Płomienna północ/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KAZABLANKA
ROZDZIAŁ XXIV.
KU ŚNIEŻNYM SZCZYTOM.

Pożegnaliśmy naszych przyjaciół, panów Urbain Blanc i A. Leroy, a także sympatyczną rodzinę obywatela polskiego, p. Zeidnera, znanego tu dentysty-lekarza, i ruszyliśmy na południe. Zatrzymaliśmy się na krótko w Kazablance, która nie jest dla podróżnika interesującą. Francuskie miasto i port, które już pochłaniają starą dzielnicę tubylczą, posiada ludność dziwacznie mieszaną. Wszystkie europejskie narody mają tu swych licznych przedstawicieli: Amerykanie, Hindusi, Persowie, cała ta zbieranina zupełnie prawie zasłoniła sobą berberyjską, arabską i żydowską ludność. Port, jak każdy port, przywabił tu przeróżne warstwy społeczeństwa, różne charaktery i indywidualności. Sporo jest tu „szumowin Europy“, ale są też dość ruchliwe jednostki, co prawda nieraz mało moralne i towarzysko niezupełnie możliwe. Z tego powodu podobno rząd francuski miał pewne zastrzeżenia i pretensje do władz Protektoratu, lecz marszałek Lyautey, jak mi opowiadano, bardzo słusznie zauważył, że „nie można kolonizować kraju wyłącznie zapomocą niewinnych dziewic“...
Obok Kazablanki kolonizacja istotnie rozwinęła się szybko i energicznie, a miasto posiada znaczny przemysł i handel.
Spotkaliśmy tu przyjaciela — redaktora „La Presse Marocaine“, p. Jean Renaud, który jako oficer francuski spędził całą wojnę bolszewicką w Polsce i wydał bardzo interesującą książkę „Les loups dans les steppes“.
Zabawiliśmy więc tylko dwa dni i wyjechaliśmy do Marrakeszu, stolicy berberyjskiej, do „Paryża Mahrebu.“
Żyzną i energicznie uprawioną okolicą dotarliśmy do rzeki Urn Er-Rebia. Pola, pastwiska, duże osady, jak Ber-Reszid, Settat, Ben Abbu nagle — znikają. Otacza nas kamienista, miejscami zupełnie naga, martwa pustynia, gdzie spotkać tylko można kroczące karawany wielbłądów, autobusy, tor kolejki wojskowej, jaszczurki i skorpjony. Ten nużący swoją jednostajnością krajobraz ciągnie się aż do grzbietu Dżebillet, gdzie natrafiamy na małą osadę berberyjską z kubbą koło niej, kilku drzewami i strumykiem, przy którym wypoczywało stadko owiec pod dozorem pastuchów i psów. Wijącą się drogą przecinamy ten grzbiet, wjeżdżamy w wąską rozpadlinę i nagle widzimy przed sobą Marrakesz. Właściwie nie samo miasto, lecz oazę, otaczającą je ze wszystkich stron, oprócz południa, gdzie stara stolica berberyjska styka się z pustynią, dochodzącą aż do przedgórzy Atlasu.
Przed nami na olbrzymiej przestrzeni stoi las, ciemno-zielony las palm daktylowych. Gdzieniegdzie bieleją w oddali, szczególnie koło oderwanej od macierzystego grzbietu góry Gheliz, jakieś białe budynki.
Marrakeszu — rodzinnego miasta Almohadów, rynku dla całego Marokka i środkowej Afryki, nie widać stąd, tylko gdzieś daleko za połyskującą wstęgą rzeki Tensift, jak „igła Kleopatry“ wcina się w ciemno-szafirowe niebo wieża. To Kutubia, minaret przy meczecie, zbudowanym przez Jakóba El Mansura, a projektowanym przez twórcę Giraldy w Sewilli i tragicznej baszty Hassana w Rabacie.
Droga wybiega do oazy. Na prawo i na lewo od niej wysokie, zgrabne konary, uwieńczone koronami pierzastych liści i kiściami czerwonych lub złocisto-żółtych owoców. Są to palmy daktylowe, Phoenix dactylifera. Całą oazę podzielono ubitemi z ziemi murami na kwadraty prywatnych posiadłości, wszędzie znaleźć można sadzawki i potoki z mknącą wodą. Ludzie, stada owiec i wielbłądy ożywiają ten krajobraz. Wyczuwa się jakiś spokój, dobrobyt i gościnność. Zbyt malowniczo dokoła, tak dużo szmeru wody, śpiewu ptaków, ciepłych przewiewów, łagodnego cienia, tak pogodne jest i jasne niebo, że niema tu miejsca na nienawiść i spory! Odrazu uczucie radości ogarnęło nas, i zapomnieliśmy o kurzu i znużeniu, gdyż w niespełna trzy godziny machnęliśmy 235 kilometrów. Wjeżdżamy do dzielnicy Gheliz, gdzie osiedlili się Francuzi, chociaż pozostało tu dużo ukrytych za murami i śród palm domów bogatych Arabów i Berberów. „Hotel Baszy“!... Tu właśnie stajemy. Naokoło drzewa eukaliptusowe, a przed nami znowu las palmowy, przecięty szeroką, doskonale brukowaną ulicą, zakończoną ścianą palm i kształtną sylwetką minaretu Kutubia.
Czekaliśmy na wanny, gdy nagle wbiegł dyrektor hotelu i z krzykiem:
— Niech państwo idą prędzej, prędzej! — znikł.
Wybiegłem za nim. Wprowadził mnie do pokoju, z oknami, wychodzącemi na południe.
— Proszę patrzeć! W tym czasie nigdy się to nie zdarza!
Nad koronami palm, o jakie 50—60 kilometrów od Marrakeszu zaczynają się podnosić, piętrząc się coraz wyżej i groźniej, grzbiety Wysokiego Atlasu. We wrześniu i w październiku najwyższe szczyty pozostają jeszcze pokryte białemi obłokami. Widać zwykle tylko szafirową ścianę gór. Teraz zaś nad tą ścianą połyskiwały lśniące śniegiem i lodowcami najwyższe szczyty. Szybko zaczęły one zmieniać kolor, bo w zachodzącem słońcu powlokły się różową patyną, narazie jeszcze skrzącą się, lecz po chwili zgasłą i matową, a następnie wszystko znikło za opadającą zasłoną gęstych obłoków. Zjawisko trwało zaledwie kilka minut, lecz było wspaniałe i piękne. Znowu się przekonałem, że szczęście towarzyszy mi w podróżach, bo te szczyty śnieżne i dziewicze były dobrą wróżbą dla mnie, wciąż jeszcze gorączkującego i pokaszlującego dość żałośnie.
Lecz tu, w Marrakeszu, nikt nie potrafi chorować! Czułem to wyraźnie, gdy wdychałem pomimo upału czyste, świeże powietrze, w którem się rozpuszczały strugi niewidzialne, zalatujące od śnieżnych grzbietów.
W Rabacie byłem tak słaby, że gdy p. Urbain Blanc, porywczo, z ogniem opowiadając mi o Marokku, brał mnie za guzik mojej kurtki i zlekka pociągał ku sobie, chwiałem się na nogach, a teraz tu, już po godzinie pobytu, czułem się silny i zdolny do przejścia przez lodowce Atlasu.
Wszyscy chorzy na ciele i duchu, wszyscy powinni jechać do Marrakeszu! Tam, w cieniu palm, w pięknych parkach, w zaciszu panteonu szerifów Saadien, w obliczu wyniosłej Kutubia lub przy grobowcu Jussef Ben Taszfin’a, przy ożywczych fontannach z wodą, mknącą ze śnieżnych pól Atlasu, odlecą od nich choroby i troski. Zostanie, być może, smętek, obłok tęsknoty, lecz to takie lekkie, powiewne, jak miraż w pustyni, jak szmer padającej strugi wody w fontannie Siddi Hassan...
Dlatego mają tu swe domy, wille i pałace sam Sułtan, „wielcy kaidowie“ gór, baszowie, imamy, bogaci kupcy z Fezu, Meknesu i Rabatu, a wcale nie dlatego, że Marrakesz jest „Paryżem Marokka“, gdzie w pewnych okresach samych tancerek i śpiewaczek wiotkich, pięknych i namiętnych — liczą na tysiące. Nazajutrz od rana byliśmy już z Zochną na mieście. Mieliśmy od ministra p. Blanc list, polecający nas jednemu z wybitnych urzędników administracji francuskiej, lecz przedtem, chcieliśmy przebiec przez miasto, aby się trochę zorjentować i zyskać ogólne wrażenie.
Nic nadzwyczajnego naraz nie widzieliśmy, oprócz pięknej baszty Kutubia i meczetu przy niej. Meczet — ogromny, imponujący gmach, po części jest już skazany na ruinę. Meczet trwa w dobrym stanie. Przez całą swą wysokość, dosięgającą 67½, metrów, Kutubia zbudowana jest z ciosanych kamieni, ozdobiona emalją, barwą swoją przypominającą najdroższe turkusy perskie. Posiada siedem pięter, a prawie każde ma własne, nigdzie nie powtarzające się detale architektoniczne: mozaikę, kopułę, kolumny, piramidalne dachy, stalaktyty. Na szczycie minaretu połyskują trzy złote kule, odlane z klejnotów, ofiarowanych przez żonę sułtana El-Mansura. Cała plejada duchów broni tych kul, a każdego, ktoby się odważył sięgnąć po nie, oczekuje klęska.
