Płomienna północ/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Płomienna północ
Podtytuł Podróż po Afryce północnej
Marokko
Data wydania 1926
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
ŚRÓD DŻINNÓW.

Nazajutrz wczesnym rankiem przyjechał po nas Mohammet w powozie, z osłaniającym od słońca namiotem płóciennym.
Przez „bramę Fez“ wyjechaliśmy za miasto. Dość długo ciągnęły się wille bogaczy tlemseńskich, spowite w girlandy pnących się, kwitnących roślin, tonące w starannie utrzymanych ogródkach, zacienione i zaciszne. Wyżej nad niemi stał piękny gmach koszar kawalerji, a jeszcze wyżej podnosił się łańcuch gór tlemseńskich, o szmaragdowo zielonych, lub o gorących, różowych barwach, o szczytach łagodnie zakreślonych na seledynowem niebie pogodnego poranka. Z gór spadały nadół odcinające się białemi łamanemi linjami potoki górskie, otoczone bujniejszą i bardziej zieloną roślinnością. W paru miejscach na szczytach górskich połyskiwały białe, kopulaste kubby, a pod niemi czerniły się groty z wydobywającym się z nich dymem. To były ogniska mieszkających w tych jaskiniach ludzi; tu już niema różnicy pomiędzy Hadarami i Kuluglisami, tu inne prawa, inne tradycje, inni święci i inna, jeszcze bardziej do pogaństwa zbliżona magja. Pasły się dokoła w górach stada owiec i bydła rogatego i około czarnych czeluści jaskiń uwijały się postacie ludzkie, mężczyźni w białych lub brunatnych burnusach, kobiety z odsłoniętemi twarzami, w granatowych „abaiya“,[1] z czego można sądzić, iż pochodziły z Sahary.
Niedaleko od Tlemsenu rozpoczynają się ruiny murów, z resztkami bram i baszt, śród których rozrzucone są bogate plantacje wina, drzewa figowe, granatowe i oliwne, pojone przecinającym równinę kanałem z pędzącą z gór wodą.
— To Mansura — zawołał Mohammet.
Dużo czytałem o Mansurze. Stanowi ona stronicę burzliwej historji Tlemsenu.
W XIII i XIV wieku na tronie tlemseńskim zasiadali sułtani z dynastji Abdel-waditów, którzy przeciwko zaborczym sułtanom Merinidom z Fezu w Marokku prowadzili ciągłą walkę obronną. W końcu XIII w. sułtan Abu Jakub zjawił się po raz piąty pod murami Tlemsenu i, żeby dowieść, że nie powróci bez zdobycia stolicy wroga, założył olbrzymi obóz, zbudowawszy w nim wspaniały pałac dla siebie, obszerne łaźnie, hotele, meczet i inne gmachy, po których zostały zaledwie resztki, lecz i one świadczą wymownie o znacznych rozmiarach tych budowli. Obóz ten został nazwany „El Mahalla-t-el Mansura“, co znaczy — „obóz zwycięzców“[2]. Obecnie pozostała tylko pochodząca od tego imienia Mansura. Oblężenie trwało osiem lat i osiem dni, gdy nagle sułtan marokański został zamordowany przez swego eunucha, a jego wnuk natychmiast ogłosił się jego następcą, zaniechał dalszej walki i odjechał do Fezu, aby zapewnić dla siebie tron władców marokańskich. Historycy arabscy twierdzą, że podczas oblężenia Tlemsenu zginęło przeszło 120 000 ludzi. Nic więc dziwnego, że pałający zemstą mieszkańcy Tlemsenu zburzyli do szczętu Mansurę. Dziwne i krwawe dzieje zrodziły liczne legendy, związane z tem miejscem, gdzie obecnie pracowity francuski kolonista uprawia rolę. Nie dba on o te legendy i zabobonny strach przed „dżinnami“, mającemi tu siedlisko i przerażającemi tubylców tak dalece, że nawet niechętnie idą jako robotnicy do francuskich plantatorów w Mansurze.
