienił on tekst Koranu, wprowadził rozpustę do obrządków i obyczajów Islamu i przekazał uznającym go plemionom sztukę czarnoksięską, którą uprawiają zarówno kobiety-tancerki, śpiewaczki i wróżki, jak i mężczyźni — drobni rzemieślnicy, fabrykanci talizmanów i znachorzy.[1] Rozchodzą się nawet głosy, że Mlaina są wprost szczepem cygańskim.
Do takiego zagadkowego towarzystwa trafiliśmy z Zochną w „village nègre“; wtedy nie wiedzieliśmy nic o tajemniczych Mlaina, a więc o nic ich nie wypytywaliśmy, tylko sfotografowałem tę zacną kompanję, a później zaproponowałem, aby nam zagrali coś, zaśpiewali i zatańczyli za umówione naprzód 20 franków.
Jeden z drabów wyciągnął z za pasa flet i zaczął grać jakiś dziki, przeciągły i łkający motyw, drugi klaskał w dłonie, kobieta zaś odśpiewała kilka zwrotek ponurej pieśni, wykonując po każdym frazesie taniec brzucha, połączony z „klasycznym“, zabronionym w Ameryce „shimmy“, pochodzącym od cygańskiej „koranty“.
Nudne to było, brzydkie i całkiem niezajmujące, więc jak najprędzej opuściliśmy cuchnący przybytek orańskiej Terpsychory.
Po tym wypadku nie szukaliśmy już tu nic z życia Arabów, jeżeli nie liczyć zwiedzenia wielkiego meczetu Dżama El Basza, zbudowanego w XVIII w. na pamiątkę wyparcia z Oranu Hiszpanów i za pieniądze, osiągnięte z wykupu niewolników chrześcijańskich. O tem opowiadał nam dobrą francuszczyzną lecz z zafrasowaną miną stary muezzin[2] w zacienionym podwórku meczetu z cicho szemrzącą fontanną w marmurowym basenie, pełnym złotych rybek; tuż przy fontannie leżał żebrak w łachmanach, z twarzą obrzękłą, pokrytą wrzodami i chmarą much, pożerających go, na co leżący nie zwracał żadnej uwagi; spał jak zabity i głośno chrapał w cieniu palm, przy łagodnym szmerze płynącej z gór źródlanej wody.
Zabawiliśmy w Oranie parę dni, więc zwiedziliśmy miasto, zwykłe francuskie miasto, koniecznie z Boulevard National, place d’Armes, place Kleber, place de la Republique, dla których ujrzenia naturalnie nie warto jeździć do Oranu, cierpieć na morską chorobę, prażyć się i topnieć na słońcu; jednak malowniczy widok przedstawia rozplanowana tarasami promenade de Letang z dekoracyjnym Chateau-Neuf, ze staremi murami, za któremi obecnie mieszczą się budynki wojenne, a przed Francuzami — pałace groźnych gubernatorów hiszpańskich lub korsarzy, jakimi byli orańscy bejowie. W parku Letang widzieliśmy bardzo piękne okazy figowców i magnolji o konarach, podobnych do skręconych i walczących potwornych płazów; sosny, platany, palmy i klomby z jaskrawemi i rzadkiemi kwiatami. Z tarasów tego parku widać morze na 30 kilometrów za przylądkiem Falkon. Piękniejszy i bardziej rozległy widok na morze odkrywa się z innego miejsca — z okna w północnym murze Santa Cruz. Podchodzi się do tego okna z ciemnej galerji, i nagle — zwiedzającego oślepia niebieskie światło, wlewające się bezdźwięcznym potokiem przez szeroki otwór w murze. Niebo i morze — dwa niebieskie światy, niewzruszenie spokojne i potężne, hojnie wlewają tu, do wnętrza ponurego zamczyska potoki łagodnego, kojącego i radującego duszę szafirowego nektaru, pełnego ozonu, aromatu żywicy sosnowej i odświeżających wyziewów morza.