O jakie 300 kroków od Kutubia stanęliśmy przed „kubbą“ o dziwnej architekturze. Jest to miejsce, otoczone czterema murami, lecz bez zwykłej kopuły. Nad grobowcem zwisają gałęzie jedynego drzewa. Przy murze w cieniu siedział dobrze ubrany tubylec. Mówił po francusku. Dowiedzieliśmy się, że staliśmy przed grobowcem założyciela dynastji Almorawidów — sułtana ben Taszfin, który zjawił się na początku XI-go wieku, jak burza, jak płomień niszczący, wynurzywszy się z rodzimych oaz Sahary poto, aby podbić plemiona górskie, zbudować Marrakesz, utwierdzić tu wiarę w Allaha i przekazać swym potomkom dalszy podbój, który ich poprowadził aż na tron Andaluzji.
— Dlaczego grobowiec nie posiada kopuły lub dachu? — zapytałem.
— Cień sułtana wychodzi z grobu i odlatuje — każdej nocy na północ i wschód, strzegąc granic dawnego Mahrebu! — odpowiedział Arab. — Gdy była zbudowana pierwsza kopuła, cień zburzył ją tej samej nocy, a później robił to kilka razy. Teraz nikt się nie odważa tamować cieniowi drogi, bo to grozi wielkiem nieszczęściem!...
Wnętrze miasta przedstawia wszystko to, co już znamy w Marokku. Handlowe „suk“ są przepełnione towarami różnych gatunków. Jedyną osobliwością tych „suk“ są wyroby ze skóry haftowanej srebrem, złotem i jedwabiem, oraz broń. Tu, śród szabli i kindżałów można jeszcze znaleźć okazy stare i rzadkie. Właśnie nabyłem dwa takie. Jeden tak zwany „khenżer“, krzywy nóż plemienia Suss w pochwie z cyzelowanej miedzi, drugi — „szula“, broń szczepu Szleu, o prostej, wąskiej klindze w pochwie z miedzi, ozdobionej pośrodku kawałkiem aksamitu. Przyglądaliśmy się biżuterji berberyjskiej, a najbardziej charakterystyczne okazy Zochna nabyła dla siebie. We wszystkich tych klejnotach, jak djademach, bransoletach na ręce i nogi, kolczykach oraz w dużych ozdobach, noszonych na piersi na łańcuszkach, widać niezawodnie wpływy bizantyńskie i perskie. Zdobią je bursztyn, emalja i kabuszony z barwnych kamieni lub szkła. Dzikie to i barbarzyńskie klejnoty! Szczególnie zainteresowały nas srebrne bransolety z kolcami na zewnątrz, zupełnie takie, jakie noszą kobiety Afryki Środkowej. Być może, że Almorawidzi, po zdobyciu Tombuktu i Senegalu, przywieźli tę modę z nad brzegów Senegalu i Nigru.
Kilka meczetów, ogrody, otoczone murami, potężne, z różowej ziemi ubite mury i tunele bram w nich, Medina i Mellah, — są takie, jak wszędzie, jeżeli wyłączymy Fez; wszystko to już znane i widziane kilka razy. Przebiegaliśmy to obojętnie. Dłużej zatrzymaliśmy się w pałacu Bahia. Jest to bez planu zbudowany gmach, podług mody andaluzyjskiej, zbiorowisko przepysznych, wspaniałych sal, patio, wewnętrznych ogrodów, basenów, fontann i pięknego parku. Wszędzie rzucają się w oczy mozaika, marmury, malowany i rzeźbiony cedr. Coś ponurego wyczuwa się w mroku tego pałacu. I rzeczywiście, tu w ciągu kilku dni spoczywało ciało sułtana Mulej El-Hassana i „rządziło Mahrebem“, ponieważ wezyr-negr ukrywał wieść o jego zgonie, czekając na przyjazd prawowitego następcy — Abd-el-Aziza. Teraz mieszczą się tu oficjalne apartamenty marszałka Lyautey, gdy zjeżdża do tego miasta.
Wąskiemi uliczkami wyszliśmy na zatłoczony plac, na którym stał urząd municypalny. Od chwili, gdyśmy wręczyli tu list p. Blanc, mieliśmy cudownego przewodnika — p. Delarue, jednego z wyższych urzędników, bardzo inteligentnego, wesołego i posiadającego język arabski. Kochał ten kraj, jego ludzi, ich obyczaje i zewnętrzne formy ich życia. Znał tu wszystko i wszystkich, cieszył się wielką przyjaźnią tubylców i czuł się śród nich doskonale. Pan Delarue przedstawiał najbardziej pożądany typ urzędnika w kolonjach.
Nasz nowy przyjaciel zaczął od tego, że zaprowadził nas na szczyt pałacu, gdzie się mieściła jego instytucja i pokazał nam cały Marrakesz odrazu. Morze płaskich dachów i tarasów, z tłumami kobiet na nich, korony drzew, podnoszących się z ogrodów gmachów Bahia, minarety, place, ściana lasu palmowego i wreszcie od południa, podobny do grzbietu olbrzyma-węża, mur Wysokiego Atlasu — wszystko to było przed nami. Znacznie bliżej, bo tuż u naszych stóp, przed budynkiem urzędu municypalnego, leżał plac Dżema el Fna. Otoczony ze wszystkich stron straganami tubylców i francuskiemi budynkami, plac przedstawiał barwne i podniecające widowisko. Tłumy białych postaci Berberów i Berberek, ciemno-granatowe burnusy koczowników z Sahary; osły, dźwigające na grzbietach kosze, pełne kolorowych pomidorów, różowych winogron, fioletowych fig, żółtych cytryn, czerwonych pomarańcz i granatów; jeźdźcy w zawojach, z trudem wstrzymujący gorące rumaki, czarni niewolnicy; wielbłądy — to zbiorowisko ludzi i zwierząt, ta wichura barw i odcieni — przykuwały do Dżema el Fna nasz wzrok i uwagę. Przed południem odbywa się tu targ, bo jest to główny rynek-bazar, gdzie przybywają z gór Berberowie ze swemi produktami i zwierzętami. Po południu jest tu... klub, publiczne miejsce rozrywek, najbardziej uczęszczana część miasta dla przechadzek.
Po południu tłum nie jest mniejszy, ale już nie widać tego ciągłego przelewania się potoków ludzkich w różnych kierunkach. Tłum staje się mniej ruchliwy, bo rozbija się na wielkie grupy, które kołem otaczają jakichś ludzi; nieraz godzinami się nie rozchodzą, patrząc i słuchając. W te godziny przybywają na plac śpiewacy, muzykanci, akrobaci, poskramiacze wężów, znachorzy, wróżbiarze i jeden Allah wie, kogo tu niema!
Poważni bardowie i religijni poeci, znawcy i twórcy „madih“, czyli poezyj, wysławiający Proroka, tylko zrzadka tu zaglądają. Mają inny teren, siedzą bowiem w cieniu drzew na placyku w pobliżu meczetu Kutubia. Opowiadano mi z róźnych stron, że w Marrakeszu nie odczuwa się żadnej politycznej agitacji. Tu może więcej, niż w innych miejscach Marokka, życie tubylców płynie swoim własnym prądem, wcale się nie łącząc z życiem francuskiej administracji. Nie wiem, czy można to brać całkiem dosłownie, jednak stwierdzam, że tu się wyczuwa przyjacielskie współżycie Berberów i Arabów z Europejczykami i nie widać tych podejrzliwych i wrogich spojrzeń, jakie dają się pochwycić w Taza, Fezie i nawet w Sale.
— A! — zawołał p. Delarue, zaglądając nadół. — Dziś mamy zaklinaczy wężów. Pokażę państwu coś zabawnego!
Zeszliśmy do biura i p. Delarue zawołał woźnego „czausz‘a“ i coś mu objaśnił.
Wkrótce „czausz“ powrócił i wprowadził do gabinetu p. Delarue wysokiego, chudego Berbera z dwoma długiemi koszykami, obwiązanemi płótnem. Ukłonił się, wypowiedział powitalny frazes i usiadł na podłodze w głębi pokoju. Zdjął płachtę z jednego kosza i, zakasawszy rękawy brudnego burnusa, zapuścił do kosza rękę. Po chwili wyjął grubego węża, długiego na metr i rzucił go na posadzkę; za tym wężem zjawiły się w ten sam sposób dwa inne. Węże, rzucone na zimną kamienną posadzkę, zaczynały kręcić płaskiemi głowami, otwierając szerokie paszcze, lecz Berber dotykał tych jadowitych pysków ręką, zlekka przyciskając je do ziemi, poczem gady pozostawały nieruchome.
Z drugiego kosza wyjął ciemnego, prawie czarnego węża, znacznie dłuższego. Ten dość szybko rzucił się naprzód, uniósł trochę głowę i zaczął już rozdymać szyję, lecz poskramiacz uspokoił go odrazu i zmusił do leżenia bez ruchu, niby czarny, gładko odpolerowany kij.
— Naja!... — szepnął Berber, oczami wskazując na węża.
„Naja Naja“, jeden z najstraszliwszych wężów, słynny „Aspis“, otoczony mistycznym lękiem Greków i Rzymian, jest pokrewny okularnikowi z dżungli indyjskich. Wąż ten, być może, jest jedynym okazem, który nie waha się atakować człowieka lub zwierzęcia. Zadana straszliwemi zębami rana jest śmiertelna. Gdy w czasie pochodu karawany Naja ugryzie któregoś z przewodników, inni zaczynają natychmiast kopać mogiłę i przygotowywać potrzebne dla pogrzebu przedmioty.
