Płomienna północ/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
GŁOS AFRYKI.

Gdy pierwsze, blado-szare, niepewne promienie słońca zaczęły rozpraszać nocny mrok, spotkaliśmy płynące krypy żaglowe. Były podobne zdaleka do wielkich ptaków, wznoszących do lotu jedno tylko skrzydło, gdyż drugie było skaleczone i nieruchome. Około 8-ej zrana, po wywalczeniu dla siebie kawy i jakiegoś wprost mikroskopijnego śniadania, nazbyt już, jak na mnie, homeopatycznego, gdy jestem na morzu, — ujrzałem w oddali zalany słońcem złocisty brzeg Afryki. Skały nadbrzeżne, podnoszący się dalej grzbiet górski, białe budynki i mury fortów miały złocisto-różową barwę, piękną plamą znacząc się na tle bladego nieba.
— Melilla! — powiedział mój wczorajszy znajomy, oficer marynarki.
W miarę tego, jak zbliżaliśmy się ku wejściu do portu, jakiś głuchy łoskot i huk coraz częściej dochodzić zaczynał moich uszu. Wydobyłem swoją bardzo silną podróżniczą lornetkę i zacząłem przeglądać brzeg nieznanego mi kontynentu i miasto. Wkrótce zrozumiałem przyczynę łoskotu. Hiszpanie, którzy w gorączkowem tempie rozbudowują ten ważny dla ich handlu i wojennej marynarki port, wznosili właśnie nową ścianę na wielkiej głębokości, gdzie miały się zatrzymywać największe parowce. Ściana, układana z olbrzymich odłamów skał i bloków cementowych, wysunięta już była daleko w morze, lecz prowadzono ją jeszcze dalej. Co chwila na sam jej koniec przesuwano platformę kolejową i z niej zrzucano do wody olbrzymie kamienie. Głuchy łoskot dochodził aż tu, na pokład „Baleara“. Jednak inne odgłosy, a mianowicie daleki, głuchy huk i ryk, rozlegały się osobno, a objaśnienia tego zjawiska znaleźć nie mogłem, więc zapytałem oficera.
— To grzmią działa i pękają pociski tam, za tym grzbietem nagich gór, — objaśnił mnie. — Abd-El-Krimowi, który walczy z nami na południu Riffu, udało się podnieść przeciwko nam naszych odwiecznych wrogów — berberyjskie plemiona Guelaia i Kebdana, zamieszkałe w pobliżu Melilli, i teraz zmuszeni jesteśmy ostatecznie podbić je, aby mieć wolną drogę wgłąb naszej kolonji!
Tymczasem wjechaliśmy do portu. Rzucił się w oczy odrazu na wstępie, jakiś obszarpany parowiec handlowy, do połowy masztów przywalony belami prasowanego siana. Statek stał, żałośnie przechylony na jeden bok, a ludzie zrzucali do wody nadmiar ładunku, grożącego okrętowi przewróceniem się ostatecznem. Po wschodniej stronie portu stało kilka statków wojennych, oraz dwa duże transporty, wyładowujące skrzynie z pociskami i nabojami karabinowemi, paki z konserwami i galetami dla wojska.
Po dokonaniu pewnych czynności celnych, nasz „Balear“ podczołgał się do samego brzegu i tu „przyczepił się do Afryki“ odrazu czterema grubemi linami. Już nie czuliśmy żadnego kołysania i ciągłego drżenia, a więc Zochna podniosła się ze swego „łoża boleści“ i przeszła do kajuty, skąd po krótkiej chwilce (ta chwilka była naturalnie obliczona podług zegarka damskiego), wyszła przebrana i zdrowa. Z uśmiechem zadowolenia oznajmiła, że jest głodna i że chce zjeść coś dobrego na twardym lądzie.
— Aby tylko nie na tej obrzydliwej huśtawce! — dodała, obrzucając gniewnem spojrzeniem biedaka „Baleara“.