W 30 lat później Merinidzi znów powrócili. Sułtan Abu-Lhassen rozpoczął nowe oblężenie, odrestaurował Mansurę, po paru latach zdobył nareszcie Tlemsen, lecz rezydencji swojej w Mansurze nie opuścił, wznosząc tu nowy, jeszcze wspanialszy pałac. Gdy w r. 1348 sułtani Tlemseńscy powrócili do władzy, rozkazali w gruzy zamienić Mansurę, przewożąc do swej starej siedziby najdroższy budulec i przedmioty sztuki.
Pośród ruin Mansury nie trudno znaleść szczątki pięknych majolik, mozaiki, barwne szkła z okien pałacu i meczetu, nawet skrawki jedwabnych i brokatelowych tkanin.
Najlepiej zniósł ciosy burzącej ręki ludzi i czasu meczet, właściwie — jego minaret, wysoki na 40 metrów, a przedstawiający jedyny w całej Afryce muzułmańskiej typ architektoniczny. Minarety zwykle posiadają wejście od strony wewnętrznego dziedzińca meczetu. Minaret mansurski posiada wejście od strony zewnętrznej i wejście to jednocześnie było przejściem do świątyni. Bardzo ładne drzwi, ozdobione rzeźbionym marmurem, zachowały się doskonale; chociaż, wydało mi się, że ten marmur jest późniejszego pochodzenia, jednak twierdzić tego nie mogę.
Dziwnie runął ten minaret! Jak gdyby uderzeniem pioruna rozczepiło go, rozłupało na dwie połowy. Od strony podwórza meczetu widać wnętrze minaretu, z resztkami schodów, któremi sułtan Abu Lhassen wjeżdżał konno aż na sam szczyt wieży i jak prosty „muezzin“, wzywał prawowiernych do modlitwy.
Tak dziwne runięcie tylko połowy minaretu dało początek legendzie, którą opowiadają mieszkańcy okolicznych wiosek, w najczystszej zaś formie napisał ją Guiter ze słów arabskiego uczonego El-Hadż-Sadok’a.
Sułtan rozkazał budować minaret dwom współzawodniczącym architektom — Maurowi i Żydowi, którzy przedstawili władcy jednakowo piękne projekty. Sułtan polecił muzułmaninowi budowę wewnętrznych części świątyni, izraelicie — zewnętrznych. Wspólne dzieło było zakończone i budziło ogólny zachwyt, odbyło się wspaniałe otwarcie świątyni dla wiernych. Po ceremonji sułtan zawezwał do siebie obydwu budowniczych i rzekł:
— Dzieło wasze jest przepiękne, i nie wiem, czem mogę was wynagrodzić.
Współzawodnicy milczeli. Wtedy sułtan kazał przynieść kilka worów ze złotem i rzekł do maurytańskiego budowniczego:
— Weź to złoto i bądź najbogatszym z moich poddanych.
Zwracając się do Żyda, ciągnął dalej:
— Co zaś do ciebie, psie niewierny, to musiałbym wyrwać ci serce z piersi za to, żeś stopami znieważył święte miejsce. Lecz jestem zadowolony z twej pracy, więc daruję ci życie, jeżeli Allah tego sobie życzy. Ludzie moi wyprowadzą cię na szczyt minaretu i musisz zniknąć stamtąd przed nadejściem nocy. Inaczej — śmierć! Idź!...
Żyd odszedł, wylękły, rozmyślając o niewdzięczności władcy. Zamknięto go w minarecie. Architekt długo myślał nad tem, jak się ma wymknąć z miejsca uwięzienia, ale że był to człowiek pomysłowy, więc z desek zrobił skrzydła i umocowawszy je na ramionach, zeskoczył ze szczytu minaretu. Ponieważ, robiąc skrzydła, spieszył się, więc robota nie była dobra, niektóre deski pękły i architekt spadł na szczyt pagórka, noszącego dotąd nazwę „Wzgórza Żyda“, gdzie rozbił się na śmierć. Umierając, rzucił on klątwę na Mansurę, i w tej chwili zapadła noc i szaleć zaczęła burza. Piorun uderzył w minaret i rozłupał go na dwoje. Od tej chwili przekleństwa zleciały się zewsząd „dżinny“, zaczęły dręczyć, ścigać i zabijać ludzi chorobami i szaleństwem tak, że nikt z Arabów nie mógł tu pozostawać, a miejsce to prawowierni muzułmanie mijają z modlitwą lub zaklęciem magicznem na ustach.