Z tym wężem jest związana pewna legenda; opowiadają ją górale Suss, a znalazła ona pewne potwierdzenie w Europie katolickiej. W górach Suss przebywał przed wiekami święty Sidi Bel Abbas, uznawany obecnie za patrona Marrakesz’u, a także za patrona kupców, posiadających karawany handlowe, i za patrona rolników i ślepych. Bel Abbas był jedynym człowiekiem, umiejącym leczyć od jadu „nai“. Wysysał ranę i nakładał jakieś zioła, żądając od chorego, aby wygłosił frazes pochwalny na cześć Allaha i proroka Aissa ben Miriam.[1] W Marrakeszu można oglądać kaplicę tego świętego, a niektórzy teologowie katoliccy widzą w nim Św. Augustyna.
Poskramiacz wyjął jeszcze jednego węża, długiego na metr, a nie grubszego od małego palca ręki dorosłego mężczyzny. Tego węża wcale nie można było ujarzmić, gdyż mignął jak strzała i z nadzwyczajną szybkością zaczął podróżować po całym pokoju, wśliznął się do stojącego pod biurkiem kosza z papierami, a później dostał się do otwartej szuflady szafy i tu się zarył w starych, zakurzonych szpargałach. Arabowie nazywają tego węża — Zeurig, zoologiczna jego nazwa Psammophis Sibilans. Tubylcy obawiają się tych wężów nie mniej niż jadowitej żmii i nai, chociaż Zeurig jest dla człowieka nieszkodliwy i przeraża tylko chyżością i drapieżną porywczością swoich ruchów. Jest to pantera śród wężów.
Przyjrzawszy się żmijom, mającym dość złowrogi i wstrętny wygląd, szczególnie zaś Wipera labetina, i zapłaciwszy ich właścicielowi za fatygę, pozwoliliśmy mu odejść, poczem z jednym z poddanych nam czausz’ów wyszliśmy na Dżema-el-Fna. Pan Delarue tymczasem miał zakończyć bieżącą robotę i później razem z nami jechać na oglądanie miejsc, zwykle niedostępnych dla podróżnika.
Plac przypominał w tej chwili miejsce pospolitych rozrywek ludowych. Białe burnusy w różnych jego miejscach tworzyły koła, otaczające artystów.
Najbliżej nas jeden z nich, mały, krępy człeczyna, o zupełnie łysej głowie i skośnych oczach, czyniących go podobnym do kałmuka, pokazywał sztukę dość ryzykowną. Trzymał w ręku okrągły kamień, gładził go i bez przerwy mówił coś, powodując wybuchy wesołego śmiechu. Nagle umilkł i w jednej chwili podrzucił kamień wysoko w powietrze, a gdy ten spadał, artysta podstawił swoją łysą głowę. Rozległo się głuche uderzenie i chrzęst łamanych kości lub rozpryskującego się kamienia. Okrzyk przerażenia wyrwał się kilku zawoalowanym kobietom, jakiś dzieciak przeraźliwie wrzasnął i zaczął płakać. Artysta zaś znowu coś mówił i głaskał swój kamień. Po chwili powtórzył swoją sztukę, ale my już uważniej przyglądaliśmy się artyście i wkrótce zrozumieliśmy jego machinację. Łysy żongler łapał spadający kamień rozwiniętemi mięśniami szyi, lecz robił to z taką szybkością, że wydawać się mogło, iż ciężar spada mu istotnie na czaszkę. Skąd jednak pochodził przerażający chrzęst, wywierający najsilniejsze wrażenie? Przeczekaliśmy jeszcze parę seansów i doszliśmy do przekonania, że artysta chrzęścił kamieniami, ukrytemi za pasem lub w spuszczonym z ramion burnusie. Gdy skończył przedstawienie i zebrał do koszyczka trochę monet, rzuconych przez widzów, z zupełną szczerością, nic nie ukrywając, roztarł zaczerwieniony kark i do małego woreczka wysypał kilka okrągłych kamyków. Ubierał się i wciąż gadał, śmiesząc widzów.
Wreszcie zrobił znak „salamu“ i wyrzekł frazes, który zmusił tłum do wybuchnięcia rykiem i klaskania w dłonie. Stojący obok „czausz“ przetłumaczył nam słowa żonglera, z trudem powstrzymując się od śmiechu:
— Mumeni[2], — rzekł, — gdy posłyszycie, że w medersa wakuje posada nauczyciela, powiedzcie uczonym, że znacie Ali, który też posiada twardą i mocną głowę!
W następnem kole czterech tancerzy ze szczepu Szleu w białych szatach, przepasanych czerwonemi pasami, i w turbanach tańczyli jakiś rytmiczny, powolny taniec, który przypomniał mi taniec, widziany w nocy w Fezie, a Zochnie pierwsze takty kaukazkiej „lezginki“.
Jakiś chłopak pokazywał sztuki z tresowanym psiakiem i małpką, a był zły, bo otaczały go tylko dzieci, tak lekko ubrane, że nie można było znaleźć na nich skrytki, gdzie mogłaby się zabłąkać najdrobniejsza choćby moneta. Chcąc jednak jako-tako okupić swoją elokwencję i sztukę zwierzątek, wyrwał z rąk jednego z gapiących się dzieciaków kawał cukru, odgryzł od niego trochę, resztę dał polizać małpie i psu, poczem zwrócił cukier płaczącemu właścicielowi; ten odrazu wpakował go sobie do ust i już uspokojony zamilkł.
Wkońcu Dżema-el-Fna otaczał tłum wędrownego lekarza-znachora. Znawcy kraju twierdzą, że śród Arabów i Berberów istnieją prawdziwi lekarze, lecz są już na wymarciu. Nauka medycyny w krajach muzułmańskich obecnie nie istnieje. Pozostały tylko tradycje. Większa część ich należy do magji, gdzie w dziedzinie leczenia tak samo, jak w czarach pomieszały się wszystkie przesądy ludów, z któremi stykali się Arabowie i Berberowie.
Arabska księga medyczna „Rahma“ jest dziełem zbiorowem, gdzie w nieładzie podane są recepty magiczne oraz lecznicze właściwości roślin i niektórych mineralnych źródeł i soli. Ta Rahma, gdy o niej czytałem, przypomniała mi imię Ramy, który, podług pojęć lamaitów centralno-azjatyckich, był magiem, lekarzem i władcą. Bardzo ciekawe jest zestawienie nazwy księgi Rahma ze słowem „Brahman“ z kultu wedyckiego. W Atharwa-Weda, która jest księgą zaklęć i formuł magicznych, słowo „Brahman“ oznacza modlitwę, zamówienie, zaklęcie. Bramin na dworach książąt pełnił obowiązki wieszcza, zaklinacza i lekarza[3]. Prawdopodobnie wojownicy muzułmańscy, walczący z buddyzmem, wywieźli z Indyj podstawy dla swej księgi Rahma. Muzułmański lekarz „Hakim“ zna magiczne formuły, właściwości roślin i posiada tajemnicze tradycje Platona, Arystotelesa, Hermesa-Trismegista i szkoły Aleksandryjskiej[4]. Do tego dołączyły się tradycje medyczne sławnych lekarzy arabskich Awenzoara, Awerroesa, Awicenn’y, Abulkazis’a i Razi. Gdy piśmienny człowiek, biegły w czytaniu Koranu, oddawał się studjom ksiąg magicznych lub medycznych, otrzymywał zwykle od medersa poświadczenie „idżaza“, że studjował księgę „Rahma“, co oznaczało, że był lekarzem. Dziedzicznym lekarzem jest każdy „szerif“, czyli potomek Mahometa. Teraz w Marokku podobno trudno znaleźć prawdziwego „hakim“, przechowującego wiedzę słynnych arabskich medyków; lekarzami, a właściwie znachorami są cyrulicy, kowale i szarlatani wszelkiego rodzaju. Władze francuskie rozpoczęły walkę ze znachorstwem; kryje się więc ono obecnie w pustyni lub w górach niedostępnych. Istnieją jednak bardzo słynni znachorzy, a do nich, jak mi opowiadano w Berguent, odbywają chorzy długie i uciążliwe pielgrzymki.

MECZET KUTUBIA

Znachor, stojący przed nami, był tak jawnym szarlatanem, że nawet się nie zmieszał, gdy podeszliśmy do niego w towarzystwie urzędowego czausz’a. Zwrócił do nas bezczelną twarz i przymrużył oko, jak gdyby mówiąc:
— Moje leki nie pomogą, ale też nie zaszkodzą, — nie przeszkadzajcie mi więc w ogłupianiu biedaków! Muszę przecież żyć!...
Właśnie odbywała się kuracja. Jakaś żałosna postać niewieścia, owinięta w niemożliwie brudny łachman, stała przed hakim’em. Twarz miała odsłoniętą. Zielono-szara cera, zgasłe, męczeńskie oczy, prawie czarne wargi i głuchy kaszel świadczyły o ciężkiej chorobie pacjentki. Stała nieruchomo, pokornie, z zamarłą twarzą i oczami wlepionemi w kwadrat, nakreślony na ziemi. „Lekarz“ trzymał w ręku butelkę z wodą z cudownego źródła, jak mówił, a prawdopodobnie zaczerpniętą z pobliskiej studni; mówił coś, nie przestając ani na chwilę, wykrzykiwał niezrozumiałe słowa, miotał się, zaczynał się modlić i raz po raz butelką dotykał piersi i głowy oraz żołądka chorej. Wreszcie kazał jej się napić tej wody, wziął od niej jakąś monetę, zarzucił jej brudny haik na twarz i zlekka popchnął w stronę tłumu. Kobieta odeszła sztywna, obojętna i milcząca. Na jej miejscu zjawił się inny, cierpiący osobnik.