ORAN. STUDNIA MECZETU

Od gór Murdhadho zrobiliśmy wycieczkę samochodem wzdłuż drogi, wykutej tuż w skałach, wiszących nad morzem, miejscami niebieskiem jak szafir, miejscami zielonem, niby szmaragd najczystszy. Wzdłuż tej drogi zwiedzamy cały szereg drobnych mieścin, gdzie wyjeżdżają na letnie wywczasy Orańczycy, oraz osad rybackich, gdzie łapią olbrzymie tłuste flądry i potworne langusty. W takich minjaturowych miasteczkach jak Bains de la Reine, Roseville, Mers-el-Kebir jest zawsze hotel, restauracja i kąpiele morskie. Ale na tej drodze, prowadzącej aż do przylądku Falkon i w innych okolicznych zakątkach niedaleko od Oranu można znaleźć coś bardziej ciekawego i pouczającego. Kryją się tu w skałach głębokie jaskinie ze zwisającemi stalaktytami, które, łącząc się ze stalagmitami, tworzą kolumnadę jakichś tajemniczych świątyń nieznanych lub zapomnianych bogów. Myślę, że raczej — zapomnianych, gdyż na tem miejscu istniał człowiek już wtedy, gdy wszystkie bóstwa jeszcze żyły i swemi stopami dotykały naszej grzesznej ziemi. Tu można znaleźć liczne groty i podziemia, stanowiące całe miasta jaskiniowe, ślady rysunków, ręką przedhistorycznego człowieka wyryte w skałach, resztki jego zdobyczy myśliwskiej, broni kamiennej, ślady ognisk domowych.
Tu pod Murdhadho przemknęły pokolenia różnych ras i szczepów, czepiały się stoków i skał tego grzbietu różne ludy, cywilizacje i kulty i walczyły o to miejsce, gdzie tyle słońca, blasków, ciepła, morskich wonnych powiewów i niepojętych radości, co nie opuszcza przybysza od pierwszej do ostatniej chwili pobytu jego na brzegu zacisznej, obszernej zatoki Orańskiej.
Jaka rasa, jakie szczepy w zaraniu ludzkości zrodziły się tu lub przywędrowały z innych, być może, dalekich obszarów? Z jakiego ludu pochodzili ci nieznani, w proch zamienieni myśliwi, co po jaskiniach w Algierji nagromadzili stosy kości słoni, olbrzymich bawołów, lwów, nosorożców i hipopotamów, kupy muszli jadalnych mięczaków, a wśród nich kamienne topory, ostrza strzał i oszczepów? Do jakiej rasy należeli ci artyści, co pozostawili po sobie rysunki, wydrapane ostremi krzemieniami na ścianach grot i na pionowych skałach na brzegach przed wiekami wyschłych „uedów“-rzek? Kto przebiegał te przestrzenie niezmierzone, gdy na miejscu teraźniejszej Sahary biło swemi falami w skały Ergów i Antiatlasu morze? Jakie ludzkie zbiorowiska istniały tu wtedy, gdy kontynent Afryki miał inną formę, gdy istniały jeszcze tajemnicze Atlantyda i Lemurja, po których przecie są ślady w dziełach najstarszych historyków, a w ich liczbie — u kronikarzy chińskich?
Pytanie to stanęło przede mną wkrótce po rozpoczęciu podróży po Afryce. Wiem, że Arabowie przyszli tu ze wschodu, byli wojownikami, podbili podzieloną na wrogie sobie wzajemnie szczepy ludność północy afrykańskiej i oparli się aż na brzegach Atlantyku, około Rabatu w Marokku; wiem o tem, lecz było to tak niedawno, bo dopiero po śmierci Mahomeda, a więc w wieku VII naszej ery. Wiem także, że wszystkie inne szczepy, stanowiące pierwotną ludność tych obszarów, położonych pomiędzy Egiptem, Atlantykiem, Saharą, Atlasem, a Morzem Śródziemnem, nazywają Berberami lub Kabylami. Nic mi to jednak nie objaśnia. Przecież przeciąłem te obszary od zachodu na wschód i od północy na południe, a widziałem taką różnorodną pod każdym względem mieszaninę ludzką, że nie mogę zgodzić się z tak sztuczną „unifikacją“, dotyczącą owych „Berberów“, dopuszczając nawet wpływy krzyżowania się ras, zmiany antropomorficzne oraz inne czynniki asymilujące.
