Płomienna północ/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
OPAL W SZMARAGDOWEJ OPRAWIE.

Gdy wielki sułtan Muley Idriss II el Azhar kazał zatrzymać się swej awangardzie na szczycie grzbietu Zalagh, ujrzał głęboką kotlinę, pełną roślinności bujnej i pięknej, a przeciętą dwoma rzekami — zaczął pewnego razu swe opowiadanie pewien bard marokański, otoczony tłumem wiernych, wychodzących z cmentarza Bab Fetouh, a mój przewodnik, młody Arab z Fezu, tłumaczył jego wyrazistą mowę.
— Nie wiem, — mówił sułtan, — co pociągało mnie do tego miejsca, o którem nigdy nie słyszałem, lecz które widziałem oczami duszy mojej. Teraz leży oto tu, pod mojemi stopami. Widzę tu ziemię od kresu do kresu, a wydaje mi się w tej chwili, że oto spadł z palca mego wielkiego ojca pierścień, dany mu przez tajemniczego Hendi[1] z potężnem magicznem zaklęciem; złoty pierścień z mlecznym, mieniącym się barwnemi centkami opalem, w wieńcu z ciemno zielonych szmaragdów. Piękne to miejsce i godne potomków świętego Ali, który córę wielkiego Proroka miał za żonę, a ona powiła potomstwo i krew swoją przekazała nam, Idryssydom.
„Sułtan miał twarz natchnioną i pełne zachwytu i szczęścia oczy.
„Zdumieli się wodzowie, otaczający szerifa,[2] zdumiały się hufce rycerzy, zdumieli się imamy, ulema[3] i dostojni uali, zdumiały się żony Idrissa, zdumiały się rzesze niewolników, ponieważ na równinie, przeciętej rzekami, nic nie było, oprócz gęstych zarośli i wstęgi rzeki. Zrozumiał zdumienie swego otoczenia sułtan i zawołał:
— Ślepi jesteście, jak krety, a dusza wasza jak niewolnik, skuty łańcuchami! Albowiem powiadam wam, iż widzę olbrzymie miasto o tysiącach tysięcy domów, wspaniałe pałace, bogate meczety, minaretami strzelające do nieba, widzę tłumy mieszkańców, a śród nich Aniołów-posłańców Allaha! O, wielki Allahu Akbar, Khalek[4], Khaled[5] — Allah, uczyń tak, aby gród ten stał się siedzibą nauki, mądrości i wiary: zrządź, aby tu czczono Twoje przykazania i prawa, i aby mieszkańcy pozostawali wiernymi sunnom Koranu i modlitwie tak długo, jak długo istnieć będzie ten gród, który zaczynam od tej chwili wznosić.
„Mówiąc to, Idriss zaczął tuż na piasku kreślić plan murów obronnych i głównych gmachów miasta. W tej chwili do siedzącego na skale władcy zbliżył się nieznany człowiek w łachmanach, przepasanych powrozem; miał długie powichrzone włosy i brodę; w ręku trzymał zakrzywioną laskę pielgrzyma, a pod pachą czaszkę ludzką i krzyż — symbol Aïssa.[6]
— Jestem Nesrani,[7] pędzę żywot pustelnika — rzekł. — Mieszkam tu w górach oddawna i miałem widzenie, iż przyjdzie tu wielkie wojsko pod wodzą potężnego władcy, a Jedyny Bóg kazał mi oznajmić, że tam, gdzie się spotykają dwie rzeki, ginąc w gąszczu drzew i krzaków, ośmnaście wieków temu istniał wielki i bogaty gród nieznanego narodu, po którym pozostały tylko mogiły. Gród ten nosił nazwę Sef, a po zaginięciu miał być wzniesiony na nowo przez człowieka imieniem Idriss z rodu Wschodniego Proroka.
— Niech będzie pochwalone imię Allaha! — zawołał uradowany sułtan. — Jestem z rodu Mahometa-Proroka, a imię moje — Idriss, przyszedłem tu założyć miasto, gdzie będą powtarzane wszystkie 99 imion Pana i Twórcy, i nauka jego Proroka kwitnąć będzie!...
Stało się to 3 lutego 808 r., gdy założone zostały dzielnice Adua el Andalus, Adua et Karauin i wkrótce otoczone murami, broniącemi przed napadami straszliwego murzyna Khabala, grasującego w kraju. Wódz Idrissa, mężny Saïs, zwalczył murzyna, podbił wszystkie szczepy, koczujące w dolinach rzek Fez i Sebu, a wtedy sułtan Muley Idriss kazał dla podróżników, wszystkich wiernych i „berrania“, czyli cudzoziemców, trzymać otwartą od wschodu do zachodu słońca piękną bramę Bab Ifrikiya.[8]
Legendę o powstaniu Fezu i towarzyszących mu tajemniczych zjawiskach opowiada prawie tak, jak czynią to ludowi śpiewacy, autor księgi „Rawd el-Kirtas“, napisanej w r. 1326 w Fezie, gdy to miasto istotnie stało się ośrodkiem muzułmańskiej mądrości, nauki, pokoju, centrum całego Mahrebu, zapalając wyobraźnię ludzi innych krajów.
Podług historyków arabskich zjawił się Fez na powierzchni kontynentu afrykańskiego, dopiero w IX wieku po Narodzeniu Chrystusa. Cóż było tu przedtem? Czy istniał, kto zbudował zagadkowe Sef i co się stało z jego budowniczym? Jaki naród pozostawił po sobie szeregi mogił dokoła murów, wzniesionych przez Idryssydów, wychodźców z Sahary Almorawidów, berberyjskie plemiona Almohadów, tych górali z Wysokiego Atlasu, którzy panowali później w Sewilli hiszpańskiej?
A przecież tu w tej kotlinie o urodzajnej glebie, przy zbiegu dwóch rzek, w tej oazie, zacienionej wspaniałą roślinnością, w tem miejscu, łatwem do obrony przed najeźdźcami, powinno było oddawna, od tysięcy wieków być siedlisko ludzkie. Berberowie, którzy wyprzedzili azjatyckich Arabów, zagarniając przed nimi północ kontynentu, byli tu przybyszami i niezawodnie walczyli z dawniejszymi mieszkańcami. Nauka jednak nic jeszcze stanowczego o tych pierwotnych synach Afryki nie orzekła. Czekają na jej wyrok mogiły, kurhany, jaskinie, rozrzucone dokoła królewskiego Fezu.
Ale te echa są podobne do szeptów, westchnień i cichych szmerów niewidzialnych istot, czających się w noce wiosenne w gąszczu drzew i sitowia, lub do cieniów nieuchwytnych, ślizgających się w półciemnych zakątkach opuszczonych świątyń pogańskich.
Takie dziwne wrażenia ogarnęły nas odrazu, na wstępie, jeszcze przed murami Fezu. Pędziliśmy od Tazy naszą limuziną z wielką szybkością, nie bardzo zwracając uwagę na rodzaj dróg. Czy były to wspaniałe szosy, czy tylko „pistes carossables“, czy wprost kamienista pustynia — szofer, obojętny na wszystko, parł z niezmierną szybkością. Widocznie, nie bardzo przypadło to do gustu samochodowi, bo tuż pod murami grodu Idrissa II zastrajkował. Trzeba było albo czekać, aż szofer załatwi swój spór z autem, lub też iść do hotelu na piechotę. Wybraliśmy to ostatnie wyjście i ruszyliśmy w stronę najbliższej bramy.