Czausz, śmiejąc się, rzekł do nas:
— Lud lubi leczyć się u hakim’ów, chociaż w Marrakeszu istnieje w parku Mamunia, ogromny francuski szpital dla tubylców. Ciemnota!
— A czausz nie jest z tych okolic? — zapytałem.
— O nie, panie! — zawołał z dumą. — Jestem Arabem z Algieru.
Tak, nie był on istotnie Berberem, pogardzał nimi, bo gdy szedł w tłumie, dość bezceremonjalnie rozpychał i potrącał ludzi, a ci cofali się, widząc jego niebieski burnus i krzywą „Kumia“-kindżał, noszony jako oznaka urzędowego stanowiska.
Nagle w oddali rozległy się bębny i flety, przeraźliwe krzyki i śpiewy.
— Co się tam dzieje? — zapytaliśmy naszego przewodnika.
— Zaklinacze wężów zaczynają wielkie przedstawienie — objaśnił.
Poszliśmy w kierunku odgłosów wrzawy.
Ogromny tłum otoczył już dwóch Berberów, zostawiając dla nich dużo wolnego miejsca. Zaklinacze siedzieli obok siebie na ziemi, trzymając przed sobą kosze, obwiązane płachtami. W jednym z nich poznaliśmy tego, który pokazywał nam węże w gabinecie pana Delarue. On też poznał nas, uśmiechnął się przyjaźnie i uczynił znak „salamu“. Obaj już gadali, krzyczeli i od czasu do czasu uderzali w bębenki lub grali na fletach.
Często powtarzali jeden i ten sam frazes.
— Mówią, że wkrótce przybędzie święty, któremu węże nawet nie mogą uczynić krzywdy, bo jest potężny i miły Allahowi! — objaśnił czausz z pogardliwym uśmiechem.
Tymczasem grajkowie wyciągnęli dwa węże i trzymając je za szyje, zaczęli biegać, przysuwając płaskie, złośliwe głowy wiper do twarzy widzów. Ci się gwałtownie cofali, depcząc po nogach, krzycząc i śmiejąc się.
— Pozdrowienie wiernym w imieniu Allaha! — rozległ się nagle głos potężny i dźwięczny. — Pozdrowienie w imieniu Sidi Bel Abbas’a, w imieniu Sidi Ben Sliman’a, w imieniu Sidi Abd el Aziz’a od Abdallah Ben Hosim ben Raszid’a!
Pomruk tłumu odpowiedział na te słowa. Gdy obejrzałem się, zobaczyłem jeźdźca na dobrym, szarym koniu. Biały burnus miał zarzucony na plecy. Grzywą gęstych, trochę kędzierzawych włosów igrał lekki wiatr, zalatujący z gór. Bladą, wychudzoną twarz, lecz wyrazistą i prawie piękną, rozświetlał i opromieniał blask wielkich, czarnych oczu. Małą, nerwową dłonią dotykał jeździec czarnej bródki i mówił długo, coraz podnosząc głos, aż stał się podobny do chrapliwego krzyku.
— Wychwala Allaha, powtarzając dziewięćdziesiąt dziewięć jego imion i wyzywa dżinnów, węże i demony — ich jad na walkę ze sobą! — objaśnił czausz.
Tłum podczas mowy głównego zaklinacza zachowywał się poważnie i z nabożeństwem, składał ręce do modlitwy i powtarzał za mówcą słowa modlitw, imiona Allaha i świętych patronów miasta.
Skończywszy, zeskoczył jeździec z konia i wszedł w krąg widzów. Pomocnicy jego podczołgali się do niego na kolanach i ucałowali poły jego burnusa. Podano mu jedną wiperę. Trzymając ją nad głową, zaczął coś mówić do tłumu, a później, schwyciwszy żmiję za szyję, zaczął patrzeć jej w oczy i zaklinać ją. Gdy skończył, rzucił ją na ziemię, a pomocnicy wydobyli ze swych koszyków kilka wężów; były to wyłącznie wipery i tylko jeden wąż — cienki i długi, podobny do „naja“, ale zupełnie czarny, — leżał osobno.
Ciągle coś mówiąc, gwałtownie gestykulując i błyskając oczami, zaklinacz chwytał wipery i ciskał je z miejsca na miejsce, aż wziął jedną i cienką laseczką zaczął rozdzierać jej paszczę; wtedy ukazały się długie, ostre kły, z kapiącym z nich jadem. Obniósł wiperę dokoła, pokazał widzom, opowiadając o śmiertelnej truciźnie węża. Rzucił żmiję do innych i już poważnym głosem oznajmił, że zostanie teraz ugryziony przez wiperę, lecz Allah dał mu wiedzę i potęgę do zwalczania dżinnów jadu.
Śledziłem uważnie ruchy zaklinacza. Niby nie patrząc, dotykał on wszystkich wężów, ale wziął tego właśnie, którego przed chwilą zmusił do wypuszczenia jadu i do opróżnienia na dość długi czas gruczołów z trującą śliną. Rozwarłszy wężowi paszczę, dotknął nią swej twarzy, a po chwili, krzycząc, zaczął uderzać straszliwemi kłami w splątaną grzywę włosów, wycierając w ten sposób resztki trucizny, a poczem zaczął się trzeć czołem o zęby wipery, aż wszyscy ujrzeli dwie duże skazy i obficie płynącą z nich krew.
Wiem, że w Indjach fakirzy-zaklinacze kobr od dzieciństwa są specjalnie przyzwyczajani do jadu węża, ponieważ ślinę jego sztucznie wprowadzają chłopcom w małe nacięcia na czole, zwiększając stopniowo dawkę trucizny. Widziałem, że wipera nie posiadała już jadu w swych gruczołach i w paszczy, więc byłem przekonany, że przedstawienie już skończone, lecz ono trwało dalej i nabierało coraz większego napięcia. Zawarczały bębenki, jęknęły flety i umilkły.
Ugryziony zaklinacz, rozmazawszy krew po całej twarzy i powichrzywszy włosy, kazał podać sobie bębenek i misę z palącemi się węglami, rozdmuchiwanemi przez jednego z pomocników.
Gdy wszystko to ustawiono przed nim, nagle drgawki wstrząsnęły ciałem zaklinacza, twarz zaczęła mu nabrzmiewać krwią, rozdęły się i zsiniały wargi, krztusił się i wyrzucał na bębenek wielkie płaty piany. Przed nami był obraz cierpień człowieka, ugryzionego przez wiperę. Drżącemi, słabnącemi rękami wziął leżącego na stronie czarnego węża i jakimś rozpaczliwym, wstrętnym ruchem przegryzł mu głowę, oderwał skórę na szyi i zębami zaczął ją zdzierać. Gdy skończył, jął pożerać surowe mięso, a resztki jego zwinął i obwiązał zdartą skórą, robiąc magiczny węzeł, bardzo podobny do zagadkowego herbu „madeja“ — godła Sewilli.
Zawiniątko to rzucił na płonące węgle, a gdy uczuliśmy zapach pieczonego mięsa, zaklinacz porwał się na równe nogi, odgarnął z czoła włosy i pokazał, że ani krwi, ani śladów ugryzienia nie pozostało. Tłum zaryczał, zahuczał, wzburzony widowiskiem i zdumiony. Rzucano dość hojnie pieniądze do koszyków, podstawianych przez pomocników zaklinacza, on zaś rozdawał amulety od ugryzienia wężów.
Cywilizacja europejska święciła tu zupełny triumf, gdyż amulety te stanowiły kawałki papieru z napisami, zrobionemi za pomocą... stempelka kauczukowego i fioletowej farby anilinowej. Ponieważ rzuciliśmy zaklinaczom dwa franki, dostaliśmy aż pięć amuletów.
Moi czytelnicy mogą teraz być o nas spokojni. W Afryce Środkowej, w kraju wężów, talizmany, dane nam przez Abdallah Ben Hosim ben Reszid’a, ochronią nas niezawodnie, o ile ulewy podzwrotnikowe i na równiku nie zmyją aniliny.
Powracając do pałacu, gdzie mieściło się biuro p. Delarue, zatrzymaliśmy się jeszcze przed orkiestrą, złożoną z arabskich skrzypiec, mandoliny, gitary, fletów i nieodstępnego bębenka, lecz dźwięki były tak fałszywe, niesforne i niepowiązane żadną melodją, że Zochna wykrzyknęła podług przepisów muzułmańskich:
— Na Beethovena, Chopina, Mozarta! Na Bacha, Mendelsohna, Wieniawskiego! Na Różyckiego, Szymanowskiego, Szopskiego, Niewiadomskiego i Rogowskiego, na wszystkich „uali“ i „ulema“ muzyki — uciekajmy!
Istotnie zmykała.
Pan Delarue już czekał na nas z samochodem.
Pojechaliśmy w stronę Dar el Mahzen, czyli pałacu Sułtana, który co roku przybywa do Marrakeszu, aby zbierać podatki i przyjmować hołd od plemion górskich. Rozmiarami swemi przypomina pałac przestrzenie, zajęte przez ruiny gmachów Mulej Izmaila, tylko zwalisk tu prawie niema. Wejście do rezydencji sułtańskiej jest zamknięte dla cudzoziemców; jedziemy więc tylko przez olbrzymie, wewnętrzne dziedzińce, otoczone murami, z ukrytemi poza niemi pałacami, pawilonami, koszarami, więzieniem i ogrodami. Na jednym z takich placów gromadzą się w wyznaczony dzień wodzowie i starszyzna szczepów, a Sułtan przemawia do nich z małej werandy, zbudowanej na murze. W innym znowu mieszczą się domki niewolników pałacowych. Ludność, przeważnie czarna; jest to dziedziczna w dynastji Alauitów słabość do murzynów i Arabów, słabość, objaśniająca się nieufnością do wojowniczych, lecz niestałych w swych sympatjach i niesfornych Berberów. Zamknięte i zatarasowane bramy, ślepe mury rezydencji sułtańskiej, czynią ją podobną do twierdzy, jaką właściwie jest Dar el Mahzen naprawdę, gdyż prawdziwa forteca — dawna Kasba straciła już znaczenie strategiczne, uległszy zniszczeniu z ręki krwawego Mulej Izmaila; przyczynili się też do jej zburzenia inni Alauici w okresie zdobycia Marrakeszu przez mahdi El-Hiba z gór i w czasie wojen domowych. Smutna to siedziba, chociaż imponująca!