Jednak, widocznie, rodzina kolonisty francuskiego, zamieszkałego wewnątrz ruin meczetu mansurskiego, albo nic nie wie o tych złych duchach, lub są one łaskawe dla dwuch młodych Francuzeczek, które poczęstowały nas doskonałem mlekiem i powiedziały parę wesołych komplementów, rumieniąc się pod zachwyconym wzrokiem jarzących się oczu naszego Mohammeta.

TLEMSEN. GROBOWIEC KSIĘŻNEJ W „ŚWIĘTYM“ LESIE

Powracaliśmy dawną drogą, prowadzącą wśród wspaniałej plantacji winogron, dających, podobno, najlepsze i najmocniejsze w całej Algierji wino. Nasz furman zerwał parę gałązek dojrzałych owoców i poczęstował nas, jakgdyby do niego należała ta plantacja. Okrążyliśmy Tlemsen i trafiliśmy do świętego gaju Sidi Jakuba, złożonego z najstarszych platanów i drzew oliwnych; w cieniu wiekowych konarów stoi tu „kubba księżniczki“, a o jakie 100 kroków dalej, w gąszczu krzaków, grobowiec Ben Jakuba „uali“, poważanego zarówno przez Żydów, jak i przez muzułman. W lesie bieży, dzwoniąc po kamieniach, potok, a tuż przy wodzie siedzi kilku starych Arabów, pilnujących świętych miejsc. Od nich dowiedzieliśmy się o zażartych sporach, wynikłych pomiędzy Arabami i Żydami z powodu kubby Ben Jakuba, którą muzułmanie chcieli zburzyć. Nawet krew się tu przelała, lecz Kubba pozostała, a Arabowie z biegiem czasu uznali Ben Jakuba za swego „uali“, podzieliwszy pomiędzy Mahometa a Mojżesza dnie modłów przy grobowcu proroka.
Droga tymczasem prowadziła wyżej i wyżej. Powoli horyzont się rozszerzał i wzrok ogarniał rozległy krajobraz. Widzieliśmy stąd meczet Abu-Medyana w El-Eubbad, szmaragdową oazę Tlemsenu, ścianę grzbietu górskiego, linję zburzonych murów Mansury i jej tajemniczy minaret, gdzie roi się od „dżinnów“, gdzie każdy głaz szepce stare, ponure legendy i gdzie figlarne, gospodarne Francuski doglądają krów i gustownie układają winne grona do eleganckich koszyczków, splecionych rękoma Arabek z Hennaja. Powoli wyłoniła się w oddali zielono-szkarłatna płaszczyzna Terni i urwiste, zielonością otulone zbocza wąwozu Safsaf. Niby potężny, połyskujący niebieską łuską wąż, przeciska się rzeka przez skały, rozpiera je, zrywa i wybiega wreszcie gdzieś daleko na równinę, gdzie francuscy koloniści i bogaci Arabowie zmieniają w chleb, wino i owoce, drzemiące siły tej ziemi.