Współczesne źródła naukowe[3] nie dają stanowczej odpowiedzi co do pierwotnych mieszkańców tego kraju. Przypuszczają, że jakaś rasa, wyparta przez pustynię i odcięta przez nią od środkowej Afryki, posuwała się coraz bardziej na północ, aż rozpierzchła się na terytorjum współczesnych Trypolitanji, Tunisu, Algieru i Marokka; przypuszczają także wraz z Tissotem[4], że dwa potoki ludzkie spotkały się tu — jeden, płynący z południa od granic Sahary, drugi, wędrujący przez cieśniny: Iberyjską i Italijską — z północy. Z połączenia się tych potoków wytworzyła się rasa berberyjska, posiadająca antropologiczne cechy brunatnej rasy europejskiej, oraz brunatnej rasy z Sahary, a odrębnej od rasy czarnej. Do tego połączenia weszły szczepy białe z Iberji i z północy Europy. Ten moment wytworzenia się rasy berberyjskiej wyczytać już można na pomnikach egipskich z czasów XIX dynastji. Egipcjanie nazywają ich Libou (stąd Libja), a ta nazwa odpowiada fonetycznie imionom najstarszych rodzin berberyjskich — Liouata lub Luata[5]. Śród Libou Egipcjanie odróżniali jeden szczep, zamieszkujący północną Afrykę, nazywając go „Tahennu“, co znaczy „lud o jasnej skórze“.
Dalej antropologja i historja wpada w prąd wrywających się zewsząd do Afryki przybyszów: Chaldejczycy, Fenicjanie, koloniści Kartaginy, Rzymu, nowy potok białych ludzi — Wandalów; przybycie Greków, Normanów, powódź arabska, turecka...
Kwestja się gmatwa i tonie śród nic nie mówiących nazw: Maurów, Numidyjczyków, Lotofagów, Getulów, Gindanów, Garamantów, a tymczasem plemię Nefzua przechowało w swych starożytnych opowieściach pamięć o stosunkach swoich z Egiptem, o czem też mówią dokumenty egipskie. Już w XIV wieku przed N. Chr. te szczepy Libou i Tahennu posiadały swoją cywilizację i przemysł, miały dziedzicznych królów i zawierały umowy polityczne z innemi ludami, szczególnie z wyspiarzami Morza Śródziemnego. Nie dały też żadnych poważnych wskazówek wykopaliska w starych grobowcach i dolmenach. Z rysunków na skałach nie można było wyczytać odpowiedzi na bardzo interesujące pytanie o samoistnej, pierwotnej ludności północnej Afryki. Są one prawie wszędzie jednakowe i wymagają wielkiej ostrożności i krytycyzmu, ponieważ, jak wskazuje V. Piquet, jeden z badaczy, p. Rohlfs znalazł na Saharze rysunki pierwotnych ludzi, a wśród tych rysunków... współczesny parowiec, wyskrobany w skale przez jakiegoś dowcipnisia-turystę.
Zagadka więc pozostaje zagadką, a nad rozwiązaniem jej pracują uczeni. Jadąc w parę miesięcy po zwiedzeniu Oranu z Konstantyny do Tunisu, miałem rozmowę z jednym „marabut“, czyli „świętym“, kierującym życiem całej osady. Pijąc z nim herbatę, zapytałem go o pochodzenie zwyczaju malowania przez Berberów rąk na czerwono roślinnym barwnikiem „henna“.
— Robimy to tradycyjnie na pamiątkę dawnych mieszkańców Afryki Północnej, którzy mieli czerwoną skórę, a byli potężni i mądrzy — odpowiedział po pewnem wahaniu.
— Jak się nazywali ci dawni mieszkańcy? — indagowałem dalej.
— Nie wiemy! — odparł.