Za murami pałacu ciągnie się na olbrzymiej przestrzeni wspaniały ogród Aguedal. Drzewa oliwne, pomarańczowe, granatowe, figowe, cytrynowe i morelowe dają obfite urodzaje; ciągnie z nich zyski basza Marrakeszu, potężny książę feudalny z Atlasu-Glaui, otrzymujący rocznie ze sprzedaży oliwek 500 000 franków, za pomarańcze zaś i cytryny — 150 000. Kilka dość szerokich, dobrze utrzymanych dróg przecina Aguedal, gdzie w czasie pobytu Sułtana odbywają spacery i zabawiają się haremowe panie, a śród nich kilka kobiet europejskich, oraz piękne Gruzinki i Czerkieski z Kaukazu. Wtedy naturalnie wszystkie wejścia do ogrodu zostają zamknięte i strzeżone przez czarną gwardję i eunuchów. Na ogromnej przestrzeni Aguedalu oglądać można kilka nader ciekawych miejsc. Są to ruiny prochowni i cukrowni, zbudowanych przez jednego z sułtanów, obecnie już zamieniających się w ruiny; dwa obszerne baseny, napełnione wodą z Atlasu, są przykładem konstrukcyjnej przedsiębiorczości i talentu Arabów i Berberów. Te baseny istnieją od XII-go wieku. Są obecnie trochę zaniedbane, zarastają wodorostami i sitowiem, skutkiem czego gnieżdżą się tu stadka dzikich kaczek. Baseny są tak głębokie, że niegdyś pewien sułtan, płynąc statkiem ze swoim haremem, utonął w nim wraz z kilku żonami.
Śród drzew owocowych, w niektórych częściach ogrodu, oglądaliśmy plantacje wina bardzo wysokich gatunków. Tu dojrzeliśmy stadka kuropatw i przepiórek, a w innem znowu miejscu — kilka osłów i byków z siedzącemi na ich grzbietach białemi czaplami — „stróżami byków“. Z Aguedalu wyjechaliśmy poza mury Marrakeszu. Różowe, o ciepłej barwie, ciągną się te mury bez końca, przecinane bramami, uwieńczone koronami palm daktylowych i drzew owocowych. Mury od strony Aguedalu, Kasby i Dar el Mahzen’u są nienaruszone i stoją, potężne i groźne dla wojowniczych górali i zuchwałych jeźdźców, którzy zjawiali się przed miastem, wynurzając się z głębi pustyni. Od zachodu i częściowo południa kamienista, naga równina biegnie tu od grzbietu Atlasu, z innych stron zato, miasto otacza las palmowy.
Oaza Marrakeszu nie jest podobna do prawdziwych oaz południa Marokka i Algierji. Wydaje się, że sztucznie ją tu zasadzono, i że palmy, chociaż wysokie, lecz mające niebardzo rozłożyste korony i owoce gorszego gatunku, nie czują się tu w swym żywiole. Lecz mimo to oaza jest piękna i las pieści i cieszy wzrok malowniczością swych zakątków, dróg i ścieżek, wijących się śród palm, różowych murów, oznaczających granice prywatnych posiadłości, strumyków i wreszcie rzeki Tensift, płynącej kamienistem łożyskiem. Objeżdżając Marrakesz wewnątrz i zewnątrz, widzi się różnicę, istniejącą pomiędzy południową stolicą, a północną — Fezem. Tam, w mieście Idrissa, siedzibie surowej nauki, fanatycznej wiary i rozkoszy, przyodzianej w mistykę i tajemnicę, — ludność wtłoczono w obręb murów, wąskich uliczek i małych placyków, ukrytych śród świątyń, ponurych „dar“, domów kupieckich i barłogów nędzarzy. Tu, ten sam labirynt wąskich „suk“, lecz place są szersze, więcej ogrodów, nie ukrytych przed oczyma, duże przestrzenie, wolne od zabudowań, gdzie mogą się gromadzić ludzie; bardziej dostępne dla objęcia ich wzrokiem meczety i medersa, a pozatem, przez niewidzialne szczeliny w murach, życie przesączyło się już poza nie do Gheliz, do wioski negrów, do lasu palm i nawet na pustynię. Tu rozmach myśli i woli jest mniej skrępowany przepisami wiary i tradycji i żadne mury wstrzymać go nie mogą. Odczuwa się to i w stosunku ludności do cudzoziemców. W Fezie — nieufność, pogarda i nienawiść, w Marrakeszu — poufałość, gościnność i wyrozumiałość, co zdaje się mówi:
— Każdy człowiek musi żyć! A gdzież życie wyda się szczęśliwszem i lżejszem, jak nie w Marrakeszu, w wesołym wirze Dżama el Fna i w cieniu lasu, gdzie kołysze szerokie liście palm orzeźwiający wietrzyk z gór? A więc, niech żyją, niech cieszą się razem z nami, chwaląc imię Allaha — Jedynego Boga i czcząc wielkich sułtanów, co założyli to miasto i uczynili z niego raj na ziemi!
Doprawdy, myślę, że się nie mylę, powtarzając te słowa, wypowiadane, zda się, przez ludzi i przez naturę samą, dość spojrzeć na oficerów i urzędników francuskich, na kupców i turystów. Szczęście i radość tryska im z oczu!
Błogosławiony to kraj wesołości i zdrowia. Jakaś beztroska, radość istnienia zawisła tu w atmosferze... Znam jedno tylko takie miejsce także w Marokku. Jest nim oaza Figuig. Lecz o niej później, na końcu tego opisu, gdyż był to ostatni punkt geograficzny w Marokku i ostatni etap naszej podróży przez ten kraj!
— Odwiedźmy jeszcze jeden paradyż! — zaproponował z uśmiechem pogodnym p. Delarue. — Zawiozę państwa do Menara...
Przecinamy las palmowy z namiotami koczowników, przybyłych tu z Sahary, a trudniących się kowalstwem i potrochu znachorstwem i czarami.
Nie bardzo ich lubią, tych mężczyzn w granatowych burnusach i kobiet niezawoalowanych, mocno tatuowanych i ukazujących bronzowe ramiona i piersi. Czasami śród młodych nomadek spotykają się kobiety cudownej piękności. Obwieszone ciężkiemi, barbarzyńskiemi klejnotami, pobrzękującemi na szyjach, rękach i nogach, siedzą w swoich granatowych koszulach, leniwe i tęskne. Podnoszą zgrabne, cienkie ramiona, które, niby węże, wyciągają się i opadają, osłabione, a jednak pełne siły i żaru.
Wtedy odchylają się nędzne szaty i płoną jak gorące, szkarłatne róże młode piersi, roznamiętnione od skwarnych pieszczot słońca i sirokka, twarde, niby w bronzie jeszcze nie ostygłym rzeźbione. Mrużą oczy, podłużne jak migdały, czarniejsze od czarnego onyksu, gorętsze od węgli rozżarzonych, rozchylają usta, a wtedy wydać się może, że to pęka dojrzały owoc granatu, z połyskującemi w nim perłami zębów, małych i ostrych, jak u młodej wilczycy.
Nomadzi z Sahary i ich kobiety przybywają tu, do tego miasta radości i rozrywek, po zarobek. Mężczyźni są kowalami: kują konie, puszczają krew, czynią zaklęcia, sporządzają leki, związane z prastarą magją żelaza, tą magją, która zrodziła się w chwili, gdy człowiek jaskiniowy po raz pierwszy ujrzał w ognisku swojem strugę metalu, wyciekającego z kamienia, a gdy głos nieznany szepnął mu:
— To — twoje! Bierz, bądź potężny i panuj nad wszystkiem!
Tajemniczy Hefajstos, Pluton, Belzebub — bogowie i duchy kowali, ognia i żelaza; podkowa — talizman szczęścia; żelazne korony królów, żelazne krzyże — wszystko to zrodziło się z magji żelaza, a we wszystkiem tem brał udział kowal.
Kowala poważano, lecz kowala się też obawiano, jako człowieka, mającego stosunki z nieznaną, złowrogą siłą, z istotami niewidzialnemi i niebezpiecznemi. Z lęku, z biegiem czasu, zrodziła się pogarda, a sięgała tak daleko, że kowale śród wszystkich narodów zmuszeni byli utworzyć odrębną, odosobnioną kastę. Łączyli się związkami małżeńskiemi tylko wewnątrz kasty, przekazując swą sztukę z pokolenia w pokolenie. Kowale stali się lekarzami, szczególnie zaś specjalistami od puszczania krwi i wypalania ran, zadanych przez węże.
Na południu Marokka kowalami są tubylcy, koczujący w Saharze lub na jej pograniczu; ludzie pogardzani, parjasi „Hartani“. Z kowalem Berberzy nie usiądą do wspólnej uczty; szlachetny Berber lub Arab nawet bić się z kowalem nie może, nie ubliżywszy honorowi i tradycjom rodu.