Wnet za wysokiemi wzgórzami, przez które przeszła szosa, powóz zaczął się staczać na równinę. Oprócz rządowych stacyj rolniczych, plantacyj pokazowych, widzimy tu już plon cywilizacyjnej pracy białych ludzi. Czarni i bronzowi tubylcy zrozumieli, co może dać ziemia ich ojców i dziadów, którzy zagarnęli ją od nieznanych, dawno wygasłych posiadaczy. Z każdym rokiem zwiększa się tu liczba rolników arabskich, berberyjskich ba! nawet nomadów, ściąganych tu z dalekich południowych koczowisk lub z urwistych stoków Atlasu. Powstają coraz to nowe plantacje wina, zboża, sady owocowe, współczesna hodowla bydła; Arab porzuca swój odwieczny drewniany pług, zastępując go francuskiemi lub amerykańskiemi narzędziami rolniczemi i zapominając coraz bardziej o życiu koczowniczem. Cywilizacja zachodnia triumfuje w tej afrykańskiej Szwajcarji i nikt tu nie myśli o jakichkolwiek bądź fanatycznych „mahdi“, którzy w imię proroka podburzają ludność tubylczą przeciwko białym posiadaczom tej pięknej kolonji. Ludność miejscowa nie da się złapać w tej części Algierji na haczyk propagandy pan-islamizmu; tubylcy widzą, że cywilizacja europejska i świątynie „niewiernych“ wcale nie przeszkadzają „wiernym“ słuchać pienia muezzinów, a tłumom pobożnych odbywać z całą pompą i etykietą przepisaną przez prawo koraniczne i obyczajowe, pielgrzymki do meczetów i do kubb świętych „uali“. Cywilizacja Zachodu uprzyjemnia wiernym życie zewnętrzne, wewnętrzne zaś pozostaje niezmienionem, kierowanem przez naukę proroka i jego zastępców na ziemi — marabut’ów.[3]
Mijamy małą wioskę negrów. Kupa zbitych z gliny, do gniazd jaskółczych podobnych domków, raczej jakieś zwaliska, gruzy, niż siedziba ludzka, od strony drogi jest osłoniona zaroślami fig berberyjskich. Czarne dzieciaki czarnych rodziców, przybyłych czy przywiezionych tu niegdyś z Sudanu, wybiegają z gąszcza kłujących krzaków i przyglądają się naszemu powozowi.
W cieniu fig, na dość szerokiej ścieżce spostrzegam dwie postacie niewieście. Jedna starsza, druga zupełnie młoda, lecz obie w barwnych strojach, obwieszone ciężkiemi srebrnemi klejnotami na piersiach i szyjach. Instynkt podróżnika zmusza mnie do porwania za kodak i zbliżenia się do moich ofiar. Zdaleka widzę, że są bardzo zajęte, gestykulują energicznie i nie przeczuwają zbliżającego się niebezpieczeństwa, które już podniosło aparat i zaczyna nastawiać go na odległość i na siłę światła. Wciąż się zbliżam, chcąc „uderzyć“ zbliska; rozumiem teraz, czem są zajęte czarne kobiety. Oto stara bije młodą. Porwała jej na strzępy koszulę, młóci po głowie pięścią, jak cepem, a drugą ręką drapie do krwi piękne, niby z czarnego onyksu wyrzeźbione piersi. Czyni to w milczeniu, systematycznie i zawzięcie. Młoda broni się słabo, od czasu do czasu tylko jęknie lub ciosem na cios odpowie.
Co się tu stało? Być może, matka wymierza karę córce za to, że nieoględnie ukradkiem wyszła za pełen kolców żywopłot, gdzie ją dojrzał i ocenił jej piękne, rzeźbione kształty, jakiś przejezdny kupiec arabski, lub młody plantator francuski, i — to ją aż do nocy zatrzymało poza domem? Albo ta stara jest pierwszą żoną swego męża, a ta młoda — ostatnią? Być może, że dla niej zapomniał pan domu o innych i darzy ją swoją miłością i pięknemi upominkami, więc porzucona mści się na niej w cieniu straszliwych kaktusów?
Kodak zresztą jest obojętny dla powodów tak rzadkiej sceny i już gotów jest pochwycić złą, czarną twarz starej, skrwawione, śpiżowe piersi młodej kobiety i jej przerażone oczy, gdy nagle ztyłu za mną rozlega się krótki, chrapliwy okrzyk.
Mimowoli oglądam się i widzę czarnego gentlemena, zbliżającego się ku wsi z tłomokiem w ręku. Ma na sobie starą kurtę spahisa z mosiężnemi guzikami i turban na głowie. Z wyrazu czarnego oblicza wyczytuję, że jest niezadowolony z tego, żem chciał „ukraść duszę“ mieszkanek wioski.
Nie wzrusza mnie to, więc chcę dokończyć kradzieży, lecz, niestety, — zapóźno. Widzę tylko znikające na zakręcie ścieżki białe szaty niewiast i słyszę głuchy tupot bosych nóg uciekających.