— Ależ pomyśl tylko, moja droga — całe 1000 ton — zaprotestowałem, wiedząc, że jeszcze mamy przed sobą 14 godzin drogi na „huśtawce“, a więc licząc jeszcze na sugestję.
— Mój drogi, słyszałam już o tem w Almerji! — przerwała mi Zochna i wyraziście spojrzała na mnie.
Mieliśmy trzy godziny czasu, a więc wyszliśmy na brzeg i wybraliśmy się na poszukiwanie jakiejś lepszej restauracji. Znaleźliśmy, czegośmy szukali, spożyliśmy dość dobre śniadanie, a później zwiedzaliśmy miasto. Składa się ono z dwóch części. Stare miasto, zbudowane w XVI wieku, tworzą nagromadzone w nieładzie domy obronne, wciśnięte na szczyt skały, otoczonej potężnym murem. Od podnóża tej skały rozciąga się nowe miasto, również trochę bez planu, lecz mówiące o bogactwie i przedsiębiorczości. Melilla jest jednym z głównych ośrodków zbrojnej potęgi Hiszpanji w Afryce i ważnym punktem przemysłowym.
W niezliczonych kawiarniach, restauracjach i barach tłoczyli się oficerowie i żołnierze. Wszystko to piło kawę, wino i piwo, jadło lody, owoce, paliło i głośno rozmawiało. Zachowanie się wojskowych świadczyło, że jesteśmy już na terenie wojny. W tym tłumie umundurowanych ludzi sunęły owinięte w burnusy postacie Arabów, zaglądały do wszystkich zakątków, wszędzie się wślizgiwały, patrzyły i słuchały.
Niezawodnie liczną rzeszę szpiegów i wywiadowców posiadał Abd-El-Krim, ten szalony wódz Riffa tu, na bruku Melilli.
Wspaniałe samochody mknęły ulicami i zatrzymywały się przed bogatemi domami miejscowych potentatów przemysłowych.
Fenicjanie niegdyś, przed wiekami, zbadali bogactwo półwyspu, gdzie założyli swoją kolonję Rusadir, która przeszła później do Kartagińczyków, po nich do Berberów, a od tych wydarła Melillę z jej okolicznemi bogactwami zaborcza Hiszpanja, płacąc za ten nabytek swoją krwią, aż do doby obecnej. Pokłady rudy ołowiu, cynku i żelaza stanowią bogactwa, pociągające tu cudzoziemców.[1] Podobno Fenicjanie, założywszy Rusidar, zaczęli stąd robić dalsze wyprawy morskie i dostali się na południowy brzeg Hiszpanji, gdzie wykryli pokłady żywego srebra i siarki, wywożąc stąd na wschód pierwsze — dla kapłanów i magów, drugą — dla wodzów wojsk królewskich i dla piratów, którzy z siarki przyrządzali strzały ogniste i smołę do podpalania okrętów nieprzyjacielskich.
Obeszliśmy dość spory park Hernandez z ładnemi palmami różnych gatunków i pięknym okazem Araukaria. Wszędzie na ławkach tkwiły mundury wojskowe, a przy nich uczepione, jak pałasze lub rewolwery, średnio przystojne, zupełnie nieładne i nawet bardzo brzydkie mieszkanki Melilli. Jednak szalony upał zmusił nas do ucieczki z Hernandezu do jakiejś kawiarni na lody i mrożoną kawę, a potem na pokład „Baleara“.
Gdy nasz statek ruszył, na pokładzie trzeciej klasy rozległy się krzyki i płacz. Okazało się, że jedna z pasażerek, wyszedłszy na miasto, zapomniała na brzegu swoją córeczkę i synka. „Roztrzepaną“ matkę pocieszano, że następnym statkiem, a więc za dwa dni zguba będzie dostarczona do Oranu. Inny pasażer, przyglądając się płaczącej kobiecie, uśmiechał się i wzruszał ramionami.