Gdy Berber chce kogoś obrazić i poniżyć, mówi:
— Heddad ben Heddad! — Kowal, syn kowala!
Mężczyźni z tych czarnych namiotów, rozrzuconych po całej oazie w Marrakeszu, trudnili się rzemiosłem kowalskiem, znachorstwem i czarami, — a raczej zaklęciami koni od choroby.
Kobiety wróżyły za bobu i fusów kawy, wykrzykując na rynkach i po kawiarniach:
— El gezzana! El gezzana!
Lecz tem trudniły się tylko stare, rozczochrane, brudne, bose wiedźmy w łachmanach, z naszyjnikami i pasami z amuletów.
Młode zaś siedzą w cieniu palm, wzdychają, nucą ponure pieśni pustyni i oczekują...
Czego i kogo?
Oczekują godziny przeznaczenia, co ma podać im czarę miłosnej rozkoszy, co pozwoli im porzucić na zawsze brudny, czarny namiot, dymiące ognisko i nędzę.
Oczekują kogoś, kto zawsze się znajdzie, oceni i zrozumie piękność nagich ramion i piersi, żar źrenic i nieustanny płomień żądzy, trawiącej te wiotkie, kształtne ciała z bronzu. Żadna z młodych, pięknych cór koczujących, pogardzanych „Heddad“ i „Hartani“ nie powróciła stąd do piasków pustyni. Marrakesz posiada setki bogaczy i książąt, którzy pragną rozkoszy, rozrywki i miłości. Tu mężczyźni poszukują kobiet, których piękność i namiętność zniewala do szaleństwa i rzucania pieniędzy bez rachuby i namysłu.
Palmy, czarne namioty, wiedźmy gezzana i wypieszczone, wybujałe na gorejącem słońcu, śród piasków pustyni, w obliczu drgającej fata-morgana dzikie, płomienne róże, pozostały za naszym samochodem. Parę kilometrów płaszczyzny z oddzielnie stojącemi drzewami, przelatujemy w kilka minut i wjeżdżamy do oliwnego gaju Menara, należącego do Sułtana. W zachodnim końcu parku wznosi się samotny, smętny pawilon z tarasem na brzegu dużego, sztucznego jeziora. Gęsty, trochę zapuszczony las drzew oliwnych wywiera wrażenie dość smutne. Niewarto byłoby zwiedzać go po wycieczce do Aguedalu, gdyby nie znajdował się tu zakątek, — cudowny, a pełen melancholji i romantyzmu.
Samochód nasz, przecinając Menara, zatrzymuje się nagle przed niewysokim murem. Nad nim podnoszą się konary starych drzew owocowych i połyskujący zielonemi dachówkami biały pawilon.
Na ryk syreny, tubylec-stróż otwiera bramę. Wchodzimy i zatrzymujemy się w osłupieniu.
Przed nami świeci się, jak zwierciadło, gdy padną nań promienie słońca, duże jezioro, ujęte w kamienną ramę. Jezioro milczące, martwe lub uśpione. Ani ryby nie bróżdżą jego powierzchni, ani ptaki nie dotykają piersią jego skrzepłego oblicza. Jakiś niewypowiedziany smutek wiał od skrzącego się na słońcu jeziora, — smutek beznadziejny i bezgraniczny.
Wspomnienia znowu porywają mnie i przenoszą do Syberji, — nad brzegi Czarnego Jeziora. Widzę je tak samo pełne blasków, odrzucanych promieni słońca, w połyskach, spotęgowanych szeroką, lśniąco-białą ramą z kryształów wyparowanej soli. Powierzchnia jeziora cicha, spokojna i nieruchoma. Aż lęk ogarnia, że nagle pobiegną koliste fale, a z nich wyłoni się zimne, ponure widmo śmierci lub zapomnienia. Cisza martwa dokoła, cisza śmierci lub konania, milczenie przekleństwa niemego, lub niebytu... I nagle rozlega się głos — daleki i przeciągły, niesamowite wołanie ku nicości, ku otchłani bezdennej. Oczy szukają źródła tych dźwięków, płynących zdaleka, a budzących trwogę... Długo nie mogłem znaleźć istoty, wydającej te głosy, aż dojrzałem nareszcie ciemną sylwetkę na szczycie nagiej, szarej góry. Był to wilk. Stał z zadartą głową i, naprężając szyję, wył... wył beznadziejnie, rozpaczliwie, ponuro...
— To jest pawilon pałacowy, mały, lecz artystyczny... — mówi p. Delarue.
Wrażenia pierzchają...
Pawilonik nieduży, dwupiętrowy, z wąskiemi drewnianemi schodkami, niby wyciętemi w grubych murach; cedrowe, wonne pułapy rzeźbione; kolorowe szkła w oknach i duży taras nad tragicznie spokojnem jeziorem.
Schodzimy na dół i śród szmaragdowo-zielonych drzew granatowych ze złocistemi owocami, spostrzegamy dwa ciemne cyprysy. Jeszcze głębiej zapada do serca smutek.
— Co się tu stało? Kto tu wlókł życie smutne i samotne? Kto tu marzył, cierpiał, kochał, lub nienawidził?
Takie pytania jak błyskawice przeszywały mi mózg...
Niejasne, niewystarczające odpowiedzi daje literatura. Nic się z niej dowiedzieć i wyczuć nie można.
Istniała Menara już w XVII-ym wieku, a pawilon zbudowano w XIX-ym na rozkaz sułtana Mulej Abd-Er-Rahmana... To — wszystko!
Lecz XVII-ty wiek?... To wiek szalonego Mulej Izmaila?... O, miły, natchniony Ali Ben Hassan, mój przypadkowy przyjacielu! Nie wiem, może fantazja twoja zrodziła to, coś nam opowiadał, lecz piękna to była — bajka!
„Nikt nie zna prawdy o Menara i o tym smutnym białym „dar“[5], a tymczasem, śród zawiedzionych i porzuconych kobiet istnieje gadka... Wielki Wezyr straszliwego Mulej Izmaila przywiózł mu z Francji podarunki od potężnego króla Ludwika i jeszcze coś, co było droższe i piękniejsze od wszystkiego. Był to portret córki króla, pięknej wdowy; oczy jej szczęściem napełniały każde serce, a źrenice — zachwytem... Mulej Izmail, gdy się przyjrzał piękności księżny i ocenił ją, wskoczył na koń, i przez cały dzień i całą noc widziały go tylko krzaki i drzewa okolic Meknesu. A gdy powrócił, zawołał Wezyra i rzekł:
— Do ciebie, tylko do ciebie będzie słowo moje. Nikt z żyjących wiedzieć o tem nie powinien! Słyszałeś?
— Rozkazałeś, a serce moje i moja myśl pochłoną słowa twoje, Panie mój, i nikt ich stamtąd nie wyrwie! — odparł Wezyr, chyląc się kornie przed władcą.
— Pojedziesz do stolicy Francuzów i będziesz prosił o rękę księżny, co jest jak gwiazda poranna, wysłanniczka Allaha! Rozumiesz?
— Rzekłeś, Panie mój... — wyszeptał Wezyr.
Powrócił nieprędko i zamknąwszy się z Sułtanem w najtajniejszej komnacie, oznajmił:
— Na zaszczytną dla Francji prośbę Twoją, Panie mój, dano mi odpowiedź niejasną, wymijającą...
— A co księżna rzekła, gdy się dowiedziała? — rzucił pytanie Izmail.
— Podniosła na mnie swoje piękne oczy, jak dwie gwiazdy, i długo w milczeniu patrzyła... Później...
— Co później? — dopytywał się Sułtan.
— Później odwiedziła mnie jakaś młoda dama, roześmiana i zalotna, i szepnęła, że piękna księżna Conti zgodzi się być twoją małżonką, gdy zbudujesz dla niej tu, w Mahrebie, taki pałacyk, jakie stoją i cieszą wzrok ludzi w Wersalu... Kazałem zrobić plan tego pałacyku i przywiozłem...
— Mądry jesteś, wierny i oddany! — zawołał Mulej Izmail. — Pokaż!
„W kilka dni później tysiące niewolników kopało już jezioro, a setki innych wznosiło piękny pawilon i otaczały go gajem drzew, przywożonych z Atlasu, z okolic Meknesu i Fezu, z lasów Mamora i Cziadmy.
„Sam sułtan kierował robotami i, gdy widział, że szybko posuwa się naprzód jego dzieło, spoglądał na portret pięknej kobiety z rodu królów francuskich i szeptał:
— Prędko już, prędko, gwiazdo poranna, na którą padło spojrzenie Allaha!
„Tuż obok Marrakeszu zjawił się zakątek Wersalu.
„Tonął pałacyk wśród drzew kwitnących i zielonych, wypieszczonych gazonów, na które z jednej strony spoglądały zdumione lodowce Atlasu, z drugiej — czerwony grzbiet Geliz. Stado łabędzi pływało na jeziorze, setki ubranych sług uwijały się wszędzie.
„Wielki Wezyr tymczasem zdążał do Paryża po księżnę Conti, aby przywieźć ją przed oblicze niebotycznych, śnieżnych gór, do pałacyku wersalskiego, nad brzegiem dużego jeziora z bijącą fontanną pośrodku.
„Sułtan zamknął się w Dar Mahzenie, gdzie się zabawiał walką lwów i panter z ulubionemi psami i z najsilniejszymi niewolnikami, uzbrojonymi tylko w krzywe noże — „Kumias“; wyczekiwał wieści od Wezyra niecierpliwie, trawiony gorączką i miłością, co przyszła i rozszalała jak huragan.