— Nicponiu jeden! — myślę w złości o intruzie i przez zemstę fotografuję go tak, aby został uwieńczony razem z osłem, skubiącym trawę w cieniu kaktusów.
Jedziemy dalej i wkrótce zapominam o nieudałym ataku kodakowym, gdyż wjeżdżamy na drogę tak malowniczą, iż wydaje się nam, że trafiliśmy do innych szerokości geograficznych. Wysokie ściany bujnej, wprost podzwrotnikowej roślinności łączą się w sklepienie nad drogą, dając cień i przyjemny chłód. Olbrzymie krzaki głogów, tamaryndów, bzów, jaśminów, drzewa oliwne, rozłożyste figowce, stuletnie wiązy, tuje, platany, tworzą prawdziwą dżunglę, pokrytą siecią zwisającego dzikiego wina, chmielu i pnących się, obsypanych fioletowemi i różowemi kielichami roślin. Wąskie ścieżki, podobne do kurytarzy, pełnych zielonkawego światła, przebijają sobie drogę w gąszczu, gdzie roi się od dzikich gołębi, drozdów, szpaków i rzesz śpiewających ptaszków.
Powóz nagle się zatrzymał przed małą szopą z werandą, pokrytą czystemi matami.
— Może państwo życzą sobie wypić filiżankę maurytańskiej kawy? — pyta Mohammet, wyskakując z powozu. — To nie zaszkodzi, gdyż dopiero późno wieczorem powrócimy do domu.
Po chwili siedzieliśmy już na glinianej przyzbie, przykrytej dla nas, wyniesionym z mieszkania właściciela, kobiercem-kejruańskim. Na matach na werandzie i na dywanach, wprost na ziemi położonych, siedzieli Arabowie. Rozmawiali cichemi, poważnemi głosami, milknąc natychmiast i pochylając głowy, gdy się odzywał wysoki starzec o długiej siwej brodzie.
Mohammet szepnął mi do ucha:
— Jest to najbardziej tu poważany „marabut“, wielki uczony i cudotwórca.
Tymczasem właściciel kawiarni postawił przed nami okrągłą mosiężną tacę z małemi filiżaneczkami porcelanowemi i drobnemi mosiężnemi naczynkami o długich drewnianych rączkach. Nalano nam kawy do filiżanek, — mocnej, aromatycznej, słodkiej kawy z fusami, drobnemi jak najcieńszy puder. Nie jest to właściwie kawa, lecz gorący „sorbet“ z kawy.
Na każdą filiżankę kawa przygotowuje się oddzielnie w tych małych naczyńkach mosiężnych, w osobnym piecu, gdzie się jarzą rozpalone do czerwoności, jak w ognisku kowalskiem, węgle.
Kawa była wyborna. Kazałem sobie podać drugą filiżankę.
— Czy nie zaszkodzi to panu na serce? — zapytał uważny przewodnik.
— O nie! — odparłem, ufny w sprawność swego serca, które przecież próbowało już i wytrzymało wszelkie emocje: rządy bolszewickie, bitwy, szczyty wysokich gór, głód, mrozy, opjum, trujący alkohol chiński, więzienie i haszysz indyjski.
Jednak kawa maurytańska oddziałała na mnie silniej, niż wszystkie przeżyte eksperymenty, gdyż serce tak mi zaczęło walić w piersi, że tchu narazie złapać nie mogłem, i dopiero napiwszy się zimnej wody, doszedłem powoli do stanu normalnego.
Poszliśmy piechotą do wioski, ukrytej w gąszczu wspaniałych krzaków i drzew. Była to wieś Uzidan.
Na wjeździe do wioski stoi mały meczet, biały, a raczej do białości rozpalony żarem słońca; w różnych miejscach bieleją kubby zmarłych miejscowych świętych, obok zaś domy żyjących marabutów, bardzo tu licznych; niektórzy z nich wywodzą się od wielkich „uali“ z Granady i Kordoby, lub z rodzin tlemseńskich patronów. Tak wielka ilość „marabutów“ ma swoje objaśnienie. Jakiś świątobliwy człowiek przed dwustu laty zamierzał oczyścić Mansurę od „dżinnów“ i wybudował kapliczkę z kamieni, wziętych z grobowców Abu-Medyana, Ben-Jakuba, Lalli Setti i innych. Istotnie, udało się mu zaprowadzić w Mansurze pewien porządek, gdyż część „dżinnów“ uciekła i ukryła się w gąszczach, otaczających Uzidan.