— Czego ona płacze i rozpacza? Ja też zgubiłem w Melilli teściową, a przecież nie rozpaczam i żadnej deklaracji składać nie zamierzam...
Skłonny do żartów i wesołości tłum hiszpański zaczął się śmiać i dowcipkować.
Pogoda była świetna, nad morzem nie dawał się odczuć najmniejszy podmuch wiatru, dzięki czemu, „Balear“ przestał być „huśtawką“ i płynął szybko i dumnie na wschód. Chociaż wszystko było istotnie tak, jak piszę, Zochna, niedowierzając „Balearowi“, przeniosła się na najwyższy pokład tuż za mostkiem kapitana i leżała na szezlongu w oczekiwaniu, że parowiec zacznie znowu podrygiwać, a później kiwać się na wszystkie strony, jak butelka do sporządzania amerykańskiego trunku „coctail“.
Lecz „Balear“ — nic! płynął sobie, jak na porządny morski okręt przystało, i zachowywał nadzwyczajną powagę i miarowość ruchów.
Mijaliśmy piaszczyste wybrzeża, za któremi błysnęło nam na chwilę Mar Czika, małe, wewnętrzne morze, odcięte ławicą piasków; przesuwamy się pomiędzy „Capo del Agua“, którem kończy się grzbiet Dżebel Kebdana, a trzema wysepkami Czafarinas[2], przypominającemi imię straszliwego bandyty morskiego, Turka Dżafara. Jedna z legend plemienia Kebdana twierdzi, że gdy Allah, sądząc Dżafara po śmierci i chcąc wiedzieć, ile łez wylały ofiary korsarza, kazał aniołowi Azrailowi pokazać to na morzu, anioł oddzielił Mar Czika ławicą z piasku. Oczywiście, jak na morze, — to nie wiele, ale jak na ilość łez — to zupełnie dostatecznie, żeby ich sprawcę wpakować do dziesięciu piekieł z płonącą smołą i siarką.
Wyspy Czafarinas są pozbawione roślinności i wody, której tu dostarcza specjalny statek-cysterna. Hiszpanie połączyli dwie wyspy nasypem i założyli tu doskonały, zupełnie zabezpieczony od morskich fal port, który ma wielkie strategiczne znaczenie, gdyż znajduje się naprzeciwko ujścia rzeki Maluji, stanowiącej granicę pomiędzy posiadłościami Francji a Hiszpanji. Na tych dwóch połączonych wysepkach mieści się dom gubernatora, koszary załogi, kościół, szpital, osady rybackie, na trzeciej zaś cmentarz. Mijamy przylądek Mitonia, znajdujący się już na terytorjum Algierji. Wkrótce znikają niskie, równinne brzegi i na horyzoncie zjawia się ściana grzbietu Tadżera.
W nocy mignęła nam latarnia morska z wyspy Raszgun, a o świcie przepływamy obok poszczerbionych, pogryzionych przez fale, skalistych wysp Habibas i wchodzimy w cieśninę pomiędzy dwoma przylądkami Falkon i Mers-El-Kebir; są one zaopatrzone w silne latarnie morskie, których ognie świeciły nam z oddali w ciągu kilku godzin nocnych. Za temi przylądkami rozpoczyna się obszerna, głęboka, zawsze spokojna zatoka Orańska.
Lecz Oranu długo nie widać. Gdzie niegdzie tylko, czepiając się zboczy górzystego brzegu, stoją oddzielnemi kupkami jakieś małe budynki. Lecz to nie może być Oran, jedno z większych miast afrykańsko-francuskich, posiadające około 200 000 ludności!
Już chcę zwrócić się z tem pytaniem do kogoś z pasażerów, gdy nagle z prawej strony spostrzegam wysoką górę o skalistych, urwistych i popękanych stokach. Na gołej skale, prawie wisząc nad przepaścią i nad morzem, podnosi się kościół, uwieńczony figurą Bogarodzicy i wzniesiony podczas straszliwej epidemji cholery, przyniesionej tu w r. 1849 z Azji przez pielgrzymów arabskich, którzy po podróży do Mekki postanowili odwiedzić grobowiec świętego mędrca Sidi Abd El Dżilani[3], pogrzebanego w okolicach Oranu.