Nie doszliśmy jeszcze do niej, gdy stanęliśmy jak wryci. Zjawiła się przed nami scena biblijna, obraz z Ziemi Świętej. Przy studni siedział na kamieniu Arab o długich włosach, spadających mu na ramiona, z brodą, spływającą na biały burnus; jedną rękę opierał o wysoki kij pasterski, a drugą miał wzniesioną ku niebu i cichym, przejmującym głosem rzucał słowo po słowie.
Mimowoli przyszło mi na myśl „Kazanie na górze“, ponieważ mówca zaczynał każde zdanie od jednakowych wyrazów i, poczęło mi się wydawać, że rozumiem, w obcej mowie wypowiadane słowa:
— Błogosławieni czystego serca...
— Błogosławieni pokój czyniący...
Podobieństwo było tem bardziej uderzające, że naokoło mówcy siedziało... dwunastu zasłuchanych i zapatrzonych Arabów. Liczyłem dwa razy. Nie! nie pomyliłem się. Było ich dwunastu!
— Chrystus i apostołowie!... — wyrwał się Zochnie szept.
Wrażenie było dziwnie wzruszające, niezapomniane, gdyż niezwykłe i nieoczekiwane, a takie znane z lat dziecięcych, gdy matka pokazywała obrazki z Nowego Testamentu.
— To jest Hadż[9] — objaśnił, podchodząc do nas jakiś młodzieniec w zamiarze zarobienia w roli chwilowego przewodnika. — Hadż to nabożny, twardy w wierze Reszid[10], powracający po długiej i uciążliwej pielgrzymce ze świętej Mekki. Opowiada o swej podróży, namawia innych do niej, obiecuje pomoc i łaskę Allaha i Proroka. Ci, co otaczają Hadża, są zwykli „mumenin“ — wierzący ludzie, którzy nieraz przez całe życie próżno marzą o tej miłej Allahowi pielgrzymce.
Westchnął i odchodząc, szepnął po arabsku tradycyjną modlitwę:
— La Allah Illa Allah u Mahomed Rassul Allah, Allah Akbar.[11]
Trafiliśmy do miasta przez Bab el Maruk i w dziesięć minut później, odprowadzani przez tłum umorusanych i hałasujących chłopaków, ujrzeliśmy cel naszej podróży — hotel „Transatlantique“, czyli w skróceniu „Transat“, gdzie zamieszkaliśmy pod opiekuńczem skrzydłem energicznej i gościnnej dyrektorki pani Ossun.
Ten dziwny zbieg okoliczności, że nazwisko dyrektorki było zbliżone do naszego, — właściwie, było skrótem naszego nazwiska, — przyjęliśmy jako dobrą wróżbę. Wszak byliśmy w Mahrebie, kraju przeznaczenia i przesądów, i już zaczęliśmy żyć jego życiem i jego ideami.
Miła pani Ossun przeznaczyła dla nas prześliczny pokój, o wielkich cedrowych drzwiach i cedrowym pułapie, pachnącym wonną żywicą. Drzwi i dwa okna wychodziły na małe „patio“ — podwórko z posadzką z wzorzystej majoliki, z szemrzącą fontanną i dwoma bardzo pięknemi drzewami bananowemi. Po posadzce biegały zwinne, zielone jaszczureczki, wesołe i śmiałe, uganiając się za muchami i motylami, a z basenu fontanny wypełzały czasem jakieś ślimaki o czarnych konchach i drobne kraby.
Zochna, która narazie krzywiła się na to sąsiedztwo, wkrótce zupełnie się z niem oswoiła, gdyż te drobne żyjątka były nader spokojne, miłe i przyjemne w pożyciu. Nigdy ich nie znajdowaliśmy pod kołdrą, nie właziły nam pod poduszki i nie spadały na głowę z sufitu. Nawet ani razu nie spotkaliśmy ich w naszym pokoju. Były o wiele lepiej wychowane od tych wężów, które w Indjach podobno wpadały Kiplingowi do zupy lub urządzały sobie legowisko w kieszeniach jego ubrania.
Hotel nie długo jednak zatrzymał nas, gdyż śpieszno nam było rozpocząć zwiedzanie Fezu, tak obrazowo nazwanego przez wielkiego sułtana Idrissa „opalem w oprawie ze szmaragdów“. Nie zważając na przerażający upał, wyszliśmy na ulicę, gdzie nas opadli młodzi tubylcy, narzucając się nam na przewodników. Wziąłem jednego z nich, imieniem Hafid; był to „tolba“, czyli student z jakiejś „medersa“[12] — sprytny młodzieniec, dobrze mówiący po francusku; dzięki jego „akademickim“ stosunkom widziałem niejedno, co zwykle dla podróżnika zostaje ukryte. Mój zawód pisarski imponował Hafidowi, co też mi bardzo pomogło, gdyż młodzieniec starał się nadzwyczajnie i czasami dokazywał rzeczy, przy istniejących warunkach, wprost niemożliwych.
Z tym właśnie Hafidem wyruszyliśmy na pierwszą naszą wycieczkę po Fezie. Słońce kaskadami wylewało z rozpalonego nieba potoki płynnego złota, które zdawało się, ściekało po ścianach domów i zniszczonych murach, aż dochodziło do ziemi, a wtedy płynęło dalej leniwie i ociężale, zaglądając wszędzie, do każdego zaułka, każdej szczeliny w murze, pod zmurszały próg rzeźbionych drzwi i za zakratowane okienka.
Wszędzie wrzała walka promieni słońca z cieniem. Ciemno-szafirowy cień tulił się do konarów drzew, czaił się pod wystającemi okapami dachów, lub za jakąś wysmukłą kolumną, czyhał za załamaniem się uliczek, wyciągając czasami długie macki z jednej strony dziwacznego placyku lub zaułka na drugą, znacząc sobą kierunek gałęzi platanu lub figowca. Mrok zaś panował niepodzielnie tylko w domach, w meczetach i w głębokich niszach sklepików, ponieważ tu sami ludzie bronili go przed pochłaniającemi wszystko dokoła potokami złocistego, gorącego słońca, szczelnie zasłaniając okna i otwarte wnętrza straganów.
Żadnej twarzy europejskiej na ulicach Fezu o tej godzinie pożogi słonecznej spotkać nie można. Wszyscy siedzą w zacienionych biurach, lub w domach z zapuszczonemi roletami drewnianemi. Tylko Arabowie, Berberowie, murzyni i inni czarni i bronzowi ludzie tłumnie suną ulicami miasta, zrzadka ocierając spocone twarze, golone głowy lub podnosząc do góry burnusy i wymachując ich połami. Kobiety tubylcze w swoich niezliczonych szatach, ukrytych pod burnusami, z narzuconemi płachtami na głowy i z twarzami, do brwi od góry i do oczu od dołu zasłoniętemi grubemi, lub cienkiemi tkaninami, chodziły wolnym krokiem, jak zwykle, niczem nie zdradzając, że nieznośny upał im dokucza.
Jedna okoliczność tylko dowodziła, że gorąco działa i na te „salamandry“. Na każdym kroku spotykaliśmy handlarzy wodą. Byli to przeważnie murzyni, czy też mieszańcy murzynów z Berberami. Półnadzy, z kawałkiem skóry na biodrach, mieli na plecach duże wory z koziej skóry, z sierścią nazewnątrz. Wory te lśniły się od wody, kapiącej przez wszystkie szwy. Handlarze zaciekle dzwonili w wielkie dzwonki mosiężne i ochrypłemi głosami wykrzykiwali:
— Tessaut! Bared ma![13]
Co chwila podbiegali do murzyna ludzie i z blaszanych kubków chciwie pili wodę. Podobno te kozie wory lepiej nawet przechowują wodę w chłodnym stanie, niż porowate gliniane naczynia, ponieważ mokra, włochata skóra daje dużą powierzchnię dla parowania wody, co oziębia zawartość wora.