To wszystkim wiadomo, a jeden z arabskich poetów powiedział:
„W Uzidan w każdem drzewie ukrywa się demon.“[4]
Za złemi demonami podążyli ludzie święci, tak zwani marabut’y.
Powracamy do kawiarni, gdzie czekał nasz powóz. Na drodze ujrzeliśmy dwuch jeźdźców na pięknych, gniadych koniach. W turbanach na głowie, w szerokich szarwarach i w pantoflach Arabowie wyglądają dość niezgrabnie, gdy chodzą, lecz na wysokich, bogato przybranych siodłach, na gorących, wyrywających się koniach odzywa się w nich stara krew jeźdźców i wojowników. Głowy podnoszą się wyżej, twarze stają się dumne, oczy ciskają płomienie, a w mocno opartych o szerokie strzemiona nogach wyczuwa się siłę, niezbędną do potężnego cięcia szablą z siodła w pędzie konia.
Jeźdźcy podnieśli się w strzemionach i znikli na zakręcie drogi.
Później słyszałem, że Tlemsen i jego okolice słyną z najlepszych i najbogatszych jeźdźców i że, jak pisze A. Bel, poeta Si Ahmed ben Jousef miał się wyrazić o tem mieście temi słowy:
„O, Tlemsen! Gród jeźdźców niezrównanie pięknych.
Twoje potoki, twoje powietrze i szaty twych kobiet,
Czynią cię wyższym od innych miast Mahrebu.“[5]
Co do jeźdźców, potoków i powietrza — nie protestuję, lecz co do „szat kobiet“, to, za pozwoleniem, wstrętne płachty ukrywają od wzroku badacza nietylko twarz, nogi i figurę, lecz nawet oczy. Czasem tylko odsłoni się jedno, błyśnie na chwilę i znowu płachta je przykryje. Zochnę narazie doprowadzało to do wściekłości, aż wreszcie przywykła i nie szukała już „piękności maurytańskich“, wszystkie razem nazywając „pakunkami z brudną bielizną“. Myślę, że określenie było prawdziwe i trafne.
A szkoda, że tlemseńskie piękności noszą te swoje „haufi“, „haiki“ i inne zasłony, bo czasami przechodzący obok „pakunek“ zaczynał się śmiać cichutko, a bardzo melodyjnie i błyskał czarnem oczkiem nader zachęcająco i — raptem, nic więcej! A gdy się odwijał sam, bez żadnej zachęty, to ukazywał najczęściej zeszpecone ospą, czarne, pomarszczone oblicze, oko z bielmem i kosmyki powichrzonych, do ogona końskiego podobnych włosów. Lepiejby się już wcale nie odwijał, a pozostawił to temu „pakuneczkowi“, co tak mile i dźwięcznie się śmiał i nęcił ognistem okiem! Lecz — „In cza Allah!“ Trudna rada! Działo się to przecież w kraju surowego Islamu. Zresztą na piękne kobiety napatrzyłem się dosyta na południu, na progu Sahary i na niebotycznym Atlasie.
Całą godzinę, a może nawet i dłużej jechaliśmy równiną, gdzie podziwialiśmy wysoką kulturę rolną i gdzie na polu widzieliśmy długiego na metr węża, zjadanego przez mrówki. Wąż był zabity, miał roztrzaskaną głowę, a nasz stangret zaklinał się, że była to „naja“, pokrewna indyjskiej kobrze, okularnikowi, osławionemu, najstraszliwszemu z jadowitych wężów. Zdaje się, że miał rację, gdyż później na południu około Bu-Saada i w Marrakeszu widziałem, a nawet przyjmowałem udział w polowaniu na „naja“, które były podobne do tego okazu z okolic Tlemsenu.