Góra, na której wznosi się kościół, to olbrzymi masyw Murdhadho,[4] ze szczytem Aidur, uwieńczonym murami, blankami, kontrfosami i basztami potężnego zamku hiszpańskiego Santa Cruz. Cała góra pokryta jest lasem sosen syryjskich, poprzecinana cudownemi drogami dla samochodów, ścieżkami dla amatorów alpinizmu, z „Belwederem“ i innemi miejscami, skąd, jak później przekonaliśmy się, odkrywają się coraz piękniejsze widoki na morze, zatokę i miasto.
Długo jeszcze płyniemy, mając na prawo od siebie ponury Santa Cruz i kościół, aż nagle zjawia się przed oczami zalane słońcem duże, piękne, srebrno-białe miasto z oazami parków, skwerów, z długiemi alejami, biegnącemi coraz wyżej i wyżej, aż tam, gdzie wznoszą się wysokie, kilkopiętrowe domy, dzwonnice kościołów i kopuły jakichś gmachów, może teatrów, czy muzeów, a może meczetów.
Jakiś dziwny spokój, pewność jutra i wesołość biły od tego srebrzysto-białego miasta, że gdy niechcący zwróciłem wzrok ku Santa Cruz, jakiś przykry chłód zakradł mi się natychmiast do duszy.
Zamyśliłem się nad tem wrażeniem i po chwili zrozumiałem je i mogłem ująć w formę logiczną.
Zrozumiałem, że widzę przed sobą dwie kultury, dwie psychologje, dwie kolonizacje. Hiszpanja z jej surowym, nieprzejednanym katolicyzmem wielkich inkwizytorów, dumnych królów, krwawych konkwistadorów, motłochu, pogardzającego ludźmi innych wyznań i innych barw; Hiszpanja — gwałtu, przelewu krwi, przemocy i zniszczenia, Hiszpanja dawna, w której oprócz tradycji, historji i nienawiści ludów, niegdyś podbitych przez nią, nic nie pozostało.
Ta Hiszpanja rozparła się tam na szczycie Murdhadho i umarła w ponurym, mówiącym o dawnej wspaniałości grobowcu Santa Cruz. A tuż obok — śmieje się wesoło do słońca, do morza, do okolicznych wiosek arabskich, do całego świata Francja, śmieje się bielą i połyskiem swego srebrnego miasta, barwnym tłumem, zielenią parków i trawników i pstremi klombami skwerów.
Nie marzy ona o wieczystości murów i basztów Santa Cruz, gdyż nie wierzy w wieczne życie z zasady, chce najbliższym pokoleniom zabezpieczyć byt w tej słonecznej krainie, a gdy tubylcy sarkają i odgrażają się, Francuz z uśmiechem szczerej wesołości odpowiada:
— Ależ, panowie, my płacimy hojnie! Niesiemy wam prawdziwą cywilizację i kulturę, bez których wasza „liberté“ będzie, za przeproszeniem, zupełnie podobna do życia małp i panter.
Powiedziawszy to, zaczyna nucić wesołą piosnkę kabaretową.


Przypisy

  1. W roku 1923 wywieziono z Melilli około 330.000 ton rudy różnego gatunku. Ruda żelaza (hematyt) zawiera 56% żelaza, 3–10% dwutlenku krzemowego i do 2¼% fosforu; ruda ołowiu (galenit) zawiera do 75% ołowiu; rudę cynku znaleziono tu w postaci bardzo dogodnej dla procesów metalurgicznych, a mianowicie w formie kalaminu.
  2. Francuzi nazywają je — „îles Zaffarines“.
  3. Pełne imię we francuskiej pisowni Sidi Abd El Kader El Djilani.
  4. Po hiszpańsku — Mourdjadjo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.