Wszędzie słyszymy szmer wody na ulicach. To płyną potoki rynsztokami i znikają nagle gdzieś pod ścianą domu, to szeptem dźwięcznym opowiada jakąś legendę cienka struga wody, tryskająca z otworu w emaljowanych, barwnych kafelkach fontanny, to pluska odnoga, odprowadzona od głównego prądu rzeki Fez; przed wiekami została ona ujęta w podziemny kanał, który wychodzi na powierzchnię ziemi zupełnie nieoczekiwanie, gdzieś, w ciemnej uliczce, ukrytej pod sklepieniami dwuch połączonych ze sobą „dar“, czyli wielkich domów, prawie pałaców, kupców lub starszyzny. Ta arystokracja pochodzi z rodzin szlachetnego szczepu Beni Merin, niegdyś protegującego dynastję Merinidów, o których wdzięczną pamięć przechowuje też w swem sercu, w legendach i historji. Miasto przecina wartka rzeka; w różnych dzielnicach miasta znaleźć można baseny i fontanny. Szczęśliwe miasto, rzucone pośród gołych gór i kamienistych stepów! Poeci dawnych wieków śpiewali na cześć Fezu ody w Mekce, Kairze, Bahdadzie i Kordobie.

„Gród przez Allaha tak umiłowany,
Że dał mu wody źródła niezliczone,
Co pragnienie gaszą i moc nieznaną dają,

By ludzie żyli w mocnej wierze, cnotach i radości.“

Lecz z biegiem czasu Fez stał się przeludniony, a do jego rzeki i do ujętych w kanały potoków, źródeł i odnóg wartkiego uedu[14], zaczęto wrzucać odpadki domowe i spuszczać różne brudy. Zjawiły się śmiertelne choroby: tyfus, dezynterja, cholera, aż perjodycznie zaczęły wybuchać epidemje, mające źródło w zakażonej wodzie, o czem w końcu XVI-go wieku dość obszernie mówi portugalska „Copia do Imperio e reinos dos Xarifes.“ Arabscy lekarze zrozumieli zależność epidemji od zanieczyszczenia wody i jeszcze w XIII-ym wieku nakazywali używanie wody, płynącej poza murami miasta. Handlarze wodą, wszyscy ci murzyni i metysi, należą do jednego z niezliczonych cechów, czy „Klanów“ Fezu i są ludźmi uczciwymi. Do swoich worów nabierają wodę wyłącznie ze źródeł, płynących z gór, albo nawet przywożą ją na mułach z daleka, naprzykład ze źródła, położonego o 15 kilometrów od Fezu, a wpadającego do rzeki Sabu. Ta uczciwość jest wielkiem szczęściem dla „Fasi“, czyli mieszkańców Fezu, bo inaczej zarazki chorób znalazłyby w tych kozich worach niezdobytą twierdzę, a z niej robiłyby śmiałe wyprawy do żołądków i kiszek ludzkich.
Handlarz wodą jest poza uczciwością swoją trochę czarownikiem.
— Trochę... — podkreślił, opowiadając mi o tem Hafid — ponieważ nalewając wodę, mruczy magiczną formułę zaklęcia, tradycyjnemi ruchami zwilża swój worek zzewnątrz, posiada talizman, chroniący od zarazy, i ma dzwonek, którym odpędza „dżinnów“ — demonów choroby.
Chociaż handlarze wodą są uczciwymi typami i nawet „trochę czarownikami“, jednak, gdy przeciągając Fez w różnych kierunkach przez miesiąc prawie, widzieliśmy tych prawie dwieście tysięcy ludzi, o dość pierwotnem pojęciu o higjenie i sanitarji, a ciągle tłoczących się na ulicach i zanieczyszczających je i w dzień i w nocy, — zrozumieliśmy, że przed władzami francuskiemi stoi trudne zadanie uzdrowienia miasta i zastąpienia przekazanego przez Almohadów i Merinidów systemu kanałów współczesnym wodociągiem.

FEZ. WIDOK ULICY

Ale praca to będzie nielada! Trzeba będzie zniszczyć lub zamknąć od wieków istniejące arterje kanałów i akwedukty, zmienić bieg rzeki i zburzyć cały szereg „sekkaya“, ulubionych, popularnych fontann, owianych najczęściej legendą, zabobonem lub wspomnieniem o dawno umarłym uali, albo o potężnym emirze. To wzbudzi wielkie poruszenie w masie ludności, to może dać hasło do poważnych zamieszek, o których marzą w Fezie i... w Moskwie.
Znaleźć źródło, wykopać studnię, przeprowadzić akwedukt dla dobra ludzi — to zasługa przed Allahem, lecz zburzyć to, pozbawić ludność chociażby na jedną minutę wody — to, podług „reszidów“ Islamu — zbrodnia, na którą odważy się tylko „rumani“, czyli biały człowiek.
Łatwo zrozumieć z tego, jakie delikatne i drażliwe zadanie ma przed sobą Europejczyk w danym wypadku.
Hafid, nie zatrzymując się, prowadził nas dalej przez miasto, siecią przecinających je wąskich uliczek, aż wyszliśmy na „suk“[15] koszykarski, gdzie robotnicy pletli kosze i worki z liści palmowych i z prętów oleandrowych. Tym „sukiem“ doszliśmy do bramy w chwili, gdy przez nią wchodziła do miasta „Gafla“, czyli karawana, złożona z dwudziestu wielbłądów, niosących na garbatych grzbietach olbrzymie ładunki suchych liści i łodyg palmowych.
— Te „Żmel“[16] idą z południowych obwodów Marokka, z oaz, gdzie rosną palmy daktylowe, a wiozą swój ładunek dla tego „suk“ Tala.
Zatrzymaliśmy się w cieniu bramy, przepuszczając majestatycznie kroczące wielbłądy. Szły z podniesionemi głowami, a z dużych oczu zwierząt można było wyczytać przerażenie, mękę i rozpacz.
Patrząc na te olbrzymie zwierzęta o jednym garbie, powolne i pokorne człowiekowi, przypomniałem sobie ich azjatyckich dwugarbnych kuzynów.
Tamte nie mają wyglądu niewolników, pełnych przerażenia i bezgranicznego poddania się woli człowieka-tyrana. Odwrotnie, — baktryjski wielbłąd w pewnych wypadkach i w pewnych okresach nawet się buntuje i rzuca się na swego właściciela. Gdy opowiadałem o tem Arabom i Berberom, dziwili się, gdyż nigdy nie spotkali się u wielbłądów z protestem. Dlaczego istnieje taka różnica w psychice tych dwuch odmian zwierzęcia? Może wielbłąd afrykański został dawniej ujarzmiony od azjatyckiego, i dla niego pozostały tylko rozpacz, męka i lęk? Azjatycki zaś zachował jeszcze pęd do wolności, a ten pęd podtrzymują w nim jego niepodlegli rodacy z pustyni Hami, Gobi i z zachodniego Tsaidamu?
Gdy temi myślami dzieliłem się z Zochną, karawana minęła nas. Hafid prowadził nas dalej, lecz, przeszedłszy bramę, zatrzymał się i rzekł:
— To jest Bab el Maruk, o której istnieje cała literatura arabska i berberyjska, a legendy o tej bramie spotkać można nawet u mieszkańców Sahary i Senegalu. Był tu w zeszłym roku jakiś podróżny i opowiadał, że w europejskich książkach są też poezje o Bab-el-Maruku. Czy to prawda?