Dobra droga skończyła się na brzegu prawie wyschłego potoku. Powóz zaczął skakać na wielkich kamieniach jego łożyska, aż wjechał na wąską, piaszczystą drogę, otoczoną krzakami fig berberyjskich i długoliściastych kaktusów, które w Hiszpanji noszą nazwę „pita chumbos.“ Należą do gatunku aloesów. Wreszcie ujrzeliśmy dość znaczną osadę Ain-el-Hout, należącą do szczepu Ulad Aala. Jest to miejsce pielgrzymek religijnych dla mieszkańców Tlemsenu, ponieważ tu się mieszczą grobowce słynnych marabutów z rodu Idrisa I-go, potężnego sułtana i powinowatego Proroka Mahomeda po kądzieli.
Nasz Mohammet pokazuje nam najpierw kolebkę Ain-el-Houta — dość duży basen, otoczony glinianym murem i pełen wody przezroczystej jak szkło. Dno basenu składa się z zielonkawej gliny, przez którą przedostaje się kilka źródeł. Środek basenu zarośnięty jest wodorostami „Cladophora“, w których żyją stadka małych pstrągów. Woda z basenu wylewa się do kanału i płynie przez wieś i pola, wpadając do rzeki Safsaf o 3 do 4 kilometrów dalej.
Mohammet, usiadłszy na murze i wskazując na basen, zaczął opowiadanie:
— Państwo widzą, że w basenie pływa dużo ryb? Skąd się tu wzięły, skoro woda bije z ziemi, a nie wpływa zzewnątrz? To objaśnia legenda. Jeden z młodych synów sułtana tlemseńskiego w XIII wieku przejeżdżał tą drogą, dążąc na polowanie, gdy nagle ujrzał przy źródle młodą dziewczynę. Była piękna, co książę spostrzegł odrazu, gdyż nie miała zasłony na twarzy. Trzymała w obu rękach dzbany z wodą i stała zmieszana, bezradna. Książę zeskoczył z konia i, podszedłszy, objął dziewczynę i zaczął ją całować. Spłonęła cała, rzuciła swoje dzbany i chciała zarzucić na twarz „haik“, lecz młodzieniec nie pozwolił na to i stawał się coraz bardziej natarczywy. Widząc, że cnocie jej grozi niebezpieczeństwo, rzuciła się do wody i zamieniła się w rybkę. Od tego dnia źródło to nazywają ludzie „źródłem ryby“ (Ain-el-Hout) i uważają je za święte i lecznicze. Ryb tu łapać nie wolno i niewolno zanieczyszczać wody.
Mohammet skończył opowiadanie i, uśmiechając się, dodał:
— Tutejsi żywi marabut’y i mieszkańcy są straszliwymi wyzyskiwaczami. Sprzedają wodę źródła, skamłają o pieniądze za pokazanie kubb i wogóle są bardzo nielitościwi dla kieszeni nietylko cudzoziemców, lecz nawet Arabów z okolicznych wsi i z Tlemsenu. Dlatego święty i poeta Ben Jussef napisał tak:
„Ain-el-Hout“ jest źródłem nicponiów; przechodniu napij się wody i przechodź szybko swoją drogą!“
Gdy Mohammet dawał tak niepochlebną referencję o mieszkańcach osady, cały ich tłum zbliżał się do nas, już zdaleka proponując nam swoje usługi.
Mohammet rzucił im parę słów, my zaś kilka srebrnych monet czepiającym się nas chłopakom i jakiemuś ślepcowi. Figlarny to był ślepiec! Dojrzał odrazu śród kamieni i trawy opuszczoną przeze mnie monetę, zdążywszy jednocześnie targnąć za ucho jakiegoś chłopca, sięgającego już po nią umorusaną dłonią. Tłum, rozczarowany bardzo, natychmiast się rozproszył, widząc, że żadnych „kokosowych interesów“ na przybyłych „Amerykanach“ nie zrobi, bo mają swego przewodnika. Nie oglądaliśmy kubb miejscowych, gdyż było ich za wiele, a wszystkie tak podobne do siebie jak jedna świeca stearynowa — do drugiej, i jak kubba z Fezu jest podobna do kubby z Kejruanu lub Biskry.