„Pewnej nocy przybył goniec. Stary Wezyr donosił, że piękna Conti raczyła zażartować z czarnego monarchy. Pierwszy raz w życiu biała plama na policzku sułtana sczerniała na węgiel. Pchnął nożem gońca, wskoczył na koń i pomknął ku górom. Pięć dni nikt nie widział Mulej Izmaila, chociaż krwawy ślad ciągnął się za nim, gdyż mordował każdego, kogo spotkał na swej drodze.
„Wreszcie przybył Wezyr, odszukał go w jakiejś jaskini w górach i tu długo z nim rozmawiał.
„Gdy powrócili do Marrakeszu, sułtan rozkazał zasadzić około pawilonu nad jeziorem Menara dwa żałobne cyprysy, niby nad grobem..., nad grobem niedoszłej miłości swojej...
„Stopa jego nigdy nie dotknęła ziemi Menara... Park zarósł trawą i chwastami, mury walić się zaczęły, runął pałacyk, rozsypawszy się w gruzy, zginęły, lub odleciały łabędzie... Ludzie bali się tu zaglądać...
„W dwa lata później Wezyr wynalazł sułtanowi żonę.
„Mulej Izmail nie chciał już milczącej, pokornej niewolnicy, bez woli, myśli i żądań. Do swego haremu w Meknesie wprowadził złotowłosą, o oczach, jak turkusy, o twarzy, jak świeża róża — dziewczynę z mglistej ziemi Brytów... Była to Lalla Aziza — „słonko poranne“; umiała przemawiać do duszy, rozumu i serca okrutnego Sułtana, jak równa do równego, jak można pani do niewolnika, to znów jako kochanka uległa do władcy i pana jej ciała i serca...
„Po śmierci Mulej Izmaila inni sułtanowie odrestaurowali częściowo Menara, aż Abd-Er-Rahman doprowadził dzieło Izmaila do końca. Odżyło ono, tylko czarne cyprysy pozostały, jak żałobne płaczki nad grobowcem pierwszej ludzkiej miłości despoty, miłości zawiedzionej i ośmieszonej...
— Mój panie! — zawołał Ali Ben Hassan — coby to było, gdyby rozpaczy i gniewu Sułtana, spowodowanych klęską w miłości, nie była uciszyła i rozproszyła słodka Lalla Aziza, „słonko poranne“?! Krwiąby się napełniło jezioro Menara!... Lecz przyszła ona, a z nią spłynęły do serca władcy ukojenie i chwilami nawet miłosierdzie“...
Nie chcę wiedzieć nic innego o Menara! nie chcę, bo wielki poeta, zrodzony u stóp Atlasu, zasłuchany w szept starych palm i oliwek, wpatrzony w martwą źrenicę jeziora Mulej Izmaila, snuł nam legendę tak piękną, rzewną o dwóch kobietach białych i cudnych, jak marzenie i o czarnym Sułtanie, krwawym a mrocznym, jak Samum o zachodzie słońca, które wylewa całe morze szkarłatnych blasków i promieni!... Niech cień Mulej Izmaila żyje i tu, śród rozłożystych, spróchniałych starców-drzew, niech wzdycha, niech woła, niech marzy o tem, co już umarło i przebrzmiało, jak nieuchwytne w górach echo!...
Tak mi opowiadał i w to wierzył młody, porywczy Ali Ben Hassan, z którym poznałem się przypadkowo w Marrakeszu, gdy stałem przed meczetem Kutubia. Ten sam Ali przyszedł do mnie pewnego wieczoru i nieśmiało zaproponował mi przechadzkę po mieście.
— Proszę tylko nie myśleć — rzekł — że chcę na panu zarobić! Chciałbym tylko pokazać nasze miasto ze wszystkich stron i ze wszystkiemi odcieniami. Dziś przeczytałem w gazecie wywiad z panem, wiem, że pan jest literatem, i chcę, o, bardzo chcę, żeby w przyszłej książce znalazły się stronice poświęcone Marrakeszowi!
Stało się więc, że znowu miałem przewodnika — tubylca, inteligentnego i mówiącego po francusku. Co może być lepszego?
Wyruszyliśmy z Alim na miasto.
Już ściemniało zupełnie. Noc była czarna, bezksiężycowa, łagodna, pieszcząca.
Z mroku wyłaniały się czarne sylwetki palm, a za niemi Kutubia, podobna do pryzmatu rytualnego, z czarnego onyksu.
Na niebie płonęły gwiazdy i śród nich „moja“ konstelacja „Wielkiej Niedźwiedzicy“, — wierna towarzyszka moich wędrówek, którą, zataczając wielkie koło, widziałem z różnych stron świata. Paliły się latarnie, sunęły tłumy ludzi, szczękały na kamieniach bruku kopyta koni, mułów i osłów; z cichym szmerem rogowych stóp kroczyły wielbłądy.
Przeszliśmy plac Dżema El Fna i zapuściliśmy się w labirynt wąskich uliczek Medina. Minęliśmy ciężki blok wielkiego meczetu, medersa Ben Jussefa i zagłębiliśmy się w dzielnicę Harat Es Sura, na sam skraj miasta, gdzie już widziałem dymiące piece cegielni.
Mieściły się tu małe sklepiki, jadłodajnie, kawiarnie, zajazdy, domki tancerek i kobiet, przybywających dla zarobku ze wszystkich stron Mahrebu; barłogi nędzarzy, zgiełkliwe fonduki i ciemne nory, skąd się wyrywały krzyki obłędne, wybuchy śmiechu i spazmatycznych łkań. Długo błądziliśmy w ciemności po tej dzielnicy, chwilami tylko rozświetlanej smugami światła, wyrywającego się przez szczeliny okiennic, lub zatarasowanych deskami drzwi.
— Wejdźmy do tego zajazdu! — zaproponował mi Ali — tu panu dadzą burnus i babusze[6], a wtedy pójdziemy dalej.
Zgodziłem się i weszliśmy na zatłoczony dziedziniec zajazdu. Nabyłem sobie bardzo dobry burnus z cienkiej wełny, żółtą szatę, zwykle noszoną pod płaszczem, starożytny, aksamitny pas i dobry, góralski nóż, raczej sztylet, o długiej i prostej klindze. Kazaliśmy sobie podać kawy i winogron i uraczyliśmy właściciela zajazdu, przerażonego trochę mojem zjawieniem się i przebraniem. Gdy wyszliśmy z pokoju właściciela na podwórze, nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Utonąłem w morzu berberyjskiem. Moje europejskie ubranie znikło pod żółtą szatą i w szerokich fałdach burnusa. Narzuciłem kaptur na głowę, a że jestem brunetem, a nadto słońce zdążyło mi już opalić twarz na bronz — nie bardzo wyróżniałem się w tłumie tubylców.
Przyniesiono dla nas stolik z kawą i poduszki do siedzenia. Piłem kawę i rozglądałem się dokoła.
Nie był to zwykły fonduk, przepełniony w dzień i w nocy wielbłądami i osłami, natłoczony poganiaczami zwierząt, przewodnikami karawan, pośrednikami, żebrakami, drobnymi przekupniami i kowalami. Tu było całkiem inaczej.
Mieszkańcy tego fonduku siedzieli grupami i dość wrogo patrzyli na siebie. Czasami tylko, gdy podnosili swoje pochmurne oblicza, spoglądając na galerję, z wychodzącemi na nią drzwiami, rozchmurzały się im czoła i oczy błyskały namiętnie. Gdy spojrzałem w tamtą stronę, spostrzegłem, że firanki, skrywające wejścia do nisz na piętrze, czasami się uchylały, a stamtąd wyglądały półnagie kobiety, obwieszone srebrnemi klejnotami.
— Tam się mieści „seral“[7] — objaśnił, uśmiechając się, Ali. — Seral — bez eunuchów i bez właściciela. Każdy z tych przejezdnych może tam zajrzeć i znaleźć radość i zapomnienie na czas, za który zapłaci...
Już w innych fondukach widziałem te miejsca rozpusty i chorób i nie byłem ciekaw oglądać ich jeszcze raz. Daleko więcej zajmowało mnie to, com widział tu na dziedzińcu. Na prawo ode mnie siedział wysoki, chudy, jak wysuszony stokfisz, Berber. Trzymał na kolanach kotkę z licznem potomstwem, a jedną ręką głaskał szarą kozę, przytuloną do jego boku. Coś mówił do otaczających go młodzieńców, a ci słuchali go uważnie, z nabożeństwem.
— Ża Sidi Heddi! — powtarzał co chwilę chudy człowiek i znowu coś z przejęciem mówił.
— Jest to wysłaniec bractwa religijnego Haddaua, aby werbował wyznawców i członków dla bractwa. Haddaua nigdy nie wstępują w związki małżeńskie, ciągle przenoszą się z miejsca na miejsce, zbierają i roznoszą nowiny i plotki, palą „kif“[8], są amatorami kotów i chodzą prawie zawsze z kozą. Nieraz Sułtanowie i Mahdi używali Haddaua do szybkiego rozrzucania jakiejś wieści po kraju, czy to o ogłoszeniu wojny, czy o powstaniu, czy o wielkiej pielgrzymce do Mekki... Bractwo to, którego mułłowie z meczetów nie lubią, założył Sidi Heddi z plemienia Beni Arus... Ale, ale! zaraz się zacznie spór.
Istotnie z innej grupy podniósł się stary człowiek o siwej brodzie i, gestykulując, rozpoczął energiczną mowę, zwracając się do chudego Haddaua.