Opowiedziałem Hafidowi, że ta brama została uwieczniona w utworach wielu wybitnych poetów w różnych językach.
— To już państwo wiecie o Bab-el-Maruku? — spytał znowu z rozczarowaniem w głosie. — A ja chciałem opowiedzieć wszystko, co w Fezie mówią o tej bardzo starożytnej bramie!
Właśnie spodziewałem się zebrać podania ludowe o Bab-el-Maruku, więc bardzo gorąco prosiłem Hafida, aby opowiedział, co o niej wie; żeby mu szło raźniej, zaprosiłem go do kawiarni maurytańskiej, gdzie nikt nam nie mógł przeszkodzić i gdzie łatwiej byłoby spisywać.
— Dziękuję panu! — zawołał uradowany. — Ale przedtem niech państwo bardzo uważnie przypatrzą się tej bramie i zapamiętają każdy jej szczegół.
Był to potężny blok, zbudowany z ubitej gliny i kamieni o „barwie wieków“, — tej szaro-żółtawej barwie, co pokrywa z biegiem czasu wysiłki ludzkie, niezależnie od kraju i stopnia cywilizacji narodów. Barwa ta jest jednakową na murach pagod w dżungli Indyj, na piramidach w Egipcie, na basztach i mostach zwodzonych starych zamków w Europie i tu, w tym grodzie wojowniczych berberyjskich rodów panujących. Przez gruby mur przechodzi Bab-el-Maruk niby głęboki tunel i z „suk“ Tala prowadzi na drogę, okrążającą całe miasto. Mury, przez które prowadzi brama, otaczają kasbę Filala, wzniesioną przez Mohameda-en-Naser dla swojej gwardji przybocznej, złożonej z wojowników z Tafilalet, co właśnie dało nazwę kasbie.
Na murach tuż przy Bab-el-Maruku spostrzegliśmy wielkie haki żelazne, mocno rdzą zjedzone, a pod niemi długie, ciemne plamy i smugi niby pleśni, niby występującej wilgoci.
Przeszliśmy drogą na prawo od bramy i dotarliśmy do krawędzi głębokiego wąwozu, zarośniętego wysokiemi drzewami. Śród zieleni ujrzeliśmy tarasy domów arabskich, a w urwistych spadkach wąwozu — duże i małe jaskinie. Z niektórych wznosiły się słupy dymu, a przy wejściu siedzieli i stali ludzie.
— Tutaj mieszkają żebracy, — objaśnił Hafid, — przybywający koczownicy i włóczęgowie z całego kraju, trudniący się nauczaniem Koranu po wsiach, podróżujący „ulema“, wróżbiarze, czarownicy, zaklinacze wężów, bandy tancerzy, grajków, śpiewaków i ludzie nieznanego pochodzenia i niewiadomo czem się trudniący.
Zrozumieliśmy, że widzimy przed sobą jaskiniowe siedziby ludzkie, zmienione obecnie w barłogi nędzarzy i najstarsze chyba na świecie „hotele“, gdzie na ścianach pod warstwą sadzy i brudów można czasem odnaleźć rysunki ludzi pierwotnych.
Za wąwozem stał do połowy już zburzony, stary arabski fort, dalej wyniosłe grobowce sułtanów-Merinidów, a jeszcze dalej, zakrywając horyzont, wznosiła się góra Zalagh.
Powróciliśmy do Bab-el-Maruka i przy jednej z pobliskich uliczek wstąpiliśmy do kawiarni. Tu, popijając drobnemi łykami aromatyczną kawę, Hafid snuł swe opowiadanie:
— Stary Fez (bo jesteśmy w dzielnicy Fez el Bali) przeżył dużo! Sułtanów z rodu Idrissa, zastąpili Almorawidzi, po nich zaś przyszli Almohadzi, Merinidzi i inni. Miasto, nie przestając być skarbcem wiary, nauki, literatury i sztuki, to górowało nad innemi miastami kraju, to podupadało, lecz na krótko, zdawałoby się poto tylko, aby jeszcze bardziej rozkwitnąć. Przychodziły tu czasem i złe chwile, gdy miasto częściowo ginęło pod ciosami zdobywców, od pożaru, lub od powodzi, jak to było za sułtana Abd el Mumena, który zburzył miasto, wstrzymawszy bieg rzeki. Jednak wnuk jego — Jakub el Mansur odbudował to, co zburzyli jego dziad i woda. Z tych czasów jednak prawie nic nie pozostało, oprócz Bab el Maruka!
„A czy wiecie, państwo, co znaczy ta nazwa? „Brama Spalonego“ — taką jest nazwa tego monumentu, istniejącego od roku 1204-go. A dlaczego tak nazwano bramę Mansura? Oto, gdy sułtan wzmacniał mury Fezu el Bali, podniosło się przeciwko niemu berberyjskie plemię, żyjące w górach Ghomara. Na czele powstania stanął mahdi El Obeida, który był spowinowacony z ostatnim z Almorawidów. Po długiej walce mahdi został zwyciężony i dostał się do niewoli. Sułtan Jakub el Mansur rozkazał pod sklepieniem bramy rozpalić wielkie ognisko i w ciągu kilku dni przypiekał powstańczego wodza, aż wreszcie kazał go spalić na popiół. Wtedy właśnie powstał tu „suk“ koszykarzy, ponieważ Mansur kazał zebrać do koszów popiół ze stosu i posłać go góralom Ghomara, aby wiedzieli, co pozostało po ich wodzu i jego pomocnikach, spalonych razem z nim. Spalono tu w 150 lat później ciało zmarłego w Fezie bardzo dziwnego człowieka. Nazywał się Ibn el Khatib, a był poetą, podróżnikiem, kaznodzieją, historykiem, lekarzem, magiem i posłem sułtańskim w Hiszpanji; resztki jego grobowca można dotąd odnaleźć śród zarośli „karmusse en-usdra“[17] i aloesów. Spalono tu także księgi fałszywego proroka Slimana wraz z jego wysłańcem.
— A te haki w murach? — zapytałem.
— Na nich wieszano głowy, ścięte z wyroku sułtana zbrodniarzom i powstańcom. Plamy ściekającej krwi pozostały, gdyż wżarły się w mur...
Powiedziawszy to, Hafid uśmiechnął się i ciągnął dalej:
— Raz do roku sułtan przybywał przed Bab el Maruk i sądził winnych. Przez cały rok czekali dnia sądu więźniowie, uginając się pod ciężarem kajdan i gnijąc w zaduchu i wilgoci kazamat. Gdy osądzono stu więźniów na stracenie, 99-ty mógł podług prawa obyczajowego żądać ręki córki sułtana. Musiał mieć jednak jakieś zalety, a więc — albo być bardzo bogatym, albo silnym, bystrym w biegu, wprawnym w strzelaniu, lub też pięknie śpiewać lub opowiadać. Taki skazaniec bywał pokazywany królewnie. Jeżeli go nie odtrącała, był uratowany, jeżeli zaś, mimo jego zalet, odrzucała go, wtedy sułtan mówił:
— Nie masz pieniędzy, nie masz szczęścia, masz tylko pchły! Zginiesz!
„Ścinano mu głowę, lecz wieszano ją oddzielnie, na honorowym haku, czasem nawet w żelaznej klatce, aby kruki i krogulce nie wydziobały oczu. Z biegiem czasu sułtanowie i ich zastępcy — „kalifa“ wprowadzili zwyczaj solenia ściętych głów, aby dłużej mogły się przechowywać i wisieć dla postrachu zbrodniarzy i wrogów władcy. Soleniem głów trudnili się izraelici, dlatego ich dzielnicę nazywamy „mellah“, co znaczy „solony“.