Znowu zagadka! Ale gdy o tem powiedzeniu marabuta wspomniałem w Tunisie przypadkowemu znajomemu przy stole restauracyjnym, niejakiemu Mr. Charles Grewster, ten kiwnął głową i rzekł:
— Nie wiem, co o tem myśleć; mogę tylko powiedzieć, że ta „henna“[6] w dziwny sposób się kojarzy z egipską nazwą „tahenna“, nadaną ludności, na zachód od krainy Faraonów mieszkającej. O tem dziwnem podobieństwie słów myślałem nieraz, a wyjaśnienie marabuta rzuca pewne światło na tłumaczenie egipskiej nazwy. Przecież „jasny“ często odpowiada pojęciu „słoneczny“ i „boski“, a więc ludzie o „skórze bogów“. Skóra ta w ich pojęciu i tradycji była czerwona. Czyż była tu na brzegach Atlantyku czerwona rasa? Nietylko była, ale i jest — są to Etruskowie i Baskowie... Niedawno czytałem jakiś artykuł o zaginionej Atlantydzie; mieszkańcy tego kontynentu, jak dowodził autor, należeli do czerwonej rasy...
Tak mówił Mr. Grewster. Nie wiem, kim był Mr. Grewster, lecz wydaje mi się, że jego luźna, osobista hipoteza nie jest gorszą od hipotezy o emigracji brunatnej rasy od skraju Sahary i innej tejże barwy — z Iberji i brzegów Bałtyku przez cieśniny morskie lub przez pasma ziemi, łączące niegdyś Hiszpanję i Włochy z kontynentem Afrykańskim?
Pomyśleć tylko, że ta zagadka pochodzenia pierwotnej ludności Afryki Północnej mogła się zrodzić po odwiedzeniu brudnej orańskiej spelunki, gdzie tańczyła umalowana i wytatuowana tancerka z zagadkowego szczepu Mlaina!
Zagadka ta jednak nie dawała mi spokoju i wszędzie szukałem czegoś, co mogłoby dopomóc do jej rozwiązania. Teraz, gdy patrzę wstecz, przeglądam swoje notatki podróżnicze i wertuję specjalne dzieła, rzuca mi się w oczy jeszcze jedna zadziwiająca cecha w niektórych obrządkach magicznych, przez te szczepy uprawianych. Mówię o magicznej sile, przypisywanej przez ludność północnej Afryki krwi, różnym wydzielinom organizmu ludzkiego i zwierzęcego, trupom oraz organom ciała, a także o przesądach, które z tą organo-magją są związane, które mówią o możności stania się być niewidzianym i niesłyszanym, o połączeniu dusz, serc i myśli dwojga ludzi, o wpływie barw na świat duchowy człowieka itp. Skąd przyszła tu ta magja? Nigdzie, w żadnym narodzie samodzielnie taka magja nie była praktykowana, a jeżeli gdzie ją uprawiano, to była zapożyczona od cyganów, Maurów andaluzyjskich, Chaldejczyków i Egipcjan, którzy mieli stosunki z północą Afryki, a więc z owymi tajemniczymi „Berberami“, którzy po przyjęciu Islamu swoje magiczne praktyki zanieśli podczas pielgrzymek do Mekki — na Zachód azjatycki i dalej do Indyj a nawet do Chin, jeżeli przypomnimy sobie, że arabscy żeglarze wznieśli w Kantonie meczet Proroka na długo przed odkryciem wschodnich brzegów Azji przez Portugalczyków.
Są to jednak tylko domysły, słabe wysiłki rozwiązania antropologicznej zagadki północnej Afryki.


Przypisy

  1. Patrz Prof. Edm. Doutte: Magie et Religion dans l’Afrique du Nord. Alger 1909, oraz Mouliéras: Maroc inconnu.
  2. Młodszy mułła, osoba duchowna.
  3. Prace: Pomela, Duveyrier, Bourgignat, Letourneux, Faidherbe, St. Gsell, Tissot, Movers, Ripley, Ridgeway, Reinach, Bertholon, Deniker itd.
  4. Geographie comparée de la province romaine d’Afrique T. I.
  5. Victor Piquet: Les civilisations de l’Afrique du Nord. Armand Colin, Paris 1921.
  6. Mr. Ch. Grewster poinformował mnie, że jest to sok rośliny Lausonia inermis, z czem się zgadzają też wskazówki francuskich autorów A. Certeux. E. H. Carnoy, niemieckiego Sprengel — itd.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.