Zato Mohammet poprowadził nas pieszo za wieś, gdzie, w głębokim wąwozie przepływającej tu Safsaf, oglądaliśmy ciepłe, lecznicze i, naturalnie „cudowne“ źródło — „hammam“, wypływające z jaskini.
Źródło otoczone jest wysokiemi, gęstemi krzakami i trzcinami.
W źródle tem igrały ryby, wyskakujące na powierzchnię wody i uganiając się za owadami. Jak słyszałem od zoologów algierskich, w „ammamie“ zaobserwowano ślepe ryby, które, widocznie, wypływają czasami z głębokich jaskiń, gdzie z ziemi wytryska ciepłe źródło.
Jest to zjawisko obserwowane przeze mnie na jeziorze Nogan-Kul w północnej Mongolji i opisane w książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów“.
Słońce już zaszło, a przed nami był jeszcze spory kawał niełatwej drogi, gdyż należało wdrapać się z powrotem po stromych zboczach wąwozu i przejść kilka kilometrów do miejsca, gdzie pozostawiliśmy powóz. Zaczęliśmy się wspinać kamienistą ścieżką, co chwila przegradzaną dużemi głazami i odłamkami skał. Spotkaliśmy grupę kobiet z Ain-el-Houta, które szły na poszukiwanie zaginionych kóz. Wszystkie niewiasty były bez zasłon, a były wprost piękne, o ognistych oczach i małych koralowych ustach. Zrozumiałem — dlaczego w „źródle ryb“, chociaż do niego zaledwie jedna cnotliwa dziewica wskoczyła, rozmnożyła się taka moc ryb. Widocznie, nie jeden raz i nie jeden młody książę zaglądał do tej wsi i, spotkawszy piękne jej mieszkanki, nastawał na ich cnotę. Tylko jednego nie mogłem zrozumieć! Dlaczego te miejscowe piękności o tak namiętnych ustach zamieniały się w ryby, istoty o zimnej krwi?
Może za karę? Ale wtedy zapytuję: za co była wymierzona ta kara?
Wielki, święty Bu Medyan, Ben Jakub i inni żywi i umarli „uali“, ileż nierozstrzygniętych pytań wyłania się przed badaczem folkloru?!
Gdy wspinaliśmy się na górę, ujrzeliśmy na dnie wąwozu niewielką karawanę, z kilku osiołków złożoną, i paru poganiaczy z kijami, grubszemi od biednych osiołków, obładowanych koszami pomidorów i fig.
Gdy zbliżyli się do nas, usadowiliśmy Zochnę na jednym z osiołków, urządziwszy dla niej siedzenie pomiędzy dwoma koszami, i ruszyliśmy dalej. Narazie Zochna trochę się bała, ponieważ osiołek dreptał sobie ciągle nad samą przepaścią, wybierając najlepszą drogę. Mądre, ostrożne stworzenie, którego tak niesprawiedliwie dyskredytują ludziska, nigdy się nie potknie, nie upadnie, nie zaryzykuje i nie zbłądzi.
Jechać na nim — znaczy być pod opieką najlepszej niańki. To też wkrótce Zochna całkiem się uspokoiła i nawet ośmielała się chwilami poganiać swego ognistego rumaka okrzykiem:
— Err! — na co zresztą rumak wcale nie reagował i dreptał dalej po dawnemu.
Po półgodzinnym marszu Arab szczęśliwie dowiózł do Ain-el-Hout swoje pomidory, ja zaś — Zochnę, poczem zapaliliśmy latarnie w powozie i pojechaliśmy z powrotem do Tlemsenu, gdyż noc już zapadła.


Przypisy

  1. Koszula bez rękawów.
  2. Patrz Guiter, A’lfred Bel i innych autorów.
  3. Święty, wybraniec Allaha, czasem potomek Proroka.
  4. Patrz Alfred Bel: Tlemsen et ses environs. Toulouse. 2e édition.
  5. Mahreb, po francusku Maghreb, oznacza — Zachód, tem imieniem nazywają całą północną Afrykę, która dla muzułmanina z Mekki jest istotnie zachodem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.