„Przez bramę Bab el Maruk wprowadzali do miasta Maurowie andaluzyjscy, którzy stanowili znaczną część ludności Fezu, niewolników chrześcijańskich — tych „nesrani“[18], jak ich nazywano. Tu niektórych ścinano, niektórzy stawali się „khadem“ czyli niewolnikami, sprzedanymi z licytacji; tu z kobiet zrywano szaty i nagie sprzedawano do haremów. Gdy została kupioną, nabywca narzucał jej na twarz zasłonę „Ltam“, a wtedy stawała się obywatelką miasta i broniło ją prawo Koranu i prawo obyczajowe „mubach“.
— Dużo łez i krwi wsiąkło w tę ziemię, Hafidzie? — zapytała Zochna.
— O, pani! — szepnął chłopak i zakrył twarz rękoma na znak przerażenia. Z tego zrozumieliśmy, że bezwzględna i surowa władza dawnych sułtanów marokańskich zapisała się krwawemi zgłoskami w pamięci ludu Mahrebu, gdzie od wieków istnieje odosobnione, a burzliwe imperjum szerifów.[19]
Wyszedłszy z kawiarni, jeszcze raz zatrzymaliśmy się przed Bab el Maruk. Stała w swej wiekowej szacie, skąpana w płonącem słońcu, obojętna, niby stuletni starzec, obciążony brzemieniem wspomnień o dawnych dziejach i przeżyciach; stała — potężna swoją niezłomnością, lecz budząca rozrzewnienie w chwili, gdy pod jej sklepienie wpada ryczący samochód, lub gdy o jej gzymsy obijają się falsetowe gwizdki lokomotywy wąskotorowej kolejki wojskowej, zdążającej na Zachód, ku Atlantykowi.
Lecz „brama spalonego“ pociągała nas ku sobie i nieraz jeszcze powracaliśmy tu z moją żoną podczas naszych wycieczek po mieście bez Hafida.
Widzieliśmy Bab el Maruk o godzinie, gdy słońce tonie daleko za horyzontem, a rzuca na dzieło sułtana-zwycięzcy ostatnie pożegnalne promienie. Wtedy wydawało się nam, że wszystka krew, przelana u podnóża bramy, podnosiła się do jej szczytu niewidzialnemi szczelinami i wypełniała ją, aż stawała cała w szkarłacie, niby w purpurze królewskiej.
Stawaliśmy przed Bab el Marukiem o porze nocnej, gdy brama wyłaniała się z mroku jak czarne, potężne widmo, nieuchwytne w swych kształtach i konturach, lecz ogromne i ponure.
Gdy księżyc rzucał na nią garść bladych promieni, zaczynały się odcinać od czarnej masy oświetlone narożniki i gzymsy, a w czeluści przejścia kłębić się i tłoczyć zaczynały jakieś chybkie cienie, rozlegały się jakieś szmery, niby jęki, niby westchnienia.
Może to były nietoperze, jaszczurki gekko lub małe sowy, gnieżdżące się tam, lecz kto wie? być może, że to dusze straconych tu niegdyś wodzów odważnych plemion z gór i z pustyni przeklinały i groziły nielitościwym władcom Mahrebu, a może — to cienie nieznanych nikomu chrześcijańskich męczenników, porwanych przez Maurów z południa Iberji, Italji, Balearów i Sardynji, przybywały do Bab el Maruka oglądać miejsce swojej śmiertelnej trwogi i rozpaczy i błagać Boga-Sędziego o miłosierdzie i nagrodę w Niebie.
Zawsze, o każdej porze dnia i nocy, przemawia Bab el Maruk do serca i duszy człowieka, a jeżeli uprzytomnić sobie w tej chwili, że prowadzi ona do tajemniczego, zaczajonego i skupionego w sobie Fezu, jednego z najbardziej porywających miast świata muzułmańskiego, wtedy wprost niesamowitą wyda się szaro-żółta bryła starej bramy.
Nasz Hafid był rozkochany w starym Fezie, w Fezie el Bali, i z pogardą mówił o nowym Fezie, czyli o Fez Dżedid. Rodzina jego pochodziła z Fezu el Bali, on się tu urodził, tu się uczył w „msid“[20], a teraz studjuje nauki w „medersa“ i nie chciałby nigdy opuścić miasta. Słowem — jest „reszid Fasi“ — prawowierny mieszkaniec Fezu. Dzięki tej jego prawowierności dobrze poznaliśmy starą dzielnicę stolicy Mahrebu.
Znowu przez Bab el Maruk wyszliśmy za miasto i poszliśmy na lewo od niej.
Wkrótce ujrzeliśmy wielką kasbę Czerarda, olbrzymi kwadrat murów, otaczających stare koszary wojowników z plemion Czerarda i Udaja, stanowiących jądro armji sułtańskiej, w tych koszarach mieści się obecnie wspaniale urządzony szpital francuski i pułk strzelców senegalskich; pod murami kasby w pewne dni tygodnia odbywa się wielki targ, gdy tu spędzają z okolic bydło, konie, muły i osły. Widzieliśmy ten targ „khemis“, ten prawie jednobarwny tłum biało ubranych ludzi, zrzadka tylko poplamiony postaciami koczowników w granatowych lub pasiastych burnusach, lub Żydów w czarnych płaszczach i czarnych myckach. Tłum ten otacza stada owiec, gromadki rogatego bydła, dosiada koni i mułów, próbuje siły osłów. Wszystko to porusza się bardzo żywo, lecz niewidać gwałtownej gestykulacji i nie słychać hałaśliwych krzyków, gdyż zakazuje tego prawo obyczajowe i tradycyjna etykieta Islamu. Jednak hałas nie jest wykluczony. Zdarza się to wtedy, gdy oszukany przez kupca klient zaczyna wygłaszać przeciwko niemu mowę, coraz bardziej się zapalając i przechodząc w tony histeryczne. W ten sam sposób odpowiada oskarżony i, jeżeli w porę nie wtrąci się władza, czy to francuska, czy sułtańska, może się zdarzyć, że przeciwnicy porwą za noże i wyniknie poważna bójka, po której do sąsiedniego szpitala przybędzie nowy pacjent. Hałas czynią też bandy meskinów — żebraków, wykrzykujących na cały głos modlitwy i błagania o jałmużnę; gromadki podróżujących grajków, tancerzy, sztukmistrzów i bardów. Wszyscy oni długo i nader hałaśliwie reklamują swoją sztukę, a później bardzo krótko odrabiają swoje „numery“.
„Meskin“ afrykański — to członek potężnej organizacji, przenikającej całe życie miast marokańskich i algierskich, będącej specjalnym klanem, który posiada swoje tradycje, prawo, ba! nawet szkoły; klasa najbardziej dowcipnych i wesołych ludzi w całym Mahrebie. Jest to kasta uznająca prawo dziedziczności i najściślejszą specjalizację. Każdy żebrak, czy żebraczka są przedewszystkiem wybornymi etnografami, psychologami i znawcami „figh“ czyli prawa, regulującego podług Koranu czyny wiernych, i „akaïd“ — regulującego wiarę i praktyki religijne. Te dwa prawa stanowią najwyższe prawo Koranu, czyli „szaria“, wykładane w uniwersytetach muzułmańskich. Meskini śmiało mogliby być profesorami w „medersa“ lub korepetytorami dla „tolba“-studentów. Niektórzy z żebraków, operujących przy wielkich meczetach i śród ludzi wykształconych i bogatych, władają „boskim językiem“ Koranu, czyli „el lougha“, używając go w mowie potocznej tak, jak nasi przodkowie posługiwali się łaciną. To daje meskinom dobry i stały dochód.