Ali pochylił się do mnie i szepnął:
— Mówi teraz Mokkadem innego bractwa — Derkaua. Jest to najbardziej liczne i niezależne bractwo, posiadające w Marokku kilka swoich Zauja, koło których gromadzą się członkowie bractwa dla modlitwy i narady. Bractwo to posiada świątynie swoje nawet w Mekce i Medynie! —
Wkrótce wynikł spór, gorący i gwałtowny, jakim może być tylko spór religijny.
Oświadczenie mego towarzysza, że Haddaua bywają używani do celów politycznych, zaciekawiło mnie i postanowiłem kwestję tę zbadać bliżej i szczegółowiej. Uczyniłem to wkrótce i dowiedziałem się bardzo ważnych szczegółów.
Wkrótce po wprowadzeniu w Marokku Islamu przez krwawego Okba Ben Nafi, utworzyło się kilka sekt heretyckich, co się objaśnia etnicznemi różnicami oddzielnych szczepów, wpływami pogaństwa, judaizmu i chrześcijaństwa, przyjęciem mistyki indyjskiej, oraz tego lub innego rytuału religijnego, a później poszanowaniem dla miejscowych, lub szczepowych proroków i świętych, którzy wkrótce byli otaczani czcią — na równi z Mahommetem. — Wreszcie cała ludność podzieliła się na sekty, stanowiące oddzielne bractwa, wznoszące swoje kaplice — Zauja, grobowce swoich świętych, a rządzone przez żyjących marabut’ów. Bractw istnieje bardzo dużo, są liczne i są drobne, są prawnie ścigane; są, i jak naprzykład — Tidzanja, bardzo mile widziane na dworze Sułtana. Są bractwa napozór dziwaczne. Takiemi są bractwa religijne, których założycielami są poganiacze wielbłądów, robotnicy, pracujący w cegielniach, lub naprzykład Sidi Ahmed u Musa, uważany za patrona akrobatów, zaklinaczy wężów i tancerzy.[9]
Sułtanowie mieli sporo kłopotów z bractwami, które nieraz wszczynały rokosze i prowadziły agitację przeciwko dynastji; nieraz, co prawda, sułtanowie bardzo umiejętnie posługiwali się niesnaskami, istniejącemi wśród bractw religijnych. Władze francuskie w Algierji, Tunisji i Marokku odczuwają na sobie wpływy tych religijnych organizacyj, wpływy nieraz wrogie i z trudem likwidowane. Mnie się zdaje, że te organizacje religijne należałoby raczej nazwać sektami, gdyż każda z nich wyznaje w ten lub inny sposób zmodyfikowany Islam.
Tedy w tym fonduku w Marrakeszu, spór doszedł do tak wielkiej namiętności, że chudy Haddaua zaczął się otaczać dymem kif’u, skakać i kręcić się, aż podniósł ręce do góry i krzyknął:
— Ana el Hakk! Jam jest Prawda!
Temi słowami chudy człowiek oznajmił, że jest Bogiem.
Wszystko naraz umilkło, a po chwili tubylcy, zasłaniając twarze burnusami, zaczęli się tłoczyć w jednym kącie dziedzińca i naradzać się.
— Chodźmy! — szepnął mi Ali. — Tu dojdzie do noży!...
Opuściliśmy zajazd, gdzie się zebrali umyślnie, czy przypadkowo delegaci różnych bractw; przybywają oni z Marrakeszu, gdzie wśród 150 000 mieszkańców nietrudno zwerbować dla siebie kilkunastu współwyznawców.
Ali zapukał do jednego z małych domków.
Był to również zajazd, czy pokoje umeblowane, jeżeli będziemy nazywali meblami brudny dywan i dwie zatłuszczone poduszki na zaśmieconej posadzce. Kilka podobnych pokoi wychodziło na brukowany dziedziniec z rosnącem pośrodku drzewem. Obeszliśmy wszystkie pokoje i obejrzeliśmy mieszkańców.
Przeważnie byli to czarownicy. Trudnili się robieniem talizmanów. Całe laboratorjum mieściło się w barłogach tych ludzi. Ziółka, kora różnych drzew, henna, żółć ptaków, nietoperzy i kotów; wysuszone serca i oczy szakali, kotek i kogutów, pęczki włosów, kości, ptasie pióra, skrawki skóry różnych zwierząt, słoiki z farbami, kamienie — wszystko to było ustawione po kątach.
Jakiś czarownik pisał coś na skrawkach skóry, lub papieru, zawiązywał pakiecik tajemniczym węzłem, szeptał zaklęcia i baczył, aby jego pomocnik-niemowa nie przerywał swych czynności.
Gdy nam opowiadano o składowych częściach amuletów, przypominałem sobie dziwaczne recepty, podawane przez Plinjusza w jego „Historji Naturalnej“, i przekonywałem się coraz bardziej, że nic od czasów tego wielkiego uczonego nie zdołało się tu zmienić. Znowu zrobiłem spostrzeżenie, że układ talizmanów i używane na nich znaki są zupełnie takie, jakie widziałem w „kraju szatanów“ — Mongolji i Dżungarji. Nie chcę przez to powiedzieć, że przyszły one tu do Mahrebu ze stepów i gór Azji, lecz myślę, że te i tamte talizmany są jednego pochodzenia, starszego niż Mongołowie i Berberowie, a więc z Assyrji, Indyj, Egiptu, a może... z Atlantydy. Tu, wśród czarowników, widziałem wielkiego artystę; siedział on na podłodze przy malutkim stoliku i, schylony nad kopcącą lampką naftową, drobnemi pendzelkami malował święte wersety z Koranu w książeczce pergaminowej, oprawnej w piękną skórę. Był to artysta-malarz, ozdabiający rysunkami drukowane wydania „świętej księgi.“ Pracował z nabożeństwem i zapałem, zapominając o wszystkiem, chociaż była już godzina spóźniona, a obok stała miseczka z zupełnie ostygłym „Kus-Kus.“
W tym samym domu, na innem, wewnętrznem podwórku mieściła się palarnia kif’u. Przypomniały mi się odrazu widziane w życiu palarnie opjum i haszyszu. Ten sam obraz nędzy i śmierci ujrzałem i tu, te same wychudzone, zniszczone twarze, pałające szaleństwem, lub powleczone mgłą niemocy oczy, drżące ręce, słaniające się postacie, krzyki, jęki, westchnienia...
Większość palaczy leżała bezwładna i wyczerpana, tylko kilku, niedawno przybyłych gości odczuwało podniecenie trucizną i miało przed oczami wizje cudowne, olśniewające, namiętne.
Głęboko zakorzeniony kult Proroka, podobny do wżerających się w ciało kajdan, wywierał i tu swój wpływ. Ciągle wyrywały się krzyki:
— Bismillah! Allah Akbar! Allah El Muhyi!
Czy chcieli ci ludzie nadać swemu nałogowi cechy mistyki religijnej, czy myśleli, iż to Allah dał im możność na chwilę zajrzeć do raju z jego „hurysami“? Bo były też i „hurysy“ na tem podwórku samobójczego nałogu, obłędu i ponurej mistyki!
Kilka kobiet, pijanych od odurzającego dymu, nędznych, ukazujących nagie ramiona i piersi z poza brudnych, barwnych łachmanów, uwijało się wszędzie, podając fajki, pudełka, lub woreczki z kif’em, wodę w mosiężnych dzbankach, suche daktyle i rodzynki, herbatę z miętą i kawę, czarną jak atrament.
Wyciągały się ku nim ręce obłąkańców i dotykały nagich ciał; niosły się ku nim szepty namiętne, zrywające się ze sztywnych, suchych ust:
— Aziza! Umiłowana! Amellal Ghezal! Biała Gazella! Mazuz Dalia! Miła Winnica! Asel el Tessaut! Miód Pragnienia!...
Kobiety się pochylały nad palaczami, coś szeptały do nich, wlewały im do ust kilka kropel wody, nacierały skronie pachnącym olejkiem i nową fajkę podawały, sącząc do ich żył truciznę.
— Asel el Tessaut!...
Pośrodku podwórka dwie dziewczyny, wywijając nagiemi rękoma, tańczyły lubieżny taniec, lubieżny tylko w ruchach i pozach, bo twarze pozostawały znużone, nieruchome i bez blasku czarne, zgasłe oczy niewolnic. Gdy wyszliśmy z palarni, odurzeni dymem kif’u, znowu zanurzyliśmy się w ciemnościach wąskich uliczek Medina. Na małym placyku przecięły nam drogę dwie postacie. Dojrzeliśmy nóż w ręku jednego tubylca, który ścigał innego, mknącego, jak jeleń. Pościg odbywał się w złowrogiem milczeniu.
— Krwawa zemsta! — rzekł, podnosząc ramiona, Ali Ben Hassan.
Powróciłem do hotelu po północy, i dowiedziałem się, że jesteśmy zaproszeni aż na dwa obiady. Ponieważ czułem się już zupełnie zdrowym, więc obiecywałem sobie użyć na smakołykach berberyjskich.


Przypisy

  1. Jezusa, syna Marji.
  2. Mumen — wierny muzułmanin.
  3. Patrz Dr. Edward Lehmann: Indje, Kopenhaga. P. S. Chantepie de la Sausage, Histoire des Religions. Schroeder, Indische Literatur und Kultur; M. Wiliams, Vedism, Brahmanism und Humanism.
  4. Edmund Doutté, dzieło cytowane.
  5. Dar — dom.
  6. Pantofle.
  7. Seral czy Serail — oznacza harem.
  8. Rodzaj haszyszu.
  9. Patrz dzieła Trummelet Kinn, Massingnon, Michaux-Bellaire, Dozy itd.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.