Inni żebracy znają na wyrywki całą litanję świętych uali, szanowanych ulema, mędrców i proroków, a wiedzą, który z nich przez jakie szczepy jest najbardziej uznawany i otaczany czcią. Meskin jednym rzutem oka, nawet wtedy, gdy jest... ślepy, pozna w przechodniu człowieka z tego lub innego szczepu i natychmiast zaczyna żebrać w imię przygodnego świętego.
— Na Sidi Ali ben-Mohammed! Na Sidi El Hadj-Abou-Hafs, człowieku dobry, szlachetny mumenie, błaga cię ubogi, z głodu i pragnienia umierający Ibrahim ben Nail! Święci twego szczepu, którzy dali mu sławę i bogactwo, wynagrodzą cię sowicie, jeśli spełnisz wolę Allaha i nie pozostawisz bez jałmużny proszącego!
— Lalla, Imma-Hallula i Sidi Ahmed ben Jusef, i Sidi Bu-Dżema, i święty Mazus-Billah rozdawali jałmużnę ducha bogaczom i jałmużnę dłoni biedakom! Wzoruj się na nich, przechodniu, bo przecież z twego wyszli szczepu ci bogobojni i święci uali!
— Na Amer-ben Slimana!
— Na Sidi Abd-er-Rahman-ben-Menateki!
— Na Sidi Ibrahim-Et-Tazi!
Jak wirujące w trąbie powietrznej suche liście, latają, padają i znowu się zrywają głosy żebraków, skamłających o jałmużnę.
Muzeum typów, żargonów, łachmanów, zawojów, fezów, głosów i imion — świętych! Kalectwa przeróżne, prawdziwe i sztuczne, udawane artystycznie; wstrętne, nigdy nie widziane choroby, uschłe nogi i ręce, zrośnięte palce, powyginane stopy, wrzody na źrenicach oczu, rany trędowatych, hypertroficznie rozrośnięte stopy, usta i piersi kobiet, chorych na „elephantiasis,“ czyli słoniową chorobę; jakaś do drutów żelaznych podobna szczecina, wyrastająca z warg i dziąseł; ropiące się strupy na ciele; odpadające palce i dłonie; — a cała ta nędza jęczy, skamla, odgania od siebie chmary much, wzywa Allaha, Proroka i świętych wszystkich zakątków północnej Afryki od Sahary i Wysokiego Atlasu do burzliwego Atlantyku i łagodnego morza Śródziemnego.
— Na Sidi Kacem! — zaczyna zawodzić jakiś żebrak, lecz nagle urywa i, zwracając „ślepe“ oczy na sąsiada, z cichym śmiechem mówi:
— Na Allaha! Nie poznałem tego kupca! Wczoraj naciągnąłem go na Sidi Amer-ben-Slimana i na Dżilali, bo to — heretyk. A dziś popsułem sobie interes. Szkoda, bo bogaty i hojny!
Zamyślił się ślepiec na chwilę, coś kombinując, ale natychmiast porwał się z miejsca i, zabiegając drogę wysokiemu, majestatycznemu Berberowi, wołać zaczął:
— Ślepe krety! Niewdzięcznicy! Nie pamiętacie imienia wielkiego Amer ben Slimana, mądrego i miłościwego! W imię uali Ben Slimana błagam o jałmużnę. Na Amer Ben Slimana!
Srebrna moneta błysnęła w powietrzu i wpadła do nadstawionego koszyka ślepego meskina.
W różnych miastach i miasteczkach Afryki północnej uważnie przyglądałem się żebrakom, ale szczególne pole dla spostrzeżeń dał mi Fez.
Widziałem nieraz przed wschodem słońca, jak wychodziły bandy meskinów z ruin murów, z brudnych barłogów, jak ciągnęły z jaskiń i cmentarzy, rozrzuconych za murami miasta, ze zwalisk odpadków miejskich, z gąszczów aloesów i trzcin nadbrzeżnych, z wąskich, cuchnących uliczek bliższych i dalszych dzielnic Fezu, a wtedy zjawiali się przywódcy-żebracy „mokaddem“, nawołując od czasu do czasu:
— Ashab! Ashab! Towarzysze! Towarzysze! — wskazywali partjom meskinów miejsca ich działalności na dzień bieżący, aby nikomu z kasty nie działa się niesprawiedliwość.
Po porannej modlitwie wszystkie placówki już są zajęte przez żebraków i wierni dają jałmużnę codzienną w postaci pokarmu, lub pieniędzy. O tej godzinie wszędzie rozlegają się dziękczynne słowa żebraków:
— Nharek mebruk![21] Allah Bezzak[22] zapłaci ci za mnie!
— Allah iaunek![23]
— Allah ihhafdhek![24]
A bogobojni muzułmanie, oddawszy żebrakom wczorajsze kuskus lub kilka placków, odpowiadają:
— Emczi bes-slama![25]
Żebraków używają nieraz jako tragarzy, posłańców, załatwiających nieraz najbardziej delikatne sprawy, a nawet jako szpiegów i agitatorów. Nieraz pomiędzy jakimś zupełnie niedostępnym haremem, a bogatym i pięknym kupcem, odbywa się za pośrednictwem żebraków korespondencja, która może się zakończyć albo ucieczką kobiety z haremu męża i władcy, albo jej śmiercią, albo krwawą zemstą zdradzonego męża nad pomysłowym współzawodnikiem.
Pewien dawny mieszkaniec Fezu — izraelita z dzielnicy Mellah, opowiadał mi, że 17. kwietnia 1912 r., gdy już został podpisany akt o protektoracie Francji nad Marokiem, ulicami Fezu zaczęły przebiegać tłumy żebraków. Wchodziły do niektórych domów, oddawały jakieś listy i wychodziły z ciężkiemi tłomokami, niosąc je do ubogich domków nędzarzy, na zgiełkliwe natłoczone „suk“, „fonduków“[26] i karawan-serajów. Inni „meskini“ biegali od koszar wojsk sułtańskich do meczetów, medersa i domów starszyzny fezańskiej, niezadowolonej z uległości sułtana wobec „niewiernych“, szeptali coś, naradzali się i biegli dalej tajemniczy i groźni. Rzadko tylko rozlegały się pojedyńcze słowa:
— Dżihad, — Medżahedin! Święta wojna, Wojownicy za wiarę!
I nagle buchnął strzał, a usłyszano go wszędzie, we wszystkich zakątkach oczekującego i wzburzonego Fezu el Bali. Niby echo rozległo się jeszcze kilka wystrzałów, a później salwa od strony koszar, gdzie napadło na Francuzów zbuntowane przeciwko sułtanowi wojsko berberyjskie. Trzy dni trwała walka w labiryncie wąskich uliczek, w pajęczynie zaułków starego Fezu, gwizdały i szczękały kule i gruchnęło kilka pocisków armatnich, roznosząc śmierć i ogień nienawiści. Białe postacie wrywały się do domów Europejczyków i mordowały ich bez litości, strzelano z długich karabinów arabskich do francuskich patroli.
Na czwarty dzień dopiero żebracy od rana siedzieli na swych dawnych placówkach, roiły się, jak zwykle, suk, kissaria[27] i fonduki, nabożni szli do meczetów, muezzini wołali na modlitwę, „tolba“ słuchali ulema. Wszystko ucichło, niby nie pamiętając o wczorajszym krwawym dniu, widząc wszędzie tkwiące, baczne na wszystko patrole francuskie i wytoczone na wzgórza armaty. Tylko szeptem opowiadano sobie, że 68-miu niewiernych zgładzono z tego świata, że uszkodzono mury tej lub innej świątyni, że trzystu wiernych „mumenów“ poszło do raju, gdzie za wierność przepisom „Świętej Księgi“[28] wyszedł na ich spotkanie sam Prorok Mahomet, opiekun i obrońca Islamu.
W ciemnych jaskiniach żebracy fabrykują kaleki, niemowy, ślepców, głuchych, a nawet warjatów, ale nie zupełnie warjatów, bo tacy dostają się zwykle na łańcuch do przytułku, lecz pół-idjotów, o minach kretynów, głupim śmiechu i jeszcze głupszych ruchach. Tu w tych jaskiniach po pracowitym dniu żebracy wyprostowują swoje „sparaliżowane“ członki, wyjmują z uszu korki z suchych włókien agawy, zwilżonych żywicą, zmywają bielma z oczu, oswobadzają język od ściągającej go prawie niedostrzegalnej nitki, wyrwanej ze ścięgna baraniej nogi, a czyniącej żebraka niemową.
Tu uczą procederu, specjalności żebraczej, a nauka rozpada się na teoretyczną, zbliżoną do teologji, i na praktyczną, składającą się z wystudjowania zmiany głosu i użycia pewnych ruchów, zależnych od charakteru kalectwa; tu meskini z bandy jednego typu czynią podział zarobku i opowiadają o wypadkach dnia, plotkach i spostrzeżeniach, przeplatając je śmiechem, żartami, dykteryjkami i dowcipami wprost wisielczemi, wyśmiewając siebie samych, bogobojnych dobroczyńców, nabranych na kawał przechodniów lub przyjezdnych z dalekich miast ludzi, cudzoziemców, wszystkie cnoty ludzkie i wszystkie wady i grzechy.
W okolicach Fezu widziałem małe jaskinie, raczej szczeliny, nory, wyryte w ziemi, zasłonięte dziurawym burnusem, szarą płachtą płócienną lub matą słomianą; Hafid, towarzyszący mi, objaśnił, że to są lokale małżeńskie, gdzie się mieszczą żebracze pary, skojarzone wspólnością losu i obliczone na weselsze życie i lepsze interesa. Żebracy żenią się tylko pomiędzy sobą i, zdaje się, istnieje nawet pewien antagonizm dzielnicowy, zapewne ze względów bezpośredniej konkurencji wypływający. Szczepowych zaś przesądów wcale zauważyć się nie daje.
Obok arystokracji żebraczej, władającej znaczną wiedzą teologiczną, cieszy się wielkiem poszanowaniem ten odłam kasty meskinów, który uprawia czarnoksięstwo, magję i znachorstwo. Należy jednak zauważyć, że czarnoksięstwo żebraków stanowi „biała magja,“ osnuta na magicznem znaczeniu i zestawieniu imion Allaha i nigdy nie posługująca się złemi potęgami. Mężczyźni-meskini są przeważnie „sahir“, czyli czarownikami, fabrykującymi talizmany od chorób i „złego oka“, kobiety zaś są — „kahina“, co znaczy — wyrocznia. Te ostatnie są szczególnie liczne i, jak wskazuje niemiecki etnograf Sprenger,[29] zawód ten od niepamiętnych czasów był uprawiany przez kobiety arabskie i berberyjskie. Żebracza brać należy zawsze do pewnego bractwa religijnego i jest ośrodkiem najbardziej ortodoksyjnego Islamu. To może się wydać dziwnem, lecz związek naturalny, etniczny pomiędzy nauką Proroka, a pozostałościami pierwotnych kultów jest bardzo mocny i głęboko przenika całe życie muzułman. Zresztą, czyż nie widzimy tegoż w Europie?

Naprzykład, w Rosji, gdzie pierwotne kulty, zabobony i czary nigdy nie przeszkadzały praktykom kościelnym wyznawców wschodniego chrześcijaństwa, lub w katolickiej Hiszpanji, gdzie żyją jeszcze magiczne formuły i obyczaje Maurów i gdzie przedstawicielki magji afrykańskiej — cyganki-hitany pozostają jednocześnie najbardziej gorliwemi i żarliwemi córami kościoła; obierają nawet dla całego szczepu „świętego“ — doradcę i kierownika z pośród najbardziej poważanych księży katolickich.
FEZ. SKARBONA W ŚCIANIE MECZETU MULEJ IDRISSA
Znałem też w Pekinie Chińczyków-chrześcijan, gorących, wprost namiętnych adeptów kościoła katolickiego, a jednocześnie podczas świąt Nowego Roku modlących się do smoka, tego tradycyjnego patrona Chin.

Śród czarowników-meskinów spotyka się nieraz tak zwanych „arraf“. Są to ludzie obdarzeni zdolnością jasnowidzenia, co się bardzo ceni śród poszukiwaczy skarbów. Arraf nie tylko wskazuje miejsce, gdzie został ukryty skarb, lecz daje też zwykle amulety, broniące od potworów i demonów, strzegących tego miejsca.
Gdy pewnego razu siedzieliśmy z Hafidem u handlarza pięknemi skórzanemi okładkami do książek, ten, dowiedziawszy się, że jestem pisarzem i że interesuje mnie życie „fasi“[30], opowiedział mi o wypadku, zaszłym niedawno.
— Około kubby Moulej Idrissa, sidi[31] odrazu pozna śród meskinów — grubego Taleb er Khab’a, tego — z kozią brodą i czerwonem okiem. Allah dał mu siłę arraf’a, i nieraz się nią posługiwał Er Khab, otrzymując za to pieniądze i bogate upominki. Jednak przed kilku laty nagle posmutniał zawsze wesoły i uśmiechnięty meskin, zaczął się zamykać i coraz częściej pozostawał na swoim barłogu, nie wychodząc na robotę. Wreszcie znikł z Fezu. Towarzysze jego, którzy przychodzą do mego domu po jałmużnę, opowiedzieli mi, że Er Khab, zrobiwszy kilka amuletów, wyszedł z jaskini i więcej nie powrócił. Narazie myśleli, że poszedł gdzieś daleko za miasto, aby oddać talizmany któremuś z klientów, i że niebawem się zjawi. Arraf jednak przepadł bez śladu na tak długo, że na jego miejsce przyjęto do bandy innego meskina, który się sumiennie wkupił. Gdy banda pewnego dnia szła na swoje placówki około wielkiego meczetu, ujrzano starego Taleba, już siedzącego na swojem zwykłem miejscu. Był jak dawniej uśmiechnięty i wesoły, tylko jedno oko miał dziwnie duże i czerwone.
— Posypały się pytania, okrzyki podziwu, przerażenia i klaskanie w dłonie. Było się czemu dziwić, sidi, gdyż meskin opowiadał o przygodzie niepowszedniej.
— Przychodził do mnie, drodzy towarzysze, — mówił Taleb, — ten wysoki, hojny „tunsi“[32]. Zamówił dla siebie parę talizmanów, dał dużą zaliczkę i powiedział, że, jeżeli w oznaczony dzień nie przyjdzie, to muszę mu dostawić talizmany do Mogadoru. Zmusił mnie nadto do przysięgi, że nikomu o tem ani pisnę. Nie przyjechał, więc sam pojechałem z talizmanem do Mogadoru. Pierwszym człowiekiem, którego spotkałem na wjeździe do miasta, był „tunsi“, widocznie, czekał na mnie! Zaprowadził mnie do dobrego karawan-seraju i tu zamieszkaliśmy. Tunsi opowiedział mi, że odnalazł skarb, — żelazną skrzynię i parę glinianych dzbanków, pełnych złotych monet, ale sam boi się wydostać go z lochu starego domu portugalskiego, gdyż widział tam straszne potwory. „Pójdziemy razem — zaproponował mi tunsi, — co zdobędziemy, to podzielimy na równe części!“ Zgodziłem się i poszedłem. Istotnie wykopaliśmy żelazną szkatułę i dwa małe dzbany ze starem portugalskiem srebrem, złożyliśmy wszystko w dwa wory i wyszliśmy z podziemi szczęśliwie, nikogo tam, oprócz nietoperzy, nie spotkawszy. Przenieśliśmy nasz skarb do zajazdu, gdy nagle w nocy zwaliła się na nas jakaś banda nicponiów, zbiła nas niemiłosiernie, myślę nawet, że zamordowała wtedy mego „tunsi“, niech Allah będzie dla niego pełen dobroci! i zaczęła szperać po kątach, szukając naszej zdobyczy. Widząc, że są zajęci poszukiwaniem, wymknąłem się z izby, włożyłem swój płaszcz i zawój żebraczy i nieznacznie powróciłem, szperając z innymi po całym zajeździe. Byłem pewny, że mnie nie poznają i widząc, że nie zwracają na mnie żadnej uwagi, porwałem niepostrzeżenie z kryjówki swój worek, wypadłem z domu i, kupiwszy sobie dobrego konia, ruszyłem drogą, prowadzącą przez Sale do Fezu. Za Rabatem jednak koń mój zaczął kuleć i zmuszony byłem zatrzymać się przy drodze, aby dać wierzchowcowi wypoczynek. Wkrótce przejechał jakiś jeździec i opowiedział mi, że jacyś ludzie pędzą tą drogą, goniąc rabusia, uwożącego worek złota. „Źle!“ pomyślałem wtedy. Gdy nieznajomy odjechał, zakopałem swój skarb w ziemi, tuż pod wschodnią ścianą małej opuszczonej „zauji“[33], stojącej na zboczu góry; sam zaś poszedłem do pobliskiej wioski i zacząłem bardzo drżącym i brzydkim głosem śpiewać wersety ze Świętej Księgi. Zwykle, jak wiecie, śpiewam bardzo ładnie, tak ładnie, że nawet kobiety z haremów czasem wyglądają z okien i śmieją się dźwięcznie. Tam zaś, w tej wiosce, z pewnością ze strachu śpiewałem wyjątkowo brzydko, samemu mi się wydawało chwilami, że to śpiewa muł! Byłem nawet zły na siebie... Lecz zato pogoń nie znalazła mnie i nie pobiła. Po paru dniach poszedłem po zachodzie słońca do zauji i, nie wziąwszy ze sobą amuletu, bo wszystkie oddałem Tunsi, zacząłem wykopywać swój skarb. Gdy worek się ukazał, chciałem go wyciągnąć, lecz w tej chwili buchnął płomień, opalił mi oko, oślepił i gdy później oprzytomniałem, — na dnie dołu nic nie znalazłem oprócz kupki węgla. Widocznie do worka dostał się jakiś „afrit“[34] i porwał mi mój skarb, gdyż nie powiedziałem formuły „Bismi“ — w imię Allaha miłosiernego!
Handlarz skończył opowiadanie i dodał, śmiejąc się głośno.
— Taleb powrócił do swojej bandy i dalej żebrze, ale każdy frazes zaczyna teraz od „Bismi“, z powodu czego wszyscy nazywają go teraz „Bismi“, stary Bismi, czerwonooki Bismi!
Trzeci stopień szanowanych meskinów stanowią znachorzy, czyli „hakim“, ale ci kryją się ze swoją praktyką, gdyż władze francuskie prześladują tę profesję, jako niebezpieczną dla ludności, szczególnie w okresach panujących epidemij. Wobec tego hakim coraz częściej przerzucają się na inną pokrewną profesję, stają się czarownikami lub wróżbiarzami.
Na bazarze próżno szukaliśmy zaklinaczy wężów. Tego dnia nie przybyli do Fezu. Zato widzieliśmy dziwne widowisko. Kilku grajków na bębenkach i flecie, siedziało na ziemi, grało i od czasu do czasu wykrzykiwało jakieś słowa, po których stary, łysy, siwobrody człowiek zaczynał pląsy, kołysząc się w biodrach i robiąc kilka taktów tańca brzucha, przy wybuchach śmiechu widzów. Imitował dość udatnie ruchy i plastyczne pozy otyłych tancerek algierskich, dodając do tego szereg komicznych uwag i gestów, niezawsze, jak objaśnił Hafid, skromnych i przyzwoitych. Lecz widowisko podobało się publiczności i „artysta“ zarobił kilka monet i spory kawał cukru.
Tuż w pobliżu bazaru zwiedziliśmy cmentarz Bab Maruk z wielką kubbą z prochami Sidi Bu Beker el Arabi, a trochę dalej pod samotną palmą — grobowiec Abd Er Rahman El Filali. Było to porzucone już cmentarzysko, z potrzaskanemi płytami i kamieniami mogilnemi, z porozrzucanemi odłamkami kości i czaszek ludzkich, z zaroślami fig berberyjskich, aloesów, koszlawych tui i anemicznych tamaryndów. Wałęsały się tu zgraje głodnych psów i śmigały jaszczurki. Ale w cieniu kaktusów bliżej drogi, siedziały szczelnie owinięte w nowe białe burnusy i „ltam“[35] kobiety z okolicznych „bled“[36]. Sprzedawały małe chusteczki i szaliki, misternie haftowane różnobarwnym jedwabiem.
Gdy chciałem sfotografować je zbliska, gwałtownie odwróciły się od mego aparatu na 180 stopni wystawiając te części ciała, których pokazywać wcale nie radził mądry znawca kobiet — święty Abu Medyan z Tlemsenu. Zmuszony byłem odejść i z drugiej strony drogi sfotografować już zdaleka te miłe, lecz nieszczególnie dobrze wychowane, aczkolwiek śmiałe damy, które nie pozwoliły na sfotografowanie swych wdzięków.


Przypisy

  1. Hindus, mieszkaniec Indji.
  2. Potomek Mahometa.
  3. Uczeni.
  4. Twórca.
  5. Przedwieczny.
  6. Chrystus.
  7. Chrześcijanin.
  8. Brama Afryki.
  9. Pielgrzym, powracający z Mekki.
  10. Rechid, prawowierny, ortodoksalny muzułmanin.
  11. Nie masz Boga nad Boga Allaha i jego proroka Mahomeda, Proroka przedwiecznego Allaha.
  12. Szkoła teologiczna.
  13. Pragnienie! Zimna woda!
  14. Rzeka.
  15. Uliczka, czy placyk, gdzie wyrabiają i sprzedają towary jednego gatunku.
  16. Wielbłąd.
  17. Kaktus — figa berberyjska.
  18. Nazarejczycy.
  19. Potomek Mahomeda.
  20. Szkoła koraniczna (niższa).
  21. Szczęśliwego dnia.
  22. Opiekun.
  23. Niech Bóg ci dopomoże.
  24. Niech Bóg ma w opiece.
  25. Zostańcie w spokoju.
  26. Składy towarowe i zajazdy dla przewodników karawan.
  27. Bazar.
  28. Koran.
  29. Das Leben und die Lehre des Mohammed.
  30. Mieszkańcy Fezu.
  31. Pan.
  32. Tunsi, albo Tounsi — mieszkaniec Tunisu.
  33. Kaplica.
  34. Demon.
  35. Zasłona na twarzy.
  36. Wieś.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.